poniedziałek, 8 stycznia 2024



Poranek był daleki od tego, by nazwać go pięknym. Ale po raz pierwszy od wielu dni tłuste od smogu niebo nie spływało prosto na głowę.

Lekki mróz ściął błoto na polnych drogach, a wiatr przegnał nisko zawieszone chmury i nawet gdzieniegdzie odsłonił trochę słońca.

Wyżyna Bachmucko-Torecka przedstawiała sobą typowy donbaski krajobraz: monotonnie ciągnące się pagórki, znad których nienaturalnie i gwałtownie wyrastały czarne hałdy. Równie potężne, jak ponure.

Rostysław jeszcze kręcił się na pryczy w ziemiance, schowanej za rzadką linią drzew, z części których zostały już tylko osmalone kikuty. Dryfując między snem a rzeczywistością próbował przywołać w pamięci najdroższe obrazy: piękna żona, uśmiechnięta buzia synka, skąpane w delikatnym słońcu mieszkanie pod Lwowem.

Myśl o domu rozlała się ciepłem po ciele, krążyła w żyłach. Nagle wróciła świadomość. Podstępem podsunęła wątpliwość: dlaczego własna rodzina wygląda jak w folderze reklamowym?

Prawie dwa lata na froncie. 15 dni urlopu w domu. Obraz najbliższych stał się tak wyidealizowany i odległy, że aż irytujący.

Rostysław otworzył oczy. W nozdrza uderzył zapach wilgotnej ziemi. Gdzieś pod pryczą popiskiwały myszy. Na zewnątrz spadały pociski.

Ciepło znikło. Wróciły ociężałość i zmęczenie. Uczucia, które każdy na froncie zna aż nazbyt dobrze.

- Tak się składa, że mamy w Ukrainie dużą niesprawiedliwość – mówi Mychajło.

Dowódca baterii artylerii przeciwlotniczej 80. Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej ma 24 lata, ale wygląda na co najmniej dziesięć więcej. Cerę ma bladą, oczy zmęczone. Ale spojrzenie niespokojne, wyostrzone i ciągle czuwające.

Siedzimy na pryczy w ziemiance schowanej za rzadką linią drzew i osmalonych kikutów. Na kuchence turystycznej grzeje się woda na kawę.

Ziemia wzdryga się co kilka minut.

Już w nocy było wiadomo, jaka szykuje się pogoda i że nic dobrego to nie wróży.

Ledwie zaczął się świt, Rosjanie poderwali drony. Lancety, Orlany - coraz nowsze modele, coraz sprytniejsze. Krążą niczym sępy nad linią frontu. Zbyt wysoko, by trafić je z broni strzeleckiej. Zbyt licznie, by uruchomić schowaną w krzakach "Striełę -10" (poradziecki samobieżny przeciwlotniczy zestaw rakietowy). Amunicji wiecznie brakuje.

Pozostaje tylko czekać na rozkazy. Czekać i słuchać. Za dronami w ruch poszła artyleria.

Bum. Bum. Bum. Systematycznie, co kilka minut. Bliżej, dalej.

W końcu trafią.

Każdy wie: im dłużej tu, tym mniejsze szanse na powrót do domu.

Chciałoby się odliczać dni, ale lepiej tego nie robić. Już nikt nie ma złudzeń: wojna będzie trwała lata. Na demobilizację szanse są marne. Czas służby zawodowych żołnierzy, ochotników i zmobilizowanych jest nieograniczony.

Każdy wie: z wojska można się zwolnić w dwóch przypadkach. Tracąc kończynę lub życie.

Dla brygady Mychajła wojna trwa już dziesiąty rok. Jako jedna z pierwszych trafiła na Donbas w 2014 roku, kiedy kierowani przez Rosję separatyści wszczęli rebelię. To doświadczenie bojowe okazało się bezcenne w lutym 2022 r. Kiedy Rosja dokonała pełnowymiarowej inwazji na Ukrainę, wojsko w 70 procentach składało się z nieprzygotowanych cywilów. Więc przez prawie dwa lata brygadę przerzucano z jednego piekła w drugie.

Charków, Chersoń, Bachmut, Zaporoże. W końcu znowu tu, kilkanaście kilometrów od Bachmutu.

- Nasza brygada wykonała zadania, ale została zdziesiątkowana – mówi Mychajło.

Niektóre jednostki są nieskompletowane w jednej trzeciej. W innych sytuacja jest jeszcze gorsza. Brakuje ludzi. Wielu żołnierzy wprowadza się na pozycje na stałe.

Rostysław, starszy grupy, Iwan - strzelec i niewidzący na lewe oko kierowca Eduard już piąty miesiąc tkwią w ziemiance. Nie ma ich kto zmienić.

Mychajło: - Na początku inwazji ludzie szturmem brali biura poborowe. Miałem biednych, bogatych, biznesmenów, robotników. Wszystkich łączył patriotyzm i poczucie obowiązku. Teraz? Ludzie myślą tylko o tym, jak uciec za granicę. Nie może być tak, że milion osób powołanych do wojska załatwia sprawę za 40 milionów ludzi, mieszkających na tyłach.

Jest ósma rano. Mykoła, dowódca saperów, parkuje auto na podjeździe do przyfrontowej wsi. Zawiesza nieprzytomny wzrok nad kierownicą. Parę godzin temu jego grupa wróciła z zadania.

Żeby chronić się przed rosyjskimi dronami, saperzy pracują tylko pod osłoną nocy.

- To już nie jest zmęczenie. Wszyscy jesteśmy na granicy wyczerpania.

Mykoła dokładnie wymawia każde słowo, ale i tak co jakiś czas lekko się zacina. Jąkanie jest częstą przypadłością żołnierzy. Skutkiem psychicznych traum, załamań, wykończenia. Parę miesięcy temu kolegę Mykoły rozerwała mina. Z ciała został tylko dziesięciocentymetrowy fragment kości.

Mykoła: - W ciągu dwóch lat byłem tylko raz na urlopie. Przecierałem oczy ze zdumienia. Tu piekło, giną ludzie, brakuje wszystkiego. Tam: życie trwa w najlepsze. Drogie samochody, imprezy. A to wesele we Lwowie… Po prostu złość bierze.

O weselu we Lwowie słyszał każdy na froncie. Ona: Roksolana Moskwa, córka znanej prawniczki. On: Rostysław Ilnyckyj, były prokurator. Dzieci z dobrze ustawionych rodzin. O takich w Ukrainie mówią "mażory". Wesele trwało dwa dni: pięciogwiazdkowy hotel, 500 gości, występy gwiazd i dwumetrowy tort.

Mychajło: - Szlag trafia, kiedy to oglądasz. Siedzisz w okopach po kolana w błocie, marzniesz, myszy cię żywcem zżerają, a oni wydają miliony na imprezę.

Mykoła: - Wojna dziś trwa tylko dla nas - żołnierzy oraz dla naszych rodzin i bliskich. Reszta już siedzi za granicą albo z kupionymi papierami. A potem cywile nam mówią: ustawowych 30 dni urlopu za dużo. Zachód daje broń, więc skończmy wojnę, a potem będziemy świętować i odpoczywać. Nic tak nie demoralizuje, jak niesprawiedliwość.

Świt. Drobny śnieg przyprószył pożółkłą trawę. Trzech rosyjskich żołnierzy skrada się w kierunku ukraińskich pozycji. "Antyfryz", pilot grupy aerozwiadu "Foxtrot", wciska guzik na dżojstiku. Dron upuszcza granat.

Bum.

Dwóch ocalałych przykrywa się rannym. Ten jeszcze się rusza.

"Antyfryz" uważa poranek za udany. Z kieszeni wyciąga długi łańcuszek zawleczek od granatów. "Girlanda na choinkę".

Tyle że nastrój jest daleki od świątecznego.

- Chce się do domu. Mógłbym wziąć urlop, ale kto pójdzie zamiast mnie na pozycje? Nowych ludzi trzeba szkolić co najmniej pół roku, ale chętnych nie ma. Pracować coraz trudniej.

Na początku inwazji brak amunicji zmusił Ukrainę do szukania rozwiązań. Okazało się, że znacznie tańsze drony mogą skutecznie niszczyć piechotę i ciężki sprzęt. Na froncie nazywano je "amunicją dla biednych". Prawie dwa lata później amunicji nadal brakuje. Ale dronów też. Zbierać pieniądze na ich zakup jest coraz trudniej.

Za to Rosja poszła do przodu.

- Skopiowali naszą taktykę. Mają niewyczerpane zapasy dronów, atakują nawet pojedynczych żołnierzy. Zrzucają granaty w nocy. My tego nie robimy, bo nocne drony są bardzo drogie. Mają też w okopach pełno antydronowych systemów, uziemiają nasze ptaszki. Ponosimy straty.

Rosja ma niewyczerpalne zapasy dronów. Żołnierze coraz częściej przesuwają się na piechotę, ponieważ sprzęt opancerzony jest bardzo widoczny. - Teraz problemem jest nie przebywanie na pozycji, ale dotarcie do niej i powrót - mówi "Antyfryz"

Na tyłach wróciło normalne życie. Ukraińskie władze lokalne inwestują w budowę dróg i stadionów. Rząd daje miliony na kręcenie patriotycznych seriali. A front nadal trzyma się pomocą wolontariuszy.

- Wojna trwa dziesiąty rok, a my wciąż nie ogarnęliśmy własnej produkcji dronów - "Antyfryz" podnosi ciemne oczy: - Na tym etapie przegrywamy.

W ukraińskich mediach Rosjanie od początku byli przedstawiani jako banda nieudaczników. Za to ukraińscy żołnierze jako nadludzie. Silni, niezłomni, odnoszące same peremohy (zwycięstwa).

Ta narracja miała uspokoić społeczeństwo, ale zamiast tego je rozluźniła. Rozbudziła oczekiwania. Z fotela przed telewizorem każdemu się wydawało, że tej jesieni ukraińskie wojsko będzie co najmniej na Krymie.

Mychajło: - Nigdy nie lekceważ przeciwnika. Rosjanie potrafią skutecznie walczyć.

Szybko się otrząsnęli po stratach.

- Media przedstawiały wagnerowców, jako bezużytecznych kryminalistów. Prawda jest taka, że byli oni efektywni. Bardzo. Na tyłach czekał na nich młotek Prigożyna, więc parli do przodu. Po prostu nie mieli wyjścia - mówi 

Mykoła: Od kiedy zajęli Bachmut, zmienili taktykę. Teraz nie lenią się i ryją okopy. Mają od tego specjalne oddziały.

Fortyfikacje powstają nie tylko na kierunku zaporoskim. Podziemne labirynty na wysokość człowieka, wzmocnione betonem, połączone z okopami – pojawiają się na całym froncie.

- Nasza artyleria próbowała atakować takie schrony w Karmazyniwce w obwodzie ługańskim. Bez skutku – mówi Mykoła.

Na froncie mnożą się pytania do władz.

Pamięć o tym, jak Zełenski zjednoczył Zachód wokół Ukrainy, odchodzi w miarę tego, jak coraz rzadziej na ukraińskich drogach widać konwoje z bronią od sojuszników.

Dyplomację na froncie przelicza się na sztuki amunicji. Jej coraz częstsze braki i doniesienia o korupcji w Kijowie osłabiają autorytet prezydenta.

Rosja te nastroje podgrzewa.

- Mamy nie Radę, tylko Zdradę Najwyższą. Siedzi tam 400 posłów. Po co? Żeby tylko kraść! Choinki za 650 milionów stawiają. Pogonić ich gdzie pieprz rośnie, z nimi nigdy nie wygramy wojny - mówi żołnierz walczący w Awdijiwce.

Choinka za pół miliarda hrywien to kolejny przebój na froncie. Każdy o niej przeczytał, ale mało kto wie, że był to fake news. Podobnie mało kto wie o tym, że po luksusowym weselu we Lwowie pan młody otrzymał powołanie do wojska.

(...)

Chętnych, by iść na front nie ma, więc biura poborowe coraz częściej zaglądają do siłowni, centrów handlowych, a nawet hoteli spa na zachodzie kraju. Szukają "uchylantów", czyli dekowników. Wręczają im wezwania. Ci wrzucają do internetu filmiki pełne oburzenia i często zasadnych oskarżeń o naruszenie praw człowieka.

