środa, 8 marca 2023


7 marca „The New York Times” i niemieckie media opublikowały dziennikarskie ustalenia w sprawie aktów sabotażu z 26/27 września 2022 r. na gazociągach Nord Stream 1 i Nord Stream 2 (NS1 i NS2). Jako pierwszy ukazał się artykuł dziennika „The New York Times”, w którym autorzy, powołując się na niesprecyzowane źródła rządowe i wywiadowcze, podali, że za dywersją miała stać bliżej nieokreślona „proukraińska grupa” składająca się najprawdopodobniej z obywateli Ukrainy i/lub Rosji należących do przeciwników prezydenta Władimira Putina. Jednocześnie nie wskazano jakichkolwiek dowodów na zaangażowanie w operację władz Ukrainy czy tamtejszych służb. Autorzy publikacji zaznaczają, że wiele istotnych danych pozostaje nieustalonych. Niejasne mają być m.in. zarówno tożsamość domniemanych sprawców, jak i to, kto kierował akcją oraz kto ją zorganizował i sfinansował.

Kilka godzin po artykule w „The New York Times” ukazały się idące w podobnym kierunku ustalenia niemieckich dziennikarzy śledczych z redakcji państwowych nadawców ARD i SWR oraz tygodnika „Die Zeit”. Według nich do przeprowadzenia ataków miał posłużyć jacht wynajęty od zarejestrowanej w Polsce firmy (jej nazwy nie podano), która ma należeć do dwóch obywateli Ukrainy. W operację miało być zaangażowanych co najmniej sześć osób (w tym dwóch nurków), których tożsamości dotąd nie ustalono – mieli oni posługiwać się profesjonalnie sfałszowanymi paszportami. Jak podają autorzy publikacji, użyty przez domniemanych sprawców jacht miał wypłynąć 6 września z portu w Rostocku, a niezbędny sprzęt miał zostać dostarczony do portu ciężarówką. Śledczy mieli znaleźć na statku ślady materiałów wybuchowych. Także autorzy tego materiału zaznaczają, że choć w śledztwie natrafiono na ukraińskie ślady, to nie znaleziono żadnych poszlak wskazujących na to, kto mógł zlecić akcję i nią kierować. Niewykluczone również, że prowadzące do Ukrainy tropy zostały przez sprawców sfabrykowane w ramach operacji „pod obcą banderą”. Dziennikarze podają też, że według ich informatorów jesienią 2022 r. niemieccy śledczy mieli otrzymać od zaprzyjaźnionych europejskich służb dane wskazujące na zaangażowanie w dywersję „proukraińskiej grupy”.

Reakcje na nowe spekulacje w sprawie sabotażu na gazociągach NS1 i NS2 są stonowane. Rzecznik rządu RFN Steffen Hebestreit odmówił ich skomentowania – zwrócił jedynie uwagę na to, że śledztwa prowadzone zarówno przez niemieckiego federalnego prokuratora generalnego, jak i odpowiednie służby w Danii i Szwecji wciąż trwają i nie przyniosły jeszcze konkretnych rezultatów. Taką informację przekazano też na ostatnim posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ. Od dziennikarskich ustaleń zdystansował się także minister obrony RFN Boris Pistorius (SPD), który 8 marca w wywiadzie dla radia Deutschlandfunk wezwał do wstrzemięźliwości w komentowaniu doniesień i wyciąganiu z nich wniosków do czasu zakończenia postępowania. Dodał, że ukraińskie tropy mogły zostać świadomie pozostawione przez sprawców w celu zrzucenia na Kijów odpowiedzialności za dywersję. Niemal identycznie wypowiedziała się minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock (Zieloni), która przestrzegła przed wyciąganiem wniosków, zanim śledztwo się zakończy. Z kolei poseł opozycyjnej CDU Roderich Kiesewetter w ogóle nie odniósł się do doniesień, skrytykował natomiast opieszałość prokuratury, która jego zdaniem prowadzi do mnożenia spekulacji na temat sprawstwa sabotażu.

Również większość medialnych komentarzy jest wyraźnie wstrzemięźliwa w ocenie. Wskazuje się w nich głównie na to, że zarówno amerykańscy, jak i niemieccy dziennikarze piszą jedynie o odnalezieniu śladów prowadzących do Ukrainy, lecz nie ujawniają żadnych dowodów, oraz że opublikowane informacje są dalece niepełne i mają jedynie charakter spekulatywny.

W perspektywie krótkoterminowej nowe doniesienia nie wpłyną na działania niemieckiego rządu dotyczące pomocy Ukrainie. Nasilą natomiast podziały w społeczeństwie oraz wzmocnią środowiska dążące do osłabienia wsparcia dla Kijowa, zwłaszcza militarnego. Chodzi tu zarówno o część obywateli, jak i polityków Lewicy oraz AfD, ale także niektórych działaczy SPD. Ujawnione informacje będą instrumentalnie wykorzystywane m.in. przez Sahrę Wagenknecht – byłą wiceprzewodniczącą Die Linke i organizatorkę demonstracji przeciwko pomocy wojskowej dla Ukrainy – do uwiarygodniania i rozprzestrzeniania rosyjskiej propagandy w niemieckich mediach. Staną się też dodatkowym impulsem do zrealizowania przez Wagenknecht planu powołania nowego ruchu politycznego w celu m.in. zakończenia wsparcia RFN dla Kijowa i wywierania presji na Ukrainę, by skłonić ją do kapitulacji.

osw.waw.pl

Dowódca sił powietrznych USA w Europie gen. James Hecker oświadczył, że w toku rosyjskiej inwazji armia ukraińska zniszczyła ponad 70 samolotów wojskowych Rosji, a sama straciła mniej niż 60 maszyn. Straty obu stron Hecker uznał za relatywnie niewysokie.

Powodem tych względnie niskich strat jest - zdaniem wojskowego - skuteczność zintegrowanej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, zorganizowanej przez obie strony. Obrona ta nie pozwala na zaangażowanie samolotów na wielką skalę. Jej skuteczność sprawia, że znaczna część lotnictwa "okazała się niepotrzebna" - powiedział generał. To z kolei - dodał - znacznie utrudnia realizację osłony z powietrza operacji kontrofensywnych, planowanych przez armię ukraińską.

(...)

- Nie spodziewamy się, by siły zbrojne Rosji były w stanie poczynić duże postępy terytorialne w Ukrainie w tym roku - oświadczyła  dyrektor ds. Wywiadu Narodowego USA Avril Haines w Senacie. Dodała jednak, że walka w obronie Bachmutu może uszczuplić możliwości ofensywne Ukrainy.

- Nasze kontrole eksportu i sankcje ograniczają wysiłki wojenne Rosji (...) i jeśli Rosja nie zainicjuje obowiązkowej mobilizacji i nie zidentyfikuje znaczących zasobów amunicji z krajów trzecich, będzie im coraz trudniej utrzymać nawet obecny poziom operacji ofensywnych w nadchodzących miesiącach - powiedziała Haines podczas wysłuchania przed senacką komisją ds. wywiadu.

- Krótko mówiąc, nie przewidujemy, by rosyjskie wojsko odbudowało się wystarczająco w tym roku, by poczynić duże postępy terytorialne - dodała.

Haines zaznaczyła jednocześnie, że mimo to Władimir Putin prawdopodobnie ocenia, że czas pracuje na jego korzyść, a przedłużanie wojny jest jego "najlepszą pozostałą ścieżką", by osiągnąć swoje cele na Ukrainie. Oceniła też, że straty ponoszone przez Ukrainę podczas obrony terytorium w Donbasie, w tym w Bachmucie, będą prawdopodobnie czynnikiem ograniczającym możliwości Ukrainy, by przeprowadzić kolejną ofensywę tej wiosny.

onet.pl

— Rosyjskie społeczeństwo jest jeszcze bardziej zdegenerowane, podporządkowane władzy i bierne — alarmuje socjolog Lew Gudkow z Centrum Lewady w miesięczniku "Nowaja Polsza".

— Byłem zszokowany skalą aprobaty dla tej wojny. Spodziewałem się znacznie ostrzejszej i bardziej negatywnej reakcji publicznej. Ale społeczeństwo okazało się jeszcze bardziej zdegenerowane, uległe i bierne — komentował. Według Gudkowa można nawet mówić w przypadku Rosji o "stanie amoralnym", charakteryzującym się mieszanką "apatii, oportunizmu i cynizmu".

