poniedziałek, 13 listopada 2023



Informacja o planowanym na 3 listopada br. wystąpieniu telewizyjnym duchowego przywódcy Hezbollahu zelektryzowała światową opinię publiczną. Eksperci wskazywali jednak, że szyickie ugrupowanie nie wyśle swoich bojówek na terytorium Izraela. Hassan Nasrallah w swoim przemówieniu wyraźne wskazał, że atak terrorystyczny przeprowadzony na terytorium Izraela przez Hamas był zrealizowany bez wiedzy oraz wsparcia ze strony Iranu, Hezbollahu, a nawet innych organizacji palestyńskich operujących w strefie Gazy albo na Zachodnim Brzegu. Oczywiście Hassan Nasrallah nie potępił zbrojnej akcji Hamasu oraz okazał wsparcie dla niepodległościowych dążeń Palestyńczyków. Jednak wydźwięk jego przekazu był jasny: Hamas przeprowadził atak we własnym zakresie przy wykorzystaniu swoich bojowników. Przywódca Hezbollahu nie wezwał państw regionu do rozpoczęcia świętej wojny przeciwko Izraelowi, ale wskazał na konieczność jak najszybszego zakończenia konfliktu. Hassan Nasrallah podkreślił, że państwa muzułmańskie powinny okazać wsparcie Strefie Gazy poprzez zdecydowane potępienie Izraela, odwołanie swoich ambasadorów, a także zaprzestanie kupowania izraelskiego gazu. Ponadto  przywódca Hezbollahu oznajmił, że pytania o to czy Hezbollah włączy się w toczący się konflikt są zbędne, gdyż oddziały Hezbollahu uczestniczą w walkach ze stroną izraelską już od 8 października i skutecznie angażują oddziały wroga prowadząc systematyczny atak rakietowy, co uniemożliwia Izraelowi przerzucenie większej liczby żołnierzy do Strefy Gazy.

Jeżeli wierzyć w treść przemówienia Hassana Nasrallaha, to Hamas walczący w Strefie Gazy nie może liczyć na bezpośrednie militarne wsparcie ze strony Hezbollahu lub Iranu. Wydaje się, że Hamas nie może też liczyć na wsparcie militarne ze strony innych państw regionu. (...)

Ze względu na wspólną granicę ze Strefą Gazy Egipt stał się jednym z głównych państw bezpośrednio odczuwającym skutki izraelskiej operacji militarnej. Egipt jest w trakcie przygotowań do przeprowadzenia grudniowych wyborów prezydenckich. Wynik głosowania wydaje się z góry przesądzony, a władzy nie potrzeba w tym momencie pro palestyńskich demonstracji, które mogłyby się przerodzić w marsze wyrażające sprzeciw dla urzędującego prezydenta i opresyjnego aparatu państwowego, który nie radzi sobie z szalejącą w kraju inflacją. Ponadto północna część Półwyspu Synaj jest terytorium niekończących się walk między siłami egipskimi wspieranymi przez służby izraelskie a lokalnymi ugrupowaniami terrorystycznymi. Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa egipski prezydent Abd al-Fattah as-Sisi nie może pozwolić na bezwarunkowe otwarcie przejścia granicznego w Rafah łączącego Egipt ze Strefą Gazy. Aparat państwowy może nie poradzić sobie z napływem setek tysięcy palestyńskich uchodźców uciekających przed wojskami izraelskimi ze Strefy Gazy. Należy również pamiętać, że Egipt jest zaangażowany w wojnę domową toczącą się w Sudanie między siłami rządowymi a bojówkami RSF oraz przyjął dziesiątki tysięcy sudańskich uchodźców.

Wydaje się, że Katar, który od wielu lat jest sprzymierzeńcem oraz sponsorem Hamasu liczy na szybkie zakończenie konfliktu w Strefie Gazy. Katar od 2009 roku nie utrzymuje z Izraelem oficjalnych stosunków dyplomatycznych i kreuje się na jednego z najgorliwszych zwolenników sprawy palestyńskiej. Katar wykorzystuje w tym zakresie swoją stację telewizyjną Al Jazeera. To na jej antenie, aktualny przywódca Hamasu, zamieszkujący w Doha, wygłosił 30 minutową przemowę chwalącą atak Hamasu przeprowadzony na terytorium Izraela 7 października br. Katar dokonał jednak chłodnej kalkulacji, biorąc pod uwagę skutki wojny w Ukrainie, która spowodowała, że Europa szuka nowych dostawców LNG. Katar w ostatnim czasie podpisał serię dochodowych kontraktów na dostawy gazu do państw europejskich. Amerykańskie spółki są w dalszym ciągu zainteresowane zagospodarowaniem katarskiego złoża gazu North Field. Eskalacja konfliktu w Strefie Gazy, jego przedłużanie oraz ewentualne zakłócenie morskiego transportu LNG są dla Kataru po prostu niekorzystne.

Przypuszcza się, że Arabia Saudyjska jest największym przegranym konfliktu w Strefie Gazy. Książe Mohamed Ibn Salman musiał zdecydowanie potępić działania zbrojne realizowane przez izraelskie wojska oraz zawiesić trwający proces mający prowadzić do normalizacji stosunków dyplomatycznych z Izraelem. Państwo walczące o miano regionalnego lidera wśród wyznawców islamu nie może pozostawać bierne jeżeli chodzi o sprawy palestyńskie. Ponadto konflikt w Strefie Gazy doprowadził do wznowienia militarnej aktywności ugrupowania Huti operujących z terenu Jemenu wymierzonej w Izrael oraz wojska koalicji saudyjskiej stacjonujące w przygranicznym regionie. Arabia Saudyjska ewidentnie zmęczona konfliktem toczącym się na terytorium Jemenu od 2015 r., w kwietniu 2022 r. zawarła wstępny rozejm z wspieranym przez Iran stronnictwem Huti, które w celu zademonstrowania swojego poparcia dla ataku terrorystycznego Hamasu wystrzeliło w kierunku Izraela rakiety oraz drony przenoszące ładunki wybuchowe. Wszystko wskazuje na to, że izraelska operacja militarna w Strefie Gazy może pogrzebać kruchy pokój zawarty między Arabią Saudyjską i ugrupowaniem Huti. Należy również wspomnieć, że Arabia Saudyjska jest pośrednio zaangażowana w konflikt toczący się w Sudanie między siłami rządowymi oraz RSF, w którym pełni rolę pośrednika między obiema wojującymi stronami. Książe Mohamed Ibn Salman próbuje uniknąć za wszelką cenę kolejnej wojny w regionie.

