czwartek, 4 stycznia 2024



W dniach 29 grudnia – 2 stycznia Rosja dokonała licznych uderzeń rakietowych na cele na całym terytorium Ukrainy. 29 grudnia miał miejsce największy od lutego 2022 r. atak z wykorzystaniem rakiet i dronów kamikadze (zob. Aneks). Według głównodowodzącego armii ukraińskiej generała Wałerija Załużnego agresor wykorzystał tego dnia co najmniej 158 środków napadu powietrznego – 122 rakiety balistyczne i manewrujące (30 grudnia ukraiński Sztab Generalny zwiększył tę liczbę do 150) oraz 36 „szahedów”. Obrońcy deklarowali zestrzelenie 87 pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555/Ch-55, których Rosjanie mieli wystrzelić co najmniej 90, oraz 27 dronów Shahed 131/136. Agresor miał także użyć ośmiu pocisków manewrujących Ch-22/Ch-32, co najmniej 14 balistycznych Iskander-M i 9M82/9M83 odpalanych z systemów S-300, pięciu hipersonicznych Ch-47M2 Kindżał, czterech przeciwradiolokacyjnych Ch-31P oraz jednej rakiety powietrze–ziemia Ch-59. Załużny stwierdził, że celem ataku były obiekty infrastruktury krytycznej, przemysłowe i wojskowe. Odnotowano również ofiary cywilne (śmierć poniosły 53 osoby, a 170 zostało rannych) oraz uszkodzenia obiektów mieszkalnych, służby zdrowia i oświaty.

Szczególnie ucierpiał Kijów, gdzie jednym z celów były najprawdopodobniej zakłady „Artem” nieopodal stacji metra Łukjaniwska, której uszkodzenie nagłośniły ukraińskie media. Zniszczenia odnotowano także w czterech innych dzielnicach miasta. Do 3 stycznia liczba ofiar śmiertelnych ataku w Kijowie wzrosła do 30, co czyni go najkrwawszym z dotychczasowych rosyjskich uderzeń na ukraińską stolicę. Ponadto zaatakowane zostały – w kolejności zgłaszania informacji o uderzeniu – Odessa (pięć ofiar śmiertelnych), gdzie głównym celem była infrastruktura portowa, Lwów (jeden zabity cywil), w którym uderzono w zakłady remontujące broń pancerną, Charków (trzy ofiary śmiertelne), gdzie rosyjskie rakiety trafiły m.in. w zajmujące się naprawą uzbrojenia zakłady im. Małyszewa, Konotop w obwodzie sumskim, miasto Dniepr (siedmiu zabitych cywilów) i sąsiedni Nowomoskowsk oraz Zaporoże (dziewięć ofiar śmiertelnych), w którym celem były m.in. zakłady „Iskra”. O trafieniu obiektów infrastruktury donoszono również z Sełydowego w obwodzie donieckim i Drohobycza. Rosjanie zaatakowali ponownie po południu 29 grudnia, trafiając rakietami w cele w Sumach i obwodzie czerkaskim (zginęła tam jedna osoba).

30 grudnia nocą rosyjskie drony kamikadze uderzyły w obwodach chersońskim i chmielnickim (ukraiński Sztab Generalny informował o zestrzeleniu pięciu z 10 użytych przez agresora „szahedów”), a w ciągu dnia rakiety Iskander-M i Ch-59 – w Zaporoże i Odessę. Strona ukraińska deklarowała także strącenie jednej rakiety Ch-59 wystrzelonej na Dniepr. Wieczorem co najmniej sześć rakiet (zależnie od źródeł – Iskander lub z systemów S-300) uderzyło w Charków, m.in. w zajmowany przez obcokrajowców hotel Kharkiv Palace. Ranne zostały 22 osoby. Ponownie celem było też Sełydowe w obwodzie donieckim. Według Sztabu Generalnego agresor wykorzystał łącznie dziewięć rakiet.

31 grudnia Rosjanie użyli największej jak dotąd liczby dronów kamikadze – zgodnie z komunikatem ukraińskiego Sztabu Generalnego w ciągu doby 96, a tylko w jednym ataku nocnym – o czym powiadamiało Dowództwo Sił Powietrznych – 49. Obrońcy deklarowali zestrzelenie łącznie 66 „szahedów” (w ataku nocnym – 21). Rosyjskie drony uderzyły kolejno w Zaporoże, Charków, obwody mikołajowski, odeski, kijowski i chmielnicki. Z kolei celami 13 rakiet były Kropywnycki (najprawdopodobniej pocisków hipersonicznych Kindżał) oraz Czuhujew w obwodzie charkowskim.

Do kolejnego dużego ataku z wykorzystaniem dronów kamikadze doszło nocą 1 stycznia, przy czym istnieje duża rozbieżność co do liczby użytych bezzałogowców. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego Rosjanie wykorzystali ich 26, a zestrzelonych zostało 21, zaś w ocenie Dowództwa Sił Powietrznych użyli ich aż 90, z których obrońcy mieli zniszczyć 87. Nie można wykluczyć, że drugie ze źródeł scaliło informacje o atakach z wieczora 31 grudnia i nocy 1 stycznia, niemniej nawet wówczas należałoby odnotować rozbieżność, jako że rezultatem zsumowania danych z komunikatów Sztabu Generalnego byłyby 73 drony (66 zestrzelonych). Z kolei według kierującej centrum prasowym tzw. Sił Obrony Południa Natalii Humeniuk w ataku z 31 grudnia na 1 stycznia na południu Ukrainy obrońcy zniszczyli 50 z 60 użytych przez agresora „szahedów” (w tym 30 w rejonie Odessy). O zniszczeniach w wyniku uderzeń dronów donoszono z Odessy (trafiona została infrastruktura przyportowa, jedna osoba zginęła), ze Lwowa (fala uderzeniowa doprowadziła do uszkodzenia budynków w Dublanach, lokalne władze nagłośniły zniszczenie budynku muzeum dowódcy UPA Romana Szuchewycza w Biłohorszczu) i z Dniepru (trafiony został obiekt przemysłowy). Z kolei odparcie ataków zgłoszono w obwodach chmielnickim i kijowskim. W godzinach popołudniowych Dowództwo Sił Powietrznych informowało o kolejnym uderzeniu z wykorzystaniem 10 dronów Shahed 131/136, z których obrońcy mieli zestrzelić dziewięć.

2 stycznia Rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak, w którym według generała Załużnego wykorzystali 99 rakiet balistycznych i manewrujących oraz 35 dronów kamikadze. Zgodnie z komunikatem Dowództwa Sił Powietrznych zestrzelone zostały 72 rakiety – 59 z 70 użytych przez agresora pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555/Ch-55 i wszystkie trzy kalibry, wszystkie 10 pocisków hipersonicznych Kindżał oraz wszystkie 35 dronów Shahed 131/136. Rosjanie mieli ponadto wykorzystać 12 pocisków balistycznych Iskander-M i z systemów S-300 oraz cztery rakiety przeciwradiolokacyjne Ch-31P. W porównaniu z 29 grudnia Załużny zmienił przekaz – tym razem informował bowiem, że atakowane były obiekty infrastruktury cywilnej i krytycznej oraz przemysłowe i wojskowe. W wyniku ataku zginęło pięciu cywilów, a rannych zostało 127 osób.

Głównym celem ponownie był Kijów, w którym doszło do znaczących zniszczeń na terenie zakładów „Majak”, „Radiowyzmiruwacz” i „Kwazar”. Różnej skali zniszczenia odnotowano w dziewięciu rejonach miasta, zginęło dwóch cywilów, a 50 osób zostało rannych. W odróżnieniu od poprzednich ataków nastąpiło rozległe uszkodzenie sieci energetycznej w Kijowie i obwodzie kijowskim, w wyniku czego w mieście od prądu odcięto 259 tys. użytkowników, a w całym obwodzie – dalsze 184 tys. Nie były jednak atakowane główne obiekty infrastruktury energetycznej (większość uszkodzeń wywołały spadające odłamki), co pozwoliło na przywrócenie dostaw energii w ciągu niespełna doby. Poza Kijowem rosyjskie rakiety uderzyły w Kropywnycki i Charków. W drugim z wymienionych zginęła jedna osoba, a 50 zostało rannych. Pociski z systemów S-300 ponownie uderzyły w Charków późnym wieczorem 2 stycznia.

30 grudnia siły ukraińskie przeprowadziły zmasowany atak na terytorium FR i obiekty rosyjskie w okupowanej części Ukrainy, określany jako odwet za mające miejsce dobę wcześniej uderzenie agresora. Strona rosyjska informowała o zestrzeleniu 32 dronów kamikadze nad obwodami briańskim, kurskim, moskiewskim i orłowskim, a także o zniszczeniu drona nawodnego na redzie Sewastopola. Według części mediów ukraińskich obrońcy mieli użyć w ataku łącznie 70 dronów, nie ma jednak przekazów na temat jego rezultatów. Wczesnym popołudniem z wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych (wedle źródeł rosyjskich ukraińskie Wilchy na bazie sowieckiego BM-30 Smiercz i otrzymane od Czech RM-70 Vampire) zaatakowany został leżący 30–40 km od granicy (zależnie od punktu pomiaru) Biełgorod. Najprawdopodobniej celem były obiekty wojskowe, niemniej ukraińskie rakiety uderzyły w cywilne centrum miasta. Zgodnie z rosyjskimi danymi z 1 stycznia 25 osób poniosło śmierć, a 131 zostało rannych. Ofiary cywilne (4 zabitych i 13 rannych) odnotowano również w wyniku ukraińskiego ostrzału okupowanego przez Rosjan Doniecka. Uderzenia na Biełgorod miały być ponawiane 2 i 3 stycznia. 3 stycznia celami ataków miały być też Sewastopol i obwód kurski, w którym doszło do uszkodzenia podstacji energetycznej.

(...)

Komentarz

Wbrew przewidywaniom władz ukraińskich i wspierających Kijów państw zachodnich głównym celem wznowionych przez Rosjan ataków rakietowych nie jest – przynajmniej jak dotąd – infrastruktura energetyczna. Kwestią otwartą pozostaje, czy Moskwa uznała prowadzoną w 2022 r. kampanię niszczenia ukraińskiej energetyki za nieefektywną i zrezygnowała z jej kontynuowania, czy też powróci do niej w przyszłości. Kluczowym celem ostatnich uderzeń – największych od początku wojny pod względem liczby wykorzystanych równocześnie rakiet i dronów – stało się zaplecze armii ukraińskiej. Nie można jednak obecnie ocenić skutków ataków, a tym bardziej ich wpływu na ukraiński potencjał obronny. Podstawowe ograniczenie stanowi prowadzona przez Kijów polityka informacyjna, zgodnie z którą prezentowanie skutków wrogich ataków jest niezgodne z prawem i penalizowane (mimo to blokada informacyjna nie jest do końca szczelna, o czym świadczą dostępne w Internecie materiały potwierdzające uderzenia w kijowskie zakłady przemysłu zbrojeniowego). Wątpliwą alternatywą są doniesienia strony rosyjskiej, które – nawet jeśli są prawdziwe – stanowią element prowadzonej przez Moskwę wojny informacyjnej.

