środa, 23 sierpnia 2023


Ogólny obraz kontrofensywy wygląda następująco:
  • Od czerwca rosyjskie pozycje na południu Ukrainy są atakowane przez związki 9. Korpusu Armijnego. Według przecieku z Pentagonu, korpus ten tworzą wyszkolone na Zachodzie ukraińskie brygady.
  • Siły 9. Korpusu nadal znajdują się na polu bitwy, ale teraz dołączyły do nich brygady 10. Korpusu utworzonego w 2023 r. Co więcej, 10. Korpus już teraz prawdopodobnie przewyższa 9. Korpus pod względem liczebności.
  • Połączone siły tych korpusów utworzyły dużą siłę liczącą do 50 tys. ludzi. Nacierają one na wąskim odcinku frontu 15 km na południe od Orichiwa — między wsiami Robotyne i Werbowe na Zaporożu (według ostatnich informacji Robotyne zostało zdobyte).
  • 70 km na wschód — w rejonie wsi Wełyka Nowosiłka (rosyjskie ministerstwo obrony nazywa ten obszar występem Wremiwskim) — atakuje druga duża grupa ukraińskich sił. Od końca lipca do walki na tym obszarze wprowadzono kilka brygad rezerwowych, a łączną liczbę sił ukraińskich można oszacować na około 30-35 tys. ludzi.
Pod koniec lipca wzmocnione ukraińskie zgrupowanie na południe od Orichiwa było w stanie pokonać "szarą strefę" o głębokości kilku kilometrów, w której napotkało liczne pola minowe i rzadkie małe twierdze armii rosyjskiej składające się z przeciwpancernych systemów rakietowych. Przełom został zapewniony przez rezerwy. Ukraińcom udało się przebić przez pola minowe między Robotynem i Werbowem siłami nowo wprowadzonych brygad.

Ważnym czynnikiem relatywnego sukcesu był ogień ukraińskich brygad artylerii na rosyjskie tyły, który, jak się wydaje, zdołał zmniejszyć skuteczność rosyjskiej artylerii.

Ponadto, odsuwając front, jednostki ukraińskie były w stanie zabezpieczyć drogi zaopatrzenia i wzmocnienia przed ogniem rosyjskich śmigłowców, które wcześniej bezpiecznie ostrzeliwały pojazdy opancerzone na ukraińskich tyłach (pociskami kierowanymi z odległości 8-10 km).

17 sierpnia rosyjski śmigłowiec szturmowy Ka-52, prawdopodobnie próbujący zaatakować pojazdy na ukraińskich tyłach, został zestrzelony w pobliżu miejscowości Robotyne na terytorium kontrolowanym przez rosyjskie siły zbrojne, zaledwie 3 km od frontu.

Jednak po sukcesach na przełomie lipca i sierpnia, kiedy jednak brygady Ukrainy poniosły ciężkie straty w sprzęcie, siły ukraińskie nie osiągnęły żadnych znaczących sukcesów.

Ukraińskie siły zbrojne zdobyły przyczółek na północno-wschodnich obrzeżach Robotyne, ale nie były jeszcze w stanie całkowicie przełamać pierwszej ufortyfikowanej linii rosyjskiej obrony biegnącej na północ i południe od wioski.

Rosyjskie dowództwo nie spieszy się z przerzucaniem regularnych jednostek w rejon przełamania (w raportach i wpisach w mediach społecznościowych pojawiają się jedynie nowe wydzielone pułki "terytorialne" złożone ze zmobilizowanych żołnierzy). Jest prawdopodobne, że w razie potrzeby rosyjskie siły zbrojne są gotowe do przesunięcia się na południe od Robotyne lub Werbowe do drugiej linii obrony w pobliżu wsi Nowoprokopowka i Solodka Balka.

Jednocześnie siły rosyjskie mają oczywisty cel, aby zadać maksymalne straty w ograniczonym sprzęcie brygad ukraińskich na każdej z linii obrony, co powinno zmniejszyć potencjał ofensywny strony ukraińskiej.

To, co rosyjskie ministerstwo obrony zwykło nazywać "występem Wremiwskim" — łukiem ważnym fragmentem terenu skierowanym w stronę kontrolowanego przez Ukrainę centrum rejonu Wełykiej Nowosiłki — przestało istnieć w lipcu. Ukraińskie oddziały wyzwoliły wsie wzdłuż rzeki Mokri Jały, a także wzmocniły zachodnią flankę tego wyłomu, zajmując wsie Riwnopil i Lewadne. Następnie dotarły na obrzeża wsi Prijutne i zajęły wzgórza na zachodnim brzegu Mokrich Jałów.

Na początku sierpnia wzmocniona grupa Ukraińców wyzwoliła kolejne dwie wioski na obu brzegach Mokrych Jałów — Staromajorśkie i Urożajne. Teraz siły ukraińskie będą próbowały wyzwolić wieś Prijutne i przedostać się dalej na południe do głównej linii obrony rosyjskich sił zbrojnych w Staromłyniwce.

Siły ukraińskie zapłaciły wysoką cenę za te sukcesy Kijowa. Jak wynika z opublikowanych nagrań wideo, straciły kilkadziesiąt sztuk sprzętu trafionego i zniszczonego w pobliżu miejscowości Staromajorśkie i Urożajne.

Aby zepchnąć rosyjską obronę kilka kilometrów dalej na południe, ukraińskie dowództwo na przełomie lipca i sierpnia musiało wprowadzić do walki rezerwy, które prawdopodobnie miały na celu wybicie wyłomu w głębi rosyjskiej obrony. Jednak przewaga liczebna nie doprowadziła jeszcze do decydującego przełamania.

Dlaczego ofensywa napotkała takie trudności? Istnieją trzy przyczyny.

Próby przełamania rosyjskich pozycji poprzez uderzenie na jednostki pancerne bez uprzedniego stłumienia rosyjskiej artylerii i oczyszczenia terenu nie powiodły się.

Taktyka ta zadziałała we wrześniu 2022 r. przeciwko słabej obronie w obwodzie charkowskim, ale jednocześnie utknęła w martwym punkcie na prawym brzegu Dniepru w pobliżu Chersonia.

Utknęła w martwym punkcie i teraz: kolumny pancerne albo wpadają na pola minowe i padają ofiarą rosyjskiej artylerii i helikopterów, albo pokonują pola minowe w sposób zamierzony przez rosyjskie dowództwo, wpadając w "worek ogniowy" ostrzeliwany przez artylerię. Prowadzi to do ciężkich strat w sprzęcie bez decydującego sukcesu.

Od lipca Ukraińcy zmienili swoje podejście: ich artyleria, wykorzystując przewagę w zasięgu zachodnich systemów i dokładności pocisków kierowanych, a także w skuteczności wywiadu, próbowała wyeliminować rosyjskie haubice i wyrzutnie rakiet.

Jak stwierdził Iwan Popow, odwołany już dowódca rosyjskiej 58 Armii, w liście do swoich podwładnych po dymisji, rosyjska armia na południu przegrywa "bitwę przeciwartyleryjską".

Michael Kofman z Carnegie Endowment for International Studies, który w lipcu był na linii frontu w Ukrainie (w tym w obwodzie zaporoskim), twierdzi, że siły ukraińskie na południu uzyskały przewagę (zarówno ilościową, jak i — po raz pierwszy — jakościową) w artylerii lufowej (ale nie w ogniu wyrzutni rakiet, których rosyjskie siły zbrojne wciąż mają więcej). Przewaga dotyczy nie tylko liczby luf, ale także ilości amunicji, w którą Zachód obficie zaopatrzył Ukrainę w przededniu ofensywy.

Niemniej rosyjskiej artylerii nie udało się całkowicie osłabić. Wynika to częściowo z faktu, że według badaczy RUSI (Royal United Services Institute for Defence and Security Studies), problemy z jakością i dokładnością rosyjskiej artylerii zostały częściowo rozwiązane w ostatnich miesiącach.

Między innymi znaleziono "prostopadłe" rozwiązanie: operatorzy Lancetów, dronów kamikadze dalekiego zasięgu, przejęli część funkcji artylerii w zwalczaniu ukraińskich haubic. Od początku ukraińskiej ofensywy rosyjskie siły zbrojne opublikowały około 250 filmów z ataków Lancetów, z których ponad połowa była wymierzona w systemy artyleryjskie.

Ukraińskie jednostki muszą raz po raz pokonywać pola minowe pod ostrzałem wroga: nie tylko artylerii, ale także załóg pocisków przeciwpancernych, helikopterów i dronów kamikadze — zarówno Lancetów, jak i bardziej prymitywnych dronów rzemieślniczych.

