piątek, 7 lipca 2023


Strategia wspierania środowisk emigracji politycznej powinna być dostosowana do specyfiki funkcjonowania rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego na emigracji (rozproszenie w różnych krajach, ważna rola współpracy transgranicznej). Oznacza to przede wszystkim potrzebę wykazania się dużą elastycznością oraz koordynowania podejmowanych aktywności między państwami  członkowskimi i instytucjami UE. Każde państwo przyjmujące zdobywa obecnie nieco odmienne doświadczenie w pracy z rosyjskimi emigrantami, zatem komunikacja i kooperacja pozwoliłyby na unikanie zbędnego dublowania działań czy lepsze rozpoznawanie słabych i mocnych stron  poszczególnych programów pomocowych. Odrębnym wyzwaniem jest określenie roli UE 
we wspieraniu aktywistów zamieszkujących w krajach trzecich, takich jak Gruzja, Armenia czy Turcja, gdzie koordynowanie posunięć z lokalnymi rządami jest mało prawdopodobne lub niemożliwe.

Strategię wsparcia należy oprzeć na dwóch kluczowych zasadach. Po pierwsze, zachodni donatorzy powinni być otwarci na nowe wartościowe inicjatywy i młode pokolenie aktywistów. Obecnie problemem pozostaje pomaganie od lat tym samym, dobrze znanym osobom i grupom, najlepiej rozpoznawalnym na Zachodzie, ale niekoniecznie zdolnym do najefektywniejszej działalności. Bardziej zobiektywizowane podejście, skoncentrowane na wspieraniu nie tyle ludzi czy organizacji, co konkretnych inicjatyw, będzie wymagało rozległej i aktualizowanej na bieżąco wiedzy o sytuacji w Rosji i w środowiskach emigracyjnych. Po drugie, należy wzmocnić kontakty i współpracę między rosyjskimi aktywistami a społeczeństwami obywatelskimi krajów przyjmujących, w tym poprzez wspólną realizację projektów (co dodatkowo pogłębi wiedzę rosyjskich partnerów na temat merytorycznego i finansowego know-how w zakresie zarządzania projektami unijnymi). 

W obliczu dużej liczby funkcjonujących obecnie organizacji i inicjatyw założonych przez rosyjskich emigrantów wyzwaniem będzie zaprojektowanie zachodniego wsparcia (organizacyjnego, prawnego i finansowego) w taki sposób, żeby z jednej strony wspomagać różnorodność (szczególnie potrzebną w sektorze medialnym), a z drugiej – uniknąć nadmiernego rozproszenia ograniczonych środków. Należy liczyć się z tym, że wsparcie będzie potrzebne przez długi okres i że będzie kosztowne, jeśli ma przynieść odpowiednie rezultaty (np. dobry jakościowo produkt medialny). 

Niezależnie od potencjału i entuzjazmu aktywistów, ale też stopnia efektywności rosyjskich inicjatyw, priorytetem dla zachodnich podmiotów pozostanie pomoc dla Ukrainy. Jednocześnie dostępne środki będą się zapewne kurczyć, przede wszystkim z uwagi na koszty wojny i odwrotu od handlu z FR dla europejskich budżetów. Podmioty rosyjskie będą zatem musiały ostro ze sobą konkurować, redukując koszty administracyjne i podnosząc jakość swojej oferty. Niezbędne będzie stopniowe przeorientowanie części z nich, zwłaszcza mediów, na biznesowy model funkcjonowania (optymalnie w ciągu  najbliższego roku lub dwóch nadchodzących lat), co może się okazać bardzo trudne (o przyczynach wspomniano wyżej).

(...)

Jednym z kluczowych kierunków wsparcia jest zwiększenie obecności i rozpoznawalności rosyjskich środowisk demokratycznych i antywojennych w przestrzeni publicznej krajów przyjmujących.  Strategicznym celem powinno być upowszechnianie informacji o aktywności „innej Rosji” – przede wszystkim, by przełamać obecny w wielu krajach mit, że społeczeństwo rosyjskie jest prokremlowskim monolitem i że strategia wobec FR powinna z konieczności stanowić kontynuację dotychczasowych prób porozumienia się z dyktaturą. W tym zakresie bardzo wiele będzie zależało od tychże środowisk – na ile będą one w stanie zaprezentować wymierne rezultaty swojej pracy oraz na ile będą zjednoczone i przedstawią spójną wizję swojej dalszej działalności i własne pomysły na przyszłość kraju.

Rosyjskie społeczeństwo obywatelskie za granicą wciąż znajduje się na wczesnym etapie samoorganizacji, choć widać już pierwsze efekty odbudowy działalności poszczególnych organizacji i projektów relokowanych z FR. Powstaje też wiele nowych inicjatyw, niemniej otwarte pozostaje pytanie, ile z nich przetrwa kolejne lata, zwłaszcza że konkurencja o wsparcie i rozpoznawalność – zarówno w Rosji, jak i w krajach przyjmujących – będzie bardzo duża. Szczególnie dobrze ze skutkami emigracji poradziły sobie niezależne media, które dość szybko odzyskały słuchaczy i widzów przejściowo utraconych w związku z relokacją. Widać również pierwsze próby jednoczenia środowisk emigracyjnych, choć jest zbyt wcześnie, by oceniać ich efektywność.

Skala emigracji politycznej z Rosji i rosnąca represyjność reżimu putinowskiego wymagają skoordynowanego wsparcia Zachodu dla rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego. Wsparcie to powinno być traktowane nie tylko jako pomoc humanitarna dla represjonowanych, lecz przede wszystkim jako realizacja strategii na rzecz przyszłych przemian politycznych w Rosji. Ponieważ agresywny, rewizjonistyczny kurs Kremla wynika w znacznej mierze z logiki wewnątrzpolitycznej ewolucji reżimu, jedyną szansą na trwałą stabilizację otoczenia międzynarodowego FR jest liberalizacja systemu politycznego w okresie postputinowskim. I choć społeczeństwo obywatelskie nie odegra decydującej roli w doprowadzeniu do niej (kluczowe będą działania podejmowane przez elity polityczne pod naciskiem Zachodu), to może stanowić ważne zaplecze dla wdrażania reform, również dzięki nabytej w krajach przyjmujących wiedzy na temat rozwiązań demokratycznych.

Raport OSW - Rosyjska emigracja w RFN

Po niecałych dwóch miesiącach przerwy centrum uwagi znów staje się Bachmut. Ukraińcy zwiększyli skalę ataków na flankach zrujnowanego miasta i ewidentnie chcą zagrozić Rosjanom jego częściowym okrążeniem. To najpewniej element gry mającej sprawić, że popełnią oni jakiś poważny błąd.

Gry będącej niezwykle ważnym elementem trwających od miesiąca działań ofensywnych Ukraińców. Obie strony nie zaangażowały jeszcze do walk swoich głównych odwodów, czyli sił trzymanych w pewnej odległości za frontem, gotowych do użycia w kluczowych momentach, które mogą zadecydować o wyniku aktualnej rundy walk. Ukraińcy ewidentnie starają się skłonić Rosjan do popełnienia błędu w gospodarowania tymi oddziałami.

Taki wniosek można wysnuwać na bazie dwóch faktów. Po pierwsze według szacunków właściwie wszystkich obserwatorów tego konfliktu, Ukraińcy do swoich operacji ofensywnych trwających od początku czerwca zaangażowali około 1/3 swoich dostępnych sił. Nie licząc tych, które cały czas były na froncie i walczyły. Można to ocenić po tym, jakie oddziały pojawiają się na nagraniach z walk i w oficjalnych komunikatach. Oceny co do Rosjan są mniej jednoznaczne, jednak wydaje się bardziej niż prawdopodobne, że oni też do tej pory nie zaangażowali swoich głównych odwodów. Do reagowania na ukraińskie ataki mieli używać głównie takich lokalnych.

Drugi fakt jest taki, że Ukraińcy od początku czerwca wywierają mocną presję nie w jednym punkcie, ale w kilku. I zmieniają punkt ciężkości. Tak, żeby utrudnić Rosjanom ocenę, gdzie może nastąpić decydujące uderzenie przy użyciu tych 2/3 ukraińskich brygad stojących w odwodzie. Do niedawna najbardziej aktywny kierunek zaporoski, teraz wydaje się ustępować znaczeniem rejonowi Bachmutu. Ukraińcy wywierają mocną presję na flankach miasta. W samych ruinach walki są sporadyczne i głównie ograniczają się do ostrzału artyleryjskiego. Choć w ostatnich dniach Ukraińcy mieli zbliżyć się do południowo-zachodniego krańca miasta, w rejonie dużych ogródków działkowych.

