piątek, 4 sierpnia 2023


Rosyjską narrację powielił także chiński ambasador w Rosji Zhang Hanhui, który udzielił wywiadu kremlowskiej agencji prasowej TASS. Jego wypowiedzi przypominają zimnowojenną retorykę sprzed pół wieku. - Przez ponad 30 lat NATO wszędzie podsycało napięcia, łamało stabilność i zachęcało do separatyzmu tak jak w Kosowie, Libii i Afganistanie. Pięć ekspansji na wschód poważnie wpłynęło na pozimnowojenny porządek i bezpieczeństwo w Europie. Było też kluczową przyczyną zaostrzenia kryzysu ukraińskiego - powiedział. Warto podkreślić, że nie jest to prawda: to Rosja napadła na pokojową Ukrainę i dokonuje zbrodni na ludności cywilnej. Według niego ekspansja NATO na wschód tylko zwiększy napięcie w regionie. Stwierdził, że doprowadzi do kryzysu zaufania, pobudzi wyścig zbrojeń i sprowokuje konfrontację między obozami, a nawet nową zimną wojnę. Jak dodał - jego zdaniem - NATO jest reliktem zimnej wojny i z jej końcem powinno zostać zniszczone.  

Zdaniem ambasadora NATO "karmi się rozpętywaniem wojen i podżeganiem do konfliktów".

Fakty pokazują, że wszędzie tam, gdzie NATO wyciąga swoje diaboliczne ręce, nie będzie pokoju, a ludzie będą umierać - mówił Hanhui po raz kolejny wpisując się w propagandę Kremla.

gazeta.pl

Można śmiało stwierdzić, że naród ukraiński i jego przywódcy chcą trwałego pokoju z Rosją bardziej niż Zachód i inne kraje na świecie. Dlaczego więc Kijów nie przoduje w szukaniu kompromisu z Moskwą?

Prawda jest taka, że ​​obecna wojna Rosji z Ukrainą nie może łatwo zakończyć się negocjacjami. Wpisuje się to w długi historyczny wzorzec rosyjskiego zachowania, część większej patologii, która uniemożliwia osiągnięcie stabilnego pokoju – a przynajmniej większość Ukraińców i innych mieszkańców Europy Środkowej tak uważa.

Obecny atak nie jest ani pierwszym atakiem Moskwy na naród ukraiński, ani jedyną trwającą ekspansywną operacją Kremla w byłym imperium rosyjskim.

Mocne lekcje z przeszłości Ukrainy, a także historii i teraźniejszości jej sąsiadów nauczyły Ukraińców, że Moskwie nie można ufać. I zgodnie z ich doświadczeniem i analizą porównawczą, jeśli państwo rosyjskie istnieje w obecnym kształcie, nie podejmie szczerych negocjacji ani nie podpisze porozumienia pokojowego w dobrej wierze.

Mówiąc najprościej, imperialna rosyjska tradycja państwowa są zbyt silna, by pozwolić na sensowne i trwałe porozumienie. W rzeczywistości wielowiekowy impuls ekspansjonistyczny w perspektywach strategicznych Moskwy może nawet przetrwać demokratyczną zmianę ustroju politycznego kraju — jak to miało miejsce w następstwie Pierwszej Republiki Rosyjskiej od lutego do października 1917 r., a także Drugiej Republiki Rosyjskiej z 1991 r. do 1999 r.

To dlatego, w przeciwieństwie do wielu zewnętrznych obserwatorów, większość ukraińskich i środkowoeuropejskich polityków, ekspertów i dyplomatów postrzega dzisiejszą wojnę rosyjsko-ukraińską nie tylko – i nie tak bardzo – jako wynik obsesji rosyjskiego prezydenta Władimira Putina. Zamiast tego postrzegają ją jako najnowsze wcielenie serii konwencjonalnych i hybrydowych podbojów militarnych podejmowanych przez Rosję na przestrzeni wieków. Te, które wcześniej podlegały różnym imperiom rosyjskim — moskiewskiemu, carskiemu, sowieckiemu czy poradzieckiemu — wszyscy doświadczyli podobnego ekspansjonizmu. A rozwijająca się agresja kraju jest jedynie jej ostatnią manifestacją.

W lutym 2022 r. wielu obserwatorów było zdumionych twierdzeniem Putina, że ​​otwarta inwazja Moskwy na Ukrainę – z jej żydowskim prezydentem – była uzasadniona „antyfaszystowskimi” obawami Rosji. Dla kontrastu, wielu mieszkańców Europy Środkowej było już zaznajomionych z rosyjskim zarzutem, że ich przywódcy, rządy i elity są faszystowskie.

Na przykład 30 lat przed obecną eskalacją na Ukrainie 14 Armia Rosyjska interweniowała militarnie w konflikcie wewnątrz Mołdawii. Nieżyjący już generał Aleksandr Lebed usprawiedliwiał nielegalne zaangażowanie swoich żołnierzy w obcym kraju twierdzeniem podobnym do kłamstwa Putina, mówiąc, że nowy rząd młodej Republiki Mołdawii w Kiszyniowie zachowywał się gorzej niż niemieckie SS 50 lat wcześniej. Ta nieskrywana interwencja ostatecznie doprowadziła do rozpadu Republiki Mołdawii. A resztki 14. Armii Rosyjskiej — tak zwanej Grupy Operacyjnej Wojsk Rosyjskich — pozostają od tamtej pory jako uzbrojeni i niechciani goście na oficjalnie uznanym terytorium państwowym Mołdawii.

Ten epizod z 1992 roku – który miał miejsce w stosunkowo prozachodnim i liberalnym okresie najnowszej historii Rosji, kiedy Putin był politycznym nikim w Petersburgu – ilustruje szerszy problem. Nie ma znaczenia, czy w przyszłości Putin będzie u władzy, czy nie, ani czy rosyjski reżim jest demokratyczny, totalitarny, monarchiczny, oligarchiczny czy jeszcze inny: ekspansjonistyczny pęd Moskwy prawdopodobnie będzie się utrzymywał.

Wielu zachodnich analityków może uważać ten etnohistoryczny determinizm za nienaukowy, ale taka ponura ocena jest powszechna wśród bliskich sąsiadów Rosji. Mieszkańcy Europy Środkowej, Kaukazu i Azji Środkowej wielokrotnie doświadczali kolonialnych postaw i impulsów tego kraju. Operacje Moskwy zostały zaprojektowane tak, by zapewnić jej imperialną potęgę, a rosyjska inwazja na Ukrainę jest po prostu najnowszą permutacją.

Uzbrojeni w tę historyczną pamięć, poszukiwanie sensownego rozejmu z obecnymi władcami Moskwy wydaje się głupie. Putin i jego następcy mogą równie dobrze angażować się w dialog polityczny i prowadzić pozornie poważne negocjacje. Kreml mógł nawet mówić o zawieszeniu broni i środkach „budowy zaufania”. Byłby to jednak tymczasowy odwrót taktyczny, mający na celu ponowne zapewnienie dominacji, władzy i hegemonii.

politico.eu

czwartek, 3 sierpnia 2023


Po buncie Grupy Wagnera, który stanowił największe zagrożenie w trakcie trwających 23 lata rządów Putina, Kreml używa tej samej taktyki, której użył do zmiażdżenia liberalnej opozycji — tylko że tym razem przeciwko skrajnie prawicowym "wściekłym patriotom".

Według trzech rosyjskich urzędników, z którymi rozmawiała redakcja "The Moscow Times", władza w Rosji za wszelką cenę stara się teraz odsunąć ryzyko kolejnych niepokojów w państwie.

— Z grubsza rzecz biorąc, naszymi głównymi wrogami są obecnie patrioci, tak jak kiedyś byli nimi liberałowie — powiedział "The Moscow Times" jeden z urzędników administracji prezydenckiej.

Od początku wojny Kreml uważał prowojennych jastrzębi, imperialistów i rosyjskich nacjonalistów — powszechnie znanych jako "partia wojny" — za swoje główne źródło poparcia społecznego, dając im wolną rękę do krytykowania sposobu prowadzenia wojny przez wojsko.

