piątek, 8 grudnia 2023


Siły rosyjskie mogą ponosić straty na całym froncie ukraińskim w tempie zbliżonym do tempa, w jakim Rosja obecnie generuje nowe siły. Rzecznik Dowództwa Ukraińskich Sił Lądowych podpułkownik Wołodymyr Fityo oświadczył 7 grudnia, że ​​siły rosyjskie straciły w listopadzie 2023 r. prawie 11.000 żołnierzy (prawdopodobnie zabitych lub wykluczonych z walki z powodu kontuzji) w kierunkach Kupiańsk, Łyman i Bachmut. Tempo operacyjne w kierunkach Kupiańska, Łymana i Bachmuta jest obecnie niższa niż w kierunku Awdijiwki. Odnotowane straty sugerują, że liczba ofiar rosyjskich w rejonie Awdijówki może być jeszcze wyższa, biorąc pod uwagę wyższe tempo działań operacyjnych. Ukraińscy urzędnicy informowali wcześniej, że siły rosyjskie straciły 5.000 żołnierzy zabitych i rannych w pobliżu Awdijiwki i Marinki (na zachód od Doniecka) między 10 a 26 października, kiedy siły rosyjskie przeprowadziły dwie fale ciężko zmechanizowanych ataków, aby zająć Awdijiwkę. Siły rosyjskie przeprowadzają obecnie masowe ataki piechoty w celu zajęcia Awdijiwki w pozornej próbie zachowania pojazdów opancerzonych pomimo ryzyka jeszcze większych strat w sile roboczej. Ukraińscy urzędnicy w szczególności wskazali, że rosyjskie wysiłki obronne również skutkują znacznymi ofiarami – według doniesień siły ukraińskie zabiły ponad 1.200 rosyjskich pracowników i raniły ponad 2.200 osób na wschodnim (lewym) brzegu obwodu chersońskiego w okresie od 17 października do 17 listopada. Siły ukraińskie kontynuują kontrofensywę w zachodnim obwodzie zaporoskim i prawdopodobnie zadają podobne straty broniącym się siłom rosyjskim na tym odcinku frontu. ISW nie może potwierdzić podanych przez Ukrainę danych dotyczących ofiar rosyjskich ofiar, a wiarygodne dane dotyczące ofiar rosyjskich na Ukrainie nie są dostępne. Jeśli dane podawane przez Ukrainę są w zasadzie dokładne, sugerują, że rosyjskie operacje na Ukrainie są ogólnie bardzo wyczerpujące i że wysokie rosyjskie straty nie są jedynie wynikiem najbardziej kosztownych rosyjskich operacji ofensywnych w pobliżu Awdijwki.

Rosyjscy i ukraińscy urzędnicy podali, że rosyjskie wysiłki w zakresie kryptomobilizacji generują około 20.000 do 40.000 pracowników miesięcznie, co stanowi wskaźnik, który może być niższy niż obecny wskaźnik ofiar wypadków w Rosji na Ukrainie. Wiosną i latem 2023 r. ukraińscy urzędnicy podali, że Rosja rekrutuje miesięcznie około 20.000 pracowników w ramach działań związanych z kryptomobilizacją. Ukraińscy urzędnicy podają, że rosyjskie zgrupowanie sił wzdłuż frontu obwodu charkowsko-ługańskiego mniej więcej nie uległo zmianie od lata 2023 roku, co sugeruje, że zaangażowanie nowego personelu w ten obszar kompensuje rosyjskie straty, ale nie zwiększa siły tego ugrupowania. Zastępca przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrij Miedwiediew twierdził wcześniej, że rosyjskie wojsko zwerbowało 42.000 żołnierzy między 9 listopada a 1 grudnia. Ukraińskie dane dotyczące rosyjskich ofiar na froncie sugerują, że miesięczne straty w Rosji mogą przekroczyć 20.000 miesięcznych poborów i może być nawet bliski znacznie wyższej wartości Miedwiediewa. Rosyjskie operacje na Ukrainie skłoniły ostatnio rosyjskie dowództwo wojskowe do szybkiego skierowania na Ukrainę nowo utworzonych i słabszych formacji w celu wzmocnienia sektorów frontu, utrudniając długoterminowe wysiłki na rzecz utworzenia rezerw operacyjnych i strategicznych oraz restrukturyzacji rosyjskich sił lądowych. Dane dotyczące zarówno rekrutacji, jak i ofiar prawdopodobnie zmieniają się w ciągu roku, a wszystkie dostępne dane są prawdopodobnie przesadzone. Podane liczby odpowiadają jednak warunkom obserwowanym na polu bitwy, a także innym ukraińskim doniesieniom, że rosyjskiej armii udało się utrzymać obecny poziom personelu na Ukrainie pomimo podobno dużej liczby nowych rekrutów. Wysokie straty rosyjskie prawdopodobnie uniemożliwią siłom rosyjskim pełne uzupełnienie i odtworzenie istniejących jednostek na Ukrainie oraz utworzenie nowych rezerw operacyjnych i strategicznych, jeśli rosyjskie wysiłki w zakresie tworzenia sił będą kontynuowane na obecnym poziomie, podczas gdy rosyjskie wojsko będzie kontynuować działania. Wydaje się jednak, że Rosja jest w stanie w dalszym ciągu absorbować takie straty i uzupełniać je nowymi rekrutami, o ile prezydent Władimir Putin będzie chciał i był w stanie ponieść wewnętrzne konsekwencje.

understandingwar.org

czwartek, 7 grudnia 2023


Nowe dane Ukraine Support Tracker Kilońskiego Instytutu Gospodarki Światowej (IfW Kiel) dotyczące wsparcia dla Ukrainy pokazują, że Zachód staje się "zmęczony wojną", pisze w czwartek portal RND. "Widzimy 87-procentowy spadek nowych zobowiązań pomocowych" - powiedział ekspert IfW Pietro Bomprezzi w rozmowie z portalem.

Porównano okres od sierpnia do października z tym samym okresem ubiegłego roku. O ile w ubiegłym roku pomoc wyniosła w tym czasie 16 miliardów euro, o tyle od sierpnia do października br. wyniosła zaledwie 2 miliardy euro, pisze RND. Oznacza to, że wsparcie spadło do najniższego poziomu od początku wojny.

Spadek pomocy dla Ukrainy dotyczy wszystkich obszarów: wsparcia humanitarnego, finansowego i wojskowego. "Ale największy spadek obserwujemy w pomocy wojskowej" - mówi Bomprezzi. Powołuje się na brak nowych pakietów pomocowych ze strony USA, które do tej pory dostarczyły Ukrainie więcej broni niż ktokolwiek inny. Wewnętrzny spór polityczny w USA blokuje obecnie większe pakiety pomocowe.

"Kolejny wniosek z analizy danych: Ukraina jest coraz bardziej zależna od kilku głównych darczyńców", czytamy. Oprócz USA i Niemiec są to na przykład kraje skandynawskie. "Spośród 42 krajów, które wspierają Ukrainę, mniej niż połowa ogłosiła nowe pakiety pomocowe w ostatnich miesiącach. Unia Europejska i Stany Zjednoczone również nie złożyły prawie żadnych nowych zobowiązań", czytamy.

"Sytuacja jest poważna" - powiedział RND polityk partii Zielonych Anton Hofreiter. Ostrzega, że "grozi nam popełnienie tych samych błędów, co przed 24 lutego 2022 roku".

Zbyt wiele osób zakłada, że Putin jest skłonny do negocjacji, choć nic na to nie wskazuje. Wraz ze swoimi europejskimi partnerami Niemcy muszą szybko i kompleksowo zamówić systemy uzbrojenia z przemysłu obronnego, których Europa i Ukraina potrzebują do obrony. "Kanclerz Scholz i minister obrony Pistorius powinni przestać nieustannie poklepywać się po plecach za to, co do tej pory osiągnęli" - pisze RND.