Jednocześnie ukraińskie siły zbrojne nie używają dronów (sądząc po liczbie opublikowanych filmów) tak aktywnie, jak w poprzednich miesiącach. Jest to prawdopodobnie spowodowane skutecznością sprzętu do walki elektronicznej i tłumienia ze strony rosyjskich sił zbrojnych. Nie ma jednak na to poważnych dowodów — są tylko skargi ukraińskich operatorów dronów na skuteczność rosyjskich systemów zakłócania.

Kofman ostrożnie sugeruje, że podczas bitwy o Bachmut — począwszy co najmniej od końca lutego — Armia Ukrainy poniosła zbyt wiele ofiar, choć miała możliwość opuszczenia miasta i wycofania się na znacznie korzystniejszą pozycję na zachód od Bachmutu (na wysokich wzgórzach w pobliżu wsi Czasiw Jar). Siły rosyjskie nie miały szans na szturm tej nowej linii obrony.

Co gorsza, doświadczone i zaprawione w bojach ukraińskie brygady wysłane na ratunek Bachmutowi w lutym i marcu straciły wielu bojowników, oficerów i sprzęt — głównie w zamian za życie najemników z Grupy Wagnera, w większości byłych więźniów. Regularne oddziały rosyjskie praktycznie nie ucierpiały z powodu "maszynki do mięsa z Bachmutu".

Inni amerykańscy eksperci wojskowi wypowiadają się na ten temat znacznie ostrzej. — Obrona Bachmutu, który nie miał żadnej wartości strategicznej, była bezcelowa — pisze Daniel Davis z Defense Priorities Foundation, w artykule dla 19fortyfive.com.

Jego zdaniem Armia Ukrainy została zmuszona do obrony miasta nie przez dowództwo wojskowe, ale przez władze polityczne kraju, które rzekomo "pokonała duma" po udanej ofensywie jesienią 2022 r. Ponadto Kijów zdecydował się na natychmiastowy kontratak na froncie Bachmutu po utracie miasta, do czego wykorzystał doświadczone oddziały, które pozostały do jego dyspozycji.

Brak brygad z doświadczeniem bojowym na froncie południowym (po stratach pod Bachmutem), doprowadził zdaniem eksperta, do tego, że zgrupowanie, składające się głównie z nowo utworzonych formacji, nie było w stanie prowadzić skoordynowanych operacji ogólnowojskowych.

Na krytykę działań pod Bachmutem można odpowiedzieć, że Grupa Wagner po zdobyciu miasta została zmuszona do opuszczenia frontu (według jej właściciela Jewgienija Prigożyna — z powodu wyczerpania sił).

Aby bronić front, który wcześniej był zajęty przez najemników, rosyjski sztab generalny musiał zebrać nowe zgrupowanie z różnych jednostek. Z tego powodu rosyjskie siły zbrojne wstrzymały ofensywę pod Marjinką (wycofano stamtąd oddziały 150 Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych) i pod Awdijiwką (działały tam brygady byłej "milicji republiki donieckiej").

Wreszcie, spadochroniarze ze 106 Dywizji Powietrznodesantowej i 31 Powietrznodesantowej Brygady Szturmowej, które bronią teraz okolic Bachmutu, mogłyby być wykorzystane do obrony na południu lub ofensywy na północy.

Jednocześnie rosyjskie zgrupowanie w pobliżu Bachmutu nadal ma duże trudności z utrzymaniem pozycji na północ, a zwłaszcza na południe od miasta. Po części wynika to z faktu, że zbuntowana Grupa Wagnera nigdy nie wróciła na front po odpoczynku (Prigożyn przed buntem mówił, że powrót nastąpi w sierpniu).

Nie jest do końca jasne, czyja zasługa w usunięciu najemników z Ukrainy jest większa — ukraińskich żołnierzy czy ambicji i resentymentów samego Prigożyna.

Tak czy inaczej, trwająca bitwa o Bachmut uniemożliwia jednej i drugiej stronie skupienie się na południu.

Według obliczeń z otwartych źródeł, 22 "regularne" brygady Armii Ukrainy (w tym brygady Gwardii Narodowej, niektóre z nich nie są w pełni sił) działają na południu przeciwko 14 brygadom i 12 "regularnym" pułkom Sił Zbrojnych Rosyjskiej Federacji.

W Bachmucie 13 brygadom Armii Ukrainy przeciwstawia się 8 brygad i 11 pułków Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, z których niektóre są bardzo słabe. Oznacza to, że jeśli spojrzymy tylko na liczbę żołnierzy, nie możemy powiedzieć, że bitwa na południu ma decydujące znaczenie strategiczne dla wyniku wojny, podczas gdy prawie roczna bitwa o Bachmut takiego znaczenia nie ma.

Nie można też powiedzieć, że "doświadczone brygady" ukraińskie pod Bachmutem odnoszą większe sukcesy niż "niedoświadczone" na południu.

Jesienią 2022 r. ukraińskie dowództwo wybrało dwie skrajne flanki do ofensywy — prawy brzeg Dniepru na południowym zachodzie frontu (w okolicach Chersonia) oraz obszar Bałaklii i Iziumu na północnym wschodzie. Obie ofensywy, które rozwijały się zupełnie inaczej, miały podobne cele strategiczne:

Wyzwolenie Chersonia i wyparcie wojsk rosyjskich za Dniepr, dokonane z pomocą ataków rakietowych na przeprawy. Było to konieczne, aby pozbawić rosyjskie siły zbrojne inicjatywy na południu i wyeliminować zagrożenie przyszłą ofensywą na Odessę i zachodnią Ukrainę.

Ofensywa na Izium w postaci przełamania słabo przygotowanych pozycji rosyjskich — w celu pozbycia się groźby rosyjskiej ofensywy z północy na pozostającą w rękach Ukrainy wschodnią część Donbasu. Od tego czasu rosyjskie siły zbrojne, które mają polityczne zadanie zajęcia całego terytorium regionów donieckiego i ługańskiego, były w stanie atakować Donbas tylko "czołowo" przez fortyfikacje Armii Ukrainy przygotowywane przez osiem lat. Wojska rosyjskie próbowały to zrobić zimą, ale odniosły bardzo ograniczony sukces (z ciężkimi stratami).

Cele ofensywy ukraińskiej armii nie są już dziś "negatywne" (uniemożliwienie rosyjskim siłom zbrojnym przeprowadzenia ataku tam, gdzie chciałyby to zrobić). Są "pozytywne": przeciąć rosyjską obronę tam, gdzie może to doprowadzić do jej załamania.

To jedyny sposób na wyzwolenie całego terytorium Ukrainy. A jedynym miejscem, gdzie teoretycznie realne jest dokonanie tego za jednym zamachem, jest południe kraju.

Dostęp do Morza Azowskiego pozwoliłby Armii Ukrainy na pokonanie największego rosyjskiego zgrupowania, odizolowanie Krymu i otwarcie nowego frontu w rejonie Mariupola — w kierunku, w którym nie ma dużych osiedli utrudniających posuwanie się wojsk aż do granicy z Rosją.

Tak więc obie strony, jeśli chcą osiągnąć zwycięstwo na polu bitwy, stoją przed koniecznością przejścia przez dobrze przygotowaną obronę wroga: Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej — w centrum Donbasu, Armia Ukrainy — na południu kraju, gdzie armia rosyjska przygotowywała się do odparcia ofensywy od około dziewięciu miesięcy.

Obie strategie są niemożliwe do zrealizowania.

Oto dlaczego:

Przeciwnicy nie skoncentrowali wystarczających sił na swoich głównych kierunkach, gdyż nie są w stanie efektywnie zarządzać i zaopatrywać tak dużych zgrupowań. Ponadto zarówno Ukraińcy, jak i Rosjanie muszą rozproszyć żołnierzy na ponad 800-kilometrową linię frontu, by powstrzymać ewentualną ofensywę.

Na taką linię frontu przypada niewielka liczba żołnierzy, a ich zagęszczenie jest niskie w porównaniu z klasycznymi przykładami impasu pozycyjnego, takimi, jak I wojna światowa czy wojna koreańska. Na polu bitwy nadal panuje więc impas: każdy z przeciwników, dzięki licznym dronom zwiadowczym, ma dobre rozeznanie w działaniach wroga w pobliżu frontu i może celować w atakujące jednostki artylerią, dronami kamikadze i pociskami przeciwpancernymi dalekiego zasięgu.