Znacznie intensywniejsze walki toczą się kilka kilometrów dalej na południe w rejonie wsi Kliszczijiwka. Znajduje się ona u podnóży wzgórz, dominujących nad całą okolicą. Rosjanie wdarli się na nie pod koniec zimy. Teraz Ukraińcy prawie całkowicie je odbili. Od kilku dni trwa wymiana ciosów na ich samym krańcu tuż przed wsią. To Ukraińcy zajmują teren, to są wyrzucani przez rosyjski kontratak, to jest on niszczony przez ukraińską artylerię i kontrkontratak. Aktualnie Rosjanie mają nadal się trzymać ostatnich umocnień przed wsią. Skala walk nie jest jednak duża, bo mowa o odcinku frontu długim na mniej niż 10 km, na którym działania są prowadzone zazwyczaj grupami od kilkunastu do kilkudziesięciu żołnierzy, wspieranych z dystansu przez wozy opancerzone i artylerię. Starcia są jednak bardzo intensywne i trwają tak już od wielu dni. Ukraińcy twierdzą, że Rosjanie codziennie rzucają do walki nowy kilkudziesięcioosobowy pododdział, który następnego dnia jest na tyle przetrzebiony, że potrzeba następnego.

Podobne walki toczą się na północ od miasta, z centrum w rejonie wsi Berchiwka i położonych obok wzgórz kontrolowanych przez Rosjan. Ukraińcy atakują tam już od wielu tygodni ze zmiennym natężeniem. Aktualnie ma ono być w tych górnych wartościach. Ukraińskie wojsko regularnie notuje postępy, ale są one drobne. Ze standardowej w tej fazie wojny kategorii jeden zagajnik albo jeden opornik (pozycja umocniona). Sytuacja Rosjan, dodatkowo okładanych celnym i dość intensywnym ogniem ukraińskiej artylerii, ma być jednak trudna. W ciągu ostatniego tygodnia pojawił się szereg doniesień o kierowaniu w rejon Bachmutu posiłków. Ukraińcy twierdzą, że Rosjanie mają tam już około 50 tysięcy ludzi, czyli 1/3 sił na całym froncie wschodnim, przez który rozumiany jest odcinek od Bachmutu po granicę z Rosją na północy.

(...)

gazeta.pl

czwartek, 6 lipca 2023


Wrażliwość Rosjan na inflację wynika z dwóch okoliczności.

Po pierwsze — to doświadczenie XX w., które w jakiś sposób zapisało się w pamięci rodzinnej niemal każdego Rosjanina. W ciągu ostatniego stulecia oszczędności poddanych imperium dewaluowały czterokrotnie — z powodu I wojny światowej i rewolucji, kolektywizacji i industrializacji, II wojny światowej oraz przejścia do gospodarki rynkowej pod koniec lat 80. i na początku lat 90. XX w.

Z drugiej strony ważną rolę odgrywają tu również wspomnienia pierwszych dziesięciu lat Federacji Rosyjskiej, z jej wyniszczającym i ciągłym wzrostem cen.

Od samego początku reżim Putina działał wbrew tym wspomnieniom i obawom. Jego poddani cieszyli się dwiema dekadami stosunkowo łagodnej inflacji. Inwazja na Ukrainę była jednak przez większość rozumiana jako początek zupełnie nowej ery. Intuicja sugerowała, że era stabilnych cen wkrótce się skończy.

Tak się jednak nie stało. W pierwszych tygodniach panika cenowa wydawała się zbyt silna i wyprzedzała wydarzenia. Jednak w maju 2022 r. inflacja gwałtownie zwolniła, a w czerwcu ceny zaczęły spadać. Jesienią inflacja powróciła, ale do końca wiosny 2023 r. jej tempo było śmiesznie niskie. Wydawało się, że nic nie ma wpływu na rosyjskie ceny konsumpcyjne — ani bojkoty importu i eksportu, ani obniżka cen ropy o połowę w ciągu roku od czerwca 2022 r., ani spadek wartości rosyjskiej waluty.

Obraz byłby mniej paradoksalny, gdybyśmy pamiętali, że rosyjska polityka finansowa jest kontynuowana od ponad 30 lat. Ci, którzy obecnie rządzą, pochodzą z tego samego kręgu, który był u steru gospodarki na początku lat 90. Tłumienie wzrostu cen było ich priorytetem od samego początku.

Można zapamiętać lata 90. jako czas nurkującego rubla, można też zapamiętać je jako dekadę niemal nieprzerwanego spowolnienia inflacji. W 1992 r. wskaźnik cen konsumpcyjnych był 26 razy wyższy, w 1995 r. 2,3 razy wyższy, w 1998 r. 84 proc. wyższy, w 1999 r. 36 proc. wyższy, a w 2000 r. 20 proc. wyższy.

Pod koniec lat 90. polityka finansowa Federacji Rosyjskiej była już dość kompetentna i zrównoważona, jednak gospodarka musiała się jeszcze do niej przyzwyczaić. Inflacja spadała powoli, jakby z opóźnieniem. Mając to na uwadze, można założyć, że w dobie wojny z Ukrainą i zerwania z Zachodem odreagowanie starych zasad również nie nastąpi z dnia na dzień, a ceny nie pójdą od razu w górę.

Jednak po 24 lutego 2022 r. indeks cen rósł o 2 proc. lub więcej co tydzień. W kwietniu 2022 r. roczna stopa inflacji konsumenckiej wzrosła do 17,8 proc. Nie było ku temu żadnych warunków wstępnych, poza obawami ludzi. Rosjanie zachowywali się tak, jak myśleli, że powinni się zachowywać, gdy wybuchnie wojna — spieniężali depozyty, kupowali cukier, sól, herbatę, kawę, zapałki, kaszę gryczaną, makaron, lekarstwa, proszki do prania. Firmy, zgodnie z tą samą logiką, czekały na niedobory i konfiskaty, więc albo podniosły ceny, albo ukryły towary.

Kompetentne działania rządowych finansistów i technokratów uratowały jednak reżim. Widząc, że nie będzie kartek, zamrożenia depozytów rublowych i konfiskat, ludzie mniej lub bardziej się uspokoili.

Dalsze przedłużające się zawieszenie inflacji wydawało się zastanawiające. W kwietniu 2023 r. wskaźnik cen konsumpcyjnych wyniósł zaledwie 2,3 proc. w ujęciu rocznym. W krajach, które nie prowadzą wojny i mają bardziej komfortową sytuację, taki poziom byłby uważany za bardzo niski.

Kilka czynników połączyło się w Rosji w paradoksalny sposób. Szokujące załamanie importu spowodowane zachodnim bojkotem zostało zrównoważone spadkiem aktywności konsumenckiej. Rosjanie, oszołomieni wydarzeniami, zaopatrzyli się w artykuły gospodarstwa domowego, a dobra były kupowane znacznie rzadziej. W niektórych miesiącach 2022 r. zakupy były o 10 proc. niższe niż w 2021 r.

W 2023 r. aktywność zakupowa zaczęła rosnąć, zwłaszcza w pierwszym kwartale. Jednak nawet teraz pozostaje ona na poziomie z 2014 r.

Wycofanie się globalnych marek z rosyjskich rynków krajowych ma nie tylko negatywne konsekwencje dla Rosjan. Rządowy think tank CMACP uważa koniec "przepłacania za markę" — zastępowanie "markowych" produktów produktami o podobnych właściwościach konsumenckich, ale niemarkowymi — za ważną korzyść dla Rosji.

Prokremlowski ośrodek badawczy raportuje również wzrost podaży na rosyjskich rynkach towarów, które miały być eksportowane, ale zostały objęte zachodnim embargiem. A nadwyżka rubli w gotówce, zamiast zawyżać ceny w metropolii, wyraźnie napłynęła na podbite terytoria.

Wszystko to razem zapewniło paradoksalne zatrzymanie inflacji w kraju objętym wojną i sankcjami.

(...)

onet.pl/The Moscow Times

Ciężar odpierania ukraińskiej kontrofensywy ponoszą formacje wojskowe ściągane z całej Rosji, co podkreśla do jakiego stopnia wojna zaburzyła ustaloną strategię obronną tego kraju - przekazało w czwartek brytyjskie ministerstwo obrony.

Jak wskazano w codziennej aktualizacji wywiadowczej, w obwodzie zaporoskim, na południu Ukrainy, silnie umocnionych linii broni 58. Armia Ogólnowojskowa, która zwykle zabezpiecza niestabilny rosyjski region Kaukazu, a w okolicach Wełykiej Nowosiłki front utrzymują, 5. Armia Ogólnowojskowa i piechota morska, które rutynowo stacjonują 7000 km dalej jako równowaga dla potęgi Chin.

Z kolei wokół Bachmutu, na wschodzie Ukrainy, obrona jest obecnie w dużej mierze tworzona przez pułki powietrznodesantowe stacjonujące zwykle w zachodniej Rosji, które zwykle działają jako elitarne siły szybkiego reagowania w przypadku napięć z NATO.

"Sposób, w jaki Rosja akceptuje ryzyko w całej Eurazji, podkreśla, jak wojna zaburzyła ustaloną strategię narodową Rosji" - uważa brytyjski resort obrony.

onet.pl

Według NBC, która powołuje się na czterech byłych i dwóch obecnych przedstawicieli administracji, w kwietniu z Ławrowem spotkali się m.in. były dyplomata i szef ośrodka Center for Foreign Relations (CFR) Richard Haass, ekspert ds. Europy w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego w gabinecie Obamy Charles Kupchan oraz ekspert od spraw rosyjskich, były dyplomata Thomas Graham. Wszyscy to członkowie CFR.

