sobota, 23 września 2023



Jest 1 sierpnia 2023 roku. Ambasador USA w Budapeszcie ogłasza zmiany w amerykańskim programie ruchu bezwizowego. W ich konsekwencji zezwolenie na podróż za Atlantyk będzie ważne dla Węgrów przez rok (zamiast dwóch lat), a także trzeba będzie o nie każdorazowo występować. Decyzję Amerykanie tłumaczą nieprawidłowościami w wydawaniu węgierskich paszportów węgierskiej diasporze w latach 2011–2020, głównie w Ukrainie i Serbii. Według strony amerykańskiej ich posiadacze stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa USA. To najnowsza odsłona trwającego od lat systematycznego pogarszania się relacji. W obecnej narracji węgierskich władz ekipa Joego Bidena każe Węgry za brak poparcia amerykańskiego podejścia do wojny w Ukrainie, a więc – dążenia nie do pokoju, a eskalacji. Jak to możliwie, że w czasie, w którym Waszyngton stanowi dla Europy Środkowej i Wschodniej gwarant bezpieczeństwa, a Europejczycy z satysfakcją przyjmują słowa Bidena dotyczące obrony „każdego cala” terytorium NATO, w Budapeszcie postrzeganie USA stale się pogarsza?

Tamás Magyarics, badacz relacji amerykańsko-węgierskich na uniwersytecie ELTE, zwrócił uwagę na łamach portalu gospodarczego G7.hu, że „Stany Zjednoczone zawsze były dla Węgier drugo- bądź trzeciorzędnym partnerem”. Jak wskazuje, „relacje między dwoma krajami zostały zdeterminowane przez ich stosunki ze strategicznymi przeciwnikami Waszyngtonu w XX i XXI wieku”. Sięgnijmy zatem do historii, bowiem to w niej można upatrywać jednego z kluczy do zrozumienia podejścia Węgier do USA.

Prezydent Thomas Woodrow Wilson w styczniu 1918 roku wygłosił słynne czternaście punktów. Dla Polaków fundamentalny był punkt 13, w którym wezwał on utworzenia niepodległego państwa polskiego. Węgrów dotyczyły punkty 10 i 11, które przypieczętowały koniec austro-węgierskiej hegemonii. Wilson wezwał bowiem do stworzenia „możliwości autonomicznego rozwoju narodom Austro-Węgier”, a zatem wsparł dążenia narodowowyzwoleńcze żyjących w ramach Wielkich Węgier Słowaków i Rumunów. W kolejnym punkcie wezwał do odzyskania przez Rumunię, Serbię i Czarnogórę utraconych w czasie wojny terytoriów.

Już dwa lata później, 4 czerwca 1920 roku, Amerykanie byli stroną traktatu z Trianon, w wyniku którego Węgry zostały okrojone o 1/3 terytorium i podobny odsetek ludności. Ale to nie koniec. Amerykanie z Węgrami w obu wojnach światowych stali po przeciwnych stronach. W 1947 roku w traktacie paryskim (zwanym „małym Trianonem”) potwierdzono ustalenia pokojowe pomiędzy Węgrami a Aliantami, na mocy których Węgry okrojono z ziem, które zostały do nich przyłączone w wyniku kolaboracji z Hitlerem. Ponadto do dzisiaj na Węgrzech jest żywy żal o to, że w 1956 roku, w czasie węgierskiego powstania, Zachód (a zatem także Waszyngton) nie pomógł. Premier Orbán w lipcowym przemówieniu w czasie letniego uniwersytetu w Rumunii, w miejscowości Băile Tușnad (węg. Tusnádfürdő), mówił o tym, że w ciągu powojennych 80 lat pierwszych 45 lat przypadało na okres, w którym „Anglosasi oddali nas sowieckim komunistom”.

Bliższe nawiązanie stosunków politycznych nastąpiło dopiero w dniach 11–13 lipca 1989 roku, kiedy z wizytą na Węgrzech przebywał prezydent USA George Bush. W czasie swoich przemówień wskazywał, że już niebawem nastąpi koniec podziału Europy, a demokratyczna transformacja jest możliwa. Wizyta Busha nastąpiła prawie miesiąc po pogrzebie bohaterów 1956 roku, wydarzenia, które przyjęło się uważać za początek obecności Viktora Orbána w wielkiej polityce.

Punktem przełomowym wzajemnych relacji było udostępnienie przez Węgrów lotniska Amerykanom na potrzeby operacji „Joint Endeavour” na Bałkanach. W Taszár utworzono bazę logistyczną sił IFOR. Stacjonowało w niej 1,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy, a 13 stycznia 1996 roku odwiedził ją Bill Clinton. Relacje węgiersko-amerykańskie za jego prezydentury były zresztą najlepsze. W 1998 i 1999 roku wizyty w Białym Domu złożyli prezydent Árpád Göncz i premier Viktor Orbán. Ten ostatni na ponowne pojawienie się w Waszyngtonie w ramach dwustronnych oficjalnych rozmów czekać musiał aż do maja 2019 roku, kiedy został zaproszony przez Donalda Trumpa. Prezydent Węgier nie został podjęty w Białym Domu od 1999 roku.

Kto w narracji węgierskich władz eskaluje konflikt w Ukrainie? O tym, że robi to Rosja, która ostrzeliwuje codziennie Ukrainę, słyszy się niewiele. Cała odpowiedzialność spoczywa bowiem na Ameryce i jej sojusznikach. „USA są naszymi przyjaciółmi, a także naszym ważnym sojusznikiem, ale nie pozwolimy na to, by wciągnęły Węgry do wojny”, powiedział 14 kwietnia 2023 roku Viktor Orbán w wywiadzie dla państwowego radia Kossuth. Ten wątek wciągania w wojnę przewija się zresztą w debacie publicznej od samego początku pełnoskalowej inwazji Rosji w lutym 2022 roku. „Tak naprawdę liczy się to, co chcą zrobić Amerykanie. (…) Jeśli zdecydują, że chcą pokoju, to będzie pokój” – słowa te, wypowiedziane po raz pierwszy w głośnym wywiadzie dla niemieckiego „Bilda”, przewijały się w czasie letniego uniwersytetu w Rumunii w lipcu 2023 roku. O tym, że USA mogłyby zakończyć wojnę, kiedy chcą, Orbán mówił także w niedawnym wywiadzie udzielonym byłemu dziennikarzowi Fox News Tuckerowi Carlsonowi (Tucker on X). Do 8 września program wyświetlono ponad 127 milionów razy.

W mediach sympatyzujących z rządem w Budapeszcie można przeczytać, że Waszyngton na tej wojnie się bogaci na kontraktach zbrojeniowych czy energetycznych z Europą Środkową i Wschodnią, włączając w to zyski generowane na handlu droższym od rosyjskiego gazem LNG. Politycy Fideszu uważają, że Stany Zjednoczone prowadzą na świecie wojny zastępcze, próbując tłumaczyć je koniecznością chronienia demokracji. Co dzieje się później, mieliśmy zobaczyć w Afganistanie. Orbán w Rumunii mówił o tym, że Amerykanie używają „wartości” w celu walki z państwami, które ich nie podzielają – a zatem także Węgrami.

Badanie GLOBSEC Trends 2023 pokazuje, że 33% Węgrów zgadza się z twierdzeniem, że „USA wciągają mój kraj w wojnę z Rosją, ponieważ czerpią z niej zyski”. Z sondaży wynika także, że chociaż Węgrzy wojny nie popierają i nie chcą pomagać Ukrainie w dostawach broni, to jednak nie są tak prorosyjscy, jak można byłoby sądzić po działaniach ich władz. Zbieżność między jego podejściem do Waszyngtonu a nastawieniem społeczeństwa do „Wielkiego Brata” widać w sondażach Pew Research Center, których wyniki zostały opublikowane pod koniec czerwca. Najbardziej proamerykańskim narodem są Polacy (93% respondentów zadeklarowało pozytywny stosunek do USA), podczas gdy na drugim końcu skali lokują się Węgry (44%). Rozbieżność jest jeszcze większa, jeżeli zapytać o zaufanie wobec prezydenta Joe Bidena. W Polsce ufa mu 83%, a na Węgrzech 19%. Co więcej, gdyby badanie udało się ograniczyć wyłącznie do grupy wyborców rządzącej koalicji Fidesz-KDNP, dane byłyby z pewnością jeszcze gorsze.

Zaledwie 15% Węgrów (wobec 67% Polaków) uważa, że USA w swojej polityce kierują się dobrem także innych państw, a zaledwie co trzeci respondent z Węgier sądzi, że Amerykanie uczestniczą w zapewnieniu pokoju i stabilności na świecie. W Polsce odsetek ten wynosi 85%. Prorządowy instytut Nézőpont przeprowadził w kwietniu badanie, z którego wynikało, że 40% Węgrów jest zwolennikami zacieśnienia relacji Węgry–USA. Przeciwnego zdania jest 16%, a 26% uważa, że nie trzeba ich zmieniać. Jak to tłumaczyć? W dużej mierze propagandą, która sączy się ze sprzyjających władzy mediów – te stanowią nawet 80% rynku. Kreowanie rzeczywistości władzom wychodzi nad wyraz sprawnie.

Symbolem tego, co w Ameryce najgorsze z perspektywy Budapesztu, jest David Pressman, który od lata 2022 roku pozostaje ambasadorem USA na Węgrzech. O ile ataki na prezydenta Bidena wrażenia na nikim nie robią (pozostają zresztą bez odpowiedzi strony amerykańskiej), o tyle autentyczne kłótnie z Pressmanem wpisały się w krajobraz węgiersko-amerykańskich relacji. Pomimo krótkiego czasu sprawowania urzędu dorobił się już niejednej nagonki na siebie w sympatyzujących z rządem mediach. Sam premier mówi o nim per „Présember”, co jest grą słów złożonych z nazwiska ambasadora; literalnie określa go „człowiekiem mediów”. Ambasador jest aktywny w mediach społecznościowych, ostro recenzując głównie antyamerykańską i antyzachodnią propagandę. Sam na Węgry przyjechał z dziećmi i mężem, w naturalny sposób angażuje się zatem w ochronę praw osób LGBT+. Zorganizowany przez niego w połowie lipca Family Pride Picnic spotkał się ze stanowczą krytyką władz Węgier.

W ubiegłym roku Pressman postanowił nie tylko wspierać tęczowe środowiska, ale także walczyć z antyamerykańską i prorosyjską propagandą. W kwietniu na ulicach Budapesztu pojawiły się hasła „Ruskie do domu”, które nawiązywały do węgierskiego, antysowieckiego powstania 1956 roku. Pressman z problemami dotyczącymi Węgier udał się dotychczas dwukrotnie do Brukseli, a także na konsultacje do Waszyngtonu. Spotkał się tam m.in. z Sekretarzem Stanu Antonym Blinkenem. Na entuzjazm węgierskich decydentów na sukcesy sondażowe Trumpa David Pressman zareagował, polecając nieangażowanie się w wybory w innym państwie, skoro Węgrzy nie chcą takich działań nad Dunajem.

