sobota, 15 lipca 2023


Białoruski rząd i niezależne źródła potwierdziły 14 lipca, że ​​instruktorzy Grupy Wagnera, którzy wcześniej stacjonowali w Afryce, przybyli wcześniej na poligony na Białorusi. Białoruskie Ministerstwo Obrony (MON) opublikowało 14 lipca materiał filmowy, na którym widać instruktorów Wagnera szkolących białoruskie wojska terytorialne w pobliżu miejscowości Asipowicze w obwodzie mohylewskim. Białoruskie źródło wewnętrzne twierdziło, że instruktorzy Wagnera z afrykańskiego kontyngentu Wagnera (określonego przez źródło jako „Wagner Africa Corps”, choć nie wiadomo, czy jest to formalna nazwa) przybyli na Białoruś 11 lipca konwojem z okupowanego obwódu ługańskiego. Białoruskie źródło zasugerowało, że Wagner stara się rotować żołnierzy z ich afrykańskiego kontyngentu i że przybycie niektórych instruktorów na Białoruś jest częścią szerszego wysiłku związanego z rotacją wojsk. Pewien rosyjski blogger twierdził, że tylko część afrykańskiego kontyngentu Wagnera opuściła Afrykę i że w afrykańskich krajach-gospodarzach pozostaje wystarczająca liczba żołnierzy do wykonywania wyznaczonych zadań. Międzynarodowo rozmieszczeni dowódcy Wagnera prawdopodobnie przybywają na Białoruś, aby przygotować infrastrukturę szkoleniową i ustalić warunki przybycia regularnych sił Wagnera, które podobno mają zostać rozmieszczone na Białorusi na początku sierpnia po urlopie i reorganizacji po zbrojnym buncie Wagnera z 24 czerwca. Rosyjscy blogerzy dodatkowo wzmocnili zdjęcie z 14 lipca, które podobno przedstawia samego Prigożyna albo na Białorusi, albo w drodze na Białoruś z okupowanego obwodu ługańskiego, ale jeden z blogerów zauważył, że obecna rola Prigożyna w Wagnerze pozostaje niejasna.

Dymisja byłego dowódcy 58. Armii Połączonej Armii, generała dywizji Iwana Popowa, nadal wywołuje wyraźny gniew przeciwko rosyjskiemu dowództwu wojskowemu i rosyjskim przywódcom cywilnym. Rosyjscy blogerzy argumentowali, że dymisja Popowa pokazuje, że rosyjskie dowództwo wojskowe niszczy opinie dowódców o sytuacji na froncie i że rosyjskie dowództwo zapomniało, że ich głównym priorytetem jest zachowanie personelu. Rosyjski korespondent wojskowy argumentował, że dymisja Popowa ilustruje poważny problem zarówno rosyjskiego przywództwa wojskowego, jak i rosyjskiego przywództwa cywilnego. Sprawozdawca wojenny oskarżył przywódców cywilnych o rutynowe tłumienie i ignorowanie raportów z linii frontu oraz o brak odpowiedniej mobilizacji rosyjskiej bazy przemysłu obronnego (DIB) do działań wojennych. Korespondent wojskowy twierdził, że rosyjskie elity i biznesmeni mają porozumienia z rosyjskim dowództwem wojskowym, ograniczające rosyjskie działania wojskowe w terenie, aby uniknąć niszczenia interesów ekonomicznych – (...). Prigożyn oskarżył wcześniej rosyjskich oligarchów o oszukiwanie Putina i rosyjskiej opinii publicznej w celu rozpoczęcia inwazji na Ukrainę w celu podziału między siebie majątku okupowanych terytoriów ukraińskich. Wysłannik wojenny ostrzegł również, że rosyjska hierarchia dowodzenia na Ukrainie ulega dalszej degradacji i że sytuacja „zaczyna wrzeć”. Dymisja Popowa ujawniła nowy poziom niepokoju o dynamikę frakcyjną i zdegradowane struktury dowodzenia w rosyjskiej armii po buncie Prigożyna z 24 czerwca i prawdopodobnie posłuży jako punkt nerwobólu w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej w dającej się przewidzieć przyszłości.

(...)

Rosyjskie władze zatrzymały byłego funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) Michaiła Poliakowa, który podobno jest administratorem kilku popularnych kanałów telegramów poświęconych polityce wewnętrznej Kremla. Moskiewska policja miejska zatrzymała Polakowa pod zarzutem wyłudzania od nieokreślonych rosyjskich polityków i biznesmenów. Źródła rosyjskie twierdziły, że Poliakow prowadzi kanał „Kremlowska praczka” i jest powiązany lub administrator kanałów telegramowych „Brief” i „Siłowiki”.  „Brief” i „Siloviki” zaprzeczyły jednak, jakoby Polyakov był powiązany z ich kanałami. Te trzy kanały telegramowe rutynowo spekulują na temat wewnętrznej polityki Kremla i dynamiki między rosyjskimi frakcjami politycznymi oraz promują znaczące plotki w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej. Kanały spekulujące na temat polityki wewnętrznej Kremla stanowią specyficzną niszę rosyjskiej przestrzeni informacyjnej, a zatrzymanie Polakowa sugeruje, że Kreml może dążyć do stłumienia spekulacji na temat polityki wewnętrznej po buncie Wagnera.

(...)

Kreml podjął (...) starania o utrzymanie wysokich rangą oficerów na swoich stanowiskach bez konieczności uzyskiwania specjalnych zwolnień z limitów wieku emerytalnego. Prezydent Rosji Władimir Putin podpisał 14 lipca dekret zwiększający o pięć lat ograniczenia wiekowe dla wszystkich rezerwistów: personel „pierwszej klasy” z 35 do 40 lat, „drugiej klasy” z 40 do 45 lat, „trzeciej klasy” od 50 do 55 lat, młodsi oficerowie od 55 do 60 lat i starsi oficerowie od 60 do 65 lat. Dekret przewiduje, że ograniczenia wiekowe dla każdej kategorii będą corocznie zwiększane o rok od stycznia 2024 do stycznia 2028. Niedawno rząd federalny Rosji przyjął ustawę analogicznie wydłużającą wiek emerytalny dla wyższych oficerów, o czym wcześniej informowało ISW.