Turcja w związku z militarną operacją Izraela w Strefie Gazy wyraziła swoje poparcie dla Hamasu, określając jego członków mianem „bojowników o wolność”, a turecki prezydent Prezydent Recep Tayyip Erdogan nazwał państwo Izrael „zbrodniarzem wojennym”. Oba kraje zredukowały swój personel dyplomatyczny. Społeczeństwo tureckie prezentuje silne tendencje pro palestyńskie. W trakcie demonstracji wyrażającej poparcie dla Palestyńczyków ze Strefy Gazy rozwścieczony tłum chciał wedrzeć się do bazy lotniczej w Incirlik, w której stacjonują amerykańscy żołnierze. Turcja wie na co może sobie pozwolić w tej bliskowschodniej układance. To od stanowiska rządu w Ankarze zależy czy Szwecja stanie się kolejnym członkiem NATO i wzmocni wschodnią flankę sojuszu. 23 października br. Prezydent Erdogan przekazał tureckiemu parlamentowi projekt ustawy dotyczący członkostwa Szwecji w Sojuszu. Ratyfikacja dokumentu może być uzależniona od przebiegu wydarzeń w Strefie Gazy.

Zjednoczone Emiraty Arabskie ustalają ostatnie szczegóły przed zbliżającym się szczytem klimatycznym COP28, który odbędzie się w terminie 30.11 – 12.12.2023. Możliwe, że to będzie najważniejsze do tej pory wydarzenie o randze międzynarodowej, które kiedykolwiek odbyło się w tym państwie. Delegacje wszystkich światowych potęg spotkają się w Dubaju, by dyskutować o ochronie klimatu. Wydarzenie o takiej skali to szansa na przedstawienie nowej „zielonej wizji” jednego z największych producentów ropy naftowej na świecie. Od dłuższego czasu obserwujemy zintensyfikowane wysiłki emirackiej spółki Masdar realizującej coraz to nowsze inwestycje w odnawialne źródła energii. ZEA nie mogą pozwolić na fiasko COP28. Jednak aktualna sytuacja w Strefie Gazy może skutecznie odwrócić uwagę światowej opinii od nadchodzącego szczytu klimatycznego. W początkowych dniach konfliktu między Izraelem a Hamasem, ZEA zakomunikowało syryjskiemu rządowi, by podjął działania uniemożliwiające prowadzenie ostrzału rakietowego Izraela przez bojówki terrorystyczne operujące na terytorium Syrii, co mogłoby wspomóc Hezbollah. Możliwe że ZEA mogą naciskać, aby do zawieszenia broni w konflikcie w Strefie Gazy doszło jeszcze przed rozpoczęciem szczytu klimatycznego w Dubaju. ZEA chcą, żeby tematem przewodnim COP28 były sprawy ochrony klimatu, a nie kolejny konflikt na Bliskim Wschodzie.

polon.pl


W Paryżu 105 tysięcy osób demonstrowało w niedzielę przeciwko antysemityzmowi. Do manifestacji w centrum stolicy wezwali przewodniczący obu izb parlamentu w reakcji na rosnącą liczbę antysemickich incydentów w kraju. (...)

Marsz wyruszył z placu Inwalidów i przeszedł niedaleko gmachów Zgromadzenia Narodowego i Senatu. Wzięli w nim udział członkowie rządu, premier Elisabeth Borne, a także byli prezydenci Francji i przedstawiciele wszystkich klubów parlamentarnych, oprócz radykalnej lewicy. Na ulice wyszło wielu francuskich Żydów, którzy przyszli z flagami Francji i Izraela.

- Żydzi czują się zagrożeni. Ludzie boją się - powiedział Polskiemu Radiu Jonas, żydowski student, który przyszedł na demonstrację w jarmułce. - Są miejsca, w których nie odważyłbym się w niej chodzić. To byłoby dla mnie zbyt niebezpieczne - przyznał.

Jonas tłumaczył, że antysemityzm jest odczuwalny na uczelniach, na ulicach oraz w mediach społecznościowych i w wypowiedziach niektórych polityków. - Często słyszę, że Żydzi zastanawiają się, czy nie trzeba wyjechać z Francji. Czują się pewniej w Izraelu, mimo tego, co się tam dzieje - stwierdził mężczyzna.

Inicjatywę poparły wszystkie formacje polityczne reprezentowane w parlamencie, oprócz radykalnie lewicowej partii Francja Nieujarzmiona - trzeciej siły politycznej w kraju. Jej lider Jean-Luc Mélenchon stwierdził, że to marsz "zwolenników masakry" w Strefie Gazy. Część lewicy bojkotowała wydarzenie z powodu udziału narodowców i ich liderki Marine Le Pen.

Krytykowana była też nieobecność prezydenta Emmanuela Macrona. W liście do narodu szef państwa wyraził poparcie dla marszu i potępił "nieznośne odrodzenie nieokiełznanego antysemityzmu". Przypomniał, że w ciągu ostatniego miesiąca we Francji odnotowano trzy razy więcej antysemickich incydentów niż w całym ubiegłym roku. Demonstracje przeciwko antysemityzmowi odbyły się też w 70 innych miastach. Wzięło w nich udział około 80 tysięcy Francuzów.

gazeta.pl

niedziela, 12 listopada 2023



Monika Strzępka w białej sukni ze sceny, stojąc na placu Defilad przed teatrem Studio, przedstawia się: — Jestem córką Ireny, jestem wnuczką Heleny. Jestem matką. Jestem reżyserką i po raz pierwszy będę dyrektorką. Po raz pierwszy w życiu będę miała etat. Do teatru wnoszona jest "Wilgotna pani" — złota waginalna instalacja rzeźbiarki Iwony Demko. Rzeźba staje w foyer Teatru Dramatycznego.

Monika Strzępka oficjalnie obejmuje stanowisko dyrektorki Teatru Dramatycznego w Warszawie. W swojej koncepcji programowej pisze m.in.: "stworzę bezpieczne miejsce pracy dla twórczyń i twórców oraz całego zespołu. (…) Czas na przepracowanie traum społecznych i środowiskowych. Na zaopiekowanie się poranionym ciałem wspólnoty. Potrzebującym terapii i obecności — zbiorowego procesu zdrowienia. Czas na włączenie pomijanych przez lata narracji, krytyczne rozprawienie się z przeszłością i troskę o przyszłość. (…) Czas na wsłuchanie się w głosy młodych, te podniesione i te stłumione lękiem (…)".

Tworzy Kolektyw, który wspólnie z nią ma podejmować decyzje dotyczące teatru. Siedem stanowisk dyrektorskich, a na nich m.in.: Dorota Kowalkowska, Agata Adamiecka-Sitek, Monika Dziekan, Małgorzata Błasińska, Mariusz Guglas.