PAP

środa, 6 grudnia 2023


Od początku wojny na Ukrainie pojawiają się coraz to śmielsze deklaracje państw europejskich, by znacząco zwiększyć możliwości rodzimych przemysłów zbrojeniowych. Tyczy się to nie tylko sprzętu, ale również i amunicji, której to zaczynają objawiać się deficyty.

W pierwszej połowie roku Unia Europejska zapowiedziała wsparcie produkcji amunicji zgodnie z rozporządzeniem ASAP na lata 2023-25. I choć kwota ta zdecydowanie nie będzie wystarczająca to pokazuje ona pewien trend. Komisja Europejska wyznaczyła również kryteria, jakimi powinny się kierować państwa idące w zwiększenie produkcji. Kryteriami były między innymi takie kwestie, jak modernizacja produkcji, podnoszenie kwalifikacji pracowników, skrócenie czasu produkcji, likwidacja wąskich gardeł w zaopatrzeniu w surowce i w samej produkcji, czy zwiększenie odporności poprzez współpracę transgraniczną.

W Polsce również debata w tej kwestii nabrała tempa. Jak w maju bieżącego roku zapowiadał prezes PGZ Sebastian Chwałek, Polska Grupa Zbrojeniowa chce zwiększyć produkcję z 30-40 tys. sztuk amunicji rocznie do ponad 200 tys. Dodał jednak, że proces ten może napotkać przeszkody, jak chociażby problem ze sprowadzaniem nitrocelulozy, choć jak dodał prezes PGZ „naszym celem jest odtworzenie pełnej zdolności do tej produkcji w Polsce. Możemy też to robić sami bądź w kooperacji z naszymi partnerami.”

Podobne sygnały wychodziły także ze Słowacji, choć tu jednak rodzi się pytanie, czy obecny rząd, pod wodzą nieprzychylnie nastawionego do Ukrainy, Roberta Fico będzie chciał iść tym nurtem.

Problemy z produkcją amunicji dotyczą również największych gospodarek europejskich. Pod koniec listopada „Die Welt” w swoi artykule opisał problemy niemieckiego przemysłu. Budeswehrze zaczęło brakować nie tylko amunicji artyleryjskiej, ale też komponentów do jej produkcji, co wynika między innymi z kłopotami w łańcuchu dostaw. Konkretnie mowa tu o Chinach, które napotkały trudności i opóźnienia w produkcji i transporcie bawełny koloidalnej.

Materiał ten jest niezbędny Rheinmetallowi do utrzymania stabilności w produkcji chociażby amunicji artyleryjskiej i czołgowej. Oficjalnie problemy po stronie chińskiej wynikają jeszcze z kwestii pandemicznych. (...)

defence24.pl

wtorek, 5 grudnia 2023


Na początku grudnia siły rosyjskie wyparły obrońców z południowo-zachodniej części Marjinki. Większość miasta, które w dotychczasowych walkach zostało całkowicie zniszczone, znajduje się obecnie pod kontrolą agresora. Ukraińcy utrzymują się tylko na północno-zachodnich obrzeżach, a kontrolowany przez nich teren szacuje się na 10% całkowitej powierzchni. Najeźdźcy nie zaprzestają też ataków na pozostałych kierunkach, a na części z nich ich wojska przesunęły się na dystansie od kilkuset metrów do jednego kilometra. W ostatnich dniach odnotowali kolejne postępy na północny zachód od Kreminnej, posuwając się w kierunku miejscowości Terny i Jampoliwka, a także na zachód od Bachmutu, wypierając obrońców z południowo-zachodnich przedmieść tego miasta w kierunku wsi Iwaniwśke. Na północ od Awdijiwki siły rosyjskie poszerzyły obszar kontrolowany na zachód od linii kolejowej, oskrzydlając Stepowe. 1 grudnia przekroczyły również część ukraińskiej linii umocnień na zachód od miasta, oskrzydlając Siewerne i zbliżając się od zachodu do jednego z rejonów umocnionych w Awdijiwce, na obszarze tzw. dziewiątego kwartału (mikrorejon „Chemik”).

Na północny wschód od Kupiańska rejonem bezpośrednich starć stała się Syńkiwka, lecz obrońcy nie dopuścili do umocnienia się Rosjan w jej północnej części. Bezskuteczne pozostały także kolejne rosyjskie próby wyparcia Ukraińców z centralnej części miejscowości Krynky na lewym brzegu Dniepru. Obrońcy wciąż mają przerzucać przez rzekę wzmocnienia i skutecznie kontratakować. W związku z obserwowanym przesunięciem części sił ukraińskich operujących na południe od Orichiwa w obwodzie zaporoskim na inne kierunki 4 grudnia najeźdźcy mieli przejść do natarcia w rejonie Robotyne–Werbowe, lecz nie osiągnęli dotychczas istotnych postępów. Zgodnie z przekazem ukraińskiego Sztabu Generalnego mimo trudnych warunków pogodowych wróg nie zmniejszył znacząco częstotliwości szturmów i na głównych kierunkach działań utrzymuje się ona na poziomie 20 na dobę.

(...)

1 grudnia ukraińska służba graniczna uniemożliwiła przekroczenie granicy byłemu prezydentowi Petro Poroszence, udającemu się z wizytą do Polski i USA. Zgodę na wyjazd wydał przewodniczący Rady Najwyższej, lecz potem została ona unieważniona przez jego zastępcę po otrzymaniu poufnej informacji przygotowanej przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). 2 grudnia wydała ona komunikat, że przyczyną anulowania zgody na opuszczenie kraju przez Poroszenkę była potrzeba zapobieżenia jego spotkaniu z premierem Węgier Viktorem Orbánem. SBU wskazała na konieczność oceny zasadności wyjazdów polityków za granicę i ostrzegła, że rosyjskie służby w ramach operacji dezinformacyjno-psychologicznej będą próbowały wykorzystać zagraniczne kontakty przedstawicieli ukraińskiej elity politycznej do forsowania tezy, że poszukują oni sposobów na rozpoczęcie negocjacji z Moskwą. Według ukraińskiego kontrwywiadu spotkanie Poroszenki z Orbánem, który zajmuje zdecydowane antyukraińskie stanowisko, byłoby niekorzystne dla Kijowa. 4 grudnia były prezydent przyznał, że zamierzał udać się na Węgry, aby przekonać kierownictwo tego państwa do zmiany zdania w kwestii przyszłego członkostwa Ukrainy w UE. Decyzję o niewypuszczeniu go z kraju uznał za „bezsensowną, bezpodstawną i dyskredytującą nie tylko opozycję, lecz także demokrację na Ukrainie”.

4 grudnia rzecznik prasowy ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) Andrij Jusow ostrzegł, że w ostatnim czasie rosyjskie służby specjalne, zdając sobie sprawę, że promowanie narracji prorosyjskiej nie przynosi skutku, próbują przejąć kontrolę nad liderami opinii publicznej (eksperci, blogerzy, komentatorzy w sieciach społecznościowych wyrażający rozczarowanie sytuacją na froncie). Rosjanie, podszywając się pod ukraińskich patriotów, dążą do zwiększenia krytyki pod adresem władz.

(...)