Żadna ze stron nie ma skutecznych środków blokowania wroga przed dostarczaniem zaopatrzenia i posiłków na front. Jest to standardowa sytuacja: strona broniąca się ma kryzys, ale bez przeszkód dostarcza posiłki do niebezpiecznego obszaru, przez co ofensywa wroga zostaje zatrzymana. Tak było latem, gdy siły rosyjskie próbowały okrążyć Lisiczańsk i Siewierodonieck, jesienią podczas ofensywy Ukraińców w obwodzie chersońskim, podczas rosyjskich ataków pod Wuhłedarem zimą 2023 r. i pod Awdijiwką na wiosnę.

Strony aktywnie wykorzystują wszystkie dostępne im środki, aby uderzać na tyły. Są one jednak wyraźnie niewystarczające pod względem ilościowym i jakościowym. Rosyjskie lotnictwo, po stratach z początku wojny, albo uderza wzdłuż linii frontu, albo używa niewielkiej ilości amunicji (pocisków manewrujących i balistycznych) do atakowania celów na dalekich tyłach.

Jedyną powszechnie dostępną i tanią opcją dla rosyjskich uderzeń na bliskich tyłach są zestawy, które weszły do służby już w czasie wojny, zamieniające konwencjonalne bomby w bomby kierowane (Uniwersalny Moduł Planowania i Korekty — UMPK). Z tymi zestawami są dwa problemy: zasięg ich użycia ledwo przekracza 50 km, nawet z dużej wysokości (biorąc pod uwagę, że samoloty rosyjskich sił powietrznych na dużych wysokościach boją się zbliżać do linii frontu na dziesiątki kilometrów w obawie przed ukraińską obroną przeciwlotniczą, do uderzeń dostępne są tylko najbliższe ukraińskie tyły); zestaw naprowadza bomby zgodnie ze współrzędnymi celu, które są wprowadzane na ziemi, tj. jest skuteczny tylko przeciwko stacjonarnym i wcześniej wykrytym obiektom. Trudno jest użyć UMPK przeciwko przemieszczającym się kolumnom zaopatrzeniowym, rezerwom i jednostkom atakującym.

Ukraina ma podobny problem: prawie cała broń precyzyjnego naprowadzania dostarczana przez Zachód jest naprowadzana za pomocą współrzędnych celu. Pociski HIMARS były bardzo skuteczne latem i jesienią 2022 r., kiedy rosyjskie siły zbrojne zaopatrywały wojska ze zidentyfikowanych dużych magazynów na stacjach kolejowych na Donbasie i południowej Ukrainie, które stały się celem ataku.

Ponadto rosyjskie zgrupowanie na prawym brzegu Dniepru znalazło się w poważnym kryzysie, ponieważ jego zaopatrzenie było powiązane z czterema mostami w strefie rażenia HIMARS-ów. Jednak od tego czasu rosyjskie siły zbrojne dostosowały się do zagrożenia i (z wyjątkiem pojedynczych przypadków) stosują rozproszony system małych magazynów.

Geografia teatru działań w południowej Ukrainie utrudnia izolowanie go za pomocą ataków dalekiego zasięgu: Armia Ukrainy potrzebuje jeszcze wiele amunicji i platform startowych, aby utrzymywać liczne szlaki zaopatrzeniowe rosyjskiego zgrupowania pod ciągłym ostrzałem. Dlatego nawet brytyjskie i francuskie pociski manewrujące, które mają większy zasięg niż pociski HIMARS, nie wpłynęły jeszcze poważnie na sytuację na froncie.

Wreszcie, obaj przeciwnicy stale ulepszają (rosyjskie siły zbrojne — samodzielnie, Armia Ukrainy — z pomocą Zachodu) swoje systemy obrony powietrznej, które czasami ograniczają szkody wyrządzane przez broń dalekiego zasięgu.

Żadna ze stron nie posiada samolotów zdolnych do niezależnego zwiadu i atakowania ruchomych celów na bliskich i dalekich tyłach wroga w obliczu środków obrony przeciwlotniczej. Żadna ze stron nie ma też środków do całkowitego stłumienia obrony przeciwlotniczej.

Nawet dostarczenie Ukrainie dziesiątek stosunkowo nowoczesnych samolotów F-16 prawdopodobnie nie zmieni sytuacji, uważa Michael Kofman.

W takich warunkach — gdy przeciwnik zna operacyjny kierunek ofensywy wroga, widzi wszystkie jego działania na froncie i nie ma możliwości zatrzymania dostaw rezerw — każda operacja pomyślana jako przełamanie, a następnie manewr, zamienia się w bitwę na wyczerpanie.

Stosunkowo skuteczną taktykę zdobywania terytoriów w tego typu wojnie pokazała zimą i wiosną ubiegłego roku Grupa Wagnera.

Wymagała ona dużej liczby żołnierzy, zdolnych do podejścia do pozycji wroga bez ciężkiego sprzętu i wzięcia ich szturmem, a także dużej ilości amunicji i luf artyleryjskich, które wspierają takie ataki. Jednak zasoby atakującego często wyczerpują się szybciej niż zasoby obrońcy (zwłaszcza w przypadkach, gdy piechota szturmowa musi pokonać duże obszary, aby zbliżyć się do pozycji wroga).

Armia Ukrainy, po niepowodzeniach pierwszego miesiąca ofensywy, wybrało taktykę podobną do tej, którą zastosowali wagnerowcy w okolicach Bachmutu. Wprowadzając rezerwy, pokonali "szarą strefę" i dotarli do pozycji rosyjskich w Robotyne i niemal osiągnęli główną linię obrony w Staromłyniwce na wschodnim odcinku. Jednak nadal nie są w stanie przebić się dalej i wydaje się, że nie mają już rezerw.

Niemal codziennie powtarza się ten sam scenariusz, zarejestrowany na wielu filmikach: ukraińska artyleria bije po wysuniętych pozycjach wroga, podczas gdy pojazdy próbują (nie zawsze skutecznie) zbliżyć piechotę do wysuniętych pozycji Rosjan. Jeśli pozycje zostaną skutecznie przytłumione ogniem artyleryjskim, żołnierze piechoty zajmują je — i starają się przetrwać ogień zwrotny rosyjskiej artylerii.

Bitwa na wyczerpanie może być bardziej skuteczna dla Armii Ukrainy niż (nieudana) próba głębokiego przełamania z (jak dotąd nieosiągalnym) przejściem do manewrów w stylu operacji Izium z jesieni 2022 r. Nawet pomimo braku rezerw, Ukraińcy wciąż mają szansę uszczuplić rosyjską obronę.

Rosyjskie siły zbrojne mają rezerwy (w tym rezerwy mobilne — brygady i pułki piechoty morskiej oraz wojska powietrznodesantowe) na południu Ukrainy. Rezerwy te nie są jednak duże. Jednocześnie oddziały broniące frontu są już poważnie osłabione:

Rosyjskie jednostki zaangażowane w obronę na południe od Orichiwa — 70, 71 i 291 pułki strzelców zmotoryzowanych 42 Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych 58 Armii — walczą i ponoszą straty (szczególnie ciężkie po osiągnięciu przez Ukraińców głównej linii obrony) od początku czerwca.

Wspierająca ich między miejscowościami Robotyne i Werbowe 810 Brygada Piechoty Morskiej jest zaangażowana w aktywne walki od lipca. Do tych miejscowości przybywają jako posiłki, słabe pułki "terytorialne" sformowane ze zmobilizowanych oddziałów. Ukraińskie rezerwy, które zostały wprowadzone do walki, nie poniosły tam jeszcze większych strat.

Wyczerpane są również oddziały próbujące powstrzymać ataki Ukraińców w rejonie "występu Wremiwskiego". Są tam też rezerwy (5 Brygada Czołgów, 155 Brygada Piechoty Morskiej Floty Pacyfiku), które mogą próbować powstrzymać ukraińską ofensywę pod Staromłyniwką, ale nie wiadomo, czy będą wystarczające.

Większe rezerwy Rosji znajdują się jednak nie na południu, ale na północy. Tam — na obszarze od Kreminnej do Kupiańska — rosyjski sztab generalny próbuje zorganizować własną ofensywę. Wojska rosyjskie, na razie stosunkowo niewielkimi siłami, nacierają na Kupiańsk.

A dokładniej na tę część miasta, która znajduje się na wschodnim brzegu rzeczki Oskił (większość miasta znajduje się na przeciwległym brzegu). W przypadku zdobycia przepraw przez Oskił w pobliżu Kupiańska, Rosjanie znacznie skomplikują zaopatrzenie całej grupy Armii Ukrainy na wschodnim brzegu Oskiłu — u zbiegu regionów charkowskiego, ługańskiego i donieckiego, które zostały wyzwolone jesienią ubiegłego roku.