Na froncie je oglądają. Przepaść między "tu" a "tam" pogłębia się.

Wielu żołnierzy widzi w tym powtórkę z 2016 roku.

- Kiedy w 2014 roku zaczęła się wojna w Donbasie, wszyscy nas po rękach całowali. Potem zaczęły się teksty: "Ja cię na wojnę nie wysyłałem". I zero szacunku. Czasem chciałoby się wszystko rzucić w cholerę. Niech w Kijowie będą ruble. Co wtedy ludzie powiedzą? Jak Zachód zaśpiewa? – mówi ranny żołnierz, z którym rozmawiamy w Kijowie.

Rostysław: Ludzie opuścili ręce. Już nie interesują się wojną. Jest trudniej zbierać pieniądze na potrzeby brygady. Żyjemy w różnych rzeczywistościach. To bardzo przygnębia, rozczarowuje i wk**wia. Albo jak jedna całość zwalczymy Rosję i zamkniemy to pytanie na zawsze, albo wojna będzie trwała w nieskończoność. Ukraina musi znowu się zjednoczyć.

Wołodymyr, ochotnik z policyjnej brygady szturmowej "Łut" (Furia): – Morale opada, bo walczymy z karabinami przeciwko dronom i artylerii. Nikt nie ufa dowódcom. Są bez doświadczenia bojowego, ale z ambicją. Niektórzy mówią wprost: "wszystko jedno, ilu was zginie, mam wrócić z odznaczeniem Bohatera Ukrainy". Nie da się tak. Lepiej negocjować pokój, niż ginąć na marne.

- Wszyscy rzucają się na "uchylantów", a ja ich rozumiem. Rozumiem, dlaczego zwykli ludzie nie chcą iść walczyć. Gdzie są nasze elity? Ich dzieci już dawno są za granicą albo mają "czwarte stadium raka" i "gruźlicę". Oni nigdy nie trafią na front. Walczyć poszli porządni ludzie, bo wierzyli, że tak należy. Ich już nie ma na tym świecie – mówi Wołodymyr.

Ma około czterdziestki, długą brodę i wydatny brzuch. Codziennie dostarcza ciała poległych w Awdijiwce do kostnicy w pobliskim Pokrowsku. Odór rozkładu jest tu zatęchły. Przez dwa lata wojny wżarł się w mury kostnicy i otaczających ją blokowisk. Unosi się na setki metrów, nie daje złapać tchu.

- Kiedyś odtajnią liczby poległych. Wtedy wszyscy przeżyją szok. Piechota u nas to materiał eksploatacyjny. Najpierw zasób ludzki, potem straty. Idą do walki bez przykrycia, bo nie ma lotnictwa, artylerii zbyt mało. Bronią, ale giną tuzinami. Jak Rosjanie jakiejś pozycji nie mogą zdobyć, wypalają ją do cna. Jedno uderzenie z systemu TOS-1 "Sołncepiok" i z człowieka zostaje garść popiołu.

Ludzie tego nie wytrzymują. Jednemu żołnierzowi rozbryzgało mózg kolegi na twarzy. Stracił mowę. Odesłali go na front. Tacy potem popełniają samobójstwa. Człowiek to nie maszyna. Nie każdy się nadaje do widoku kiszek na drzewie. Muszą być rotacje. Chłopcy walczący od dwóch lat muszą odpocząć. Ale kiedy w Kijowie się namyślą, już nie będzie kogo zwalniać. Nas już nie będzie.

Łyman tonie w ciemnościach.

Opustoszałe, okaleczone ostrzałem miasto wygląda tylko trochę lepiej niż rok temu, kiedy ukraińskie wojsko je wyzwoliło. Z ulic zniknęły ciała rosyjskich żołnierzy. Nieliczni mieszkańcy wyprowadzili się z piwnic z powrotem do domów.

Ale widok rozbitych bloków, zerwanych dachów, nieogrzewanych i nieoświetlonych budynków nadal sprawia, że Łyman przypomina miasto duchów.

- Wojna jest straszna. Wojna to straty. Ale inaczej się nie da. Charkowszczyznę wyzwolono dużym kosztem. Tylko na kierunku kupiańskim położono co najmniej półtora tysiąca ludzi. Teraz nasze straty nie są większe, ale nastroje są inne - mówi "House", dowódca służby medycznej batalionu Karpacka Sicz.

Siedzi na wąskim, metalowym łóżku. Punkt medyczny batalionu urządzono w niskim budynku z białej cegły. Tylko tapety i stary zegar na ścianie zdradzają, że jeszcze niedawno był to czyjś dom.

- Morale obniża się, bo do wojska trafiło wielu zmobilizowanych wbrew woli. Prawda jest taka, że ludzie, którzy nie są gotowi umrzeć za Ukrainę, nie mają nic do roboty na tej wojnie – mówi "House". I przyznaje: - Tacy ludzie niestety skończyli się rok temu.

W ciągu prawie dwóch lat Karpacka Sicz tylko raz była na rotacji. Po dwóch tygodniach batalion znowu wrócił na front. Prosto na rosyjskie szturmy na kierunku łymańsko-kupiańskim.

"House": - Możemy stanąć na głowie, a Rosjanie i tak będą wszystkiego mieli więcej. Więcej ludzi. Więcej broni. Więcej amunicji, dronów. Nasze wojsko jest o wiele mniejsze, ale dużo bardziej jakościowe. Wojna będzie trwała dwa-trzy lata, a pewnie nawet dłużej.

Ale i tak – podkreśla - skończy się ukraińskim zwycięstwem.

- Dlatego musimy szkolić ludzi. Motywować. Każdy się boi, ale powinien rozumieć, że idzie na pozycje walczyć, a nie umierać. Jeśli dowódca jest dobry, nie bawi się w gry o tron, to ludzie za nim pójdą. Wszystko się sprowadza do człowieka.

(...)

wp.pl


Czasami reporterzy polityczni bez doświadczenia w dziennikarstwie biznesowym popełniają rażące błędy w swoich relacjach z exodusu biznesu z Rosji Władimira Putina, a nawet dają się nabrać na fasadę gospodarczą tego siłacza przypominającą wioskę potiomkinowską. Niedawny artykuł zatytułowany "Jak Putin zamienił zachodni bojkot w dobrą zabawę" błędnie sugerował, że historyczne wycofanie się ponad 1000 międzynarodowych firm z Rosji w jakiś sposób było ogromnym zwycięstwem rosyjskich wysiłków wojennych, jednocześnie paradoksalnie sugerując, że międzynarodowe firmy tak naprawdę nie wyszły. Nic nie może być dalej od prawdy.

(...)

W rzeczywistości  wyjście z Rosji ponad 1000 światowych przedsiębiorstw (spośród 1400 największych światowych przedsiębiorstw przed wojną) miało wyniszczający wpływ na zaufanie przedsiębiorców, inwestycje zagraniczne i całą rosyjską gospodarkę. Nawet Kreml przyznaje, że „woli, aby firmy pozostały w Rosji”, jak słusznie zauważono w artykule.

Na poparcie swojej błędnej tezy, że wycofanie się przedsiębiorców paradoksalnie pomogło tylko Putinowi, reporterzy skupiają się na kosztach ponoszonych przez międzynarodowe koncerny w związku z opuszczeniem Rosji, wskazując na wielomiliardowe odpisy aktualizacyjne aktywów i utracone przychody. Ale to nie oddaje pełnego obrazu.

Z naszej analizy danych rynkowych wynika, że spółki, które opuściły Rosję, osiągnęły lepsze wyniki niż te, które pozostały. Jak zauważyliśmy w ubiegłym roku, wzrost kapitalizacji rynkowej wychodzących spółek był ponad dwukrotnie większy od wartości odpisów aktualizujących wartość aktywów, co nie jest zaskakujące, biorąc pod uwagę, że dla większości spółek Rosja stanowiła nie więcej niż ~1-2% ich światowych przychodów. Mówiąc wprost, wyjście z Rosji stanowiło wartość dodaną, a nie destrukcyjną dla globalnych międzynarodowych firm. Patrząc wyłącznie na wartość odpisów aktualizujących rosyjskie aktywa, ignoruje się korzyści finansowe i reputacyjne, jakie firmy, które opuściły Rosję, odniosły w pozostałej części świata.

(...)

Wydaje się, że zdaniem reporterów firmy nie mogą nic zrobić dobrze. Jednym tchem atakują firmy, które opuściły Rosję za umożliwienie transferu majątku kumplom Putina, fałszywie twierdzą, że „większość zagranicznych firm pozostaje w Rosji, nie chcąc stracić miliardów, które zainwestowały tam przez dziesięciolecia”. Reporterzy zauważają, że firmy opuszczające Rosję zostały zmuszone do zapłacenia podatków w wysokości 1,25 miliarda dolarów, aby sfinansować wysiłki wojenne Putina, i ignorują 75% spadek rocznej kwoty podatków, które Putin otrzymywał przed wojną od zagranicznych firm, jak wykazał KSE /Kyiv School of Economics/. 

(...)

Fala nacjonalizacji i konfiskat aktywów, o której mowa w artykule, odzwierciedla słabość Putina, a nie siłę, jak zauważyliśmy wcześniej. Rosja staje się kleptokracją, a Putin kanibalizuje całą produktywną gospodarkę, aby finansować swoje kaprysy. Państwo przejmuje większą część gospodarki, aby dodać ją do  słoika z ciasteczkami w celu sfinansowania wojny. Działalność biznesowa, aby się utrzymać, wymaga ciągłych inwestycji w kapitał, ludzi, technologię i pomysły. Putin może na krótką metę napełnić swoją kasę bandyckimi konfiskatami aktywów i nacjonalizacją, ale sprowadza rosyjską gospodarkę na ścieżkę ruiny. Dzięki konfiskatom Putina żadna międzynarodowa firma nie może usprawiedliwić powrotu do Rosji ani zwiększenia inwestycji w Rosji, dopóki pozostaje on u władzy. 

Jak reporterzy powinni byli zauważyć, tylko kumple Putina kupują (...) rosyjskie aktywa od wychodzących międzynarodowych korporacji, ponieważ nikt poza Rosją nie chce zainwestować w tym kraju ani grosza. Nawet Chińczycy nie śpieszą się z przejmowaniem przecenionych rosyjskich aktywów. Jeśli rosyjskie aktywa są naprawdę tak „dobrym interesem”, dlaczego nawet sojusznicy Rosji nie chcą się na to zgodzić? 

fortune.com


Daleko od dominującej narracji o tym, jak Putin finansuje swoją inwazję, finansowym ratunkiem Putina jest bezlitosna kanibalizacja rosyjskiej produktywności gospodarczej. Aby podsycić swoje bitwy na Ukrainie, palił meble w salonie, ale teraz w obliczu ogłuszającej ciszy i braku poparcia społecznego zaczyna to przynosić odwrotny skutek. Jest to dalekie od dominującej narracji na temat finansowania przez Putina swojej inwazji. Wielu zachodnich komentatorów utrzymuje, że Putin czerpie miliardy z handlu (...) dzięki wysokim cenom towarów, słabym zachodnim sankcjom i uchylaniu się od sankcji.

Jednak ceny energii, zarówno ropy, jak i gazu ziemnego, są obecnie tańsze niż przed inwazją, podobnie jak ceny zbóż, pszenicy, drewna, metali i praktycznie każdego towaru produkowanego przez Rosję. W obliczu ogólnie niższych cen surowców, częściowo dzięki skutecznemu pułapowi cen ropy G7, Rosja ledwo osiąga próg rentowności sprzedaży ropy, a niechciany handel rosyjską ropą Urals utrzymuje się ze stałym dyskontem, ale nadal napływa w dużych ilościach – (...). Krótko mówiąc, świat w dużej mierze zastąpił rosyjskie dostawy, więc eksport towarów nie jest obecnie dobrodziejstwem dla zdesperowanej Rosji.

Często pomija się fakt, że Putin finansuje swoją inwazję na Ukrainę nie tylko poprzez marginalny eksport towarów lub niewielkie strużki uchylania się od sankcji, ale poprzez kanibalizm produktywnej gospodarki Rosji. Jako wyzyskującemu autorytarnemu dyktatorowi posiadającemu kontrolę państwa nad 70% gospodarki, Putinowi tak naprawdę nigdy nie zabraknie pieniędzy, ponieważ zawsze może uskutecznić autorytarny odpowiednik szukania pieniędzy pod kanapą lub przeprowadzić akcję znęcania się w szkole i potrząsnania dziećmi (tj. oligarchami) dla pieniądzy na lunch w czasie przerwy.