Komentarz

Obie walczące strony nieustannie modyfikują taktykę wykorzystania i zwalczania dronów, co po ostatniej zmianie w wykonaniu Rosjan przełożyło się na obserwowany od 4 grudnia spadek deklarowanego przez obrońców odsetka zestrzelonych „szahedów”. Najprawdopodobniej ma on jednak charakter czasowy i potrwa do momentu wypracowania nowej metody przeciwdziałania bezzałogowcom. Po stronie ukraińskiej niszczeniem dronów kamikadze wroga zajmują się obecnie głównie tzw. mobilne grupy ogniowe, wyposażone w środki krótkiego zasięgu. Ze względu na niedostateczny zasób pocisków do systemów obrony powietrznej Ukraińcy starają się je oszczędzać, aby móc odpierać spodziewane ataki rakietowe przeciwnika na infrastrukturę energetyczną. Zachodnie pociski są na ogół wielokrotnie droższe niż wykorzystywane przez Rosjan „szahedy” i agresor wykorzystywał je do wyczerpywania zasobów ukraińskiej obrony powietrznej. Permanentne ataki bezzałogowców na lotnisko w Starokonstantynowie – główną bazę ukraińskiego lotnictwa uderzeniowego (samolotów bombowych Su-24, które są podstawowym środkiem przenoszenia pocisków manewrujących Storm Shadow/SCALP) i jednocześnie miejsce składowania otrzymywanych z Zachodu pocisków – mają przypuszczalnie podobny cel: zużycie lokalnych środków obrony oraz dezorganizowanie działania bazy. Większość zniszczeń w rejonie lotniska, podobnie jak w zlokalizowanych w obwodzie chmielnickim dużych składach amunicji, to efekt rosyjskich ataków rakietowych.

Ingerencja SBU, która w ostatniej chwili uniemożliwiła Poroszence wyjazd z Ukrainy, wskazuje, że Biuro Prezydenta chce zachować kontrolę nad kontaktami zagranicznymi przedstawicieli elity politycznej. Zwraca uwagę, że ukraińskie służby specjalne i przedstawiciele władz od dłuższego czasu ostrzegają przed rosyjską operacją specjalną mającą doprowadzić do wywołania kryzysu wewnętrznego poprzez podsycanie niezadowolenia społecznego. Aktywności Rosjan nie można lekceważyć, lecz ubocznym skutkiem ich działań może być piętnowanie osób krytykujących władze jako świadomych bądź nieświadomych pomocników wrogich służb.

osw.waw.pl

Po tym, jak dziennikarze zaczęli spekulować o napięciach, Załużny celowo unikał mediów, tylko sporadycznie pojawiając się z oświadczeniami w prasie zagranicznej. To według "Ukraińskiej Prawdy" przyczyniło się do większej popularności oficera i spowodowało "fenomenalną reakcję ukraińskiego społeczeństwa" na tę postawę.

"Niektóre zagraniczne organizacje niedawno przeprowadziły badania fokusowe w Ukrainie. Żebyście zrozumieli — ludzie utożsamiają Załużnego z bóstwem. "On nas chroni", "on chroni naszych chłopców" — ludzie wyrażają takie czysto irracjonalne przekonanie" — powiedział pod warunkiem zachowania anonimowości dziennikarzom "Ukraińskiej Prawdy" wpływowy urzędnik wysokiego szczebla władz Ukrainy.

Według nowego, grudniowego sondażu przeprowadzonego przez agencję badania opinii publicznej "Rating", gdyby wybory prezydenckie w Ukrainie odbyły się w najbliższych dniach, 47,4 proc. wyborców zagłosowałoby na Wołodymyra Zełenskiego, a 30,7 proc. na Załużnego.

Jak zauważa "Ukraińska Prawda", pełne wyniki sondażu nie zostały podane do wiadomości publicznej. Tylko jeden slajd został opublikowany na kanale telegramu "Vertical", który jest powiązany z biurem Zełenskiego.

Dziennikarze "Ukraińskiej Prawdy" zapoznali się z pełnymi danymi badania. Według nich w drugiej turze Zełenski otrzymałby 42 proc. głosów, a Załużny — 40 proc. Załużny nie zrobił jednak żadnych politycznych kroków, aby cieszyć się takim poparciem wyborców.

"On jako medialny podmiot polityczny w ogóle nie istnieje" — stwierdza "Ukraińska Prawda".

Według ukraińskich dziennikarzy napięcie między Zełenskim i Załużnym wynika z mieszania się kompetencji dotyczących prowadzenia wojny i polityki.

"Zełenski wprowadził elementy polityki do dowodzenia armią, czyli do strefy odpowiedzialności Załużnego. Jednocześnie szef Sił Zbrojnych Ukrainy wbrew własnej woli stał się zauważalnym zjawiskiem w rzeczywistości politycznej, czyli w sferze żywotnych interesów prezydenta" — pisze "Ukraińska Prawda".

Obiektywne okoliczności wymagały, aby Zełenski cieszył się statusem głównodowodzącego armią nie tylko formalnie — konieczne było, aby faktycznie włączył się w planowanie wojskowe i dowodzenie.

Rozmówcy z wewnętrznego kręgu prezydenta powiedzieli dziennikarzom "Ukraińskiej Prawdy", że w ten sposób Zełenski stworzył równoległe mechanizmy komunikacji z dowódcami różnych gałęzi sił zbrojnych, na przykład z szefem Wojsk Lądowych Sił Zbrojnych Ukrainy Ołeksandrem Syrskim i szefem Sił Powietrznych Ukrainy Mykołą Oleszczukiem.

"Ukraińska Prawda" napisała, że z jednej strony bezpośredni kontakt z wojskiem przyspiesza pracę prezydenta, ale z drugiej strony sytuacja ta sprawia, że informacje omijają Załużnego i destabilizują jego pracę. Szef ukraińskiej armii z opóźnieniem otrzymuje część informacji od swoich formalnych podwładnych, a niekiedy w ogóle nie ma do nich dostępu.

"Widzicie, czasami można odnieść wrażenie, że Zełenski ma dwa rodzaje żołnierzy w Siłach Zbrojnych Ukrainy — "dobre", dowodzone przez Syrskiego i innych faworytów, oraz "złe", które podlegają Załużnemu. Jest to bardzo demotywujące dla głównodowodzącego armią, a co najważniejsze, uniemożliwia mu dowodzenie całym wojskiem" — wyjaśnił dziennikarzom "Ukraińskiej Prawdy" rozmówca z zespołu prezydenta Ukrainy.

Inne tarcia między Zełenskim a Zalużnym rzekomo dotyczyły masowych zwolnień szefów regionalnych komisji wojskowych podejrzanych o korupcję.

"Szef Państwowego Biura Śledczego Suchaczow zaczął latem opowiadać, jak fajnie jest zwalniać komisarzy wojskowych. Po nim głos zabrał Załużny, który stwierdził: "Chcę podziękować stróżom prawa, temat korupcji jest ważny. Chciałbym jednak również ogłosić najnowsze dane dotyczące mobilizacji. We wszystkich regionach nastąpił gwałtowny spadek" — powiedział ukraińskim dziennikarzom jeden z uczestników spotkania, które odbyło się między wysokimi rangą politykami władz Ukrainy.

"Ukraińska Prawda" zwraca również uwagę na ostatnie przetasowania kadrowe — dymisję dowódcy Sił Medycznych Tetiany Ostaszczenko oraz dymisję dowódcy Wojsk Specjalnych Wiktora Chorenki, a także możliwą dymisję dowódcy Zunifikowanych Sił Zbrojnych Ukrainy Serhija Najewa, który jest podejrzany w sprawie "kapitulacji" południowej Ukrainy (nieoficjalnie nazywanej w kręgach ukraińskiej władzy "sprawą Załużnego").

"Ukraińska Prawda" twierdzi, że wszyscy ci oficerowie wojskowi są częścią kręgu głównodowodzącego Sił Zbrojnych Ukrainy, a ich odwołanie wprowadza niestabilność w pionie dowodzenia.

Nieporozumienia między Zełenskim i Załużnym znacznie się nasiliły na tle niepowodzeń podczas kontrofensywy Sił Zbrojnych Ukrainy.

Plan ofensywy został opracowany przez wojskowych pod kierownictwem głównodowodzącego armią, podczas gdy kierownictwo polityczne wykorzystało te kalkulacje do zwrócenia się o pomoc do zachodnich partnerów i rekrutacji nowych jednostek.

Armia rosyjska umiejętnie wykorzystała przerwę operacyjną do przygotowania zmasowanej obrony, podczas gdy ukraińska armia nie miała wystarczających sił do przeprowadzenia skutecznej kontrofensywy, m.in. z uwagi na to, że nie otrzymała całej broni obiecanej przez Zachód.

