wtorek, 6 czerwca 2023


Pierwszy ukraiński atak miał miejsce w niedzielę, niemal dokładnie na granicy obwodów zaporoskiego i donieckiego. Gdzieś w rejonie pomiędzy wsiami Nowodariwka i Neskuczne. Według Rosjan był bardzo duży i miało w nim brać kilkadziesiąt czołgów oraz innych pojazdów opancerzonych. Oczywiście według ich relacji został odparty. W poniedziałek rano rosyjskie ministerstwo obrony opublikowało komunikat, według którego w nieudanym ataku Ukraińcy stracili 230 ludzi, 16 czołgów i 24 inne pojazdy opancerzone. Czyli katastrofa. Co więcej, szef Sztabu Generalnego generał Walerij Gierasimow, najważniejszy wojskowy Rosji, akurat idealnie był w okolicy i dowodził obroną z wysuniętego punktu dowodzenia.

Oczywiście tego rodzaju komunikaty należy traktować wyłącznie jako propagandę. Z dostępnych nagrań (jedno z rosyjskiego drona o koszmarnej jakości obrazu, na którym widać, że jakieś pojazdy są trafiane i dymią oraz drugie wykonane przez żołnierza po fakcie) wynika, że Ukraińcy zaatakowali siłami kilkunastu lekkich pojazdów opancerzonych, być może wspartych ogniem przez czołgi. Co najmniej cztery amerykańskie terenowe wozy opancerzone MaxxPro zostały porzucone, być może w wyniku uszkodzeń lub utknięcia w terenie. Dodatkowo jest nagranie pojedynku dwóch ukraińskich czołgów i trzech rosyjskich, pokazujące trafienie i zniszczenie jednego z tych ostatnich. Finał niedzielnych starć nie jest jasny. Ukraińcy na pewno ponieśli jakieś straty, jednak w poniedziałek pojawiają się już twierdzenia, że zajęli wieś Nowodariwka (choć Rosjanie już twierdzą, że ją odbili, zadając ciężkie straty przeciwnikowi, w tym polskim najemnikom).

Jednocześnie w poniedziałek rano zaczął się drugi ukraiński atak o podobnej skali, a być może nawet większy (mowa o około 30 pojazdach). Kilkanaście kilometrów na wschód od rejonu niedzielnych walk, w rejonie wsi Nowodonieckie. Według doniesień rosyjskich kanałów Ukraińcy przerwali pierwszą linię obrony i podeszli na granicę wsi. Pojawiają się też twierdzenia, że ją zajęli. Tak samo jak doniesienia o jakoby odbiciu przez Ukraińców Neskucznego i położonego nieco dalej na południe Storożewa. To wszystko obszar o kształcie koła o promieniu około 15 kilometrów ze środkiem w mieście Wełyka Nowosiłka, które było już wcześniej w ukraińskich rękach. Na południe od niego pozycje rosyjskie są wysunięte naprzód o około 15 kilometrów względem ogólnego przebiegu linii frontu w tym rejonie. Wygląda na to, że Ukraińcy zaczęli mocno naciskać tenże występ. Co do skutków to na razie tak naprawdę nie można być niczego pewnym. Informacje są skąpe i pochodzą głównie ze źródeł rosyjskich. Ukraińcy ewidentnie atakują na większą skalę niż dotychczas, ale nadal wygląda to raczej na sondowanie rosyjskiej obrony. Szukanie słabych punktów obrony przed rzuceniem do ataku głównych sił albo tworzenie wrażenia nadchodzącego poważnego uderzenia w fałszywym miejscu.

Jednocześnie Rosjanie donoszą o wzroście ukraińskiej aktywności w rejonie Bachmutu, głównie na północ od miasta aż do pobliskiego Sołedaru. Ma tam lub miał miejsce intensywny ostrzał artylerii w tym rejonie i jakieś ataki. Nie wiadomo jednak, czy to coś więcej niż przeprowadzane przez Ukraińców już od ponad miesiąca ograniczone szturmy na skrzydłach Bachmutu. Jak twierdzi Jewgienij Prigożyn, szef grupy Wagnera, która ma się właśnie wycofać z rejonu miasta, ukraińskie wojsko weszło do wsi Berchiwka. Oznaczałoby to posunięcie się naprzód o około 2,5 kilometra, co w realiach walk w rejonie Bachmutu jest poważnym osiągnięciem.

Twierdzenia Prigożina należy traktować jednak bardzo ostrożnie, ze względu na jego ostry konflikt z ministerstwem obrony i regularnym wojskiem. Nieustannie stara się przedstawiać te instytucje w jak najgorszym świetle. Teraz, wobec wycofywania grupy Wagnera z rejonu Bachmutu na pewno będzie dużo narzekał na to, jak to nieudolne wojsko marnuje osiągnięcia jego ludzi, okupione ciężką daniną krwi. Konflikt pomiędzy Rosjanami narósł do tego stopnia, że Prigożyn twierdzi, iż doszło do incydentu celowego zaminowania przez rosyjskie wojsko drogi, którą wycofują się jego ludzie.

W poniedziałek rano dodatkowo pojawiło się nagranie, mające przedstawiać podpułkownika regularnego wojska Romana Wenewtina, dowódcę 72. brygady walczącej w rejonie Bachmutu. Nosi wyraźne ślady bicia i wygląda na zastraszonego. Na ponaglenia głosu zza kamery mówi, że będąc pijanym, ostrzelał samochód grupy Wagnera, a dzień wcześniej pod groźbą broni rozbroił zespół dywersyjno-rozpoznawczy grupy Wagnera. Wszystko z powodu "osobistej niechęci" do organizacji. (...)

gazeta.pl

Oficjalne stanowisko Białego Domu od dawna jest takie, że USA będą pomagać Ukrainie "tak długo, jak będzie trzeba", będą wspomagać ukraińską kontrofensywę, a o warunkach przyszłego pokoju zdecydują sami Ukraińcy. Sekretarz stanu USA Antony Blinken wielokrotnie deklarował, że celem Waszyngtonu jest pomoc Ukrainie w odbiciu terytoriów zajętych przez Rosję po 24 lutego 2022 r. W tym zakresie nic się nie zmieniło.

Nieco inne scenariusze rozpatrują natomiast przedstawiciele liberalnych amerykańskich elit, związani z największymi ośrodkami intelektualnymi w kraju. Z racji tego, że nie wypowiadają się w imieniu administracji rządowej, mogą swobodnie prezentować różne, często bardziej kontrowersyjne pomysły dotyczące przyszłości wojny i Ukrainy.

Również takie, które są rozważane przez administrację Bidena, ale o których jej przedstawiciele na razie nie mogą lub nie chcą mówić publicznie.

W tekście opublikowanym w poniedziałek w "Foreign Affairs" Samuel Charap stwierdza, że ani Ukraina, ani Rosja nie mają zdolności, nawet przy wsparciu z zewnątrz, by odnieść zdecydowane zwycięstwo na polu bitwy. Dlatego uważa, że Biały Dom — oprócz dalszej pomocy militarnej i gospodarczej dla Kijowa — powinien wypracować dyplomatyczną strategię zakończenia wojny. Niemal dokładnie to samo, jeszcze w kwietniu, również na łamach "FA" postulowali Richard Haass i Charles Kupchan.

Wszystkie te trzy nazwiska należą do głównego nurtu amerykańskiej liberalnej elity — tej samej, z której wywodzi się prezydent Joe Biden i jego współpracownicy. Chociaż Charap, Kupchan i Haass nie należą do administracji Bidena, to zajmują ważne posady w największych amerykańskich think tankach. A ich koncepcje są reprezentatywne dla dużej części elit, które w Waszyngtonie zajmują się polityką zagraniczną.

