środa, 28 lutego 2024


Który z polskich polityków byłby w stanie w weekend podbić internet, punktując ambasadora Rosji przy ONZ na forum Rady Bezpieczeństwa w Nowym Jorku, udzielić świetnego wywiadu Fareedowi Zakarii na antenie jednej najbardziej znanych amerykańskich telewizji CNN i wraz z szefem brytyjskiej dyplomacji (i byłym premierem) Davidem Cameronem opublikować wspólny artykuł w poczytnej bulwarówce "The Sun", której wydanie w papierze i internecie czyta ponad 8 mln ludzi dziennie?

Andrzej Duda?

Szczytem możliwości prezydenta jest wywiad dla zagranicznej stacji telewizyjnej z tłumaczeniem symultanicznym...

Donald Tusk?

Jego gwiazda znów mocno błyszczy w UE, ale siłą rzeczy musi skupić się na polskim podwórku...

Jarosław Kaczyński?

Prezes PiS stał się owszem sławny w Europie, ale jako "boogeyman" czyli straszydło dla wyborców w krajach, gdzie liberalna demokracja jeszcze się trzyma...

W kategorii komunikatywność i medialność na szerokim świecie obecny szef polskiej dyplomacji bije całą trójkę na głowę. Stał się bowiem politycznym showmanem klasy światowej.

Sikorski zawsze w Polsce nieco uwierał, wyrastał ponad przeciętną, z trudem mieścił się w ciasnym światku polskiej polityki. Nie został kandydatem na prezydenta, bo PO wolała "spokojniejszego" Komorowskiego. Bardzo chciał być szefem NATO, ale znaleźli się bardziej akceptowalni dla wszystkich członków sojuszu kandydaci na sekretarza generalnego. Kiedy w 2014 r. rząd Tuska starał się o stanowisko wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, z Sikorskim wygrała Włoszka Federica Mogherini, wcale nie dlatego, że była od niego lepsza czy bardziej błyskotliwa.

Już wtedy okazało się, że głównym problemem Sikorskiego jest to, że jest za "dobry" jak na posadę szefa unijnej dyplomacji. To musi być ktoś, kto z zasady nie zagraża tuzom polityki zagranicznej Niemiec, Francji czy Hiszpanii. Mogherini była jedną z najsłabszych szefów unijnej dyplomacji, ale najprawdopodobniej o to właśnie chodziło tym, którzy ją na to stanowisko wybrali. Sikorskiego nie dałoby się łatwo utemperować, wcześniej czy później zacząłby prowadzić zbyt ambitną i niezależną od stolic europejską politykę zagraniczną. 10 lat temu w UE nie było na to ani przestrzeni, ani zgody. Pytanie, czy dzisiejsza Wspólnota, która stoi w obliczu śmiertelnego zagrożenia ze strony Rosji dojrzała do tego, by mieć na swym dyplomatycznym froncie bardziej nieokiełznanego gracza, kogoś z pierwszej światowej ligi?

onet.pl/Newsweek

Na marszu rolników w Warszawie pojawił się Sławomir Zakrzewski, którego trudno powiązać ze środowiskiem rolniczym. W rzeczywistości to przewodniczący Ruchu Suwerenność Narodu Polskiego. Znany jest ze swoich prorosyjskich, a także probiałoruskich poglądów. Mężczyzna przyniósł na marsz w Warszawie antyukraiński transparent z hasłem "Ukropolin Stop". 

W 2022 r. "Gazeta Wyborcza" pisała o Zakrzewskim wprost, że "nie ukrywa swojej sympatii do Rosji". "W internecie można znaleźć nagrania, w których jeszcze przed napaścią na Ukrainę gloryfikował Putina i jego politykę międzynarodową" - wskazywała Agnieszka Dobkiewicz. Z kolei portal niezalezna.pl już w 2014 r. opisywał protest przed ukraińską ambasadą, w którym uczestniczył działacz. Miał wówczas ubolewać nad tym, że "Polska nie ma swojego Putina", a wydarzenia w Ukrainie określać jako "faszystowską rewolucję banderowską".

