sobota, 21 października 2023


Klaus Geiger: Rosja najechała Ukrainę, Iran sponsoruje atak terrorystyczny Hamasu na Izrael, Chiny otwarcie grożą Tajwanowi inwazją. Trzy dyktatury — z których dwie są potęgami nuklearnymi, a jedna prawie nią jest — zakłócają porządek świata i mają wsparcie wielu krajów na świecie. Jak do tego doszło?

Christopher Walker: Przez bardzo długi czas autorytarne reżimy poświęcały ogromne zasoby, aby przesunąć polityczny środek ciężkości świata w kierunku swoich standardów. Wolne demokracje muszą w końcu zrozumieć, jak działają ich rywale, aby móc podjąć z nimi walkę.

Dziś jesteśmy świadkami czegoś zupełnie nowego. Do tej pory rozróżnialiśmy między "twardą siłą", czyli siłą militarną, a "miękką siłą" (soft power), przez którą rozumiemy atrakcyjność kulturową kraju. To, co robią współczesne reżimy, ma nowy wymiar. Nazywam to "ostrą siłą".

Czym jest ta "ostra siła"?

Reżimy takie jak Chiny czy Rosja monopolizują idee i tłumią alternatywne narracje. Robią to agresywnie.

Pekin na przykład zmusza inne kraje do autocenzury. Tradycyjnie dotyczyło to takich tematów jak Tajwan, Tybet czy powstanie na placu Tiananmen. Dziś do tematów tabu dodano ucisk muzułmanów w prowincji Xinjiang, korupcję wśród pekińskiej elity czy pochodzenie wirusa COVID-19.

Jest to więc projekcja autokratycznych praktyk na demokratyczny kraj.

Tak, Chiny i Rosja dążą do ograniczania naszej wolności. Jest to jakby "globalizacja autokracji". Częścią tego procesu są "ponadnarodowe represje". Są one bezpośrednio wymierzone w opozycjonistów, intelektualistów lub dziennikarzy przebywających poza granicami danego państwa autorytarnego.

Represje obejmują uciszanie lub zabijanie przeciwników reżimu za granicą, tak jak robi to Rosja, ale także Arabia Saudyjska czy Iran. Cyberataki na takie osoby również należą do tej kategorii.

Od kiedy mamy do czynienia ze zjawiskiem "ostrej siły"?

Po zakończeniu zimnej wojny na Zachodzie panowało duże samozadowolenie. Ludzie myśleli, że wygrali i chcieli delektować się tym zwycięstwem w zglobalizowanym, kapitalistycznym świecie.

Nie zauważono jednak, jak w kolejnych latach autokracje przekształciły globalizację dla własnych celów. Globalny system finansowy jest nadużywany przez skorumpowane reżimy, takie jak Chiny i Rosja.

Jak dokładnie?

Chiny i Rosja stworzyły ogromne korporacje państwowe, które udają niezależnych, zwykłych graczy w globalnej gospodarce. Są one jednak instrumentami władzy państwowej. Obejmuje to zakup klubów piłkarskich i innych drużyn sportowych przez oligarchów, ale także przez państwowe fundusze majątkowe, takie jak te należące do Kataru czy Arabii Saudyjskiej.

Czy zakup drużyn sportowych nie jest raczej przejawem klasycznej "miękkiej siły"?

Sam zakup, tak. Jednak jeśli klub i sportowcy muszą później zachowywać się zgodnie z autorytarnym państwem, to jest to cenzura. Jednym z przykładów jest to, jak Pekin wywarł presję na amerykańską zawodową ligę koszykówki NBA, gdy zawodnicy wygłaszali krytyczne komentarze na temat Tybetu. W tym przypadku wystarczyło, że Chiny są ważnym rynkiem dla NBA.

Mówisz o ślepocie wobec autokracji po zimnej wojnie. Czy masz na myśli Niemcy?

Z mojego punktu widzenia niewiele demokracji odegrało godną pochwały rolę, łatwo jednak oceniać rządy państw z perspektywy czasu. Gra przez lata toczyła się o bardzo wysoką stawkę ekonomiczną. Ważną rzeczą jest teraz zmiana kursu. Zachodnie demokracje muszą nauczyć się chronić siebie, jednocześnie skuteczniej konkurując z autorytarnymi reżimami.

Wszystkie demokracje mają swoje problemy z Chinami: Kanada, USA, Australia, Niemcy, Włochy. Litwa, spośród wszystkich krajów, pokazała z zadziwiającą siłą i odwagą, że można zmienić kurs i przeciwstawić się Pekinowi. Niemcy i Włochy podążają obecnie podobną drogą i sygnalizują Chinom, że standardy takie jak wolność słowa czy przejrzystość w biznesie są dla nich priorytetami.

Jednak czy niemiecka polityka wobec Rosji nie jest wyjątkowym przykładem? Byłemu niemieckiemu kanclerzowi federalnemu zaproponowano pracę w jednej z nieprzejrzystych, zglobalizowanych korporacji państwowych, o których mówisz (chodzi o Gerharda Schroedera i Gazprom — red.).

Z perspektywy czasu jasne jest, że strategiczne zależności były bardzo niedoceniane. Myślę, że obecnie widzimy, jak Niemcy i państwa europejskie dokonują głębokiej i bardzo potrzebnej ponownej oceny. Widzimy to również w Stanach Zjednoczonych w odniesieniu do Chin.

Jest to jednak obecne również w Australii, która miała tak bliskie więzi gospodarcze z Chinami, że relacja ta zaczęła stanowić ryzyko polityczne.

Zmiana tego stanu rzeczy jest bardzo skomplikowana, jednak Zachód podjął już w tym celu pewne działania.

Czy w ogóle jest wystarczająco dużo alternatywnych partnerów? Czy nie jest już za późno?

Jest późno, ale nigdy nie jest za późno. Dobra wiadomość jest taka, że w ostatnich latach naprawdę coś się zmieniło. Najwyraźniej widać to w nieoczekiwanie zjednoczonej reakcji zachodnich demokracji na przerażającą inwazję Rosji na Ukrainę. Pocieszający jest również fakt, jak wiele jest inicjatyw pozarządowych działających przeciwko korupcji i rozpowszechnianiu fałszywych narracji w Internecie przez autorytarne reżimy.

Ostatnio stało się oczywiste, że świat nie składa się wyłącznie z Zachodu i autokracji. Wiele krajów staje w rozkroku pomiędzy dwoma biegunami i zachowuje możliwość manewrowania między innymi. Czy powinny one podjąć większy wysiłek?

Tak, państwa wahające się, takie jak Brazylia, Argentyna, Filipiny czy RPA, są niezwykle ważne. Chiny i Rosja inwestują w tych krajach od wielu lat. Zbyt długo wysiłki demokracji nie były w stanie nadążyć za powagą, z jaką Moskwa i Pekin dbają o te kraje. Bogate demokracje muszą zwrócić się w kierunku tych państw, chociaż autokracje włożyły już mnóstwo zasobów, aby przeciągnąć je na swoją stronę.

Czy autokracje są zainteresowane stabilnością na świecie? Przecież bez niej mogą nie być w stanie przetrwać.

Dla autokracji ich własny reżim ważniejszy niż wszystko inne. Dopóki destabilizowanie innych regionów świata służy utrzymaniu ich przy władzy, dopóty będą się tak zachowywać. Atak Rosji na Ukrainę jest doskonałym przykładem działania, które głęboko zdestabilizowało świat, jednak Putin jest wspierany przez Koreę Północną, Iran i Chiny.

onet.pl/Die Welt

piątek, 20 października 2023


Rosyjskie ataki i ukraińskie kontrataki w rejonie Awdijiwki doprowadziły do ukształtowania nowej linii obrony na północny zachód i na południe od miasta wzdłuż przebiegającej przez nie linii kolejowej. Nie przyniosły natomiast rezultatu ponawiane przez Rosjan próby przełamania ukraińskiej obrony na zachód od Awdijiwki. Niepowodzeniem zakończyły się również ponawiane przez agresora szturmy na pozycje obrońców na północny i południowy wschód od Kupiańska, na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego, w rejonie Marjinki oraz na południowy wschód od Wełykiej Nowosiłki, a także podejmowane przez obie strony ataki na południowy zachód od Bachmutu i na południe od Orichiwa. 19 października rzecznik ukraińskiego operacyjno-strategicznego zgrupowania wojsk Tauryda deklarował jednak, że na południowy zachód od wsi Werbowe (na południe od Orichiwa) siły ukraińskie miały się przesunąć o 400 metrów.

Według źródeł rosyjskich i zachodnich 17 października dwie ukraińskie grupy szturmowe wyprowadziły uderzenie z przyczółku na lewym brzegu Dniepru (w rejonie mostu kolejowego na wschód od Oleszek, sąsiadujących przez rzekę z Chersoniem) i zajęły wieś Pojma, a po sprowadzeniu posiłków sąsiadującą z nią Piszczaniwkę. Rosyjski kontratak wyparł Ukraińców z obu miejscowości, lecz do zlikwidowania przyczółku nie doszło. Dwa dni później ukraińskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze wylądowały w rejonie miejscowości Krynky na zachód od Nowej Kachowki, przejściowo zajmując jej część, skąd zostały wyparte na jej obrzeża. Strona ukraińska konsekwentnie nie informuje o działaniach na lewym brzegu Dniepru.