Mimo wielkiej skali rosyjskich ataków z ostatnich dni wątpliwości budzą ukraińskie doniesienia na temat liczby użytych przez wroga rakiet i dronów oraz deklarowanych zestrzeleń. Nigdy dotąd nie doszło w przekazie Kijowa do tak dużych rozbieżności jak przy okazji przedstawiania skutków ataków w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. Należy przyjąć, że każdorazowo liczba podawanych przez Dowództwo Sił Powietrznych zestrzeleń jest zawyżona, co stanowi przejaw polityki informacyjnej państwa w warunkach wojny, zwłaszcza broniącego się. Problemem jest jednak deklarowanie neutralizacji pocisków, których zniszczenie – także stosunkowo nowoczesnymi systemami Patriot – budzi wątpliwości natury stricte technicznej. Nie można wykluczyć, że – podobnie jak miało to miejsce w przypadku pocisków balistycznych Iskander-M, rakiet z systemów S-300 i pocisków manewrujących Ch-22/Ch-32 – ukraińskie dowództwo w przyszłości zweryfikuje doniesienia o zestrzeleniu hipersonicznych kindżałów (informacji nie komentuje amerykański producent patriotów). Należy podkreślić, że przekaz o nadzwyczajnej skuteczności systemów Patriot odgrywa znaczącą rolę we wspieraniu morale społeczeństwa ukraińskiego. Stanowi też element presji Kijowa na partnerów, aby ci dostarczyli więcej niezbędnych do obrony nowoczesnych systemów obrony powietrznej.

osw.waw.pl

środa, 3 stycznia 2024



Jednym z popularnych telewizyjnych programów komediowych w Związku Radzieckim był Klub wesołych i zaradnych, znany powszechnie pod akronimem KVK. Nawet po rozpadzie ZSRR przez długi czas cieszył się ogromną popularnością. W każdym odcinku dwie bądź więcej drużyn rywalizowało we wcześniej przygotowanych, a czasem improwizowanych, humorystycznych konkursach. W 1996 roku wraz z drużyną ze swojego rodzinnego Krzywego Rogu w KVK zaczął występować 18-letni Wołodymyr Zełenski. Szybko zdobył popularność nie tylko w Ukrainie, ale także w Rosji. W 2003 roku Zełenski zadomowił się w rosyjskim kinie, co pozwoliło mu wejść na bardzo konkurencyjny i cechujący się wysokimi honorariami rosyjski rynek show-biznesu. Oprócz talentu aktorskiego Zełenski wykazał się silnymi cechami przywódczymi, które pomogły mu zbudować odnoszące sukcesy imperium rozrywkowe o nazwie 95 Kwartał, które produkowało i sprzedawało ciekawe treści na całą przestrzeń poradziecką. Przede wszystkim były to programy humorystyczne, czasem z udziałem rosyjskich gwiazd (Factor A z piosenkarzem Filippem Kirkorowem, Fala z prezenterem telewizyjnym Maximem Gałkinem, Magia z utytułowaną zapaśniczką Tetianą Łazarewą czy Rozśmiesz komika z show manem Mychajłem Galustyanem etc.).

Jako reżyser Zełenski realizował komedie romantyczne, jak 8 nowych randek czy Miłość w wielkim mieście (w której sam zagrał), a także święcący rekordy popularności na rynku rosyjskim i ukraińskim serial telewizyjny Teściowie. Według danych rosyjskiej firmy badawczej Mediascope jeszcze w 2021 roku Teściowie byli jednym z najchętniej oglądanych seriali rosyjskojęzycznych; w latach 2010–2021 regularnie otrzymywali prestiżowe rosyjskie nagrody Teletriumf i Telezvezda.

Sukces Zełenskiego był możliwy dzięki jego ciężkiej pracy i wytrwałości, umiejętności pracy w zespole i wykazywaniu się zdolnościami przywódczymi. Jednak popularność Zełenskiego była możliwa również dzięki temu, że rozumiał, jaki humor jest potrzebny postsowieckiemu człowiekowi, który przeszedł przez traumę i biedę ZSRR, który widział biedę, nie sprawiedliwość, upadek regionów przemysłowych, korupcję elit, alkoholizm i narkomanię. Zełenski umiał o tym wszystkim opowiedzieć.

Z tego powodu humor Zełenskiego i jego programy były niepopularne na Zachodniej Ukrainie, a czasami wręcz uznawane za obraźliwe i oburzające. Zełenski i jego 95 Kwartał żartował na całkowicie niedopuszczalne tematy, na przykład o staraniach prezydenta Wiktora Juszczenki o upamiętnienie Hołodomoru z lat 1932–1933 albo o chciwych Ukraińcach z zachodniej części kraju, którzy jechali do Turcji na wakacje all inclusive. Albo nazywał Ukrainę prostytutką Unii Europejskiej. Zachodnia Ukraina w większości nie rozumiała tego humoru, w przeciwieństwie do powiedzmy, showmana Serhija Prytuły, który był odnoszącym sukcesy komikiem dla ukraińskojęzycznej publiczności kanałów telewizyjnych oligarchy Wiktora Pinczuka.

Niechęć Zachodniej Ukrainy wobec Zełenskiego wynikała również z faktu, że był rosyjskojęzycznym aktorem o określonym światopoglądzie, który odniósł sukces na rosyjskim rynku show-biznesu. Specyfika poglądów Zełenskiego polegała na tym, że uważał Ukrainę i Rosję za bardzo bliskie sobie kraje, które podzielają wspólne wartości, mają wspólną historię i powinny się nadal uzupełniać.

Jednocześnie osobowość Zełenskiego ukształtowała się w trudnym okresie ekonomicznej i politycznej zapaści ZSRR, kiedy ujawniły się wcześniej skrzętnie skrywane nierówności społeczne, narastało rozwarstwienie społeczeństwa, rozpadał się dotychczasowy styl życia. Sam Zełenski wielokrotnie powtarzał w wywiadach, że jego ojciec, profesor z wyższym wykształceniem, nie mógł zarobić wystarczająco dużo pieniędzy i żył w biedzie. Zełenski otrzymał jednak dobre wychowanie w rodzinie inteligenckiej, oparte na szacunku dla wartości ludzkich. Z drugiej strony przygnębiający, przemysłowy Krzywy Róg i chuligańskie ulice miasta uczyniły z Zełenskiego realistę i silnego przywódcę, który nie boi się wyzwań i dąży do osiągnięcia zamierzonych celów. Ta cecha okazała się jedną z kluczowych, których Putin nie docenił podczas inwazji wojskowej na Ukrainę, ponieważ rosyjski wywiad nie do końca zrozumiał psychologiczny i polityczny portret prezydenta.

Wołodymyr Zełenski był w stanie zbudować dochodowy biznes medialny, który nie był zależny od rządowych subwencji, łapówek i korupcyjnych dywidend. Pod tym względem 95 Kwartał różnił się od swoich rosyjskich odpowiedników, którzy produkowali ideologiczną propagandę i materiały potrzebne władzom Kremla. Zełenskiego stać było na luksus nieulegania politycznym wpływom oficjalnych władz na Ukrainie, czy to Leonida Kuczmy, czy Wiktora Juszczenki.

Utrapieniem 95 Kwartału było silne uzależnienie od serwisów medialnych. Zełenski nieustannie balansował między kanałami oligarchów, którzy narzucali wymogi cenzury na treść emitowanych materiałów. Wielokrotnie mówił o tym, że próbowali wywierać presję na jego zespół i domagać się, by jednych polityków przedstawiać jako zdolnych i rozsądnych, a innych – głupich i kłamliwych.

Od 2005 do 2010 roku 95 Kwartał współpracował z kanałem telewizyjnym 1+1 oligarchy Ihora Kołomojskiego, kanałem Inter Dmytra Firtasza (Zełenskiemu nawet pracował jako generalny producent kanału w 2010 roku), czy kanałem Ukraina Rinata Achmetowa. Studio starało się jak najbardziej zdywersyfikować swoje źródła przychodów i uniezależnić je od telewizyjnego guzika w rękach oligarchy. Dlatego Zełenski i jego zespół zaczęli organizować płatne koncerty, imprezy firmowe oraz trasy koncertowe po Ukrainie i Turcji, które cieszyły się szczególnym powodzeniem w okresach wakacyjnych.

Wraz z dojściem do władzy w 2010 roku prorosyjskiego reżimu Wiktora Janukowycza, któremu nie podobała się satyra polityczna 95 Kwartału, biznes medialny znalazł się pod silną presją polityczną i istniało ryzyko całkowitej utraty firmy w latach 2012–2013. Zełenski był wówczas związany zobowiązaniami z kanałem 1+1. To właśnie ten kanał zaczął nadawać pierwszy satyryczny projekt polityczny Zełenskiego, serial animowany dla dorosłych Bajkowa Ruś, który wyśmiewał nie tylko prezydenta Janukowycza, ale także sprzeciwiającą się mu opozycję polityczną. Odniósł ogromny sukces nie tylko na Ukrainie, ale także w Rosji i na Białorusi, dotykając aktualnych problemów w stosunkach trójstronnych między Kijowem, Moskwą i Mińskiem, które w tym czasie negocjowały utworzenie Unii Celnej.

Wielu ekspertów uważa, że Bajkowa Ruś po wstała w wyniku tajnych porozumień między Kołomojskim a rządem Janukowycza, które zakończyły się polityczną neutralnością.

W 2014 roku Zełenski poparł Rewolucję Godności i wezwał Janukowycza, by nie wracał na Ukrainę. Było to pierwsze przesłanie po lityczne komika Zełenskiego, który już wtedy najwyraźniej postanowił przygotować się do ingerencji w ukraińską politykę.

W jednym z wywiadów Kołomojski stwierdził, że Zełenski chciał wejść do polityki właśnie po 2014 roku, kiedy zobaczył, że Rewolucja Godności nie przyniosła nowej jakości. Sam Zełenski podczas kampanii wyborczej w 2019 roku powiedział, że zdecydował się wejść do polityki po rozpoczęciu pracy nad serialem Sługa narodu.

W 2014 roku Zełenski odrzucił propozycję Petra Poroszenki dołączenia do jego drużyny w wyborach parlamentarnych. Od tego czasu intensywnie zaangażował się w satyrę polityczną, która stała się jego głównym profilem w działalności 95 Kwartału. Po tym, jak Petro Poroszenko rozpoczął konflikt z oligarchą Ihorem Kołomojskim, Zełenski i jego studio stali się informacyjnym taranem przeciwko prezydentowi, zachwiali jego notowaniami i skupili uwagę na wszystkich porażkach Poroszenki.

Od 2015 roku Zełenski zaczął ostro krytykować władze za brak pokoju w Donbasie, a także oskarżać Poroszenkę o korupcję i przedkładanie interesów nad sprawy państwowe.

W 2015 roku na kanale 1+1 pojawił się polityczny serial komediowy Sługa narodu, w którym Zełenski wcielił się w rolę prostego nauczyciela, Wasyla Hołoborodka, który został prezydentem. Od 2015 do 2019 roku wyemitowano trzy sezony serialu, który w zasadzie stał się manifestem programowym Zełenskiego. (W końcu nazwał tak nawet swoją partię polityczną, z którą wygrał przedterminowe wybory parlamentarne w 2019 roku i zanotował dobre wyniki w wyborach samorządowych w 2020 roku).

W 2018 roku Wołodymyr Zełenski zaczął formować swój zespół, z którym planował wziąć udział w kampanii prezydenckiej. Kreował się na kandydata pozasystemowego, rzucającego wyzwanie starym elitom politycznym, do których zaufanie społeczne zostało nadszarpnięte. Przede wszystkim dystansował się wobec dwójki swoich głównych konkurentów – Petra Poroszenki i Julii Tymoszenko.

Wołodymyr Zełenski nie miał własnej partii, politycznego zaplecza czy zespołu biurokratów, nigdy nie sprawował władzy ani nie pracował na stanowiskach publicznych. Był komikiem i showmanem, agresywnie krytykującym wszystkich polityków, którzy w jego mniemaniu przez 30 lat zajmowali się głów nie korupcją i stracili wszelką wiarygodność. Zełenski od razu zaczął wykazywać się przywództwem w kampanii wyborczej i narzucać przeciwnikom swój know-how.

Po pierwsze, Zełenski nie udzielał komentarzy mediom, uważając je za niepotrzebne. Dlatego komunikował się bezpośrednio z wyborcami za pośrednictwem swoich filmów na Facebooku. Była to pierwsza kampania wyborcza na Ukrainie, która została przeprowadzona za pośrednictwem sieci społecznościowych, a nie kanałów telewizyjnych, zasobów administracyjnych i sieci partyjnych.

Po drugie, Zełenski w minimalnym stopniu korzystał z reklamy zewnętrznej, a jego centrala wyborcza nie prowadziła kampanii w regionach za pomocą punktów informacyjnych, agitatorów, imprez towarzyskich etc.

Po trzecie, Zełenski samodzielnie kształtował agendę medialną podczas wyborów, na co odpowiadali jego przeciwnicy.

Ukraińcy en masse nie wierzyli w czarny PR przeciwko Zełenskiemu i jego ekipie, rozpowszechniany przez jego przeciwników. Był to jeden z głównych wskaźników świadczących o tym, że całkowicie stracili zaufanie do starych elit i chcieli całkowitej wymiany kadr. Zwycięstwo Zełenskiego w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2019 roku było kontynuacją rewolucji z 2014 roku, kiedy to wyborcom nie udało się oczyścić elit politycznych z elementów prorosyjskich i skorumpowanych urzędników, którzy podszywali się pod narodowych patriotów i reformatorów. Dlatego można śmiało stwierdzić, że w 2019 roku w Ukrainie miała miejsce rewolucja wyborcza, a jej przywódcą był Wołodymyr Zełenski.

