sobota, 12 sierpnia 2023


13 lipca rządząca w Niemczech koalicja porozumiała się co do ostatecznego brzmienia „Strategii wobec Chin”. Negocjowany od wielu miesięcy i pierwszy tego rodzaju dokument w historii RFN został zaprezentowany przez minister spraw zagranicznych Annalenę Baerbock w siedzibie think tanku Mercator. Ponad 60-stronicowy tekst zawiera diagnozę relacji niemiecko-chińskich, omówienie wartości, interesów i celów Berlina oraz liczne analizy sektorowe, wśród których szczególne miejsce zajmują kwestie gospodarki, klimatu, bezpieczeństwa, praw człowieka, polityki rozwojowej i porządku globalnego.

Osią tekstu jest stwierdzenie, że stosunki bilateralne – po zapoczątkowanym przez Deng Xiaopinga okresie „reform i otwarcia” w Chinach – uległy pogorszeniu. Pekin określa się, zgodnie z językiem oficjalnej strategii UE, jako partnera, konkurenta i systemowego rywala, ale z zaznaczeniem, że akcent wyraźnie przesunął się w kierunku rywalizacji. Dokument zawiera bardzo krytyczne komentarze dotyczące tendencji autokratycznych, łamania praw człowieka, naruszania zasad konkurencji gospodarczej oraz agresywnej polityki zagranicznej, przejawiającej się zwłaszcza w groźbach wobec Tajwanu, we wspieraniu Rosji i w nasilaniu presji na sąsiadów. Niemcy podkreślają jednak, że bez Chin nie uda się rozwiązać problemów globalnych, dlatego oferują współpracę i wzywają Pekin do przejęcia większej odpowiedzialności w polityce międzynarodowej.

Punktem ciężkości strategii są kwestie gospodarcze. RFN będzie dążyć do ograniczenia nadmiernych i obciążonych ryzykiem zależności ekonomicznych, czyli do tzw. de-riskingu. Zamierza także dywersyfikować swoje relacje gospodarcze poprzez rozwijanie współpracy z innymi regionami świata, co ma stanowić przeciwwagę dla roli Chin. Rząd akcentuje również konieczność kontrolowania napływu inwestycji chińskich, zwłaszcza w obszarze infrastruktury krytycznej i wysokich technologii. Brakuje jednocześnie jednoznacznego poparcia dla dalej idących kroków, np. nadzoru nad inwestycjami niemieckich firm w Chinach. Berlin chce uniknąć działań, które mogłyby sugerować zainteresowanie decouplingiem, czyli pełnym odcięciem się od ChRL.

Ważnym elementem strategii RFN jest powiązanie jej ze wspólną polityką Unii Europejskiej względem Chin. Niemcy podkreślają konieczność uzgadniania stanowiska z partnerami i dążenia do wypracowania jednolitej strategii. Wymaga to jednak usprawnienia procesu podejmowania decyzji, w szczególności reformy głosowania większościowego. Kwestia wspólnej polityki wobec Pekinu ma być także uwzględniona w procesie rozszerzenia: państwa kandydujące powinny podzielać unijne podejście do współpracy z ChRL.

Komentarz

Kluczowy termin strategii to de-risking – obniżenie ryzyka wynikającego z relacji gospodarczych z Chinami, głównie poprzez blokadę przejęć w sferze infrastruktury krytycznej i sektorów ważnych technologii oraz dywersyfikację wymiany handlowej. Pójście w tym kierunku ma zneutralizować bardziej radykalną i niekorzystną dla interesów RFN ideę decouplingu (zerwania powiązań) w relacjach z Chinami, która zyskiwała na popularności w 2022 r. i wciąż ma wielu zwolenników w administracji prezydenta Joego Bidena. De-risking to również ostrożny stosunek do zwiększenia interwencjonizmu i wpływu rządów na firmy, co proponowała Komisja Europejska w swojej strategii „bezpieczeństwa gospodarczego”. Pomysły w niej ujęte, takie jak badanie skali ekspozycji firm na „chińskie ryzyko”, kontrolowanie ich inwestycji w Chinach, blokowanie transferu technologii czy przeglądy transakcji eksportowych, pojawiają się w niemieckim dokumencie, ale raczej jako „tematy do dyskusji”. Strategia RFN podkreśla natomiast odpowiedzialność firm za redukcję zależności i zastrzega, że w razie kryzysu – czyli np. inwazji na Tajwan – nie będą one mogły liczyć na pomoc niemieckiego państwa. W praktyce de-risking oznacza działania najmniej kosztowne pod względem ekonomicznym i najmniej konfrontacyjne politycznie, dlatego ma szansę na poparcie państw zainteresowanych podtrzymaniem współpracy z Pekinem. Niemcy poświęciły zresztą sporo energii na jego wypromowanie na arenie międzynarodowej.

Niemiecka strategia wobec Chin stanowi wyraźne odejście od polityki rządów Angeli Merkel, które nadawały wspieraniu bilateralnej współpracy z Pekinem – zwłaszcza w wymiarze gospodarczym – absolutny priorytet. Od roku 2016 ChRL jest nieprzerwanie liderem na liście partnerów handlowych RFN – obroty między tymi państwami osiągnęły w 2022 r. 299 mld euro. Na tamtejszym rynku działa ponad 5 tys. niemieckich firm, których łączne inwestycje przekraczają 102 mld euro (w 2021 r.). Wśród nich wyróżniają się wielkie koncerny sektorów samochodowego i chemicznego, dla których obecność w Chinach ma – z punktu widzenia globalnej konkurencyjności – kluczowe znaczenie. W ostatniej dekadzie szybko rosło również zaangażowanie chińskiego biznesu w Niemczech – m.in. w branżach wysokich technologii, zwłaszcza w telekomunikacji, logistyce oraz przemyśle wytwórczym. Polityczną ceną za spektakularny rozwój współpracy było przymykanie oczu na łamanie praw człowieka i „asertywność” Chin w przestrzeni międzynarodowej. W tym sensie język strategii, jednoznaczną krytykę poczynań Pekinu i podkreślanie rosnącej rywalizacji we wzajemnych relacjach można uznać za przełom. Niemieckie elity zdają się godzić z istnieniem trwałych, politycznych barier we współpracy i porzucają nadzieję na „zmianę przez handel”. O ostatecznej wadze dokumentu zdecyduje jednak jego implementacja: nie można wykluczyć, że strategia pozostanie jedynie deklaracją intencji i nie przełoży się na poważniejsze działania.

Opracowanie strategii RFN wobec Chin było dużym wyzwaniem dla koalicji rządzącej z uwagi na znaczące różnice poglądów – przede wszystkim między Zielonymi i SPD. Partia wicekanclerza Roberta Habecka domagała się wyraźnego zaostrzenia kursu względem Pekinu w kwestiach politycznych oraz możliwie szybkiego ograniczenia zależności gospodarczych. Socjaldemokraci są od Zielonych znacznie ostrożniejsi. Kanclerz Olaf Scholz wielokrotnie zwracał uwagę na koszty ekonomiczne ewentualnego odcinania się od Chin i podkreślał konieczność współpracy z nimi w takich kwestiach jak ochrona klimatu oraz bezpieczeństwo międzynarodowe. Podejście to znalazło wyraz między innymi w jego wizycie w Pekinie w listopadzie 2022 r. oraz zorganizowaniu wspólnych konsultacji rządowych z gabinetem premiera Li Qianga w czerwcu br. W kontekście powyższych podziałów i sporów w rządzie nie można zignorować sposobu prezentacji strategii. Gestem wobec „jastrzębi” było jej ogłoszenie w siedzibie Mercatora, think tanku znanego z krytycznych analiz na temat Chin, którego pracowników władze w Pekinie objęły sankcjami. Rangę prezentacji obniżyła jednak obecność tylko jednego ministra federalnego. To wyraźny kontrast w zestawieniu z niedawnym ogłoszeniem narodowej strategii bezpieczeństwa, na którym obecni byli nie tylko Scholz, lecz także minister spraw wewnętrznych Nancy Faeser, minister obrony Boris Pistorius oraz minister finansów Christian Lindner. Być może taka formuła jest zabiegiem dyplomatycznym obliczonym na zbadanie reakcji strony chińskiej. W ten sposób kanclerz zastrzegłby sobie możliwość późniejszego doprecyzowania lub interpretowania zapisów strategii.

Niemiecka strategia wobec Chin może stać się istotnym narzędziem kształtowania polityki unijnej – i to w zakresie wykraczającym poza relacje z Pekinem. Berlin podkreśla, że rządowy dokument powinien być traktowany jako część europejskiej odpowiedzi na chińskie wyzwanie i w jego realizacji zamierza konsultować się z partnerami z UE. W dokumencie wezwano np. do: wzmocnienia wspólnego rynku, finalizacji tworzenia unii bankowej i unii rynków kapitałowych, intensyfikacji współpracy technologicznej jako narzędzi ekonomicznych wzmacniających pozycję Europy względem konkurentów globalnych. W strategii zawarto też jednak daleko idące oczekiwania polityczne. Niemcy twierdzą, że problem koordynacji działań wobec Chin wyraźnie pokazuje potrzebę reformy zasad głosowania i zwiększenia zasięgu wykluczającej weto metody większościowej. Ponadto, mając na względzie perspektywę rozszerzenia UE, Berlin oczekuje od państw kandydujących akceptacji wypracowanego na forum unijnym podejścia do Chin.

Pekin był przygotowany na publikację niemieckiej strategii i po pierwszych przeciekach do prasy na jej temat w listopadzie 2022 r. rozpoczął kampanię nakierowaną na złagodzenie stanowiska Berlina. Skoncentrowano ją na naciskach dyplomatycznych (oskarżenie RFN o oczernianie Chin i zimnowojenną mentalność, sformułowane przez MSZ ChRL) i gospodarczych (narracja o nieuniknionej recesji gospodarczej Niemiec w razie wdrożenia de-riskingu). Starano się też wykorzystać różnice w wewnątrzniemieckiej debacie o współpracy z Pekinem. Kanclerza Scholza chińskie media kreowały więc na pragmatycznego polityka oddzielającego spory polityczne od interesów gospodarczych – zarówno jego wizyta w Chinach tuż po XX Zjeździe KPCh, jak i dopuszczenie chińskiego koncernu COSCO do zakupu części udziałów jednego z terminali w porcie w Hamburgu miały dowodzić, że jest on gwarantem stabilnych relacji wzajemnych. Minister Baerbock i wicekanclerz Habeck byli natomiast od miesięcy poddawani otwartej krytyce ze strony chińskich dyplomatów i prasy. Zarzucano im m.in. błędną interpretację zamiarów ChRL oraz proamerykańskość.

Reakcja Pekinu na sam dokument była jednak lakoniczna i stosunkowo koncyliacyjna. Ambasada ChRL w Berlinie, a następnie chiński MSZ zaznaczyły, że ma on wprawdzie podłoże ideologiczne, lecz między Berlinem a Pekinem wciąż jest „więcej pola do współpracy niż do rywalizacji”. Postawa chińskich władz może mieć związek z ich nadziejami na przyciągnięcie niemieckich inwestycji, które pomogłyby stworzyć miejsca pracy i pobudzić transfer technologii, co jest niezbędne do ożywiania gospodarki ChRL po jej rozczarowującym odbiciu po pandemii (...).

Pekin jest świadomy szczególnej roli, jaką odgrywają niemieccy przedsiębiorcy – głównie z kluczowej dla gospodarki RFN branży samochodowej – w wewnątrzniemieckiej debacie o współpracy z ChRL. W swoim dialogu z niemieckim biznesem korzysta więc on z metody „kija i marchewki”. Z jednej strony pozytywnym sygnałem ze strony Pekinu było np. podjęcie przez ministra handlu Wanga Wentao delegacji niemieckich przedsiębiorców (w tym Karla Haeusgena, prezesa Niemieckiego Związku Producentόw Maszyn VDMA, oraz Christiana Kleina, dyrektora generalnego koncernu informatycznego SAP SE) na kilka dni przed publikacją strategii. Z drugiej strony ChRL sygnalizuje, że może użyć przeciw niemieckiemu biznesowi narzędzi nacisku, podobnie jak uczyniła to już w przeszłości, inicjując bojkoty handlowe wobec Australii, Litwy czy Korei Południowej. Pekin dysponuje szeregiem narzędzi oddziaływania na niemieckich przedsiębiorców, począwszy od wykorzystania swej dominującej pozycji w łańcuchach dostaw komponentów dla pojazdów elektrycznych, przez liczne wspólne przedsięwzięcia badawcze, po dostęp do głównego rynku elektromobilności na świecie (...).

osw.waw.pl

Pomimo stopniowego zaostrzania unijnej polityki wobec Chin i świadomości wartości bliskich relacji transatlantyckich w ostatnich miesiącach w UE coraz bardziej widoczne są różnice w tych kwestiach. Takie państwa, jak Francja, Niemcy, Hiszpania i Portugalia obawiają się dalszego zaostrzania polityki Unii wobec Chin i opowiadają się za większą autonomią wobec USA, natomiast państwa wschodniej flanki NATO, m.in. Polska, Czechy, Litwa, Łotwa i Estonia, a także Szwecja, za priorytet uznają współpracę transatlantycką, również w związku z zacieśniającymi się relacjami chińsko-rosyjskimi.