Ukraina potrzebuje nowych dostaw amunicji przed nowym rokiem. W tym celu konieczne jest wcześniejsze poznanie potrzeb Sił Zbrojnych Ukrainy, lecz Sztab Generalny najprawdopodobniej nie przedstawił jeszcze politykom planu strategicznego na 2024 r.

Według "Ukraińskiej Prawdy" obliczenia Sztabu Generalnego pokazują, że do wykonania zadania prezydenta, jakim jest wyzwolenie całego terytorium Ukrainy, potrzebne są środki w wysokości 350-400 mld dol. (od 1 bln 400 mld zł do 1 mld 600 mln zł). Ukraińscy dziennikarze stwierdzili, że ani przywódcy polityczni, ani zachodni partnerzy nie są zadowoleni z takiego planu dotarcia do granic z 1991 r.

Niektóre szczegóły tego planu zostały rzekomo przedstawione szefowi Pentagonu Lloydowi Austinowi podczas jego wizyty w Kijowie, która miała miejsce 20 listopada 2023 r.

"Austinowi powiedziano o potrzebie dostawy 17 mln pocisków. Był zaskoczony, delikatnie mówiąc, ponieważ niemożliwe jest zebranie takiej liczby pocisków na całym świecie" — powiedział "Ukraińskiej Prawdzie" wysoki rangą ukraiński urzędnik.

Ów przedstawiciel ukraińskiej władzy stwierdził, że Załużny rzekomo osobiście skarżył się sekretarzowi obrony USA na problemy z biurem Zełenskiego.

"Austin powiedział nam wtedy, że Załużny narzekał na to, jak mu się przeszkadza. Cóż, jasne jest, że prezydent również dowiedział się o tych rozmowach — nie sprzyjają one budowaniu zaufania" — powiedział rozmówca "Ukraińskiej Prawdy".

"Ukraińska Prawda" pisze jednak, że znaczna część zespołu Wołodymyra Zełenskiego kategorycznie sprzeciwia się dymisji obecnego głównodowodzącego Sił Zbrojnych Ukrainy.

Najprawdopodobniej trudno byłoby zastąpić Załużnego. Jedynym oczywistym kandydatem na jego stanowisko wydaje się dowódca wojsk lądowych Sił Zbrojnych Ukrainy Ołeksandr Syrskij. Nie cieszy się on jednak popularnością obywateli Ukrainy, a także nie może pozbyć się reputacji generała, który nie liczy się ze stratami.

Zdaniem "Ukraińskiej Prawdy" głównym problemem dla gabinetu Zełenskiego będzie pojawienie się nowej "supergwiazdy" w ukraińskiej polityce. W momencie rezygnacji obecnego prezydenta nieuchronnie stałby się nią Załużny.

onet.pl/Meduza

piątek, 1 grudnia 2023


29 listopada wojska rosyjskie zajęły graniczącą z Bachmutem od zachodu miejscowość Chromowe, której nie zdołały opanować wiosną, kiedy zajmowały miasto. Poszerzyły też kontrolowany obszar w rejonie położonego na północny zachód od Bachmutu Zbiornika Berchiwskiego oraz na północ od Awdijiwki, w kierunku wsi Nowokałynowe. Na północny wschód od Kupiańska wyszły na obrzeża flankującej je Syńkiwki. Nieznaczne postępy poczyniły również na wschód od Kupiańska, na zachód od Kreminnej, gdzie wznowiły działania w tamtejszym masywie leśnym, oraz na południowy zachód od Wełykiej Nowosiłki, na pograniczu obwodów donieckiego i zaporoskiego. Z kolei siły ukraińskie odparły kolejne próby likwidacji przyczółku w miejscowości Krynky na lewym brzegu Dniepru i umocniły się w jej środkowej części. Posunięcia obu stron na pozostałych kierunkach nie przyniosły zmian.

(...)

Tego samego dnia /30 listopada - red./ prezydent Wołodymyr Zełenski podczas spotkania z wojskowymi w obwodzie zaporoskim wydał polecenie budowy i wzmocnienia fortyfikacji „na wszystkich głównych kierunkach”, zwłaszcza w rejonie Awdijiwki, Marjinki, linii obrony Kupiańsk–Łyman, a także w obwodach charkowskim, sumskim i czernihowskim. Zełenski wskazał też na konieczność stawiania umocnień w obwodach oddalonych od linii frontu (kijowskim, rówieńskim i wołyńskim). Zaapelował do prywatnych przedsiębiorców o udzielenie pomocy w budowie konstrukcji inżynieryjnych.

(...)

Komentarz

Zgodnie z deklaracjami obu walczących stron zima nie wpłynęła znacząco na spowolnienie tempa działań. W podejmowanych przez Rosjan i Ukraińców atakach uczestniczą jednak niewielkie grupy żołnierzy, głównie piechota wspierana przez artylerię, często bez udziału pojazdów opancerzonych. Powolny postęp Rosjan potwierdza, że na większości kierunków siły obrońców odczuwają zmęczenie długotrwałością wojny, zwłaszcza że – w odróżnieniu od wojsk agresora – są zdecydowanie rzadziej rotowane. Do poprawy tej sytuacji mają prowadzić przygotowywane przez Kijów zmiany w ustawodawstwie dotyczącym poboru i mobilizacji.

Polecenie wydane przez prezydenta Zełenskiego, aby władze wojskowe z pomocą biznesu prywatnego przystąpiły do przyśpieszonej rozbudowy fortyfikacji i zapór inżynieryjnych, oznacza, że siły ukraińskie przygotowują się do długotrwałej wojny pozycyjnej. Świadczy również o tym, że po upadku Bachmutu wiosną tego roku ukraińskie siły zbrojne zaniedbały prace przy umacnianiu zajmowanych pozycji, co może niekorzystnie wpłynąć na hamowanie postępów wojsk wroga w strefie przyfrontowej.

osw.waw.pl

środa, 29 listopada 2023


Pomimo trudnych warunków pogodowych Rosjanie kontynuują natarcie pod Awdijiwką, lecz zrezygnowali z użycia broni pancernej (z wyjątkiem strefy przemysłowej na obrzeżach miasta). Przeważnie stosują taktykę wypracowaną przed rokiem przez wagnerowców, tj. ciągłe szturmy małych grup piechoty. W porównaniu z ubiegłorocznymi walkami pod Bachmutem intensywność tych ataków jest wyraźnie mniejsza, co wynika przede wszystkim z użycia oddziałów regularnej armii, w przypadku których dowództwo rosyjskie musi się bardziej liczyć ze stratami i nie może na masową skalę stosować wobec nich drakońskich kar w celu utrzymania dyscypliny. Pod Awdijiwką walczą co prawda kompanie szturmowe złożone z kryminalistów (tzw. oddziały Sztorm-Z i Sztorm-V), niemniej stanowią one mniejszość atakujących sił rosyjskich i nie mogą już liczyć na regularny dopływ uzupełnień z więzień.

Odniesione w listopadzie niewielkie sukcesy taktyczne armii rosyjskiej nie zmieniają w zasadniczy sposób położenia walczących pod Awdijiwką stron. Jeszcze w październiku Rosjanom udało się przekroczyć linię kolejową w okolicy Stepowego, jednak od tego czasu nie potrafili oni stworzyć tam silnego przyczółku umożliwiającego dalszy ruch w kierunku zachodnim i przecięcie w pobliżu Orliwki linii komunikacyjnych zgrupowania ukraińskiego. Sytuacja obrońców, choć niełatwa, daleka jest na razie od klęski. Główne ataki Rosjan wyprowadzane są z obniżeń terenowych znajdujących się pod ukraińską kontrolą ogniową. Dodatkowo muszą oni przeznaczać duże siły na ubezpieczenie swoich skrzydeł, narażonych na ataki przeciwnika przede wszystkim w rejonie wsi Perwomajśke i Nowokałynowe. Z kolei największymi problemami dla obrońców są narastające wycieńczenie brygad, które od wielu miesięcy walczą bez rotacji na tym trudnym odcinku frontu, oraz coraz większe trudności z zaopatrzeniem.

osw.waw.pl

poniedziałek, 27 listopada 2023


Czangkajszekowska Republika Chińska była prawdziwie zimnowojenną prawicową dyktaturą. Cóż z tego, że w Chinach Ludowych było (dużo) gorzej. Na wyspie trwał nieustanny stan wojenny, tajna policja siała postrach, a ludzie przepadali na lata. Po czasie liczbę bezpośrednich ofiar „białego terroru” oszacowano na 3–4 tysiące zabitych (nie licząc ofiar „incydentu 28.2.”) oraz 140 tysięcy uwięzionych, do tego dochodzi kilka razy tyle pośrednio dotkniętych. Za Czang Kaj-szeka Tajwan był paskudną tyranią, azjatycką wersją południowoamerykańskich junt, z jedną istotną różnicą: sprawną gospodarczo. 

