sobota, 11 marca 2023


Następnego dnia ojciec wstał bardzo wcześnie i pojechał z powrotem do Moskwy. Potraktował poważnie radę egzaminatora z Uniwersytetu Moskiewskiego. Wydawało się, że egzaminator chciał mi jednak pomóc, być może w ramach częściowego zadośćuczynienia za wyrządzoną krzywdę. Po przyjeździe do Moskwy ojciec udał się prosto do biura rekrutacyjnego Instytutu Ropy Naftowej i Gazu. Jakimś cudem znalazł tam kogoś, kto zechciał z nim porozmawiać prywatnie, i ojciec naświetlił mu moje położenie. Rozmówca taty powiedział mu, że doskonale wie o tym, iż na MGU panuje antysemityzm, ale w Instytucie Ropy Naftowej i Gazu nie ma tego problemu. Powiedział też, że poziom kandydatów na matematykę stosowaną jest bardzo wysoki, w dużym stopniu dzięki uczniom takim jak ja, którzy nie zostali przyjęci na Uniwersytet Moskiewski, dlatego egzamin wstępny na pewno nie będzie łatwy. 

– Jeśli jednak pana syn jest tak bystry, jak pan mówi – dodał – to zostanie przyjęty. U nas nie ma przypadków dyskryminacji Żydów na egzaminach wstępnych.

– Muszę jednak pana z góry uprzedzić – ciągnął – że studiami doktoranckimi zajmuje się u nas zupełnie inna kadra i pana syn zapewne nie zostanie na nie przyjęty.

To było jednak zmartwienie, którym trzeba będzie się zająć za pięć lat – na razie musieliśmy rozwiązać bieżący problem. Ojciec odwiedził jeszcze kilka innych moskiewskich uczelni, na których wykładano matematykę stosowaną, ale nigdzie nie spotkał się z takim zrozumieniem jak w Instytucie Ropy Naftowej i Gazu. Gdy więc wieczorem wrócił do domu i opowiedział o wszystkim mamie i mnie, postanowiliśmy od razu, że będę zdawał na matematykę stosowaną właśnie na tej uczelni.

Instytut był jedną z kilkunastu moskiewskich szkół wyższych przygotowujących techników dla różnych gałęzi przemysłu – były to uczelnie takie jak Instytut Metalurgii czy Instytut Inżynierii Kolejowej (w Związku Radzieckim wiele szkół wyższych nazywano „instytutami”). Począwszy od końca lat sześćdziesiątych, antysemityzm panujący na Uniwersytecie Moskiewskim „spowodował, że pojawiła się potrzeba umieszczenia gdzieś studentów matematyki pochodzenia żydowskiego”, jak pisze Mark Saul w swoim artykule. Instytut Ropy Naftowej i Gazu „zaczął zaspokajać tę potrzebę, wykorzystując antysemickie nastawienie innych uczelni do zdobycia bardzo dobrych studentów”. Dalej Mark Saul wyjaśnia:

Potoczna nazwa tej szkoły, Kierosinka, była odzwierciedleniem dumy i cynizmu studentów. Słowem kierosinka Rosjanie nazywają piecyk naftowy, urządzenie niezbyt zaawansowane technicznie, ale za to pozwalające skutecznie stawić czoło niesprzyjającym warunkom. Studenci i absolwenci instytutu byli nazywani kierosineszczikami, a uczelnia stała się bezpieczną przystanią dla żydowskich studentów zafascynowanych matematyką.

Jak to się stało, że akurat do Kierosinki trafiły tak duże talenty? Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie. Wiemy, że również inne szkoły wyższe korzystały na wykluczeniu Żydów z Uniwersytetu Moskiewskiego. Wiadomo także, że wprowadzenie polityki nieprzyjmowania studentów ze względu na pochodzenie etniczne było świadomym działaniem, które początkowo spotkało się z pewnym oporem. Być może niektóre uczelnie stwierdziły, że łatwiej będzie im dalej przyjmować Żydów, niż wprowadzać na siłę nowe reguły. Potem jednak skala zjawiska urosła i w Kierosince pojawiła się liczna grupa żydowskich studentów. Dlaczego było to tolerowane? Krążą plotki, że krył się za tym spisek tajnej policji (KGB) mający na celu trzymanie żydowskich studentów pod obserwacją na jednej lub dwóch uczelniach. Być może jednak choć częściowo stały za tym bardziej szlachetne motywy: może władze uczelni dostrzegły w takim podejściu szanse na rozwój instytucji i robiły wszystko, co możliwe, by utrzymać taki stan rzeczy.

Wydaje mi się, że to ostatnie zdanie jest bliższe prawdy. Rektor Instytutu Ropy Naftowej i Gazu, Władimir Nikołajewicz Winogradow, był sprawnym administratorem znanym z tego, że rekrutuje profesorów zainteresowanych nowatorskimi metodami nauczania i prowadzenia badań, którzy chcą wykorzystywać w salach wykładowych najnowsze zdobycze techniki. Wprowadził zasadę, że wszystkie egzaminy (włącznie z wstępnymi) mają mieć formę pisemną. Oczywiście, także w przypadku egzaminów pisemnych istniało niebezpieczeństwo niesprawiedliwego oceniania (jak to się stało podczas mojego egzaminu wstępnego na MGU), ale taka zasada zapobiegała przynajmniej tak rażąco nieuczciwemu traktowaniu kandydatów, jak podczas mojego egzaminu ustnego. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że niedopuszczenie do dyskryminacji kandydatów pochodzenia żydowskiego było osobistą decyzją Winogradowa i jeśli tak było, to wymagało to zapewne dużo dobrej woli, a nawet odwagi z jego strony.

Edward Frenkel - Miłość i Matematyka

piątek, 10 marca 2023


Od października 2022 r. Rosja przeprowadziła łącznie 15 zmasowanych ataków rakietowych na obiekty energetyczne na terenie całej Ukrainy. Celem ostatniego – z 9 marca – była infrastruktura w ośmiu regionach, m.in. w Kijowie, Charkowie i obwodach zaporoskim, żytomierskim i odeskim, w tym służąca do przesyłu prądu i ciepłownicza. Ogółem najeźdźcy użyli 95 rakiet różnego typu i ośmiu dronów kamikadze.

W ostrzelanych obwodach doszło do przerw w dostawach prądu, ale operator sieci Ukrenerho poinformował, że w systemie nie ma deficytu energii elektrycznej (tym razem pociski nie spadły na elektrownie konwencjonalne), istnieje natomiast problem z jej dostarczaniem do niektórych regionów (na większości terytorium kraju elektryczność udało się przywrócić w ciągu kilku godzin). Najnowszy atak nastąpił po 26 dniach od czasu, kiedy Ukraina zaczęła móc produkować wystarczającą ilość prądu na potrzeby wewnętrzne. Na początku marca skutkowało to zapowiedziami Kijowa dotyczącymi wznowienia jego eksportu do UE.

Komentarz

W ostrzale wykorzystano dużą liczbę rakiet, lecz doprowadził on do stosunkowo ograniczonych – w porównaniu do ataków z listopada–grudnia ub.r. – problemów z dostawami energii elektrycznej na terenie całego kraju. Oznacza to, że pod koniec sezonu grzewczego agresorowi wciąż nie udaje się osiągnąć celu w postaci paraliżu energetycznego Ukrainy. Wynika to w głównej mierze z faktu, że kolejne ataki przeprowadza w coraz dłuższych interwałach – zbyt rzadko, by trwale zniszczyć infrastrukturę zarówno wytwarzającą, jak i przesyłającą prąd. Ważną rolę odegrały też pomoc państw zachodnich w dostarczaniu wyposażenia, w szczególności transformatorów i urządzeń przesyłających energię, dzięki którym możliwe było przyspieszenie prac remontowych, oraz import niewielkich ilości prądu z UE. Okoliczności te pozwalają Ukraińcom na każdorazową stabilizację systemu, co znacząco obniża ryzyko wystąpienia pełnego blackoutu.