Będzie to oczywiście wymagało dużych sił, które nadal znajdują się w rezerwie głęboko w obwodzie ługańskim i na poligonach rosyjskiego obwodu białogrodzkiego.

Jednak nawet w przypadku całkowitego powodzenia rosyjskiej ofensywy (co na razie wydaje się mało prawdopodobne), pozbawi ona Ukrainę tylko części terytorium wyzwolonego w październiku-grudniu.

W najgorszym scenariuszu Armia Ukrainy wycofa się za rzekę Oskił na zachodzie i rzekę Siewierski Doniec na południu. Mogłoby to ustabilizować front na tym obszarze i uwolnić siły wroga do walki na innych kierunkach (tak jak stało się to w listopadzie w regionie Chersonia, kiedy dwie armie zostały oddzielone Dnieprem).

Nie rozwiąże to wyniku wojny, bo odwrót Ukraińców na północy przez duże przeszkody wodne, nawet jeśli nastąpi, nie przybliży rosyjskich sił zbrojnych do zdobycia Donbasu (podobnie jak odwrót armii rosyjskiej przez Dniepr w listopadzie nie przybliżył Armii Ukrainy do udanej operacji na Krymie).

Jednocześnie wykorzystanie dużych rezerw na północy zamiast na południu wydaje się zbyt ryzykowne. Gdy rosyjskie dowództwo prowadzi operacje na północy, może nie mieć wystarczających sił do obrony na południu. A bez świeżej piechoty i sprzętu nawet ciężko umocniona główna linia obrony na południe od Robotyne i Staromłyniwki może nie powstrzymać wroga.

W warunkach kryzysu obronnego szybkie przerzucenie wojsk z północy na południe i wprowadzenie ich do walki będzie trudne: trzeba je będzie przetransportować przez Krym lub Mariupol, a następnie zaopatrzyć.

Mogą również wystąpić trudności z organizacją dowodzenia: obecnie rezerwy te podlegają dowództwu Zachodniego Okręgu Wojskowego, podczas gdy oddziały na południu podlegają dowództwu okręgów wschodniego (kierunek Wełyka Nowosiłka) i południowego (kierunek Orichiw).

onet.pl/Meduza

Ledwo umocniwszy się w Urożajnym, ukraińskie wojska spróbowały wziąć Kermenczyk z marszu. Ryzyko nie opłaciło się i doprowadziło do dużych strat. W rezultacie ostrzału artyleryjskiego ukraińskiej kolumny zginęło około 20 żołnierzy.

– Przez całą drogę kacapy obserwowały naszą kolumnę. Naszego przygotowania artyleryjskiego nie widać. Dlaczego kolumna poruszała się praktycznie bez osłony, nie wiadomo. Można odnieść wrażenie, że między Nowodonieckiem, Urożajnym i Kermenczukiem rozpościera się diabelski trójkąt, w którym wchodzimy ciągle na te same grabie – skomentowali sytuację analitycy ukraińskiego projektu DeepState, wspominając poprzedni podobny epizod na tym odcinku frontu.

Bez względu na miejscowe niepowodzenia i kontrataki Rosjan, SZU kontynuują natarcie w kierunku Staromłyniwki i Kermenczyka. Analitycy amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) uważają, że w celu utrzymania Urożajnego rosyjskie dowództwo użyło dużych sił i środków, w tym rezerw. Część z nich została bezpowrotnie stracona, a lokalne porażki Rosjan świadczą o poważnym obniżeniu się potencjału bojowego ich ugrupowania na południu Ukrainy.

(...)

Główną przeszkodą dla ukraińskiej ofensywy pozostają rozbudowane pola minowe, których nie da się obejść, a atakowanie przez nie wiąże się z dużymi stratami. Zachodni eksperci nazywają rosyjskie pola minowe “niespotykanymi w historii najnowszej”, a SZU krytycznie brakuje saperów. 

– Ukraina jest dziś najbardziej zaminowanym państwem na świecie. Setki kilometrów pól minowych, miliony ładunków wybuchowych, na niektórych odcinkach frontu do pięciu min na metr kwadratowych – powiedział w wywiadzie dla brytyjskiego The Guardian ukraiński minister obrony Ołeksij Reznikow. 

Podkreślił przy tym, że “rosyjskie pola minowe stanowią poważne zagrożenie na ukraińskich wojsk, ale nie są nie do przebycia”. Dodał, że Ukraina ma wykwalifikowanych saperów, najnowszy sprzęt, jednak jest ich zbyt mało dla frontu ciągnącego się przez setki kilometrów na wschodzie i południu kraju.

Po nieudanej próbie natarcia z okupowanego obwodu ługańskiego na Łyman i Borową, rosyjskie wojska przez ostatnie dwa tygodnie skoncentrowały swoje wysiłki na Kupiańsku. To ważny ukraiński węzeł logistyczny, przez który zaopatrywane jest ukraińskie zgrupowanie na kierunku swatowskim. 

Między pierwszą rosyjską linią w okolicach wsi Łyman Perszyj do Kupiańska jest około 10 kilometrów. W wyniku dwóch tygodni walk Rosjanie przesunęli się o kilkaset metrów. Najbliższa wieś na linii natarcia – Syńkiwka – pozostaje pod pełną kontrolą Ukraińców. Obserwator wojskowo-polityczny grupy Informacijnyj Sprotiw [po polsku Opór Informacyjny – przyp. belsat.eu] Ołeksandr Kowalenko uważa, że Rosjanie nie dysponują pod Kupiańskiem poważnym potencjałem ofensywnym, a głównym celem ataku jest odciąganie świeżych ukraińskich rezerw, które przygotowywane są do walki na południu. 

– Potrzebują odwrócić uwagę. Nie bez powodu propaganda zaczęła nazywać Kupiańsk drugim Bachmutem. Twierdzą, że do miasta zostało 7 kilometrów, które nie wiadomo z jakiej strony zobaczyli. Ale drugą kwestią jest to, ile trwało pokonanie tych 7 kilometrów na przykład pod Bachmutem? – zapytał Kowalenko.

Według eksperta, rosyjskie ugrupowanie pod Kupiańskiem może wydawać się dużym, jednak w rzeczywistości jest zbyt słabe, by zdobyć miasto. 

Z kolei były naczelnik Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy generał Mykoła Małomuż stwierdził, że rosyjskie dowództwo stara się zwabić pod Kupiańsk część ukraińskich wojsk walczących pod Bachmutem. Według niego Bachmut ma dla Władimira Putina duże znaczenie symboliczne i możliwa utrata go po ponad roku ciężkich walk byłaby silnym ciosem dla wizerunku rosyjskiego przywódcy. Małomuż jest przy tym pewien, że ukraińscy żołnierze pod Kupiańskiem mają wszystko, by efektywnie odpierać rosyjskie natarcie, utrzymując przy tym inicjatywę. 

belsat.eu

wtorek, 22 sierpnia 2023


Areną najcięższych walk na froncie zaporoskim jest północna część Wyżyny Nadazowskiej pomiędzy rzekami Konką i Tokmaczką. Obszar ten charakteryzuje się licznymi dolinami i wąwozami, które w znacznym stopniu ograniczają ruch wojsk. Z uwagi na przebieg linii frontu przed 4 czerwca 2023 r. i ukształtowanie terenu Ukraińcy mogli rozpocząć ofensywę w kierunku Tokmaku na wąskim odcinku o szerokości ok. 20 km. Każdy wariant działania w jego ramach zakładał natarcie z podstawy wyjściowej leżącej w jednej z dolin, które znajdowały się pod obserwacją i kontrolą ogniową rosyjskich pozycji położonych na sąsiednich wzgórzach. Dodatkowo korytarze terenowe biegnące w dolinach, umożliwiające posuwanie się oddziałów szturmowych, zostały przez Rosjan szczelnie zaminowane. Ten układ dawał im wiele atutów i był najważniejszym czynnikiem wpływającym na powolne poruszanie się Ukraińców przez pierwsze dwa miesiące ofensywy. Należy podkreślić, że Rosjanie umiejętnie wybrali pozycje i dobrze przygotowali obronę pod względem inżynieryjnym.