(...)

17 października rzeczniczka Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA Adrienne Watson potwierdziła, że Ukraina otrzymała partię rakiet ATACMS o zasięgu 165 km. Według amerykańskich mediów przekazano kilkanaście (Associated Press) lub ok. 20 („The New York Times”) rakiet z głowicami kasetowymi M74. Wcześniej „The Wall Street Journal” donosił, że 17 października rakiety te zostały wykorzystane przez armię ukraińską do ataków na lotniska w okupowanych Berdiańsku i Ługańsku, co następnego dnia potwierdził głównodowodzący armii ukraińskiej Wałerij Załużny. Początkowo sprawstwo przypisały sobie ukraińskie Siły Operacji Specjalnych, które przekazały, że w Berdiańsku i Ługańsku zniszczono m.in. dziewięć śmigłowców różnych typów, wyrzutnię systemu obrony powietrznej oraz składy amunicji. Późniejsze zdjęcia satelitarne potwierdziły różnego stopnia uszkodzenia pięciu śmigłowców w Ługańsku i ogólne zniszczenia (m.in. pasa startowego) w Berdiańsku. Z kolei brytyjski wywiad donosił o zniszczeniu dziewięciu śmigłowców w Berdiańsku i pięciu w Ługańsku. Poza rakietami ATACMS Ukraińcy wykorzystali w atakach pociski GLSDB, również odpalane z wyrzutni HIMARS.

(...)

Informacje na temat pierwszego wykorzystania rakiet ATACMS wskazują, że USA jedynie połowicznie spełniły wielomiesięczne prośby Kijowa o przekazanie mu rakiet balistycznych mogących razić cele na głębokim zapleczu agresora. Ukraińcy spodziewali się otrzymania standardowych, używanych obecnie pocisków ATACMS o zasięgu 300 km, dostali zaś najstarszą wersję M39 (Block 1) z naprowadzaniem inercyjnym (według części zachodnich komentatorów Stany Zjednoczone miały zrezygnować z dostarczenia nowszych pocisków z naprowadzaniem GPS ze względu na rosyjskie zdolności w zakresie zakłócania sygnału). Dodatkowo przekazano wyłącznie rakiety z głowicami kasetowymi (co już wcześniej sugerowały amerykańskie media), a więc przeznaczone głównie do niszczenia siły żywej i celów lżej opancerzonych. Dostarczone ATACMS mogły więc co najwyżej uszkodzić atakowane cele, co potwierdzają zdjęcia satelitarne z Ługańska. Ewentualne zniszczenie składów amunicji należy przypisać równocześnie użytym przez Ukraińców pociskom GLSDB o zasięgu zaledwie 15 km krótszym od ATACMS, których główny element stanowi stukilogramowa bomba lotnicza. Pociski Block I są z pewnością cennym uzupełnieniem ukraińskiego arsenału, jednak nie dają obrońcom żadnych nowych zdolności. Dużo większymi możliwościami rażenia Ukraińcy dysponują dzięki Wielkiej Brytanii i Francji, które od kilku miesięcy przekazują im pociski manewrujące Storm Shadow/SCALP z klasycznymi głowicami o zasięgu 250 km. 

osw.waw.pl


Przedstawiciel rządzącej izraelskiej partii Likud Amir Weitmann skrytykował Rosję za wspieranie bojowników Hamasu i zagroził Federacji Rosyjskiej odpłatą. Stało się tak podczas wywiadu na żywo dla anglojęzycznej kremlowskiej telewizji RT (d. Russia Today). 

– Powiem, że zakończymy tę wojnę. Wygramy, bo jesteśmy silniejsi. Uwierzcie mi, Rosja zapłaci potem cenę – powiedział na antenie rosyjskiego kanału propagandowego RT.

Podkreślił, że Rosja obecnie wspiera wrogów Izraela, których nazwał nazistami:

– Rosja wspiera nazistów, którzy chcą dokonać ludobójstwa na naszym narodzie. I Rosja zapłaci. Posłuchajcie mnie bardzo uważnie: wykończymy tych nazistów, wygramy tę wojnę. Potem nie zapomnimy, co robicie. Przyjdziemy i zadbamy o zwycięstwo Ukrainy. Upewnimy się, że zapłacicie za to, co zrobiliście. Nie zapomnimy. Pamiętajcie, co przed chwilą powiedziałem: zapłacicie – podkreślił emocjonalnie izraelski polityk.

Stwierdził, że Żydzi zostali bestialsko zamordowani przez protegowanych Rosji.

– Wy za to zapłacicie. Musicie zrozumieć, że wszystko ma swoje konsekwencje. Kiedy ludzie popierają mordowanie Żydów, płacą za to cenę. Czasy, kiedy Żydzi nie byli w stanie się obronić, minęły” – dodał przedstawiciel partii rządzącej Izraela w łączeniu wideo z RT.

Rosyjskie władze od dawna utrzymują kontakty z przedstawicielami Hamasu. We wrześniu 2022 r. na spotkanie z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych przybył lider jej szef Ismail Hani.

belsat.eu wg East24.info

Wczoraj Federacja Rosyjska ogłosiła zakaz importu japońskich owoców morza, co ma być odpowiedzią na rozpoczęcie uwalniania oczyszczonych ścieków z uszkodzonej elektrowni jądrowej Fukushima. W ten sposób Moskwa przyłączyła się do Pekinu i wydaje się, że ma to być jeden z prezentów, które przywiózł Putin na Forum Pasa i Szlaku.

„Jako środek zapobiegawczy, Rosselkhoznadzor przyłącza się do tymczasowych środków ograniczających wprowadzonych przez Chiny wobec importu ryb i owoców morza z Japonii od 16 października 2023 r.” – podała rosyjska Federalna Służba Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego (Rosselkhoznadzor). „Ograniczenia zostaną wprowadzone do czasu dostarczenia wyczerpujących informacji potwierdzających bezpieczeństwo produktów morskich i zgodność z wymogami Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, a także ich analizy przez specjalistów Rosselkhoznadzor.” Jeszcze 13 września Zakarowa powiedziała: „Niestety, nie widzimy żadnej przejrzystości, to znaczy otwartości, w działaniach Tokio, o co apelowaliśmy.” Skrytykowała również japońskie „sztuczki reklamowe,” w których urzędnicy państwowi i zagraniczni dygnitarze publicznie jedli ryby z prefektury Fukushima.

Japońskie Ministerstwo Rolnictwa, Leśnictwa i Rybołówstwa stwierdziło w poniedziałek, że rosyjski zakaz „nie ma podstaw naukowych, jest niesprawiedliwy i godny ubolewania,” wzywając do jego cofnięcia, podała agencja prasowa Kyodo. W oświadczeniu wydanym również w poniedziałek, ale zanim Rosja ogłosiła swój zakaz, japońskie ministerstwo spraw zagranicznych stwierdziło, że przekazało Rosji dodatkowe informacje do 15 października w następstwie w rozmowach online między odpowiednimi organami państwowymi w dniu 10 października. „Japonia będzie nadal dostarczać Rosji wyjaśnienia oparte na dowodach naukowych w wysoce przejrzysty sposób i w dobrej wierze, podczas przeglądu przez MAEA [Międzynarodową Agencję Energii Atomowej].”

To wbrew pozorom nie jest mały prezent ze strony Putina dla Xi Jinping.

Co prawda, od stycznia do września Rosja zaimportowała 118 ton metrycznych ryb i owoców morza z Japonii, według Rosselkhoznadzor. Jednak znaczna część rosyjskich ryb i owoców morza jest poławiana w wodach dalekowschodnich regionów, które znajdują się stosunkowo blisko Japonii i dlatego to Japonia jest jednym z największych rynków eksportowych rosyjskich produktów morskich – obok Chin i Korei Południowej. Jeszcze w czerwcu br. „Nikkei Asia,” powołując się na statystyki handlowe japońskiego Ministerstwa Finansów, twierdziła, że import produktów morza z Rosji w 2022 r. osiągnął 155,2 mld JPY (1,1 mld USD), najwyższy poziom od 1992 r., czyli roku po upadku Związku Radzieckiego. Sytuacja „jest taka sama jak przed inwazją [Rosji] na Ukrainę” – powiedział wtedy gazecie urzędnik firmy importowej, która działa jako pośrednik w imporcie rosyjskich produktów rybołówstwa w Wakkanai, mieście na północnym krańcu Hokkaido. Jeżeli Tokio zdecyduje się ograniczyć import rosyjskich produktów morza – choćby, aby zrobić więcej miejsca dla rodzimego sektora – to Moskwę, która ma coraz większe problemy gospodarcze, zaboli.

zawielkimmurem.net

czwartek, 19 października 2023



17 października kanclerz Olaf Scholz spotkał się w Tel Awiwie z premierem Binjaminem Netanjahu i prezydentem Jicchakiem Herzogiem. W oświadczeniu dla prasy po raz kolejny potępił atak Hamasu, zapewnił o solidarności RFN z Izraelem, potwierdził jego prawo do samoobrony oraz podkreślił, że bezpieczeństwo tego państwa jest racją stanu dla Niemiec. Scholz przestrzegł aktorów zewnętrznych przed ingerencją w trwający konflikt.