Od lat Sławomir Zakrzewski pojawia się na uroczystościach upamiętniających m.in. żołnierzy Armii Czerwonej. Wielokrotnie był fotografowany tuż obok ambasadora Rosji Siergieja Andriejewa. Zaledwie w sobotę Zakrzewski brał udział w składaniu kwiatów na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich wraz z Andriejewem i charge d'affaires ambasady Białorusi Aleksiejem Ponkratenką.

Z kolei kilka dni wcześniej w Pieniężnie, również w towarzystwie ambasadora Rosji, Zakrzewski kolejny już raz uczestniczył w składaniu kwiatów m.in. w miejscu po pomniku gen. Iwana Daniłowicza Czerniachowskiego i miejscu po głazie upamiętniającym Piotra Diernowa, żołnierza 3. Korpusu Kawalerii Gwardii Armii Czerwonej.

Marcin Rey, analityk zajmujący się rosyjską propagandą, pisał przed kilkoma dniami we wpisie na Facebooku, że Sławomir Zakrzewski to "chyba najbardziej znany polski antysemita, który jest też radykalnie prorosyjski". "Zakrzewski prowadził opłacane z Moskwy pikiety poparcia dla tzw. separatystów z Donbasu pod ambasadą ukraińską, a ambasadorowi towarzyszy tak systematycznie przy takich uroczystościach, że aż się może wydawać, że to Andriejew mu towarzyszy. Ta komitywa jest żywym dowodem na to, że Rosja próbuje rozpalać w Polsce patologię antysemityzmu, by kompromitować nasz kraj" - podkreślał. W innym wpisie analityk określał Zakrzewskiego "wielkim admiratorem Władimira Putina".

W październiku białoruska państwowa agencja informacyjna BiełTA opublikowała wywiad ze Sławomirem Zakrzewskim. Przekonywał, że po przekroczeniu granicy polsko-białoruskiej "nie widać tego, o czym mówią nam zachodnie i polskie media". - Mówi się nam, że krajem rządzi dyktator, a ludzie są biedni, głodni i bezdomni. Na białoruskiej ziemi nic takiego nie ma. Wręcz przeciwnie, widzimy dobrobyt, wszystko jest robione i zarabiane rękami Białorusinów. I bardzo proszę, nie pozwólcie tego odebrać. My, Polacy, zrobiliśmy to nie celowo, ale z głupoty, bo Zachód wabił nas lepszymi standardami życia - pięknymi samochodami i domami. Mówiono, że w zjednoczonej Europie będziemy mieli raj. To był fałsz, zostaliśmy rozłączeni i wszystko zostało zrujnowane - mówił działacz.

- A wasze przywództwo, na czele z prezydentem, zachowuje to wszystko. I osobiście chciałbym takiego prezydenta dla naszego kraju, takiego "dyktatora", jak nam się mówi, żeby chronił moją ojczyznę, Polskę. Nie mamy takiego prezydenta, ale może będziemy go mieli i razem pokonamy wroga - dodał.

Zakrzewski podkreślał również, że "zagraża nam nie Rosja czy Białoruś, ale Zachód, który jest prawdziwym agresorem, wrogiem zewnętrznym". - To on prowokuje naszych przyjaciół i prowadzi do konfliktów milionów ludzi, którzy następnie stają się biedni, bezdomni i cierpią na depresję - mówił.

gazeta.pl

wtorek, 27 lutego 2024


Patrząc na suche liczby, problem jest ledwo dostrzegalny. Według danych brytyjskiego think-tanku IISS za 2022 r. tylko Niemcy i Francja wydają rocznie na zbrojenia grubo ponad 100 mld dol. W tym czasie Rosja przeznaczyła 86 mld. Wielka Brytania — największa zachodnioeuropejska siła militarna — przeznacza tymczasem 68 mld. 

(...)