Rosja kontynuuje rozszerzanie świadczeń socjalnych dla uczestników wojny na Ukrainie. Putin podpisał dekret zezwalający na wypłatę odszkodowania za śmierć i rany rosyjskim budowniczym fortyfikacji na Ukrainie i ich rodzinom. Dekret przewiduje, że wypłaty – pięć milionów rubli (55 401 USD) za śmierć i 3 miliony rubli (33 240 USD) za obrażenia – będą pochodzić z rosyjskiego budżetu federalnego i mają moc wsteczną w odniesieniu do wszystkich zgonów i obrażeń od rozpoczęcia pełnej skala inwazji na Ukrainę.

Ukraina nadal wskazuje, że Rosja unika międzynarodowych sankcji i pozyskuje komponenty podwójnego zastosowania do krajowej produkcji broni. Szef Centrum Badań Trofeów i Broni Potencjalnej oraz Wyposażenia Wojskowego Ołeksandr Zaruba poinformował, że siły ukraińskie nadal znajdują produkty podwójnego zastosowania, w tym złącza wtykowe szwajcarskiej firmy, w przechwyconej rosyjskiej broni przez siły ukraińskie. Zaruba poinformował, że rosyjskie firmy importują objęte sankcjami towary high-tech przez Armenię i Kazachstan.

Rosyjskie władze okupacyjne kontynuują wysiłki na rzecz konsolidacji kontroli administracyjnej nad terytoriami okupowanymi poprzez manipulowanie wymaganiami dotyczącymi pobytu i przymusową paszportyzację okupowanej ludności. Okupacyjne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Obwodu Chersońskiego ogłosiło 14 lipca, że ​​„cudzoziemcy” i „bezpaństwowcy”, którzy przebywają na terytoriach okupowanych przez Rosję od 30 września 2022 r., mogą ubiegać się o zezwolenie na pobyt w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Rosji, dostarczając odciski palców, fotografie i dokumenty w języku rosyjskim. Prezydent Rosji Władimir Putin podpisał wcześniej dekret, który definiuje cudzoziemców i bezpaństwowców jako zasadniczo podlegających deportacji z okupowanych obszarów Ukrainy w przypadku braku takich dokumentów pobytowych, a władze okupacyjne prawdopodobnie naciskają na mieszkańców obszarów okupowanych, aby rejestrowali się w celu uzyskania zezwoleń na pobyt, w celu zebrania danych osobowych do wykorzystania w przyszłości. Podobnie Ukraińskie Centrum Oporu poinformowało 14 lipca, że ​​rosyjskie władze okupacyjne zmuszają pracowników przedsiębiorstw państwowych, którzy odmówili rosyjskich paszportów, do wypełniania „kart migracyjnych” i rejestrowania się w celu uzyskania „zezwoleń na pobyt czasowy” oraz grożą mieszkańcom deportacją po 90-180 dniach, jeśli nie uzyskają zezwoleń. Doradca administracji ukraińskiego obwodu chersońskiego Serhij Khlan oświadczył 14 lipca, że ​​rosyjskie władze okupacyjne zwiększają liczbę kontroli ukraińskich cywilów bez rosyjskich paszportów, i że ukraińscy cywile bez rosyjskich paszportów będą deportowani od grudnia. Ukraińskie źródło poinformowało 13 lipca, że ​​rosyjskie władze okupacyjne już rozpoczęły przymusowe eksmisje obywateli Ukrainy w rejonie Heniczesk, którzy nie mają rosyjskich paszportów i ponownie zaludniają rezydencje wypędzonych obywateli Ukrainy obywatelami rosyjskimi z upośledzonych mniejszości etnicznych.

understandingwar.org

Scena z lutego 2022 r. — tuż przed rozpoczęciem inwazji na Ukrainę, Putin wyśmiewa, a po chwili stawia do pionu Sergieja Naryszkina, szefa rosyjskiego wywiadu. Ten publicznie się kaja przed Władimirem Władimirowiczem, bo podczas narady nie dość mocno wyraził poparcie dla uznania niepodległości separatystów z Donbasu i Ługańska.

Tamta narada, podczas której Putin prężył muskuły i był pewien swego, poprzedziła atak na Ukrainę. Wojnę, która miała być krótka i zakończona zwycięską paradą w Kijowie. Tyle że mijają miesiące, inwazja trwa. Do tego Putinowi doszedł bunt Prigożyna, szefa tzw. armii Wagnera — najemników walczących w Ukrainie.

— Teraz taka narada nie miałaby już takiego przebiegu. Putin po bezprecedensowej akcji Prigożyna zmienił ton, stał się bardziej ugodowy. To pewien znak firmowy — gdy Putin czuje zagrożenie, łagodnieje. Było to widać choćby wtedy, gdy Chiny jasno powiedziały, by nie grał kartą atomową — od razu zaczął inaczej się wypowiadać. Teraz jest podobnie, Putin wie, że nie w pełni kontroluje sytuację. Zdaje sobie sprawę, że Prigożyn ma swoich zwolenników. Przecież ktoś w armii i służbach specjalnych przymknął oko na jego bunt, pozwolił mu rozpocząć marsz na Moskwę, w którym jednak nie chodziło o obalenie władz, a o rozgrywkę z ministrem obrony Sergiejem Szojgu — podkreśla dr Agnieszka Bryc.

Dodaje, że akcja Prigożyna, choć niewymierzona bezpośrednio w Putina, była policzkiem, ciosem w twarz. Uzmysłowiła mu, że nie jest wszechmocny i musi liczyć się z otoczeniem, w którym ma swoich krytyków.

— Najciekawsze jest to, czego nie widzimy w tej chwili. Z jednej strony jest niby cicho po buncie Prigożyna, ale na pewno trwają czystki i sprawdzanie, jak głęboko w strukturach armii zakorzenione jest poparcie dla Prigożyna i jego poglądów, na kogo Putin może liczyć "w godzinie próby". Ten tzw. bunt pokazał przecież, że w strukturach Kremla jest potencjał krytyczny wobec władz Rosji, że nie wszyscy będą umierać za Putina i jeśli on zacznie słabnąć — a słabnie — będą osoby, które nie będą za niego umierać — przekonuje politolog z UMK w Toruniu.