Charap pisze o "wojnie, której nie da się wygrać", zaś Kupchan i Haass o poszukiwaniu drogi "od pola bitwy do stołu negocjacyjnego". Różnią się w szczegółach — Charap wątpi w polityczne znaczenie i wojskowy sukces ukraińskiej kontrofensywy, Kupchan i Haass woleliby jeszcze mocniej dozbroić Ukrainę, dać jej czas do jesieni i wtedy — gdy będą widoczne rezultaty kontrofensywy — sprawić, żeby zaczęła myśleć o rozwiązaniu dyplomatycznym. Zdaniem wszystkich trzech im dłużej będzie trwała wojna, tym trudniej będzie ją zakończyć. A w tym czasie Ukraina będzie ponosiła kolejne ofiary i będzie narażona na kolejne zniszczenia.

Dlatego przypominają, że USA już teraz muszą sformułować strategię zakończenia wojny. I to akurat nic dziwnego, bo rozmowy na temat powojennego ładu zazwyczaj toczą się w trakcie trwania działań wojennych. Tak było w trakcie wojen napoleońskich, czy też obu wojen światowych.

Należy zaznaczyć, że chodzi tu o zakończenie działań wojennych, a nie konfliktu, który doprowadził do rosyjskiej inwazji. Amerykańscy autorzy są zgodni, że tego konfliktu nie da się rozwiązać w przewidywalnej przyszłości i najpewniej trzeba będzie się pogodzić z jego istnieniem.

Dlatego za najlepsze rozwiązanie uważają tzw. scenariusz koreański, czyli porozumienie dotyczące jedynie zawieszenia broni. Jak zauważają, Korea Północna i Korea Południowa nadal teoretycznie są w stanie wojny, ale działania wojenne nie toczą się od wielu dekad.

"Najlepiej, gdyby zawieszenie broni utrzymało się, prowadząc do status quo na wzór panującego na Półwyspie Koreańskim, który pozostaje w dużej mierze stabilny mimo braku formalnego paktu pokojowego od 70 lat" — czytamy u Kupchana i Haassa. "Skoro rozmowy pokojowe będą potrzebne, ale porozumienie nie wchodzi w grę, to najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest zgoda na zawieszenie broni" — to z kolei Charap.

Zgodnie przyznają, że takie rozwiązanie nie byłoby optymalne, ale z pewnością lepsze niż przedłużające się działania wojenne. I nie dlatego, że chcą szybko zakończyć wojnę i oddać Rosji część Ukrainy, tylko dlatego, że poruszają się w realiach, gdzie wśród dostępnych opcji próżno szukać odzyskania wszystkich utraconych ziem przez Ukrainę.

W scenariuszu, który wyobrażają sobie amerykańscy autorzy, obie strony musiałyby odstąpić od linii kontaktu, powstałaby strefa zdemilitaryzowana, a na miejsce przyjechaliby obserwatorzy bądź siły ONZ.

Podobne rozwiązanie na niedawno zakończonym forum w Singapurze zaproponował minister obrony Indonezji, co spotkało się z jednoznacznie negatywną reakcją ukraińskiego ministra obrony. Ale fakt, że o takich scenariuszach myśli się nie tylko w państwach "globalnego południa", ale i w USA, powinien dawać do myślenia.

Dlatego proponują, by Biały Dom nadal dozbrajał i wspierał Ukrainę, oraz żeby zaproponował jej pakt bezpieczeństwa, który — w największym skrócie — sprawiałby, że Ukraina byłaby w stanie samodzielnie bronić się przed Rosją i otrzymywałaby regularne wsparcie od Zachodu. O takim rozwiązaniu od ponad pół roku mówi zresztą Departament Stanu i o podobnych gwarancjach mówi się w kontekście lipcowego szczytu NATO w Wilnie. Do tego Unia Europejska miałaby objąć Kijów długoterminowym wsparciem gospodarczym i nakreślić dokładną drogę Ukrainy do Wspólnoty. (...)

onet.pl

Pierwszy ostrzał Szebiekina, miasta położonego około 30 km od Biełgorodu i 6 km od granicy z Ukrainą, rozpoczął się w październiku 2022 r. Pocisk uderzył w centrum handlowe Galeria, zabijając dwie osoby i raniąc 14. Według rozmówców Bieregu w Szebiekinie już wtedy niektórzy mieszkańcy miasta myśleli o ucieczce.

Wśród nich była Aljona (imię zmienione ze względów bezpieczeństwa): po jesiennym ostrzale spakowała swoje rzeczy i wyjechała razem z rodzicami. Trzy dni później wrócili jednak w nadziei, że ostrzał ustanie.

— W pierwszych dniach ostrzału, kiedy nie był on jeszcze tak intensywny, ludzie chowali się w łazienkach, piwnicach, korytarzach z powodu [poczucia] niepewności — wspomina Aljona. — Ale stopniowo mieszkańcy przyzwyczaili się do tego. Zazwyczaj pociski trafiały w te same obszary. Czasami zdarzały się wyjątki, ale wszyscy wierzyli, że im się nic nie stanie.

Intensywność jesiennego ostrzału była jednak nieporównywalna z tym, co zaczęło się wiosną 2023 r., wyjaśnia Nikita, inny mieszkaniec Szebiekina: — Teraz walą co chwila, a kiedyś, przez dwa lub trzy tygodnie nie było ani jednego grzmotu, nic.

Ostrzał był postrzegany przez każdego inaczej. Sam Nikita mówi, że jego "uczucia i emocje" z powodu ataków wydają się "wyłączone": — Może ciało chce cię przed tym uchronić, żebyś się nie denerwował.

Rodzice Nikity — którzy również mieszkają w Szebiekinie — wręcz przeciwnie, byli bardzo zdenerwowani. — Przy każdym ostrzale dzwonili i pytali: "Wszystko w porządku, jesteś w domu? Zostań w domu, nigdzie nie idź!" — wspomina. Tak samo reagowali niektórzy przyjaciele i znajomi.

Stopniowo ostrzał miasta stawał się coraz częstszy. W maju 2023 r. władze Biełgorodu zgłosiły 130 ostrzałów. W kwietniu było ich 42, a wcześniej zwykle około dwóch tuzinów miesięcznie.

"Kiedy zaczęli mówić o ukraińskim kontrataku, napięcie wzrosło, a w ostatnich dniach wiosny zrobiło się już straszne — mówi Nikita.

Nowa, potężna seria ostrzałów rozpoczęła się 26 maja. Do 31 maja ludzie zaczęli masowo uciekać z miasta.

— O trzeciej nad ranem 31 maja obudził mnie dźwięk nadlatującego samolotu. Nigdy wcześniej nie słyszałem tak głośnego hałasu. Od razu pobiegłem na korytarz. Rano okazało się, że pocisk uderzył w centrum miasta — wspomina Aljona. W tym ataku cztery osoby zostały ranne.

Po tym wydarzeniu Aljona zdecydowała się wyjechać po raz drugi. Pakowanie odbyło się w pośpiechu. Ze względu na to, że nie wiedzieli jeszcze, gdzie będą mieszkać, musieli zostawić kota. Aljona miała nadzieję, że wróci po niego później.

Według mieszkańców, z którymi rozmawiał Biereg, nie było mowy o systematycznej ewakuacji zorganizowanej przez władze. Mieszkańcy uciekali się na własną rękę: autobusem, taksówką, samochodem sąsiadów. — Opuszczanie miasta jest zawsze przerażające, ponieważ pociski często trafiają w drogi — komentuje Aljona. — Ale pozostanie w mieście było jeszcze straszniejsze.

Wszyscy rozmówcy Bieregu, którzy opuścili miasto przed 1 czerwca, opuszczali Szebiekino przekonani, że wkrótce wrócą do domu, chociaż w niektórych obszarach bombardowania już uszkodziły infrastrukturę: domy często nie miały prądu ani wody, a usługi telefonii komórkowej były przerywane.

(...)

W nocy 1 czerwca miasto zostało ponownie ostrzelane. Podczas tych ataków akademik i budynek lokalnej administracji zostały częściowo zniszczone, osiem osób zostało rannych. Po tym wydarzeniu miejscowi uruchomili w mediach społecznościowych hashtag #SzebiekinoToRosja, mając nadzieję na zwrócenie uwagi federalnych mediów i urzędników na sytuację w mieście. Hasztag był umieszczany pod postami i zdjęciami pokazującymi następstwa ostrzału.

