poniedziałek, 9 października 2023



Grzegorz Sroczyński: Kto wygrywa w internetach?

Michał Fedorowicz: Opozycja. Algorytm ją częściej promuje i częściej wyświetla użytkownikom. Tusk ma dzisiaj najlepszy polityczny internet, drugi jest Morawiecki, a Mentzen już nie istnieje.

Dlaczego Tusk jest taki dobry?

Naturalny talent. Jest tak samo sprawny w sieci jak Donald Trump, obaj potrafią tworzyć twitterowe one-linery. Tego się nie da nauczyć, wymyślić, nie ma od tego żadnej agencji. Natomiast Morawiecki jest dziś jedynym łącznikiem między PiS-em a użytkownikami. Bez niego PiS-u w sieci nie ma.

Tydzień przed wyborami co w internecie się dzieje?

Aktorzy odgrywają swoje dobrze znane role bez specjalnej finezji. W tej kampanii wyborczej wszystko jest do bólu przewidywalne, ale jednak nowy jest poziom nienawiści. Użytkownicy mediów społecznościowych zostali kompletnie odrealnieni. Następna tak toksyczna stacja to Stany Zjednoczone. W Europie tego nie ma. Poza Polską.

Bo PiS i PO podkręcają polaryzację?

Oni nie mają już nad tym kontroli. My jako społeczeństwo nie decydujemy o polityce, bo życie polityczne w Polsce jest sterowane przez algorytm twittera.

Sterowane?

Nie przesadzam. Dyskurs społeczno-polityczny w naszym kraju nie powstaje w sztabach wyborczych, gabinetach politycznych, redakcjach czy think-tankach, tylko jest tworzony przez zagraniczny koncern, który tak naprawdę zajmuje się dostarczaniem rozrywki. W pogodni za zasięgami i lajkami, które pozwalają docierać do wyborców, partie polityczne dostosowały się do algorytmu, a nie odwrotnie. Polskim politykom może się wydawać, że kreują jakieś tematy - otóż nie. To algorytm wybiera.

Wybiera co?

Na przykład nienawiść. Implementacja nienawiści w polskiej sieci następuje na niespotykaną skalę, osiągnęliśmy mistrzostwo świata w hejcie w mediach społecznościowych. W dodatku twitter bardzo się zmienił i premiuje dynamiczną agresywną komunikację.

Zmienił się za Muska?

Tak. W Polsce twitter jest głównym narzędziem dla tradycyjnych mediów i podstawowym źródłem informacji dla dziennikarzy, liderów opinii, a on wszystko selekcjonuje po swojemu, uczy się niesamowicie szybko, bo przecież to sztuczna inteligencja. Polscy politycy nie decydują, jakie tematy są ważne. Muzeum Historii Polski to powinna być wielka pisowska impreza. I co? Nic, zero emocji, temat został zabity przez algorytm. Platforma mówi o ważnych rzeczach - dzisiaj na przykład o zerowym VAT na książki. Książka? Czytanie? Algorytm to natychmiast kiluje. Ta kampania pokazuje, że nasze życie polityczne nie należy do nas. Wszyscy mówią: polaryzacja to, polaryzacja tamto, a bo PiS polaryzuje, a bo Tusk polaryzuje, strategia taka, strategia siaka, gadka-szmatka, bo to żadna strategia, tylko algorytm. Nic więcej.

W sensie że polaryzacja to nie jest tak naprawdę ich pomysł?

Może jest, ale oni i tak muszą docierać do odbiorców w ten sposób. Jeśli Trzecia Droga osiągnie dobry wynik w wyborach - 12-15 procent - to będzie oznaczało, że ludzie wylogowują się z mediów społecznościowych, opuszczają system. Bo dopiero opuszczenie systemu twitterowego oznacza, że wracasz do innego stanu umysłu.

Twitter naprawdę jest taki ważny w Polsce? Przecież tych czynnych użytkowników jest u nas tylko około miliona.

Twitter jest jak „Gazeta Wyborcza" w 1990 roku. Ma funkcję kreacyjną. Algorytm jest dziś odpowiednikiem demiurgów III RP. To pierwsza kampania wyborcza, w której nie sztaby ustalają, co chcą powiedzieć, tylko algorytm im mówi, co mają robić.

I kiedy to się stało?

Punktem zwrotnym były lipcowe zamieszki we Francji. Morawiecki i Tusk zobaczyli, że działając w tak zwanym real-time marketingu - czyli używając zamieszek do polityki krajowej i tworząc spoty na temat bieżących wydarzeń - uzyskali niespotykane wcześniej zasięgi. Tylko na koncie Morawieckiego pięć milionów wyświetleń spotu, że w Polsce spokojnie, a we Francji chaos. I potem spot Tuska dotyczący sprowadzania imigrantów - też od razu pięć milionów. W tym momencie pogoń za zasięgami ruszyła bez ograniczeń. I to nie jest ich wina. Wina jest dziennikarzy, którzy większość czasu spędzają na twitterze, tworzą tam swoje metawersum i wydaje im się, że w ten sposób wszystko wiedzą. Wina jest koncernów medialnych, które po prostu drukują linki i to się dobrze sprzedaje.

Te wszystkie artykuły, kto co napisał na twitterze i kto co odpisał?

Politycy godzinami tam siedzą i tworzą własne przekazy, a na końcu - i to jest najlepsze - algorytm najbardziej agresywne komunikaty Morawieckiego pokazuje wyborcom Tuska, a najostrzejsze komunikaty Tuska są pokazywane wyborcom Morawieckiego. Po to, żebyśmy krytykowali i wchodzili w interakcje. Algorytm żyje i rozkwita wtedy, kiedy wymusi interakcje, jeśli coś ich nie wywołuje - wtedy temat jest kilowany. Dawaj, zadowolę cię! To cię wkurzyło i uruchomiło? To super, pokaże ci tego więcej! I jeszcze, jeszcze, jeszcze! Więc mamy w Polsce kampanię, która jest sterowana niemal wyłącznie przez algorytm.

Podkręcony przez Muska w stronę toksycznych emocji?

To nie są emocje. Emocje to czujemy na meczu, na randce albo w kinie. A tutaj mówimy raczej o strzałach dopaminowych, które mają przytrzymać nas przy czynności, która do niczego nie jest nam potrzebna. Powtórzę: dzisiaj demiurgiem polskiego życia politycznego jest algorytm twittera.

Dlaczego u nas tak jest, a we Francji jednak nie?

Bo nigdy nie byliśmy społeczeństwem, które masowo protestuje i potrafi aktywnie uczestniczyć w polityce. Bunty uliczne, związki zawodowe - tego u nas niemal nie ma. Milionowy marsz to w wielu krajach codzienność, a u nas kilkaset tysięcy to wielka sensacja. Twitter jest idealnie dopasowany do naszych aspołecznych skłonności. Na twitterze każdy może zaprotestować i wcale nie musi się organizować, ani wychodzić na ulicę. Siedzi bezpiecznie w swojej własnej przestrzeni.

W polskich mediach społecznościowych nienawiść stała się niemal biologiczna. Użytkownicy twittera nie uznają drugiej strony za przeciwnika politycznego, tylko za wrogie plemię, które należy zniszczyć. I nie jest to wina tych ludzi. Wracam do algorytmu: nie jest naszą winą, co on nam wyświetla. Nie jest naszą winą, jakie tweety widzimy najczęściej. W każdym eksperymencie, kiedy kogoś bombardujesz określonymi treściami, to staje się podatny.

Analogowy totalitaryzm - tak go nazwijmy - polaryzował ludzi klasycznie poprzez radio, prasę, telewizję. Był jednokierunkowy. Nie dostawał informacji zwrotnej. I dlatego w pewnym momencie zbankrutował, bo się nie uczył. Natomiast dzisiejszy algorytm totalitarny potrafi się uczyć. Orwell w "Roku 1984" wymyślił rytuał odbywający się w państwie Oceanii, który nazwał Dwie Minuty Nienawiści. Dziś mamy ten rytuał 24h/7. Wchodzisz w świat polityki, kiedy jesteś zdenerwowany, zły, no i sobie jedziesz. Problem z dziewczyną, chłopakiem? Wyżyjesz się. Problemy w pracy? Wyżyjesz się. Polityka jest do tego fantastyczna. Jak zaczynasz tę grę, to dostajesz bonus na wejście - tak samo jak w kasynie, gdzie pierwszy raz wygrywasz. Pierwsze 5-10-15 tweetów o polityce ma niesamowite zasięgi, a potem zasięgi będą spadać, czyli będziesz jeszcze bardziej się nakręcał, żeby znowu dobić do tamtych poziomów. Wchodzisz w jakąś dyskusję polityczną, podpalasz świat, wychodzisz. W tej grze wszyscy się leją, no to też coś dopiszę. Obecnie sytuacja jest taka, że coraz więcej ludzi wylogowuje się z tego systemu.

Wylogowuje?

Lewicy na twitterze właściwie nie ma, z wyjątkiem paru liderów. Trzecia Droga - kompletnie nieobecna. Duża część Konfederacji też już wymiękła. Zostają dwa duże bloki, naparzają się, a reszta wylogowuje się z systemu. Leczy się.

Leczy?

Nie nadążają za tym tempem. Codziennie musisz dowalić do pieca więcej i więcej, codziennie musisz być o kilka procent bardziej. To trochę jak na imprezie, przecież nie wszyscy imprezują do samego końca, część idzie wcześniej do domu.

Politycy wiedzą, że jeśli nie przebiją się z komunikatem przez algorytmy mediów społecznościowych, to ich praca jest bez sensu. I wygrywa ten, który dorzuci więcej. Ale nie jest prawdą, że oni wszyscy są tacy sami. Oni stają się tacy sami, bo w mediach społecznościowych trzeba być twardym zawodnikiem.

Czyli „Tusk sprzedał Polskę", „Tusk to sługus Niemiec" robione jest pod algorytm? Tak samo jak „Kaczyński to morderca kobiet"?
Wyświetla się? To znaczy że jest dobrze. A skoro jest dobrze, to dajmy więcej. W tym nie ma żadnej głębszej analityki. Funkcję analityka pełni algorytm, złapał, czy nie złapał. To jest jak z ćpaniem, diler będzie ci dostarczał amfę, aż dostaniesz zawału albo paraliżu.

Wtedy algorytm szuka czegoś innego?

Coś przestaje się klikać, więc on zaczyna dilować czymś innym.

I w tej kampanii wyborczej nienawiść najlepiej się klika?

Klikała. Teraz u Tuska największe zasięgi mają posty lifestylowe, czyli jak jest dziadkiem, przytula wnuki albo psa. A u Morawieckiego dobrze sprawdza się, jak mówi o rozwoju gospodarczym. Tyle że oni nie zwracają już na to uwagi. Wydaje im się, że cały czas trzeba dokładać do pieca więcej i więcej.

Uczą się wolniej niż algorytm?

Być może po marszu Platforma zmieniła nieco strategię komunikacji i od paru dni wyświetla miłe filmy. PiS podobno też chce zmienić strategię, może system się przegrzał.

I końcówka kampanii będzie mniej toksyczna?

Nie. To nie jest tak, że teraz oni zrobią kampanię pozytywną. To jak z odstawieniem heroiny, występują drgawki i potrzebna jest cała terapia. Poważna sprawa. Idź i wytłumacz jednej oraz drugiej grupie, że teraz będziemy mniej dawać do pieca. Jak będzie mniej, to oni poczują się znudzeni i opuszczą system. Zresztą algorytm na to nie pozwoli. Jak z narkotykami. Wydawało się, że heroina jest straszna i na maksa uzależnia, no to pojawił się fentanyl. Algorytm musi cię utrzymać w systemie nie na zasadzie biernego odbiorcy, tylko masz wyświetlać, klikać i nie przewijać. Reagować.

A co może być tym jeszcze gorszym fentanylem?

W tym sezonie politycznym? Wydaje mi się, że już nie będzie niczego więcej. Jesteśmy podkręceni na maksa. Kolejny poziom to już walki MMA w każdym okręgu wyborczym i pojedynki jedynek na pięści.

Czyli na nienawiści dojedziemy do 15-go października?

Wtedy nastąpi wyresetowanie i nowy wybuch. 15-go wieczorem w zależności od wyników każdej ze stron algorytm dostarczy eksplozję, bo bez względu na to, kto wygra, druga strona dostanie przekaz, że sfałszowano wybory. I pojawi się wezwanie do kontruderzenia, czyli to co widzieliśmy w Brazylii albo w Stanach. Zostaliśmy uwięzieni w autorytaryzmie algorytmu, który będzie na nas wymuszał zachowania dla nas obce, inne, nowe. Wchodzimy na nieznane lądy. I jesteśmy w tym bardzo nowocześni, bo rzeczy zastosowane w 2015 roku w kampanii w Polsce zostały zastosowane w Stanach Zjednoczonych rok później, wiele agencji się tutaj kręciło i testowało u nas rozwiązania. Wybory w przyszłym roku w Stanach będą tym, co dziś się dzieje w Polsce razy sto. Wchodzimy w taką strefę, że będziemy testować, czy algorytm wyprowadzi ludzi na ulicę, czy nie, czy narrację o sfałszowanych wyborach algorytm uzna za tak atrakcyjną, że ją chwyci i podkręci. W Brazylii tak było. Algorytm wyświetlał ludziom, żeby wychodzili na ulicę. I żadnych zniuansowanych komunikatów nie pokazywał. Wystarczy, że potraktuje tak jedną grupę - tę bardziej skłonną do działania. A wygrana większość będzie to biernie obserwować. Potem nastąpi przerażenie, przeładowanie i wyciszenie emocji politycznych, bo doprowadzą one do wrzenia. I algorytm się sam naprawi, wtedy cykl zaczyna się od nowa, tylko na wyższym poziomie. System opiera się na narkotykach emocjonalnych i kolejna wersja dostosuje odpowiednio dawki, żeby stan pobudzenia trwał dłużej, ale pacjent nie zwariował.

Kto wygra te wybory?

Wszyscy przegrają. PiS przegra, bo nie będzie miał większości, Platforma - bo najprawdopodobniej dojedzie do mety druga. Przegra Konfederacja, bo zachłyśnięta sama sobą nie prowadzi porządnej kampanii, przegra trochę Lewica i Trzecia Droga, bo nie dowiozą tyle, ile by chciały. I przede wszystkim przegramy my, bo będziemy się jeszcze bardziej nienawidzieć. Natomiast wygrają wszystkie platformy mediów społecznościowych, bo zarobią kilkadziesiąt milionów, mamy w Polsce największe wydatki na kampanię w mediach społecznościowych ever. 