(...)

Na drzwiach gabinetu dyrektorskiego pojawia się napis "waginet".

(...)

Zespół teatru jedzie na integracyjne grzybobranie. Jedna z byłych pracowniczek wspomina, że było bardzo miło, pojechało kilkadziesiąt osób, "z wielką wałówką, na wspólne ognisko". Ale po rozpoczęciu sezonu zespół dość szybko się orientuje, że — jak to określa: "nic już nie będzie, jak do tej pory". Ludzie nie wiedzą, czym dokładnie będą zajmować się poszczególne członkinie ekipy Moniki Strzępki. Zaczęło się robić chaotycznie.

— Żadna z członkiń Kolektywu nie ma doświadczenia w prowadzeniu tak dużej instytucji kultury i to było odczuwalne na co dzień. Kolektyw nie umiał na nowo podzielić zadań między pracownikami i między sobą. W nieskończoność trwały narady w "waginecie", a robota stała i nie można było doprosić się żadnej decyzji — mówi wieloletnia współpracowniczka warszawskich teatrów.

(...)

Dla pracowników administracji staje się jasne, że "feministyczna instytucja kultury" oznacza, że teatr zmienia się w centrum kultury, w którym na dalszy plan schodzi produkcja i eksploatacja spektakli, a ważniejsze stają się różnego eventy, warsztaty, spotkania czy zwykłe potańcówki.

— W pewnym momencie priorytetową sprawą stała się organizacja porannej jogi dla pracowników i pracowniczek. Te dodatkowe wydarzenia często planowane były w dni zwyczajowo wolne od pracy (np. poniedziałki), co powodowało, że obsługa wydarzeń pracowała tygodniami bez dnia przerwy — wspomina pracowniczka administracji.

— Na wydarzenia te nierzadko przychodziła garstka widzów, a teatr musiał do ich organizacji dopłacać. Nie wiadomo było, jak je rozliczać. Wcześniej za wydarzenia zewnętrzne obsługa i ich realizatorzy dostawali dodatkowe wynagrodzenie. Teraz Kolektyw chciał, żeby pracownicy robili to w ramach etatu, bez bonusów, tłumacząc: "to już nie są imprezy zewnętrzne, tylko nasze, bo my to mamy w programie". W teatrze większość osób pracuje na najniższej krajowej, dlatego brak możliwości dorobienia nie spotkał się, delikatnie mówiąc, z entuzjazmem załogi. Zgrzyty i niezadowolenie wśród pracowników narastały z tygodnia na tydzień, pod koniec roku 2022 zrobiło się już bardzo nieznośnie.

W tym samym czasie rozpoczynają się szkolenia antymobbingowe z aktorami, ponieważ jedną z nadrzędnych wartości jest w teatrze brak przemocy i bezkonfliktowość. Z działu administracyjnego zaczynają odchodzić na zwolnienia lekarskie pierwsze osoby.

— Dostałam xanax na uspokojenie, usłyszałam, że powinnam spakować się i nigdy nie wracać — wspomina jedna z pracownic.

onet.pl

sobota, 11 listopada 2023



W rozmowie z PAP Thomas O'Donnell przedstawia listę zaniedbań i systemowo błędnych decyzji niemieckich rządów podejmowanych od dziesięcioleci, które doprowadziły do takiej sytuacji.

"Po pierwsze, Niemcy od samego początku, czyli od lat 70. ubiegłego wieku, pozostawały w ogonie III rewolucji przemysłowej (tzw. cyfryzacji), kładąc nieproporcjonalnie duży nacisk na te gałęzie przemysłu, które napędzały eksport - motoryzacja, przemysł maszynowy, chemiczny etc., ale zaniedbując rozwój nowych technologii i usług cyfrowych. Po drugie, starając się nadgonić powiększający się dystans do USA i Skandynawów, Berlin przyjął i wdrażał kompletnie błędne założenie w polityce inwestycyjnej: że innowacje energetyczne niejako powodują czy wręcz automatycznie wywołują rewolucje przemysłowe. I wreszcie, politycy RFN ulegli fundamentalizmowi partii Zielonych, +sprzedając+ tę ideologię biznesowi jako +niemiecką drogę+ i szansę na bycie centrum +czwartej (zielonej) rewolucji przemysłowej+" - tłumaczy ekspert.

Na tym jednak nie koniec. Jak przypomina O'Donnell, Berlin od lat wiedział o prognozach przewidujących spadek demograficzny. "Rozsądnym działaniem w takich wypadkach jest inwestowanie w szkolnictwo wyższe i badania nad nowymi technologiami. Tymczasem za sprawą Wolfganga Schaeublego, wieloletniego ministra finansów w rządach Angeli Merkel, doszło wręcz do fetyszyzacji podejścia polegającego na niezaciąganiu nowych długów, a co za tym idzie - 20-u lat bez potrzebnych inwestycji. Obrazowym dowodem na błędność tej polityki jest fakt, że najlepszy niemiecki uniwersytet techniczny w Monachium w światowych rankingach zajmuje dopiero 49. miejsce" - wskazuje amerykański analityk.

Jak dodaje, Niemcy poległy również w dziedzinie zarządzania imigracją. Kraj ten od dawna wiedział, że potrzebuje planu integracji milionów nowych wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych pracowników, a zwłaszcza przyciągnięcia najlepszych naukowców.

"Merkel nie rozwiązała tego problemu, opóźniała i unikała koniecznych decyzji, a także nie zadbała o niezbędny proces integracji imigrantów" - zaznacza O'Donnell.

"Czynnikiem, który jedynie uruchomił od dawna nabrzmiały efekt domina, było uzależnienie od rosyjskich nośników energii. Wraz z agresją Rosji na Ukrainę +bezpieczne dostawy+ zostały przecięte. Warto tu zaznaczyć, że kolejne rządy w Berlinie uzależniały swój kraj od Rosji powodowane m.in. irracjonalnym antyamerykanizmem, a nie chłodną kalkulacją ekonomiczną. W przeciwnym razie posłuchałyby ostrzeżeń na temat Kremla płynących z Polski, krajów bałtyckich i Waszyngtonu" - podsumowuje Thomas O'Donnell.

PAP


W miarę eskalacji konfliktu izraelsko-palestyńskiego chińskie media zapełniają się antyizraelską retoryką. Wpływowe głosy w tamtejszych mediach społecznościowych nazywają Hamas "organizacją oporu" i usprawiedliwiają terrorystyczne ataki organizacji. Anglojęzyczne wydanie "China Daily" oskarżyło nawet USA o "dolewanie oliwy do ognia" poprzez wspieranie Izraela.