Siłą Zełenskiego i jego ekipy był komponent medialny, z którym nie mógł konkurować żaden z jego politycznych konkurentów. To byli ludzie, którzy wiedzieli, jak robić filmy, i potrafili bardzo subtelnie wyczuć na stroje społeczne, psychikę mas i indywidualne doświadczenia każdego Ukraińca. Dla tego jednym z wątków kampanii wyborczej Zełenskiego był temat zjednoczenia Ukrainy, osiągnięcia pokoju w Donbasie i walki ze starymi skorumpowanymi elitami. Treści programowe były proste i zrozumiałe dla szerokich mas, dla których głównym problemem Ukrainy były stare postkomunistyczne elity, które przez ostatnie 30 lat rabowały kraj.

Kandydat Zełenski zasypywał swoich przeciwników wysokiej jakości filmami, klipami, transmisjami na żywo, kreatywnymi apelami z elementami parodii politycznej. Nieustannie trollował Poroszenkę, mówiąc, że podczas swojej kadencji otworzył więcej cukierni niż nowych szpitali czy szkół. Albo, że Poroszenko rozpoczął kampanie na morzu, kiedy siły zbrojne były okrążone w pobliżu Iłowajska. Albo, że odpoczywał na Malediwach. Albo sprzedawał węgiel prorosyjskim separatystom.

Zespół Zełenskiego jako pierwszy w Ukrainie profesjonalnie wykorzystał elementy reklamy politycznej i targetowania w mediach społecznościowych, ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży. Po raz pierwszy masowo do lokali wyborczych przybyli mieszkańcy dużych miast przed 35. rokiem życia.

Zełenski podjął dialog z wyborcami bez pośredników, czyli środków masowego przekazu. Nie udzielał wywiadów, nie komunikował się z dziennikarzami, ale przez Facebook, YouTube i Telegram komunikował się z wyborcami i zachodnią opinią publiczną, która z wielkim zainteresowaniem obserwowała ten polityczny eksperyment na Ukrainie. Pod tym względem Zełenski również wykazał się umiejętnościami przywódczymi, nie bał się rzucić wyzwania wszystkim tradycyjnym mediom, dziennikarzom, blogerom i ekspertom, którzy po raz pierwszy od 30 lat znaleźli się poza politycznym mainstreamem i zostali wykluczeni z kształtowania opinii publicznej w swoim kraju.

Zełenski poszedł na wybory jako kandydat pokoju, który obiecał Ukraińcom szybkie za kończenie konfliktu na Donbasie i normalizację stosunków z Rosją. Ostatecznie okazało się to pułapką, jaką zastawił sam na siebie i swój brak wiedzy eksperckiej i historycznej. Uważał, że za brak pokoju na Donbasie bezpośrednio odpowiada Petro Poroszenko, bo Władimir Putin nie chce konkretnie rozmawiać z nim, dlatego nie ma dialogu i obie strony nie mają zamiaru "dojść do porozumienia gdzieś pośrodku" czy "po prostu przestać strzelać". Zełenski zrozumiał, że problemem nie jest Poroszenko, ale że Rosja po prostu nie chce niepodległości Ukrainy, dopiero po paryskim szczycie w sprawie realizacji porozumień mińskich w 2019 roku.

Tuż przed dniem głosowania Zełenski podłożył swój głos w filmie Reagan, nakręconym przez BBC w 2011 r., wysyłając ukraińskim wyborcom wiadomość, że aktor może być silnym i odnoszącym sukcesy prezydentem.

Emocjonalną kulminacją kampanii prezydenckiej w 2019 roku stało się zwycięstwo Zełenskiego w debacie z Poroszenką. Zełenski zadawał Poroszence retoryczne pytania dotyczące spraw, które w ciągu ostatnich pięciu lat zniszczyły jego notowania. Były to na przykład obietnice zakończenia wojny w Donbasie "w ciągu dwóch dni", po których doszło do ciężkich klęsk Sił Zbrojnych Ukrainy pod Debalcewem i Iłowajskiem, za które nikt nie został ukarany, a także brak śledztw w sprawach zabójstwa dziennikarza Pawła Szaramieta (w wyniku eksplozji podłożonej w samochodzie bomby) i wybuchu w magazynach wojskowych (Zełenski ironizował, że podpalacza cukierni udało się ustalić w ciągu kilku godzin).

Zełenski podkreślał, że mordercy protestujących na Majdanie w 2014 r. nie zostali zidentyfikowani ani ukarani przez pięć lat, żaden z polityków Jakunowicza nie został ukarany, a większość znalazła się wręcz w ekipie Poroszenki. Ten nie był też w stanie odeprzeć zarzutów o skandaliczną sprawę zakupu węgla po zawyżonej cenie ani o biznesowe związki z oligarchą Rinatem Achmetowem. Zełenski trafnie rozpoznał nastroje społeczeństwa, rozgoryczonego z powodu braku poczucia sprawiedliwości.

Podczas tych debat Wołodymyr Zełenski wypowiedział słynne zdanie skierowane do Petra Poroszenki i starych elit: "Jestem waszym wyrokiem". Ostatecznie zdanie to zmaterializowało się podczas II tury wyborów prezydenckich, w której Zełenski zdobył rekordowe 73,2 proc. głosów, wobec 24,5 proc. oddanych na Petra Poroszenkę.

Następnie w przedterminowych wyborach parlamentarnych w 2019 r. partia Zełenskiego o nieprzypadkowej nazwie Sługa Narodu zdobyła 254 mandaty na 450 możliwych, zapewniając sobie komfort samodzielnego rządzenia. W 2020 r. odniosła dobre wyniki w wyborach samorządowych, przejmując wraz z regionalnymi sojusznikami większość rad lokalnych. Prezydent Zełenski skupił tym samym w swoich rękach niemal całą władzę wykonawczą i ustawodawczą, administrację centralną i regionalną (z wyjątkiem Kijowa, z opozycyjnym burmistrzem Witalijem Kliczką). Autonomię zachowały jedynie nowe organy antykorupcyjne wspierane przez zachodnich partnerów, częściowo sądownictwo i Trybunał Konstytucyjny, w którym silne wpływy zachowali kluczowi ukraińscy oligarchowie i stare elity. Koncentracja władzy otworzyła szansę na kontynuację reform niezbędnych do modernizacji kraju i jego dalszej integracji z UE i NATO.

onet.pl/new.org.pl


Ukraińskie kozactwo jest fenomenem ściśle zakorzenionym w historii Ukrainy, którą od starożytności definiuje fakt, że przez jej terytorium przebiega granica z Wielkim Stepem. Słowo "step", które zadomowiło się w wielu językach, pochodzi z ukraińskiego. Sama nazwa "Ukraina" prawdopodobnie oznacza "pogranicze" i po raz pierwszy użyto jej pod koniec XII wieku na kresach Rusi Kijowskiej graniczących ze stepem. Kolory flagi ukraińskiej – niebieski i żółty – są typowe dla ludów koczowniczych Eurazji. Nawiązują do nieba i słońca. W końcu tryzub w ukraińskim herbie pochodzi od tamg, znaków rodowych nomadów Wielkiego Stepu. Słowo "kozak" wywodzi się z języków tureckich i stało się określeniem buntownika albo człowieka wolnego. (Taka sama jest etymologia Kazachów). Kozacy w Ukrainie pojawiają się pod koniec XV wieku wraz z rozpadem Złotej Ordy.

Nierzadko Kozaków przedstawia się w opozycji do Wielkiego Stepu jako rycerzy przedmurza walczących z koczownikami. Jednak, jak słusznie zauważa w Historii Ukrainy do 1795 r. Natalia Jakowenko, nestorka ukraińskiej historiografii: "Trudno uznać za prawdziwe przyjęte twierdzenie o tym, że ukraińska kozaczyzna powstała w wyniku odwiecznej walki osiadłego życia rolniczego z cywilizacją koczowniczą. Przeciwnie, pojawienie się Kozaczyzny jest swego rodzaju kompromisem ze stepem (»polem«), na którym samo życie wytworzyło pasmo buforowe. Na nim połączyły się nawyki życia w stepie z przywiązaniem do wartości życia osiadłego. […] Ludność tego pasa nie przejmowała się uprzedzeniami etnicznymi i religijnymi, mieszając strój i rodzaj pożywienia, języki i obyczaje, nawyki zbrojne i sposób myślenia. […] Ruski miecz został zamieniony na krzywą tatarską szablę, ruskie gęśle – na kobzę, spodnie na szarawary, słowiańskie długie włosy na osełedec. Młodych sług zaczęto nazywać nie »otrokami« (chłopcami), ale ciurami, własne gromady nie drużynami, a watahami; do terminologii wojskowej weszły tureckie pojęcia esałuł, buława, buńczuk, baraban, surma, tabor, majdan itd. Dlatego nie dziwi fakt, że Turcy nazywali Zaporożców »butkałami«, czyli mieszanym narodem".

Ta mieszanka dotyczyła także systemu politycznego. Kozacy, budując swoje instytucje, odwołali się do tradycji Rusi Kijowskiej, unii polsko-litewskiej, ale także państw koczowniczych Wielkiego Stepu. Te ostatnie były bezpośrednimi demokracjami wojskowymi (ze zgromadzeniem wojowników bądź szlachty, z radą arystokratów albo wodzów rodów, z elekcją władców). Jak twierdzi Dariusz Kołodziejczyk, wybitny polski osmanista, pomiędzy unią Litwy i Polski, Kozakami zaporoskimi oraz chanatem krymskim na przestrzeni wieków wykształciła się osmoza polityczna oparta na wzajemnych inspiracjach. Kołodziejczyk przychyla się do tezy Williama Edwarda Davida Allena, brytyjskiego historyka, który już kilkadziesiąt lat temu pisał o politycznej "kulturze czarnomorskiej" występującej w okresie wczesnonowożytnym na północnych brzegach Morza Czarnego od Kaukazu po Karpaty, włącznie z Rumunią. Jak stwierdził, "zdecentralizowana struktura społeczeństwa krymskiego na czele ze słabym «elekcyjnym» chanem ograniczonym przez kurułtaj [zgromadzenie szlachty – przyp. A.B.], w którym rej wodziły potężne tatarskie rody feudalne, napotkała u północnego sąsiada zadziwiająco zbieżne struktury polityczno-społeczne". Te zbieżności występowały także w systemie politycznym Kozaczyzny, co można było zaobserwować w Siczy Zaporskiej, jej stolicy.

Centralnym miejscem Siczy był majdan, czyli plac. Słowo "majdan" przeszło do języka ukraińskiego z tureckiego. Na majdanie odbywały się zgromadzenia rady, na której Kozacy, na zasadzie demokracji wojskowej, podejmowali kluczowe decyzje dotyczące wspólnoty. Majdan przypominał kurułtaj, zgromadzenie wolnych wojowników. Do majdanu Ukraińcy będą się odwoływali w kolejnych stuleciach, w tym ostatnio podczas rewolucji godności (Euromajdan). Także nie przypadkiem parlament niepodległej Ukrainy przyjął nazwę "Rada Najwyższa", nawiązując do rad kozackich, które wybierały wszystkich urzędników, którzy łączyli funkcje wojskowe z cywilnymi, a czasami sądowymi. Na samej górze piramidy stał ataman (tur. ata – praojciec, przodek), niżej hetman (niem. haupt – główny). Pierwszego hetmana w 1576 r. wyznaczył Stefan Batory, król Polski i książę Siedmiogrodu (lennik osmański).

Funkcjonowanie przez kolejne wieki tych urzędów obok siebie pokazuje synkretyzm tradycji państwowych Kozaczyzny. W korespondencji i manifestach politycznych Kozacy podkreślali własną egalitarność w odróżnieniu od arystokratyzmu Polaków i autorytaryzmu Moskali. Tę wyidealizowaną narrację będą kontynuowali Ukraińcy, budując nowoczesną tożsamość narodową. W rzeczywistości w ramach rady istniał wyraźny podział między starszyzną, składającą się z urzędników często pochodzenia szlacheckiego, oraz plebsem nazywanym jak u koczowników "czernią". Z biegiem czasu decydujący głos przy wyborze urzędników (w tym hetmana) zyskała starszyzna. Dzisiaj Ukraińcy postrzegają Kozaków jako per se demokratów. Jednak niektórzy hetmani przejawiali – szczególnie podczas wojny – jako głównodowodzący dyktatorskie zapędy. Co więcej, majdan kojarzył się nierzadko z anarchią, rządami tłumu. Ta anarchia przyczyniała się do problemów z budową silnych i hierarchicznych struktur państwowych. Rzeczywiście druga połowa XVII wieku na Kozaczyźnie to historia wojen domowych między frakcjami wspieranymi przez sąsiadów, co ostatecznie uniemożliwiło budowę zjednoczonego i niezależnego państwa kozackiego.

