niedziela, 14 stycznia 2024



W Petersburgu na koncercie najpopularniejszy w Rosji wokalista SHAMAN wykonał swój wielki hit „Ja russkij”. W trakcie refrenu do wykonawcy podszedł asystent, który wniósł na scenę czarną walizeczkę. W walizeczce był czerwony guzik. SHAMAN z animuszem go nacisnął, nad sceną podniosły się pióropusze sztucznych ogni. Publiczność wiwatowała. Telewizja wyemitowała petersburski koncert (odbył się we wrześniu) w Dniu Jedności Narodowej 4 listopada. Trick z guzikiem zwrócił uwagę nie tylko w Rosji, ale i za granicą.

(...)

Temat broni atomowej od czasu do czasu jest międlony przez uczestników codziennych seansów nienawiści w rosyjskiej telewizji. „Na to jest szczupak, żeby karaś miał się na baczności” – mówi rosyjskie porzekadło, cytowane kiedyś przez Putina. Nuklearny szczupak jest więc regularnie wypuszczany na arenę. Ostatnio Duma Państwowa w trybie iście ekspresowym przepuściła przez swoje posłuszne żarna wypowiedzenie ratyfikacji traktatu o zakazie prób z bronią jądrową, a Putin równie ekspresowo podpisał ten akt. Kilka dni później agencje rozpowszechniły wieść, że nowy okręt podwodny o napędzie atomowym „Cesarz Aleksander III” przeprowadził udaną próbę z balistyczną rakietą „Buława” (...). Szczupak robi swoje, karasie na Zachodzie powinny drżeć.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl


Kościół „Misja Światło Chrystusa” jest niszowym odłamem zielonoświątkowców, przystosowanym do rosyjskich realiów. Na swojej stronie internetowej (...) głosi, że dąży do odrodzenia Rosji poprzez odrodzenie każdego z osobna. Pastor Olga Golikowa zamieszcza swoje interpretacje psalmów i nauki na co dzień i od święta na kanale Youtube lub na kanale własnym Misji. Nie są specjalnie popularne – kazania mają zwykle po kilkanaście tysięcy odsłon. Kilka dni temu pojawiła się tam np. relacja z godzinnego spotkania pani pastor z wiernymi, kazanie miało roboczy tytuł „Tajemnica Bożej broni”. Golikowa opisała moc Stwórcy, używając pojęć militarnych, jak „balistyczna trajektoria Bożych planów”, „duch to naddźwiękowa broń, pokonująca każdą odległość”, „Bóg podarował nam arsenał” itd. (...). Ale prawdziwym hitem mediów społecznościowych stało się nagranie, na którym pani pastor i zgromadzeni wierni śpiewają wzniosłą pieśń „Rosyjska duszo, obudź się”, również naszpikowaną słownictwem militarnym. Podmiot liryczny zawierza Rosję Najwyższemu, zapewnia, że Rosja należy do Jezusa. „Panie, wznosimy się z tego pasa startowego, śmigamy Twymi rakietami balistycznymi, lecimy samolotami naddźwiękowymi, aby wszędzie dotrzeć z przesłaniem, że Rosja należy do Chrystusa”. Uniesione uzbrojonym po zęby natchnieniem wokalistki, towarzyszące kapłance, w bojowych kontrapunktach odgrażają się, że choć cały świat sprzysiągł się przeciwko Rosji, to ona i tak wzniesie się ponad te gnuśne spiski i wytrwa. „My jesteśmy wielcy, jedyni, wybrani”. Wokół sceny kręci się w tym czasie balecik z chorągwiami – większość z nich w barwach narodowych Rosji, niektóre mają dodatkowo napis „Rosja dla Chrystusa”, wśród nich pojawia się też flaga Izraela (...). Nie wiem, czy te pienia obudziły rosyjską duszę, o ile takowa w ogóle istnieje. Golikowa pod koniec występu wpada w trans, ewidentnie nie wystarcza jej terytorium Rosji, choć jest duże – obejmuje swym zamiarem całą planetę. 

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

sobota, 13 stycznia 2024



Newsweek: Jesteś jednym z nielicznych Polaków, którzy mieli możliwość spojrzeć w oczy Putina. Co w nich zobaczyłeś?

Wacław Radziwinowicz: Prawie łzy. Kiedy byłem u niego w pracy na Kremlu wraz z Adamem Michnikiem, zobaczyłem człowieka, który za wszelką cenę stara się przypodobać rozmówcy, zdobyć jego zaufanie i sympatię. Wykombinował sobie, że jak rozmawia z Polakami, to dobrze będzie pochwalić papieża Jana Pawła II — że taki mądry, że wielki Słowianin i przywódca światowy. Ale niedługo potem rozmawiał z mocno lewicującymi katolikami z Włoch i im mówił, jak strasznym konserwatystą jest papież.

Putin, jak rozszyfrował go na samym początku jego kariery Grigorij Jawliński, albo werbuje rozmówcę, albo go prowokuje.

A mój dobry znajomy Władysław Inoziemcew dopełnił obrazu Putina, nazywając go prawdziwym faszystą, ale bez ideologii. On tę ideologię dorabia sobie na bieżąco, w zależności od tego, co mu jest akurat potrzebne.

Czego wtedy, kiedy byliście u niego, potrzebował od nas?

— To był 2002 r., przyjechał do Polski załatwić budowę drugiej nitki Gazociągu Jamalskiego biegnącego przez Polskę do Niemiec. Po to, jak mówią Rosjanie, żeby kręcić Niemcami na rurze gazowej jak na rożnie.

Wtedy na spotkaniu w Oświęcimiu, gdy Aleksander Kwaśniewski nalegał, by Rosjanie zgodzili się upamiętnić polskich oficerów zabitych przez NKWD w Smoleńsku, Putin popatrzył na mapę z aktualnymi granicami państw i spytał: Ale powiedz Aleksander, po co oni tam przyjechali?

— Putin pewnie wtedy grał idiotę. Przecież on był prawą ręką mera Petersburga Anatolija Sobczaka, wybitnego demokratycznego polityka, z pochodzenia Polaka. Nie mógł nie wiedzieć, co to był Katyń.