Wizyta kanclerza wpisuje się w natychmiastową i zdecydowaną reakcję całej niemieckiej klasy politycznej na atak Hamasu z 7 października. W specjalnej uchwale przyjętej jednogłośnie przez wszystkie frakcje parlamentarne, co jest rzadkością, deputowani m.in. poparli udzielenie Izraelowi pełnego wsparcia potrzebnego do obrony oraz potępili ataki Hamasu i Hezbollahu. Niemieckie Ministerstwo Obrony wydało zgodę na użycie przez armię izraelską dwóch dronów Heron TP, dzierżawionych przez RFN od Izraela. Z wizytą do Tel Awiwu udał się również (19.10) minister obrony Boris Pistorius.

W niemieckich miastach odbyły się demonstracje solidarności z Izraelem. Największa z nich skupiła 8 października w Berlinie ok. 2 tys. osób. Zarazem od tygodnia mają miejsce kilkusetosobowe propalestyńskie manifestacje, które często przeradzają się w zamieszki. Do najliczniejszych zgromadzeń dochodzi w Berlinie (od kilkuset do tysiąca uczestników), w Düsseldorfie (ok. 700) i we Frankfurcie nad Menem (ok. 300, pomimo zakazu).

Niemiecki rząd pozostaje równocześnie w kontakcie z arabskimi partnerami na Bliskim Wschodzie. Aktualna sytuacja w regionie była najważniejszym tematem spotkania Scholza z emirem Kataru szejkiem Tamimem ibn Hamadem Al Sanim (12.10) i z królem Jordanii Abdullahem II (17.10) w Berlinie oraz z egipskim prezydentem Abdelem Fattahem al-Sisim (18.10) w Kairze. Podróż kanclerza poprzedziła wizyta minister spraw zagranicznych RFN Annaleny Baerbock (Zieloni) w Izraelu (13.10), skąd udała się do Egiptu. Tydzień później szefowa niemieckiej dyplomacji powróciła na Bliski Wschód, by tym razem odwiedzić Jordanię, Izrael i Liban. Istotnym tematem rozmów z arabskimi przywódcami jest pomoc humanitarna dla palestyńskich cywilów, którą RFN chce dostarczyć do Strefy Gazy i na Zachodni Brzeg. W 2022 r. Niemcy przekazały ponad 202 mln dolarów wsparcia i były drugim po USA głównym donatorem Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA). Podczas wizyty w Jordanii minister Baerbock obiecała dodatkowe 50 mln euro na pomoc humanitarną dla palestyńskiej ludności cywilnej. W 2023 r. RFN zdecydowała o wyasygnowaniu na dwustronne projekty w latach 2023–2024 125 mln euro. Obecne niemieckie zaangażowanie finansowe w pomoc rozwojową w Palestynie wynosi łącznie 250 mln euro. W reakcji na atak Hamasu Federalne Ministerstwo Współpracy Gospodarczej i Rozwoju zdecydowało jednak o zatrzymaniu płatności i przeglądzie finansowanych przez ten resort programów, które są realizowane na terenach palestyńskich.

Komentarz

Zdecydowana reakcja całej niemieckiej klasy politycznej na atak Hamasu wynika ze specjalnego statusu Izraela w polityce zagranicznej Berlina, warunkowanej odpowiedzialnością Niemiec za Holocaust. Symbolem tego podejścia stało się określenie bezpieczeństwa Izraela przez Angelę Merkel podczas jej przemówienia w Knesecie w 2008 r. jako „niemieckiej racji stanu”. Mimo szczególnego wymiaru stosunki niemiecko-izraelskie nie były wolne od kwestii spornych, czy to dotyczących krytyki rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu bądź łamania praw ludności palestyńskiej, czy reform wymiaru sprawiedliwości przewidujących m.in. ograniczenie kompetencji Sądu Najwyższego w Jerozolimie (zob. Kryzys polityczny w Izraelu: koniec początku).

Zaangażowanie niemieckiego rządu w ustabilizowanie sytuacji w Izraelu służy kilku celom. Po pierwsze Berlin chce zapobiec rozprzestrzenieniu się walk między Izraelem a Hamasem na cały Bliski Wschód. Eskalacja kolejnego po Ukrainie konfliktu w sąsiedztwie Unii Europejskiej zagrażałaby jej bezpieczeństwu i zmuszała państwa zachodnie do większego niż obecnie zaangażowania politycznego i finansowego w regionie. Ponadto nasilenie walk groziłoby powstaniem nowej fali migracyjnej, co biorąc pod uwagę utrzymującą się presję migracyjną, potęgowałoby napięcia na tym tle w UE. Dlatego też Scholz wezwał Iran i Hezbollah do nieingerowania w trwający konflikt i mediuje z arabskimi oraz zachodnimi partnerami (także w sprawie pomocy obywatelom Niemiec znajdującym się na terenach Palestyny oraz uwolnienia tych, których uprowadził Hamas). Po drugie zaangażowanie Berlina ma wymiar wizerunkowy. RFN prezentuje się jako gracz o globalnych interesach, który na równi z USA, Francją i Wielką Brytanią dba o przywrócenie stabilności na Bliskim Wschodzie. Równocześnie ze wsparciem dla Izraela przedstawiciele rządu RFN deklarują pomoc palestyńskim cywilom, umacniając tym samym humanitarny wymiar niemieckiej polityki zagranicznej.

Jednoznaczne opowiedzenie się po stronie Izraela oraz tak wyraźne zajęcie stanowiska w debacie publicznej (dwa wystąpienia Scholza w Bundestagu na ten temat w ciągu kilku dni) ma też istotne znaczenie na arenie wewnętrznej. Przede wszystkim jest wyrazem solidarności ze społecznością żydowską w Niemczech (ok. 250 tys. osób, z których ok. 100 tys. to członkowie 108 gmin żydowskich). Ponadto dla kanclerza ofensywa dyplomatyczna jest okazją do poprawienia notowań rządu i odwrócenia uwagi od części problemów krajowych (m.in. pogarszającego się stanu gospodarki oraz kwestii migracyjnych). Większość Niemców (79% respondentów badania dla ośrodka Infratest dimap z 28.09) źle ocenia pracę koalicji. Po kolejnych przegranych przez partie rządzące na szczeblu federalnym wyborach do parlamentów landowych w Bawarii i Hesji poparcie dla SPD i Zielonych wynosi po 14%, a dla FDP 4%. Zarazem, według badań ośrodka opinii Forsa, 66% ankietowanych uważa za słuszne jednoznaczne opowiedzenie się RFN po stronie Izraela (w tym 87% zwolenników SPD, 84% –Zielonych, 68% – FDP, 73% – CDU/CSU, 49% – AfD).

Atak na Izrael to kolejny zagraniczny konflikt oddziałujący na RFN i grożący destabilizacją sytuacji wewnętrznej. Kwestia antysemickich demonstracji była przedmiotem obrad Bundestagu, a rząd w Berlinie oraz poszczególne landy zdecydowały o zwiększeniu ochrony żydowskich obiektów kultu i instytucji. Minister spraw wewnętrznych Nancy Faeser (SPD) zapowiedziała działania uderzające w aktywność Hamasu na terenie RFN, m.in. w celu uniemożliwienia zbierania środków na finansowanie działalności terrorystycznej. Hamas nie ma w Niemczech zorganizowanych struktur (kontrwywiad szacuje liczbę aktywnych zwolenników organizacji na 450 osób). Od 2001 r. jest klasyfikowany jako organizacja terrorystyczna w całej UE i zakazany w RFN, a od 2021 r. nie można używać żadnych jego symboli ani flag. Scholz zapowiedział też delegalizację stowarzyszenia Samidoun działającego w RFN na rzecz solidarności z palestyńskimi więźniami. Podobnie jak Hamas nie ma ono w Niemczech stałych struktur. Grupa jest siecią wsparcia dla uwięzionych Palestyńczyków i wyłoniła się z Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny. Natychmiast po ataku Hamasu na Izrael zwolennicy Samidounu świętowali w berlińskiej dzielnicy Neukölln.

Mnożące się po 7 października w Niemczech antyżydowskie ataki godzą w wysiłki rządu na rzecz walki z antysemityzmem (zob. Odcienie niemieckiego antysemityzmu). Pomimo wydawanych w licznych miastach zakazów propalestyńskich demonstracji w wielu miejscach protesty nadal się odbywają. Według rzeczniczki berlińskiej policji w samej stolicy zarejestrowano już ponad 370 przestępstw związanych z konfliktem, w tym obrzucenie koktajlami Mołotowa synagogi czy malowanie na ścianach domów, w których mieszkają Żydzi, gwiazdy Dawida (co najmniej 22 przypadki). W niemieckich miastach dochodzi do niszczenia izraelskich flag wywieszanych na znak solidarności przed budynkami użyteczności publicznej. Szczególnie napięta jest sytuacja w części szkół (zwłaszcza w Berlinie oraz miastach Nadrenii Północnej-Westfalii), gdzie odnotowuje się incydenty antysemickie, a nawet przypadki przemocy na tym tle. Senat Berlina powołał specjalny sztab kryzysowy do pomocy placówkom edukacyjnym.