Kolejnym elementem antypressmanowej nagonki były słowa Tuckera Carlsona, który w trakcie swojego programu stwierdził, że administracja Bidena wydaje pieniądze amerykańskich podatników na nękanie Węgier. Carlson był również gościem festiwalu jednej z węgierskiej uczelni (Kolegium Macieja Korwina); w trakcie swojego przemówienia przeprosił za amerykańskiego ambasadora, określając jego zachowanie „obrzydliwym i niewybaczalnym”. Stwierdził także, że ambasador „niczego nie wie o Węgrzech, bowiem nie zna węgierskiego – odejdź!”. Krytyczne słowa dziennikarza pod adresem ambasadora USA na Węgrzech były cytowane wielokrotnie w prorządowej prasie.

Chociaż polityczny wymiar relacji amerykańsko-węgierskich jest fatalny, to ten gospodarczy rozwija się jak najlepiej. Wspominany Tamás Magyarics uważa, że we wzajemnych amerykańsko-węgierskich relacjach „interesy zawsze miały (i mają) pierwszeństwo przed oficjalną retoryką USA”. Co to oznacza? Ano to, że bez względu na doraźnie spory, relacje gospodarcze pomiędzy państwami są co najmniej poprawne. Widać to było z ustaleń dziennikarzy portalu śledczego Direkt36. Przed kilkoma laty ujawnił on treść depeszy ambasadora Węgier w Waszyngtonie (László Szabó) wysłanych do centrali Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Handlu w Budapeszcie. Dotyczyły ono rozmowy, jaka w 2018 roku odbyła się między wiceszefem węgierskiej dyplomacji Levente Magyarem a Wessem Mitchellem, w latach 2017–2019 zastępcą sekretarza stanu ds. Europy i Euroazji.

Z relacji Szabó wynikało, że strona amerykańska zrewidowała obszary, w których krytykowała Budapeszt. A było to już, co warte podkreślenia, za przychylnej Orbánowi administracji Donalda Trumpa. Mniej liczyły się kwestie związane z uderzeniem w wolność mediów czy nauki (procedowano wówczas m.in. ustawę likwidującą funkcjonowanie na Węgrzech amerykańskiego Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego). Ambasador Szabó twierdził, że priorytetami Amerykanów są dwa elementy współpracy: wojskowa i energetyczna. Z obydwu paradoksalnie niewiele wychodzi. W ramach programu modernizacji sił zbrojnych Węgrzy nie wybrali się na zakupy za ocean, a do Niemiec. Nie nabędą także systemu HIMARS, bowiem jego sprzedaż została zablokowana na etapie komisji w amerykańskim Senacie. Węgierskie ministerstwo obrony narodowej informowało w związku z tą sprawą, że wcale ich kupić nie zamierzało.

Szeroko rozumiany biznes na Węgrzech miewa się jednak nad wyraz dobrze. Według informacji przekazanych na ostatnim forum Węgiersko-Amerykańskiej Izby Handlowej USA pozostają drugim największym inwestorem na Węgrzech (pierwszym pozostają Niemcy). Ponad 1,7 tysiąca amerykańskich firm zatrudnia około 107 tysięcy pracowników. W ostatnich ośmiu latach rząd Węgier wsparł 103 amerykańskie inwestycje kwotą 2 miliardów dolarów. W 2022 roku obroty handlowe między państwami osiągnęły rekordową wartość, wzrastając o 16%. Z przytoczonego badania Pew Research Center wynika, że w latach 2019–2023 odsetek Węgrów uważających, że USA mają dominującą rolę ekonomiczną na świecie, wzrósł do 52% (w Polsce sięga 55%).

Dbając o swoje interesy, Amerykanie nie tolerują na Węgrzech dwóch rzeczy – uzależnienia od Rosji i prochińskiej orientacji władz. Już w kwietniu Amerykanie nałożyli sankcje na funkcjonujący w Budapeszcie rosyjski Międzynarodowy Bank Inwestycyjny. Dopiero sankcje doprowadziły do wycofania się z tej instytucji przez Węgry. Wcześniej zrobiły to Rumunia, Bułgaria, Czechy i Słowacja. Jednak bankowość nie lubi próżni, wypełnia ją China Construction Bank. W lipcu 2023 roku minister spraw zagranicznych i handlu Péter Szijjártó oraz minister rozwoju gospodarczego Márton Nagy złożyli niezależnie od siebie wizyty w Chinach, w czasie których odbyli szereg spotkań. Ich konsekwencją ma być nie tylko pogłębienie współpracy z Huawei, ale także przyciągnięcie na Węgry jeszcze więcej chińskiego kapitału. Obecnie najwięcej Pekin inwestuje na Węgrzech w produkcję ogniw do baterii stosowanych w samochodach elektrycznych. Nowym zagłębiem tego typu działalności są okolice drugiego największego miasta na Węgrzech – Debreczyna.

Kształt przyszłych amerykańsko-węgierskich relacji rozstrzygnie się w kolejnych miesiącach, po wyborach prezydenckich w USA. Jeżeli ponownie wygra Biden, Budapeszt zostanie zmuszony albo do dalszej obstrukcji, albo do porozumienia się z Waszyngtonem. Jeśli zaś wygra Trump, nad Dunajem wystrzelą korki szampana. Jest to zresztą absurdalne, bo poza wizytą w Waszyngtonie i rozmowami telefonicznymi Trump Węgrom niczego nie dał. Jedyną wymierną korzyścią dla Orbána było to, że kiedy ustępujący ze stanowiska Barack Obama przyznał wsparcie niezależnym węgierskim mediom w wartości kilkuset tysięcy dolarów, to Donald Trump ten fundusz zlikwidował.

Obecnie polityczna pozycja Węgier została poważnie nadszarpnięta nie tylko w konsekwencji podejścia Budapesztu do wojny, ale także demonstracyjnego wydłużania głosowania ustawy umożliwiającej przystąpienie najpierw Finlandii, a następnie Szwecji do NATO. W strukturach Sojuszu czy w Waszyngtonie nikt Węgier podmiotowo w tej sprawie nie traktuje. Głośnym echem odbił się gest, który miał miejsce w czasie szczytu NATO w Wilnie. Viktor Orbán był jedynym politykiem, któremu prezydent Biden podał dłoń w czasie przygotowań do wspólnego zdjęcia. Szef biura politycznego premiera Balázs Orbán (niespokrewniony z szefem rządu) stwierdził, że Biden rozpoznał go, bowiem premier Węgier jest obecny na wielu okładkach amerykańskich periodyków.

new.org.pl

Spacerując kaukaskimi ulicami, można często dostrzec wizualizacje kształtu terytorium państw odbiegające od ich aktualnego przebiegu granic. W każdym z krajów regionu istnieje starannie pielęgnowane przeświadczenie o dziejowej niesprawiedliwości, która objawia się okrojeniem współczesnego terytorium w zestawieniu z deklarowaną domeną kulturową danego narodu. A ta w warunkach kaukaskiego nacjonalizmu, wciąż często tkwiącego w ramach, gdzie naród postrzegany jest jako wspólnota odwieczna, pokrywa się z tym, jak wyobrażany jest zasięg państw narodowych. Biorąc pod uwagę historyczne uwarunkowania, ten wymarzony przebieg w oczywisty sposób musi się opierać na pozbawieniu sąsiadów ich własnych terytoriów.

W Azerbejdżanie na etykietkach win, magnesach, pamiątkach, a nawet książkach dla dzieci i emblematach umieszczonych w przestrzeni publicznej można odnaleźć wizualizację terytorium kraju, który obejmuje przestrzeń wschodniej Armenii (prowincję Tawusz, Wajoc Dzor, Sjunik oraz Gegharkunik), a czasem – całe jej terytorium. W państwie, w którym dyskurs polityczny jest zmonopolizowany przez władzę, tego rodzaju zawłaszczenia są wygodnym sposobem kreowania polityki symbolicznej. Zgodnie z bieżącymi potrzebami są one aktywizowane lub czasowo wyłączane z narracji. Niektóre odniesienia, przez podkreślanie konieczności zastosowania mechanizmów posttranzycyjnej sprawiedliwości, są stałym elementem agendy państwowej.

Przez lata w ten sposób traktowano kwestię Górskiego Karabachu. Reintegracja separatystycznego terytorium z Azerbejdżanem była podstawą dyskusji o integralności terytorialnej przez cały okres prezydentury Hejdara Alijewa oraz dominowała w pierwszym okresie rządów jego syna Ilhama. Być może od zakończenia II wojny karabachskiej, a z pewnością od końca 2022 roku, władze azerbejdżańskie uznają kwestię Górskiego Karabachu za zamkniętą, co jeszcze wyraźniej widać po 20 września 2023 roku. Narracja jest prosta: nie ma blokady Korytarza Laczyńskiego, nie ma nim spowodowanego kryzysu humanitarnego, nie ma aresztowań karabachskich Ormian pod wątpliwymi zarzutami. Jest przestrzeń do inwestycji i konieczność reintegracji terytoriów, które przez 30 lat znajdowały się pod armeńską okupacją. Jest też konieczność usunięcia separatystycznych, terrorystycznych władz, które zawłaszczyły odwiecznie Azerbejdżanowi przynależne terytorium.

Współczesna tożsamość państwowa w Azerbejdżanie jest ufundowana na militaryzacji społeczeństwa, renegocjowalnym nacjonalizmie i normalizacji przemocy. Widać to w wypowiedziach prezydenta Alijewa. Przykładowo w niedawnym wywiadzie udzielonym Euronews, azerbejdżański przywódca użył sformułowania, że wygrana wojna była celem jego życia, który udało mu się osiągnąć. W tej sytuacji autorytarna władza w znacznej mierze sankcjonuje i legitymizuje swoje trwanie przez nieustanne odniesienia do figury wroga. Ten jest jednoznacznie sprecyzowany: to Ormianin, a uniwersalizując – państwo armeńskie. Antyormiański resentyment również jest stałym elementem komunikacji azerbejdżańskiej władzy, będąc nie tylko instrumentalizacją polityczną, ale też ważną składową postsowieckiej tożsamości.

Na przełomie 2020 i 2021 roku krótko wydawało się, że budowany przez lata dyskurs o narodowej traumie, kolektywnej krzywdzie i dziejowej niesprawiedliwości znalazł wreszcie wypełnienie i upust w tryumfalizmie związanym ze zwycięstwem w II wojnie karabachskiej. Szybko jednak pojawiły się naciski władz Azerbejdżanu na realizację budowy tzw. korytarza zangezurskiego łączącego zachodnią część Azerbejdżanu z Nachiczewanem przez południową armeńską prowincję Sjunik. Rosyjska inwazja na Ukrainę i będące jej konsekwencją osłabienie Rosji w regionie pozwoliło Alijewowi na implementację agresywniejszej narracji i polityki. Ich skutkiem były napięcia graniczne z Iranem, eskalacja w Karabachu we wrześniu 2022 roku i wreszcie wprowadzona w grudniu zeszłego roku blokada górskiej enklawy, zaostrzona w czerwcu.