Mimo wcześniejszych zmasowanych ataków na infrastrukturę energetyczną ukraiński system nie notował w ostatnich tygodniach deficytu energii elektrycznej. Wpłynęło na to kilka czynników. 11 lutego zakończono remont jednego bloku Rówieńskiej Elektrowni Jądrowej o mocy 1 GW. Anomalnie ciepły koniec zimy (w Kijowie styczeń br. należał do dziesiątki najcieplejszych od 1881 r.) skutkował zmniejszeniem zapotrzebowania na prąd. Wysokie temperatury i obfite opady umożliwiły też większą produkcję energii w siłowniach wodnych.

Szybka realizacja zapowiedzi o wznowieniu eksportu prądu do UE, wstrzymanego w październiku 2022 r., wydaje się mało prawdopodobna, przynajmniej na większą skalę. Wraz z nastaniem cieplejszych miesięcy konsumpcja wewnętrzna będzie się jednak zmniejszać, co teoretycznie pozwoli Ukrainie sprzedawać za granicę nadwyżki produkcji. Niestety, ciągłe zagrożenie wrogimi atakami na infrastrukturę energetyczną stawia pod znakiem zapytania stabilność ewentualnych dostaw.

osw.waw.pl

9 marca Rosjanie przeprowadzili kolejny (według statystyk głównego ukraińskiego operatora systemu przesyłowego Ukrenerho – piętnasty) atak na infrastrukturę energetyczną i przemysłową w Kijowie oraz 11 obwodach Ukrainy (charkowskim, dniepropetrowskim, iwanofrankiwskim, kijowskim, kirowohradzkim, lwowskim, mikołajowskim, odeskim, sumskim, zaporoskim i żytomierskim). Premier Denys Szmyhal poinformował, że do zniszczeń infrastruktury energetycznej doszło w ośmiu regionach, a do najpoważniejszych szkód – w Charkowie.

Według danych ukraińskiego Sztabu Generalnego agresor miał wykorzystać łącznie 95 rakiet różnych typów, z których 34 zestrzelono, a także osiem dronów kamikadze Shahed-136 (zniszczono cztery). Po raz kolejny odnotowano strącenia wyłącznie dwóch typów pocisków manewrujących (Ch-101/Ch-555 i Kalibr, których wróg miał użyć 48). Ukraina wciąż nie dysponuje zdolnościami umożliwiającymi zestrzeliwanie pozostałych wykorzystanych w ataku pocisków manewrujących (Ch-22), hipersonicznych (Ch-47 Kindżał) i – nominalnie – obrony powietrznej (z systemów S-300). Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych oznajmiło ponadto, że osiem rakiet kierowanych powietrze–ziemia (Ch-31P i Ch-59) zostało zmylonych przez obronę powietrzną i nie trafiło w cel. Rzecznik Dowództwa pułkownik Jurij Ihnat podkreślił, że po raz pierwszy agresor użył na dużą skalę pocisków hipersonicznych (sześć rakiet Kindżał). Zaznaczył też, że do ataku nie wykorzystano terytorium Białorusi.

Rosyjskie artyleria i lotnictwo kontynuowały ostrzał i bombardowania pozycji i zaplecza sił przeciwnika wzdłuż linii styczności i w rejonach przygranicznych. W kontrolowanej przez obrońców części obwodu donieckiego ponawiały także ataki z użyciem rakiet wystrzeliwanych z systemów S-300. Poza obszarem walk głównym celem ostrzału agresora niezmiennie pozostają prawobrzeżna część obwodu chersońskiego (w położone tam miejscowości, z Chersoniem włącznie, w ciągu doby miało trafiać przeciętnie 400 pocisków) oraz Nikopol i jego okolice.      

Siły ukraińskie mają przerzucać kolejne jednostki w rejon na zachód od Bachmutu, a centrum obrony stał się Czasiw Jar. Rosjanie dalej atakowali pozycje obrońców na północny wschód od tej miejscowości oraz wzdłuż autostrady M03 w kierunku Słowiańska, lecz osiągnęli tylko nieznaczne postępy. Mieli m.in. opanować Dubowo-Wasyliwkę, o którą w poprzednich dniach toczyły się zacięte walki. Kontynuują też spychanie obrońców Bachmutu z północy i z południa miasta w stronę centrum. Niepowodzeniem miały się natomiast zakończyć kolejne próby przełamania pozycji ukraińskich na południowy zachód od Bachmutu i na południe od Czasiw Jaru. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego wojska wroga miały się zbliżyć do Konstantynówki, mimo że bezskutecznie atakowały w rejonie miejscowości Ołeksandro-Szultyne, leżącej na południowo-wschodnich obrzeżach tego miasta.

Wzrosła intensywność rosyjskich ataków na północ i zachód od Awdijiwki oraz na południe od Marjinki, gdzie agresor miał odnotować nieznaczne postępy i kontynuuje natarcie. Niepowodzeniem miały się natomiast zakończyć kolejne ataki na pozostałe miejscowości w łuku na zachód od Doniecka, na południe i wschód od Siewierska i na północny wschód od Kupiańska, a także wznowione po kilkudniowej przerwie próby natarcia na Wuhłedar. Według ukraińskich źródeł wojskowych najeźdźcy mieli przeprowadzić łącznie 110 ataków 8 marca (w tym 41 w rejonie Bachmutu) i 102 dzień później.

Warszawa dostarczyła Kijowowi ostatnie 10 z zapowiedzianych 14 czołgów Leopard 2A4. W marcu na Ukrainę mają trafić pozostałe wozy tego typu z Hiszpanii (sześć sztuk, Madryt rozważa przekazanie jeszcze czterech), Kanady (cztery) i Norwegii (osiem), które wraz z tymi z Polski będą stanowiły wyposażenie jednego z dwóch batalionów leopardów. Szef niemieckiego resortu obrony Boris Pistorius potwierdził, że do końca miesiąca Kijów otrzyma również 21 czołgów Leopard 2A6 (18 z RFN i trzy z Portugalii). Będą one stanowiły zalążek drugiego batalionu (najprawdopodobniej uzupełnią go szwedzkie leopardy 2A5). Pistorius poinformował też, że do końca roku szkolenie w Niemczech przejdzie ogółem 9 tys. ukraińskich wojskowych. RFN przekazały tamtejszej armii kolejne dwa samobieżne działa przeciwlotnicze Gepard (a łącznie dotąd – 34) oraz 6 tys. sztuk amunicji 35 mm. Do końca marca na Ukrainę ma trafić także 15 zestawów przeciwlotniczych Victor (podwójnie sprzężony karabin maszynowy KPWT kalibru 14,5 mm na podwoziu samochodu Toyota) z Czech.

Gotowość wspólnego dostarczenia wraz z Polską samolotów myśliwskich MiG-29 wyraził słowacki minister obrony Jaroslav Nad’. Zaapelował on o szybkie podjęcie decyzji w tym zakresie. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych wyraziło zadowolenie z możliwości otrzymania tych posowieckich maszyn, lecz podkreśliło, że nie wpłyną one na zmianę sytuacji na froncie, i po raz kolejny zaapelowało o myśliwce F-16.

8 marca wysoki przedstawiciel UE ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josep Borrell oznajmił, że ostateczna decyzja w sprawie wspólnego przekazania przez kraje UE Ukrainie amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm zapadnie 20 marca. Wcześniej zapowiadano, że zostanie ona podjęta na spotkaniu ministrów obrony państw członkowskich w Sztokholmie w dniach 7–8 marca. Zgodnie z dotychczasowymi informacjami decyzja ma dotyczyć 1 mln pocisków z magazynów armii poszczególnych krajów UE oraz wyprodukowanych przez nie w ramach wspólnego programu. Borrell oświadczył także, że do końca marca w ramach misji EUMAM Ukraine przeszkolonych zostanie 11 tys. ukraińskich wojskowych (z zaplanowanych na 2023 r. 30 tys.).