Podczas rozmowy w Nowym Jorku miały zostać poruszone najbardziej drażliwe tematy, w tym "los kontrolowanych przez Rosję terytoriów, których Ukraina może nigdy nie wyzwolić". Miała być to jednak tylko jedna z szeregu rozmów toczących się głównie między byłymi oficjelami z USA i "prominentnymi Rosjanami" bliskimi Kremla.

Spotkania te miały na celu utrzymać kanały komunikacji z Rosją oraz wybadać grunt pod potencjalne przyszłe negocjacje dotyczące pokoju. Wśród rozmówców była też była wiceszefowa Pentagonu Mary Beth Long. Według NBC doszło do nich za wiedzą, lecz nie z polecenia administracji Bidena. Uczestnicy rozmów z Ławrowem zdali z nich relację Białemu Domowi.

NBC News komentuje, że do spotkań dochodzi na tle sygnałów, że USA i ich sojusznicy chcieliby, by Rosja i Ukraina jesienią podjęły negocjacje po zakończeniu ukraińskiej kontrofensywy. Telewizja wskazuje m.in. na niedawne doniesienia o potajemnej wizycie szefa CIA Billa Burnsa w Kijowie, podczas której dyrektor agencji miał omawiać z prezydentem Ukrainy plany kontrofensywy i rozpoczęcia negocjacji z Rosją.

Uczestnicy rozmów z Ławrowem, Haass i Kupchan, opublikowali w kwietniu na łamach pisma "Foreign Affairs" artykuł, w którym wzywali do zwiększenia pomocy wojskowej Ukrainie, by zwiększyć szanse jej ofensywy, lecz jednocześnie do podjęcia rozmów pokojowych z Rosją po jej zakończeniu. Nakreślony przez nich scenariusz mówi o wprowadzeniu zawieszenia broni, które prawdopodobnie zamieniłoby wojnę w zamrożony konflikt, na kształt tego na Półwyspie Koreańskim.

Jak zaznacza NBC, choć nieoficjalne rozmowy z udziałem osób spoza władz — tzw. Track II diplomacy — mają długą historię i tradycję, to w kontekście wojny na Ukrainie wywołują podziały w środowisku ekspertów. Telewizja cytuje m.in. byłego ambasadora USA w Moskwie Michaela McFaula, który stwierdził, że wątpliwe jest, by można znaleźć po stronie rosyjskiej odpowiednich rozmówców mających dostęp do Putina. Dodał też, że prowadzenie takich rozmów podważa deklarację prezydenta Bidena: "nic o Ukrainie bez Ukrainy".

onet.pl

Przed napaścią na Ukrainę za dolara płacono w Rosji od 70 do 80 rubli, w pierwszych dniach wojny wybuchła panika i kurs dolara podskoczył nawet do 120 rubli, potem jednak interweniował rosyjski bank centralny, nakładając szereg restrykcji na rosyjskie banki. Do tego doszły sankcje w praktyce odcinające moskiewski rynek od reszty świata. W efekcie okazało się, że podaż rubla zniknęła, bo nie ma kto go sprzedawać, więc przez parę kolejnych miesięcy jego notowania w sposób sztuczny znacząco się umocniły. Od tamtej pory jednak bank centralny stopniowo wycofuje się z restrykcji, tak więc rubel znowu traci na wartości. W ostatnich dniach ten trend nabrał większego tempa i znów jesteśmy na poziomach, które widzieliśmy tylko w czasie paniki pierwszych dni wojny. Tyle że teraz żadnej paniki nie ma.

Wzrost kursu dolara powyżej 90 rubli przykuwa uwagę także dlatego, że niedawno jeden z rosyjskich wicepremierów mówił, że optymalny dla Rosji przedział notowań to 80 do 90 rubli za dolara. Wypowiedź ta nie musiała być szczera, chodziło w niej o przekonanie opinii publicznej o tym, że wcześniejsze osłabienie waluty z okolic 60 do 80 rubli za dolara wcale nie musi być złe dla rosyjskiej gospodarki. Teraz jednak kurs opuścił już przedział narysowany przez rosyjskiego polityka tą bardziej niepokojącą stroną.

Bloomberg cytuje analityków, którzy twierdzą, że za ostatnią słabością rubla mogą stać słabsze wpływy z eksportu ropy i gazu, ponieważ surowce te tanieją, a także być może w jakimś stopniu ucieczka kapitału z Rosji za granicę w reakcji na niedawny, krótkotrwały bunt Prigożyna.

Swoją drogą, w kontekście wojny ciekawe jest też to, że rosyjski rubel od miesięcy powoli, ale systematycznie traci nie tylko do amerykańskiego dolara, ale też do ukraińskiej hrywny.

businessinsider.com.pl

(...) siły ukraińskie rozpoczęły skoordynowaną serię ataków mających na celu degradację rosyjskiej logistyki i naziemnych linii komunikacyjnych (GLOC) w całym teatrze działań. Szef sztabu obrony Wielkiej Brytanii, admirał Sir Antony David Radakin, oświadczył 4 lipca, że ​​siły ukraińskie prowadzą operację „głodzenia, rozciągania i uderzania” sił rosyjskich w celu przełamania rosyjskich linii obronnych. Szeroko zakrojona seria uderzeń na rosyjskie GLOC i logistykę byłaby odpowiednim elementem takiej strategii i częściowo przypomina kampanię przechwytywania, jaką siły ukraińskie przeprowadziły w ramach kontrofensywy chersońskiej. ISW wcześniej oceniło, że siły ukraińskie wydają się skupiać na tworzeniu asymetrycznego gradientu wyniszczenia, który chroni ukraińską siłę roboczą kosztem wolniejszego tempa zdobyczy terytorialnych, jednocześnie stopniowo zużywając rosyjską siłę roboczą i sprzęt. Ewentualna kampania przechwytywania na Ukrainie wspierająca ten wysiłek miałaby kumulatywne skutki, a jej wyniki nie byłyby od razu widoczne.

(...)

Rosja może stawiać na pierwszym miejscu produkcję niektórych rodzajów uzbrojenia i sprzętu ze względu na ograniczenia rosyjskiej bazy przemysłowej przemysłu obronnego (DIB). Hromow poinformował, że Rosja może wyprodukować 100 pocisków w ciągu miesiąca, w tym do 10 pocisków Iskander, 30 pocisków Kalibr /wersja z morza/ i do 60 pocisków manewrujących. Hromow stwierdził, że Rosja jest w stanie utrzymać to tempo produkcji niektórych systemów uzbrojenia dzięki zintensyfikowanym całodobowym działaniom w wojskowych przedsiębiorstwach przemysłowych i unikaniu sankcji. Hromow stwierdził, że spółka akcyjna Grupy Kałasznikow, Zakłady Mechaniczne Iżewsk w Iżewsku w Republice Udmurckiej wyprodukowała masowo 900 dronów Lancet w bliżej nieokreślonym czasie, z czego 850 zostało już użytych przez siły rosyjskie na Ukrainie. (...) Rosyjscy blogerzy po raz kolejny zaczęli twierdzić, że siły rosyjskie borykają się obecnie z niedoborami amunicji artyleryjskiej w niektórych sektorach frontu na Ukrainie. (...) Nie jest jasne, dlaczego Rosja jest w stanie utrzymać produkcję bardziej złożonych systemów, które wymagają komponentów bardziej objętych zachodnimi sankcjami, takich jak pociski rakietowe, podczas gdy walczy o produkcję prostszych rodzajów sprzętu i amunicji. Rosyjscy urzędnicy mogą przedkładać produkcję pocisków i amunicji krążącej nad pojazdami opancerzonymi i pociskami artyleryjskimi, chociaż takie nadanie priorytetu nie powinno od razu ograniczać produkcji tych innych systemów i amunicji w normalnych warunkach. Możliwe, że wąskie gardła lub ograniczenia organizacyjne lub kapitał ludzki w rosyjskim DIB zmuszają rosyjskich urzędników do wyboru, które systemy i uzbrojenie mają być produkowane w tempie zbliżonym do tego, czego wymagają rosyjskie operacje na Ukrainie.

understandingwar.org

środa, 5 lipca 2023


Oprócz szumu pralki nie słychać prawie nic. Tylko ptaki ćwierkają radośnie w wysokich krzakach, a z oddali dobiega grzmot artylerii. Jest też świeżo zaparzona kawa na wygodnej ławce w autobusie, który został przerobiony na pralnię. Ukryty jest pod drzewami i zamaskowany długimi gałęziami. Mała idylla w środku wojny.

Żołnierze ukraińskiej 68. Brygady piorą tu swoje mundury, ale mogą też wziąć prysznic na tyle pojazdu. W warunkach polowych to rzadki luksus. — Z tego miejsca nie mogę dokładnie określić, gdzie strzelają działa — mówi po niemiecku dowódca kompanii Wołodymyr Roweński, po czym częstuje się czekoladowym ciastkiem.

46-letni inżynier przez długi czas mieszkał z rodziną w Niemczech, a później w Szwajcarii. Natychmiast po rozpoczęciu wojny w lutym 2022 r. wrócił do Ukrainy: — Pamiętam dobrze, byłem w elektrowni wodnej w górach, gdzie pracowałem, gdy dowiedziałem się o rosyjskiej inwazji, i od razu wyjechałem do Ukrainy.