Demonstracje antyizraelskie na niemieckich ulicach, w których najczęściej biorą udział osoby pochodzenia arabskiego, po raz kolejny nasiliły debatę o trudnościach z integracją części migrantów. Najtrudniejsze warunki panują w berlińskim Neukölln, gdzie mieszka ok. 350 tys. osób, z czego co najmniej 50% ma pochodzenie migracyjne, a w wielu szkołach odsetek dzieci migrantów sięga 90%. Neukölln jest również jedną z najgęściej zaludnionych dzielnic w całych Niemczech, a problem z przemocą wobec mundurowych eskalował tam wielokrotnie (zob. Niemcy: konsekwencje zamieszek w noc sylwestrową). Rozruchy wzmocniły postulaty ograniczenia migracji do RFN, w tym m.in. żądania ze strony chadecji, aby uzyskanie niemieckiego obywatelstwa było powiązane z opowiedzeniem się za prawem Izraela do istnienia. Według sondażu dziennika „Bild” 71% ankietowanych twierdzi, że imigracja osób z krajów muzułmańskich stanowi duże zagrożenie dla bezpieczeństwa RFN (przeciwnego zdania jest 9%).

osw.waw.pl

środa, 18 października 2023


Była połowa lipca. Jake Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA, wyglądał na mocno zaniepokojonego. Ukraińskie siły walczyły o przebicie się przez rosyjskie linie frontu w ramach powoli postępującej kontrofensywy. Większych postępów nie było widać, a czas na to, by odzyskać znaczące terytoria przed wznowieniem rosyjskiej ofensywy jesienią, uciekał niemiłosiernie.

Jake Sullivan polecił więc swojemu zespołowi, aby opracował możliwe opcje dodatkowej dostawy broni, którą USA mogłyby wysłać do Kijowa, by pomóc ukraińskim siłom w uderzeniu we wrażliwe rosyjskie cele zlokalizowane głęboko za liniami obrony. Nad zadaniem pochylili się pracownicy Pentagonu, Departamentu Stanu i Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Tak zrodził się pomysł, który uratował ukraińską obronę.

Amerykańskie zapasy systemu rakietowego dalekiego zasięgu były niewystarczające, by jeszcze przekazywać go Ukrainie. USA mogły jednak wysłać jej coś innego — uboższą wersję rakiet o średnim zasięgu, przenoszącą głowice zawierające setki bomb kasetowych, które są w stanie trafiać w cele oddalone o 160 km.

Według dwóch amerykańskich urzędników decyzja administracji o wysłaniu pocisków Anti-Personnel/Anti-Materiel (APAM) — starszej wersji ATACMS, o którą od dawna zabiegała Ukraina — była utrzymywana w tajemnicy przez kilka tygodni po tym, jak prezydent Joe Biden podjął ostateczną decyzję.

Ich dostawa i użycie oznaczają poważny postęp w obronie Ukrainy — zapewniają jej siłom nową, poważną zdolność do uderzania w rosyjskie cele daleko za linią frontu. Dokładnie taki scenariusz rozegrał się we wtorek rano /17.10 - red./ — ukraińskie media poinformowały, że siły Ukrainy zniszczyły dziewięć rosyjskich helikopterów we wschodnich miastach Berdiańsk i Ługańsk.

Amerykańscy urzędnicy utrzymywali decyzję o wysłaniu wsparcia i faktycznym transporcie w tajemnicy. Waszyngton i Kijów obawiały się, że ogłoszenie transferu skłoni Rosję do przeniesienia sprzętu i składów amunicji dalej za linię frontu i poza zasięg pocisków.

Droga do wysłania broni była długa — ATACMS znajdował się na szczycie listy życzeń Kijowa od początku wojny. Kulisy procesu decyzyjnego odsłania dziś dwóch amerykańskich urzędników, rozmawiających z POILTICO pod warunkiem zachowania anonimowości.

Joe Biden podjął decyzję o wysłaniu pocisków do Ukrainy po miesiącach debat swoich doradców ds. bezpieczeństwa narodowego. W lipcu Jake Sullivan powiedział publiczności w Aspen, że administracja jest gotowa podjąć ryzyko w celu wsparcia obrony Ukrainy. W ten sposób najprawdopodobniej chciał dać do zrozumienia, że naciska na wysłanie broni.

Jednak w Pentagonie sekretarz obrony Lloyd Austin i ówczesny przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów gen. Mark Milley długo sprzeciwiali się w wysłaniu ATACMS. Argumentowali, że Stany Zjednoczone mają ograniczone zapasy tej broni. Chcieli mieć pewność, że Departament Obrony zatrzyma wystarczającą liczbę pocisków w kraju na wypadek sytuacji awaryjnych, które mogą pojawić się w innym miejscu na świecie.

Rada Bezpieczeństwa Narodowego chciała rozwiązania, które zachowałoby równowagę między potrzebami Ukrainy na polu bitwy a obawami Departamentu Obrony. Dyplomaci wiedzieli, że siły rosyjskie — choć potężne — były źle wyposażone i nierozważne, a kolumny pancerne blisko linii frontu były podatne na ataki.

Administracja Joe Bidena już w lipcu zaczęła wysyłać 155-milimetrowe pociski kasetowe, które były używane do uderzania w okopane rosyjskie pozycje.

Amunicja kasetowa eksploduje w powietrzu nad celem, rozrzucając bomby na dużym obszarze, co zwiększa niszczycielski zasięg broni. Budzi jednak kontrowersje — niewybuchy mogą okaleczać lub zabijać ludność cywilną, przez co broń jest zakazana w ponad 100 krajach na świecie.

Decyzja administracji o wysłaniu pocisku APAM, starszej wersji ATACMS, była utrzymywana w tajemnicy przez kilka tygodni — informacja o tym nie pojawiała się w żadnych wojennych planach Pentagonu.

Biorąc pod uwagę ogromną koncentrację sił Rosji — wraz z ich składami uzbrojenia i amunicji, które wciąż znajdują się stosunkowo blisko linii frontu — możemy oczekiwać, że nowa broń mocno uderzy w rosyjskie centra logistyczne oraz ośrodki dowodzenia i kontroli.

23 sierpnia zespół przedstawił propozycję o wysyłce APAM Jake'owi Sullivanowi. Kilka dni później, 28 sierpnia, doradca polecił dodanie jej do porządku obrad nadchodzącego spotkania najwyższych urzędników ds. bezpieczeństwa narodowego administracji prezydenta Bidena.

Na posiedzeniu 30 sierpnia komitet jednogłośnie zatwierdził decyzję o wysłaniu broni. Lloyd Austin, Mark Milley i sekretarz stanu Antony Blinken poparli propozycję. Joe Biden przekazał tę wiadomość prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu podczas spotkania w Białym Domu 21 września: Ukraina otrzyma ATACMS — czyli broń, o którą Kijów zabiegał od dawna — ale w wariancie o mniejszym zasięgu.

Amerykańscy urzędnicy potajemnie zatwierdzili wysłanie APAM w pakiecie pomocy ogłoszonym 21 września. Administracja poinformowała o tym wielu członków Kongresu w sposób niejawny, aby zapobiec przeciekom.

Decyzja o wysłaniu broni ujrzała światło dzienne w obliczu rosnących obaw USA związanych z gromadzeniem się rosyjskich wojsk i sprzętu przed jesienną ofensywą. Waszyngton obawia się, że może ona okazać się najpoważniejszym ruchem Moskwy od miesięcy.

W ciągu ostatniego tygodnia siły rosyjskie przeprowadziły serię (w większości nieudanych) ataków na ukraińskie pozycje w Awdijiwce we wschodnim regionie Doniecka, jednak wiązały się one z dużymi stratami. Rosjanie uciekli się do stosunkowo prymitywnej taktyki z pierwszych działań w lutym 2022 r. — ich lekko wyposażone siły zostały rzucone przeciwko ukraińskim oddziałom, które odparły ataki.

W nadchodzących tygodniach eksperci spodziewają się kolejnych ataków wzdłuż kilkuset kilometrów ukraińskich linii. W świetle tego ATACMS o większym zasięgu są dziś dla Ukrainy niezwykle ważne, ponieważ mogą uderzać w lotniska i składy amunicji i zniwelować logistyczną przewagę Rosji.

Przedstawiciele administracji Joe Bidena nie sądzą, by Ukraina mogła osiągnąć swój cel — jakim jest odcięcie mostu lądowego do Krymu przed nadejściem zimy i zatrzymanie ofensywy Rosjan. Mimo to mają nadzieję, że APAM może pomóc w zneutralizowaniu rosyjskiej przewagi i dać siłom Kijowa trochę czasu na odzyskanie dodatkowego terytorium.

Amerykańscy urzędnicy nadal wymagają, aby Ukraina powstrzymała się od używania broni otrzymanej od USA do ataków na cele zlokalizowane wewnątrz Rosji. Nie ma jednak żadnych ograniczeń dotyczących wykorzystywania jej do uderzeń w cele zlokalizowane na terytorium ukraińskim i okupowanym Krymie.

onet.pl/Politico


W listopadzie 2012 r. Hamas wycelował rakiety w Jerozolimę i Tel Awiw, miasta oddalone o około 80 km od Strefy Gazy. Dla Izraelczyków było to całkowitym zaskoczeniem. Nikt nigdy nawet nie pomyślał, że Gaza może mieć broń tak dalekiego zasięgu. Wcześniej Hamas mógł uderzyć tylko 40 km w głąb terytorium Izraela, mają w swoim arsenale jedynie pociski dostarczane przez Iran — Fadżr-5 o ograniczonym zasięgu.