Teraz jednak postaci te stały się głównym zagrożeniem dla reżimu Putina, co udowodniła rebelia Grupy Wagnera, która zyskała szerokie poparcie.

Po ograniczeniu szkodliwej dla Putina działalności przywódcy Grupy Wagnera, Jewgienija Prigożyna, Kreml skupił się na Igorze Girkinie, byłym pułkowniku Federalnej Służby Bezpieczeństwa i niegdysiejszym dowódcy separatystów na wschodzie Ukrainy, który regularnie krytykował niekompetencję rosyjskich wojsk w Ukrainie.

Girkin, używający pseudonimu Striełkow, został aresztowany pod koniec lipca pod zarzutem "publicznego podżegania do ekstremizmu" kilka dni po tym, jak wezwał Putina do ustąpienia. Napisał wówczas na swoim kanale na platformie Telegram, gdzie ma 800 tys. obserwujących, że "Rosja nie przetrwa kolejnych sześciu lat z tą tchórzliwą miernotą u władzy".

— Administracja Kremla wkurzyła się na Striełkowa. Władza potrzebuje ruchu patriotycznego, ale tylko takiego, który opowiada się za Putinem. Reżim nie chce patriotyzmu, który dąży do zmiany systemu państwowego — powiedziała w rozmowie z "The Moscow Times" osoba bliska Kremlowi.

Atak na prowojennych jastrzębi ma miejsce tuż przed wyborami regionalnymi w Rosji, które odbędą się w przyszłym miesiącu. Kreml dąży w nich do utrzymania u władzy lojalnych gubernatorów. Obywatele Federacji Rosyjskiej zdecydują o wyborze przywódców 26 regionów — czyli jednej czwartej z 89 podmiotów federalnych Rosji.

Są to m.in.: Moskwa i otaczający ją region moskiewski, które coraz częściej doświadczają ataków dronów; region Woroneża, dotknięty transgranicznymi atakami z Ukrainy; regiony Sacha i Chakasja na Syberii, gdzie doszło do protestów; Kraj Primorski na Dalekim Wschodzie, którego stolicą jest Władywostok i wreszcie cztery ukraińskie obwody, których aneksję ogłosiła Rosja.

Przed i bezpośrednio po inwazji na Ukrainę Kreml uwięził lub zmusił do opuszczenia kraju wszystkich liberalnych opozycjonistów i niezależnych dziennikarzy, usuwając wszelkie źródła publicznego sprzeciwu wobec wojny.

Oleg Ignatow, analityk w niezależnej międzynarodowej organizacji International Crisis Group, która zajmuje się sytuacjami kryzysowymi, powiedział w wywiadzie "The Moscow Times", że kiedy plany Putina dotyczące szybkiego przejęcia Kijowa nie powiodły się, Kreml został zmuszony do tolerowania najbardziej zagorzałych zwolenników inwazji, aby utrzymać poparcie dla wojny w Rosji.

— W warunkach długiej wojny, na którą Putin się nie przygotował, niemożliwe jest bez tych ludzi utrzymanie społecznego poparcia dla inwazji. Bez nich trudno jest nie tylko zmobilizować społeczeństwo, lecz także utrzymać przyzwolenie dla wojny. Reżim potrzebuje ich ultranacjonalistów, aby się na nich oprzeć — powiedział Ignatow.

Kreml zrobił wiele dla mobilizacji biurokratów i społeczeństwa do poparcia inwazji i aneksji czterech ukraińskich regionów. Oddolne patriotyczne ruchy ochotnicze otrzymują dotacje państwowe, a urzędnicy i politycy pomagający armii oraz pracujący na okupowanych terytoriach dostają awanse.

Im dłużej armii Putina nie udawało się osiągnąć zwycięstwa, tym głośniejsza i ostrzejsza stawała się krytyka Kremla i wojska z prawej strony — a dokładniej wśród konserwatywnych i patriotycznych ugrupowań, które wzywały do jeszcze ostrzejszych działań w Ukrainie.

Jednak w przeciwieństwie do liberalnej opozycji, która została prawie całkowicie wyeliminowana, ideologiczni zwolennicy wojny z patriotycznej flanki mają infrastrukturę, mocną obecność w mediach i możliwość swobodnego wyrażania swoich poglądów, nawet tych krytycznych wobec rosyjskich władz.

Ich działalność miała miejsce za zgodą, a nawet przy wsparciu Kremla, który był zainteresowany promowaniem zwolenników wojny — ale nie wtedy, gdy wiązało się to z krytyką samego Kremla.

Striełkow i Prigożyn wyrazili niezadowolenie niezależnie od siebie. Zdaniem Ignatowa niebezpieczeństwo dla Kremla polega na tym, że ich krytyka zaczęła docierać do dużej części rosyjskiego społeczeństwa, w tym samej armii, sił bezpieczeństwa i zwykłych ludzi.

Ignatow: Striełkow przeszedł już nawet do osobistych obelg pod adresem Putina. Gdyby władze go nie ukarały, inni zdaliby sobie sprawę, że można to robić i również zaczęliby go krytykować. Kreml po prostu nie mógł na to pozwolić.

Według niezależnej rosyjskiej ekspertki politycznej Tatiany Stanowoj uciszenie Striełkowa i Prigożyna przez Kreml "niezaprzeczalnie służy interesom" rosyjskiego Ministerstwa Obrony i jego najwyższego kierownictwa, którzy byli głównymi celami ich obydwu.

Chociaż "jest mało prawdopodobne, aby doszło do masowych represji wobec wściekłych patriotów, to najbardziej zagorzali wśród nich mogą stanąć przed sądem, służąc jako przestroga dla innych" — napisała Stanowaja w poście na platformie Telegram.

Od początku lat 90. Kreml zawsze starał się trzymać pod kontrolą konserwatywne kręgi polityczne — nacjonalistów, zwolenników Imperium Rosyjskiego, stalinistów, radykalnych prawosławnych i inne marginalne ruchy. Przez lata grupy te były reprezentowane w rosyjskiej polityce przez skrajnie prawicową Partię Liberalno-Demokratyczną (LDPR). Partia Komunistyczna również otrzymywała część głosów tych grup.

Jednak po 2014 r., kiedy Kreml zaanektował Krym i poparł separatystów na wschodzie Ukrainy, Putin starał się przedstawić siebie jako głównego głosiciela wielkości i siły Rosji oraz obrońcę Rosjan.

W efekcie dzisiaj wspieranie wojny nie gwarantuje danej osobie bezpieczeństwa, nawet jeśli ma setki tysięcy zwolenników, ale krytykuje Putina.

— Albo więzienie jak Nawalny lub śmierć jak Niemcow. To jest los każdego, kto chce odgrywać jakąś rolę w przestrzeni politycznej Rosji pod rządami Putina — powiedział w rozmowie z "The Moscow Times" wieloletni rosyjski urzędnik państwowy.

onet.pl/The Moscow Times

W dniach 27–28 lipca w Petersburgu odbył się drugi szczyt Rosja–Afryka. Wydarzenie miało mniejszą skalę niż jego pierwsza edycja w 2019 r. w Soczi i okazało się wizerunkową oraz polityczną porażką Kremla. Gospodarzom nie udało się osiągnąć zamierzonego efektu propagandowego ani załagodzić niezadowolenia krajów afrykańskich z konsekwencji wycofania się Moskwy z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej. Afrykańscy liderzy wykazali asertywność, odrzucając rosyjską propozycję alternatywnego wobec inicjatywy rozwiązania i otwarcie wiążąc kwestię inwazji na Ukrainie z kryzysem żywnościowym. Wprawdzie Rosji udało się nadać wydarzeniu antyzachodni wydźwięk, niemniej szczyt unaocznił, że obecny w Afryce antykolonialny resentyment nie przekłada się na bezwarunkowe poparcie dla Moskwy. W najbliższej przyszłości niezadowolenie państw Afryki z rosyjskiej polityki, mającej destabilizujące efekty dla kontynentu, może narastać, co będzie wpływać na ich coraz asertywniejszą postawę wobec Kremla.

