sobota, 23 września 2023


Prezeska Stowarzyszenia „O Wolną Rosję” Anastasiia Sergeeva w listopadzie ubiegłego roku powołała w Warszawie Radę Obywatelską, która zrzesza przedstawicieli różnych regionów Rosji i grup etnicznych, a także rekrutuje ochotników na wojnę po stronie Ukrainy. O „federacji rosyjskiej” pisze w cudzysłowie i małymi literami – jej zdaniem to failed state, państwo upadłe. To żadna nowość dla Ukraińców czy Janusza Bugajskiego, starszego badacza w think tanku Jamestown Foundation, autora słynnej ostatnio książki o upadku Federacji Rosyjskiej Failed State: A Guide to Russia’s Rupture. Dla rosyjskiej opozycji czy diaspory ta myśl jednak póki co wydaje się być zbyt radykalna.

Dlatego po buncie Jewgienija Prigożyna Sergeeva rozpoczęła kampanię uznania Rosji za państwo upadłe, która po jego śmierci stała się jeszcze bardziej aktualna: Federacja Rosyjska jest po prostu mafijną korporacją, uważa Sergeeva, choć wielu badaczy Rosji nadal postrzega ten organizm jak państwo. Popełniające błędy czy zbrodnie, ale państwo.

„Federacja Rosyjska jest odbierana jako sformułowany z Moskwy monolit” – podkreśla Sergeeva. „Zatraca się specyfika różnorodności regionów i rzeczywiste zrozumienie, że nie ma takiego społeczeństwa jako takiego, z wyjątkiem propagandy. Chociaż nawet teraz ten kraj jest zlepkiem społeczności, które różnią się regionalnie, narodowo, etnicznie, ideologicznie. Aby zrozumieć wewnętrzną esencję, trzeba iść «od dołu», od regionów i od tego, co się tam dzieje. To jest problem ekspertyzy – bo to drogie, trudne i prawie niemożliwe do wykonania z zewnątrz. W związku z tym ocena jest z punktu widzenia tego, co na powierzchni. Chcąc nie chcąc, sami eksperci kultywują stanowisko Moskwy”.

Zgadza się z nią Denis Sokolov, z którym współzakładała Radę Obywatelską i który z zawodu jest antropologiem badającym rosyjskie regiony.

„Reżimowi przy użyciu nowoczesnych technologii komunikacyjnych udało się stworzyć coś, co w Związku Sowieckim nazywano dominującą ideologią. Większość ludzi odczuwa to jako coś wiszącego w powietrzu. Istnieją narracje, które ludzie postrzegają jako dozwolone, bo narzucane przez biurokrację państwową, w tym machinę medialną propagandystów, Cerkiew, partię Jedna Rosja, regionalne biurokracje, siły bezpieczeństwa i tak dalej. W rezultacie ludzie, podobnie jak w Związku Sowieckim, «wbudowują się» w dominującą narrację. Budują swój dyskurs w dyskursie. Nawet «opozycja», która zdaje się sprzeciwiać temu dominującemu dyskursowi, nie zaprzecza mu, ale protestuje, integrując się z nim. Ale robią to również muzułmanie z Północnego Kaukazu”.

Sokolov pożyczył pojęcie dominującej ideologii od Aleksieja Jurczaka, autora książki "To było na zawsze, dopóki się nie skończyło. Ostatnie pokolenie sowieckie." Rosyjsko-amerykański antropolog apeluje o „prowincjonalizację” w analizie ZSRR w rozumieniu odejścia od tego, co mówi centrum: „Jeśli dominująca figura dyskursu ideologicznego zniknie, stopniowo doprowadzi to do silnych zmian wewnętrznych w ideologii i w końcu do kryzysu legitymizacji władzy w ogóle” – pisze Jurczak. „Wraz ze zniknięciem dominującej figury stojącej poza dyskursem ideologicznym znika także metanarracja, która wcześniej dokonywała publicznej oceny wypowiedzi i reprezentacji ideologicznych pod kątem ich zgodności lub niezgodności z obiektywną prawdą. Nowym, uderzającym faktem było to, że chociaż obiektywna prawda zewnętrzna (niepodważalność komunizmu i marksizmu-leninizmu) nadal istniała i nadal odwoływał się do niej dyskurs ideologiczny, nie było już podmiotu, który posiadałby wyjątkową i niepodważalną wiedzę na ten temat. Najważniejszym skutkiem tych zmian było nie tyle obalenie konkretnego przywódcy czy konkretnych zbrodni, ile masowa reorganizacja całego reżimu socjalizmu – reorganizacja, która miała ogromne, choć na wstępie niewidoczne konsekwencje dla sowieckiego systemu. W wyniku tej reorganizacji coraz ważniejsze stało się odtworzenie dokładnej formy strukturalnej wypowiedzi ideologicznych i rytuałów, niż zbytnie zagłębianie się w ich dosłowne znaczenie”.

„Jak w czasie pierestrojki, tak i teraz słowa mają inne zupełnie znaczenie w zależności od mówcy” – zwraca uwagę Sokolov. „«Specjalna operacja wojskowa», «walka z korupcją», «stabilność», «tradycyjne wartości». Jedno znaczą dla propagandysty, który może nawet w nie wierzyć; drugie zaś dla moskiewskiego ucznia, który chce dostać piątkę – dla niego to aksjomatyczne stwierdzenia, które są filarami bezpieczeństwa”.

Właśnie tak, twierdzi Sokolov, odbywa się „wbudowywanie” w dominującą narrację. Dlaczego Związek Sowiecki tak niespodziewanie skończył się nawet dla ówczesnych sowietologów? Bo nie miał realnego oparcia, gdy zniknął temat dominującej narracji.

„Z jakiegoś powodu akademicy na Zachodzie powtarzają to samo, może to jest problem?” – pyta Sokolov. „To tylko dominujący dyskurs i frazesy leżące na powierzchni. A żeby zrozumieć interesy człowieka czy grup, trzeba zejść piętro niżej. Tam zaczyna się prawdziwa historia. Ta sama osoba, która mówi, że «nie da się pokonać atomowej potęgi», po kilku zdaniach powie, jaki horror i bałagan dzieje się w jego miejscu pracy”.

Dlatego, twierdzi Sokolov, w Rosji nie będzie wojny domowej jak w 1917 roku – bo nie ma realnych interesów, nie ma mas chłopskich gotowych do walki o swoją ziemię.

„Prigożyn to pokazał: ktoś pojechał na Moskwy, a jak zareagowali moskwianie, na to, że «biali» lada moment wyjadą, a «czerwoni» przyjdą? Demonstrowali, że będą czekać na ponowne otwarcie kawiarni. Kiedy Rosjanie zaatakowali Ukrainę, widać było niemałą grupę ludzi, którym nie trzeba wydawać rozkazu strzelania. Naród polityczny zaczął walczyć z Rosjanami, którzy weszli. W Federacji Rosyjskiej nie ma takich grup. Nie rozumieją, o co walczyć. Dopóki nie pojawią się konkretne interesy grup lokalnych” – twierdzi Sokolov.

Poza pasywną ludnością wyzwaniem dla Rosji jest terytorium. Ukraiński historyk Hryhorij Kasjanow ostatnio napisał: „Jeśli w Rosji nagle zapanuje rosyjski nacjonalizm etniczny, będzie to oczywiście droga do jej rozpadu. Drugą drogą do rozpadu jest demokratyzacja. Jeśli Rosja nagle stanie się krajem z prawdziwą, a nie fasadową demokracją, to od razu zacznie się rozpadać. Jako całość Rosja może istnieć tylko w reżimie autorytarnym lub totalitarnym”.

Sokolov tłumaczy: „Ta przestrzeń często była zaludniana siłą. Efektywność ekonomiczna jej populacji jest wysoce wątpliwa. Terytorium nie jest konsekwencją imperializmu, to jego bezpośrednie narzędzie. Dlaczego jeszcze się nie zmieniło? Bo to przeraża. Kiedy zaczynamy reformy, spotykamy się z faktem, że na przykład w obwodzie tomskim znajduje się ogromna liczba osiedli, które nie mają jakiejkolwiek racji bytu. A miasta na północy takie jak Urengoj w ogóle nie są do tego, żeby tam mieszkali ludzie na stale – w innych krajach w podobnie wrogich warunkach surowce wydobywają robotnicy sezonowi. Tymczasem w Rosji ludzie dobrowolnie w nich żyją. Mamy świadomość, że przebudować trzeba wszystko, począwszy od systemu zasiedleń. To jest konieczne, bo tak się nie da żyć, bo ta konstrukcja ciągle będzie niosła coś takiego jak ta wojna”.

Inny przykład, który podaje Sokolov: beneficjenci całego systemu wyjeżdżają zwykle na Zachód, bo w ogóle nie zamierzają mieszkać na terenie Rosji. Jego zdaniem, patrząc w przyszłość, Rosję i jej regiony trzeba traktować jak korporację polityczną, która będzie w stanie ująć kraj czy region jak projekt inwestycyjny.

(...)

Sokolov zgadza się, że tożsamości regionalne w Rosji są zdławione i poniekąd lekceważone, choć Rosjanie, szczególnie ci spoza Moskwy czy Petersburga na ogół mniej identyfikują się z krajem, a bardziej z własnymi regionami. Nawet wyraźne grupy narodowe, typu tych na Kaukazie, sprowadzone są do poziomu etnicznych, bo przeważnie nie ma projektów politycznych: „Z wyjątkiem Czeczenów, którzy dwukrotnie walczyli z Federacją Rosyjską, choć z wieloma zastrzeżeniami”.

„Mimo tego narody Kaukazu Północnego zbudowały swój system zbiorowego bezpieczeństwa w powiązaniu z Kremlem. Właśnie «wbudowali się» w ten sposób w dyskurs dominujący, a gdzieś nawet używają Kremla do walki z konkurencyjnymi projektami, jak na przykład Osetyjczycy z Inguszami. Dlatego, kiedy słyszymy coś o separatyzmie, tak naprawdę chodzi o aktywizm etniczny, który, ogólnie rzecz biorąc, jeszcze nie dorósł do separatyzmu. Choć Ukraińcy, zainteresowani upadkiem Federacji Rosyjskiej, są gotowi poprzeć każdego, kto coś o tym powie” – mówi Sokolov.

A skoro nie widać żadnego namacalnego projektu przekształcenia przestrzeni politycznej Rosji, to jedyne, co w tej chwili można robić, to odwoływać się do doświadczeń Związku Sowieckiego. Republiki związkowe, które miały wyraźne strategie utrzymania władzy i kontroli nad zasobami, bardziej opowiadały się za suwerennością. Moskwa w pewnym momencie kontrolę straciła.

„Problem polegał na tym, że niepodległość została osiągnięta, ale reformy polityczne – z wyjątkiem krajów bałtyckich – nie nastąpiły. Społeczeństwo pozostało skorumpowane, z tymi samymi sowieckimi instytucjami. Wypadła z tego Gruzja – po prostu dlatego, że nie miała już zasobów na utrzymanie sowieckich instytucji, więc Saakaszwili mógł pozwolić, by wszystko budowano w nowy sposób” – uważa Sokolov.

new.org.pl

Pisząc o demokratycznej opozycji, nie ujmuję demokracji jako niezgody na putinizm i autorytaryzm. Mam na myśli jej pozytywną definicję, czyli przywiązanie do wolności, pluralizmu i przestrzegania prawa. Z tym demokratyczna opozycja w Rosji ma problem, który leży u fundamentów jej konsolidacji po rozpadzie ZSRR.

Zmarły w 1997 roku eseista i historyk literatury Andriej Siniawski wspominał, jak w latach 90. spotkał się z Bułatem Okudżawą. Na pytanie, dlaczego Okudżawa popiera Jelcyna, ten odpowiedział, że po pierwsze, bo jego teksty nie są już cenzurowane, a po drugie, bo może swobodnie podróżować po świecie. Dla Siniawskiego był to skrajny przejaw cynizmu demokratycznie nastawionych inteligentów. W tym sensie elity władzy wywodzące się przecież wprost z aparatu komunistycznego oraz opozycja miały ten sam polityczny genom. Dlatego Siniawski mówił wtedy o Rosji zabijanej przez dwa nieszczęścia: autokratyzm na poziomie ogólnym i inteligencję na poziomie szczegółowym, bo ta nie potrafi się wyzbyć pozostałości autokratycznego (imperialnego?) myślenia.