Potem wiele słów sympatii Putin wygłosił pod naszym adresem jeszcze w 2009 r., gdy przyjechał na Westerplatte. PiS-owcy oskarżali wówczas ministra Radka Sikorskiego, że zdradzał Polskę, bo szukał zbliżenia z Putinem, a było dokładnie na odwrót. To Putin szukał zbliżenia z nami, bo wybuch światowego kryzysu finansowego mocno poturbował Rosję, która ledwo uniknęła kompletnego załamania, a Polska sobie świetnie wtedy radziła. Na Kremlu, jak mówi Dmitri Trenin, mają wagę, a na niej ważą państwa i Polska wtedy bardzo zyskała na wadze. Wszystkie drzwi w Moskwie były otwarte przed Polakami. Nawet sam Putin miał nam znowu udzielić w 2009 r. wywiadu. Odwołał go, po zamachu terrorystycznym w moskiewskim metrze, ale w zamian napisał duży artykuł dla "Gazety Wyborczej", więc w pewnym sensie jest naszym kolegą z łamów.

(...)

Znienawidzony Zachód ratował wówczas Kreml przed bankructwem, zapewniając mu pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

— Niby tak, ale te 4 mld dolarów zniknęły w locie, błyskawicznie rozkradli je Bierezowski i inni oligarchowie i urzędnicy. Ale gdy do władzy przyszedł Putin, to koniunktura na świecie się poprawiła, ropa i gaz zaczęły drożeć i strumień pieniędzy popłynął do budżetu. Zresztą Putin odziedziczył po Jelcynie bardzo dobrą ekipę rządową, która wprowadziła podatek liniowy i zrobiła reformę pieniężną. Kradli – jak mówiło się w Rosji – jak poprzednicy, ale dużo jeszcze zostawało na różne rzeczy. To był olbrzymi skok — średnia płaca wzrosła z 70 dolarów do blisko 1 tys. dolarów w 2013 r. Putin obiecał ludziom, że dogonią Zachód i będą żyć jak Portugalczycy, ale tego nie może osiągnąć. Wie za to, że jego popularność bardzo rośnie w sytuacji wojennej. Przecież on wyrósł w 2000 r. na przywódcę i prezydenta, bo wywołał wojnę czeczeńską, wysadzając wcześniej w ramach prowokacji w powietrze domy w Moskwie. Potem rozpętał wojnę w Gruzji, a najbardziej urósł w siłę, kiedy zajął Krym w 2014 r.

Przy tym wszystkim, on naprawdę uważa się za demokratę. Powiedział, że gdy umarł Ghandi, uznawany za największego demokratę na świecie, to on nie ma z kim rozmawiać…

Ghandi, który bez walki chciał wyzwolić Indie z brytyjskiego kolonializmu, musi przewracać się w grobie.

— Sergiej Kowaliow, nieżyjący już nasz dobry znajomy, obrońca praw człowieka miał formułę na stan wiedzy Putina — on wie to, czego nauczyli go na kursach KGB. Tam, bez wgłębiania się w temat powiedzieli, że Ghandi był wielkim demokratą, bo słuchał ludu i walczył z imperializmem i Putinowi wszystko się zgadza — przecież on też walczy z zachodnim imperializmem i jest święcie przekonany, że jest jedyną skutecznie działającą instytucją demokratyczną na świecie.

Dla niego demokracja to jest jego silna władza, która potrafi rozmawiać z narodem, wie, czego on potrzebuje i twardą ręką to realizuje. Pewnie teraz myśli: Naród chce zwycięstwa w wojnie i odzyskania Ukrainy. Ja to czuję, ja to wiem od swoich socjologów oraz od moich generałów, choć oni czasem bezczelnie mnie oszukują.

Jest przekonany, że potrafi odgadnąć i spełnić marzenia swojego narodu. W przeciwieństwie do prezydentów-mięczaków z Zachodu, którzy tylko myślą, że za dwa-trzy lata będą musieli znowu stanąć do kampanii wyborczej i szukać jakichś sztuczek, by zdobyć te kilkadziesiąt procent głosów w wyborach.

Putin uznaje, że na Zachodzie te sądy, parlamenty, media i inne instytucje demokracji są tylko dekoracjami, za którymi kwitnie korupcja i machlojki. Rosja tego wszystkiego nie potrzebuje, ale ma takie same dekoracje, bo wypada je mieć, ale prawdziwa demokracja to jest on – Putin.

Co Putina takim stworzyło? Miks powszechnej w rosyjskim społeczeństwie kultury kryminalnej, pranie mózgu w KGB i tęsknoty za imperium ZSRR?

— Putina wychowywała ulica i ci, których w Rosji nazywa się autorytetami, czyli ludzie, mający znaczenie i posłuch w świecie kryminalnym. To oni rządzili na podwórkach wielkich rosyjskich miast w latach 50. i 60., gdy po amnestii Berii wypuszczono z lagrów kryminalistów. To do nich Putin się przyznawał. Wychowała mnie ulica — mówił — ja byłem szpana, czyli chuliganeria podwórkowa. Posługiwał się ich językiem i stosował do ich kodeksu postępowania. Zresztą robi to również w polityce zagranicznej, bo jedną z najważniejszych zasad kryminalnych jest podział świata na "pacanów" i "terpiłów". Pierwsi to są mocne chłopaki, nie dają się obrażać, a jak ktoś im grozi, to pierwsi biją w mordę, trzymają się razem i kręcą światem. A "terpiły" znoszą poniżenia, muszą godzić się na kompromisy, a uderzeni, nigdy nie oddadzą.

newsweek.pl


W dekrecie ogłaszającym nominację na komisarza ludowego ds. narodowości w 1917 widniało jeszcze nazwisko Dżugaszwili-Stalin. W momencie wybuchu rewolucji Stalina przyćmiewała nie tylko sława Lenina i Trockiego. Był również w cieniu Zinowiewa, Kamieniewa, Bucharin czy Łunaczarskiego. "Był nieraz wyszydzany przez innych przywódców na szczytach partii bolszewickiej. Nie znał niemieckiego, francuskiego ani angielskiego, nie żył na emigracji. Udawał, że nie ma przyzwoitego wykształcenia, podczas gdy w rzeczywistości je miał, ale cierpiał z tego powodu, ponieważ inni przywódcy i ludzie nieco niżsi rangą mieli tendencję do traktowania go protekcjonalnie" – mówił jego biograf Robert Service. To nie wszystkie jego wady – był raczej miernym mówcą. A dokładniej "szczekającym mówcą". Szczekał jak pies, do końca życia mówił też po rosyjsku z błędami.

Ale miał również wielkie zalety. Był dobrze zorganizowany i bezgranicznie zaangażowany. Był też pracoholikiem. "Trudno być nie oszołomionym liczbą spraw, w których interweniował – pisał w jego biografii Kotkin, porównując ze śpiącym do południa Hitlerem czy hedonistą Mussolinim.