***

Michał Fedorowicz (1981) jest prezesem Instytutu Badań Internetu i Mediów Społecznościowych. Ekspert w dziedzinie kontroli wizerunku marki w Internecie i komunikacji kryzysowej.

gazeta.pl

niedziela, 8 października 2023



Hamas przeprowadził niespodziewany atak naziemny i powietrzny na Izrael, co oznacza największą eskalację między obiema stronami od dziesięcioleci. Setki bojowników Hamasu przedostały się ze Strefy Gazy na terytorium Izraela i 7 października zaatakowały pobliskie posterunki graniczne, obiekty wojskowe i obszary mieszkalne. Grupa przez cały dzień prowadziła serię ataków rakietowych na dużą skalę ze Strefy Gazy na terytorium Izraela. W ramach tej operacji do tej pory rannych i zabitych zostało setki izraelskich cywilów. Izraelscy przywódcy odpowiedzieli, opisując atak jako akt wojny i dali wszelkie oznaki, że zareagują zdecydowanie. Poprzednie wzorce reakcji Izraela sugerują, że Izrael prawdopodobnie przeprowadziłby operację lądową w Strefie Gazy, mającą na celu całkowite rozbicie Hamasu. Przywódcy Hamasu prawie na pewno rozważali tę dużą możliwość podczas planowania ataku. Nie mają jednak powodu wierzyć, że mogliby skutecznie obronić się przed taką operacją, biorąc pod uwagę względną siłę izraelskiej armii. Ta obserwacja rodzi pytanie: jaka jest teoria zwycięstwa Hamasu? To specjalne wydanie bada trzy możliwe wyjaśnienia – z których żadne nie wyklucza się wzajemnie – które mogą kierować obecnymi działaniami Hamasu.

1. Przywódcy Hamasu mogą spodziewać się, że konflikt, który wywołali, rozszerzy się i obejmie inne bojówki palestyńskie, a także Iran i jego tak zwaną „Oś Oporu”. Irańscy przywódcy używają tego terminu – Osi Oporu – do opisania swojego międzynarodowego systemu partnerskiego, składającego się z podmiotów państwowych, półpaństwowych i niepaństwowych. Ta koalicja obejmuje libański Hezbollah, syryjski reżim Bashara al Assada, jemeński ruch Houthi i niezliczone bojówki działające w Bahrajnie, Iraku, Palestynie i Syrii, a wszystko to Iran wspiera finansowo, materialnie i politycznie. Inne wspierane przez Iran bojówki palestyńskie wyraziły gotowość przyłączenia się do walki z Izraelem, jednak w tej chwili nic nie wskazuje na to, że w konflikt zaangażowani są niepalestyńscy członkowie Osi Oporu. Niemniej jednak Oś Oporu jest dobrze przygotowana do interwencji, jeśli jej przywódcy tak zdecydują, biorąc pod uwagę jej ślady militarne w Libanie, Syrii i na Zachodnim Brzegu. W rzeczywistości okrążenie Izraela było jedną z kluczowych motywacji Iranu do szeroko zakrojonych inwestycji we wspieranie zastępczych i partnerskich bojówek w tych lokalizacjach. 

Fakt, że Hamas rozpoczął swoją działalność w rocznicę wojny Jom Kippur w 1973 r., uwiarygadnia możliwość, że spodziewa się on wsparcia ze strony innych przeciwko Izraelowi. Jedną z kluczowych cech tej wojny było to, że niespodziewany atak Egiptu zwiastował wojnę na wielu frontach.

2. Hamas mógł oprzeć swoje obecne działania na myśleniu irańskich przywódców o pokonaniu Izraela. Generał dywizji Hossein Salami – dowódca irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) – przedstawił w sierpniu 2022 r. najbardziej jednoznaczne stwierdzenie irańskiego urzędnika na temat sposobu zniszczenia Izraela. Salami bagatelizował rolę dronów i rakiet, i zamiast tego opowiadał się za tym, aby libański Hezbollah i bojówki palestyńskie prowadziły więcej operacji naziemnych i walk miejskich na terenie Izraela. Salami zapewnił, że takie działania spowodują wewnętrzne przesiedlenia i sieją chaos, co ostatecznie zdestabilizuje Izrael i doprowadzi do jego upadku. W tym kontekście godna uwagi jest decyzja Hamasu o przeprowadzeniu ataku lądowego na Izrael i sposób, w jaki do tego doszło. Grupa bezkrytycznie zabijała, maltretowała i porywała cywilów w miastach, do których docierali jej bojownicy, oraz zamieszczała w Internecie zdjęcia i filmy przedstawiające te czyny, prawdopodobnie po części po to, aby zaszczepić terror wśród Izraelczyków.

3. Hamas mógł próbować zakłócić negocjacje prowadzone pod przewodnictwem USA w celu normalizacji stosunków między Izraelem a Arabią Saudyjską. Atak na Izrael, co zrozumiałe, ponownie skupił uwagę międzynarodową na dynamice między Izraelem a Palestyną. Saudyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało 7 października oświadczenie, w którym opowiada się za sprawą palestyńską i potwierdza wsparcie Rijadu dla rozwiązania dwupaństwowego. Ten atak i wszelkie skutki, które z niego wynikną, prawdopodobnie skomplikują rozmowy normalizacyjne i mogą je opóźnić lub nawet przerwać.

Jednym z najniebezpieczniejszych kierunków działań, jaki Iran mógłby podjąć, byłoby wykorzystanie w jakiś sposób izraelskiego skupienia się na Strefie Gazy w nadchodzących dniach i tygodniach. Przywódcy irańscy niemal na pewno będą szukać okazji do wykorzystania konfliktu, nawet jeśli nim nie kierowali. Iran mógłby wykorzystać odwrócenie uwagi Izraela, przenosząc zaawansowane systemy wojskowe do Libanu i Syrii lub poczynając znaczące postępy w swoim programie nuklearnym. Scenariusz ten jest obecnie mniej prawdopodobny niż inne, jednak zasługuje na rozważenie, ponieważ mógłby stworzyć warunki dla jeszcze bardziej znaczącej eskalacji lub zmian geopolitycznych. Incydenty takie jak atak Hamasu nie ograniczają się już do bezpośredniego obszaru, w którym mają miejsce. Każde z nich niesie obecnie potencjał przekształcenia się w większe zjawisko, które będzie miało skutki na całym Bliskim Wschodzie, a nawet poza nim.

Stany Zjednoczone i ich sojusznicy muszą zachować czujność wobec niebezpieczeństwa, że ​​Iran i jego partnerzy mogą dążyć do rozszerzenia kryzysu spowodowanego atakami Hamasu na Izrael, i muszą unikać tendencji do skupiania się na Strefie Gazy i bezpośredniej reakcji Izraela na ten atak. Iran od lat realizuje na Bliskim Wschodzie ofensywną strategię mającą na celu m.in. wydalenie Stanów Zjednoczonych, (...). Atak Hamasu z 7 października mógłby być częścią tego większego wysiłku.

understandingwar.org


Sprawa wygląda jednak zupełnie inaczej, jeżeli poddać analizie osiągnięcia Chińczyków przy wykorzystaniu importowanych maszyn. Właśnie to postaram się Państwu przybliżyć w niniejszej części.

Fabryki

Do tej pory w artykule używana była zbiorcza nazwa „czipy” czy „układy scalone”, jednak w tym momencie konieczne jest rozróżnienie poszczególnych rodzajów układów scalonych, gdyż czip czipowi nierówny (dziwne, w Reutersie o tym nie pisali). Współczesne komputery w przerażającej większości zbudowane są na zasadzie architektury Von Neumanna. Tak, wiem, brzmi to strasznie. W rzeczywistości jest jednak bardzo proste. Chodzi o to, że układ scalony, który liczy i przetwarza informacje (procesor), jest odseparowany od układu scalonego, w którym te informacje są przechowywane (pamięć). Żeby zrobić komputer, potrzeba więc dwóch czipów – procesora oraz pamięci. Analitycy głównie skupiają się na tej pierwszej kategorii, ale proszę wyobrazić sobie, jak działałby taki komputer bez pamięci. Przydatna może się okazać analiza przypadku pana Henry’ego Molaisona, który w 1953 r. został poddany eksperymentalnej procedurze leczenia padaczki. Mianowicie, lekarz wyciął mu z mózgu oba hipokampy, czyli strukturę, która odpowiada za przenoszenie (nazywane czasami konsolidacją) informacji z pamięci krótkotrwałej do długotrwałej. Mózg pana Molaisona po zabiegu funkcjonował bardzo dobrze, poza drobnym szczegółem – nie był w stanie zapamiętać niczego na dłużej niż parędziesiąt sekund (co ciekawe, napady padaczkowe zelżały). W podobny sposób działałby nasz komputer bez pamięci. Wśród rodzajów układów scalonych wyróżniamy:

Układy logiczne

Do nich zaliczane są procesory, karty graficzne, układy przeznaczone do treningu sieci neuronowych. Za każdym razem, kiedy czytamy nagłówki „Samsung zaprezentował światu pierwszy czip w technologii 3 nm”, to właśnie pod nazwą „czipy” kryją się układy logiczne. Ciekawostką jest, że tak jak kiedyś „nanometry” odpowiadały rozmiarom tranzystorów, tak już od ponad 20 lat nie mają z nimi nic wspólnego. Jest to wyłącznie nazwa marketingowa. To właśnie o nie w głównej mierze toczy się gra. Obecnie istnieją tylko trzy firmy, które walczą o prymat w dziedzinie produkcji najbardziej zaawansowanych procesorów: TSMC (Tajwan), Samsung (Korea Południowa), które mają komercyjnie dostępne technologie 3 nm, oraz Intel (USA), który został niebezpiecznie w tyle, bo cały czas tkwi na 7 nanometrach. Każda z tych firm posiada inny model biznesowy. Sukces TSMC, które z prawie 60-procentowymi udziałami na rynku procesorów jest bezapelacyjnie najważniejszą firmą produkującą układy logiczne, polega na tym, że skupiają się oni wyłącznie na produkcji samych czipów. W przeciwieństwie do Samsunga, który zajmuje się również projektowaniem układów scalonych, tworzeniem oprogramowania, gotowych produktów takich jak telefony, a także jest dużym graczem na rynku pamięci komputerowych.

Jak wyglądają możliwości produkcyjne Chin na rynku procesorów? Analiza samego rynku maszyn wskazywałaby, że są one mocno ograniczone i opóźnione względem Zachodu, o mniej więcej 10 lat. Tak jednak nie jest. Embargo nałożone przez Stany Zjednoczone obowiązuje dopiero od niedawna, a Chiny nie próżnowały z rozwojem swojej technologii, używając do tego zachodnich maszyn. W ChRL jest właściwie tylko jedna licząca się firma produkująca zaawansowane układy logiczne – wspomniany już wcześniej SMIC. Firmy takie jak Huawei czy HiSilicon zamawiają u niej czipy. Śmiało można myśleć o SMIC jak o chińskim TSMC, tym bardziej że Chińczycy bardzo mocno „inspirują się” technologią swoich ziomków zza Cieśniny Tajwańskiej. SMIC od 2019 r. miał już dobrze opracowaną i skomercjalizowaną technologię 14 nm, ale parę tygodni temu po cichu usunął ją ze swojej oferty. Czy są to jednak najnowocześniejsze produkty, jakie oferuje SMIC? Tutaj zaczyna się robić ciekawie, ale najpierw trochę historii. W kwietniu 2018 TSMC prezentuje światu pierwsze procesory w technologii 7 nm. Produkcja pierwszych czipów odbywa się z wykorzystaniem fotolitografii w głębokim ultrafiolecie DUV (ang. Deep Ultraviolet), jednak wkrótce na rynku pojawia się ulepszona wersja technologii – n7+. To właśnie ten moment datuje się jako pierwsze użycie naświetlania w ekstremalnym ultrafiolecie (EUV), czyli technologii, na którą monopol posiada holenderski ASML. Czas płynie, aż do pamiętnego lata roku 2022, które na zawsze zapisze się w historii mikroelektroniki. Największa firma zajmująca się analizą wsteczną układów scalonych – TechInsights – wypuszcza raport, w którym twierdzi, że z analizy, którą przeprowadzili, jasno wynika, że SMIC-owi udało się opracować technologię 7 nm. Odkryto to podczas badania dość niepozornego układu – koparki do bitcoinów. Nie jest to wysoki stopień skomplikowania procesora, ale zawsze coś. Jest to szczególnie ciekawe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że SMIC razem z Huawei został wpisany na czarną listę rządu Stanów Zjednoczonych jeszcze za kadencji Donalda Trumpa w 2020 r. Od tej pory nie mieli dostępu do technologii EUV. Jak w takim razie udało im się opracować technologię 7 nm? Raport TechInsights zawiera również odpowiedź na to pytanie. Chińczycy wykorzystali początkowe podejście TSMC, czyli użyli fotolitografii DUV w połączeniu z techniką wielokrotnego naświetlania SADP (ang. Self-Aligned Double Patterning). Zresztą, ten sam raport potwierdza, że chińskie 7 nm jest praktycznie klonem tajwańskiego procesu. Użycie SADP pozwoliło uzyskać znacznie większą precyzję bez użycia EUV. Oczywiście nie jest to doskonałe rozwiązanie. W końcu TSMC zrezygnowało z niego na korzyść EUV. Użycie SADP wprowadza komplikacje na dalszych etapach wytwarzania układu scalonego, sprawiając, że końcowy uzysk produkcyjny jest znacznie gorszy.

W takim razie, czy 7 nm to maksimum możliwości ChRL? Nie. Technicznie rzecz ujmując, dzięki wykorzystaniu DUV i SADP można osiągnąć nawet 5 nm. Ba, branżowy serwis semiwiki.com twierdzi, że dzięki zastosowaniu SAQP (ang. Self-Aligned Quadruple Patterning) – techniki używanej w produkcji pamięci Flash – można zejść nawet do 3 nm. Naturalnie, uzysk linii technologicznej bez EUV będzie dużo słabszy, a w wielkoskalowej produkcji układów scalonych to właśnie uzysk jest królem. Fragmentu o potencjalnym osiągnięciu przez Chiny technologii 3 nm nie umieszczam po to, żeby Państwa przerazić (stronnictwo antychińskie) lub dać Państwu powód do triumfalnych uśmieszków (stronnictwo prochińskie), ale żeby pokazać, że Chiny mają jeszcze pole do rozwoju, nawet bez słynnych maszyn EUV.