Ekspertka od Rosji widzi analogię z latami 90. w Rosji. Wówczas prezydent Borys Jelcyn nie tylko był oskarżany o pijaństwo, ale i o to, że staje się marionetką w rękach tzw. Familii, oligarchów wzbogacających się na dzikiej prywatyzacji. Rosja popadała w kryzys ekonomiczny i społeczny, wielkim problemem była wysoka przestępczość — państwo wchodziło w okres kolejnej "smuty". W końcu schorowany Jelcyn oddał władzę. Na następcę wyznaczono właśnie Putina, wcześniej szerzej nieznanego byłego oficera KGB.

onet.pl

Siły rosyjskie wyparły obrońców z kolejnych pozycji w masywie leśnym na południowy zachód od Kreminnej (ograniczonym od południa rzeką Doniec i od zachodu rzeką Żerebeć). Podeszły także pod położoną nad rzeką Żerebeć miejscowość Torśke, przez którą przebiega prowadząca z Łymanu główna trasa zaopatrzenia broniących się w masywie jednostek ukraińskich. Rosjanie odnotowali postępy również na pograniczu obwodów ługańskiego i charkowskiego, częściowo zajmując Nowoseliwśke i wyprowadzając uderzenie w kierunku Stelmachiwki. Niepowodzeniem miały się natomiast zakończyć ataki agresora w kierunku rzeki Żerebeć na pograniczu obwodów donieckiego i ługańskiego. Nie przyniosły też zmian ukraińskie i rosyjskie ataki w rejonach Awdijiwki i Bachmutu. Niemniej Sztab Generalny armii ukraińskiej donosił o częściowym sukcesie na południowy zachód od drugiego z wymienionych miast (na kierunku Biła Hora – Andrijiwka).

Wojska ukraińskie miały odzyskać kontrolę nad tzw. zwierzyńcem (dawną fermą hodowlaną) na południowy wschód od Marjinki. Rezultatu nie przyniosły natomiast kolejne rosyjskie ataki w zachodniej części miasta oraz na południe od niego. Niepowodzeniem zakończyły się także kolejne ukraińskie próby natarcia na pograniczu obwodów zaporoskiego i donieckiego na południowy wschód od Wełykiej Nowosiłki oraz w obwodzie zaporoskim, aczkolwiek Sztab Generalny armii ukraińskiej informował o „pewnym sukcesie” na południe od Orichiwa. Według części źródeł Rosjanie przeprowadzili udaną akcję zaczepną w rejonie Hulajpola, podchodząc pod leżącą na wschód od niego miejscowość Czerwone. Zgodnie z komunikatami ukraińskich władz Mariupola do miasta i w jego okolice mają trafiać kolejne jednostki rosyjskie (m.in. piechoty morskiej), a łączna liczba zgromadzonych tam żołnierzy agresora sięgnęła 35 tys.

Trzy noce z rzędu Rosjanie ponawiali uderzenia na Ukrainę, wykorzystując drony kamikadze Shahed-136/131. Według ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych 12 lipca obrońcy zestrzelili 11 z 15 dronów, 13 lipca wszystkie 20, a 14 lipca 16 z 17. Najpoważniejsze skutki przyniósł atak z 13 lipca, w którym doszło do zniszczeń w co najmniej czterech rejonach Kijowa, a kilka osób zostało rannych. Tego samego dnia celem wrogich dronów był także obwód kirowohradzki, w tym jego stolica – Kropywnycki. Dzień wcześniej shahedy zniszczyły obiekt infrastruktury w obwodzie czerkaskim, a 14 lipca przedsiębiorstwo w Krzywym Rogu. 12 lipca w wyniku uderzenia niezidentyfikowanego obiektu do zniszczeń doszło w Zaporożu, gdzie rannych zostało 21 osób, a celem zmasowanego ostrzału artyleryjskiego był Nikopol i jego okolice. 13 lipca wrogie rakiety uderzyły w obwodzie chmielnickim. Dowództwo Sił Powietrznych informowało o użyciu przez agresora dwóch pocisków Kalibr (oba miały zostać zestrzelone) i jednego pocisku Iskander-M.

12 i 13 lipca celem ukraińskiego ataku rakietowego był Mariupol. Według wiceminister obrony Hanny Malar w prowadzonych także w poprzednich dniach atakach na zaplecze agresora na południu obrońcom udało się zniszczyć liczne składy amunicji, w rezultacie czego liczba wrogich ostrzałów zmniejszyła się. Nocą 11 lipca ukraińskie rakiety Storm Shadow uderzyły także w zapasowe stanowisko dowodzenia 58. Armii Ogólnowojskowej (odpowiadającej za obronę w obwodzie zaporoskim) w okolicach Berdiańska. Zginął tam zastępca dowódcy Południowego Okręgu Wojskowego generał Oleg Cokow.

(...)

Komentarz

Efektem tzw. buntu Prigożyna jest upublicznienie w kraju kolejnych – po obserwowanych wiosną ub.r. w związku z wycofaniem rosyjskiej armii z północy Ukrainy – wyrazów niezadowolenia generalicji z tzw. specjalnej operacji wojskowej (ros. SWO) oraz kierowania nią przez ministra obrony FR Siergieja Szojgu i szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych FR generała Walerija Gierasimowa. W odróżnieniu od sytuacji z 2022 r. głosy te nie dotyczą jednak wyłącznie byłych wojskowych. Kwestią otwartą pozostaje, czy stanowisko dowódcy 58. Armii Ogólnowojskowej zostałoby upublicznione, gdyby nie uczynił tego emerytowany generał Gurulow. Krytyka operacji i popełnianych w jej trakcie błędów natury wojskowej to jednak fakt. Jej źródeł należy upatrywać w opublikowanej dekadę temu tzw. doktrynie Gierasimowa, w uproszczeniu określanej mianem rosyjskiej doktryny wojny hybrydowej. Zakładała ona, że zaangażowanie militarne będzie stanowiło zaledwie kilkanaście procent ogółu szeroko pojętych sił i środków (ekonomicznych, informacyjnych etc.), jakie zostaną wykorzystane w przyszłej wojnie. Nie przewidywała jednak sytuacji, w której przeciwnik – Ukraina wspierana przez wspólnotę zachodnią – będzie informacyjnie i gospodarczo (a potencjalnie także militarnie) znacznie silniejszy od Rosji. Krytyka SWO nie oznacza więc krytyki wojny, lecz wciąż ograniczonego podejścia do niej przez kierownictwo wojskowe i Władimira Putina. Przeciwnicy Szojgu i Gierasimowa jednogłośnie wskazują, że zwycięstwo na Ukrainie umożliwią jedynie powszechna mobilizacja i powrót do sowieckich wzorców prowadzenia wojny.