Był też Stalin niebywale ostrożny. Jeden z najciekawszych zapisków na temat młodego Stalina pochodzi z kartoteki carskiej tajnej policji, gdzie podkreślano, że zachowywał się "w bardzo ostrożny sposób, zawsze oglądając się przez ramię, gdy szedł". Ta ostrożność stanowiła jego kolejny wielki atut. "Wiedział, jak zwodzić ludzi. Wiedział, jak czekać na właściwy moment, jakiej formy nacisku użyć, aby nikogo nie spłoszyć. Nigdy nie ujawniał swych prawdziwych intencji. Udawał polityka rozsądnego, umiarkowanego, którego bać się muszą tylko najgorsi wrogowie. To była jego taktyka, zanim na dobre zdobył władzę. Wielu z tych, którzy go wspierali, zaczęło żałować swej decyzji dopiero wtedy, gdy stali się kolejną ofiarą wożda" – opowiadał mi jego biograf Oleg Khlevniuk.

newsweek.pl

Newsweek: Czytając "Dwór czerwonego cara", nieraz zadajemy sobie pytanie: to naprawdę ten potwór, który wymordował miliony?

Simon Sebag Montefiore: Chciałem pokazać Stalina w zupełnie innym świetle. Do 1937 roku, kiedy rozpętał Wielki Terror, nie był wcale postrachem dla ludzi z własnego otoczenia. W rzeczywistości jego "dworzanie" byli z nim zżyci, czuli się ze Stalinem bardzo komfortowo. Tuż przed Wielkim Terrorem, zapraszał ich na obiad, niektórzy zapominali i pojawiali się z dwugodzinnym opóźnieniem. To wręcz nie do pomyślenia – gdyby dziś jakiś prezydent czy premier zaprosili nas na obiad, pojawilibyśmy się na czas. Ale Stalin i jego świta bardzo długo żyli w przyjacielskiej bliskości. Uważany był za zwykłego towarzysza (i to jest zresztą, jak sądzę, jeden z powodów, dla których wielu z nich zostało potem zabitych). Stalin pukał do ich drzwi i mówił: "Czy mogę napić się kawy, chodźmy obejrzeć film.

Patrzymy na niego jak na stuprocentowego potwora. Ale w rzeczywistości bywał wręcz wspaniałomyślny w stosunku do ludzi. Miał spore poczucie humoru i lubił towarzystwo. Chodził do domów swoich "dworzan" i sprawdzał, czy ogrzewanie jest wystarczająco dobre. Nawet czytał ich dzieciom do snu. Była w nim niesamowita dbałość o szczegóły w sprawach, które miały znaczenie dla ludzi. Był genialny w radzeniu sobie z ludźmi, a to ogromny talent.

Oczarował nawet Churchilla czy Roosevelta.

– Sądzę, że czarowi Stalinowi nie sposób było się oprzeć. Praktycznie niemożliwe jest znalezienie kogoś, kto się z nim spotkał, a potem nie doszedł do wniosku, że można z nim jakoś się dogadać.

A jaki był naprawdę?

– Kaganowicz, który był bardzo blisko Stalina, powiedział, że było 5 czy 6 Stalinów. Chruszczow, że mógł grać wiele ról i każda z nich była prawdziwa. Bywał subtelnym człowiekiem książek, ale też kompletnym bandytą i chamem, który nie miał żadnego szacunku dla ludzkiego życia. W najlepszym razie uważał czyjeś życie za użyteczne, a w najgorszym razie uważał życie milionów ludzi za zbędne...

Lubił mordować?

– Miał obsesję na punkcie egzekucji. I chociaż sam nigdy nie uczestniczył w rozstrzeliwaniach czy torturach, zawsze pytał, jak skazani reagowali w tym najważniejszym momencie.

Pod sam koniec życia, gdy już miał kłopoty z pamięcią, prowadził kampanię przeciwko własnym lekarzom żydowskiego pochodzenia. Kiedy medycy powiedzieli mu, że nie może tyle pracować, bo ma ciężką miażdżycę, kazał ich aresztować. Uznał to za próbę zamachu stanu. To było zgodne z jego logiką: bo jeśli będzie mniej pracować, mogą odebrać mu władzę...

Uwielbiał przeprowadzać czystki, kampanię terroru. Nigdy nie był szczęśliwszy, gdy zarządzał nową intrygą wymierzoną we "wrogów ludu".

– Było w nim mnóstwo nieufności i ostrożności. Na wszelki wypadek zawsze uderzał pierwszy w każdego, kto jego zdaniem mu zagrażał. A jednak dał się oszukać Hitlerowi i przez chwilę wydawało się, że utraci władzę, a ZSRR zostanie podbity.

Skąd tak wielka pomyłka Stalina?

– Jednemu ze swoich popleczników wyznał kiedyś, że jego wielkim błędem było myślenie, że Hitler jest niemal taki jak on sam – ostrożnym mężem stanu. Tymczasem Hitler był hazardzistą gotowym wszystko postawić na jedną kartę. Stalin myślał, że Hitler go nie zaatakuje wcale. A jeśli zaatakuje, to znacznie później.

W swojej bibliotece miał mnóstwo książek na temat historii Niemiec w XIX wieku – o Prusach czy Bismarcku. Było dla niego nie do pomyślenia, że można popełnić tak fatalny błąd, prowadząc wojnę na dwa fronty z Zachodem i Rosją. Po co Niemcy miałyby atakować? Skoro z góry było jasne, że utkną w bezkresnej Rosji.

Podkreśla pan, że brak mu było tego, co zwykle uważamy za charyzmę.

– Był świetny w manipulowaniu ludźmi, ale zdobył władzę jako antycharyzmatyczny przywódca. Przed śmiercią Lenin próbował zniszczyć obu swoich oczywistych następców, Trockiego i Stalina. Nic w tym dziwnego – jak każdy dyktator nie mógł sobie wyobrazić świata bez siebie. Ale ktoś musiał go zastąpić. Trocki był błyskotliwym mówcą. Ale prawie nikt mu nie ufał, bo był wyniosły, bardzo nierosyjski i uważał się za zbawcę. Stalin był znacznie lepszym politykiem – nie popisywał się, potrafił zdobyć zwolenników, ludzie mu ufali, potrafił budować machinę polityczną. Bardzo łatwo pozbył się Trockiego.

Czym był dla niego marksizm?