Technologia krzemowa to nie tylko EUV, a zjawisko sprowadzania całego procesu produkcji tylko do fotolitografii, które osobiście nazywam „fetyszyzacją ASML”, zawęża wielu osobom perspektywę. Nie oszukujmy się jednak. Użycie metody DUV + SAQP prędzej można porównać z chwytaniem się brzytwy niż z rzeczywistą próbą nadgonienia luki technologicznej.

Pamięci DRAM

Pamięć DRAM (ang. Dynamic Random Access Memory) to rodzaj pamięci szybkiej, ale mało pojemnej i drogiej. Na świecie liczy się tylko trzech producentów: Samsung oraz SK Hynix (Korea), a także Micron Technology (USA). Procesy wytwarzania układów pamięciowych i logicznych znacznie się różnią. Podstawowa komórka pamięci DRAM składa się z tranzystora oraz olbrzymiego, w porównaniu z nim, kondensatora. Mimo że czasami do opisu technologii DRAM także używa się metryki „nanometrów”, nie można porównywać ich z tymi znanymi z układów logicznych. Do niedawna najbardziej zaawansowane pamięci DRAM były produktami Microna, który w 2022 r. wprowadził na rynek układy scalone w technologii 1β (12–13 nm), wykonane jeszcze bez użycia EUV. Natomiast w maju tego roku Samsung, który już korzysta z EUV na potrzeby wytwarzania swoich procesorów, ogłosił rozpoczęcie produkcji wielkoskalowej w 12 nm. Chińskie CXMT (ChangXin Memory Technologies), czyli największy rodzimy podmiot specjalizujący się w produkcji pamięci DRAM, rok temu chwalił się opracowaniem 1y (16–17 nm). Oznacza to, że są oni trzy generacje za światową czołówką, czyli około 5 lat. Ponadto źródła koreańskie mówią, że uzysk CXMT nawet w przypadku starszej technologii pozostawia wiele do życzenia, co przekłada się na żałośnie słabą pozycję nawet na domowym rynku – około 1%. Sytuacja może ulec poprawie, gdyż miesiąc temu Chiny ogłosiły, że „Micron stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”, praktycznie eliminując jednego z największych graczy z ich rynku.

Pamięci Flash

Innym rodzajem układów pamięciowych są pamięci Flash. Jest to typ pamięci bardzo wolnej, ale taniej i pojemnej. Takie układy można znaleźć w dyskach SSD, pamięciach USB itp. Rynek pamięci Flash rządzi się innymi zasadami niż rynek procesorów i pamięci DRAM. Próg wejścia jest mniejszy, a to powoduje, że gra się tam brutalniej, konkurencja jest większa, zyski mniejsze i liczy się przede wszystkim parametr bit/dolar, czyli możliwie największa pojemność przy najmniejszym możliwym koszcie. Oprócz Samsunga, SK Hynix oraz Microna w produkcji pamięci Flash liczą się także Western Digital (USA) i Kioxia (Japonia). W Chinach zajmuje się tym przedsiębiorstwo założone w 2016 r. (!) – YMTC (Yangtze Memory Technology Corporation). Jak wygląda YMTC na tle swoich zachodnich konkurentów? Powiedzieć, że wyglądają dobrze, to jak nie powiedzieć nic. W listopadzie 2022 r., kiedy wszyscy pracowali jeszcze nad opracowaniem pamięci Flash z ponad 200 warstwami (im więcej warstw, tym większa pojemność), Chińczycy zaprezentowali światu pierwszy czip w technologii 232 warstw. Tak, przez pewien czas byli najlepsi na świecie. Byli tak dobrzy, że Apple zamawiało u nich pamięci do ich Iphone’ów. Jeżeli da się wskazać dwa wydarzenia, które bezpośrednio doprowadziły do nałożenia embarga na Chiny, to jednym było odkrycie technologii 7 nm w jednym z chińskich czipów, a drugim była właśnie rosnąca potęga YMTC. Niektórzy analitycy przewidywali, że bez żadnych zewnętrznych interwencji pod koniec 2025 r. YMTC posiadałoby 6% globalnego rynku i zaczęło poważnie zagrażać największym firmom. Nie podlega wątpliwości, że amerykańskie sankcje, brak dostępu do zaawansowanych maszyn oraz zachodnich rynków nieprawdopodobnie zaszkodzą YMTC, które będzie szybko tracić na znaczeniu.

Wykwalifikowana siła robocza

Do tej pory, w pierwszej części tekstu oraz powyżej, omówione zostały stosunkowo mało istotne rzeczy: maszyny, fabryki, oprogramowanie. Absolutnie najważniejszym elementem całej układanki jest, jak to lubią mówić ludzie patrzący na świat z perspektywy Excela, kapitał ludzki. W przemyśle wysokich technologii, jakim bez wątpienia jest sektor półprzewodników, liczy się przede wszystkim przewaga technologiczna. A ona nie powstaje w fabrykach, tylko na uniwersytetach, politechnikach i w instytutach naukowych. W dobrych gospodarkach akademia i przemysł high-tech powinny wzajemnie się napędzać: dobre uczelnie kształcą dobrych specjalistów, którzy znajdując zatrudnienie w przemyśle, zapewniają przewagi konkurencyjne i wypracowują zysk, którego część jest inwestowana w uczelnie. Niestety, bardzo często analizy sektora półprzewodnikowego ograniczają się wyłącznie do perspektywy ekonomicznej – nakładów kapitałowych, zysków, pozycji na rynku itp., traktując go jako przemysł motoryzacyjny czy spożywczy. Kardynalny błąd!

Stany Zjednoczone mają prawdopodobnie jeden z najlepszych ekosystemów badawczo-rozwojowych na planecie. Mowa tutaj nie tylko o jakości kształcenia w ośrodkach takich jak MIT, UC Berkeley, Caltech, lecz także o liczbie start-upów, efektywności transferu technologii, powiązań między nauką i biznesem. W porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi w Chinach ten system dopiero raczkuje. Chociaż chińskie uczelnie pną się w rankingach i na ten moment mogę wymienić wyśmienite ośrodki akademickie – pekiński uniwersytet Tsinghua czy Hong Kong University of Technology – cały czas nieznacznie odstają od amerykańskiej czołówki. Dodatkowo, średni poziom kształcenia mikroelektroników jest bardzo zaburzony przez tę garstkę uniwersytetów, która oferuje kształcenie na światowym poziomie. Sytuacja nie jest już tak korzystna, jeżeli wyjdziemy poza bańkę 10 najlepszych chińskich ośrodków.

Stany Zjednoczone mają do swojej dyspozycji jeszcze sekretną broń. Jaką? Tak, jak wszystkie największe firmy półprzewodnikowe mają fabryki w Azji, tak większość ośrodków badawczo-rozwojowych usytuowana jest w Stanach Zjednoczonych. Muzułmanie mają Mekkę, mikroelektronicy mają Stany Zjednoczone. Każdy młody student elektroniki, który chce związać swoją przyszłość z układami scalonymi, niezależnie czy pochodzi ze Stanów, Indii, Europy, Japonii czy właśnie Chin, marzy, żeby wyjechać do USA, bo tam ma gwarancję, że będzie miał do czynienia z najnowszą technologią. Dopóki Stany Zjednoczone będą wiodły prymat w badaniach i rozwoju, dopóty będzie następował drenaż mózgów. Pasjonaci, najlepsi, najwytrwalsi, jak ćmy do płomienia lecą do słonecznych plaż Kalifornii, żeby poświęcić najproduktywniejszy czas w życiu na pracę w Stanach, gdzie będą wypracowywać zysk dla podłego amerykańskiego kapitalisty. Koszty kształcenia tych młodych ludzi ponoszą kraje pochodzenia, natomiast zyski czerpie USA. Można to zobaczyć, obserwując, jakie narodowości dominują w amerykańskich firmach (spoiler alert: Chińczycy i Hindusi). Czy jest to sprawiedliwy system? Na pewno nie uważają tak Chiny, które już od dłuższego czasu bardzo aktywnie starają się zachęcić zachodnich specjalistów do pracy w swoich korporacjach, oferując bardzo lukratywne kontrakty.

Wnioski

Pora zamknąć ten przydługi już artykuł klamrą kompozycyjną i powrócić do pytań ze wstępu zawartego w pierwszej części moich rozważań, a nawet postarać się o wyciągnięcie jakichś wniosków. Rozwój chińskiego przemysłu półprzewodnikowego jest niezwykle imponujący. Widać, że Chiny rozumieją, jak ważne we współczesnym świecie są układy scalone, a ich znaczenie będzie tylko rosnąć, dlatego nie szczędzą pieniędzy na rozbudowę tego obszaru. Można również zauważyć, że nie są to losowe, nieprzemyślane inwestycje. Wręcz przeciwnie, Państwo Środka bardzo konsekwentnie trzyma się planu, który do tej pory przynosił świetne rezultaty. A polegał on na tym, by przyjmować zachodni kapitał, głodny chińskiego rynku i tanich kosztów pracy, podpatrywać/kraść technologie, a jednocześnie budować własny przemysł i hojnie dotować krajowe badania nad technologią półprzewodnikową. Czy Chińczycy grają uczciwie? Nie. Kopiowanie, kradzież własności intelektualnej czy szpiegostwo przemysłowe cały czas mają się tam świetnie. Jednak wysoce niesprawiedliwe jest twierdzenie, że ten wzrost opiera się wyłącznie na takich praktykach. Chiny nauczyły się na błędach Związku Radzieckiego czy NRD i oprócz nadganiania, silnie inwestują w badania i rozwój. Historia YMTC dobitnie potwierdza tę tezę.

Jest tylko kwestią czasu, zanim starsze technologie (do 28 nm) padną łupem chińskich firm. Pekin już ma możliwość produkcji układów scalonych w tej technologii bez wykorzystania importowanych maszyn. A czynniki, nazwijmy je, społeczno-ekonomiczne są w Azji dużo korzystniejsze niż w Stanach czy Europie, co ostatnio dobitnie wyraził były CEO TSMC – Morris Chang: „Jeżeli maszyna zepsuje się o pierwszej nad ranem, w Stanach zostanie naprawiona rano na dziennej zmianie. Na Tajwanie będzie naprawiona o drugiej rano”. Problemem dla Chin jest jednak fakt, że wojna technologiczna nie toczy się o rynek sokowirówek czy kosiarek. Stany Zjednoczone doskonale zresztą zdają sobie z tego sprawę, dlatego sankcje dotyczą zakazu eksportu maszyn umożliwiających produkcję układów scalonych w technologii poniżej 16 nm. Embargo boli i będzie boleć Pekin tak długo, jak Amerykanie będą w stanie skutecznie wymusić jego przestrzeganie. A pokusy są ogromne. Zachodnie firmy łakomie patrzą na możliwość zarobku, kierując się przede wszystkim chęcią zysku.

Mam nadzieję, że ten tekst będzie dla Państwa pomocny przy analizie wszelkiej maści artykułów o domniemanych „przełomach w chińskiej technologii półprzewodnikowej”, których zapewne będzie pełno. Po pierwsze, dlatego że pismaki (czy pisząc ten artykuł, właśnie stałem się pismakiem?) zrobią wszystko, żeby się klikało. A po drugie Chiny będą celowo chwalić się każdym bzdetem, żeby zachodnie korporacje miały coś, czym mogą wywierać wpływ na amerykański rząd, by ten złagodził sankcje. „Patrzcie, jak nie pozwolicie nam sprzedawać, to Chińczycy sami to opracują. Już są tak blisko”. Będą to oczywiste kłamstwa, co jak mam nadzieję, dobitnie pokazuje ta analiza. Ale żądne zysku korporacje nie cofną się przed niczym. Przykładem takiego postępowania może być niedawny wywiad z CEO Nvidii w „Financial Times”, w którym stwierdza: „Jeżeli Chiny nie będą mogły kupować ze Stanów, to po prostu same sobie zrobią”. Każdy, kto choć odrobinę orientuje się w poziomie rozwoju chińskiej technologii półprzewodnikowej, wie, że musi jeszcze wiele wody upłynąć w Jangcy, zanim Chińczycy chociaż zbliżą się do poziomu Nvidii. Nie przeszkadza to jednak prezesom dużych korporacji w wywieraniu presji na rząd. Embargo spowoduje znaczące spowolnienie rozwoju chińskiej technologii, jednak wrodzona ostrożność nie pozwala mi oczekiwać totalnej zapaści. Luka technologiczna po prostu przestanie się zmniejszać. Czy należy postawić na Chinach kreskę? Jestem daleki od takiego wniosku. Półprzewodniki będą miały się relatywnie dobrze. ChRL doskonale zdaje sobie sprawę, że nie będą w tanie spełnić swoich ambicji bez własnej zaawansowanej technologii półprzewodnikowej. Nie stać ich, na niefinansowanie tej branży.

Warto też zdać sobie sprawę, że to, co w tej chwili obserwujemy, to nie jest zwykłe starcie między Chińską Republiką Ludową i Stanami Zjednoczonymi, a próbą zakontestowania całego, ukształtowanego przez lata porządku w sektorze układów scalonych. To wojna pomiędzy Chinami a „Zachodem” – USA, Koreą, Japonią, Tajwanem, Holandią czy Niemcami. Chiny będą starały się rozgrywać różnice interesów pomiędzy poszczególnymi krajami w tym niejednorodnym bloku.

(...)

nlad.pl


Celem tego tekstu jest próba odpowiedzi na pytania:
  • Jak daleko posunęły się Chiny w rozwoju swojej technologii produkcji układów scalonych?
  • Dlaczego Stany Zjednoczone nałożyły restrykcje na Chiny?
  • Kto stoi w tym starciu na przegranej pozycji? Świat Zachodu czy Państwo Środka?
Aby odpowiedzieć na te pytania, konieczny jest uprzedni opis produkcji układów scalonych. Proszę się nie martwić. Odbędzie się to w telegraficznym skrócie. Do produkcji czipów potrzebne są tylko cztery składniki:
  • maszyny,
  • oprogramowanie,
  • fabryki,
  • wykształcona siła robocza.
Analizie każdego z tych składników poświęcę kolejne fragmenty niniejszego tekstu.