Klinicznym przykładem mieszanki cynizmu i czegoś, co Theodore Adorno nazwał osobowością autorytarną, jest Ksienia Sobczak, celebrytka, dziennikarka, dawniej polityczka, córka Anatolija Sobczaka, nieżyjącego mera Petersburga, mentora Putina, za którym przyszły prezydent nosił polipropylenowe nesesery. Plotka głosi, że Putin jest ojcem chrzestnym Ksieni. Przez wiele lat elitarne pochodzenie i koneksje na Kremlu tłumaczyły pozycję, jaką zajmowała Sobczak w przestrzeni publicznej. Jako dziennikarce pozwalano jej zadawać niewygodne pytania Putinowi, nie grożono jej aresztem za publiczne wypowiadanie ostrych politycznych sądów, gdy jeszcze była ku temu okazja.

Obeznana z kremlowskimi mechanizmami Sobczak doskonale wiedziała, że koncesja na reprezentowanie liberalnej Rosji wiąże się z świadczeniem usług dla organów koncesyjnych. Prawdopodobnie dlatego zgodziła się na pełnienie funkcji czynnika rozładowującego społeczne napięcie i wystartowała w wyborach prezydenckich w 2018 roku. Po tej kompromitacji zaczęła balansować na granicy lifestyle’u i polityki, prowadząc projekty medialne, dzięki którym dociera do szerokiej publiki i między lokowanymi reklamami znanych marek przemycała kremlowski przekaz.

Pełnoskalowa wojna zmieniła jednak zasady gry i parasol bezpieczeństwa przestał działać. Sobczak przekonała się o tym, kiedy funkcjonariusze struktur siłowych zapukali do jej domu, a jej dyrektorowi finansowemu postawiono zarzuty wyłudzenia pieniędzy i zamknięto go w areszcie. Sama Sobczak salwowała się ucieczką. Rosyjski internet zalały nagrania, na których pieszo przekracza granicę z Litwą. (Ku zaskoczeniu wielu okazało się, że oddana sprawom ojczyzny Ksienia ma dodatkowo obywatelstwo Izraela). Przeszukanie domu było sygnałem od władzy dla niej i dla innych osób o podobnym statusie publicznym, że teraz za odmowę współpracy grozi nie tylko odebranie majątku, intratnych kontraktów czy dostępu to eteru. Stawką stała się wolność.

Sobczak udało się załagodzić sprawę, wróciła do Rosji, wyrzekła się swojego dyrektora finansowego i skwapliwie wypełnia stawiane przed nią zadania. Poza rolą drobnej prowokatorki, kiedy jedzie do Tbilisi i dowodzi, że Gruzini dyskryminują Rosjan w nocnych klubach, pełni rolę sygnalistki à rebours. Co to oznacza?

Otwarta inwazja na Ukrainę rozpoczęła się od ustanowienia swoistego przestępczego sprzymierzenia między członkami ścisłego kierownictwa Federacji Rosyjskiej skupionych w Radzie Bezpieczeństwa RF. 21 lutego 2022 roku Putin zebrał ich na Kremlu na transmitowanym w mediach posiedzeniu, gdzie każdy musiał publicznie wypowiedzieć słowa, w których popierał rozpoczęcie wojny w Ukrainie. Zawarcie sprzymierzenia było więc rodzajem quasi-mafijnej praktyki przypominającej obrzędy przejścia, a jej uczestnicy uzyskiwali status przestępców wojennych na równi z Putinem.

Rytualne przeniesienie odpowiedzialności za wojnę w kolejnych miesiącach stało się powszechne. Każdy, kto pozostaje w Rosji i chce funkcjonować publicznie, np. w mediach, musi wypowiedzieć formułę, w której popiera atak na Ukrainę. Niedozwolone są eufemizmy ani zawoalowane przekazy, bo tutaj oczekuje się jednoznaczności. Ksienia Sobczak jest przydatną figurą, bo może służyć jako widoczny sygnał dla środowiska showbiznesu i mediów. Między innymi dlatego FSB niedawno wypuściło informację, jakoby udaremniło zamach terrorystyczny na Ksienię Sobczak i … Margaritę Simonian.

Terrorystami okazała się grupka faszyzujących chuliganów, część z nich nieletnich, którzy mieli przyjąć zlecenie od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i „rozpracowywać” propagandystki. Ujawniona przez FSB konspiracja była tak mało wiarygodna, że w Rosji wywoływała raczej ironiczny śmiech i większość komentatorów, w tym sama zainteresowana, interpretowała to jako medialną wrzutkę. Zestawiając w roli ofiar wzorcową propagandystkę Simonian i udającą demokratkę Sobczak, służby wysłały wiadomość do zwolenników i odbiorców tej ostatniej – wy, uznający siebie za liberałów, jesteście tacy sami jak ci, którzy popierają nawołującą do rozprawy z Ukrainą Simonian i jak trzeba będzie, przyjdziemy także po was. Dlatego nazywam Ksienię Sobczak sygnalistą na odwrót: to nie ona zgłasza naruszenie norm prawnych, ale poprzez nią sygnalizuje się, że anomia staje się normą.

Nie powinniśmy nie doceniać wpływu Kseni Sobczak na życie społeczne w Rosji. Ogromne doświadczenie medialne i polityczne, które zdobywała od wczesnej młodości, pozwala jej umiejętnie manipulować opinią publiczną. Jak się okazuje, nie tylko w Rosji. Na łamach „The New York Timesa” korespondent gazety w Moskwie opisuje Sobczak jako główną konkurentkę polityczną Nawalnego po liberalnej stronie. Poznając ją, amerykański czytelnik zostaje postawiony tym samym w pozycji podobnej do dawnego rosyjski wyborcy, kiedy kazano mu uwierzyć, że znana córka swego ojca jest poważną kandydatką w wyborach prezydenckich.

Tym razem, w wywiadzie sprawozdawanym przez NYT Sobczak wypełnia inne, chociaż wciąż kluczowe dla Kremla zadanie. Formułuje i wypowiada racjonalizację, logiczną formułę instant dla wszystkich, który nie zgadzają się z Putinem, ale zdecydowali się zostać i konformistycznie nie sprzeciwiać się jego zabójczej polityce. Sobczak racjonalizuje to tak: w obecnej sytuacji nie można nic zrobić, więc trzeba znaleźć sposób, żeby żyć z Putinem. Wyjazd nie jest dobry, bo oznacza ciągłe przepraszanie za własny kraj, czego oczywiście nie należy robić. Nie należy też wypowiadać wprost tego, co się myśli, szczególnie o władzy. Odwrotnie – trzeba przestrzegać prawa. Sobczak wypowiada te obronne frazy z pełną świadomością przestępczej natury napadu na Ukrainę i absurdalnego legislacyjnego pędu Dumy. W tym sensie jej słowa to nic innego jak nawoływanie jej milionowej publiczności do zgody na nieme wzięcie na siebie współodpowiedzialności za decyzje Putina i pogodzenie się z tym.

To bardzo ciekawe zjawisko społeczne, zaczerpnięte z religijnego fatalizmu cerkwi prawosławnej w Rosji. Patriarcha Moskiewski Władimir Gundiajew głosi go w wersji mesjanistycznej, w której narodowi rosyjskiemu Bóg przeznaczył poświęcenie życia w walce z Szatanem (rozumianym różnie, jako kolektywny Zachód, światowe „gejostwo”, wartości demokratyczne itp.). Sobczak oskrzydla rosyjskie społeczeństwo z liberalnej strony, głosząc fatalizm natury politycznej: kości na Kremlu zostały rzucone i nic nie możemy zrobić. W wersji Sobczak ten fatalizm miesza się ze wspomnianym już cynizmem, który naturalnie także jest racjonalizującym narzędziem przeznaczonym dla mas. Tłumacząc akceptację dla bezsilności mówi: „Ludzie rodzą się, żeby prowadzić spokojne i szczęśliwe życie, nie każdy rodzi się przecież bohaterem”.

Cynizm milionerki Sobczak polega na tym, że akurat ona urodziła się i wzrastała do dostatniego i szczęśliwego życia. Jednocześnie do wczesnych lat pozostawała bohaterką medialnych skandali obyczajowych i politycznych. Spokój i szczęście Sobczak ma inne znaczenie dla większości jej publiki, bo w przeniesieniu z elit w masy dokonuje się silna dewaluacja znaczeń. Maybach zmienia się w ładę, dom w Monako – na ogród z zagonem kapusty pod Kostromą, a uśmiech szczęścia wywołany wschodem słońca na hiszpańskiej riwierze – w uczucie ulgi, gdy bliski nie dostał powołania w trwającej kampanii poborowej. Sobczak nawołuje do akceptacji bezradności w zamian za dostęp do bogactwa, podczas gdy „zwykły” Rosjanin powinien zrezygnować ze społecznej podmiotowości za pietruszkę.

Ksienia Sobczak od zawsze była częścią establishmentu, jej matka, Ludmiła Narusowa, po dziś dzień zasiada w Radzie Federacji. Jej drugi mąż, znany reżyser, a obecnie dyrektor Teatru na Bronnej Konstantin Bogomołow to oddzielna historia przekuwania przez putinizm dawnego liberała w reżymowego teatralnego szmirusa. Z takimi osobami władza obchodzi się w specjalny sposób. A zwykłych celebrytów, np. estradowców, którzy nie wyjechali, stygmatyzuje wojną w banalny sposób. Na przykład zaprasza do występów podczas masowych koncertów, gdzie występują pod banerami z literami Z i V, śpiewając piosenki krzepiące bojowy duch narodu. W dzisiejszej Rosji publiczna celebracja wojny to właściwie jedyny sposób na pozostanie na estradzie dla tych artystów, którzy nie zdecydowali się wyjechać, oraz tych zapomnianych, którzy na wojennej fali złapali nowy wiatr w żagle.

Inaczej ma się sytuacja z młodym pokoleniem muzyków, zawsze buntowniczym w stosunku do starszych kolegów i władzy jako takiej. Głównym orężem Kremla w walce z młodzieżowym undergroundem, który potrzebuje platform internetowych dla funkcjonowania, są zapisy penalizujące propagowanie narkotyków lub innych niebezpiecznych zachowań. W praktyce każda wzmianka o narkotyku, nawet bez zachęty czy romantyzacji, może być zinterpretowana jako propagacja. Efektem jest postępująca kastracja żywej, młodzieżowej subkultury, zastępowanej sformatowanym surogatem.

Ksienia Sobczak to celebrytka, kto stanowi większość Rosji zastygłej w stuporze? To przycupnięci w kącie politycy, zdziesiątkowani dziennikarze, uzależnieni od państwowych transferów twórcy kultury, działacze ekologiczni i blogerzy, nauczyciele i wielu innych. Każde z tych środowisk pozostaje w stuporze wywołanym strachem przed formalnym lub nieformalnym aparatem represyjnym państwa. I z tygodnia na tydzień ten strach nabiera cech coraz bardziej paranoicznych, bo w represjach nie chodzi już o znaczenie słów, których wypowiedzenie może być zinterpretowane jako obraźliwe lub ekstremistyczne. Represjonowana staje się sama gotowość do wyrażenia opinii, intencja, gest. Dlatego zawołanie Sobczak do pozostawania spokojnym i szczęśliwym w państwie upodabniającym się do kolonii karnej dobrze mieści się w tej paranoidalnej logice. W dzisiejszej Rosji znowu stają się aktualne słowa Stalina: „Życie stało się lepsze, towarzysze, życie stało się weselsze”.

new.org.pl


Jest 1 sierpnia 2023 roku. Ambasador USA w Budapeszcie ogłasza zmiany w amerykańskim programie ruchu bezwizowego. W ich konsekwencji zezwolenie na podróż za Atlantyk będzie ważne dla Węgrów przez rok (zamiast dwóch lat), a także trzeba będzie o nie każdorazowo występować. Decyzję Amerykanie tłumaczą nieprawidłowościami w wydawaniu węgierskich paszportów węgierskiej diasporze w latach 2011–2020, głównie w Ukrainie i Serbii. Według strony amerykańskiej ich posiadacze stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa USA. To najnowsza odsłona trwającego od lat systematycznego pogarszania się relacji. W obecnej narracji węgierskich władz ekipa Joego Bidena każe Węgry za brak poparcia amerykańskiego podejścia do wojny w Ukrainie, a więc – dążenia nie do pokoju, a eskalacji. Jak to możliwie, że w czasie, w którym Waszyngton stanowi dla Europy Środkowej i Wschodniej gwarant bezpieczeństwa, a Europejczycy z satysfakcją przyjmują słowa Bidena dotyczące obrony „każdego cala” terytorium NATO, w Budapeszcie postrzeganie USA stale się pogarsza?