7 marca na stacje kolejowe Osipowicze w obwodzie mohylewskim oraz Połonka w obwodzie brzeskim przybyły dwa transporty kolejowe z rosyjskimi żołnierzami i sprzętem wojskowym. Według niezależnych źródeł białoruskich łącznie przybyło ok. 450 ludzi oraz m.in. 18 haubicoarmat Msta-B kalibru 152 mm. Jest to kolejna rotacja oddziałów rosyjskich, które szkolą się na miejscowych poligonach przed udaniem się na front w Donbasie.

Tworzone pod egidą ukraińskiej Gwardii Narodowej ochotnicze brygady szturmowe będą szkolone przez dwa–cztery miesiące i dopiero potem zostaną włączone do działań bojowych. Zakomunikował o tym 9 marca rzecznik Gwardii Narodowej Rusłan Muzyczuk. Dodał przy tym, że docelowo sformowanych ma zostać osiem takich brygad, w tym sześć w ramach Gwardii Narodowej i dwie organizowane przez MSW. Od początku lutego w szkoleniu bierze udział ok. 1000 osób.

Trwa rosyjska operacja dezinformacyjna, w ramach której oskarża się Kijów o chęć destabilizacji sytuacji w Naddniestrzu. 9 marca tamtejsze tzw. Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego przekazało, że zapobieżono atakowi terrorystycznemu organizowanemu przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Jego celem miały być „pierwsze osoby w państwie”. Oskarżanie Kijowa o prowadzenie wrogich działań w Naddniestrzu trwa od 23 lutego, kiedy to Ministerstwo Obrony FR rozpowszechniło nieprawdziwe informacje, jakoby siły ukraińskie planowały zbrojną prowokację w tym regionie. SBU doniesienia tzw. władz Naddniestrza nazwała prowokacją Kremla.

10 marca SBU aresztowała byłego dyrektora generalnego przedsiębiorstwa przemysłu lotniczego „Antonow” Siergieja Byczkowa i innych przedstawicieli firmy. Postawiono im zarzut sabotowania przygotowań do obrony lotniska Hostomel, co w rezultacie doprowadziło do jego zajęcia 24 lutego ub.r. przez wojska rosyjskie i zniszczenia samolotu transportowego typu An-225 „Mrija”. W trakcie postępowania przygotowawczego udokumentowano, że w okresie styczeń–luty 2022 r. przedstawiciele „Antonowa” wielokrotnie odmawiali wydania zezwolenia na budowę obiektów inżynieryjnych i fortyfikacyjnych na terenie lotniska przez Gwardię Narodową. Przyczyniło się to do obniżenia zdolności obronnych i w efekcie ułatwiło przejęcie obiektu przez Rosjan.

8 marca SBU poinformowała o zablokowaniu 26 kanałów na komunikatorze Telegram, za których pośrednictwem przekazywano instrukcje dotyczące sposobów unikania mobilizacji. Wysyłano komunikaty o miejscach pobytu przedstawicieli komisji uzupełnień wręczających wezwania do wojska i nakłaniano osoby podlegające mobilizacji do ukrywania się. Podejrzane kanały obserwowało ponad 400 tys. subskrybentów. Sześciu administratorom postawiono zarzuty utrudniania działalności Sił Zbrojnych Ukrainy i innych formacji wojskowych, za co grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności. Jak dotąd nie wskazano, czy zatrzymani – co nie jest wykluczone – byli współpracownikami rosyjskich służb specjalnych.

Komentarz

Armia ukraińska po raz pierwszy przedstawiła komunikat o atakach rakietowych, z którego wynika, że skuteczność działań agresora była wyższa niż obrońców (ukraińskiej obrony powietrznej). Zestrzelone miały zostać 34 wrogie rakiety, tj. 36% z łącznej liczby 95 wykorzystanych przez Rosjan (według ukraińskiego Sztabu Generalnego). Dotychczas deklarowana skuteczność zestrzeleń oscylowała wokół 70–80%, a o trafieniach na poziomie poniżej 50% (nawet rzędu kilkunastu procent) okresowo powiadamiały jedynie źródła lokalne w rejonach walk. Taki zwrot w przekazie ma związek przede wszystkim ze zmianą sposobu informowania o atakach przez ukraińskie Sztab Generalny i Dowództwo Sił Powietrznych. Wcześniej w podsumowaniach publikowano dwa typy danych: niepełne, uwzględniające wyłącznie te typy rakiet, które ukraińska obrona powietrzna była w stanie zestrzelić, lub nieprawdziwe, w których wykazywano strącenia pocisków pozostających poza zasięgiem ukraińskiej obrony (w styczniu br. m.in. rzecznik Dowództwa pułkownik Ihnat określił ten drugi rodzaj przekazywanych informacji mianem „błędnych”). Coraz częstsze podkreślanie niemożności zestrzelenia dużej części kategorii i typów rakiet (poza użytymi w ataku 9 marca, także rakiet balistycznych, np. Iskander) należy odczytywać nie tylko jako stwierdzenie stanu faktycznego, lecz przede wszystkim jako element presji na partnerów, by zwiększyli i przyspieszyli dostawy nowoczesnych systemów obrony powietrznej.

Strona ukraińska nie przedstawiła komunikatu o celach osiągniętych przez pociski hipersoniczne Kindżał (jedynie w przypadku Kijowa poinformowano o niesprecyzowanym obiekcie infrastruktury). Biorąc pod uwagę ich wcześniejsze zastosowanie do niszczenia dostaw broni z Zachodu, należy zakładać, że także w ataku 9 marca wykorzystano je właśnie do tego. Użycie jednocześnie sześciu pocisków (dotychczas wystrzeliwano je najczęściej pojedynczo) świadczy o tym, że zachodnie wsparcie stanowi dla Rosji coraz większy problem. Za błędną należy uznać interpretację, że kindżały zostały wykorzystane do ataku na infrastrukturę energetyczną. Jako cel nie wymaga ona zastosowania tak specjalistycznego, a zarazem kosztownego typu uzbrojenia jak pociski hipersoniczne. Do niszczenia infrastruktury stałej (w tym energetycznej) Rosjanie używają innych, mniej zaawansowanych technologicznie i tańszych typów rakiet, których część również pozostaje nieosiągalna dla ukraińskiej obrony powietrznej.

osw.waw.pl

czwartek, 9 marca 2023


Kilka dni temu jeden z portali społecznościowych obiegła informacji o stosunku strat sił ukraińskich i rosyjskich pod Bachmutem. Jej autorem jest jeden z przedstawicieli środowiska OSINT. Według niego w walkach o miasta straty mają być wyrównane lub wynosić 1:2 na korzyść strony ukraińskiej. Powyższy szacunek wywołał dyskusję na temat rzeczywistej skali strat obu stron, a także metody ich ustalenia.

Warto zwrócić uwagę również na inne analizy i szacunki. 6 marca 2023 r. CNN podało, że wywiad NATO ocenia straty rosyjskie na 5 razy większe niż ukraińskich obrońców. Z kolei żołnierz Sił Zbrojnych Ukrainy o pseudonimie „Kijowianin" (Киянин) ocenia średni stosunek strat obrońców miasta do najeźdźców na 1:7, a wyjątkowych przypadkach nawet 1:10. O ile wyglądają one na wygórowane, to trzeba podkreślić, że od listopada 2022 r. rosła liczba doniesień o rosyjskich szturmach wykonywanych (jak to określają Ukraińcy) „w trybie hordy". Chodzi rzecz jasna o przeważnie samobójcze uderzenia wagnerowców-więźniów i części jednostek Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej złożonych ze słabo wyszkolonych rekrutów.