"Kto z szbk [Szebiekina] może powiedzieć, gdzie jest cicho?" — zapytał na jednym z lokalnych czatów mieszkaniec miasta, któremu udało się wyjechać na krótko przed nasileniem ostrzału. "Najciszej jest w Moskwie, to ich nie dotyczy" — odpowiedział mu inny mieszkaniec.

(...)

Ale wydostanie się z miasta było teraz trudniejsze niż w poprzednich dniach: transport publiczny stał, mieszkańcy pisali na czatach, że kierowcy boją się iść do pracy. Ci, którzy nie mieli własnych samochodów, liczyli na ewakuację, której władze regionalne nie ogłaszały.

— Cały czas bombardowali. Nie rozumiem, dlaczego w takiej sytuacji miasto nie zostało ewakuowane wcześniej — mówi Ilja. Jemu udało się wydostać z miasta dzięki wojsku — "jeździli po mieście i zbierali wszystkich".

(...)

Wyjazd do Szebiekina, nawet na krótką chwilę — na przykład po zwierzęta domowe, zapomniane rzeczy lub dokumenty — jest dziś dużym problemem: od wieczora 2 czerwca władze oficjalnie zamknęły dostęp do miasta, blokując drogi. Według rozmówców Beieregu wojsko niechętnie robi wyjątki nawet dla tych, którzy są gotowi podjąć wszelkie ryzyko — ale czasami porozumienie z nimi jest nadal możliwe.

Na przykład Jelena najpierw odwiozła swoje dzieci, a później wróciła do miasta, by zabrać starszego ojca i psa. Dla zwierzęcia dni spędzone pod ostrzałem były bardzo stresujące. — Ciągle wymiotuje, nie wiem, co z tym zrobić, szukamy lekarza — mówi.

Według niej po mieście chodzą szabrownicy: — Pracowałam w supermarkecie, nasze drzwi zostały wyłamane, na rynku splądrowano wszystkie sklepy z telefonami komórkowymi. W mieście panuje chaos.

Jelena mówi, że do końca nie mogła uwierzyć, że jej miasto może znaleźć się w takiej sytuacji. — Mieliśmy nadzieję, że będą nas chronić, choćby nawet wagnerowcy lub kadyrowcy... Ale nikt się nami nie przejmuje. Wcześniej wydawało się, że wojna jest gdzieś daleko, ale teraz nie wiemy, co robić — przyznaje. (...)

onet.pl

poniedziałek, 5 czerwca 2023


W optyce ChRL relacje z państwami Azji Środkowej mają istotne znaczenie gospodarcze (import gazu ziemnego z Turkmenistanu czy ropy z Kazachstanu) i w zakresie bezpieczeństwa (stabilizacja Afganistanu), a także stanowią ważny element rozwoju relacji z Rosją. Powstanie w 2001 r. Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW) miało usprawnić współdziałanie Rosji i Chin w regionie. Nierównowaga ich potencjałów spowodowała jednak nieefektywność SzOW dla realizacji chińskich interesów, w tym stabilizacji Azji Centralnej. Chiny, zdając sobie sprawę z ograniczeń w projekcji siły, akceptowały nieformalny podział obowiązków, w ramach którego odpowiadały za współpracę gospodarczą, zaś Rosja – za kwestie polityczne oraz ewentualne interwencje „stabilizacyjne”. Przykładem tej współpracy była interwencja w Kazachstanie w 2022 r.

Dla ChRL istotny był nie tylko wzrost eksportu do Azji Środkowej i importu surowców energetycznych, ale również wsparcie elit państw regionu w utrzymaniu władzy. Było ono realizowane m.in. poprzez projekty infrastrukturalne (np. budowę kazachskiego odcinka autostrady Lianyungang–Petersburg), a także wspólne ćwiczenia aparatu bezpieczeństwa i policji. W 2022 r. wymiana handlowa ChRL z Kazachstanem, Uzbekistanem, Kirgistanem, Tadżykistanem i Turkmenistanem była warta ponad 70 mld dol. (najwięcej w historii), a wartość chińskich inwestycji w ostatnich 30 latach wyniosła ponad 14 mld dol. W 2013 r. w Kazachstanie Xi Jinping ogłosił lądowy wymiar inicjatywy „Pasa i Szlaku”, w tym rozwój połączeń transportowych z UE. ChRL wykorzystywała również chaotyczne wycofanie USA z Afganistanu w 2021 r. do zaprezentowania w społeczności międzynarodowej własnego zaangażowania dyplomatycznego w Azji Środkowej jako czynnika stabilizującego.

Atak na Ukrainę skomplikował współpracę rosyjsko-chińską w SzOW, m.in. ze względu na wzrost obaw państw Azji Centralnej przed neoimperialną polityką Rosji, a także z powodu braku konsensusu w ramach Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Sceptycyzm państw regionu wobec działań Rosji i jej rosnąca zależność od ChRL stanowią szansę, aby Chiny wzmocniły obecność gospodarczą, polityczną i wojskową w Azji Środkowej, a także pozycję w społeczności międzynarodowej, m.in. dzięki uzyskaniu poparcia dla Globalnej Inicjatywy Rozwoju czy Globalnej Inicjatywy Bezpieczeństwa. Ważnym elementem są w tym kontekście deklaracje państw regionu o wsparciu dążenia ChRL do przejęcia Tajwanu. Sygnałem rosnących chińskich ambicji w Azji Środkowej była wypowiedź Xi podczas spotkania z Władimirem Putinem na szczycie SzOW w Samarkadzie w 2022 r., która dotyczyła konieczności uwzględniania przez Rosję chińskich interesów w regionie. Przed szczytem przewodniczący ChRL, podczas oficjalnych wizyt w Uzbekistanie i Kazachstanie, pierwszych po zniesieniu przez ChRL restrykcji pandemicznych, złożył też deklaracje wsparcia podmiotowości państw regionu. W styczniu 2022 r. stosunki Chin z Turkmenistanem zostały podniesione do rangi strategicznego partnerstwa. Zintensyfikowano również prace nad częścią zawieszonych chińskich inwestycji w regionie, w tym np. połączeniem kolejowym między Chinami, Kirgistanem i Uzbekistanem. Doszło też do aktywizacji w relacjach z Afganistanem (choć bez dyplomatycznego uznania rządu talibów), gdzie wizytę w marcu 2022 r. złożył ówczesny minister spraw zagranicznych Chin Wang Yi.

Szczyt Chiny – Azja Centralna (18–19 maja 20223r.) wzmocnił wizerunek ChRL jako aktywnego podmiotu w regionie. Zwiększył m.in. przekonanie przywódców państw Azji Środkowej, że Chiny wspierają ich suwerenność. Strona chińska nadała spotkaniu specjalną oprawę, nawiązując m.in. do tradycji Jedwabnego Szlaku. Zawarto rekordową liczbę ponad 80 porozumień, także przy okazji wizyt dwustronnych, które złożyli przywódcy większości państw uczestniczących w szczycie (oprócz Turkmenistanu). W wymiarze wielostronnym ustanowiono zasadę spotkań na najwyższym szczeblu jako mechanizmu regularnej komunikacji Chin z państwami regionu. Kolejny zjazd odbędzie się w 2025 r. w Kazachstanie. Prowadzone będą również rozmowy w sprawie dalszej instytucjonalizacji współpracy, tj. utworzenia sekretariatu Chiny – Azja Centralna (najpewniej w ramach MSZ ChRL). Chiny miały (zarówno na forum wielostronnym, jak i w ustaleniach dwustronnych) zaoferować regionowi wsparcie finansowe o wartości ponad 3 mld euro, zadeklarować przyśpieszenie współpracy w zakresie handlu elektronicznego, lotnictwa cywilnego i ułatwień celnych, a także uzyskać od Uzbekistanu zapewnienie utrzymania dostaw gazu. Istotną nowością było podkreślenie przez Xi potrzeby ściślejszej wielostronnej kooperacji w sferze bezpieczeństwa. Nie ujawniono szczegółów tej propozycji, ale będzie się ona zapewne koncentrować na wzmocnieniu współpracy organów policyjnych, w tym ćwiczeń antyterrorystycznych, które zostały zawieszone podczas pandemii. Na tematyce bezpieczeństwa szczególnie koncentrowały się komunikaty po spotkaniu Xi z przywódcami Kirgistanu i Tadżykistanu, w których zapowiedziano m.in. wspólne ćwiczenia wojskowe.