Tamás Magyarics, badacz relacji amerykańsko-węgierskich na uniwersytecie ELTE, zwrócił uwagę na łamach portalu gospodarczego G7.hu, że „Stany Zjednoczone zawsze były dla Węgier drugo- bądź trzeciorzędnym partnerem”. Jak wskazuje, „relacje między dwoma krajami zostały zdeterminowane przez ich stosunki ze strategicznymi przeciwnikami Waszyngtonu w XX i XXI wieku”. Sięgnijmy zatem do historii, bowiem to w niej można upatrywać jednego z kluczy do zrozumienia podejścia Węgier do USA.

Prezydent Thomas Woodrow Wilson w styczniu 1918 roku wygłosił słynne czternaście punktów. Dla Polaków fundamentalny był punkt 13, w którym wezwał on utworzenia niepodległego państwa polskiego. Węgrów dotyczyły punkty 10 i 11, które przypieczętowały koniec austro-węgierskiej hegemonii. Wilson wezwał bowiem do stworzenia „możliwości autonomicznego rozwoju narodom Austro-Węgier”, a zatem wsparł dążenia narodowowyzwoleńcze żyjących w ramach Wielkich Węgier Słowaków i Rumunów. W kolejnym punkcie wezwał do odzyskania przez Rumunię, Serbię i Czarnogórę utraconych w czasie wojny terytoriów.

Już dwa lata później, 4 czerwca 1920 roku, Amerykanie byli stroną traktatu z Trianon, w wyniku którego Węgry zostały okrojone o 1/3 terytorium i podobny odsetek ludności. Ale to nie koniec. Amerykanie z Węgrami w obu wojnach światowych stali po przeciwnych stronach. W 1947 roku w traktacie paryskim (zwanym „małym Trianonem”) potwierdzono ustalenia pokojowe pomiędzy Węgrami a Aliantami, na mocy których Węgry okrojono z ziem, które zostały do nich przyłączone w wyniku kolaboracji z Hitlerem. Ponadto do dzisiaj na Węgrzech jest żywy żal o to, że w 1956 roku, w czasie węgierskiego powstania, Zachód (a zatem także Waszyngton) nie pomógł. Premier Orbán w lipcowym przemówieniu w czasie letniego uniwersytetu w Rumunii, w miejscowości Băile Tușnad (węg. Tusnádfürdő), mówił o tym, że w ciągu powojennych 80 lat pierwszych 45 lat przypadało na okres, w którym „Anglosasi oddali nas sowieckim komunistom”.

Bliższe nawiązanie stosunków politycznych nastąpiło dopiero w dniach 11–13 lipca 1989 roku, kiedy z wizytą na Węgrzech przebywał prezydent USA George Bush. W czasie swoich przemówień wskazywał, że już niebawem nastąpi koniec podziału Europy, a demokratyczna transformacja jest możliwa. Wizyta Busha nastąpiła prawie miesiąc po pogrzebie bohaterów 1956 roku, wydarzenia, które przyjęło się uważać za początek obecności Viktora Orbána w wielkiej polityce.

Punktem przełomowym wzajemnych relacji było udostępnienie przez Węgrów lotniska Amerykanom na potrzeby operacji „Joint Endeavour” na Bałkanach. W Taszár utworzono bazę logistyczną sił IFOR. Stacjonowało w niej 1,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy, a 13 stycznia 1996 roku odwiedził ją Bill Clinton. Relacje węgiersko-amerykańskie za jego prezydentury były zresztą najlepsze. W 1998 i 1999 roku wizyty w Białym Domu złożyli prezydent Árpád Göncz i premier Viktor Orbán. Ten ostatni na ponowne pojawienie się w Waszyngtonie w ramach dwustronnych oficjalnych rozmów czekać musiał aż do maja 2019 roku, kiedy został zaproszony przez Donalda Trumpa. Prezydent Węgier nie został podjęty w Białym Domu od 1999 roku.

Kto w narracji węgierskich władz eskaluje konflikt w Ukrainie? O tym, że robi to Rosja, która ostrzeliwuje codziennie Ukrainę, słyszy się niewiele. Cała odpowiedzialność spoczywa bowiem na Ameryce i jej sojusznikach. „USA są naszymi przyjaciółmi, a także naszym ważnym sojusznikiem, ale nie pozwolimy na to, by wciągnęły Węgry do wojny”, powiedział 14 kwietnia 2023 roku Viktor Orbán w wywiadzie dla państwowego radia Kossuth. Ten wątek wciągania w wojnę przewija się zresztą w debacie publicznej od samego początku pełnoskalowej inwazji Rosji w lutym 2022 roku. „Tak naprawdę liczy się to, co chcą zrobić Amerykanie. (…) Jeśli zdecydują, że chcą pokoju, to będzie pokój” – słowa te, wypowiedziane po raz pierwszy w głośnym wywiadzie dla niemieckiego „Bilda”, przewijały się w czasie letniego uniwersytetu w Rumunii w lipcu 2023 roku. O tym, że USA mogłyby zakończyć wojnę, kiedy chcą, Orbán mówił także w niedawnym wywiadzie udzielonym byłemu dziennikarzowi Fox News Tuckerowi Carlsonowi (Tucker on X). Do 8 września program wyświetlono ponad 127 milionów razy.

W mediach sympatyzujących z rządem w Budapeszcie można przeczytać, że Waszyngton na tej wojnie się bogaci na kontraktach zbrojeniowych czy energetycznych z Europą Środkową i Wschodnią, włączając w to zyski generowane na handlu droższym od rosyjskiego gazem LNG. Politycy Fideszu uważają, że Stany Zjednoczone prowadzą na świecie wojny zastępcze, próbując tłumaczyć je koniecznością chronienia demokracji. Co dzieje się później, mieliśmy zobaczyć w Afganistanie. Orbán w Rumunii mówił o tym, że Amerykanie używają „wartości” w celu walki z państwami, które ich nie podzielają – a zatem także Węgrami.

Badanie GLOBSEC Trends 2023 pokazuje, że 33% Węgrów zgadza się z twierdzeniem, że „USA wciągają mój kraj w wojnę z Rosją, ponieważ czerpią z niej zyski”. Z sondaży wynika także, że chociaż Węgrzy wojny nie popierają i nie chcą pomagać Ukrainie w dostawach broni, to jednak nie są tak prorosyjscy, jak można byłoby sądzić po działaniach ich władz. Zbieżność między jego podejściem do Waszyngtonu a nastawieniem społeczeństwa do „Wielkiego Brata” widać w sondażach Pew Research Center, których wyniki zostały opublikowane pod koniec czerwca. Najbardziej proamerykańskim narodem są Polacy (93% respondentów zadeklarowało pozytywny stosunek do USA), podczas gdy na drugim końcu skali lokują się Węgry (44%). Rozbieżność jest jeszcze większa, jeżeli zapytać o zaufanie wobec prezydenta Joe Bidena. W Polsce ufa mu 83%, a na Węgrzech 19%. Co więcej, gdyby badanie udało się ograniczyć wyłącznie do grupy wyborców rządzącej koalicji Fidesz-KDNP, dane byłyby z pewnością jeszcze gorsze.

Zaledwie 15% Węgrów (wobec 67% Polaków) uważa, że USA w swojej polityce kierują się dobrem także innych państw, a zaledwie co trzeci respondent z Węgier sądzi, że Amerykanie uczestniczą w zapewnieniu pokoju i stabilności na świecie. W Polsce odsetek ten wynosi 85%. Prorządowy instytut Nézőpont przeprowadził w kwietniu badanie, z którego wynikało, że 40% Węgrów jest zwolennikami zacieśnienia relacji Węgry–USA. Przeciwnego zdania jest 16%, a 26% uważa, że nie trzeba ich zmieniać. Jak to tłumaczyć? W dużej mierze propagandą, która sączy się ze sprzyjających władzy mediów – te stanowią nawet 80% rynku. Kreowanie rzeczywistości władzom wychodzi nad wyraz sprawnie.

Symbolem tego, co w Ameryce najgorsze z perspektywy Budapesztu, jest David Pressman, który od lata 2022 roku pozostaje ambasadorem USA na Węgrzech. O ile ataki na prezydenta Bidena wrażenia na nikim nie robią (pozostają zresztą bez odpowiedzi strony amerykańskiej), o tyle autentyczne kłótnie z Pressmanem wpisały się w krajobraz węgiersko-amerykańskich relacji. Pomimo krótkiego czasu sprawowania urzędu dorobił się już niejednej nagonki na siebie w sympatyzujących z rządem mediach. Sam premier mówi o nim per „Présember”, co jest grą słów złożonych z nazwiska ambasadora; literalnie określa go „człowiekiem mediów”. Ambasador jest aktywny w mediach społecznościowych, ostro recenzując głównie antyamerykańską i antyzachodnią propagandę. Sam na Węgry przyjechał z dziećmi i mężem, w naturalny sposób angażuje się zatem w ochronę praw osób LGBT+. Zorganizowany przez niego w połowie lipca Family Pride Picnic spotkał się ze stanowczą krytyką władz Węgier.

W ubiegłym roku Pressman postanowił nie tylko wspierać tęczowe środowiska, ale także walczyć z antyamerykańską i prorosyjską propagandą. W kwietniu na ulicach Budapesztu pojawiły się hasła „Ruskie do domu”, które nawiązywały do węgierskiego, antysowieckiego powstania 1956 roku. Pressman z problemami dotyczącymi Węgier udał się dotychczas dwukrotnie do Brukseli, a także na konsultacje do Waszyngtonu. Spotkał się tam m.in. z Sekretarzem Stanu Antonym Blinkenem. Na entuzjazm węgierskich decydentów na sukcesy sondażowe Trumpa David Pressman zareagował, polecając nieangażowanie się w wybory w innym państwie, skoro Węgrzy nie chcą takich działań nad Dunajem.

Kolejnym elementem antypressmanowej nagonki były słowa Tuckera Carlsona, który w trakcie swojego programu stwierdził, że administracja Bidena wydaje pieniądze amerykańskich podatników na nękanie Węgier. Carlson był również gościem festiwalu jednej z węgierskiej uczelni (Kolegium Macieja Korwina); w trakcie swojego przemówienia przeprosił za amerykańskiego ambasadora, określając jego zachowanie „obrzydliwym i niewybaczalnym”. Stwierdził także, że ambasador „niczego nie wie o Węgrzech, bowiem nie zna węgierskiego – odejdź!”. Krytyczne słowa dziennikarza pod adresem ambasadora USA na Węgrzech były cytowane wielokrotnie w prorządowej prasie.

Chociaż polityczny wymiar relacji amerykańsko-węgierskich jest fatalny, to ten gospodarczy rozwija się jak najlepiej. Wspominany Tamás Magyarics uważa, że we wzajemnych amerykańsko-węgierskich relacjach „interesy zawsze miały (i mają) pierwszeństwo przed oficjalną retoryką USA”. Co to oznacza? Ano to, że bez względu na doraźnie spory, relacje gospodarcze pomiędzy państwami są co najmniej poprawne. Widać to było z ustaleń dziennikarzy portalu śledczego Direkt36. Przed kilkoma laty ujawnił on treść depeszy ambasadora Węgier w Waszyngtonie (László Szabó) wysłanych do centrali Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Handlu w Budapeszcie. Dotyczyły ono rozmowy, jaka w 2018 roku odbyła się między wiceszefem węgierskiej dyplomacji Levente Magyarem a Wessem Mitchellem, w latach 2017–2019 zastępcą sekretarza stanu ds. Europy i Euroazji.