Na szczycie Rosja–Afryka odnotowano wyraźnie niższą frekwencję względem tej z poprzedniej edycji imprezy. Wśród 48 (z 54) krajów afrykańskich, które wysłały delegacje do Petersburga, na najwyższym szczeblu reprezentowanych było 27 (17 głów państw, 5 wiceprezydentów, 4 szefów rządów, 1 przewodniczący parlamentu), podczas gdy w 2019 r. w Soczi – 45. Jest to wizerunkowa porażka gospodarzy, którzy zamierzali wykorzystać wydarzenie do tego, by zademonstrować, że Rosja nie została poddana międzynarodowej izolacji, oraz wzmocnić swoją pozycję na kontynencie afrykańskim.

Mniejsze zainteresowanie drugą edycją szczytu może wynikać nie tylko (jak twierdzi Kreml) z presji wywieranej na kraje afrykańskie przez Stany Zjednoczone i Francję, lecz także z działań Kijowa (bezpośrednio przed szczytem w Petersburgu minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba wyruszył w swoją trzecią od momentu rozpoczęcia rosyjskiej inwazji podróż dyplomatyczną do Afryki) oraz z tego, że wiele państw kontynentu uznało stosunki z Rosją za mało perspektywiczne. Między pierwszym a drugim szczytem nie udało się bowiem ożywić wzajemnych relacji gospodarczych. Choć w 2019 r. Moskwa zobowiązała się do podwojenia obrotów handlowych z Afryką do poziomu 40 mld dolarów, to od tego czasu wolumen jej handlu z nią zmniejszył się – w ub.r. wyniósł ok. 18 mld dolarów. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne z Rosji stanowią mniej niż 1% wszystkich tego typu inwestycji na kontynencie. Wydaje się przy tym mało prawdopodobne, żeby w warunkach zachodnich sankcji ekonomicznych Kreml był w stanie znacząco zwiększyć swoją obecność gospodarczą w Afryce.

Na szczycie wyraźnie zabrakło elementu, który miałby realne znaczenie ekonomiczne bądź polityczne dla stosunków Federacji Rosyjskiej (FR) z kontynentem afrykańskim. W 2019 r. w Soczi podpisano 92 memoranda i umowy handlowe o łącznej wartości ponad 12,5 mld dolarów, a w Petersburgu wprawdzie 161, lecz bez ujawniania sum, co sugeruje niższą ich wartość. Prezydent Władimir Putin zadeklarował co prawda przeznaczenie 90 mln dolarów na zmniejszenie zadłużenia państw Afryki, a także oświadczył, że łączna wartość długów, które do tej pory FR umorzyła krajom afrykańskim wynosi ok. 23 mld dolarów (ogłoszono też umorzenie długu Somalii w wysokości ponad 680 mln dolarów), niemniej podobne kwoty wymieniał już w 2017 i 2019 r. Powolne tempo oddłużania wskazuje na polityczną instrumentalizację tej kwestii. Podpisany w Petersburgu plan działania Forum Partnerstwa Rosja–Afryka to z kolei zaledwie ogólna deklaracja, w której, oprócz planów rozwoju współpracy w różnych dziedzinach, Moskwa ponownie wyraziła poparcie dla inicjatywy przyznania Unii Afrykańskiej miejsca w grupie G20, zwiększania roli Afryki w strukturach ONZ, reformy Światowej Organizacji Handlu oraz zacieśniania kooperacji między Afrykańską Kontynentalną Strefą Wolnego Handlu a Euroazjatycką Unią Gospodarczą.

Gospodarzom udało się jednak odnieść pewne sukcesy. Jednym z celów szczytu była mobilizacja nastrojów antyzachodnich w Afryce na potrzeby późniejszego ich wykorzystania na arenie międzynarodowej (przede wszystkim podczas głosowań na forum ONZ). Rosyjska narracja antykolonialna i suwerennościowa okazała się pod tym względem skuteczna. Deklaracja poszczytowa stanowi bowiem w zasadzie rekapitulację tez rosyjskiej antyzachodniej propagandy kierowanej do Globalnego Południa. W dokumencie wyrażono m.in. poparcie dla idei wielobiegunowego ładu światowego i dokończenia procesu dekolonizacji Afryki oraz sprzeciw wobec polityki neokolonialnej, rasizmu, neofaszyzmu, neonazizmu oraz rusofobii. Kreml wykorzystał ponadto szczyt do rozwoju stosunków bilateralnych – Putin przeprowadził rozmowy dwustronne z wszystkimi przybyłymi na szczyt głowami państw, w tym z przywódcą RPA Cyrilem Ramaphosą, z którym – z uwagi na wydany przez Międzynarodowy Trybunał Karny nakaz aresztowania rosyjskiego prezydenta – nie będzie w stanie spotkać się na sierpniowym szczycie grupy BRICS w Johannesburgu. Zapowiedziano również wznowienie działalności rosyjskich ambasad w Burkina Faso i Gwinei Równikowej.

Strona rosyjska poniosła w Petersburgu dotkliwą porażkę polityczną w dyskusji na temat priorytetowej dla krajów afrykańskich kwestii zbożowej. Starania Kremla, aby oskarżeniami wobec Zachodu o ograniczanie eksportu żywności i nawozów do Afryki odwrócić uwagę od konsekwencji wycofania się FR z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej dla bezpieczeństwa żywnościowego kontynentu, zakończyły się fiaskiem.

Afryka jest silnie uzależniona od Rosji i Ukrainy w kwestii importu zbóż, w szczególności pszenicy. W latach 2018–2020 oba te kraje odpowiadały łącznie za 44% (Rosja – 32%, Ukraina – 12%) jej sprzedaży na kontynent. Aż 25 z 54 państw afrykańskich, w tym wiele najsłabiej rozwiniętych, importuje ponad jedną trzecią wolumenu tego zboża z Ukrainy lub Rosji, a 15 z nich – ponad połowę. Ponadto możliwości dywersyfikacji lub zastąpienia importu są ograniczone. Zakończenie przez Moskwę uczestnictwa w Czarnomorskiej Inicjatywie Zbożowej wpłynęło na światowe ceny zbóż – do 26 lipca cena pszenicy podniosła się o 10%. Co więcej, po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę kraje afrykańskie odczuły także wzrost cen energii w związku z sankcjami nałożonymi na eksport ropy i gazu z FR. Przyspieszyło to inflację i w połączeniu z pogorszeniem zewnętrznej koniunktury gospodarczej uderzyło w stabilność budżetów państw. Konsekwencją był spadek ratingów kredytowych, a co za tym idzie – wzrost kosztów kredytów zagranicznych i obsługi długu.

Decyzja Kremla o wycofaniu się z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej wywołała niezadowolenie po stronie afrykańskiej. Posunięcie to skrytykowali m.in. wysoko postawieni urzędnicy z Kenii i Egiptu. Większość państw kontynentu przyjęła jednak postawę wyczekującą. W Petersburgu strona rosyjska starała się załagodzić straty wizerunkowe, przedstawiając własną propozycję rozwiązania kwestii zbożowej. Jej głównym elementem była obietnica wyrównania deficytu żywności rosyjskimi produktami rolnymi, zarówno na zasadach komercyjnych, jak i nieodpłatnie. Putin zadeklarował gotowość do darmowego przekazania Burkina Faso, Erytrei, Mali, Somalii, Republice Środkowoafrykańskiej i Zimbabwe po 25–50 tys. ton zboża w ciągu trzech do czterech miesięcy, a także pokrycia kosztów transportu. Jednocześnie podkreślano wkład FR w globalne bezpieczeństwo żywnościowe, a krytyczny wobec umowy zbożowej ton w wypowiedziach rosyjskich urzędników został nieco złagodzony.