Deklaracje polityczne ze szczytu (w tym wspólne oświadczenie wszystkich uczestników) wskazują, że państwa Azji Środkowej akceptują chińskie koncepcje globalne, w tym GIR i GIB, a także popierają „pokojowe zjednoczenie” Tajwanu z ChRL, co wyraził wprost m.in. prezydent Kazachstanu. Chiny unikały antyamerykańskiej retoryki, a także odniesień do relacji z Rosją, nie chcąc prawdopodobnie stawiać uczestników szczytu – starających się prowadzić zbalansowaną politykę – w kłopotliwej pozycji. Nie poruszano również np. kwestii Sinciangu, gdzie dużą część osób prześladowanych przez ChRL stanowią Kazachowie i Tadżykowie. Współpraca w walce z Islamskim Ruchem Wschodniego Turkiestanu (regionalną organizacją separatystyczną) została wymieniona wprost jedynie w komunikacie po spotkaniu Xi z przywódcą Kirgistanu.  

Większa aktywność ChRL w rozwijaniu współpracy politycznej i bezpieczeństwa z państwami Azji Centralnej nie stanowi przełomu w chińskiej polityce zagranicznej, zwłaszcza w kontekście stosunków z Rosją. ChRL nadal traktuje je priorytetowo, ale próbuje wykorzystać słabość Rosji do zwiększenia własnego wpływu na sytuację w Azji Centralnej. W ocenie Chin Federacja Rosyjska nadal odgrywa istotną rolę w regionie (także z perspektywy państw Azji Środkowej), ale jej obecne problemy pozwalają tę pozycję stopniowo ograniczać. Efektem ma być również większa niezależność Chin od Rosji w kontekście stabilizowania sytuacji w regionie. Nie oznacza to jednak gotowości i woli ChRL do prowadzenia operacji stricte wojskowych (np. na rzecz utrzymania władzy przez obecnych przywódców), choć rozwój współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa może oznaczać dążenie do uzyskania takich możliwości.

Szczyt Chiny – Azja Centralna był także kolejnym elementem wzmacniania statusu ChRL w kontaktach z państwami rozwijającymi się, w tym pozyskiwania partnerów w sytuacji intensyfikacji rywalizacji z USA. Utworzenie stałego mechanizmu spotkań na najwyższym szczeblu będzie przedstawiane społeczności międzynarodowej jako stabilizacyjny efekt polityki Chin, także w kontekście trudnej sytuacji gospodarczej i społecznej w Afganistanie.

Z punktu widzenia UE działania Chin oznaczają konieczność przyśpieszenia realizacji inicjatyw rozwojowych zaplanowanych w Azji Centralnej. Mają one odciągać państwa regionu od współpracy z reżimami autorytarnymi, ale także stanowić element dywersyfikacji dostaw do UE surowców, metali ziem rzadkich itp. Może się to odbywać w ramach programu Global Gateway, którego częścią jest zarówno umowa (mapa drogowa) zawarta 18 maja br. przez KE w Kazachstanie, a dotycząca m.in. pozyskiwania metali ziem rzadkich, jak i projekt finansowania rozbudowy elektrowni wodnej w Tadżykistanie (zapora Rogun). Istotna jest intensyfikacja dialogu politycznego wzmacniającego poczucie bezpieczeństwa i suwerenność państw regionu, prowadzona w koordynacji z USA. W te działania należy w większym stopniu włączać powołanego w 2019 r. Specjalnego Przedstawiciela UE ds. Azji Środkowej. Elementem współpracy z USA powinna być również identyfikacja możliwych mechanizmów obchodzenia sankcji przez państwa regionu, prawdopodobnie przez podmioty współpracujące w tej sferze z ChRL. W zależności od konkretnych przypadków mogłoby to pociągnąć za sobą rozszerzenie sankcji na poszczególne podmioty z Azji Centralnej. Negatywne efekty tych działań powinny być równoważone przez przekaz koncentrujący się na zyskach ze współpracy gospodarczej z UE i ze wsparcia politycznego udzielanego przez nią państwom regionu, zachęcając je do zmniejszenia kooperacji z Rosją i Chinami.      

pism.pl

Chiny zbudowały swoją potęgę gospodarczą w oparciu o tak zwana dywidendę demograficzną, czyli duży udział ludności młodej, w wieku produkcyjnym, w populacji ogółem. Dzięki temu stały się fabryką świata. Teraz już tej korzystnej struktury demograficznej już nie mają, wręcz przeciwnie, zmagają się pierwszy lat od wielu dekad z kurczeniem się i starzeniem populacji. Ale taką korzystną strukturę demograficzną mają jeszcze Indie. Czy to jest coś, co ten kraj jest w stanie i chce wykorzystać, by stać się nową fabryką świata?

Indie są dziś tam, gdzie Chiny były 30 lat temu. Chcą pójść drogą Chin, czyli rozwinąć własny przemysł i eksportować na cały świat, a przede wszystkim stworzyć miejsca pracy. Dywidenda demograficzna rzeczywiście tam jest, ale łączy się z nią też parę problemów. Według szacunków, każdego roku na rynek pracy wchodzi tam 12 mln ludzi - i dla nich trzeba stworzyć miejsca pracy, bo inaczej będą bezużyteczni. Trzeba ich przygotować do zawodu, rozwijać pracochłonne sektory gospodarki. Do tej pory Indie się rozwijały w dużej mierze w oparciu o usługi, ale w usługach pracuje kilka milionów ludzi, rzesze młodych, aspirujących, nie znajdą tam pracy. Więc ta dywidenda demograficzna Indii może jeszcze okazać się bombą demograficzną. By ją wykorzystać, muszą wykształcić tych ludzi, ściągnąć inwestycje, rozwinąć przemysł, rozwiązać wąskie gardła biurokratyzacji i infrastruktury. W tym ostatnim przypadku działania już widać, Indie inwestują na potęgę w drogi, porty i koleje. Jest to jednak wyścig z czasem. Na razie mają młode społeczeństwo, średnia wieku wynosi tam 28 lat, ale to okienko demograficzne nie będzie trwało długo, zapewne około 20-30 lat.

A jak to się ma do zmian, które widzimy we współczesnym świecie, także tych dotyczących rynku pracy, jak automatyzacja? Czy jest jeszcze w ogóle sens, żeby walczyć o to, by być globalną fabryką?

I to jest kolejny problem. Ambicje i aspiracje Indii byłyby nawet do zrealizowania, gdyby nie to, że świat się mocno zmienił, wygląda inaczej niż 30 lat temu. Chiny załapały się na odpowiednią falę, były motorem globalizacji, kiedy kapitał podążał tam, gdzie było najtaniej. Czy da się powtórzyć chiński model takiego rozwoju? Z pewnością będzie trudniej. Pojawiły się nowe megatrendy - mówimy o deglobalizacji, powrocie protekcjonizmu. W handlu międzynarodowym będą pojawiać się bariery. Do tego dorzućmy zmiany technologiczne, jak automatyzacja, sztuczna inteligencja. Popyt na pracę fizycznych robotników w takiej skali jak obecnie będzie spadać.

Czy Indie jednak na razie nadal próbują skopiować ścieżkę chińską?