Istnieją silne poszlaki, że konsekwencją buntu Prigożyna są zmiany kadrowe wśród wyższych dowódców sił rosyjskich walczących na Ukrainie. Usuwa się oficerów podejrzewanych o bliskie związki z szefem Grupy Wagnera i podzielających jego negatywną opinię o kwalifikacjach Szojgu i Gierasimowa. Z kolei wypowiedź generała Popowa świadczy o narastającej frustracji wśród generalicji odpowiedzialnej bezpośrednio za prowadzenie działań bojowych. Zwraca uwagę podkreślanie braków sprzętowych i lekceważenie przez Sztab Generalny propozycji mających poprawić stan morale, jak również potwierdzanie dużej skuteczności artylerii przeciwnika, powodującej znaczne straty w ludziach.

osw.waw.pl

W piątek o wniosku Republiki Południowej Afryki dotyczącym Putina poinformował dziennik "Mail & Guardian" wiceprezydent tego kraju Paul Mashatile. Podano jednocześnie, że Kreml odrzucił wniosek władz południowoafrykańskich, by Władimir Putin nie brał udziału w szczycie krajów BRICS w Johannesburgu.

Rząd RPA chciał uniknąć wizyty prezydenta Rosji, by uchylić się od obowiązku zatrzymania go zgodnie z nakazem Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK). "Nie możemy zaprosić kogoś i aresztować go (...) bylibyśmy szczęśliwi, gdyby (Putin) nie przyjechał" - wyjaśnił Mashatile.

Kreml odrzucił jednak propozycję południowoafrykańskich władz, by na czele rosyjskiej delegacji na szczyt, który odbędzie się w dniach 22-24 sierpnia, stanął szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow. Mashatile podał też, że Brazylia, Indie i Chiny odrzuciły propozycję zorganizowania szczytu w formule online, a Indie i Brazylia nie zgodziły się na jego przeniesienie do Chin.

(...)

Powołanie 3 tys. rezerwistów do służby w Europie jest odzwierciedleniem tego, że sytuacja bezpieczeństwa się zmieniła i że jest potrzeba utrzymania zwiększonego kontyngentu sił na wschodniej flance przez długi czas — powiedział rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego John Kirby. Jak dodał, żołnierze rezerwy będą pełnić głównie administracyjne funkcje, które umożliwią utrzymanie obecnego poziomu sił USA.

— To, co zrobimy z tą niewielką liczbą 3 tys. rezerwistów, czy żołnierzy Gwardii Narodowej — to są ludzie, którzy są specjalistami w rzeczach takich jak administracja, logistyka czy medycyna, czyli funkcjach, których potrzebujemy, by wspierać i utrzymać dużą obecność na długi czas — powiedział Kirby w wywiadzie dla telewizji Fox News. — To jest zdanie sobie sprawy z faktu, że wiemy — że prezydent wie — że środowisko bezpieczeństwa się już zmieniło. Nie zmienia się, nie zmieni się, ale się zmieniło. I musimy zapewnić, żeby mieć odpowiednie siły, by utrzymać dodatkową obecność na wschodniej flance na długi czas — dodał.

(...)

Kanał Biełaruski Hajun odniósł się do nowej fotografii Jewgienija Prigożyna, zamieszczonej w sieci. Jak czytamy, kanał, który po raz pierwszy opublikował zdjęcie o godzinie 11:52, początkowo napisał, że zdjęcie pojawiło się na jednym z czatów, a "w metadanych oryginalnego zdjęcia data wykonania to 12 czerwca, 7:24". Post został jednak później edytowany, a czerwiec zmieniono na lipiec.

11 lipca Białoruski Hajun pisał, że zarząd Prigożyna po raz trzeci przyleciał na Białoruś. Wylądował na lotnisku w Machuliszczach o 19:40. Następnie, o 20:05, dwa śmigłowce odleciały z lotniska w Machuliszczach w rejon Asipowicz: Mi-24 i Mi-8 białoruskich sił powietrznych. Następnego dnia, 12 lipca, śmigłowce Mi-24 i Mi-8 ponownie poleciały z Machuliszcz w rejon Asipowicz i wróciły o 14:27 i 14:30. Co ważne, 2 godz. i 20 min później pokład Prigożyna odleciał z Machuliszcz do Petersburga.

"Innymi słowy, jeśli to zdjęcie rzeczywiście zostało zrobione 12.07 o 7:24, to w pełni potwierdza, że Prigożyn przyleciał do Machuliszcz wieczorem 11 lipca, został zabrany helikopterem do obozu namiotowego w wiosce Tsel, spędził tam noc i opuścił Machuliszcze następnego dnia" — czytamy we wpisie.

onet.pl

piątek, 14 lipca 2023


Popow twierdzi, że powodem jego zwolnienia był konflikt z przełożonymi, którym nie podobały się jego wypowiedzi na temat sytuacji na froncie w Ukrainie. Tak zapewne było, bo Popow wprost oskarżył swoich przełożonych o zdradę armii. Nie wymienił ministra obrony Siergieja Szojgu, ale powiedział, że został usunięty na rozkaz ministra.

— Nasza armia nie mogła być penetrowana od frontu przez ukraińskie wojsko, ale zostaliśmy uderzeni od tyłu przez naszego szefa, który zdradziecko i podle zrekapitulował armię w najtrudniejszym momencie — podkreślił generał. Z kontekstu jego wypowiedzi wynika, że ma na myśli szefa Sztabu Generalnego gen. Walerija Gierasimowa.