Trwające aktualnie starcia w okolicach wsi Robotyne, Nowoprokopiwka i Werbowe będą miały kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu kampanii na południu Ukrainy. Walki te toczą się o opanowanie linii wzgórz wznoszących się na wysokość 140–160 m n.p.m. i górujących nad całą okolicą. Na południe od nich teren opada – oddalony od Robotynego o ok. 20 km Tokmak leży na wysokości 40–50 m n.p.m. W przypadku opanowania linii wzgórz przed Ukraińcami otworzą się możliwości rozwinięcia powodzenia i wyprowadzenia natarcia większymi siłami na szerszym odcinku frontu.

osw.waw.pl

Polityk PiS: – Siłą Kury były media liberalno-lewicowe i opozycja. Bo to oni narzucili przekaz, że dzięki Kurskiemu PiS wygrywa wybory. Szczerze? To są bzdury. On oczywiście utwardzał pewną część elektoratu, ale też z drugiej strony tym radykalnym przekazem zbudował Konfederację. Naprawdę można osiągać te same efekty, nie robiąc z TVP symbolu szmiry. Poza tym, gdyby nie coroczne dotacje z budżetu, to tam z pieniędzmi naprawdę byłoby cienko. Telewizja wypuściła obligacje i inne papiery dłużne, które w kolejnych latach będą kosztowały setki milionów złotych. No ale jak się robi koncerty za kilka milionów, które powinny kosztować co najwyżej kilkaset tysięcy, to taki jest efekt. Programy, w których gaże przekraczają kilkukrotnie ceny rynkowe, to jest kolejny element.

Pracownik TVP: – Normalnie zbicie podestu pod plenerowe studio dla programu śniadaniowego powinno kosztować pięć, dziesięć tysięcy złotych. Sam widziałem fakturę za tę usługę na czterdzieści pięć tysięcy. Zrobiła to oczywiście firma zewnętrzna. Inny przykład. W pewnym momencie na Woronicza zbuntowali się kierowcy, którzy powiedzieli, że z firmy wylewa się morze pieniędzy, a oni jeżdżą za te same stawki od lat. Tak się zaparli, że TVP musiała wynająć firmę zewnętrzną do wożenia ekip. Koszt? Osiemset złotych za dzień. Panie, to chore jest. Pamiętam też, że u nas na antenie był kiedyś materiał o tym, że Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała na roaming telefoniczny czterdzieści pięć tysięcy złotych, które wydzwoniła w trakcie delegacji zagranicznych. A niedługo potem się okazało, że jeden z orłów propagandy u nas wydał na telefon za granicą ponad sto tysięcy złotych.

onet.pl

poniedziałek, 21 sierpnia 2023


Znaczna część wywiadu była poświęcona relacjom Łukaszenki z Władimirem Putinem. — To nie dzieje się tak, jak niektórzy ludzie na Zachodzie próbują to przedstawić. Tak zwana opozycja mówi, że Łukaszenko robi wszystko, co każe mu Putin. Ludzie, którzy mnie znają, doskonale rozumieją, że to niemożliwe — stwierdził.

Diana Panczenko powiedziała, że w Ukrainie promowany jest pogląd, że rosyjski rząd jest słabszy po nieudanym marszu Grupy Wagnera na Moskwę. — Putin absolutnie nie jest osobą, którą znaliśmy. Jego cechy charakteru zostały zwielokrotnione. [...] Nie jest już dawnym sobą. Jest teraz mądrzejszy i bardziej przebiegły — powiedział Łukaszenko.

Został też zapytany o to, czy Putin "oszalał": — Nie, Putin nie oszalał. Mogę to zagwarantować w stu procentach. Jeśli chodzi o jakieś imperialne ambicje, to też ich nie widziałem. Rosja jest ogromnym imperium, cóż mogę powiedzieć? Oczywiście, to odciska piętno na charakterze człowieka — odpowiedział.

onet.pl/BiełTA


Węgry obchodziły w niedzielę /20.08.2023/ Dzień św. Stefana, nazywany też "urodzinami" tego kraju. To święto nawiązujące do pierwszego króla Węgier, który żył na przełomie X i XI wieku. Jednocześnie od soboty w Budapeszcie trwa jedna z najważniejszych imprez sportowych - mistrzostwa świata w lekkiej atletyce. Jak podał w czwartek węgierski portal hvg.hu, że premierzy Polski i Słowacji nie otrzymali zaproszenia zarówno na niedzielne uroczystości, jak i na wydarzenia związane z mistrzostwami.

W Budapeszcie w niedzielę pojawili się za to m.in. prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan, emir Kataru Tamim ibn Hamad Al Sani, a także prezydenci Azerbejdżanu, Kirgistanu, Uzbekistanu oraz Turkmenistanu. Zaproszono również byłego austriackiego kanclerza Sebastiana Kurza i byłego premiera Czech Andreja Babisa. "Uderzający był fakt, że wśród gości nie było ani jednego obecnego szefa rządu UE, nie byli też reprezentowani czołowi politycy krajów Grupy Wyszehradzkiej" - przekazał portal Hvg.hu.

- Gdy jest jakieś wielkie wydarzenie na skalę światową, dany kraj zaprasza tu swoich przyjaciół, mile widziani są wszyscy zainteresowani.(...). Będziemy prowadzić także negocjacje polityczne i biznesowe. 20 sierpnia odbędę kilkanaście oficjalnych spotkań dwustronnych i podczas mistrzostw świata - zapowiadał w piątek premier Węgier Viktor Orban w rozmowie z Radiem Kossuth.

Gergely Gulyás, szef Kancelarii Premiera Viktora Orbana, wyjaśnił potem w rozmowie z ATV, że brak zaproszenia dla polskich władz wynika z toczącej się kampanii wyborczej. Dlaczego nie zaproszono Słowacji? Bo tam, jak zaznaczył Gulyás, władzę pełni tymczasowy premier Ludovít Ódor (szef rządu technicznego). - Jesteśmy suwerennym krajem, zapraszamy kogo uznamy za stosowne - ocenił szef węgierskiej Kancelarii Premiera.

gazeta.pl

niedziela, 20 sierpnia 2023


W tym samym raporcie GUS jest wyszczególniona jeszcze jedna kategoria, tzw. granica niedostatku, która jest ustalana na poziomie minimum socjalnego obliczanego przez Instytut Pracy i Polityki Społecznej. To jest próg, poniżej którego następuje "deprywacja integracyjnych potrzeb człowieka". Mówiąc wprost: nie starcza między innymi na kontynuowanie nauki, kontakty towarzyskie czy uczestniczenie w kulturze.  

Ilu z nas żyje w tak szeroko rozumianym niedostatku?

40,7 proc. Czapki z głów, że instytucja państwowa, którą jest GUS, miała odwagę opublikować ten raport. On zawiera szereg danych, które są dla rządu miażdżące. 

Jednak sam pan przyznał, że wiele działań rządu jest adresowanych do niezamożnych obywateli. Nie można powiedzieć, że państwo nic dla nich nie robi. 

Ubóstwo to nie tylko brak pieniędzy. To również stan świadomości, który oznacza życie bez poczucia bezpieczeństwa, sprawstwa, wpływu na swój los. Transfery socjalne tego nie załatwią.

One co najwyżej przysypują najgłębsze dziury. 

(...)

Już po roku bezrobocia szczególnie u mężczyzn pojawia się zagrożenie depresją i uzależnieniem od alkoholu lub pojawiają się inne nieszczęścia, które zagrażają jego zdrowiu i życiu. Bezrobotnych dotyka to samo zjawisko, które jest udziałem zdecydowanej większości Polaków żyjących w niedostatku, a mianowicie tzw. syndrom wyuczonej bezradności. 

Polega to na tym, że jeśli tonę w długach, tkwię w bezrobociu itd. i raz, drugi i trzeci podejmuję próbę wyjścia z tej sytuacji, ale nie przynosi to żadnych efektów, to stwierdzam, że nie ma sensu dalej się starać. Amerykański psycholog Martin Seligman, który jako pierwszy opisał zjawisko wyuczonej bezradności, podkreślał, że człowiek czuje się wówczas bezwartościowy, nabiera przekonania, że żadne jego starania nic nie zmienią, nie mają sensu, oraz spodziewa się, że przydarzy mu się w życiu wszystko, co najgorsze.

Osoby doświadczające wyuczonej bezradności, na przykład długotrwale bezrobotni, bezdomni, zadłużeni itd., stają się bierne, nawet apatyczne, funkcjonują na poziomie dobrze utrwalonych nawyków - działają jak zepsuty automat. A jeśli nawet nadarzają im się jakieś okazje do zmiany, to nie potrafią z nich skorzystać.