W największym stopniu, ciągle chcą zdążyć. Chcą tez skorzystać na tym, że świat zachodni ma teraz poważny problem z Chinami. Odkryliśmy, że jesteśmy od nich uzależnieni, nie podoba się nam to, jak ustawiają się wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę. W takim otoczeniu Indie wypinają swoją pierś i mówią: jesteśmy demokracją, nam można zaufać, bo jesteśmy tacy jak wy, więc jeśli chcecie dywersyfikować łańcuchy produkcji, to przyjdźcie do nas. To jest jednak jedyne państwo poza Chinami z tak ogromnym rynkiem wewnętrznym. To dlatego Indie są teraz bardzo aktywne w polityce międzynarodowej. Zabiegają o to, żeby ściągnąć do siebie jak najwięcej biznesu, międzynarodowych korporacji i firm z państw zaprzyjaźnionych, z innych państw demokratycznych.

(...)

Mówił Pan o tym, że zmienia się światowa gospodarka, mamy odejście od globalizacji, ale zmienia się także politycznie, w rozumieniu układu światowych sił. Centra polityczne światowe wyglądają teraz trochę inaczej. Czy pana zdaniem Indie mogą aspirować do takiej roli centrum koordynującego, łączącego państwa globalnego południa, krajów BRICS albo rywalizować o rolę takiego lidera z Chinami?

Ja bym wręcz postawił tezę, że w sensie geopolitycznym Indie są jednym z największych wygranych wojny w Ukrainie. Nie potępiając jasno Rosji, zostawiły sobie otwarte drzwi. Teraz na wyścigi jeżdżą do nich i przedstawiciele Rosji, i innych państw BRICS, i delegacje państw zachodnich. W czerwcu premier Modi uda się na wizytę państwową z pełnym ceremoniałem i kolacją u prezydenta Joe Bidena, był zaproszony na G7 do Japonii, potem witany z pompą w Australii. Objeżdża świat jako ktoś, na kogo wszyscy czekają i na kogo liczą. Dodatkowo Indie wzmocniły swoją pozycję wśród państw Globalnego Południa, zwłaszcza tych, które nie chciały wybierać między Rosją a Zachodem, które uważają, że to nie jest ich wojna. Ja bym postawił nawet drugą tezę, że Indie rywalizują z Chinami o przywództwo w Globalnym Południu. Co więcej myślę, że prowadzą w tej rywalizacji, choć mają mniej do zaoferowania w kontekście twardych argumentów.

Twardych argumentów, czyli pieniędzy. Nie wybudują kosztownego portu czy lotniska w Afryce jak Chińczycy.

Może i zbudują, ale jedno, a Chiny kilkanaście czy kilkadziesiąt. Zasoby indyjskie są dużo mniejsze, ale jednocześnie jest takie przeświadczenie, że jest to łagodna potęga, łagodne mocarstwo, które nic nie narzuca, za to jest rzecznikiem wspólnych interesów. Mają mniej do zaoferowania, ale nie są zagrożeniem. Teraz, w ramach G20 zwłaszcza, Indie cały czas mówią o tym że "są głosem pozbawionych głosu", że są reprezentantem interesów Globalnego Południa, a pamiętajmy, że to ponad 120 państw. Znamienna była majowa wizyta premiera Modiego w Papui Nowej Gwinei. Premier tego państwa witał go na lotnisku kłaniając się mu do stóp i dotykając jego stopy w geście bardzo znaczącym w hinduizmie i powiedział, że wita Modiego jako "lidera państw Globalnego Południa".

To jest sentyment, który w wielu miejscach na świecie Indie mają i który został wzmocniony po ich niezależnym stanowisku wobec wojny w Ukrainie. Dla wielu z tych państw najważniejsze teraz jest, żeby wojna się skończyła, żeby ceny żywności i energii się ustabilizowały i pieniądze rozwojowe płynęły do państw najbiedniejszych a nie do Europy na bezsensowny z ich perspektywy konflikt. To wszystko mówi Modi zabiegając o umorzenie długów krajów najbiedniejszych, o politykę klimatyczną, która będzie odpowiadała na wyzwania w tych państwach. Indie znajdują się na granicy dwóch światów: państwa bardzo zacofanego, rozwijającego się i miejscami biednego oraz mocarstwa globalnego, które może być mostem między aspiracjami, potrzebami i problemami najbiedniejszych a uchem najbogatszych. Wydaje mi się, że zwłaszcza w tym roku, gdy Indie sprawują prezydencję w G20, ich postrzeganie w wielu państwach stanie się bardziej pozytywne niż w odniesieniu do Chin. Długofalowo Indie mogą tę rywalizację z Chinami o pierwszeństwo w krajach Globalnego Południa wygrać, a mi się wydaje, że już wygrywają.

gazeta.pl

Zagraniczni korespondenci w ChRL – jeszcze ich trochę zostało – donoszą, że w całym kraju są odwoływane koncerty, festiwale, wernisaże i wszystkie imprezy rozrywkowe lub kulturalne na żywo. Powód jest zawsze podobny „wydarzenie zostało przełożone z nieprzewidzianych powodów” lub „siłę wyższą” na bliżej nieokreślony czas. To prawna formułka zwalniająca z odpowiedzialności w przypadku okoliczności poza kontrolą organizatora, ale w realiach rządów partii komunistycznej to także eufemizm dla wyższych czynników partyjno-rządowych.

Jednym z wyjaśnień jest skandal, w którym władze ukarały firmę produkcyjną Xiaoguo grzywną w wysokości około 275 mln RMB (2 mln USD) i zawiesiły jej występy w dwóch dużych miastach „na czas nieokreślony.” Powodem był żart komika Li Haoshi w poprzedni weekend z wojskowego sloganu Xi Jinping. Władze aresztowały później kobietę za obronę żartu komika, a jego samego  przed ostatnim weekendem. Formalnie, koncerty i inne wydarzenia masowe w ChRL muszą być wcześniej zatwierdzone przez lokalne biuro Ministerstwa Kultury i Turystyki, ale w przeszłości egzekwowanie przepisów nie było tak rygorystyczne i wiele koncertów odbyło się bez uprzedniej zgody. Sprawa Li Haoshi mogła wywołać popłoch wśród urzędników, którzy na wszelki wypadek odwołują imprezy, aby jeszcze raz wszystko sprawdzić.

Myślę jednak, że incydent z Li Haoshi co najwyżej przyśpieszył planowane od dłuższego czasu działania władz. Niektóre z odwołanych wydarzeń wydają się nieść niewielkie, jeżeli nie zerowe, ryzyko, że ktoś będzie robił na nich żarty z sekretarza generalnego KPCh czy czynił w ogóle jakiekolwiek aluzje polityczne. Jak podają agencje odwołano na przykład również zjazd kobiet-przedsiębiorców z branży technologicznej w Szanghaju lub koncert w Guangzhou japońskiego zespołu chóralnego Kissaquo inspirowanego buddyzmem. 15 maja Pekińskie Centrum LGBT ogłosiło zamknięcie, również powołując się na siłę wyższą. Pekin od dawna planował zwiększenie kontroli nad branżą rozrywkową czy sztuką wyższą. Pandemia, odwołując wszystkie imprezy w ogóle, pozwoliła odłożyć sprawę na później, ale teraz nadszedł czas działania dla aktywu partyjnego.

Moim zdaniem, KPCh i Xi Jinping przestali się zadowalać, że kultura masowa czy ta dla bardziej wybrednego odbiorcy1 nie porusza pewnych tematów. To za mało. Partia wraca do paradygmatu kultury socjalistycznej (z chińską charakterystyką), w którym twórcy mają być ideologicznym pasem transmisyjnym i kształtować nowego człowieka. Myślę, że niedługo będziemy mieli do czynienia już nie z listą tematów zakazanych, ale listą tematów dopuszczonych, polecanych przez partię komunistyczną.

zawielkimmurem.net

28 maja odbyła się druga tura wyborów prezydenckich w Turcji. Według cząstkowych wyników podanych przez Najwyższą Komisję Wyborczą (przeliczono ponad 99% głosów) wygrał je dotychczasowy przywódca Recep Tayyip Erdoğan, uzyskując 51,91% poparcia. Na jego rywala – popieranego przez szeroki sojusz opozycyjny Kemala Kılıçdaroğlu – zagłosowało 48,09% wyborców. Frekwencja była nieco niższa niż w pierwszej turze i wyniosła 84,22%. Poza pojedynczymi incydentami głosowanie i liczenie głosów przebiegło spokojnie. Wynik elekcji zaakceptowała opozycja.