Jak czytamy w miesięczniku, "Gudkow, który szefuje niezależnej sondażowni Centrum Lewada, mówił o małej grupie 10-12 proc. społeczeństwa, które jest przeciwko wojnie i Putinowi". Socjolog podkreślił rolę machiny propagandowej Kremla, która m.in. nie podaje dokładnej liczby ofiar i tuszuje informacje z frontu.

— Informacje, które docierają do Rosjan nieformalnymi kanałami, zwłaszcza od krewnych i przyjaciół zmarłych, mają charakter rozproszony i prywatny. Ten człowiek został zabity, tamten człowiek został zabity, ale nie ma pełnego obrazu rozmiaru ofiar — tłumaczył "Nowej Polszy" Gudkow.

"W ocenie badacza opozycja została całkowicie pokonana, a społeczeństwo obywatelskie zmiażdżone" — napisał miesięcznik. — Bardziej prawdopodobne jest, że po porażce Putina w elitach wybuchnie swoista kłótnia. Po odejściu Putina będzie ostra walka o władzę, ale to nie znaczy, że perspektywa demokracji nagle się otworzy — ostrzegał Gudkow.

"Z wyników badań Centrum Lewady wynika, że poparcie dla wojny Putina w Rosji oscyluje w granicach 70-75 proc. Jednocześnie ponad połowa ankietowanych chciałaby zawieszenia broni i rozpoczęcia negocjacji pokojowych" — napisał miesięcznik.

W rozmowie z miesięcznikiem Gudkow nie ukrywał, że jego pracę może zakończyć nagła wizyta funkcjonariuszy służb Kremla. — Oczywiście, że na nich czekamy, nie ma co do tego wątpliwości. Może się to wydarzyć w każdej chwili. Jak tylko zaczniemy wykazywać spadek poparcia dla Putina, to zostaniemy zjedzeni i zlikwidowani — podsumował.

Rozmowę z Gudkowem opisał we wtorek 7 marca m.in. niemiecki portal n-tv.de. Juliane Fuerst z Centrum Historii Współczesnej im. Leibniza napisała w gościnnym artykule dla ntv.de: "To, co wydaje się sprzeczne, niekoniecznie wskazuje na błędy w ankietach. Wręcz przeciwnie, sprzeczne opinie nie są niczym nowym nie tylko w Rosji. W późnym socjalizmie sowiecka polityka i rzeczywistość były w dużej mierze odrzucane i krytykowane przez ludność. Jednak prace kontynuowano w tym systemie, polecenia były wykonywane. Absolutna większość obywateli radzieckich nawet wtedy nazwałaby siebie patriotami" — napisał ntv.de.

onet.pl

wtorek, 7 marca 2023


Nagranie z apelem Prigożyna roznosi się w portalach społecznościowych. "Jeszcze raz dokładnie objaśniam, aby wyeliminować dodatkowe pytania - nerwowo opowiada kucharz Putina. – PFW "Wagnera" blokuje Bachmut. Aby odblokować Bachmut, najlepiej jest zablokować PFW "Wagnera". W tym celu SZU utworzyły szereg ugrupowań. Jedną ugrupowanie w Słowiańsku – 67. brygada, drugie ugrupowanie - w Siwersku (81. i 66. brygada), jedna grupa w Czasowym Jarze i jedna grupa w Kostiantynówce. Sytuacja w Bachmucie wkrótce będzie przypominać tzw. "pierożek", dlatego jeszcze raz błagam dowództwo o pomoc, bo bez dodatkowej amunicji i wzmocnienia żołnierzom będzie niezwykle ciężko".

Prigożyn zapewnił, że są jeszcze szanse na otoczenie ukraińskich obrońców. "Wojska ukraińskie, aby zagwarantować odblokowanie Artemiwska, konieczne muszą zablokować PFW "Wagnera", a wtedy będzie "pierożek" (potoczne określenie oznaczające okrążenie przez wrogą armię przy. red.). W przypadku całkowitego okrążenia Bachmutu nadzieniem będą otoczone przez nas części ukraińskich wojsk, a wierzchnią warstwą będzie PFW "Wagnera". Dlatego pukam do wszystkich drzwi i biję na alarm w sprawie amunicji i wzmocnienia. A także, aby nasze flanki zostały osłonięte. Jeśli wszyscy wykonają tę wspólną pracę w skoordynowany sposób, bez ambicji, bez popisywania się i histerii, to my blokujemy Siły Zbrojne Ukrainy, a SZU nie zablokują nas. Jeśli nie, to znaczy, że z tym wszystkim będzie koniec" – relacjonował zrozpaczony Prigożyn.

ukrayina.pl

Wizyta Olafa Scholza w Waszyngtonie w piątek miała wyjątkowy charakter, nawet jeśli w języku protokolarnym określona została jako „robocza”. Kanclerz Niemiec udał się w wielogodzinną podróż za ocean po to tylko, by przez 60 minut porozmawiać z Joe Bidenem w cztery oczy – i wrócić do domu. Nie zabrał ze sobą delegacji ani dziennikarzy. Nie było konferencji prasowej ani żadnych innych spotkań.

Scholz znalazł czas (a raczej chęć) tylko na wywiad z CNN. I tyle. Tuż przed wyjazdem wygłosił w Bundestagu przemówienie podsumowujące rok Zeitenwende (punktu zwrotnego), jak sam niegdyś określił transformację światowej i niemieckiej polityki pod wpływem wojny w Ukrainie. Ale o celu wizyty u Bidena nie powiedział ani słowa. „Po co jedzie pan do Stanów Zjednoczonych?” – pytał szef chadeckiej opozycji Friedrich Merz.

(...)

Dla Scholza postawa Stanów Zjednoczonych ma kluczowe znaczenie. Niemcy nie podjęły się roli przywódczej w Europie, nawet jeśli w kontekście Zeitenwende tamtejsi politycy bardzo dużo o takich ambicjach mówili. Berlin spogląda raczej przez ocean i podejmuje kroki tylko wtedy, kiedy ma pewność błogosławieństwa, ale i pełnego wsparcia Waszyngtonu. To dlatego tak długo zwlekał z wysłaniem swoich leopardów do Ukrainy – decyzję w tej sprawie Scholz uzależniał od tego, czy Amerykanie wyślą także swoje czołgi. Dopiero taka obietnica skłoniła go do wyrażenia zgody.

Ale taka polityka chowania się za wielkimi plecami amerykańskiego brata dochodzi do ściany. Biden bardzo długo przychodził Berlinowi z pomocą. Jeszcze przed wojną wbrew Kongresowi odmówił nałożenia sankcji na Nord Stream 2. Nie przyłączał się do krytyki za ślamazarność i brak klarownego kursu w sprawie Ukrainy. Zadeklarował – wbrew własnym doradcom – gotowość do wysłania czołgów Abrams, żeby przełamać impas w sprawie leopardów. Był to wyraz i konieczności (spójność Sojuszu i kluczowa rola Niemiec w UE), i kredytu zaufania dla zmian w niemieckim podejściu, tej osławionej Zeitenwende. Ale w ten sposób niemiecki dług wdzięczności wobec Bidena urósł. Zaś temu, w jaki sposób miałby zostać spłacony, przywódcy z pewnością poświęcili co najmniej dobry kwadrans rozmowy.

To pytanie dotyka sedna Zeitenwende i jej bilansu. Bo chodzi o przebudzenie się Niemiec w nowej rzeczywistości geopolitycznej, która nijak ma się do filarów tamtejszej kultury polityki zagranicznej, opartej na przekonaniu, że to Niemcy – stawiające na globalizację, współzależność, siłę ekonomiczną, a nie militarną – są najlepiej dostosowane do warunków XXI w. Wojna w Ukrainie pokazała, że jest dokładnie odwrotnie. I odtąd trwa proces przyswajania tej niewygodnej prawdy i wyciągania z niej wniosków.

Amerykanie wiedzą, że od tempa i sukcesu tej ewolucji zależy to, czy Niemcy będą mogli w adekwatny do potrzeb sposób przejąć choć część odpowiedzialności za bezpieczeństwo w Europie. Będzie to potrzebne raczej prędzej niż później, zwłaszcza gdyby w 2024 r. Biały Dom trafił znowu w ręce Trumpa lub innego nastawionego izolacjonistycznie lub antyeuropejsko Republikanina.