— Była trudna sytuacja, kiedy trzeba było albo milczeć i mówić to, co przełożeni chcieli usłyszeć, albo nazywać rzeczy po imieniu. W imię was i w imię moich poległych w walce kolegów nie miałem prawa kłamać, więc nakreśliłem wszystkie problematyczne kwestie w armii w zakresie pracy bojowej i wsparcia" — tak opisał sytuację Popow w odezwie do żołnierzy 58. Armii.

Generał nazwał głównym problemem i "tragedią" rosyjskiej armii brak artylerii. Według niego skutkuje to masową śmiercią i obrażeniami rosyjskich żołnierzy.

Popow nie sprecyzował, co stanie się z nim dalej. Zaznaczył, że czeka na rozkaz od przełożonych dotyczący jego dalszych losów.

"Bunt trwa" — tak na przemówienie gen. Popowa zareagował analityk polityczny Stanisław Biełkowski. "Generał dywizji Iwan Popow, właśnie usunięty przez Szojgu z dowództwa 58 Armii, oskarża kierownictwo rosyjskiego Ministerstwa Obrony / Sztabu Generalnego Rosyjskich Sił Zbrojnych o zdradę. Inny były dowódca 58. Armii — generał, deputowany Dumy Państwowej Andriej Guruljow — swobodnie publikuje tę sprawę. Obserwujemy, śledzimy" — napisał na swoim kanale Telegram.

Guruljow ujawnił fakt zawieszenia Popowa. Generał i poseł opublikował w Telegramie odezwę do żołnierzy 58. Armii. Popow twierdzi, że o swej dymisji dowiedział się właśnie z wystąpienia swego dawnego dowódcy, dopiero potem dostał oficjalną informację z rosyjskiego MON.

onet.pl

Pierwsza faza jest rodzajem taktycznego preludium. W szachach mówi się o otwarciu. Ukraina wciąż znajduje się w fazie odkrywania, a nie w trybie pełnego ataku. Staje się to jasne, gdy zapytasz żołnierzy na froncie. — Nasza brygada otrzymała rozkaz ataku i zdobycia określonych celów — mówi Iwan. — Rosjanie wysłali nowe oddziały do wzmocnienia, a nasze zadanie dobiegło końca.

Oznacza to, że chociaż walki będą kontynuowane, 35. Brygada nie będzie nacierać z całą siłą. Linie pozostają stabilne, a potencjał zagrożenia nową ukraińską ofensywą w tym sektorze będzie nadal utrzymywany.

Jest jasne, że ostatni atak w tym regionie był tylko manewrem taktycznym mającym na celu przetestowanie rosyjskiej odpowiedzi i związanie wojsk. Inne ukraińskie posunięcia wzdłuż linii frontu również mogły być ukierunkowane na ten cel, zwłaszcza że często są one przeprowadzane tylko siłami batalionu i brygady.

Rosyjski Sztab Generalny jest oczywiście tego świadomy i "stale przesuwa jednostki w różnych kierunkach", jak wyjaśnił w zeszłym tygodniu Walerij Szerszeń, rzecznik ukraińskiego Dowództwa Południowego.

Wydaje się, że Kijów i Moskwa grają w grę w kotka i myszkę. Momentum leży po stronie Ukrainy, która atakuje na co najmniej czterech odcinkach frontu. Jedyne, co pozostaje Rosji w odpowiedzi, to dodawanie personelu w ukraińskich punktach ataku. Pytanie tylko, jak długo rosyjskie wojska będą w stanie się utrzymać. Tygodnie, a może miesiące?

— Wciąż jesteśmy w fazie testowania — mówi Iwan. Ukraińcy wciąż szukają słabych punktów Rosjan, "a to może potrwać tygodnie, a może miesiące. Nikt tego nie wie". Iwan podkreśla, że większość sił ukraińskiej armii nie została jeszcze rozmieszczona i nie wiadomo, kiedy i gdzie uderzą.

To prawda, do tej pory Kijów aktywował tylko ułamek jednostek przeznaczonych do kontrofensywy. Czekają one daleko za linią frontu. Byliśmy w jednej z baz tych sił.

Namioty żołnierzy są ukryte w lesie. Czołgi i inne pojazdy wojskowe stoją między drzewami pod siatkami maskującymi. Koszary są stale zagrożone rosyjskimi rakietami dalekiego zasięgu.

— Wielka ofensywa nie odbędzie się jutro ani pojutrze — mówi 37-letni oficer prasowy jednostki, i uśmiecha się. Przed wojną przez 10 lat pracował jako dziennikarz.

Zanim rozpocznie się atak na pełną skalę, należy najpierw wyeliminować rosyjskie linie zaopatrzeniowe, składy amunicji i paliwa. Procedura przypomina zeszłoroczną ofensywę na Chersoń. Wówczas Ukraina przez trzy miesiące ostrzeliwała logistykę rosyjskiej armii daleko za frontem.

onet.pl/Die Welt

Ekspert budżetowy niemieckiej Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (partia CDU) uważa planowanie finansowe Niemiec za wielki blef — zarówno wobec niemieckiej opinii publicznej, jak i NATO.

— Opowieść o osiągnięciu celu dwóch procent to bajka, ponieważ w obecnej sytuacji może to stać się możliwe tylko dzięki wielu sztuczkom i transferom. To nie wzmocni Bundeswehry w dłuższej perspektywie, wręcz przeciwnie — narazi ją na dramatyczne ryzyko finansowe w nadchodzących latach — stwierdził Ingo Gaedechens.

Polityk CDU powiedział, że jedynym celem niemieckiego rządu jest sprawienie, aby kanclerz i minister obrony dobrze prezentowali się w opinii publicznej do końca okresu legislacyjnego. Potem, jego zdaniem, "wszystkie finansowe tamy pękną". Jeśli specjalny fundusz zostanie wykorzystany najpóźniej do 2027 r., zgodnie z obecnymi planami, pozostaną tylko pieniądze na utrzymanie Bundeswehry na prowizorycznych zasadach. Niemcy nie będą już w stanie kupować nowej broni ani finansować przyszłościowych badań.