Komentarz

Wybory stanowiły sprawdzian poparcia społecznego dla Erdoğana, rządzącego krajem nieprzerwanie od 2002 r. (najpierw jako premier, a potem głowa państwa). Ich stawką było zaś dalsze trwanie systemu, który przez te dwie dekady zbudował. Biorąc bowiem pod uwagę, w jak dużym stopniu dzisiejsza Turcja jest w wymiarach ustrojowym, politycznym, gospodarczym, biznesowym i tożsamościowym zrośnięta z osobą urzędującego prezydenta, należy uznać, że ewentualne odsunięcie go od władzy oznaczałoby nie tylko roszadę personalną, lecz także de facto zmianę systemu politycznego. Pomimo pojedynczych nieprawidłowości obie tury wyborów należy uznać za uczciwe pod względem prawdziwości wyników. Jednocześnie jednak były one z licznych względów bardzo nierówne. Obóz rządzący korzystał w kampanii ze wsparcia aparatu państwa i sprawuje niemal pełną kontrolę (bezpośrednią i pośrednią) nad krajową przestrzenią medialną. Od lat wykorzystuje też organy ścigania i sądownictwo do nękania i represjonowania przeciwników politycznych i krytyków (m.in. dziennikarzy, prawników, działaczy NGO i osób prywatnych).

Do elekcji doszło w warunkach kryzysu finansowego skutkującego postępującą pauperyzacją ludności, głębokiej polaryzacji społecznej oraz szoku po trzęsieniu ziemi z lutego br., w którym zginęło ponad 50 tys. osób. Okoliczności te negatywnie odbijały się na poziomie poparcia dla Erdoğana i sprawiały, że jego konkurent dominował w części sondaży przedwyborczych. Tym samym realnym scenariuszem wydawało się zwycięstwo opozycji po raz pierwszy od 20 lat. Wybory 14 maja (parlamentarne i pierwsza tura prezydenckich) wyraźnie wygrane przez partię rządzącą i Erdoğana pokazały jednak, że notowania opozycji znacznie przeszacowano. Gorszy od oczekiwanego rezultat przełożył się zaś na wyraźny spadek morale po tej stronie sceny politycznej, a w konsekwencji – na demobilizację części jej elektoratu. Dotyczyło to w pierwszej kolejności Kurdów, dodatkowo zniechęconych tym, że Kılıçdaroğlu sięgnął przed drugą turą po ostrą retorykę nacjonalistyczną i antyuchodźczą.

Zwycięstwo prezydenta należy uznać za jego duży sukces, choć osiągnął on wyraźnie gorszy wynik niż w poprzednich wyborach w 2018 r. (wówczas już w pierwszej turze zdobył 52,6% głosów). Rezultat ten potwierdza po raz kolejny, że pomimo ogromnego elektoratu negatywnego i narastających trudności finansowych Erdoğan pozostaje politykiem bezalternatywnym. Swoje zwycięstwo zawdzięcza on splotowi kilku czynników. Po pierwsze strukturalnym przewagom nad opozycją. Po drugie temu, że dla znacznej części elektoratu głosowanie na niego ma znaczenie tożsamościowe, a zatem jest w dużej mierze niezależne od aktualnej sytuacji wewnętrznej. Po trzecie zaś umiejętnemu dyskontowaniu rzeczywistych osiągnięć 20 lat rządów oraz konsekwentnemu delegitymizowaniu opozycji (m.in. oskarżaniu jej o powiązania z kurdyjskimi terrorystami).

Za sukces opozycji należy uznać sam fakt wystawienia wspólnego kandydata (mimo dzielących ją głębokich różnic) oraz nawiązanie przez niego równorzędnej walki z Erdoğanem. Kılıçdaroğlu prowadził dynamiczną kampanię i w wielu aspektach celnie punktował obecnego prezydenta i obóz rządzący. Elekcja po raz kolejny zakończyła się jednak porażką opozycji. Dla samego Kılıçdaroğlu były to już piąte przegrane wybory parlamentarne i drugie prezydenckie, odkąd w 2010 r. objął kierownictwo największej siły opozycyjnej – Republikańskiej Partii Ludowej (CHP). Wydaje się, że bez zasadniczych zmian personalnych i programowych w tym obozie jego szanse na sukces wyborczy pozostaną mało realne także w przyszłości. Trzeba się zatem spodziewać, że rola Kılıçdaroğlu jako lidera opozycji zostanie zakwestionowana.

Wyraźne zwycięstwo obozu rządzącego zarówno w wyborach parlamentarnych 14 maja, jak i prezydenckich, jak również pierwsze wypowiedzi Erdoğana po ogłoszeniu wyników wskazują przede wszystkim na zamiar kontynuowania dotychczasowej polityki w większości obszarów. Zarazem, zapewniwszy sobie władzę na następną kadencję, prezydent będzie jednak musiał skonfrontować się z kilkoma poważnymi wyzwaniami. W pierwszej kolejności chodzi o kryzys finansowy wynikający w dużej mierze z prowadzonej polityki monetarnej (celowego utrzymywania niskich stóp procentowych) oraz niedoboru rezerw walutowych, sukcesywnie zużywanych na (nieskuteczne) podtrzymywanie kursu liry. Drugi problem to zmęczenie społeczeństwa obecnością na terenie kraju syryjskich uchodźców – ponad 3,5 mln osób. Dążąc do jego rozwiązania (a przynajmniej do zademonstrowania obywatelom takiej woli), władze będą kontynuowały proces normalizacji stosunków z Syrią oraz dialog w tej sprawie z Moskwą i Teheranem. Jednocześnie wydaje się, że w odniesieniu do USA, UE, rozszerzenia NATO czy wojny na Ukrainie stanowisko Turcji raczej nie ulegnie znaczącej zmianie.

osw.waw.pl

niedziela, 4 czerwca 2023


Od początku maja Rosja w coraz większym stopniu oddaje inicjatywę w konflikcie i reaguje na działania Ukrainy, zamiast aktywnie realizować własne cele wojenne - oceniło w środę brytyjskie ministerstwo obrony.

W codziennej aktualizacji wywiadowczej wskazano, że w maju Rosja przeprowadziła 20 nocnych ataków na terytorium Ukrainy przy użyciu jednokierunkowych dronów oraz pocisków manewrujących, ale odniosła niewielki sukces w realizacji swoich celów, którymi były prawdopodobnie zneutralizowanie ulepszonej obrony powietrznej Ukrainy i zniszczenie ukraińskich sił mających przeprowadzić kontratak. Z kolei na lądzie przesunęła siły bezpieczeństwa, aby zareagować na ataki partyzanckie w zachodniej Rosji.

Jak dodano, na poziomie operacyjnym rosyjscy dowódcy prawdopodobnie próbują wygenerować siły rezerwowe i rozmieścić je tam, gdzie ich zdaniem nastąpi ukraiński kontratak, ale plan ten został osłabiony przez konieczność wysłania dodatkowych sił w celu wypełnienia luk na linii frontu wokół Bachmutu.

(...)

Wzmożenie rosyjskich ataków na Kijów przy użyciu dronów i pocisków balistycznych sugeruje, że u Władimira Putina emocje przeważają nad strategią militarną, a więc popełnia te same błędy, co Adolf Hitler - ocenił w sobotę w stacji Sky News brytyjski analityk wojskowy Sean Bell.