Po śmierci miejscowego caudillo, Czang Kajszeka, w 1975 roku władzę objął jego syn Chiang Ching-kuo, dyktator łagodniejszy, choć i on potrafił zabić (albo uwięzić). Chiang rządził w trudniejszych warunkach międzynarodowych. Zachód dogadał się z Pekinem ponad głowami Tajpej, a co gorsza, Chiny Ludowe zaczęły skuteczne reformy rynkowe, odbudowując swoją pozycję regionalną, a następnie międzynarodową. Dawne marzenie uciekinierów o odzyskaniu chińskiej ojczyzny stawało się fantasmagorią, kontynent coraz bardziej się oddalał. Trzeba się było określić na nowo.

Chiang poluzował społeczeństwu restrykcje, zniósł trwający 38 lat stan wojenny (drugi najdłuższy w historii świata), dopuścił legalizację innych niż Kuomintang partii politycznych i zaczął eksperymentować z wolnością słowa. Na swojego następcę wyznaczył Lee Teng-hui, jednego z niewielu przedstawicieli „miejscowych” w elitach władzy, mówiącego lepiej po japońsku niż po mandaryńsku. Lee poszedł kilka kroków dalej. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku wypuścił więźniów politycznych, zniósł formalne i nieformalne restrykcje obywatelskie wprowadzone, by „zwalczyć rebelię komunistyczną”, oraz zorganizował bezpośrednie wolne wybory. Tak narodziła się miejscowa demokracja. 

Ku irytacji Pekinu. „W co ten Lee do cholery wierzył?”  – miał powiedzieć Xi Jinping tajwańskiemu prezydentowi Ma Ying-jeou w 2015 roku podczas ich spotkania w Singapurze. Chińska Republika Ludowa niechętnie przyglądała się demokratyzacji Republiki Chińskiej, mającej początkowo pewien wyczuwalny, niemal konfucjański z ducha rys: wyspiarze chcieli dać dobry przykład kontynentowi. Komunistom chińskim psuło to kalkulacje, bo łatwiej się dogadywać z autokracjami, zwłaszcza izolowanymi. Prowadzone w latach osiemdziesiątych przez Xi Zhongxuna, ojca Xi Jinpinga, zakulisowe negocjacje z kuomintangowskimi przywódcami załamały się, a co gorsza, w 1996 roku doszło do trzeciego kryzysu w Cieśninie Tajwańskiej. Po tym, jak Lee Teng-hui odbył nieoficjalną wizytę w USA, Pekin postraszył Tajpej testami rakietowymi, ale wówczas Amerykanie wpłynęli do Cieśniny lotniskowcami i zabawa się skończyła. Chińczycy, zacisnąwszy zęby, ustąpili, jednocześnie wpadając w coraz większą psychozę na punkcie wyspy. 

„Tajwan jest częścią Chin!” (Taiwan shi Zhongguo de yi bufen!)  – niemal zawsze powiedzą Chińczycy pytani o wyspę. Czynniki oficjalne dorzucą jeszcze: „nieodłączną” (buke fenge), a nawet: „odwieczną” (zigu yi lai de) częścią. Na mapach ChRL Tajwan zaznaczono jako część terytorium, chińskie biuro statystyczne podaje dane gospodarcze prowincji tajwańskiej, a chińska telewizja codziennie pokazuje prognozę pogody dla Tajpej i Kaohsiungu, razem z Xiamenem, Szanghajem czy Kantonem. Gdy Amerykanie w swojej zabawnej skądinąd naiwności spytali Deng Xiaopinga, czy przewiduje jakieś protesty w Chinach z powodu nawiązania stosunków dyplomatycznych z USA, spokojnie odparł: „Tak, w prowincji tajwańskiej”.

W ten sposób o Tajwanie mówią nie tylko chińscy przywódcy. W 2010 roku, korzystając z przerwy semestralnej podczas studiów w Pekinie, po raz pierwszy pojechałem na wyspę. Gdy wróciłem, rozmowy o Tajwanie szybko okazały się toksyczne. „Piękne są tam góry”  – relacjonowałem. „Tajwan jest częścią Chin!”  – słyszałem w odpowiedzi. „Bardzo dobre jedzenie”. „Tajwan jest częścią Chin!” „Trudno mi zrozumieć ich wymowę, jest za miękka”. „Tajwan jest częścią Chin!” Podobne doświadczenia mają niemal wszyscy moi znajomi: „Gdzie się tak dobrze nauczyłeś mandaryńskiego?”  – pytali kolegę pekińczycy. „Na Tajwanie”. „Tajwan jest częścią Chin!”  – padało natychmiast.

Nie ma drugiego tak trudnego tematu w rozmowach z Chińczykami. Tajwan należy obok Tybetu i Xinjiangu do wątków, których lepiej nie podejmować, jeśli nie chce się stracić znajomych. Zapominając o tym tabu w 2022 roku, powiedziałem chińskiej koleżance, od ponad dekady mieszkającej poza Państwem Środka: „Nie mogę pojechać do Chin, to przynajmniej polecę na Tajwan”. Zamarła. Zatkało ją na kilka sekund, a potem wydusiła: „Miłego pobytu w… Tajpej”. Więcej się do mnie już nie odezwała.

Tajwan to nie tylko polityka, to chińska ropiejąca rana. Z kontynentalnej perspektywy ten relikt zimnej wojny przypomina o podziale kraju, będącym pośrednią konsekwencją „stu lat państwowego upokorzenia”. W ChRL powszechne jest przekonanie, że gdyby nie Amerykanie, to Tajwan zostałby zdobyty i byłoby po sprawie. A tak Jankesi zastosowali zasadę „dziel i rządź” i jeszcze potem namącili w głowach rodakom z wyspy, nieodmiennie nazywanym tongbao, czyli „współobywatele”. Rodząca się tajwańska tożsamość narodowa traktowana jest na kontynencie jako absurdalna aberracja, niepojęta bezczelność. To cios wymierzony w sinocentryzm. Któż normalny, mogąc być Chińczykiem, chciałby być kimś innym?! Tylko ktoś, komu wyprano umysł. Dlatego ambasador ChRL we Francji Lu Shaye, podsumowując „czwarty kryzys” w Cieśninie, spokojnie zapowiedział, że po zjednoczeniu trzeba będzie Tajwańczykom zrobić masową reedukację.