To tragiczna konsekwencja życiowej utraty kontroli. Wyuczona bezradność pojawia się wtedy, kiedy tracimy kontrolę nad istotnymi aspektami swojego życia, na przykład w uzależnieniach, zadłużeniu, także wypaleniu zawodowym, a jej specyfika polega na tym, że zjawisko to ma charakter rozwojowy i addytywny, co oznacza, że do ludzi, których dotyczy, przyklejają się kolejne problemy, na przykład uzależnienia. 

gazeta.pl  

sobota, 19 sierpnia 2023


Dane makroekonomiczne z pierwszych sześciu miesięcy tego roku potwierdzają stale rosnącą zależność Białorusi od Rosji. W drugim roku wojny Mińsk płaci wysoką cenę za współudział w rosyjskiej agresji, represje wobec oponentów reżimu i konfrontacyjną politykę względem Zachodu w postaci utraty dużej części rynków zbytu w UE i na Ukrainie. W rezultacie wymiana towarowa z FR stanowi już ok. 70% całości, a jeśli wziąć pod uwagę zależność białoruskich towarów (głównie paliw i nawozów potasowych) od tranzytu przez tamtejsze porty i linie kolejowe, to udział Rosji w eksporcie z Białorusi przekracza 90%.

Tak daleko idące uzależnienie Mińsk przedstawia w kategoriach sukcesu w walce z zachodnią presją sankcyjną. Eksponuje również fakt, że w minionym półroczu – po wielu miesiącach recesji – oficjalnie odnotowano wzrost gospodarczy rzędu 2% PKB. Pomija się przy tym, że w tym okresie drastycznie wzrósł import, co wygenerowało deficyt handlowy przekraczający 1,6 mld dolarów. Tym samym Białoruś znalazła się w sytuacji, gdy nie tylko stan jej gospodarki, ale wręcz przetrwanie państwa zależy od współpracy z Rosją oraz jej woli do dalszego preferowania eksporterów z tego państwa.

Zgodnie z danymi białoruskiej statystyki za sześć miesięcy br. ogólna wartość obrotów handlowych Białorusi towarami wyniosła ponad 40 mld dolarów. Oznacza to wzrost o 17% w stosunku do I półrocza 2022 r. i ustabilizowanie trendu w porównaniu z II półroczem ub.r. (42 mld dolarów). Jednocześnie eksport w okresie styczeń–czerwiec br. wzrósł jedynie o 12%, do 19,4 mld dolarów, podczas gdy import zwiększył się aż o 22% i nieznacznie przekroczył wartość 21 mld dolarów. Saldo handlu zagranicznego wyniosło więc -1,6 mld dolarów, podczas gdy w analogicznym okresie 2022 r. było znacząco dodatnie – na poziomie powyżej 2 mld dolarów.

Tak poważny deficyt wynika przede wszystkim z drastycznego wzrostu wartości importu spoza obszaru Wspólnoty Niepodległych Państw, która w tym okresie osiągnęła niemal 9,8 mld dolarów (71% całości). Według dostępnych danych Eurostatu od stycznia do maja br. z UE sprowadzono dobra warte 3,3 mld euro, co pozwala w przybliżeniu przyjąć, że unijne towary stanowią najwyżej połowę całości białoruskiego importu spoza WNP (czyli de facto większości obszaru poradzieckiego).

Na podstawie niepełnych danych można założyć, że jednym z czynników wzrostu importu są działania władz na rzecz kompensacji deficytu niektórych zachodnich towarów, objętych embargiem UE i USA (zakazały one m.in. eksportu akcesoriów tytoniowych, komponentów mikroelektronicznych oraz wielu typów maszyn, urządzeń i części zamiennych do nich). W tej sytuacji rządzący poszukują nowych dostawców. Obecnie są to przede wszystkim państwa azjatyckie, w tym Chiny, które stały się drugim (po Rosji) partnerem handlowym Mińska.

Zgodnie z wyliczeniami strony chińskiej dwustronny obrót handlowy w ciągu pierwszych pięciu miesięcy br. wyniósł 3,7 mld dolarów, z czego eksport z Białorusi – najprawdopodobniej 1 mld dolarów. Tak duża różnica między importem i eksportem to od samego początku cecha charakterystyczna wymiany towarowej pomiędzy oboma państwami. Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że na wzrost wartości importu mogło też oddziaływać zwiększenie zakupów na rynkach znacznie bardziej odległych od unijnych, co wydłużało i komplikowało logistykę dostaw, podwyższając końcowy koszt produktów.

Nie bez wpływu na wartość importu pozostał spadający – w ślad za kursem rosyjskiej waluty – kurs rubla białoruskiego. Nie da się wykluczyć (choć brak twardych danych), że część białoruskiego importu stanowią towary reeksportowane następnie do FR, która wskutek agresji wobec Ukrainy została objęta jeszcze bardziej restrykcyjnymi sankcjami. Na podstawie dostępnych informacji – niepopartych danymi liczbowymi – wydaje się, że tą drogą na rynek sąsiada trafiają przede wszystkim samochody osobowe oraz części zamienne i komponenty istotne dla tamtejszego przemysłu. Warto przy tym nadmienić, że analiza danych w poszczególnych miesiącach minionego półrocza wskazuje na postępujący wzrost przewagi importu nad eksportem, co w skali całego roku może oznaczać dalsze pogłębianie się deficytu w handlu zagranicznym.

Wprowadzane stopniowo od jesieni 2020 r. unijne sankcje gospodarcze wobec Białorusi sprawiły, że udział UE w jej eksporcie spadł do ok. 5%, podczas gdy jeszcze przed trzema latami wcześniej oscylował w granicach 40–50%. Restrykcje oraz utrata wskutek wojny rynku ukraińskiego (w 2021 r. wartość białoruskiego eksportu na Ukrainę przekroczyła 5 mld dolarów) przyczyniły się do tego, że naturalnym i właściwie jedynym kierunkiem dla białoruskiego eksportu stała się Rosja. Aktualnie udział rynku sąsiada w całości operacji handlowych Białorusi dochodzi do 70%, a ich wartość w ciągu pierwszych pięciu miesięcy br. wyniosła 18 mld dolarów (danych za całe półrocze brak), co oznacza wzrost o 20% względem analogicznego okresu ub.r.

Z dostępnych białoruskich danych dotyczących I kwartału tego roku wynika, że białoruski eksport do Rosji zwiększył się wówczas o 56% w stosunku do pierwszych trzech miesięcy 2022 r. Pokazuje to skalę popytu na białoruskie towary w FR, co zapewne wynika zarówno z ich niskich cen, jak i z niedoboru zablokowanych sankcjami zachodnich odpowiedników. Tak dużym skokom w zakresie eksportu sprzyja także w znacznej mierze preferowanie tamtejszych dostawców w dostępie do rosyjskiego rynku.

Dynamika współpracy handlowej pomiędzy oboma państwami skłania przedstawicieli ich władz do eksponowania odporności obu gospodarek na presję sankcyjną. 3 czerwca ambasador FR w Mińsku Borys Gryzłow stwierdził, że odnotowany w skali całego 2022 r. 40-procentowy wzrost eksportu białoruskich towarów pozwolił Białorusi zrekompensować niemal połowę strat wynikających z utraty unijnych rynków zbytu. Jeszcze dalej w swoich ocenach posunął się szef białoruskiej placówki w Moskwie Dzmitryj Krutoj, który podczas X bilateralnego Forum Regionów 28 czerwca wyraził wątpliwość co do zasadności wymiany handlowej z „problematyczną” Polską, skoro większe obroty państwo wypracowało z jednym tylko obwodem briańskim. Podkreślił również znaczenie uzyskania dostępu krajowych eksporterów produktów naftowych do portu w Murmańsku. Jego zdaniem pozwoliło ono na pełne zastąpienie niedostępnych obecnie przeładunków w holenderskim Rotterdamie.

Warto przy tym dodać, że Mińsk już od kilku miesięcy zapewnia o pełnej kompensacji strat z tytułu sankcji. Obie strony chętnie zwracają także uwagę na intensyfikację kooperacji na poziomie regionów oraz na stymulujący wpływ tzw. programu antyimportowego, będącego de facto rosyjską linią kredytową dla białoruskich przedsiębiorstw działających w branży maszynowej czy mikroelektronicznej. Łączna wartość tego – realizowanego w ramach Państwa Związkowego – pakietu wynosi ok. 1,7 mld dolarów.