Z relacji Szabó wynikało, że strona amerykańska zrewidowała obszary, w których krytykowała Budapeszt. A było to już, co warte podkreślenia, za przychylnej Orbánowi administracji Donalda Trumpa. Mniej liczyły się kwestie związane z uderzeniem w wolność mediów czy nauki (procedowano wówczas m.in. ustawę likwidującą funkcjonowanie na Węgrzech amerykańskiego Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego). Ambasador Szabó twierdził, że priorytetami Amerykanów są dwa elementy współpracy: wojskowa i energetyczna. Z obydwu paradoksalnie niewiele wychodzi. W ramach programu modernizacji sił zbrojnych Węgrzy nie wybrali się na zakupy za ocean, a do Niemiec. Nie nabędą także systemu HIMARS, bowiem jego sprzedaż została zablokowana na etapie komisji w amerykańskim Senacie. Węgierskie ministerstwo obrony narodowej informowało w związku z tą sprawą, że wcale ich kupić nie zamierzało.

Szeroko rozumiany biznes na Węgrzech miewa się jednak nad wyraz dobrze. Według informacji przekazanych na ostatnim forum Węgiersko-Amerykańskiej Izby Handlowej USA pozostają drugim największym inwestorem na Węgrzech (pierwszym pozostają Niemcy). Ponad 1,7 tysiąca amerykańskich firm zatrudnia około 107 tysięcy pracowników. W ostatnich ośmiu latach rząd Węgier wsparł 103 amerykańskie inwestycje kwotą 2 miliardów dolarów. W 2022 roku obroty handlowe między państwami osiągnęły rekordową wartość, wzrastając o 16%. Z przytoczonego badania Pew Research Center wynika, że w latach 2019–2023 odsetek Węgrów uważających, że USA mają dominującą rolę ekonomiczną na świecie, wzrósł do 52% (w Polsce sięga 55%).

Dbając o swoje interesy, Amerykanie nie tolerują na Węgrzech dwóch rzeczy – uzależnienia od Rosji i prochińskiej orientacji władz. Już w kwietniu Amerykanie nałożyli sankcje na funkcjonujący w Budapeszcie rosyjski Międzynarodowy Bank Inwestycyjny. Dopiero sankcje doprowadziły do wycofania się z tej instytucji przez Węgry. Wcześniej zrobiły to Rumunia, Bułgaria, Czechy i Słowacja. Jednak bankowość nie lubi próżni, wypełnia ją China Construction Bank. W lipcu 2023 roku minister spraw zagranicznych i handlu Péter Szijjártó oraz minister rozwoju gospodarczego Márton Nagy złożyli niezależnie od siebie wizyty w Chinach, w czasie których odbyli szereg spotkań. Ich konsekwencją ma być nie tylko pogłębienie współpracy z Huawei, ale także przyciągnięcie na Węgry jeszcze więcej chińskiego kapitału. Obecnie najwięcej Pekin inwestuje na Węgrzech w produkcję ogniw do baterii stosowanych w samochodach elektrycznych. Nowym zagłębiem tego typu działalności są okolice drugiego największego miasta na Węgrzech – Debreczyna.

Kształt przyszłych amerykańsko-węgierskich relacji rozstrzygnie się w kolejnych miesiącach, po wyborach prezydenckich w USA. Jeżeli ponownie wygra Biden, Budapeszt zostanie zmuszony albo do dalszej obstrukcji, albo do porozumienia się z Waszyngtonem. Jeśli zaś wygra Trump, nad Dunajem wystrzelą korki szampana. Jest to zresztą absurdalne, bo poza wizytą w Waszyngtonie i rozmowami telefonicznymi Trump Węgrom niczego nie dał. Jedyną wymierną korzyścią dla Orbána było to, że kiedy ustępujący ze stanowiska Barack Obama przyznał wsparcie niezależnym węgierskim mediom w wartości kilkuset tysięcy dolarów, to Donald Trump ten fundusz zlikwidował.

Obecnie polityczna pozycja Węgier została poważnie nadszarpnięta nie tylko w konsekwencji podejścia Budapesztu do wojny, ale także demonstracyjnego wydłużania głosowania ustawy umożliwiającej przystąpienie najpierw Finlandii, a następnie Szwecji do NATO. W strukturach Sojuszu czy w Waszyngtonie nikt Węgier podmiotowo w tej sprawie nie traktuje. Głośnym echem odbił się gest, który miał miejsce w czasie szczytu NATO w Wilnie. Viktor Orbán był jedynym politykiem, któremu prezydent Biden podał dłoń w czasie przygotowań do wspólnego zdjęcia. Szef biura politycznego premiera Balázs Orbán (niespokrewniony z szefem rządu) stwierdził, że Biden rozpoznał go, bowiem premier Węgier jest obecny na wielu okładkach amerykańskich periodyków.

new.org.pl

Spacerując kaukaskimi ulicami, można często dostrzec wizualizacje kształtu terytorium państw odbiegające od ich aktualnego przebiegu granic. W każdym z krajów regionu istnieje starannie pielęgnowane przeświadczenie o dziejowej niesprawiedliwości, która objawia się okrojeniem współczesnego terytorium w zestawieniu z deklarowaną domeną kulturową danego narodu. A ta w warunkach kaukaskiego nacjonalizmu, wciąż często tkwiącego w ramach, gdzie naród postrzegany jest jako wspólnota odwieczna, pokrywa się z tym, jak wyobrażany jest zasięg państw narodowych. Biorąc pod uwagę historyczne uwarunkowania, ten wymarzony przebieg w oczywisty sposób musi się opierać na pozbawieniu sąsiadów ich własnych terytoriów.

W Azerbejdżanie na etykietkach win, magnesach, pamiątkach, a nawet książkach dla dzieci i emblematach umieszczonych w przestrzeni publicznej można odnaleźć wizualizację terytorium kraju, który obejmuje przestrzeń wschodniej Armenii (prowincję Tawusz, Wajoc Dzor, Sjunik oraz Gegharkunik), a czasem – całe jej terytorium. W państwie, w którym dyskurs polityczny jest zmonopolizowany przez władzę, tego rodzaju zawłaszczenia są wygodnym sposobem kreowania polityki symbolicznej. Zgodnie z bieżącymi potrzebami są one aktywizowane lub czasowo wyłączane z narracji. Niektóre odniesienia, przez podkreślanie konieczności zastosowania mechanizmów posttranzycyjnej sprawiedliwości, są stałym elementem agendy państwowej.

Przez lata w ten sposób traktowano kwestię Górskiego Karabachu. Reintegracja separatystycznego terytorium z Azerbejdżanem była podstawą dyskusji o integralności terytorialnej przez cały okres prezydentury Hejdara Alijewa oraz dominowała w pierwszym okresie rządów jego syna Ilhama. Być może od zakończenia II wojny karabachskiej, a z pewnością od końca 2022 roku, władze azerbejdżańskie uznają kwestię Górskiego Karabachu za zamkniętą, co jeszcze wyraźniej widać po 20 września 2023 roku. Narracja jest prosta: nie ma blokady Korytarza Laczyńskiego, nie ma nim spowodowanego kryzysu humanitarnego, nie ma aresztowań karabachskich Ormian pod wątpliwymi zarzutami. Jest przestrzeń do inwestycji i konieczność reintegracji terytoriów, które przez 30 lat znajdowały się pod armeńską okupacją. Jest też konieczność usunięcia separatystycznych, terrorystycznych władz, które zawłaszczyły odwiecznie Azerbejdżanowi przynależne terytorium.

Współczesna tożsamość państwowa w Azerbejdżanie jest ufundowana na militaryzacji społeczeństwa, renegocjowalnym nacjonalizmie i normalizacji przemocy. Widać to w wypowiedziach prezydenta Alijewa. Przykładowo w niedawnym wywiadzie udzielonym Euronews, azerbejdżański przywódca użył sformułowania, że wygrana wojna była celem jego życia, który udało mu się osiągnąć. W tej sytuacji autorytarna władza w znacznej mierze sankcjonuje i legitymizuje swoje trwanie przez nieustanne odniesienia do figury wroga. Ten jest jednoznacznie sprecyzowany: to Ormianin, a uniwersalizując – państwo armeńskie. Antyormiański resentyment również jest stałym elementem komunikacji azerbejdżańskiej władzy, będąc nie tylko instrumentalizacją polityczną, ale też ważną składową postsowieckiej tożsamości.

Na przełomie 2020 i 2021 roku krótko wydawało się, że budowany przez lata dyskurs o narodowej traumie, kolektywnej krzywdzie i dziejowej niesprawiedliwości znalazł wreszcie wypełnienie i upust w tryumfalizmie związanym ze zwycięstwem w II wojnie karabachskiej. Szybko jednak pojawiły się naciski władz Azerbejdżanu na realizację budowy tzw. korytarza zangezurskiego łączącego zachodnią część Azerbejdżanu z Nachiczewanem przez południową armeńską prowincję Sjunik. Rosyjska inwazja na Ukrainę i będące jej konsekwencją osłabienie Rosji w regionie pozwoliło Alijewowi na implementację agresywniejszej narracji i polityki. Ich skutkiem były napięcia graniczne z Iranem, eskalacja w Karabachu we wrześniu 2022 roku i wreszcie wprowadzona w grudniu zeszłego roku blokada górskiej enklawy, zaostrzona w czerwcu.

W takich uwarunkowaniach trudno zatem uznać, że rzeczywistą agendą Azerbejdżanu jest prowadzenie kompromisowego procesu pokojowego z Armenią i karabachskimi Ormianami oraz poszukiwanie modelu permanentnej stabilizacji w regionie z zastrzeżeniem wzajemnego respektowania terytorium. Bo jaki cel w tym przypadku miałaby mieć cała narracja o Zachodnim Azerbejdżanie? (Uwaga, ta polityczna idea jest całkowicie odrębna od prowincji Azerbejdżan Zachodni w północno-zachodnim Iranie, choć w irredentystycznej idei Całego Azerbejdżanu również ona docelowo ma się stać częścią „historycznych ziem azerbejdżańskich”).

Narracja ta skierowana do azerbejdżańskiego odbiorcy sugeruje, że Ormianie nie są jedynie okupantami na terenie Górskiego Karabachu, ale również w samej Armenii. Armeńska SRS była w jej świetle sztucznym tworem, utworzonym na gruzach carskich guberni erywańskiej i jelizawietpolskiej, która w istocie jest częścią kulturowej domeny Azerbejdżan. W konsekwencji cała polityka imperialna, a następnie sowiecka i armeńska, była oparta na dyskryminacji muzułmanów/Azerbejdżan, ostatecznie doprowadzając do sytuacji, w której Armenia jest praktycznie pozbawionym mniejszości homogenicznym państwem. Jest to oczywiście kolejna niesprawiedliwość, której doświadczyli Azerbejdżanie, której nie można tak po prostu zostawić. Kolejną misją prezydenta Alijewa staje się więc naprawienie historycznych krzywd.

To nie jest tak, że przed zachodnim odbiorcą ten dyskurs jest skrzętnie ukrywany, Wręcz przeciwnie, najważniejsze osoby definiujące i produkujące pożądane narracje regularnie podkreślają odpowiedni przekaz. Niemniej jego forma jest skonstruowana znacznie subtelniej aniżeli w propagandowych materiałach skierowanych do wewnętrznego odbiorcy oraz generowanych w celu podtrzymywania polityki straszenia przeciwnika. Również w treści nacisk jest kładziony na odmienne aspekty, celując w wartości dla Zachodu newralgiczne. W tym przypadku: uniwersalne prawa człowieka, a konkretnie prawa osób uchodźczych oraz sprawiedliwość tranzycyjną, która przynależy się każdemu pokrzywdzonemu (indywidualnie i kolektywnie) jako konsekwencja działania autorytarnego systemu politycznego (w tym przypadku sowieckiego). Te pojęcia, dla obywateli zachodu oczywiste, w przypadku ich interpretacji w przestrzeni postimperialnych peryferii, stają się wydmuszką. Nie chodzi bowiem o rzeczywistą sprawiedliwość po okresie represji, ale raczej o autowiktymizacje, która służyć ma konkretnym interesom. Oczywiście obie wersje są oparte na umiejętnej manipulacji narracjami historycznymi, statystykami demograficznymi w ramach instrumentalizacji pamięci i technologizacji dyskursu. Skąd wobec tego wzięła się idea Zachodniego Azerbejdżanu i w jaki sposób jest manifestowana?