Według Marka Meissnera, polskiego analityka OSINT, kwestia stosunku strat jest bardziej złożona i uzależniona od pododcinka frontu. Najmniej korzystna dla Ukraińców była sytuacja w północnej części Bachmutu, gdzie Rosjanie poczynili istotne postępy po zdobyciu wsi Krasna Hora i Paraskowijiwka, po czym mogli oni przeciąć szosę M-03 i zająć Berchiwkę i położone przy samym Bachmucie Jahidne. Zdobyty przez najeźdźców został też cały teren zabudowany przy ulicy Świętego Jerzego, czyli dzielnica północna. Na tym pododcinku stosunek strat ukraińskich do rosyjskich wynosił 1:2/2,5, a sporadycznie nawet 1:1. Z kolei w Zabachmutce, czyli wschodniej dzielnicy miasta, położonej za rzeką Bachmutką, stosunek ten wynosił już 1:4 na korzyść Ukraińców. Podobnie dobrze zdaniem Meissnera jest na południowych obrzeżach miasta oraz pod wsią Iwaniwskie, gdzie obrońcy utrzymują swoje pozycje, co potwierdzają doniesienia ukraińskie oraz niezależne analizy.

Marek Meissner słusznie zwraca też uwagę na to, że większość strat ukraińskich to ranni, a u Rosjan są to najczęściej polegli i zmarli od ran. Liczba tych ostatnich jest zresztą bardzo wysoka, o czym donosi się od kilku miesięcy. Wielu rosyjskich rannych jest porzucanych lub pozostawianych bez opieki. Meissner podsumowuje ten problem następująco:

"Rosjanie wiele razy zostawiali swoich rannych na przedpolu, nie przychodzili po nich! Zdaje się że u nich jest coś w rodzaju stosunków frontowych z I Wojny: jak masz dość siły, żeby doczołgać się do swoich, to masz szczęście. Jeśli nie - to twój problem."

Warto dodać, że w ostatnich dniach mogliśmy trafić zdjęcia z trumnami poległych Wagnerowców, a także fotografie, na których widoczne były stosy ciał poległych. Ciekawy tutaj jest fakt, że to właśnie strona rosyjska publikowała te materiały. Prawdopodobnie był to element gry Prigożyna, w celu zwiększenia dostaw amunicji oraz wsparcia sił Wagnera przez rosyjskie wojska powietrzno-desantowe.

(...)

7 marca wywiad brytyjski donosił, że obie strony ponoszą ciężkie, wyczerpujące straty, ale Ukraińcom udało się ustabilizować sytuację w północnej części miasta. Tego samego dnia Institute Study of War stwierdził, że wojska ukraińskie będą kontynuować obronę Bachmutu, gdyż pozwala to na wykrwawienie najeźdźców. Choć analitycy tej grupy przyznali, że strona ukraińska ponosi straty, to zarazem podkreślili, że dla SZU kontynowanie walki o miasto przyniesie korzyści w postaci ogromnych strat wśród elity PKW „Wagner" i elitarnych jednostek SZ FR. ISW potwierdza wyczerpywanie się liczby „mięsa armatniego" w postaci więźniów i konieczność zaangażowania cennych kadr w postaci najbardziej doświadczonych najemników. Potwierdzeniem ich ocen są skargi wagnerowców i samego Jewgienija Prigożyna na rosyjskie Ministerstwo Obrony, a także szacunki mówiące, że liczebność tej PKW spadło do zaledwie 20% w porównaniu do stanu sprzed kilku miesięcy. Analiza ISW przeczy tym samym tezom o rzekomo niekończących się potoku więźniów-najemników, stratach jedynie wśród bezwartościowych żołnierzy, a także sugestiom o rzekomo porównywalnych stratach obu stron.

Prigożyn twierdzi, że na terytorium Bachmutu przebywa obecnie około 20 tysięcy żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy, a walki są na tyle zacięte, że „brak amunicji i wsparcia dla sił Wagnera może skończyć się całkowitym upadkiem linii frontu". Analitycy ISW przewidują, że rosyjskie dowództwo będzie musiało rzucić swoje siły powietrzno-desantowe na wsparcie grupy Wagnera, aby odnieść sukces pod Bachmutem, w innym razie koniecznie będzie zrezygnowanie z prób zdobycia miasta.

defence24.pl

Dr Markus Keupp jest pewny, że Moskwa przegra wojnę. - W październiku sytuacja na wojnie będzie już taka, że de facto Rosja zostanie pokonana i stanie przed wyborem: albo wycofać się, albo armia zostanie zniszczona - podkreśla naukowiec w rozmowie z Wirtualną Polską. - Rosja będzie działać pod narastającą presją. Jeśli nie uda im się (armii Putina - przyp. red.) przeprowadzić skutecznej ofensywy do końca marca, to potem staną się ofiarami kontrofensywy ukraińskiej - wskazuje.

Ekspert ocenia, że Ukraińcy rozpoczną kontratak już za kilka tygodni. - Możemy się tego spodziewać pod koniec marca lub na początku kwietnia. Na froncie zostaną wówczas wykorzystane nowe czołgi i bojowe wozy piechoty, w tym m.in. Bradley'e czy Abramsy. To uzbrojenie jest znacznie bardziej zaawansowane, o wiele lepsze od rosyjskiego - podkreśla wykładowca Akademii Wojskowej w Zurychu.

Jako kluczowe miejsce niemiecki naukowiec wskazuje Krym. Ewentualne odcięcie półwyspu od dróg zaopatrzeniowych z Rosji mogłoby zakończyć wojnę, przez co też na tym kierunku oczekuje on ukraińskiego natarcia.

- Tak może też skończyć się ta wojna, jeśli na Krym nie będą trafiać żadne zapasy. Kijów może powiedzieć: "kontrolujemy dostęp do półwyspu" i w tym momencie Rosjanie będą mieli wybór: albo się wycofać, albo zostaną zniszczeni - wskazuje dr Keupp.

Niemiecki naukowiec podkreśla, że geopolityczny punkt ciężkości w Europie przesuwa się na wschód. Wśród liderów wymienia on Polskę i Finlandię. Tym samym traci na tym Berlin czy Paryż. - Widzimy nową oś, nazwijmy ją W-W - Warszawa-Waszyngton. Nad Wisłą, w państwach bałtyckich, Wielkiej Brytanii, Finlandii. Tam wyobrażenia są dość jasne: Ukraina ma wygrać, natomiast w Niemczech dyskusja jest ukierunkowana inaczej - twierdzi nasz rozmówca.

Ekspert wskazuje na rolę Polski jako kraju przyfrontowego i wskazuje na region, który z powodu wojny zyskał na szczególnym znaczeniu. - Rzeszów to jest nowy Rammstein, jeśli zobaczymy, ile w tej chwili instalacji wojskowych tam funkcjonuje. Przed wojną to było małe regionalne lotnisko, a teraz jest kluczowym hubem, jeśli chodzi o pomoc na rzecz Ukrainy. I po wojnie tak sytuacja będzie dalej wyglądać - twierdzi dr Keupp.

- Już wcześniej żartowałem, że jeśli teraz ktoś miałby ziemie na południowym wschodzie Polski, to może bardzo dużo zarobić, bo tam będzie budowanych mnóstwo obiektów wojskowych - dodaje.

Naukowiec wskazuje także na Polskę jako kraj, za którym podążać powinny inne. - Polska wie, że ma do czynienia z agresywną Rosją i agresywną Białorusią. Warszawa zdecydowała się na szybkie zbrojenia, zawarła umowy z Koreą. Moim zdaniem to była jedyna możliwa decyzja - uważa naukowiec.

- Warszawa będzie miała do odegrania olbrzymią rolę, jeśli chodzi o odtworzenie europejskiego potencjału bojowego - podkreśla niemiecki ekspert.

Dr Keupp wytyka także błędy niemieckiej polityki bezpieczeństwa w ciągu ostatnich 30 lat. - Od 30 lat formułowano tezę, zwłaszcza w Niemczech, że bezpieczeństwo Europy jest możliwe tylko z Rosją. Okazuje się teraz, że bezpieczeństwo w Europie to bezpieczeństwo przeciwko Rosji, czyli odbudowa armii konwencjonalnej - twierdzi wykładowca Akademii Wojskowej w Zurychu.

wp.pl

Heineken przyznał się, że w ubiegłym roku wprowadził na rynek rosyjski nowe produkty do sprzedaży. Wyszło także na jaw, że mijał się z prawdą, kiedy się zarzekał, że tamtejszy oddział działa całkowicie samodzielne.