W świetle tego nasuwa się zasadnicze pytanie o postawę Pekinu — czy w celowy sposób milcząco przyzwala lub przynajmniej toleruje tak radykalne głosy? Bo nie od dziś wiadomo, że jeśli jakaś retoryka staje się problemem dla rządu, do gry wkracza chińska cenzura. O ile mi wiadomo, coraz więcej chińskich komentatorów obwinia Stany Zjednoczone. Wygląda na to, że Pekin wykorzystuje konflikt izraelsko-palestyński do realizacji swojego głównego geopolitycznego celu.

Oczywiście chiński rząd pozwala na szerzenie się antyizraelskich nastrojów i wrogości wobec USA. Służy to w końcu jego geopolitycznym interesom. Chiny starają się wzmocnić swoje stosunki z krajami arabskimi i zdobyć silniejszą pozycję na Bliskim Wschodzie.

W marcu 2023 r. Pekin pośredniczył we wznowieniu stosunków dyplomatycznych między Arabią Saudyjską a Iranem. Wysocy rangą politycy chińscy odwiedzili Palestynę kilka razy. W czerwcu prezydent Xi Jinping spotkał się z palestyńskim prezydentem Mahmudem Abbasem.

Obaj wyjaśnili, że temat prześladowanych Ujgurów w prowincji Xinjiang nie jest kwestią praw człowieka, a działaniem ukierunkowanym na zwalczanie terroryzmu, obniżenie poziomu radykalizacji i przeciwdziałanie separatyzmowi. Abbas ogłosił również, że stosunki dwustronne między krajami zostaną przekształcone w partnerstwo strategiczne.

onet.pl/Die Welt

piątek, 10 listopada 2023


8 listopada Komisja Europejska (KE) przedstawiła raporty oceniające stan przygotowania państw aspirujących do członkostwa do reform i ich postępy w tym zakresie. Po raz pierwszy opublikowano dokumenty dotyczące Ukrainy, Mołdawii i Gruzji. Ze względu na znaczny progres tych państw we wdrażaniu reform KE zarekomendowała Radzie UE rozpoczęcie negocjacji z Ukrainą i Mołdawią w sprawie członkostwa oraz przyznanie Gruzji statusu kraju kandydującego. Jednocześnie postuluje uzależnienie zwołania pierwszej konferencji międzyrządowej (ICG) – formalnie otwierającej negocjacje – od zrealizowania przez Kijów i Kiszyniów dodatkowych, precyzyjniejszych warunków, które uzupełniałyby dotychczas przeprowadzone reformy zalecone przez KE w czerwcu ub.r. Decyzja o rozpoczęciu rozmów (oraz przyznaniu Gruzji statusu kandydackiego) przez Radę UE najpewniej zapadnie w grudniu, a raport KE o realizacji dodatkowych wymagań prawdopodobnie ukaże się w marcu 2024 r. KE zarekomendowała także otwarcie negocjacji akcesyjnych z Bośnią i Hercegowiną (BiH), gdy państwo to spełni stawiane przez Unię warunki, oraz przedstawiła nowy Plan wzrostu (Growth Plan) dla Bałkanów Zachodnich.

Na podstawie opublikowanych ocen KE Ukrainie zaleca się m.in.: zwiększenie liczby pracowników Narodowego Biura Antykorupcyjnego, dopracowanie procedur wyboru kierownictwa Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej, poszerzenie kompetencji Narodowej Agencji ds. Zapobiegania Korupcji, dostosowanie prawodawstwa dotyczącego mniejszości narodowych do założeń opinii Komisji Weneckiej oraz przyjęcie ustawy o lobbingu zgodnie ze standardami europejskimi. Wśród zaleceń dla Mołdawii znalazły się: dokończenie reformy sądownictwa, zapewnienie przejrzystości finansowania partii politycznych oraz kontynuowanie reformy regulacji związanych z procesem wyborczym w celu zabezpieczenia go przed wpływem aktorów zewnętrznych. Komisja podkreśliła również konieczność budowy efektywnej administracji publicznej, niezbędnej dla implementacji zmian. W przypadku Gruzji rekomendowano zwłaszcza wdrożenie działań na rzecz depolaryzacji sceny politycznej i zgodnego ze standardami ODIHR OBWE przeprowadzenia wyborów parlamentarnych w 2024 r., podjęcie wysiłków deoligarchizacyjnych, walkę z dezinformacją, a także przeprowadzenie reformy sądownictwa i wzmocnienie organów antykorupcyjnych.

Komentarz

Rekomendacje dla Ukrainy i Mołdawii świadczą o bardzo mocnym poparciu KE, a przede wszystkim jej przewodniczącej, dla formalnego otwarcia z nimi negocjacji akcesyjnych. Propozycja uzależnienia przyjęcia ram negocjacyjnych przez Radę UE ma przekonać państwa sceptyczne wobec rozpoczęcia rozmów (zwłaszcza Węgry) do zmiany zdania (decyzja w tej sprawie wymaga jednomyślności). Bliski termin, na który zapowiedziano przedstawienie kolejnego raportu dotyczącego postępów kandydatów – marzec 2024 r. – sugeruje, że KE zależy też na szybkim rozpoczęciu procesu screeningu.

Władze Ukrainy uznały ocenę KE za historyczny krok na drodze do członkostwa w UE, na które – jak podkreślił prezydent Wołodymyr Zełenski – „naród ukraiński zasługuje”. Sformułowane w opinii KE dodatkowe warunki nie były dla Kijowa zaskoczeniem, niemniej rządzący uważają, że decyzja o otwarciu negocjacji będzie zależeć w większej mierze od woli politycznej państw członkowskich Unii. Wśród nowych wymogów najtrudniejsze do zrealizowania okaże się wprowadzenie takich zmian do ustawy o mniejszościach narodowych, które satysfakcjonowałyby stronę węgierską – Kijów wielokrotnie krytykował niektóre rekomendacje zawarte w opiniach Komisji Weneckiej, a żądania Budapesztu dotyczące rozszerzenia praw mniejszości uznaje za bezpodstawne i wynikające z nieprzychylnej polityki rządu Viktora Orbána wobec Ukrainy. Wicepremier Olha Stefaniszyna poinformowała 8 listopada o przekazaniu Węgrom propozycji kompromisowego uregulowania kwestii spornych i oczekuje na ich konstruktywną reakcję.