Tereny dzisiejszych Republik Armenii i Azerbejdżanu są nieszczęśliwie ulokowane na styku interesów imperiów, stale stanowiąc przestrzeń konfliktu. Zaczynając od partyjskich i sasanidzkich potyczek z Rzymianami, przez wojny Bizancjum z Arabami, a następnie plemionami tureckimi, wreszcie po wojny persko-osmańskie oraz rosyjsko-perskie i rosyjsko-tureckie. Przetaczająca się przez Wyżynę Armeńską i Mały Kaukaz historia skutkowała powtarzalnymi zmianami demograficznymi, często implementowanymi jako polityki mające stabilizować newralgiczne pograniczne terytoria, albo też wpływać na modernizację w miejscach przesiedleń. Tak było w przypadku deportacji szacha Abbasa I na początku XVII wieku, kiedy setki tysięcy Ormian, a także Gruzinów i Czerkiesów, zostało przesiedlonych z Kaukazu do centralnego Iranu.

Podobne konsekwencje miały exodusy i przesiedlenia ludności w pierwszej połowie XIX wieku, po zajęciu dzisiejszego tzw. Kaukazu Południowego przez Cesarstwo Rosyjskie. Tysiące szyickich muzułmanów powędrowało na południe na terytoria nadal kontrolowane przez Persję, w drugą stronę migrowali chrześcijanie, głównie Ormianie. Zmieniała się także struktura administracyjna. W czasach perskich na terenie Kaukazu istniało kilkanaście chanatów, księstw i prowincji znajdujących się pod jurysdykcją lokalnych, zwykle szyickich, elit. Po traktatach w Gulistanie i Turkmenczaju, które legalizowały rosyjską aneksję Kaukazu Południowego, utworzono w pierwszej połowie XIX wieku system guberni, obwodów i okręgów. Terytoria dzisiejszej Armenii i Azerbejdżanu wchodziły w skład guberni erywańskiej (obejmującej Nachiczewan), jelizawietpolskiej (obejmującej Karabach) i bakijskiej oraz okręgu zakatalskiego (utworzonego później).

W latach 1921–1923 Biuro Kaukaskie, główna jednostka władzy bolszewickiej odpowiedzialna za sowietyzację regionu, podjęło szereg decyzji o kształcie współczesnych granic Kaukazu Południowego. Proces ten nastąpił po okresie intensywnych konfliktów o sporne terytoria regionu. Azerbejdżanie i Ormianie rościli sobie pretensje do Nachiczewanu, Górskiego Karabachu oraz Zangezuru (Sjuniku i Wajoc Dzoru). Zdecydowano, że Górski Karabach stanie się obwodem autonomicznym w ramach Azerbejdżańskiej SRS, Nachiczewan – republiką autonomiczną w jej ramach, a Sjunik i Wajoc Dzor zostaną bezpośrednio włączone do Armeńskiej SRS. Była to zmiana zasadniczo odbiegająca od kształtu granic administracyjnych w Cesarstwie Rosyjskim.

Wbrew oficjalnym deklaracjom socjalistyczne imperium nigdy sobie nie poradziło z rozwiązaniem kwestii narodowościowych. Co więcej, modernizacyjne technologie władzy – represje i przesiedlenia – szczególnie realizowane w epoce stalinowskiej – dziś są elementem konfliktów pamięci i odmiennych interpretacji historii. W czasie i po II wojnie światowej została zorganizowana deportacja dasznaków (rzekomych członków nielegalnej ormiańskiej partii Dasznakcutjun) do Azji Centralnej, która poza znamionami przesiedlenia motywowanego politycznie miała również podtekst etniczny. Od 1947 do 1950 roku przesiedlano również Azerbejdżan z Armeńskiej SRS do Azerbejdżanu. Oficjalnie przyczyną była konieczność zasiedlenia świeżo wówczas zirygowanych stepowych terenów Niziny Kurańskiej.

Rozpad ZSRS spowodował kolejne zmiany demograficzne. Od 1988 roku trwały wzajemne prześladowania, w efekcie których niemal wszyscy Azerbejdżanie opuścili Armenię, a Ormianie – Azerbejdżan. Szacuje się, że swoje miejsce zamieszkania musiało wówczas opuścić pół miliona osób. W niepodległych republikach nastąpił też swobodny rozwój dotychczas niedopuszczalnych irredentystycznych i nacjonalistycznych narracji.

W początkowym okresie istnienia niepodległego Azerbejdżanu głównym wątkiem narracyjnym, który służyć miał do konsolidowania tożsamości, był azerbejdżanizm rozumiany jako przynależność do narodu w ramach granic republiki. Ta koncepcja skonstruowana przez Hejdara Alijewa miała wówczas zminimalizować postrzegane jako szkodliwe koncepcje „powiększonego Azerbejdżanu” promowane przez Abulfaza Elczibeja, pierwszego prezydenta niepodległej republiki. Jednocześnie, w kontekście Górskiego Karabachu istotne znaczenie miało pozycjonowanie się w roli ofiary ormiańskiego nacjonalizmu.

Sytuacja zmieniła się pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, a przybrała na sile szczególnie wraz z umacnianiem się władzy Ilhama Alijewa po 2013 roku. Koncepcja uregulowania kwestii terytorialnej integralności zaczęła wówczas być stopniowo uzupełniana o kolejne elementy narracyjne. Idea irredentystyczna nie opiera się jednak na zjednoczeniu z Azerbejdżanami irańskimi, jak za Elczibeja, ale na Republice Armenii. W azerbejdżańskim języku politycznym (ale również akademickim), pojawił się Irewan i Republika Irewanu, Zangezur oraz Göyçə (Jezioro Sewan). Ilham Alijew często podkreśla, że ziemie te są historycznie azerbejdżańskie. Początkowo taktyka była zapewne odpowiedzią na ormiański irredentyzm w Górskim Karabachu, a kwestia uchodźców z sowieckiej Armenii była intensywnie eksploatowana w narracjach produkowanych dla zachodniego odbiorcy. Jednocześnie była to karta przetargowa w negocjacjach z Armenią – odpuszczenie pretensji do Zangezuru w zamian za odpuszczenie pretensji do Karabachu. Z czasem do tej kwestii zostały dołączone kolejne aspekty. W pierwszej kolejności, narracja ta wpisuje się w szerszy kontekst militarystycznego nacjonalizmu, który jest ideowym zabezpieczeniem azerbejdżańskiego petroautorytaryzmu. Populistyczna, nacjonalistyczna narracja pozwala utrzymywać tożsamość ufundowaną na antagonizmie wobec Ormian.

W momencie zakończenia II wojny karabachskiej wydawało się, że ta instrumentalizowana narracja zostanie zmarginalizowana. Paradoksalnie, stało się zupełnie inaczej i między innymi trudności z implementacją postanowień zawieszenia broni z 9 listopada 2020 roku poskutkowały intensyfikacją eksploatacji kwestii Zachodniego Azerbejdżanu. Alijew wielokrotnie groził, że jeśli środki pokojowe nie doprowadzą do otwarcia tzw. korytarza zangezurskiego, możliwe będzie użycie siły. W lipcu 2021 roku został utworzony region ekonomiczny Wschodniego Zangezuru, a Alijew stwierdził, że jeśli jest wschodni Zangezur, to jest i zachodni, a Azerbejdżanie muszą wrócić – i wrócą – na ziemie swoich przodków.

Eskalacja konfliktu we wrześniu 2022 roku, która miała niespotykany wcześniej charakter (Azerbejdżan zaatakował terytorium Republiki Armenii, a nie Górski Karabach), być może była urzeczywistnieniem tej idei. Zaatakowane prowincje Gegharkunik (wokół jeziora Sewan), Wajoc Dzor i Sjunik w Azerbejdżanie były określane mianem „zachodniego Zangezuru”, a co bardziej zagorzali zwolennicy irredentystycznych idei nawoływali do utworzenia separatystycznej Republiki Göyçə-Zangezur na potencjalnie zajętych terenach. W grudniu 2022 roku, niemal równolegle z początkiem blokady, uroczyście został zainaugurowany program Wielki Powrót, który promuje osadnictwo Azerbejdżan na odzyskanych terytoriach. Również tam, gdzie Ormianie zawsze stanowili zdecydowaną większość, jak na przykład w Hadrucie. Zadziwiająco, to wszystko splata się z powtarzaniem zobowiązania do uznania armeńskiej integralności terytorialnej w granicach Armeńskiej SRS. Konflikt stanowi podstawę legitymizacji i stabilności azerbejdżańskiego reżimu. Po II wojnie karabachskiej został on zredefiniowany; jako że reintegracja Górskiego Karabachu jest już kwestią wewnętrzną. 24-godzinny blitzkrieg 19 i 20 września 2023 roku tylko potwierdził ten stan rzeczy. Antagonizm wobec Ormian musi zostać przeniesiony na poziom międzypaństwowy.

Biorąc pod uwagę deklaracje azerbejdżańskiego patrona – Turcji – oraz skomplikowaną rolę Iranu i Rosji na Kaukazie Południowym, trudno uważać opisane narracje za realne polityczne plany. Jednak raz zasiane ziarno nacjonalistycznego irredentyzmu, rewanżyzmu i etnicznej nienawiści bardzo ciężko usunąć. Potencjalnie więc, próbując zwiększać władzę i kontrolę, Alijew wiesza nad swoją głową miecz Damoklesa. Z drugiej strony, ufając w racjonalność decyzji i wstrzemięźliwość działań Alijewa i azerbejdżańskiego reżimu, warto pamiętać, że aktualnie w Górskim Karabachu ponad 120 tysięcy Ormian żyje w blokadzie, która powoli z kryzysu humanitarnego zaczyna się zamieniać w zbrodnię przeciwko ludzkości popełnianą na oczach świata. Nic więc nie jest całkowicie wykluczone.

new.org.pl

piątek, 22 września 2023



Władze lokalne musiały wydać miliardy dolarów na masowe testy i blokady, aby wyegzekwować kampanię prezydenta Xi Jinpinga na rzecz zerowej epidemii Covid-19. Kryzys na rynku nieruchomości, który spowodował gwałtowny spadek sprzedaży gruntów, pozbawił je głównego źródła przychodów.

(...)

Jednak zadłużenie władz regionalnych Chin pozostaje rosnącym ryzykiem dla drugiej co do wielkości gospodarki świata. Willy Lam, starszy pracownik waszyngtońskiego think tanku The Jamestown Foundation, szacuje, że całkowita kwota zadłużenia może wynieść od 9 do 12 bilionów dolarów, włączając tak zwany „ukryty dług” emitowany przez lokalne instytucje finansowe. Pojazdy te to podmioty prawne utworzone przez chińskie miasta w celu obejścia ograniczeń zaciągania pożyczek nałożonych przez rząd centralny w Pekinie. Często wykorzystuje się je do kierowania środków finansowych na projekty infrastrukturalne.

Lam powiedział CNN, że sytuacja wydaje się „wymykać spod kontroli”.

„Połowa dochodów generowanych przez samorządy przeznaczana jest na spłatę odsetek od zadłużenia” – powiedział. „Muszą korzystać ze wszystkich sposobów, aby zdobyć pieniądze: stąd surowe kary na restauracje i inne firmy”. W czerwcu trzy restauracje w Szanghaju zostały ukarane grzywną w wysokości 5000 juanów (685 dolarów) każda, za serwowanie bez pozwolenia posiekanego ogórka na zimnym makaronie, co wywołało zamieszanie.

(...)

Jak podaje państwowy dziennik Jiemian, w maju kierowcy ciężarówek w środkowej prowincji Henan kwestionowali dokładność wag pomostowych używanych do sprawdzania pojazdów i ich ładunku, po tym jak byli wielokrotnie karani grzywnami za przekroczenie limitów .