Państwa Europy Zachodniej dążą do utrzymania zysków ekonomicznych ze współpracy z Chinami, a także opowiadają się za większą autonomią Unii wobec USA. Powodem jest – inaczej niż w Stanach Zjednoczonych – postrzeganie zagrożeń z relacji z Chinami jako niemających charakteru systemowego i niedotyczących unijnego bezpieczeństwa. Oznacza to m.in. przekonanie o zaletach współpracy z Chinami w sprawach globalnych (np. klimatycznych), a przede wszystkim ograniczanie zakresu zmniejszania przez UE zależności gospodarczych od ChRL. Sygnalizował to zarówno prezydent Macron po kwietniowej wizycie w Chinach, kanclerz Niemiec Olaf Scholz po czerwcowych konsultacjach z chińskim premierem oraz przewodniczący RE Charles Michel po rozmowach z szefem rządu ChRL w czerwcu br. Sprzeciwiają się oni najbardziej radykalnym działaniom, przede wszystkim sankcjom wobec przedsiębiorstw z sektora wysokich technologii czy unijnym restrykcjom dotyczącym współpracy europejskich firm z Chinami. Nałożenie wspomnianych ograniczeń miałoby negatywne ekonomicznie konsekwencje, na które UE nie jest obecnie gotowa. W ocenie tych polityków uznanie, że Chiny są jedynie rywalem UE, pogorszyłoby też relacje Unii z Globalnym Południem, dla którego ChRL jest ważnym partnerem. Choć od przemówienia przewodniczącej KE z 30 marca br. o polityce UE wobec Chin dominującym w Unii podejściem jest tzw. derisking, czyli zmniejszanie powiązań z ChRL w najbardziej newralgicznych sektorach, część państw niechętnych rozluźnianiu relacji z Chinami stara się rozmyć jego znaczenie. Przykładowo kanclerz Niemiec sugeruje (podobnie jak premier ChRL), aby to firmy, a nie państwa podejmowały decyzje o ograniczaniu zależności od Chin.

Dla państw wschodniej flanki NATO priorytetem jest utrzymanie obecności wojskowej USA w Europie oraz przekonania o konieczności rozbudowy potencjałów obronnych państw UE w sytuacji możliwego przeniesienia uwagi i zasobów amerykańskich sił zbrojnych na Indo-Pacyfik. Litwa i Czechy postulują nawet modyfikację unijnej polityki wobec Chin. Chcą, by ChRL określać jedynie mianem systemowego rywala, odrzucając tym samym postrzeganie tego państwa jako partnera i konkurenta. Polityka zacieśniania współpracy transatlantyckiej w Azji jest częściowo popierana przez KE, czego wyrazem było np. bardziej zdecydowane wsparcie dla Tajwanu wyrażone w oświadczeniu po piątej sesji konsultacji UE–USA ds. Indo-Pacyfiku w czerwcu br. Gotowość Unii do zacieśniania współpracy m.in. w dziedzinie sztucznej inteligencji czy dezinformacji potwierdziła też majowa sesja unijno-amerykańskiej Rady ds. Handlu i Technologii.

Różnice między państwami członkowskimi dotyczące percepcji Chin oraz wagi relacji transatlantyckich utrudniają dalsze zaostrzanie stanowiska Unii. Świadczą o tym unijne inicjatywy, które napotkały opór części członków UE, np. apel wystosowany przez KE o usunięcie chińskich firm z unijnej infrastruktury 5G. Ponadto, choć chińskie firmy znalazły się na projektowanej liście sankcyjnej jedenastego pakietu sankcji wobec Rosji – za wsparcie jej w omijaniu dotychczasowych restrykcji, finalnie decyzją całej RE zostały jednak z niego wyłączone. Gotowość do współpracy z ChRL w kwestiach globalnych znalazła również odzwierciedlenie w oświadczeniu po czerwcowym szczycie Rady Europejskiej.

 W optyce ChRL aktywizacja dyplomatyczna w relacjach z Unią i jej państwami członkowskimi osiągnęła cel, czyli utrzymała różnice zdań w unijnej debacie i niespójne działania Komisji Europejskiej wobec Chin. Szczególnie korzystne z punktu widzenia ChRL jest publicznie dystansowanie się części państw europejskich od koncepcji, że Chiny są zagrożeniem dla porządku międzynarodowego, a w związku z tym brak zgody na przyjęcie przez UE niektórych postulatów USA, np. kolejnych sankcji wobec chińskich podmiotów. Taka polityka będzie przez Chiny kontynuowana, m.in. wykorzystają objęcie w lipcu br. prezydencji w Radzie UE przez Hiszpanię, która sprzyja stonowanemu podejściu do ChRL.

Polityka UE daje ChRL nadzieję na ograniczenie negatywnych skutków deriskingu, a tym samym – strat własnego potencjału ekonomicznego. Utrzymanie zależności państw członkowskich od Chin jest także cennym narzędziem z punktu widzenia ewentualnych chińskich planów eskalacyjnych, np. wobec Tajwanu. Osłabienie więzi USA z częścią członków UE mogłoby też wpłynąć negatywnie na ich wspólne działania wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę, które dotychczas stanowią czynnik odstraszający ChRL przed agresywnymi posunięciami w Azji.

Dla Europy Środkowej kluczowe jest utrzymanie postulatu zmiany polityki Chin wobec Rosji jako warunku ożywienia współpracy Unii z nimi, która powinna odbywać się w koordynacji z USA. Ważna jest także rezygnacja Unii ze współpracy z ChRL w zakresie infrastruktury krytycznej, bezpieczeństwa i sektorów strategicznych, przy utrzymaniu relacji handlowych w innych obszarach. Dla Polski ważnym elementem wzmacniania relacji transatlantyckich w UE jest ponadto przyciąganie nowoczesnych inwestycji (w tym amerykańskich czy tajwańskich), służących także jako dowód na stabilność państwa w sytuacji wojny na Ukrainie. Znaczenie ma również rozwijanie współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa z krajami Indo-Pacyfiku (np. Koreą Południową) oraz przekonywanie innych państw UE do wzmacniania potencjału obronnego Unii jako europejskiego filaru NATO.

pism.pl

– Unijny rynek bateryjny pozostaje niewielki w porównaniu z chińskim czy amerykańskim, co budzi obawy obawy, że Unia Europejska swoją zależność od paliw kopalnych z Rosji może zastąpić uzależnieniem od surowców i baterii z Chin – pisze Energy Monitor, odnosząc się do przyjętych w tym miesiącu przez władze UE przepisów.

Nowe rozporządzenie zastępuje dyrektywę ws. baterii, która obowiązywała od 2006 r., a jego zapisy mają wdrożyć w tym kluczowym dla transformacji energetycznej sektorze zasady gospodarki o obiegu zamkniętym. Dotyczy to całego cyklu życia produktu – od projektowania po przetwarzanie odpadów.

Przepisami będą objęte wszystkie baterie – do urządzeń przenośnych, pojazdów elektrycznych, samochodów i maszyn, czy też coraz popularniejszych elektrycznych rowerów i hulajnóg. Producenci będą zobowiązani do zbierania zużytych baterii z urządzeń przenośnych (63 proc. do końca 2027 r. i 73 proc. do końca 2030 r.), a także z lekkich środków transportu (51 proc. do końca 2028 r. i 61 proc. do końca 2031 r.).

Kluczowe są też przepisy dotyczące odzyskiwania litu, które ustalono na poziomie 50 proc. do końca 2027 r. i 80 proc. do końca 2031 r. Przewidziano jednak możliwość rewizji tych celów w zależności od postępów rynkowych i technologicznych, a także dostępności tego surowca.

Jeśli chodzi o wykorzystanie materiałów z recyklingu w bateriach przemysłowych, a także do pojazdów i maszyn, docelowe poziomy wynoszą 16 proc. kobaltu, 85 proc. ołowiu, 6 proc. litu i 6 proc. niklu. Baterie będą musiały posiadać dokumentację poświadczającą zawartość materiałów z recyklingu.

Przewidziano też m.in., że do 2027 r. użytkownicy końcowi powinni móc usuwać i wymieniać baterie przenośne wmontowane do urządzeń przenośnych, czyli choćby telefonów komórkowych. Wprowadzono także wymogi informacyjne i zasady dotyczące etykietowania, m.in. w odniesieniu do komponentów baterii i zawartości materiałów z recyklingu (do 2026 r.), a także „paszport” baterii i kod QR (do 2027 r.).

Rozporządzenie zostało przyjęte przez państwa członkowskie niemal jednogłośnie – od głosu wstrzymały się tylko Słowenia i Bułgaria. Energy Monitor wskazuje, że nowe prawo ma zapewnić Europie najbardziej zielone baterie na świecie, ale pozostaje pytanie, na ile skuteczne okażą się ono w zmniejszaniu zależności od importu spoza UE.

Jak na razie pozytywne głosy popłynęły ze strony europejskiej branży bateryjnej. Stowarzyszenie RECHARGE oceniło, że przepisy pomogą wesprzeć zarówno konkurencyjność (ograniczając import niskiej jakości produktów), jak i cele związane z dążeniem do neutralności klimatycznej i zrównoważonego rozwoju.

Również BEUC, europejskie zrzeszenie organizacji konsumenckich, przyjęło przepisy z zadowoleniem, wskazując, że wady baterii należą do najczęściej zgłaszanych problemów przez konsumentów – zwłaszcza w przypadku elektroniki użytkowej, takiej jak telefony komórkowe.

Działania, które podejmuje UE, nie dziwią też w kontekście tego, że recykling baterii staje się kolejnym obszarem globalnej rywalizacji gospodarczej. Jednak w tym wyścigu zawsze na lepszej pozycji są ci, którzy poza kijem oferują także marchewkę. Taką natomiast daje amerykańska ustawa o redukcji inflacji (IRA), która pompuje setki miliardów dolarów wsparcia dla inwestycji zielone technologie.

– W USA zużyte baterie pojazdów elektrycznych zamieniają się w złoto dzięki subsydiom – analizuje Reuters. Według IRA surowce z baterii poddanych recyklingowi w USA są traktowane jako lokalne – niezależnie od pierwotnego miejsca pochodzenia. To natomiast jest kluczowe dla producentów samochodów, gdyż wykorzystywanie lokalnych surowców stanowi podstawę do kwalifikowania pojazdów jako uprawnionych do dopłat.

IRA oferuje też wsparcie dla inwestycji w recykling baterii, co sprawia, że w ostatnich miesiącach ogłoszono już kilka dużych projektów. Przykładem jest Redwood Materials, który na budowę kompleksu recyklingu i regeneracji materiałów akumulatorowych w Nevadzie otrzymał 2 mld dolarów rządowej, preferencyjnej pożyczki.

Amerykańskie władze chcą zmniejszyć zależność od Chin, które nie tylko dominują w pozyskiwaniu i przetwórstwie metali potrzebnych do produkcji baterii, ale też praktycznie nie mają żadnej konkurencji w ich recyklingu. Według firmy badawczej EMR obecnie Chińczycy odpowiadają za prawie cały ten rynek, którego wartość w ubiegłym roku wynosiła ok. 11 mld dolarów, a w 2028 r. może osiągnąć 18 mld dolarów.

Reuters zwraca uwagę, że rosnące zapotrzebowanie na odzysk surowców bateryjnych może skutkować tym, że starsze samochody elektryczne w bogatych krajach – w przeciwieństwie do spalinowych – zamiast być sprzedawane do biedniejszych państw będą trafiać do zakładów recyklingu.

Niektórzy producenci elektryków już podejmują działania, aby zachować kontrolę nad surowcami, które stosują w swoich pojazdach. Przykładowo Nissan w Japonii rozwija wynajem samochodów, a Nio w Chinach wynajmuje klientom baterie, by móc zachować prawo do ich własności.

Wprowadzane w UE minimalne ilości litu, kobaltu i niklu pochodzące z recyklingu w bateriach pojazdów elektrycznych to także sygnał dla europejskich koncernów. Thomas Becker, szef ds. zrównoważonego rozwoju w BMW, cytowany przez Reutersa, podkreślił, że wartość surowców uczyni recykling baterii opłacalnym, ale wyzwaniem będzie zatrzymanie ich w Europie.

Czy to wszystko ma jednak szanse powodzenia? – Łańcuch dostaw dla baterii, który wyklucza Chiny, wydaje się niemożliwy – ocenia „The Economist”.

Globalna sprzedaż samochodów elektrycznych wzrosła pięciokrotnie w latach 2019-2022, przekraczając w ubiegłym roku 10 mln sztuk. Podaż minerałów potrzebnych do produkcji baterii litowo-jonowych musi rosnąć co roku o jedną trzecią w ciągu tej dekady, aby zaspokoić szacowany globalny popyt.

Prawie połowa litu wyprodukowanego w 2022 r. pochodziła z Australii, 30 proc. z Chile i 15 proc. z Chin. W przypadku niklu Indonezja odpowiadała w ubiegłym roku za 48 proc. światowej produkcji. Kolejne 10 proc. stanowiły Filipiny, a 5 proc. Australia.

Jednak to przetwórstwo surowców jest prawdziwą sztuką, którą opanowali Chińczycy. Według szacunków Państwo Środka przetwarza ok. 3/4 światowego wydobycia niklu oraz ok. 2/3 litu. Nawet jeśli produkcja odbywa się poza granicami Chin, to wywodzące się z nich firmy mają w niej dominujący udział.

Dlatego – mimo kontrowersji – Ford postanowił w wartą 3,5 mld dolarów fabrykę w Michigan zainwestować wspólnie z chińskim koncernem CATL, który jest największym producentem baterii na świecie. Grupa produkuje ponad jedną trzecią akumulatorów do pojazdów elektrycznych na świecie.

„The Economist” podkreśla, że chińskie firmy dominują również w produkcji części do akumulatorów, z udziałami wynoszącymi od 50 do 70 proc. Dalsze pozycje zajmują firmy z Korei Południowej i Japonii. Dlatego nawet jeśli USA uda się zabezpieczyć wystarczającą ilość surowców spoza chińskich źródeł, to będą potrzebowały masowych inwestycji koreańskich i japońskich koncernów, które posiadają odpowiedni know-how.

W ocenie „The Economist” rozbudowa łańcucha dostaw na potrzeby elektromobilności, aby mógł on zaspokoić potrzeby związane z globalnym popytem na samochody elektryczne, to jedno z największych przemysłowych wyzwań, które kiedykolwiek podjęto.