Roweński jest dowódcą kompanii liczącej łącznie 100 ludzi. Na tym stanowisku nie jesteś predestynowany do tego, by stać się sławnym. Ale kapitan ukraińskiej armii i jego jednostka trafili na pierwsze strony gazet, ponieważ zaledwie kilka dni po rozpoczęciu kontrofensywy Kijowa w czerwcu i obrazach zniszczonych czołgów Leopard i pojazdów Bradley, Roweński i jego oddział nagle byli w stanie przekazać pozytywne wiadomości.

Bojownicy zdobyli bowiem Błahodatne, miejsce na granicy obwodów donieckiego i zaporoskiego. W tym rejonie kontratak rozpoczęła 35. Brygada Morska. — Nie jesteśmy jednostką przeznaczoną do ofensywy, jak 35. Brygada — wyjaśnia z uśmiechem Roweński. —Moja kompania powinna się zajmować tylko wsparciem.

Ostatecznie jednak żołnierze Roweńskiego nie osłaniali żadnej z flanek, ale stanęli w centrum ukraińskiego natarcia. — Podjęliśmy decyzję o zdobyciu Błahodatnego samodzielnie, bez konsultacji — wyjaśnia kapitan, który zaczyna dostrzegać siwe włosy wyrastające z jego pełnej czarnej brody. — Musieliśmy działać szybko, w przeciwnym razie Rosjanie by nas zaatakowali.

Główna bitwa trwała trzy dni, po czym cel został osiągnięty. — Wyzwoliliśmy miejscowość, a także zdobyliśmy rosyjski skład broni — mówi Roweński. W ręce ukraińskich żołnierzy wpadł ogromny skład min, karabinów maszynowych, pocisków moździerzowych i innej amunicji. Dowódca kompanii stracił w ataku ośmiu ludzi, a dwa z pięciu amerykańskich opancerzonych wozów bojowych Maxpro zostały zniszczone. Rosyjska armia użyła śmigłowców szturmowych i bomb szybujących, które bardzo precyzyjnie trafiły w cele.

— Kratery miały średnicę sześciu metrów i głębokość do pięciu metrów — relacjonuje dowódca kompanii, popijając filiżankę kawy. Mimo wszystko jednostka zrobiła ważny krok naprzód. Ukraińskie siły zbrojne były w stanie zająć inne miasta na tym odcinku frontu i odzyskać obszar o łącznej powierzchni 200 km kw.

Tymczasem Roweński i jego kompania wycofali się z obszaru ofensywy i powrócili w pobliże Wuhledaru. Tam 68. Brygada od miesięcy chroni linie obrony przed rosyjskimi atakami.

Kapitan nagle przerywa rozmowę, ponieważ musi odpowiedzieć na wiadomość radiową. — Rosjanie atakują jedną z naszych pozycji i muszę dokładnie wiedzieć, co się tam dzieje — mówi z przepraszającym spojrzeniem.

Samodzielny wysiłek Roweńskiego w Błahodatnem nie przyniósł żadnej nagany. Oficer zapewnia, że inicjatywa jest mile widziana w ukraińskiej armii, o ile istnieje realny plan i duża szansa na sukces. — Na wojnie musisz być elastyczny i być w stanie działać szybko — dodaje. Z wojskami rosyjskimi jest inaczej. Muszą mieć zatwierdzone wszystkie działania, a poza tym działają tylko na rozkaz przełożonych. To sprawia, że ich reakcja jest stosunkowo powolna.

— W Błahodatnem było dużo walk od domu do domu, co utrudniało użycie naszej własnej artylerii — mówi Roweński. — Musiała działać bardzo precyzyjnie, by nie trafić własnych żołnierzy.

Naprzeciwko kompanii Roweńskiego stała jednostka z niesławnego Sztorm-Z, specjalnych sił bojowych rosyjskiej armii, które rekrutowali skazańców i wysyłali ich do walki bez odpowiedniego przeszkolenia. Niektórzy z tych przestępców trafili do ukraińskiej niewoli.

— Ale większość wrogów została zabita i ranna — mówi Roweński, robiąc krótką pauzę. Widać, że jest dumny ze swojego sukcesu. Ale nie tyle z osobistej próżności, ile z powodów strategicznych. "Dla mnie osobiście nic się nie zmieniło, ale nasza udana operacja była częścią wojny na wyniszczenie — mówi. — Rosjanie muszą zastąpić żołnierzy nowymi, a także sprowadzić dodatkowe oddziały w celu zapewnienia bezpieczeństwa.

Akcja kompanii Roweńskiego pomogła odciążyć ukraińskie siły w Bachmucie, Zaporożu i innych sektorach frontu.

Oczywiście Roweński zdaje sobie sprawę z krytycznych komentarzy ze strony państw europejskich, sceptycyzmu wobec ukraińskiego kontrataku, który dla wielu obserwatorów postępuje zbyt wolno i w którym utracono już czołgi Leopard i inne systemy uzbrojenia z Zachodu. — Przełamanie pierwszej linii obrony jest najważniejsze i najtrudniejsze — wyjaśnia dowódca kompanii. — Tam jest najwięcej żołnierzy i są oni dobrze uzbrojeni.

Kolejne linie są już łatwiejsze do zdobycia. Ponadto mają przyczółek dla artylerii i nowych operacji. Roweński całkowicie zgadza się ze swoim głównodowodzącym, Wałerijem Załużnym, który niedawno powiedział, że łatwo jest oceniać działania ukraińskiej armii przed telewizorem.

Zdaniem Roweńskiego ukraińskie siły wciąż testują rosyjskie linie obronne, zmuszając je do przemieszczania wojsk i obserwując ich reakcje. — Po każdej bitwie analizujemy i wysyłamy wyniki do najwyższego dowództwa — mówi kapitan.

Z pewnością istnieją plany przebicia się gdzieś wzdłuż linii frontu. — Jednak prawdopodobnie dopiero za kilka tygodni lub miesięcy stanie się jasne, gdzie to będzie — uważa Roweński. Ukraina nie jest pod presją czasu: — Lato może być najlepszym czasem na atak, ale mamy czas do grudnia.

Niektórzy międzynarodowi eksperci wojskowi postrzegają Wuhłedar jako geograficzny punkt ciężkości nadchodzącej kontrofensywy Kijowa. Z tego górniczego miasta w obwodzie donieckim jest najkrótsza odległość między terytorium kontrolowanym przez Ukrainę a rosyjskim Mariupolem nad Morzem Azowskim. Atak na miasto portowe przerwałby most lądowy Rosji na Krym, a tym samym zniszczył jeden z ważnych celów wojennych Kremla.

— Nie chcę komentować tej możliwości — mówi ze śmiechem Roweński. — Trasa może być najkrótsza, ale na pewno nie najłatwiejsza.

Jego zdaniem rosyjskie fortyfikacje w regionie Wuhłedaru są jeszcze bardziej masywne niż te w Chersoniu i Zaporożu. — Oczywiście wszystko można zrobić. Pytanie tylko, za jaką cenę i czy warto.

onet.pl/Die Welt

wtorek, 4 lipca 2023


Pucz Jewgienija Prigożyna wywołał szok wśród rosyjskich elit. Łatwość, z jaką wagnerowcy opanowali Rostów na Donem i przemieszczali się w kierunku Moskwy, nie natrafiając na żaden poważny opór, wzbudziła wręcz objawy paniki. Niektórzy przedstawiciele elit polityczno-biznesowych, w tym prawdopodobnie prezydent Władimir Putin, w pośpiechu opuścili stolicę. Struktury siłowe zachowywały się biernie, co wynikało zapewne z braku wyraźnych rozkazów, a być może także z niechęci do ich wypełniania oraz niedostatku sił i środków mogących skutecznie stłumić bunt. Prigożyn nie spotkał się z oznakami poparcia ze strony elit federalnych, regionalnych czy struktur siłowych, które zachowały formalną, lecz pasywną lojalność wobec Kremla. Społeczeństwo również wykazało się biernością. Państwowa propaganda, choć zaskoczona wydarzeniami, szybko podjęła temat buntu, co potwierdza, że na Kremlu zdano sobie sprawę z tego, jak wrażliwa jest to kwestia. Przekonywano, że struktury siłowe, elity oraz społeczeństwo są przeciwne wystąpieniu Prigożyna i czynnie wspierają prezydenta. Aktorzy zewnętrzni z zaniepokojeniem śledzili rozwój sytuacji, obawiając się, że państwo rosyjskie utraci sterowność. Żaden z formalnych sojuszników Moskwy nie zaoferował jej czynnego wsparcia. Ograniczyli się oni do – często spóźnionego – poparcia werbalnego. Wpływ na ich postawy mogło mieć jednak szybkie zakończenie kryzysu.