Dla Mołdawii największym wyzwaniem będzie sprostanie zaleceniom KE, która oczekuje dokończenia reformy systemu sądownictwa. Proces ten trwa nieprzerwanie właściwie od momentu objęcia władzy w kraju przez prozachodnią Partię Działania i Solidarności (PAS) w 2021 r., ale w związku z oporem instytucji wymiaru sprawiedliwości (przez lata stanowiących instrument wykorzystywany przez środowiska oligarchiczne do zabezpieczenia swoich interesów polityczno-biznesowych) oraz niedoborami kadrowymi jest bardzo opóźniony. Jednocześnie Kiszyniów od miesięcy wkłada wiele wysiłku w zagwarantowanie przejrzystości finansowania partii politycznych i zabezpieczenie systemu wyborczego przed wpływami środowisk oligarchicznych powiązanych z Rosją (co stanowi element procesu deoligarchizacji kraju).

Rekomendacja przyznania statusu kandydackiego Gruzji wspiera wieloletnie – podejmowane od końca XX wieku – wysiłki Tbilisi na rzecz instytucjonalnej integracji z Zachodem oraz wychodzi naprzeciw oczekiwaniom społeczeństwa gruzińskiego (od wielu lat ok. 80% badanych opowiada się w sondażach za członkostwem w UE, a proeuropejskie manifestacje gromadzą tysiące uczestników). Decyzja KE zmusza równocześnie obecne władze Gruzji, które z jednej strony deklarują chęć akcesji, lecz z drugiej rozwijają korzystną dla siebie współpracę z Moskwą (np. wznowienie połączeń lotniczych w maju br.), do wypełniania standardów UE. Pozbawia je też argumentu, że Bruksela nie chce członkostwa Gruzji, gdyż nie akceptuje jej tradycyjnych wartości konserwatywnych.

Szybkie postępy Ukrainy, Mołdawii i Gruzji kontrastują z zastojem procesu reform w państwach Bałkanów Zachodnich (z wyjątkiem Kosowa), co potwierdzają przedstawione przez KE raporty. Przekłada się on także na zastój integracji europejskiej tych krajów. Rekomendacja dla BiH oraz zaprezentowanie Planu wzrostu dla Bałkanów Zachodnich mają pokazać, że region wciąż odgrywa istotną rolę w polityce rozszerzenia. Jest to również ukłon wobec tych państw członkowskich, które przedkładają integrację państw bałkańskich nad kwestie Ukrainy, Mołdawii i Gruzji. Zachętą do przeprowadzania reform w zakresie rządów prawa i przestrzegania standardów demokratycznych mają być dodatkowe środki finansowe (2 mld euro dotacji i 4 mld kredytów na lata 2024–2027). Są one jednak zbyt małe, aby stanowiły faktyczną motywację do działania. Nowy Plan wzrostu wskazuje, że w przypadku tego regionu KE będzie się skupiała na integracji sektorowej i zapewnieniu państwom bałkańskim dostępu do pewnych obszarów wspólnego rynku – przy założeniu, że obecnie ich elity rządzące nie są zainteresowane rozszerzeniem.

osw.waw.pl

Po wybuchu wojny wszyscy prywatni „nierezydenci z państw nieprzyjacielskich” którzy chcieli sprzedać biznes i opuścić rynek państwa agresora, musieli pieniądze ze sprzedaży trzymać w rosyjskich bankach na specjalnych „rachunkach typu C”.

Nie dość, że odsprzedawali majątek po sztucznie zaniżonych cenach (Heineken np. za symboliczne euro), tracili na oszukańczym kursie rubla i ogromnych łapówkach, to i tak ich pieniądze trafiały na rachunki, z których nie mogli ich ruszyć. Pod koniec zeszłego roku tkwiło na nich ok. 280 mld rubli (niewiele ponad 3 mln dolarów).

– W pierwszym etapie planowane jest odblokowanie rachunków z około 100 mld rubli – mówił jeszcze w sierpniu rosyjski minister finansów Anton Siłuanow.

Rozporządzenie Putina przewiduje, że „detaliczni inwestorzy” nie mogą wypłacać z nich więcej niż 100 tys. rubli (ok. 1 tys. dolarów). Wydaje się, że rosyjski prezydent podpisał dokument tylko po to, by wysondować reakcję Zachodu.

– Ta decyzja ma wywrzeć presję na (zagranicznych) brokerów, by uzyskali od swoich władz zgodę na wygodną dla nas wymianę aktywów – komentuje rosyjski ekonomista Dmitrij Potapenko, nieco zdziwiony tą próbą. – Wygląda to niezbyt solidnie, a następnym krokiem może być pełne odcięcie rosyjskich giełd od światowych – przestrzegł.

Putin podpisał ukaz kilka dni po objęciu amerykańskimi sankcjami giełdy w Petersburgu. Doprowadziło to do spadku wartości papierów wartościowych, spadku wartości samej giełdy, a w rezultacie do zmian jej szefostwa. Co i tak nie uwolniło jej od sankcji.

Siła prawdziwych amerykańskich sankcji musiała wywrzeć wrażenie na Kremlu. Po USA serię kolejnych wprowadziła też Wielka Brytania, a grupa G7 zaczęła rozważać zablokowanie handlu rosyjskimi diamentami.

Jednocześnie pojawiły się informacje (m.in. w „Wall Street Journal”), że rosyjska dyplomacja nieomal żebrze w różnych krajach o zwrócenie Rosji silników helikopterowych sprzedanych wcześniej. Akcja miała objąć Egipt, Pakistan i Brazylię. Najprawdopodobniej to skutek serii celnych uderzeń ukraińskich wojsk na lądowiska rosyjskich helikopterów, ale też świadectwo kiepskiej kondycji rosyjskiego przemysłu oraz kasy państwowej. Wcześniej zamiast żebrać, po prostu by je odkupili, znacznie przepłacając.

rp.pl

czwartek, 9 listopada 2023


Zmniejszyła się częstotliwość rosyjskich ataków w głębi terytorium Ukrainy. 7 listopada najeźdźcy mieli – zdaniem strony ukraińskiej – wykorzystać sześć pocisków, a trafione zostały obiekty infrastruktury niedaleko Krzywego Rogu (według niektórych źródeł – lotnisko) i na północno-wschodnich obrzeżach Zaporoża. Następnej doby agresor użył już tylko dwóch rakiet (celem najprawdopodobniej po raz kolejny było lotnisko w Mirhorodzie), z których jedna miała zostać zestrzelona, a nocą 9 listopada – jednej (miała ona zostać zniszczona w okolicach miasta Dniepr). Rośnie natomiast skala wykorzystania kierowanych bomb lotniczych. W ocenie rzecznika ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych pułkownika Jurija Ihnata Rosjanie zrzucają w ciągu doby ponad 100 bomb o wagomiarze 500 kg, powodujących w rejonie przyfrontowym, na głębokości 20–30 km od linii styczności, duże zniszczenia. Ihnat podkreślił, że obrońcy nie mają możliwości przeciwdziałania tym atakom, a do ich powstrzymania potrzebują uzbrojenia, które pozwoli im zestrzeliwać przenoszące bomby samoloty.