Jednocześnie zasoby już teraz są mocno ograniczone, więc rosnące potrzeby będzie trudno zaspokoić bez udziału Chin. Zwłaszcza, jeśli Europa czy USA stawiają sobie ambitne cele dotyczące celów klimatycznych.

– Jak Chiny pokonały wszystkich, by zostać światowym liderem elektromobilności – na to pytanie natomiast odpowiada Bloomberg, który wskazuje, że działania podejmowane obecnie przez rządy w USA czy Europie są stosowane w Chinach już od wielu lat. To natomiast pozwoliło tamtejszy rynek uczynić największym zarówno pod względem sprzedaży samochodów elektrycznych, jak i pod kątem przemysłu i technologii.

W ubiegłym roku elektryki stanowiły 1/4 wszystkich sprzedanych samochodów osobowych w Chinach. Dla porównania w USA ten udział wyniósł 1/7, a w Europie 1/8. HSBC szacuje, że do 2030 r. samochody elektryczne w drugiej co do wielkości gospodarce świata będą odpowiadały za 90 proc. sprzedaży.

Łącznie z hybrydami typu plug-in w 2022 r. nabywców znalazło tam blisko 5,7 mln pojazdów. To ponad połowa światowego popytu. Jednocześnie chińskie marki elektryków odpowiadają za około połowę globalnej sprzedaży.

Natomiast w pierwszym kwartale tego roku Volkswagen po raz pierwszy od 15 lat stracił pozycję lidera sprzedaży w Chinach. Wyprzedził go tamtejszy BYD, który osiągnął to właśnie dzięki pojazdom elektrycznym.

Oczywiście Chiny mają też największą sieć publicznych ładowarek – według stanu na koniec maja tego roku było ich prawie 6,4 mln, a tylko w ubiegłym roku powiększyła się ona o ok. 650 tys. nowych punktów. Ponad 70 proc. wszystkich nowych ładowarek oddanych do użytku na świecie w 2022 r. przypadło właśnie na Państwo Środka.

Nic nie nie dzieje się jednak bez przyczyny. Bloomberg wyjaśnia, że chińskie władze od wielu rozwijały rynek przez marchewki dla konsumentów (dopłaty i ulgi podatkowe) oraz producentów (wsparcie dla inwestycji), a także poprzez infrastrukturę do ładownia pojazdów.. Wiele samorządów przestawiło też swój transport publiczny oraz podległe jednostki na elektryki, co pozwala stabilizować branżę, gdyż przykładowo BYD produkuje również autobusy.

Są też oczywiście kije, związane chociażby z rugowaniem samochodów spalinowych w największych miastach. W Pekinie czy Szanghaju tablice rejestracyjne dla spalinówek można wygrać w loterii lub kupić na aukcji, a elektryka można bez problemu zarejestrować.

Z kolei producenci samochodów, które są najbardziej paliwożerne, otrzymują negatywne oceny, które muszą równoważyć certyfikatami nabywanymi od producentów samochodów elektrycznych. Pojazdy z najgorszą oceną mogą zostać wycofane z rynku.

wysokienapiecie.pl

Przypomnijmy, że trwające zamieszki we Francji wybuchły po tym, jak 27 czerwca br. jeden z policjantów podczas interwencji zastrzelił 17-letniego obywatela tego kraju. Śmierć nastolatka arabskiego pochodzenia stała się punktem zapalnym. Na ulicach pojawiła się przemoc prowadząca do ogromnych zniszczeń. Palone są m.in. samochody, nieruchomości a sklepy rabowane. 

W sieci nie brakuje obrazów z centrum zdarzeń. Wystarczy wejść na dowolną platformę społecznościową i bez trudu znajdziemy zdjęcia lub filmiki pokazujące ulice francuskich miast pogrążone w chaosie. 

Wśród prawdziwych materiałów nie brakuje też fejków. To o tyle niepokojące, że fałszywe treści zyskują ogromny zasięg, wpływając na postrzeganie całej sytuacji przez odbiorców. Mario Nawfal, CEO IBC Group, postanowił zweryfikować pojawiające w sieci „doniesienia", a swoimi odkryciami podzielił się na Twitterze. 

Widzieliście krótki klip przedstawiający mężczyznę na dachu budynku z bronią, celującego w grupkę ludzi (...)? 

W social media filmik krąży z dopiskiem, że to jedna ze scen z francuskich zamieszek. W rzeczywistości to nieprawda. Jak tłumaczy Mario Nawfal, nagranie po raz pierwszy pojawiło się w intrenecie w marcu 2022 r. Nie brakuje również wątpliwości, czy mężczyzna faktycznie trzyma prawdziwą broń. 

Innym popularnym filmikiem jest ujęcie spadających z budynku (najpewniej piętrowego parkingu) samochodów na środek ulicy. Po ich kontakcie z ziemią dochodzi do eksplozji. Takie sceny dzieją się we Francji? Otóż NIE.

Sytuacja, którą widzimy na nagraniu to... scena z filmu „Szybcy i wściekli 8". Zdjęcia robiono w Cleveland w stanie Ohio. „Jak ludzie nie są w stanie tego zweryfikować?" – pyta Mario Nawfal.

Kojarzycie zdjęcie policyjnej furgonetki przejętej przez wiwatujących uczestników zamieszek? Jeden z nich siedział z francuską flagą na dachu, inny wychylał się z tyłu pojazdu, a w pobliżu jeszcze inny jechał na crossie na jednym kole. 

No cóż... Ujęcie pochodzi z filmu „Athena", nakręconego w ubiegłym roku. 

Czy Batman przybył do Francji w czasie zamieszek? Na takie wideo możecie trafić w sieci. Problem w tym, że jest to – po pierwsze – „jedynie" człowiek w stroju superbohatera, a po drugie – filmik pochodzi z zamieszek w... USA. Taki detal.

„Rekiny przejęły kontrolę we Francji!" – też nie. Zdjęcie, które zyskało popularność nie dotyczy Francji, lecz Chin. Przedstawia skutek pęknięcia wielkiego akwarium w centrum handlowym w Szanghaju, do którego doszło w 2012 r. Fotografia sama w sobie jest prawdziwa, ale ktoś pomylił czas, miejsce i okoliczności zdarzenia.

Jeśli korzystacie z TikToka, to mogliście natrafić na filmik ukazujący zatłoczoną ulicę i plac w rzekomo Nanterre. Wideo, które – jak podaje Mario Nawfal – wyświetliło ponad 10 mln osób, wcale nie ukazuje sytuacji we francuskim mieście. 

W rzeczywistości nagranie dotyczy tłumów, jakie zgromadziły się w Meksyku w czasie jednego z koncertów.

cyberdefence24.pl

Władze w Pekinie poinformowały wczoraj, że nakładają nowe ograniczenia eksportowe na dwa metale kluczowe dla produkcji półprzewodników i innych komponentów elektronicznych. Zgodnie z decyzją Ministerstwa Handlu i Generalnej Administracji Celnej, od 1sierpnia nie będzie można eksportować galu i germanu, a także powiązanych związków chemicznych bez pozwolenia. Ograniczenia są wprowadzane w oparciu o prawo kontroli eksportu, wdrożone pod koniec 2020 roku. Pozwala ono zakazać wysyłki kontrolowanych produktów do niektórych firm zagranicznych ze względów bezpieczeństwa narodowego.

Mam poczucie déjà vu, ponieważ już kiedyś byliśmy w tym miejscu. Pierwsze ograniczenia na eksport rud metali ziem rzadkich Pekin wprowadził już w 2010 roku, szybko skończyło się to utratą dominującej pozycji na rynku.1 W 2015 roku po cichu odpuszczono większość ograniczeń eksportowych. Chociaż gal i german nie są zaliczane do metali ziem rzadkich, to znajdują się na liście surowców krytycznych UE, a mechanizm działania Pekinu przypomina akcję z 2010 roku. Dlaczego Xi Jinping i towarzysze próbują znowu tego samego?

Moim zdaniem to element wojny chipowej. Waszyngton rozważa kolejne zaostrzenie ograniczeń eksportu technologii półprzewodników do Chin. Projektowane obostrzenia dotyczyłyby chipów wykorzystywanych w sztucznej inteligencji. Pekin działa wyprzedzająco. Gal jest wykorzystywany w nowoczesnych procesorach, gdzie pozwala zmniejszyć straty mocy. Również azotek galu jest wykorzystywany w laserach i z tego co piszą agencję wygląda, że będzie coraz szerzej stosowany w półprzewodnikach w pojazdach elektrycznych.

Odcięcie od chińskiego galu zapewne spowolni na jakiś czas rozwój całego sektora pojazdów elektrycznych poza ChRL, a zagraniczne podmioty, które nie będą w stanie pozyskać galu lub powiązanych produktów z Chin, będą musiały rywalizować na rynku o niskiej podaży i rosnącym popycie. Tymczasowo spowoduje to wzrost cen tego metalu i utrudni przyjęcie niektórych najnowocześniejszych technologii.

Słowem kluczem jest jednak tutaj „tymczasowo.” Ponieważ, tak jak było to w przeszłości, z czasem będzie coraz więcej alternatywnych producentów i w ostateczności to Pekin straci dominującą pozycję na rynku. Co więcej, cała sprawa powinna podziałać otrzeźwiająco na pięknoduchów na Zachodzie. Zwolennicy zmniejszania ryzyka związanego z uzależnieniem gospodarczym od Chin zyskali kolejny dowód, że jest to koniecznością.

Inna sprawa, to dlaczego Pekin zdecydował się na ten ruch teraz? Wydaje się, że to element presji przed wizytą Janet Yellen szefowej FED w Pekinie. Możliwe, że to też element gry wewnętrznej. Xi Jinping musiał jakoś odpowiedzieć na rosnące ograniczenia w eksporcie do ChRL kluczowej technologii. Wygląda więc na to, że Waszyngtonowi udało się sprowokować ChRL do ruchu, który jeszcze bardziej podkopie zaufanie jej partnerów gospodarczych i może wyrządzić w dłuższej perspektywie czasu więcej szkód Pekinowi niż same sankcje technologiczne.

zawielkimmurem.net

piątek, 11 sierpnia 2023


Po ponad pół roku od objęcia przez Unię Europejską rosyjskiego eksportu ropy i produktów ropopochodnych sankcjami sektor naftowy w Rosji zaadaptował się do nowej rzeczywistości. Dzięki znalezieniu nowych rynków zbytu branża zredukowała wydobycie surowca jedynie o 5%, unikając przy tym zmniejszenia jego przetwórstwa. Co więcej, sama sprzedaż ropy oraz produktów naftowych wzrosła.

Uniknięcie drastycznych cięć produkcyjnych to jedynie częściowy sukces. Po pierwsze, obecna struktura rosyjskiego eksportu ropy i produktów ropopochodnych charakteryzuje się niestabilnością i – w zakresie sprzedaży surowca – głęboką zależnością od dwóch odbiorców: Indii i Chin, na które okresowo przypada ok. 80% jej wielkości. Po drugie, ze względu na wprowadzenie przez UE i państwa G7 limitu cenowego (price cap) na rosyjską ropę, część eksportu jest przeceniana, a przewóz surowca – na skutek sankcji – generuje dodatkowe koszty. O ile pozwala to na sprzedaż większej ilości ropy, o tyle jednocześnie zmniejsza dochody budżetowe. Po trzecie, forsowane przez władze Federacji Rosyjskiej (FR) reformy w zakresie opodatkowania sektora nie tylko nie doprowadziły do zwiększenia wpływów budżetowych, lecz także stały się impulsem do dalszego wyprowadzania kapitału z Rosji i osłabienia bodźców inwestycyjnych.

Nie decydując się na cięcia produkcji surowca, władze zdają się nadawać priorytet utrzymaniu stabilnego jej poziomu kosztem dochodów budżetowych. Ich obniżenie świadczy więc o tym, że cele zachodnich sankcji udało się osiągnąć, przy jednoczesnym uniknięciu zaburzeń podażowych na światowych rynkach naftowych. Sytuacja ta może jednak ulec zmianie w drugiej połowie 2023 r., kiedy przewidywany jest globalny deficyt ropy i idący za tym wzrost jej ceny, które przełożą się na rosyjskie dochody ze sprzedaży surowca i paliw.

W wyniku napaści Rosji na Ukrainę w 2022 r. państwa zachodnie podjęły decyzję o wprowadzeniu bezprecedensowych sankcji wobec FR. Uderzyły one m.in. w branżę naftowo-paliwową. Unia Europejska wprowadziła embargo na import rosyjskiej ropy (od 5 grudnia 2022 r.) oraz produktów naftowych (od 5 lutego br.) sprowadzanych z Rosji drogą morską. Podobne zakazy obowiązują także w niektórych państwach spoza UE (m.in. Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii). Unia i USA zakazały również inwestowania w rosyjski sektor energetyczny oraz eksportowania technologii bądź towarów przeznaczonych dla tamtejszych branżowych podmiotów.

Ponadto państwa unijne wraz z G7 i Australią ustanowiły tzw. limit cenowy (price cap) na pochodzące z Rosji ropę (60 dolarów za baryłkę) oraz produkty ropopochodne (100 dolarów za baryłkę lekkich frakcji, takich jak benzyna, zaś 45 dolarów za baryłkę frakcji cięższych, np. mazutu). Zgodnie z tym mechanizmem eksport ww. towarów do krajów trzecich może się odbywać z wykorzystaniem usług firm z państw zachodnich (przewozu, ubezpieczenia, asysty technicznej czy finansowej) tylko wówczas, gdy produkt jest sprzedawany po cenie niższej lub równej tej ustalonej przez limit cenowy. Warto zaznaczyć, że w przypadku ropy ustanowiony limit przewyższa zakładaną przez Centralny Bank Rosji cenę za baryłkę marki Urals (55 dolarów w latach 2023–2025).