Mimo swojej krótkotrwałości pucz Prigożyna wywołał poważny efekt polityczno-psychologiczny. Ten swoisty stress test wypadł negatywnie – ujawnił kruchość systemu putinowskiego, jego słabą zdolność do samoobrony oraz płytkość poparcia społeczeństwa i elit dla Putina, co podważyło legitymację jego rządów. Brakuje zatem przesłanek, by zakładać, że bunt został wyreżyserowany przez Kreml. Bezpośrednią konsekwencją wydarzeń będzie znaczący wzrost – i tak bardzo wysokiego – poczucia zagrożenia u Putina i części jego bliskich współpracowników. Towarzyszyć temu będzie brak zaufania do struktur cywilnych i siłowych w elitach i wśród obywateli. Aparat propagandowy spróbuje niwelować te skutki, prowadząc wzmożone działania mające na celu podkreślanie konsolidacji reżimu oraz wzmocnienie wizerunku Putina jako silnego i popularnego lidera. Prawdopodobnie dojdzie do punktowych represji i poszukiwań uczestników domniemanego spisku, a także do odsunięcia od pełnionych funkcji osób podejrzewanych o brak lojalności. Kroki te nie będą raczej mieć charakteru masowego, gdyż podważałoby to oficjalną narrację o utrzymującej się spójności i efektywności systemu. Stopniowo doprowadzi to do pogłębiania jego erozji, nasilenia niewydolności oraz demoralizacji jego członków i narastania napięć.

Przejściowo może wzrosnąć pokusa Kremla, aby podejmować agresywniejsze działania zewnętrzne. W tym kontekście istotnym czynnikiem może się okazać sytuacja na froncie ukraińskim. W przypadku dalszych sukcesów Kijowa w armii rosyjskiej mogą ujawnić się z czasem objawy rozprzężenia i demoralizacji. Pewną rolę może też odegrać postawa Zachodu, w tym jego gotowość do zwiększania wsparcia dla Ukrainy i nasilania presji na Rosję, co również będzie oddziaływać na nastroje w rosyjskiej elicie. W dłuższej perspektywie zaistniałe okoliczności mogą się stać bodźcem do przesilenia politycznego i gwałtownych roszad personalnych na szczytach władzy. To z kolei może – choć nie musi – prowadzić do głębszej zmiany systemowej i stworzyć szanse na wypracowanie przez Zachód mechanizmu skutecznego odstraszania Rosji od polityki agresji. I odwrotnie, osłabianie zachodniej presji na Moskwę w imię zachowania stabilności kraju i traktowanie Putina jako „mniejszego zła” w obawie, że potencjalni następcy okażą się jeszcze gorsi, będą sprzyjały konserwacji systemu, zniechęcając potencjalnych „buntowników” w rosyjskiej elicie do podejmowania prób zmiany sytuacji.

Bunt obnażył głęboki kryzys systemu oraz płytkość poparcia dla Putina i prowadzonej przez niego polityki. Ani w społeczeństwie, ani w elicie poparcie to nie przybiera form aktywnych i nie dotyczy większości. Wystąpienia prezydenta w trakcie wystąpienia wagnerowców i tuż po jego zakończeniu stanowiły niezgrabne próby ratowania twarzy w sytuacji, gdy lider okazał słabość i stracił zdolność wpływu na wydarzenia.

Nagłe opuszczenie Moskwy 24 czerwca przez sporą grupę osób z bliskiego otoczenia Putina demonstruje dezorientację elity polityczno-biznesowej oraz jej wątpliwości co do możliwości zapewnienia jej bezpieczeństwa przez Kreml i kontrolowane przez niego struktury siłowe. Pogłoski o wyjeździe prezydenta ze stolicy mogły wywołać szok zwłaszcza wśród tych, którzy zdecydowali się tam pozostać i szukali odpowiedzi na pytanie, jak chronione będą ich majątek i życie.

Dało się zauważyć wyraźną tendencję członków grupy rządzącej do wybierania „bezpiecznych” postaw i retoryki. Obok rytualnych zapewnień o lojalności wobec przywódcy mówili oni o „knowaniach wrogów” i „potrzebie jedności narodowej”. Zbieżność używanych sformułowań może świadczyć o przygotowaniu przez Kreml obowiązującego „przekazu dnia”. Wśród elity powstało wrażenie niepewności co do dalszego przebiegu wydarzeń. Należy zakładać, że jej członkowie nie byliby zdeterminowani do bronienia status quo, którego zachowanie przynosi straty zdecydowanej większości z nich.

Niemal wszyscy szefowie podmiotów federalnych opowiedzieli się po stronie Putina, publikując po jego orędziu komunikaty w tej sprawie. Z reguły utrzymane były one w podobnym tonie, co sugeruje pewną synchronizację działań. Brak własnej inicjatywy gubernatorów można tłumaczyć ich dezorientacją lub wydaniem przez władze centralne polecenia, aby wstrzymać się z reakcją do czasu oświadczenia prezydenta. Nie da się jednak wykluczyć pewnej dozy politycznego kunktatorstwa z ich strony – stąd być może zdawkowość niektórych komunikatów oraz zwłoka z ich ogłoszeniem. Zwiększenie środków bezpieczeństwa w oddalonych od wydarzeń regionach miało mieć najprawdopodobniej wydźwięk demonstracyjny, obliczony na uzyskanie aprobaty władz federalnych. W ten sam sposób można interpretować gesty poparcia gubernatorów dla sił zbrojnych po zakończeniu puczu.

Prigożyn nie mógł liczyć na poparcie szefów regionów. Przed 23 czerwca nie cieszył się ich zaufaniem, m.in. z uwagi na swoją antyelitarystyczną retorykę, a także konflikty interesów i zatargi personalne. Do grona jego otwartych przeciwników zaliczali się gubernatorzy obwodów biełgorodzkiego i swierdłowskiego oraz Petersburga. Kontakty z Grupą Wagnera i jej szefem utrzymywali natomiast lider Czeczenii Ramzan Kadyrow oraz szef obwodu kurskiego Roman Starowojt. Ich wyróżniającą się na tle innych jednoznacznie krytyczną postawę względem puczu traktować można więc jako próbę „odpokutowania” wcześniejszych kompromitujących koneksji z Prigożynem.

Rewolta Prigożyna ujawniła, że rosyjskie struktury bezpieczeństwa (FSB, MSW, Gwardia Narodowa) nie potrafią skutecznie zneutralizować zbrojnej rebelii. Ich bezczynność była spowodowana również brakiem konkretnych rozkazów co do sposobu reagowania. Duży wpływ na postawę bloku siłowego miał fakt, że dążący do zmian kadrowych w resorcie obrony Prigożyn pozostawał przez wiele miesięcy bezkarny i uchodził za osobę mającą bezpośrednie wsparcie Kremla. Nie podejmowano też żadnych działań na rzecz ukrócenia jego aktywności, ewidentnie szkodzącej zarówno wizerunkowi Sił Zbrojnych FR, jak i – poprzez podważanie sensowności operacji wojskowej na Ukrainie – samemu Kremlowi. Władze nie czyniły wcześniej zdecydowanych kroków, aby zmarginalizować szefa Grupy Wagnera, a kontrolowane przez niego oddziały zbrojne nie znajdowały się pod skutecznym nadzorem kontrwywiadu wojskowego FSB. Dopiero po wielu miesiącach resort obrony zdecydował się, za zgodą Putina, na odebranie Prigożynowi jego aktywów wojskowych. Nie opracowano przy tym planu jego ewentualnego aresztowania.

Bunt wagnerowców w umiarkowanym stopniu odbił się na rynkach. Przypadł na czas wolny od pracy, co ograniczyło skalę jego negatywnych konsekwencji. Reakcja społeczeństwa i inwestorów była typowa dla okresów wysokiej niepewności co do rozwoju sytuacji, z którymi Rosja mierzyła się już w ostatnich latach, np. po wybuchu pełnoskalowej wojny z Ukrainą. Zwiększył się m.in. popyt na gotówkę i waluty wymienialne, a także na towary spożywcze i leki. Biznes wycofywał się natomiast z inwestycji portfelowych w krajowe aktywa. Reakcje należy przy tym uznać za dość łagodne, co wynikało zapewne m.in. z ograniczonych możliwości finansowych (dochody obywateli utrzymują się na niskim poziomie), zgromadzenia już wcześniej zapasów, regularnego wymieniania oszczędności na waluty zachodnie i lokowania ich w zagranicznych bankach.

Duża nerwowość zapanowała wśród członków wielkiego biznesu. Część z nich, najprawdopodobniej w obawie o swoje bezpieczeństwo osobiste, zdecydowała się opuścić kraj lub wywieźć z niego członków swoich rodzin, aby przeczekać okres niepewności. Putinowskie elity biznesowe są świadome, że prawa własności mają w Rosji charakter umowny, a dotychczas gwarantował je prezydent. Dodatkowo znaczna część tej grupy to jedynie beneficjenci – a nie formalni właściciele – licznych aktywów zgromadzonych w kraju i za granicą. Stwarza to dla nich poważne zagrożenie, że w czasie niekontrolowanego procesu zmiany władzy na Kremlu mogą zostać pozbawieni większości majątków.