Właśnie ów niepojęty „separatyzm”, jak go nazywają w Pekinie, a który po naszemu zwie się narodzinami narodu, sprawia, że Chińczycy coraz bardziej obstają przy „nieodłącznej części Chin”. Jeszcze Mao Zedong spokojnie mówił Nixonowi, że ta sprawa może poczekać, jest dużo czasu, by ją załatwić. Od przywództwa Deng Xiaopinga, a zwłaszcza Jiang Zemina Chińczycy zaczęli stawać się coraz mniej cierpliwi, czego kulminacją są rządy Xi Jinpinga mającego do wyspy niemal osobisty stosunek.

kulturaliberalna.pl

niedziela, 26 listopada 2023


W „Finacial Times” pojawił się komentarz Ruchira Sharma pod tytułem: China’s rise is reversing. Autor prezentuje w nim szereg wyliczeń, które wskazuja, że udział ChRL w globalnym PKB zaczyna spadać, a warunki socjo-ekonomiczne Chin powodują, że jest to trend praktycznie niemożliwy do odwrócenia. W konkluzji pisze:

Xi Jinping has in the past expressed supreme confidence that history is shifting in his country’s favour, and nothing can stop its rise. His meetings with Joe Biden and US chief executives at last week’s summit in San Francisco did hint at moderation, or at least a recognition that China still needs foreign business partners. But almost no matter what Xi does, his nation’s share in the global economy is likely to decline for the foreseeable future. It’s a post-China world now.

[Xi Jinping w przeszłości wyrażał najwyższą pewność, że historia zmienia się na korzyść jego kraju i nic nie może powstrzymać jego wzrostu. Jego spotkania z Joe Bidenem i amerykańskimi dyrektorami generalnymi na zeszłotygodniowym szczycie w San Francisco sugerowały umiarkowanie, a przynajmniej uznanie, że Chiny nadal potrzebują zagranicznych partnerów biznesowych. Jednak bez względu na to, co zrobi Xi, udział jego kraju w globalnej gospodarce prawdopodobnie spadnie w dającej się przewidzieć przyszłości. To jest teraz świat po Chinach.]

No cóż, stali czytelnicy tego bloga nie powinni być zaskoczeni tego typu stwierdzeniem i raczej będą pytać, czemu mediom głównego nurtu czy ekspertom zajęło tyle czasu, aby to zrozumieć? Mnie jednak nie chodzi o tanie schadenfreude, ale o pociągniecie tej analizy dalej.

Przekonanie, że czas gra na korzyść ChRL i KPCh stanowiło prze ostatnie dekady ważny czynnik stabilizujący Chiny nie tylko wewnętrznie, ale też ich działania na arenie międzynarodowej.

Wewnętrznie takie przekonanie było wzmacniane szybkim rozwojem gospodarczym i generalną poprawą warunków życia – tak, nierówną, ale pozwalającą upośledzonym grupom wierzyć, że ich czas nadejdzie wkrótce. Teraz, kiedy perspektywa, że koniunktura w końcu dotrze do „naszego” zakątka China znika, to długo powstrzymywane napięcia socjoekonomiczne wrócą ze zdwojoną siłą.

W relacjach międzynarodowych Pekin mógł wykazywać się cierpliwością strategiczną. Wbrew orientalistycznej narracji nie wynikała ona ze zdolności do „planowania 50 lat do przodu,” ale raczej z przekonania, że nie trzeba przyśpieszać tego co nieuniknione. Pozwalało to też na niepodejmowanie nadmiernego ryzyka. Teraz, kiedy do decydentów w Pekinie dociera, że okres, który nazwał jeszcze Hu Jintao jako „okno strategicznych możliwości” zaczyna się zamykać i zamyka się szybciej niż przewidywali, może zmusić do gwałtownych ruchów i do podejmowania nadmiernego ryzyka.

Nie odkryję Ameryki, kiedy napiszę, że ChRL będzie w nadchodzących latach bardziej niestabilna wewnętrznie i bardziej nieprzewidywalna na arenie międzynarodowej, nie dlatego, że staje się silniejsza, ale właśnie ponieważ zaczyna słabnąć.

zawielkimmurem.net

piątek, 24 listopada 2023


Kreml wydaje się w niewytłumaczalny sposób zaniepokojony wynikiem nadchodzących wyborów prezydenckich w Rosji w marcu 2024 r., pomimo widocznej powszechnej akceptacji Putina przez społeczeństwo Rosji. Przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Rosji (CEC) Ella Pamfilova oświadczyła 21 listopada, że ​​część obywateli Rosji, którzy opuścili Rosję, a inni nadal przebywający w Rosji, rozpoczęli już wysiłki mające na celu zdyskredytowanie nadchodzących wyborów prezydenckich w Rosji. Z wypowiedzi Pamfiłowej wynika, że ​​rosyjskie władze będą w dalszym ciągu intensyfikować działania cenzuralne pod pozorem zwalczania prób ingerencji w wewnętrzne wybory przed wyborami prezydenckimi. Putin oświadczył także 15 listopada, ​​podczas spotkania z przedstawicielami rosyjskiej komisji wyborczej rosyjski, że rząd będzie tłumił wszelkie zagraniczne lub krajowe ingerencje w wybory. Dwa anonimowe źródła z rosyjskich władz federalnych i regionalnych powiedziały rosyjskiej opozycyjnej placówce Verstka w artykule opublikowanym 22 listopada, że ​​Kreml polecił rosyjskim władzom regionalnym, aby powstrzymały krewnych zmobilizowanego personelu od protestów poprzez płacenie im. Źródła dodały, że Kreml zalecił rosyjskim władzom regionalnym „dołożenie wszelkich starań”, aby rządy wypłaciły płatności krewnym zmobilizowanego personelu i zajęły się innymi skargami dotyczącymi złego traktowania zmobilizowanego personelu w odpowiedzi na rosnące niezadowolenie wśród krewnych. Źródła podały też Wierstce, że Kreml uważa bliskich zmobilizowanych kadr za grupę społeczną, która może stanowić jedno z największych zagrożeń dla rozpoczęcia niezapowiedzianej jeszcze kampanii prezydenckiej Putina.

Kreml może być także zaniepokojony dostrzegalnym brakiem poparcia dla Putina ze strony rosyjskiego środowiska weteranów. Ta społeczność weteranów stanowi pododdział rosyjskiej społeczności ultranacjonalistycznej i rutynowo opowiada się za pełną mobilizacją i kontynuacją rosyjskich działań ofensywnych na Ukrainie, zamiast zamrożenia obecnej linii frontu. Widoczne zaniepokojenie Kremla wsparciem Putina jest dziwne, biorąc pod uwagę, że Centrum Lewady – niezależna rosyjska organizacja sondażowa – stwierdziło, że 82 proc. Rosjan aprobuje działania Putina według stanu na październik 2023 r. Kreml może chcieć również, aby Putin otrzymał jeszcze większy odsetek głosów i być może próbuje udobruchać określone grupy, które głośno wyrażają niezadowolenie z decyzji Putina.

Szef Rosyjskiego Komitetu Śledczego Aleksander Bastrykin wezwał Rosję do skodyfikowania bliżej nieokreślonej ideologii państwowej w rosyjskiej konstytucji, sugerując, że niektórzy rosyjscy urzędnicy mogą chcieć wyraźnie położyć kres nominalnej konstytucyjnej ochronie praw obywatelskich, pluralizmu demokratycznego i równości etnicznej. Bastrykin zadzwonił 22 listopada podczas konferencji na temat rosyjskiej konstytucji w Ministerstwie Sprawiedliwości Rosji w Moskwie i przekonywał, że odrzucenie jego wezwania nie przyniesie skutku. Bastrykin już wcześniej wzywał przewodniczącego rosyjskiego Trybunału Konstytucyjnego Walerija Zorkina do rozważenia możliwości ustalenia bliżej nieokreślonej ideologii państwowej w maju 2023 roku, choć Zorkin odrzucił głos Bastrykina, zauważając, że obecna konstytucja zawiera zbiór wartości chroniących społeczeństwo obywatelskie. Rosyjska konstytucja stwierdza, że ​​Rosja jest państwem demokratycznym, w którym wielonarodowy naród Rosji powinien bezpośrednio sprawować władzę, a „najwyższym bezpośrednim wyrazem” tej władzy są referenda i wolne wybory. Konstytucja stanowi, że obowiązkiem państwa rosyjskiego jest uznawanie, przestrzeganie i ochrona praw człowieka i obywatela. Artykuł 13 rosyjskiej konstytucji w szczególności zabrania Rosji głoszenia ideologii państwowej i zobowiązuje państwo rosyjskie do uznania różnorodności ideologicznej, różnorodności politycznej i systemu wielopartyjnego. Wezwania Bastrykina wymagałyby od rosyjskich urzędników zmiany lub nawet uchylenia art. 13 rosyjskiej konstytucji, a być może wymagałyby szerszych poprawek w zależności od potencjalnej nowej ideologii państwa. Rosja przyjęła swoją obecną konstytucję w 1993 r. i ustanowiła skodyfikowaną ochronę państwa dla wieloetnicznego pluralizmu demokratycznego oraz praw człowieka i obywatela, aby zaznaczyć ostateczne zerwanie z sowieckim systemem autokratycznych jednopartyjnych rządów ideologicznych. Bastrykin, który wcześniej opowiadał się za polityką wewnętrzną z czasów stalinowskich, może mieć nadzieję, że nowa ideologia zapisana w rosyjskiej konstytucji jeszcze bardziej osłabi lub całkowicie unieważni istniejące konstytucyjne zaangażowanie Rosji na rzecz pluralizmu demokratycznego oraz praw człowieka i obywatela. Bastrykin może wyrażać to stanowisko w imieniu szerszej grupy rosyjskich urzędników chcących położyć kres tym nominalnym konstytucyjnym wpisom, ale Kreml nie wykazuje żadnych oznak, że chce pozbyć się pozoru legitymizacji, jaki dają te nominalne konstytucyjne zabezpieczenia.