Maszyny

Produkcja układu scalonego jest prawdopodobnie najbardziej skomplikowanym procesem, jaki wymyślili ludzie. Kto by przypuszczał, że technologiczna ścieżka, którą podąży ludzkość, zaczynając od budowy pieców do wypalania cegieł gdzieś w starożytnej Mezopotamii, zaprowadzi nas do czasów, kiedy możemy oglądać sobie filmiki z kotami na urządzeniu mieszczącym się w kieszeni spodni? Podobne piece używane są teraz na wielu etapach fabrykacji czipów. I tak jak kiedyś te piece uważane były za szczyt możliwości technologicznych ówczesnej cywilizacji, tak teraz o maszynach używanych w procesach czyszczenia wafli krzemowych, domieszkowania, trawienia, osadzania nanometrowych warstw oraz słynnej już fotolitografii, w której specjalizuje się europejski gigant – ASML – można powiedzieć dokładnie to samo. Poszczególne przedsiębiorstwa OEM (ang. Original Equipment Manufacturer) specjalizują się w budowie maszyn do konkretnych procesów, ale żeby wyprodukować czip najnowszej generacji, każdy proces musi to umożliwiać. Jeśli chociaż jeden będzie dużo gorszy od reszty, może stanowić to wąskie gardło w rozwoju technologii. Chociaż oczywiście są sztuczki pomagające sobie radzić z pewnymi niedociągnięciami, użycie ich wiąże się z kosztami. Widać więc, że kraj, który chce uniezależnić się od globalnych łańcuchów dostaw, ma przed sobą bardzo trudne zadanie. Jak wygląda to w przypadku ChRL?

Czyszczenie

Czyszczenie wafli krzemowych stanowi około 30–40% wszystkich procesów w produkcji układów scalonych. Prym w tym sektorze wiodą trzy przedsiębiorstwa: AMAT (Applied Materials, USA), LAM (Lam Research Corporation, USA) oraz TEL (Tokyo Electron, Japonia). W przypadku Chin jest to ACM Research, założone w 1998 r., ściśle współpracujące z chińskimi producentami czipów takimi jak YMTC (Yangtze Memory Technology Corporation) czy SMIC (Semiconductor Manufacturing International Corporation). Pierwszym dużym graczem, który nawiązał współpracę z ACM, był koreański SK Hynix przy produkcji pamięci Flash. Co ciekawe, jeszcze przed nałożeniem embarga Intel również prowadził rozmowy z ACM w sprawie zakupu ich maszyn. Choć obecnie produkty ACM odstają jakością od topowych producentów i nie da się za ich pomocą wykonać czipów w generacji 5 nm, branżowe analizy pokazują, że produkcja w technologii 14 nm jest możliwa, a optymistyczne szacunki mówią, że chińska technologia czyszczenia wafli jest mniej więcej 5 lat do tyłu za technologią zachodnią.

Osadzanie warstw

Tutaj sprawa jest odrobinę bardziej problematyczna, ponieważ techniki osadzania są bardzo różnorodne, a chińskie podmioty produkujące maszyny do depozycji cienkich warstw robią to głównie na rynek wewnętrzny, stąd wiedza o nich jest dość ograniczona. Głównym chińskim graczem jest przedsiębiorstwo Naura Technology. Jak w przypadku większości chińskich firm owiane jest ono mgłą tajemniczości. Na pewno wiadomo, że sukcesy Naury nie są okazałe. Nie dostarcza ona maszyn do żadnych zachodnich podmiotów (przynajmniej nic na ten temat nie wiadomo), a nawet ich obecność na rynku wewnętrznym jest mocno ograniczona. Najbardziej zaawansowane chińskie fabryki układów scalonych polegają na zachodnich maszynach do osadzania, chociaż jest wysoce prawdopodobne, że te specjalizujące się w starszych technologiach korzystają z rozwiązań Naury. Potwierdzają to raporty donoszące, że ich maszyny umożliwiają już produkcję układów scalonych w technologii 28 nm, a obecnie trwa rozwój nad maszynami do technologii 14 nm. Ponieważ aparatura do osadzania warstw charakteryzuje się dużo większym stopniem skomplikowania niż ta do czyszczenia, eksperci przewidują, że zapóźnienie technologiczne Chin wynosi około 9 lat.

Trawienie

Trawienie jest zdecydowanie najsilniej dopracowanym elementem w chińskim łańcuchu dostaw. Tutaj dominuje firma AMEC (Advanced Micro-Fabrication Equipment), która nie odstaje od przedsiębiorstw z Zachodu. Pod koniec 2018 r. portal DigiTimes doniósł, że Chińczykom udało się stworzyć maszynę, która umożliwia trawienie przystosowane do technologii 5 nm. Największa na świecie firma produkująca układy scalone – tajwańskie TSMC – zakupiła od AMEC maszyny do trawienia plazmowego i używa ich w swoich procesach 28, 10 oraz 7 nm. Chociaż ten rynek dalej zdominowany jest przez zachodnie podmioty, nie można powiedzieć, że produkty firmy AMEC są znacząco gorsze.

Implantacja

Progres w procesie implantacji jonowej nie wygląda już tak optymistycznie. Tutaj eksperci przewidują, że ChRL jest opóźnione o około 10 lat. CETGC (China Electronics Technology Group Corporation) chwali się, że ich implantatory używane są w wewnętrznej, chińskiej linii produkcyjnej 28 nm.

Fotolitografia

(...) To chyba najbardziej medialny proces, głównie z powodu wspomnianej wcześniej holenderskiej firmy ASML, która dzięki technologii EUV (ang. Extreme Ultraviolet) jest absolutnym monopolistą na rynku tych maszyn. Żadne inne przedsiębiorstwo na świecie nie jest w stanie wyprodukować maszyn pozwalających na produkcję procesorów w technologii poniżej 7 nm. Tutaj należy podkreślić fakt, że ASML jest integratorem, bardzo mocno uzależnionym od swoich dostawców. Sprzęt do fotolitografii jest tak skomplikowany, że pojedyncza firma nie jest w stanie samodzielnie stworzyć takiej maszyny od zera. Holendrzy kupują soczewki i układy optyczne od niemieckiej firmy Carl Zeiss czy źródła promieniowania od amerykańskiego Cymer. Czy nasi znakomici analitycy mają rację, mówiąc, że ASML jest jedną z najważniejszych firm w sektorze półprzewodników? Czy maszyny EUV są absolutnie konieczne do wytworzenia procesorów najnowszej generacji? Czy fotolitografia jest najważniejszym procesem w produkcji układów scalonych? Tak, tak i jeszcze raz… nie. Na dwa pierwsze pytania odpowiedź oczywiście jest twierdząca, ale często ludzie łatwo dają się ponieść wrażeniu, że fotolitografia sama załatwia wszystkie problemy i właściwie kiedy Chinom uda się opanować technologię EUV, to już będą na tym samym poziomie co Zachód. Tak się jednak składa, że fotolitografii używa się do definicji wzorów na powierzchni płytki krzemowej, ale dokładność tego odwzorowania nie zależy tylko od samej fotolitografii. Jest zależna między innymi od precyzji procesu trawienia, a jak już wiemy, Chiny opanowały go w imponującym stopniu. Prawdą jednak jest, że jeżeli Państwo Środka chce zrealizować swoje ambicje na polu mikroelektroniki, nie może pozwolić sobie na zaległości w dziedzinie fotolitografii. Jak więc to tam wygląda? Praktycznie wszystkie nadzieje ChRL na rozwój maszyn fotolitograficznych spoczywają na brakach jednej firmy – SMEE (Shanghai Micro Electronics Equipment). Przyjęła ona model bliźniaczy do ASML i postawiła na integrację rozwiązań. Źródła donoszą, że chińskim odpowiednikiem Zeissa jest Beijing Guowang Optical Technology (układy optyczne), a firmy Cymer – Beijing RSLaser. Niektóre źródła podawały, że SMEE pomyślnie zakończyła budowę naświetlarki umożliwiającej produkcję czipów w technologii 28 nm, chociaż podobno jest to tylko prototyp, a chińskie firmy mają historię problemów z przekształcaniem prototypów w komercyjne rozwiązania. Niemniej jest to informacja niepotwierdzona. Zacofanie technologiczne Chin w tym sektorze szacowane jest na 12 do 15 lat.

Chiński przemysł OEM opiera się na solidnych fundamentach i raczej pewne jest, że produkcja układów scalonych w technologii 28 nm (ostatni węzeł technologii planarnej), nawet bez użycia importowanego sprzętu, jest możliwa. Nawet w scenariuszu, w którym informacja o naświetlarce SMEE okazuje się nieprawdą, Chińczycy mogą skorzystać z różnych sztuczek, żeby poradzić sobie ze słabymi systemami fotolitograficznymi.

W tym momencie chciałbym zaznaczyć, że wszystkie wartości liczbowe mówiące o luce technologicznej należy traktować z pewnym przymrużeniem oka. Podczas opracowywania procesu można użyć różnych trików, które pozwalają przykryć pewne niedociągnięcia. Oczywiście nic za darmo. Użycie ich wiąże się ze znacznie słabszym uzyskiem takiej potencjalnej linii technologicznej. Dużo lepszym kryterium, na które powinno się patrzeć, jest nie luka technologiczna w poszczególnych procesach, ale luka pomiędzy technologią chińską a zachodnią. Technologia 28 nm pojawiła się w produkcji na Zachodzie między rokiem 2010 a 2011. Obecnie Chiny, korzystające tylko ze swojej rodzimej technologii i nieopierające się na zachodnich rozwiązaniach, są jakieś 12 lat do tyłu, czyli tyle, ile wynosi ich zacofanie w najsłabiej opracowanym procesie technologicznym – fotolitografii. Stany Zjednoczone widzą zagrożenie w szybko nadganiającym chińskim przemyśle OEM, dlatego część nałożonych sankcji jest bezpośrednio skierowana na spowolnienie tego rozwoju. Wygląda jednak na to, że Ameryka pogodziła się już z faktem, że technologie do 28 nm staną się chińskim łupem i skupiła się na powstrzymywaniu Chin w rozwoju nowocześniejszej produkcji.

Oprogramowanie

Najnowsze procesory Apple’a z serii M2 zawierają w zależności od wersji od 20 do 67 miliardów tranzystorów. Przy tym stopniu skomplikowania ręczne zaprojektowanie takiego systemu nie jest możliwe. Konieczne jest użycie specjalnego oprogramowania EDA (ang. Electronic Design Automation) do symulacji, weryfikacji, syntezy i łączenia poszczególnych bloków. Czasy, w których projekt wykonywany był na deskach kreślarskich, słusznie odeszły w zapomnienie zarówno dla architektów, jak i dla elektroników. Na rynku EDA znajdują się trzej główni gracze, którzy posiadają w sumie 80% udziałów: Synopsys i Cadence (USA) oraz Siemens (Niemcy). Chińskim narodowym czempionem jest firma Empyrean Technology, silnie dotowana przez rząd (pytanie dla chętnych: czy Polska inwestuje w nowe technologie?), która dwa tygodnie temu ogłosiła, że ich software umożliwia pełną syntezę cyfrową układów scalonych od 7 nm oraz częściową syntezę analogową w technologii 5 nm. Mimo że produkty Empyrean nie osiągnęły jeszcze jakości ich zachodnich odpowiedników, widać, że tempo nadganiania jest ogromne i Chiny na tym polu radzą sobie naprawdę dobrze. Nie jest też żadną tajemnicą, że kiedy w 2020 r. Stany Zjednoczone nałożyły na chińskiego giganta  Huawei sankcje, uniemożliwiając mu korzystanie z zaawansowanego oprogramowania do projektowania układów scalonych, małe europejskie firmy natychmiast zwietrzyły okazję na zarobek i rzuciły się na rynek chiński, oferując swoje usługi.

Istnieje jeszcze jeden czynnik, który dodatkowo polepsza sytuację ChRL. Mowa tutaj o mikroarchitekturach. Jeszcze do niedawna dwoma najpopularniejszymi architekturami były x86 oraz ARM. Korzystanie właśnie z tych gotowych architektur bardzo przyspieszało proces projektowania, jak również ułatwiało późniejsze używanie go. Problem polegał jednak na konieczności kupna licencji. Licencja do mikroarchitektury należała do Intela oraz AMD, natomiast ARM – do brytyjskiej firmy ARM (niedawno kupiona przez Japończyków). Na szczęście dla Chin w 2010 r. na Uniwersytecie Berkeley powstał projekt darmowej, otwartej mikroarchitektury RISC-V, która od pewnego czasu cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Korzystanie z niej nie wymaga licencji, stąd wiele chińskich przedsiębiorstw, takich jak Huawei czy HiSilicon, zajmujących się projektowaniem układów scalonych, zaczyna przesiadać się na ten model.

Mam nadzieję, że w tej części artykułu udało mi się Państwu zobrazować, jak wygląda chiński sektor OEM oraz próby uniezależnienia się Chińczyków od zachodniego oprogramowania. Czuję się również zobligowany poinformować Państwa, że w swojej analizie korzystałem tylko z zachodnich źródeł. Mój problem z chińskimi materiałami jest dwojaki: nie znam języka mandaryńskiego, ale nawet gdybym znał, to byłbym bardzo sceptycznie nastawiony do prawdziwości informacji podawanych w chińskich źródłach. Należy pamiętać, że Chińczycy bardzo dobrze opanowali sztukę wywierania wpływu przez różne komunikaty. Niektóre rzeczy są wyolbrzymiane, inne skrzętnie ukrywane. Informacje są bronią. Spokojnie można założyć, że nie wiemy wszystkiego, co dzieje się za Wielkim Murem. Ale tak samo spokojnie można powiedzieć, że jeśli chodzi o chińską technologię półprzewodnikową, przy wykorzystaniu wyłącznie krajowych maszyn, Państwo Środka jest jakieś 10 lat za krajami Zachodu. (...)

nlad.pl


W sobotę Hamas zdołał przekroczyć zabezpieczenia oddzielające Strefę Gazy od Izraela i zaatakować 22 punkty w południowym Izraelu. Jednocześnie deszcz rakiet (ponad 2000) wystrzelonych przez Hamas spadł na niemal wszystkie izraelskie miasta. Bilans pierwszego dnia ataku, nazwanego przez Hamas „Burzą Al Aqsa”, jest szokujący. Po stronie izraelskiej zginęło co najmniej 300 osób, w tym zarówno cywile zamordowani w niezwykle brutalnych egzekucjach przeprowadzanych w zajętych przez Hamas miejscowościach, jak i zaskoczeni żołnierze IDF. Ponadto ponad 1000 osób zostało rannych, a ponad 160 uprowadzonych do Strefy Gazy. Izrael podaje, że zadał ciężkie straty Hamasowi, zabijając kilkuset napastników. Rakiety izraelskie spadły też na liczne obiekty w Strefie Gazy, w tym na wieże Palestine Tower w Gaza City, które zostały zniszczone.