Cel wprowadzonych restrykcji to ograniczenie możliwości finansowania przez Moskwę działań wojennych dzięki redukcji jej dochodów z eksportu ropy i produktów ropopochodnych. Ma to się odbywać przy jednoczesnym uniknięciu powodowanych przez sankcje gwałtownych wzrostów cen tych towarów. Obawa dotycząca ewentualnych zaburzeń na rynku bierze się z dużego znaczenia Rosji jako producenta i eksportera zarówno ropy, jak i paliw. W 2022 r. FR ponownie zajęła trzecie miejsce pod względem poziomu wydobycia surowca, ustępując miejsca jedynie Stanom Zjednoczonym oraz Arabii Saudyjskiej. W roku poprzedzającym inwazję na Ukrainę rosyjski eksport ropy oraz produktów ropopochodnych stanowił odpowiednio 13% i 11% światowego rynku. Sektor ten jest kluczowy dla budżetu FR – tylko w 2022 r. tzw. wpływy naftowo-gazowe stanowiły 41,6% całości dochodów (35,8% w 2021 r.), tj. blisko 11,56 bilionów rubli.

Wprowadzenie zachodniego embarga na rosyjskie paliwa i ropę zmusiło Rosję do dostosowania produkcji do nowych realiów. Spadek wydobycia ropy naftowej w FR nie był jednak tak znaczący, jak to przewidywały instytucje międzynarodowe w ub.r. Według szacunków Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) wydobycie ropy w Rosji nie uległo załamaniu (w tekście przyjęto dane podawane przez IEA). Najgłębsza redukcja produkcji miała miejsce w marcu 2022 r., kiedy zanotowano spadek z poziomu 10 mln baryłek dziennie (bbl/d z wyłączeniem kondensat) o ok. 800 tys. bbl/d. W kolejnych miesiącach zaczęła ona rosnąć. Następne poważne obniżenie nastąpiło w 2023 r. – produkcja kurczyła się stopniowo od lutego, ostatecznie osiągnęła w maju i czerwcu poziom 9,45 bbl/d.

Stabilniejszą dynamikę wykazała produkcja wyrobów ropopochodnych, której statystykę do tej pory publikuje Rosyjski Urząd Statystyczny. Według Rosstatu rafinacja dwóch głównych kategorii paliw – benzyny i oleju napędowego – w I półroczu br. prezentowała wyższe poziomy aniżeli w analogicznych okresach w latach 2021–2022. Największy wzrost odnotowała produkcja oleju napędowego – ponad 8% względem ub.r. Wyjątek stanowi wytwórstwo mazutu, które wzrosło, ale jedynie na tle ubiegłorocznej redukcji.

Relatywnie niewielka skala redukcji wydobycia ropy naftowej (ok. 5% przedwojennego poziomu produkcji surowca) była możliwa dzięki udanemu przekierowaniu tych wolumenów, które dotychczas były sprzedawane w UE. Za sprawą znalezienia nowych rynków zbytu również produkcja paliw – diesla i benzyny – nie uległa załamaniu. Co więcej, łączny eksport ropy i produktów ropopochodnych z Rosji zanotował w I półroczu br. wzrost.

W porównaniu z I półroczem w latach 2021–2022 wolumen sprzedanych paliw i surowca zwiększył się w analogicznym okresie 2023 r. do poziomu ok. 7,9 mln bbl/d, z czego większość przypada na surową ropę. W ujęciu miesięcznym widać, że obecnie eksport ten podlega nieustannym zmianom – w kwietniu odnotowano rekordowy wolumen 8,3 mln bbl/d, który następnie spadł o ok. 1 mln bbl/d i osiągnął w czerwcu najniższy poziom od marca 2021 r.

Unijne embargo na rosyjską ropę naftową razem z innymi obostrzeniami zamknęło rynek dla ok. 2,5 mln bbl/d surowca, który trafiał do UE drogą morską. Niezakupiona w Europie ropa została niemal w całości przejęta przez innych klientów, głównie azjatyckich. Szczególnie widoczny jest rosnący udział dwóch z nich, Chin i Indii, które zwielokrotniły import z Rosji – przede wszystkim właśnie ropy – już w 2022 r.

Nowe Delhi zwiększyło import rosyjskiego surowca z niewielkiego poziomu przed lutym 2022 r. do ponad 2 mln bbl/d od kwietnia br., zaś dostawy zarówno ropy, jak i produktów ropopochodnych z FR do ChRL wzrosły średnio o ok. 0,5 mln bbl/d miesięcznie w porównaniu z poziomami sprzed roku. Dominacja tych dwóch odbiorców w strukturze sprzedaży rosyjskiej ropy jest znacząca – w maju br. aż 80% całości eksportu przypadło właśnie na nich, resztę przekierowano do Turcji i innych państw.

W odróżnieniu od ropy naftowej nowa struktura dostaw produktów ropopochodnych jest o wiele bardziej zdywersyfikowana i zmienna. Całościowy wolumen sprzedaży zagranicznej paliw w pierwszym półroczu br. wykazał się lekkim wzrostem i wyniósł o ok. 0,3 bbl/d więcej od zeszłorocznej średniej 2,6 bbl/d.

Przekierowanie dostaw rosyjskich produktów ropopochodnych na inne kierunki odbywa się jednak w sposób bardziej chaotyczny niż w przypadku ropy. Wynika to z trudniejszej specyfiki transportu paliw, a także dużej konkurencji na tym rynku (chociażby ze strony Chin, Indii czy Arabii Saudyjskiej). Rosjanie znacznie zwiększyli eksport do dotychczasowych odbiorców (Turcja, Egipt, ZEA), ale rozpoczęli również sprzedaż na zupełnie nowych kierunkach (kraje Afryki i Ameryki Południowej). Na niektórych z nich poziomy dostaw zmieniają się z miesiąca na miesiąc.

Dzięki nowym kierunkom eksportu ropy i produktów ropopochodnych Rosjanie uniknęli znacznej redukcji wydobycia i produkcji paliw. Należy jednak pamiętać, że obecna sytuacja niesie ze sobą wiele niepewności, mogących rzutować na stabilność eksportu w przyszłości.

Uzależnienie Rosji w sprzedaży ropy od Indii i Chin jest przez te kraje wykorzystywane do uzyskania zniżek bądź preferencyjnych warunków dostaw. Przed 2022 r. eksport tego rosyjskiego surowca był bardziej zdywersyfikowany, trafiał on m.in. do państw europejskich czy Stanów Zjednoczonych. Nabywanie ponad połowy całości sprzedawanej ropy przez odbiorców chińskich i indyjskich uzależnia znaczną część eksportu od wewnętrznej koniunktury zaledwie dwóch rynków, a także niesie ze sobą ryzyko w wypadku wstrzymania importu przez któreś z tych państw. Przekierowanie eksportu surowca w takiej ilości możliwe było też dzięki relatywnie niskim cenom ropy Urals. Na skutek sankcji od grudnia ub.r. do maja br. różnica cen pomiędzy zachodnią marką Brent a Urals osiągnęła rekordowy poziom ponad 30 dolarów za baryłkę (...). Nie wiadomo, czy w razie wzrostu cen – napędzanego przez prognozowany deficyt surowca na globalnym rynku – Chiny i Indie będą nadal zainteresowane importem z Rosji, mając do dyspozycji konkurencyjnych dostawców, których ropa transportowana jest na krótsze dystanse i nie podlega sankcjom.

Równie niejasne pozostają perspektywy utrzymania obecnego poziomu bądź zwiększenia eksportu produktów ropopochodnych. Choć struktura eksportu rosyjskich paliw jest obecnie o wiele bardziej zdywersyfikowana niż w przypadku ropy, to jej fluktuacje świadczą o dość sytuacyjnym i niestabilnym modelu sprzedaży. Ponadto rynki państw afrykańskich są relatywnie małe w porównaniu z unijnymi oraz nie wykazują znacznego potencjału wzrostowego, zaś transport do Ameryki Łacińskiej jest kosztowny. Z drugiej zaś strony eksport rosyjskich produktów ropopochodnych do krajów posiadających znaczące moce rafineryjne – chociażby w Zatoce Perskiej – to pokłosie embarga na nie w UE. Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie sprowadzają tanie paliwa z Rosji, by pokryć zapotrzebowanie krajowe lub w celu reeksportu. Własną produkcję sprzedają zaś na rynkach unijnych, uzyskując wyższą marżę. W długoterminowej perspektywie, w miarę odchodzenia Europy od paliw kopalnych, produkty ropopochodne z państw Zatoki Perskiej będą musiały częściowo wrócić na rynek krajowy bądź konkurować z rosyjską produkcją gdzie indziej.

Zachodnie restrykcje oddziałują również na samą dynamikę cen rosyjskiej ropy, która została mocno przeceniona w momencie wejścia embarga oraz wprowadzenia mechanizmu limitu cenowego. Niska wycena surowca wpływa negatywnie na dochody budżetowe Federacji Rosyjskiej, dlatego też Rosjanie uciekają się do zabiegów zarówno łamiących zachodnie obostrzenia, jak i wprowadzających w błąd opinię publiczną.

Z doniesień branżowych wynika, że cena rosyjskich ropy i produktów ropopochodnych może być umyślnie zaniżana w portach europejskiej części FR, co ma na celu zmieszczenie się poniżej zachodniego progu cenowego. Przyczyną jest wciąż istotna – choć malejąca – pozycja zachodniego kapitału w mechanizmie eksportu surowców pochodzących z Rosji. O ile w marcu 2022 r. zachodnie podmioty (z państw G7, UE oraz Norwegii) transportowały bądź ubezpieczały ponad 80% wywozu rosyjskich paliw i ropy, o tyle w czerwcu br. ten udział wynosił dla ropy i produktów ropopochodnych odpowiednio ok. 55% i 65%. Pomimo znacznego zmniejszenia tej proporcji zachodnie firmy są wciąż niezbędne dla rosyjskiego eksportu – odejście od korzystania z oferowanych przez nie usług mogłoby bowiem zmusić Rosjan do jego obniżenia i idących za tym cięć produkcji.

Istniejąca praktyka polega więc na sprzedaży produktu w rosyjskim porcie po cenie umożliwiającej skorzystanie z zachodnich usług transportowych i ubezpieczeniowych. Wolumeny te są kupowane m.in. przez utworzone po marcu 2022 r. spółki zarejestrowane w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Hongkongu czy Turcji, które następnie odsprzedają je odbiorcom końcowym po wyższej cenie. Wiele wskazuje na to, że są to traderzy powiązani z rosyjskimi spółkami naftowymi, które w ten sposób starają się ominąć sankcje oraz rosyjskie obciążenia podatkowe (niektóre z nich nie ukrywają swojego pochodzenia, jak chociażby szwajcarska spółka córka firmy Łukoil Litasco, która przeniosła część swojej działalności z Genewy na Bliski Wschód). Eksporterzy płacą bowiem podatek i cło od ceny eksportowej, tj. zaniżonej wartości w porcie, zaś dodatkową marżę od sprzedaży właściwemu odbiorcy pobiera spółka pośrednicząca zarejestrowana poza Rosją.

Powszechność tej praktyki widać także w strukturze cenowej surowca. O ile w europejskich portach Rosji cena ropy od grudnia br. balansowała poniżej granicy 60 dolarów za baryłkę, o tyle w dalekowschodnim Koźmino oscylowała ponad tym progiem. Wynika to z faktu, że schemat eksportu surowca z tego portu – skąd trafia on w przeważającej mierze do ChRL – nie musiał dostosowywać się do obostrzeń, szukać nowych przewoźników czy odbiorców. Inna sytuacja miała miejsce w europejskich portach Rosji, gdzie eksporterzy korzystali w większej mierze z usług świadczonych przez zachodnie podmioty. Embargo zmusiło ich do znalezienia nowych nabywców dla wysyłanych stamtąd wolumenów, a także do wydłużenia szlaków transportowych.

Traderzy handlujący rosyjskimi ropą i produktami ropopochodnymi stosują także szereg zabiegów mających umożliwić im przewóz surowca poza zasięgiem zachodnich sankcji. Jednym z nich jest stworzenie tzw. floty cieni, a więc tankowców niekorzystających z zachodniej rejestracji oraz ubezpieczeń, na podobieństwo statków transportujących ropę z Iranu czy Wenezueli. Według szacunków S&P Global w marcu br. liczbę takich jednostek ustalono na blisko 450, a dalszy jej wzrost sugerują przytaczane wcześniej wyliczenia świadczące o spadku udziału zachodnich podmiotów we własności statków obsługujących rosyjski eksport. Co więcej, jednostki, które są ubezpieczone przez zachodnie instytucje, a jednocześnie wciąż transportują produkty z Rosji, wykorzystują inne metody dla uniknięcia sankcji – chociażby wyłączanie transponderów bądź wysyłanie za ich pośrednictwem fałszywego sygnału lokalizacji. Rosyjskie paliwa i surowiec są także przeładowywane na otwartym morzu w ramach procederu „burta w burtę” w celu sfałszowania pochodzenia, chociażby poprzez mieszanie ropy z Rosji z innymi markami. Stosowanie podobnych zabiegów zostało rozpoznane jako łamiące sankcje przez Komisję Europejską.

Wpływ wszystkich powyższych działań ukierunkowanych na ominięcie sankcji jest trudny do oszacowania ze względu na ich niejawny charakter. Niemniej należy zauważyć, że wytworzony schemat nie przynosi dodatkowych dochodów do budżetu rosyjskiego, a jego organizacja – szczególnie z powodu dłuższego szlaku transportowego z Europy do nowych odbiorców, wysokich kosztów nielegalnych procederów czy też celowego obniżania ceny w porcie – generuje kolejne obciążenia finansowe. W tej sytuacji należy postrzegać te zabiegi jako przede wszystkim nastawione na uniknięcie spadku produkcji ropy i wyrobów ropopochodnych. Sprzedając większe wolumeny, Rosjanie próbują zrekompensować straty wynikające z niskich cen surowca i paliw, do których przyczyniły się zachodnie sankcje. Jednocześnie wysoki poziom eksportu oddala perspektywę zamykania pól wydobywczych bądź ograniczania produkcji rafineryjnej – takie przestoje generują dodatkowe koszty. Niewykluczone, że pozostawienie rosyjskim firmom możliwości sprzedaży wolumenów niejako kosztem państwowego budżetu stanowi także sposób na ograniczanie negatywnych nastrojów panujących w branży naftowo-paliwowej w Rosji.