– Był bardzo praktycznym politykiem, ale był też marksistą od wczesnych lat i nigdy nie przestał w to wierzyć. Jego władza zawsze miała jakiś cel, a tym celem było zwycięstwo rewolucji marksistowskiej. Myślał w sposób imperialny, ale nie kłóciło się to z jego marksizmem. Tworzył co prawda tradycyjne rosyjskie imperium, ale robił to dla komunistycznej rewolucji. Aby uczynić ją bezpieczniejszą.

Romanowowie myśleli o władzy w kategoriach dynastii. Stalinowi nie przyszłoby to do głowy. Jego pierwszy syn Jakow popełnił samobójstwo w niewoli, gdy Stalin nie chciał go wymienić na niemieckich jeńców. Drugiego syna – Wasilija – rozpieszczał, a jednocześnie ostentacyjnie nim gardził.

– Wasilij był typowym synem dyktatora. W połowie kompletnie zastraszony, nieradzący sobie z własnym pochodzeniem. A w drugiej połowie mały tyran zastraszający innych.

Wasilij nieustanie pił. Miotał się i żądał spełnienia swoich wszystkich zachcianek, powołując się na nazwisko. "Jestem Stalin, jestem Wasilij Stalin, musicie to zrobić" – pisał. Aż w końcu zainterweniował jego ojciec. Zbeształ Wasilija: "Nie jesteś Stalinem. Stalin to władza radziecka. Stalin jest tym, co piszą w gazetach. Stalin to wyobrażenie Związku Radzieckiego. Nawet ja nie jestem Stalinem". To bardzo interesujące – pokazuje, do jakiego stopnia Stalin wierzył w mistycyzm władzy.

A jak postrzegał samego siebie? Za kogo się uważał?

– Za marksistowskiego dyktatora i rosyjskiego cara. Przewidział, że Rosjanie wybaczą mu masowe morderstwa, jeśli docenią jego motywacje – pokonanie hitlerowskich najeźdźców, stworzenie mocarstwa (co zresztą potwierdzają dzisiejsze oceny Stalina w Rosji). Mówił "dworzanom: "Wspaniałą rzeczą w radzieckim modelu rządów jest to, że załatwiamy sprawy szybko – przelewając krew". A Eisensteinowi, gdy ten kręcił biografię Iwana Groźnego, nakazał: "Musisz wyjaśnić, dlaczego Iwan musiał być okrutny". Uważał (podobnie jak dziś Putin), że autokracja wsparta przymusem jest najlepszym sposobem rządzenia Rosją.

Uwielbiał wodzić fajką po swoim imperium na mapach: "No, nie poszło nam tak źle". Kiedy ambasador USA Averell Harriman pochwalił go za zajęcie Berlina w 1945 roku, odpowiedział: "Tak, ale Aleksander I dotarł do Paryża".

Czuł się absolutnie wyjątkowy. Uwielbiał oglądać westerny z Johnem Wayne'em w roli głównej, ponieważ dokładnie tak widział siebie: jako kowboja, zawsze samotnego, bez rodziny, obarczonego misją, i dlatego spędził powojenne lata, oglądając western za westernem, kierując ZSRR ze swojego prywatnego kina na Kremlu.

Ten wszechpotężny człowiek swoje ostatnie chwile spędził, leżąc we własnej urynie.

– 28 lutego 1953 r. odbyło się spotkanie u czerwonego cara. Bardzo dużo pito, Stalin wypytywał, czy lekarze, których oskarżono o zdradę, przyznali się już, że są członkami syjonistycznego spisku. Wszystko skończyło się nad ranem. "Dworzanie" czekali na wieści od Stalina, ale tym razem się nie odezwał. Nie wiedzieli, że doznał udaru. Był przytomny, ale leżał w piżamie w kałuży własnego moczu i nie mógł się ruszyć. Ochroniarze przenieśli go na sofę. Zadzwonili do Berii, Chruszczowa i Malenkowa, mówiąc, że Stalin jest chory i trzeba wezwać doktora. Ale tamci bali się przyjść i w rezultacie spędził 12 godzin we własnym moczu. Gdy w końcu przyszli, długo kłócili się, kto ma wejść pierwszy. Malenkow był tak przerażony, że na wszelki wypadek zdjął buty, żeby nie robić hałasu. Postanowili czekać do rana. I dopiero wtedy wezwali lekarza, który postawił diagnozę.

Kiedy Stalin zamknął oczy, Beria myślał, że nie żyje, i powiedział: "Umieraj, ty odrażający starcze". Ale nagle powieki Stalina poruszyły się i Beria rzucił się na kolana. Całował jego rękę, mówił: "Towarzyszu Stalin, tęsknimy za waszym powrotem. Wrócicie, będziecie nam przewodzić". Tym zachowaniem przeraził pozostałych. I ściągnął na siebie wyrok śmierci.

newsweek.pl

piątek, 12 stycznia 2024



Krynki to jedyna miejscowość na południowym brzegu Dniepru kontrolowana przez Ukrainę. Walczący tam ukraińscy żołnierze są jednak wspierani z wielu kierunków przez artylerię oraz drony. Krynki staja się dla rosyjskich żołnierzy strefą śmierci.

Rosjanie nie rozumieją, że wpadają w jedną z najbardziej śmiercionośnych pułapek całej wojny. Ukraińska armia wzniosła nieprzeniknioną tarczę ochronną wokół swoich dzielnych żołnierzy walczących na południowym brzegu Dniepru.

Od października 2023 r. Rosja próbuje wszelkimi sposobami odbić Krynki, najważniejszy ukraiński przyczółek w okupowanej przez Rosjan części obwodu chersońskiego.

Kreml, zupełnie nie zważając na straty we własnej armii, wysyła kolejne kolumny czołgów, które nieustannie nacierają na całkowicie zniszczoną wioskę. Ukraińscy żołnierze nie utrzymują w Krynkach nawet jednego km kw. terenu.

Jednak Siły Zbrojne Ukrainy, dzięki skutecznemu zastosowaniu dronów kamikadze, zachodniej precyzyjnej artylerii oraz sprzętu do wojny elektronicznej sprawiają, że kolejne fale rosyjskich ataków od prawie trzech miesięcy rozbijają się o obronę małego garnizonu. W wyniku tych starć rosyjskie siły ponoszą druzgocące straty.

Rosjanie podczas nieudanej próby przejęcia Krynek stracili do tej pory co najmniej 153 systemy uzbrojenia.

Straty Rosji, według ekspertów, obejmują 19 czołgów bojowych, 58 transporterów opancerzonych, 35 ciężarówek wojskowych, dwanaście wyrzutni rakiet i sześć dział samobieżnych.