Rosja — po porażkach na ukraińskim froncie w 2022 r. — przestawiła swoją gospodarkę na tryb wojenny. I choć rosyjski sprzęt (czy ten sprowadzany przez Kreml z Iranu bądź Korei Płn.) jest dużo gorszy niż europejski, to zaczyna być produkowany w masowych liczbach. Doskonale obrazuje to kwestia amunicji. Bez dostaw z USA, Ukraińcy mają problemy na froncie, bo szacuje się, że nawet 80 proc. dostarczali jej do niedawna Amerykanie. Bez nowego pakietu z USA, Ukraina ma problem z amunicją, bo Europejczycy szybko nie mogą pokryć tej luki.

(...)

Europa to zbrojeniowa potęga, ale większość produkcji trafia na eksport. Tu wyróżnia się zwłaszcza Francja. Szacuje się, że wytwarza nawet 11 proc. broni na świecie, więcej niż Chiny. Ale nawet to, co zostaje na kontynencie, trafia do wielu różnych armii, które zupełnie inaczej widzą swoje potrzeby. "Już teraz (zachodnia) Europa wydaje cztery razy więcej na obronności niż Rosja. Prawdziwym problemem jest duplikacja: Unia musi skoordynować i zintegrować wysiłki obronne — od kwestii zamówień, po odpowiednie rozmieszczenie broni" — stwierdził niedawno na platformie X Guy Verhofstadt, jeden z najbardziej rozpoznawalnych posłów do Parlamentu Europejskiego.

businessinsider.com.pl

Jak przypomina nasz rozmówca, Niemcy już przechodziły przez wielki kryzys dwie dekady temu — za czasów kanclerza Gerharda Schrödera. Wtedy jednak wprowadzono wielką reformę Agenda 2010 dotyczącą systemu emerytalnego i rynku pracy. — Reforma była dość udana. Za rządów Angeli Merkel Niemcy naprawdę stanęły na nogi, stały się lokomotywą gospodarczą Europy — mówi redaktor Dudek. Na przełomie wieków kraj nazywano "chorym człowiekiem Europy", ale już w 2016 r. na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Niemcy zostały nawet uznane za najlepszy kraj do życia na świecie.

Dziś jednak problemy wydają się poważniejsze niż za Schrödera — i trudno byłoby je przezwyciężyć za pomocą nawet ambitnego programu reform. — Światełkiem w tunelu może się okazać presja na zbrojenia — zaznacza jednak ekspert.

Na pewno to szansa dla zaspanej niemieckiej gospodarki. Wielkie nakłady na produkcję broni czy amunicji mogłyby ją ożywić. A popyt oczywiście jest — w reakcji na agresywną Rosję, zbroić się chce cały kontynent.

Ostatnio kanclerz Scholz zresztą otwierał nową fabrykę amunicji koncernu Rheinmetall. To na razie kropla w morzu potrzeb, ale wygląda na to, że podobnych inwestycji będzie coraz więcej. Były wiceminister obrony Janusz Zemke mówił ostatnio w Business Insiderze, że cała niemiecka gospodarka mogłaby przejść bardziej na tryb wojenny — a nie tylko firmy z sektora zbrojeniowego. Na to na razie zgody w Niemczech nie ma, ale to może się zmienić — na przykład, jeśli wybory za Oceanem wygra Donald Trump albo gdy Rosja odniesie jakieś większe zwycięstwa w Ukrainie.

— To dość paradoksalne i często kontrowersyjne, ale to na pewno szansa dla niemieckiego przemysłu — przyznaje Bartosz Dudek.

(...)

Opór przed zbrojeniami jest w rządzącej SPD. Partia była znana z dobrych relacji z Rosją — i teraz wielu jej polityków ma opory przed pójściem w bardzo konfrontacyjnym kierunku. Paradoksalnie — jak mówi Dudek — to jednak wyborcy skrajnie prawicowej AfD są najbardziej przeciwni dozbrajaniu Ukrainy. Najbardziej "za" jest z kolei elektorat Zielonych, co jest chyba jeszcze większym paradoksem. Partia urosła bowiem w latach 80. na ostrym sprzeciwie wobec NATO.