Podsumowując w Bundestagu rok tych przemian, Olaf Scholz kładł – słusznie – nacisk na ich kompleksowy charakter. Nie chodzi tylko o dodatkowych 100 mld euro na zbrojenia, które przed rokiem stały się symbolem Zeitenwende. Bundeswehra przez lata była tak zabiedzona i zaniedbana, że przestawienie wajchy w kierunku zasadniczego zwiększenia wydatków wojskowych było absolutną koniecznością. Ale idzie przecież o więcej.

Partnerstwo energetyczne z Rosją, które było najcięższą hipoteką niemieckiej polityki zagranicznej ostatnich dekad, zostało zakończone. Spółka Nord Stream 2 przestała istnieć, a gazociąg został w niewyjaśnionych okolicznościach uszkodzony. Niemcy nie importują już żadnych węglowodorów z Rosji, a największe firmy przez lata budujące sojusz gazowy (BASF) wycofały się z ogromnymi stratami. To w istocie najważniejsze wskaźniki „punktu zwrotnego”, bo zamykają drogę powrotną do układu, który kształtował interesy i politykę Niemiec przez lata. W dodatku w przyspieszonym tempie (dumnie nazwanym przez kanclerza „tempem niemieckim”) i ogromnym kosztem powstaje cała alternatywna infrastruktura energetyczna (np. terminale LNG), która zmienia wektor interesów biznesowych – przeciwko Rosji.

Towarzyszy temu debata o kierunkach polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, jakiej nie było od dekad. Nowy przywódca SPD Lars Klingbeil otwarcie przyznaje się do błędów Ostpolitik (będącej dla tej partii świętością), zaś nowe dokumenty programowe mówią o konieczności budowy porządku bezpieczeństwa europejskiego „przeciwko Rosji”. Co dla Polaków może wydawać się oczywistością, w SPD do niedawna było anatemą. A także w dużej części społeczeństwa.

Ale nastroje zmieniły się w istotny sposób, nawet jeśli co rusz jakiś list na rzecz „pokoju” gromadzi setki tysięcy podpisów zwolenników „kompromisu” z Rosją. Badania opinii publicznej pokazują, że naiwność wobec Rosji ustępuje otrzeźwieniu. Według sondażu przeprowadzonego na zlecenie European Council on Foreign Relations pod koniec zeszłego roku prawie 70 proc. Niemców uważa Rosję za rywala lub przeciwnika. To tylko nieco mniejszy odsetek niż w Polsce.

Niemniej dla Bidena, który prowadził męską rozmowę z Scholzem, ważniejsze są zapewne dwie inne kwestie, które w Zeitenwende odgrywają nie mniej kluczową rolę niż Rosja i energetyka: nakłady na wojsko i polityka wobec Chin. Jakikolwiek scenariusz wojny w Ukrainie sobie wyobrazić, zasadnicze zwiększenie zdolności produkcyjnych przemysłu zbrojeniowego w Europie i zapewnienie stałych, zwiększonych dostaw amunicji i sprzętu wojskowego do Ukrainy będzie musiało być priorytetem polityki bezpieczeństwa UE i NATO. Ukraina będzie ich potrzebować, by pokonać Rosję, ale w nie mniejszym stopniu także wtedy, gdyby linia frontu ustabilizowała się, a walki zamarły na lata (scenariusz koreański). Wschodnia granica pozostanie wtedy wschodnią rubieżą Europy, która będzie musiała być ufortyfikowana po zęby, by odstraszyć potencjalną nową agresję Putina.

Objęcie Ukrainy członkostwem i gwarancjami NATO pozostaje odległym celem, ale jego osiągnięcie będzie trudne. Dlatego Scholz mówił w swoim ostatnim przemówieniu o czym innym: „zobowiązaniach w sprawach bezpieczeństwa” dla Ukrainy. „Wall Street Journal” donosił z kolei niedawno, że Niemcy, Francja i Wielka Brytania chcą zaproponować w NATO „pakt obronny” dla Ukrainy. Niezależnie od nazwy chodzi o propozycję długofalowego i kompleksowego wsparcia wojskowego dla Ukrainy, tak aby miała siły i środki do tego, by sama bronić się przed ewentualnym nowym atakiem.

Żeby Niemcy mogły wypełnić takie ewentualne „zobowiązania” treścią, wojskowa Zeitenwende będzie musiała jednak zasadniczo przyspieszyć. Eksperci do spraw militarnych krytykują, że miniony rok był stracony. Zamówienia sprzętu dla Bundeswehry nastąpiły dopiero pod koniec 2022 r., Niemcy nadal nie wypełniają natowskiego celu nakładów na wojsko w wysokości 2 proc. PKB, a siły zbrojne są w nie mniej fatalnym stanie, niż były przed rokiem. Ten bilans jest rozczarowujący.

Ale jest nadzieja. Nowy minister obrony Boris Pistorius zabrał się w styczniu solidnie do roboty. Współpraca z przemysłem zbrojeniowym ma zostać zacieśniona, zamówienia rządowe na większą skalę przygotowane, a minister domaga się też dodatkowych 10 mld euro w budżecie obronnym na przyszły rok. Cudów nie ma. Zanim Niemcy staną się kluczowym filarem europejskiej obrony, w Szprewie i Renie upłynie sporo wody. Ale od tego, z jakim zaangażowaniem będą w tym kierunku zmierzać, zależy wiarygodność Berlina zarówno w relacjach z Europą Środkowo-Wschodnią, jak i Stanami Zjednoczonymi.

polityka.pl

poniedziałek, 6 marca 2023


Siły rosyjskie kontynuują działania ofensywne na północny wschód i południe od Czasiw Jaru, przez który wycofywana jest część obrońców Bachmutu i przewozi się zaopatrzenie dla żołnierzy ukraińskich pozostałych w mieście. Przemieszczający się drogami gruntowymi Ukraińcy ostrzeliwani są praktycznie ze wszytkich rodzajów broni. Rosjanie spowolnili działania na rzecz fizycznego domknięcia pierścienia okrążenia poprzez wstrzymanie ataków od północy na Chromowe/Artemiwśke (miejscowość straciła swoje znaczenie logistyczne po zniszczeniu mostu i według części źródeł została opuszczona przez siły ukraińskie) i ograniczenie ich częstotliwości od południa na Iwaniwśke/Krasne, nie zaprzestają natomiast presji na obrońców w Bachmucie. Siły ukraińskie w mieście spychane są z północy i z południa w stronę centrum, grupy obrońców wciąż mają stawiać opór również na wschodnim brzegu rzeki Bachmutka. Według dowództwa ukraińskiego komunikacja z Bachmutem jest utrzymywana i nie ma mowy o całkowitym wycofaniu się (ewakuowani mają być głównie ranni żołnierze).

Wojska agresora ponawiały ataki po obu stronach autostrady M03 na północny zachód od Bachmutu, a także na wschód od Siewierska oraz na północny i południowy zachód od Kreminnej. Walki trwają na północ i zachód od Awdijiwki oraz w łuku na zachód od Doniecka. Siły agresora miały podejmować kolejne próby przełamania pozycji ukraińskich na południe od doszczętnie zrujnowanej Marjinki, w której wciąż utrzymuje się ukraińska obrona. Lokalne władze nakazały ewakuację części mieszkańców z Kupiańska, które ma znajdować się pod ciągłym ostrzałem. Niejasne są natomiast informacje na temat walk o miejscowości na jego północno-wschodnich obrzeżach. Według strony ukraińskiej liczba wrogich ataków wciąż pozostaje znacząca – ponad 150 miało mieć miejsce w piątek, 130 w sobotę i 95 w niedzielę.