Luka między budżetem obronnym a dwuprocentowym celem musiałaby zostać zlikwidowana z dnia na dzień za pomocą wysokiej, dwucyfrowej sumy wielu miliardów euro, co – zdaniem Gaedechensa – "może się udać tylko dzięki ogromnym cięciom we wszystkich innych obszarach, takich jak choćby wydatki socjalne".

Gaedechens nie wierzy, że następny rząd będzie miał siłę, aby to zrobić i uważa za bardziej prawdopodobne, że "Bundeswehra zostanie porzucona", a tym samym stanie się "największą ruiną inwestycyjną w republice". Byłoby wtedy wiele starych i nowych systemów uzbrojenia — ale nie byłoby pieniędzy na ich zrównoważoną eksploatację.

(...)

W siłach lądowych obiecano wystawienie w 2025 r. w pełni wyposażonej i zdolnej do szybkiego rozmieszczenia dywizji liczącej około 15 tys. żołnierzy i kolejnej w 2027 r. Na krótko przed szczytem niemiecki minister obrony Boris Pistorius zobowiązał się również, że Niemcy wystawią w Litwie liczącą ponad 4 tys. żołnierzy brygadę, która miałaby tam stacjonować na stałe.

Ponieważ spotkanie w Wilnie ma przede wszystkim wysłać Rosji sygnał gotowości obronnej ze strony Sojuszu Północnoatlantyckiego, kalkulacje niemieckiego rządu prawdopodobnie się sprawdzą. Wysiłki Niemiec będą chwalone przez sojuszników.

Pozostaje jednak pytanie – czy człowiek odpowiedzialny za organizację strategii wojskowej NATO również będzie pod wrażeniem niemieckich wysiłków? Mowa o Christopherze Cavolim, czterogwiazdkowym generale armii USA, a od 2022 r. najwyższym dowódcy NATO w Europie.

— Cavoli naprawdę dobrze zna Europę. Rozumie historię, a tym samym obecny kontekst, zna języki europejskie — powiedział w wywiadzie dla "Die Welt" Philip Reeker, szef Wydziału Europy w Departamencie Stanu USA w latach 2019-2021.

— Jego zadaniem jest nie tylko udzielanie porad wojskowych sojusznikom, lecz także ocena gotowości państw członkowskich NATO — stwierdził Reeker.

Cavoli może dostrzec sztuczki niemieckiego rządu, który myśli w perspektywie krótkoterminowej. Przykładowo fundusz 100 mld euro przeznaczony na niemieckie zbrojenia w ujęciu realnym — ze względu na odsetki i inflację — realnie w najlepszym przypadku wynosi od 75 do 80 mld euro.

(...)

— Rosja pozostanie znaczącym i nieprzewidywalnym zagrożeniem dla interesów USA i Europy w dającej się przewidzieć przyszłości. Obecna wojna nie osłabiła znacząco rosyjskich sił powietrznych, marynarki wojennej, sił kosmicznych, cybernetycznych ani strategicznych — stwierdził generał podczas przesłuchania w Kongresie USA pod koniec kwietnia. Dodał również, że Rosja "z dużym prawdopodobieństwem rozwinie swoją przyszłą armię jako jeszcze większe i bardziej zdolne siły lądowe".

Oficjalnie kwestie te nie odegrają żadnej roli na nadchodzącym szczycie NATO. Za zamkniętymi drzwiami sprawy mogą jednak wyglądać inaczej.

— Nie rozumiemy, dlaczego wdrażanie zmian jest tak powolne. Wydaje się również, że Berlin nadal nie traktuje poważnie celu NATO zobowiązującego do wydawania dwóch procent PKB na wydatki zbrojeniowe — stwierdził niedawno jeden z wysokich rangą urzędników Kongresu USA. To właśnie ta powolność we wdrażaniu reform budzi wśród sojuszników nieufność co do tego, czy niemiecki rząd rzeczywiście spełni swoje obietnice.

onet.pl/Die Welt

czwartek, 13 lipca 2023


Takie działania jak ciepłe powitanie przez Erdogana prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Stambule 7 lipca prowadzą do spekulacji, że Turcja stara się przywrócić bliższe relacje z Europą i Stanami Zjednoczonymi po kilku latach zacieśniania współpracy z Moskwą — ocenia amerykański dziennik.

"W Rosji, gdzie dobre stosunki prezydenta Władimira Putina z Erdoganem są ważną walutą geopolityczną, poczucie, że Erdogan może zwracać się w stronę bliższej, bardziej kooperatywnej relacji z liderami Zachodu wydaje się prowokować niemal tak wiele niepokojów, jak pomysł dołączenia Szwecji do NATO, nasuwając pytanie, czy wojna Rosji podważyła jedną z najbardziej cenionych przez Moskwę relacji" — pisze "Washington Post".

Jak uważa dziennik, krytyka Moskwy pod adresem Ankary jest zwykle ostrożna, jednak przedstawiciele rosyjskich władz i "twardogłowi nacjonaliści z żalem potępili Erdogana, podczas gdy rosyjskie media wolnego nurtu pytały, czy turecki lider podejmuje się trwałego, fundamentalnego zwrotu oddalenia się od Rosji".

Wyraźna zmiana w tonie Erdogana była ewidentna w czasie ubiegłotygodniowej wizyty Zełenskiego w Turcji, pierwszej od początku rosyjskiej inwazji, kiedy turecki przywódca wyraził wsparcie dla niepodległości Ukrainy i powiedział, że zasługuje ona na członkostwo w NATO. Kilka dni później, jego ruch, by odblokować wejście Szwecji do NATO, stał się wielkim ciosem strategicznym dla Rosji, która uważa odstraszanie NATO od przyjmowania nowych członków za punkt centralny swojej polityki bezpieczeństwa jeszcze od lat 90. — zauważa "Washington Post".

Jednocześnie jednak Erdogan i Putin "współdzielą pragnienie zagrożenia dominacji Zachodu, co jest kluczowe dla wizerunku Putina jako lidera prowadzącego wojnę przeciw Ukrainie w celu uratowania świata od hegemonii USA i chciwych zachodnich elit" — zauważa amerykańska gazeta.

Wieści o kontrakcie między Turcją a Ukrainą dotyczącym współpracy w sektorach o znaczeniu strategicznym, w tym w zakresie produkcji dronów, jaki został podpisany przez Zełenskiego i Erdogana w zeszłym tygodniu, rozsierdziły Kreml — dodaje "Washington Post".