W szczytowym momencie Ruiny, okresie wojen (1657–1687), urzędowało czterech hetmanów, lojalnych wobec Rosji, Polski, Osmanów i Krymu. Ostatecznie najwięcej Kozaków znalazło się pod protekcją Moskwy. Zachowali w jej ramach autonomię do końca XVIII wieku, jednak zostali podzieleni na Sicz Zaporoską, Ukrainę słobodzką i hetmanat. Ten ostatni miał największą autonomię (hetman, rada, rozbudowana administracja, najliczniejsze siły zbrojne), przez długi czas miał status państwa-wasala Rosji.

(...)

Chmielnicki, nazywany przez współczesnych "Chmielem", jest zdecydowanie najbardziej pozytywnie ocenianym historycznym przywódcą Ukrainy. W maju 2022 r. w badaniu agencji Rating ponad 90 proc. Ukraińców zadeklarowało do niego pozytywny stosunek. Wojna w Ukrainie sprawiła, że pozytywna ocena hetmana wzrosła o blisko 20 proc. w porównaniu z 2018 r. Ulice nazwane jego nazwiskiem znajdują się niemal w każdym ukraińskim mieście. Jego nazwiskiem zostało nazwane ukraińskie trzystutysięczne miasto w środkowej Ukrainie.

Wizerunek Chmielnickiego znajduje się na banknocie o nominale pięciu hrywien. Jego imieniem zostały nazwane jeden z najwyższych ukraińskich orderów państwowych oraz Oddzielna Brygada Prezydencka im. hetmana Bohdana Chmielnickiego. Z drugiej strony Chmielnicki jest szwarccharakterem w pamięci historycznej Żydów jako przywódca powstania, którego uczestnicy dokonali masowych zbrodni na żydowskiej ludności Ukrainy. Na pewno hetman nie należy też do ulubieńców Polaków, jako pogromca Rzeczypospolitej, który zachwiał jej potęgą. To kluczowe znaczenie Chmielnickiego w ukraińskiej pamięci historycznej wynika z faktu, że wielkie powstanie pod jego dowództwem, które wybuchło w 1648 r. i przeszło do historii pod nazwą chmielnicczyzny, doprowadziło do utworzenia hetmanatu państwa kozackiego. Hetmanat stanowił zmianę jakościową: organizacja zbrojna przekształciła się w państwo z prawdziwego zdarzenia. Pierwszym hetmanem został Chmielnicki, który ustanowił generalną starszyznę – rodzaj rządu. Tworzyły ją rada wojskowa, sąd wojskowy, kancelaria wojskowa i kancelaria skarbowa. Chmielnicki zdobył uznanie w społeczeństwie dzięki największym zwycięstwom w dziejach Kozaczyzny odniesionym w 1648 r. przeciwko Rzeczypospolitej, których był architektem.

Chmielnicki urodził się w 1595 r. w prawosławnej rodzinie drobnej szlachty, która prawdopodobnie wywodziła się z Chmielnika (dzisiejsze województwo podkarpackie). Inna wersja zakłada, że Chmielniccy pochodzili z Białorusi. Michał, ojciec Bohdana, służył u hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego, a następnie u wojewody Jana Daniłowicza. Obie rodziny magnackie były spolonizowanymi rodami ruskimi, które choć katolickie, zasymilowały się z kulturą ukraińską (w przypadku Żółkiewskich można mówić o repolonizacji, gdyż ich praszczur przybył na Ruś z Polski). Bohdan prawdopodobnie urodził się w Żółkwi, gnieździe rodowym Żółkiewskich. Ojciec wysłał go na naukę do kolegium jezuickiego, najpewniej w Jarosławiu nad Sanem. Kolegium "Chmiel" ukończył z dobrą znajomością łaciny. W tym czasie mieszkał już z ojcem w Subotowie w naddnieprzańskiej Ukrainie. W 1620 r. Chmielniccy z Żółkiewskim wyruszyli na wyprawę do Mołdawii, lenna osmańskiego. Bitwa z armią tatarsko-wołosko-turecką pod Cecorą zakończyła się klęską Żółkiewskiego.

Hetman i ojciec Chmielnickiego zginęli, Bohdan dostał się do niewoli tureckiej. W Stambule spędził dwa lata – nauczył się wówczas języków tureckiego i tatarskiego. W połowie XVII wieku w kronikach tureckich i tatarskich pojawiła się informacja, że Chmielnicki przeszedł na islam, a nawet, że pozostał do końca życia muzułmaninem. Niektórzy historycy ukraińscy, na przykład Petro Kraluk, nie wykluczają, że Chmielnicki dokonał konwersji na islam, a po powrocie z niewoli ponownie przyjął prawosławie. Znajomość kultury tatarskiej i tureckiej oraz islamu z pewnością bardzo pomogła hetmanowi w budowie sojuszu z chanatem krymskim i zyskaniu protekcji tureckiej. Według relacji tatarskich "Chmiel" zdobył zaufanie chana Islama Gireja, recytując z pamięci fragmenty Koranu i odprawiając z nim modlitwę. Kilka dekad później w Europie Zachodniej powstała nawet słynna grawera, przedstawiająca wspólnie modlących się Chmielnickiego i Islama Gireja. Po powrocie z niewoli Bohdan osiadł w Subotowie i związał swoje losy z Kozaczyzną, zostając pisarzem wojska zaporoskiego. Matka Bohdana wyszła ponownie za mąż. Jego ojczymem został Wasyl Stawecki, ruski szlachcic z Białorusi. Chmiel awansował do średniej szlachty.

Jak wielu przedstawicieli ruskiej szlachty zderzył się wówczas z rosnącą w siłę polską arystokracją i jej klientami, którzy zaczęli po 1569 r. osiedlać się w środkowej i wschodniej Ukrainie. Coraz więcej ruskiej szlachty, czasem dobrowolnie, ale nierzadko pod presją państwową i społeczną, przechodziła na katolicyzm i polonizowała się. Chmielnicki odczuł boleśnie na własnej skórze słabość państwa polskiego, które nie potrafiło przeciwdziałać dominacji magnaterii. Głównym wrogiem hetmana stał się starosta Daniel Czapliński, którego protektorem był książę Aleksander Koniecpolski. Konflikt między Czaplińskim i Chmielnickim dotyczył ziemi oraz pięknej Heleny Komorowskiej, szlachcianki ze spolonizowanej kilka pokoleń wcześniej rodziny pochodzącej z Rusi Czerwonej. Przeszła ona do historii jako Helena z Dzikich Pól. Była wówczas kochanką "Chmiela". Czapliński najechał na Subotów, spalił folwark i dwór. Wygnał Chmielnickiego, który prawdopodobnie nie posiadał formalnego aktu własności, i przejął jego ziemię.

Co więcej, słudzy Czaplińskiego pobili jego syna Tymofieja, natomiast Helena porzuciła go i wyszła za Czaplińskiego. Chmielnicki próbował bezskutecznie dochodzić swoich praw przed sądem. Dotarł aż do Warszawy, na dwór królewski. Władysław IV Waza przychylnie rozpatrzył protest Chmielnickiego i potwierdził jego prawa do Subotowa. Niestety nawet królewski dokument nie pomógł "Chmielowi" – Czapliński go zignorował. Wyruszył zatem do Kozaków zaporoskich, aby wszcząć bunt przeciw Rzeczpospolitej. Zwycięstwa Chmielnickiego zachęciły chłopów do wywołania wielkiego powstania, do którego dołączyła kozacka czerń. Wielu chłopów zrzuciło poddaństwo i pańszczyznę. Zabili albo wypędzili arystokratów, większość szlachciców i Żydów oraz kler rzymsko- i greckokatolicki. Oczywiście zdarzały się wyjątki: katolicy walczący po stronie "Chmiela" i prawosławni lojalni wobec króla.

Ta rewolucja społeczna będzie dla Chmielnickiego wielką szansą na wzmocnienie swoich sił w walce przeciw Polsce (partyzantka i rekruci), ale także wyzwaniem, gdyż na sztandarach chłopstwa pojawiały się radykalne hasła odrzucenia przywództwa kozackiej starszyzny i jej hetmana.

Sukces powstania Chmielnickiego był możliwy dzięki sojuszowi Kozaków z Tatarami krymskimi. W ten sposób powstała niezwykle skuteczna maszyna do zabijania: armia kozacko-tatarska. Połączyła zaporoską piechotę z taborem i krymską kawalerią. Dowodzili nią Bohdan Chmielnicki i Tuhaj-bej – dzięki "Ogniem i mieczem" najbardziej znany Tatar krymski w Polsce. Dowódcy byli przyjaciółmi związanymi popularnym na stepie pobratymstwem, polegającym na formalnym skoligaceniu się osób niepowiązanych więziami krwi. Chmiel mówił o Tuhaj-beju: "mój brat, moja dusza, jedyny sokół na świecie! [...] Teraz mogę robić, co zechcę. Nasza kozacka przyjaźń jest wieczna i nic jej nie rozerwie".

W 1648 r. w ciągu kilku miesięcy armia kozacko-tatarska odniosła największe sukcesy militarne w dziejach Ukrainy. Ta data przeszła do historii jako symbol największych klęsk Rzeczypospolitej i została uznana za początek jej schyłku. W ciągu kilku miesięcy Chmielnicki i Tuhaj-bej pokonali siły Rzeczypospolitej pod Żółtymi Wodami, Korsuniem i Piławicami. Ówczesne źródła pokazują, że klęski wywarły olbrzymie wrażenie na elitach rządzących w Rzeczypospolitej. Nazwano je Polonorum Cannae (polskimi Kannami). Obnażyły rażącą niekompetencję polskiego dowództwa, które było przekonane o potędze własnej armii, i zlekceważyło przeciwnika. Pod Korsuniem do niewoli krymsko-kozackiej – wydarzenie bez precedensu w historii Polski – dostali się obaj hetmanowie: wielki koronny Mikołaj Potocki, który nie słuchał rozkazów króla i często dowodził nietrzeźwy, oraz hetman polny Marcin Kalinowski, nielubiany przez podwładnych i będący w nieustannym konflikcie ze swoim przełożonym.

Pod Piławicami hetmanów zastąpili niedoświadczeni regimentarze: Władysław Zasławski, Mikołaj Ostroróg i Aleksander Koniecpolski, prześladowca "Chmiela". Bohdan Chmielnicki nazwał ich: "Pierzyną" (Zasławskiego), "Łaciną" (Ostroroga) i "Dzieciną" (Koniecpolskiego). "Pierzyna" odnosiła się do zamiłowania Zasławskiego do pławienia się w luksusach. Słynął on także z wydawania wystawnych uczt, po których spał do późnych godzin popołudniowych. "Łacina" dotyczyła znakomitego wykształcenia Ostroroga, który ukończył Uniwersytet Padewski i był znany z talentu pisarskiego i oratorskiego. "Dziecina" odzwierciedla zaś młody (28 lat) jak na dowódcę wiek Koniecpolskiego, co przekładało się na brak autorytetu wśród oficerów i żołnierzy.

Piławice stanowią symbol wielkiej hańby polskiego oręża. Chmielnicki, oczekując tam na główne siły tatarskie, zdecydował się na uderzenie hybrydowe. Jak napisał kronikarz ruski, w nocy "dla postraszenia Polaków, przebrał wielu Kozaków w tatarskie stroje: w burnusy i wywinięte podszyciem na wierzch kożuchy. Tym samym oszukał Polaków i napełniając ich strachem serca, zmusił do ucieczki tych bohaterów nad bakłanami tokajskiego wina". Regimentarze, widząc wszędzie "Tatarów", rzucili się do ucieczki, a wraz z nimi polscy żołnierze, którzy porzucili obóz, tabory i armaty. "Chmiel" ogłosił się ruskim Tamerlanem, jednym z najwybitniejszych wodzów z Wielkiego Stepu. Spod Piławiec Chmielnicki i Tuhaj-bej pomaszerowali na Lwów, następnie pod Zamość. Oblegli oba miasta, które musiały zapłacić wielkie okupy. Pod koniec 1648 r. Chmielnicki z Kozakami i Tatarami tryumfalnie wkroczył do Kijowa. Stolica Rusi witała go dzwonami bijącymi we wszystkich cerkwiach i salwami armat.