Jeden z kierowców skarżył się, że w ciągu dwóch lat otrzymał 58 mandatów na łączną kwotę 275.000 juanów (37.687 dolarów). Urzędnik lokalnego wydziału transportu powiedział, że po trzech latach pandemii „w każdym hrabstwie zabrakło pieniędzy”. „Musimy więc właściwie egzekwować prawo i nakładać kary, które powinny zostać nałożone” – powiedział urzędnik.

Jak wynika z artykułu zamieszczonego na stronie internetowej rządu centralnego, w zeszłym roku inspektorzy rządu centralnego odkryli, że urzędnicy w mieście Huizhou na południu kraju sfabrykowali dowody, na podstawie których mogli nałożyć surowe kary na kierowcę ciężarówki za wyrzucanie odpadów budowlanych.

Jak wynika z analizy ich budżetów przeprowadzonej przez Yuekai Securities, co najmniej 15 chińskich miast odnotowało co najmniej 100% wzrost dochodów generowanych z grzywien i konfiskat w 2021 roku. Największy wzrost o 151% w porównaniu z rokiem poprzednim odnotowało miasto Nanchang na południu, a najwięcej – 4,38 miliarda juanów (600 milionów dolarów) w Qingdao na wschodzie. „Kary są w zasadzie wyrazem desperacji miejscowości znajdujących się w trudnej sytuacji fiskalnej” – powiedział Logan Wright, dyrektor ds. badań rynków chińskich w Rhodium Group. „Samorządy lokalne są odpowiedzialne za większość usług społecznych w Chinach, ale nie mogą zmieniać stawek podatków ani części pobieranych podatków”.

Dodał, że całkowita kwota podatków pobieranych przez chiński rząd w stosunku do wielkości gospodarki stale spada od 2015 r.

Pandemia pogorszyła sytuację. Jak wynika z analizy CNN opartej na statystykach rządowych, całkowite dochody podatkowe na wszystkich szczeblach administracji spadły w 2022 r. o 3,5% w porównaniu z rokiem poprzednim, co stanowi największy spadek od czasu reformy systemu podatkowego w Chinach w 1993 r.

Wydaje się, że rząd centralny był zszokowany wzrostem kar nakładanych przez władze lokalne. W zeszłym roku Pekin wydał dyrektywę zabraniającą samorządom lokalnym nakładania „arbitralnych kar” w celu generowania dochodu i wysłał zespoły inspekcyjne, aby sprawdziły, czy polityka jest przestrzegana.

Ale problem nie zniknął. Premier Li Qiang, który objął urząd w marcu, powiedział w lipcu, że rozprawi się z „arbitralnymi oskarżeniami i arbitralnymi karami finansowymi” nakładanymi na prywatne firmy.

cnn.com

Według doniesień prasowych doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan spotkał się w weekend z chińskim ministrem spraw zagranicznych Wang Yi na Malcie. To kolejna próba ustabilizowania stosunków amerykańsko-chińskich przed możliwym spotkaniem Joe Bidena i Xi Jinpinga w listopadzie na marginesie szczytu Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku (Asia-Pacific Economic Co-operation, APEC).

Sullivan i Wang spotkali się już na podobnym tajnym (jak widać nie do końca) spotkaniu w Wiedniu cztery miesiące temu, co umożliwiło wznowienie bezpośrednich kontaktów między stronami.

W tej chwili wciąż nie wiadomo jednak, czy Xi Jinping w ogóle pojedzie do San Francisco na szczyt APEC. Xi zrobił unik i nie pojechał na szczyt G20 do New Delhi. Wydaje się, że jednym z powodów była konieczność uniknięcia spotkania z Bidenem – inny to niechęć do dowartościowania gospodarzy.

Rok temu Chińczycy odnieśli sukces propagandowy na szczycie G20 na Bali i już wielu pisało, jak to kończy się rywalizacja chińsko-amerykańska. Oczywiście, jak było to łatwe do przewidzenia, nic takiego się nie stało. Nie da się też drugi raz sprzedać zachodnim politykom ściemy planem pokojowym. W efekcie Xi pojechał na inspekcję do Heilongjiang.

Moim zdaniem, Xi nie pojedzie też na szczyt APEC, jeżeli nie uda się Wang Yi wytargować jakiś realnych ustępstw ze strony Waszyngtonu. Na razie nie widzę na to szans. Zwłaszcza, że kampania wyborcza w Stanach Zjednoczonych nabiera tępa. Trudno też w tej chwili ocenić, na ile problemy wewnętrzne ograniczają Xi możliwości podróżowania. Były minister spraw zagranicznych Qin Gang został usunięty ze stanowiska bez wyjaśnienia w lipcu, a pod koniec sierpnia zniknął z pola widzenia opinii publicznej również minister obrony Li Shangfu. Rośnie liczba plotek na temat powodów tych dysparycji, ale nawet jeżeli większość z nich to bzdury, to i tak Xi ma wiele na głowie. Dlatego potrzebuje sukcesu, ale czy Biden mu go da?

zawielkimmurem.net


Ze wsi Tofiłowce na modlitwę w cerkwi w Narodzenie Przenajświętszej Bogurodzicy przyjechało też małżeństwo w średnim wieku. W postrzeganiu granicy żona nie odczuwa różnicy w porównaniu do tego, co było 20 lat temu. Mąż wtrąca, że im te mundury nie przeszkadzają, ale po chwili komentuje nieco inaczej.

— Tu przed szkołą stały rosomaki, a one pędzą, nie wiadomo z jaką szybkością — stwierdza, co widział.

— Hałas, kurz, nieostrożność, trzeba było na nie uważać — przerywa mu żona.

— A w ogóle, to nie żołnierze są winni, tylko rząd, że tych uchodźców ściągnął i to dużo wcześniej przed aferą wizową. Oni z Białorusi idą, a to nie trzeba się kłócić z sąsiadem, tylko dochodzić do porozumienia, a nie "my siła, my siła". Tego ogrodzenia by nie trzeba było stawiać. Trzeba było rozmawiać, a nie drażnić i sankcje na Łukaszenkę nakładać za sfałszowane wybory — w kontrze tłumaczy mąż.

Żona stanowczo stwierdza, że żadnego niebezpieczeństwa tu nie ma. Osobiście migrantów nie spotkała, choć mieszka w strefie nadgranicznej. Od czasu do czasu widzi śmigłowiec przelatujący nad głową.

— Mur postawili, a ludzie cały czas przechodzą. Rząd twierdzi, że zrobili dobrze, a oni nic nie zrobili, bo idzie jeszcze więcej ludzi — i tu żona dopowiada do słów męża, że to druga strona pomaga, bo gdyby nie to, to nie byłoby przekroczeń granicy.

Mąż kwituje: — To nie tylko o nas chodzi. Wojsko się męczy, policja się męczy, Straż Graniczna to samo. Przedtem był spokój, a teraz ile oni rozbiją rodzin przez to, że tutaj wojskowi siedzą miesiącami. Co oni, poszczą? Wcale nie. I to tylko rządzących wina.

onet.pl

- Rosja trzyma się strategii, którą obrała, czyli destabilizowania Ukrainy, a teraz także szantażu żywnościowego wobec Zachodu - ocenia fiasko rozmów o tzw. porozumieniu zbożowym między dwoma przywódcami prof. Agnieszka Legucka. - Wywołanie klęski głodu w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie mogłoby wywołać potężną falę migracji do Europy z ogarniętych nią krajów, czego w Unii Europejskiej bardzo się obawiają. Blokada eksportu ukraińskiej żywności drogą morską zwiększa też napięcia na linii Ukraina - Polska, co widzieliśmy w ostatnich miesiącach. Kreml mocno gra na to od dłuższego czasu - dodaje analityczka ds. Rosji z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM).

Putin testuje Zachód domagając się szeregu ustępstw za powrót do tzw. porozumienia zbożowego. Kreml oczekuje m.in. przywrócenia do bankowego systemu SWIFT Rosyjskiego Banku Rolnego oraz zniesienia zachodnich utrudnień w dostępie do światowych rynków dla rosyjskich produktów rolnych. Putin zapewnił, ze gdy tylko warunki te zostaną spełnione, Rosja "będzie gotowa rozważyć odnowienie tzw. porozumienia zbożowego".

Rosyjski dyktator nie mówi jednak całej prawdy. Ani rosyjska żywność, w tym produkty rolne, ani nawozy nie są objęte zachodnimi sankcjami. Tylko w 2022 roku Rosja wyeksportowała rekordowe ilości pszenicy. Kreml i eksporterzy produktów rolnych tłumaczą jednak, że zachodnie sankcje w obszarach płatności, logistyki i ubezpieczeń mocno utrudniły dostawy rosyjskich produktów na światowe rynki.

- W całej awanturze o tzw. porozumienie zbożowe nie chodzi o to, kto na nim zyskiwał, ale o ceny. Kiedy Rosja wycofała się z umowy, ceny żywności na światowych rynkach wystrzeliły w górę. Kremlowi w to graj - tłumaczy prof. Agnieszka Legucka.

Nie można też zapominać o wojennym aspekcie całej sytuacji. Na umowie zdecydowanie bardziej zyskiwała Ukraina niż Rosja. Z perspektywy Kremla opłacalnym było więc wycofanie się z niej i zadanie bolesnego ciosu ukraińskiej gospodarce, która w czasie wojny opiera się głównie na eksporcie żywności. Zwłaszcza, że mając militarną kontrolę nad basenem Morza Czarnego Rosja może bez problemów eksportować drogą morską swoje produkty.

Odmawiając powrotu do stołu negocjacyjnego Putin upiekł dwie pieczenie przy jednym ogniu. Jednocześnie nadal utrzymuje Ukrainę w bardzo niekomfortowym położeniu, a z drugiej strony nie pozwolił Turcji osiągnąć spektakularnego sukcesu dyplomatycznego, który wzmocniłby pozycję Ankary w regionie. - Rosja chce iść na eskalację, a nie na porozumienie - nie ma wątpliwości prof. Legucka z PISM.

Turcja będzie natomiast musiała obejść się smakiem. Dyplomatyczna misja Erdogana spełzła na niczym. - To z pewnością cios dla tureckiej dyplomacji, bo świat, zwłaszcza Zachód, liczył, że Turcja zdoła przekonać Putina. Bez tego porozumienia, a jednocześnie zacieśniając gospodarcze relacje z Rosją, Turcja traci punkty i na najbliższym szczycie G20 może usłyszeć wiele trudnych pytań - uważa Adam Michalski, ekspert ds. Turcji z Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW).

Jego zdaniem, kompromisu w kwestii eksportu ukraińskiego zboża drogą morską między Zachodem a Rosją już nie będzie. - Z punktu widzenia Rosji brak tzw. umowy zbożowej jest lepszy niż warunki tamtego porozumienia, które bardziej wspierało Ukrainę niż Rosję. Dzisiaj Kreml jest już o to doświadczenie mądrzejszy - mówi w rozmowie z Interią.

Chociaż próby odnowienia tzw. porozumienia zbożowego spełzły na niczym, Erdogan nie wyjechał z Soczi z pustymi rękami. Wręcz przeciwnie. Na uwagę zasługują zwłaszcza dwie kwestie omówione przez tureckiego i rosyjskiego przywódcę. Pierwszą jest budowa hubu gazowego w Turcji, dzięki któremu Rosja mogłaby znacznie łatwiej sprzedawać swój surowiec krajom z regionu albo nawet szerzej - z całego świata. Po powrocie do Turcji Erdogan stwierdził, że w grę wchodzi nie tylko budowa hubu gazowego, ale energetycznego, w którym sprzedawany byłby nie tylko rosyjski gaz, ale także węgiel i ropa naftowa. Z kolei Kreml chciałaby utworzyć w Turcji centrum finansowe, które nadzorowałoby i organizowało sprzedaż rosyjskich surowców.

-  Efektem tego byłoby przynajmniej częściowe omijanie przez Rosję zachodnich sankcji - nie ma złudzeń Adam Michalski. Podkreśla, że "Turcja i Rosja są mocno zainteresowane współpracą energetyczną". - Turcja widzi potężne zyski z pośrednictwa w obrocie rosyjskimi surowcami i jest bardzo zainteresowana takim rozwiązaniem - mówi w rozmowie z Interią.