Putin nałożył drakońskie „podatki od nieoczekiwanych zysków” w zasadzie na wszystko, co się rusza. Wielu uważało, że zeszłoroczny rekordowy podatek od nieoczekiwanych zysków w wysokości 1,25 mld dolarów nałożony na Gazprom i niektóre inne rosyjskie przedsiębiorstwa państwowe był jednorazowym zdarzeniem, ale Putin jedynie podwoił stawkę i w kolejnych miesiącach nakazał wyższe podatki od nadzwyczajnych zysków, pozyskując kolejne biliony rubli od firm i przedsiębiorstw. oligarchowie podobnie. Podobnie Putin najpierw uciekł się do nakładania uciążliwych podatków zarówno na firmy, jak i osoby opuszczające Rosję po inwazji, zanim porzucił wszelkie pozory i zamiast tego zaczął bezkrytycznie konfiskować pieniądze i majątek.

Podobnie Putin porzucił wszelkie pozory odpowiedzialnej polityki fiskalnej, osiągając rekordowe deficyty budżetowe, drukując rekordowe kwoty pieniędzy z powietrza, zmuszając rosyjskie banki i osoby fizyczne do wykupywania niemal bezwartościowego rosyjskiego długu i zaciągając setki miliardów suwerennego majątku Rosji funduszy, obciążając hipoteką przyszłość Rosji.

time.com 

niedziela, 7 stycznia 2024



Ostatnie tygodnie w Azerbejdżanie upłynęły pod znakiem nagonki na Zachód, największej od 2015 roku. Eskalacja antyzachodniej retoryki w lokalnych azerskich mediach nastąpiła po przesłuchaniu w sprawie Górskiego Karabachu zorganizowanym przez Komisję Spraw Zagranicznych amerykańskiej Izby Reprezentantów, które odbyło się 15 listopada. Sekretarz stanu ds. europejskich i euroazjatyckich James O’Brien potępił w nim przeprowadzoną we wrześniu błyskawiczną ofensywę wojskową Baku, w wyniku której azerską enklawę opuścili niemal wszyscy ormiańscy mieszkańcy.

O’Brien zapowiedział, że w stosunkach bilateralnych „nic nie będzie już takie jak kiedyś”, dwustronne spotkania na wysokim szczeblu zostaną odwołane, plany zawieszone. Zagroził również zamrożeniem wszelkiej pomocy finansowej dla Azerbejdżanu.

Dwa dni później Senat USA jednomyślnie zagłosował za projektem ustawy, która wstrzymuje pomoc wojskową dla Azerbejdżanu na kolejne dwa lata. Ustawa nabrałaby mocy prawnej dopiero po głosowaniu w Izbie Reprezentantów i podpisaniu przez prezydenta Bidena, ale było to wyraźny sygnał czerwonego światła dla rządów Alijewa.

Baku zrewanżowało się serią politycznych oświadczeń i artykułów zapowiadających wycofanie się z mediacji pokojowych z Armenią pod egidą USA. Azerbejdżan oskarżył Stany Zjednoczone o „finansowanie wywrotowych grup” i „budowanie siatek szpiegowskich” w kraju.

W odpowiedzi na komunikat na platformie X Samanthy Power, szefowej USAID (Amerykańskiej Agencji ds. Rozwoju Międzynarodowego), o przyznaniu 4 milionów dolarów na pomoc ormiańskim uchodźcom z Karabachu, Hikmet Hadżijew, szef departamentu spraw zagranicznych administracji prezydenta Ilhama Alijewa i jego główny doradca, napisał, że w Azerbejdżanie nie ma miejsca na działalność USAID.

Niespełna kilka dni później zaczęły się aresztowania przedstawicieli niezależnych lokalnych mediów uważanych za prozachodnie. W ciągu niecałych dwóch tygodni za kratki trafiło sześcioro dziennikarzy, w tym Ulvi Hasanli i Sevinj Vagifgizi z portalu Abzas Media, który popularność zdobył serią odważnych dziennikarskich śledztw obnażających korupcję wśród elit rządowych. Aresztowano również dziennikarzy telewizji internetowej Kanał 13. Na dywanik wezwano ambasadora USA oraz ambasadorów Niemiec i Francji, którym zarzucono nielegalne i niejawne finansowanie Abzasu.

W obliczu eskalacji konfliktu Amerykanie podjęli interwencję na wysokim szczeblu. Sekretarz Stanu Antony Blinken przeprowadził długą rozmowę telefoniczną z prezydentem Alijewem. Rezultatem była obopólna zgoda na pilną wizytę sekretarza O’Briena w Baku i zniesienie zakazu wysokich urzędników.

„Przeprowadziliśmy konstruktywne rozmowy z prezydentem Azerbejdżanu Ilhamem Alijewem na temat przyszłości stosunków amerykańsko-azerbejdżańskich” – poinformował James O’Brien w mediach społecznościowych 6 grudnia, tuż po spotkaniu z Alijewem.

„Po zakończeniu konfliktu i pełnym przywróceniu suwerenności Azerbejdżanu pojawiła się historyczna szansa na pokój, a Stany Zjednoczone mogą się do tego przyczynić, uwzględniając nowe realia” – zapowiedział Alijew. O’Brien dodał, że relacje między Baku a Waszyngtonem są „głęboko zakorzenione” i oba kraje są „dobrymi partnerami”.

Dyplomatyczna interwencja popłaciła. Prorządowe media nagle zmieniły ton o 180 proc. i zapowiedziały powrót do normalizacji bilateralnych stosunków, jednocześnie ogłaszając „triumf” po swojej stronie. „Amerykanie dostali nauczkę,” „Sieć szpiegowska zdemaskowana, brudne plany zawiodły, Stany Zjednoczone cofają się o krok” – komunikowano na paskach azerskiej państwowej telewizji.

(...)

Tymczasem 7 grudnia pojawił się kolejny element układanki, który pozwala na spojrzenie w szerszym kontekście na antyzachodnią kampanię i aresztowania krytycznych wobec władz dziennikarzy.

Prezydent Alijew podpisał dekret zapowiadający przyspieszone wybory prezydenckie. Mimo że siedmioletnia kadencja prezydenta upływa dopiero w kwietniu 2025 roku, głowa państwa ogłosiła, że głosowanie odbędzie się już w lutym przyszłego roku.

„Represje wobec niezależnych mediów i prężenie muskułów w relacjach z USA były najwyraźniej elementem przygotowań do przedterminowych wyborów” – tłumaczy Nedżmin Kamilsoj, doktorant Uniwersytetu Karola w Pradze i bakijski analityk polityczny. „Podobne zdarzenia miały miejsce w 2013 roku. Przed wyborami aresztowano wiele osób, które mogły pokrzyżować szyki prezydentowi przez nagłaśnianie afer. Dzisiaj realizuje się podobny scenariusz”.

Pozostaje jednak pytanie, dlaczego Ilham Alijew zdecydował o organizacji wyborów ponad rok wcześniej niż planowane głosowanie. Azerski analityk polityczny i ekonomista Natig Dżafarli wskazuje na trzy główne przyczyny.

„Pierwsza kwestia to wysokie notowania samego prezydenta. Ilham Alijew wciąż korzysta z fali popularności, którą przyniosło mu odzyskanie całego Karabachu we wrześniu i przywrócenie integralności terytorialnej Azerbejdżanu. Po drugie, azerska gospodarka jest praktycznie w recesji, a w przyszłym roku może być jeszcze gorzej, co zwiastuje kłopoty dla władz. Po trzecie, nadchodzący rok przyniesie ważne wybory w Rosji i USA. Wydarzenia w obu krajach mogą wpłynąć na Azerbejdżan, więc bezpieczniej dla naszych władz jest nie czekać na rezultaty głosowania w Moskwie i Waszyngtonie” – wyjaśnia Dżafarli.

Trudno jednak w nadchodzącym głosowaniu doszukiwać się niespodzianek. Alijew, który sprawuje urząd od 2003 roku i rządzi krajem żelazną ręką, jest zdecydowanym faworytem wyścigu. Choć nie ogłosił jeszcze swojej kandydatury, najprawdopodobniej zrobi to w najbliższych dniach. To byłaby już piąta kadencja głowy państwa. W 2016 roku, w rezultacie ogólnokrajowego referendum, zniesiono w Azerbejdżanie limit kandydowania i teoretycznie Alijew może dożywotnio sprawować urząd.

Mimo zmian kadrowych i wprowadzenia wielu technokratów do rządu w przeciągu ostatnich pięciu lat Alijew nie tylko utrzymał, ale wręcz umocnił autorytarny kurs zarządzania. Zachód, zainteresowany głównie rozwijaniem współpracy energetycznej z bogatym w złoża gazu i ropy Azerbejdżanem, przymyka oko na coraz bardziej despotyczny styl zarządzania.

Tymczasem w Azerbejdżanie, według raportów misji obserwacyjnych OBWE, w pełni wolnych i uczciwych wyborów nie było od lat 90. Freedom House, amerykańska organizacja, która od 1973 roku publikuje indeks państw pod względem poszanowania swobód obywatelskich, klasyfikuje Azerbejdżan jako kraj „niewolny”, z uwagi na stosowanie represji, łamanie praw człowieka, ograniczenie wolności mediów i przeszkody na drodze funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego.

Z rachunków lokalnych watchdogów wynika, że w Azerbejdżanie jest osadzonych ponad dwustu więźniów politycznych. (...)

W grudniu kontynuowano do tego falę motywowanych politycznie aresztowań, która rozpoczęła się od listopadowego kryzysu relacji z USA. Do więzienia trafili m.in. znany dziennikarz śledczy niezależnej agencji prasowej Turan - Hafiz Babali oraz jeden z liderów opozycji, Tofik Jakublu.

W tym kontekście przedwczesne głosowanie nie pozostawia wiele nadziei dla politycznych rywali Alijewa.

„Opozycja w Azerbejdżanie jest wymęczona, przestarzała i ideologicznie upadła. Żadna z grup opozycyjnych nie ma aktualnie zasobów, aby uczestniczyć w wyborach i zorganizować się na tyle, by rywalizować o władzę. Dlatego uważam, że nie ma innego wyjścia dla opozycji niż bojkot nadchodzących wyborów” –konstatuje Azer Gasimli, bakijski politolog i dyrektor Instytutu Zarządzania Politycznego w Baku.

Zdaniem eksperta komunikat o przedterminowym głosowaniu może mieć za to konsekwencje dla bezpieczeństwa w regionie.

„Najprawdopodobniej do zakończenia wyborów prezydenckich i inauguracji w Azerbejdżanie na granicy z Armenią nie będzie żadnych potyczek ani działań wojennych. Na jakiś czas będzie można zamknąć kwestię wymuszenia na Armenii zgody na korytarz przez jej terytorium pod kontrolą rosyjskiej FSB” – mówi Gasimli. „Ale po wyborach represje wobec społeczeństwa obywatelskiego, mediów i działaczy najpewniej będą kontynuowane, a wówczas istnieje ogromne prawdopodobieństwo starć na granicy ormiańsko-azerbejdżańskiej”.

Dekret o przedterminowych wyborach nie był jedyną niespodzianką 7 grudnia. Tego samego dnia pod wieczór pojawiło się ważne wspólne oświadczenie Alijewa i premiera Armenii Nikola Paszyniana o gotowości obu stron do normalizacji stosunków. Liderzy obu państw poinformowali również o wymianie jeńców wojennych. To największy i bardzo potrzebny przełom w rozmowach pokojowych po wrześniowej ofensywie wojskowej Baku w Karabachu, ucinający spekulacje o możliwym ataku Azerbejdżanu na terytoria Armenii.

Dotychczasowe negocjacje za pośrednictwem Europy i USA utknęły jednak w martwym punkcie. Alijew najpierw nie pojawił się w hiszpańskiej Granadzie (5 października) na rozmowach dotyczących sytuacji w Górskim Karabachu, gdzie miał spotkać się twarzą w twarz z premierem Paszinianem po raz pierwszy od przejęcia pełni kontroli nad Karabachem.