W lutym br. platforma dziennikarstwa śledczego Follow the Money (FTM) poinformowała, iż pomimo wcześniejszych deklaracji Heinekena, że całkowicie wycofa się z Rosji, browar nadal inwestuje w tym kraju.

Według ustaleń dziennikarzy holenderski koncern w 2022 r. wprowadził na rosyjski rynek 61 nowych produktów. Wywołało to oburzenie, albowiem w marcu 2022 roku Heineken ogłosił wycofanie się z kraju agresora. Mimo to rosyjski oddział browaru poinformował na własnej stronie internetowej, że w ubiegłym roku "w rekordowym czasie" wprowadził 61 nowych produktów, co odpowiada 720 tys. hektolitrów dodatkowej sprzedaży piwa i napojów bezalkoholowych.

"Podczas gdy rosyjskie bombardowania niszczą ukraińskie miasta, a wojska lądowe zajęły znaczną część kraju, Heineken rozpoczął w Rosji ofensywę sprzedażową na dużą skalę" – komentował największy holenderski dziennik "De Telegraaf".

W odpowiedzi na te doniesienia Heineken wystosował oświadczenie, zgodnie z którym "niezbędne jest kontynuowanie ograniczonej działalności w okresie przejściowym, ponieważ staramy się przenieść naszą firmę do nowego właściciela w pełnej zgodności z międzynarodowymi i lokalnymi przepisami". Jednocześnie firma napisała, że informacje FTM są „nieprawdziwe i wprowadzające w błąd”.

„Zdajemy sobie sprawę, że powinniśmy byli wcześniej jasno określić potrzebę wprowadzenia nowych produktów, a podnoszone w związku z tym pytania są zrozumiałe. Zdajemy sobie sprawę, że stworzyło to dwuznaczność i wątpliwości co do naszej obietnicy opuszczenia Rosji. Za to przepraszamy” – głosi najnowszy komunikat firmy.

Heineken podkreśla jednocześnie, że obecnie jego głównym celem jest „odpowiedzialne i jak najszybsze opuszczenie Rosji”.

PAP

Niemieckie leopardy przez długi czas znajdowały się w centrum intensywnych rozmów między zachodnimi partnerami Ukrainy. 25 stycznia kanclerz Olaf Scholz zakończył tygodnie dywagacji, obiecując, że dostarczy Kijowowi czołgi i pozwoli innym krajom zrobić to samo.

Wielu myślało wówczas, że ta decyzja wywoła lawinę darowizn od innych krajów europejskich posiadających leopardy. Okazało się jednak, że była to raczej niewielka strużka — pisze "The Economist".

Jak dotąd koalicja zadeklarowała jedynie dwa bataliony najnowocześniejszych czołgów (każdy powinien liczyć 31 pojazdów). Dania, Niemcy i Holandia kupują też dla Ukrainy co najmniej 100 starszych, ale odnowionych czołgów Leopard 1a5, tworząc trzy kolejne bataliony.

Uzupełnieniem leopardów jest zróżnicowana kolekcja innych pojazdów pancernych. Wielka Brytania wysyła Kijowowi kompanię 14 czołgów Challenger 2. USA zadeklarowały 31 czołgów M1A2 Abrams — najbardziej zaawansowanych w swoim arsenale, choć mogą one nie dotrzeć w tym roku. Polska zadeklarowała 14 leopardów i wysłała już ok. 250 zaprojektowanych przez Sowietów czołgów T-72. Do tego ma wysłać kolejne 60 zmodernizowanych T-72.

Ukraińskie brygady pancerne będą uzupełniane przez wiele innych bojowych wozów piechoty, od BMP-1 z czasów radzieckich po amerykańskie wozy Stryker i Bradley.

Jak pisze "The Economist", koncentracja opinii publicznej na czołgach odwróciła jej uwagę od ważniejszej zmiany — zachodzącej w zachodniej strategii. W grudniu USA i Wielka Brytania zdały sobie sprawę z tego, że przedłużająca się wojna nie leży w interesie Zachodu. Co więcej, zachodni analitycy zauważyli, że Rosja okazała się jeszcze słabsza, niż wcześniej sądzono.

Zaangażowany w rozmowy urzędnik podsumował ówczesną konkluzję sojuszników Ukrainy krótko: "Jeśli chcemy, by coś się zmieniło, musimy to zmienić".

Punkt zwrotny nastąpił 20 stycznia, podczas ósmego spotkania Grupy Kontaktowej ds. Obrony Ukrainy — zebrania ministrów obrony odbywającego się mniej więcej raz w miesiącu w amerykańskiej bazie lotniczej w Ramstein w Niemczech. Sojusznicy zgodzili się wówczas wyposażyć Ukrainę w sprzęt wystarczający dla co najmniej jednej dywizji (10 tys. — 15 tys. żołnierzy), z zamiarem dostarczenia dużej części tego sprzętu do końca marca.

W konsekwencji przepływ broni zmienił się ze strużki w powódź — zauważa "The Economist". Z całej pomocy wojskowej dostarczonej przez Pentagon od początku wojny, 40 proc. — ponad 8 mld dol. — przyszło w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Europejski urzędnik ds. obrony powiedział, że dostawy broni uzgodnione w Niemczech w styczniu stanowią dwie trzecie całości pomocy wysłanej do Ukrainy w całym 2022 r.

(...)

Rozpoczynając ofensywę pod koniec stycznia, Kreml chciał częściowo zmusić Ukrainę do użycia tych rezerw, co w efekcie miało jej znacznie utrudnić przeprowadzenie kontrofensywy.

W ostatnich dniach rosyjscy żołnierze i najemnicy posunęli się głębiej do Bachmutu, miasta w obwodzie donieckim, które od lata ubiegłego roku znajduje się pod rosyjskim ostrzałem. W bitwie o miasto rosyjskie straty znacznie przewyższają ukraińskie. Co ważniejsze, generał Załużny uniknął oczywistej pułapki.

Zamiast rzucić znaczne rezerwy do Bachmutu, by ratować miasto, które ma wartość symboliczną, a nie strategiczną, wysłał oddziały za granicę, aby szkoliły się w obsłudze nowego sprzętu.

onet.pl

Od tygodni trwają dyskusje, czy walka w Bachmucie ma sens dla Ukraińców. Pojawiają się opinie, że Ukraińcy ponoszą tam zbyt duże straty i powinni wycofać się wcześniej. Pułkownik Lewandowski uważa inaczej. — Walka w Bachmucie ma sens. Opóźnia i wykrwawia Rosjan. Poza tym nie jest istotne, czy jest to Bachmut, Wuhłedar czy Marjinka. Wszędzie Ukraińcy bronią terenu, opóźniając Rosjan. Jeżeli opuszczą Bachmut, to Rosjanie skierują swoje siły na kolejny kierunek i będziemy mieć analogiczną sytuację jak pod Bachmutem.

Wojskowy jest przekonany, że Bachmut jest ważny z poziomu operacyjnego, bo jest węzłem, z którego można prowadzić natarcie w trzech kierunkach. — Jeśli Rosjanie chcą wykorzystywać Bachmut jako taki węzeł, to nie wystarczy im zdobycie samego miasta. Muszą odepchnąć Ukraińców poza zasięg podstawowych środków rażenia artyleryjskiego, czyli na jakieś minimum 20 km. Militarnie nic samo miasto im nie da, jeśli Ukraińcy będą je przestrzeliwać swoją artylerią. Oczywiście politycznie będzie to dla nich duży sukces.

Pułkownik Lewandowski tłumaczy, że w Bachmucie Rosjanie stosują taktykę grup szturmowych. — Jest ich dużo. Pochodzą z różnych jednostek. Wagnerowcy, milicja ługańska, piechota zmechanizowana. W jednej grupie jest 15-20 żołnierzy. Są wspierani ciężką bronią piechoty, snajperami.