Rosyjskie zabiegi na rzecz wypracowania alternatywy dla Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej zakończyły się jednak całkowitym niepowodzeniem. Afrykańscy liderzy publicznie opowiedzieli się w Petersburgu za przywróceniem dostaw ukraińskiego zboża. W szczególnie ostrym tonie wypowiedział się prezydent RPA, który stwierdził, że delegacje państw Afryki nie przyjechały na szczyt prosić o „dary”. Rosyjska propozycja skierowana jest tylko do najbiedniejszych krajów kontynentu, a ponadto zapewnia im niewielką część potrzebnego im zboża, zmuszając je do pozyskania reszty po cenach rynkowych, które wzrosły w wyniku działań Moskwy. Starania Kremla dodatkowo osłabił fakt, że nie zaoferował on darmowego zboża Światowemu Programowi Żywnościowemu, a tegoroczny rosyjski wkład do niego wyniósł 6,5 mln dolarów – mniej niż udziały Gwinei-Bissau czy Sudanu Południowego, które są jego beneficjentami.

Polityczną porażkę Moskwy na szczycie pogłębiło ścisłe powiązanie przez przedstawicieli Afryki kwestii wojny na Ukrainie z bezpieczeństwem żywnościowym kontynentu. W połowie czerwca br. reprezentanci siedmiu państw afrykańskich odwiedzili Ukrainę i Rosję, gdzie przedstawili swój plan uregulowania konfliktu (dużą wagę przywiązano w nim do zabezpieczenia eksportu zbóż i nawozów), a przed rozpoczęciem szczytu apelowali do Moskwy o poczynienie kroków na rzecz pokojowego rozwiązania. Podczas spotkania z Putinem afrykańscy liderzy opowiedzieli się za powrotem FR do Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej, co można zinterpretować jako na wpół oficjalne przypisanie Kremlowi odpowiedzialności za kryzys żywnościowy. Ruch ten wskazuje na postępujące rozczarowanie Afryki Rosją, która swoją agresywną polityką zagraniczną destabilizuje sytuację w krajach rozwijających się, mimo że stara się pozycjonować jako obrońca ich interesów.

Sprzeciw afrykańskich przywódców wobec paternalistycznego traktowania ich przez Kreml oraz niezdolność FR do narzucenia swojego rozwiązania kwestii zbożowej to przejawy rosnących napięć na linii Rosja–Afryka. Zarazem jednak aktywność tego państwa na kontynencie, mimo ograniczonych środków pozostających w jego dyspozycji, rozwija się. W Afryce operują rosyjscy najemnicy (Grupa Wagnera) i koncerny (m.in. Gazprom, Łukoil i Rosatom), od wsparcia Kremla uzależnionych jest kilka rządów (np. w Mali czy Republice Środkowoafrykańskiej), a FR postrzegana jest jako alternatywa dla – związanej z przestrzeganiem praw człowieka i standardów demokratycznych – kooperacji z Zachodem oraz chińskiej ekspansji gospodarczej. Należy założyć, że współpraca między stronami będzie kontynuowana, niemniej negatywne konsekwencje rosyjskiej polityki zagranicznej (w szczególności kryzys żywnościowy) będą coraz silniej uderzać w kraje afrykańskie. Przy braku adekwatnej rekompensaty stosunek Afryki do Kremla (zarówno na poziomie elit, jak i społeczeństw) ulegnie pogorszeniu, co w konsekwencji może doprowadzić do słabnięcia rosyjskich wpływów na kontynencie.

osw.waw.pl

środa, 2 sierpnia 2023


Z informacji przedstawionych przez "The Washington Post" wynika, że rozległe pola minowe zmieniły strategię ukraińskiej kontrofensywy i zmusiły żołnierzy do porzucania czołgów oraz innych pojazdów. Takie problemy spowalniają działania i działają negatywnie na morale walczących.

Ukraińcy wiedzą, że tereny, z których wycofali się Rosjanie, są gęsto zaminowane. — Nie można nic zrobić, ponieważ pola minowe są na tyle duże, że czołg i tak w końcu trzeba zatrzymać. Następnie maszyna zostanie zniszczona przez wrogą artylerię — powiedział ukraiński generał Wałerij Załużny w rozmowie z "TWP".

Mick Ryan, emerytowany australijski generał, powiedział "The New York Times", że technologia usuwania min wykorzystywana przez Ukraińców nie jest na tyle zaawansowana, by pokonać rosyjskie zaminowania. Ukraińcy wykorzystują do tego m.in. amerykańskie systemy M58 Mine Clearing Line Charge, które nie są wystarczające.

Zdaniem Ryana Ukraina sama powinna zająć się kwestią rozminowywania terenów i stworzyć bardziej zaawansowane systemy, które pozwolą jej na odzyskiwanie kolejnych hektarów ziem. — Ukraina potrzebuje "Projektu Manhattan" do usuwania min — stwierdził emerytowany generał, odnosząc się do programu stworzonego przez USA w trakcie II wojny światowej.

Poza polami minowymi ukraińska kontrofensywa ma problem z przebiciem się przez rosyjską obronę. Doniesienia, na które powołuje się amerykański Business Insider, wskazują, że Ukraińcy skupili się na bombardowaniu celów z dystansu, a nie bezpośrednim forsowaniu linii wroga.

onet.pl/The Washington Post/The New York Times

Jeżeli Ukraina zostanie członkiem NATO, to artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego będzie miał zastosowanie jedynie do terenów przez nią kontrolowanych, co zapobiegnie dalszej agresji ze strony Rosji — powiedział w wywiadzie dla agencji Interfax-Ukraina były ambasador USA przy NATO Ivo Daalder. Skrytykował również wciąż obecną na Zachodzie myśl, że należy dać Władimirowi Putinowi możliwość "zachowania twarzy".

Jego zdaniem członkostwo Ukrainy w Sojuszu zapobiegnie dalszej eskalacji wojny. — To prawda. Jest to jednak tylko podstawa do zwrotu całego terytorium Ukrainy środkami politycznymi. Wszyscy w NATO (...) popierają suwerenność i niepodległość całego terytorium Ukrainy. Pytanie brzmi, jak je odzyskać — powiedział ekspert.

— Przed rozpoczęciem rosyjskiej agresji na Ukrainę (...) nikt nie mówił o militarnym wyzwoleniu Krymu. To był cel polityczny (...). Oczywiście, gdyby członkostwo w NATO zostało przyznane Ukrainie przed atakiem, do ataku by nie doszło. To wszystko prawda, ale jesteśmy tam, gdzie jesteśmy, w środku wojny, a kwestia tego, jak rozszerzyć gwarancje bezpieczeństwa na kraj w środku wojny ze spornymi granicami jest głównym problemem, który NATO próbuje rozwiązać. Powiem wprost: żaden ze zwolenników zaproszenia Ukrainy do NATO nie zna odpowiedzi na to pytanie — stwierdził Daalder.

Rozmówca agencji Interfax-Ukraina krytycznie odniósł się do protokołu ustaleń, który USA zobowiązały się podpisać z Ukrainą w ramach deklaracji ze szczytu państw G7. —Szczerze mówiąc, to myślę, że (...) nie zostało jasno określone, czym są te gwarancje bezpieczeństwa. Moim zdaniem powinno to oznaczać zobowiązanie do przyjścia z pomocą zaatakowanemu krajowi, a w Memorandum o porozumieniu nie o to chodzi — powiedział były ambasador.

Pytany o możliwość zaproszenia Ukrainy do NATO na szczycie Sojuszu, który odbędzie się w lipcu 2024 r. w Waszyngtonie, Daalder odpowiedział: — Są dwie kwestie. Pierwsza, kiedy i jak (zaprosić Ukrainę do NATO) oraz co dzieje się w terenie pod względem militarnym. Myślę, że do chwili rozpoczęcia szczytu sytuacja na froncie zmieni się do tego stopnia, że decyzja o zaproszeniu będzie bardziej prawdopodobna. Kwestia druga: słowo "warunki". W deklaracji szczytu NATO w Wilnie napisano, że Ukraina zostanie zaproszona do Sojuszu, "gdy sojusznicy wyrażą zgodę i zostaną spełnione warunki". Słowo "warunki" pojawia się tam nie bez powodu i ma związek ze zdolnością i chęcią ukraińskiego rządu do walki z korupcją, która jest powszechna i budzi coraz większe obawy wśród najbliższych przyjaciół Ukrainy. Tym zagadnieniem należy się zająć — powiedział Daalder.

Skrytykował również wciąż obecną na Zachodzie myśl, że należy dać Władimirowi Putinowi możliwość "zachowania twarzy".