Prezydent Azerbejdżanu wycofał udział w zaplanowanych na 20 listopada negocjacjach w USA, za przyczynę podając „stronnicze stanowisko Waszyngtonu” po przesłuchaniu w Kongresie Stanów Zjednoczonych, gdzie sekretarz stanu ds. europejskich i euroazjatyckich w ostrych słowach potępił Azerbejdżan za wrześniowe wydarzenia w Karabachu i zapowiedział konsekwencje.

Choć relacje między Baku a Waszyngtonem wróciły w ostatnich dniach do normy, geopolityczne przetasowania po drugiej wojnie w Karabachu znacząco osłabiły wpływy Zachodu w regionie.

„Baku nie wierzy, że Stany Zjednoczone są w stanie zająć sprawiedliwe stanowisko w kwestii Karabachu, szczególnie po exodusie Ormian. Próbują zatem ograniczyć rolę USA i zrównoważyć ją wpływami Turcji, Rosji i Iranu. Azerbejdżan chce traktatu pokojowego [z Armenią – przyp. red.], ale na własnych zasadach. A tutaj presja ze strony Zachodu mogłaby namieszać” – tłumaczy Kamilsoj. Analityk dodaje, że Azerbejdżan zainteresowany jest głównie formatem 3+3 – rozmów pokojowych między Baku a Erywaniem za pośrednictwem Rosji, Turcji, Gruzji i Iranu.

Z drugiej strony możliwy jest również scenariusz, w którym poszczególne kwestie traktatu pokojowego byłyby mediowane przez różnych partnerów, w tym kraje Zachodu. „Z perspektywy Azerbejdżanu opłaca się podtrzymywać kilka platform do negocjacji. Dlatego Baku raczej nie będzie odmawiać Brukseli czy Waszyngtonowi możliwości mediacji, aby całkowicie nie uzależniać się od kaprysów Rosji” – uważa Natig Dżafarli. „Oczywiście Moskwa naciska obie strony, aby wszystkie dokumenty były podpisane przy Putinie. Ale może się wydarzyć tak, że nie będzie jednego dużego traktatu pokojowego, a jedynie poszczególne protokoły składające się na jego całość. Na przykład wzajemne uznanie integralności terytorialnej mogłoby zostać podpisane za pośrednictwem Zachodu, a rozmowy dotyczące komunikacji w regionie i wytyczania granic, co może zająć lata, będą kontynuowane pod egidą Rosji” – dodaje.

Mimo aktualnej odwilży w relacjach z USA wizerunek Zachodu w Azerbejdżanie został w ostatnich latach mocno nadszarpnięty.

Azerowie mają żal do Europy i Stanów Zjednoczonych za „brak zrozumienia” w kwestii Górskiego Karabachu. Choć w kraju brakuje instytutów socjologicznych, które przeprowadzałaby rzetelne badania sondażowe, antyzachodnie nastroje są wyraźnie odczuwalne. Szczególnie negatywnie oceniana jest Francja, która jednoznacznie poparła Ormian w konflikcie oraz rozpoczęła współpracę wojskową z Armenią i transfer broni przez terytorium Gruzji.

„W Azerbejdżanie wielu jest zdania, że Zachód nie jest obiektywny, jeśli chodzi o konflikt w Górskim Karabachu, i popiera Ormian wyłącznie dlatego, że to chrześcijanie. Wszyscy pomagają Ukrainie odzyskać utracone terytoria, a my zrobiliśmy to samo i dostaliśmy jeszcze za to po głowie. Dlaczego Ukrainie wolno, a nam nie? To argumenty władz, ale ludzie się pod tym podpisują” –mówi Natig Dżafarli.

Nie ma wątpliwości, że wzrosły za to notowania i miękka siła Turcji – głównego wojskowego sojusznika Baku, który znacząco przyczynił się do zwycięstwa Azerbejdżanu w drugiej wojnie karabachskiej w 2020 roku.

Gdzie jest zatem pozycja Rosji w tej układance? Z jednej strony Azerbejdżan wytrącił Moskwie jeden z największych instrumentów wpływu w regionie – nieuznawaną republikę, przez którą Rosjanie przez ćwierć wieku wykorzystywali do wpływów na skonfliktowane strony.

Definitywny koniec separatystycznego Górskiego Karabachu we wrześniu nie był na rękę Rosjanom. Tym bardziej że rosyjskie siły pokojowe, które stacjonują tam na okres pięciu lat na podstawie porozumienia listopadowego z 2020 roku, straciły rację bytu. W regionie Karabachu pozostała garstka ormiańskich mieszkańców. Paradoksalnie jednak nie oznacza to, że Moskwa, zajęta przedłużającą się wojną przeciwko Ukrainie, traci znaczenie na Kaukazie Południowym. Geopolityczne trzęsienie ziemi w regionie raczej nie mogło się wydarzyć bez ostatecznej aprobaty Putina.

„Rosja wzmocniła swoje wpływy polityczne w Azerbejdżanie, gdyż elita władzy reprezentowana przez Alijewa jest jej sojusznikiem i beneficjentem. Po wojnie w Karabachu władzom udało się pozyskać poparcie społeczeństwa o poglądach nacjonalistycznych na rzecz Rosji jako gwaranta bezpieczeństwa podbitych terytoriów – w przeciwieństwie do proormiańskiej polityki Zachodu, co do której interpretacji nasz rząd nie omieszkał ludzi przekonać” – mówi Azer Gasimli.

Analityk podkreśla jednak, że antyzachodnie nastroje nie przekładają się na wzrost popularności Rosji wśród zwykłych ludzi. „W społeczeństwie Rosja nadal jest postrzegana jako agresor, inicjator 30-letniej okupacji Karabachu. Moskwa jest zatem silna nie w opinii publicznej, lecz w strukturach władzy” – mówi.

Interesy z Zachodem i jednocześnie utrzymywanie dobrych relacji z Rosją od lat jest częścią charakterystycznej polityki Ilhama Alijewa polegającej na balansowaniu między Wschodem i Zachodem. Unia Europejska jest głównym partnerem handlowym Azerbejdżanu i największym rynkiem eksportowym (głównie ropy i gazu), ale negocjacje z Brukselą w sprawie umowy partnerskiej, które rozpoczęły się w 2017 roku, utknęły w martwym punkcie. W rozmowach zakulisowych z europejskimi urzędnikami słychać opinie, że władze w Baku nie są zainteresowane podpisaniem nowego dokumentu wzmacniającego współpracę. Po przejęciu przez Azerbejdżan pełnej kontroli nad Karabachem, wpływy Zachodu w regionie jeszcze bardziej osłabły.

„Uważam, że Alijew podjął decyzję geopolityczną na korzyść Rosji. Myślę, że nie miał innego wyjścia, skoro Rosja podczas II wojny karabachskiej praktycznie pozostawała na uboczu i nie wspierała swojego sojusznika, Armenii, tym samym wzmacniając Alijewa. Alijew ma wszelkie szanse, aby zostać drugim Łukaszenką. W związku z tym nie przewiduję sojuszniczych lub wzajemnie korzystnych stosunków między Azerbejdżanem a Zachodem” – dodaje Gasimli.

Bakijskiemu politologowi wtóruje Kamilsoj, który również nie widzi perspektyw na zacieśnienie relacji Azerbejdżanu z Zachodem w najbliższej przyszłości. „Wbrew pozorom pozycja Rosji wcale nie słabnie w Azerbejdżanie. Nie wszyscy są zainteresowani osłabieniem Rosji, bo mogłoby to utorować drogę bardziej asertywnej polityce Zachodu” – tłumaczy.

new.org.pl

sobota, 6 stycznia 2024


Przykładem modelowej transformacji energetycznej jest Chile. W 2012 r. ze słońca i wiatru pochodziło zaledwie 0,6 proc. podaży energii. Dziesięć lat później te dwa źródła generowały już 28 proc. energii w kraju i wyprzedziły węgiel. Spowodowało to spadek emisji dwutlenku węgla w sektorze elektroenergetycznym o 15 proc. mimo całkowitego wzrostu popytu na energię o ponad jedną czwartą – wynika z analizy Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE). Rok 2022 był wyjątkowy dla chilijskiej energetyki. Produkcja energii ze słońca wzrosła o jedną trzecią, a z wiatru i wody – o ponad 22 proc. Udział energii słonecznej w produkcji energii w kraju w 2022 r. przekraczał 17 proc. Chile zastosowało szczególne rozwiązanie. Na pustyni Atakama, w miejscu o największym nasłonecznieniu na świecie, wykorzystuje wieże ze skoncentrowanym roztworem soli, które w ciągu dnia gromadzą energię cieplną pochodzącą z paneli PV i oddają ją w nocy w postaci pary wodnej do turbin. Pozwala to nieprzerwanie produkować prąd ze słońca. Kraj zadeklarował całkowitą dekarbonizację energetyki do 2030 r.

Ciekawym przypadkiem realizacji słonecznej strategii jest Holandia. W 2015 r. słońce generowało tam zaledwie 1 proc. energii, a obecnie to unijny rekord – 15 proc. i ponad 2 mln domów z panelami na dachach. Tym samym słońce dostarcza więcej energii niż elektrownie węglowe. W kraju jest mało ziemi i należy ona do najdroższych w Europie, dlatego fotowoltaikę instaluje się niemal wszędzie: na garażach, lotniskach, stacjach kolejowych, opuszczonych kościołach, sztucznych jeziorach i łąkach. Przy czym standardem są uzgodnienia z lokalnymi społecznościami, a niepisaną zasadą – oddawanie im nawet 50 proc. wytwarzanej energii. To sprawia, że w kraju jest zainstalowanych obecnie ponad 48 mln paneli PV. Według SolarPower Europe, stowarzyszenia zrzeszającego sektor fotowoltaiczny, Holandia ma obecnie średnio dwa panele fotowoltaiczne na mieszkańca, a moc zainstalowana przekracza 1 kilowat (KW) na osobę, co jest nie tylko europejskim rekordem. W tych warunkach narodowy cel – 70 proc. energii ze źródeł odnawialnych do 2030 r. –można uznać za realny.

Do krajów europejskich, w których najdynamiczniej przybywa instalacji solarnych, trzeba zaliczyć też Polskę. Rok 2021 był pod tym względem rekordowy, ponieważ przybyło wówczas aż 3,3 GW mocy. Obecnie prosumenci dysponują mniej więcej 70 proc. instalacji, pozostała część ma charakter komercyjny. Taka struktura jest wynikiem działania rządowego programu wsparcia prosumentów „Mój Prąd”, ale także ograniczeń w przyłączeniach do sieci większych instalacji komercyjnych. W marcu 2023 r. ponad 1,24 mln instalacji PV o zainstalowanej łącznej mocy 9,35 GW było przeznaczonych dla polskich gospodarstw domowych. Łącznie z instalacjami komercyjnymi stanowiło to 12,2 GW przy mocy całkowitej wszystkich źródeł energii w Polsce w wysokości 61,5 GW. Udział fotowoltaiki w całkowitej mocy generowanej w Polsce nie przekraczał jednak w 2022 r. 5 proc., przede wszystkim ze względu na warunki atmosferyczne. Turbiny wiatrowe, mimo że ich moc zainstalowana była wyraźnie mniejsza, w rzeczywistości wyprodukowały więcej energii. Największą – zarówno w Polsce, jak i Europie Środkowo-Wschodniej – instalacją PV jest farma fotowoltaiczna Zwartowo (204 MW) w województwie zachodniopomorskim uruchomiona w 2022 r. przez firmę Respect Energy.

obserwatorfinansowy.pl


Czy moździerze kal. 120 mm mogą być jakimś substytutem artylerii kal. 105 mm?

Wręcz przeciwnie! To stare haubice 105 mm L118/M119 i Mod. 56 stały się substytutem stale brakujących Ukraińcom ciężkich moździerzy. Wojna na Ukrainie pokazuje ogromną rolę moździerzy podczas walk o miasta i w terenach leśnych. Ponadto mają one ogromne znaczenie dla jednostek lekkich, takich jak brygady desantowo-szturmowe, piechoty morskiej czy obrony terytorialnej, przy czym te ostatnie w ogóle nie posiadają ciężkiej artylerii (samobieżnej i rakietowej)…

Bez klasycznych 120 i 81 mm moździerzy pododdziały piechoty w obronie, zarówno w terenie zurbanizowanym jak i fortyfikacjach polowych – pozostają bez wsparcia. Natomiast moździerze samobieżne nie spełniają swej roli w tych warunkach.