W takich uwarunkowaniach trudno zatem uznać, że rzeczywistą agendą Azerbejdżanu jest prowadzenie kompromisowego procesu pokojowego z Armenią i karabachskimi Ormianami oraz poszukiwanie modelu permanentnej stabilizacji w regionie z zastrzeżeniem wzajemnego respektowania terytorium. Bo jaki cel w tym przypadku miałaby mieć cała narracja o Zachodnim Azerbejdżanie? (Uwaga, ta polityczna idea jest całkowicie odrębna od prowincji Azerbejdżan Zachodni w północno-zachodnim Iranie, choć w irredentystycznej idei Całego Azerbejdżanu również ona docelowo ma się stać częścią „historycznych ziem azerbejdżańskich”).

Narracja ta skierowana do azerbejdżańskiego odbiorcy sugeruje, że Ormianie nie są jedynie okupantami na terenie Górskiego Karabachu, ale również w samej Armenii. Armeńska SRS była w jej świetle sztucznym tworem, utworzonym na gruzach carskich guberni erywańskiej i jelizawietpolskiej, która w istocie jest częścią kulturowej domeny Azerbejdżan. W konsekwencji cała polityka imperialna, a następnie sowiecka i armeńska, była oparta na dyskryminacji muzułmanów/Azerbejdżan, ostatecznie doprowadzając do sytuacji, w której Armenia jest praktycznie pozbawionym mniejszości homogenicznym państwem. Jest to oczywiście kolejna niesprawiedliwość, której doświadczyli Azerbejdżanie, której nie można tak po prostu zostawić. Kolejną misją prezydenta Alijewa staje się więc naprawienie historycznych krzywd.

To nie jest tak, że przed zachodnim odbiorcą ten dyskurs jest skrzętnie ukrywany, Wręcz przeciwnie, najważniejsze osoby definiujące i produkujące pożądane narracje regularnie podkreślają odpowiedni przekaz. Niemniej jego forma jest skonstruowana znacznie subtelniej aniżeli w propagandowych materiałach skierowanych do wewnętrznego odbiorcy oraz generowanych w celu podtrzymywania polityki straszenia przeciwnika. Również w treści nacisk jest kładziony na odmienne aspekty, celując w wartości dla Zachodu newralgiczne. W tym przypadku: uniwersalne prawa człowieka, a konkretnie prawa osób uchodźczych oraz sprawiedliwość tranzycyjną, która przynależy się każdemu pokrzywdzonemu (indywidualnie i kolektywnie) jako konsekwencja działania autorytarnego systemu politycznego (w tym przypadku sowieckiego). Te pojęcia, dla obywateli zachodu oczywiste, w przypadku ich interpretacji w przestrzeni postimperialnych peryferii, stają się wydmuszką. Nie chodzi bowiem o rzeczywistą sprawiedliwość po okresie represji, ale raczej o autowiktymizacje, która służyć ma konkretnym interesom. Oczywiście obie wersje są oparte na umiejętnej manipulacji narracjami historycznymi, statystykami demograficznymi w ramach instrumentalizacji pamięci i technologizacji dyskursu. Skąd wobec tego wzięła się idea Zachodniego Azerbejdżanu i w jaki sposób jest manifestowana?

Tereny dzisiejszych Republik Armenii i Azerbejdżanu są nieszczęśliwie ulokowane na styku interesów imperiów, stale stanowiąc przestrzeń konfliktu. Zaczynając od partyjskich i sasanidzkich potyczek z Rzymianami, przez wojny Bizancjum z Arabami, a następnie plemionami tureckimi, wreszcie po wojny persko-osmańskie oraz rosyjsko-perskie i rosyjsko-tureckie. Przetaczająca się przez Wyżynę Armeńską i Mały Kaukaz historia skutkowała powtarzalnymi zmianami demograficznymi, często implementowanymi jako polityki mające stabilizować newralgiczne pograniczne terytoria, albo też wpływać na modernizację w miejscach przesiedleń. Tak było w przypadku deportacji szacha Abbasa I na początku XVII wieku, kiedy setki tysięcy Ormian, a także Gruzinów i Czerkiesów, zostało przesiedlonych z Kaukazu do centralnego Iranu.

Podobne konsekwencje miały exodusy i przesiedlenia ludności w pierwszej połowie XIX wieku, po zajęciu dzisiejszego tzw. Kaukazu Południowego przez Cesarstwo Rosyjskie. Tysiące szyickich muzułmanów powędrowało na południe na terytoria nadal kontrolowane przez Persję, w drugą stronę migrowali chrześcijanie, głównie Ormianie. Zmieniała się także struktura administracyjna. W czasach perskich na terenie Kaukazu istniało kilkanaście chanatów, księstw i prowincji znajdujących się pod jurysdykcją lokalnych, zwykle szyickich, elit. Po traktatach w Gulistanie i Turkmenczaju, które legalizowały rosyjską aneksję Kaukazu Południowego, utworzono w pierwszej połowie XIX wieku system guberni, obwodów i okręgów. Terytoria dzisiejszej Armenii i Azerbejdżanu wchodziły w skład guberni erywańskiej (obejmującej Nachiczewan), jelizawietpolskiej (obejmującej Karabach) i bakijskiej oraz okręgu zakatalskiego (utworzonego później).

W latach 1921–1923 Biuro Kaukaskie, główna jednostka władzy bolszewickiej odpowiedzialna za sowietyzację regionu, podjęło szereg decyzji o kształcie współczesnych granic Kaukazu Południowego. Proces ten nastąpił po okresie intensywnych konfliktów o sporne terytoria regionu. Azerbejdżanie i Ormianie rościli sobie pretensje do Nachiczewanu, Górskiego Karabachu oraz Zangezuru (Sjuniku i Wajoc Dzoru). Zdecydowano, że Górski Karabach stanie się obwodem autonomicznym w ramach Azerbejdżańskiej SRS, Nachiczewan – republiką autonomiczną w jej ramach, a Sjunik i Wajoc Dzor zostaną bezpośrednio włączone do Armeńskiej SRS. Była to zmiana zasadniczo odbiegająca od kształtu granic administracyjnych w Cesarstwie Rosyjskim.

Wbrew oficjalnym deklaracjom socjalistyczne imperium nigdy sobie nie poradziło z rozwiązaniem kwestii narodowościowych. Co więcej, modernizacyjne technologie władzy – represje i przesiedlenia – szczególnie realizowane w epoce stalinowskiej – dziś są elementem konfliktów pamięci i odmiennych interpretacji historii. W czasie i po II wojnie światowej została zorganizowana deportacja dasznaków (rzekomych członków nielegalnej ormiańskiej partii Dasznakcutjun) do Azji Centralnej, która poza znamionami przesiedlenia motywowanego politycznie miała również podtekst etniczny. Od 1947 do 1950 roku przesiedlano również Azerbejdżan z Armeńskiej SRS do Azerbejdżanu. Oficjalnie przyczyną była konieczność zasiedlenia świeżo wówczas zirygowanych stepowych terenów Niziny Kurańskiej.

Rozpad ZSRS spowodował kolejne zmiany demograficzne. Od 1988 roku trwały wzajemne prześladowania, w efekcie których niemal wszyscy Azerbejdżanie opuścili Armenię, a Ormianie – Azerbejdżan. Szacuje się, że swoje miejsce zamieszkania musiało wówczas opuścić pół miliona osób. W niepodległych republikach nastąpił też swobodny rozwój dotychczas niedopuszczalnych irredentystycznych i nacjonalistycznych narracji.

W początkowym okresie istnienia niepodległego Azerbejdżanu głównym wątkiem narracyjnym, który służyć miał do konsolidowania tożsamości, był azerbejdżanizm rozumiany jako przynależność do narodu w ramach granic republiki. Ta koncepcja skonstruowana przez Hejdara Alijewa miała wówczas zminimalizować postrzegane jako szkodliwe koncepcje „powiększonego Azerbejdżanu” promowane przez Abulfaza Elczibeja, pierwszego prezydenta niepodległej republiki. Jednocześnie, w kontekście Górskiego Karabachu istotne znaczenie miało pozycjonowanie się w roli ofiary ormiańskiego nacjonalizmu.

Sytuacja zmieniła się pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, a przybrała na sile szczególnie wraz z umacnianiem się władzy Ilhama Alijewa po 2013 roku. Koncepcja uregulowania kwestii terytorialnej integralności zaczęła wówczas być stopniowo uzupełniana o kolejne elementy narracyjne. Idea irredentystyczna nie opiera się jednak na zjednoczeniu z Azerbejdżanami irańskimi, jak za Elczibeja, ale na Republice Armenii. W azerbejdżańskim języku politycznym (ale również akademickim), pojawił się Irewan i Republika Irewanu, Zangezur oraz Göyçə (Jezioro Sewan). Ilham Alijew często podkreśla, że ziemie te są historycznie azerbejdżańskie. Początkowo taktyka była zapewne odpowiedzią na ormiański irredentyzm w Górskim Karabachu, a kwestia uchodźców z sowieckiej Armenii była intensywnie eksploatowana w narracjach produkowanych dla zachodniego odbiorcy. Jednocześnie była to karta przetargowa w negocjacjach z Armenią – odpuszczenie pretensji do Zangezuru w zamian za odpuszczenie pretensji do Karabachu. Z czasem do tej kwestii zostały dołączone kolejne aspekty. W pierwszej kolejności, narracja ta wpisuje się w szerszy kontekst militarystycznego nacjonalizmu, który jest ideowym zabezpieczeniem azerbejdżańskiego petroautorytaryzmu. Populistyczna, nacjonalistyczna narracja pozwala utrzymywać tożsamość ufundowaną na antagonizmie wobec Ormian.

W momencie zakończenia II wojny karabachskiej wydawało się, że ta instrumentalizowana narracja zostanie zmarginalizowana. Paradoksalnie, stało się zupełnie inaczej i między innymi trudności z implementacją postanowień zawieszenia broni z 9 listopada 2020 roku poskutkowały intensyfikacją eksploatacji kwestii Zachodniego Azerbejdżanu. Alijew wielokrotnie groził, że jeśli środki pokojowe nie doprowadzą do otwarcia tzw. korytarza zangezurskiego, możliwe będzie użycie siły. W lipcu 2021 roku został utworzony region ekonomiczny Wschodniego Zangezuru, a Alijew stwierdził, że jeśli jest wschodni Zangezur, to jest i zachodni, a Azerbejdżanie muszą wrócić – i wrócą – na ziemie swoich przodków.