Nocą 6 marca Rosjanie przeprowadzili ograniczony atak z wykorzystaniem dronów kamikadze Shahed-136/131. Obrońcy mieli zestrzelić 13 z 15 atakujących dronów. Głównym celem rosyjskich uderzeń rakietowych pozostaje zaplecze sił ukraińskich w Donbasie, atakowane były m.in. Kramatorsk i okolice Pokrowska. Artyleria i lotnictwo agresora kontynuują ostrzał i bombardowania wzdłuż linii styczności i na obszarach przygranicznych, zwłaszcza w obwodzie sumskim. Poza rejonami walk głównymi celami pozostają Chersoń i Nikopol wraz z okolicami oraz nadmorskie tereny obwodu mikołajowskiego, zwłaszcza w pobliżu Oczakowa. W wyniku ukraińskiej dywersji w Melitopolu 5 marca doszło do wybuchów w rejonie dwóch rosyjskich baz wojskowych.

Pentagon podał szczegóły kolejnego pakietu pomocy wojskowej dla Ukrainy o wartości 400 mln dolarów. W jego skład weszły m.in. pociski do wyrzutni HIMARS (wcześniej informowano o pociskach naprowadzanych GMLRS), amunicja artyleryjska kalibru 155 mm i 105 mm, naboje 25 mm (do bojowych wozów piechoty Bradley) oraz mosty towarzyszące (najprawdopodobniej AVLB – Armored Vehicle-Launched Bridge – na bazie czołgu M60). Według ambasadora Ukrainy w Londynie Wadyma Prystajki w trakcie wizyty prezydenta Wołodymyra Zełenskiego w Wielkiej Brytanii uzgodniono, że przekaże ona dwukrotnie większą liczbę czołgów niż wcześniej zapowiadano (tzn. 28 zamiast 14). Fundacja Serhija Prytuły przekazała armii ukraińskiej pierwsze 24 transportery opancerzone z łącznej liczby zakupionych w Wielkiej Brytanii 101 pojazdów różnych typów wycofanych ze służby z armii brytyjskiej (w pakiecie mają się znajdować FV103 Spartan, FV104 Samaritan, FV105 Sultan, Stormer, Shielder, FV432 Bulldog, FV434 i FV106 Samson).

Według The Financial Times ukraiński minister obrony Ołeksij Reznikow zwrócił się do swoich odpowiedników w Unii Europejskiej o przekazywanie miesięcznie 250 tys. sztuk amunicji artyleryjskiej. Obecnie armia ukraińska może miesięcznie wykorzystywać zaledwie piątą częścią amunicji uznawanej za niezbędną do realizacji zadań – 110 tys. pocisków kalibru 155 mm wobec postulowanych 594 tys. Za niezbędne minimum, oceniane na 60% ogółu potrzeb, Kijów uważa 356 tys. pocisków. Według ministra spraw zagranicznych Estonii Urmasa Reinsalu w dniach 7–8 marca ministrowie obrony państw UE mają omówić mechanizm wspólnego zakupu dla Ukrainy 1 mln pocisków artyleryjskich 155 mm. Zdaniem Reznikowa siły agresora wykorzystują czterokrotnie więcej pocisków niż obrońcy. Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych w Europie, amerykański generał Christopher Cavoli, ocenił wysiłek rosyjskiej artylerii na ponad 23 tys. pocisków na dobę.

5 marca NBC News podało, że w Stanach Zjednoczonych przebywa dwóch ukraińskich pilotów, którzy na symulatorach w bazie Tucson w Arizonie przechodzą ocenę umiejętności pilotażu. Waszyngton miał zatwierdzić przeprowadzenie w marcu podobnej oceny jeszcze 10 pilotów. Władze amerykańskie podkreślają, że program nie ma charakteru szkoleniowego, a piloci podczas pobytu w USA nie będą zasiadali za sterami samolotów. Przypominają także, że nie jest planowane przekazanie Ukrainie myśliwców F-16. Następnego dnia rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych płk Jurij Ihnat poinformował, że badane jest, ile czasu piloci będą potrzebowali na przekwalifikowanie się na nowoczesne myśliwce. Na podstawie oceny mają zostać podjęte dalsze kroki w kwestii szkolenia i pozyskania zachodnich samolotów bojowych.

5 marca Jurij Ihnat potwierdził doniesienia, że Rosjanie używają nowych kierowanych bomb skrzydlatych UPAB-1500W o masie 1,5 tony zrzucanych ok. 40 km od celu. Wskazał, że sposobem na zredukowanie skuteczności rosyjskich ataków powietrznych jest pozyskanie nowoczesnych samolotów myśliwskich. Dzień później minister Reznikow uściślił, że Ukrainie potrzebne są myśliwce takie jak F-16, których zdolności bojowe mogą ograniczyć skuteczność rosyjskich ataków powietrznych. Dodał, że samoloty szturmowe przeznaczone do niszczenia celów naziemnych takie jak A-10 Thunderbolt II nie spełniają wymagań ukraińskich ze względu na wyeksploatowanie i brak części zamiennych. Reznikow oświadczył też, że ogłoszony z chwilą wprowadzenia stanu wojennego plan mobilizacyjny nie został ukończony. Obecnie poszukuje się zwłaszcza kierowców, artylerzystów i strzelców wyborowych, zaś zakłócenia występujące w prowadzeniu mobilizacji wynikają z braku cyfrowych baz danych osobowych, które są dopiero tworzone.

4 marca wiceminister obrony Ukrainy Ołeksandr Pawluk stwierdził, że z powodu braku sukcesów na froncie Rosjanie są coraz bardziej zdesperowani, a ich taktyka staje się coraz bardziej terrorystyczna. Wróg ostrzeliwuje cele cywilne i infrastrukturę zapewniająca podstawowe potrzeby socjalne. Jego zdaniem, dla zapewnienia prawidłowego funkcjonowania społeczności lokalnych na terytoriach przyfrontowych niezbędne jest wdrożenie administracji wojskowych. Podkreślił, że władze lokalne nie mogą być reprezentacją polityczną, gdyż w czasie wojny są one przede wszystkim ośrodkami decyzyjnymi, kierującymi zapleczem sił zbrojnych.

Białoruskie Centrum Praw Człowieka „Wiasna” poinformowało, że KGB prowadzi przeszukania u osób, które w latach 2020–2023 weszły w konflikt z prawem, w tym popełniły wykroczenia administracyjne, lub są posiadaczami komercyjnych bezpilotowców. Ze wstępnych danych wynika, że zatrzymano co najmniej 10 osób, które po przeszukaniu trafiły do aresztu śledczego. Funkcjonariusze mają poszukiwać organizatorów incydentu na lotnisku wojskowym Maczuliszczy, gdzie przy użyciu dronów miało dojść do uszkodzenia rosyjskiego samolotu wczesnego ostrzegania typu A-50. Oficjalne źródła białoruskie zaprzeczają, aby doszło do strat materialnych. Według źródeł niezależnych samolot samodzielnie opuścił lotnisko i został skierowany do Taganrogu w celu naprawy.

4 marca prokuratorzy generalni państw wchodzących w skład Wspólnego Zespołu Śledczego (Litwa, Polska i Ukraina) podpisali we Lwowie porozumienie o utworzeniu w Hadze Międzynarodowego Centrum Badania Zbrodni Agresji Rosji. Rozpocznie ono działalność w lipcu br. i – w opinii Kijowa – przyczyni się do powołania specjalnego trybunału do „osądzenia zbrodni agresji popełnionych przez rosyjskie elity polityczno-wojskowych”. Dzień wcześniej wizytę we Lwowie złożył również Prokurator Generalny USA Merrick Garland. Wziął on udział w konferencji United for Justice, podczas której przemawiali m.in. prezydent Łotwy, wicepremier Holandii, minister sprawiedliwości RP i prokurator Międzynarodowego Trybunału Karnego. Konferencja była poświęcona problematyce pociągnięcia Rosji do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne.