(...)

Na koniec chciałbym Cię zapytać jak wojna na Ukrainie wpłynęła na postrzeganie artylerii ciągnionej wśród wojskowych? Czy widać jakąś zmianę w rozumieniu jej roli na współczesnym polu walki, czy raczej udowodnienie dawno postawionych tez?

Wojna na Ukrainie ukazuje nam ciekawy precedens: artyleria ciągniona, która przed rokiem 2014 wydawała się być w stanie schyłkowym, odgrywa dziś w walce ogromną rolę i to po obu stronach konfliktu. Cóż z tego, że jest mniej mobilna od artylerii samobieżnej, a przez to (teoretycznie) bardziej podatna na zniszczenie, skoro jest jej dużo, jest tańsza, a więc bardziej i szybciej dostępna. Mówiąc „szybciej” mam na myśli nie tylko ekspresowe dostawy na duże odległości (działa ciągnione z Zachodu), ale i szybsze przywracanie do służby niż w wypadku dział samobieżnych (Rosja).

Co jednak najważniejsze: przy długotrwałej wojnie i przy powołaniu ogromnych rzesz rezerwistów – artyleria ciągniona jest prostsza w obsłudze. Dlatego haubica M777, choć okazała się niewygodna w manewrowaniu i (teoretycznie) bardziej wrażliwa na ogień przeciwnika, jest jednak łatwa w obsłudze i bardzo celna, a z nową NATO-wską amunicją ma taki sam zasięg, jak jej samobieżne koleżanki. Jeśli więc mamy tworzyć jakieś zapasy sprzętowe w zakresie artylerii, to nowoczesne działa ciągnione nadają się do tego najlepiej.

Poza tym musimy myśleć o artylerii zdolnej do przerzutu. Skoro zrezygnowaliśmy z koncepcji Kryla, to coś go musi zastąpić, abyśmy mogli realizować zadania wsparcia sił Sojuszu na flankach, lub w przyszłości – kto wie – w kolejnych misjach zagranicznych…

Myślę, że niewielu ludzi te cechy artylerii ciągnionej dziś dostrzega i docenia. Wielu z nas, także artylerzystów, uległo (podobnie jak w latach 60. ubiegłego wieku) fascynacji możliwościami artylerii rakietowej lub nie dostrzega problemów artylerii samobieżnej…

Przede wszystkich chciałbym jednak zaprzeczyć powszechnie panującemu poglądowi, że działa ciągnione są bardziej narażone na duże straty z powodu swej niskiej manewrowości i braku osłony obsług. W toku wojny Ukraina otrzymała z Zachodu ponad 400 dział ciągnionych, z czego straciła około 10%. Czy to dużo? Porównajmy to ze stratami systemów samobieżnych: otrzymano ich ponad 450, a utracono około 13%. Najbardziej miarodajne będzie moim zdaniem porównanie dwóch najliczniej występujących tam dział w obu kategoriach: straty ciągnionych M777 i samobieżnych Krabów kształtują się na tym samym poziomie – około 20%…

defence24.pl

piątek, 5 stycznia 2024



W poniedziałek, 30 października, znany dagestański dziennikarz i aktywista Idris Jusupow obudził się o siódmej rano: funkcjonariusze rosyjskiego Komitetu Śledczego przyszli do niego, by przeszukać mieszkanie i skonfiskować sprzęt elektroniczny i biurowy.

Przed tym, w sobotę i niedzielę, w kilku rosyjskich miastach na Kaukazie miały miejsce antyizraelskie i antyżydowskie protesty: w Karaczajo-Czerkiesji odbył się propalestyński wiec, w Nalczyku nieznani sprawcy podpalili żydowskie centrum kultury, w Dagestanie tłum ludzi zaatakował samolot przewożący pasażerów z Izraela.

Jusupow mówi, że jako dziennikarz wiedział o tym, że jest planowany protest na lotnisku –niemniej jednak był przerażony jego skalą i tym, jak szybko przerodził się w zamieszki. Już wcześniej, 12 października, w odpowiedzi na wezwanie kanału „Poranek Dagestanu” na Telegramie (jedno z najbardziej popularnych źródeł informacji w republice) na lotnisku w Machaczkale grupa młodych mężczyzn „przywitała” samolot z Tel Awiwu z palestyńskimi flagami. Na kolejne wezwanie „Poranku” Jusupow nie zareagował – nie miał zamiaru w niedzielę wieczorem jechać na lotnisko położone 20 km od miasta. – Myślałem, że przyjdą z flagami, plakatami i tyle – mówi. – Zdałem sobie sprawę ze skali, kiedy moi koledzy dziennikarze zaczęli do mnie dzwonić. Wtedy usiadłem przy komputerze i zacząłem oglądać filmy, było mnóstwo materiału.

Tłum ludzi wdarł się na terminal i płytę lotniska, zachęcony napływającymi wiadomościami o uchodźcach z Izraela. Kamienie poleciały w policję, protestujący zatrzymywali samochody, szukając w nich Żydów. Na jednym z filmów słychać głos uczestnika zamieszek: „Sprawdzamy nawet policyjne radiowozy. inszallah [jeśli Bóg pozwoli], znajdziemy ich”.

– Na Telegramie od kilku tygodni pojawiało się sporo fałszywych informacji o tym, że do Republiki Dagestanu ma przybyć 300 tys. Żydów, bo chcą się tu osiedlić. Ludzie nawet nie zastanawiali się, jak miałoby to wyglądać, ile samolotów potrzeba itd., ale zaczęli ostro reagować. Po ataku na Gazę w Dagestańczykach było wiele emocji, ludzie byli zszokowani, oglądali filmy, na których zabijane były kobiety i dzieci – mówi Jusupow. – Było wyraźnie widać, że ktoś podkręca nastroje.

– W poniedziałek po przeszukaniu zostałem doprowadzony jako świadek w sprawie karnej. Zabrali mnie do Komitetu Śledczego i zaczęli zadawać pytania na temat zamieszek na lotnisku. Pytali: czy mam coś wspólnego z organizacją protestu? Powiedziałem: nie mam. Potem zapytali, czy jestem administratorem kanału „Poranek Dagestanu” – nie jestem. Potem zapytali, czy znam człowieka, którego – jak zrozumiałem – podejrzewają o prowadzenie tego kanału. Znałem go, poznaliśmy się wiele lat temu, kiedy studiowałem na uniwersytecie. Wyjechał z Rosji, prawie się nie widzieliśmy. Zabrali cały mój sprzęt elektroniczny, nawet stare dyski z archiwami. Jeszcze ich nie zwrócili, mogą je przetrzymać w Komitecie Śledczym nawet przez rok.

Sprawa odbiła się szerokim echem we wszystkich mediach na świecie – Kreml najprawdopodobniej wymusił działania na miejscowych władzach. Poza Jusupowem policja zatrzymała ok. 300 rzekomych uczestników zamieszek. – Rozpoczęła się ostra reakcja na szczeblu władz republiki, protest potępiono, przywódca Dagestanu wystąpił w telewizji, spotkał się z dziennikarzami i osobami publicznymi. Są sprawy karne i administracyjne. Miejscowa ludność jednak apeluje, aby nie osądzać każdego uczestnika protestu, a jedynie tych, którzy odpowiadają za konkretny rozbój czy przestępstwo – mówi Jusupow.

Władze rosyjskie tradycyjnie obarczyły winą za zamieszki na dagestańskim lotnisku kraje zachodnie i Ukrainę, które miały rzekomo „zorganizować prowokację”. Przywódca Dagestanu Siergiej Mielikow oskarżał „banderowców”, a rzecznik rosyjskiego prezydenta Dmitrij Pieskow mówił o „wpływach zewnętrznych”, w tym informacyjnych.

W związku z tym rodzi się pytanie – czy to nie sam Kreml rękami służb doprowadził do rozruchów?

– Dagestan nie jest regionem, w którym może wydarzyć się coś, na co nie mają wpływu lokalne władze czy bezpieka – uważa Wiaczesław Lichaczow, ekspert kijowskiego Centrum Wolności Obywatelskich (laureat pokojowego Nobla w 2022 roku). – Zwłaszcza jeśli chodzi o setki ludzi, którzy godzinami błąkają się po mieście i nikt nawet nie próbuje ich zatrzymać. To jest bardzo dziwne. Moim zdaniem to pokazuje, że im na to pozwolono. Funkcjonariusze interweniowali dopiero w pewnym momencie, kiedy sytuacja rzeczywiście wymknęła się spod kontroli.

Lichaczow przypomina, że w przeciwieństwie do autorytarnej i całkowicie kontrolowanej Czeczenii Dagestan to republika z bardzo trudnym układem sił, zamieszkana przez kilkadziesiąt narodowości (w tym mieszkających tu od czasów średniowiecza Żydów górskich – ostatnią grupę diaspory żydowskiej). Ale poza tym Dagestan to jedna z biedniejszych i bardziej sfrustrowanych republik.

– W Rosji wydarzenia na taką skalę nie dzieją się oddolnie, nie ma poziomej mobilizacji społeczeństwa. Mamy technologię, która pozwala kanalizować frustrację i niezadowolenie w formie nienawiści do Żydów, do Izraela. Jest to legitymizowane odgórnie i nastąpiło po tym, jak prezydent i inni wysocy urzędnicy pozwolili sobie na antysemickie żarty i poparli Hamas. Rząd tworzył przestrzeń dla „dozwolonego antysemityzmu” – podkreśla Lichaczow.

W jakim więc celu to zrobiono? Po co Kremlowi potrzebny był aż tak wyraźny przejaw antysemityzmu?

– Putinowski reżim kreuje wizerunek obrońcy islamu i buduje przyjaźń z towarzyszami z Hamasu, Iranu i Korei Północnej, toteż obecnie okazuje antysemityzm – kontynuuje Lichaczow. – Mogą to być narzędzia umożliwiające zdobycie popularności w globalnej społeczności niezadowolonych reżimów i grup. Antysemityzm to tanie narzędzie, które można wykorzystać w regionach niedarzących sympatią Zachodu. To może zadziałać.

Denis Sokołow, antropolog i badacz Kaukazu, nie zgadza się z takim traktowaniem: jego zdaniem rękę organizacji protestów przez lokalne władze było widać we wcześniejszych antyizraelskich protestach w Chasawjurcie czy w Nalczyku.

– Były też wypowiedzi przywódcy Czeczenii Ramzana Kadyrowa o zakazie wjazdu Izraelczykom i grożenie tym, którzy ich przyjmą. W tym wszystkim widać miękką siłę rosyjskiego urzędnika. Tępą i nieskuteczną rękę kaukaskiej biurokracji. Ale jeśli chodzi o lotnisko [w Machaczkale], tam zapaliła się iskra, było to dzieło utalentowanego organizatora. Kiedy się zaczęło, urzędnicy po prostu obserwowali te nawoływania w sieci: „No bo co? Jeśli ktoś chce w ten sposób wywrzeć presję na Izraelczyków, to spróbujmy”, myśleli. Biurokracja nie była gotowa na taką siłę organizacyjną i efektywność.

Kanał „Poranek Dagestanu” już wcześniej organizował protesty – przeciwko mobilizacji do wojny w Ukrainie i w innych lokalnych sprawach. Dość aktywnie angażuje się w działalność opozycyjną w Dagestanie, wykorzystując nastroje protestacyjne. „Poranek Dagestanu” śledził na radarze lot, a nawet opracował własny system metafor: na przykład tych „dobrych” Żydów nazywał „Żydami”, a tych „złych” – „jachudami” (w języku arabskim, w mowie potocznej, to wyzwisko). Zdaniem Sokołowa kreatywność, elastyczność i wyczucie nastrojów w republice wskazuje na to, że nie mogły tego zrobić służby czy rosyjscy biurokraci: – Kanał ten w pełni odzwierciedla opinię przeciętnego rosyjskojęzycznego muzułmanina – podkreśla Sokołow.

new.org.pl


Outsourcingowe operacje prowadzone przez Rosjan nie stanowią żadnego novum. Przykładem tego mogą być ustalenia rosyjskojęzycznego portalu śledczego Dossier Center (wraz z DR, Expressen, Le Monde, NRK, Süddeutsche Zeitung, SVT i Westdeutscher Rundfunk) po uzyskaniu dostępu do rosyjskich dokumentów. Wynika z nich, że na początku 2023 roku prowadzono operację mającą na celu spowodowanie sprzeciwu Turcji wobec przyjęcia Szwecji do NATO oraz dyskredytację Ukrainy. Bezpośrednimi wykonawcami było pięciu emigrantów z krajów islamskich, z których dwóch - jak ustalono - studiowało w Petersburgu. Ich działalność polegała m.in. na wykonywaniu szeregu napisów antyislamskich w kilku europejskich stolicach, paleniu tureckich flag w czasie różnego rodzaju protestów społecznych np. przeciwko zmianie ustawy emerytalnej we Francji.