Eskalacja konfliktu we wrześniu 2022 roku, która miała niespotykany wcześniej charakter (Azerbejdżan zaatakował terytorium Republiki Armenii, a nie Górski Karabach), być może była urzeczywistnieniem tej idei. Zaatakowane prowincje Gegharkunik (wokół jeziora Sewan), Wajoc Dzor i Sjunik w Azerbejdżanie były określane mianem „zachodniego Zangezuru”, a co bardziej zagorzali zwolennicy irredentystycznych idei nawoływali do utworzenia separatystycznej Republiki Göyçə-Zangezur na potencjalnie zajętych terenach. W grudniu 2022 roku, niemal równolegle z początkiem blokady, uroczyście został zainaugurowany program Wielki Powrót, który promuje osadnictwo Azerbejdżan na odzyskanych terytoriach. Również tam, gdzie Ormianie zawsze stanowili zdecydowaną większość, jak na przykład w Hadrucie. Zadziwiająco, to wszystko splata się z powtarzaniem zobowiązania do uznania armeńskiej integralności terytorialnej w granicach Armeńskiej SRS. Konflikt stanowi podstawę legitymizacji i stabilności azerbejdżańskiego reżimu. Po II wojnie karabachskiej został on zredefiniowany; jako że reintegracja Górskiego Karabachu jest już kwestią wewnętrzną. 24-godzinny blitzkrieg 19 i 20 września 2023 roku tylko potwierdził ten stan rzeczy. Antagonizm wobec Ormian musi zostać przeniesiony na poziom międzypaństwowy.

Biorąc pod uwagę deklaracje azerbejdżańskiego patrona – Turcji – oraz skomplikowaną rolę Iranu i Rosji na Kaukazie Południowym, trudno uważać opisane narracje za realne polityczne plany. Jednak raz zasiane ziarno nacjonalistycznego irredentyzmu, rewanżyzmu i etnicznej nienawiści bardzo ciężko usunąć. Potencjalnie więc, próbując zwiększać władzę i kontrolę, Alijew wiesza nad swoją głową miecz Damoklesa. Z drugiej strony, ufając w racjonalność decyzji i wstrzemięźliwość działań Alijewa i azerbejdżańskiego reżimu, warto pamiętać, że aktualnie w Górskim Karabachu ponad 120 tysięcy Ormian żyje w blokadzie, która powoli z kryzysu humanitarnego zaczyna się zamieniać w zbrodnię przeciwko ludzkości popełnianą na oczach świata. Nic więc nie jest całkowicie wykluczone.

new.org.pl

piątek, 22 września 2023



Władze lokalne musiały wydać miliardy dolarów na masowe testy i blokady, aby wyegzekwować kampanię prezydenta Xi Jinpinga na rzecz zerowej epidemii Covid-19. Kryzys na rynku nieruchomości, który spowodował gwałtowny spadek sprzedaży gruntów, pozbawił je głównego źródła przychodów.

(...)

Jednak zadłużenie władz regionalnych Chin pozostaje rosnącym ryzykiem dla drugiej co do wielkości gospodarki świata. Willy Lam, starszy pracownik waszyngtońskiego think tanku The Jamestown Foundation, szacuje, że całkowita kwota zadłużenia może wynieść od 9 do 12 bilionów dolarów, włączając tak zwany „ukryty dług” emitowany przez lokalne instytucje finansowe. Pojazdy te to podmioty prawne utworzone przez chińskie miasta w celu obejścia ograniczeń zaciągania pożyczek nałożonych przez rząd centralny w Pekinie. Często wykorzystuje się je do kierowania środków finansowych na projekty infrastrukturalne.

Lam powiedział CNN, że sytuacja wydaje się „wymykać spod kontroli”.

„Połowa dochodów generowanych przez samorządy przeznaczana jest na spłatę odsetek od zadłużenia” – powiedział. „Muszą korzystać ze wszystkich sposobów, aby zdobyć pieniądze: stąd surowe kary na restauracje i inne firmy”. W czerwcu trzy restauracje w Szanghaju zostały ukarane grzywną w wysokości 5000 juanów (685 dolarów) każda, za serwowanie bez pozwolenia posiekanego ogórka na zimnym makaronie, co wywołało zamieszanie.

(...)

Jak podaje państwowy dziennik Jiemian, w maju kierowcy ciężarówek w środkowej prowincji Henan kwestionowali dokładność wag pomostowych używanych do sprawdzania pojazdów i ich ładunku, po tym jak byli wielokrotnie karani grzywnami za przekroczenie limitów .

Jeden z kierowców skarżył się, że w ciągu dwóch lat otrzymał 58 mandatów na łączną kwotę 275.000 juanów (37.687 dolarów). Urzędnik lokalnego wydziału transportu powiedział, że po trzech latach pandemii „w każdym hrabstwie zabrakło pieniędzy”. „Musimy więc właściwie egzekwować prawo i nakładać kary, które powinny zostać nałożone” – powiedział urzędnik.

Jak wynika z artykułu zamieszczonego na stronie internetowej rządu centralnego, w zeszłym roku inspektorzy rządu centralnego odkryli, że urzędnicy w mieście Huizhou na południu kraju sfabrykowali dowody, na podstawie których mogli nałożyć surowe kary na kierowcę ciężarówki za wyrzucanie odpadów budowlanych.

Jak wynika z analizy ich budżetów przeprowadzonej przez Yuekai Securities, co najmniej 15 chińskich miast odnotowało co najmniej 100% wzrost dochodów generowanych z grzywien i konfiskat w 2021 roku. Największy wzrost o 151% w porównaniu z rokiem poprzednim odnotowało miasto Nanchang na południu, a najwięcej – 4,38 miliarda juanów (600 milionów dolarów) w Qingdao na wschodzie. „Kary są w zasadzie wyrazem desperacji miejscowości znajdujących się w trudnej sytuacji fiskalnej” – powiedział Logan Wright, dyrektor ds. badań rynków chińskich w Rhodium Group. „Samorządy lokalne są odpowiedzialne za większość usług społecznych w Chinach, ale nie mogą zmieniać stawek podatków ani części pobieranych podatków”.

Dodał, że całkowita kwota podatków pobieranych przez chiński rząd w stosunku do wielkości gospodarki stale spada od 2015 r.

Pandemia pogorszyła sytuację. Jak wynika z analizy CNN opartej na statystykach rządowych, całkowite dochody podatkowe na wszystkich szczeblach administracji spadły w 2022 r. o 3,5% w porównaniu z rokiem poprzednim, co stanowi największy spadek od czasu reformy systemu podatkowego w Chinach w 1993 r.

Wydaje się, że rząd centralny był zszokowany wzrostem kar nakładanych przez władze lokalne. W zeszłym roku Pekin wydał dyrektywę zabraniającą samorządom lokalnym nakładania „arbitralnych kar” w celu generowania dochodu i wysłał zespoły inspekcyjne, aby sprawdziły, czy polityka jest przestrzegana.

Ale problem nie zniknął. Premier Li Qiang, który objął urząd w marcu, powiedział w lipcu, że rozprawi się z „arbitralnymi oskarżeniami i arbitralnymi karami finansowymi” nakładanymi na prywatne firmy.

cnn.com

Według doniesień prasowych doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan spotkał się w weekend z chińskim ministrem spraw zagranicznych Wang Yi na Malcie. To kolejna próba ustabilizowania stosunków amerykańsko-chińskich przed możliwym spotkaniem Joe Bidena i Xi Jinpinga w listopadzie na marginesie szczytu Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku (Asia-Pacific Economic Co-operation, APEC).

Sullivan i Wang spotkali się już na podobnym tajnym (jak widać nie do końca) spotkaniu w Wiedniu cztery miesiące temu, co umożliwiło wznowienie bezpośrednich kontaktów między stronami.

W tej chwili wciąż nie wiadomo jednak, czy Xi Jinping w ogóle pojedzie do San Francisco na szczyt APEC. Xi zrobił unik i nie pojechał na szczyt G20 do New Delhi. Wydaje się, że jednym z powodów była konieczność uniknięcia spotkania z Bidenem – inny to niechęć do dowartościowania gospodarzy.

Rok temu Chińczycy odnieśli sukces propagandowy na szczycie G20 na Bali i już wielu pisało, jak to kończy się rywalizacja chińsko-amerykańska. Oczywiście, jak było to łatwe do przewidzenia, nic takiego się nie stało. Nie da się też drugi raz sprzedać zachodnim politykom ściemy planem pokojowym. W efekcie Xi pojechał na inspekcję do Heilongjiang.

Moim zdaniem, Xi nie pojedzie też na szczyt APEC, jeżeli nie uda się Wang Yi wytargować jakiś realnych ustępstw ze strony Waszyngtonu. Na razie nie widzę na to szans. Zwłaszcza, że kampania wyborcza w Stanach Zjednoczonych nabiera tępa. Trudno też w tej chwili ocenić, na ile problemy wewnętrzne ograniczają Xi możliwości podróżowania. Były minister spraw zagranicznych Qin Gang został usunięty ze stanowiska bez wyjaśnienia w lipcu, a pod koniec sierpnia zniknął z pola widzenia opinii publicznej również minister obrony Li Shangfu. Rośnie liczba plotek na temat powodów tych dysparycji, ale nawet jeżeli większość z nich to bzdury, to i tak Xi ma wiele na głowie. Dlatego potrzebuje sukcesu, ale czy Biden mu go da?

zawielkimmurem.net


Ze wsi Tofiłowce na modlitwę w cerkwi w Narodzenie Przenajświętszej Bogurodzicy przyjechało też małżeństwo w średnim wieku. W postrzeganiu granicy żona nie odczuwa różnicy w porównaniu do tego, co było 20 lat temu. Mąż wtrąca, że im te mundury nie przeszkadzają, ale po chwili komentuje nieco inaczej.

— Tu przed szkołą stały rosomaki, a one pędzą, nie wiadomo z jaką szybkością — stwierdza, co widział.

— Hałas, kurz, nieostrożność, trzeba było na nie uważać — przerywa mu żona.

— A w ogóle, to nie żołnierze są winni, tylko rząd, że tych uchodźców ściągnął i to dużo wcześniej przed aferą wizową. Oni z Białorusi idą, a to nie trzeba się kłócić z sąsiadem, tylko dochodzić do porozumienia, a nie "my siła, my siła". Tego ogrodzenia by nie trzeba było stawiać. Trzeba było rozmawiać, a nie drażnić i sankcje na Łukaszenkę nakładać za sfałszowane wybory — w kontrze tłumaczy mąż.

Żona stanowczo stwierdza, że żadnego niebezpieczeństwa tu nie ma. Osobiście migrantów nie spotkała, choć mieszka w strefie nadgranicznej. Od czasu do czasu widzi śmigłowiec przelatujący nad głową.

— Mur postawili, a ludzie cały czas przechodzą. Rząd twierdzi, że zrobili dobrze, a oni nic nie zrobili, bo idzie jeszcze więcej ludzi — i tu żona dopowiada do słów męża, że to druga strona pomaga, bo gdyby nie to, to nie byłoby przekroczeń granicy.