Tych irańskich pocisków nigdy nie było pod dostatkiem. Od czasu wprowadzenia blokady Strefy Gazy w 2007 r., Hamas musiał przemycać je przy pomocy złożonych łańcuchów dostaw obejmujących pośredników z Libii, Syrii, Czadu i kilku innych państw (w tym wysokich rangą urzędników państwowych). Kluczowymi uczestnikami tego złożonego układu byli Beduini z półwyspu Synaj w Egipcie. To oni odpowiadali za ostatni etap trasy rakiet podróżujących z Egiptu do Strefy Gazy podziemnymi tunelami wykopanymi przez Hamas.

Pojedyncza rakieta Fadżr-5 waży tonę, co sprawia, że jej potajemne dostarczenie jest bardzo trudne. Zwłaszcza że Izrael i Egipt — który dołączyły do blokady Strefy Gazy — stale monitorowały wszystkie możliwe szlaki przemytnicze i niszczyły każdy znaleziony ładunek.

Po ataku z 2012 r. izraelskie służby bezpieczeństwa zorganizowały śledztwo, aby dowiedzieć się, jak mogły przegapić dostawę nowych rakiet o znacznie większym zasięgu.

Ku ich zaskoczeniu, Hamas zmontował rakiety wewnątrz Strefy Gazy, używając jedynie ograniczonej liczby przemyconych podzespołów, które były bardzo trudne lub niemożliwe do złożenia w całkowicie odizolowanej enklawie. Hamas wierzył, że ta rakieta, zwana M-75, stanie się "gamechangerem" — bronią, która zmieni bieg konfliktu. Dzięki M-75 Hamas mógł teraz zagrozić nie tylko miastom w pobliżu Strefy Gazy, ale także największym izraelskim aglomeracjom w centrum kraju.

Dowódcy Hamasu byli tak zachwyceni tym przełomem, że upamiętnili go pomnikiem własnej rakiety na placu w Gazie.

Wstrzelenie M-75 nie wyrządziło Izraelowi poważnych szkód. Większość rakiet została przechwycona przez "Żelazną Kopułę", a te, które dotarły do izraelskich miast, spadły na puste domy, których mieszkańcy zdążyli ukryć się w schronach przeciwlotniczych. Nie jest więc przesadą stwierdzenie, że M-75 zabił więcej Palestyńczyków niż Izraelczyków. I nie jest to przenośnia. Program rakietowy Hamasu, podobnie jak prawie wszystko związane z tą organizacją, spowodował ogromne straty w ludziach.

Po pierwsze, sama budowa warsztatów, w których montowano rakiety, była bardzo ryzykownym przedsięwzięciem. Hamas był na tyle roztropny, że nie zdecydował się na ich budowę na powierzchni, gdzie izraelski wywiad natychmiast wykryłby podejrzane obiekty nawet z kosmosu i zniszczył je, zanim zdążyłyby zacząć działać. Zamiast tego terroryści wykopali ogromne bunkry pod Gazą, łącząc bunkry z systemem rozległych podziemnych tuneli znanych jako "Gaza Metro".

Dzieci w wieku szkolnym, w tym uczniowie szkół podstawowych, były wykorzystywane do budowy bunkrów i tuneli. Poruszanie się w wąskich podziemnych szybach było dla nich łatwiejsze niż dla dorosłych. Od 2012 r. (rok pierwszego zarejestrowanego wystrzelenia M-75) co najmniej 160 dzieci zginęło podczas budowy podziemnych tuneli Hamasu, przede wszystkim dusząc się.

Liczba ofiar śmiertelnych programu rakietowego w Strefie Gazy obejmuje również mieszkańców, którzy zmarli na choroby zakaźne szerzące się w Strefie — przede wszystkim cholerę. Epidemie są bezpośrednio związane z produkcją rakiet, ponieważ M-75 i inne rakiety Hamasu wykorzystują rury wodociągowe i kanalizacyjne jako obudowę.

Rury te były oficjalnie dostarczane do Strefy Gazy przez Izrael, ale w ograniczonych ilościach. Wiedząc, do czego mogą zostać wykorzystane, Izraelczycy dokładnie obliczyli, ile rur będzie potrzebnych do wymiany lub budowy kanalizacji w określonym obszarze Strefy Gazy i wysłali dokładnie taką liczbę, jaka wyszła im z obliczeń.

Rury nie zostały wykorzystane zgodnie z ich przeznaczeniem. Hamas po prostu nie miałby osłon dla swoich rakiet. Dlatego też wszystkie lub prawie wszystkie rury zostały wykorzystane do produkcji broni, a systemy wodno-kanalizacyjne Gazy nie były naprawiane od dekad. W rezultacie około 90 proc. słodkiej wody w Strefie nie nadaje się do picia, a epidemie, w tym ataki śmiertelnych chorób, wybuchają niemal co roku. Nie wiadomo, ile osób zmarło z powodu chorób wywołanych skażoną wodą. Prawdopodobnie liczba ta idzie w setki.

Wygląda na to, że ich śmierć była jedynie uboczną stratą dla Hamasu i jego irańskich partnerów. Przez lata Iran był głównym zwolennikiem i sponsorem Hamasu, przekazując na jego potrzeby średnio 15 mln dol. miesięcznie (63 mln zł). Co więcej, to właśnie Iran dostarczał do Strefy Gazy broń strzelecką, materiały wybuchowe, urządzenia komunikacyjne i inny sprzęt wojskowy. Najprawdopodobniej to również Irańczycy uznali, że łatwiej jest nauczyć mieszkańców Strefy Gazy składania rakiet, niż przemycać je przez Bliski Wschód, ryzykując w każdej chwili utratę cennego ładunku.

Istnieją dowody na to, że niesławne M-75 zostały zmontowane zgodnie z instrukcjami irańskich inżynierów. Irańczycy nadzorowali również budowę warsztatów montażowych i szkolenie przyszłych pracowników montażowych.

Najwyraźniej Iran pomógł również Hamasowi w opracowaniu doktryny wojskowej, która przewidywała —do października 2023 r. — przede wszystkim wyczerpanie wroga całodniowymi atakami rakietowymi na jego miasta, którym towarzyszyły samodzielne naloty terrorystyczne. Plan zakładał, że Izraelczycy, zmęczeni życiem w ciągłym niebezpieczeństwie, zażądają od swojego rządu zaprzestania ostrzałów i ataków, nawet kosztem pójścia na pewne ustępstwa wobec terrorystów.

Doktryna zalecała również zabicie jak największej liczby izraelskich żołnierzy, nawet jeśli oznaczałoby to poświęcenie życia członków Hamasu. Sojusznicy liczyli na pełen szacunku stosunek Izraela do jego wojska, który jest powszechnie znany w Strefie Gazy. Śmierć izraelskich żołnierzy sprawiła, że ich rząd stał się bardziej uległy, oferując Hamasowi możliwość zapewnienia tymczasowego złagodzenia blokady i pokazania mieszkańcom Gazy kolejnego "zwycięstwa" nad Izraelczykami — nawet jeśli byłoby to nic innego jak rozejm lub zawieszenie broni.

Faktem przemawiającym za bezpośrednim zaangażowaniem Iranu w rozwój tej doktryny jest to, że Hezbollah — de facto oddział Islamskiej Republiki Iranu w Libanie — postępował zgodnie z tym samym scenariuszem w 2006 r. podczas drugiej wojny libańskiej.

Iran przyczynił się również do opracowania programów nauczania dla instytucji edukacyjnych w Gazie, w tym głównej uczelni — Islamskiego Uniwersytetu w Gazie. Oprócz teologii islamskiej uniwersytet wykładał inżynierię, budownictwo, technologię komputerową, a nawet archeologię. Obowiązkową dyscypliną nauczaną na wszystkich wydziałach była ideologia Hamasu, która sprzyjała absolutnemu odrzuceniu Izraela przez studentów.

Co ciekawe, Islamski Uniwersytet w Gazie został założony pod koniec lat 70. XX w. na wzór czołowych zachodnich uczelniach tamtych czasów. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów zapożyczeń z Zachodu była wybierana rada studencka, której członkowie przyjęli aktywną rolę w zarządzaniu uniwersytetem. Przez długi czas wybory do samorządu studenckiego były niemal jedyną dozwoloną formą aktywizmu politycznego w Strefie Gazy. Nie tylko studenci i wykładowcy, ale także reszta regionu śledziła je z wielkim zainteresowaniem.

Hamas rzeczywiście cieszył się ogromnym poparciem społecznym w Strefie Gazy i ogólnie w Palestynie. Podczas gdy anonimowe sondaże opinii publicznej odnotowywały sporadyczne spadki popularności ruchu, jego poparcie nigdy nie spadło poniżej 35 proc. Co najmniej połowa uprawnionych Palestyńczyków zagłosowałaby na lidera Hamasu, Ismaila Haniję, w wyborach prezydenckich, gdyby takie się odbyły.