— Wojna jest strategiczną katastrofą dla niego i dla Rosji pod każdym względem i nic, co może się wydarzyć, tego nie zmieni. Nikt nie powinien mieć interesu w zachowaniu twarzy przez Putina i Rosję. Musi zapłacić za to, co zrobił. Uważam, że członkostwo Ukrainy w NATO i Unii Europejskiej jest prawdopodobnie największą ceną, jaką zapłaci — przekonywał były ambasador i dodał, że ważniejsze jest pytanie o to, jak pomóc Ukrainie w określeniu własnej przyszłości w ramach zachodnich struktur.

PAP

Siłom rosyjskim najprawdopodobniej udało się poszerzyć przyczółek na lewym brzegu rzeki Żerebeć i miały one zająć wzniesienia pomiędzy miejscowościami Nadija i Nowojehoriwka (według części źródeł ta ostatnia miała w całości zostać opanowana przez agresora) oraz wyrównać linię frontu. Kijów nie dementuje doniesień o stratach terytorialnych, pośrednio potwierdza jednak postępy Rosjan. Ukraiński Sztab Generalny informuje o walkach w rejonie Nowojehoriwki, z kolei wiceminister obrony Hanna Malar 31 lipca powiadomiła o podejmowanych przez Rosjan bezskutecznych próbach wyparcia obrońców za rzekę Oskoł, która stanowi kolejną po rzece Żerebeć ukraińską rubież obronną w tym rejonie (odległość między nimi wynosi 20–25 km). Ukraińskie czynniki wojskowe podkreślają niepowodzenie rosyjskich ataków kilkanaście kilometrów na północ od przyczółku, na granicy obwodów ługańskiego (Nowoseliwśke) i charkowskiego (Berestowe). Agresor miał za to poczynić nieznaczne postępy na północny wschód od Kupiańska (w rejonie Syńkiwki).

Rosjanie wyparli siły ukraińskie z zajętej przez nie w poprzednim tygodniu miejscowości Staromajorśke na południe od Wełykiej Nowosiłki, lecz nie udało im się przywrócić nad nią kontroli. Została ona całkowicie zniszczona i wciąż toczą się tam walki. Nie przyniosły natomiast zmian ataki podejmowane przez obie strony na innych kierunkach – ukraińskie w rejonie wsi Robotyne na południe od Orichiwa i w okolicy Kliszczijiwki na południowy zachód od Bachmutu oraz rosyjskie na południowy zachód od Kreminnej i w rejonie Marjinki. Ukraiński Sztab Generalny wskazuje na spadek aktywności wojsk agresora w pobliżu Awdijiwki i Bachmutu, gdzie przez ostatnie dni Rosjanie mieli nie podejmować prób natarcia. 31 lipca wiceminister Malar podsumowała postępy działań ukraińskich w minionym tygodniu. Na południu obrońcy mieli odzyskać kolejne 12,6 km2 terenu, a w rejonie Bachmutu – 2 km2. Zwiększyło to wyzwolony od rozpoczęcia kontrofensywy obszar do odpowiednio 204,7 km2 i 37 km2. Do starć pomiędzy wrogimi wojskami miało dojść ponad 170 razy.

Siły rosyjskie kontynuowały ataki rakietowe na bezpośrednie zaplecze sił ukraińskich. 28 lipca dwie rakiety Iskander-M miały uderzyć w miasto Dniepr, w tym m.in. w lokalną siedzibę SBU. Uszkodzeniu uległ także pobliski budynek, a pięciu cywili zostało rannych. 29 lipca celem rosyjskich rakiet były Zaporoże, skąd donoszono o dwóch osobach zabitych i dwóch rannych, oraz Sumy, gdzie również zginęły dwie osoby, a 20 raniono. Ukraiński Sztab Generalny informował, że tego dnia Rosjanie przeprowadzili łącznie osiem ataków rakietowych. Przed północą 30 lipca rosyjskie pociski z systemów S-300 uderzyły w Charków (m.in. w magazyny przedsiębiorstwa handlowego i lotnisko) i Wełykyj Burłuk w obwodzie charkowskim. 31 lipca celami ataków były Krzywy Róg, gdzie doszło m.in. do częściowego zawalenia się budynku mieszkalnego, w wyniku czego sześć osób zginęło, a ponad 80 zostało rannych, strefa przemysłowa Kramatorska (miały tam uderzyć trzy pociski z S-300) oraz Wesełe w obwodzie donieckim i Szewczenkowe w obwodzie charkowskim. Łącznie Sztab Generalny odnotował użycie przez agresora dziewięciu rakiet. Tego samego dnia celem zmasowanego ostrzału artyleryjskiego był Chersoń – cztery osoby zginęły, a 18 doznało ran. Nocą 1 sierpnia ponownie zaatakowany został Charków, przy czym w tym przypadku agresor wykorzystał drony kamikadze. 31 lipca wiceminister Malar poinformowała, że w ciągu minionego tygodnia obrońcy zestrzelili 37 z 41 użytych przez agresora pocisków manewrujących Ch-101, 3 z 6 pocisków Kalibr oraz 21 z 43 dronów Shahed.

30 lipca i 1 sierpnia doszło do kolejnych ataków dronów kamikadze na Moskwę. Rosjanie deklarowali wprawdzie unieszkodliwienie (środkami obrony przeciwlotniczej i walki radioelektronicznej) wszystkich (tj. po trzech w każdym ataku), niemniej poczyniły one nieznaczne szkody oraz raniły jedną osobę. W obu atakach uszkodzony został wieżowiec centrum biznesowego Moskwa-City. Według resortu obrony FR 1 sierpnia trzy ukraińskie nawodne drony kamikadze (bezzałogowe łodzie motorowe wypełnione materiałem wybuchowym) miały zostać zniszczone przy próbie uderzenia na rosyjskie okręty operujące 340 km na południowy zachód od Sewastopola.

29 lipca wieczorem Zarząd Komunikacji Strategicznych Sił Zbrojnych Ukrainy przekazał, że rankiem tego dnia miał miejsce atak powietrzny na łączący Krym z Donbasem most Czonharski. Rano 29 lipca administracja okupacyjna Krymu informowała natomiast o uderzeniu pociskami manewrującymi Storm Shadow na połączenie kolejowe Krymu z obwodem chersońskim (wszystkie 12 pocisków miało zostać strąconych przez rosyjską obronę powietrzną). Dopiero 31 lipca pojawiły się materiały potwierdzające to zdarzenie (wcześniej ukraińskie media publikowały zdjęcia z ataku przeprowadzonego na most Czonharski 22 czerwca) – wynika z nich, że doszło do uszkodzenia linii kolejowej na nasypie u wylotu mostu. Również 29 lipca ukraiński wywiad wojskowy (HUR) donosił, że poprzedniego dnia wieczorem miał miejsce wybuch składu amunicji w rejonie Kozaczej Buchty w Sewastopolu. 28 lipca o zestrzeleniu ukraińskiej rakiety z systemu S-200 nad Taganrogiem w obwodzie rostowskim donosili z kolei Rosjanie (w centrum miasta doszło do zniszczeń). 30 lipca strona rosyjska informowała natomiast o ataku dronów kamikadze na Krym (wszystkie 25 bezzałogowców miało zostać zestrzelonych bądź zneutralizowanych środkami walki radioelektronicznej).