Siły Zbrojne Ukrainy straciły z kolei 31 sztuki broni ciężkiej. W większości były to systemy artyleryjskie. Kijów stracił 16 sztuk tego uzbrojenia.

W Krynkach Kreml stoi przed trudnym dylematem.

Jeśli wycofa swoje wojska i opuści wioskę, ukraińska armia przeniesie ciężki sprzęt przez Dniepr na południowy brzeg i znajdzie się zaledwie 70 km na północ od Krymu. Szybkie natarcie z użyciem pojazdów bojowych i czołgów mogłoby w teorii doprowadzić do odcięcia półwyspu Krymskiego od zaopatrzenia z terenu Rosji.

Jeśli Rosjanie nadal będą próbowali wyprzeć kilkudziesięciu ukraińskich żołnierzy z Krynek, będą musieli wchodzić głębiej w ukraiński pierścień obronny złożony z artylerii wspomaganej dronami. W ten sposób każdego dnia będą tracili pojazdy opancerzone oraz żołnierzy.

Dla Ukrainy jest to taktycznie korzystna sytuacja, z której Kijów nie zrezygnuje w najbliższym czasie — nawet jeśli walka będzie kosztować ukraińską armię duże straty.

onet.pl/BILD


Badacze przeanalizowali dane dotyczące importu do Rosji 2797 części wykorzystywanych do produkcji rosyjskiej broni, m.in. czujników, mikroczipów i systemów nawigacyjnych.

Wśród nich są zwłaszcza elementy produkowane przez amerykańskie firmy Intel, Analog Devices, AMD i Texas Instruments. Jeśli chodzi o narzędzia kierowane cyfrowo, prowadzi natomiast niemiecki Siemens.

Analitycy podkreślają, że większość części służących do produkcji broni jest wytwarzana w fabrykach tych firm w krajach trzecich, np. w Chinach, dzięki czemu Rosjanom łatwiej jest obejść sankcje.

20 proc. importowanych części produkowanych jest w krajach Zachodu, ale trafiają one do Rosji przez pośredników w Chinach, Hongkongu, Turcji czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Część jest wysyłana bezpośrednio do Rosji dzięki nieodpowiedniej kontroli eksportu lub manipulacji w dokumentach celnych.

W raporcie, o którym pisze w czwartek portal Ekonomiczna Prawda, zauważono też, że dostawy do Rosji części służących do produkcji broni niemal się nie obniżyły. W ciągu 9 miesięcy 2023 r. wwieziono ich tylko o 9,1 proc. mniej niż w analogicznym okresie roku 2022.

PAP

Wprawdzie Chiny nigdy nie sprawowały władzy nad Tajwanem, ale twierdzą, że rządzona demokratycznie wyspa jest częścią ich terytorium i nie wykluczają możliwości przejęcia jej siłą. Obecnie wszelkimi możliwymi środkami starają się wpłynąć na decyzję 23 mln wyborców, by doprowadzić do wyboru przynajmniej prochińskiego parlamentu. Pekin określił sobotnie głosowanie jako wybór między "wojną a pokojem".

- Jest to narracja Pekinu, który chciałby, aby wybory na Tajwanie wygrała opozycyjna Partia Narodowa (Kuomintang), w której nie brakuje ludzi opowiadających się w przeszłości za zjednoczeniem z Chińską Republiką Ludową. Jednak w rzeczywistości politykę wobec wyspy dyktują dynamika wewnętrzna (potrzeba odciągania uwagi od problemów gospodarczych) i relacje międzynarodowe ChRL, przede wszystkim z USA. Jeżeli Komunistyczna Partia Chin (KPCh) uzna, że może zając wyspę, ponosząc minimalne koszty międzynarodowe, a jej armia osiągnie takie zdolności, to nie będzie miało znaczenia, kto rządzi w danym momencie na Tajwanie - stwierdził dr Michał Bogusz, analityk w Zespole Chińskim Ośrodka Studiów Wschodnich w komentarzu dla portalu PolskieRadio24.pl.

Dr Bogusz dopytywany, czy groźby Chin mogą przerodzić się w pełnowymiarowy konflikt militarny, ocenił, iż "jeżeli Pekin uzna, że może działać i zobaczy możliwość, to podejmie wszelkie działania, które będą w jego dyspozycji, aby zdestabilizować Tajwan i go przejąć". - Wbrew pozorom strona tajwańska nie ma na to wpływu, poza oczywiście takim zabezpieczeniem się wewnętrznie, żeby uniemożliwić lub chociaż utrudnić tego typu ingerencje z Chin. Jedynym aktem ze strony Tajpej, który zmusiłby Pekin do działania, byłoby ogłoszenie zmiany nazwy państwa z Republika Chińska na Republika Tajwańska, co by oznaczało jednoznacznie zerwanie możliwości zjednoczenia w przyszłości - zauważył. - Lecz większość Tajwańczyków, chociaż nie jest zainteresowana zjednoczeniem, to w obawie o wojnę jest za zachowaniem status quo i nie ma poważnych sił politycznych na wyspie, które opowiadałyby się za takim krokiem. Jest to tylko element narracji politycznej KPCh i to kreowanej na potrzeby mobilizacji wewnętrznej w ChRL - dodał dr Bogusz.

(...)

Kampania wyborcza jest idealnym momentem do podjęcia prób podziału społeczeństwa. Ścierające się opinie, chęć wyróżnienia się może być wykorzystana do pogłębienia polaryzacji. - Głównym celem chińskich działań w tajwańskiej przestrzeni informacyjnej jest osłabienie wiarygodności instytucji demokratycznych na Tajwanie - ocenił w komentarzu dla portalu PolskieRadio24.pl Marcin Jerzewski, dyrektor tajwańskiego oddziału think tanku European Values Center.

- Bezpieczeństwo żywności jest jednym z tematów, który na Tajwanie jest bardzo upolityczniony i zarazem budzi żywe emocji, ponieważ jest bliski życiu codziennemu wielu mieszkańców tego wyspiarskiego kraju. Przed sobotnimi wyborami przyjazne Chinom media rozpowszechniały nieprawdziwą informację, że tajwańska wieprzowina zawiera niebezpieczne poziomy raktopaminy - kontrowersyjnego dodatku do pasz trzody chlewnej. To właśnie obecnie rządząca Demokratyczna Partia Postępowa, po referendum w 2021 r., otworzyła tajwański rynek na import zawierającej raktopaminę amerykańskiej wieprzowiny - przypomniał Jerzewski. Dodał, że fałszywe narracje o bezpieczeństwie żywności mają na celu zbudowanie poczucia, że sceptycznie nastawiona do Chin partia rządzącą nie jest w stanie zapewnić swoim obywatelom bezpieczeństwa.