Zrozumiałe jest, że ten poziom poparcia ułatwił Hamasowi rekrutację inżynierów, pracowników budowlanych i innych odpowiednich specjalistów do swoich szeregów. Co więcej, ponieważ blokada pozbawiła tych specjalistów możliwości zatrudnienia za granicą, praca dla Hamasu, który pozostawał niemal jedynym pracodawcą dla inżynierów w Strefie, często stawała się jedyną opcją.

(...)

Pomagając Hamasowi dobrowolnie lub dlatego, że nie mieli innego wyboru, inżynierowie i programiści w znacznym stopniu pomogli terrorystom. W ten sposób programiści ze Strefy Gazy stworzyli kilka aplikacji mobilnych, które zbierały dane na temat Izraelczyków, w tym wojskowych, które można było wykorzystać do organizowania ataków terrorystycznych. Najbardziej znanym przypadkiem była internetowa aplikacja randkowa GlanceLove. Ukrywając się za zdjęciami ładnych dziewczyn, Hamas oszukał izraelskich żołnierzy zainteresowanych randkami, aby dostarczyli informacji na temat swoich jednostek wojskowych, broni i logistyki.

Innym przykładem działań zwiadowczych była aplikacja Golden Cup, która podszywała się pod oficjalny program Mistrzostw Świata FIFA 2018. Hamas aktualizował statystyki meczów i publikował wyniki oraz świeże zdjęcia ze stadionów w czasie rzeczywistym. Równolegle aplikacja zbierała i wysyłała dane z telefonów użytkowników, którzy zainstalowali złośliwe oprogramowanie, do centrum danych Hamasu. Podobnie jak GlanceLove, Golden Cup atakował głównie żołnierzy i oficerów IDF.

Najprawdopodobniej centrum danych, które hostowało aplikacje i zbierało informacje, zostało już zrównane z ziemią przez izraelskie bomby, wraz z Islamskim Uniwersytetem w Gazie i kilkoma innymi uczelniami wspieranymi przez Hamas.

onet.pl/The Insider

poniedziałek, 16 października 2023



W ataku terrorystycznym palestyńskiego Hamasu przeprowadzonym 7 października na tereny przygraniczne Strefy Gazy zginęły setki osób. Hamas zaskoczył izraelskie wojsko oraz służby, a jego bojownicy przedostali się przez graniczny mur i zaatakowali kibuce (osiedla) zlokalizowane w okolicy. Dla mieszkańców zaczęła się gehenna.

Tortury, gwałty, obcięte głowy czy wyłupione oczy, obcięte palce i kończyny. Takie obrazki zastali żołnierze oraz policjanci w miejscach, które oczyszczono z terrorystów. Ci nie zamierzali brać jeńców i nie mieli litości dla cywilów: kobiet, starców, dzieci. Ich bestialstwo przekracza wszelkie granice. Doświadczeni biegli są w szoku.

Podczas identyfikacji ofiar Hamasu opisywane są makabryczne zbrodnie zamachowców.

W Izraelu doszło do masakry na niespotykaną skalę i nie chodzi tylko o liczbę ofiar - tak wielu Izraelczyków nie zginęło jednego dnia od czasu II wojny światowej - ale też o bestialstwo terrorystów. Nad wieloma ofiarami znęcano się tak strasznie, że zespół identyfikacyjny nie rozpoznałby ciał, nawet gdyby dobrze znał zabitych.

- Nie mam słów żeby opisać ciężarną kobietę, której rozcięto brzuch i wyciągnięto dziecko - powiedział portalowi "Politico" Israel Weiss, pracujący przy identyfikacjach były naczelny rabin wojskowy. Eksperci widzieli też poćwiartowane ciała. Zdekapitowanych ludzi, dzieci z obciętymi głowami. Zwłoki wielokrotnie postrzelone w głowę.

(...)

Bilans ataku terrorystów z Hamasu na Izrael jest porażający. Kancelaria premiera Izraela poinformowała, że na terytorium Izraela zginęło ponad 1400 osób, w większości cywilów. Eksperci twierdzą, że z takimi obrażeniami, jakie oglądają teraz, wcześniej stykali się tylko w materiałach historycznych traktujących o nazistowskich zbrodniach.

o2.pl

niedziela, 15 października 2023


Od przejęcia władzy w 2000 r. Władimir Putin współpracował już z poprzednimi przywódcami Chin – Jiang Zeminem (sekretarzem generalnym KPCh do 2002 r.) oraz Hu Jintao, szefem partii w latach 2002–2012, kiedy doszło m.in do uregulowania sporów o przebieg granicy chińsko-rosyjskiej. Dopiero jednak relacje z Xi Jinpingiem stały się katalizatorem obecnej współpracy chińsko-rosyjskiej. Obaj po raz pierwszy na najwyższym szczeblu spotkali się podczas szczytu APEC na Bali w 2013 r. Ich współpraca intensyfikowała się wraz z zacieśnianiem relacji chińsko-rosyjskich, ale również coraz większym doświadczeniem politycznym przywódcy ChRL. Od 2012 r. Xi i Putin spotkali się ponad 40 razy, a intensywność tych kontaktów rosła wraz z rywalizacją Chin z USA i Rosji z Zachodem.

Postać Putina i jego autorytarne metody rządzenia wzbudzały w elitach chińskich podziw. Z uznaniem oceniano pomysły odbudowy światowej pozycji Rosji, krytykę rozpadu ZSRR czy też negatywną retorykę skierowaną do USA. Przed aneksją Krymu w 2014 r. ChRL była świadoma priorytetowego podejścia Putina i jego środowiska biznesowo-politycznego do relacji z Europą, a także obaw przed zwiększaniem zależności od Chin. Wiedziała jednak, że nawet coraz silniejsza Rosja nie ma możliwości, aby stać się realnym zagrożeniem gospodarczym dla Chin. Stąd pozytywna, ale ostrożna recepcja polityki Putina i relacji dwustronnych, w których priorytetem były negocjacje korzystnych cenowo dostaw surowców energetycznych i sprzętu wojskowego do ChRL. Nie bez znaczenia był też rozwój współpracy regionalnej w ramach BRICS czy Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW).

Zaangażowanie Rosji w agresję na Gruzję w 2008 r. i aneksję ukraińskiego Krymu w 2014 r. oceniano w Chinach jako nadmierną (i niekorzystną dla interesów ChRL), ale jednak dopuszczalną reakcję na zagrożenia dla bezpieczeństwa Rosji ze strony USA. Przekonanie o antyrosyjskim spisku USA, które wykorzystywały wpływy m.in. na Ukrainie, stawało się stopniowo istotnym elementem myślenia chińskiego aparatu władzy na temat sytuacji w Europie Wschodniej w kontekście relacji z Rosją. Ostrożność w podejściu do polityki Putina była elementem m.in. pierwotnej koncepcji Inicjatywy Pasa i Szlaku, ogłoszonej przez Xi w Kazachstanie w 2013 r. Rosja słusznie uważała, że elementem inicjatywy ma być powstanie kontrolowanych przez Chiny projektów komunikacyjnych w Azji Centralnej, które mogłyby stać się konkurencją dla jej inicjatyw gospodarczych (np. Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, EUG) oraz Kolei Transsyberyjskiej.

Wraz z narastającą rywalizacją chińsko-amerykańską i poczuciem zbieżności celów z Putinem i rządzoną przez niego Rosją w ChRL dochodziło do zbliżania stanowisk. Tuż przed aneksją Krymu przewodniczący Xi był gościem Putina podczas igrzysk olimpijskich w Soczi, gdzie komplementował go jako „dobrego gospodarza”. Rosja stała się kluczowym partnerem w narracji o realizacji Pasa i Szlaku, a Chiny podkreślały komplementarność tej inicjatywy z EUG. Zwieńczeniem procesu zbliżenia stała się deklaracja z lutego 2022 r. i wsparcie w niej przez ChRL rosyjskich postulatów dotyczących architektury bezpieczeństwa w Europie, a później ciągłość współpracy podczas rosyjskiej agresji na Ukrainę.

Obecnie chiński aparat władzy wychodzi z założenia, że utrzymanie stabilnych rządów Putina leży w długookresowym interesie ChRL. Nie widzi też dla niego alternatywy w rosyjskich elitach. To dlatego Xi Jinping w 2023 r. w pierwszą wizytę po wyborze na trzecią kadencję na stanowisku przewodniczącego ChRL pojechał do Moskwy i tam publicznie wyraził poparcie dla ponownego wyboru Putina w kolejnych wyborach prezydenckich (choć ten jeszcze nie ogłosił swojej kandydatury). Podkreślał też wagę współpracy obu państw stojących przed wyzwaniami na forum globalnym „pierwszymi takimi od 100 lat”. Wyraźnie wskazał na Putina jako gwaranta tej współpracy. Wzmocnieniu pozycji rosyjskiego przywódcy w aparacie władzy służy też przyzwolenie ChRL na zaangażowanie wspierającego Putina środowiska biznesowego w projekty realizowane we współpracy z Chinami. Już w 2014 r. Putin – podczas podpisania w Pekinie kontraktu gazowego – przedstawił Xi oligarchę Giennadija Timczenkę jako swojego „przedstawiciela” w Chinach, a już rok później firma Timczenki, SIBUR, sprzedała część udziałów chińskiemu koncernowi SINOPEC.