31 lipca w wywiadzie dla dziennika „la Repubblica” ukraiński minister strategicznych gałęzi przemysłu Ołeksandr Kamyszyn oznajmił, że od stycznia br. Ukraina dziesięciokrotnie zwiększyła produkcję amunicji, ale nadal nie wystarcza to na pokrycie potrzeb. Kijów wciąż poszukuje partnerów międzynarodowych, którzy pomogliby zwiększyć ukraińskie zdolności produkcyjne. Kamyszyn zaznaczył, że Ukraina oferuje zachodnim koncernom zbrojeniowym unikalną możliwość przetestowania swoich produktów w warunkach realnej wojny. Do ukraińskich potrzeb w zakresie amunicji artyleryjskiej i amerykańskich działań dotyczących ich realizacji odniósł się 1 sierpnia „Financial Times”. Po rozpoczęciu ofensywy zużycie przez siły ukraińskie pocisków artyleryjskich wzrosło do poziomu 8 tys. na dobę (wcześniej wynosiło 5–7 tys.). Waszyngton wszczął kroki na rzecz zwiększenia własnej produkcji, m.in. uruchomił nowe linie produkcyjne, tak by w 2025 r. osiągnąć jej efektywność na poziomie 90 tys. pocisków (głównie kalibru 155 mm) na miesiąc. Obecnie amerykański przemysł ma dostarczać 24 tys. pocisków miesięcznie, podczas gdy w 2022 r. było to 14 tys. W ramach poszukiwania alternatywnych źródeł dostaw Amerykanie porozumieli się w sprawie dostarczania amunicji na Ukrainę z Bułgarią i Koreą Południową. Prowadzą też rozmowy z Japonią.

(...)

Komentarz

Powtarzające się ataki na Moskwę, za którymi najprawdopodobniej stoi ukraiński wywiad wojskowy, mają duże znaczenie symboliczne. Nie powodują znacznych szkód, jednak stanowią dowód na to, że Rosjanie nie są w stanie zapewnić pełnego bezpieczeństwa nawet własnej stolicy, w tym elicie finansowej (uwidacznia to dwukrotne uderzenie w wieżowiec moskiewskiego centrum biznesowego). Z wojskowego punktu widzenia ataki te mogą natomiast wskazywać, że siły ukraińskie mają coraz większe problemy z osiąganiem na terytorium FR celów wojskowych. Najprawdopodobniej osłona powietrzna i radioelektroniczna najważniejszych obiektów militarnych Rosji jest już na tyle szczelna, że ataki na nie przestały być opłacalne. Ostatnie uderzenia na lotniska wojskowe po rosyjskiej stronie granicy Ukraińcy przeprowadzili w grudniu 2022 r. (według części źródeł w styczniu br. zaatakowali jeszcze lotnisko pod Woroneżem, jednak zdarzenie to nie zostało potwierdzone). Coraz rzadziej znaczące rezultaty przynoszą także uderzenia na rosyjską infrastrukturę wojskową na Krymie.  

osw.waw.pl

Dr Witold Sokała przekonuje, że opowieści o tym, że cały tzw. pucz Prigożyna był zorganizowany przez samego Putina po to, żeby mieć alibi do przesunięcia wagnerowców na Białoruś, to "bajki z mchu i paproci", wymyślone i podtrzymywane przez moskiewskich speców od walki informacyjnej.

– Z jednego powodu: muszą zamaskować problemy wewnętrzne reżimu i wbrew faktom tłumaczyć, że ich szef jest geniuszem politycznym, który wszystko kontroluje – mówi Onetowi.

Wicedyrektor Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych UJK w Kielcach dodaje też, że bajką jest również inna narracja, zauważalna w naszej przestrzeni informacyjnej – wedle której ze strony wagnerowców grozi nam regularne uderzenie, na przykład na tzw. przesmyk suwalski albo nawet na Warszawę.

– Bez żartów, Rosjanie nie mają dziś sił, by zaczynać otwarty konflikt z państwami NATO, nie są raczej aż tak szaleni – uważa ekspert. – A nawet jeśli, to akurat te marne parę tysięcy ludzi, w większości bandytów o wątpliwych kwalifikacjach wojskowych, nie stanowi dla takiej operacji jakiegoś szczególnie istotnego wsparcia – dodaje.

Jednocześnie dr Sokała podkreśla, że co innego tak zwane operacje hybrydowe. Czyli – prowokacje z użyciem siły, mające albo przetestować szczelność naszej granicy, albo wprowadzić zamieszanie i spowodować panikę, docelowo może nawet prowadzącą do nastrojów kapitulanckich w naszym społeczeństwie.

– To jest oczywiście możliwe. Rzecz w tym, że do tego nie potrzeba tysięcy najemników. Do tego rodzaju działań wystarczy nawet kilkunastu dobrze wyszkolonych specjalistów od planowania i wywiadu, żeby odpowiednio zaplanować operację, plus kilku czy góra kilkudziesięciu bezpośrednich wykonawców – przekonuje nasz rozmówca.

– Owszem, ci drudzy mogą zostać zrekrutowani akurat spośród członków Grupy Wagnera, ale równie dobrze można ich wziąć albo z szeregów armii czy służb specjalnych, czy to Rosji, czy Białorusi, a także bezpośrednio z kolonii karnych – dodaje.

Dr Sokała uważa więc, że "cały cyrk z dyslokacją wagnerowców" niewiele tu zmienia. W opinii eksperta są oni na Białorusi raczej w innych celach.

– Po pierwsze, by stanowić element nacisku na Łukaszenkę, a po drugie, by mocniej wiązać ten kraj z zagranicznymi interesami Rosji w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, bo ewidentnie buduje się tu bazę dla działań najemniczych w tamtych częściach świata – mówi Onetowi dr Sokała.

– No i bez wątpienia jest to element trwającej wciąż gry o władzę na Kremlu, pomiędzy frakcją Putina z jednej strony, która próbuje nie bez sukcesów odzyskać pełną kontrolę, a grupą tych, którzy za pomocą puczu Prigożyna próbowali Putina osłabić lub nawet obalić – dodaje.

Zdaniem wicedyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych UJK w Kielcach paradoksalnie – dla nas może to być dobre. Bo dotychczas, choć ryzyko zorganizowania na polskiej granicy poważnych prowokacji i tak było duże, mało kto się tym przejmował.

– Eksperci alarmowali, że doświadczenia z poprzedniej fali ataków są negatywne i świadczą o kiepskim przygotowaniu naszych służb. Przypomnę, że nie było odpowiednich procedur, żołnierze i funkcjonariusze, szkoleni do zupełnie innych sytuacji, bardzo często musieli improwizować. Zawodziła też logistyka, czego anegdotycznym dowodem jest fakt, że często sami musieli sobie kupować baterie do latarek w jakichś miejscowych sklepach – podkreśla nasz rozmówca.

W opinii dr. Sokały po dowódcach i politykach te sygnały "spłynęły jak woda po kaczce" – ci pierwsi przyjęli nagrody za zatrzymanie fali migrantów, ci drudzy skupili się na wykorzystaniu tamtej akcji reżimu w Mińsku do wewnętrznej walki partyjnej.

– Teraz też mamy z tym do czynienia, zwłaszcza ze strony rządowej. Prężenie muskułów, opowieści o tym, że zagrożenie rzekomo nagle wzrosło, o konieczności wzmocnienia granicy, może nawet o jakichś nowych uprawnieniach i stanach wyjątkowych. Boję się, żeby druga strona nie zechciała przedwyborczo zagrać w tę grę, czyli zadziałać dokładnie odwrotnie – w kierunku sparaliżowania, na złość przeciwnikom, zdolności państwa do ochrony granicy. Tymczasem powinno być dokładnie odwrotnie. Politycy powinni przestać zbijać na tym temacie swoje kapitały i pompować sobie słupki dzięki grze na emocjach, a dać zielone światło i pieniądze fachowcom, by ci zrobili, co trzeba. Lepiej późno, niż wcale – zaznacza.

Co dokładnie dr Sokała ma na myśli? Przede wszystkim pilne wprowadzenie jasnych instrukcji, kto i jak odpowiada na ewentualną przemoc zbrojną ze strony rosyjsko-białoruskiej. Także, a nawet przede wszystkim, jeśli jest ona stosowana "pod fałszywą flagą", czyli na przykład przez osoby udające cywilów, w tym migrantów.

– O takich procedurach trzeba jasno i zawczasu poinformować sojuszników z NATO, ale też przygotować na nie opinię publiczną, koniecznie wyłączając te kwestie z zakresu walki partyjnej – przekonuje nasz rozmówca. – Policja, Straż Graniczna i wojsko, w tym jednostki WOT, muszą zostać pilnie przeszkolone do takich sytuacji oraz stosownie doposażone – dodaje.