Takiej eskalacji konfliktu palestyńsko-izraelskiego można się było spodziewać i to z kilku powodów, choć przewidywano raczej wybuch nowej intifady na Zachodnim Brzegu. Od dawna narastała tam frustracja spowodowana utknięciem procesu pokojowego w martwym punkcie i spadkiem perspektyw utworzenia państwa palestyńskiego niemal do zera. Na tym gruncie rozwinął się silnie zdecentralizowany ruch Jaskinia Lwa, skupiający głównie palestyńskich nastolatków, dokonujących zuchwałych ataków na Izraelczyków. Sytuację pogorszyło wejście do izraelskiego rządu kahanistów, czyli skrajnej prawicy izraelskiej z Itamarem Ben Gvirem oraz Bezalelem Smotrichem na czele. Ugrupowania te były jeszcze do nie dawna uznawane za ekstremistyczne, a kahaniści znajdowali się od dawna na liście organizacji terrorystycznych w Izraelu i USA. Tymczasem Ben Gvir został ministrem bezpieczeństwa publicznego, a Smotrich, poza funkcją ministra finansów objął również stanowisko w resorcie obrony. Pozwoliło im to na uzyskanie ogromnego wpływu na politykę wobec Palestyńczyków i doprowadziło do nasilenia się ataków bojówek osadników żydowskich (związanych i ochranianych przez Ben Gvira) na Palestyńczyków, w tym bezkarne dokonywanie pogromów. Nie ulegało wątpliwości, że doprowadzi to prędzej czy później do pełnoskalowej konfrontacji.

Nieprzygotowanie Izraela na atak ze strony Hamasu szokuje, ale również nie jest zaskoczeniem. Państwo to od wielu miesięcy pogrążone jest w chaosie spowodowanym sporem o reformę sądownictwa. Gigantyczne demonstracje opozycji, połączone ze strajkami rezerwistów, a także ciążące na premierze Netanjahu oskarżenia korupcyjne niewątpliwe negatywnie wpłynęły na funkcjonowanie wszystkich instytucji izraelskiego państwa, w tym instytucji bezpieczeństwa. Nie jest również tajemnicą konflikt między ministrem obrony Joawem Gallantem a Ben Gvirem. W kwietniu doszło również do spięcia między Gallantem a Netanjahu, który zdymisjonował ministra obrony za krytykę reformy sądownictwa, a następnie cofnął tą decyzję, gdyż pogłębiłaby ona chaos w państwie i naraziła jego bezpieczeństwo narodowe. Jak widać i tak do tego doszło.

Wejście do rządy ekstremistów religijno-syjonistycznych i seria protestów przeciwko reformie sądownictwa negatywnie wpłynęły również na relacje amerykańsko – izraelskie. Administracja Bidena wyraźnie dała do zrozumienia, że nie będzie współpracowała z osobami typu Ben Gvir i Smotrich i są oni w USA persona non grata. Do spotkania Netanjahu z Bidenem w Białym Domu doszło dopiero we wrześniu br., 9 miesięcy po ponownym objęciu przez tego pierwszego urzędu premiera. To ochłodzenie było zresztą ostro krytykowane przez Republikanów oskarżających Bidena o opuszczenie tradycyjnego sojusznika. W tym kontekście obecna eskalacja jeszcze silniej wpisuje się w ogromną polaryzację polityczną jaka panuje w USA i będzie wykorzystywana przeciwko Bidenowi przez Republikanów, a zwłaszcza przez obóz Trumpa. Już obecnie zarzucili oni Bidenowi, że Hamas jakoby zyskał zdolności do zaatakowania Izraela dzięki dealowi zawartemu między USA a Iranem w sprawie wymiany więźniów, któremu towarzyszyła zgoda na odmrożenie 6 mld usd irańskich funduszy zablokowanych w Korei Płd. Pieniądze te zostały przelane na specjalne konto w Katarze i mają być wypłacane Iranowi na jedzenie i leki ale stronnicy Trumpa ogłosili już, że z tych środków zakupione zostały rakiety dla Hamasu. Biały Dom zdecydowanie odrzucił te oskarżenia, nazywając je dezinformacją i wskazując, że Iran nie skorzystał jeszcze z tych środków, a nawet jeśli by to zrobił, to nie mógłby za nie kupić niczego poza jedzeniem i lekami. Nie ma jednak wątpliwości, że ta sprawa będzie eksploatowana w czasie rozkręcającej się już kampanii przed wyborami prezydenckimi, które odbędą się w przyszłym roku, a w świetle ataku na Izrael może to osłabić Bidena.

Wiele jednak wskazuje, że Iran rzeczywiście stoi za zapewnieniem Hamasowi zdolności do takiego ataku na Izrael oraz nakłonieniem go do uderzenia w tym momencie. Chodzi bowiem o storpedowanie przystąpienia Arabii Saudyjskiej do Porozumień Abrahamowych, czyli normalizacji stosunków saudyjsko-izraelskich, co nie byłoby korzystne dla Iranu. W tym kontekście warto zauważyć, że głośna normalizacja saudyjsko-irańska, dokonana za pośrednictwem Chin, po miodowym okresie ostentacyjnego okazywania sobie miłości, weszła w stan stagnacji, a do Iranu nie napłynęły żadne saudyjskie inwestycje, za to mnożyć się zaczęły napięcia. Na dealu przede wszystkim zależy Izraelowi, a w szczególności jego premierowi Benjaminowi Netanjahu, co okazywał on na każdym kroku.

Jest to również niezwykle istotne dla Joe Bidena, dla którego byłby to ważny sukces, zwiększający jego szanse na reelekcję. Tymczasem nie jest tajemnicą, że saudyjski następca tronu Mohammad bin Salman, znany jako MBS, zażądał za to gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA analogicznych do art. 5 NATO oraz zielonego światła dla saudyjskiego program nuklearnego. Oczywiście równie pokojowego jak ten irański. Początkowo Amerykanie odrzucili te postulaty ale presja na osiągnięcie sukcesu na Bliskim Wschodzie skłoniła administrację Bidena do większej elastyczności zwłaszcza w odniesieniu do programu nuklearnego. USA chciało doprowadzić do kompromisu polegającego na uruchomieniu tego programu na terenie Arabii Saudyjskiej ale pod swoją kontrolą. Do tego trzeba było jednak jeszcze przełamać opór w Izraelu, zwłaszcza, że aby zawrzeć ten deal z Saudami Izrael musiałby również dokonać jakichś ustępstw w kwestii palestyńskiej. Tymczasem ekstremistyczni koalicjanci Netanjahu negatywnie odnoszą się w ogóle do jakiejkolwiek normalizacji, nie mówiąc już o zgodzie na saudyjski program nuklearny czy ustępstwa wobec Palestyńczyków. W ostatnich miesiącach dokonywane były przez nich zresztą również prowokacje , które zagrażały relacjom Izraela z państwami arabskimi, z którymi dokonał on już normalizacji. Dlatego niedawno doszło do poufnej wizyty lidera opozycji Bena Gantza w Waszyngtonie, w czasie której Biden namawiał go do zawarcia dealu z Netanjahu tak by zneutralizować sprzeciw religijnych syjonistów wobec decyzji koniecznych by doprowadzić do dealu z Arabią Saudyjską.

Wiele wskazuje na to, że wysiłki te były bardzo bliskie sukcesu, co zresztą przyznał niedawno sam MBS deklarując, że „z każdym dniem jesteśmy coraz bliżej”. Oczywiście, Iran nie był z tego zadowolony, więc trudno uznać za przypadek to, że akurat w takim momencie dochodzi do tak szeroko zakrojonego ataku Hamasu na Izrael, który w ostatecznym rozrachunku nie przyniesie Palestyńczykom nic dobrego. Krwawa rozprawa z Hamasem przyniesie dużą liczbę ofiar i zniszczeń po stronie palestyńskiej, co będzie bardzo mocno eksploatowane przez arabskie media i najprawdopodobniej zablokuje normalizację saudyjsko-izraelską. Dla Iranu byłby to sukces podwójny bo oznaczałby też, że saudyjski program nuklearny nie zostanie uruchomiony. Nuklearna Arabia Saudyjska to bowiem zmiana regionalnego układu sił na irańską niekorzyść.

W Iranie od razu zresztą pojawiły się głosy poparcia dla ataku Hamasu. Np. jeden z doradców Najwyższego Przywódcy i zarazem b. dowódca Sepah Yahya Rahim Safavi podkreślił, że Iran wspiera atak Hamasu na Izrael i będzie to robił dalej „aż do wyzwolenia Palestyny i Jerozolimy”. Niektórzy zwracają również uwagę na wypowiedź Najwyższego Przywódcy sprzed 4 dni, w którym zapowiedział on rychły koniec Izraela ale mogła to być również rytualna retoryka. Niemniej ciężko uznać za przypadek, że taka eskalacja następuje w chwili gdy deal saudyjsko-izraelski był bardzo bliski dogadania. Trudno natomiast ocenić czy istnieje związek między atakiem Hamasu na Izrael, a atakiem dronowym na syryjską szkołę wojskową w Homs, w którym zginęło ponad 100 osób, w tym kobiety i dzieci. Doszło do niego dzień przed atakiem Hamasu na Izrael. Nikt do tego ataku się nie przyznał, a władze syryjskie również nie oskarżyły o niego nikogo, niemniej zapowiedziały odwet. Nie można jednak wykluczyć, że stał za tym Izrael lub przynajmniej ekstremiści związani z Ben Gvirem, którzy w ten sposób chcieli doprowadzić do eskalacji.

Najbliższe dni pokażą czy do ataku na Izrael włączą się też inni wrogowie tego państwa np. Hezbollah czy też Jaskinia Lwa na Zachodnim Brzegu i jaka będzie odpowiedź Izraela. W niedzielę rano doszło do wymiany ognia między Hezbollahem a Izraelem ale nie przesądza to jeszcze eskalacji. Wzięcie przez Hamas ponad 160 zakładników mocno komplikuje sytuację, zwłaszcza jeśli rozpoczną się ich publiczne egzekucje. Może to zmusić Izrael do rozpoczęcia operacji lądowej w Strefie Gazy, a być może również na Zachodnim Brzegu. W najgorszym scenariuszu może to doprowadzić do regionalnego konfliktu i wciągnięcia w niego USA (jest to jednak póki co scenariusz mało prawdopodobny, choć niewykluczony). W każdym razie skutki zarówno dla Izraelczyków jak i Palestyńczyków będą opłakane. Wzmocnią się natomiast ekstremiści, zarówno po stronie izraelskiej jak i palestyńskiej.

W Izraelu opozycja póki co odłożyła swoje spory z Netanjahu i zadeklarowała pełne wsparcie dla zdecydowanej rozprawy z Hamasem. Ponadto jeden z głównych liderów opozycji, Jair Lapid, wezwał Netanjahu do rozwiązania koalicji z ekstremistami i stworzenia rządu kryzysowego z udziałem obecnej opozycji. Póki co Netanjahu na to nie zareagował i nie można wykluczyć, że uzna to za próbę wciągnięcia go w pułapkę. Dla samego Netanjahu atak Hamasu jest gigantycznym ciosem, gdyż po pierwsze Izrael pod jego przywództwem został zaskoczony, a po drugie jego wymarzona umowa z Saudami ucieka, choć była już na wyciągnięcie ręki.

defence24.pl

sobota, 7 października 2023


Ciągłe próby Kremla, aby odwrócić od siebie winę za katastrofę samolotu finansisty Wagnera Jewgienija Prigożyna i przynieść mu hańbę, generują ciągłe pochwały dla Prigożyna i wysiłki mające na celu obronę jego dziedzictwa wśród wybranych społeczności zajmujących się przestrzenią informacyjną. Kanały popierające Wagnera i z nim powiązane w dużej mierze ośmieszyły sugestię Putina z 5 października, że samolot Prigożyna rozbił się w wyniku detonacji granatów na pokładzie, prawdopodobnie z winy pasażerów używających alkoholu lub narkotyków na pokładzie. Niektóre kanały nazwały twierdzenia Putina „śmiesznymi”, „farsą” i wyrażającymi brak szacunku dla „bohaterów” Rosji. Rosyjskie źródło poufne twierdziło, że członkowie Rosyjskiej Administracji Prezydenta „sprowokowali” Putina do wygłoszenia tych wypowiedzi w celu „odheroizowania” Prigożyna, gdyż poprzednie wypowiedzi Prigożyna kwestionujące przyczyny rozpoczęcia wojny na Ukrainie najwyraźniej zyskują na popularności na całym świecie. Nie wydaje się, aby uwagi Putina odniosły zamierzony skutek i zamiast tego popchnęły niektóre elementy rosyjskiej przestrzeni informacyjnej do podjęcia prób ochrony reputacji Prigożyna i obalenia sugestii Putina, jakoby Prigożyn był winien katastrofy lotniczej, poprzez dalsze dyskusje na temat Prigożyna i krytykowanie działań Kremla w oficjalnym stanowisku w sprawie jego śmierci. 

understandingwar.org

Operacji militarnej Azerbejdżanu w Górskim Karabachu (19–20 września), prowadzącej do ogłoszenia decyzji o samorozwiązaniu nieuznawanej republiki z dniem 1 stycznia 2024 r., towarzyszy zaognienie napiętych już stosunków pomiędzy Rosją a Armenią – państwami formalnie połączonymi sojuszem wojskowym i unią gospodarczą. Nic nie wskazuje na to, żeby Moskwa próbowała powstrzymać wszczętą przez Azerbejdżan tzw. operację antyterrorystyczną, skutkującą przejęciem przez Azerów kontroli nad całym Górskim Karabachem. Rosyjskie siły pokojowe (stacjonujące w tym parapaństwie na mocy zawieszenia broni z 2020 r.) same zostały ostrzelane, w wyniku czego kilku żołnierzy poległo. Aktywność kontyngentu ograniczyła się do pomocy w ewakuacji ludności ormiańskiej, która do początku października praktycznie w całości opuściła nieuznawaną republikę w obawie przed represjami ze strony Azerbejdżanu (zob. Exodus Ormian z Górskiego Karabachu).