Decyzje głowy państwa z ostatnich lat, a przede wszystkim agresja zbrojna na Ukrainę uderzyły w interesy elit biznesowych, w tym w osoby z najbliższego otoczenia prezydenta. Nie tylko tracą oni dostęp do swoich aktywów zagranicznych i możliwości podróżowania po państwach zachodnich, lecz także w coraz większym stopniu muszą finansować agresywną politykę Putina ze środków własnych. Jedynie nieliczni mają przy tym szansę na częściowe zrekompensowanie ponoszonych strat, m.in. w postaci zamówień publicznych. Dotychczas akceptowali oni narzucone przez Kreml reguły gry w nadziei, że utrzymają swoje fortuny. Brak postępów na froncie, przenoszenie się działań wojennych na terytorium FR oraz bunt wagnerowców obnażyły jednak słabość struktur siłowych i ich ograniczone zdolności do zapewnienia porządku w kraju. Mimo że rewoltę Prigożyna udało się zdusić, to niebezpieczeństwo realnego zdestabilizowania w najbliższym czasie sytuacji w Rosji wzrosło. Stawia to pod znakiem zapytania lojalność biznesmenów wobec Kremla.

Aparat propagandowy podjął temat buntu natychmiast. Jego przebieg relacjonowano w głównych kanałach telewizyjnych, co wskazuje, że Kreml uznał ten temat za priorytetowy. Początkowe rozbieżności w narracji, dotyczące zwłaszcza kwestii ukarania Prigożyna oraz oceny konsekwencji wydarzeń dla kraju, to sygnał, że odpowiedzialni za przekaz propagandowy nie byli przygotowani na tego typu zdarzenie i musieli reagować na bieżąco, dostosowując go do wytycznych napływających z Kremla.

Główna linia narracyjna głosiła, że elity i społeczeństwo nie popierają i nigdy nie poprą buntu, który jest na rękę wrogom Rosji i może doprowadzić do wojny domowej. Aby utwierdzić odbiorców w przekonaniu o masowym poparciu dla Kremla na szczeblu politycznym i wśród obywateli, skrupulatnie informowano o deklaracjach lojalności względem Putina ze strony gubernatorów, polityków i propagandystów. Transmitowano też kolejne wystąpienia prezydenta, który podczas rebelii oraz tuż po jej zakończeniu pojawiał się w przestrzeni publicznej z bezprecedensową częstotliwością (wchodził przy tym w – stwarzający pozory spontaniczności – bezpośredni kontakt z narodem, czego wcześniej unikał).

Znamienne, że po wygaszeniu buntu propaganda zaczęła wysuwać na plan pierwszy śmierć kilkunastu żołnierzy (pilotów) w walce z puczystami, przedstawiając ją jako główny dowód na to, że służby stawiły im czynny opór. Znaczenie polityczne samej rewolty deprecjonowano, wskazując, że Prigożyna motywowały przede wszystkim jego osobiste ambicje i troska o zgromadzony majątek (pojawiały się nawet sugestie, że jest on chory psychicznie), a nie konflikt z Ministerstwem Obrony FR na tle nieefektywnego prowadzenia wojny.

Najważniejszym wnioskiem z wydarzeń wydaje się ten, że przebieg buntu dowiódł adekwatności ocen socjologów wskazujących na znaczny stopień bierności Rosjan. Wysokie poparcie dla Putina w sondażach, na które powołują się Kreml i propaganda, aby legitymizować podejmowane przez władze działania, to fikcja. Większość obywateli – szacowana w niezależnych badaniach na ok. 50–60% populacji – to bierna masa, niegotowa do jakiegokolwiek aktywnego zaangażowania w sferze politycznej.

Wystąpienie wagnerowców było testem, który pokazał, że w przypadku kolejnego puczu czy załamania się reżimu społeczeństwo nie stanie w obronie Kremla, lecz raczej milcząco zaakceptuje nowe uwarunkowania. Jak się wydaje, rządzący zdają sobie z tego sprawę i z tego powodu próbują forsować narrację o jeszcze większej konsolidacji Rosjan wokół władz, która w ich opinii stanowi efekt rewolty. W rzeczywistości bunt podważył jednak legitymację społeczną rządzących oraz samego Putina – unaocznił bowiem niezdolność państwa do reagowania kryzysowego oraz niewystarczającą kontrolę nad strukturami siłowymi. Naruszył przy tym budowany latami wizerunek prezydenta jako cieszącego się niezachwianym poparciem elit i ludności „cara”, co powodować będzie dalszą erozję społecznego poparcia dla reżimu i samego Putina.

Należy się spodziewać, że aparat propagandowy zbagatelizuje bunt Prigożyna oraz spróbuje odwracać jego niekorzystne efekty w sferze percepcji reżimu i Putina przez elity i obywateli. Celem władz jest bowiem wzmocnienie własnej, osłabionej na skutek rewolty pozycji w oczach Rosjan i ewentualne wykorzystanie wydarzeń do piętnowania wrogów (polityków, którzy okazali się nie dość lojalni, Zachodu, opozycji liberalnej). Propaganda nadal będzie się skupiała na eksploatowaniu następujących wątków:
  • dzięki mądrości Putina i sprawnemu działaniu całego aparatu bezpieczeństwa udało się uniknąć wojny domowej, na której skorzystaliby wrogowie,
  • oparciem dla lidera i gwarancją utrzymania suwerenności jest zjednoczony, świadomy zagrożeń naród – patriotyczny monolit,
  • najwyższą wartością pozostaje słynna putinowska stabilność, którą udało się ocalić.
„Wielką nieobecną” tej układanki jest rosyjska elita cywilna. Nie można wykluczyć, że w ramach „zagospodarowywania” najpopularniejszych prigożynowskich haseł to właśnie populistyczne porachunki ze skorumpowanymi politykami i biznesmenami posłużą do odbudowania wizerunku Putina w oczach narodu.

Nie oznacza to, że osób i grup odpowiedzialnych za blamaż aparatu bezpieczeństwa podczas buntu nie spotkają z czasem dotkliwe represje. Najpewniej zostaną one jednak starannie przygotowane i nie będą nagłaśniane, lecz przybiorą charakter punktowy. Stanie się tak z jednej strony po to, aby nie stwarzać w społeczeństwie wrażenia, że doszło do „sytuacji nadzwyczajnej”, z drugiej zaś – żeby nie antagonizować „ultrapatriotów”. Jak pokazał faktyczny brak reakcji struktur siłowych na rewoltę, frustracja i demoralizacja wywołane wojną rozprzestrzeniają się i upowszechniają także w grupach stanowiących dotychczas fundament putinizmu.

Podczas próby puczu gubernatorzy zademonstrowali lojalność i zachowali posłuszeństwo wobec władz federalnych. Należy się zatem spodziewać, że nie padną oni ofiarą ewentualnych represji. Związki szefów regionów z prezydentem mogą ulec dalszemu zacieśnieniu, lecz z uwagi na osłabienie pozycji Putina w systemie prawdopodobnie staną się one mniej asymetryczne niż przed buntem. W kontekście zaplanowanych na wrzesień wyborów 26 gubernatorów oraz członków 20 parlamentów regionalnych (w tym na anektowanych terytoriach ukraińskich), należy oczekiwać dalszych demonstracji poparcia dla głowy państwa ze strony władz regionów i zwiększenia nadzoru Kremla nad procesem wyborczym.

Trudno ocenić, jak rewolta wpłynie na sytuację w bloku siłowym. Obecna postawa Putina, który chce za wszelką cenę ratować wizerunek rzekomo efektywnego aparatu państwowego, tuszując jego pogłębiającą się dysfunkcjonalność, wyklucza szybkie zmiany kadrowe. Z tego względu Kreml nie zdecyduje się na publiczne wskazanie i napiętnowanie odpowiedzialnych za dopuszczenie do kryzysu – potwierdziłoby to bowiem zarzuty stawiane przez Prigożyna. Władze starają się przedstawiać pucz jako operację inspirowaną przez zachodnie służby specjalne, choć na razie nie podejmują kroków, aby ukarać „zdrajców” wśród jego zwolenników. Wprost przeciwnie, prezydent podkreśla dotychczasowe bohaterstwo wagnerowców na froncie. Umorzono też sprawę karną wszczętą przez FSB przeciwko ich przywódcy.

Zaniechanie represji wynika z obawy przed wywołaniem nastrojów antyputinowskich w radykalnych środowiskach wspierających wojnę. Niewykluczone, że w najbliższym czasie dojdzie do roszad kadrowych w Siłach Zbrojnych FR. Wiele wskazuje na to, że część generalicji przebywającej na zapleczu frontu podzielała poglądy Prigożyna i zachęcała go do kontynuowania buntu. Służby specjalne, wykorzystując coraz głębsze wątpliwości Putina co do lojalności elit politycznych i gospodarczych, mogą przeprowadzić „lustrację” ich postaw. Może to skutkować wyeliminowaniem z życia publicznego (np. poprzez ujawnienie materiałów kompromitujących) osób krytycznie oceniających skutki polityki władz.