Niemieckie zbrojenia mogłyby pomóc nie tylko gospodarce. Dałyby sygnał USA, że Berlin poważnie traktuje swoje zobowiązania i jest w stanie brać odpowiedzialność. Przestawienie się na bardziej "militarny" tryb pozwoliłoby też budować (czy może odbudować) pozycję w Europie, którą nadszarpnęła wolna reakcja na pełnoskalową wojnę w Ukrainie.

Pozostaje pytanie, czy rząd w Berlinie zdecyduje się na takie kroki. Już dwa lata temu kanclerz zapowiedział Zeitenwende, czyli "epokową zmianę" niemieckiego podejścia do spraw bezpieczeństwa. Skończyło się na razie w dużej mierze na słowach.

Decyzję w tych sprawach blokuje kolejny niemiecki kryzys — ten w koalicji rządzącej, składającej się z SPD, Zielonych i liberalnej FDP. Rządzące ugrupowania więcej dzieli niż łączy.

businessinsider.com.pl

Węgry nie osiągnęły niczego, rezultat zwłoki równa się zero - powiedział Racz. W jego ocenie najlepiej widać to na tle polityki tureckiej, która w jego ocenia była racjonalna i transakcyjna, ponieważ Ankara stawiała konkretne polityczne żądania wobec Szwecji i militarne wobec USA.

Po roku negocjacji Turcja osiągnęła swoje cele. Węgry przez cały ten czas nie potrafiły sformułować nawet jednego konkretnego żądania - podkreślił analityk.

Jak zauważył, Budapeszt początkowo krytykował jakość szwedzkiej demokracji, a następnie domagał się większego szacunku ze strony Sztokholmu. - Ale w jaki sposób miało się to zmienić, jeśli żądania nigdy nie zostały sprecyzowane - zastanawia się Racz.

Jedyną rzeczą, którą - według niego - rząd Viktora Orbana osiągnął przez opóźnianie akcesji Szwecji do NATO, jest poważny uszczerbek na wizerunku Węgier na forum Sojuszu.

W piątek w Budapeszcie pojawił się premier Szwecji Ulf Kristersson, co było warunkiem Fideszu, aby to ugrupowanie zagłosowało za akcesją. 

(...)

Budapeszt wielokrotnie podkreślał, że Węgry nie będą ostatnim członkiem Sojuszu, który wyrazi zgodę na dołączenie Szwecji do NATO. Parlament Turcji w drugiej połowie stycznia ratyfikował jednak akcesję Szwecji, a prezydent tego państwa Recep Tayyip Erdogan podpisał odpowiedni akt prawny.

Według eksperta Turcja w pewnym momencie zostawiła Węgry same z problemem ratyfikacji. - Węgierska dyplomacja była całkowicie zaskoczona - ocenił Racz. - Po ruchu Ankary pozycja Budapesztu stała się nie do utrzymania: nie było racjonalnej przyczyny blokady ani żadnych konkretnych żądań, a presja ze strony sojuszników rosła - dodał.

money.pl/PAP

poniedziałek, 26 lutego 2024


Rosyjscy urzędnicy oraz państwowe i powiązane z państwem kanały telewizyjne prawdopodobnie powstrzymali się od komentowania dwóch lat od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na pełną skalę, aby uniknąć zwrócenia uwagi na niepowodzenia Rosji w osiąganiu wyznaczonych celów strategicznych na Ukrainie i jej bardziej bezpośrednich cele polegające na zajęciu wszystkich obwodów ługańskiego i donieckiego, przy jednoczesnym poniesieniu dużych strat personalnych. Niedawny sondaż opinii publicznej w Rosji wykazał, że nastroje Rosji wobec wojny na Ukrainie w dużej mierze pozostały niezmienione w ostatnich miesiącach i że większość Rosjan jest w dużej mierze apatyczna wobec wojny, choć większość nie popiera drugiej fali mobilizacji. Prezydent Rosji Władimir Putin i urzędnicy rosyjskiego rządu prawdopodobnie powstrzymali się od podkreślania drugiej rocznicy rosyjskiej inwazji na pełną skalę, starając się utrzymać publiczną apatię wobec wojny, co częściowo pozwala rosyjskim urzędnikom na kontynuowanie wojny bez znaczącej reakcji opinii publicznej. ISW w dalszym ciągu ocenia, że ​​Putin prawdopodobnie jest świadomy, że druga fala mobilizacji byłaby powszechnie niepopularna, i obawia się, że takie rozwiązanie wywołałoby powszechne niezadowolenie. Putin może jednak mniej martwić się nastrojami społecznymi po swojej reelekcji w marcu 2024 r. i uznać, że rosyjskie potrzeby w zakresie generowania sił przeważają nad ryzykiem powszechnego niezadowolenia w kraju.

