Prezeska Stowarzyszenia „O Wolną Rosję” Anastasiia Sergeeva w listopadzie ubiegłego roku powołała w Warszawie Radę Obywatelską, która zrzesza przedstawicieli różnych regionów Rosji i grup etnicznych, a także rekrutuje ochotników na wojnę po stronie Ukrainy. O „federacji rosyjskiej” pisze w cudzysłowie i małymi literami – jej zdaniem to failed state, państwo upadłe. To żadna nowość dla Ukraińców czy Janusza Bugajskiego, starszego badacza w think tanku Jamestown Foundation, autora słynnej ostatnio książki o upadku Federacji Rosyjskiej Failed State: A Guide to Russia’s Rupture. Dla rosyjskiej opozycji czy diaspory ta myśl jednak póki co wydaje się być zbyt radykalna.
Dlatego po buncie Jewgienija Prigożyna Sergeeva rozpoczęła kampanię uznania Rosji za państwo upadłe, która po jego śmierci stała się jeszcze bardziej aktualna: Federacja Rosyjska jest po prostu mafijną korporacją, uważa Sergeeva, choć wielu badaczy Rosji nadal postrzega ten organizm jak państwo. Popełniające błędy czy zbrodnie, ale państwo.
„Federacja Rosyjska jest odbierana jako sformułowany z Moskwy monolit” – podkreśla Sergeeva. „Zatraca się specyfika różnorodności regionów i rzeczywiste zrozumienie, że nie ma takiego społeczeństwa jako takiego, z wyjątkiem propagandy. Chociaż nawet teraz ten kraj jest zlepkiem społeczności, które różnią się regionalnie, narodowo, etnicznie, ideologicznie. Aby zrozumieć wewnętrzną esencję, trzeba iść «od dołu», od regionów i od tego, co się tam dzieje. To jest problem ekspertyzy – bo to drogie, trudne i prawie niemożliwe do wykonania z zewnątrz. W związku z tym ocena jest z punktu widzenia tego, co na powierzchni. Chcąc nie chcąc, sami eksperci kultywują stanowisko Moskwy”.
Zgadza się z nią Denis Sokolov, z którym współzakładała Radę Obywatelską i który z zawodu jest antropologiem badającym rosyjskie regiony.
„Reżimowi przy użyciu nowoczesnych technologii komunikacyjnych udało się stworzyć coś, co w Związku Sowieckim nazywano dominującą ideologią. Większość ludzi odczuwa to jako coś wiszącego w powietrzu. Istnieją narracje, które ludzie postrzegają jako dozwolone, bo narzucane przez biurokrację państwową, w tym machinę medialną propagandystów, Cerkiew, partię Jedna Rosja, regionalne biurokracje, siły bezpieczeństwa i tak dalej. W rezultacie ludzie, podobnie jak w Związku Sowieckim, «wbudowują się» w dominującą narrację. Budują swój dyskurs w dyskursie. Nawet «opozycja», która zdaje się sprzeciwiać temu dominującemu dyskursowi, nie zaprzecza mu, ale protestuje, integrując się z nim. Ale robią to również muzułmanie z Północnego Kaukazu”.
Sokolov pożyczył pojęcie dominującej ideologii od Aleksieja Jurczaka, autora książki "To było na zawsze, dopóki się nie skończyło. Ostatnie pokolenie sowieckie." Rosyjsko-amerykański antropolog apeluje o „prowincjonalizację” w analizie ZSRR w rozumieniu odejścia od tego, co mówi centrum: „Jeśli dominująca figura dyskursu ideologicznego zniknie, stopniowo doprowadzi to do silnych zmian wewnętrznych w ideologii i w końcu do kryzysu legitymizacji władzy w ogóle” – pisze Jurczak. „Wraz ze zniknięciem dominującej figury stojącej poza dyskursem ideologicznym znika także metanarracja, która wcześniej dokonywała publicznej oceny wypowiedzi i reprezentacji ideologicznych pod kątem ich zgodności lub niezgodności z obiektywną prawdą. Nowym, uderzającym faktem było to, że chociaż obiektywna prawda zewnętrzna (niepodważalność komunizmu i marksizmu-leninizmu) nadal istniała i nadal odwoływał się do niej dyskurs ideologiczny, nie było już podmiotu, który posiadałby wyjątkową i niepodważalną wiedzę na ten temat. Najważniejszym skutkiem tych zmian było nie tyle obalenie konkretnego przywódcy czy konkretnych zbrodni, ile masowa reorganizacja całego reżimu socjalizmu – reorganizacja, która miała ogromne, choć na wstępie niewidoczne konsekwencje dla sowieckiego systemu. W wyniku tej reorganizacji coraz ważniejsze stało się odtworzenie dokładnej formy strukturalnej wypowiedzi ideologicznych i rytuałów, niż zbytnie zagłębianie się w ich dosłowne znaczenie”.
„Jak w czasie pierestrojki, tak i teraz słowa mają inne zupełnie znaczenie w zależności od mówcy” – zwraca uwagę Sokolov. „«Specjalna operacja wojskowa», «walka z korupcją», «stabilność», «tradycyjne wartości». Jedno znaczą dla propagandysty, który może nawet w nie wierzyć; drugie zaś dla moskiewskiego ucznia, który chce dostać piątkę – dla niego to aksjomatyczne stwierdzenia, które są filarami bezpieczeństwa”.
Właśnie tak, twierdzi Sokolov, odbywa się „wbudowywanie” w dominującą narrację. Dlaczego Związek Sowiecki tak niespodziewanie skończył się nawet dla ówczesnych sowietologów? Bo nie miał realnego oparcia, gdy zniknął temat dominującej narracji.