Moskwa otwarcie krytykuje Erywań, wskazując, że upadek karabaskiego parapaństwa to rzekomo konsekwencja prozachodniego zwrotu w polityce władz Armenii i ich prowokacyjnego – w ocenie Rosji – zachowania wobec niej i Baku. Nie podoba jej się, że Armenia m.in. przeprowadziła niedawno wspólne ćwiczenia wojskowe z USA oraz ratyfikowała Rzymski Statut Międzynarodowego Trybunału Karnego, nakazujący aresztowanie Władimira Putina. Rosyjskie MSZ zarzuca Erywaniowi, że nie realizował trójstronnych porozumień osiągniętych dzięki mediacji Kremla, lecz zaangażował się w rozmowy przy pośrednictwie Zachodu, zwłaszcza UE (ale również USA), oraz że wbrew ustaleniom pokojowym utrzymywał wojska w nieuznawanej republice (co pokrywa się z zarzutami ze strony Baku, Armenia temu zaprzecza). Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow ostrzegł przed negatywnymi skutkami polegania Armenii na Stanach Zjednoczonych w sferze bezpieczeństwa, a także stwierdził, że nie da się ignorować interesów Rosji na Kaukazie Południowym. Po ogłoszeniu przez władze Górskiego Karabachu 28 września jego samorozwiązania rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow ograniczył się do oznajmienia, że Moskwa uważnie śledzi sytuację, skupiając się na aspekcie humanitarnym.

Rosyjskie media propagandowe szeroko komentują wydarzenia wokół parapaństwa. W swoim przekazie winą za podporządkowanie go Azerbejdżanowi obarczają jednoznacznie władze Armenii, w szczególności premiera Nikola Paszyniana, którego określają mianem zdrajcy. Propaganda usprawiedliwia natomiast działania Baku. Atakom na Paszyniana towarzyszy ostra retoryka antyzachodnia (zwłaszcza antyamerykańska), wedle której to ingerencja Zachodu w sprawy regionu zaprzepaściła korzystne dla skonfliktowanych stron zawieszenie broni z 2020 r. oraz sprawiła, że Erywań de facto zrzekł się praw do ormiańskiej eksklawy.

Komentarz

Siłowe zajęcie Górskiego Karabachu przez Azerbejdżan stanowi polityczną i wizerunkową porażkę Rosji. Świadczy ono o wyraźnym osłabieniu pozycji Moskwy nie tylko na Kaukazie Południowym, lecz także na całym obszarze poradzieckim. Kreml przez ponad trzy dekady wykorzystywał konflikt wokół parapaństwa, aby naciskać na Erywań i Baku. Nie opowiadając się jednoznacznie po żadnej ze stron, pozycjonował się jako główny arbiter i gwarant pokoju. Pasywność Moskwy wobec zniszczenia przez Azerbejdżan status quo w regionie oznacza rezygnację z tej praktyki oraz stanowi ogromne ustępstwo na rzecz Baku i wspierającej go Turcji.

Powodem bierności Rosji wobec działań Baku w Górskim Karabachu jest zaangażowanie w wojnę na Ukrainie. Wymusza ono priorytetyzację działań Kremla poza granicami kraju i uniemożliwia adekwatną reakcję we wszystkich punktach zapalnych. Poza tym ze względu na sankcje gospodarcze związane z agresją Moskwa musi prowadzić bardziej ustępliwą politykę względem Turcji, która jawnie wspiera Azerbejdżan. Co więcej, wojna na Ukrainie dowiodła braku skuteczności rosyjskich sił zbrojnych, co z jednej strony prowadzi do erozji percepcji Moskwy jako gwaranta bezpieczeństwa wśród społeczeństw i państw regionu, a z drugiej – ośmiela Baku i Ankarę do wzmocnienia swojej pozycji jej kosztem.

Rosja próbuje łagodzić straty wizerunkowe za pomocą szeroko zakrojonej kampanii propagandowej, w którą zaangażowali się także propagandyści ormiańskiego pochodzenia (zwłaszcza Margarita Simonjan). Jej cel to przede wszystkim dementowanie wysuwanych przez władze Armenii zarzutów o niewywiązanie się Moskwy z zobowiązań sojuszniczych wobec Erywania i de facto pozostawienie wspieranemu przez Turcję Azerbejdżanowi wolnej ręki w sprawie Górskiego Karabachu. Kreml pragnie przekierować na rząd Paszyniana obecne w społeczeństwie armeńskim rozczarowanie i gniew oraz podsycić nastroje antyrządowe, które mogłyby zostać wykorzystane przez Rosję. Antyzachodnia retoryka służy przekonaniu opinii publicznej w regionie i w samej Rosji, że Moskwa pozostaje jednym gwarantem bezpieczeństwa narodu ormiańskiego i przetrwania Armenii jako państwa oraz zachowuje kluczową i niepodważalną pozycję w sferze bezpieczeństwa na Kaukazie Południowym.

Porażkę w Górskim Karabachu Moskwa spróbuje zrekompensować sobie całkowitym podporządkowaniem Armenii. W związku z tym Kreml będzie dążył do zmiany rządu w Erywaniu na prorosyjski, naciskając jednocześnie na ormiańskie elity, aby zrezygnowały z zamiaru zacieśniania relacji z Zachodem. Aby osiągnąć swoje cele, Moskwa może nasilać kampanię propagandową podważającą legitymację władz Armenii, wzniecać postawy rewanżystowskie w społeczeństwie, w tym wśród uchodźców z Górskiego Karabachu, inspirować protesty społeczne przeciw rządom Paszyniana, a także wywierać presję na rząd Armenii za pomocą znajdujących się w jej dyspozycji silnych instrumentów ekonomicznych, energetycznych i wojskowych. Rosja jest największym partnerem handlowym Armenii (około jednej trzeciej obrotów) i jej głównym dostawcą paliw (blisko 90% gazu ziemnego i 100% uranu do jedynej elektrowni atomowej w kraju), kontroluje też tamtejsze koleje oraz infrastrukturę elektroenergetyczną, a w Giumri ma siedzibę rosyjska 102 Baza Wojskowa. Na przeszkodzie zapędom Moskwy może stanąć nastawienie do niej społeczeństwa armeńskiego – w kolejnych badaniach socjologicznych coraz mniejszy odsetek respondentów uważa ją za sojusznika Armenii. Według sondażu International Republican Institute z wiosny br. 10% ankietowanych w tym kraju oceniło wzajemne stosunki obu państw jako bardzo dobre, a 40% – raczej dobre. Zarazem jednak 15% pytanych określiło je jako bardzo złe, a 34% – raczej złe.

osw.waw.pl

6 października nad ranem rosyjskie drony kamikadze zaatakowały ukraińską infrastrukturę w rejonie Izmaiłu w delcie Dunaju. Uszkodzone zostały m.in. przeprawa promowa Orliwka na granicy z Rumunią (Ukraińcy ogłosili tymczasowe zamknięcie szlaku) oraz elewator zbożowy. Celem uderzeń był także obwód czerkaski, jednak zgodnie z lokalnymi doniesieniami nie odnotowano znaczących zniszczeń. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych zadeklarowało zestrzelenie 25 z 33 użytych przez agresora dronów Shahed-136/131. W tym samym czasie rosyjskie rakiety (według lokalnej policji systemu Iskander) uderzyły w dwóch dzielnicach Charkowa. W centralnej części miasta miało dojść do uszkodzenia sieci energetycznej oraz obiektów cywilnych (lokalne władze informują o śmierci pod gruzami dziecka). Dobę wcześniej drony kamikadze zaatakowały Mirhorod w obwodzie połtawskim i okolice Kropywnyckiego, gdzie trafione zostały obiekty infrastruktury (część źródeł mówi o składach amunicji). Zgodnie z przekazem ukraińskiego Sztabu Generalnego tego dnia obrońcy zestrzelili 24 z 29 wysłanych przez wroga „szahedów”. Najprawdopodobniej rosyjska rakieta (według lokalnego MSW Iskander) uderzyła w sklep i kawiarnię w miejscowości Hroza w obwodzie charkowskim (30 km na zachód od Kupiańska), powodując śmierć 52 osób i poranienie sześciu. To największa jednorazowa liczba ofiar cywilnych od początku roku i jedna z najwyższych po 24 lutego 2022 r. Sztab Generalny podaje, że najeźdźcy mieli tego dnia uderzyć ogółem trzema rakietami. 4 października celami rosyjskich ataków rakietowych (łącznie pięć) były Krzywy Róg, Zaporoże oraz gmina szachiwśka w obwodzie donieckim.

4 października Ukraińcy mieli przeprowadzić zmasowany atak z wykorzystaniem dronów kamikadze na przygraniczne rejony FR. Według strony rosyjskiej nad obwodami biełgorodzkim, briańskim i kurskim zestrzelono lub zneutralizowano środkami walki radioelektronicznej 31 bezzałogowców. Z kolei wedle przekazu SBU w obwodzie biełgorodzkim doszło do trafienia systemu obrony powietrznej S-400. Źródła lokalne twierdzą, że jeden dron eksplodował na terenie jednostki wojskowej w Karaczewie w obwodzie briańskim. Następnego dnia ukraińskie bezzałogowce atakowały obiekty infrastruktury w trzech rejonach obwodu kurskiego. Trafiona miała zostać jedna z podstacji. Według źródeł rosyjskich 6 października Ukraińcy mieli przeprowadzić nieudany atak dronami nawodnymi na bazę Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu.

Niektóre źródła podają, że obrońcy zintensyfikowali działania w obwodzie chersońskim, starając się poszerzyć przyczółki i wzmocnić obecność na wyspach na Dnieprze. Ukraińskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze pojawiły się również na lewym brzegu Dniepru, m.in. w okolicach zniszczonego mostu Antoniwskiego. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego siły agresora miały się zaktywizować niedaleko miejscowości Zołota Nywa w zachodniej części obwodu donieckiego i Makijiwka w obwodzie ługańskim, a także ponownie przekroczyć kanał Doniec–Donbas na południowy zachód od Bachmutu (Dylijiwka) i zaatakować na zachodnich obrzeżach Awdijiwki (Łastoczkyne). Rosyjskie ataki w tych rejonach, ale też w Marjince i jej okolicach nie przyniosły jednak powodzenia, podobnie jak kolejne ukraińskie próby przełamania obrony wroga na południe od Orichiwa i południowy zachód od Bachmutu.

4 października grupa dywersyjno-rozpoznawcza ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) wylądowała na przylądku Tarchankut w zachodniej części Krymu, skąd została wyparta po krótkiej walce z lokalnymi siłami FSB i Rosgwardii. Rosjanie opublikowali nagranie, na którym wzięty do niewoli ukraiński komandos tłumaczy, że operacja miała charakter demonstracyjny – chodziło w niej o wywieszenie flagi państwowej i rozpropagowanie ukraińskiej obecności na okupowanym od 2014 r. półwyspie w środkach masowego przekazu.

osw.waw.pl

Wieland Freund: Odwołanie przewodniczącego Izby Reprezentantów jest historycznie wyjątkowym wydarzeniem. Czy stanowi ono cezurę w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych?

Michael Hochgeschwender: Zasadniczo jest to logiczna konsekwencja rozwoju sytuacji od lat 90. XX w. Od tego czasu republikanie grają w swoją niebezpieczną grę. Chcieli być jednocześnie partią systemu i ustawić się poza nim. Tymczasem demokraci najpierw umiarkowanie, a następnie coraz szybciej przesuwali się w lewo.

Przedstawiciele Partii Demokratycznej stali się niewybieralni dla wielu ze swoich starych grup wyborców. Dało to republikanom możliwość przedstawiania demokratów jako skorumpowanych.

W Partii Republikańskiej powstała zradykalizowana baza sprzeciwiająca się wpisanej w konstytucję potrzebie negocjowania kompromisów. Nie zależy jej już na zawieraniu umów korzystnych dla obu stron, nie boją się też utraty umiarkowanych konserwatywnych wyborców.

Pod tym względem usunięcie McCarthy'ego jest nie tyle cezurą, ile logiczną konsekwencją stałego podważania kompromisu politycznego.

Czy istnieją wydarzenia polityczne w historii USA, które można by porównać do odwołania McCarthy'ego?

Było wiele poważnych kryzysów.

W 1798 r. niektóre stany po raz pierwszy zagroziły opuszczeniem Unii. W latach 50. XIX w. doszło do wojny secesyjnej. W latach 1866-1873 USA były świadkami przemocy politycznej i wojny z Indianami. Między 1865 a 1920 r. krajem wstrząsnęły problemy górników na Zachodzie, później dyskryminacja czarnoskórych. Pamiętajmy także o przemocy, która miała związek z prohibicją czy też o zamieszkach z lat 60. XX w.

Nie powinniśmy postrzegać historii USA przez różowe okulary.

Czy USA stoją obecnie w obliczu kryzysu konstytucyjnego?

Tak, ale ma to również związek z wiekiem konstytucji, która pochodzi z XVIII w. Konstytucja USA nie jest stworzona dla polityki partyjnej.

Obecnie jednak poddawana jest ona szczególnemu testowi wytrzymałości. Ludzie nie tylko spierają się o politykę pod względem merytorycznym – co było i jest całkiem normalne – ale także kwestionują samo funkcjonowanie parlamentaryzmu typu amerykańskiego.

Czy amerykański konserwatyzm przeżywa podobny kryzys jak konserwatyzm w krajach takich jak choćby Francja, gdzie konserwatywne siły polityczne stały się niemal nieistotne?

Tak! W tej chwili konserwatystom brakuje w pewnym sensie pozytywnych treści. Trumpiści nie są konserwatystami, ale rewolucjonistami. Gromadzą się wokół lidera, którego postrzegają jako charyzmatycznego.

Czy grozi to rozłamem w Partii Republikańskiej, czy też tradycyjny system dwupartyjny w USA jest tak zakorzeniony, że taki rozłam jest mało prawdopodobny?

Jak dotąd system dwupartyjny zawsze potrafił przetrwać, choćby ze względu na większościowy system wyborczy, który kształtuje tę strukturę – choć kilkukrotnie rozpadał się z powodu wewnętrznych napięć i wstrząsów.

Pod tym względem rozłam wśród republikanów czy demokratów nie wchodzi w rachubę. Obie partie zawsze były koalicjami różnych, czasem sprzecznych sił i interesów. Kiedy znikną wewnętrzne siły wiążące te grupy utracone, utworzą one nowe koalicje.

Ośmiu republikanów z pomocą demokratycznego klubu w Izbie Reprezentantów obaliło republikańskiego przewodniczącego, który opowiadał się za kompromisem, chcąc w ten sposób zapobiec zbliżającemu się paraliżowi rządu. Jak należy ocenić zachowanie demokratów? W końcu głosowali razem z twardogłowymi zwolennikami Trumpa.

Jest to bez wątpienia problem. Jednocześnie demokratom trudno byłoby wytłumaczyć swoim zwolennikom, dlaczego poparli jednego z najbardziej niepopularnych przywódców republikańskich. Demokraci są teraz tak samo zakładnikami swojego elektoratu, jak republikanie.