understandingwar.org

Swoją szansę na wojenny sukces Moskwa upatruje głównie w słabości Zachodu. Postępowanie świata zachodniego ze Stanami Zjednoczonymi na czele w pierwszych miesiącach inwazji wprawiło Kreml w zdumienie tym bardziej niemiłe, że nieoczekiwane. Bez wsparcia militarnego i finansowego z Zachodu państwo ukraińskie nie jest i nie będzie w stanie dalej walczyć ani zachować stabilności gospodarczo-społecznej. Problem w tym, że wybuch wojny wywołał wprawdzie szok w zachodnich elitach politycznych, lecz nie potrafiły one zamienić go w długoterminową strategię względem Rosji. Ponadto coraz wyraźniej widać podział między podejściem Europy Zachodniej a państw wschodniej flanki NATO (z wyjątkiem Węgier) i nordyckich. Ich diagnoza sytuacji i wizja niezbędnych działań różnią się zasadniczo.

Wsparciu Ukrainy po 24 lutego 2022 r. towarzyszyło zarazem samoograniczanie się kluczowych krajów Zachodu w zakresie ilości i jakości przekazywanego sprzętu, co wynikało z silnie zakorzenionego strachu przed ewentualną eskalacją wojny. Mimo zapewnień o „wsparciu tak długo, jak będzie to potrzebne” Waszyngton oraz Berlin chciały w istocie stworzyć warunki do zmuszenia Moskwy do negocjacji z Kijowem, a przynajmniej do zamrożenia konfliktu. Podejście to opierało się jednakże na niezrozumieniu sposobu myślenia reżimu putinowskiego. Postrzega on politykę jako grę o sumie zerowej, a postawę najważniejszych stolic zachodnich potraktował jako przejaw ich słabości, którą należy bezwzględnie wykorzystać. Do zaognienia konfliktu doprowadzić może nie tyle zwiększenie dostaw – w tym systemów rakietowych i pocisków artyleryjskich dalekiego zasięgu – ile ich niedostarczenie Ukrainie. Nic bowiem nie prowokuje Moskwy bardziej niż słabość Zachodu, jego wewnętrzne spory i próby poszukiwania z nią „kompromisu”.

Podobnie jak w 2022 r. pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę przekroczyła wyobraźnię strategiczną większości zachodnich elit, tak i dzisiaj Zachód – a przynajmniej jego część – tkwi w zadziwiającej niemocy. Takie wrażenie można odnieść, obserwując brak działań i decyzji politycznych dotyczących dalszego wspierania walczących Ukraińców, które w trybie pilnym powinny były zostać podjęte wiele miesięcy temu. Kreml widzi niekończące się dyskusje w amerykańskim Kongresie o pakiecie pomocy wojskowej dla Kijowa oraz unijne o kształcie funduszu wsparcia wojskowego dla Ukrainy w ramach Europejskiego Instrumentu na rzecz Pokoju czy spóźnione i dalece niewystarczające kroki mające doprowadzić do zwiększenia produkcji zachodnich firm zbrojeniowych. Na tego typu przedłużające się negocjacje wewnętrzne Zachód mógłby sobie pozwolić w warunkach pokoju, a nie największego od ponad siedmiu dekad konfliktu w Europie, który – jeśli nie zostanie ugaszony – grozi eskalacją.