"Turcja stopniowo i konsekwentnie kontynuuje przemianę z kraju neutralnego w nieprzyjacielski" w kontekście wojny Rosji przeciwko Ukrainie — stwierdził Wiktor Bondariew, szef komisji obrony i bezpieczeństwa w Radzie Federacji, izbie wyższej rosyjskiego parlamentu. Rosyjski analityk Siergiej Markow uznał, że decyzja Erdogana o przekazaniu internowanych na terytorium Turcji obrońców zakładów Azwostal w Mariupolu w ręce Zełenskiego "wywołała falę szoku w Rosji", ponieważ Moskwa uważa ich za "symbol ukraińskiego neonazizmu i zbrodni wojennych wobec rosyjskiej ludności". Pragmatyczne relacje między Moskwą a Ankarą będą kontynuowane, "ale bez zaufania między przywódcami" — ocenił Markow.

Jak twierdzi "Washington Post" potencjalnie bardziej martwiący dla Moskwy powinien być zeszłotygodniowy komentarz przedstawiciela ukraińskiego Sztabu Generalnego generała Ołeksija Hromowa o tym, że Ukraina oczekuje, iż otrzyma od Turcji samobieżne haubicoarmaty T-155 Firtina. Turcja nie potwierdziła jak dotąd tego transferu. Jeśli Turcja przekaże Ukrainie haubicoarmaty "oznaczałoby to zmianę jakościową, jaka zaszła w Turcji w zakresie polityki wobec rosyjsko-ukraińskiego konfliktu" — uznał rosyjski dziennik "Niezawisimaja Gazieta".

Specjalistka w zakresie spraw międzynarodowych Evren Balta ze stambułskiego Uniwersytetu Ozyegina stwierdziła, że jest "za wcześnie, aby powiedzieć, czy Turcja kieruje się obecnie w stronę Zachodu", a w jej opinii raczej dostosowuje się do zmieniających się okoliczności, w tym do potrzeby przyciągnięcia inwestycji do ogarniętego kryzysem ekonomicznym kraju. Obecnie "potrzeby tureckiej polityki zagranicznej i strukturalne potrzeby tureckiej gospodarki się zmieniły" — uznała Balta.

Washington Post/PAP

"Skoro NATO to nie Amazon, to i my nie jesteśmy Netfliksem. Ale jeśli odłożymy emocje na bok, to w Wilnie otrzymaliśmy od NATO maksimum tego, co obecnie było rzeczywiście możliwe" — napisała wicepremier w mediach społecznościowych.

"Nazywając rzeczy po imieniu, na Zachód wpływają obawy dotyczące rosyjskiej broni jądrowej i powiększenia się geograficznego zasięgu wojny" — dodała.

"My musimy robić swoje. Odbijemy swoją ziemię i swoją wolność w dowolnym przypadku, bo drogi powrotnej nie mamy. Przystąpienie Ukrainy do NATO jest nieuniknione, bo w końcu tak wyjdzie dla wszystkich taniej" — podsumowała wicepremier.

PAP

"To bezprecedensowe i absurdalne, gdy nie są ustalone ramy czasowe ani dla zaproszenia, ani dla członkostwa Ukrainy w NATO. Wydaje się, że nie ma gotowości, by zaprosić Ukrainę do NATO, ani uczynić ją członkiem Sojuszu" - napisał we wtorek, pierwszego dnia szczytu w Wilnie, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. "NATO zgodziło się w 2008 roku, że Ukraina stanie się członkiem. Ale sojusz nie powiedział, jak i kiedy może to nastąpić. Teraz, w drodze do Wilna, otrzymaliśmy sygnały, że pewne sformułowania są dyskutowane bez Ukrainy" - przekazał zawiedziony prezydent Ukrainy. Zełenski podsumował wpis stwierdzeniem, że "niepewność jest słabością". "I będę o tym otwarcie dyskutował na szczycie" - zapewnił ukraiński lider. Ostra wypowiedź Zełenskiego nie wszystkim na Zachodzie się jednak spodobała.

Cytowany przez "The Guardian" sekretarz obrony Wielkiej Brytanii Ben Wallace stwierdził, że Ukraina traktuje swoich zachodnich sojuszników, jakby byli magazynem firmy Amazon. - Czy nam się to podoba, czy nie, ludzie chcą widzieć odrobinę wdzięczności - powiedział Wallace, gdy zapytano go o komentarz ukraińskiego przywódcy. - Czasami przekonujesz kraje, aby oddały własne zapasy [amunicji - red.]. Czasami musisz przekonać ustawodawców w USA. Trzeba przekonywać wątpiących polityków, że warto - powiedział. Jak stwierdził, przedstawicielom Kijowa mówił to już wcześniej. - Powiedziałem im to w ubiegłym roku, gdy jechałem 11 godzin pociągiem, aby dostać listę [broni - red.]: Nie jestem Amazonem - stwierdził.

W podobnym tonie wypowiedział się Jake Sullivan, amerykański doradca ds. bezpieczeństwa. Jak podkreślił, "Amerykanie zasługują na wdzięczność". Podkreślał, że Stany Zjednoczone intensywnie pracują na rzecz wsparcia ukraińskich żołnierzy i przypominał o dostarczanym Ukrainie sprzęcie. (...)

Z kolei Bloomberg podaje nieoficjalnie, że we wtorek w Wilnie, podczas kolacji przywódców państw NATO, gdy Joe Biden udał się do hotelu, inni przywódcy mówili Zełenskiemu, że "ma ochłonąć i spojrzeć na pełen obraz sytuacji". Agencja podaje, że przywódcy krajów sojuszniczych szukali w Wilnie "języka, który wskazywałby na postęp i mógłby być sprzedany Ukrainie jako postęp", ale w najmniejszym stopniu nie przybliżałby ich do wciągnięcia w wojnę z Rosją. Bloomberg podaje ponadto, że to Stany Zjednoczone i Niemcy nie chciały konkretnych obietnic dla Ukrainy. Wcześniejszy projekt komunikatu NATO miał zawierać bardziej konkretną ścieżkę ewentualnego przystąpienia Ukrainy do Sojuszu. Pod wpływem Scholza i Bidena zmiany miały nastąpić tuż przed początkiem szczytu.

gazeta.pl

środa, 12 lipca 2023



Turecki prezydent od tygodni negocjuje swoje warunki przystąpienia Szwecji do NATO, wywierając presję na kurdyjskich aktywistów w Sztokholmie, domagając się od Waszyngtonu myśliwców F-16, a następnie wycofuje się na kilka godzin przed kluczowymi rozmowami mediacyjnymi prowadzącymi do szczytu NATO i stawia nowy warunek prosto z kapelusza — ustępstwa w procesie akcesyjnym Turcji do UE.