(...)

Szef francuskiego resortu obrony Sébastien Lecornu zapowiedział 8 listopada, że Paryż przyzna Kijowowi 200 mln euro na zakup francuskiego uzbrojenia. Tego samego dnia nowy rząd Słowacji odrzucił przygotowany przez poprzedników 14. pakiet wsparcia wojskowego. Miało weń wejść 140 rakiet do systemów obrony powietrznej Kub, 5172 sztuki amunicji czołgowej kalibru 125 mm, 4 mln nabojów karabinowych 7,62 mm, 8 moździerzy i 1,2 tys. min o łącznej wartości 40,3 mln euro. Wcześniej nowo mianowany premier Robert Fico ogłosił, że Bratysława nie będzie już wspierała wojskowo Ukrainy, lecz nie zamierza blokować sprzedaży Kijowowi uzbrojenia i sprzętu wojskowego przez słowackie przedsiębiorstwa. Łącznie w 13 pakietach Słowacy przekazali armii ukraińskiej wyposażenie o wartości co najmniej 671 mln euro. Koncern Rheinmetall podał z kolei, że otrzymał od rządu RFN zamówienie na dostarczenie Ukrainie 100 tys. granatów moździerzowych kalibru 120 mm. Dostawy rozłożono na dwa lata, mają się one rozpocząć w najbliższym czasie. Zamówienie będzie realizowane z puli 400 mln euro przeznaczonych na zakupy dla Kijowa w niemieckim przemyśle.

Również 8 listopada szef estońskiego wywiadu Ants Kiviselg przedstawił informację na temat zwiększenia przez Rosję produkcji zbrojeniowej. Agresor ma mieć m.in. możliwość wytworzenia tysiąca dronów kamikadze Shahed-136 (w wariancie rosyjskim Gerań-2) miesięcznie. Zdolność do produkcji amunicji artyleryjskiej Kiviselg ocenił na miliony rocznie. Dodał przy tym, że w ostatnim czasie FR otrzymała od 300 tys. do 500 tys. pocisków artyleryjskich od Korei Północnej. Dwa dni wcześniej o zwiększeniu przez Rosję produkcji rakiet i dronów donosił wiceszef ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) Wadym Skibicki. Zgodnie z danymi HUR w październiku wytworzono 115 pocisków manewrujących i balistycznych (40 Ch-101, 20 Kalibr, 30 Iskander-M, 12 Iskander-K, 4 Kindżał i 9 Ch-32). Armia rosyjska ma utrzymywać stały zapas rakiet, liczący obecnie 870 sztuk (290 Iskander-M i Iskander-K, 165 Kalibr, 160 Ch-101/Ch-55/Ch-555, 150 Ch-22/Ch-32 i 80 Kindżał). Skibicki zaznaczył, że do atakowania celów naziemnych wróg wykorzystuje także przeciwokrętowe pociski manewrujące Oniks (prowadzi też prace nad ich udoskonaleniem). Odnosząc się do dronów kamikadze Gerań-2, stwierdził natomiast, że FR jest zdolna samodzielnie wyprodukować ich kilkadziesiąt miesięcznie, lecz planuje zwiększyć tę liczbę do co najmniej 200. Część komponentów do ich produkcji wciąż ma być sprowadzana z Iranu.

(...)

Komentarz

Deklaracja nowych władz Słowacji o wstrzymaniu wsparcia wojskowego dla Kijowa przy jednoczesnym podkreśleniu utrzymania współpracy komercyjnej zwraca uwagę na postępujące zmiany w podejściu państw europejskich do kwestii zaopatrzenia armii ukraińskiej. Większość krajów wspomagających wojskowo Ukrainę już od wielu miesięcy kładzie nacisk na rozwój relacji biznesowych i sprzedaż uzbrojenia w miejsce dotychczasowego przekazywania go z własnych zasobów. Od września taką politykę otwarcie prowadzi Francja, niemniej – jak wskazują kolejne doniesienia koncernu Rheinmetall – dotyczy ona także państw, które określają swoją działalność jako stricte charytatywną. To skutek z jednej strony wyczerpania zapasów magazynowych i niechęci do rozbrajania własnych jednostek (zwłaszcza wobec ograniczonych zasobów obronnych większości krajów europejskich), a z drugiej – coraz bardziej widocznego zamiaru wyciągnięcia z wojny maksimum korzyści materialnych. Nawet jeśli zakupy wyposażenia dla armii ukraińskiej nie są prowadzone na koszt Kijowa, lecz państw je dostarczających, to stanowią one inwestycję w rodzime przemysły zbrojeniowe, której wartość zwiększa się wprost proporcjonalnie do wzrostu świadomości Zachodu, że zagrożenie rosyjską agresją zbrojną jest jak najbardziej realne. 

osw.waw.pl

Wywiady zostały przeprowadzone przez dziennikarkę "Kyiv Post" w obiekcie wojskowym. Razem z nim i jeńcami w pokoju przebywał ukraiński żołnierz. Rosjanie nie musieli odpowiadać na pytania i mogli zakończyć wywiad w dowolnym momencie. Choć mężczyźni przedstawili się z imienia i nazwiska, ze względów bezpieczeństwa wypowiadają się pod pseudonimami.

Siergiej

Czym zajmowałeś się w Rosji?

Pracowałem przy tynkowaniu i bieleniu ścian za zachodzie kraju.

Jak dostałeś się do Ukrainy?

Byłem w więzieniu. Podpisałem kontrakt na rok i myślałem, że po tym czasie będę mógł opuścić wojsko i odzyskam wolność — obiecali ułaskawienie po roku służby.

Za co siedziałeś?

Za morderstwo.

Jak długo byłeś w więzieniu?

Od 2021 r.

A jak długi otrzymałeś wyrok?

Siedem i pół roku. Odsiedziałem dwa i pół i powiedzieli mi, że jeden rok służby wojskowej i wychodzę. Wstąpiłem, ponieważ mam dzieci i potrzebuję czystej kartoteki.

Ile mają lat?

23 i 17.

W jaki sposób ty i inni żołnierze trafiliście do ukraińskiej niewoli?