Pomimo przyjęcia priorytetu utrzymania wysokiego poziomu eksportu władze rosyjskie podejmują jednocześnie próbę systemowego dostosowania się do obecnych uwarunkowań, reformując system podatkowy dla branży. Sankcje – a szczególnie ich efekt w postaci obniżenia cen rosyjskiej ropy – poskutkowały mocnym obniżeniem dochodów sektora naftowo-gazowego. O ile w I półroczu 2022 r. stanowiły one ok. 45% (6,4 bln rubli) całości wpływów do budżetu federalnego, o tyle w analogicznym okresie br. jest to już blisko 27,5% (3,2 bln rubli, spadek o 47% r/r). Od 2006 r., czyli momentu wyodrębnienia dochodów z ww. sektora w statystyce budżetowej, średnio ich udział wahał się w przedziale 36–51% całości rocznych wpływów.

Próbując przeciwdziałać tej negatywnej dynamice, w kwietniu br. rząd FR wprowadził nowy mechanizm opodatkowania branży naftowej. Wcześniej za podstawę wyliczenia obciążeń podatkowych (przede wszystkim podatku od wydobycia oraz cła eksportowego) służyła referencyjna cena marki Urals. Zachodnie restrykcje doprowadziły jednak do powstania znacznej różnicy cenowej pomiędzy nią a zachodnią marką Brent na niekorzyść tej pierwszej, co odbija się negatywnie na wpływach budżetowych. Od kwietnia podstawę opodatkowania wylicza się, bazując na średniej cenie ropy marki Brent, którą pomniejsza się o ustaloną przez rząd wielkość upustu, o ile rynkowa cena Urals jest od niej niższa. W sierpniu br. zdecydowano się pogłębić reformę, określając ten upust na poziomie 20 dolarów.

Na początku roku władze zapowiedziały także zreformowanie równie istotnego mechanizmu fiskalnego mającego na celu utrzymanie stabilnych cen paliw w Rosji, a mianowicie tzw. dempferu. Polega on na wypłacaniu kompensacji producentom paliw w sytuacjach, gdy cena eksportowa tych produktów jest znacznie wyższa od krajowej – w ten sposób państwo zachęca podmioty paliwowe do prowadzenia aktywnej sprzedaży na rynku FR, zapobiegając wzrostowi krajowych cen bądź wystąpieniu deficytu. I odwrotnie – przy niskich cenach za granicą to koncerny wpłacają do budżetu pieniądze.

Rząd rosyjski zdecydował się na zredukowanie dopłaty dla producentów benzyny i diesla od września br. do końca 2026 r. Stawka kompensacji ma być dwukrotnie niższa, co zdaniem władz zaowocuje większą oszczędnością budżetową. Zasygnalizowanie przez rząd wysokości tej zmiany w kwietniu br. spowodowało długotrwały wzrost cen benzyny na rynku rosyjskim w hurcie (z blisko 50 tys. rubli za tonę do blisko 64 tys. rubli w połowie lipca).

Kreml nie wyklucza także możliwości wdrożenia „ręcznej” kontroli eksportu produktów ropopochodnych, aby uchronić rynek krajowy przed wysokimi cenami bądź wystąpieniem deficytu. W tym celu Ministerstwo Energetyki w maju miało wydać „rekomendację” dla podmiotów rafineryjnych, polecając zwiększenie sprzedaży benzyny i oleju napędowego wewnątrz kraju kosztem eksportu. Interwencja państwa może pójść również dalej – 30 czerwca wicepremier Aleksander Nowak podczas rządowego posiedzenia dotyczącego sytuacji na rynku produktów ropopochodnych polecił wypracowanie wstępnego schematu kwotowania ich eksportu dla podmiotów paliwowych, mogącego przybrać formę listy firm mających zezwolenie na sprzedaż swojej produkcji za granicą.

Do tej pory żadne z powyższych działań nie przyniosły pożądanych przez władze efektów, a więc zwiększenia przychodów budżetowych i zapobiegnięcia negatywnym wpływom sankcji. Co ciekawe, nowa formuła opodatkowania sektora naftowego – orientowanie się na cenę Brent wraz ze „sztywnym” upustem – nie została tak naprawdę zaimplementowana, bowiem globalna cena Urals od kwietnia br. była wyceniona wyżej, niż proponuje to wprowadzona w kwietniu stawka. Sama zaś zapowiedź reformy mechanizmu kompensacyjnego dla producentów paliw oraz ewentualnego wprowadzenia quasi-ręcznego sterowania eksportem doprowadziła natomiast do negatywnych skutków, które już można zaobserwować. Hurtowe ceny benzyny w Rosji wzrosły od kwietnia br. o blisko 20%, osiągając rekordowe wartości, a w Rosji odnotowano wzrost liczby nielegalnych stacji benzynowych.

Przez pierwsze pół roku obowiązywania zachodnie sankcje udowodniły swoją skuteczność co do osiągnięcia założonych celów – zmniejszenia rosyjskich dochodów budżetowych przy jednoczesnym uniknięciu rynkowej destabilizacji oraz wzrostu cen ropy naftowej i produktów ropopochodnych. Zachodnie embargo oraz limit cenowy skutecznie obniżyły cenę rosyjskiej ropy oraz wygenerowały dodatkowe koszty dla przewozu surowca i paliw. Odbiło się to na dochodach budżetu Rosji, w których udział wpływów z opodatkowania sektora naftowo-gazowego uległ znacznemu zmniejszeniu. Tych spadków dowodzi również systematyczna dewaluacja rubla, świadcząca o zmniejszonym napływie zagranicznej waluty.

Wprowadzane przez władze regulacje mające na celu zwiększenie dochodów z sektora naftowo-gazowego dotychczas nie odwróciły spadkowej tendencji tych wpływów. Co więcej, nowe przepisy nasilają negatywne zjawiska wewnątrz Rosji (nielegalną sprzedaż paliw, wzrost cen). Niwelują także bodziec inwestycyjny oraz zachęcają do ucieczki kapitału za granicę. W długookresowej perspektywie odbije się to na konkurencyjności eksporterów.

Moskwa zdecydowała się nadać większy priorytet utrzymaniu stabilnej produkcji aniżeli wprowadzeniu poważnych cięć produkcyjnych, które mogłyby dać impuls dla wzrostu cen i przychodów z opodatkowania sektora. Niewielka redukcja wydobycia ropy (ok. 5% względem poziomu z początku 2022 r.) oraz zwiększenie średnich poziomów produkcji ropopochodnych i całości eksportu były możliwe przede wszystkim dzięki znalezieniu nowych rynków zbytu oraz zastosowaniu wielu metod obchodzenia sankcji (co widać np. w rozroście tzw. floty cieni).

Wbrew jednak formułowanym przez Kreml groźbom Rosjanie mają dość ograniczony wpływ na globalny rynek – najskuteczniejszym ich narzędziem jest jednostronna redukcja podaży, na co się nie zdecydowano. Bierze się to z faktu, że drastyczne obniżenie produkcji ropy i paliw oznaczałoby wstrzymanie prac na części złóż i w zakładach rafineryjnych, co generuje koszty i rodzi zagrożenia związane z późniejszym wznowieniem produkcji. Pomimo relatywnie niskich cen surowca w I półroczu br. państwo rosyjskie zarabiało na eksporcie – całkowity koszt wydobycia baryłki surowca w FR mieści się w przedziale 15–45 dolarów.

Kolejnym testem na skuteczność zachodnich sankcji – oraz rosyjskiej adaptacji do nich – będzie prognozowane wystąpienie przedłużającego się deficytu surowca na globalnym rynku, które najprawdopodobniej poskutkuje utrzymaniem się średniej ceny rosyjskiej ropy powyżej limitu cenowego (60 dolarów za baryłkę). Dużą niewiadomą pozostaje to, czy wartość eksportowanego wolumenu będzie przez Rosjan dalej zaniżana ze względu na zależność od zachodnich firm ubezpieczeniowych oraz armatorów. Paradoksalnie, wzrost cen surowca z FR obniży również jego konkurencyjność względem innych producentów – to głównie atrakcyjność oferowanych upustów napędzała skokowy wzrost eksportu. Ewentualne obniżenie sprzedaży na skutek większej konkurencji ze strony innych eksporterów może doprowadzić do głębszej redukcji produkcji wewnątrz kraju (zarówno ropy, jak i paliw).

osw.waw.pl

Mariia Tsiptsiura, Onet: Zacznijmy od głównej kwestii. Teraz dużo się mówi o tym, że ukraińska kontrofensywa nie była tak skuteczna, jak oczekiwaliśmy. A także, że jest opóźniona. Jak oceniasz tempo i sukcesy armii ukraińskiej na froncie?

Jurij Sak, doradca ministra obrony Ukrainy: Odpowiedź na dynamikę kontrofensywy trzeba zacząć od tego, że nikt bardziej niż Ukraińcy nie chciałby pomyślnie zakończyć wojny. Rozumiemy, że wszyscy na świecie czytają wiadomości o udzieleniu pomocy Ukrainie, ale nie widzą cudownej kontrofensywy, która zmusiłaby Rosję do kapitulacji i zakończenia wojny w ciągu tygodnia. Ludzie się boją, ludzie są zmęczeni. Jesteśmy tego świadomi. Ale jak powiedział nasz prezydent Zełenski: my mamy zmęczenie w oczach, a Rosjanie strach. I to jest kluczowa cecha kontrofensywy.

Zawsze jesteśmy wdzięczni naszym kolegom z Zachodu za ich wsparcie i pomoc, zarówno militarną, jak i finansową. Ale nikt we współczesnym świecie nie prowadził takiej wojny. Uwierz mi: nikt nigdy nie widział, co dzieje się na froncie, nawet na filmach. W Hollywood nie ma takich efektów specjalnych, żeby pokazać cały horror wojny w Ukrainie. Dlatego prosimy naszych partnerów o dwie rzeczy: broń i cierpliwość.

Ale wyjaśnij mi, dlaczego ukraińska kontrofensywa nie może postępować szybciej?

Nie walczymy jak barbarzyńscy Rosjanie i nie rzucamy naszych żołnierzy na śmierć na polach minowych. Liczymy nasz sprzęt. Gdy tylko odkryjemy problem, na przykład zbyt dużą szerokość pól minowych lub trudność rozminowania w danym obszarze, albo bardzo mocną linię obronną wroga, robimy sobie taktyczną pauzę i zastanawiamy się nad sytuacją. Jesteśmy ograniczeni zarówno zasobami ludzkimi, jak i technologicznymi. A nasza wojna jest mądrą wojną.

Kontrofensywa toczy się zarówno na mapie, jak i w głowach. Ukraińcy nadal są zdeterminowani i nastawieni na zwycięstwo. A Rosjanie tracą nawet swój potencjał obronny. W niektórych miejscach przełamaliśmy pierwszą linię obrony, w niektórych posunęliśmy się o kilka kilometrów, a gdzieś o 500 m. Ale kiedy mówimy o 500 m podbitego terenu, musimy zrozumieć, że na każdym metrze znajdowało się pięć min przeciwpancernych i przeciwpiechotnych w kilku warstwach. I idziemy naprzód przez te pola minowe. Ta wojna to nie spacer po parku. To nigdy nie zdarzyło się w historii ludzkości.

Co nie pozwala Siłom Zbrojnym Ukrainy poruszać się szybciej?

Rosjanie specjalnie zaminowują podbite terytoria w taki sposób, że trudno je rozminować. Używają zdalnych systemów. Jeśli chodzi o rozminowywanie, to np. dziś otrzymaliśmy ponad 100 jednostek sprzętu do usuwania min. Ale co to jest 100 jednostek, gdy mamy 900 km frontu, a szerokość zaminowanych miejsc sięga 15-20 km. A te leżą w kilku warstwach.

Jest jeszcze jeden problem. Bardzo często pola są zaminowane w taki sposób, że nie można użyć sprzętu do rozminowywania. Wtedy saperzy pracują w trybie ręcznym. A gdy tylko wojsko wejdzie na pole minowe, nad nimi pojawia się wrogi dron. A to oznacza, że ​​za pięć minut nastąpi ostrzał artyleryjski.

Gdybyśmy byli jak Rosjanie i nie cenili każdego ludzkiego życia, może moglibyśmy działać szybciej. Ale to nie jest nasza metoda. I nie jest jasne, czy w tym przypadku osiągnęlibyśmy inne rezultaty.

A jaka jest obecna ogólna sytuacja na froncie, biorąc pod uwagę całą złożoność działań?

Powiem tak: oczywiście chcielibyśmy, żeby wszystko działo się szybciej. Ale nadal idziemy do przodu, tworzymy nowe warunki do rozwoju, inicjatywa jest po naszej stronie we wszystkich obszarach frontu. Utrzymujemy wroga w bardzo nerwowym stanie. Nie wiedzą, gdzie i kiedy nastąpi kolejny krok Sił Zbrojnych. Rosjanie próbują przejąć inicjatywę w niektórych kierunkach, ale ich działania ofensywne kończą się niepowodzeniem. Posuwamy się powoli, ale konsekwentnie. A wróg traci okupowane terytoria dopiero od roku. I to jest kolejny parametr, na podstawie którego należy ocenić powodzenie ukraińskiej kontrofensywy.

Podsumowując temat ukraińskiej kontrofensywy: zrozummy, że nie chodzi tylko o konkretne zdobyte metry czy kilometry. Nadal istnieje pewna ilość zniszczonej siły roboczej, zniszczonego sprzętu. Na przykład przekroczyliśmy już granicę 5 tys. zniszczonych systemów artyleryjskich wroga. Codziennie atakujemy ich magazyny amunicją z tyłu. Wszystko to jest częścią kontrofensywy.