"Putin nie przeszedł żadnego szkolenia wojskowego, więc strategia, doktryna i główny wysiłek nie są zwrotami, które do niego przemawiają. Zamiast tego kieruje się symboliką - Bachmut miał ograniczoną wartość militarną, ale Putin chciał odnieść sukces na majowe obchody Dnia Zwycięstwa. Podobnie chce ukarać prezydenta Wołodymyra Zełenskiego za jego śmiałość w walce, ale podobnie jak z Hitlerem i bitwą o Wielką Brytanię, Putin pozwala, by emocje wzięły górę nad strategią wojskową" - ocenił Bell.

"Fale ataków rakietowych na Kijów nie przynoszą żadnych korzyści militarnych i nie przyczyniają się do osiągnięcia celów wojennych Rosji; są to po prostu działania sfrustrowanego przywódcy, który stara się wyładować złość na swoim nieustępliwym przeciwniku. Ten brak bezwzględnego skupienia się na celach wojskowych jest krytyczną słabością rosyjskiej machiny wojskowej, a wykorzystania tego możemy się spodziewać w nadchodzących miesiącach" - podsumował.

(...)

Deputowany rosyjskiego parlamentu przypomniał, iż oficjalnie oświadczono, że Rosja zamierza osiągnąć "denazyfikację, demilitaryzację i neutralność Ukrainy" oraz "chronić" mieszkańców samozwańczych Republik Ludowych Donieckiej i Ługańskiej.

Zatulin powiedział: "w którym z tych punktów osiągnęliśmy rezultat? W żadnym. Co więcej, niektóre z nich przestały mieć jakikolwiek sens. Na przykład neutralność Ukrainy. Jaki jest sens wysuwania tego żądania? W tej chwili żaden. Ukraina, jeśli nadal będzie istnieć, nie będzie neutralna."

Zatulin uważa, że przy obecnym wsparciu Zachodu Rosja nie będzie w stanie przejąć Ukrainy. Poglądy deputowanego znacznie odbiegają od oficjalnej narracji Putina.

"Pytanie brzmi: czy Ukraina pod przywództwem Zełenskiego lub jego następców przetrwa po zakończeniu tego wszystkiego, co teraz się dzieje, czy nie? Pozostanie, ponieważ tak naprawdę nie ma wystarczającej siły, aby ją pokonać, przy wsparciu, jakie otrzymuje" — stwierdził Zatulin.

Według niego, chociaż rosyjskie przywództwo nie komentuje tej kwestii, "daje jasno do zrozumienia", że jest świadome sytuacji.

onet.pl

sobota, 3 czerwca 2023


Stosunki Tbilisi i Moskwy przez lata pozostawały napięte. Zwycięstwo rewolucji róż w 2003 roku doprowadziło do zmiany orientacji politycznej Gruzji. Prezydent Micheil Saakaszwili prowadził zdecydowanie prozachodnią politykę, co Rosji oczywiście musiało się nie podobać. W 2006 roku Moskwa wprowadziła sankcje ekonomiczne zakazując importu wina i wody Borżomi. Dwa lata później Rosjanie zaatakowali Gruzję. Był to pierwszy przypadek, gdy Moskwa otwarcie interweniowała zbrojnie w państwie byłego Związku Radzieckiego. Dojście do władzy Gruzińskiego Marzenia w 2012 roku zmieniło politykę Tbilisi, która przestała być antyrosyjska – będąc oficjalnie nadal prozachodnią.

Po rozpoczęciu przez Rosję otwartej inwazji na Ukrainę Gruzja nie wprowadziła sankcji utrzymując – a nawet rozwijając – stosunki gospodarcze z Rosją. W maju tego roku jeszcze bardziej je zacieśniła po tym, jak Władimir Putin zniósł wizy dla Gruzinów (wprowadził je jeszcze jako premier w 1999 roku) i zgodził się na wznowienie bezpośrednich połączeń lotniczych między obydwoma państwami (zawieszone przez Putina w 2019 roku), na co Tbilisi chętnie przystało. Linie Georgian Airways zapowiedziały niedawno, że zapewnią Rosjanom połączenia tranzytowe do państw Unii Europejskiej.

Gruzja stała się dla Rosji jednym z państw, przez które prowadzony jest import równoległy. Na przykład wartość reeksportu samochodów z Gruzji w Rosji wzrosła w zeszłym roku czterokrotnie – do 45,7 miliona dolarów. Odpowiednik polskiego GUS, czyli Sakstat, poinformował, że obroty między Gruzją a Rosją w styczniu osiągnęły wartość 263,6 miliona dolarów. W ten sposób wyprzedziły dotychczasowego lidera – Turcję (196,1 mln USD).

W zeszłym roku z Rosji Gruzja otrzymała 3,6 miliarda dolarów dochodów z przekazów pieniężnych, turystyki i eksportu towarów. To 3 razy więcej niż rok wcześniej.

Od stycznia do grudnia 2022 roku z Rosji przelano do Gruzji ponad 2 miliardy dolarów. Połowę z nich w okresie od września do grudnia, gdy Rosjanie uciekali z kraju obawiając się branki na front.

Same obroty handlowe wzrosły o połowę (do 2,5 miliarda dolarów w 2022 roku, o 52 procent więcej niż rok wcześniej). Władze w Tbilisi szacują, że wznowienie połączeń lotniczych z Rosją da dodatkowe 300-400 mln dochodów w turystyce.

Kraj też może pochwalić się znacznym wzrostem PKB. W zeszłym roku o 10 procent. Wcześniej, przed 24 lutego 2022 roku, Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewidywał wzrost o 5,9 procent. Czyli te dodatkowe 4 punkty procentowe to efekt wojny, a raczej tego, jak Tbilisi umie ją wykorzystać do własnych celów.

Ma na to także wpływ ogromna liczba, szacowana na ponad 50 tysięcy, uciekinierów przed mobilizacją z Rosji, którzy osiedli w Gruzji zwiększając popyt na różnego rodzaju towary, w tym te z wyższej półki, przy okazji zapełniając portfele Gruzinom, którzy wynajmują im mieszkania. Ceny wynajmu w Tbilisi wzrosły o 75 procent.

Agencja Armenpress poinformowała też ostatnio, że wznowiono morskie przewozy towarowe na linii Batumi – Noworosyjsk. Tbilisi twierdzi jednak, że były tylko dwa takie rejsy i nie mają one charakteru regularnego. Pojawiły się też informacje, że Moskwa chciałaby wznowić połączenia kolejowe przez formalnie należącą do Gruzji Abchazję, która ogłosiła niepodległość w latach ‘90 i jest w pełni kontrolowana przez Moskwę.

Jak widać Rosja stara się wykorzystać sytuację i przekonać gruzińskie władze, że to świetny moment do robienia interesów. Jednocześnie ma to efekt polityczny, ponieważ swojego oburzenia nie kryją Stany Zjednoczone i Unia Europejska. Co ciekawe, aż 87 procent Gruzinów uważa, że głównym zagrożeniem dla nich jest Rosja. Jak można zrozumieć ze wskaźników ekonomicznych, nie przeszkadza im to robić z Moskwą interesów – wzmacniając rosyjską gospodarkę, a tym samym zagrożenie dla siebie.

belsat.eu

piątek, 2 czerwca 2023


Dzieci wykradzione z Ukrainy są potrzebne Rosjanom nie tylko ze względów propagandowych i demograficznych, związanych ze spadkiem liczby urodzeń w kraju. Rodziny, które decydują się przyjąć ukraińskie dziecko, mogą na tym dobrze zarobić. Dlatego skala tego procederu zwiększa się z każdym kolejnym miesiącem, szczególnie od początku 2023 roku - poinformowały opozycyjne rosyjskie media. Jednym z jaskrawych przykładów "deportacji w celach zarobkowych" jest historia 15-letniej Aliny z Chersonia. Podczas okupacji tego miasta przez rosyjskie wojska dziewczyna nasłuchała się historii o rzekomych zbrodniach popełnianych przez Ukraińców na osobach współpracujących z okupantami. Dlatego przed wyzwoleniem Chersonia wystraszona Alina zgodziła się wyjechać wraz z "przybraną mamą" do Rosji. Kolaborantka otrzymała tam za to mieszkanie i dodatkowe gratyfikacje finansowe - czytamy na kanale Możem Objasnit'. Jak dodano, nierzadko zdarza się, że ukraińskie dzieci trafiają do rodzin dysfunkcyjnych, w których nadużywa się alkoholu, a przemoc jest na porządku dziennym. Taka rodzina przyjęła na wychowanie ucznia ze zniszczonego przez Rosjan Mariupola. Przybrani "rodzice" przepijali nagrody finansowe od państwa, dziecko głodowało, a lokalne okupacyjne władze "nie widziały w tym problemu".