— Te grupy działają w sposób skoordynowany. Dla przykładu atakuje grupa wagnerowców, ponosi straty, wycofuje się. Na ich miejsce od razu wchodzi oddział milicji z Ługańska. Ponosi straty, wycofuje się, pod obrońców próbuje podejść piechota zmechanizowana. W tym czasie wagnerowcy już się odtworzyli, wracają do walki. I tak przez całą dobę. Takich ataków w ciągu doby potrafi być z 10. Rosjanie ponoszą duże straty, ale wykruszają też ukraińskich obrońców.

W ten sposób, jak zauważa rozmówca Onetu, Rosjanie powoli, tempem ślimaka idą do przodu. Jak podkreśla, na wąskim odcinku armii Putina trudno rzucić do boju większą liczbę ciężkiego sprzętu. — Pod ogniem artylerii ukraińskiej uszkodzone rosyjskie pojazdy zaczną blokować kolejne i dojdzie do rzezi. A tam, gdzie teoretycznie można bardziej rozwinąć natarcie, obecnie leżą tysiące min.

(...)

Płk Lewandowski nie jest przekonany, że decydująca faza wielkiej ofensywy Rosjan w ogóle wystartuje. Jest zdania, że jej pierwsza, przygotowawcza faza trwa od tygodni, ale plany rozwinięcia dużej ofensywy pokrzyżowała zarówno pogoda, jak i armia ukraińska, która w ostatnich tygodniach (m.in. pod Bachmutem) zadała Rosjanom poważne straty. Wojskowy jest zdania, że na wiosnę ze swoją kontrofensywą ruszą Ukraińcy.

— Optymalnym kierunkiem byłoby Zaporoże, bo uderzenie na północy z rejonu Charkowa nie zmieni obrazu wojny. Dla Ukrainy północ nie jest kluczem do wygrania wojny. Dla Rosjan północ jest ważna, bo to jest kierunek na Charków.

onet.pl

środa, 8 marca 2023


Odkąd partia Fidesz zdobyła większość parlamentarną w 2010 r., polityka zagraniczna na Węgrzech leży w wyłącznej gestii premiera Viktora Orbana. Przy tworzeniu strategii korzysta on z sieci konserwatywnych think tanków i takich specjalistów, jak historyk Maria Schmidt, politolog i ekonomista Tamas Fricz, a zwłaszcza prawnik i politolog Balazs Orban (niespokrewniony z premierem), który jest politycznym doradcą premiera. Na razie — wkrótce jego stanowisko może bowiem ulec diametralnej zmianie.

Na początku stycznia wspomniany Balazs Orban miał za zadanie poinformować opinię publiczną o przemówieniu wygłoszonym przez premiera do niewielkiej publiczności pod koniec 2022 r. Zawierało ono obszerną analizę obecnej sytuacji międzynarodowej oraz wytyczne dla przyszłej polityki zagranicznej Węgier.

Jak wynika z wizji przedstawionej w przemówieniu, Orban widzi głębokie przemiany porządku światowego i dostrzega kontury nowego, wyłaniającego się modelu architektury bezpieczeństwa. Zdaniem premiera model "neoliberalny" traci swoją skuteczność. Stany Zjednoczone, jako przodująca potęga światowa, zyskały potężnych rywali, zwłaszcza Chiny, a ich wzrost był możliwy właśnie dzięki neoliberalnemu modelowi Zachodu.

Według premiera Węgier wojna rosyjsko-ukraińska udowodniła, że zdominowany przez Zachód porządek świata należy do przeszłości. W odpowiedzi Zachód — na czele z USA — rozpoczął nową zimną wojnę. Jest to bardzo zła wiadomość dla Unii Europejskiej, a zwłaszcza dla krajów leżących na jej peryferiach, ponieważ oznacza, że wszystkie relacje, w tym gospodarcze, będą określane przez centralną siłę dominującą inne państwa, czyli Waszyngton.

Jakie są konsekwencje takiego obrazu relacji międzynarodowych dla Węgier? Budapeszt pragnie zostać średnim mocarstwem w Europie Środkowej. Dlatego tak ważne jest dla niego, by nie stać się częścią bloku zachodniego, bo to sprowadzałoby kraj do roli podrzędnego państwa peryferyjnego.

Dlatego w interesie Węgier leży, aby nie podążać za gospodarczym i politycznym „decouplingiem” (odłączeniem gospodarek państw zachodu od Chin), do którego dążą Amerykanie i UE. Kraj ten pragnie nawiązać jak najwięcej więzi z innymi państwami i uczestnikami rynku w zakresie handlu, infrastruktury i inwestycji, w tym publicznych stosunków dyplomatycznych.

(...)

Bliskie związki gospodarcze Węgier z Rosją nie są dziełem Orbana. Ich korzeni należy dopatrywać się w czasach socjalistycznych rządów Petera Medgyessy'ego i Ferenca Gyurcsany'ego w latach 2002-2010. Handel z Rosją osiągnął szczytowy punkt w 2008 r.

Gdy premier Orban doszedł do władzy w 2010 r., wpisał relacje z Rosją w szerszą koncepcję współpracy międzynarodowej i "otwarcia na Wschód". Do tej pory spotkał się z Putinem 11 razy: siedem razy w Moskwie i cztery razy w Budapeszcie. Promował również budowanie kompleksowych relacji z Chinami, Turcją oraz krajami Azji Środkowej i Wschodniej. Równolegle Węgry nadal uczestniczyły w amerykańskich misjach militarnych za granicą i dążyły do zacieśnienia współpracy wojskowej z Zachodem.

Budapeszt potępił atak Rosji na Ukrainę, uznając go za sprzeczny z prawem międzynarodowym i podtrzymuje to stanowisko. Premier Orban wielokrotnie stwierdzał, że "jest to agresja". Poparł też sankcje nałożone na Kreml, choć UE poczyniła względem Węgier pewne ustępstwa, ze względu na położenie geograficzne i szczególną strukturę gospodarczą tego kraju.

Wśród stałych elementów węgierskiego stanowiska są jeszcze dwie inne przesłanki: jedną jest wspomniane wyżej pozycjonowanie się na arenie międzynarodowej, czyli chęć nienależenia do żadnego bloku. Druga wynika z autoidentyfikacji rządu Fideszu: za swoje najważniejsze zadanie w polityce międzynarodowej uważa on reprezentowanie węgierskich interesów i zachowanie suwerenności kraju. Wojna nie leży w interesie Węgier i Budapeszt zrobi wszystko, by nie dać się w nią wciągnąć.

— Ludzie często pytają mnie, po czyjej stronie jesteśmy. Jesteśmy po stronie Węgier — powiedział Orban na międzynarodowej konferencji prasowej w Budapeszcie, która odbyła się 21 grudnia 2022 r.

— Węgry nie chcą być zmuszane do podejmowania kroków wbrew własnym interesom. Nie jestem więc gotów pomóc Ukraińcom w taki sposób, aby zrujnować Węgry — dodał.

Węgry szczególnie mocno ucierpiały na skutek sankcji nałożonych przez UE na Rosję. Jako kraj śródlądowy nie mogą zrównoważyć rosyjskich dostaw surowców energetycznych handlem przez porty. Budapeszt potrzebuje, aby wojna zakończyła się jak najszybciej. Premier Orban wezwał do natychmiastowego zawieszenia broni i bezpośrednich rozmów między Rosją i USA, które to mocarstwa uważa za prawdziwych przeciwników.

— Każdy, kto myśli, że ta wojna może zostać zakończona poprzez negocjacje między Ukrainą a Rosją, nie żyje w realnym świecie. Prawdziwy układ sił jest inny — stwierdził Orban.

Jego ocena przebiegu wojny staje się coraz bardziej pesymistyczna. Podczas międzynarodowego briefingu prasowego 23 stycznia 2023 r. stwierdził: "mamy duże, duże kłopoty". Ponieważ Rosji nie udało się odnieść szybkiego zwycięstwa i zainstalować w Kijowie lojalnego względem niej reżimu, celem Kremla jest teraz przekształcenie Ukrainy w niemożliwy do utrzymania wrak państwa.