„Z jakiegoś powodu akademicy na Zachodzie powtarzają to samo, może to jest problem?” – pyta Sokolov. „To tylko dominujący dyskurs i frazesy leżące na powierzchni. A żeby zrozumieć interesy człowieka czy grup, trzeba zejść piętro niżej. Tam zaczyna się prawdziwa historia. Ta sama osoba, która mówi, że «nie da się pokonać atomowej potęgi», po kilku zdaniach powie, jaki horror i bałagan dzieje się w jego miejscu pracy”.
Dlatego, twierdzi Sokolov, w Rosji nie będzie wojny domowej jak w 1917 roku – bo nie ma realnych interesów, nie ma mas chłopskich gotowych do walki o swoją ziemię.
„Prigożyn to pokazał: ktoś pojechał na Moskwy, a jak zareagowali moskwianie, na to, że «biali» lada moment wyjadą, a «czerwoni» przyjdą? Demonstrowali, że będą czekać na ponowne otwarcie kawiarni. Kiedy Rosjanie zaatakowali Ukrainę, widać było niemałą grupę ludzi, którym nie trzeba wydawać rozkazu strzelania. Naród polityczny zaczął walczyć z Rosjanami, którzy weszli. W Federacji Rosyjskiej nie ma takich grup. Nie rozumieją, o co walczyć. Dopóki nie pojawią się konkretne interesy grup lokalnych” – twierdzi Sokolov.
Poza pasywną ludnością wyzwaniem dla Rosji jest terytorium. Ukraiński historyk Hryhorij Kasjanow ostatnio napisał: „Jeśli w Rosji nagle zapanuje rosyjski nacjonalizm etniczny, będzie to oczywiście droga do jej rozpadu. Drugą drogą do rozpadu jest demokratyzacja. Jeśli Rosja nagle stanie się krajem z prawdziwą, a nie fasadową demokracją, to od razu zacznie się rozpadać. Jako całość Rosja może istnieć tylko w reżimie autorytarnym lub totalitarnym”.
Sokolov tłumaczy: „Ta przestrzeń często była zaludniana siłą. Efektywność ekonomiczna jej populacji jest wysoce wątpliwa. Terytorium nie jest konsekwencją imperializmu, to jego bezpośrednie narzędzie. Dlaczego jeszcze się nie zmieniło? Bo to przeraża. Kiedy zaczynamy reformy, spotykamy się z faktem, że na przykład w obwodzie tomskim znajduje się ogromna liczba osiedli, które nie mają jakiejkolwiek racji bytu. A miasta na północy takie jak Urengoj w ogóle nie są do tego, żeby tam mieszkali ludzie na stale – w innych krajach w podobnie wrogich warunkach surowce wydobywają robotnicy sezonowi. Tymczasem w Rosji ludzie dobrowolnie w nich żyją. Mamy świadomość, że przebudować trzeba wszystko, począwszy od systemu zasiedleń. To jest konieczne, bo tak się nie da żyć, bo ta konstrukcja ciągle będzie niosła coś takiego jak ta wojna”.
Inny przykład, który podaje Sokolov: beneficjenci całego systemu wyjeżdżają zwykle na Zachód, bo w ogóle nie zamierzają mieszkać na terenie Rosji. Jego zdaniem, patrząc w przyszłość, Rosję i jej regiony trzeba traktować jak korporację polityczną, która będzie w stanie ująć kraj czy region jak projekt inwestycyjny.
(...)
Sokolov zgadza się, że tożsamości regionalne w Rosji są zdławione i poniekąd lekceważone, choć Rosjanie, szczególnie ci spoza Moskwy czy Petersburga na ogół mniej identyfikują się z krajem, a bardziej z własnymi regionami. Nawet wyraźne grupy narodowe, typu tych na Kaukazie, sprowadzone są do poziomu etnicznych, bo przeważnie nie ma projektów politycznych: „Z wyjątkiem Czeczenów, którzy dwukrotnie walczyli z Federacją Rosyjską, choć z wieloma zastrzeżeniami”.
„Mimo tego narody Kaukazu Północnego zbudowały swój system zbiorowego bezpieczeństwa w powiązaniu z Kremlem. Właśnie «wbudowali się» w ten sposób w dyskurs dominujący, a gdzieś nawet używają Kremla do walki z konkurencyjnymi projektami, jak na przykład Osetyjczycy z Inguszami. Dlatego, kiedy słyszymy coś o separatyzmie, tak naprawdę chodzi o aktywizm etniczny, który, ogólnie rzecz biorąc, jeszcze nie dorósł do separatyzmu. Choć Ukraińcy, zainteresowani upadkiem Federacji Rosyjskiej, są gotowi poprzeć każdego, kto coś o tym powie” – mówi Sokolov.
A skoro nie widać żadnego namacalnego projektu przekształcenia przestrzeni politycznej Rosji, to jedyne, co w tej chwili można robić, to odwoływać się do doświadczeń Związku Sowieckiego. Republiki związkowe, które miały wyraźne strategie utrzymania władzy i kontroli nad zasobami, bardziej opowiadały się za suwerennością. Moskwa w pewnym momencie kontrolę straciła.
„Problem polegał na tym, że niepodległość została osiągnięta, ale reformy polityczne – z wyjątkiem krajów bałtyckich – nie nastąpiły. Społeczeństwo pozostało skorumpowane, z tymi samymi sowieckimi instytucjami. Wypadła z tego Gruzja – po prostu dlatego, że nie miała już zasobów na utrzymanie sowieckich instytucji, więc Saakaszwili mógł pozwolić, by wszystko budowano w nowy sposób” – uważa Sokolov.
new.org.pl