Dam ci taką analogię. Wyobraźmy sobie, że rosyjska obrona to drzewo. A my jesteśmy jak bobry, które dzień po dniu wyjadają to ze wszystkich stron. I nadejdzie chwila, kiedy to wielkie i silne drzewo upadnie. To jeden z prawdopodobnych scenariuszy. Most został zniszczony, okręt wojenny uszkodzony, tankowiec zatopiony i tak dalej. Kiedy dron leci do Moskwy, to także działania osłabiające wroga moralnie i psychicznie, a także demonstrujące słabość jego obrony przeciwlotniczej. Musimy przestać myśleć o kontrofensywie jak o scenie z serialu "Gra o tron", kiedy dwie armie gromadzą się na polu bitwy i na sygnał trąb rozpoczynają walkę. To nie jest tego rodzaju wojna.

Proszę oszacować, w jakim stopniu Ukraina ma wystarczające zasoby ludzkie i techniczne do prowadzenia działań wojennych?

Zasoby ludzkie są wystarczające. Jeśli chodzi o zasoby technologiczne, sprawa jest bardziej skomplikowana.

Są rodzaje broni, o które prosimy, bo nie mamy ich wystarczająco dużo. To pociski dalekiego zasięgu Atacms. Ale nasze zdolności ofensywne zostały wzmocnione, gdy Ukraina otrzymała Storm Shadow, Scaip. Teraz pojawia się wiele informacji, że Niemcy wkrótce podejmą decyzję o zaopatrzeniu w Taurusa. Są to pociski dalekiego zasięgu, które dają mamy możliwość niszczenia wrogich magazynów z amunicją, posterunków dowodzenia na tyłach. Potrzebujemy więcej takich pocisków. A jeśli chodzi np. o pociski artyleryjskie, sytuacja jest w zasadzie pod kontrolą. Średnio wystrzeliwujemy około 5-6 tys. pocisków dziennie. Rosjanie 15-29 tys.

Kolejnym ważnym aspektem w tej kwestii jest kontrola w powietrzu wzdłuż linii frontu. Oczywiście Rosjanie mają więcej sił powietrznych. Nasz dialog z partnerami na temat F-16 trwa, ale trochę się pogubił w biurokratycznych korytarzach. W końcu są rzeczy, które mogą dziać się szybciej. Na przykład szkolenie naszych pilotów. Polityczna decyzja o utworzeniu koalicji lotniczej zapadła ponad miesiąc temu. A nasi piloci jeszcze nie rozpoczęli szkolenia. Ale teraz, jeśli Bóg pozwoli, pierwsza grupa powinna rozpocząć treningi w połowie września.

Wiosną złożyliście następujące oświadczenie: "zadaniem Ukrainy i jej partnerów jest zapewnienie zakończenia wojny na terytorium Ukrainy w 2023 r.". Jak myślisz, jak bardzo realistyczne są obecnie takie perspektywy?

Oczywiście stawiamy sobie ambitne cele. Jest to część strategii przetrwania i motywacji. Jeśli jesteś sportowcem i nie stawiasz sobie zadania zdobycia złotego medalu, to nie ma sensu przygotowywać się do igrzysk olimpijskich. Pozostajemy optymistami. A na podstawie obiektywnych czynników bezpośrednich i pośrednich możemy przewidzieć jeden ze scenariuszy — że w wyniku działań na froncie nastąpi przełom.

Przypomnijmy sobie operację wyzwolenia Chersonia. Operacja trwała ponad dwa miesiące. Stopniowo odcinaliśmy logistykę, możliwość dostaw broni, niszczyliśmy ich magazyny. I w końcu stworzyliśmy sytuację, w której Rosjanie nie mieli innego wyjścia, jak się wycofać. Mogli albo odejść, albo utknąć w bardzo ciężkiej i krwawej walce.

Czy realistyczne jest osiągnięcie punktu przed końcem roku, kiedy będzie jasne, że Ukraina wygrała? Powiedziałbym, że jest to realne. Ale z zastrzeżeniem, że to jest wojna i wielu rzeczy nie da się przewidzieć. Postawiliśmy przed sobą następujące zadanie: jak najszybsza deokupacja wszystkich terytoriów.

Powiedział pan, że to optymistyczny scenariusz. A jaki jest pesymistyczny?

Na koniec każdego scenariusza mamy zwycięstwo Ukrainy. Nie ma innej opcji. Ale scenariusz pesymistyczny oznacza dłuższy czas i wyższą cenę. I my i nasi partnerzy zapłacimy tę cenę. To kontynuacja takich ryzyk i zagrożeń jak światowy kryzys żywnościowy, możliwość awarii w elektrowni atomowej i inne. Dłużej będziemy żyć w państwie, w którym jak beczka prochu w każdej chwili może się wydarzyć coś, co zaszkodzi wszystkim, nie tylko Ukrainie.

I jak długo możemy prowadzić tak aktywne działania wojenne? Na jak długo starczy zasobów? Rok, dwa?

A nasz kompleks militarno-przemysłowy się zmienia. Wczoraj padło oświadczenie, że sami wyprodukujemy kaliber 155. Produkujemy kaliber 152. Wiele produkcji zostało przywróconych. Sami produkujemy drony. Produkujemy amunicję. Nasi partnerzy też to robią.

Niestety w tym trybie działania wojenne mogą trwać bardzo długo. Przekształceniu ulega przecież zarówno nasz przemysł zbrojeniowy, jak i przemysł zbrojeniowy naszych sąsiadów i partnerów. I wszyscy rozumieją, że to jest jak boks. Wszyscy liczą na nokaut w trzeciej rundzie. Ale mądry sportowiec trenuje ze zrozumieniem, że może być 12 rund i zwycięstwo na punkty. Musimy więc być gotowi na wszystkie opcje.

Obserwujemy wzrost intensywności ostrzału Krymu. Czy można mówić o przygotowaniach do deokupacji półwyspu w najbliższym czasie?

Pośrednio widać, że Rosjanie rozważają już scenariusz utraty Krymu, np. ewakuują rodziny. Wizualizujemy możliwość wyzwolenia tego terenu, codziennie na to pracujemy. Prawie cały Krym jest pod naszą kontrolą ogniową. Uderzamy w lotniska, magazyny, porty. Ten proces będzie się tylko nasilać.

Wschód Ukrainy jest bardziej ufortyfikowany i zaminowany. Jest więcej grup wojsk rosyjskich. Tam wróg ma dużo prostszą logistykę, bo jest długa granica i łatwe zaopatrzenie. Tak więc jest tam więcej trudności. Nie da się tam zorganizować tak szybkiej blokady, jak na Krymie, która mogłaby uniemożliwić agresorowi prowadzenie działań obronnych. Jego wyzwolenie w teorii i w praktyce wojskowej jest bardziej realistycznym scenariuszem.

Jak ocenia pan ostatnie wydarzenia na Białorusi: groźby Łukaszenki w sprawie wagnerowców, wlatujące na terytorium Polski śmigłowce?

Wszystko, co dzieje się na Białorusi, to działania PR-owe i prowokacje. W Rosji słowo "zwycięstwo" zostało już zapomniane. Na poziomie elit wszyscy już doskonale rozumieją, w jakiej pozycji się znajdują. To tak jak z Hitlerem, kiedy elity zaczęły ewakuować rodziny, złoto i sprzedawać majątek, bo zrozumiały, że historia z Führerem już się kończy.

Ostatnią nadzieją Rosjan jest to, że mogą "zadać nam cierpienie". Chcą przekonać Zachód, że wojna będzie trwała wiecznie. Że Zachód zawsze będzie dostarczał Ukrainie broń, pieniądze i żył z uchodźcami. I tak próbują manipulować, żeby Zachód zaczął wywierać presję na Ukrainę, popychając nas do rozmów pokojowych i kompromisów terytorialnych.

Drugą kartą Rosji jest zastraszanie, że wciągną świat w III wojnę światową. I tu włączają się opowieści o wagnerowcach, broni atomowej i śmigłowcach na terenie Polski. Rosja wciąż ma nadzieję, że uda jej się zastraszyć świat. Jednak im więcej czasu mija, tym bardziej oczywiste staje się dla wszystkich, że retoryka eskalacji nie działa. Wyobraź sobie, że na ulicy chuligan wyciąga nóż i krzyczy, że kogoś zabije. Na początku to przerażające. Ale biega przez godzinę z tym nożem i nic nie robi. A potem jest po prostu postrzegany jako szaleniec, którego nikt się nie boi. Tak samo jest z Rosjanami.

Czy naprawdę nie ma rozmów o rozmowach pokojowych?

Na poziomie oficjalnym oczywiście ich nie ma. Myślę, że na Zachodzie są tacy, którzy by tego chcieli. Ale ten temat nie jest poruszany na głos.

Już dziś poruszyliśmy temat dronów uderzających w domy w Moskwie. Pytam więc: kto to robi, jakie są cele ataków i czy są jakieś rezultaty?

Ogólnie mogę odpowiedzieć na to pytanie, cytując naszego prezydenta: "wojna wraca tam, skąd się wzięła". Jeśli Rosjanie myśleli, że mogą spokojnie niszczyć Ukraińców oraz nasze miasta i jednocześnie pić wódkę na kanapie, to tak nie jest.

Ale w tej sprawie chcę powiedzieć trzy rzeczy. Po pierwsze, nie jesteśmy Rosjanami i nasze działania nie będą szkodzić cywilom. Po drugie, nigdy nie uchylamy się od zobowiązań wobec naszych zachodnich partnerów i nie używamy otrzymanej broni do działań wojskowych poza suwerennym terytorium Ukrainy. I po trzecie, nie mamy planów podboju Rosji.

Dlatego wszystkie nasze działania militarne traktujemy wyłącznie przez pryzmat konieczności deokupacji naszych terytoriów. Mamy prawo do samoobrony zgodnie z kartą ONZ, zgodnie ze wszystkimi boskimi i ludzkimi prawami, mamy prawo osłabiać wroga w dostępny nam sposób.

onet.pl

Jeszcze niecałe dziesięć lat temu relacje na linii Moskwa–Nowe Delhi mogły być opisywane przez tak rosyjskich, jak i indyjskich analityków jako politycznie bezproblemowe. Żadne inne mocarstwo nie było dla Rosji równie komfortowym partnerem jak Indie. Pierwsze rysy na stosunkach pomiędzy oboma państwami zaczęły pojawiać się w połowie drugiej dekady XXI wieku, co wynikało z rosnącej potęgi Chin (z którymi Indie są skonfliktowane), narastającej asertywności polityki zagranicznej Pekinu, a także zacieśniania więzi rosyjsko-chińskich i postępującego zbliżenia między Indiami a Stanami Zjednoczonymi.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że pełnowymiarowa wojna, jaką rozpoczęła FR przeciwko Ukrainie, przyczyniła się do dalszego wzmocnienia relacji na linii Moskwa–Nowe Delhi. Jednakże, wbrew oficjalnej retoryce, podstawy rosyjsko-indyjskiego „szczególnie uprzywilejowanego partnerstwa strategicznego” koroduje kilka czynników i jego erozja będzie postępować.

Kultywowanie bliskich powiązań z Indiami należało do głównych celów azjatyckiej polityki Władimira Putina. Podczas pierwszej oficjalnej wizyty w tym kraju, jesienią 2000 r. – niecałe pół roku po objęciu urzędu prezydenta – podpisał on z tamtejszym premierem deklarację o strategicznym partnerstwie. Najważniejszym jego elementem miały być coroczne spotkania na szczycie, odbywające się na przemian w obu państwach. Coroczny rytm tych wizyt udało się utrzymać do 2021 r. włącznie. W 2010 r. – w ramach ogłoszonego wówczas przez Moskwę „zwrotu na Wschód” – relacje z Nowym Delhi podniesiono oficjalnie do rangi „szczególnie uprzywilejowanego partnerstwa strategicznego”.

Z perspektywy Kremla rozwijanie owego „strategicznego partnerstwa” z Indiami było częścią podważania pozycji Stanów Zjednoczonych, które rosyjskie elity postrzegały jako aktora nie tylko nadmiernie silnego, lecz także próbującego wykorzystać swoją przewagę do wpływania na procesy polityczne w samej Rosji. Politykę tę Moskwa realizowała pod szyldem wspierania rzekomo „naturalnej” i „obiektywnej” ewolucji systemu międzynarodowego ku tzw. ładowi wielobiegunowemu. Kreml szukał partnerów, którym również nie podobała się dominująca rola USA w pozimnowojennym systemie międzynarodowym i którzy gotowi byli wspierać się wzajemnie w kontestowaniu amerykańskiej potęgi. W wyobrażeniach rosyjskich elit relacje z Indiami miały też służyć równoważeniu pozycji Chin, których wzrost dostrzeżono i doceniono w Moskwie już w połowie lat dziewięćdziesiątych. Putin kontynuował kurs oparty na tych założeniach, choć ograniczył „wielobiegunowościową” retorykę i – przynajmniej do 2007 r. – odżegnywał się od intencji rewizjonistycznych.

W Indiach rosyjska oferta tak rozumianego partnerstwa strategicznego znalazła podatny grunt. Silna bowiem była tam pamięć o poparciu, jakiego ZSRR udzielał temu państwu w obliczu zachodniej, a zwłaszcza amerykańskiej presji. Indie miały swoje spory ze Stanami Zjednoczonymi oraz ambicje mocarstwowe – w wymiarze tak regionalnym, jak i globalnym. Podstawę strategicznego partnerstwa Moskwy i Nowego Delhi stanowiły więc wspólna niechęć do zbyt silnej pozycji Waszyngtonu, dążenie do posiadania jak największej swobody w odniesieniu do mniejszych sąsiadów i w polityce wewnętrznej oraz antyzachodnie resentymenty. Dlatego też koncepcja wielobiegunowego ładu była atrakcyjna dla Indii. Ponadto dla obu stron ich wzajemne stosunki miały także służyć jako przeciwwaga dla rosnącej potęgi Chin. W Moskwie panowało w związku z tym przekonanie o pełnej zbieżności międzynarodowych interesów jej i Nowego Delhi.