Ingerencja Chin w przestrzeń informacyjną Tajwanu jest widoczna od dawna. Zarówno w mediach tradycyjnych, jak i społecznościowych zauważono kampanie dezinformacyjne wykorzystujące istniejące napięcia, kwestionowanie kompetencji kandydatów oraz podważanie legitymacji i skuteczności lokalnych polityków. Najintensywniejsze rozprzestrzenianie się informacji zaobserwowano wśród użytkowników chińskiej aplikacji TikTok.

- Wraz z rozwojem technologii, w tym sztucznej inteligencji, Chiny w swoich kampaniach dezinformacyjnych coraz częściej posługują się manipulacją audiowizualną, czyli tzw. deepfake’ami i cheap fake’ami - zauważył Jerzewski, podając przykład niedawnych działań Pekinu. - W listopadzie w tajwańskim internecie pojawiło się deepfake’owe wideo sugerujące, że kandydat Demokratycznej Partii Postępowej William Lai wypowiedział się pochlebnie o możliwej koalicji między jego konkurentami, Hou You-ih z Chińskiej Partii Nacjonalistycznej i Ko Wen-je z Tajwańskiej Partii Ludowej - dodał dyrektor tajwańskiego oddziału think tanku European Values Center.

polskieradio24.pl

czwartek, 11 stycznia 2024



Stany Zjednoczone — wiedząc o rosyjskim zamiarze wyeliminowania Wołodymyra Zełenskiego i sądząc, że ukraińska armia nie przetrwa długo — dostarczyły do Kijowa tylko 90 pocisków przeciwpancernych Javelin. — Częściowo dlatego, że Ukraińcy nie podzielili się z nami informacjami o swoich przygotowaniach i planach, a te, którymi się podzielili, miały charakter wojskowej dezinformacji — tłumaczył później Trofimowowi jeden z urzędników Pentagonu.

Dziennikarz uważa, że Waszyngton i jego sojusznicy przez długi czas nie dostarczali Ukrainie ciężkiej broni, a kiedy zdecydowali się to zrobić, działali bardzo powoli. Z tego powodu Kijów nie otrzymał zachodniego wsparcia wojskowego w czasie, gdy mogło odegrać ono decydującą rolę w konflikcie — a więc w 2022 r.

W tym czasie armia rosyjska uległa zdemoralizowaniu, straciła znaczną część wojsk i sprzętu przygotowanego do inwazji i zaczynała się wycofywać. W drugim roku wojny – zdaniem Trofimowa – było już za późno: Rosja zdążyła się zmobilizować, wzmocniła obronę na okupowanych terytoriach i przestawiła swoją gospodarkę na tryb wojny.

W lipcu 2022 r. Jarosław Trofimow spotkał się z Wołodymyrem Zełenskim. Ukraiński prezydent nie ukrywał swojej złości wywołanej powolnym tempem działań Waszyngtonu. Do tego czasu Rosja zdążyła już użyć w Ukrainie każdego rodzaju broni, z wyjątkiem bomby atomowej. USA nadal poważnie traktowały jednak groźby nuklearne Moskwy. Interesy Stanów Zjednoczonych i Ukrainy pokrywały się w 85 proc., ale – jak wyjaśnił Jarosławowi Trofimowowi inny urzędnik Pentagonu – pozostałe 15 proc. było "bardzo ważne".

Stwierdził, że Ukraińcy walczą o przetrwanie, ale Stany Zjednoczone mają szczególny obowiązek zrobić wszystko, by uniknąć wojny nuklearnej, która na zawsze zakończyłaby życie na Ziemi.

Ukraińskie, amerykańskie i brytyjskie siły zbrojne opracowywały plan ofensywy. Wołodymyr Zełenski i gen. Wałerij Załużny — szef Sił Zbrojnych Kijowa — nalegali na przeprowadzenie operacji w regionie Zaporoża — w ten sposób chcieli dotrzeć do Morza Azowskiego i przeciąć korytarz lądowy na Krym, który zaopatruje rosyjską armię — w tamtym czasie rozmieściła ona w Ukrainie około 100 tys. żołnierzy. Głównodowodzący miał poprosić USA o 90 dodatkowych haubic i odpowiednią ilość amunicji.

Amerykanie uważali jednak, że Siły Zbrojne Ukrainy nie mają wystarczającej liczby żołnierzy wyszkolonych do przeprowadzenia operacji na tak dużą skalę i nalegali na wyzwolenie Chersonia.

Kiedy we wrześniu 2022 r. ukraińskie wojska zaczęły wyzwalać obwód charkowski, Putin ogłosił mobilizację, zorganizował fałszywe referenda w sprawie włączenia czterech okupowanych obwodów do Rosji i ponownie ostrzegł, że może użyć broni jądrowej, jeśli integralność terytorialna jego kraju zostanie zagrożona. — To nie jest blef — oświadczył rosyjski prezydent.

Ukraińcy nie dali się nabrać na prowokację i kontynuowali ofensywę, a później wyzwolili Chersoń. W Waszyngtonie jednak — jak pisze Jarosław Trofimow — strach przed konfliktem nuklearnym sięgnął zenitu. Według szacunków amerykańskiego wywiadu Putin mógłby rozważyć możliwość ataku nuklearnego w trzech przypadkach:
  • w wyniku poważnego ataku na samą Rosję, zwłaszcza z udziałem NATO;
  • w przypadku pojawienia się ryzyka utraty Krymu;
  • na skutek ukraińskiego zwycięstwa na polu bitwy, które — według urzędnika Pentagonu — doprowadziłoby do "całkowitego pokonania rosyjskiej armii do tego stopnia, że państwo rosyjskie poczułoby, że jego istnienie jest zagrożone".
Jake Sullivan, doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego, ujawnił nawet, że Waszyngton prywatnie ostrzegł Moskwę przed "katastrofalnymi konsekwencjami użycia broni jądrowej w Ukrainie".

Pod koniec listopada 2022 r. kontrofensywa ukraińskich sił zbrojnych zaczęła tracić impet — Jarosław Trofimow uważa, że częściowo z powodu braku nowych dostaw pocisków artyleryjskich oraz udzielonej przez USA i sojuszników odmowy dostarczenia zachodnich czołgów i pojazdów opancerzonych.