Komentarz

Spowolnienie przez Rosjan działań zmierzających do okrążenia Bachmutu należy wiązać z uzyskaniem przez nich pełnego okrążenia operacyjnego. Komunikacja obrońców z miastem ograniczona jest nie tylko przez warunki terenowe, lecz przede wszystkim przez ostrzał agresora, którego celność zwiększa spowolnienie ruchu na grząskich drogach gruntowych. Kwestią otwartą pozostaje, w jakim stopniu jest to podyktowane chęcią ograniczenia przez agresora strat własnych i dania wytchnienia atakującym wojskom, a w jakim wykorzystania obecnej sytuacji do dalszego wyczerpywania sił ukraińskich i wiązania ich w okolicach Bachmutu w sytuacji zintensyfikowania działań na innych kierunkach – Awdijiwki, Łymanu i Kupiańska. Sprzyjają temu deklaracje przedstawicieli władz ukraińskich o strategicznym znaczeniu miasta, świadczące o tym że jego utrzymanie ma znaczenie prestiżowe. Tym samym oddanie Bachmutu jest traktowane jako ostateczność i wciąż nie można wykluczyć, że Ukraińcy podejmą próbę jego deblokady. Główny kierunek rosyjskiego uderzenia stanowi obecnie Czasiw Jar i miejscowości leżące na północ od tego miasta, na pasie wzniesień pomiędzy Bachmutem a Kramatorskiem i Słowiańskiem. Stanowią one ostatnią naturalną linię obrony północno-zachodniej części obwodu donieckiego.

osw.waw.pl

23-letni youtuber z Moskwy, Danił Orajn z kanału 1420, którego filmy o poglądach Rosjan pozostających w kraju po rozpoczęciu wojny w Ukrainie oglądają codziennie setki tysięcy osób, zapytał mieszkańców Moskwy, czy "Rosja powinna zaatakować Polskę". Pytania dotyczące potencjalnego wkroczenia armii rosyjskiej do naszego kraju zadał zarówno starszym, jak i młodszym.

— To zależy od tego, jak to wszystko się potoczy. Jeśli dadzą nam powód do działania, to tak. Jesteśmy państwem pokojowym i jeśli nie będą się skradać i nas prowokować, to nie zaatakujemy. Bronimy tylko siebie, nie potrzebujemy innego terytorium, ale naszego też nie oddamy — stwierdził starszy mężczyzna, który na początku był bardzo zaskoczony pytaniem o wkroczenie rosyjskiej armii do Polski.

W jeszcze bardziej stanowczym tonie wypowiedziała się starsza kobieta. — Czy Polska nam teraz szkodzi? Mamy teraz problem z Mołdawią i Rumunami. Co Polska ma z tym wspólnego? Właściwie Polska też jest do bani. Mój ojciec przeżył połowę wojny, mówił o nich, że Ukraińcy to gestapo, cała zachodnia Ukraina jest ich pełna, a Polacy to nacjonaliści — stwierdziła.

Na pytanie, "czy w Polsce są naziści", kobieta z pełną powagą odpowiedziała, że "tak". Na koniec dodała, że "wszyscy Ukraińcy powinni zostać zgładzeni". — Ta zgnilizna rozprzestrzeniła się zbyt daleko, oni już nas nie kochają. To nie są nasi bracia i siostry — podsumowała.

Kolejna kobieta w rozmowie z youtuberem stwierdziła, że "dopóki nie wykończymy ich wszystkich, nie możemy zakończyć operacji specjalnej". — Okazuje się, że Ukraina jest wrogiem, Polska jest wrogiem, Bałtowie są wrogiem. To są nasi najwięksi wrogowie — dodała.

Czy do końca wojny można byłoby dojść na drodze dyplomacji? — Niby tak, ale wątpię. Za dużo osób jest przeciwko nam. Negocjacje z nimi nie działają — stwierdziła kobieta.

— Co 100 lat wszyscy po nas przychodzą i musimy ich zatrzymywać. Wtedy na jakiś czas stają się bardziej lojalni, mądrzejsi. Potem wracają i nadal będą wracać, bo są zbyt zazdrośni o Rosję — podsumowała.

— Polska powinna być pokonana już dawno temu, wtedy by nam nie przeszkadzali. Przeszkadzali nam podczas II wojny światowej, chcieli ukraść nasze terytoria. Polacy nie mogą nas znieść — stwierdziła z kolei inna kobieta.

Następnie Rosjanka zastanawia się, jakby to było, gdyby można było odwiedzić Warszawę czy Kraków bez wizy. — To ma tylko dobre strony! Polska powinna być anektowana tak jak Krym — dodała na koniec.

Chociaż starsze osoby, które wypowiadały się w filmie, niemal jednoznacznie stwierdziły, że "Polska powinna być następna", tak dla młodych osób nie jest to takie oczywiste.

— W moich słuchawkach leci teraz piosenka o tym, że nie "nie ma miejsca na wojnę w moim świecie". Tak się czuję — stwierdził młody chłopak.

Ciekawy jest także stosunek pytanych osób do byłego prezydenta Rosji, Dmitrija Miedwiediewa. Jeden z młodych Rosjan stwierdził, że "nie należy jego wpisów brać na poważnie".

Na sam koniec Orajn zapytał jeszcze starszego mężczyznę, czy "po zakończeniu specjalnej operacji w Ukrainie", Polska powinna być następna. Zaskoczony mężczyzna ze zdziwieniem dopytywał, co youtuber miał na myśli. Wówczas ten stwierdził, że "Miedwiediew...".

— Miedwiediew niech idzie do diabła. Tam jego miejsce — podsumował mężczyzna i odszedł.

onet.pl/@1420channel

Jak dowiedział się "Bild", między Wołodymyrem Zełenskim a gen. Wałerijem Załużnym powstał spór o bitwę pod Bachmutem. Prezydent Ukrainy i naczelny dowódca ukraińskich sił zbrojnych mieli zasadniczo różne poglądy na to, jak armia powinna radzić sobie w oblężonym mieście.

Dziennik dowiedział się z kilku źródeł w kierownictwie politycznym w Kijowie, że Załużny już kilka tygodni temu zalecał, aby ze względów taktycznych pomyśleć o wycofaniu się z Bachmutu.

Z wojskowego punktu widzenia Bachmut nie ma znaczenia strategicznego, wycofanie się ze zniszczonego miasta nie byłoby więc decydujące. Poprzez koncentrację Rosji na Bachmucie i rozmieszczeniu tam tysięcy najemników z Grupy Wagnera miasto stało się symbolem, a Zełenski w grudniu ub.r. ogłosił je "twierdzą".

Przez nieustające próby zdobycia Bachmutu szturmem Rosja straciła tam wielu żołnierzy, w tym byłych więźniów. Jednak choć straty Rosjan prawdopodobnie są znacznie wyższe, w ofiarnej obronie miasta zginęło też wielu ukraińskich żołnierzy. I dlatego Załużny już na wczesnym etapie obrony forsował możliwość wycofania się z miasta.

Ukraiński rząd powiedział "Bildowi", że decyzja o utrzymaniu Bachmutu była słuszna. Zgodnie z argumentacją Kijowa armia rosyjska poniosła znaczne straty, zarówno pod względem personalnym, jak i materialnym. Zniszczono na przykład liczne czołgi i pojazdy pancerne.

Jednak spór między Załenskim i Załużnym nie dotyczy już tylko kwestii wojskowych. O ile na początku wojny między przywódcami panowała duża jedność, a role były wyraźnie rozdzielone, to w międzyczasie to się zmieniło.

Przekonujący i zdeterminowany Załużny stał się na tyle popularny, że wielu traktuje go już jako możliwego kandydata na prezydenta. Choć generał nigdy nie powiedział, że zamierza kiedyś kandydować, Zełenski i jego otoczenie najwyraźniej widzą w nim możliwego konkurenta.

Ukraińskie kręgi wojskowe twierdzą, że głównodowodzący siłami zbrojnymi pracuje jedynie na rzecz zwycięstwa nad wojskami rosyjskimi i zajmuje się ochroną swoich żołnierzy najlepiej, jak potrafi. Ich zdaniem to jedyny czynnik, który doprowadził do sporu o Bachmut.

Wśród obrońców miasta większość prawdopodobnie podziela stanowisko generała. Ukraiński analityk wojskowy, który chce pozostać anonimowy, powiedział: — Zdecydowana większość żołnierzy w Bachmucie nie rozumie powodu, dla którego miasto jest nadal utrzymywane.

— Pytania, które zadają sobie chłopaki, brzmią: Jaka jest strategia? Dlaczego mamy się okopywać, skoro wróg nas otacza? — dodał.

Reporterzy "Bilda" w ostatnich miesiącach rozmawiali z dziesiątkami żołnierzy w Bachmucie. Wojskowi byli zdania, że wycofanie powinno nastąpić już dawno temu. "Jeśli zostaniemy tu całkowicie otoczeni, to będzie katastrofa" — napisał w korespondencji do dziennika jeden z ukraińskich żołnierzy.