Mąż kwituje: — To nie tylko o nas chodzi. Wojsko się męczy, policja się męczy, Straż Graniczna to samo. Przedtem był spokój, a teraz ile oni rozbiją rodzin przez to, że tutaj wojskowi siedzą miesiącami. Co oni, poszczą? Wcale nie. I to tylko rządzących wina.

onet.pl

- Rosja trzyma się strategii, którą obrała, czyli destabilizowania Ukrainy, a teraz także szantażu żywnościowego wobec Zachodu - ocenia fiasko rozmów o tzw. porozumieniu zbożowym między dwoma przywódcami prof. Agnieszka Legucka. - Wywołanie klęski głodu w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie mogłoby wywołać potężną falę migracji do Europy z ogarniętych nią krajów, czego w Unii Europejskiej bardzo się obawiają. Blokada eksportu ukraińskiej żywności drogą morską zwiększa też napięcia na linii Ukraina - Polska, co widzieliśmy w ostatnich miesiącach. Kreml mocno gra na to od dłuższego czasu - dodaje analityczka ds. Rosji z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM).

Putin testuje Zachód domagając się szeregu ustępstw za powrót do tzw. porozumienia zbożowego. Kreml oczekuje m.in. przywrócenia do bankowego systemu SWIFT Rosyjskiego Banku Rolnego oraz zniesienia zachodnich utrudnień w dostępie do światowych rynków dla rosyjskich produktów rolnych. Putin zapewnił, ze gdy tylko warunki te zostaną spełnione, Rosja "będzie gotowa rozważyć odnowienie tzw. porozumienia zbożowego".

Rosyjski dyktator nie mówi jednak całej prawdy. Ani rosyjska żywność, w tym produkty rolne, ani nawozy nie są objęte zachodnimi sankcjami. Tylko w 2022 roku Rosja wyeksportowała rekordowe ilości pszenicy. Kreml i eksporterzy produktów rolnych tłumaczą jednak, że zachodnie sankcje w obszarach płatności, logistyki i ubezpieczeń mocno utrudniły dostawy rosyjskich produktów na światowe rynki.

- W całej awanturze o tzw. porozumienie zbożowe nie chodzi o to, kto na nim zyskiwał, ale o ceny. Kiedy Rosja wycofała się z umowy, ceny żywności na światowych rynkach wystrzeliły w górę. Kremlowi w to graj - tłumaczy prof. Agnieszka Legucka.

Nie można też zapominać o wojennym aspekcie całej sytuacji. Na umowie zdecydowanie bardziej zyskiwała Ukraina niż Rosja. Z perspektywy Kremla opłacalnym było więc wycofanie się z niej i zadanie bolesnego ciosu ukraińskiej gospodarce, która w czasie wojny opiera się głównie na eksporcie żywności. Zwłaszcza, że mając militarną kontrolę nad basenem Morza Czarnego Rosja może bez problemów eksportować drogą morską swoje produkty.

Odmawiając powrotu do stołu negocjacyjnego Putin upiekł dwie pieczenie przy jednym ogniu. Jednocześnie nadal utrzymuje Ukrainę w bardzo niekomfortowym położeniu, a z drugiej strony nie pozwolił Turcji osiągnąć spektakularnego sukcesu dyplomatycznego, który wzmocniłby pozycję Ankary w regionie. - Rosja chce iść na eskalację, a nie na porozumienie - nie ma wątpliwości prof. Legucka z PISM.

Turcja będzie natomiast musiała obejść się smakiem. Dyplomatyczna misja Erdogana spełzła na niczym. - To z pewnością cios dla tureckiej dyplomacji, bo świat, zwłaszcza Zachód, liczył, że Turcja zdoła przekonać Putina. Bez tego porozumienia, a jednocześnie zacieśniając gospodarcze relacje z Rosją, Turcja traci punkty i na najbliższym szczycie G20 może usłyszeć wiele trudnych pytań - uważa Adam Michalski, ekspert ds. Turcji z Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW).

Jego zdaniem, kompromisu w kwestii eksportu ukraińskiego zboża drogą morską między Zachodem a Rosją już nie będzie. - Z punktu widzenia Rosji brak tzw. umowy zbożowej jest lepszy niż warunki tamtego porozumienia, które bardziej wspierało Ukrainę niż Rosję. Dzisiaj Kreml jest już o to doświadczenie mądrzejszy - mówi w rozmowie z Interią.

Chociaż próby odnowienia tzw. porozumienia zbożowego spełzły na niczym, Erdogan nie wyjechał z Soczi z pustymi rękami. Wręcz przeciwnie. Na uwagę zasługują zwłaszcza dwie kwestie omówione przez tureckiego i rosyjskiego przywódcę. Pierwszą jest budowa hubu gazowego w Turcji, dzięki któremu Rosja mogłaby znacznie łatwiej sprzedawać swój surowiec krajom z regionu albo nawet szerzej - z całego świata. Po powrocie do Turcji Erdogan stwierdził, że w grę wchodzi nie tylko budowa hubu gazowego, ale energetycznego, w którym sprzedawany byłby nie tylko rosyjski gaz, ale także węgiel i ropa naftowa. Z kolei Kreml chciałaby utworzyć w Turcji centrum finansowe, które nadzorowałoby i organizowało sprzedaż rosyjskich surowców.

-  Efektem tego byłoby przynajmniej częściowe omijanie przez Rosję zachodnich sankcji - nie ma złudzeń Adam Michalski. Podkreśla, że "Turcja i Rosja są mocno zainteresowane współpracą energetyczną". - Turcja widzi potężne zyski z pośrednictwa w obrocie rosyjskimi surowcami i jest bardzo zainteresowana takim rozwiązaniem - mówi w rozmowie z Interią.

Na energetyce snucie rosyjsko-tureckich wizji biznesowych się jednak nie skończyło. Putin stara się też skusić Erdogana do wspólnego handlu rosyjskim zbożem i żywnością. Rosja zobowiązała się wysyłać do Turcji 1 mln ton swojego zboża, z którego Turcja wytwarzałaby mąkę i wysyłała ją do Kataru, gdzie byłaby ona sprzedawana krajom afrykańskim. Rząd Erdogana jest niezwykle zainteresowany rolą "żywnościowego brokera".

- Tutaj chodzi o potencjalnie gruby pieniądz, który Turcja mogłaby zarobić na sprzedaży zagranicą rosyjskiego zboża i żywności - ocenia Adam Michalski z OSW. Dodaje, że włączenie do przedsięwzięcia Kataru jest nieprzypadkowe, bowiem to wieloletni zaufany partner Turcji, z którym Ankara ma wyśmienite relacje. Kluczowy jest jednak efekt końcowy całego planu. Ten jest natomiast taki, że odbiorcy rosyjskiego zboża płaciliby za nie w dolarach, które najpewniej byłyby deponowane na katarskich kontach (w praktyce należących do Kremla). Dolarach, do których Rosja po inwazji na Ukrainę ma odcięty dostęp.

- Potencjalnie umożliwiłoby to częściowe wymknięcie się Moskwy spod zachodnich sankcji - analizuje Adam Michalski. I dodaje: - Aktualna umowa Turcji z Rosją to początkowy element testowania, jak tego rodzaju mechanizmy mogą działać. Jeśli pozwoliłyby one Rosji omijać sankcje, a Turcji zarabiać dodatkowe, wysokie marże, to w przyszłości zobaczylibyśmy zapewne tego rodzaju przedsięwzięcia na znacznie większą skalę.

Ambitne plany wspólnych rosyjsko-tureckich przedsięwzięć gospodarczych, także pomagających Kremlowi ominąć zachodnie sankcje, rodzą poważne pytanie o wiarygodność Turcji jako sojusznika w ramach NATO.

Prof. Agnieszka Legucka zwraca uwagę na dużą koniunkturalność tureckiej polityki oraz to, że "Ankara chce jednocześnie handlować z Rosją i wymuszać różne ustępstwa na Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych". - Erdogan ma predyspozycje i chęci, żeby pełnić rolę stabilizatora w regionie, co mógłby potem pokazać w krajowej polityce jako wielki sukces swojej dyplomacji. Z racji swojego położenia i historii, Turcja uważa, że może łączyć wiele interesów, państw czy nawet regionów, jednak w rzeczywistości zawsze dba o swoje interesy i cele - dodaje analityczka z PISM.

Adam Michalski z OSW podkreśla, że Turcja jest "trudnym do uchwycenia partnerem i takim już pozostanie". Do tego partnerem "mocno transakcyjnym". - Czasami bardziej przechyla się w stronę Zachodu i jest lojalnym sojusznikiem, a czasami podtrzymuje relacje, które dają Zachodowi argumenty, żeby mieć co do tego poważne wątpliwości - diagnozuje.

Jego zdaniem mocne powiązania polityczne i gospodarcze Turcji z Zachodem dają jednak Zachodowi możliwość skutecznego wpływania na rząd w Ankarze - czy to groźbą sankcji, czy metodą kija i marchewki. - Jednocześnie Zachód wie, że Turcja jest zarówno problemem, jak i atutem w rozgrywce z Rosją. Jest też jednak stabilizatorem całego regionu, co widzieliśmy chociażby przy okazji kryzysu uchodźczego - dodaje Michalski. I zapewnia, że liderzy Zachodu nie są co do postawy i celów Turcji naiwni, więc Erdoganowi trudno będzie ich zaskoczyć.

businessinsider.com.pl

– Jaki był główny cel operacji Azerbejdżanu w Karabachu?

– Głównym celem była ostateczna likwidacja separatystycznego państwa Karabachu i jego integracja w skład Azerbejdżanu. Myślę, że sukces militarny spowodował, że Azerowie mogli swoje cele bardzo maksymalnie potraktować. Gdyby im nie poszło, to celem byłoby osłabianie Karabachu. Innym, długofalowym celem było dociśnięcie Armenii, by zakończyć w sposób korzystny dla Azerbejdżanu negocjacje o normalizacji relacji między oboma państwami. Obydwa te cele Azerbejdżan realizował co najmniej od czasu drugiej wojny karabachskiej w 2020 roku.

– Czy te cele są już całkowicie osiągnięte? Mamy informacje o kapitulacji Karabachu, o wycofaniu sił zbrojnych Armenii (jak twierdzi Baku) z Karabachu. Czy skończy się na obecnej fazie konfliktu?

– Armenia zaprzeczała, że ma swoje siły w Karabachu i była w tym dość wiarygodna. Tak czy inaczej, Azerowie rozbili siły ormiańskie w Karabachu. Wczoraj miały one składać broń i opuszczać pozycje, dzisiaj pojawiły się informacje o wjeździe azerbejdżańskich sił zbrojnych do Stepanakertu (stolicy samozwańczej republiki Karabachu). Wciąż jednak dochodzi do starć, część wojskowych otwarcie odżegnała się od kapitulacji. Z drugiej strony, Ormianie z Karabachu nie mają środków ani woli, by prowadzić dalej konwencjonalną wojnę, pełne uspokojenie sytuacji nie jest jednak przesądzone. W tym momencie, kiedy rozmawiamy, trwają rozmowy między Azerami i przedstawicielami karabachskich Ormian. Rozmowy te zgodnie z założeniami Baku mają definiować warunki dalszej obecności Ormian w Karabachu. Cały kontekst pokazuje, że byłaby to faktyczna i w zasadzie bezwarunkowa kapitulacja.