PAP

Wbrew oczekiwaniom rosyjskich władz ich armia nie była w stanie błyskawicznie podporządkować sobie Kijowa. Ukraina była za to zdolna zmęczyć przeciwnika i zgromadzić zasoby — nie tylko te materialne. Dzięki temu ma teraz dwie obiecujące możliwości przeprowadzenia kontrofensywy — i niedocenioną przewagę, która może zmusić Rosję do odwrotu.

W wojnie konwencjonalnej każda ze stron dąży do utrzymania i — jeśli to możliwe — zwiększenia swojej rezerwy operacyjnej — czyli sumy wyszkolonych i wyposażonych jednostek bojowych, które nie biorą udziału w walce. Tylko z nią można bowiem podejmować strategiczne decyzje — albo zachować siły gotowe do stawienia czoła spodziewanej ofensywie wroga, albo rozpocząć kontrofensywę w celu odepchnięcia go, albo — co jeszcze lepsze — przełamać front przeciwnika i okrążyć jego siły.

Poprzez serię takich ofensywnych okrążeń Armia Czerwona odepchnęła Niemców od Stalingradu do Berlina. Alianci zrobili to samo na znacznie mniejszą skalę po lądowaniu w Normandii w 1944 r. Podobnie mogą teraz zareagować Ukraińcy.

Oczywiście, dopóki nie zostanie utworzona rezerwa operacyjna i nie można rozpocząć ofensywy, wojska znajdujące się na pierwszej linii są absolutnie niezbędne — czy to do stawiania oporu nacierającemu wrogowi, czy do nieprzerwanego atakowania przeciwnika, tak, aby nie mógł wycofać oddziałów liniowych w celu utworzenia własnej rezerwy operacyjnej.

Żołnierze na pierwszej linii mogą jednak walczyć tylko na wyniszczenie — tak jak w czasie I wojny światowej — zabijając i raniąc oddziały wroga znajdujące się przed nimi. A jeśli cała wojna prowadzona jest tylko w ten sposób, może ciągnąć się latami — do momentu, aż jedna ze stron w końcu podda się z wyczerpania.

Tak właśnie stało się 11 listopada 1918 r., kiedy Niemcy skapitulowały, mimo że ani jeden aliancki żołnierz nie wkroczył na niemieckie terytorium, które też — mimo brytyjskich i francuskich nalotów — pozostało prawie nienaruszone. Nie zniechęciło ich to jednak do walki. 20 lat później zaczęli nową wojnę — i to z katastrofalnymi konsekwencjami.

Innymi słowy — wyniszczenie nie tylko kosztuje ludzkie życie, ale jest również nieskuteczne, ponieważ nie wyczerpuje woli walki.

Dlaczego jest to ważne? Ukraina toczy wojnę na wyniszczenie od czasu nieudanego rosyjskiego nalotu na lotnisko w Antonowie pierwszej nocy inwazji, który miał utorować drogę do zdobycia Kijowa i kapitulacji kraju. Pomimo dużych strat ukraiński atak frontalny był jednak na tyle skuteczny, że zmusił Rosjan do wycofania się z Charkowa, drugiego co do wielkości miasta w kraju.

Oprócz tego zapobiegł pozornie nieuniknionemu zdobyciu przez Rosjan Odessy, głównego miasta portowego w kraju, i ograniczył rosyjskie postępy w regionach Doniecka i Ługańska. Pozwolił też przez długi czas utrzymać Bachmut mimo nieustępującego ataku rosyjskich najemników z Grupy Wagnera.

Największy sukces ukraińskiego ruchu oporu miał jednak miejsce za linią frontu — wraz ze stopniowym tworzeniem coraz większej, dobrze wyszkolonej i dobrze uzbrojonej rezerwy operacyjnej jednostek bojowych. Można ich było nie rzucać do walki, ponieważ siły frontowe okazały się na tyle silne, że zdołały powstrzymać rosyjskie natarcie bez konieczności ich wzmocnienia. Oznacza to, że ukraińska armia może przejąć inicjatywę, zamiast jedynie odpierać jeden rosyjski atak po drugim.

Co za tym idzie, ukraińscy żołnierze mogą sami wybrać sposób działania, kalkulując je pod kątem ryzyka i potencjalnych korzyści. Mogą to być różnorakie kroki — od ogólnej defensywy i przeprowadzania kolejnych ataków w celu odepchnięcia Rosjan z kolejnych sektorów, do zmasowanego użycia wszystkich dostępnych sił i przeprowadzenia ofensywy w celu przecięcia dróg i linii kolejowych, które zaopatrują siły rosyjskie w całym regionie.

Specyficzna geografia wojny, zdominowana przez zakole wielkiej rzeki Dniepr, oferuje kilka możliwości takiego śmiałego posunięcia, w tym najbardziej ambitną: ofensywę z Zaporoża do Morza Czarnego w Berdiańsku lub nawet w Mariupolu, mniej niż 60 km od rosyjskiej granicy.

Niezależnie od wybranego sektora, wynikiem ofensywy może być spektakularna rosyjska porażka z bezprecedensową liczbą jeńców — chyba że Rosjanie będą mieli duże siły gotowe do kontrataku i będą w stanie szybko odepchnąć Ukraińców. Jeśli nie, mogłoby to doprowadzić nawet do zakwestionowania sensu prowadzenia wojny przez Putina — a tym samym — całego jego przywództwa.

Fakt, że ukraińscy wojskowi mogą wreszcie wybierać między różnymi opcjami, jest wielkim krokiem naprzód — nawet jeśli zdecydują się na wstrzymanie rezerwy operacyjnej do czasu podjęcia działań przez samych Rosjan. Jest to całkowicie możliwe: atak na Bachmut, który przez długi czas królował w nagłówkach gazet, był intensywny, ale miał bardzo ograniczony zakres.

Rosjanie, którzy walczyli i ginęli w walkach, nie byli ani wojskowymi profesjonalistami z elitarnych sił, ani oddziałami operacyjnymi, które powstały w wyniku zeszłorocznego powołania 300 tys. rezerwistów, ani też jednostkami obsadzonymi przez żołnierzy kontraktowych. To byli najemnicy z Grupy Wagnera.

Oznacza to, że gdzieś — być może na Białorusi, w samej Rosji lub w okupowanej Ukrainie — istnieje wystarczająco duża liczba niezaangażowanych sił rosyjskich, pozwalających Kremlowi rozpocząć własną ofensywę. Nawet ona nie zakończy się jednak sukcesem, bo decydujące może być tylko zdobycie Kijowa — a to jest obecnie niemożliwe. Chyba że do osiągnięcia tego celu zostanie zmobilizowana cała rosyjska armia.

Jeśli dojdzie do rosyjskiej ofensywy, ukraińska kontrofensywa rozpoczęta po tym, jak Rosjanie wyczerpią swoje rezerwy operacyjne, może osiągnąć jeszcze większe rezultaty i zmusić Kreml do defensywy — a być może nawet do zawieszenia broni. Jeśli Kijów i Zachód szukają najbardziej prawdopodobnej drogi do zwycięstwa, to właśnie tak ona wygląda.

Edward Luttwak/onet.pl