Strona przeciwna kieruje się innymi względami. Jej stanowisko zakłada, że gdyby Ukraińcy wycofali się z Bachmutu, w innych miejscach doszłoby do podobnych walk. Celem jest uniemożliwienie Rosjanom posuwania się naprzód, jednocześnie zadając im jak największe straty.

Jeden z ukraińskich doradców wojskowych wyjaśnia: — Na początku Bachmut był pułapką dla Rosjan, teraz stał się pułapką dla nas. Zabijamy ich w stosunku 1:7 (na każdego zabitego Ukraińca przypada siedmiu Rosjan — przyp. red.) — to jedyny wojskowy powód, by trzymać Bachmut. Ale wojska powinny być wycofane trzy tygodnie temu, gdy Rosjanie zajęli Krasną Górę. Decyzja o utrzymaniu Bachmutu była dobra, ale przesadzono z nią.

onet.pl/BILD

8 fal wagnerowców w ciągu 24 godzin atakowało okopy tylko w jednym miejscu - relacjonuje porucznik Petro Horobatenko w rozmowie z "Wall Street Journal". Jak tłumaczy, żołnierze z tej rosyjskiej jednostki nie mogą się wycofać - ich jedyną szansą przetrwania jest przeć naprzód. 

Ta taktyka działa. To wojna zombie... Atakują nas mięsem armatnim, wycelowanym tak, by wyrządzić nam jak największą krzywdę. My oczywiście nie możemy na to odpowiedzieć, bo nie mamy aż tyle personelu i jesteśmy wrażliwi na każdą stratę - mówi por. Horobatenko. 

To, jak działa Grupa Wagnera, przybliżył jeden z jej członków, złapany w Bachmucie 48-latek. Mężczyzna był skazany za morderstwo, kradzież i narkotyki. Jak powiedział jeniec, przed wysłaniem na front uczestniczył jedynie w trzytygodniowym szkoleniu, na którym uczono jedynie absolutnych podstaw: jak się czołgać i poruszać po lesie. To miałoby wskazywać, że dowódcy zakładali, iż żołnierze z Grupy Wagnera nie przetrwają swojej pierwszej misji.  

- Strzelali do nas z dwóch karabinów maszynowych, rozszarpywali pociskami żołnierzy, ale oni powtarzali, byśmy się czołgali i kopali okopy. To było po prostu głupie - mówił schwytany mężczyzna, opisując atak z 29 stycznia na ufortyfikowany posterunek w Bachmucie. 

Z 12 członków szwadronu, tylko czterech było w stanie prowadzić atak przez całą noc, większość zabito. Wagnerowcy nie mogli się wycofać bez pozwolenia, nawet jeśli odnieśli poważne rany. Schwytany mężczyzna twierdzi, że pozwolono mu na wycofanie się dopiero nad ranem przez wzgląd na uraz ramienia. 

Jeśli nie przesz do przodu i nie robisz tego, czego ci każą, zostaniesz zwyczajnie unieważniony 
- powiedział jeniec, który użył tego terminu z rozmysłem. W ten sposób wagnerowcy określają egzekucje wśród swoich, które często wykonuje się ciosem młotem w głowę, na miejscu. 

W szpitalu w okupowanym przez Rosję Ługańsku lekarz uznał, że mężczyzna jest zdolny do służby, po tym, jak ocenił, że wciąż może strzelać. W lutym 48-latka ponownie wysłano na front w Bachmucie. Jak mówił, przez dziewięć dni przed schwytaniem widział setki martwych żołnierzy z Grupy Wagnera. Ciała układali jedno na drugim i zostawiali, bo nie było czasu się nimi zająć - relacjonował. 

gazeta.pl

niedziela, 5 marca 2023


Pawłowski opisywał ówczesną Moskwę jako "rosół", w którym gotowali się niemal wszyscy, którzy później zostali prominentnymi politykami i biznesmenami. — Michaił Chodorkowski wpadł do mojej redakcji w drodze z pracy do domu, był tam Petr Aven, Anatolij Czubajs. Z drugiej strony mógł być Aleksander Dugin, siergiej Kurginian i inni. Innymi słowy, istniało takie bardzo gęste, nasycone środowisko pierestrojki. Nowe organizacje wyrastały jedna po drugiej. Było takie poczucie, że mogę kształtować rzeczywistość — wspominał Pawłowski.

Jak zawsze nie do końca zgadzał się ze swoją świtą. — Był to czas powszechnej euforii, a wszystkie prognozy sprowadzały się do tego, że Rosja będzie miała wspaniałą demokratyczną przyszłość — mówi Igor Małaszenko, jeden z założycieli niezależnego kanału telewizyjnego NTV. — Gleb Olegowicz miał poważniejsze spojrzenie na świat, przestrzegał przed nierealistycznym i bezmyślnym wychwalaniem demokracji. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że demokracja jest najlepszym systemem rządów, jaki istnieje — jak powiedział Churchill, jest zła, ale inne są jeszcze gorsze. Ale o tym, że jest zła, też trzeba pamiętać. I Pawłowski o tym wspomniał, co mnie ujęło.

21 maja 1989 r. na Łużnikach odbył się pierwszy masowy wiec na rzecz radykalnych reform, który został zgrany w czasie z otwarciem Kongresu Deputowanych Ludowych — według różnych źródeł zgromadził od 50 do 300 tys. osób. Na czele wiecu stanął Gawriił Popow, przemówienie wygłosił Andriej Sacharow, a najserdeczniej przez tłum witany był Jelcyn. Wśród mówców był Pawłowski, który był członkiem komitetu organizacyjnego wiecu.

Tam "po raz pierwszy poczuł ponurą siłę mas".— Tłum jest twardszy niż śledczy KGB. Mówisz nie to, co myślisz, ale to, czego oczekuje od ciebie to morze głów — powiedział po przemówieniu Pawłowski. Postanowił nie chodzić więcej na wiece.

W 1990 r. spotkał na ulicy znajomego, który zaproponował: — Słuchaj, czy chcesz, żebym ci kogoś przedstawił? Tym znajomym okazał się amerykański miliarder George Soros. Ostatecznie Pawłowski wszedł do zarządu Programu Społeczeństwa Obywatelskiego. Przez dwa lata, korzystając z pieniędzy Sorosa, w ramach programu Środowisko Informacyjne rozrzucał po kraju "monstrualną ilość sprzętu", w tym faks, kopiarkę, komputer i telefon. Maszyny te posłużyły w szczególności do stworzenia pierwszych numerów nowej gazety "Kommiersant".

— Miałem wtedy poczucie, że szemrana działalność organizacyjna jest łatwiejsza, a także bardziej udana i skuteczna, niż walka polityczna — wspominał Pawłowski. Praca dla Sorosa szybko go znudziła i postanowił, że będzie zarabiał, zajmując się "podsystemami wspierającymi politykę".

(...)

Po raz pierwszy z technologiami politycznymi Gleb Pawłowski zetknął się na początku lat 90., kiedy brał udział w pracach Centrum Roboczego Gajdara zajmującego się reformami gospodarczymi.

awłowskiemu podobała się "technologizacja polityki", w której lud był postrzegany jako "obiekt strzeżony". Według jego wspomnień w centrum reform nadal wisiały portrety Lenina, ale w budynku panowała "karnawałowa atmosfera". On sam otrzymał gabinet, w którym po raz pierwszy zaczął analizować dane socjologiczne. W ten sposób uświadomił sobie, że w badaniach socjologicznych "nigdy nie mówi się prawdy".

Jego firma PR-owa FEP była zaangażowana w kampanię Siergieja Kirijenki, który startował przeciwko Jurijowi Łużkowowi w wyborach na burmistrza Moskwy.— Oczywiście nie mieliśmy pojęcia, że Kirijenko może wygrać. Naszym zadaniem było jak największe osłabienie Łużkowa jako kandydata do prezydentury: był jednym z dwóch głównych kontrkandydatów z Jewgienijem Primakowem. Udało się — mówił Pawłowski.