Ostatecznego porozumienia wciąż nie podpisano, rozmowy zapewne będą kontynuowane. Ilham Alijew, prezydent Azerbejdżanu, ogłosił, że została przywrócona integralność terytorialna jego państwa.

– Co to faktycznie oznacza, czy Karabach zostanie włączony w skład Azerbejdżanu? Co z ormiańską ludnością? Czy to będzie wysiedlenie, jakaś forma czystek etnicznych?

– To dziś fundamentalne pytanie. Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do masowego eksodusu ludności ormiańskiej obawiającej się przyszłości pod rządami azerskimi. Jednym z tematów rozmów, które się toczą teraz, jest kwestia warunków ewakuacji ludności cywilnej z Karabachu do Armenii. Azerowie już sygnalizowali, że jest część osób, które uznają za dalece niepożądane i wrogie i np. pojawiały się dwie opcje: albo wyjadą, albo mają być wydanie władzom Azerbejdżanu jako oskarżeni o zbrodnie wojenne. Władze z Baku przekonują jednocześnie, że są zainteresowane, by ludność ormiańska została w Karabachu i będzie miała pełnię praw, jako obywatele Azerbejdżanu. To znaczy, że nie przewidują dla nich żadnych specjalnych praw związanych ze statusem mniejszości, nie mówiąc o autonomii. To jest jasny komunikat wzmacniający chęć wyjazdu wśród Ormian. Zakładam, że większość z nich ucieknie. Zapewne jakaś niewielka część Ormian zostanie. W rozmowach pokojowych biorą udział przedstawiciele rosyjskiego kontyngentu w Karabachu i skłonny jestem zakładać, że Rosjanie są zainteresowani, by jakaś niewielka część Ormian została, by mieli kogo chronić i pozostawić kontyngent. Taka niewielka społeczność byłaby takim swojego rodzaju rezerwatem, pokazującym, że Azerbejdżan nie prowadził czystek. Trochę by to przypominało sytuację z Bośni czy Kosowa, gdzie pozostały nieliczne diaspory Serbów.

– Czy możliwa jest azerbejdżańska akcja kolonizacyjna?

– Tak, Azerbejdżan sygnalizował już wcześniej tego typu wolę. Przez 30 lat na terenie Azerbejdżanu utrzymywane były obozy azerskich uchodźców wygnanych przez Ormian z Karabachu (z czasów I wojny z początku lat 90. ), żeby ta ludność się nie rozpłynęła po kraju, właśnie po to, by miał kto wracać do odzyskanego Karabachu. Azerowie w ostatnim czasie wykonali wiele spektakularnych inwestycji na terenach Karabachu, które zajęli w czasie II wojny trzy lata temu – budowali drogi, szkoły, by zachęcać ludność azerską do osiedlania się tam. Na pewno będzie akcja kolonizacyjna. Na pewno będzie bardzo widowiskowa. Natomiast nie spodziewam się, by kolonizacja miała charakter żywiołowy i masowy.

– Jakim czynnikiem w wewnętrznej polityce Armenii mogą się stać „wypędzeni” i jaką rolę w ogóle odegra utrata Karabachu, zwłaszcza jak wpłynie na pozycję Nikola Paszyniana?

– Sytuacja w Armenii jest niezwykle napięta. Kwestia Karabachu przez 30 lat definiowała dyskusję polityczną w Erewaniu. Obecne władze zrobiły dużo, by się od kwestii Karabachu odciąć. I dzisiaj przeciwnicy rządu zarzucają Nikolowi Paszynianowi zdradę. W Erywaniu trwają trzeci dzień protesty. Dodajmy, ze również protesty antyrosyjskie. Masowy napływ uchodźców, weteranów do Armenii dodatkowo tę sytuację podgrzeje. Dodajmy, że  w Karabachu ma swoje oparcie opozycja, tzw. klan karabachski, który długo rządził Armenią. Groźba obalenia Paszyniana z błogosławieństwem Rosji jest duża, ale wcale nie przesądzona.

– Czy możliwa jest eskalacja konfliktu poza obszar Karabachu i np. przerodzenie się go w wojnę Azerbejdżanu z Armenią?

– Uważam, że to jest bardzo mało prawdopodobne. Baku obecnie zależy na utrzymaniu Paszyniana przy władzy i podpisaniu politycznego porozumienia z Armenią na warunkach korzystnych dla Azerbejdżanu. W ten sposób Baku skonsumuje politycznie zwycięstwo i wzmocni pozycję na Kaukazie. Gdyby Paszynian został obalony ryzyko incydentów i siłowych rozwiązań ze strony Armenii, byłoby zdecydowanie większe.

– Pojawiały się w mediach sugestie, że operacja militarna Azerbejdżanu była w jakiś sposób uzgadniana z Rosją. Brzmi to dość mało prawdopodobnie, choć Baku mogło sondować, jak zareaguje Moskwa. Rosja zyskuje czy traci na azerskim zwycięstwie? Jaka będzie przyszłość wpływów rosyjskich w tym regionie?

– Trudno mi sobie wyobrazić, by Rosja dokładnie wiedziała wszystko o azerskiej operacji i była zainteresowana jej przeprowadzeniem. Natomiast na pewno była sondowana i nie była zaskoczona. I na pewno strona azerska dbała, by unikać bezpośredniej konfrontacji z rosyjskimi wojskami w Karabachu. Zapewne Recep Tayyip Erdoğan rozmawiał o tym z Putinem w Soczi dwa tygodnie temu. Rosja bezwzględnie straciła na Kaukazie. Straciła twarz. Okazała się niewiarygodnym protektorem Ormian. I niewiarygodnym gwarantem porozumień karabachskich. Jako minimum Rosjanie będą chcieli zachować pozycję obrońcy tej niewielkiej ludności ormiańskiej, która pozostanie w azerskim Karabachu. To bardzo słabe zachowanie twarzy, porażka Rosji jest oczywista. Polem działania Rosji może być natomiast doprowadzenie do upadku Paszyniana i dojścia do władzy w Armenii sił prorosyjskich. W ten sposób spowolniłaby erozję swoich wpływów na Kaukazie.

– Jeśli Rosja traci, to kto zyskuje? Turcja, Iran, Zachód?

– Bez wątpienia Turcja wygrywa. Iran traci – prowadził politykę proormiańską i bezskutecznie próbował neutralizować tureckie wpływy. Iran ma również u siebie sporą mniejszość azerską i obawia się tendencji separatystycznych. Dziś Iran nie ma nic do powiedzenia w ważnym dla siebie regionie. Wzrosła natomiast pozycja Turcji, która w sposób właściwie niezauważalny przez 3o lat zbudowała swoje wpływy na Kaukazie za pośrednictwem Azerbejdżanu. Gdyby doszło do porozumienia pokojowego Azerbejdżanu i Armenii za pośrednictwem Turcji, to de facto Armenia stanie się protektoratem tureckim. Bo bezpieczeństwo Armenii będzie zależało od Turcji, a nie od Rosji.

– A miękka siła UE i dyplomacja USA?

– W ostatnim czasie rola polityczna UE i USA rosła. Przez ostatnie dwa lata proces pokojowy między Azerbejdżanem a Armenią trwał pod auspicjami USA i UE. UE okazała się sprawnym i aktywnym graczem, kiedy rok temu szybko stworzyła misję pokojową na granicy Armenii i Azerbejdżanu, gdzie doszło do gwałtownej eskalacji walk. Jeżeli dojdzie teraz do porozumienia pokojowego i Paszynian utrzyma władzę, to jest to potężna przestrzeń dla UE i USA, by uczestniczyć w procesie pokojowym i być czynnikiem stabilizującym. Jeśli w Armenii dojdzie do zmiany władzy i nie będzie porozumienia, to Zachód wypadnie z gry, a wszystkie problemy będą uzgadniane przez Azerbejdżan, Turcję i możliwe, że w porozumieniu z Rosją. Dzisiaj jesteśmy w takim trudnym i delikatnym momencie, kiedy decyduje się, czy uda się utrzymać w miarę stabilną sytuację.

– Jaki może być horyzont czasowy potencjalnych korzystnych, lub niekorzystnych zmian? Czyli kiedy zdecydują się losy Paszyniana i procesu pokojowego?

– Najbliższe godziny i dni będą kluczowe dla Paszyniana. Obecne protesty, napływ uchodźców, opozycji doprowadzą do jakiejś konfrontacji. I jeżeli Paszynian utrzyma władzę, to będzie zainteresowany jak najszybszym podpisaniem porozumienia pokojowego. Czas działa na jego niekorzyść. On musi pokazać, że nie na darmo utracono Karabach, że potrafi rozwiązać problem.

Z Krzysztofem Strachotą /OSW/ rozmawiał Michał Kacewicz.

belsat.eu

Ukraina składa skargę na Polskę do WTO. Minister rolnictwa Robert Telus grozi Ukrainie, że zablokujemy jej ścieżkę do Unii Europejskiej. Wołodymyr Zełenski stwierdza, że związana ze zbożem sytuacja to "thriller". W słabo skrywanej aluzji do Polski mówi też, że "niektórzy pomagają przygotowywać scenę dla moskiewskiego aktora". Spotkanie Andrzeja Dudy i Zełenskiego w Nowym Jorku zostaje odwołane. Premier Mateusz Morawiecki ogłasza, że "nie będziemy już dozbrajać Ukrainy". Ambasador Ukrainy zostaje wezwany do MSZ w związku z wypowiedzią Zełenskiego "o tym, jakoby część państw UE pozorowała solidarność, jednocześnie pośrednio wspierając Rosję".

W tym samym czasie ukraiński prezydent występuje w ONZ, gdzie przekonuje, że Niemcy powinny zostać stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ i nazywa ich jednym z "kluczowych gwarantów globalnego pokoju i bezpieczeństwa". Niemiecki minister rolnictwa krytykuje Polskę, twierdząc, że jest ona solidarna z Ukrainą "w niepełnym wymiarze godzin", a minister obrony ogłasza nowy, wielomilionowy pakiet pomocy wojskowej dla Kijowa. Minister spraw zagranicznych Niemiec jedzie do Waszyngtonu, by rozmawiać z administracją Bidena m.in. o przyszłej odbudowie Ukrainy.

W Polsce reakcją na ten potok wydarzeń z ostatnich dni jest zazwyczaj niedowierzanie, czasem zakłopotanie lub złość, najczęściej — niezrozumienie. Ten bliżej nieokreślony stan polskiego ducha najlepiej wyraził prezydencki minister Marcin Przydacz, który, komentując wypowiedź Zełenskiego, stwierdził, że "to są słowa zdumiewające i niesprawiedliwe". Jak dodał, "to przecież Polska przez wiele ostatnich miesięcy odgrywała kluczową rolę w tej polityce wsparcia państwa ukraińskiego".