Dr Sokała podkreśla również, że powinniśmy też przeciwdziałać zagrożeniu poprzez ofensywne rozpoznanie wywiadowcze zamiarów przeciwnika – i to nie tylko samodzielnie, ale razem z partnerami z NATO.

– Wciąganie do współpracy i do fizycznej obecności na granicy sił natowskich i unijnych, to zresztą jeden z podstawowych sposobów politycznych zwiększania bezpieczeństwa. Bo skłonność Rosjan do posłużenia się krwawą prowokacją jest z oczywistych względów większa, gdy mają do czynienia w danym miejscu tylko z Polakami, a mniejsza, gdy ryzykują konfrontację np. z żołnierzami i funkcjonariuszami z USA, Niemiec albo Francji. Pora więc przestać obrażać się na przykład na Frontex, i udawać, że nasz rząd potrafi sam zapanować nad sytuacją, wbrew Unii i wewnętrznej opozycji. To podejście bardzo wygodne wyborczo, ale niebezpieczne dla interesów państwa – przekonuje.

onet.pl

Zawyżone straty strony ukraińskiej, jakie przebijają się w rosyjskich komunikatach, nie wynikają jedynie z typowego przekłamywania rzeczywistości przez propagandę rosyjską, lecz są również wynikiem odpowiednio użytych przez Ukraińców systemów pozoracji. To właśnie dzięki nim Rosjanie sumarycznie mieli zniszczyć ponad 250% wszystkich dostarczonych Ukrainie wyrzutni HIMARS i MLRS. Podobnie nierzeczywisty obraz strat dotyczy ukraińskich czołgów oraz systemów przeciwlotniczych.

Ukraińcy działają tu dwukierunkowo. Z jednej strony skutecznie maskują pozycje właściwego sprzętu wojskowego, a z drugiej budują fałszywe stanowiska bojowe, korzystając z doraźnie tworzonych makiet, jak i z rozwiązań opracowanych przez specjalizujące się w tym firmy. O rozmachu tych działań może świadczyć fakt, że czeska spółka Inflatech Decoy z Děčíny dostarcza miesięcznie na front 35 nadmuchiwanych atrap wyrzutni rakietowych M142 HIMARS i M270 MLRS.

Te sukcesy systemów pozoracji są o tyle ważne, że Rosjanie uznają tego rodzaju systemy jako cele priorytetowe. Do ich zwalczania wykorzystują więc najnowocześniejsze systemy rozpoznania i uzbrojenia, które w rzeczywistości służą do niszczenia stosunkowo tanich, nadmuchiwanych atrap. Przy czym należy pamiętać, że Ukraińcy nie skupiają się jedynie na ochronie własnych wyrzutni rakiet ziemia-ziemia.

W Internecie publikowane były więc zdjęcia, na których Rosjanie atakowali atrapy radarów, nieruchome czołgi (które najprawdopodobniej rozstawiano, pomimo że były wcześniej spalone lub w stanie uniemożliwiającym naprawę) oraz nieobsadzone żołnierzami, pozorowane stanowiska ogniowe artylerii. Jest to działanie szczególnie skuteczne w odniesieniu do amunicji krążącej. Ich operatorzy mają bowiem mało czasu na przeprowadzenie identyfikacji, w której dodatkowo nie pomaga bardzo słaba jakość optoelektronicznych systemów obserwacji, jakie zastosowano na rosyjskich dronach.

Rosjanie mają tym większe problemy, że Ukraińcy swoje wabiki i atrapy również kamuflują siatkami maskującymi. Nie ma wtedy możliwości określić np. tego, czy znajdujący się pod spodem czołg jest sprawny, czy też został wcześniej spalony. Jedyną różnicą jest to, że ukraińscy żołnierzy specjalnie popełniają pewne błędy w sztuce kamuflażu. W ten sposób ukraińskie fałszywe stanowisko może zostać stosunkowo łatwo wykryte, ale nie może być precyzyjnie zidentyfikowane.

(...)

Systemy pozoracji, dostępne również dla polskich sił zbrojnych, mogą się różnić w zależności od celu, jaki chce się nimi osiągnąć, a także wydzielonych na to środków finansowych. W przypadku wabików optycznych dostępne są zarówno tańsze i łatwiejsze do rozkładania makiety 2D, jak i bardziej skomplikowane w budowie i użyciu nadmuchiwane makiety 3D.

Makiety 2D pozwalają na tworzenie obrazów "poziomych" (wprowadzających w błąd przede wszystkim systemy rozpoznania kosmicznego i lotniczego dalekiego zasięgu) oraz obrazów "pionowych" (mających mylić żołnierzy zwiadu, załogi pojazdów bojowych, operatorów takiego uzbrojenia jak przeciwpancerne pociski kierowane oraz naziemne systemy rozpoznania optoelektronicznego). Skuteczność tego rodzaju rozwiązań można zwiększyć dodatkowo poprzez płaskie i wolumetryczne elementy, tworzące bardziej realistyczne cienie i zwiększające prawdopodobieństwo oszukania przeciwnika. (...)

Kolejnym sposobem na poprawienie skuteczności makiet 2D jest łączenie ich z innymi elementami maskowania, tak by te makiety były widoczne tylko w części, w zależności od kąta, pod jakim jest prowadzona obserwacja. W przypadku układów poziomych mogą to być np. fałszywe umocnienia, nasypy lub zapory. Zaletą tego rodzaju rozwiązań jest ich niski koszt, prostota (montaż w terenie zajmuje nie więcej niż 10 minut) oraz niewielka masa (od 2 do 15 kg).

O skuteczności tego rozwiązania może świadczyć przebieg działań sił NATO w latach 90. Jak się później okazało, zachodni analitycy i piloci w Zatoce Perskiej i na Bałkanach dawali się nabrać, zrzucając bomby na deski i prześcieradła ułożone tak, by wyglądały jak czołgi, a to przy całkowitym pomijaniu pojazdów wojskowych stojących obok płonących opon.

Makiety 3D są bardziej skomplikowane, ale również skuteczniejsze, pozwalając oszukiwać systemy obserwacyjne z o wiele większego zakresu kątów "widzenia" niż w przypadku wabików 2D. Dodatkowo w przypadku nadmuchiwanych wabików 3D istnieje możliwość oszukiwania nie tylko systemów obserwacji wzrokowej, ale również radiolokacyjnej.

W pierwszym przypadku ważne są detale, wielkość i malowanie, ponieważ chodzi o stworzenie fałszywego obrazu u obserwatorów wykorzystujących nawet systemy optoelektroniczne. W drugim przypadku wprowadza się specjalne pokrycia metalizujące i odbijacze radiolokacyjne, które mogą zmylić systemy powietrznego i satelitarnego rozpoznania radarowego. Taka metalizowana konstrukcja może być później przykryta siatką maskującą, co pozwala jednocześnie mylić systemy obserwacji wzrokowej.

Głównym czynnikiem ograniczającym wprowadzanie makiet 3D jest niewątpliwie ich cena, która jednak i tak jest kilkaset razy mniejsza od ochranianego w ten sposób właściwego systemu uzbrojenia. Wabiki przestrzenne są dodatkowo bardziej skomplikowanymi konstrukcjami, przez co są cięższe (najczęściej powyżej 60 kg), muszą być rozkładane przez kilka osób (2-4 ludzi) i w dłuższym czasie (od 3 do 30 minut).

Z drugiej strony, nadmuchiwane makiety są coraz lepsze, nie tylko ze względu na skuteczność w myleniu systemów obserwacji, ale również trwałość i odporność mechaniczną. Standardem jest np. założenie, by wabik można było rozłożyć i złożyć co najmniej 50 razy. Makiety muszą być również łatwe do naprawy w terenie i zachowywać kształt bez względu na warunki atmosferyczne.

defence24.pl

wtorek, 1 sierpnia 2023


Zawieszona 17 lipca przez Rosję Czarnomorska Inicjatywa Zbożowa (Black Sea Grain Initiative) przyczyniła się do realizacji inicjatywy Zboże z Ukrainy (Grain from Ukraine), w ramach której Ukraina dostarczyła według ONZ setki tysięcy ton zboża do głodujących krajów Afryki i Azji (250 tys. ton do Etiopii i Jemenu, 130 tys. do Afganistanu, ponad 50 tys. ton do Somalii). W zamian rosyjski przywódca obiecał dostarczyć w ciągu najbliższych miesięcy po 25-50 tys. ton zboża do państw utrzymujących dobre stosunki z Rosją: Burkina Faso, Zimbabwe, Mali, Somalii, Republiki Środkowoafrykańskiej i Erytrei.