Na energetyce snucie rosyjsko-tureckich wizji biznesowych się jednak nie skończyło. Putin stara się też skusić Erdogana do wspólnego handlu rosyjskim zbożem i żywnością. Rosja zobowiązała się wysyłać do Turcji 1 mln ton swojego zboża, z którego Turcja wytwarzałaby mąkę i wysyłała ją do Kataru, gdzie byłaby ona sprzedawana krajom afrykańskim. Rząd Erdogana jest niezwykle zainteresowany rolą "żywnościowego brokera".

- Tutaj chodzi o potencjalnie gruby pieniądz, który Turcja mogłaby zarobić na sprzedaży zagranicą rosyjskiego zboża i żywności - ocenia Adam Michalski z OSW. Dodaje, że włączenie do przedsięwzięcia Kataru jest nieprzypadkowe, bowiem to wieloletni zaufany partner Turcji, z którym Ankara ma wyśmienite relacje. Kluczowy jest jednak efekt końcowy całego planu. Ten jest natomiast taki, że odbiorcy rosyjskiego zboża płaciliby za nie w dolarach, które najpewniej byłyby deponowane na katarskich kontach (w praktyce należących do Kremla). Dolarach, do których Rosja po inwazji na Ukrainę ma odcięty dostęp.

- Potencjalnie umożliwiłoby to częściowe wymknięcie się Moskwy spod zachodnich sankcji - analizuje Adam Michalski. I dodaje: - Aktualna umowa Turcji z Rosją to początkowy element testowania, jak tego rodzaju mechanizmy mogą działać. Jeśli pozwoliłyby one Rosji omijać sankcje, a Turcji zarabiać dodatkowe, wysokie marże, to w przyszłości zobaczylibyśmy zapewne tego rodzaju przedsięwzięcia na znacznie większą skalę.

Ambitne plany wspólnych rosyjsko-tureckich przedsięwzięć gospodarczych, także pomagających Kremlowi ominąć zachodnie sankcje, rodzą poważne pytanie o wiarygodność Turcji jako sojusznika w ramach NATO.

Prof. Agnieszka Legucka zwraca uwagę na dużą koniunkturalność tureckiej polityki oraz to, że "Ankara chce jednocześnie handlować z Rosją i wymuszać różne ustępstwa na Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych". - Erdogan ma predyspozycje i chęci, żeby pełnić rolę stabilizatora w regionie, co mógłby potem pokazać w krajowej polityce jako wielki sukces swojej dyplomacji. Z racji swojego położenia i historii, Turcja uważa, że może łączyć wiele interesów, państw czy nawet regionów, jednak w rzeczywistości zawsze dba o swoje interesy i cele - dodaje analityczka z PISM.

Adam Michalski z OSW podkreśla, że Turcja jest "trudnym do uchwycenia partnerem i takim już pozostanie". Do tego partnerem "mocno transakcyjnym". - Czasami bardziej przechyla się w stronę Zachodu i jest lojalnym sojusznikiem, a czasami podtrzymuje relacje, które dają Zachodowi argumenty, żeby mieć co do tego poważne wątpliwości - diagnozuje.

Jego zdaniem mocne powiązania polityczne i gospodarcze Turcji z Zachodem dają jednak Zachodowi możliwość skutecznego wpływania na rząd w Ankarze - czy to groźbą sankcji, czy metodą kija i marchewki. - Jednocześnie Zachód wie, że Turcja jest zarówno problemem, jak i atutem w rozgrywce z Rosją. Jest też jednak stabilizatorem całego regionu, co widzieliśmy chociażby przy okazji kryzysu uchodźczego - dodaje Michalski. I zapewnia, że liderzy Zachodu nie są co do postawy i celów Turcji naiwni, więc Erdoganowi trudno będzie ich zaskoczyć.

businessinsider.com.pl

– Jaki był główny cel operacji Azerbejdżanu w Karabachu?

– Głównym celem była ostateczna likwidacja separatystycznego państwa Karabachu i jego integracja w skład Azerbejdżanu. Myślę, że sukces militarny spowodował, że Azerowie mogli swoje cele bardzo maksymalnie potraktować. Gdyby im nie poszło, to celem byłoby osłabianie Karabachu. Innym, długofalowym celem było dociśnięcie Armenii, by zakończyć w sposób korzystny dla Azerbejdżanu negocjacje o normalizacji relacji między oboma państwami. Obydwa te cele Azerbejdżan realizował co najmniej od czasu drugiej wojny karabachskiej w 2020 roku.

– Czy te cele są już całkowicie osiągnięte? Mamy informacje o kapitulacji Karabachu, o wycofaniu sił zbrojnych Armenii (jak twierdzi Baku) z Karabachu. Czy skończy się na obecnej fazie konfliktu?

– Armenia zaprzeczała, że ma swoje siły w Karabachu i była w tym dość wiarygodna. Tak czy inaczej, Azerowie rozbili siły ormiańskie w Karabachu. Wczoraj miały one składać broń i opuszczać pozycje, dzisiaj pojawiły się informacje o wjeździe azerbejdżańskich sił zbrojnych do Stepanakertu (stolicy samozwańczej republiki Karabachu). Wciąż jednak dochodzi do starć, część wojskowych otwarcie odżegnała się od kapitulacji. Z drugiej strony, Ormianie z Karabachu nie mają środków ani woli, by prowadzić dalej konwencjonalną wojnę, pełne uspokojenie sytuacji nie jest jednak przesądzone. W tym momencie, kiedy rozmawiamy, trwają rozmowy między Azerami i przedstawicielami karabachskich Ormian. Rozmowy te zgodnie z założeniami Baku mają definiować warunki dalszej obecności Ormian w Karabachu. Cały kontekst pokazuje, że byłaby to faktyczna i w zasadzie bezwarunkowa kapitulacja.

Ostatecznego porozumienia wciąż nie podpisano, rozmowy zapewne będą kontynuowane. Ilham Alijew, prezydent Azerbejdżanu, ogłosił, że została przywrócona integralność terytorialna jego państwa.

– Co to faktycznie oznacza, czy Karabach zostanie włączony w skład Azerbejdżanu? Co z ormiańską ludnością? Czy to będzie wysiedlenie, jakaś forma czystek etnicznych?

– To dziś fundamentalne pytanie. Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do masowego eksodusu ludności ormiańskiej obawiającej się przyszłości pod rządami azerskimi. Jednym z tematów rozmów, które się toczą teraz, jest kwestia warunków ewakuacji ludności cywilnej z Karabachu do Armenii. Azerowie już sygnalizowali, że jest część osób, które uznają za dalece niepożądane i wrogie i np. pojawiały się dwie opcje: albo wyjadą, albo mają być wydanie władzom Azerbejdżanu jako oskarżeni o zbrodnie wojenne. Władze z Baku przekonują jednocześnie, że są zainteresowane, by ludność ormiańska została w Karabachu i będzie miała pełnię praw, jako obywatele Azerbejdżanu. To znaczy, że nie przewidują dla nich żadnych specjalnych praw związanych ze statusem mniejszości, nie mówiąc o autonomii. To jest jasny komunikat wzmacniający chęć wyjazdu wśród Ormian. Zakładam, że większość z nich ucieknie. Zapewne jakaś niewielka część Ormian zostanie. W rozmowach pokojowych biorą udział przedstawiciele rosyjskiego kontyngentu w Karabachu i skłonny jestem zakładać, że Rosjanie są zainteresowani, by jakaś niewielka część Ormian została, by mieli kogo chronić i pozostawić kontyngent. Taka niewielka społeczność byłaby takim swojego rodzaju rezerwatem, pokazującym, że Azerbejdżan nie prowadził czystek. Trochę by to przypominało sytuację z Bośni czy Kosowa, gdzie pozostały nieliczne diaspory Serbów.

– Czy możliwa jest azerbejdżańska akcja kolonizacyjna?

– Tak, Azerbejdżan sygnalizował już wcześniej tego typu wolę. Przez 30 lat na terenie Azerbejdżanu utrzymywane były obozy azerskich uchodźców wygnanych przez Ormian z Karabachu (z czasów I wojny z początku lat 90. ), żeby ta ludność się nie rozpłynęła po kraju, właśnie po to, by miał kto wracać do odzyskanego Karabachu. Azerowie w ostatnim czasie wykonali wiele spektakularnych inwestycji na terenach Karabachu, które zajęli w czasie II wojny trzy lata temu – budowali drogi, szkoły, by zachęcać ludność azerską do osiedlania się tam. Na pewno będzie akcja kolonizacyjna. Na pewno będzie bardzo widowiskowa. Natomiast nie spodziewam się, by kolonizacja miała charakter żywiołowy i masowy.

– Jakim czynnikiem w wewnętrznej polityce Armenii mogą się stać „wypędzeni” i jaką rolę w ogóle odegra utrata Karabachu, zwłaszcza jak wpłynie na pozycję Nikola Paszyniana?

– Sytuacja w Armenii jest niezwykle napięta. Kwestia Karabachu przez 30 lat definiowała dyskusję polityczną w Erewaniu. Obecne władze zrobiły dużo, by się od kwestii Karabachu odciąć. I dzisiaj przeciwnicy rządu zarzucają Nikolowi Paszynianowi zdradę. W Erywaniu trwają trzeci dzień protesty. Dodajmy, ze również protesty antyrosyjskie. Masowy napływ uchodźców, weteranów do Armenii dodatkowo tę sytuację podgrzeje. Dodajmy, że  w Karabachu ma swoje oparcie opozycja, tzw. klan karabachski, który długo rządził Armenią. Groźba obalenia Paszyniana z błogosławieństwem Rosji jest duża, ale wcale nie przesądzona.

– Czy możliwa jest eskalacja konfliktu poza obszar Karabachu i np. przerodzenie się go w wojnę Azerbejdżanu z Armenią?

– Uważam, że to jest bardzo mało prawdopodobne. Baku obecnie zależy na utrzymaniu Paszyniana przy władzy i podpisaniu politycznego porozumienia z Armenią na warunkach korzystnych dla Azerbejdżanu. W ten sposób Baku skonsumuje politycznie zwycięstwo i wzmocni pozycję na Kaukazie. Gdyby Paszynian został obalony ryzyko incydentów i siłowych rozwiązań ze strony Armenii, byłoby zdecydowanie większe.

– Pojawiały się w mediach sugestie, że operacja militarna Azerbejdżanu była w jakiś sposób uzgadniana z Rosją. Brzmi to dość mało prawdopodobnie, choć Baku mogło sondować, jak zareaguje Moskwa. Rosja zyskuje czy traci na azerskim zwycięstwie? Jaka będzie przyszłość wpływów rosyjskich w tym regionie?

– Trudno mi sobie wyobrazić, by Rosja dokładnie wiedziała wszystko o azerskiej operacji i była zainteresowana jej przeprowadzeniem. Natomiast na pewno była sondowana i nie była zaskoczona. I na pewno strona azerska dbała, by unikać bezpośredniej konfrontacji z rosyjskimi wojskami w Karabachu. Zapewne Recep Tayyip Erdoğan rozmawiał o tym z Putinem w Soczi dwa tygodnie temu. Rosja bezwzględnie straciła na Kaukazie. Straciła twarz. Okazała się niewiarygodnym protektorem Ormian. I niewiarygodnym gwarantem porozumień karabachskich. Jako minimum Rosjanie będą chcieli zachować pozycję obrońcy tej niewielkiej ludności ormiańskiej, która pozostanie w azerskim Karabachu. To bardzo słabe zachowanie twarzy, porażka Rosji jest oczywista. Polem działania Rosji może być natomiast doprowadzenie do upadku Paszyniana i dojścia do władzy w Armenii sił prorosyjskich. W ten sposób spowolniłaby erozję swoich wpływów na Kaukazie.

– Jeśli Rosja traci, to kto zyskuje? Turcja, Iran, Zachód?