Rosyjski outsourcing obejmuje też bardziej złożone działania. Ujawnione przez The Spectator w lutym 2023 roku informacje dotyczące zatrzymania w Wielkiej Brytanii trójki obywateli Bułgarii pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji i posiadania fałszywych dokumentów tożsamości to kolejny dowód na to, że rosyjski wywiad próbuje dostosować się do zwiększonego ryzyka, stosując nowe metody działania w Europie. Jak podaje The Times, oskarżono ich o udawanie dziennikarzy amerykańskich stacji telewizyjnych po tym, jak Scotland Yard znalazł fałszywe karty prasowe kanałów Discovery i National Geographic, służące jako przykrycie do rozpoznawania celów w Londynie, Niemczech i Czarnogórze. Bułgarzy - według The Telegraph - mieli również dysponować mieszkaniem w północno-zachodnim Londynie, w pobliżu bazy wojskowej RAF w Northolt, z której często korzystają członkowie rządu, zagraniczne głowy państw i rodzina królewska.

W ramach, tzw. wojny hybrydowej (Rosjanie używają pojęcia wojna nowej generacji – przyp. red.) zatarły się granice między podmiotami państwowymi i niepaństwowymi. Analitycy wywiadu zwrócili uwagę na nowe zjawisko występujące w działaniu rosyjskich służb specjalnych, jakim stawało się odchodzenie od rezydentur placówkowych, uplasowanych w ambasadach i „nielegałów” skupionych w głównej mierze na wywiadzie sygnałowym. Wektor ciężkości został przesunięty na rzecz dezinformacji, kreowania postaw i prowokowania konfliktów społecznych, celem destabilizacji i polaryzacji. Prof. David Gioe z Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point oraz Jeff Giesea (założyciel The Boyd Institute) określili to mianem „wywiadu hybrydowego” jako zbioru obejmującego, zarówno klasyczny rosyjski wywiad osobowy (HUMINT) wraz z operacjami cybernetycznymi i wojną informacyjną. W praktyce oznacza to wykorzystywanie różnego rodzaju niepaństwowych aktorów do prowadzenia działalności wywiadowczej, uzyskiwania danych osobowych poprzez firmy teleinformatyczne, informatyczne platformy medyczne, parabankowe, instytucje finansowe. Posiadają one niezwykle istotne informacje dla każdego wywiadu dotyczące numerów rachunków bankowych i finansowych i wykonywanych poprzez nie operacji, numerów telefonów, adresów e-mail, posiadanych nieruchomości, zakupów, aktywności na portalach społecznościowych czy stanu zdrowia.

Sam fakt objęcia rosyjskiego biznesu sankcjami nie oznacza, że zbiory tych danych nie znalazły się w posiadaniu rosyjskich służb. W ramach „wywiadu hybrydowego” mieści się również korzystanie z usług przestępczości zorganizowanej do zbierania informacji, kanałów przemytniczych, transferów finansowych, zabójstw na zlecenie i tworzenia firm fasadowych. Natomiast operacje dezinformacyjne i wywiadowcze, prowadzone przez czasami wynajętych a-hoc wykonawców, przy bardzo niskich nakładach mogą przynosić duże efekty.

Pomimo wydalenia wielu rosyjskich dyplomatów, część z nich w dalszym ciągu przebywa w Europie prowadząc działalność wywiadowczą. Rosyjskojęzyczny portal śledczy Dossier Center ustalił, że w rosyjskiej misji przy UE nadal pracują osoby związane z rosyjskim wywiadem. Kieruje nią od ponad roku Kirył Logwinow, który według belgijskiej Państwowej Służby Bezpieczeństwa (VSSE) oraz Służby Wywiadu Ogólnego i Bezpieczeństwa (ADIV) jest oficerem SWR. Europejska Służba Działań Zewnętrznych (unijna służba dyplomatyczna, która prowadzi politykę zagraniczną i bezpieczeństwa UE – przyp. red.), pomimo że jest świadoma zagrożenia, to jednak ze względów dyplomatycznych nie zamierza podejmować zdecydowanych działań w tej sprawie. Według belgijskich źródeł posiadających wiedzę z zakresu bezpieczeństwa narodowego, w ambasadzie Białorusi w Brukseli nadal przebywa kilku funkcjonariuszy wywiadu, zarówno ze służby bezpieczeństwa państwa, jak i wywiadu wojskowego Białorusi.

Także - według ustaleń Radia Swoboda - wielu dyplomatów akredytowanych w Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), zajmuje się gromadzeniem informacji wywiadowczych i wpływaniem na decyzje tej organizacji na korzyść Rosji.

Europejskim krajem, w którym rosyjscy dyplomaci prowadzący działalność wywiadowczą czują się szczególnie komfortowo, jest Austria. Po rozpoczęciu rosyjskiej wojny na Ukrainie - w porównaniu ze swoimi sąsiadami - wydaliła ona wyjątkowo niewielu rosyjskich szpiegów. Prawodawstwo austriackie nie przewiduje ścigania działalności wywiadowczej, jeżeli nie jest wymierzona przeciwko interesom narodowym. Wynika to z tego, że w Austrii szpiegostwo przeciwko państwu austriackiemu i jego instytucjom uznawane jest za przestępstwo, natomiast szpiegostwo przeciwko innym krajom nie jest jasno zdefiniowane ani karane.

Financial Times zwraca uwagę, że dwukrotnie wstrzymano głosowanie w austriackim parlamencie nad zamianami zakazującymi szpiegostwa „wobec obcego państwa lub organizacji międzynarodowej”. W Wiedniu akredytowanych jest 180 rosyjskich dyplomatów, z czego jedna trzecia ma być na usługach wywiadu. Los Angeles Times cytuje Gustava Gressela, starszego specjalistę ds. polityki w Europejskiej Radzie Stosunków Zagranicznych i byłego oficera armii austriackiej, który twierdzi, że ”Wiedeń jest i zawsze był idealnym centrum szpiegowskim”. Jak dodaje, „jeśli jesteś oficerem rosyjskiego wywiadu i chcesz mieć źródło w Niemczech, po co miałbyś ryzykować, że się z nim tam spotkasz? Zapraszasz tego faceta na wakacje na nartach w Austrii”.

Ciekawym przykładem jest też Szwajcaria, gdzie obecnie przebywa 221 osób oficjalnie akredytowanych jako dyplomaci Federacji Rosyjskiej. Genewa jest siedzibą europejskiej siedziby Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz licznych agencji międzynarodowych. Szwajcaria jest jedynym krajem zachodnim, powołując się na neutralność, który nie usunął żadnych rosyjskich agentów. Zwrócił na to uwagę rosyjski pisarz Michaił Szyszkin (zaciekły krytyk Władimira Putina), przebywający od 1995 roku właśnie w Szwajcarii, który stwierdził, że „Moskwa przenosi do Szwajcarii szpiegów, których wypędziły inne kraje europejskie”. Z kolei Christian Dussey, szef Federalnej Służby Wywiadowczej (FIS) przyznał, że Szwajcaria jest obecnie jednym z krajów będącym „szczególnym celem rosyjskiego wywiadu (…). Spośród 221 osób stacjonujących w Szwajcarii, co najmniej jedna trzecia pracuje dla różnych rosyjskich służb wywiadowczych (…) Zagrożenie dla Szwajcarii ze strony szpiegostwa zagranicznego (głównie rosyjskiego i chińskiego) pozostaje wysokie. W Europie, Szwajcaria jest jednym z państw o największej liczbie oficerów rosyjskiego wywiadu działających pod przykrywką dyplomatyczną, częściowo ze względu na jej rolę gospodarza organizacji międzynarodowych”.

Również Niemcy mają coraz większe problemy z działalnością rosyjskiego wywiadu. FSB już po wybuchu wojny na Ukrainie zwerbowało płk Karstena Linke pełniącego służbę w BND (Federalnej Służby Wywiadu Niemiec – przyp. red.). Z ustaleń Der Spiegel wynika, że szkody wyrządzone BND i jej partnerom przez działalność Linke były prawdopodobnie znacznie poważniejsze, niż przedstawiał to szef służby Bruno Kahl. Rosjanie uzyskali m.in. informację, że BND kontrolowało korespondencje Grupy Wagnera, poprzez dostęp do wewnętrznej aplikacji dla „wagnerowców”. Dowódcy jednostek PMC Wagner podczas walk z armią ukraińską często komunikowali się za pośrednictwem tej aplikacji. „Der Spiegel” pisze, że specjalistom ze służb partnerskich najwyraźniej udało się ją zhakować. Dzięki temu służby zachodnie prawdopodobnie miały szczegółowy obraz strat, taktyki i celów „wagnerowców” na ukraińskim froncie. W efekcie informacji przekazanych przez Linke, Rosjanie zmienili kanał łączności, a niemiecki wywiad stracił dostęp do informacji.

(...)

Nie oznacza jednak, że Rosjanie nie korzystają ze starych metod. Business Insider w swoim tekście na temat rosyjskiego wywiadu cytuje Kevina Riehle, profesora z Uniwersytetu Missisipi w Centrum Studiów nad Wywiadem i Bezpieczeństwem, a zarazem byłego agenta FBI (z 30-letnim stażem) zajmującego się kontrwywiadem, który uważa, że Rosja powraca do starych metod i rozmieszcza agentów „pod fałszywymi tożsamościami” w celu infiltracji Zachodu. Jak twierdzi Riehle „ponieważ nie wyglądają na Rosjan, mogą się przemieszczać bez kontroli, jakiej podlega rosyjski personel dyplomatyczny (…) i od czasu masowego wydalenia rosyjskich dyplomatów w zasadzie pozostali nielegalni, dlatego stali się bardzo istotni”.

Od rozpoczęcia inwazji Rosji na Ukrainę - jaki pisał The Economist - w Europie, od Holandii po Norwegię i od Szwecji po Słowenię, odkryto sieć rosyjskich szpiegów. Wiele z nich miało związek z Ameryk Łacińską, która jak podczas zimnej wojny, pozostaje „odskocznią” dla rosyjskiego wywiadu, prowadzącego stamtąd operacje w USA i Europie. Przykładem jest sprawa Victora Mullera Ferreiry, podającego się za obywatela Brazylii, który przybył do Hagi w kwietniu 2022 r., aby odbyć staż w Międzynarodowym Trybunale Karnym. W rzeczywistości okazało się, że faktycznie nazywa się Siergiej Władimirowicz Czerkasow i jest oficerem GRU pracującym pod fałszywą tożsamością. Został on deportowany do Brazylii, która nie zgodziła się na jego ekstradycje do USA. Także w Norwegii aresztowano José Assisa Giammarię, oficjalnie brazylijskiego naukowca, który w rzeczywistości okazał się również oficerem GRU (Michaił Mikuszyn ). W Słowenii zatrzymano też Marię Mayer i Ludwiga Gischów, argentyńskie małżeństwo, które związane było z SWR.

Portal SpyTalk pisał, że w ostatnich czasie meksykański rząd akredytował 37 nowych dyplomatów do pracy w rosyjskiej ambasadzie, oprócz 49 już tam przebywających. Obecnie, jak wynika z Wykazu Misji Zagranicznych Ministerstwa Spraw Zagranicznych (który nie jest już publicznie dostępny) Rosja ma zdecydowanie największy kontyngent dyplomatyczny - liczący 86 osób - właśnie Meksyku. „Szpiedzy prawie zawsze działają pod przykrywką dyplomatyczną, a Meksyk zawsze był celem numer jeden dla Rosji ze względu na bliskość Stanów Zjednoczonych” – mówi John Feeley, emerytowany ambasador USA specjalizujący się w kwestiach bezpieczeństwa Ameryki Łacińskiej. Jak dodał, „to bardzo dogodne miejsce do szpiegowania Stanów Zjednoczonych. Ich amerykańskie tajne aktywa mogą podróżować jako turyści do Cancun i być przesłuchiwane przez swoich opiekunów, bez nadzoru”.