Na ulice wyległ wielotysięczny, rozentuzjazmowany tłum. Podczas ceremonii hetman wjechał przez Złote Wrota, a studenci przywitali go deklamacjami jako "Mojżesza, zbawiciela, oswobodziciela i wyzwoliciela narodu spod lackiej niewoli, na dobry znak nazwanego Bohdanem – od Boga danym". Oficjalnie powitali go patriarcha jerozolimski Pajisjusz i metropolita kijowski Sylwester Kossow. Duchowni posadzili go obok siebie na saniach i jeździli po mieście. Kilka dni później patriarcha w soborze św. Sofii odpuścił hetmanowi wszystkie grzechy i udzielił mu ślubu z Heleną z Dzikich Pól, która przeszła dla niego na prawosławie.

Kariera Chmielnickiego sięgnęła zenitu. Nie planował wówczas niepodległości hetmanatu czy oderwania się od Polski i przejścia pod inną protekcję. Chciał przede wszystkim szerokiej autonomii w ramach Rzeczypospolitej, gwarantowanej przez chanat krymski i imperium osmańskie (rodzaj kondominium protektorów ze wskazaniem na Warszawę). Jednak znalezienie kompromisu okazało się niezwykle trudne. Ugody między Kozakami a Warszawą pozostawały tylko na papierze, zaś wojna stawała się coraz bardziej krwawa i okrutna. Zniszczenia materialne i straty ludzkie były olbrzymie. Chmielnicki poniósł klęskę pod Beresteczkiem w 1651 r. zakończoną rzezią Kozaków dokonaną przez armię polską. Natomiast odniósł zwycięstwo pod Batohem w 1652 r., gdzie dokonał masakry polskich jeńców. W 1654 r. Chmielnicki, szukając silnego sojusznika w walce przeciw Polsce, zdecydował się na zaakceptowanie protekcji Rosji. Hetmanat stał się lennem Moskwy.

Negocjacje Chmielnickiego z Rosjanami na temat protekcji prowadzone w Perejasławiu pokazały zasadnicze różnice kultur politycznych. Jak zauważa szwajcarski historyk Andreas Kappeler w swojej pracy "Russland als Vielvölkerreich": "Kozacy ukształtowani przez tradycję polsko-litewską i politykę stepową postrzegali układ w Perejasławiu jako rodzaj konwencji wojskowej, która, choć zakładała podporządkowanie, zachowywała niezależność hetmanatu i mogła zostać w każdej chwili rozwiązana. Z kolei dla Moskwy ugody w Perejesławiu był pierwszym krokiem w kierunku inkorporacji Ukrainy". W rezultacie do dzisiaj ugoda w Perejasławiu pozostaje jednym z najbardziej kontrowersyjnych wydarzeń w historii Ukrainy. Carska, bolszewicka i putinowska Rosja przedstawia i przedstawiała ją jako dowód na rzekome istnienie wspólnego ruskiego narodu Rosjan, Ukraińców (Małorosjan) i Białorusinów. Uznanie protekcji Rosji spowodowało, że Chmielnicki był potem ostro krytykowany przez wielu wybitnych Ukraińców, w tym Tarasa Szewczenkę.

(...)

Na obronę Chmiela można powiedzieć, że po Perejasławiu nie podporządkował się całkowicie Rosji. W 1656 r. Moskwa zakończyła wojnę z Polską i we współpracy z nią zaczęła walczyć ze Szwecją. Natomiast hetmanat stworzył sojusz ze Szwecją i kontynuował wojnę przeciw Polsce. W 1657 r. Chmielnicki na kilka miesięcy przed śmiercią powrócił do tajnych rozmów z Polską na temat powrotu Kozaków pod władzę Warszawy pod warunkiem przekształcenia Rzeczypospolitej w unię Polski, Litwy i Rusi. Do porozumienia doszło już po jego śmierci w Hadziaczu w 1658 r. Jednak umowa znowu pozostała tylko na papierze ze względu na niechęć polskiej szlachty do akceptacji jej warunków.

W polityce wewnętrznej Chmielnicki przejawiał tendencje autorytarne. Ograniczył zdecydowanie znaczenie rady, choć nigdy nie wprowadził w pełni absolutnych rządów. Spektakularne sukcesy na polu walki spowodowały, że zadeklarował podczas rozmów pokojowych z polskim poselstwem: "jestem lichym i małym człowiekiem, ale to mnie Bóg powierzył bycie jedynowładcą i samodzierżcą ruskim". Duchowni prawosławni nazywali go księciem Rusi. Pragnieniem Chmielnickiego było ustanowienie monarchii dziedzicznej. Dlatego Chmielnicki najechał w 1652 r. na Mołdawię i wymusił małżeństwo syna Tymofieja z Rozandą, córką hospodara Wasyla Lupu, Albańczyka z pochodzenia. Przeciwko Chmielnickim wystąpiła część Mołdawian wsparta przez Polskę, Siedmiogród i Wołoszczyznę. Tymofiej poległ, a Bohdan musiał pogodzić się z końcem marzeń o dynastii i zaakceptować rosyjską protekcję.

onet.pl/new.org.pl

wtorek, 2 stycznia 2024



Jacques Schuster: Czy podziela Pan pogląd, że Berlin nie ma planu B w razie zwycięstwa Donalda Trumpa?

Prof. Herfried Muenkler: Wierzę, że przynajmniej niemiecki minister obrony Boris Pistorius rozważa różne opcje. Po jego ostatnich wystąpieniach można dojść do takich wniosków. To dlatego znalazł się pod ostrzałem na niedawnej konferencji partii SPD. Dla innych polityków planem B jest modlenie się o zwycięstwo Bidena. Ale są rzeczy, które przemawiają na korzyść Niemców.

Jakie na przykład?

Chociaż Europejczycy nie będą w stanie w pełni zrekompensować amerykańskiej pomocy dla Ukrainy, to musimy docenić niemieckie zaangażowanie. Zarówno pod względem dostaw broni, jak i wsparcia ukraińskiego budżetu. Ta pomoc jest większe niż pomoc reszty Unii Europejskiej. To zwłaszcza Wielka Brytania ma obowiązek wspierać Ukrainę w znacznie większym stopniu. W końcu jest jednym z sygnatariuszy memorandum budapesztańskiego z 1994 r., w którym Brytyjczycy zagwarantowali Ukraińcom nienaruszalność ich granic. Można krytykować Niemców, ale z drugiej strony wiele się nauczyli. W pewnym momencie Europejczycy mogą się na nich obrazić.

Co to znaczy?

W pewnym momencie europejscy przyjaciele mogą zdać sobie sprawę, że Niemcy po raz kolejny mają niezwykle wydajny przemysł zbrojeniowy i jedną z najsilniejszych armii w Europie. Do tej pory konsensus w bloku polegał na tym, że Niemcy mogą być potęgą gospodarczą, ale nie militarną.

Prędzej czy później obawy mogą wziąć górę nad radością. Już teraz widzimy, że Francuzi bacznie obserwują rozwój sytuacji w Niemczech. Do napięć między Paryżem a Berlinem dochodzi regularnie.

Kto będzie miał wpływy w Europie, jeśli Waszyngton się od nas odwróci?

Większość Niemców uważa się za wzorowych Europejczyków. Ale już obywatele innych europejskich państw bacznie przypatrują się roli Niemiec i reagują, gdy Berlin ją wykorzystuje. Obecnie czytam esej historyków Brendana Simmsa i Benjamina Zeeba. Proponują oni utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy, aby wykorzystać potęgę Niemiec. Teoretycznie pomysł ten jest słuszny, ale obecnie politycznie niewykonalny. Niemcy, jako ważny gracz gospodarczy i polityczny, z pewnością mają do odegrania ważną rolę. Wkrótce ich armia pojawi się w Litwie. Niemieckie myśliwce Eurofighter stacjonują już w Rumunii, a rakiety Patriot — w południowej Polsce. W nadchodzących latach znaczenie militarne będzie nadal rosło.

Jeśli Amerykanie odwrócą się od Europy, kontynent straci element odstraszania nuklearnego. Jak to wpłynie na sytuację europejskich krajów?

Wielka Brytania i Francja również posiadają broń jądrową. Ale Polska i kraje bałtyckie, ze swoim historycznym doświadczeniem, prawdopodobnie będą wątpić, że w przypadku szantażu nuklearnego ze strony Rosji będą mogły polegać na brytyjskich i francuskich obietnicach. Dlatego zawsze polegały na USA. Pod tym względem wiele przemawia za podjęciem decydującego kroku i zbudowaniem europejskich zasobów do odstraszania nuklearnego.

Co by to oznaczało?

To, że państwa Trójkąta Weimarskiego — Francja, Niemcy, Polska — oraz Hiszpania i Włochy mają wspólną broń jądrową. Europejska bomba atomowa byłaby decydującym krokiem w kierunku strategicznej autonomii i własnej siły odstraszania. Blok powinien zdecydować się na to tak szybko, jak to możliwe. Niestety, Europejczycy specjalizują się w tym, że przegapiają dobre okazje.

Wielu obywateli krajów Europy wciąż marzy o świecie wolnym od broni jądrowej.

Ale dojdzie do czegoś zupełnie odwrotnego.

Co Pan przez to rozumie?

Ktoś powiedział kiedyś, że Rosja jest stacją benzynową z bronią jądrową. I dokładnie tak to wygląda. Rosja ma tylko broń jądrową i surowce. Jedynie te dwie kwestie odpowiadają za jej globalną polityczną wagę. Tylko z tego powodu Kreml nigdy nie zrezygnuje z broni jądrowej. Denuklearyzacja świata nie będzie na razie możliwa. Wręcz przeciwnie — broń jądrowa będzie się mnożyć. Być może Iran zostanie nową nuklearną potęgą. Arabia Saudyjska również będzie dążyć do uzyskania własnej bomby atomowej. Podobnie jak Turcja. Wiele wskazuje więc na to, że Europejczycy szybko uzyskają własną zdolność odstraszania nuklearnego.

onet.pl/Die Welt


Jesteśmy przebodźcowani?

– Nasz układ nerwowy jest skrojony na ograniczoną liczbę bodźców i obciążeń. Neurobiologicznie jesteśmy potomkami ludzi z sawanny, którzy dużo chodzili, wcale nie tak dużo pracowali, mieli silne więzi społeczne w grupach do 150 osób. Ostre światło, hałas, zanieczyszczenie powietrza, deadline’y, od których za każdym razem zależy nasze życie, stanie w korkach, złe jedzenie to tylko fragment tego, czemu codziennie podlegamy. Do tego każdy dokłada swoje indywidualne problemy. Efekt jest taki, że widzę masę ludzi niesłychanie przeciążonych fizycznie i psychicznie. Słabo się regenerują, bo często sięgają po nie najlepsze strategie radzenia sobie. A jak się nie dba o psychikę, to ona się zużywa tak samo jak ciało. I w pewnym momencie budzimy się w depresji, wypaleni, nic nas nie cieszy. Mam wrażenie, że spora część klasy średniej żyje na takim autopilocie. Zakładam, że osobom mniej uprzywilejowanym niż klasa średnia jest jeszcze ciężej.

Potrafimy sobie pomóc?

– Często o to pytam pacjentów i słyszę: "Jem, piję, śpię, chodzę na sport, do lekarza, biorę suplementy. Co mam jeszcze robić?". To pokazuje, jak jesteśmy bezradni, kiedy mamy o siebie się zatroszczyć. Wiemy, co prawda, jak osiągać sukces i zarabiać (jednym to wychodzi, drugim nie), ale mamy blade pojęcie, co to znaczy opieka emocjonalna albo rozwój psychiczny. Zadbanie o siebie kojarzy się z chodzeniem na siłownię, do lekarza i z suplementami.

A kiedy to nie pomaga?