Skalę wzrostu znaczenia FR dla gospodarki kraju dobrze pokazują też dane dotyczące tranzytu towarów z Białorusi przez terytorium Rosji. Zgodnie z oficjalną statystyką w I półroczu br. w rosyjskich portach przeładowano ich 6 mln ton, podczas gdy w analogicznym okresie 2022 r. – zaledwie 1,5 mln ton. Białoruskie ładunki to niemal w całości objęte embargiem UE produkty naftowe, chemiczne oraz nawozy sztuczne. Udostępnione tamtejszym podmiotom moce przeładunkowe pozwolą na przekierowanie w tym roku drogą morską przez Rosję 12 mln ton towarów, a Mińsk deklaruje zainteresowanie zwiększeniem ich wolumenu do 17,5 mln ton, m.in. poprzez dodanie kolejnych zablokowanych unijnym pakietem z wiosny ub.r. artykułów (drewno, wyroby drzewne, metalowe i stalowe). Białoruscy eksporterzy wykorzystują aktualnie 19 rosyjskich portów położonych nad morzami Bałtyckim, Kaspijskim i Czarnym, przy czym priorytet ma pierwszy z tych kierunków. Korzystają również z infrastruktury kolejowej sąsiada, za pomocą której od stycznia do czerwca br. przewieziono 1,5 mln ładunków. Większość stanowiły nawozy potasowe przeznaczone na rynek chiński.

Długotrwały wzrost wartości eksportu do FR oraz nadzwyczaj dynamiczny rozwój tranzytu towarów przez rosyjskie porty i połączenia kolejowe pozwoliły Białorusi nie tylko złagodzić dotkliwość zachodnich restrykcji, lecz także zwiększyć produkcję przemysłową. Według oficjalnej statystyki w okresie od stycznia do czerwca br. niemal wszystkie sektory produkcyjne odnotowały wzrost od 4 do nawet 8%. W rezultacie w I półroczu podniósł się poziom inwestycji krajowych i popyt wewnętrzny, a PKB zwiększył się o 2%. Pierwsze symptomy powrotu gospodarki na ścieżkę niewielkiego wzrostu pojawiły się jeszcze w maju. Wówczas po raz pierwszy od początku 2022 r. odnotowano przyrost PKB – o 0,9% (w ubiegłym roku recesja wyniosła 4,7%).

Choć oficjalne komunikaty Mińska i Moskwy o znacznym lub wręcz zupełnym uzupełnieniu strat z tytułu sankcji wydają się przesadzone, to wskaźniki makroekonomiczne pokazują sporą odporność białoruskiej gospodarki na zachodnie embarga – większą, niż można się było spodziewać jeszcze w pierwszych miesiącach 2022 r., po rosyjskiej napaści na Ukrainę. Zarazem w dłuższej perspektywie poważnym wyzwaniem stanie się rosnący dynamicznie import, który będzie wywierał coraz większą presję na rezerwy walutowe, znajdujące się obecnie na dość bezpiecznym poziomie niemal 8 mld dolarów. Największe ryzyko dla stabilności gospodarczej państwa niesie jednak niemal zupełne przywiązanie systemu ekonomicznego do Rosji, prowadzącej kosztowną wojnę i również ograniczonej zachodnimi pakietami restrykcji. W ten sposób – przynajmniej w wymiarze ekonomicznym – Białoruś stopniowo przekształca się w region FR.

osw.waw.pl

piątek, 18 sierpnia 2023


Jarosław Kaczyński nieprzypadkowo krytykuje program akurat Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka. I nieprzypadkowo akurat dzisiaj. Raz, że najłatwiej krytykować pomysły tej partii, która w ogóle jakiekolwiek pomysły programowe zgłasza – tym bardziej, że są one dość kontrowersyjne. A dwa, że one w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości zaczęły trafiać na podatny grunt, co zaczyna być widoczne w sondażach.

Przecież to wyborcy PiS przez lata byli przekonywani do tego, że państwo nie działa i że jego instytucje, jak np. sądy, potrafią głównie utrudniać im życie. A co więcej – często też przekonywali się na własnej skórze, że tak naprawdę bywa. I nawet jeśli do władzy dochodzą „ich” politycy, to jedynie dzięki wyjątkowemu samozaparciu, wielkiemu patriotyzmowi i niezłomności charakteru potrafią dla nich coś z tego „państwa z kartonu” wyrwać siłą.

Nie trzeba jednak być superprzenikliwym obserwatorem polskiej polityki, by zauważyć oczywistość, że po ośmiu latach rządów tak patriotycznego PiS instytucje państwa bynajmniej nie są silniejsze. Czyli: nie da się, na dłuższą metę trzeba samemu walczyć o swoje, nikt nam nie pomoże.

I tu cały na biało wchodzi Sławomir Mentzen, mówiąc wprost to, co miliony Polaków i tak już bardzo dobrze wiedzą, tylko może nikt im tego jeszcze tak zrozumiale nie opowiedział: państwo wam głównie szkodzi, sami poradzicie sobie lepiej; gdyby nie te pity, zusy, vaty i akcyzy, każda rodzina mogłaby kupić sobie po dwa samochody, każdą byłoby stać na dom z ogródkiem i grilla ze szwagrem co weekend. Bo co wam tak właściwie daje za te wysokie podatki państwo? Taka służba zdrowia przecież kompletnie nie działa. Nauczyciele, opłacani z waszych pieniędzy, to głównie strajkują, choć mają po dwa miesiące wakacji. A na drogach coraz większe korki, bo politycy są zakładnikami lewackich aktywistów... Lepiej poradzicie sobie sami, mając więcej pieniędzy w portfelach.

Jaka jest więc propozycja Sławomira Mentzena? Na przykład bon zdrowotny o wartości 4340 zł rocznie. Skoro w publicznych placówkach i tak nie da się na żadną wizytę czy zabieg umówić, to idźcie prywatnie. I PiS generalnie miało podobny pomysł na „naprawę” sytuacji, tylko jego prywatyzacja służby zdrowia za pomocą pieniędzy z programu 500+ była jeszcze ukryta, to znaczy: nie została opowiedziana wyborcom wprost.

Konfederacja robi więc właściwie to samo, tylko nie boi się potraktować tej opowieści jako wyborczego atutu. Jakby rozumiejąc, że socjal od PiS już spełnił swoją rolę, Polacy odzyskali poczucie godności i teraz czas opowiedzieć im na nowo Polskę, w której każdy samemu będzie załatwiać swoje sprawy. Bo co do zasady – wyborcy już taki układ zaakceptowali, teraz chcą tylko więcej pieniędzy w swoich rękach, bo w końcu państwo niczego im nie załatwi.

I teraz prezes PiS, który sam tę narrację narzucił, próbuje wyjaśnić wyborcom, dlaczego z tymi pieniędzmi do ręki to nie zawsze wszystko wygląda kolorowo. „Ich program to doprowadzenie was do nędzy, ich program to cztery tysiące kilkaset złotych dla każdego w bonie na leczenie. Jak się może wtedy leczyć człowiek chory na nowotwór? Ciężko, poważnie chory na serce czy jakąkolwiek inną poważną chorobę” – pytał Jarosław Kaczyński w Stawiskach. I konkretnie tłumaczył, na czym polega problem, bo „nawet jeden dzień takiego leczenia więcej kosztuje” niż owe 4340 zł z bonu zdrowotnego Konfederacji.

Czyli teraz prezes PiS musi przekonywać, że potrzebne są jednak silne instytucje, solidarność społeczna, wysokie składki. I wszystko po to, by tylko nie dopuścić do odpływu wyborców do partii ulepszającej jego własną opowieść o Polsce. Równie ciekawe jest, komu Jarosław Kaczyński próbuje obrzydzić Konfederację. Bo przecież opis „chory na serce” nie trafi do przeciętnego wyborcy Sławomira Mentzena, który z racji wieku takimi problemami nie będzie musiał się martwić jeszcze przez dobre 30 lat. Prezes PiS mówi językiem trafiającym do starszego elektoratu – i podkreśla bardzo wprost: „To są pomysły szaleńców, dzieciaków. Tylko dzieci mogą uwierzyć w taki program”. Chodzi więc o to, by na haczyk Konfederacji nie dali się złapać seniorzy, bo to ich najłatwiej przestraszyć liberalną wizją społeczeństwa, w którym każdemu będzie dane według jego siły a nie potrzeb.

Tu dochodzimy do kolejnej przyczyny, dlaczego prezes Jarosław Kaczyński atakuje program Konfederacji akurat dzisiaj. Rosnąca w siłę partia Mentzena i Bosaka, utyta na poparciu młodych mężczyzn, zaczyna dziś przyciągać do siebie grupy społeczne, które wcześniej były poza jej zasięgiem. Niedawne duże wzrosty sympatii do niej wynikają w dużej mierze ze wzrostu poparcia kobiet – i to młodych, nawet tych z proaborcyjnych marszów kobiet i głosujących wcześniej na lewicę czy Roberta Biedronia – ale i starszych rocznikowo wyborców. I nawet jeśli w dużej mierze to bardziej potencjalni wyborcy opozycji niż PiS, to i Jarosław Kaczyński ma powody do niepokoju. Bo i jego elektorat zaraz może zacząć do Konfy odpływać. Na przykład za posłanką Anną Siarkowską, która właśnie zamieniła Suwerenną Polskę Zbigniewa Ziobry na partię Mentzena i Bosaka.