Co gorsza, czasami pomoc dla Ukrainy zamienia się w autopromocję. Mistrzostwo w tej dziedzinie osiągnęły Niemcy. Można odnieść wrażenie, że niektórym państwom chodzi nie tylko o wsparcie dla Ukrainy, lecz także o możliwie najgłośniejszą demonstrację tego wsparcia niezależnie od tego, czy narracja na ten temat ma pokrycie w rzeczywistych działaniach. W przypadku RFN ma to również służyć naprawieniu fatalnego wizerunku z pierwszych miesięcy pełnoskalowej wojny.

Powrót wiary Kremla w zwycięstwo opiera się zatem na diagnozie licznych i pogłębiających się słabości Zachodu oraz, przede wszystkim, na oczekiwaniu na zmianę w Białym Domu z nadzieją, że kolejnym prezydentem USA zostanie Donald Trump. W rosyjskich kalkulacjach miałoby to wywołać kryzys w relacjach transatlantyckich i co najmniej znacząco skurczyć amerykański parasol bezpieczeństwa nad Starym Kontynentem. Kreml, tradycyjnie zmierzający do oparcia swojej siły na podziałach i problemach wewnętrznych Zachodu, obserwuje więc sytuację i zauważa tam otwierające się okno politycznych możliwości. Rosja jest krajem umiejącym wykorzystywać nadarzające się okazje i niezasłużone prezenty. Stwarza to niebezpieczeństwo postawienia przez Kreml kolejnej błędnej diagnozy, a co za tym idzie – powzięcia przezeń ryzykownych i niebezpiecznych decyzji. Reżim putinowski może bowiem uznać, że okoliczności zewnętrzne w USA i UE sprzyjają przetestowaniu zachodniej odporności, to zaś grozi podjęciem decyzji o eskalacji już trwającej wojny hybrydowej z Zachodem lub wręcz o ograniczonej operacji zbrojnej. Stawia to państwa NATO przed koniecznością stworzenia efektywnej polityki odstraszania Rosji poprzez odpowiednią komunikację strategiczną, a także – nawet w szerszym zakresie – szybkie zmiany planów obronnych.

osw.waw.pl

sobota, 24 lutego 2024


— Każdy wystrzelony granat, każdy zwerbowany żołnierz przyczynia się do wzrostu PKB. Zupełnie bezsensowna działalność, taka jak płacenie przez państwo robotnikom budowlanym za wykopanie i ponowne zasypanie dziury, może również generować wzrost PKB. Dokładnie to dzieje się w gospodarkach wojennych — wyjaśnia Wlachyński.

Wydatki państwa na sprzęt wojskowy nie powodują realnego wzrostu gospodarczego. Aby doszło do rozwoju gospodarczego potrzeba inwestycji, a nie konsumpcji.

— Wzrost PKB nie mówi nic o stanie kapitału w danym kraju. Nie pokazuje zniszczonych domów, rurociągów czy rafinerii. Nie pokazuje zużytych zapasów broni, które gromadziły się w magazynach przez ostatnie 70 lat — kontynuuje analityk.

Przykładowo spalona rosyjska rafineria z jednej strony obniża PKB z powodu przerwania produkcji, a z drugiej powoduje jego wzrost ze względu na naprawę rafinerii.

— Dlatego Niemcy mogły zaobserwować wzrost PKB w 1944 r., a jednocześnie mieć całkowicie zdewastowany kraj — tłumaczy Wlachyński.

Rosja doświadczyła odpływu zagranicznego kapitału i straciła ważne rynki, zwłaszcza w sektorze energetycznym. Skupiła się na produkcji i imporcie sprzętu wojskowego, co spowodowało zarówno zamierzone, jak i niezamierzone efekty.

Takie działania prowadzą do długotrwałego zatrucia gospodarki i w konsekwencji osłabienia zdolności wojskowych, co może pomóc Europie w obliczu potencjalnego konfliktu z Rosją.