– Bez wątpienia Turcja wygrywa. Iran traci – prowadził politykę proormiańską i bezskutecznie próbował neutralizować tureckie wpływy. Iran ma również u siebie sporą mniejszość azerską i obawia się tendencji separatystycznych. Dziś Iran nie ma nic do powiedzenia w ważnym dla siebie regionie. Wzrosła natomiast pozycja Turcji, która w sposób właściwie niezauważalny przez 3o lat zbudowała swoje wpływy na Kaukazie za pośrednictwem Azerbejdżanu. Gdyby doszło do porozumienia pokojowego Azerbejdżanu i Armenii za pośrednictwem Turcji, to de facto Armenia stanie się protektoratem tureckim. Bo bezpieczeństwo Armenii będzie zależało od Turcji, a nie od Rosji.

– A miękka siła UE i dyplomacja USA?

– W ostatnim czasie rola polityczna UE i USA rosła. Przez ostatnie dwa lata proces pokojowy między Azerbejdżanem a Armenią trwał pod auspicjami USA i UE. UE okazała się sprawnym i aktywnym graczem, kiedy rok temu szybko stworzyła misję pokojową na granicy Armenii i Azerbejdżanu, gdzie doszło do gwałtownej eskalacji walk. Jeżeli dojdzie teraz do porozumienia pokojowego i Paszynian utrzyma władzę, to jest to potężna przestrzeń dla UE i USA, by uczestniczyć w procesie pokojowym i być czynnikiem stabilizującym. Jeśli w Armenii dojdzie do zmiany władzy i nie będzie porozumienia, to Zachód wypadnie z gry, a wszystkie problemy będą uzgadniane przez Azerbejdżan, Turcję i możliwe, że w porozumieniu z Rosją. Dzisiaj jesteśmy w takim trudnym i delikatnym momencie, kiedy decyduje się, czy uda się utrzymać w miarę stabilną sytuację.

– Jaki może być horyzont czasowy potencjalnych korzystnych, lub niekorzystnych zmian? Czyli kiedy zdecydują się losy Paszyniana i procesu pokojowego?

– Najbliższe godziny i dni będą kluczowe dla Paszyniana. Obecne protesty, napływ uchodźców, opozycji doprowadzą do jakiejś konfrontacji. I jeżeli Paszynian utrzyma władzę, to będzie zainteresowany jak najszybszym podpisaniem porozumienia pokojowego. Czas działa na jego niekorzyść. On musi pokazać, że nie na darmo utracono Karabach, że potrafi rozwiązać problem.

Z Krzysztofem Strachotą /OSW/ rozmawiał Michał Kacewicz.

belsat.eu

Ukraina składa skargę na Polskę do WTO. Minister rolnictwa Robert Telus grozi Ukrainie, że zablokujemy jej ścieżkę do Unii Europejskiej. Wołodymyr Zełenski stwierdza, że związana ze zbożem sytuacja to "thriller". W słabo skrywanej aluzji do Polski mówi też, że "niektórzy pomagają przygotowywać scenę dla moskiewskiego aktora". Spotkanie Andrzeja Dudy i Zełenskiego w Nowym Jorku zostaje odwołane. Premier Mateusz Morawiecki ogłasza, że "nie będziemy już dozbrajać Ukrainy". Ambasador Ukrainy zostaje wezwany do MSZ w związku z wypowiedzią Zełenskiego "o tym, jakoby część państw UE pozorowała solidarność, jednocześnie pośrednio wspierając Rosję".

W tym samym czasie ukraiński prezydent występuje w ONZ, gdzie przekonuje, że Niemcy powinny zostać stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ i nazywa ich jednym z "kluczowych gwarantów globalnego pokoju i bezpieczeństwa". Niemiecki minister rolnictwa krytykuje Polskę, twierdząc, że jest ona solidarna z Ukrainą "w niepełnym wymiarze godzin", a minister obrony ogłasza nowy, wielomilionowy pakiet pomocy wojskowej dla Kijowa. Minister spraw zagranicznych Niemiec jedzie do Waszyngtonu, by rozmawiać z administracją Bidena m.in. o przyszłej odbudowie Ukrainy.

W Polsce reakcją na ten potok wydarzeń z ostatnich dni jest zazwyczaj niedowierzanie, czasem zakłopotanie lub złość, najczęściej — niezrozumienie. Ten bliżej nieokreślony stan polskiego ducha najlepiej wyraził prezydencki minister Marcin Przydacz, który, komentując wypowiedź Zełenskiego, stwierdził, że "to są słowa zdumiewające i niesprawiedliwe". Jak dodał, "to przecież Polska przez wiele ostatnich miesięcy odgrywała kluczową rolę w tej polityce wsparcia państwa ukraińskiego".

(...)

I to właśnie w Niemczech prezydent Zełenski szuka zrozumienia dla swojej sprawy, bo to najbardziej mu się opłaca. Tak się składa, że spośród wszystkich państw europejskich to w Berlinie mógł uzyskać i uzyskiwał najwięcej. Nawet jeżeli nie otrzymywał wszystkiego, na co liczył.

Ta orientacja na Berlin wynika z bardzo prostej kalkulacji: wojna zakończy się nie na polu bitwy, tylko w gabinetach politycznych. Przyszłość Ukrainy i całego naszego regionu zasadniczo określą warunki podyktowane w Waszyngtonie, w Pekinie, w Moskwie, w Berlinie czy w New Delhi, a nie rakiety długiego zasięgu albo myśliwce.

Politycy w Kijowie dobrze wiedzą, że w dyskusjach gabinetowych kluczową rolę w Europie odgrywają Niemcy — a nie Polska. Dobrze wiedzą też, że kraj, który pozostaje w fatalnych relacjach z Berlinem i Brukselą, nie może odgrywać żadnej poważnej i odpowiedzialnej roli w polityce europejskiej. Dobrze wiedzą, że kiedy będą się decydowały losy ich państwa, to przy stole ze światowymi mocarstwami będą siedzieć Niemcy, a nie Polacy. I dlatego Ukraina stawiała, stawia i nadal będzie stawiać na Berlin.

onet.pl

środa, 20 września 2023


19 września w południe Azerbejdżan rozpoczął wymierzoną w nieuznawaną Republikę Górskiego Karabachu „lokalną operację antyterrorystyczną”, tj. zmasowane ataki powietrzne i artyleryjskie na instalacje militarne w parapaństwie oraz działania lądowe o trudnym do określenia zakresie. W godzinach popołudniowych ich intensywność miała ulec zmniejszeniu. Według komunikatu resortu obrony celem operacji jest zniszczenie sił zbrojnych karabaskich Ormian i Republiki Armenii odpowiedzialnych za działania dywersyjne przeciwko Azerbejdżanowi, a docelowo przywrócenie porządku konstytucyjnego w niekontrolowanym regionie. O rozpoczęciu operacji mieli być poinformowani członkowie dowództwa rosyjskiego kontyngentu sił rozjemczych oraz obserwatorzy tureccy stacjonujący w Górskim Karabachu (a także minister obrony Turcji). Armenia odrzuciła zarzuty o obecność wojskową w Górskim Karabachu, zaś premier Nikol Paszynian w orędziu do narodu potępił atak i ostrzegł przed czystkami etnicznymi. Zapewnił, że Armenia nie da się wciągnąć w konflikt, oraz przestrzegł przed groźbą organizacji przewrotu w kraju.  

Rosyjskie siły rozjemcze pozostały bierne. MSZ FR wezwało obie strony do dialogu, oferując swoje pośrednictwo, a w rosyjskich mediach pojawiło się wiele głosów dystansujących się od władz Armenii. Z kolei tureckie Ministerstwo Obrony oraz media wyraziły pełne poparcie dla działań Baku. Do natychmiastowego powrotu do dialogu wezwał przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel. Według niepotwierdzonych informacji wolę debaty o konflikcie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ wyraziła Francja. 

Komentarz 

Stan zawieszenia wokół Górskiego Karabachu utrzymywał się od zwycięskiej dla Azerbejdżanu wojny w 2020 r. – siły ormiańskie zostały wówczas rozbite, a terytorium parapaństwa zmniejszone o około dwie trzecie. Zawieszenie broni nadzorowały siły rosyjskie (do 2 tys. żołnierzy) i obserwatorzy tureccy z mandatem na pięć lat. Wpływy Armenii zostały ograniczone do minimum. Zarówno Armenia, jak i Górski Karabach były poddawane silnej presji ze strony Azerbejdżanu, forsującego korzystne dla siebie rozwiązanie konfliktu, w przypadku Górskiego Karabachu zmierzające do całkowitej likwidacji jego odrębności. W ostatnich miesiącach presja polityczna, militarna oraz efektywna blokada komunikacyjna pomiędzy Armenią a Górskim Karabachem doprowadziła do daleko posuniętej erozji struktur karabaskich. Władze Armenii konsekwentnie dystansują się od Górskiego Karabachu, pozostają jednak pod presją obaw o przyszłość ormiańskiej społeczności i dziedzictwa kulturowego. Erywań jest także zaangażowany w prowadzony przy mediacji UE i USA proces normalizacji relacji z Azerbejdżanem, który wiąże się z próbami poluzowania zależności od Rosji.  

Atak Azerbejdżanu na znacznie osłabiony w ostatnich miesiącach Górski Karabach wydaje się mieć na celu dalsze zniszczenie potencjału militarnego tamtejszych Ormian, a w wariancie maksymalnym – odzyskanie kontroli nad całym regionem. Jest też kolejnym elementem presji na Erywań w celu całkowitego odcięcia się Armenii od parapaństwa i przyjęcia optymalnych dla Baku warunków pokojowych. Okolicznością, która wydaje się sprzyjać Baku, są narastające napięcia między Rosją a Armenią, które mogą uzasadniać dotychczasową bierność rosyjskiego kontyngentu w Górskim Karabachu, a potencjalnie budować osamotnienie Erywania i jego skłonność do ustępstw w procesie pokojowym.  

Rozwój sytuacji w Górskim Karabachu pozostaje trudny do prognozowania. Wciąż realny jest wariant szybkiego wyhamowania walk, po dalszym osłabieniu militarnym i politycznym Ormian. Efektem tego byłaby dalsza erozja struktur parapaństwowych, zapewne exodus ludności i szybkie przeforsowanie korzystnego dla Baku rozwiązania politycznego. Nie można jednak wykluczyć próby całkowitego rozbicia Karabachu i przejęcia nad nim bezpośredniej kontroli. To jednak uderzałoby w prestiż Rosji i albo groziło eskalacją konfliktu, albo zapowiadało próbę rewizji porządku w regionie rekompensującego Rosji straty w Górskim Karabachu (taki wariant bez wątpienia uwzględniałby także Turcję). W obu wariantach scenariusze utrzymania się odrębności Górskiego Karabachu są bardzo ograniczone, a ryzyko masowego exodusu ludności ormiańskiej z parapaństwa wysokie wobec uzasadnionej nieufności do Azerbejdżanu. 

Eskalacja w Górskim Karabachu niebezpiecznie destabilizuje sytuację w Armenii. Pomimo zmęczenia społecznego problemem parapaństwa i przyzwolenia na proces pokojowy z Azerbejdżanem Górski Karabach pozostaje niezmiernie wrażliwym tematem, co stwarza duże pole do krytykowania władz (wraz z atakami z 19 września doszło do protestów antyrządowych w Erywaniu). Choć nadal silny jest zawód związany z biernością Rosji i instrumentalnym traktowaniem przez nią Armenii, to Moskwa pozostaje tradycyjnym punktem odniesienia w wymiarze bezpieczeństwa – wątek rosyjski i karabaski łączy opozycję ormiańską odsuniętą od władzy przez Paszyniana w efekcie protestów społecznych w 2018 r. Oba wątki stwarzają ogromne pole do destabilizacyjnych działań Moskwy, otwarcie niechętnej Paszynianowi, i pokusę odzyskania kontroli nad Armenią, co zrekompensowałoby potencjalne straty w Górskim Karabachu. Sytuacja wokół Górskiego Karabachu i Armenii pozostaje najbardziej dynamicznym elementem procesu rewizji porządku regionalnego na Kaukazie Południowym, który uległ przyspieszeniu po inwazji Rosji na Ukrainę. 

osw.waw.pl