Można się spodziewać, że wielki biznes, w większości nienastawiony entuzjastycznie do wojny z Ukrainą (jedynie nieliczni jego przedstawiciele otwarcie deklarowali poparcie dla agresji), zajmie się szukaniem sposobu na zapewnienie bezpieczeństwa sobie i swoim fortunom. W perspektywie krótkoterminowej będzie się zapewne starał dalej wyprowadzać aktywa za granicę (głównie do państw Zatoki Perskiej czy Turcji), zabezpieczając je w ten sposób przed nieprzewidywalnością ich statusu w kraju. W większości przypadków źródła tych aktywów są jednak nierozerwalnie związane z Rosją i opierają się na jej zasobach surowcowych. Oznacza to, że w średniej i długiej perspektywie chcący utrzymać nad nimi kontrolę członkowie elit będą zmuszeni pozostać w kraju i o nie walczyć (niekoniecznie fizycznie).

Lista niezadowolonych z polityki Putina rośnie i nie ogranicza się do biznesu. Atutem elity ekonomicznej są pieniądze, potrzebne zarówno przywódcy do utrzymania władzy, jak i ewentualnym nowym puczystom, którzy chcieliby przejąć rządy w państwie. Niemniej przy tak podzielonym i skonfliktowanym środowisku bardzo trudno będzie zbudować koalicję, która mogłaby wspólnie oddziaływać na Kreml i wymuszać reformy systemowe w kraju, ze zmianą na stanowisku prezydenta włącznie. Z perspektywy oligarchów, jeśli miałoby do takiego przesilenia dojść, to powinno ono być maksymalnie kontrolowane – nie tylko po to, by nie nastąpiło siłowe odebranie im własności, lecz także aby nie dopuścić do przerwania produkcji czy do zniszczeń w infrastrukturze eksportowej. Zdestabilizowałoby to bowiem zapewne rynki światowe i odbiło się rykoszetem na ukrytych za granicą majątkach tej grupy.

Poczucie zagrożenia w wąskim gronie rządzących może rodzić pokusę podejmowania agresywniejszych działań skierowanych na zewnątrz, zwłaszcza wobec Ukrainy i wybranych państw sąsiedzkich. Posunięcia takie miałyby zademonstrować, że Rosja nadal jest silna i należy się jej obawiać. Chodziłoby również o odstraszenie Zachodu od prób wykorzystania napięć wewnętrznych do zdestabilizowania reżimu. Taka postawa będzie jednak pociągać za sobą ryzyko wewnątrzpolityczne, gdyż może sprowokować kontrakcję w samej elicie, zaniepokojonej negatywnymi konsekwencjami takich kroków.

(...)

osw.waw.pl

W 2021 r. FACT dokonał najazdu na Czad. Nie byłoby to możliwe bez wiedzy i zgody Wagnerowców, a zatem de facto (choć nie ma na to dowodów) Rosji. W jego wyniku zginął prezydent Czadu Idriss Deby Itno, kluczowy sojusznik Francji w Sahelu, mający również spore wpływy w sąsiednim Sudanie oraz Republice Środkowoafrykańskiej. Tymczasem Rosja prowadziła już wówczas szeroko zakrojoną wojnę hybrydową w Sahelu przeciwko Francji. W 2017 r. ówczesny dyktator Sudanu Omar al-Baszir (obalony 2 lata później) ściągnął Wagnerowców, by razem ze stworzonymi z band darfurskich dżandżawidów Rapid Support Forces gen. Mohammada Hamdana "Hemetiego" Degalo tłumić protesty i zabezpieczyć się przed ewentualnym przewrotem. W zamian Wagnerowcy za pośrednictwem firmy Meroe, będącej częścią należącego do Prigożyna koncernu M Invest, przejęli kontrolę nad częścią zasobów złota, co pozwala Rosji na wywóz z Sudanu 30 ton tego kruszcu rocznie. Problem w tym, że w kwietniu wybuchła wojna domowa między Hemetim a szefem sudańskiej junty gen. Abdul Fattahem al-Burhanem. Rosja również tutaj nie może postawić wszystkiego na jedną kartę, zwłaszcza że sudańskie złoto odgrywa ogromną rolę w stabilizacji rubla osłabianego sankcjami.

Rosyjskie (a mówiąc bardziej precyzyjnie wagnerowskie) aktywa w Libii i Sudanie miały również posłużyć do dalszej ekspansji, w szczególności na związany z Francją Czad. Władzę tam sprawuje syn zabitego w 2021 r. prezydenta Mahamata Déby, który w 2013 r. dowodził siłami czadyjskimi walczącymi w Mali u boku Francuzów przeciwko dżihadystom. Dlatego Rosja od dawna stara się go usunąć, a kilka miesięcy temu Amerykanie ostrzegli go, że istnieje plan zabicia go przez Wagnerowców. Warto przy tym dodać, że Déby jest w konflikcie z RSF Hemetiego. Znów jednak Rosja nie może działać tu z otwartą przyłbicą, więc potrzebuje najemników.

Podobnie zresztą jest w Mali i Republice Środkowoafrykańskiej. W 2013 r. Mali zostało uratowane przed dżihadystycznym podbojem przez Francję, która dokonała tam interwencji w remach operacji Serval, przekształconej później w operację Barkhane. Jednocześnie stworzona została Grupa G5 składająca się z pięciu państw Sahelu walczących z dżihadystami. Oprócz Mali należały do niej Czad, Niger, Burkina Faso i Mauretania. Jednakże w sierpniu 2020 r. oraz maju 2021 r. doszło do dwóch puczów w Mali, których efektem było ściągnięcie do Mali Wagnerowców, a następnie opuszczenie tego kraju przez Francuzów, a w konsekwencji również inne kraje i misję pokojową ONZ.

W styczniu i wrześniu 2022 r. doszło również do dwóch przewrotów wojskowych w Burkina Faso, a jednym z powodów obalenia prezydenta Kabore, a następnie płk Damiby, była niechęć do pójścia śladami Mali i ściągnięcia Wagnerowców. W grudniu 2022 r. prezydent Ghany publicznie wyraził zaniepokojenie obecnością Wagnerowców w Burkina Faso, co spotkało się z ostrą reakcją tamtejszej junty, która oficjalnie nie potwierdza obecności Rosjan na swoim terenie. Warto też zwrócić uwagę na to, że przedstawiciele wojska Burkina Faso wzięli udział w dniach 19-23.06 w szkoleniu NATO Defence College "General, Flag Officer and Ambassadors' Course for Partners" (CGFOAC-P) w Nawakszut w Mauretanii. Jeśli Burkina Faso wciąż się waha co do pójścia drogą Mali, to bunt w Rosji nie zachęcił tego państwa do dokonania wyboru korzystnego dla Moskwy.

(...)

Kolejnym krajem, w którym Wagnerowcy są oficjalnie obecni, jest Republika Środkowoafrykańska, gdzie formacja ta "zabezpieczyła" na przełomie 2020 i 2021 r. reelekcję prezydenta Faustina Archange-Touadery. Jednocześnie w tym kraju doszło do najdalej posuniętej operacji propagandowej w ramach tworzenia pozytywnego wizerunku Rosji (a w szczególności Wagnerowców) i negatywnego wizerunku Zachodu. Przykładem jest np. film "Turysta" opowiadający o dzielnych Rosjanach ratujących ten afrykański kraj przed krwawymi rebeliantami oraz spiskującymi Europejczykami. Warto przy tym podkreślić, że Prigożyn i Wagnerowcy zajmowali się w Afryce nie tylko kwestiami stricte militarnymi, ale też w szerszym wymiarze wojną hybrydową, w tym działaniami psychologiczno-informacyjnymi, i to oni odpowiadają za tworzone tu farmy trolli. W ramach tych operacji, kierowanych zresztą nie tylko na całą Afrykę, ale także na Bliski Wschód, tworzony był wizerunek Putina jako silnego człowieka i zwycięzcy, przeciwstawiającego się byłym kolonialnym potęgom, których bogactwo pochodzi z ograbienia globalnego Południa. Bunt Wagnerowców stanowił zgrzyt w tym obrazie, a reakcje na niego oscylowały między niepokojem, wyczekiwaniem i wiarą, że jest to tylko jakiś genialny fortel Putina, a ostatecznie przegranym będzie Zachód.