Słabym punktem tego partnerstwa strategicznego była niewielka współpraca gospodarcza. Chociaż obroty handlowe w okresie 2009–2012 wzrosły z 7,5 do 11 mld dolarów, to w latach 2013 i 2014 spadły do odpowiednio 10,1 i 9,5 mld dolarów. Stanowiło to zaledwie 1,2% handlu zagranicznego Rosji i nie sięgało nawet 1% indyjskiego. Równie niski był poziom wzajemnych inwestycji: w latach 2000–2015 indyjskie inwestycje w Rosji wyniosły 8 mld dolarów, a rosyjskie w Indiach – 4 mld dolarów. Gros indyjskich przypadał na sektor energetyczny (4,5 mld dolarów). Największe poczynił państwowy koncern paliwowy OVL: w 2001 r. zakupił 20% udziałów w projekcie Sachalin-1, a w 2008 r. nabył za 2,6 mld dolarów spółkę Imperial Energy eksploatująca złoża w zachodniej Syberii. Głównym filarem rosyjsko-indyjskiego partnerstwa była i jest kooperacja wojskowo-techniczna.

Do fundamentów rosyjsko-indyjskiego partnerstwa strategicznego należała – oprócz pozytywnej tradycji relacji sowiecko-indyjskich – zbieżność celów międzynarodowych. Z czasem pamięć o tych pierwszych powoli się jednak zacierała, a ewolucja sytuacji międzynarodowej popychała elity obu państw w odmiennych kierunkach. Zmiany, zwłaszcza te zachodzące po kryzysie gospodarczym 2008–2009, zaczęły wpływać na zachowanie i pozycję ważnych aktorów międzynarodowych oraz kontekst relacji rosyjsko-indyjskich. Za najistotniejszą należy uznać wzrost potęgi i asertywności Chin przy względnym osłabieniu Stanów Zjednoczonych. Zbiegło się to z rosnącymi napięciami pomiędzy Rosją i Zachodem, którym towarzyszyło dalsze zacieśnianie więzi między Pekinem i Moskwą. Ich „strategiczne partnerstwo” zaczęło przekształcać się w antyamerykański quasi-sojusz, w którym Rosja powoli stawała się „młodszym” partnerem ChRL.

Nowe Delhi zareagowało na wzrost siły i agresywności Chin odwrotnie niż Moskwa – zamiast strategii „przyłączania się do silniejszego” (bandwagoning) wybrało politykę balansowania, nawiązując strategiczną (w tym wojskową) współpracę z USA i ich azjatyckimi sojusznikami. Zinstytucjonalizowała się ona w 2017 r. pod postacią Czterostronnego Dialogu Bezpieczeństwa (tzw. Quad).

Wprowadzona przez Indie dywersyfikacja importu broni silnie uderzyła w rosyjskie interesy. Konsekwencją był powolny, ale stały spadek udziału FR w dostawach uzbrojenia nad Ganges. W latach 2012–2016 wynosił on 68%, a w roku 2022 obniżył się do 59%.

Ze strony indyjskiej pojawiły się pretensje dotyczące jakości dostarczanej przez Rosję produkcji przemysłu obronnego, serwisowania dostarczonego sprzętu oraz opóźnień w dostawach części zapasowych. Ponadto Indie zaczęły wysuwać postulat fundamentalnej zmiany charakteru współpracy wojskowo-technicznej – przejścia do wspólnego projektowania i koprodukcji połączonej z transferem wysokich technologii.

Na skutek przesunięć w relacjach i układzie sił w czworoboku Chiny–Stany Zjednoczone–Rosja–Indie między Moskwą i Nowym Delhi po raz pierwszy pojawiły się istotne rozbieżności. Ta pierwsza postrzegała zacieśniającą się współpracę Indii i USA jako sprzeczną z jej interesami, tym bardziej że towarzyszyło temu opisane wyżej osłabienie rosyjskiej pozycji na indyjskim rynku broni. Kremlowska dyplomacja, ostro atakując amerykańskie inicjatywy w regionach Azji i Pacyfiku, przedstawiała zbliżenie na linii Nowe Delhi–Waszyngton w kategoriach „wciągania” Indii przez Amerykanów do antychińskiej koalicji, a tym samym traktowała je jak bierny obiekt amerykańskiej polityki. Szczególnie toksycznie na wzajemne stosunki oddziałuje odrzucenie przez Moskwę koncepcji Indo-Pacyfiku (rozwijania współpracy pomiędzy Indiami, Stanami Zjednoczonymi, Japonią i Australią), która „dla indyjskich elit politycznych jest jednym z filarów polityki zagranicznej i przedmiotem uzasadnionej dumy”. Z kolei Nowe Delhi negatywnie odnosiło się do chińskiego projektu Pasa i Szlaku (One Belt, One Road, OBOR) oraz do zgody Rosji na jego „sprzężenie” z Euroazjatycką Unią Gospodarczą (EUG). Indie widziały w OBOR zawoalowany neoimperialny projekt Pekinu służący budowaniu przezeń hegemonii na kontynencie eurazjatyckim i obawiały się, że „sprzężenie” OBOR z EUG będzie prowadziło do coraz wyraźniejszego dominowania Rosji przez ChRL.

Kolejną kwestią zakłócającą relacje indyjsko-rosyjskie stało się zainicjowane przez Moskwę „odmrożenie”, a następnie rozbudowa jej relacji z Pakistanem, uważanym przez Nowe Delhi za egzystencjalne zagrożenie. Co więcej, Islamabad to klient Pekinu, więc wspomaganie go przez Rosję wygląda z perspektywy Indii na wspieranie nie tyle Pakistanu, co Chin przeciwko Nowemu Delhi. W jego ocenie wszystko to „podcina tradycyjnie głębokie geopolityczne wzajemne zrozumienie [Rosji] z Indiami w regionie”.

Opisane powyżej problemy już w 2017 r. skłaniały analityków z obu krajów do wysunięcia postulatu o konieczności „resetu” stosunków bilateralnych. W raporcie przygotowanym wówczas pod auspicjami rosyjskiego państwowego think tanku indyjski ekspert wskazywał na potrzebę „zrewidowania relacji indyjsko-rosyjskich na nowej, zorientowanej na perspektywę podstawie”. Rosyjski „kurator” projektu (generał rezerwy Służby Wywiadu Zagranicznego Wiaczesław Trubnikow) stwierdził zaś, że „istniejący model współdziałania w dużym stopniu wyczerpał się”, w związku czym należy go „wyprowadzić na nowy poziom, w pełnej mierze odpowiadający realiom światowej polityki XXI wieku”.

Strona indyjska co najmniej dwukrotnie próbowała zintensyfikować relacje gospodarcze z Rosją. W tym celu premier Narendra Modi osobiście wziął udział w dwóch flagowych rosyjskich imprezach ekonomicznych w 2016 i 2019 r. Przyniosło to pewne rezultaty. Firmy znad Gangesu zwiększyły swój udział w rosyjskim sektorze energetycznym, nabywając udziały w złożach Wankor i Taas-Jurjach, co podniosło wartość własnych inwestycji do 16 mld dolarów. Z kolei państwowa spółka Rosnieft’ kupiła w 2017 r. za 12,9 mld dolarów 49% udziałów w indyjskiej firmie energetycznej Essar Oil Ltd. i stała się akcjonariuszem drugiej największej rafinerii w tym kraju. W konsekwencji suma wzajemnych inwestycji przekroczyła 30 mld dolarów.

Wzrosły także obroty handlowe – ponownie osiągnęły one poziom 11,2 mld dolarów w 2019 r. i doszły do 13,6 mld w 2021 r. (1,7% obrotów handlowych FR). Wymiana gospodarcza pozostawała jednak niska, zwłaszcza w porównaniu z rosyjsko-chińską, która w 2021 r. przekroczyła 140 mld dolarów (prawie 17% obrotów FR). Nie uległ też zmianie dotychczasowy model ekonomiczny stosunków indyjsko-rosyjskich, polegający na realizacji przez państwowe koncerny projektów uzgodnionych na szczeblu międzyrządowym. Istotną zmianę w reżimie handlowym zapowiedziało natomiast rozpoczęcie w 2015 r. konsultacji na temat ewentualnego zawarcia porozumienia o wolnym handlu między Indiami a EUG, czego jednak nie udało się dotychczas zrealizować.

Pewne sukcesy odnotowano również w sferze współpracy wojskowej. W 2019 r. uruchomiono w Indiach wspólną produkcję automatów Kałasznikowa, a w 2018 r. zawarto kontrakt na dostawę systemów obrony przeciwlotniczej S-400. Ten ostatni miał także wymowę symboliczną, ponieważ wcześniej Rosja podobne systemy sprzedała Chinom. Ponadto w grudniu 2021 r. podpisano nowy 10-letni program współpracy wojskowo-technicznej na lata 2021–2030 i powołano mechanizm konsultacji polityczno-strategicznych w formie corocznych spotkań ministrów spraw zagranicznych i obrony. Zapowiedziano też porozumienie, które umożliwiałoby wzajemne korzystanie z baz i infrastruktury logistycznej. Wydawać się więc mogło, że wysiłki Nowego Delhi zmierzające do tego, aby poprzez rozszerzanie współpracy z Moskwą zahamować jej zbliżenie z Pekinem, przyniosły przynajmniej częściowe efekty.

Przy powierzchownym spojrzeniu można odnieść wrażenie, że zmasowany atak zbrojny Rosji na Ukrainę potwierdził lub nawet umocnił rosyjsko-indyjskie „szczególnie uprzywilejowane partnerstwo strategiczne”. Przy bliższej analizie widać jednak, że podlega ono dalszej erozji. Moskwa i Nowe Delhi znajdują się na rozbieżnych trajektoriach w odniesieniu do głównej osi „porządkującej” konfigurację sił na arenie międzynarodowej, jaką jest rywalizacja Pekinu i Waszyngtonu. Wojna Rosji z Ukrainą i jej ostra konfrontacja z Zachodem powodują dalsze zacieśnienie rosyjsko-chińskiego quasi-sojuszu, a zarazem zwiększają jego asymetrię na korzyść ChRL. Indie odwrotnie: intensyfikują relacje z USA, a ich napięcia z Pekinem nie słabną. Sugerowane przez niektórych rosyjskich ekspertów wykorzystanie przez FR stosunków z Indiami do zatrzymywania procesu formowania się bipolarnego – amerykańsko-chińskiego – systemu międzynarodowego i budowania ładu policentrycznego (co pozostaje oficjalnym celem rosyjskiej polityki zagranicznej) nie ma szans na realizację.

Na pierwszy rzut oka po 24 lutego 2022 r. rosyjsko-indyjskie partnerstwo zadziałało bez zarzutu. Nowe Delhi nie potępiło i nie krytykuje wprost agresji na Ukrainę, nie przyłączyło się do zachodniej izolacji dyplomatycznej Moskwy, a także sześciokrotnie wstrzymało się od głosu na forum ONZ (Rada Bezpieczeństwa, Zgromadzenie Ogólne), gdy na agendzie stanęły krytyczne wobec Moskwy rezolucje. Co najistotniejsze dla FR, odmówiło też przyłączenia się do zachodnich sankcji ekonomicznych, a nawet podpisało się pod sprzeciwiającymi się im rezolucjami przyjętymi przez BRICS i Szanghajską Organizacją Współpracy. Również w G-20 Indie dążyły do tego, aby sprawa rosyjskiej inwazji została wyłączona z porządku obrad.

Najbardziej spektakularnym skutkiem wojny był ogromny wzrost rosyjsko-indyjskich obrotów handlowych. W okresie od kwietnia 2022 r. do kwietnia 2023 r. zwiększyły się one 2,5-krotnie, osiągając wartość prawie 50 mld dolarów. Wydawałoby się, że w ten sposób spełniły się postulaty obu stron, aby stworzyć solidne ekonomiczne podstawy wzajemnych relacji. Ten wzrost obrotów był jednak konsekwencją ponad czterokrotnego wzrostu eksportu rosyjskich surowców i półproduktów (przede wszystkim ropy naftowej, oleju napędowego, ale także węgla, nawozów sztucznych i metali) do wartości 46,3 mld dolarów. Udział rosyjskiej ropy w indyjskim imporcie wzrósł z 0,2% przed lutym 2022 r. do 45% w czerwcu 2023 r., osiągając poziom ok. 2,2 mln baryłek na dobę. Jednocześnie rosyjski import z Indii spadł o 12% i wyniósł niecałe 3 mld dolarów. Nie uległa więc zmianie struktura handlu, a wzrost obrotów był konsekwencją doraźnego wykorzystania przez Nowe Delhi korzystnej koniunktury cenowej, a zwłaszcza tego, że zachodnie restrykcje zmusiły Rosję do sprzedaży ropy ze znacznym upustem.

Paradoksalnie znaczący proficyt, który pojawił się w handlu FR z Indiami, stał się poważnym problemem dla obu stron. Chcąc uniknąć amerykańskich sankcji, zgodziły się one na opłacanie indyjskiego importu w niewymienialnych rupiach. W rezultacie rosyjskie firmy zakumulowały na rachunkach bankowych w Indiach rupie stanowiące równowartość ok. 40 mld dolarów i jak dotąd nie udało się uzgodnić mechanizmu ich wymiany na inne waluty. Nowe Delhi chciałoby, aby środki te zostały zainwestowane w kraju, na co z kolei nie godzi się strona rosyjska. Warto też zwrócić uwagę, że zainicjowane jeszcze w 2017 r. rozmowy na temat porozumienia o wolnym handlu w praktyce zawieszono. Nawet zwiększony import ropy Indie traktują jako zjawisko przejściowe, o czym świadczy brak inwestycji w rozwijanie możliwości przeróbki rosyjskiego surowca.