Charakterystycznym elementem relacji Xi–Putin jest korelacja wydarzeń związanych z rosyjską agresją na Ukrainę z bezpośrednimi spotkaniami obu polityków. Trudna do udowodnienia, ale możliwa podczas tych rozmów koordynacja działań (a przynajmniej wymiana informacji) pozwala Xi utrwalać zależność Rosji od Chin, jednocześnie umożliwiając Putinowi realizację części rosyjskich celów. Po spotkaniu na olimpiadzie w Pekinie w lutym 2022 r. rozpoczęła się wojna, 30 września – po spotkaniu, które miało miejsce 15 września 2022 r. w trakcie SZoW w Samarkandzie – Putin ogłosił aneksję okupowanych terytoriów ukraińskich, a po zeszłorocznych rozmowach podczas szczytu G20 w Indonezji doszło do zapowiedzi (później zrealizowanej) rozmieszczenia rosyjskiej broni atomowej na Białorusi.  

Przekonanie chińskich władz o znaczeniu Putina dla stabilizacji systemu politycznego Rosji (i zainwestowany w te relacje kapitał polityczny i finansowy) uległo zachwianiu w konsekwencji próby puczu Grupy Wagnera (25 czerwca br.). Oficjalna reakcja była powolna i stonowana. 26 czerwca minister spraw zagranicznych ChRL Qin Gang spotkał się z rosyjskim wiceministrem, ale szczegółów rozmowy nie ujawniono. Tego samego dnia rzecznik MSZ stwierdził, że bunt jest wewnętrzna sprawą Rosji, a Chiny wspierają dążenie jej władz do stabilizacji sytuacji. 26 sierpnia MSZ ChRL jednym zdaniem potwierdził, że wie o śmierci Prigożyna. Tak ostrożne komunikaty wskazują, że ChRL była zaskoczona wydarzeniami w Rosji i czekała na rozwiązanie sytuacji, starając się oszczędnie wspierać Putina, ale też wykorzystać sytuację do wzmocnienia własnej narracji na temat relacji między państwem a siłami zbrojnymi. Oświadczenie Prigożyna o korupcji w rosyjskiej armii nie zostało ocenzurowane w chińskich mediach, a w komentarzach ekspertów wskazywano na nadmierne zaufanie Putina wobec Grupy Wagnera i sił zbrojnych generalnie. Pojawiły się głosy ekspertów, że rosyjski przywódca powinien wziąć przykład z doświadczenia KPCh i jej kontroli nad armią, a także nielegalności w ChRL prywatnych firm wojskowych. Sama próba puczu (jako wyraz nadmiernego zaufania władz do wojskowych) mogła dodatkowo wpłynąć na obecne działania Xi Jinpinga dyscyplinujące siły zbrojne ChRL – m.in. dymisje dowódców wojsk rakietowych czy kampanie edukacyjne poświęcone przewodniej roli ideologii KPCh.

pism.pl

Przebieg wojny z Ukrainą, zamiast do umocnienia władzy Putina i utorowania mu drogi do kolejnej kadencji, doprowadził do osłabienia jego systemu władzy. Aneksja Krymu w 2014 r. umocniła autorytet Putina. Nie tylko jako prezydenta, ale jej rzeczywistego przywódcy oraz kapitana „Drużyny”, sprawującej władzę w Rosji i będącej faktycznym źródłem jej legitymizacji. Autorytet ten został nadwątlony przeprowadzoną w latach 2008–2012 żonglerką na stanowiskach prezydenta i premiera Rosji oraz powrotem Putina na urząd prezydenta w 2012 r. Były prezydent Dmitrij Miedwiediew, który niejako zastępował Putina na stanowisku prezydenta Rosji przez jedną kadencję, zajął z kolei jego miejsce na stanowisku premiera. Lekceważenie, jakie „Drużyna” Putina okazała procedurom demokratycznym, i brak szacunku dla nastrojów społecznych wywołały autentyczny protest i masowe demonstracje w Moskwie na placu Błotnym. Putin po raz pierwszy w życiu doświadczył masowego społecznego niezadowolenia. Aneksja ukraińskiego Krymu pomogła mu odzyskać autorytet, ale także stworzyła zachętę dla sięgania po agresję zbrojną w celu jego wzmocnienia. Precedens ten mógł też zaprogramować myślenie Putina o wojnie jako instrumencie służącym przedłużeniu jego władzy w Rosji. Decydując się na wznowienie wojny z Ukrainą, Putin liczył, że pomoże mu ona wzmocnić jego pozycję jako kapitana „Drużyny” i autorytet naturalnego przywódcy Rosji w pierwszej połowie XXI w.

Ale plan się nie udał. Pomysł na krótką zwycięską wojnę nie wypalił, a koniec kadencji Putina jako prezydenta Rosji zbliża się nieubłaganie. Bunt Prigożyna należy interpretować właśnie w tym kontekście. Jego przebieg, warunki zakończenia oraz tragiczna śmierć inicjatorów świadczą o trwającej w Rosji walce o władzę i toczących się „negocjacjach” nad warunkami przedłużenia kontraktu politycznego, którego elementem jest sprawowanie urzędu prezydenta Rosji przez Putina. Zwycięska wojna z Ukrainą miała mu w tych negocjacjach pomóc. Klęska, jakiej Rosja doświadczyła na Ukrainie, znacznie skomplikowała jego sytuację. O ile przyszłość Rosji nie zależy wyłącznie od wyniku wojny, to polityczna przyszłość Putina jest z nim związana. Decyzja o wznowieniu wojny z Ukrainą była jego decyzją osobistą. Putin, na oczach milionów Rosjan, publicznie stłumił debatę na temat jej sensowości i szans powodzenia. Ograniczył wpływ ewentualnych jej krytyków na debatę w tej sprawie, albo wymuszając subordynację, albo wtrącając ich do więzienia, jak w przypadku Nawalnego i Kara-Murzy. Gdyby wojna Putina z Ukrainą zakończyła się zwycięstwem, czyli instalacją w Kijowie prorosyjskiego reżimu, w rodzaju tego funkcjonującego w sąsiedniej Białorusi, przedłużenie funkcjonowania ustroju putinowskiego na dotychczasowych warunkach byłoby kwestią rozstrzygniętą. Ustrój ten opierał się na prostym „podziale pracy” w „Drużynie”. Do Putina należała pełnia władzy politycznej, podczas gdy inni jej członkowie mogli poprawiać swój status majątkowy w zamian za uwzględnianie udziału dla Putina. Fiasko obliczonej na to „operacji specjalnej” spowodowało jednak naruszenie tej umowy. Koszty tego fiaska w sposób nieproporcjonalny zaczęli ponosić beneficjenci ustroju putinowskiego, którzy nie mieli udziału we władzy ani wpływu na decyzję o wojnie z Ukrainą, ale w jej wyniku musieli zrezygnować z korzystania ze swoich zgromadzonych w ciągu 23 lat fortun, rezydencji w Londynie, Paryżu, Davos czy na Lazurowym Wybrzeżu. Ta sytuacja wymusza wręcz renegocjacje warunków umowy wewnątrz „Drużyny” i kontraktu, na którym opiera się ustrój putinowski.

Na Kremlu „władza jest definiowana jako udana intryga zmierzająca do jej przechwycenia” – napisał w 2014 r. Gleb Pawłowski o putinowskim systemie władzy. Termin „intryga” nawiązuje do kultury dworskiej. Nie oddaje więc specyfiki ustroju politycznego Rosji ukształtowanego na początku XXI w., który z dworem i jego kulturą ma niewiele wspólnego. Z pewnością więcej w nim znajdziemy elementów typowych dla rosyjskich służb specjalnych z ich sowiecką proweniencją, zintegrowanych z więzienno-mafijnymi zwyczajami. Formalny, konstytucyjny porządek prawny i jego atrybuty władzy są wprawdzie polityczną fasadą, ale nigdy nie były bez znaczenia. To one odmierzają czas procesów politycznych w Rosji i pomagają ustalić polityczną hierarchię. To sprawia, że są przedmiotem politycznej konkurencji i pożądania.

Z punktu widzenia metody wyłaniania przywódcy ustrój putinowskiej Rosji ma charakter hybrydowy. Organizuje się wybory prezydenckie, ale to, kto w nich startuje i wygrywa, jest wynikiem wcześniejszego, niejawnego porozumienia politycznego w ramach głównych ośrodków władzy rzeczywistej. Tak jest co najmniej od przełomu 1999 i 2000 r., gdy wybory te wygrał Putin. Taki zaś rezultat wyborów był konsekwencją wcześniejszego kontraktu między kończącym swoją drugą kadencję prezydentem Borysem Jelcynem i dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa pułkownikiem Władimirem Putinem. Umowa przewidywała, że Putin, w zamian za nietykalność osobistą i gwarancję nienaruszalności zgromadzonego przez siebie i swoją rodzinę majątku, zostanie następcą Jelcyna – to znaczy najpierw urzędujący prezydent mianuje go premierem rządu, a następnie udzieli mu poparcia jako kandydatowi w wyborach prezydenckich. Umowa została dotrzymana, nie było niespodzianek: w marcu 2000 r. pułkownik Putin wygrał wybory prezydenckie.