John Feeley, który w latach 2009–2012 był zastępcą szefa misji i chargé d’affaires w Meksyku stwierdził, że duża liczba rosyjskich dyplomatów w Meksyku „nie ma sensu, jeśli mieliby oni wykonywać tradycyjną pracę dyplomatyczną”. „Po co tylu dyplomatów, po co tak duża ambasada, a tak mało powiązań gospodarczych i turystycznych? Ambasada Rosji od dawna jest ośrodkiem szpiegostwa” - ocenił. Według rządu Meksyku odnotowano też 20-procentowy wzrost liczby obywateli Rosji przybywających w 2022 roku do Cancun. Oficjalnie są to Rosjanie uciekający przed wojną. Są wśród nich samotne kobiety i pary planujące urodzić dzieci, aby mogły ubiegać się o łatwo dostępne meksykańskie dokumenty imigracyjne i paszporty, które pozwolą im podróżować do USA. Uważa się, że nagłe pojawienie się obywateli Rosji w Cancun, to inicjatywa rosyjskich służb wywiadowczych.

(...)

W połowie stycznia 2023 roku - jak podał Associated Press, powołując się na wyciek raportów amerykańskiego wywiadu – zawarta została umowa o współpracy funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Rosji. Jej celem jest przeciwdziałanie działalności wywiadu USA i Wielkiej Brytanii. Według wiedzy uzyskanej na podstawie dokumentu, na który powołuje się agencja AP, „ZEA prawdopodobnie postrzegają współpracę z rosyjskim wywiadem jako szansę na wzmocnienie rosnących więzi między Abu Zabi a Moskwą oraz dywersyfikację partnerstw wywiadowczych w obliczu obaw związanych z wycofaniem się USA z regionu”. Władze Emiratów zaprzeczyły twierdząc, że taki dokument nie istnieje.

Rosja od czasu rozwiązania Grupy Wagnera zrestrukturyzowała też swoje struktury paramilitarne w Afryce, szczególnie w Republice Środkowoafrykańskiej, która w ostatnich latach stała się platformą dla rosyjskich służb wywiadowczych na kontynencie. Obecnie kieruje nimi Denis Władimirowicz Pawłow, kadrowy oficer SWR, który pojawił się tam wrześniu 2023 roku. O jego przybyciu, specjalnym pismem, poinformował władze republiki Siergiej Naryszkin, dyrektor SWR. Informacje takie wynikają ze wspólnego śledztwa opublikowanego w grudniu 2023 roku przez niezależną witrynę śledczą All Eyes on Wagner (AEOW) powiązaną z Radio Swoboda, która ujawniła też nazwiska i zdjęcia niektórych kluczowych rosyjskich osobistości odpowiedzialnych za koordynację działań Rosji w Mali, Burkina Faso i Republice Środkowoafrykańskiej.

Nie bez znaczenia jest fakt, że znaczna cześć oficerów armii państw afrykańskich w dalszym ciągu jest szkolona w Rosji. W Moskiewskiej Akademii Wojskowej Ministerstwa Obrony (szkoły GRU) funkcjonuje wydział przeznaczony dla personelu wojskowego armii zaprzyjaźnionych krajów w tym Kuby, Syrii, Wenezueli, Angoli i Algierii. Putin w 2019 roku przed szczytem Rosja-Afryka, w wywiadzie udzielonym agencji TASS stwierdził, że „tylko w ciągu ostatnich pięciu lat ponad 2500 żołnierzy z krajów afrykańskich ukończyło studia w wojskowych instytucjach edukacyjnych Ministerstwa Obrony Rosji”. Dodał, że praktyka szkolenia personelu wojskowego z krajów afrykańskich, w tym po obniżonych kosztach, lub nawet bezpłatne, cieszyła się dużym zainteresowaniem.

infosecurity24.pl

czwartek, 4 stycznia 2024




Aleksander Kochetkow, były inżynier w biurze projektowym Jużnoje, specjalista ds. komunikacji

Spełnia się moja przednoworoczna prognoza — że ​​Ukrainę czeka kilka fal masowych połączonych ataków rakietowych i z użyciem dronów.

Jesienią wróg zgromadził rakiety, których — według różnych szacunków — produkuje od 200 do 300 miesięcznie (tak, pomimo sankcji). Do tego dochodzi około 500 dronów miesięcznie.

Podobna ukraińska broń, która — jak informują ukraińscy urzędnicy — została "wprowadzona do produkcji", jest nieporównywalna do rosyjskiej — tak pod względem ilości, jak i siły bojowej. Miejmy nadzieję, że na razie.

Wróg czekał na zimę, by wyrządzić nam jak największe szkody. Ale nie wytrzymał — chęć zemsty wzięła górę i uderzył przed czasem.

Nawet nad Kijowem nie wszystkie rakiety udało się zestrzelić — w stolicy dopiero skończono zbierać gruzy powstałe po atakach, odnotowano też dużą liczbę ofiar.

Rosjanie nie trafili jednak w żaden strategicznie ważny obiekt — ani w kraju, ani w stolicy.

W ciągu najbliższych kilku tygodni powinniśmy spodziewać się maksymalnie trzech takich połączonych ataków. Po nich wróg będzie musiał wrócić do czasu gromadzenia rakiet i dronów i w efekcie ataki nieco ustaną. Kolejny szczyt rosyjskiej aktywności terrorystycznej może nastąpić w lutym, który jest zwykle mroźnym miesiącem.

Najważniejsze pytanie brzmi — czy Ukraina ma wystarczającą liczbę rakiet przeciwlotniczych, potrzebnych do tego, by zestrzelić pociski wroga? Możemy się o tym przekonać tylko na polu bitwy.

Dostarczenie Ukrainie myśliwców NATO wzmocni jej systemy obrony powietrznej — przede wszystkim w tych regionach, w których naziemne systemy przeciwlotnicze są nadal niewystarczające. Ale dwie lub nawet trzy eskadry F-16 nie pozwolą nam powstrzymać wrogich samolotów przed wystrzeleniem pocisków. Do tego potrzeba ich znacznie więcej. Potrzeba też, by miały możliwość operowania nad terytorium Federacji Rosyjskiej.

Nie mogę więc powiedzieć nic szczególnie optymistycznego. Ale wiem, że Ukraina przetrwa i zwycięży.

Aleksiej Kopytko, doradca ministra obrony Ukrainy

Dwieście rakiet i mniej więcej tyle samo dronów Szahid wystrzelonych w ciągu kilku dni to ogromne zasoby. Rosja gromadziła rakiety przez prawie całą jesień.

Bez względu na okoliczności nie można jednak nazwać tego inaczej jak porażką Kremla.

Po pierwsze, świat zaczął już zapominać, do jakiego barbarzyństwa zdolni są Rosjanie. Teraz jednak widać wyraźny kontrast: Ukraina zniszczyła rosyjski statek precyzyjnym pociskiem, a Rosja zaatakowała szpital położniczy, bloki mieszkalne, sklepy i zabiła dziesiątki cywilów.

Nie sposób nazwać Rosji inaczej jak państwem terrorystycznym. Prowadzi wojnę z dziećmi, osobami starszymi, atakuje infrastrukturę cywilną — publicznie się do tego przyznaje i jest dumna ze swoich okrucieństw.

Po drugie, Moskwa wyraźnie chciała sparaliżować ukraiński przemysł energetyczny przed nadejściem mrozów. W ubiegłym roku takie ataki doprowadziły do przerw w dostawach prądu.

Rosjanie zgromadzili kilkaset rakiet do zmasowanych ataków, są w stanie zorganizować kilka kolejnych fal w krótkim czasie i powinniśmy być na nie moralnie przygotowani. Ale jak dotąd nie ma nawet śladu, by udało im się przeciążyć ukraińską obronę powietrzną.

Owszem, nadal istnieją wrażliwe terytoria — ale Kreml nie jest w stanie sobie z nimi poradzić. I w tym tempie wkrótce rosyjscy żołnierze będą zmuszeni do ponownego gromadzenia zapasów rakiet na wiele miesięcy.

Po trzecie, popełniając jawne zbrodnie wojenne i atakując cywilów, Rosjanie próbują zmusić ukraińskie dowództwo do przeniesienia wojsk w inne regiony i do porzucenia tych operacji, z powodu których Federacja Rosyjska straciła kilka samolotów i statek w ciągu kilku dni.

Wielkie podziękowania dla Zachodu za dostarczone systemy obrony powietrznej. Strategia zwiększania możliwości ukraińskich systemów obrony powietrznej działa, uratowała już wiele istnień ludzkich. To wspaniale, że Japonia wkroczyła do akcji. Wielka Brytania zareagowała bardzo dobrze. Musimy kontynuować walki, a do tego potrzebujemy więcej środków obrony.

To jednak nigdy nie wystarczy, chyba że Zachód zniesie ograniczenia w używaniu zachodniej broni na terytorium Rosji, zapewnieni ukraińskiemu lotnictwu niezbędne środki wykrywania i niszczenia oraz dostarczy Taurusy i podobne systemy — w odpowiednich ilościach.

Te decyzje już dojrzały, trzeba je teraz wdrożyć.

Rosyjskie lotnictwo zniszczyło pół wioski w regionie Woroneża. To nie jest przypadek. Wyrządzili tyle zła, że czara się przelewa. To nie ci, którzy czynią zło, będą cierpieć, ale ci, którzy są wokół nich.

Każdego dnia rosyjska armia będzie wyrządzać coraz więcej szkód samej Rosji. Każdy atak na Ukrainę przyniesie Rosjanom coraz więcej ofiar. Sprzedali swoich krewnych do wojska, a okazuje się, że kupili sobie wojnę na kredyt. I będą musieli za to zapłacić.

onet.pl/The Moscow Times


Oglądalność programu Władimira Sołowjowa spadła o połowę. Pod koniec 2022 r. “Wieczór z Sołowjowem” był najpopularniejszym programem propagandowym i zajmował 14. miejsce na ogólnej liście programów z udziałem 3,6 procent widzów. Rok później Sołowjow nadal jest bardziej popularny niż inni propagandziści, ale spadł na 35. miejsce w ogólnym rankingu z wynikiem 2,1 procent.

Według LiveInternet, spadły też wyświetlenia stron propagandowych, takich jak agencji RIA Nowosti (z 75 mln do 60 mln w ciągu roku), ulubionej gazety Putina Komsomolskaja Prawda (ze 107 mln do 87 mln) i serwisu Lenta.ru (z 63 mln do 54 mln).

Użytkownicy rezygnują również z subskrypcji kanałów w komunikatorze Telegram segmentu Z. Straty zaczęły się po nieudanym buncie Jewgienija Prigożyna w czerwcu. Jednocześnie najczęściej rezygnują z subskrypcji czytelnicy korespondentów wojennych. Tracą prawie tysiąc osób dziennie.

Kanał WarGonzo (Siemion Piegow) stracił od czerwca ponad 200 tysięcy subskrybentów, Jewgienij Poddubny – 170 tysięcy, Jurij Kotionok – ponad 50 tysięcy, a “korespondent wojenny” telewizji Rossija Aleksander Sładkow – 54 tysiące.