(...)

Jeśli UE zaoferuje Ukrainie bardziej ofensywną broń lub własnych żołnierzy, stosunki między Węgrami a UE staną się jeszcze bardziej napięte. Budapesztowi trudno będzie bowiem wówczas nie angażować się w wojnę i zapobiec nowym sankcjom.

Grupa Wyszehradzka, do której oprócz Węgier należą Polska, Czechy i Słowacja, porozumiała się w kwestii migracji podczas kryzysu w 2015 r. Jednak w dzisiejszych czasach pozostałe trzy państwa pod przewodnictwem Polski są ściśle sprzymierzone z Zachodem w kwestii wojny w Ukrainie.

Zaostrzenie reżimu sankcyjnego przez USA i UE zagraża obecnie wewnętrznemu porządkowi Węgier. Trudno będzie bowiem utrzymać na dłuższą metę hojne świadczenia socjalne, możliwe dzięki ponadprzeciętnemu wzrostowi gospodarczemu kraju w ostatnich pięciu latach.

Aby zrekompensować wzrost cen energii spowodowany sankcjami, państwo subsydiuje podstawową konsumpcję z pieniędzy, które otrzymuje w formie specjalnych podatków od dużych korporacji. Nie może to być jednak stały kierunkiem działania. Dług publiczny rośnie, a węgierska inflacja jest jedną z najwyższych w UE. Pod koniec stycznia rating kredytowy Węgier w S&P został obniżony do BBB-. To tylko o jeden stopień wyżej niż tzw. poziom śmieciowy.

Większość Węgrów popiera politykę premiera Orbana i odrzuca sankcje. 

onet.pl/gisreportsonline.com

Ukraińskie wojsko skróciło swoje linie obronne w Bachmucie, oddając wschodnią część miasta. Skupiło się za to na ustabilizowaniu sytuacji na skrzydłach. Seria niewielkich kontrataków, mniej lub bardziej udanych, miała miejscami odepchnąć Rosjan i ułatwić zaopatrywanie miasta.

Sytuacja pozostaje jednak krytyczna. Nie było żadnej dużej operacji, która istotnie zmieniłaby warunki w rejonie Bachmutu. Pomimo tego Ukraińcy deklarują, że będą miasta bronić, żadnego wycofania nie ma i nie będzie. Robią to jednak, angażując możliwie małe środki. Nie ustają przy tym dyskusje, czy takie postępowanie nie jest błędem.

Zamiar dalszej obrony miasta został wyrażony jednoznacznie przez Kijów. W poniedziałek służba prasowa prezydenta Wołodymira Zełeńskiego poinformowała, że odbył on naradę z naczelnym dowódcą generałem Wałerijem Załużnym, oraz dowódcą wojsk lądowych Oleksandrem Syrskim. To aktualnie dwaj najważniejsi i najbardziej utytułowani ukraińscy dowódcy. Miała zapaść zgodna decyzja, że Bachmutu trzeba ciągle bronić i nie ma mowy o wycofaniu się z niego. Do realizacji tego celu mają zostać przeznaczone dodatkowe siły. Tego rodzaju deklaracje w teorii mogą być elementem gry obliczonej na zmylenie Rosjan i ukrycie faktycznego odwrotu. Jednak wydaje się to mało prawdopodobne z uwagi na bardzo wysoki szczebel, z którego padają słowa o dalszej obronie Bachmutu. Nieprawdą może być też jedność opinii na szczytach ukraińskiego dowództwa, ale ewidentnie zapadła decyzja.

Ukraińskie najwyższe dowództwo najwyraźniej zdecydowało, że nawet za cenę dotkliwych strat warto dalej bronić miasta. Można zakładać, że w ocenie Ukraińców rosyjskie straty są znacznie bardziej dotkliwe, a wiązanie poważnych sił wojska Rosji w tym miejscu ma istotne znaczenie. Liczy się najpewniej też wymiar propagandowy. Bachmut urósł do rangi symbolu dla obu stron konfliktu i trwanie oporu ma znacznie dla ukraińskiego społeczeństwa, tak samo, jak odmawianie Rosjanom możliwości ogłoszenia wymiernego sukcesu ich ofensywy zimowej. Pytanie, który z tych czynników miał większe znaczenie w podejmowaniu decyzji. O tym się jednak nie dowiemy.

Realizację strategii ogłoszonej w Kijowie widać na froncie już od ubiegłego tygodnia. Kiedy w miniony piątek wybuchła plotka o wycofywaniu się Ukraińców z miasta, faktycznie wycofywali się oni jedynie z jego wschodniej części. Do tego przesunęli część cenniejszych oddziałów dalej na bezpieczniejszy zachód od Bachmutu oraz niektóre zrotowali, dając okazję na odpoczynek. Do dzisiaj jest pewne, że Ukraińcy oddali całą wschodnią część miasta położoną za niewielką rzeką Bachmutka. W ten sposób po pierwsze skrócili front i ograniczyli obszar do obrony, poprawiając swoją sytuację. Teraz Bachmutka i jej dolina stanowią przeszkodę terenową na drodze Rosjan, którzy na razie nie podejmują istotnych prób ataków przez nią.

Jednocześnie Ukraińcy zaczęli przeprowadzać całą serię niewielkich kontrataków na północ i południe od Bachmutu, napierając na wysunięte w przód rosyjskie oddziały próbujące okrążać miasto. Niektóre te ataki skończyły się powodzeniem, inne nie. Jeden z tych nieudanych pokazała rosyjska telewizja. Miał miejsce tuż obok wsi Berchiwka, na północ od miasta. Ukraińcy stracili cztery bojowe wozy piechoty BWP-1 i kilku-kilkunastu zabitych.

Data nagrania i kontrataku nie jest znana, ale musiało to być niedawno, ponieważ Rosjanie kontrolują Berchiwkę od niecałych dwóch tygodni. Z drugiej strony Ukraińcy twierdzą, że w wyniku tych udanych uderzeń, Rosjan udało się nieco odsunąć od dróg zaopatrzeniowych Bachmutu i poszerzyć korytarz życia na zachód o kilka kilometrów. Do tego most przy wsi Chromowe miał zostać prowizorycznie naprawiony. W efekcie komunikacja z Bachmutem ma być łatwiejsza i bezpieczniejsza, ale nadal drogi są pod ciągłym ostrzałem rosyjskiej artylerii i trudno je określić bezpiecznymi.

W ogólnym rozrachunku nie da się zaprzeczyć, że Ukraińcy na razie ustabilizowali sytuację. Rosjanie nie dokonali istotnych postępów od prawie dwóch tygodni, pomijając zajęcie opuszczonego wschodniego Bachmutu. Nie sposób powiedzieć, czy to efekt poniesionych wcześniej strat i zużycia amunicji oraz broni, czy też pojawienia się w rejonie istotnych nowych ukraińskich sił. Wcześniejsze przewidywania o nieuchronnym upadku Bachmutu w perspektywie do końca lutego okazały się nadmiernie pesymistyczne.

Kluczowym pytaniem jest to, ile żyć, amunicji i broni kosztuje Ukraińców ten upór. Bo to się będzie ostatecznie liczyć. Zwłaszcza jeśli do ustabilizowania sytuacji użyto sił trzymanych do tej pory w rezerwie z przeznaczeniem na wiosenne działania ofensywne. Wśród samych Ukraińców, jak i wielu zachodnich ekspertów, nie brakuje głosów, że uporczywa obrona miasta nie ma sensu już od połowy lutego. Czyli od momentu, kiedy Rosjanie zdołali wyjść na tyły miasta od północy i południa. Rozumowanie jest takie, że relacja strat ukraińskich i rosyjskich ma być od tego momentu na tyle mało korzystna dla Ukraińców, iż powinni porzucić miasto i cofnąć się kilka kilometrów na zachód na kolejne dogodne linie obronne. Tak, aby móc bronić się, jak w Wuhłedarze. Tam, korzystając z dogodnego terenu, systemu pól minowych osłanianych przez artylerię oraz zespoły z pociskami przeciwpancernymi, Ukraińcy od końca stycznia zadają Rosjanom ciężkie straty za cenę niewielkich własnych. W rejonie Bachmutu coś takiego nie jest możliwe, ze względu na ukształtowanie terenu i pozycje obu stron.