Ten stan rzeczy stoi w rażącym kontraście z rozwojem relacji ekonomicznych Indii ze Stanami Zjednoczonymi, których motorem jest prywatny biznes. Przynoszą one stronie indyjskiej coraz więcej amerykańskich inwestycji i obejmują pogłębioną współpracę w dziedzinie wysokich technologii. Ten przyszłościowy i strategiczny charakter więzi ekonomicznych Nowego Delhi z Waszyngtonem został potwierdzony i wzmocniony podczas ostatniej wizyty premiera Modiego w USA na początku lipca br.

Wojna odbiła się negatywnie na indyjsko-rosyjskiej współpracy wojskowej. Przede wszystkim pojawiły się opóźnienia w dostarczaniu komponentów i części zapasowych z FR. Najbardziej spektakularnym przejawem trudności spowodowanych konfliktem jest opóźnienie dostawy dwóch ostatnich (z pięciu zakontraktowanych) dywizjonów systemów obrony przeciwlotniczej S-400. Indie zamroziły także rozmowy o kontrakcie na rosyjskie helikoptery. Co więcej, nie doszło do zapowiedzianego w grudniu 2021 r. zawarcia umowy o współpracy logistycznej. Nie została też notyfikowana sygnowana w tym samym czasie umowa o współpracy wojskowo-technicznej na lata 2021–2031. Odwołane (formalnie „przełożone” na 2023 r.) zostały również coroczne wspólne manewry wojskowe „Indra”, które w 2022 r. miały się odbyć w obwodzie królewieckim.

Mimo że Nowe Delhi nie przyłączyło się do zachodniej polityki izolacji dyplomatycznej Moskwy, to intensywność kontaktów między nimi uległa wyraźnemu zmniejszeniu. Przede wszystkim doszło do bezprecedensowej przerwy w cyklu corocznych wizyt na szczeblu przywódców. W 2022 r. premier Modi bez podania przyczyn nie przyjechał do Rosji i wszystko wskazuje, że nie dojdzie do tego także w tym roku. Nie ma też żadnych oznak, aby prezydent Putin wybierał się osobiście na organizowany przez Indie we wrześniu szczyt G-20. Po 24 lutego 2022 r. obaj politycy spotkali się tylko raz, przy okazji szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Samarkandzie we wrześniu 2022 r., przy czym Modi pośrednio publicznie skrytykował politykę Kremla, oświadczając, że w dzisiejszej erze wojna nie jest właściwym narzędziem polityki. W 2022 r. nie przeprowadzono również zainicjowanych rok wcześniej konsultacji ministrów obrony i spraw zagranicznych (2+2). Pogłębiła się także atrofia trilogu Rosja–Chiny–Indie, który według opinii indyjskiego eksperta „zwiądł”. Pojawiły się też poważne różnice pomiędzy Moskwą i Pekinem a Nowym Delhi wewnątrz formatu BRICS: pierwsze dwie stolice dążą do rozszerzenia tego klubu, pragnąc przekształcić go w antyzachodnią platformę, co napotyka opór dyplomacji indyjskiej.

Wojna Rosji z Ukrainą tylko pogłębiła zarysowujące się już wcześniej problemy w relacjach rosyjsko-indyjskich. Ich fundamentalną przyczyną jest to, że priorytet Nowego Delhi i Moskwy stanowi zacieśnienie więzi odpowiednio z Waszyngtonem i Pekinem. W obu stolicach ten wybór priorytetowego partnera jest postrzegany w kategoriach egzystencjalnych. Zaostrzanie się strukturalnej rywalizacji amerykańsko-chińskiej prowadzi więc do trudności w stosunkach rosyjsko-indyjskich.

Dla Moskwy zachowanie jak najlepszych i najbliższych relacji z Indiami to oczywisty imperatyw w sytuacji jej ostrego konfliktu z Zachodem i pogłębiającego się uzależnienia od chińskiego quasi-sojusznika. Nic jednak nie wskazuje na to, aby Kreml potrafił podjąć jakieś kroki, które powstrzymałyby proces ich powolnej erozji, a agresja na Ukrainę jeszcze ograniczyła jego możliwości i swobodę działania w tym zakresie. Z kolei Nowe Delhi próbuje, co zrozumiałe, jak najdłużej utrzymać sytuację, w której zacieśniając swoje strategiczne powiązania z Waszyngtonem, będzie mogło osiągać rozmaite profity z neutralności w konflikcie FR ze Stanami Zjednoczonymi. Wydaje się jednak, że narastająca polaryzacja systemu międzynarodowego oraz coraz bardziej ograniczone możliwości zaspokajania przez Rosję rosnących potrzeb Indii (wysokie technologie, inwestycje, kooperacja przemysłowa) będą nieuchronnie prowadzić do dalszej erozji stosunków między nimi.

osw.waw.pl

czwartek, 10 sierpnia 2023


Dywersantów do przyszłej wojny partyzanckiej przygotowywano w specjalnych ośrodkach szkoleniowych, które według danych polskiego wywiadu znajdowały się w Mińsku, Orszy i Smoleńsku. Kadra oficerska była wybierana spośród dowódców kadrowych Armii Czerwonej, którzy mieli doświadczenie bojowe, a także z doświadczonych politruków i czekistów. Trzon oddziałów dywersyjnych formowano i zbrojono na terytorium sowieckiej Białorusi, a po przejściu specjalnego szkolenia przerzucano na terytorium Polski przez specjalne „okna” na granicy.

Sowieccy dywersanci, kreując wizerunek ludowych mścicieli, zabijali policjantów i atakowali posterunki, rabowali pociągi pasażerskie, wykolejali pociągi towarowe, wysadzali parowozy i mosty, palili posiadłości ziemskie, dokonywali nalotów na więzienia w celu uwolnienia towarzyszy broni oraz rabowali poczty i banki w celu uzyskania środków na „walkę wyzwoleńczą”. W miarę możliwości dywersanci organizowali w wioskach zgromadzenia, gdzie wzywali miejscowych chłopów do wystąpienia przeciwko polskim panom.

We wschodniej części województwa poleskiego i południowej województwa nowogródzkiego i wileńskiego operowały sowieckie oddziały partyzanckie pod dowództwem

Cyryla Orłowskiego i Stanisława Waupszasowa. Już latem 1922 roku o „partyzantach białoruskich” mówiono w całej Polsce. Wtedy to oddział Orłowskiego w rejonie Puszczy Białowieskiej zniszczył posterunek policji, a także zajął i spalił majątek Dobre Drzewo.

Od 15 czerwca do 6 sierpnia 1922 roku na terenie powiatów grodzieńskiego i ilickiego przeprowadzono łącznie dziewięć operacji bojowych, w wyniku których bolszewiccy dywersanci zniszczyli trzy posiadłości ziemskie, spalili pałac księcia Druckiego-Lubieckiego i wysadzili w powietrze dwa parowozy na wąskotorówce. Ponadto na linii kolejowej Wilno–Lida został zniszczony most kolejowy, a także znaczna część drogi. 14 października 1922 roku „goście ze wschodu” zaatakowali majątek Struga w powiecie stolińskim, zabijając polskich policjantów.

Działalność bolszewickich dywersantów nasiliła się w 1923 roku. W nocy z 19 na 20 maja grupa 30 partyzantów dokonała nalotu na posterunek policji w Czuczewicach w powiecie łuninieckim.

27 sierpnia dywersanci przeprowadzili operację w miejscowości Telechany w powiecie kossowskim, w wyniku której zginęło dwóch policjantów i wójt.

W 1924 roku ataki na majątki, posterunki policji, a zwłaszcza pociągi stały się bardziej zuchwałe i częstsze. W nocy z 18 na 19 lipca dywersanci z BSSR zorganizowali nalot na miejscowość Wiszniewo w powiecie wołożyńskim. W walce z napastnikami zginął komendant powiatowy policji, komisarz Włodzimierz Łopaciński.

Najbardziej znana akcja miała miejsce w Stołpcach. W nocy z 3 na 4 sierpnia około 100 sowieckich dywersantów otoczyło wspomnianą miejscowość ze wszystkich stron i uwolniło z miejscowego więzienia komunistycznych przywódców.

11 września w rejonie wsi Zasulje powiatu stołpeckiego dywersanci zaatakowali i okradły grupę podróżnych, uprowadzając jednego żandarma i jednego cywila. Władze polskie zorganizowały pościg i schwytały czterech bandytów. Okazało się, że wzięci przez bolszewików do niewoli „żandarm” i cywil byli pracownikami polskiego wywiadu.

13 września 1924 roku siedmioosobowy oddział dywersantów z sowieckiej Białorusi zaatakował sklep Jana Krasowskiego w Łunińcu i obrabował go. Kilka dni później polscy policjanci złapali jednego z napastników. Tego samego dnia złodzieje zaatakowali folwark Grabowszczyzna w powiecie nowogródzkim.

15 września nieznani sprawcy na drodze z Trab do Juratyszek zamordowali właściciela majątku Bastuny nazwiskiem Sikorski (imię nieznane).

19 września w rejonie Wilejki oddział bolszewicki schwytał dwóch policjantów, których wymieniono później na wziętego do niewoli przez Polaków komisarza bolszewickiego.

24 września dywersanci zaatakowali folwark Józefów pod Pińskiem i zamordowali jego administratora. Dwóch innych cywilów zostało rannych. Tego samego dnia partyzanci podpalili las przy drodze między Mołodecznem w kierunku Wiazynki. W rezultacie zniszczono 10 ha lasu.

Od kwietnia do listopada 1924 roku oddziały „wywiadu aktywnego” przeprowadziły w Polsce wschodniej co najmniej 89 operacji bojowych na dużą skalę w celu destabilizacji sytuacji. Według analityków Drugiego Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego na Polesiu, w Nalibockiej, Białowieskiej i Grodzieńskiej puszczy, a także na terenie Wileńszczyzny w tym okresie działało 5–6 tysięcy dywersantów wywiadu aktywnego.

W Warszawie zdawano sobie sprawę, że w lasach białoruskich ukrywają się nie zbuntowani chłopi, ale dobrze wyszkoleni wywiadowcy wojskowi, przeszkoleni w taktyce prowadzenia walki partyzanckiej. W sierpniu 1924 roku Rada Ministrów pod przewodnictwem prezydenta Stanisława Wojciechowskiego podjęła decyzję o utworzeniu nowej służby do ochrony polskiej granicy wschodniej. 12 września Ministerstwo Spraw Wojskowych uchwaliło powołanie Korpusu Ochrony Pogranicza.

1 listopada 1924 roku KOP objął pod ochronę odcinek granicy radziecko-polskiej na terenie województw wileńskiego i nowogródzkiego. Od kwietnia 1925 roku jednostki korpusu obsadziły granicę w województwie Poleskim. Ponadto na terenie północno-wschodnich województw II Rzeczypospolitej wzmacniały się garnizony Wojska Polskiego. W okresie od kwietnia 1921 do kwietnia 1924 roku na granicy polsko-radzieckiej odnotowano 259 nielegalnych przekroczeń granicy dokonanych przez dywersantów wywiadu Armii Czerwonej.

Na początku 1925 roku kierownictwo Komendantury Głównej Policji Państwowej poinformowało Ministerstwo Spraw Wojskowych, że „gangi dywersyjne na terytorium Związku Radzieckiego łączą się w celu przeprowadzenia wspólnych operacji i przekształcają się w grupy po 500 osób, uzbrojone nie tylko w karabiny maszynowe, ale także w armaty polowe”. Wkrótce jednak doszło do wydarzenia, które położyło ostateczny kres wywiadowi aktywnemu na terenie północno-wschodnich województw Polski.

W nocy z 7 na 8 stycznia 1925 roku oddział bolszewickich dywersantów, przyciśnięty przez kopistów do granicy, przedarł się na terytorium ZSRR, rozbijając przy tym sowiecką placówkę graniczną w miejscowości Jampol. Napastnicy byli ubrani w polskie mundury wojskowe, więc sowieccy strażnicy graniczni uznali, że ataku dokonały polskie jednostki regularne. Niepokojąca wiadomość o walce na granicy dotarła do Charkowa, a stamtąd do Moskwy. 8 stycznia 1925 roku odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Biura Politycznego. Podczas dyskusji wystąpił narkom spraw zagranicznych Grigorij Cziczerin, jego zastępca Maxim Litwinow i zastępca przewodniczącego Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny (OGPU) Wieczysław Menżyński. W rezultacie powołano specjalną komisję do zbadania „incydentu w Jampolu”. Polakom z kolei przekazano notatkę, w której zaznaczono, że „strona radziecka jest gotowa do pokojowego rozwiązania incydentu”.

Najwyższe kierownictwo radzieckie ostro skrytykowało działanie wywiadu Armii Czerwonej. W lutym 1925 roku specjalna komisja przedstawiła Biuru Politycznemu projekt uchwały, w którym zaznaczono: „Wywiad aktywny w tej jego formie (organizacja łączności, zapewnienie i kierowanie oddziałami dywersyjnymi na terenie Polski) – zlikwidować. Żaden kraj nie powinien mieć naszych aktywnych grup bojowych, które dokonują aktów bojowych i otrzymują od nas bezpośrednio środki, wskazówki i rozkazy”.

W rezultacie wywiad aktywny w Polsce wschodniej został zlikwidowany. W czerwcu 1925 roku rozpuszczono oddział Waupszasowa. W tym samym roku do ZSRR wrócił również Orłowski. Korzystając z zamieszania w szeregach bolszewickich dywersantów władze polskie podjęły z nimi walkę. W ciągu 1925 roku tylko na terenie województwa Nowogródzkiego aresztowano 1400 osób.

(...)

new.org.pl