W grudniu socjologowie z firmy Russian Field odnotowali zmęczenie Rosjan wojną na Ukrainie. Na pytanie o życzenia Rosjan na nowy rok, najpopularniejszą odpowiedzią było: “spokojne niebo, koniec specjalnej operacji wojskowej” (50 procent).

belsat.eu


W dniach 29 grudnia – 2 stycznia Rosja dokonała licznych uderzeń rakietowych na cele na całym terytorium Ukrainy. 29 grudnia miał miejsce największy od lutego 2022 r. atak z wykorzystaniem rakiet i dronów kamikadze (zob. Aneks). Według głównodowodzącego armii ukraińskiej generała Wałerija Załużnego agresor wykorzystał tego dnia co najmniej 158 środków napadu powietrznego – 122 rakiety balistyczne i manewrujące (30 grudnia ukraiński Sztab Generalny zwiększył tę liczbę do 150) oraz 36 „szahedów”. Obrońcy deklarowali zestrzelenie 87 pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555/Ch-55, których Rosjanie mieli wystrzelić co najmniej 90, oraz 27 dronów Shahed 131/136. Agresor miał także użyć ośmiu pocisków manewrujących Ch-22/Ch-32, co najmniej 14 balistycznych Iskander-M i 9M82/9M83 odpalanych z systemów S-300, pięciu hipersonicznych Ch-47M2 Kindżał, czterech przeciwradiolokacyjnych Ch-31P oraz jednej rakiety powietrze–ziemia Ch-59. Załużny stwierdził, że celem ataku były obiekty infrastruktury krytycznej, przemysłowe i wojskowe. Odnotowano również ofiary cywilne (śmierć poniosły 53 osoby, a 170 zostało rannych) oraz uszkodzenia obiektów mieszkalnych, służby zdrowia i oświaty.

Szczególnie ucierpiał Kijów, gdzie jednym z celów były najprawdopodobniej zakłady „Artem” nieopodal stacji metra Łukjaniwska, której uszkodzenie nagłośniły ukraińskie media. Zniszczenia odnotowano także w czterech innych dzielnicach miasta. Do 3 stycznia liczba ofiar śmiertelnych ataku w Kijowie wzrosła do 30, co czyni go najkrwawszym z dotychczasowych rosyjskich uderzeń na ukraińską stolicę. Ponadto zaatakowane zostały – w kolejności zgłaszania informacji o uderzeniu – Odessa (pięć ofiar śmiertelnych), gdzie głównym celem była infrastruktura portowa, Lwów (jeden zabity cywil), w którym uderzono w zakłady remontujące broń pancerną, Charków (trzy ofiary śmiertelne), gdzie rosyjskie rakiety trafiły m.in. w zajmujące się naprawą uzbrojenia zakłady im. Małyszewa, Konotop w obwodzie sumskim, miasto Dniepr (siedmiu zabitych cywilów) i sąsiedni Nowomoskowsk oraz Zaporoże (dziewięć ofiar śmiertelnych), w którym celem były m.in. zakłady „Iskra”. O trafieniu obiektów infrastruktury donoszono również z Sełydowego w obwodzie donieckim i Drohobycza. Rosjanie zaatakowali ponownie po południu 29 grudnia, trafiając rakietami w cele w Sumach i obwodzie czerkaskim (zginęła tam jedna osoba).

30 grudnia nocą rosyjskie drony kamikadze uderzyły w obwodach chersońskim i chmielnickim (ukraiński Sztab Generalny informował o zestrzeleniu pięciu z 10 użytych przez agresora „szahedów”), a w ciągu dnia rakiety Iskander-M i Ch-59 – w Zaporoże i Odessę. Strona ukraińska deklarowała także strącenie jednej rakiety Ch-59 wystrzelonej na Dniepr. Wieczorem co najmniej sześć rakiet (zależnie od źródeł – Iskander lub z systemów S-300) uderzyło w Charków, m.in. w zajmowany przez obcokrajowców hotel Kharkiv Palace. Ranne zostały 22 osoby. Ponownie celem było też Sełydowe w obwodzie donieckim. Według Sztabu Generalnego agresor wykorzystał łącznie dziewięć rakiet.

31 grudnia Rosjanie użyli największej jak dotąd liczby dronów kamikadze – zgodnie z komunikatem ukraińskiego Sztabu Generalnego w ciągu doby 96, a tylko w jednym ataku nocnym – o czym powiadamiało Dowództwo Sił Powietrznych – 49. Obrońcy deklarowali zestrzelenie łącznie 66 „szahedów” (w ataku nocnym – 21). Rosyjskie drony uderzyły kolejno w Zaporoże, Charków, obwody mikołajowski, odeski, kijowski i chmielnicki. Z kolei celami 13 rakiet były Kropywnycki (najprawdopodobniej pocisków hipersonicznych Kindżał) oraz Czuhujew w obwodzie charkowskim.

Do kolejnego dużego ataku z wykorzystaniem dronów kamikadze doszło nocą 1 stycznia, przy czym istnieje duża rozbieżność co do liczby użytych bezzałogowców. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego Rosjanie wykorzystali ich 26, a zestrzelonych zostało 21, zaś w ocenie Dowództwa Sił Powietrznych użyli ich aż 90, z których obrońcy mieli zniszczyć 87. Nie można wykluczyć, że drugie ze źródeł scaliło informacje o atakach z wieczora 31 grudnia i nocy 1 stycznia, niemniej nawet wówczas należałoby odnotować rozbieżność, jako że rezultatem zsumowania danych z komunikatów Sztabu Generalnego byłyby 73 drony (66 zestrzelonych). Z kolei według kierującej centrum prasowym tzw. Sił Obrony Południa Natalii Humeniuk w ataku z 31 grudnia na 1 stycznia na południu Ukrainy obrońcy zniszczyli 50 z 60 użytych przez agresora „szahedów” (w tym 30 w rejonie Odessy). O zniszczeniach w wyniku uderzeń dronów donoszono z Odessy (trafiona została infrastruktura przyportowa, jedna osoba zginęła), ze Lwowa (fala uderzeniowa doprowadziła do uszkodzenia budynków w Dublanach, lokalne władze nagłośniły zniszczenie budynku muzeum dowódcy UPA Romana Szuchewycza w Biłohorszczu) i z Dniepru (trafiony został obiekt przemysłowy). Z kolei odparcie ataków zgłoszono w obwodach chmielnickim i kijowskim. W godzinach popołudniowych Dowództwo Sił Powietrznych informowało o kolejnym uderzeniu z wykorzystaniem 10 dronów Shahed 131/136, z których obrońcy mieli zestrzelić dziewięć.

2 stycznia Rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak, w którym według generała Załużnego wykorzystali 99 rakiet balistycznych i manewrujących oraz 35 dronów kamikadze. Zgodnie z komunikatem Dowództwa Sił Powietrznych zestrzelone zostały 72 rakiety – 59 z 70 użytych przez agresora pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555/Ch-55 i wszystkie trzy kalibry, wszystkie 10 pocisków hipersonicznych Kindżał oraz wszystkie 35 dronów Shahed 131/136. Rosjanie mieli ponadto wykorzystać 12 pocisków balistycznych Iskander-M i z systemów S-300 oraz cztery rakiety przeciwradiolokacyjne Ch-31P. W porównaniu z 29 grudnia Załużny zmienił przekaz – tym razem informował bowiem, że atakowane były obiekty infrastruktury cywilnej i krytycznej oraz przemysłowe i wojskowe. W wyniku ataku zginęło pięciu cywilów, a rannych zostało 127 osób.

Głównym celem ponownie był Kijów, w którym doszło do znaczących zniszczeń na terenie zakładów „Majak”, „Radiowyzmiruwacz” i „Kwazar”. Różnej skali zniszczenia odnotowano w dziewięciu rejonach miasta, zginęło dwóch cywilów, a 50 osób zostało rannych. W odróżnieniu od poprzednich ataków nastąpiło rozległe uszkodzenie sieci energetycznej w Kijowie i obwodzie kijowskim, w wyniku czego w mieście od prądu odcięto 259 tys. użytkowników, a w całym obwodzie – dalsze 184 tys. Nie były jednak atakowane główne obiekty infrastruktury energetycznej (większość uszkodzeń wywołały spadające odłamki), co pozwoliło na przywrócenie dostaw energii w ciągu niespełna doby. Poza Kijowem rosyjskie rakiety uderzyły w Kropywnycki i Charków. W drugim z wymienionych zginęła jedna osoba, a 50 zostało rannych. Pociski z systemów S-300 ponownie uderzyły w Charków późnym wieczorem 2 stycznia.

30 grudnia siły ukraińskie przeprowadziły zmasowany atak na terytorium FR i obiekty rosyjskie w okupowanej części Ukrainy, określany jako odwet za mające miejsce dobę wcześniej uderzenie agresora. Strona rosyjska informowała o zestrzeleniu 32 dronów kamikadze nad obwodami briańskim, kurskim, moskiewskim i orłowskim, a także o zniszczeniu drona nawodnego na redzie Sewastopola. Według części mediów ukraińskich obrońcy mieli użyć w ataku łącznie 70 dronów, nie ma jednak przekazów na temat jego rezultatów. Wczesnym popołudniem z wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych (wedle źródeł rosyjskich ukraińskie Wilchy na bazie sowieckiego BM-30 Smiercz i otrzymane od Czech RM-70 Vampire) zaatakowany został leżący 30–40 km od granicy (zależnie od punktu pomiaru) Biełgorod. Najprawdopodobniej celem były obiekty wojskowe, niemniej ukraińskie rakiety uderzyły w cywilne centrum miasta. Zgodnie z rosyjskimi danymi z 1 stycznia 25 osób poniosło śmierć, a 131 zostało rannych. Ofiary cywilne (4 zabitych i 13 rannych) odnotowano również w wyniku ukraińskiego ostrzału okupowanego przez Rosjan Doniecka. Uderzenia na Biełgorod miały być ponawiane 2 i 3 stycznia. 3 stycznia celami ataków miały być też Sewastopol i obwód kurski, w którym doszło do uszkodzenia podstacji energetycznej.

(...)

Komentarz

Wbrew przewidywaniom władz ukraińskich i wspierających Kijów państw zachodnich głównym celem wznowionych przez Rosjan ataków rakietowych nie jest – przynajmniej jak dotąd – infrastruktura energetyczna. Kwestią otwartą pozostaje, czy Moskwa uznała prowadzoną w 2022 r. kampanię niszczenia ukraińskiej energetyki za nieefektywną i zrezygnowała z jej kontynuowania, czy też powróci do niej w przyszłości. Kluczowym celem ostatnich uderzeń – największych od początku wojny pod względem liczby wykorzystanych równocześnie rakiet i dronów – stało się zaplecze armii ukraińskiej. Nie można jednak obecnie ocenić skutków ataków, a tym bardziej ich wpływu na ukraiński potencjał obronny. Podstawowe ograniczenie stanowi prowadzona przez Kijów polityka informacyjna, zgodnie z którą prezentowanie skutków wrogich ataków jest niezgodne z prawem i penalizowane (mimo to blokada informacyjna nie jest do końca szczelna, o czym świadczą dostępne w Internecie materiały potwierdzające uderzenia w kijowskie zakłady przemysłu zbrojeniowego). Wątpliwą alternatywą są doniesienia strony rosyjskiej, które – nawet jeśli są prawdziwe – stanowią element prowadzonej przez Moskwę wojny informacyjnej.

Mimo wielkiej skali rosyjskich ataków z ostatnich dni wątpliwości budzą ukraińskie doniesienia na temat liczby użytych przez wroga rakiet i dronów oraz deklarowanych zestrzeleń. Nigdy dotąd nie doszło w przekazie Kijowa do tak dużych rozbieżności jak przy okazji przedstawiania skutków ataków w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. Należy przyjąć, że każdorazowo liczba podawanych przez Dowództwo Sił Powietrznych zestrzeleń jest zawyżona, co stanowi przejaw polityki informacyjnej państwa w warunkach wojny, zwłaszcza broniącego się. Problemem jest jednak deklarowanie neutralizacji pocisków, których zniszczenie – także stosunkowo nowoczesnymi systemami Patriot – budzi wątpliwości natury stricte technicznej. Nie można wykluczyć, że – podobnie jak miało to miejsce w przypadku pocisków balistycznych Iskander-M, rakiet z systemów S-300 i pocisków manewrujących Ch-22/Ch-32 – ukraińskie dowództwo w przyszłości zweryfikuje doniesienia o zestrzeleniu hipersonicznych kindżałów (informacji nie komentuje amerykański producent patriotów). Należy podkreślić, że przekaz o nadzwyczajnej skuteczności systemów Patriot odgrywa znaczącą rolę we wspieraniu morale społeczeństwa ukraińskiego. Stanowi też element presji Kijowa na partnerów, aby ci dostarczyli więcej niezbędnych do obrony nowoczesnych systemów obrony powietrznej.

osw.waw.pl