Aktywnie wykorzystywał "czarny PR". FEP stworzyła antyłużkowską stronę internetową, która publikowała "podejrzenia" wobec mera Moskwy. Łużkow został tam oskarżony o współudział w zabójstwie Amerykanina Paula Tatuma, związki z przestępczością, korupcję i tak dalej. To właśnie wtedy FEP po raz pierwszy zaczęła stosować technikę "nieoficjalnej strony": tworzono przeciwnikowi własną stronę wypchaną kompromitującymi informacjami. Media, nie rozumiejąc tego, pisały na jej podstawie newsy i rozpowszechniały fałszywe informacje. "Kommiersant" porównał takie metody do metod czekistowskich, ale szefowi FEP bynajmniej to nie przeszkadzało.

Dla władz i Pawłowskiego najważniejszy był jednak projekt Jedności. W ostatnich tygodniach przed wyborami organizatorzy kampanii spierali się o to, czy Putin powinien otwarcie poprzeć nową partię. Jelcyn wspominał w swojej książce, że Pawłowski i inni weterani kampanii z 1996 r. nalegali, aby to zrobił. Ich przeciwnicy w sztabie twierdzili, że premier nie powinien "wydawać swoich środków politycznych na wspieranie nieznanego, nowo powstałego podmiotu politycznego".

Jak wspomina Pawłowski, w końcu wystarczyło "jedno cudowne zetknięcie" Putina z nową partią. — 24 listopada Putin pojawił się w wiadomościach na trzy minuty z Szojgu i powiedział: jest taki dobry człowiek, mój towarzysz, wspaniały człowiek Szojgu — wspominał. — I [wskaźniki Jedności] skoczyły z 5 do 15 proc. To było trzy tygodnie przed wyborami. To właśnie ten moment, zdaniem Pawłowskiego, ostatecznie przekonał Jelcyna do wcześniejszego odejścia z urzędu.

Rola Pawłowskiego w wyborach prezydenckich w 2000 r. była już bardziej znacząca niż w 1996 r. Sam określał siebie jako "dyrektora planowania" w zespole Putina, chociaż za "centralną postać" kampanii uważał Aleksandra Wołoszyna, szefa administracji prezydenckiej.

Proponowany przez Pawłowskiego scenariusz był prosty: młody, wysportowany przywódca prowadzi kraj w trzecie tysiąclecie, a nominuje go nie starzejący się Jelcyn, lecz naród.

Druga wojna czeczeńska i zamachy terrorystyczne na pewno nie były uwzględnione w scenariuszu kampanii, ale ostatecznie zagrały na rzecz następcy — mówi. — Wojna wzmocniła, zaakcentowała tutaj ten męski styl, dała ujście brutalności — tłumaczył Pawłowski. — Putin w ogóle nie był brutalny i tego się obawialiśmy. (...) Szybko jednak opanował wszystkie scenariuszowe role i gra je do dziś.

Kampania Putina była prowadzona przez dwa sztaby. "Zewnętrzny" mieścił się w elitarnej rezydencji Alexander House, gdzie zaraz po rejestracji wprowadził się Dmitrij Miedwiediew, oficjalny szef sztabu Putina. Sztab "wewnętrzny", który podejmował główne decyzje, znajdował się na Kremlu: spotykał się cztery razy w tygodniu w pomieszczeniu przylegającym do gabinetu Wołoszyna.

W spotkaniach uczestniczyli m.in. zastępca szefa sztabu Władisław Surkow, szefowa grupy zajmującej się przemowami Jahan Polljewa, szef prezydenckiej kancelarii Igor Sieczin, córka Borysa Jelcyna Tatiana Djaczenko oraz Gleb Pawłowski, który zyskał status "kremlowskiego specjalisty od wizerunku". — Jahan i ja byliśmy w pewnym sensie nierozłączni, wiele moich koncepcji trafiło do przygotowanych przez nią przemówień — wspominał Pawłowski.

— To ja dokonywałem redakcji raportów TASS, zastępując "koalicję większościową" "większością Putina". I to okazało się bardzo skuteczne. Była to oczywiście gra propagandowa — stwarzało się wrażenie istnienia większości jeszcze przed wyborami.

W marcu 2000 r. Władimir Putin wygrał pierwszą turę przedterminowych wyborów prezydenckich z wynikiem 52,9 proc. głosów. Aby uczcić swoje zwycięstwo w noc wyborczą, prezydent-elekt przybył do Domu Aleksandra. Na świątecznym stole znalazły się banany i jabłka, woda sodowa i wino. Naprzeciwko Putina, obok Tatiany Djaczenko, siedział Gleb Pawłowski.

Późną wiosną 2000 r. Gleb Pawłowski wziął udział w spotkaniu, w którym uczestniczyli Władimir Putin, Aleksander Wołoszyn i inni urzędnicy. Kremlowski konsultant przeżywał kolejny wybuch tego, co sam kiedyś nazwał "marszowym szałem". — Czułem, że absolutnie konieczne jest wyznaczenie granicy między minionym reżimem a nowym — wspominał. — Trzeba wytoczyć sprawy przeciwko jednemu czy dwóm oligarchom — mówiłem o tym otwarcie. W zasadzie wszyscy już wiedzieli, kim będą ci dwaj oligarchowie. Pawłowski zasugerował, że trzeba pokazać, że "stare rzeczy nie wrócą" i "zorganizować coś w rodzaju XX Kongresu: "parę starych wrogów trzeba otwarcie potępić".

Władimir Putin zareagował z niespodziewanym spokojem: — Tak, w porządku. Po czym podniósł ołówek i spojrzał na Pawłowskiego: — Zapisuję. Kto? Zebrani roześmiali się. Pawłowski był niezwykle zakłopotany i, jak sam przyznał, "natychmiast się wycofał". — Ale dla wszystkich było już jasne, kto to będzie— Berezowski i Gusiński — powiedział Gleb.

W tym czasie Pawłowski miał dużo pracy. Putin zaczął wzmacniać władzę centralną, reformując Radę Federacji i tworząc okręgi federalne w kraju. Wszystko to wymagało wsparcia eksperckiego, co właśnie robiła FEP: rząd stał się monopolistycznym klientem fundacji.

Jak na standardy rynku reklamowego, nie była to najbardziej lukratywna praca. — Pieniądze były dość skromne — mówi były wysoki rangą urzędnik administracji prezydenckiej. — Ale, oczywiście, była jeszcze jedna motywacja — pracowało się dla państwa, nad ciekawym zadaniem na dużą skalę. Pawłowski wcale się na tym nie wzbogacił.

Co tydzień FEP przygotowywała tzw. referat dla prezydenta, w którym "w sztywnej konkretnej formie" wyłożone były bieżące i przyszłe wydarzenia. Według różnych źródeł Pawłowski "interpretował badania opinii publicznej", sporządzał prognozy i sugerował władzom różne kroki w dziedzinie informacyjno-politycznej. Źródło "Meduzy" nazwało Pawłowskiego "jedną z najbardziej merytorycznych" osób biorących udział w dyskusjach — podkreślało jednak, że nie decydował on o konkretnych krokach politycznych.

Kilka miesięcy po wyborze Putina poproszono Pawłowskiego o wypowiedzi dla prasy jako nieformalnego rzecznika Kremla. Latem 2000 r. "pojawiła się próżnia". — Stało się jasne, że Putin nie chce kontynuować pracy w trybie kampanii — tak intensywnie. Bo, ogólnie rzecz biorąc, on nie lubi zbytnio pracować — wspominał Pawłowski. Mówił, że "odgadł" stanowisko prezydenta po katastrofie łodzi podwodnej w Kursku, po czym w mediach przekształcił się w "stałego nieformalnego frontmana nowego reżimu". Twierdził, że Putin patrzył na niego jak na "gadającą głowę" i "miał przy tym dużo zabawy, podobało mu się to".

W kwietniu 2002 r. Marat Gelman, który pracował z Pawłowskim przez siedem lat, opuścił FEP, twierdząc, że fundacja "praktycznie przekształciła się w wydział wsparcia informacyjnego dla rosyjskiej administracji prezydenckiej". Zdaniem Iwana Dawidowa, dawnych partnerów podzieliła w istocie nieudana kampania w wyborach parlamentarnych w Ukrainie w 2002 r.: FEP współpracowała z Socjaldemokratyczną Partią Ukrainy (SDPU) i Wiktorem Medwedczukiem, "służąc interesom Kremla", ale strona ukraińska nie posłuchała zaleceń Rosjan.