Tak naprawdę nie wiadomo jednak, jakie dokładnie są relacje strat obu stron w walkach o Bachmut. W przestrzeni publicznej pojawiają się najróżniejsze dane. Od 1 do 7 na korzyść Ukraińców, do 1:2 lub nawet 1:1. Precyzyjne tak naprawdę mają tylko dowództwa obu stron i utrzymują je w tajemnicy. Wśród ukraińskich żołnierzy w rejonie Bachmutu nie brakuje głosów, że najwyżsi dowódcy szafują ich życiem. Wiele złości jest kierowane pod adresem generała Syrskiego, który od stycznia osobiście nadzoruje sytuację w Donbasie i obronę Bachmutu. To on jest oskarżany o forsowanie obrony miasta, bez liczenia się ze stratami ludzkimi. Wytykane jest mu, że podobnie forsował obronę Siewierodoniecka i Lisiczańska latem, w efekcie czego ukraińskie oddziały były bliskie okrążenia i wycofały się w ostatniej chwili.

Jednak to generał Syrski miał nadzorować realizację działań w kluczowych udanych bitwach tej wojny, czyli podczas obrony Kijowa i kontrofensywy w obwodzie charkowskim. Owszem zaczynał karierę w wojsku ZSRR i początkowo kształcił się w radzieckich akademiach wojskowych, ale w ostatniej dekadzie był jednym z tych ukraińskich generałów, którzy mieli najwięcej wspólnego z NATO. Trudno więc zakładać, że obudził się nim jakiś duch armii radzieckiej, który każe mu bronić Bachmutu bez zważania na straty.

Można domniemywać, że ukraińscy generałowie stwierdzili, iż trwając w mieście, zmuszają Rosjan do koncentrowania na nim dużych sił i wykrwawiają je. Tychże sił może w przyszłości zabraknąć tam, gdzie Ukraińcy zdecydują się przeprowadzić poważną kontrofensywę wiosenną. Byłaby to powtórka z wydarzeń pod koniec lata 2022 roku, kiedy Ukraińcy byli w stanie przeprowadzić błyskawiczną operację charkowską, ponieważ wcześniej Rosjanie ściągnęli z tego odcinka wszystko, co się dało i rzucili do Donbasu. Między innymi do zdobywania wspomnianego Siewierodoniecka i Lisiczańska. Czy Rosjanie są w stanie powtórzyć taki błąd? Trudno uwierzyć, ale nie takie dziwne rzeczy podczas tej wojny się wydarzyły. Kluczowe jest jednak to, czy Ukraińcy, starając się doprowadzić do takiej sytuacji, nie stracą tylu własnych sił, że w końcu zabraknie im ich do przeprowadzenia tejże kontrofensywy. Wracamy tym samym do kwestii stosunku strat, który pozostaje jednak skryty za mgłą wojny.

Nie jest jednak tak, że Bachmut sam w sobie jest na tyle ważny, aby uzasadniał uporczywą obronę. Owszem, miasto leży na skrzyżowaniu kilku ważnych dróg i jest ważnym centrum komunikacyjnym dla części Donbasu. Kontrola nad nim ułatwiłaby życie Rosjanom i umożliwiła rozpoczęcie działań obliczonych na zdobycie reszty regionu. Po pierwsze pójście na północ w kierunku Siewierska i na zachód na Słowiańsk oraz Kramatorsk, kluczowe miasta w kontrolowanym przez Ukraińców Donbasie. Jednak na drodze do tych celów na pewno są już gotowe nowe rozbudowane ukraińskie linie obronne. Zdobycie Bachmutu nie oznaczałoby więc jakiegoś załamania frontu, tylko początek kolejnego etapu mozolnego zdobywania kilku kilometrów terenu na miesiąc.

gazeta.pl

7 marca dziennik „The New York Times” poinformował – powołując się na źródła we władzach USA i dane wywiadowcze – że ataku na gazociąg Nord Stream jesienią 2022 r. dokonała „grupa proukraińska”. Rozmówcy gazety mieli jednak podkreślać, że nie mają dowodów na udział w operacji prezydenta Zełenskiego lub jego współpracowników ani na to, że osoby zaangażowane w uszkodzenie nitek gazociągu działały na polecenie jakichkolwiek ukraińskich urzędników państwowych. Biały Dom zaapelował, by „nie przesadzać” z wnioskami i wstrzymać się z wyrokowaniem do zakończenia prowadzonych w sprawie ataku na Nord Stream dochodzeń. Informacje wskazujące na ukraiński ślad pojawiły się także w mediach niemieckich (m.in. w tygodniku „Die Zeit”). We wszczętym w Niemczech postępowaniu miano m.in. zidentyfikować jacht wynajęty przez obywateli Ukrainy od polskiej firmy, który prawdopodobnie posłużył jako platforma dla płetwonurków odpowiedzialnych za założenie i zdetonowanie ładunków wybuchowych. Zachodnie służby mają jednak nie wykluczać, że mogła być to operacja pod fałszywą banderą mająca na celu zasugerowanie ukraińskiego udziału. Niemieckie media przypomniały, że już na początku lutego federalny prokurator generalny przekazał, że nie ma dowodów na sprawstwo Rosji. 8 marca dziennik „The Times” podał, że nazwisko prywatnego sponsora, który rzekomo sfinansował sabotaż na Nord Stream, jest znane zachodnim wywiadom od miesięcy, a już tydzień po wybuchach otrzymano informację, że stoi za nimi „prywatna inicjatywa” z Ukrainy.

Odnosząc się do publikacji zachodniej prasy, doradca szefa Biura Prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak zaprzeczył udziałowi Ukrainy w uszkodzeniu gazociągu Nord Stream. Zaznaczył on, że Kijów nie ma także informacji o rzekomych „proukraińskich agentach”, którzy mogliby tego dokonać. Z kolei minister obrony Ołeksij Reznikow zaprzeczył udziałowi ukraińskich struktur oficjalnych w sabotażu. Według Reznikowa „byłby to pewien komplement dla naszych sił specjalnych, ale to nie nasze działanie”.

(...)

Informacje zachodnich mediów o ukraińskim sprawstwie uszkodzenia gazociągu Nord Stream należy postrzegać jako wsparcie obecnej na Zachodzie i sceptycznej wobec dalszej pomocy militarnej dla Ukrainy narracji, zwłaszcza w sytuacji, w której utrzymanie wsparcia wiąże się z koniecznością zwiększenia produkcji zbrojeniowej. Równocześnie mogą one być sygnałem dla władz w Kijowie, aby te zrezygnowały z roszczeniowej postawy i ograniczyły swoje postulaty w kwestii pomocy (m.in. zaprzestały domagania się samolotów bojowych), co zresztą publicznie sugerował już Waszyngton. Odrębną kwestię stanowi faktyczne sprawstwo sabotażu na Nord Streamie, które – jak akcentują Biały Dom i śledczy m.in. z Danii i Szwecji – wciąż nie zostało ustalone. Trzeba podkreślić, że gazociąg ten budowany był także jako instalacja spełniająca funkcje systemu rozpoznania podwodnego, którego wykorzystanie, podobnie jak i ochrona całego Nord Streamu, znajduje się w gestii rosyjskiej Floty Bałtyckiej. Przy założeniu, że system obserwacji i osłony gazociągu działa, za bardzo mało prawdopodobne należy uznać, że uszkodzeń dokonała własnymi siłami „prywatna inicjatywa” bez wiedzy i zgody Rosjan.

osw.waw.pl