Zanim jednak do tego doszło, 20 grudnia 1999 r. w siedzibie FSB na Łubiance odbyło się okolicznościowe spotkanie z okazji Dnia Czekisty. Tym razem uroczystość z udziałem najwyższych rangą i najbardziej zasłużonych „czekistów” zaszczycił urzędujący premier Rosji, płk Putin.

„Drodzy towarzysze – zwrócił się do zebranych. – Chciałbym zameldować, że grupa agentów FSB, których wysłaliście do pracy pod przykrywką w rządzie, wykonała pierwszą część swojej misji”. Uczestniczący w tym przyjęciu oficer FSB wspominał: „Wiedzieliśmy, że druga część misji to zostanie prezydentem i mianowanie byłych kolegów z KGB na najwyższe stanowiska rządowe”. Putin zapewnił zgromadzonych na sali oficerów, że nie zapomni o nich, gdy wykona misję i przejmie władzę w Rosji.

„Nie ma byłych agentów” – zakończył Putin, nadając nowe znaczenie żartowi popularnemu wśród oficerów KGB. Tak więc Putin przejął władzę w Rosji nie w rezultacie pałacowej intrygi, ale operacji specjalnej. To operacje specjalne są więc charakterystycznym elementem ustrojowym putinowskiej Rosji. Władza w Rosji to możliwość ich planowania i egzekucji. Wojna z Ukrainą miała być operacją specjalną gwarantującą Putinowi kolejną kadencję. Jej fiasko będzie więc miało dla Rosji konsekwencje ustrojowe – w końcu Rosja Putina to system zbudowany na udanej operacji specjalnej polegającej na przechwyceniu władzy. System będzie się musiał więc dostosować do nowej sytuacji, w którym reguły jego działania zdefiniuje operacja nieudana. Putin będzie dążył do odzyskania politycznej kontroli nad procesem politycznym prowadzącym do przedłużenia jego władzy. Ale nigdy wcześniej nie był tak osłabiony politycznie – a im dłużej trwa wojna z Ukrainą, tym będzie słabszy. Zaś jego polityczni konkurenci wcale nie muszą być zainteresowani w pomaganiu mu, aby tę wojnę wygrał. Skoro chciał się za jej pomocą umocnić, to dlaczego mają mu w tym pomagać? Bunt Prigożyna był więc prawdopodobnie zaproszeniem do negocjacji nowych warunków współpracy w ramach stworzonego przez Putina i jego „Drużynę” systemu władzy. Rozstrzygnięcie będzie musiało nastąpić w najbliższych miesiącach, w każdym razie przed marcem przyszłego roku, gdy będzie musiał się dokonać wybór nowego prezydenta Rosji. Trwa wiec wyścig z czasem. Nawet jeśli Putin liczy, że zwycięstwo z Ukrainą spowoduje zamieszanie polityczne związane z kampanią wyborczą w Stanach Zjednoczonych, to ze względu na wewnątrzpolityczny zegar w Rosji nie będzie miał tyle czasu, aby móc je ewentualnie zdyskontować na swoją korzyść. Dla Putina wojna zakończyła się fiaskiem i trwa już za długo. Im dłużej zaś trwa, tym bardziej degraduje się jego autorytet. Ten obrót wydarzeń nie musi napawać troską wszystkich uczestników procesów politycznych w Rosji. Zwłaszcza tych zainteresowanych zmianą politycznych reguł, jeśli nie przywództwa.

pism.pl


Większość liderów świata arabskiego uznaje Hamas za przedłużenie destabilizujących wpływów Iranu na Bliskim Wschodzie, ale jednocześnie sprzyja aspiracjom państwowym Palestyńczyków. Podejście to znalazło odzwierciedlenie w ich reakcjach na wydarzenia. Jedynymi państwami regionu, które jednoznacznie potępiły atak Hamasu (dopiero, gdy pojawiły się detale dotyczące losów ofiar), były Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn. W pozostałych przypadkach krytyka ograniczyła się do wyrażenia sprzeciwu wobec ataków na cywilów. Towarzyszyło jej jednak podkreślenie, że obie strony powinny przestrzegać prawa międzynarodowego, krytyka oblężenia Gazy, wskazywanie na trwające od lat izraelskie prowokacje oraz nawoływania do wdrożenia rozwiązania dwupaństwowego, by trwale zakończyć konflikt.

Najmniej krytyczne wobec Hamasu (nie licząc gloryfikującego go stanowiska reżimu syryjskiego) były władze Algierii i Kataru, które opisują atak jako efekt wieloletnich naruszeń praw Palestyńczyków przez Izrael i konsekwencję braku perspektyw zakończenia okupacji Palestyny.

Egipskie władze prowadziły rozmowy na temat możliwości zakończenia eskalacji z regionalnymi przywódcami, w tym prezydentem Palestyny Mahmudem Abbasem, administracją USA i sekretarzem generalnym ONZ. W związku z całkowitym zamknięciem granicy między Strefą Gazy a Izraelem Egipt będzie miał ponadto kluczowe znaczenie dla przekazania ludności Gazy koniecznej pomocy humanitarnej, żywności i wody. Dokonane przez Izrael bombardowania palestyńskiej strony przejścia granicznego w Rafah uniemożliwiły jednak przekazanie przygotowanego przez Egipt we współpracy z Jordanią konwoju, m.in. ze sprzętem medycznym, lekami i żywnością. Podczas rozmów doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Jake’a Sullivana z przedstawicielami Egiptu i Izraela Egipt odrzucił możliwość otwarcia granic dla uchodźców z Gazy mimo nacisków USA, podkreślając, że mogłoby to zagrozić prawu Palestyńczyków do zachowania swojej ziemi. Przywódcy Egiptu postrzegają ponadto potencjalny napływ uchodźców z Gazy jako zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.

Wraz ze wzrostem liczby ofiar oblężenia Gazy rośnie ryzyko, że wspierany przez Iran libański Hezbollah dołączy do walk przeciwko Izraelowi, by utrzymać wizerunek głównego aktora tzw. osi oporu wobec Izraela. Szanse na to zwiększy też zapowiadana lądowa inwazja Izraela na Strefę Gazy. Przemawia za tym także wzrost napięć na południowej granicy Libanu w ostatnich miesiącach. Kryzys polityczny i gospodarczy w Libanie wpłynął jednocześnie na spadek poparcia dla Hezbollahu, a rozprzestrzenienie się walk na terytorium tego państwa mogłoby wpłynąć na izolację ugrupowania na wewnętrznej scenie politycznej.

By ograniczyć ryzyko ataku ze strony Hezbollahu, Izrael zbombardował lotniska w Damaszku i Aleppo, skąd docierały dostawy irańskiej broni. Utrudni to także potencjalne działania innych wspieranych przez Iran milicji operujących w Syrii, szczególnie w świetle doniesień o rosnącej obecności bojowników i sił reżimu Asada w pobliżu wzgórz Golan.

Wzrosło także napięcie w Jordanii, gdzie co najmniej 50% społeczeństwa ma palestyńskie korzenie. Relacje z Izraelem pogarszały się od czasu, gdy władzę przejęły tam skrajnie prawicowe partie nawołujące m.in. do wyburzenia meczetów w Jerozolimie, nad którymi pieczę sprawuje jordańska rodzina królewska. 13 października w Ammanie miały miejsce propalestyńskie demonstracje, które zgromadziły tysiące osób.

Katar, który ma bliskie relacje z Hamasem, zaangażował się w mediacje na temat wymiany więźniów, jednak dotychczas Izrael odrzuca możliwość negocjacji z Hamasem. Monarchia zgodziła się też zablokować 6 mld dol., które miały zostać uwolnione dla Iranu w związku z wymianą więźniów z USA. Ma to jej pozwolić utrzymać neutralny wizerunek, a co za tym idzie – zwiększyć szansę na odegranie istotnej roli w mediacjach dotyczących rozwiązania konfliktu.

Arabia Saudyjska także usiłuje włączyć się w mediacje. Jej priorytetem jest uniknięcie zmonopolizowania kwestii palestyńskiej przez Iran. Dlatego w swoim stanowisku odniosła się do izraelskiej okupacji jako przyczyny ataku Hamasu, a cztery dni po ataku Muhammad bin Salman, książę koronny Arabii Saudyjskiej, odbył blisko godzinną rozmowę z prezydentem Iranu Ibrahimem Raisim.

Prezydent Emiratów Muhammad bin Zaid rozmawiał m.in. z prezydentem Egiptu i premier Włoch Giorgią Meloni, by podkreślić potrzebę działań dyplomatycznych na rzecz deeskalacji w Gazie. ZEA – dzięki rozwijającym się relacjom z Izraelem, a także jednoznacznie krytycznej polityce wobec organizacji islamistycznych – są tym państwem arabskim, które może być postrzegane przez Izrael jako najmniej stronnicze. Stanowiska zarówno Hamasu, jak i Izraela wskazują jednak, że dotychczas nie ma przestrzeni na rozmowy o zawieszeniu broni.

pism.pl