(...)

I to właśnie w Niemczech prezydent Zełenski szuka zrozumienia dla swojej sprawy, bo to najbardziej mu się opłaca. Tak się składa, że spośród wszystkich państw europejskich to w Berlinie mógł uzyskać i uzyskiwał najwięcej. Nawet jeżeli nie otrzymywał wszystkiego, na co liczył.

Ta orientacja na Berlin wynika z bardzo prostej kalkulacji: wojna zakończy się nie na polu bitwy, tylko w gabinetach politycznych. Przyszłość Ukrainy i całego naszego regionu zasadniczo określą warunki podyktowane w Waszyngtonie, w Pekinie, w Moskwie, w Berlinie czy w New Delhi, a nie rakiety długiego zasięgu albo myśliwce.

Politycy w Kijowie dobrze wiedzą, że w dyskusjach gabinetowych kluczową rolę w Europie odgrywają Niemcy — a nie Polska. Dobrze wiedzą też, że kraj, który pozostaje w fatalnych relacjach z Berlinem i Brukselą, nie może odgrywać żadnej poważnej i odpowiedzialnej roli w polityce europejskiej. Dobrze wiedzą, że kiedy będą się decydowały losy ich państwa, to przy stole ze światowymi mocarstwami będą siedzieć Niemcy, a nie Polacy. I dlatego Ukraina stawiała, stawia i nadal będzie stawiać na Berlin.

onet.pl

środa, 20 września 2023


19 września w południe Azerbejdżan rozpoczął wymierzoną w nieuznawaną Republikę Górskiego Karabachu „lokalną operację antyterrorystyczną”, tj. zmasowane ataki powietrzne i artyleryjskie na instalacje militarne w parapaństwie oraz działania lądowe o trudnym do określenia zakresie. W godzinach popołudniowych ich intensywność miała ulec zmniejszeniu. Według komunikatu resortu obrony celem operacji jest zniszczenie sił zbrojnych karabaskich Ormian i Republiki Armenii odpowiedzialnych za działania dywersyjne przeciwko Azerbejdżanowi, a docelowo przywrócenie porządku konstytucyjnego w niekontrolowanym regionie. O rozpoczęciu operacji mieli być poinformowani członkowie dowództwa rosyjskiego kontyngentu sił rozjemczych oraz obserwatorzy tureccy stacjonujący w Górskim Karabachu (a także minister obrony Turcji). Armenia odrzuciła zarzuty o obecność wojskową w Górskim Karabachu, zaś premier Nikol Paszynian w orędziu do narodu potępił atak i ostrzegł przed czystkami etnicznymi. Zapewnił, że Armenia nie da się wciągnąć w konflikt, oraz przestrzegł przed groźbą organizacji przewrotu w kraju.  

Rosyjskie siły rozjemcze pozostały bierne. MSZ FR wezwało obie strony do dialogu, oferując swoje pośrednictwo, a w rosyjskich mediach pojawiło się wiele głosów dystansujących się od władz Armenii. Z kolei tureckie Ministerstwo Obrony oraz media wyraziły pełne poparcie dla działań Baku. Do natychmiastowego powrotu do dialogu wezwał przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel. Według niepotwierdzonych informacji wolę debaty o konflikcie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ wyraziła Francja. 

Komentarz 

Stan zawieszenia wokół Górskiego Karabachu utrzymywał się od zwycięskiej dla Azerbejdżanu wojny w 2020 r. – siły ormiańskie zostały wówczas rozbite, a terytorium parapaństwa zmniejszone o około dwie trzecie. Zawieszenie broni nadzorowały siły rosyjskie (do 2 tys. żołnierzy) i obserwatorzy tureccy z mandatem na pięć lat. Wpływy Armenii zostały ograniczone do minimum. Zarówno Armenia, jak i Górski Karabach były poddawane silnej presji ze strony Azerbejdżanu, forsującego korzystne dla siebie rozwiązanie konfliktu, w przypadku Górskiego Karabachu zmierzające do całkowitej likwidacji jego odrębności. W ostatnich miesiącach presja polityczna, militarna oraz efektywna blokada komunikacyjna pomiędzy Armenią a Górskim Karabachem doprowadziła do daleko posuniętej erozji struktur karabaskich. Władze Armenii konsekwentnie dystansują się od Górskiego Karabachu, pozostają jednak pod presją obaw o przyszłość ormiańskiej społeczności i dziedzictwa kulturowego. Erywań jest także zaangażowany w prowadzony przy mediacji UE i USA proces normalizacji relacji z Azerbejdżanem, który wiąże się z próbami poluzowania zależności od Rosji.  

Atak Azerbejdżanu na znacznie osłabiony w ostatnich miesiącach Górski Karabach wydaje się mieć na celu dalsze zniszczenie potencjału militarnego tamtejszych Ormian, a w wariancie maksymalnym – odzyskanie kontroli nad całym regionem. Jest też kolejnym elementem presji na Erywań w celu całkowitego odcięcia się Armenii od parapaństwa i przyjęcia optymalnych dla Baku warunków pokojowych. Okolicznością, która wydaje się sprzyjać Baku, są narastające napięcia między Rosją a Armenią, które mogą uzasadniać dotychczasową bierność rosyjskiego kontyngentu w Górskim Karabachu, a potencjalnie budować osamotnienie Erywania i jego skłonność do ustępstw w procesie pokojowym.  

Rozwój sytuacji w Górskim Karabachu pozostaje trudny do prognozowania. Wciąż realny jest wariant szybkiego wyhamowania walk, po dalszym osłabieniu militarnym i politycznym Ormian. Efektem tego byłaby dalsza erozja struktur parapaństwowych, zapewne exodus ludności i szybkie przeforsowanie korzystnego dla Baku rozwiązania politycznego. Nie można jednak wykluczyć próby całkowitego rozbicia Karabachu i przejęcia nad nim bezpośredniej kontroli. To jednak uderzałoby w prestiż Rosji i albo groziło eskalacją konfliktu, albo zapowiadało próbę rewizji porządku w regionie rekompensującego Rosji straty w Górskim Karabachu (taki wariant bez wątpienia uwzględniałby także Turcję). W obu wariantach scenariusze utrzymania się odrębności Górskiego Karabachu są bardzo ograniczone, a ryzyko masowego exodusu ludności ormiańskiej z parapaństwa wysokie wobec uzasadnionej nieufności do Azerbejdżanu. 

Eskalacja w Górskim Karabachu niebezpiecznie destabilizuje sytuację w Armenii. Pomimo zmęczenia społecznego problemem parapaństwa i przyzwolenia na proces pokojowy z Azerbejdżanem Górski Karabach pozostaje niezmiernie wrażliwym tematem, co stwarza duże pole do krytykowania władz (wraz z atakami z 19 września doszło do protestów antyrządowych w Erywaniu). Choć nadal silny jest zawód związany z biernością Rosji i instrumentalnym traktowaniem przez nią Armenii, to Moskwa pozostaje tradycyjnym punktem odniesienia w wymiarze bezpieczeństwa – wątek rosyjski i karabaski łączy opozycję ormiańską odsuniętą od władzy przez Paszyniana w efekcie protestów społecznych w 2018 r. Oba wątki stwarzają ogromne pole do destabilizacyjnych działań Moskwy, otwarcie niechętnej Paszynianowi, i pokusę odzyskania kontroli nad Armenią, co zrekompensowałoby potencjalne straty w Górskim Karabachu. Sytuacja wokół Górskiego Karabachu i Armenii pozostaje najbardziej dynamicznym elementem procesu rewizji porządku regionalnego na Kaukazie Południowym, który uległ przyspieszeniu po inwazji Rosji na Ukrainę. 

osw.waw.pl

niedziela, 17 września 2023


Pod względem gospodarczym Rosja przechodzi bardzo osobliwy kryzys. Podczas gdy obywatele przestali marzyć o dostatniejszej przyszłości, reżim wciąż jest bogaty. Moskwa może liczyć na miliardy dolarów wpływów z eksportu, które będą zasilać jej kasy w kolejnych latach.

Nawet w wyjątkowo słabej pierwszej połowie 2023 r. Rosja wciąż mogła liczyć na zyski w wysokości ponad 200 mld dol. (niemal 900 mld zł), czyli więcej niż dość, aby pokryć swoje potrzeby importowe.

Nawet gdyby limit cen ropy grupy G7 działał idealnie, Moskwa nadal mogłaby oczekiwać przychodów z eksportu w wysokości około 400 mld dol. rocznie. Dopóki popyt na światowych rynkach ropy pozostaje wysoki, Zachód nie ma zbyt dużego pola manewru. Aby to zmienić, musiałoby nastąpić poważne globalne spowolnienie gospodarcze.

Rosyjski przemysł jest nadal w pełni zależny od zachodnich technologii, ale pomimo sankcji jest w stanie importować wiele istotnych komponentów, które są Moskwie potrzebne do produkcji broni.

Chiny przyszły Moskwie z pomocą, przekazując Rosji duże ilości zachodnich towarów podwójnego zastosowania, takich jak półprzewodniki. Pewna część nowo wyprodukowanej rosyjskiej broni stała się mniej wyrafinowana, ale nie to jest głównym problemem, tylko konieczność szybkiego zwiększenia zdolności produkcyjnych.

Znalezienie maszyn do budowy nowych linii produkcyjnych w wyniku sankcji stało się trudniejsze, ale rosyjska produkcja nie została zduszona przez ogólny brak komponentów lub materiałów.

Kolejnym elementem składającym się na obraz rosyjskiego kryzysu jest poważny niedobór siły roboczej. Jest on spowodowany długoterminowym kryzysem demograficznym, który dodatkowo wzmogły negatywne skutki mobilizacji i emigracji wielu wykwalifikowanych pracowników.

Zmniejszenie liczby dostępnych pracowników powinno sprawić, że Rosjanie zyskaliby dostęp do większej liczby wolnych miejsc pracy i wyższych wynagrodzeń. Niemal wszyscy mieszkańcy większych miast Rosji są już obecnie zatrudnieni, a standardy życia są niższe niż przed wojną i wciąż będą nadal spadać, ponieważ rząd przedkłada produkcję broni nad wydatki socjalne.

Jednak z punktu widzenia wielu Rosjan nadal istnieją pewne szanse na osobisty rozwój lub odniesienie sukcesu, które sprawiają, że ignorują oni politykę i skupiają się na karierze i życiu rodzinnym.

Oznacza to również, że zastanowią się dwa razy nad wyrażeniem swojego niezadowolenia, ponieważ nadal mają coś do stracenia.