Bastrykin nie określił jeszcze szczegółowo, jaka powinna być potencjalna ideologia państwa rosyjskiego, chociaż poparcie Kremla dla rosyjskiego ultranacjonalizmu prawdopodobnie wywarłoby silny wpływ na każdą potencjalną ideologię państwa rosyjskiego. Kreml mocno zabiegał o względy rosyjskiej społeczności ultranacjonalistycznej na tle wojny na Ukrainie – społeczności, która wspiera rosyjskie cele imperialne, wysiłki na rzecz rusyfikacji i czystek etnicznych okupowanych terytoriów oraz nacjonalistyczne żądania ochrony etnicznych społeczności rosyjskich. Skupienie się na ochronie i egzekwowaniu rosyjskiej tożsamości etnicznej byłoby prawdopodobnie kluczowym elementem każdej ideologii państwowej, gdyby Kreml przyjął apele Bastrykina. Być może sam Bastrykin miał na myśli ten rosyjski ultranacjonalizm, wzywając do ideologii państwowej, biorąc pod uwagę, że usilnie starał się wykorzystać zwiększone napięcia etniczne w Rosji i coraz częściej postrzega siebie jako wybitną postać sprzeciwiającą się imigracji. Bastrykin i Rosyjski Komitet Śledczy, według doniesień, bezpośrednio zaangażowali się w przymusową deportację ukraińskich dzieci do Rosji i przymusowe umieszczanie ukraińskich dzieci w rosyjskich programach szkolenia wojskowego – co stanowi część kampanii mającej na celu zniszczenie ukraińskiej tożsamości etnicznej i rusyfikację Ukrainy. Wsparcie Kremla dla rosyjskiego ultranacjonalizmu jest mocno skoncentrowane na promowaniu rosyjskiego prawosławia i odwoływaniu się do „tradycyjnych” wartości społecznych. Niedawno Putin podpisał 22 listopada dekret, w którym ogłosił rok 2024 „Rokiem Rodziny”, w którym należy skupić się na zachowaniu tradycyjnych wartości rodzinnych. ISW oceniło wcześniej, że wojna na Ukrainie prawdopodobnie zaostrzy pojawiający się kryzys tożsamości w społeczeństwie rosyjskim wynikający z napięć między rosyjską tożsamością a rosyjskim nacjonalizmem. Ten kryzys, a także wyraźne napięcia etnoreligijne prawdopodobnie się pogłębią, jeśli ultranacjonalistyczny Kreml zdecyduje się na kontynuację kodyfikacji ideologii państwowej. Jest mało prawdopodobne, aby Putin i elementy Kremla w pełni świadomi potencjału, że napięcia etniczne, religijne i narodowe mogą wywołać niestabilność i niezadowolenie, w najbliższej perspektywie poprą wezwania Bastrykina do skodyfikowania wyraźnej ideologii państwowej.

understandingwar.org

wtorek, 21 listopada 2023


- Zauważyłem, że nadjeżdżający Bradley (amerykański bojowy wóz piechoty - red.), który miał zabrać naszych pierwszych rannych, kieruje się na pole minowe. Wyskoczyłem więc na otwartą przestrzeń i macham do nich. Nagle poczułem trafienia i zobaczyłem odlatującą moją nogę. Najpewniej to był ciężki karabin maszynowy ruskiego czołgu, który pracował po naszej pozycji. Zacząłem skakać na lewej nodze i wskoczyłem na minę. Wybuch powalił mnie na plecy, pod którymi wybuchła druga mina. Przerzuciło mnie na brzuch i znów coś pode mną wybuchło. Miałem dobrą kamizelkę, więc energia eksplozji poszła po rękach i dłoniach - opowiada Melnyk. Tłumaczy, że niewiele wcześniej Rosjanie użyli systemu minowania narzutowego. Nad ich głowami przez chwilę niebo było czarne od rozrywających się zasobników, wystrzelonych ze specjalnej wyrzutni, z których wysypywały się niewielkie miny przeciwpiechotne zwane "motylkami". Na takie najpewniej wpadł. Są na tyle słabe, że często nie zabijają, ale potrafią zadać poważne rany. Melnyk został uratowany przez towarzyszy, którzy go ustabilizowali i ewakuowali, ale stracił jedną nogę powyżej kolana, a stopa w drugiej jest mocno uszkodzona. W rękach dopiero odzyskuje pełnię władzy. Po prawie pół roku.

Z dziennikarzem rozmawiał w ośrodku rehabilitacyjnym. Nie krył pewnego rozgoryczenia. Ma 38 lat i z wykształcenia jest prawnikiem. Określa siebie jako nacjonalistę. Przed początkiem wojny jeździł jako ochotnik do Donbasu wspierać znajomych w rejonie zamrożonego frontu, co pozwoliło mu nabyć doświadczenia. Kiedy w grudniu 2022 roku rozpoczęła się rosyjska inwazja, szybko zaangażował się w obronę Kijowa i dowodził plutonem ochotników. Po tym został przez znajomego z czasów Donbasu poproszony o wstąpienie do nowo tworzonej 47 brygady, gdzie miał sformować nową kompanię (piętro wyżej niż pluton, około setki ludzi). W praktyce okazało się, że już czekało na niego 110 ludzi i nie tyle miał coś tworzyć, wybierać ludzi o odpowiednich umiejętnościach i motywacjach, ale miał ogarnąć zastałą sytuację. Jak opisuje, trafiło mu się sporo kompletnie zielonych poborowych i trochę ewidentnych błędów komisji poborowych. - Jednak większość miała silną motywację. Ludzie z dużych firm. Pytałem ich, po co to robią, przecież mają dobre życie. Odpowiadali, że chcą bronić Ukrainy. Na takich starałem się opierać - opowiada.

Formowanie 47 brygady nazywa zbyt długim. Najpierw miał to być oddział rozpoznawczy, potem pułk szturmowy, po czym finalnie stanęło na brygadzie zmechanizowanej. Oznaczało to, że przechodzili trzy różne procesy szkolenia, bo ktoś znacznie wyżej w dowództwie zmieniał zdanie. - Ludzie się wypalali, kiedy kazałeś im raz po razie znaleźć w sobie motywację i pasję. Ciągłe komunikaty, tłumaczenia czemu ma być tak, a nie inaczej. Mamy być pułkiem szturmowym i uczymy się zdobywać budynki. Potem mówią, że jednak brygada zmechanizowana i dają nam MaxxPro (amerykańskie pojazdy opancerzone typu MRAP), które widzimy pierwszy raz w życiu. Dają nam granatniki automatyczne MK-13, których nie potrafimy używać. No, a potem wszystko to znów zabierają i dają Bradleye, których też musisz się nauczyć. Trzy procesy szkoleniowe, trzy kursy i sprawdziany. Oczywiście, że ludzie się wypalali i tracili zapał - opisuje oficer.