— Jednak z pewnością nie będzie to miało decydującego wpływu na zdolność do prowadzenia obecnej lub przyszłej wojny. Przykładowo Iran żyje w nędzy gospodarczej od 50 lat — obecny PKB na mieszkańca jest taki sam jak pod koniec lat 80-tych — ale to nie przeszkodziło mu w prowadzeniu wojny — podsumowuje analityk.

onet.pl/Aktuality.sk

piątek, 23 lutego 2024


Rosyjscy urzędnicy pracujący na Krymie, uważanym przez wspólnotę międzynarodową za terytorium ukraińskie, są objęci zachodnimi sankcjami. Owsiannikow również znalazł się na liście sankcyjnej w 2017 r. Po zakończeniu misji gubernatorskiej w Sewastopolu w grudniu 2022 r. złożył wszelako w sądzie UE skargę, w której domagał się zdjęcia sankcji, jako że ponosi przez nie wymierne straty – sankcyjne ograniczenia przeszkadzają mu mianowicie w prowadzeniu interesów na terytorium UE. Pod koniec października 2022 r. sąd orzekł o uchyleniu decyzji UE o sankcjach wobec Owsiannikowa. Sędziowie uznali, że Owsiannikow nie jest już gubernatorem Sewastopola, za co był objęty sankcjami. Tym bardziej że złożył urząd na własną prośbę. (Tutaj przyda się krótki przypis: „własna prośba” to kamuflaż; Owsiannikow stracił posadę za różne poważne przewiny, m.in. za swoje chuligańskie wybryki, jak np. na lotnisku w Iżewsku, gdzie wywołał skandal, darł się na obsługę, próbował sforsować kontrolę, w końcu rzucił się do ucieczki przed policją; poważniejsze zarzuty ciążyły na nim za korupcję i malwersacje; został nawet wyrzucony z partii Jedna Rosja, innych konsekwencji nie poniósł).

Wielka Brytania po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę przedłużyła sankcyjne ograniczenia wobec Owsiannikowa. Podobne sankcje wobec eksgubernatora podtrzymały USA, Kanada, Szwajcaria, Australia i Ukraina.

Być może Owsiannikow nie doczytał sądowych papierów, może nie popatrzył na mapę, a może przeoczył brexit – dość że niefrasobliwie przyjechał do Wielkiej Brytanii. Tam, jak pisze „The Times”, został 24 stycznia br. zatrzymany w swoim londyńskim domu przez funkcjonariuszy National Crime Agency. Zarzuca mu się świadome obejście sankcji: Owsiannikow rok temu otworzył rachunek w brytyjskim banku i posłużył się przy tym „brudną” kasą.

Na konto w banku HBOS były urzędnik przelał 65 tys. funtów w czterech transzach. Zapewne przelewów dokonała osoba trzecia. Podczas przeszukania skromnego lokum biednego eksgubernatora zarekwirowano 77,5 tys. funtów w gotówce.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

Prezydent Macron przez pierwszych kilka miesięcy wojny na Ukrainie bardzo ostrożnie wypowiadał się o Federacji Rosyjskiej i samym Władimirze Putinie. Jednakże, brak chęci dialogu po stronie Kremla oraz coraz brutalniejsze działania względem ludności cywilnej sprawiły, iż Paryż zaczął dostarczać uzbrojenie oraz pomoc humanitarną. Z każdym miesiącem tego wsparcia dla Kijowa było więcej i więcej; często udzielane niejawnie.

Dla Francji odejście od Rosji było niezwykle trudne. To nie tylko ogromne kontrakty sektora prywatnego, który w dużej mierze (ale nie całkowicie) zrezygnował z rosyjskiego rynku, ale także sprzedaż uzbrojenia oraz mocna współpraca polityczna. Trzeba zaznaczyć, że Paryż do ostatniego momentu próbował ostać się przy Moskwie i nie angażować się w konflikt na Ukrainie. Jednakże postępująca ofensywa, nieczysta gra Rosji przeciw Francji w Afryce, a także zobowiązania wobec w UE i NATO okazały się ważniejsze.

Bezstronność była opcją tylko do czasu i należało określić, po której stronie stanie Francja. Przy rosnących dostawach uzbrojenia, wsparciu finansowym, logistycznym, wywiadowczym i dyplomatycznym, a teraz po podpisaniu umowy w zakresie bezpieczeństwa, obraz relacji dwustronnej jest dość przejrzysty. Dla Francji, po dwóch latach, dyskurs jest jednokierunkowy i dość oczywisty, czyli Ukraina.