W tym samym czasie gen. Siergiej Surowikin, nowy rosyjski dowódca w Ukrainie, rozpoczął budowę obronnych fortyfikacji, a do armii Kremla dołączyło 300 tys. zmobilizowanych Rosjan.

W 2023 r. Ukraina rozpoczęła nową kontrofensywę, tym razem wspieraną już przez zachodni sprzęt, ale ukraińskim żołnierzom nie udało się przełamać oporu rosyjskich jednostek.

onet.pl


Wyjątkowy odpływ BIZ widoczny w danych banku centralnego za trzeci kwartał 2023 r. należy więc łączyć głównie z niższym niż w gospodarkach rozwiniętych poziomem stóp procentowych w Chinach. Ponadto obserwujemy obecnie spadek inwestycji spowodowany wstrzymaniem związanych z nimi procesów w obliczu pandemii koronawirusa i realizowanej przez Pekin strategii „zero COVID”. W mozaice danych makroekonomicznych i w posunięciach poszczególnych firm widać jednak również zalążek ważniejszych procesów długookresowych, wynikających przede wszystkim z kalkulacji biznesowych: prób dywersyfikacji działalności oraz ograniczania zależności od Chin.

W ostatnich latach kwestia bezpieczeństwa prowadzenia biznesu zyskała na znaczeniu względem tradycyjnie kluczowej w procesach globalizacji logiki redukcji kosztów. Pandemia COVID-19 i reakcja Zachodu na pełnoskalową inwazję Rosji na Ukrainę jasno pokazały, jak istotne są dywersyfikacja i odporność łańcuchów dostaw. Przekonanie to wzmacniają rosnące obawy przed skutkami eskalacji konfliktu w Cieśninie Tajwańskiej oraz konsekwencjami rywalizacji między Waszyngtonem a Pekinem. Co czwarta amerykańska firma ankietowana przez US-China Business Council jako przyczynę redukcji bądź wstrzymania swoich inwestycji w ChRL w 2022 r. wskazała „wzrost kosztów lub niepewności wynikający z napięć między USA a Chinami”.

Ponadto zmianie uległ również bilans potencjalnych kosztów i zysków z działalności w ChRL. Jej gospodarka znajduje się na ścieżce strukturalnego spowolnienia, a konkurencja o rynek zbytu rośnie. Xi Jinping zredefiniował priorytety chińskich władz: nadrzędnym celem jest zapewnienie wieloaspektowego bezpieczeństwa narodowego, w tym ekonomicznego. Tymczasem jako główne zagrożenie postrzegany jest Zachód, na czele z USA. Widać to nie tylko w sferze werbalnej, lecz także w konkretnych działaniach psujących klimat inwestycyjny w ChRL. W imię bezpieczeństwa narodowego Pekin ograniczył transfer danych za granicę oraz zredukował dostęp potencjalnych inwestorów do informacji, m.in. poprzez wszczęcie dochodzeń w sprawie działalności zagranicznych firm konsultingowych, odcięcie od baz danych korporacyjnych i makroekonomicznych oraz cenzurowanie negatywnych analiz gospodarczych. Formalnie poszerzył też dostęp państwowych służb do danych wewnętrznych firm. Kolejne urzędy i spółki państwowe zakazują zatrudnionym przynoszenia do pracy iPhone’ów oraz innych zagranicznych urządzeń elektronicznych. Władze ograniczają także możliwość wjazdu aut marki Tesla do niektórych stref, np. tam, dokąd akurat podróżuje Xi Jinping.

Z perspektywy biznesu zasadniczymi problemami są szeroki zakres i nieprecyzyjność przepisów. W połączeniu z powszechną praktyką arbitralnego egzekwowania prawa oraz wykorzystywania zależności gospodarczych w celach politycznych dodatkowo pogłębia to niepewność i ryzyko prowadzenia działalności w ChRL, szczególnie w obliczu zaostrzającej się rywalizacji na linii Waszyngton–Pekin. Podobnie negatywnie na nastawienie inwestorów wpływają zaskakujące doniesienia o zainicjowaniu śledztw w sprawie kluczowego partnera Apple’a – tajwańskiej firmy Foxconn, aresztowania i zniknięcia wysoko postawionych biznesmenów, zakazy opuszczania kraju przez osoby luźno powiązane z podejrzanymi o popełnienie przestępstw, kampanie antyszpiegowskie zachęcające obywateli do raportowania władzom „podejrzanej” działalności obcokrajowców, zakładanie komórek partyjnych w prywatnych firmach, nasilający się nacjonalizm, zamykanie kont komentatorów ekonomicznych w mediach społecznościowych czy wzmożona aktywność medialna Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W takiej sytuacji coraz większym wyzwaniem staje się znalezienie kompetentnych osób chętnych do pracy w zagranicznych firmach działających w ChRL – zarówno obcokrajowców, jak i miejscowych.

Przedsiębiorstwa zagraniczne nie były co prawda głównym obiektem kilku dużych kampanii prowadzonych przez chińskie władze w ostatnich latach – skierowanej przeciw sektorowi technologii konsumenckich, antykorupcyjnej czy związanej ze strategią „zero COVID”. Silnie jednak odczuły ich efekt oraz zdały sobie sprawę z rosnącej, arbitralnej i często nieprzewidywalnej ingerencji partii w działalność sektora prywatnego, który ma w większym stopniu realizować cele postawione przez Pekin, a w mniejszym koncentrować się na podnoszeniu dochodowości. Rekordowy odsetek uczestników ubiegłorocznej ankiety Europejskiej Izby Handlowej w Chinach – wynoszący aż 64% – ocenił, że prowadzenie biznesu w tym kraju stało się w minionym roku trudniejsze.

Z powodu problemów finansowych władz lokalnych, wywołanych kryzysem na rynku nieruchomości oraz pandemią COVID-19, potencjalni inwestorzy nie mogą już też liczyć na tak silne zachęty jak kiedyś, gdy powszechnie oferowano im szczodre subsydia, tanią ziemię i zwolnienia podatkowe. Oczywiście w ostatnich dekadach drastycznie wzrosły również koszty pracy w ChRL.

Powyższe czynniki nie zniechęcają wszystkich potencjalnych inwestorów. Chiny wciąż mają im wiele do zaoferowania: bardzo duży rynek zbytu, rozbudowane sieci dostawców i podwykonawców, spore grono dobrze wyszkolonych, zdeterminowanych, elastycznych i relatywnie tanich pracowników, światowej klasy infrastrukturę, stosunkowo niewysokie ceny energii, słabą walutę, warunki zapewniające dynamiczny proces produkcyjny, dość niskie obciążenia podatkowe i luźne standardy rachunkowe oraz tolerowanie przez władze nadużyć pracodawców względem pracowników.