Szkolenie na amerykańskich bwp Bradley odbywało się w Niemczech pod okiem Amerykanów. To Melnyk bardzo sobie chwalił, bo w przeciwieństwie do szkoleń w Ukrainie, było pod dostatkiem amunicji i paliwa. - U nas to jest tak: Chłopaki, to jest bwp, ale nie będziemy go odpalać, bo nie ma paliwa. Tutaj jest działko, ale nie będziemy strzelać, bo nie ma amunicji. I tak generalnie to nic nie dotykajcie, bo jeszcze się rozpadnie. Lepiej poćwiczmy sam desant i tyle - opowiada weteran. Na amerykańskim szkoleniu już drugiego dnia jeździli do woli i seryjnie strzelali po poligonie. Całość miała być intensywna, kompleksowa, a Amerykanie pomocni i zaangażowani. Jeszcze podczas szkolenia Ukraińcy zorientowali się, że są szykowani do działań ofensywnych na południu Ukrainy. Amerykanie mieli "jak zwariowani" stworzyć im realistycznie odwzorowany wycinek rosyjskich umocnień z Zaporoża. Jedyne czego nie uwzględniono, to gęste pola minowe, co później się zemściło. Melnyk opisuje, że "zamęczał" do nocy przypisanego mu dowódcę amerykańskiej kompanii nieustannymi pytaniami i prośbami o wytłumaczenie czegoś po raz n-ty, co miało mu wiele dać. - Niestety problem był taki, że część oficerów brygady i innych kompanii, zamiast zamęczać instruktorów w taki sam sposób, po prostu szła wieczorem spać - stwierdza.

Po prawie roku szkoleń, w połowie maja Melnyk trafił wraz ze swoją kompanią i resztą brygady na Zaporoże. Trwały już zaawansowane przygotowania do ofensywy. Na zebraniu dowódców kompanii całego korpusu (kilka brygad) przedstawiono dokładne plany działania. - Stworzyliśmy nawet kopie pozycji, które mieliśmy szturmować. Każdej nocy ćwiczyliśmy, ćwiczyliśmy i ćwiczyliśmy. Nadwyrężyliśmy wszelkie nasze zasoby finansowe, żeby kupić sprzęt noktowizyjny, bo nie było go dość, choć byliśmy lepiej wyposażeni niż inne brygady. Było bardzo silne braterstwo. Każdy żołnierz znał swoje zadanie i każdy rozumiał co ma robić na każdym etapie - opowiada oficer.

Kiedy nadszedł ten dzień, to drobiazgowe plany szybko zaczęły się rozsypywać. Jak to na wojnie. Kompania Melnyka miała ruszyć do walki w drugim rzucie, jeszcze w ciemnościach 8 czerwca nad ranem. Tak, aby mieć maksymalną przewagę nad Rosjanami wynikającą z dobrego sprzętu obserwacyjnego zachodnich pojazdów i zakupionej noktowizji dla żołnierzy. - Przez błędy w planowaniu byliśmy spóźnieni 3 godziny, mówiąc delikatnie. Nie mogliśmy już więc pomóc tym idącym na przedzie. Był już ranek i widno, więc było bardzo trudno walczyć z Rosjanami z powodu ich przewagi w artylerii, lotnictwie i dronach - twierdzi Melnyk. Nie pomogło to, że w ostatnich chwilach przed atakiem zabrano przydzielony jego kompanii czołg z trałem przeciwminowym, który miał torować drogę jego bradleyom. W zamian przysłano inny, z którego załogą nie miał okazji się zgrać i która nie wiedziała, co ma robić. Weteran nie mówi tego wprost, ale idące przodem kompanie napotkały znacznie silniejszy opór Rosjan, niż się spodziewano. Do tego znacznie rozleglejsze pola minowe. Skończyło się stratami i nieosiągnięciem postawionych celów. Wieści szybko rozeszły się po reszcie pododdziałów. - Biorąc pod uwagę ich przejścia, plany szybko zmodyfikowano. Mieliśmy pokonać już nie 12 kilometrów, ale 6 - opowiada. Później przyznaje, że początkowo planem na pierwszy dzień było zająć wieś Robotyne, którą ostatecznie udało się zdobyć w sierpniu po ponad dwóch miesiącach ciężkich walk i do dziś jest to granica kontrolowanego przez Ukraińców terenu.

- 9 czerwca zdobyliśmy jedną pozycję, okopaliśmy się i odparliśmy pierwszy kontratak. Do tego momentu mieliśmy minimalne straty, kilku rannych. W tym samym czasie inne kompanie miały wielu zabitych i większość sprzętu wytrąconą z walki. W mojej kompanii zabici pojawili się dopiero kiedy już byłem ranny i ewakuowany - opisuje Melnyk. Przyznaje jednak, że był ku temu powód. Rosjanie mieli nie zidentyfikować poprawnie pozycji jego pododdziału i nie dotknął ich tak mocno ostrzał artylerii. A ten miał być bardzo ciężki. - Sytuacja była dość oczywista. Wyrzutnie pocisków przeciwpancernych w każdym zagajniku. Rosjanie znali nasze trasy natarcia i wszystko na te trasy spadało. Artyleria 152 mm, 122 mm, Grady... A ty w tym wszystkim. Jak tu manewrować? Tylko do przodu albo do tyłu, bo wszystko wokół jest zaminowane - opisuje.

Skończyło się tak, jak już wiemy. Ukraińskie natarcie natychmiast ugrzęzło. Rosyjska obrona była zbyt silna. Kolejne trzy miesiące walk nie przyniosły istotnego sukcesu, jedynie wbicie się na około 10 kilometrów w teren kontrolowany przez Rosjan, ale nie przełamanie ich obrony. Można dyskutować, czy zadane wojsku rosyjskiemu straty w trakcie tych walk nie były same w sobie sukcesem, jednak nie ulega wątpliwości, że ambicje Ukraińców były znacznie większe. Sam Melnyk mówi, że Robotyne było celem na pierwszy dzień operacji. Czyli cała na pewno była zakrojona na szybkie i zdecydowane przebicie rosyjskiej obrony z intencją dotarcia najpewniej do Morza Azowskiego. Sama 47 Brygada do momentu wycofania w większości z frontu na Zaporożu na przełomie sierpnia i września miała stracić 2 tysiące zabitych, rannych i zaginionych ze stanu początkowego liczącego około 5 tysięcy ludzi. Oznacza to bardzo poważne straty.

(...)

Ze słów oficera przebija się rozgoryczenie na to, jak zaplanowano i przeprowadzono operację, w której został ranny. - Cały plan tej wielkiej kontrofensywy był oparty o proste założenie: Moskal widzi nasze Bradleye i Leopardy, więc ucieka - stwierdza ironicznie. Mówi też, że nawet w tak kluczowej operacji brakowało amunicji dla artylerii, więc odmawiano wsparcia ogniowego, ponieważ pociski były zbyt cenne, co prowadziło do śmierci żołnierzy. Według niego czołgiści używający zachodnich czołgów Leopard 2 nie mieli okazji porządnie się ich nauczyć, czy w ogóle z nich postrzelać, bo przesadzono ich z radzieckich T-72 niedługo przed operacją. - Ofensywa zawsze oznacza straty. Jednak niezależnie od tego chcielibyśmy lepszej współpracy pomiędzy różnymi rodzajami wojsk, żebyśmy mieli jakieś lotnictwo i nie musieli tak się bać śmigłowców, żebyśmy mieli jak je zwalczać - stwierdza Melnyk i dodaje, że ma też szczerą nadzieję, że "zostaną wyciągnięte wnioski personalne". Nazwisk nie podaje.

gazeta.pl