Z drugiej strony bunt Wagnerowców stanowił pewien cios wizerunkowy dla Rosji, Putina i samych najemników, nawet jeśli efekt rebelii nie będzie widoczny od razu. Oczywiście dla większości państw korzystających z usług Wagnera jasne jest, że ich partnerem nie jest ta formacja czy jej właściciel, lecz Rosja i Putin. Władze RŚA powiedziały to zresztą wprost po buncie Prigożyna. W tym kontekście warto też zwrócić uwagę na pogubienie się Rosji w jej narracji na temat relacji między władzami tego kraju a Wagnerowcami. Putin w przemówieniu po puczu podkreślał, że Wagnerowcy byli finansowani z budżetu państwa. Następnie Ławrow zapewniał afrykańskich partnerów Rosji, że Wagnerowcy zostaną w tych państwach. Ale kilka dni później Rosja zreflektowała się, że taka narracja pozbawia ją tego, co było istotą użycia w Afryce Wagnerówców (a nie oficjalnej obecności), tj. elastyczności. Pieskow wrócił więc do wcześniejszej narracji, że Grupa Wagnera to prywatna firma, jej interesy w Afryce to jej prywatna sprawa, a Rosja nie ma nic z tym wspólnego.

defence24.pl


Na początku lipca znów zaczęła się nasilać intensywność walk w rejonie Bachmutu. Siły ukraińskie ponawiały ataki na południowy zachód od miasta i deklarowały osiągnięcie kolejnych postępów w kierunku zajmowanej przez wroga Kliszczijiwki. Na północny zachód od Bachmutu do natarcia przeszły wojska agresora, które uderzyły w kierunku kanału Doniec–Donbas pomiędzy autostradą M03 (Mińkiwka, Orichowo-Wasyliwka) a północno-wschodnimi obrzeżami Czasiw Jaru. Rosjanie podjęli także następne próby odepchnięcia obrońców od zachodnich obrzeży Bachmutu, a według ukraińskiego Sztabu Generalnego ponownie zaatakowali również po zachodniej stronie kanału Doniec–Donbas, na południowy zachód od miasta. Najeźdźcy kontynuowali też działania zaczepne na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego oraz na południowy zachód od Kreminnej – choć z mniejszym natężeniem niż w ostatniej dekadzie czerwca – jak również w rejonach Awdijiwki i Marjinki.

Ukraińcy ponawiali ataki na południowy zachód od Wełykiej Nowosiłki, wyrównując front pomiędzy Staromajorśkem w obwodzie donieckim a Pryjutnem w zaporoskim. Niepowodzeniem miały się natomiast zakończyć rosyjskie kontrataki w kierunku zajętego przez przeciwnika w poprzednim tygodniu Riwnopila. Kolejne próby natarcia sił ukraińskich na południe od Orichiwa, w kierunku wsi Robotyne i – po raz pierwszy – leżącej na zachód od niej wsi Kopani, a także opanowania miejscowości Pjatychatky (25 km na zachód od Orichiwa) nie przyniosły znaczniejszych rezultatów. 1 lipca Rosjanie zlikwidowali przyczółek przeciwnika u wylotu mostu Antoniwskiego na lewym brzegu Dniepru, lecz nie udało im się wyprzeć ukraińskich grup dywersyjno-rozpoznawczych z okolicznych wysepek ani przejąć pełnej kontroli nad wylotem mostu (ze względu na oddziaływanie artylerii z wyższego, prawego brzegu). W kolejnych dniach Ukraińcy podjęli próby odbudowy przyczółku, jednak przeprowadzone przez nich niewielkie desanty miały zostać odparte.

3 lipca wiceminister obrony Hanna Malar podsumowała osiągnięcia Sił Zbrojnych Ukrainy w ciągu minionego tygodnia. W działaniach ofensywnych na południu miały one zająć kolejne 28,4 km2, dzięki czemu obszar wyzwolony od 4 czerwca miał się zwiększyć do 158,4 km2. Z kolei w ramach tzw. poprawiania sytuacji taktycznej i wyrównywania linii frontu na wschodzie, głównie w rejonie Bachmutu, wojska miały opanować obszar o powierzchni 9 km2. Tego samego dnia Malar oraz dowódca Wojsk Lądowych generał Ołeksandr Syrski podkreślili, że w rejonie Bachmutu inicjatywę starają się przejąć obie strony – pozycje mają przechodzić z rąk do rąk nawet dwa razy na dobę, a ukraińskie postępy spowalnia zorganizowana w trzy linie umocnień obrona wroga. Według niego ponownie wzrosło zagrożenie rosyjskim uderzeniem w kierunku Czasiw Jaru. Dzień wcześniej rzecznik Wschodniego Zgrupowania Wojsk Sił Zbrojnych Ukrainy pułkownik Serhij Czerewaty poinformował, że w ciągu doby w okolicach Bachmutu doszło do 23 starć, a „okupanci stawiają zaciekły opór”. Dla porównania na dużo dłuższym odcinku frontu od Kupiańska do Łymanu do walk miało dojść dziesięciokrotnie. Z kolei według rzecznika Sił Obrony w ramach ukraińskiej ofensywy na kierunku taurydzkim na południu kraju miało w tym czasie miejsce 19 starć, a w rejonie Marjinki – 15.

3 lipca Czerewaty przedstawił dane na temat liczebności formacji agresora w strefie odpowiedzialności Wschodniego Zgrupowania Wojsk. Łącznie w obwodzie charkowskim, zachodniej części obwodu ługańskiego i w północno-wschodniej części obwodu donieckiego Rosjanie mają dysponować przeszło 180 tys. żołnierzy. Najsilniejsze zgrupowanie – ponad 120-tysięczne – ma operować na kierunku łymano-kupiańskim. 30 czerwca generał podał, że w rejonie Bachmutu siły wroga liczą do 50 tys. żołnierzy dysponujących ponad 300 czołgami, 330 systemami artylerii lufowej i 140 wieloprowadnicowymi wyrzutniami pocisków rakietowych. Oświadczył też, że w rejonie Bachmutu nie ma już wagnerowców.

Rosjanie skoncentrowali ataki rakietowe na bezpośrednim zapleczu frontu. Celami były m.in.: Serhijiwka na zachód od Kramatorska (30 czerwca), Komyszuwacha na południowy wschód od Zaporoża (2 lipca), leżąca na jego południowych obrzeżach hromada kuszuhumska (3 lipca), ponownie obrzeża Kramatorska i Pokrowsk w obwodzie donieckim (3 lipca) oraz Awdijiwka (4 lipca; na miasto miało spaść siedem pocisków). Według źródeł ukraińskich agresor miał wykorzystywać od 3 do 12 rakiet na dobę (2 lipca Dowództwo Sił Powietrznych deklarowało zestrzelenie trzech pocisków manewrujących Kalibr). Celami kolejnych ataków z użyciem dronów kamikadze Shahed-136/131 były Kijów (nocą 2 lipca obrońcy ogłosili zneutralizowanie wszystkich ośmiu dronów, a do szkód miało dojść w wyniku spadających odłamków), obwody kirowohradzki i chmielnicki (nocą 3 lipca zestrzelonych miało zostać 13 z 17 atakujących bezzałogowców) oraz obwody sumski, doniecki i zaporoski (3 lipca Ukraińcy oznajmili, że zniszczyli 16 z 22 maszyn). Do najpoważniejszych strat doszło w ataku na Sumy, do którego najeźdźcy użyli czterech dronów kamikadze – zginęło trzech cywilów, a 21 zostało rannych, trafiona została też lokalna siedziba SBU. Ponownie wzrosła intensywność rosyjskiego ostrzału prawobrzeżnej części obwodu chersońskiego, na którą codziennie miało spadać 400–500 wrogich pocisków.

(...)

Komentarz

W ciągu miesiąca walk siłom ukraińskim nie udało się osiągnąć pierwszej linii umocnień wroga na południu. W rejonie Wełykiej Nowosiłki na pograniczu obwodów donieckiego i zaporoskiego odnotowali jednak postępy, wchodząc do 8 km w głąb okupowanego terenu i odzyskując kontrolę nad siedmioma miejscowościami (z ośmiu deklarowanych; z miasta Pjatychatky na zachód od Orichiwa musieli się wycofać). Starcia wciąż trwają w tzw. pasie przesłaniania. Na głównym kierunku ukraińskiego uderzenia na południe od Orichiwa, skąd przez Tokmak biegnie najkrótsza droga do Melitopola i Berdiańska, wojskom ukraińskim nie udało się jednak wedrzeć w obszar kontrolowany przez Rosjan na więcej niż 1 km. Działania zbrojne ponownie weszły w fazę wojny pozycyjnej, a Ukraińcy atakują mniejszymi siłami, niż miało to miejsce w pierwszych tygodniach ofensywy (najwyżej kompanijnymi grupami taktycznymi). Mimo to należy przyjąć, że w dalszym ciągu nie wykluczają oni możliwości osiągnięcia pierwszej linii obrony przeciwnika i podjęcia próby przełamania jej zmasowanym atakiem z wykorzystaniem większej niż dotychczas części rezerw. W przypadku braku powodzenia ukraińska aktywność zapewne zmaleje po szczycie NATO w Wilnie (11–12 lipca), a obrońcy rozpoczną przygotowania do nowego uderzenia.

Aktywizacji Rosjan na wschodnim odcinku frontu – głównie w rejonie Bachmutu – nie można postrzegać jako próby przejścia do ofensywy. Podobnie jak w poprzednich miesiącach począwszy od grudnia ub.r., wpisuje się ona w ten sam schemat wykorzystywania słabszych miejsc w obronie przeciwnika i stopniowego przesuwania linii frontu. Jest wysoce prawdopodobne, że agresor nadal obawia się poniesienia dużych strat w wyposażeniu, w przypadku gdyby podjął poważniejszą próbę przełamania ukraińskiej obrony i rozwinięcia powodzenia za pomocą wprowadzenia w uzyskany wyłom zgrupowań pancernych i zmechanizowanych. Z informacji przekazywanych przez stronę ukraińską wynika bowiem, że najeźdźcy dysponują zgrupowaniem pozwalającym na podjęcie działań ofensywnych na dużo większą niż obecnie skalę.

(...)

osw.waw.pl