W obliczu rosnącej konkurencji rynkowej, zmiany nastawienia Pekinu wobec gospodarki i biznesu oraz zaostrzającej się rywalizacji władz ChRL z Zachodem nowe inwestycje zagraniczne mają charakter bardziej defensywny – służą ochronie dotychczasowych nakładów, nie tylko kapitału finansowego, lecz także ludzkiego: wiedzy i doświadczenia pracowników, know-how organizacji, sieci powiązań etc. Firmy starają się umocnić obecność w Chinach i wyizolować miejscowe operacje od pozostałej części działalności globalnej, realizując strategię „w Chinach dla Chin”. Ich celem jest produkcja towarów przeznaczonych do sprzedaży w ChRL, aby zabezpieczyć się przed potencjalną utratą dostępu do chińskiego rynku bądź wzrostem kosztów sprzedaży w wyniku zastosowania narzędzi protekcjonistycznych przez Pekin lub Waszyngton czy Brukselę. Takie rozwiązanie wybierają głównie duże przedsiębiorstwa, o relatywnie silnej pozycji na tamtejszym rynku.

Wśród nich wyróżniają się koncerny niemieckie z sektora motoryzacyjnego. Prezes Mercedes-Benz stwierdził, że spółka prowadzi proces de-riskingu poprzez zwiększanie, a nie zmniejszanie obecności w Chinach. Volkswagen w minionym roku zapowiedział inwestycje w ChRL o wartości blisko 5 mld dolarów. Producenci samochodów uzasadniają te posunięcia chęcią utrzymania konkurencyjności w obliczu chińskiej ekspansji w obszarze elektromobilności. Postawienie na rozwój na tamtejszym rynku ułatwi im dogonienie konkurencji oraz ograniczy negatywny wpływ potencjalnych zakłóceń (karnych ceł czy innych sankcji) w międzynarodowym przepływie komponentów i gotowych produktów, zwłaszcza jeśli powiodą się próby odizolowania miejscowej działalności koncernu od reszty jego aktywności. Narazi to jednak tamtejszy oddział firmy na przejęcie przez Chińczyków w razie wyraźnego zaostrzenia konfliktu politycznego na linii Pekin–Berlin, np. w konsekwencji ataku na Tajwan.

Opisany trend starają się wesprzeć miejscowe władze. Na poziomie lokalnym inwestycje zagraniczne mają obecnie niebagatelne znaczenie ze względu na zły stan finansów publicznych oraz rachityczny wzrost gospodarczy. Z kolei władze centralne na pierwszy plan wysuwają kwestię bezpieczeństwa, ale muszą się liczyć z konsekwencjami odpływu kapitału oraz negatywnego obrazu stanu i perspektyw gospodarki, a w związku z tym również rządów partii komunistycznej. Pekin wciąż zabiega także o przyciąganie inwestycji gwarantujących przepływ wiedzy i technologii, m.in. w sektorach zaawansowanej produkcji czy biomedycyny, niezbędnych do ograniczenia zależności od dostaw z zagranicy. Stara się też pozyskać kolejnych sprzymierzeńców, którzy wspieraliby jego interesy w Waszyngtonie, m.in. przedstawicieli sektora finansowego, mających wpływy polityczne w USA i stanowiących istotną część amerykańskiej gospodarki. W sierpniu władze ogłosiły 24-punktowy plan mający na celu przyciągnięcie inwestycji oraz poprawę klimatu biznesowego, a w kolejnych miesiącach powtarzały zapewnienia o wyjściu naprzeciw potrzebom przedsiębiorców. W obliczu fali zastrzeżeń ze strony zagranicznych inwestorów we wrześniu przedstawiły zaś projekt rozluźnienia regulacji dotyczących ograniczenia międzynarodowego przepływu danych. Oficjele, na czele z Xi Jinpingiem, regularnie spotykają się z przedstawicielami biznesu, m.in. prezesem Apple’a Timem Cookiem czy założycielem Microsoftu Billem Gatesem.

Chiny odgrywają centralną rolę w globalnych łańcuchach dostaw i zmiana tego stanu rzeczy w krótkim terminie nie jest możliwa. Żadne inne państwo nie zapewnia inwestorom takich warunków do zwiększania produkcji: dostępu do zasobów siły roboczej, infrastruktury czy sieci dostawców oraz tak dużego rynku zbytu. Biznes, nie lekceważąc sygnałów ostrzegawczych, coraz częściej decyduje się więc na strategię „Chiny+1”: nie rezygnuje z funkcjonowania w ChRL, lecz równocześnie podejmuje próby dywersyfikacji poprzez tworzenie niezależnych łańcuchów dostaw w innych państwach. Jest to jednak proces kosztowny i czasochłonny.

osw.waw.pl


"Między parodią a skandalem" - tak zatytułowany jest komentarz w dzienniku "Sueddeutsche Zeitung". "Oczywiście wszystko to jest wielką prowokacją: prezydent zaprasza na wydarzenie w swojej rezydencji dwóch skazanych. Obaj politycy PiS, poszukiwani listami gończymi, deklarują jeszcze przed kamerami telewizyjnymi, że chcą zostać u prezydenta‚ aż zło przegra'. Pozwolili, by do tego doszło. Mogli też pójść na najbliższy komisariat i stawić czoła prawomocnemu wyrokowi. Ale to nie nadaje się na wielką opowieść spiskową" - komentuje Viktoria Grossmann w "SZ".

Policja nie zawahała się, a prezydent Andrzej Duda udaje oburzonego i obrażonego, bo jego ułaskawienie sprzed lat już się nie liczy. PiS buduje teraz mit prześladowanej politycznie partii, uciskanej przez tyrana Tuska - czytamy.

Z perspektywy PiS demokracja, praworządne państwo z podziałem władzy i niezależnymi instytucjami jest przeciwnikiem tych, którzy wierzą, że są ponad prawem, a ludzie PiS dziwią się teraz, że sądownictwo wciąż funkcjonuje tak dobrze i może być dla nich niebezpieczne - komentuje autorka. Jak stwierdza dziennikarka, czwartkowa demonstracja zwolenników PiS pokaże, ilu ludzi partia ta potrafi zmobilizować i czy będą tylko wykrzykiwać brutalne rzeczy, czy też je robić. A wtedy okaże się, czy to, co robi PiS, zapisze się w pamięci jako parodia czy zagrażający państwu skandal - komentuje "SZ".

gazeta.pl