Francuski przywódca od miesięcy zaostrzał swoją retorykę względem Rosji, ale w ostatnich tygodniach jest ona bezprecedensowa. Macron wprost mówi o „pokonaniu Rosji”, „niszczeniu przez Rosję świata”, „zbrodniczym reżimie Kremla”, „nie ma miejsca dla Rosji”, „kłamliwa rosyjska propaganda”, dodając przy tym „niezwyciężona i dumna Ukraina”, „całkowite wsparcie niezależności Ukrainy”, a także „potrzeba wytyczenia ścieżki dla dołączenia Ukrainy do NATO”. Jeszcze rok temu mówił „wejście Ukrainy do NATO jest mało prawdopodobne”, a dwa lata temu „o potrzebie szacunku do Rosji”.

(...)

W. Zelensky wizytował w połowie lutego Paryż. Wciąż odkładana jest wizyta Macrona do Kijowa, ale ma się odbyć najpóźniej do końca marca. Priorytetem pozostaje, aby Francja zaznaczyła swoją pozycję jako kluczowego sojusznika Ukrainy, a także wzmacniała przekaz o liderze bezpieczeństwa Unii Europejskiej. Ostatnie słowa o współpracy z Polską i wzmianki o „parasolu nuklearnym” mają zaznaczyć rolę Francji i pozwolić prezydentowi Macronowi osiągnąć cel, o którym marzy od początku swojej prezydentury, czyli status gwaranta bezpieczeństwa Europy.

Francja bardzo przewartościowuje swoją politykę zagraniczną. Obejmuje to nie tylko Ukrainę, ale także Afrykę, Bliski Wschód oraz cele na Indo-Pacyfiku. Dla wszystkich w NATO i UE byłoby dobrze, aby Paryż faktycznie zaangażował się bardziej na flance wschodniej, ponieważ to oznacza dodatkową siłę w rywalizacji z Federacją Rosyjską. To także interesujący sojusznik dla Polski, a relacje w ostatnich tygodniach są bardziej, niż dobre.

defence24.pl

Porozmawiajmy więc o branży zbożowej, która ostatnio jest na ustach wszystkich. Co się tam dzieje z cenami?

Rynek zboża był mocno doświadczony przez wybuch wojny. Zarówno Ukraina, jak i Rosja były w top 5, jeśli chodzi o eksport pszenicy i kukurydzy na świecie. Mieliśmy więc eksplozję cen. Natomiast teraz to co się dzieje? Po tym, jak Ukraina ułożyła sobie eksport w nowych warunkach, eksportować bardzo dużo zaczęła też Rosja, bo w 2022 r. przez sankcje, odcięcie od międzynarodowych systemów płatniczych szło jej to słabo. Znaleziono jednak nowych partnerów m.in. w Chinach i Indiach. Nadwyżki zboża, które płyną z Rosji, są dosyć istotne, w szczególności pszenicy.

Poza tym zbiory zbóż globalnie, mimo tego, że rolnicy mniej aplikowali nawozów, przez ich ceny, są na dobrym poziomie. Mimo wszystko zbiory się udały i póki nie mamy żadnych problemów pogodowych, wygląda to tak, że nie mamy problemu z bilansem zbóż i produkcja jest wystarczająca, żeby zaspokoić popyt.

I ceny są cały czas na równi pochyłej. Natomiast na co warto zwrócić uwagę to pozycje spekulacyjne.  Pokazują one, że kukurydza jest bardzo mocno wyprzedana. Inwestorzy spekulacyjnie stawiają na dalsze spadki i jest bardzo dużo otwartych pozycji krótkich. Wkrótce może dojść do takiego przesilenia i rozpocznie się gwałtowne zamykanie krótkich. Można na podstawie tego powiedzieć, że gdzieś ten trend spadkowy może się zacząć po prostu wykańczać. Podsumowując w sferze rynków agro nie ma zagrożenia dla podaży, ale widać spekulacyjne ruchy cenowe.

bankier.pl