Wraz z wojną pojawiła się większa cenzura i surowsze represje. Niektórzy z najbardziej aktywnych członków rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego opuścili kraj lub zostali uwięzieni. Wojna pogłębiła społeczną izolację Rosjan, którzy muszą teraz ostrożnie wyrażać swoje opinie na temat Ukrainy, nawet wśród przyjaciół i kolegów.

Wojna skutecznie zdyscyplinowała także rosyjskich urzędników wyższego szczebla. Nawet technokraci, którzy byli wyraźnie zszokowani, gdy rozpoczęła się inwazja na pełną skalę, teraz martwią się głównie o uniknięcie rosyjskiej porażki.

W nowej rzeczywistości stworzonej przez wojnę postrzegają Putina jako największą szansę na zbiorowe przetrwanie.

I dlatego: Nie ma prawie żadnych scenariuszy postputinowskiej, powojennej Rosji, które przemówiłyby do tych cynicznych elit.

Zbrodnie wojenne, zniszczenia i śmierć, które Rosja przyniosła Ukrainie, są nieodwracalne.

Obok kwestii ukraińskich terytoriów, które Rosja jednostronnie zaanektowała, to właśnie one uniemożliwią dojście do kompromisu lub przywrócenie stosunków z Zachodem i zniesienie sankcji przez bardzo długi czas.

Rosja została niemal całkowicie odizolowana na arenie międzynarodowej, a nakaz aresztowania Putina wydany przez Międzynarodowy Trybunał Karny poważnie ogranicza międzynarodową mobilność prezydenta.

Putin nie ma innego wyjścia, jak tylko prosić przywódców znacznie mniej rozwiniętych krajów, takich jak Korea Północna i Iran, o pomoc w dostarczaniu amunicji i dronów.

Jednak duża grupa krajów zdecydowanie sprzeciwia się całkowitej izolacji Rosji. Wzrosło również zainteresowanie forami dyplomatycznymi obejmującymi Rosję, takimi jak BRICS.

Co ważniejsze, Rosja otrzymuje wsparcie gospodarczą z różnych stron: Chiny pomagają Rosji uzyskać dostęp do zachodnich technologii, zaś cięcia w produkcji ropy naftowej ogłoszone przez Arabię Saudyjską są dla Moskwy dobrodziejstwem. Ruch Arabii sprawił, że dochody Moskwy utrzymują się na wysokim poziomie.

Wreszcie, sam rosyjski reżim nadal jest bardzo zaniepokojony swoją stabilnością i wydaje się unikać podejmowania dodatkowego ryzyka. Podobnie jak podczas okresu po aneksji Krymu w 2014 r., Moskwa po fazie eskalacji i mobilizacji może przejść w tryb bardziej zachowawczego funkcjonowania.

Tym samym dałaby sobie czas na wzmocnienie gospodarki i wojska, jednocześnie próbując znormalizować niektóre stosunki zagraniczne. Im dłużej Moskwa przeciąga wojnę, tym bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, że uwaga świata skieruje się gdzie indziej.

Rosja drastycznie zwiększyła wydatki na swoje siły zbrojne, akceptując wynikający z tego wzrost zadłużenia i inflacji. Kreml powstrzymał się jednak przed pełną militaryzacją swojej gospodarki, wydając mniej niż 10 proc. PKB na siły zbrojne. Putin wydaje się dbać o to, aby jego system nie został przeciążony.

Żaden z opisanych powyżej czynników nie gwarantuje długoterminowej stabilności politycznej w Rosji.

Putin z pewnością popełni błędy, tak jak miało to miejsce w przeszłości. Reżimu Kremla nie cechuje przejrzystość. Nie da się więc trafnie przewidzieć, jak długo rosyjski system pozostanie stabilny w obliczu obecnych wyzwań.

Zachód nie powinien jednak ignorować możliwości, że Putin nadal będzie trwał u władzy za pięć lub 10 lat. Rosja może również stopniowo pokonywać wąskie gardła w produkcji broni. Taki scenariusz może być bardzo groźny dla całej Europy, a tym bardziej dla Ukrainy.

W dłuższej perspektywie ciągła eskalacja pozostaje paliwem, na którym opiera się putinizm.

Putin widzi Rosję w kontekście egzystencjalnej walki z Zachodem — wojna w Ukrainie jest tylko jedną bitwą. Gdyby Rosja miała środki do walki, armia nadal maszerowałaby na Kijów.

Jeśli straty ludzkie i gospodarcze związane z wojną Rosji w Ukrainie będą rosły, mogą one doprowadzić do jeszcze głębszego zakorzenienia nastrojów antyzachodnich w społeczeństwie.

W opinii Rosjan, którzy wierzą w państwową propagandę, to Zachód podtrzymuje wojnę, a Rosja jedynie się broni i chroni swe społeczeństwo.

Dlatego też Zachód nie może uśpić swojej czujności i liczyć na słabość lub niestabilność Rosji. Zamiast tego musi pilnie podwoić obecne wysiłki i opracować długoterminową strategię powstrzymywania Rosji.

onet.pl

sobota, 16 września 2023


13 września siły ukraińskie przeprowadziły kombinowany atak na rosyjskie obiekty w Sewastopolu i operującą na Morzu Czarnym korwetę rakietową „Wasilij Bykow”, wykorzystując do niego nawodne drony kamikadze i pociski manewrujące Storm Shadow. W rezultacie uderzenia rakiet w stocznię remontową w Sewastopolu uszkodzone zostały przebywające w suchym doku okręty – desantowy „Mińsk” (atak zniszczył górną część nadbudówki wraz ze znajdującymi się na niej instalacjami) oraz podwodny „Rostow-na-Donu” (ucierpiała dziobowa część kadłuba). Rosjanie powiadomili o unieszkodliwieniu siedmiu z 10 pocisków Storm Shadow i trzech bezzałogowców (wszystkich użytych). Kolejnej doby ukraińskie nawodne drony kamikadze zaatakowały bliźniaczą korwetę „Siergiej Kotow”. Najeźdźcy donosili o zniszczeniu wszystkich pięciu dronów, z kolei Zarząd Komunikacji Strategicznej armii ukraińskiej informował, że zaatakowano dwie korwety i „są pewne uszkodzenia” (nie potwierdza tego dostępny materiał filmowy). 14 września Ukraińcy przeprowadzili także kombinowany atak na zgrupowanie obrony powietrznej wroga w rejonie Eupatorii na Krymie, początkowo wykorzystując drony kamikadze (Rosjanie deklarowali zestrzelenie wszystkich 11), a następnie uderzając dwiema rakietami Neptun. Zgodnie z pierwszym komunikatem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy trafione zostały wyrzutnie „S-300/400”, niemniej później w ukraińskiej przestrzeni informacyjnej mówiono wyłącznie o systemach S-400. Najprawdopodobniej zniszczona została co najmniej jedna z wyrzutni.

13 września rosyjskie drony kamikadze ponownie zaatakowały porty Reni i Izmaił w delcie Dunaju. Doszło do zniszczenia kolejnych obiektów infrastruktury przyportowej, a siedem osób zostało rannych. Kilka bezzałogowców uderzyło też w cele w obwodzie sumskim. Według informacji zbiorczej Sztabu Generalnego armii ukraińskiej obrońcy mieli zestrzelić 35 z 47 atakujących dronów Shahed-136/131. Następnej doby rosyjskie drony kamikadze uderzyły w obwodach dniepropetrowskim (m.in. w miasto Dniepr), zaporoskim i sumskim, a ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych deklarowało unieszkodliwienie 17 z 22 wykorzystanych przez agresora „szahedów”. Z kolei 15 września celem ataku były obwody chmielnicki i winnicki, a obrona powietrzna miała zestrzelić wszystkie 17 bezzałogowców. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego częstotliwość ataków rakietowych zmniejszyła się – z siedmiu 12 września (po południu i wieczorem tego dnia celem uderzeń było Zaporoże, m.in. rakieta Iskander trafiła w obiekt infrastruktury) do dwóch na dobę w kolejnych dniach.

(...)

„The New York Times”, powołując się na wysoko postawionych urzędników amerykańskich, opublikował 13 września materiał o znaczącym wzroście rosyjskiej produkcji zbrojeniowej. Zachodnie sankcje miały wpłynąć na spowolnienie wytwarzania, głównie rakiet, w ciągu pierwszego półrocza od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji na Ukrainę. Pod koniec 2022 r. ponownie zaczęło ono jednak nabierać tempa, a Rosjanie nauczyli się obchodzić restrykcje i sprowadzają niezbędne komponenty przez państwa trzecie (wymieniono Armenię i Turcję). Produkcja uzbrojenia w Rosji miała przekroczyć wskaźniki przedwojenne. Oprócz rakiet jako przykład podano czołgi, których wcześniej mogła ona wytworzyć rocznie 100, a obecnie 200. Rosjanie mają też zbliżać się do poziomu umożliwiającego produkcję 2 mln sztuk amunicji artyleryjskiej rocznie – dwukrotnie więcej niż przed wojną. Rozmówcy gazety podkreślili przy tym, że to nadal dużo mniej, niż wynosi zużycie pocisków, które w 2022 r. sięgnęło 10 mln. Następnego dnia podobny materiał zamieścił Business Insider – powołując się na wysokiego urzędnika estońskiego resortu obrony, wskazano w nim, że aktualnie Rosja wytwarza siedmiokrotnie więcej amunicji artyleryjskiej niż USA i Europa łącznie. W tekście podkreślono, że rosyjska produkcja kosztuje dużo mniej niż zachodnia, ale dostarczane wyposażenie jest gorszej jakości.

(...)

Komentarz

Uderzenie na doki stoczni remontowej w Sewastopolu jest przede wszystkim sukcesem wizerunkowym. W odróżnieniu od sierpniowych ataków na lotnisko w Pskowie, a wcześniej bazę Floty Czarnomorskiej w Noworosyjsku atakowane obiekty nie stanowiły obecnie dla Ukraińców zagrożenia, a potwierdzony stopień zniszczeń podważa doniesienia o nieopłacalności naprawy (choć biorąc pod uwagę praktykę funkcjonowania rosyjskiego przemysłu stoczniowego, remonty mogą potrwać kilka lat). Atak nie miał też związku z działaniami prowadzonymi przez siły ukraińskie na południu, co pozwala przyjąć, że jego głównym celem było podniesienie morale. Przeprowadzone 13 i 14 września uderzenia na inne obiekty na Krymie i Morzu Czarnym po raz kolejny potwierdziły, że Ukraińcom coraz trudniej jest osiągać sukces w bezpośrednim ataku na siły wroga w głębi operacyjnej (poza rejonami walk i bezpośrednim zapleczem agresora). Z drugiej strony działania te ponownie udowodniły, że Rosjanie nie są przygotowani do odparcia uderzeń na nieatakowane wcześniej cele, jak również na zastosowanie przez siły ukraińskie nowej taktyki, mimo że sami stosują podobną – wykorzystują drony do uaktywnienia systemów obrony powietrznej, w które następnie uderzają rakietami.

osw.waw.pl