Czy demokraci zakładają, że republikanie sami się osłabią? Czy może igrają z ogniem?

Prawdopodobnie demokraci poczuli przez chwilę satysfakcję z powodu wewnętrznych problemów republikanów. W perspektywie średnioterminowej podcinają jednak gałąź, na której sami siedzą.

Szczególnie w polityce budżetowej nic nie obejdzie się bez Izby Reprezentantów – a w niej niewiele uda się zrobić bez przewodniczącego.

W jakim stopniu polityka Partii Demokratycznej w ostatnich dziesięcioleciach przyczyniła się do widocznego kryzysu republikanów?

Obie strony są odpowiedzialne za własne kryzysy. Problem leży w konsolidacji ideologicznej, która rozpoczęła się w latach 70. i została w pełni wdrożona w latach 90. XX w. Demokraci stracili swoje konserwatywne skrzydło, a także swoich społecznie konserwatywnych wyborców ze środowiska klasy robotniczej. Republikanie z kolei wyparli swoje liberalne skrzydło.

Obecnie brakuje polityków zdolnych do skłonienia obu stron Izby do rozmowy i – jak już wspomniałem – brakuje woli kompromisu. Każda partyjna baza – czy to demokratyczna, czy republikańska – zasadniczo chce równowagi, ale na własnych warunkach.

Intensywnie studiował pan historię amerykańskiej wojny secesyjnej — dla wielu komentatorów jest to punkt odniesienia przy opisywaniu niebezpieczeństw związanych ze spolaryzowaną obecnie sceną polityczną. Jak trafne jest to porównanie?

Z jednej strony jest ono problematyczne, ponieważ nie ma aż tak wyraźnego podziału na strony — niegdyś jedna z nich opowiadała się za utrzymaniem niewolnictwa i chciała stworzyć osobny byt państwowy.

Z drugiej strony światy demokratów w miastach i republikanów na wsi i w średnich miastach drastycznie się rozeszły. Ludzie już się nie rozumieją, a czasem nie chcą się rozumieć. Dotyczy to obu stron.

Sondaże pokazują również, że obie strony są gotowe na przemoc, a postacie takie jak Donald Trump i jego zwolennicy niewiele robią, aby to zmienić. Niemniej jednak nie widzę niebezpieczeństwa wojny domowej, a raczej rozwój brutalnej i niezdolnej do kompromisu kultury politycznej, która może zagrozić międzynarodowej pozycji USA — pomimo przytłaczającej przewagi militarnej tego kraju.

Jeśli tak dalej pójdzie, USA staną się gigantem na glinianych nogach.

onet.pl/Die Welt

piątek, 6 października 2023


Prezydent Rosji Władimir Putin przemawiał 5 października na 20. Klubie Dyskusyjnym Wałdaj i promował wiele długotrwałych rosyjskich operacji informacyjnych. Putin powtórzył fałszywą narrację jakoby Zachód zainicjował konflikt na Ukrainie w 2014 roku i stwierdził, że ekspansja NATO zagraża bezpieczeństwu Rosji. Putin twierdził, że wojna na Ukrainie nie jest „konfliktem terytorialnym”, ale polega na ustaleniu przez Rosję zasad nowego wielobiegunowego porządku światowego, stwierdzając, że ONZ i współczesne prawo międzynarodowe są „przestarzałe i podlegają rozbiórce”. ISW niedawno oceniła twierdzenia, że ​​Putin rozpoczął inwazję na Ukrainę na pełną skalę w 2022 r., ponieważ obawiał się NATO i zamiast tego oceniła, że celami Putina było rozszerzenie potęgi Rosji, wykorzenienie ukraińskiej państwowości i rozbicie NATO – cele, do których nadal dąży. Wyrażony przez Putina cel ustanowienia wielobiegunowego porządku światowego dodatkowo potwierdza ocenę ISW, że cele Putina na Ukrainie również przekraczają odpowiedź na rzekome zagrożenie NATO lub podbicie ograniczonego dodatkowego terytorium.

Putin twierdził, że Rosja pomyślnie zakończyła testy nuklearnego pocisku manewrującego Buriewiestnik i międzykontynentalnego pocisku balistycznego Sarmat (ICBM). Putin wypowiadał się na temat doktrynalnego użycia przez Rosję broni nuklearnej zarówno w ataku odwetowym, jak i w odpowiedzi na egzystencjalne zagrożenie dla Rosji, stwierdzając, że nie ma współczesnej sytuacji, która zagrażałaby istnieniu Rosji i że żaden agresor nie użyłby przeciwko Rosji broni nuklearnej. ISW oceniło wcześniej, że Kreml używa retoryki nuklearnej, aby skłonić Stany Zjednoczone i ich sojuszników do wywarcia presji na Ukrainę, aby negocjowała, oraz że użycie rosyjskiej broni nuklearnej na Ukrainie jest mało prawdopodobne. Putin wyolbrzymił także straty w ukraińskim personelu i sprzęcie, co często robią rosyjscy urzędnicy, w ramach nieustannych wysiłków mających na celu przedstawienie ukraińskiej kontrofensywy jako porażki.

Putin przedstawił dziwaczne wyjaśnienie śmierci finansisty Grupy Wagnera Jewgienija Prigożyna podczas konferencji prasowej w Klubie Dyskusyjnym Wałdaj 5 października, aby odwrócić winę od Kremla. Putin oświadczył, że szef Rosyjskiego Komitetu Śledczego Aleksander Bastrykin poinformował go, że w śledztwie znaleziono fragmenty granatów w ciałach ofiar na pokładzie samolotu Prigożyna, co sugeruje, że granaty zdetonowały wewnątrz samolotu. Komisja śledcza podała publicznie jedynie, że wszystkie 10 osób na pokładzie samolotu zginęło. Putin podkreślił także, że śledztwo wykluczyło czynniki zewnętrzne, które mogły być przyczyną katastrofy lotniczej i zasugerował, że ofiary katastrofy mogły spożywać na pokładzie alkohol lub narkotyki, co mogło doprowadzić do niedbałego obchodzenia się z granatami (które prawdopodobnie przez jakiś czas znajdowały się na pokładzie samolotu). Putin twierdził, że choć w śledztwie nie zbadano ciał na obecność alkoholu i narkotyków, Rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) podczas śledztwa w sprawie Wagnera odkryła pięć kilogramów kokainy – prawdopodobnie nawiązując do telewizyjnych nalotów FSB na rezydencję Prigożyna w czerwcu i lipcu 2023 r. Putin dodał, że jego zdaniem w dochodzeniu należy zbadać ciała na obecność tych substancji. Dziwaczne wyjaśnienia Putina dotyczące katastrofy lotniczej są prawdopodobnie próbą zrzucenia winy na Prigożyna za śmierć jego i jego towarzyszy oraz jeszcze większej hańby wśród pozostałych zwolenników.

Putin w dalszym ciągu zaprzeczał istnieniu prywatnych firm wojskowych (PMC) w Rosji, wskazując, że przyszłość Grupy Wagnera nadal pozostaje niejasna. Putin powtórzył absurdalne twierdzenie, że PMC nie istnieją w Rosji, ponieważ „istnieją obecnie przepisy dotyczące prywatnych firm wojskowych [w Rosji]” i nazwał nazwę Wagner PMC „nazwą dziennikarską”, co prawdopodobnie oznacza, że ​​media błędnie określiły Grupę Wagnera PMC. Putin twierdził, że nie sprzeciwił się, gdy Ministerstwo Obrony Rosji (MON) zasugerowało udział części Grupy Wagnera w wojnie na Ukrainie, ponieważ personel Wagnera działał dobrowolnie i „walczył bohatersko”, zauważył jednak, że doświadczenia z Wagnerem były „niezdarne” bo nie było to oparte na prawie. Putin twierdził także, że „kilka tysięcy” personelu Wagnera podpisało kontrakty z rosyjskim MON.

understandingwar.org

Rosja pogrążona we własnych problemach musiała w latach 90. XX w. zrezygnować ze swoich wpływów na Bliskim Wschodzie. Władimir Pu­tin jednak uznał, że miejsce Rosji jest wśród najważniejszych mocarstw, zaczął od­budowę utraconego imperium, na początku próbując odzyskać wpływy tam, gdzie był ZSRR.

Kreml zaczął stosować tak zwaną doktrynę Primakowa. Ten wybitny znawca Bliskiego Wschodu i między innymi dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego (dawne KGB), minister spraw zagranicznych i premier, jeszcze w latach 90. uznał, że Rosja może być ważnym graczem, w dużej mierze blokującym USA i Za­chód, i to przy niewielkim wysiłku. Jego koncepcja zasadniczo przypominała znany już z historii system koncertu mocarstw. Powrót do systemu bipolarnego był dla Rosji nieosiągalny, ale stworzenie kilku mocnych ośrodków równoważących siłę USA – już tak. Doktryna zakładała trzypunktowy plan.

Po pierwsze, odzyskanie wpływów w obszarze poradzieckim i stopniowe ich rozszerzanie na obszary Azji Centralnej i Bliskiego Wschodu. Po drugie, zahamowanie ekspansji NATO na wschodzie i po­dejmowanie działań na rzecz osłabienia NATO i innych struktur zachodnich głów­nie przez rozgrywanie wewnętrznych animozji i partykularnych interesów. Po trze­cie, strategiczna współpraca z Chinami i Indiami, gdzie Rosja miała być pewnym łącznikiem i moderatorem. Nawet ten plan jednak okazał się wymagający, a przede wszystkim kosztowny. W ten sposób Rosjanie zaczęli budować swoją koncepcję woj­ny hybrydowej, w której element siły militarnej był fundamentem, ale niejedynym. Mało tego: Rosja mogła używać siły militarnej, która niekoniecznie była jej. Zało­żenia tej koncepcji zostały sprawdzone w praktyce w Syrii.

Obecnie nie trzeba już nikogo przekonywać o istnieniu Grupy Wagnera i jej twórcy. Wojna w Ukrainie nie pozostawia żadnych wątpliwości, choć na początku wszyst­ko nie było aż tak oczywiste. Rosjanie sami nazywali ich "ichtamniety" od "ich tam niet" (ich tam nie ma) lub "turyści".

Pomysł na PMC (Private Military Company) powstał prawdopodobnie już po II wojnie rosyjsko­-czeczeńskiej, głównie na bazie doświadczeń prekursora tej bran­ży, czyli południowo­-afrykańskiego Executive Outcomes, oraz oczywiście zachod­nich konfliktów w Afganistanie i Iraku. W 2013 r. powstała firma ochroniarska Slavic Corps Limited, zarejestrowana w Hongkongu. Była to spółka córka Moran Security Group, zarejestrowanej w Belize, mająca biura w Chinach, Sri Lance, Iraku i oczywiście w Rosji. Slavic Corps Limited utworzyło "Korpus Słowiański", którego działalność zarejestrowano w Syrii jesienią 2013 r., czyli jeszcze przed oficjalnym zaangażowaniem się Rosji w tym kraju. Projekt okazał się nieudany, źle wyposażo­ne i dowodzone oddziały szybko zaczęły mieć problemy, dowódcy zostali oskarżeni w swojej ojczyźnie o najemnictwo, ale Kreml wyciągnął wnioski.

O Grupie Wagnera zaczęto mówić głośno po jej sukcesach w walkach o Palmy­rę. W październiku 2015 r., prawdopodobnie pod presją Rosji, władze Syrii po­stanowiły utworzyć 4. Korpus Szturmowy (ewentualnie 4. Legion, Al­Faylaq al­Rabi’­-Iqtiham). Składał się on z ochotniczych oddziałów paramilitarnych, czterech wy­dzielonych brygad z innych związków taktycznych. Był to projekt firmowany przez Mahera al­-Asada, młodszego brata prezydenta Baszszara. Mimo że mogła liczyć ona na lepszy sprzęt, doradztwo rosyjskie i irańskie, okazała się formacją niezdy­scyplinowaną i mało skuteczną.

Rosjanie, orientując się w sytuacji, postanowili tym razem stworzyć formację całkowicie przez siebie kontrolowaną, szkoloną i wypo­sażoną. 22 listopada 2016 r. sformowano 5. Korpus (Legion) Szturmowy (al­-Fay­ laq al­-Khamis Iqtiham). Oddziały PMC miały stanowić zarówno kadrę szkoleniową, jak i pełnić funkcję jednostek specjalnych. Kontraktorzy Wagnera zostali wyposaże­ni w najnowszy rosyjski sprzęt i objęci dowództwem "federalnych", czyli "oficjalnej" armii rosyjskiej. Wagnerowcy, zwłaszcza w walkach o Palmyrę w 2016 r., okaza­li się kluczowym elementem, podejmując się najtrudniejszych zadań, w tym sztur­mu na pozycje ISIS. W tym zakresie zdecydowanie bitnością przewyższali oddzia­ły lokalne, na przykład słynne Tygrysy (de facto też PMC), ale i regularne jednostki rosyjskie. Ich liczebność w tym okresie oceniano nawet na 2,5 tys. ludzi.

Po 2016 r. liczebność oddziałów znacznie spadła, niemniej wkrótce pojawiła się firma Evro (Euro) Polis, która funkcjonowała w strukturach Jewgienija Prigożyna, właściciela Grupy Wagnera. Firma otrzymała 25 proc. udziałów z dochodów z wy­dobytej ropy i gazu ze złóż syryjskich, które miała odbić z rąk Państwa Islamskiego (ISIS). Oficjalnym właścicielem Euro Polis według SPARK­-Interfax była Neva JSC, a jej szefem Walery Czekałow. Jak wiadomo z dokumentów opublikowanych przez grupę hakerów Anonymous International, Czekałow przez wiele lat zajmował wy­sokie stanowiska w firmie Concorde należącej do Prigożyna. Prezesem Euro Polisod stycznia 2017 r. do listopada 2019 r. był Oleg Erokhin, którego wielokrot­nie widywano na wspólnych wyjazdach z dowódcami Grupy Wagnera, w tym z sa­mym Dmitrijem "Wagnerem" Utkinem – głównym dowódcą wojskowym formacji.

Od 2017 r. nagle wagnerowcy nie mieli do dyspozycji najnowszego sprzętu i skazani byli na ten syryjski. 7 lutego 2018 r. doszło do starcia rządowych sił sy­ryjskich z oddziałami tak zwanej demokratycznej opozycji syryjskiej (Syrian Demo­cratic Forces – SDF) pod Chaszam (Khasham) w prowincji Dajr az­-Zaur. Według różnych szacunków mogło tam polec nawet stu Rosjan, łącznie w jedną noc rozbi­ty został cały batalion. Dokonali tego Amerykanie zabezpieczający bazy kurdyjskie, w których szkolili oddziały opozycyjne. Wagnerowcy zostali "wystawieni" Amery­kanom, sztab rosyjski wiedział, że ci będą się bronić.