– Takie osoby trafiają do gabinetów terapeutycznych, ale już najczęściej są w kryzysie: rozpadają im się związki, tracą pracę, zdrowie, dzieci z nimi nie rozmawiają albo czują, że już po prostu nie mogą tak dłużej ciągnąć.

Czego oczekują?

– Wizyta w gabinecie ma przypominać tę w warsztacie samochodowym: wyobrażają sobie, że podepnę pacjenta do komputera, który powie nam, gdzie jest usterka, zalecę podkręcić śrubkę i można jechać dalej. Na pełnych obrotach i średniej jakości paliwie.

A pani co im mówi?

– Że nie można wyjść z kryzysu związanego z wypaleniem zawodowym, depresją, zaburzeniami lękowymi, chodząc tylko na jogę. Trzeba zmienić życie i wartości, na których było oparte.

To są opowieści ludzi około pięćdziesiątki?

– Nie trzeba mieć 50 lat, żeby przechodzić przez wypalenie zawodowe. Owszem, dzisiejsi 50-latkowie wchodzili w lata 90. w określonym kontekście kulturowym, z oczekiwaniami sukcesu i nadziejami, że podbiją świat. Wielu uwierzyło, że sensem ich życia jest praca, ale bardzo niewielu zastanawiało się nad jej kosztami. Są tacy, którzy nadal się tego trzymają, ale równie wielu już zdążyło rozbić się na rafach snu o sukcesie – stracić zdrowie, związki, czasem majątki. Ale to nie znaczy, że 20-30-latkowie nie mają wyzwań, one są po prostu inne. Dla młodych dorosłych brak perspektyw i strach przed porażką są dojmującym doświadczeniem wchodzenia w dorosłość, milenialsi stracili wiele ideałów i często nadziei na przyzwoite życie i pracę. Generalnie są bardziej podatni na zaburzenia lękowe i depresyjne, naprawdę przeżywają katastrofę klimatyczną, którą starsze pokolenie wciąż wypiera...

... my już nie takie rzeczy przeżyliśmy.

– Robiłam maturę w 1994 r. i to nie był czas pozbawiony trosk (po upadku komuny zaczynał się kapitalizm), ale zachowanie dobrostanu nie było specjalnie złożone. Nikt po prostu nie znał tego słowa.

Na przełomie wieków jeszcze istniały resztki oparcia we wzorach, choć i one się dezaktualizowały na naszych oczach. Ale zasadniczo świat wydawał się relatywnie przewidywalny. Na dodatek brakowało młodych kadr, mieliśmy dużo większe możliwości awansu. Kiedy wchodziliśmy w dorosłość, nikt też nie pokazywał nam, co to znaczy zajmować się własnym życiem, dbać o równowagę, jak podejmować ważne decyzje, dogadywać się z innymi ludźmi czy to w firmowych zespołach, czy z partnerami. Uczono nas za to, jak robić biznesy, że w życiu liczy się spryt i umiejętność "załatwiania". Dopiero ostatnie 10-15 lat to rozwój kultury terapeutycznej w Polsce, ze wszystkimi jej plusami i minusami. Ludzie chłoną dużo wiedzy w wielkim pomieszaniu, bo mamy poczucie, że strasznie nam brakuje narzędzi, żeby mądrze pokierować własnym życiem.

Wspólnym doświadczeniem jest konfrontacja z coraz mniej przewidywalnym światem, w którym, żeby żyć bezpiecznie i szczęśliwie, trzeba być nieustannie w ruchu, ciągle siebie wymyślać, reagować na zmieniające się okoliczności. W którym coraz mniej sytuacji w związku czy życiu zawodowym dzieje się tak, jak to kiedyś bywało. Warto sobie uświadomić, że musimy toczyć nieustanne zmaganie ze światem zewnętrznym, żeby pozostać choćby w umiarkowanym zdrowiu psychicznym i fizycznym.

Dopadają nas kryzysy?

– Przez wieki podstawowym sposobem na kryzys w każdej formie było w Polsce picie. Od kilkunastu lat robi się kompulsywne zakupy albo uprawia sport. Nie bez powodu mamy tak rozbudowaną kulturę maratonów, triatlonów, siłowni. Z jednej strony to bardzo dobrze, że ludzie się ruszają, ale nie możemy zapominać, że to może być regulator napięć, sposób na zmniejszenie emocjonalnego ciśnienia. Sport jest świetnym narzędziem, kiedy nie dajemy sobie rady z problemami, poczuciem zagubienia, uczuciami, które nas szarpią.

Jakie są jeszcze strategie ucieczkowe?

– Przede wszystkim są takie, które działają, i takie, które nie działają. Praca, z której się nie wychodzi, substancje psychoaktywne, kompulsywne uprawianie seksu, terapeutyzowanie się latami, ciągłe doskonalenie też może być ucieczką od trudów życia. Człowiek jest w stanie wykorzystać absolutnie każdą znaną aktywność, by odpiąć się od siebie i nie mierzyć się z własnymi problemami.

Terapia jako ucieczka?

– Kiedyś mi się wydawało, że psychoterapia spina ludzi z życiem i ich wnętrzem. Teraz już wiem, że nie zawsze. W gabinecie można po prostu usiąść jak w azylu i nie podejmować wyzwań codziennego życia, bo ciągle się jest w terapii i procesie.

Jak to się stało, że coraz trudniej w dzisiejszym świecie czerpać z niego przyjemność?

– Do przyjemności się trzeba dostroić, mieć czujące ciało, wyciszoną głowę. Spięte ciało i zestresowana psychika nie mają dostępu do przeżywania jakichkolwiek zmysłowych pobudzeń i przyjemności związanej z jedzeniem, seksem, tańcem... W takim stanie można co najwyżej wprowadzić silny bodziec znieczulający, np. alkohol, albo silny bodziec pobudzający, choćby sport lub orgazm.

Albo sprawić sobie przyjemność zakupami.

– Kapitalizm utożsamił konsumpcję z przyjemnością, ale to oszustwo. Próbuje się nam wmówić, że jest ona dostępna tylko dzięki pieniądzom. Powstał cały przemysł spędzania wolnego czasu, planowania odpoczynku. Zakupy powodują wytwarzanie dopaminy, przez chwilę jesteśmy podekscytowani, jednak to szybko mija i na koniec miesiąca może się okazać, że nawet jest dosyć problematyczne dla budżetu. Przyjemność to kompetencja, której trzeba się uczyć. Jeśli rzucimy się w biegu nawet na najlepsze danie, złowimy uchem wspaniałą muzykę – i tak tego nie docenimy.

onet.pl

poniedziałek, 1 stycznia 2024



W przeciwieństwie do zeszłorocznego orędzia noworocznego, w którym Putin zwrócił się do narodu w siedzibie Południowego Okręgu Wojskowego w otoczeniu umundurowanego personelu wojskowego i otwarcie mówił o celach Rosji na Ukrainie, orędzie Putina z 2023 roku ukazuje go stojącego samotnie na tle Kremla, bez ani jednej wzmianki o „specjalnej operacji wojskowej”. Putin zamiast tego zdecydował się bardzo krótko podziękować rosyjskiemu personelowi wojskowemu za walkę o „prawdę i sprawiedliwość”, a poza tym skupił się na podkreślaniu rosyjskiej jedności narodowej. Putin oświadczył także, że rok 2024 będzie „Rokiem Rodziny”, podkreślając, że rosyjska rodzina jest kręgosłupem „wielonarodowego narodu Rosji”, a Rosja to „jeden wielki kraj, jedna wielka rodzina”.

understandingwar.org

niedziela, 31 grudnia 2023



Wróćmy jeszcze na Kreml, gdzie dziś /odbywała się uroczystość wręczania nagród państwowych. Putin wbijał złote gwiazdy w wypięte piersi Bohaterów Rosji. Jednym z wyróżnionych był niejaki Artiom Żoga z tzw. Donieckiej Republiki Ludowej, wierny putinista, separatysta, dowódca batalionu Sparta. W pewnym momencie Żoga wstał i dziarskim krokiem (niezatrzymywany przez ochronę) zbliżył się do umiłowanego przywódcy. Za nim pobiegło stadko innych uczestników ceremonii. Umiłowany przywódca wyciągnął ku Żodze prawicę, nadstawił ucha, co też doniecki separatysta ma mu do powiedzenia.

– Chciałem zwrócić się do pana z prośbą o wystartowanie w wyborach – wyrżnął Żoga z mety. – Pracy jest dużo: trzeba przeprowadzić integrację, zbudować komunikację społeczną. Chcielibyśmy tego dokonać pod pańskim przewodem. Jest pan naszym prezydentem, a my jesteśmy pańską drużyną.

Prezydent spuścił skromnie oczy, ale zaraz je podniósł na stojącego przed nim na baczność człowieka: – Nie będę ukrywać, że w różnym czasie różne miałem myśli. Ma pan rację: teraz mamy takie czasy, że trzeba podejmować decyzje. Wystartuję w wyborach prezydenta Federacji Rosyjskiej.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

sobota, 30 grudnia 2023



W Moskwie odbyła się przedwczoraj /20.12.2023? - red./ tzw. goła imprezka – jej uczestnicy mieli się na niej pojawić w jak najbardziej skąpych strojach. Zdjęcia z zabawy wyciekły do internetu, no i się zaczęło.

Blogerka Nastia Iwlejewa, znana z tego, że jest znana, naspraszała gości do moskiewskiego klubu „Mutabor”. Przepustką na zamknięty balecik miał być przyodziewek – a bardziej jego brak. Goście zbiegli się tłumnie. Bo „odtąd Nowosilcow wyjechał z Warszawy, nikt nie umie gustownie urządzić zabawy; nie widziałam pięknego balu ani razu. On umiał ugrupować bal na kształt obrazu”. Wątpię, by Iwlejewa przeczytała „Dziady”, ale ten cytat przyszedł mi do głowy w związku z licznymi w kręgach moskiewskiej bohemy skargami, że ostatnio w stolicy wieje nudą, nie ma się gdzie zabawić z pompą. Zaproszenie Iwlejewej spadło więc spragnionym zabaw jak gruszka do fartuszka. Choć fartuszek na tej fecie uznano by za zbyt obszerny strój.

Gwiazdy i gwiazdki estrady jak Lolita Milawska, Dima Bilan czy Filip Kirkorow, lwice salonowe jak Ksenia Sobczak (w przeszłości kandydatka na prezydenta Rosji), prezenterzy telewizyjni jak Gosza Karcew i inni paradowali w bieliźnie i przezroczystych wdziankach. Najwięcej oklasków zebrał raper Vacio z Jekaterynburga – zjawił się w samych trampkach i jednej skarpetce, zasłaniającej miejsce, które na starych obrazach zwykle zasłaniane jest listkiem figowym. Gospodyni zachwyciła brylantami, wartymi 23 mln rubli, całą tę imponującą kwotę prezentowała na pośladkach.

Większość tych nazwisk czytelnikom w Polsce zapewne niewiele mówi, ale w Moskwie, a nawet szerzej – w Rosji to znane postaci z kręgów artystycznych, telewizyjnych, mówi się o nich „moskiewska tusowka”, towarzystwo wzajemnej adoracji, bawiące publiczność na koncertach i bawiące się – już bez publiczności na takich i podobnych wiksach.

Cóż, dorośli ludzie, wolny od pracy wieczór, impreza zamknięta… Wybuchł jednak skandal na piętnaście fajerek. Zdjęcia i filmiki z gołego party trafiły bowiem do sieci. Momentalnie wyłowili je strażnicy moralności, którzy dostrzegli w tym, co się działo w „Mutaborze”, mnóstwo uchybień: m.in. złamanie przepisów ustawy o zakazie propagandy LGBT, narkotyki i ekstremizm. Do ministra spraw wewnętrznych i Prokuratury Generalnej popłynęły szeroką rzeką donosy. Najbardziej poruszeni okazali się aktywiści organizacji „Sorok sorokow”, prawosławni radykałowie. W oświadczeniu napisali: „W 1917 r. liberalna elita też tak wszystko przesrała [tak w oryginale], kiedy na frontach I wojny światowej walczyła Święta Ruś, a internacjonaliści z projektu Wall Street i London City pod nazwą ZSRR najpierw urządzili lutową, a potem październikową kolorową rewolucję” [tak, obawy o kolorową rewolucję to nie tylko osobista fobia Putina, ale rzecz popularna i w konserwatywnych kręgach]. Uczestnicy zabawy są nazywani w oświadczeniu sodomitami, podobnymi do tych zwyrodnialców, którzy zostali wykorzystani przez Anglosasów [a jakże], „niszczących Imperium Rosyjskie za pośrednictwem swoich agentów: Kiereńskiego, Lenina, Trockiego, Stalina”.