(...)

Ciągłe atakowanie Konfederacji uwiarygadnia tę partię jako prawdziwą „trzecią drogę” – jedyną alternatywę dla PO-PiS-u. Dlatego Konfederacja nadal będzie rosła w sondażach. Ale z punktu widzenia Kaczyńskiego i Tuska ważniejsze od wyników partii Mentzena i Bosaka są jednak wyniki PO i PiS, a dokładniej: mobilizacja własnego elektoratu. A sprawdzonym sposobem takiej mobilizacji jest oczywiście jednoczenie się wobec rosnącego w siłę wroga. Dlatego pnąca się w sondażach Konfederacja nie jest dla nich wcale – w teorii – tak złym scenariuszem.

(...)

„W jedno nie wierzcie, że my będziemy rządzili z Konfederacją” – zapewniał prezes w Stawiskach Jarosław Kaczyński. „Nie będziemy rządzili” – podkreślał po chwili dosadnie. I dorzucił po chwili: „Nie wierzcie w to i nie wierzcie w te nasze wspólne rządy”. A wszystko w przeciągu jedynie 50 sekund, czyli trzy razy się wyparł Konfederacji nim minęła minuta. Z pewnością wiemy więc jedno: Jarosław Kaczyński bardzo chce wszystkich przekonać do tego, że takiego planu nie rozpatruje. Może nawet za bardzo, bo wychodzi to karykaturalnie.

Bądźmy szczerzy: do takiej koalicji mogłoby nie dojść tylko dlatego, że nie będzie się ona wizerunkowo opłacać Konfederacji. Problem w tym, że wszystkie sondaże wyborcze od wielu miesięcy pokazują jedno: PiS może marzyć o rządzeniu wyłącznie w ramach koalicji z Konfederacją. I to rzeczywiście problem dla prezesa PiS, który nie potrafi kompromisowo ucierać stanowisk nawet w ramach swojego obozu politycznego, stworzonego tak naprawdę z własnych wychowanków jak Zbigniew Ziobro czy Adam Bielan. Można więc uwierzyć, że koalicja z Konfederacją naprawdę spędza mu sen z powiek. Ale innego ruchu po wyborach może nie mieć.

rp.pl

czwartek, 17 sierpnia 2023


Udział państw grupy G-7 w światowej produkcji był początkowo na bardzo stabilnym i bardzo wysokim poziomie. Ta grupa siedmiu gospodarek – cztery duże państwa europejskie (Francja, Niemcy, Włochy i Wielka Brytania), Japonia i dwa państwa Ameryki Północnej (Kanada i Stany Zjednoczone) – odpowiadała za dwie trzecie światowej produkcji aż do końca lat 90. XX wieku. Udział grupy G-7 spadł dość szybko w okresie od końca lat 90. XX wieku aż do połowy drugiej dekady XXI wieku (z 66 proc. do 38 proc. całości produkcji ogółem). Od tego czasu ten udział zaczął się stabilizować lub przynajmniej jego spadek znacznie zwolnił.

Udział sześciu gospodarek wschodzących doświadczających szybkiego uprzemysłowienia, które można określić zbiorczo jako „I-6” (ang. Industrialising 6) wzrósł w globalnej produkcji w latach 1990-2020 o ponad pół punktu procentowego. Są to następujące kraje (w nawiasach podano wzrost udziału w globalnym handlu w punktach procentowych): Chiny (+16,2), Indie (+1,5), Korea Południowa (+1,5), Indonezja (+1,0), Tajlandia (+0,5) i Brazylia (+0,5). Dwie najbardziej godne uwagi kwestie są następujące: po pierwsze to, że wzrost udziału państw I-6 jest zasadniczo odzwierciedleniem spadku udziału państw grupy G-7; i po drugie, że wzrost udziału państw I-6 znacznie zwolnił w połowie drugiej dekady XXI wieku.

Trendy w zakresie udziałów grupy G-7 i I-6 w globalnej produkcji są zgodne z ideą, że, ujmując to obrazowo, jeśli chodzi o produkcję offshoringową na rynkach wschodzących zerwano już wszystkie tzw. nisko wiszące owoce (ang. low-hanging fruit). Wykorzystano wszelkie łatwe i oczywiste możliwości łączenia „zaawansowanych technologii” z nisko płatną siłą roboczą w fabrykach rynków wschodzących.

Warto zauważyć, w jaki sposób zmiana udziałów w produkcji jest silnie skoncentrowana w państwach I-6. Wszystkie inne państwa świata nie doświadczyły prawie żadnej zmiany, jeśli chodzi o ich zbiorowy udział w produkcji światowej.

(...)

Jak argumentowano tzw. „drugi rozdział” (lub tzw. „drugie uwolnienie”) globalizacji, napędzane rozwojem technologii informacyjno-komunikacyjnych, doprowadził do przestrzennego uwolnienia poszczególnych etapów produkcji, a tym samym do wydłużenia łańcuchów dostaw, zarówno na szczeblu krajowym, jak i międzynarodowym. Widać to wyraźnie na wykresie. Widzimy łagodny spadek udziału wartości dodanej (tj. wzrost złożoności łańcucha dostaw) w okresie od roku 1995 do roku 2002, a następnie ostrzejszy spadek od roku 2002 do roku 2008, po którym następuje stabilizacja.

Tempo tego spadku nie jest zbyt imponujące (z 54 proc. do 50 proc.), ale liczby te obejmują całą gospodarkę światową. Ponieważ około dwóch trzecich światowej wartości dodanej generowane jest przez sektor usług, a globalna rewolucja łańcucha dostaw koncentrowała się głównie na produkcji, takiego skromnego wpływu w zasadzie należało się spodziewać.

obserwatorfinansowy.pl

Offshoring napędzany rozwojem technologii informacyjno-komunikacyjnych przemienił wpływ globalizacji na świat, ponieważ firmy produkcyjne państw grupy G-7 zaczęły – w ramach offshoringu – łączyć zaawansowane technologiczne know-how z siłą roboczą w krajach o niskim poziomie płac (Baldwin 2016). Połączenie zaawansowanej technologii z niskimi płacami wywróciło świat konkurencji przemysłowej do góry nogami. Garstka krajów o wschodzących gospodarkach (szczególnie Chiny) konkurowała w wytwarzaniu towarów przemysłowych dzięki specjalistycznej wiedzy i niskim zarobkom pracowników. Robotnicy przemysłowi w krajach grupy G-7, pracujący w środowisku wysokich technologii i dobrych zarobków, mieli problem, by za nimi nadążyć. Robotnicy przemysłowi w krajach rozwijających się, do których nie przemieszczano produkcji ani towarzyszącego jej know-how, konkurowali w warunkach niskiego poziomu technologii i niskich zarobków. Trudno im było doścignąć siłę roboczą pracującą w środowisku wysokich technologii i niskich zarobków w Chinach i kilku innych krajach.

To gwałtowne uprzemysłowienie w kilku wschodzących gospodarkach wywołało niespotykany dotychczas wzrost dochodów. A ponieważ wśród krajów doświadczających szybkiego uprzemysłowienia były Indie i Chiny, rosnący popyt na surowce wywołał supercykl surowcowy w latach 1998-2014.

Debatę publiczną na temat globalizacji zwykle cechuje obsesja na punkcie towarów przemysłowych. W wielu analizach przyjmuje się domyślnie, że spadek jest w przeważającej części efektem mniejszego handlu wyrobami przemysłowymi. Za winnych tego stanu rzeczy uznaje się zwykle wojnę handlową rozpoczętą przez prezydenta Trumpa w roku 2018 (w szczególności serię środków odwetowych zastosowanych przez Stany Zjednoczone i Chiny), wyjście Wielkiej Brytanii z UE, wzrost populizmu i spadek poparcia dla otwartego handlu wśród państw grupy G-7. Część analityków wzmacnia tę narrację, by zademonstrować wielki odwrót od multilateralizmu i otwartego systemu liberalnego (Foroohar 2022).

Niniejszy artykuł przedstawia dowody na to, że spadek wskaźnika handlu towarami do PKB można wyjaśnić w bardziej przyziemny sposób, mający znacznie mniej wstrząsające światem implikacje dla handlu światowego. Około 60 proc. spadku jest efektem obniżenia się wskaźnika paliw i towarów przemysłu wydobywczego, co dobrze koreluje z ogromnym spadkiem cen surowców od około 2010 roku. Reszta to efekt spadku wskaźnika towarów przemysłowych do PKB.

obserwatorfinansowy.pl