Słabe uzbrojenie sugeruje, że grupa w tym czasie wykonywała swoje zadania dla armii syryjskiej, ale nie tej kontrolowanej przez Rosjan. Formacja zatem zaczęła uzu­pełniać braki pozostałej części armii syryjskiej (może nawet za syryjskie pieniądze) oraz zarabiać dla swoich rosyjskich mocodawców.

Nie do końca jasne pozostaje finansowanie wagnerowców. Zapewne w jakimś stopniu działali za pieniądze syryjskie, sami finansowali się poprzez przejmowa­nie wpływów w tamtejszym przemyśle i korzystali z infrastruktury armii i wywiadu rosyjskiego (bazy szkoleniowe, uzbrojenie, transport). Istnieje też duże prawdopo­dobieństwo, że wydatki na ich działalność ukryte są przez korupcyjny system pa­nujący w Rosji. Przykładowo firma Concord wygrała przetargi na catering między innymi dla armii. Jak dbała o uzupełnianie rezerw, widać było choćby podczas wojny z Ukrainą w 2022 r., gdy żołnierze jedli przeterminowane produkty.

5. Korpus to nie tylko Rosjanie i Syryjczycy werbowani do regularnej armii, to także mnóstwo formacji paramilitarnych oraz dowodzonych przez Hezbollah i Iran, czyli Narodowych Siły Obronnych (NDF), ale też palestyńskiej Liwa al­-Kuds. Istotne były zwłaszcza Oddziały Tygrys (Quwwat al­Nimr, Tiger Forces). Była to formacja utworzona w 2013 r. przez Wywiad Sił Powietrznych (AFI), niewcho­dzący w struktury regularnej armii. Formacja była pomysłem syryjskiego oligarchy, kuzyna prezydenta Asada – Ramiego Makhloufa. Koncepcja bardzo przypominała Grupę Wagnera: tworzona przez służby specjalne, za pieniądze człowieka bliskiego prezydentowi i utrzymywana z tego, co jej żołnierze ukradną i dostaną od państwa. Rosjanie wcielając formację do 5. Korpusu, ulokowali na wszystkich poziomach do­wodzenia, wręcz dublując strukturę, swoich lu­dzi. Ta zasada obowiązywała w całym Korpusie. Szef sztabu armii rosyjskiej generał Walerij Gie­rasimow podczas pogrzebu generała porucznika Walerija Asapowa powiedział wprost: "Pracował jako szef sztabu grupy naszych sił, a następnie dowodził 5. Korpusem ochotników".

Oficjalnie dowódcą Tygrysów był Suhail al­-Hassan, ale włączenie jednostki do 5. Korpusu umożliwiło Rosji osłabienie wpływów zarówno oligarchy Makhloufa, jak i AFI. W sierpniu 2019 r. utworzono 25. Dywizję Sił Specjalnych (tzw. antyterrorystyczną), ta już była "wpięta" w system dowodzenia armii, zatem pozbyto się wpływów AFI i Iranu, a de facto podporządkowano Rosji. Na jej czele również stał Suhail Hassan, uważany za krytyka wpływów Iranu i zwo­lennika współpracy z Rosją. Przykładowo w sierpniu 2017 r. spotkał się w rosyj­skiej bazie Hmeimim w Latakii z szefem sztabu armii rosyjskiej generałem Giera­ simowem, od którego dostał ceremonialny miecz w uznaniu za "braterstwo broni".

W czerwcu 2020 r. utworzono 16. Brygadę, której dowódcą został Salah Ab­-dullah, alawita, ale niezwiązany z AFI. Suhail Hassan, wedle tureckich doniesień, miał zostać poważanie ranny w marcu 2020 r. 16. Brygada przypominała Ty­grysy, ale już bez wpływów służb syryjskich i Iranu. Wyszkolona była przez Rosjan, z kadrą zawdzięczającą im awans. W ten sposób Rosjanie otrzymali stałe wpływy w armii syryjskiej, jednostkę, która stała się swoistym koniem trojańskim, w dużej mierze szachującą Asada, ale też w jakimś stopniu frakcje proirańskie.

Hezbollah wspierał reżim Baszszara al­Assada od samego początku wojny, w pewien sposób spłacając dług wdzięczności, ale przede wszystkim realizując interesy Iranu. Pierwsze informacje o jego obecności w Syrii pojawiły się już jesienią 2011 r., gdy we wrześniu libańskie media podały, że kilku bojowników Hezbollahu zostało zabitych w Syrii. Opozycja twierdziła, że jednak byli obecni już wcześniej – to ich snajperzy mieli strzelać do demonstrantów. Sekretarz Generalny Partii Sajjid Hassan Nasrallah dementował te doniesienia, choć oficjalnie, na poziomie politycznym, popierał reżim z Damaszku. W październiku 2012 r. jeden z wyższych ran­gą dowódców Hezbollahu Ali Hussein Nassif został zabity w czasie walk w rejonie Al­Kusajr (Al­Qusayr) i tego już nie dało się ukryć, stało się więc pretekstem do ofi­cjalnego ujawnienia swojego zaangażowania.

Rosja początkowo nie przyznawała się do współpracy z Hezbollahem, co wynikało z charakterystycznej dla niej polityki balansowania. Niezwykle ważne były dla niej stosunki z Izraelem, choćby ze względu na pozyskiwanie kluczowych technologii wojskowych i licznych powiązań biznesowych, co wiązało się z traktowaniem go jako ważnego partnera biznesowego. Niemniej można było zanotować obecność rosyjskiej techniki wojskowej w arsenale organizacji. Być może nie była ona dostar­czana bezpośrednio, a przez Damaszek, ale na pewno nie bez wiedzy Moskwy.

Bo­jownicy tej organizacji w ramach wspólnej służby z Rosjanami odbywali szkolenia z obsługi systemów ziemia–powietrze SA­22, artylerii rakietowej TOS­1, przeciw­ pancernych 9M133 Kornet czy miotaczy RPO­A Szmel. Armia izraelska zaczęła rejestrować korzyści, jakie dzięki tej współpracy uzyskiwał Hezbollah. Znacznie wzrastał potencjał jego arsenału rakietowego, wspominane Kornety też były postrzegane jako bardzo groźne – prawdopodobnie mają one zdolność przebicia pancerza podstawowego czołgu izraelskiego Merka­ va. Użycie takiej broni jak systemy rakietowe wymagało koordynacji z Rosjanami. To z kolei wymusiło powstanie wspólnych sztabów i zbieranie kolejnych doświadczeń przez Hezbollah.

Oczywiście zabezpieczał on w Syrii przede wszystkim swoje interesy, stąd choćby kontrola miasta Al-Kusajr z przejściem granicznym Liban–Syria. Realizował też interesy Iranu, udało się im zdobyć Abu Kamal i tak uzyskać most lądowy Iran–Irak–Syria–Liban (tzw. szyicki półksiężyc). W 2018 r. doszło jednak do zaskakującego wydarzenia: siły rosyjskie operujące razem z 11. Dywizją Armii Syryjskiej starły się z Hezbollahem pod Al­-Ku­sajr. Prawdopodobnie była to rosyjska próba przetestowania reakcji Iranu. Inną niekonsekwencją, a może właśnie konsekwencją w polityce balansu, był brak wsparcia w obronie przeciwlotniczej baz irańskich i Hezbollahu. Rosja zezwalała Izraelowi na swobodne operowanie w przestrzeni powietrznej Syrii, ich lotnictwo atakowało bazy szyickie, ale rosyjskie już nie.

Współpraca Rosji z Hezbollahem była szczególnie intensywna w ramach wspomi­nanego już 5. Korpusu. W jego skład wchodziły milicje szyickie rekrutowane przez Iran w Afganistanie, Jemenie czy Pakistanie. Następnie były szkolone w Iranie lub już na miejscu w Syrii i Libanie właśnie przez Hezbollah. Dowódcy (głównie z He­zbollahu) poznawali rosyjską sztukę operacyjną, co mogło być szczególnie cenne w kontekście konfliktu z Izraelem. Zwłaszcza pozyskanie zdolności w zakresie ra­dzieckiej koncepcji kompleksu rozpoznawczo­-uderzeniowego, gdzie lokalne oddzia­ły często miały rolę rozpoznawczą, a siły rosyjskie – uderzeniową. Jest to taktyka opracowana jeszcze w czasach ZSRR i była w dużej mierze odpowiedzią na ame­rykańskie koncepcje prowadzenia walk, ale uwzględnia pewne zapóźnienie tech­nologiczne. Zasadniczo jest to pewna wersja koncepcji wojny powietrzno­-lądowej. Siły lądowe, często nieliczne, naprowadzają na cel artylerię i lotnictwo. To w pew­nym stopniu zastępuje braki w zakresie rozpoznania satelitarnego czy lotniczego.

Pod koniec 2017 r. były dowódca wojsk rosyjskich w Syrii generał Siergiej Su­rowikin podał, że w ciągu 227 dni rosyjskiej interwencji zlikwidowano ponad 32 ty­s. terrorystów, zniszczono 394 czołgi oraz wyzwolono spod władzy Państwa Is­lamskiego 67 tys. km kw. powierzchni Syrii. Do tych danych należy podchodzić bardzo ostrożnie, ale na pewno kompetencje w tym kierunku były dopracowywane. Zapewne Hezbollah mógł nauczyć się, jak zarządzać prowa­dzeniem walk połączonych w koalicji, poznał szereg technik taktyczno­-operacyjnych prowadzenia statycznych i manewrowych działań połączonych oraz manewrowych działań wojennych w terenie miejskim, górskim i pustynnym.

Inną formacją współpracującą z Rosją w Syrii była Liwa al­-Kuds (al­-Quds), czyli Brygada Jerozolimska. Była to milicja złożona z Palestyńczyków, werbowana głów­nie w Syrii, choć nazwa mogłaby sugerować coś innego. Powstała w październiku 2013 r., inicjatorem była syryjska filia Hezbollahu, czyli Quwat ar­-Ridha (Siły al­-Ridy). Składała się z trzech batalionów, z czego najważniejszym były Lwy Jerozoli­my (Lions of al­-Quds Battalion) operujące w rejonie Al­-Najrab (Al­-Nayrab). Ponadto Batalion Odstraszania, który działa na północy Aleppo, na południe od wiosek Nubl i Zahara, oraz batalion Lwy al­-Shahba, który działa na frontach walk w mie­ście Aleppo.

Formacja w swej nazwie odwołuje się do Jerozolimy, natomiast two­rzyli ją bojownicy palestyńscy z Syrii, wyrażając poparcie dla państwa syryjskiego i jego armii. Brygada weszła również w skład 5. Korpusu, Rosjanie szybko przejęli nad nią kontrolę dowódczą i zaczęli pełnić również funkcje szkoleniowe. Do tego wykorzystano przede wszystkim rosyjską PMC: Vegacy Strategic Services Ltd. Jest to formacja oficjalnie zajmująca się ochroną frachtu morskiego, działała w Syrii przynajmniej od 2013 roku, prawdopodobnie jest to kolejny "klon" Grupy Moran i Wagnera. Ponadto szkoleni byli przez żołnierzy 18. Gwardyjskiej Brygady Strzel­ców Zmotoryzowanych (jednostka ta brała udział między innymi w ataku na Krym w 2014 roku). Była to tak zwana formacja kadrowa, do 2022 r. miała uzyskać roz­winięcie do dywizji. Jej oficerowie byli doświadczeni i stanowili pewną elitę w woj­skach lądowych Rosji. Brygada Jerozolimska była prawdopodobnie też dozbrajana przez Rosjan, o czym świadczą choćby zdjęcia publikowane w mediach z widocz­nymi na nich typami uzbrojenia. Dowódcy formacji otrzymali też odznaczenia od Rosjan za uznanie zasług bojowych.

Na profilu na Facebooku Liwa al­-Kuds oficjalnie prezentuje swoje powiązania z Rosją, często udostępniając zdjęcia rosyjskich żołnierzy. Regularnie dzieli się rów­nież wiadomościami dotyczącymi Władimira Putina lub międzynarodowej działal­ności Rosji, zwłaszcza w Syrii.

(...)

Rosja znakomicie odnalazła się w koncepcji wojny hybrydowej. Zwłaszcza dzięki temu, że jest to wojna tania, zatem główne problemy można było po prostu ukryć. Wojna w Syrii uwidoczniła wiele z nich, jak choćby: fatalne wyszkolenie żołnierzy, nieprecyzyjna broń, brak funduszy. Gdy spadały wiekowe bomby na Aleppo, Rosjanie tłumaczyli to "wietrzeniem magazynów" – taniej zrzucić, niż utylizować. W rzeczy­wistości oni nowszych po prostu nie mieli.

Wojna w Ukrainie miała być szybka, tro­chę hybrydowa, ale przede wszystkim błyskawiczna. Nic z tego nie wyszło i wszelkie zasłony niczym woal opadły. A pod nim świat zobaczył prawdziwe oblicze Rosji. Na Bliskim Wschodzie osiągnęła dużo więcej, niż powinna. Wynikało to przede wszyst­kim z braku silnej konkurencji, USA zrobiły dla Rosji przestrzeń i ta ją wypełniła. Wojna w Ukrainie pokazała jednak, że faktyczne zasoby Rosji są marne, że nie ma ona sił i środków do faktycznego zaangażowania.

Zresztą obiektywnie patrząc, Rosja nadal nie wygrała wojny dla Asada, Idlib nadal jest pod kontrolą rebeliantów. Oczy­wiście istotne jest tu zaangażowanie Turcji, ale i bez tego możliwe jest, że Moskwa nie miałaby środków do przeprowadzenia ofensywy. Lokalni gracze patrzyli na Rosję jako swoistą alternatywę, może nawet ciekawszą niż Chiny, bo obecną i znaną w tym rejonie. Moskwa o prawa człowieka upominać się nie będzie, demokracji wprowa­dzać też nie, co najwyżej podpowie, jak zrobić taką w rosyjskiej wersji, co to niby jest, a faktycznie jej nie ma. Rosja mogła być zatem pewną przeciwwagą dla wpły­wów USA. Po blamażu w Ukrainie chyba już niewielu wierzy w jej sprawczość.

onet.pl