„Toż to Sodoma i Gomora w jednym” – lamentowała Z-blogerka Anna Riewiakina. Władimir Sołowjow w firmowym stylu pluł ogniem: „Jakże jesteście dalecy od zrozumienia swojego kraju, jesteście moralnie głusi. Nic nie rozumiecie. Głównodowodzący [Putin] wznosi toast za nasze Zwycięstwo, a wy, podli dranie – za co?”.

Wtórowała mu Jekatierina Mizulina z Ligi Bezpiecznego Internetu, westalka putinowskiej przyzwoitości. Popatrzyła na balecik Iwlejewej z innej strony: „Robić taką imprezę w czasie, gdy giną nasi chłopcy na specjalnej operacji wojskowej i dzieci tracą ojców – to cynizm. Nasi żołnierze na pewno nie walczą o coś takiego”. Wezwała do bojkotu uczestników zabawy ze strony instytucji państwowych. Tą instytucją państwową, której bojkot mógłby boleśnie uderzyć w balowników, jest przede wszystkim telewizja. Piosenki ustrojonego w pióra Kirkorowa czy rozchełstanego Dimy Bilana są od lat żelazną pozycją sylwestrowych programów telewizyjnych, oglądanych jak Rosja długa i szeroka. Popularni piosenkarze, nie tylko ci wyżej wymienieni, największą kasę zarabiają na występach transmitowanych przez telewizję oraz na tzw. korporatiwach, czyli okolicznościowych imprezach w dużych firmach. Brak zamówień ze strony tak hojnych zleceniodawców uderzy ich mocno po kieszeni. A można się spodziewać, że skoro mleko z gołej imprezki rozlało się szeroko i nie tylko komentują ją blogerzy czy dziennikarze, ale wzywani są do działania wysocy urzędnicy państwowi, to na naganie się nie zakończy. Zwłaszcza że do boju ruszyła deputowana Maria Butina, zaniepokojona licznymi skargami społeczeństwa. Zapowiedziała przywrócenie właściwych postaw zgodnie z dekretem prezydenta o zachowaniu tradycyjnych wartości. W podobnym duchu wypowiedział się inny deputowany znany z akcji przywracania tradycyjnych wartości, Witalij Miłonow i zawsze czujny w takich sytuacjach Aleksandr Chinsztejn. Natomiast Ksenia Sobczak nie posypała głowy popiołem: „Świat jest niesprawiedliwy – był, jest i zawsze będzie. Gdzieś się zabijają, gdzieś głodują dzieci, a gdzieś ktoś w tym samym czasie pije szampana”.

Opozycyjny publicysta Dmitrij Koleziew podsumował skandal z dystansem: „Myślę, że gdy twój kraj wtargnął na terytorium sąsiada, zabił i pokaleczył setki tysięcy swoich i obcych obywateli, to bezgraniczną wesołość można odłożyć do lepszych czasów. Ale zostawmy moralizatorstwo. Przy okazji okazało się, że większość popierających Z-wojnę tkwi w błędzie, sądząc, że Rosja prowadzi „świętą wojnę narodową”, w której bierze udział całe społeczeństwo. Kreml próbuje to właśnie wszystkim wmówić. […] Tak naprawdę Kreml prowadzi wojnę imperialną, która im mniej dotyczy wnętrza imperium, przede wszystkim stolicy, tym lepiej. […] Goła imprezka nie jest anomalią w putinowskiej Rosji, to jej integralna część”.

Tak, Moskwa żyje swoim życiem, bawi się, bogaci, nie spogląda w stronę skrwawionych zachodnich rubieży. Kreml ma teraz na głowie zorganizowanie spektaklu pod tytułem „Wybory Putina” i żadna hucpa nie jest mu potrzebna. Kasta artystów ma w tym spektaklu do odegrania swoją rolę – lojalnych, wspierających prezydenta putinistów. „Oni nie są gotowi do popadania w konflikt z władzą – pisze Koleziew. – Po prostu chcą żyć swoim życiem (w luksusie, wesoło). Tradycyjne wartości mają w głębokim poważaniu. Pojawienie się na imprezce Iwlejewej nie było podyktowane jakimiś wielkimi politycznymi ideami, ot, chcieli błysnąć i dobrze się zabawić. Ale w rezultacie wyszła z tego niemal antywojenna akcja. Na miejscu Ukraińców wydrukowałbym ulotki ze zdjęciami z gołej imprezki i podpisem „Walczycie o to, by oni mogli cieszyć się życiem” i zrzuciłbym na rosyjskie pozycje”.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl


Impreza w klubie „Mutabor” w Moskwie przez wiele dni ogniskowała uwagę nie tylko plotkarskich wyroczni, ale też polityków i organów państwa. Wielu jej uczestników wychodzi z tego ubawu mocno poobijanych. Bo na taką ostentację gołych zadków nie mógł nie zareagować ten, który pragnie dyktować standardy stylu i wyznaczać granice moralności: Władimir Putin.

Zorganizowany przez blogerkę Nastię Iwlejewą wieczorek pod hasłem „almost naked” był imprezą zamkniętą. Mimo to pojawili się na nim paparazzi, którzy bez żadnych przeszkód i protestów ze strony uczestników obfotografowali skąpe kreacje gospodyni i jej gości, zdjęcia wyciekły do sieci (...). I zapewne byłby to może jedynie temat dla wszelkiej maści „internetowych pudelków”, podniecających się tym, ile Iwlejewa ostatnio schudła albo dlaczego jej partner jest od niej niższy, gdyby nie to, że z gołej prywatki politycy uczynili platformę do rozliczania i przemeblowania sceny.

Pierwsze reakcje gwiazd i gwiazdeczek, które bawiły się w „Mutaborze”, były ironiczne i beztroskie. Cóż, imprezka jak imprezka, nie pierwsza tak frywolna. Ksenia Sobczak napisała, że na świecie nie ma sprawiedliwości, więc jedni piją szampana, a drudzy ronią łzy, głodują itd. Z dnia na dzień jednak ton reakcji zmieniał się – z góry nadleciała instrukcja, żeby wychłostać degeneratów. Roskomnadzor dopatrzył się „przejawów propagandy LGBT”, a to już może podpadać pod paragraf.

Kiedy członkinie zespołu Pussy Riot w 2012 r. odśpiewały w Świątyni Chrystusa Zbawiciela pieśń „Bogurodzico, przegoń Putina”, wydawało się, że ich wybryk zostanie zaliczony do kategorii chuligaństwa, dziewczyny zostaną ukarane grzywną i tyle. Tymczasem odbył się pokazowy proces, z którego relacje szły na cały świat, a uczestniczki ukarano realnymi wyrokami łagru (...). To też była publiczna chłosta i sygnał, że Rosja na progu trzeciej kadencji Putina skręca w stronę państwa opresyjnego i konserwatywnego. W dzisiejszej putinowskiej Rosji skandal z golizną bohemy balującej w najlepsze, gdy hufce Putina walczą z „nazistowskim reżimem w Kijowie” i „zgnilizną Zachodu, który próbuje odebrać Rosji jej święte tradycje”, jest też ważnym sygnałem, że nie ma już miejsca na żadne wygłupy. Teraz wszystko ma być na poważnie, jedyne dozwolone dowcipy to te, które opowiada sam Władimir Władimirowicz w przypływie lepszego humoru. A reszta może się bawić na imprezach organizowanych lub błogosławionych przez Kreml. A są to: telewizyjne koncerty dla mas oraz „patriotyczne” imprezy z udziałem zaakceptowanych wykonawców. Artyści, którzy nie podzielają zachwytu dla wojny, są stopniowo eliminowani (uznawani za „agentów zagranicznych”, ścigani za „fejki”, zwalniani z teatrów itd.(...)). Kultura jest towarem limitowanym, a jej dozwolone standardy wyznaczane są przez urzędników w porozumieniu z głównym aktorem sceny politycznej – prezydentem. To samo dotyczy zachowania gwiazd poza sceną.

Na znak z góry jeden za drugim uczestnicy imprezki zamieszczali w mediach społecznościowych „przeprosiny”. Potępiali samych siebie, obiecali poprawę, przyznawali, że zbłądzili, błagali o przebaczenie. Filip Kirkorow zapewniał, że nigdy nie zdradził „swojej ojczyzny i swoich słuchaczy, nigdy nie wyjechał z kraju” itd. Co ciekawe, jest z pochodzenia Bułgarem, ale to niuans – mieszka i śpiewa w Rosji i po rosyjsku. Akt skruchy chyba jednak nie wystarczy – jak donoszą media społecznościowe, już gotowy do emisji sylwestrowy program w TV NTW, w którym pojawił się Kirkorow, ma być przemontowany: Kirkorowa mają wyciąć. Przypomina się w tym kontekście praktyka usuwania ze zdjęć tych współpracowników Stalina, których wódz się po drodze pozbywał. Wydaje się, że Kirkorow i inne gwiazdy estrady dostaną na czas krótszy lub dłuższy ban na występy, a to mocno uderzy artystów po kieszeni. Okres noworoczny to dla nich zwykle czas żniw. Ale nie w tym roku.

Raper Vacio, którego strój zwrócił uwagę szerokiej publiczności (składał się jedynie z obuwia i skarpety, naciągniętej dość niedbale na genitalia), został skazany na 15 dni aresztu administracyjnego za wybryk chuligański. W nagranych przeprosinach podkreślał, że jest hetero i w ogóle nikogo nie chciał obrazić.

Nastia Iwlejewa wpadła w tarapaty: przyczepiła się do niej inspekcja podatkowa, choć blogerka zapewniała, że dochód z gołego wieczorku przeznaczy na cele dobroczynne. Głos zabrała też Ksenia Sobczak, która początkowo nie dostrzegła w imprezie niczego zdrożnego: „nikogo nie chciałam obrazić. Jeśli ktoś poczuł się dotknięty moim widokiem, to przepraszam. Kocham swój kraj, jestem dziennikarzem, który pracuje w Rosji”.

Przeprosiny pełne bólu i łez przypominają te, które stały się elementem życia w Czeczenii. Tam ludzie, którzy weszli w drogę Ramzanowi Kadyrowowi, od dawna przepraszają za swe „niecne czyny”.

Ciekawy komentarz zamieścił opozycyjny polityk z Pskowa, Lew Szlosberg; zacytuję jego fragmenty: „Gwiazdy rosyjskiej estrady, przyzwyczajone do życia w oderwaniu od tego, co dzieje się w kraju, nie zauważyły tego, co w ostatnich latach działo się z Rosją. Gwiazdorzy byli poza polityką. Nie zrozumieli, że Rosja przekształciła się w państwo policyjne, a w państwie policyjnym niezbędnym elementem jest policja obyczajowa. I ta policja będzie całemu społeczeństwu wyznaczać „normy”. Jeśli ktoś „norm” nie przestrzega, to traktowany jest jak ktoś zagrażający ładowi społecznemu. A istotą tego ładu jest podporządkowanie się człowieka władzy. Nie tylko polityczne, ale także moralne i fizyczne. […] Państwo policyjne uznaje obnażone ciało za polityczną demonstrację, zagrażającą fundamentom”. Ci, którzy zostali przyłapani na wyjściu poza ramy „norm”, powinni pokazać, że się boją, paść na kolana i błagać o wybaczenie. Niedawni idole mas, strąceni przez władze z piedestałów, powinni też zostać odrzuceni przez społeczeństwo. Taki jest cel tych zabiegów władz. „W tym przymuszaniu do przeprosin jest też przesłanie do społeczeństwa: patrzcie i zapamiętajcie, co zrobimy z tymi, którzy zachowują się nieodpowiednio, a i przyjrzyjcie się, jacy ci wasi idole są żałośni, są gotowi upokorzyć się, żeby tylko dostać swój kawałek chleba i zachować miejsce przy stole. Patrzcie, co stanie się z każdym, kto złamie reguły państwa policyjnego. Te publiczne akty skruchy mają przyuczyć społeczeństwo do totalnej pokory wobec władz”.