Wyszliśmy na front i od razu zostaliśmy ostrzelani. Zostałem powalony na ziemię. Zacząłem się czołgać. Ukraińcy natychmiast zabrali nas do niewoli. Przyszli i powiedzieli, żebyśmy wyszli, bo rzucą granat. Tak też zrobili. Wyszliśmy więc z ukrycia. Ja nie poszedłem na wojnę, by zabijać – musiałem jakoś wydostać się z więzienia.

W jaki sposób chciałeś brać udział w wojnie i nikogo nie zabić?

Nie wiem. Tak się nie udało.

Kiedy podpisałeś kontrakt?

W połowie września.

A kiedy zostałeś schwytany?

Pod koniec października.

Jakie zadania wykonywałeś w ciągu tego miesiąca? Czym się zajmowałeś?

W tamtym momencie dopiero się aklimatyzowaliśmy. Przyjechaliśmy na leśną polanę i kopaliśmy ziemianki, w których mieliśmy zamieszkać. Nie przydzielono nam jeszcze żadnych zadań, po prostu na zmianę chodziliśmy na strzelnicę i trenowaliśmy.

Do czego byliście szkoleni?

Do chodzenia dwójkami i trójkami, zdobywania okopów.

Czy wcześniej służyłeś w wojsku w ramach poboru?

Tak.

Czy mieliście w swoich jednostkach ludzi, którzy wcześniej nie służyli? Którzy przyszli i nagle dostali karabiny do ręki?

Tutaj? Tak! Wielu.

Jak się dostali do jednostki?

Zwyczajnie – podpisali kontrakt i poszli na front. Wszyscy są skazańcami.

Więc cała wasza jednostka tak wygląda?

W jakim kierunku szliście?

W kierunku Zaporoża.

Czy chciałbyś wrócić do domu do Rosji w ramach wymiany jeńców?

A co mnie tam czeka? Tam będzie tak samo, zastrzelą mnie. Nie wiem, co robić.

Za co?

Za poddanie się. Przecież w armii uczyli nas, jak detonować granaty.

Ciebie też?

Oczywiście! Jak trafisz do niewoli, będziesz torturowany, bity i tak dalej.

Więc chciałbyś wrócić czy nie?

Oczywiście. Chciałbym wrócić do moich dzieci. Ale wiem, że gdybyśmy teraz wrócili, to sprowadziliby nas tu z powrotem w czasie najgorętszych walk. Więc nigdy tam nie wrócimy.

Masz syna, który ma 17 lat. Istnieje możliwość, że prędzej czy później zostanie wcielony do wojska.

Nie bierzemy poborowych. Nie wysyła się ich na wojnę.

Tak myślisz? Jesteś tego pewien?

W 100 proc. Wysyłają tu tylko tych, którzy podpisali kontrakt. Niektórzy są spoza Rosji, niektórzy z więzienia. Poborowi służą rok, a potem wracają do domu. Ale tak, potem mogą zostać zwerbowani. Nie sądzę jednak, by mój syn dał się w to wciągnąć.

Dlaczego?

Nie chcę tego. Ta wojna jest głupia. Ja zrobiłem to tylko dlatego, że musiałem wydostać się z więzienia. Już za kratkami mówiłem, że to głupota, że Putin rozpoczął tę wojnę.

Dlaczego więc to zrobił?

Nie potrzebujemy więcej wojen. Żyjemy jak nędzarze, a teraz jest jeszcze to.

Więc kto jest winny? Putin?

A co ja mogę? Sam nie jestem w stanie nic zrobić. Dwie osoby też nic nie mogą. Po prostu postawią nas gdzieś pod ścianą i uciszą. Putin ma wokół siebie wszystkich – Gwardię Narodową, milicję, wojsko. Jest naszym królem, nie wiem, jak inaczej go nazwać. On się nie zmienia, nikt na niego nie głosuje, jedynie jego ludzie, bo muszą. Trzeba go usunąć, ale jak? Myślisz, że jestem jedyny, który tak myśli? Jest nas wielu.

Czy większość ludzi w Rosji zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje na froncie?

Oczywiście, że tak.

Dlaczego w takim razie ludzie podpisują kontrakty i zaciągają się do wojska?

Żeby mogli wrócić do domu, a nie siedzieć w więzieniach. A ci z zewnątrz? Nie wiem. Prawdopodobnie robią to dla pieniędzy. Mają wolność, więc idą tylko po pieniądze.

Dobrze płacą?

204 tys. rubli (według aktualnego kursu 9 tys. zł), ale tylko wtedy, gdy bezpośrednio uczestniczysz w walkach. Jeśli kopiesz rowy, to dostajesz 40 tys. rubli (1,8 tys. zł).

Czyli 40 tys. rubli za pójście na wojnę jest dobrą zapłatą?

Wcześniej, zanim trafiłem do więzienia, zarabiałem dość dobrze. Nie musiałem iść na wojnę. Kupiłem własny dom, dawałem pieniądze moim dzieciom – moja żona i ja byliśmy w separacji.

Co byś powiedział Putinowi, gdybyś go spotkał?

Szczerze? "Przestań! Już wystarczy". Tu chodzi o życie ludzi, co oni mają z tym wspólnego? Dlaczego dwa tysiące deputowanych nie pójdzie na wojnę? Ze***liby się, gdyby wzięli do ręki karabiny maszynowe. Oni nie pójdą, mają dużo pieniędzy i nie są głupi. My jesteśmy w rozpaczliwej sytuacji. Wciągnęli ludzi w kredyty hipoteczne i pożyczki, a teraz zabierają im samochody i domy. Skąd obywatele mają wziąć pieniądze? Tu dostają 204 tys. rubli miesięcznie. Ludzie myślą, że jadą na front na rok – nie ma mowy. Nie skończy się na roku. I nie dostanie się żadnych pieniędzy. Niech żona i dzieci radzą sobie same.

Jak byś to wszystko zakończył?

W niewoli przebywają ludzie, którym skończyły się kontrakty. Ich umowy wygasły, kiedy jeszcze nie byli w niewoli. Ministerstwo obrony nie pozwoliło im odejść.

Dlaczego?

Bo te wszystkie kontrakty nic nie znaczą. Dopóki wojna się nie skończy, zostajesz na froncie.

To, co dzieje się w Ukrainie, to wojna czy operacja specjalna?

Myślę, że to wojna. Jeśli po obu stronach dochodzi do zabijania, to jest to wojna. A dochodzi – zabijani są starsi, dzieci.

Co jest stawką w tej wojnie?

Nie wiem. To wojna o ziemię. Ktoś bardzo pilnie jej potrzebuje. Nie wiem, dlaczego Donbas i Ługańsk przyłączyły się do Rosji. Nie rozumiem tego. Żyło im się dobrze, czego im brakowało? Ale potem dołączyli do Rosji i wybuchła wojna albo – jak to nazywa Kreml – "specjalna operacja wojskowa". A teraz toczą się walki o obwody doniecki i ługański.