Wszystko to, a następnie, tego samego wieczoru, wyraża zgodę na przystąpienie Szwecji do NATO. Nie osiągnąwszy niczego istotnego w kwestii UE! Po co więc to wszystko? Czy turecki prezydent działa bez zastanowienia, czy też cała ta strategia jest w jakiś sposób genialna?

— Erdogan jest całkiem dobrym negocjatorem — mówi Yasar Aydin, ekspert z Centrum Studiów nad Turcją w Berlinie. — Chciał podbić cenę za swoją zgodę i chciał zademonstrować swoim ludziom: Spójrzcie, nie poddam się tak łatwo, będę negocjował do ostatniej sekundy, uzyskam najlepszy możliwy wynik dla Turcji.

Przewodniczący Rady UE Charles Michel napisał na Twitterze po rozmowie z Erdoganem w poniedziałek wieczorem, że on i Turcja "przedyskutowali sposoby przywrócenia współpracy i nadania naszym stosunkom nowej energii".

To bardzo słaby sygnał w porównaniu z tym, do czego wzywał Erdogan, a mianowicie, że UE powinna utorować drogę do członkostwa Turcji, tak jak Ankara mogłaby utorować drogę do członkostwa Szwecji w NATO. Mimo wszystko Erdogan po raz kolejny opuścił boisko jako zwycięzca.

Prezydent USA Joe Biden mniej więcej przyznał mu rację w sprawie myśliwców, a UE nieco się przesunęła. Erdogan zażądał wiele i coś osiągnął. To wystarczy, by usłyszał oklaski w domu. Ale co ten rodzaj polityki oznacza dla przyszłości stosunków Turcji z Zachodem? W końcu Erdogan właśnie rozpoczął trzecią kadencję i będzie rządził przez najbliższe lata.

— Jeśli chodzi o przystąpienie do UE, nie należy spodziewać się przełomu — mówi Aydin. — W odpowiedzi na żądania Erdogana kanclerz Olaf Scholz jasno stwierdził przecież, że członkostwo Szwecji w NATO i przystąpienie Turcji do UE nie mogą być ze sobą powiązane. A przede wszystkim Erdogan musiałby wprowadzić demokratyczne zmiany i reformy, które zagroziłyby jego własnej władzy, takie jak niezależne sądownictwo, wolność dla członków opozycji i niezależnych umysłów, takich jak opozycyjny polityk Selahattin Demirtas i mecenas Osman Kavala, którego uwolnienia zażądał Europejski Trybunał Praw Człowieka. Erdogan nie ustąpi w tych kwestiach.

Oczywiście, prezydent wie, że nie ma możliwości przystąpienia do UE na tych warunkach. A Europejczycy nie mają obecnie żadnego istotnego powodu, by promować członkostwo Turcji. Chodzi o coś innego: — W obliczu katastrofalnej sytuacji tureckiej gospodarki Erdogan potrzebuje współpracy technologicznej i inwestycji z Europy. Dlatego też zwraca się w stronę Europejczyków. Z kolei UE potrzebuje Turcji jako partnera w polityce migracyjnej i mediatora wobec Rosji w wojnie w Ukrainie.

Ta trójstronna relacja między Turcją, Zachodem i Rosją powinna determinować przyszłą politykę prezydenta Erdogana. Hazardzista Erdogan kontynuuje więc swoją dość udaną grę między Wschodem a Zachodem. — W tej chwili Rosja jest osłabiona — mówi Aydin. — Erdogan może sobie pozwolić na oszukiwanie Putina, na przykład przyjmując ukraińskiego prezydenta Zełenskiego i pozwalając mu na podróż do domu z pięcioma dowódcami pułku Azow.

— Nie będzie już wyraźnej orientacji zachodniej, do której dążył Erdogan w latach 2003-2006 — mówi Aydin. Turecki prezydent będzie nadal manewrował między blokami i starał się jak najlepiej wykorzystać każdą sytuację.

Oznacza to jednak kryzysy, ponieważ próbując wykorzystać geopolityczne warunki pogodowe, prezydent czasami wdaje się w przedziwne przygody i zależności. Na przykład w Libii udzielił wsparcia wojskowego uznawanemu przez społeczność międzynarodową rządowi Fayeza al-Sarraja przeciwko rebelianckiemu generałowi Khalifie Haftarowi. Przyniosło mu to polityczne zwycięstwo nad Francją i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które poparły Haftara, ale zwrot był nieproporcjonalny do nakładów finansowych.

Erdogan najechał Syrię, by walczyć z kurdyjską PKK. Ale to też było kosztowne, a teraz Erdogan musi rozmawiać z prezydentem Syrii Baszirem Al-Asadem, aby mógł pozbyć się przynajmniej części z 3 mln uchodźców w swoim kraju. Do tego potrzebuje Rosji. Gra Erdogana staje się coraz bardziej skomplikowana, ale na tę grę jest skazany.

Niektórzy obserwatorzy uważają, że trzecia kadencja będzie ostatnią kadencją Erdogana i że prezydent teraz się uspokoi. Ale opanowanie i przewidywalność są trudne do pogodzenia z jego stylem polityki. I dlaczego w ogóle miałaby to być jego ostatnia kadencja? Za cztery lata prezydent będzie miał 73 lata. Niektórzy mogą uważać, że to dobry wiek na emeryturę, nie wiemy jednak, czy Erdogan myśli w ten sam sposób. Skromność nigdy nie była jedną z jego wybitnych cech.

onet.pl/Die Welt