A ci, którzy nie godzą się na te upokarzające praktyki, skazywani są na wysokie wyroki. Jak skazana wczoraj na 9 lat łagru Ksenia Fadiejewa, aktywistka, była szefowa sztabu Nawalnego w Tomsku. Dziewięć lat!!! Za co? Za ekstremizm. To znaczy za współpracę z Nawalnym, prowadzenie śledztw antykorupcyjnych i patrzenie miejscowym władzom na ręce.

Putin wsadza do łagrów również za poezję. Poeci Artiom Kamardin i Jegor Sztowba zostali skazani na 7 i 5,5 roku łagru za recytowanie antywojennych wierszy podczas protestu przeciw mobilizacji we wrześniu 2022 r. Zostali uznani za winnych stwarzania zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa i rozniecanie nienawiści.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

środa, 27 grudnia 2023



Tym co Ukraińcy zużywają w największej ilości na froncie w atakach kamikaze są kwadrokoptery. Są to najczęściej drony klasy FPV (first person view), a więc z widokiem z perspektywy pierwszej osoby. Oznacza to, że pilot widzi to, co widzi dron. Pomagają w tym specjalne gogle oraz kamera, jaka znajduje się na bezzałogowcu. Obraz z tej kamery jest podłączony do nadajnika wideo i jest bezprzewodowo przekazywany do operatora poprzez specjalne okulary.

Ukraińcy po mistrzowsku opanowali wykorzystanie tego rodzaju uzbrojenia. Opracowali przy tym nie tylko własną taktykę, ale przede wszystkim system jego pozyskiwania w ilości, która zapewnia im atakowanie nawet najmniejszych celów, takich jak stanowiska ogniowe, czy nawet pojedynczy żołnierze. O ile więc wlatujące do armeńskich ziemianek i okopów azerskie drony kamikaze w czasie wojny w Górskim Karabachu było czymś wyjątkowym, to na wojnie w Ukrainie są zjawiskiem codziennym, wywołując strach u żołnierzy rosyjskich

Dla zabezpieczenia odpowiedniej ilości kwadrokopterów kamikaze Ukraińcy stosują dwa sposoby. Albo kupują rozwiązania komercyjne – np. w ramach zbiórek pieniędzy w innych państwach, albo produkują własne rozwiązania zgodnie z zasadą – im  taniej tym lepiej. W pierwszym przypadku wykorzystuje się dostępne na rynku drony ze składanymi ramionami oraz z częściami produkowanymi bardzo często w Chinach. Liczba kupowanych w ten sposób kwadrokopterów jest ogromna.

(...)

W drugim przypadku stosuje się już projekty ukraińskie, charakteryzujące się z zasady maksymalnym uproszczeniem konstrukcji. Ukraińcy wyrzucili wszystko co nie jest niezbędne z budowanych przez siebie kwadrokopterów. Widać to bardzo dobrze w przypadku produkowanych masowo dronów Wild Hornet. Są one składane z jednolitego szkieletu z tworzyw sztucznych wyglądającego tak jak rozłożone komercyjne kwadrokoptery, z tą różnicą, że wszystko co jest później dokładane jest odkryte.

Do tego szkieletu są więc przykręcane z zewnątrz przewody, dokładane silniki ze śmigłami (już produkowane masowo na Ukrainie), prosta, nieruchoma kamerka komputerowa  (która w Internecie może kosztować nawet kilkanaście złotych), gotowe moduły sterowania, kontroli lotu i łączności, antena oraz zabezpieczone jest miejsce do podczepienia taśmami lub opaskami źródła zasilania oraz ładunku bojowego.

Zasadą jest wykorzystanie charakterystycznych, tanich akumulatorów (przyczepiane paskami przed startem), które wystarczają tak naprawdę jedynie na dolot do celu (co bardzo często widać po komunikacie ukazującym się na ekranie operatora - „low battery”). Nie ma więc potrzeby wprowadzania warunku wielokrotnego ładowania bez utraty pojemności. Ukraińcy prawdopodobnie ustandaryzowali ich wielkość oraz sposób łączenia z dronem (poprzez odpowiednie wiązki przewodów ze złączem), dzięki czemu te same bloki zasilania można wkładać do różnych kwadrokopterów.

Zaprojektowane według tych zasad drony Wild Hornet, są na masową skalę produkowane w niewielkich warsztatach, przez co nie ma zagrożenia, by jednym uderzeniem przerwać ich dostawy do jednostek walczących na froncie. (...)

Innym przykładem jeszcze prostszego i tańszego rozwiązania jest kwadrokopter firmy Terminal Autonomy AQV Scalpel, najlepszy przykład prostoty i użyteczności. Na jego pokładzie znajduje się bowiem to, co jest niezbędne i jak najtańsze. Oczywiście nie ma w nim składanych ramion, ale stała rama wykonana z ceowników i prostokątnego kawałka blachy. Do tego dołożone są cztery nóżki które są po prostu przyczepione nitami i przez to nie są składane w locie. Wszystkie te elementy są najprawdopodobniej wykonane z aluminium.

Taki „siermiężny” kwadrokopter ma maksymalną masę startową 5 kg i może przenosić ładunek o wadze 2,5kg (a więc podczepia się pod niego tyle, ile sam waży). Scalpel porusza się z maksymalną prędkością 45 km/h w promieniu 10 km przebywając w powietrzu tylko 12 minut. Nie jest to więc amunicja krążąca, wyczekująca na pojawienie się celu, ale środek niszczenia obiektów wykrytych przez inne drony rozpoznawcze w ściśle określonym rejonie.

(...)

System łączności i transmisji danych w tego rodzaju systemach jest najczęściej bardzo prosty i prawdopodobnie nie zabezpiecza on dronów przed zakłóceniami stawianymi przez Rosjan z jammerów montowanych powszechnie na pojazdach. Taktyka prowadzenia przez Ukraińców ataku nie przeszkadza im jednak w trafieniu w cel, nawet jeżeli operatorzy tracą obraz celu tuż przed jego trafieniem.

Niekiedy wymaga to powtórzenia nalotu, jednak w przypadku kwadrokopterów jest to stosunkowo proste i szybkie. Dron przy nawrocie nie odlatuje bowiem tak daleko jak bezzałogowe samoloty kamikaze. Dodatkowo operatorzy nabrali już takiego doświadczenia, że potrafią kontynuować atak, nawet wtedy, gdy w ostatniej fazie tracą obraz lub jest on zakłócany. Skuteczność tego rodzaju uderzeń jest zresztą sprawdzana, ponieważ atak dronów kamikaze jest najczęściej koordynowany przez inny bezzałogowiec rozpoznawczy. To on odszukuje cele i nakierowuje na nie operatora bojowego kwadrokoptera.

Koszt dronów kamikaze jest przy tym tak mały, że Ukraińcy potrafią atakować ten sam cel kilkakrotnie, jeżeli wcześniejsze trafienia nie przyniosły pożądanych skutków. Oznacza to, że operatorzy działają w grupach, w których każdy ma określone zadanie z oceną sytuacji włącznie. Jest to konieczne ponieważ odseparowani goglami od świata ukraińscy żołnierze muszą cały czas czuć się bezpieczni.

Coraz bardziej skuteczne stają się również ładunki wybuchowe mocowane do dronów kamikaze. Początkowo do zwalczania pojazdów wykorzystywano głównie części wybuchowe granatników rodziny RPG. Są one mocowane zwykłymi, plastykowymi opaskami kablowymi, ponieważ w przypadku dronów kamikaze nie ma konieczności wyczepiania ładunku wybuchowego.

Pomysłowość i zaradność Ukraińców zaskakuje wszystkich, ponieważ nawet w przypadku braku „specjalistycznych” opasek do mocowania ładunków bojowych stosuje się zwykłą taśmę pakową, którą w normalnych czasach zabezpiecza się paczki. Ukraińskim żołnierzom to jednak nie przeszkadza i nikt nie przejmuje się wyglądem. Byle ładunek został dostarczony do wykrytego obiektu i go zniszczył.

Tego rodzaju ładunki okazały się one na tyle skuteczne, że tanie kwadrokoptery zaczęły także zwalczać poruszające się transportery i czołgi, w tym pojazdy wyposażone w nadajniki zakłóceń. Stuprocentową skuteczność uzyskiwano natomiast przy atakowaniu słabo chronionych, holowanych systemów artyleryjskich oraz wyrzutni rakietowych, wypełnionych amunicją.

(...)

Czy ktoś wreszcie w NATO przyjmie do wiadomości, że w okresie nasilonych ataków rosyjskich 4-11 września 2023 roku na wschodzie Ukrainy, drony były odpowiedzialne za 25% całego sprzętu wojskowego utraconego przez Rosję podczas starć, w tym za zniszczenie 42% czołgów i 47? pojazdów opancerzonych. Czy ktoś przeczyta ukraińskie analizy, opublikowane np. przez „Forbes Ukraine”  z których wyraźnie wynika, że „małe, dostępne na rynku drony są zdecydowanie najbardziej opłacalną bronią do niszczenia sprzętu i personelu wroga”.

Z szacunków opublikowanych przez dziennikarza Wołodymyra Dacenkę wynika np. że dron kamikaze FPV jest do 30 razy bardziej opłacalny w niszczeniu pojazdów opancerzonych niż artylerii i daje co najmniej 175-krotne przebicie porównując koszt dronu w porównaniu z wartością zniszczonego sprzętu. Ale muszą być to tanie systemy bezzałogowe, wprowadzane masowo. Ukraiński dowódca dronów Jurij Kasjanow ujawnił w wywiadzie dla BBC, że siły zbrojne Ukrainy potrzebują miesięcznie 25 000 dronów taktycznych.

defence24.pl

wtorek, 26 grudnia 2023



Opisane powyżej problemy są jedynie objawami kilku chorób trapiących niemiecką gospodarkę od dobrych kilku, a czasami nawet kilkunastu lat. Pierwszą z nich jest absolutnie obłąkana polityka energetyczna, uzasadniana mocno wątpliwą ideologią klimatyczną. Niemcy umyślili sobie, że nowoczesna gospodarka przemysłowa i nastawiony na konsumpcję styl życia może być zasilany z wiatraków i solarów. Nastawiali od groma jednych i drugich, równocześnie zamykając relatywnie tanie elektrownie węglowe i przede wszystkim atomowe.

Absolutnym kuriozum było zwłaszcza wygaszenie elektrowni jądrowych, które zapewniają stabilne i tanie (tj. gdy już są zbudowane) dostawy energii elektrycznej dla przemysłu. Dodatkowo nie emitują przy tym ani grama dwutlenku węgla –gazu tak znienawidzonego przez klimatystów. Na dodatek, decyzję o wyłączeniu” atomówek” Niemcy podjęli już po wybuchu kryzysu energetycznego i wstrzymaniu dostaw gazu z Rosji. Było to szaleństwo godne tego, co niemieccy liderzy czynili zimą i wiosną 1945. Refleksja nad popełnionymi błędami znów przyszła stanowczo za późno.

Przez poprzednie kilkanaście lat nasi zachodni sąsiedzi utopili setki miliardów euro w nierentowne wiatraki, które dziś trzeba gdzieś zezłomować po dość krótkim okresie przydatności do użycia. Niemieckie gospodarstwa domowe płaciły za to zawyżonymi rachunkami za prąd, dotując branżę OZE. W efekcie Niemcy w 2022 roku wyprodukowali mniej energii elektrycznej niż 20 lat wcześniej, a udział (głównie rosyjskiego) gazu w miksie energetycznym wzrósł z 8,7% do 14,2%. Łączna produkcja z hojnie dotowanych solarów i turbin wiatrowych odpowiadała za 33% dostaw energii. Dla porównania, w roku 2000 elektrownie jądrowe dostarczyły blisko 30% wyprodukowanego prądu. Konkluzja: w imię realizacji celów ideologicznych Niemcy zastąpiły tanie i stabilne źródła energii źródłami drogimi i niestabilnymi, które w dodatku wymagały stabilizowania wzmożonym importem surowców energetycznych z Rosji. Acha, w 2022 roku prawie 32% niemieckiej energii elektrycznej została wyprodukowana z tak zwalczanego przez Brukselę węgla.

Finansowanie wiatrakozy wymagało olbrzymich subsydiów państwowych, na które zrzucał się niemiecki podatnik. Problem w tym, że rząd  kanclerza Scholza robił to nie do końca legalnie. To znaczy, stosowały ten sam trik co ekipa Mateusza Morawieckiego – wyprowadzając pieniądze publiczne spoza budżetu państwa do pozabudżetowych funduszy.

bankier.pl