Tylko o nie?

Nie, to poszło dalej. Po co Rosji te tereny? To nigdy nie było i nie będzie nasze. Nikt nam tego nie da.

A więc do kogo należą te tereny?

Cóż, na pewno nie do Federacji Rosyjskiej. Kiedyś to była Ruś Kijowska. Mieliśmy Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Mieliśmy imperium rosyjskie. To wszystko. Ale Ruś Kijowska była czymś osobnym.

Tylko że Ruś Kijowska i imperium rosyjskie to zupełnie różne okresy historyczne.

W obu panował car.

Czy wiesz, która brygada wzięła cię do niewoli?

Nie wiem. Wiem, że jej sygnał wywoławczy to "Jastrząb", ale nie przedstawili się.

Gdybyś mógł cofnąć się w czasie do momentu, gdy byłeś w więzieniu w Rosji i miałbyś ponownie możliwość podpisania kontraktu i wyruszenia na wojnę – zrobiłbyś to jeszcze raz?

Zrobiłem, co zrobiłem. Nie chcę z nikim iść na wojnę. Wcześniej też tego nie chciałem. Nawet jeśli dojdzie do wymiany jeńców i zostanę przywieziony do Rosji, FSB (rosyjska służba bezpieczeństwa) wsadzi mnie do więzienia. Jestem więźniem. A potem będziemy przesłuchiwani na temat tego, co mówiliśmy. Nie mogą nam ufać przez broń. Bo skąd mogą wiedzieć, że nie chcemy wysadzić całej Rosji?

Więc co byś wybrał? Więzienie czy kontrakt?

Kontrakt gdzie?

W Ukrainie.

Miałbym walczyć za Ukrainę?

Ja tylko zadaję pytania, nie wiem, za kogo byś walczył.

Ja w ogóle nie chcę walczyć! To nie jest żadna wojna, to jedno wielkie zabijanie. Pocisk za pocisk. Nigdy nie oddałem strzału.

Więc co robiłeś całymi dniami? Kopałeś okopy i to do ciebie strzelali?

Przyjechaliśmy do Ukrainy, do Doniecka lub Ługańska — nie jestem pewien — pod koniec września. Trenowaliśmy przez dwa tygodnie. Potem przewieźli nas do lasu i kazali kopać okopy. Dotarcie tam zajęło nam dużo czasu.

Kto wam to powiedział?

Nasi przełożeni, również więźniowie. To wszystko. Za własne pieniądze kupiliśmy łopaty, mundury wojskowe i to, co mogliśmy. Jak tylko przyjechaliśmy, dostaliśmy 195 tys. rubli (8 tys. zł) na kamizelkę kuloodporną, saperkę, dobry hełm.

Gdzie to wszystko kupiliście?

W mieście w regionie Zaporoża, tam był targ, sklep wojskowy.

Więc kupiliście te mundury wojskowe i wszystkie łopaty na terytorium Ukrainy.

Tak. Musieliśmy mieć czym pracować. Nic nam nie dali. Po prostu nas przywieźli, wyrzucili w lesie i kazali kopać. Powiedzieli, żebyśmy nigdzie nie odchodzili, bo może nadlecieć dron i zrzucić nam coś na głowę.

Więc początkowo byliście w cywilnych ubraniach?

Nie, wydano nam takie coś (w tym momencie Siergiej wskazał na mundur, który ma na sobie).

Więc dlaczego kupiłeś nowe ubrania?

Nie pasują mi te, które dostałem. Potrzebuję ciepłych ubrań. Reszta pieniędzy została przeznaczona na jedzenie, na czekoladki. Jesteśmy głodni, a tu dostaje się dużo pieniędzy. W taki sposób to wszystko wydałem. Niektórzy kupili telefony komórkowe.

Jaką broń ci dali?

AK-74. To wszystko.

onet.pl/Kyiv Post

środa, 8 listopada 2023


Zaletą turbiny gazowej AGT1500 jest korzystny stosunek mocy do masy oraz kompaktowa, modułowa konstrukcja. Dzięki temu zespół napędowy z tego typu agregatem jest o około 50% lżejszy niż z wysokoprężnym motorem czterosuwowym w układzie V12. Inne zalety turbiny gazowej to generowanie dźwięków o wysokiej częstotliwości, dzięki czemu silnik jest praktycznie niesłyszalny z dużej odległości. Zastosowanie wymiennika ciepła powoduje, że (wbrew mitom) spaliny turbiny na końcu układu wydechowego gazowej mają niższą temperaturę niż w klasycznym Dieslu. Dla porównania: temperatura gazów wydechowych AGT1500 wynosi około 500 stopni Celsjusza, natomiast w wysokoprężnym MTU MT 883 Ka-500 wartość ta wynosi ponad 600 stopni. Do innych, nieoczywistych zalet turbin gazowych należą: wielopaliwowość, korzystna krzywa momentu obrotowego od najniższych obrotów, łatwość rozruchu w ekstremalnych temperaturach, niemal bezwibracyjna praca, a także… czystość spalin.

Minusem obecnie stosowanych turbin gazowych w pojazdach lądowych jest wysokie spalanie.

defence24.pl

wtorek, 7 listopada 2023


Beduiński klan obiecuje milion dolarów nagrody za informację o terrorystach ze Strefy Gazy, którzy podczas ataku na Izrael 7 października zamordowali ich krewnego - Osamę Abu Assę. "Dopadniemy terrorystów, gdziekolwiek by się nie schronili" - zapowiedział wuj zabitego Beduina.

Abu Assa pracował w rejonie odbywającego się w pobliżu granicy z Gazą plenerowego festiwalu muzycznego, którego uczestnicy zostali zaatakowani przez Hamas. Usiłował uciec, jednak nie udało mu się ukryć przed napastnikami.

Rodzina Abu Assy, zamieszkująca izraelską osadę Tel Szewa dotarła do nagrania z kamery samochodowej, na którym widać, jak terroryści zmuszają Beduina do rozebrania się i torturują - poinformował dziennik "Jerusalem Post".

"Zabili go, chociaż był Beduinem i muzułmaninem" - powiedział krewny Abu Assy. "Chcemy wiedzieć, kto to zrobił - nasza tradycja wymaga odpłacenia krwią za krew. Dopadniemy sprawców. Jeżeli mają rodzinę w Izraelu, w Jordanii, dosięgniemy ich ojców, braci, wujów. Zapłacą. Może to trwać nawet 50 lat, ale ten rachunek zostanie wyrównany".

onet.pl