W piątek spotkał się z nim prezydent RPA Cyril Ramaphosa, który otwarcie powiedział, że Afryka nie potrzebuje jałmużny Rosji dla wybranych państw, ale możliwości handlu z Ukrainą.

– Mówił pan o zbożu. Zaproponowaliśmy realizację Inicjatywy Zbożowej Morza Czarnego, mówiliśmy o potrzebie otwarcia Morza Czarnego, powiedzieliśmy, że chcielibyśmy, aby Morze Czarne było otwarte na światowe rynki. I nie przyjechaliśmy tu prosić o jakieś „dary” dla kontynentu afrykańskiego. Oczywiście rozumiemy, że wielkodusznie zdecydowaliście się bezpłatnie dostarczać zboże niektórym krajom afrykańskim, które borykają się z pewnymi trudnościami. Traktujemy to z wielkim szacunkiem, zauważamy to. Jednak nie to jest naszym głównym celem tutaj, nie jest to naszym głównym zadaniem, osiągnięcie pewnych dostaw tego rodzaju – powiedział prezydent Republiki Południowej Afryki.

Prezydent RPA podkreślił, że afrykańscy liderzy chcieliby usłyszeć reakcję Putina na ich propozycje.

Podczas sobotniej konferencji prasowej Władimir Putin odniósł się do afrykańskich postulatów. Między innymi stwierdził, że zawieszenie ognia nie jest w tym momencie możliwe. 

– Ukraińskie wojska nacierają, są w ataku. Realizują zakrojoną na szeroką skalę ofensywę strategiczną. Jak można apelować do nas o zawieszenie ognia? Nie możemy przecież wstrzymać ogień, gdy na nas nacierają – powiedział. 

Zaraz potem rosyjski przywódca zapewnił, że przeciwnik został na Ukrainie “wszędzie zatrzymany i odrzucony”.

Według niego “Rosja nigdy nie odmawiała rozmów pokojowych”, jednak władze Ukrainy “uchwaliły dekret, który zabrania prowadzenia negocjacji”. Nie dodał, że zakaz dotyczy rozmów z nim samym, a nie Rosją jako taką. 

Putin poruszył też najważniejszy temat Szczytu Rosja – Afryka: kwestię eksportu zboża z Ukrainy drogą morską do państw trzeciego świata. 17 lipca Rosja nie przedłużyła wynegocjowanego w ubiegłym roku porozumienia zbożowego, które zakładało eksport żywności z Ukrainy pod kontrolą ONZ.

– Gdy ogłosiliśmy, że wychodzimy z umowy zbożowej, ceny na światowym rynku trochę wzrosły, odrobinę. To oznacza, że nasze firmy więcej zarobią, czyli zbierzemy większe podatki. A skoro zbierzemy większe podatki, to podzielimy się częścią naszego dochodu z najbiedniejszymi państwami i dostarczymy im pewną ilość żywności bezpłatnie – powiedział Putin, dodając, że “nie będzie to sobie na szkodę”.

Gospodarz Kremla zauważył też, że w portach państw bałtyckich przetrzymywane są rosyjskie nawozy mineralne, zatrzymane tam w ramach sankcji za inwazję na Ukrainę. 

– Jesteśmy gotowi oddać je bezpłatnie państwom, które ich potrzebują. Ale nie pozwalają nam na to – pożalił się. 

Winą za światowy wzrost cen żywności obarczył z kolei nie napaść Rosji na sąsiada, ale to, że “Zachód zaczął jak odkurzacz skupować żywność na świecie podczas pandemii i ceny wzrosły”. 

Według niego plan pokojowy wobec Ukrainy i umowa zbożowa nie są ze sobą związane. Podkreślił, że Rosja będzie mogła wrócić do umowy zbożowej dopiero, gdy jej żądania zostaną zrealizowane.

belsat.eu

Niemiecko-rosyjska wojna dyplomatyczna nabiera tempa. Kilka tygodni temu Niemcy opuścić musiała 50-osobowa grupa rosyjskich dyplomatów zajmujących się szpiegostwem. Rosja wydaliła więc z początkiem maja kilkudziesięciu niemieckich dyplomatów. Ograniczono też do 350 osób liczbę wszystkich pracujących w Rosji niemieckich funkcjonariuszy, w tym nauczycieli oraz pracowników organizacji pozarządowych. Decyzja obowiązuje od czwartku. Na to Berlin odpowiedział zamknięciem czterech z pięciu rosyjskich konsulatów w RFN, co ma nastąpić do końca tego roku. Trwa oczekiwanie na odpowiedź Moskwy.

– To nie my zaczęliśmy. Niemcy prowadzą politykę wrogą wobec Rosji – oświadczyła Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego MSZ.

W Berlinie nikt nie ma złudzeń, że eskalacja dyplomatycznych ciosów ze strony Rosji jest widocznym przejawem postępującego rozczarowania Moskwy z narastającej pomocy militarnej okazywanej Ukrainie przez Berlin.

Minęły już czasy, gdy Niemcy w zachowawczy sposób traktowały prośby Kijowa o broń w pierwszych miesiącach wojny. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Niemcy rozkręcają się powoli, ale trudno im zarzucić brak konsekwencji.

Wartość zaprezentowanego z okazji niedawnej wizyty prezydenta Zełenskiego w Berlinie pakietu pomocy sięga 2,7 mld euro w tym roku. W perspektywie kilku najbliższych lat mowa jest o 11 mld euro. Lista dostaw obejmuje nowoczesne systemy obrony przeciwlotniczej IRIS-T SLM, z których dwa już dostarczono. Jest to broń niebędąca nawet jeszcze na uzbrojeniu Bundeswehry. Do tego 30 dalszych leopardów starszej generacji, 18 155-mm haubic kołowych, 15 zestawów przeciwlotniczych gepard, setka wozów bojowych, amunicja i wiele innych sprzętów.

– Tym samym Niemcy konkurują z Wielką Brytanią o pierwsze miejsce wśród krajów europejskich dostarczających najwięcej broni do Ukrainy. Momentem przełomowym była trudna decyzja niemieckiego rządu w sprawie przekazania leopardów. Od tego momentu wszystko jest prostsze – mówi „Rzeczpospolitej” Rafael Loss z European Council on Foreign Relations (ECFR). Nie wyklucza, że Berlin zgodzi się także na wysłanie Ukrainie pocisków manewrujących Taurus będących odpowiednikami brytyjskich Storm Shadow przekazanych już na ukraiński front. Jednak pociski Taurus mają zasięg nawet 500 km i są precyzyjną bronią, groźną szczególnie dla zaplecza rosyjskiej armii okupacyjnej.

– Rosja jest prawdopodobnie zaskoczona taką determinacją Niemiec. Można założyć, że w okresie poprzedzającym wojnę i na jej początku liczono na to, że Niemcy będą słabym ogniwem na Zachodzie, które może osłabić reakcję UE i NATO. Tymczasem zaangażowanie Berlina na rzecz Ukrainy nie tylko nie maleje, ale rośnie. To, że Niemcy zwiększyły dostawy broni na Ukrainę, jest przede wszystkim konsekwencją nowej oceny sytuacji geopolitycznej będącej znów konsekwencją reorientacji polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, a nie wyrazem skruchy za popełnione w przeszłości błędy – tłumaczy „Rzeczpospolitej” Kai-Olaf Lang, ekspert berlińskiej fundacji Wissenschaft und Politik.

Słabą pociechą dla Moskwy mogą być pojawiające się w niemieckich mediach artykuły wzywające do rozliczenia Niemiec za politykę wobec Rosji, gdyż zachęciła Kreml do agresji. Nie mają one jednak wpływu na decyzje rządu.

rp.pl