SDPU uzyskała ostatecznie 6,27 proc. głosów. Pawłowski zapewniał, że nie był osobiście zaangażowany w nieudaną kampanię — w przeciwieństwie do wyborów prezydenckich w Ukrainie w 2004 r., kiedy, jak twierdzi, "stał się czymś w rodzaju specjalnego asystenta łącznika między administracją kijowską i moskiewską".

Niepowodzenie kampanii ukraińskiej w 2002 r. "zdenerwowało głównego klienta", czyli administrację prezydencką i wpływy Pawłowskiego gwałtownie spadły. Według źródeł "Meduzy" od 2003 r. praca FEP została zredukowana do pisania dokumentów o otwartym kodzie źródłowym, "najłatwiejszej i najtańszej części pracy". Pawłowski przyznał sam, że z biegiem lat zmniejszyło się zapotrzebowanie rządu na konsultacje.

2 września 2003 r. niemal powtórzył historię — napisał tekst o spisku wśród elit. Opisywał szczegółowo "grupę Pugaczowa — I. Sieczina — W. Iwanowa" próbującą przejąć kontrolę polityczną w kraju i zmienić układ sił w biznesie. Dokument został rozpowszechniony na spotkaniach na Kremlu, a następnie przekazany do prasy.

Jednym z głównych powodów tego wystąpienia była afera Jukosu. Na Kremlu problemy Jukosu były omawiane od wiosny — i mówiono o nich jako o "niezwykle negatywnej okoliczności, którą trzeba powstrzymać". — Putin grał w dwuznaczną grę — wspominał strateg polityczny. — Udawał, że nie ma z tym nic wspólnego. Taki jest jego styl.

Sam Pawłowski w to wierzył, ale administracja prezydencka nie mogła nic zrobić z tym, co się działo — i dlatego napisał notatkę. — To był ogromny skandal — powiedział. Siergiej Pugaczow pozwał Pawłowskiego, który ostatecznie nakazał mu zapłacić 30 mln rubli (kwota została później trzykrotnie zmniejszona). Według Pawłowskiego "Putin był niezadowolony [z noty], ale jakby to przepuścił, spojrzał w inną stronę".

Półtora miesiąca po tym, jak tekst Pawłowskiego pojawił się w mediach, Michaił Chodorkowski został aresztowany. Wszyscy uczestnicy spotkań administracji prezydenckiej, w których uczestniczył Pawłowski, byli oszołomieni: nikt nie przypuszczał, że tak się stanie. Pięć dni po aresztowaniu biznesmena, 30 października 2003 r., Aleksander Wołoszyn zrezygnował z funkcji szefa administracji prezydenckiej.

Pawłowski kontynuował współpracę z władzą nawet po odejściu Wołoszyna, ale po jesieni 2003 r. widywał się z prezydentem znacznie rzadziej. Nie przeszkadzało mu to jednak w wypowiadaniu się w imieniu głowy państwa: — Im bardziej stawałem się putinistą, tym mniej potrzebowałem porozumieć się z Putinem, żeby wiedzieć, co robić.

Za czasów nowego szefa administracji prezydenckiej, Dmitrija Miedwiediewa, Pawłowski i jego fundacja nadal angażowali się w monitoring prasy i rekomendacje dotyczące polityki informacyjnej — i robili to jeszcze przez wiele lat. — Do końca 2009 r. FEP była głównym dostawcą informacji i analitycznych dokumentów planistycznych dla administracji prezydenckiej — mówi Paweł Danilin, były pracownik fundacji. — To był wyjątkowy klient, klient premium.

Pawłowski nadal pomagał władzom przy wyborach. Jego głównym zadaniem podczas kampanii parlamentarnej w 2003 r. było zniszczenie bazy wyborczej Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej (KPRF). — Trzeba było przedstawić wyborcom problem: za kim jesteś, za Putinem czy Ziuganowem? Jeśli jesteś za Putinem, to powinieneś być za Jedną Rosją — wyjaśniał. Utrzymywał, że ta strategia pomogła Jednej Rosji, która "w rzeczywistości była listą kandydatów z rządu", a nie prawdziwą partią, która zdobyła większość.

Po latach Pawłowski żałował tej udanej kampanii: jego zdaniem to właśnie po niej KPRF przestała istnieć jako niezależna partia, zamieniając się w "duży oddział Jednej Rosji". — To była ostatnia alternatywa w kraju — dodał. — Należało szukać koalicji z komunistami.

Kampania w Dumie rozlała się na wybory prezydenckie w 2004 r. — Pozbawiliśmy ich resztek konkurencyjności, choć nie było takiej potrzeby. Nie było absolutnie żadnego zagrożenia dla Putina — powiedział Pawłowski. — Wymyśliliśmy rozwiązanie, scenariusz, który miał roboczy tytuł "Wyjście cara". Władimir Putin uroczyście wychodzi z czerwonego ganku na Kremlu, ludzie krzyczą "Hurra!", rzucają czapki, a on wchodzi z powrotem. W tym scenariuszu nie byłoby prawdziwych rywali dla Putina. Sam Putin, według Pawłowskiego, w czasie kampanii nie pojawił się nawet w sztabie wyborczym.

Kilka miesięcy po wyborze Putina na drugą kadencję terroryści zajęli szkołę w Biesłanie. Dziesięć dni po oblężeniu i śmierci setek zakładników prezydent zapowiedział posiedzenie rządu, którego celem było zniesienie bezpośrednich wyborów gubernatorskich. Pomysł tej reformy przypisywano później Pawłowskiemu, choć on sam kategorycznie temu zaprzeczał.

Wkrótce po Biesłanie zniknął format spotkań ekspertów z szefem administracji. Teraz konsultanci chodzili na spotkania z Surkowem, który następnie raportował wyniki Miedwiediewowi. — Było pragnienie większej tajemnicy, większego zamknięcia — wspominał Pawłowski.

Okres od 2004 do 2008 r. określił jako swój "okres putinowski". W tym czasie prowadził w telewizji NTV propagandowy program "Prawdziwa polityka" i deklarował, że szczerze podziwia prezydenta. — Przyjąłem niezwykle radykalne stanowisko polegające na podkreślaniu czynnika personalistycznego Putina — wspomina.

— Wszystkie te rzeczy, które widzicie, obraz "Putin decyduje o wszystkim w kraju" — my go budowaliśmy — powiedział. Pawłowski tak bardzo bał się ustąpienia prezydenta, że opowiadał się nawet za "twardym tandemem" z Miedwiediewem, w którym Putin łączyłby stanowiska premiera, ministra obrony i ministra spraw zagranicznych.

Ku zaskoczeniu Pawłowskiego, Miedwiediew został wybrany łatwo, a kampania była "bardzo optymistyczna" i "bardzo prosta". Po wynikach wyborów Pawłowski otrzymał Medal Orderu Zasługi dla Ojczyzny, drugiej klasy. Był to jeden z ostatnich dekretów Putina jako prezydenta — postrzegano go jako gest ostatecznej wdzięczności. Widać było jednak, że Pawłowski nie jest już głównym człowiekiem Kremla: medal pierwszego stopnia otrzymał inny technolog polityczny, Andriej Gnatiuk, prezes holdingu IMA Group.

Pod koniec lat 90. Gleb Pawłowski, zapytany, czy pozostaje doradcą szefa administracji prezydenckiej, powiedział: — Na razie tak. Ale wiesz, że to się kończy bardzo prosto — w pewnym momencie zabierają ci przepustkę na Baszcie Spasskiej.

21 kwietnia 2011 r. szef FEP udał się na kolejne spotkanie na Kremlu. Niespodziewanie jego przepustka nie zadziałała przy Baszcie Spasskiej. Młody strażnik był zaskoczony, sugerując, że w systemie wystąpiła jakaś usterka. Ale Pawłowski od razu wszystko zrozumiał. Tak prozaicznie wyglądał koniec jego kremlowskiej ery.

W tym czasie jego następcami było już ośmiu różnych szefów administracji prezydenckiej — a on przeżył ich wszystkich. Kilka razy proponowano mu biuro, ale Pawłowski odmawiał: — Kiedy wprowadzasz się do biura, przygotuj się na to, że je stracisz.

Kadencja prezydencka Miedwiediewa okazała się dla niego pełna niespodzianek. — Dostałem od Putina po głowie chyba z pięć razy — wspomina. — To wszystko było dla mnie dość nietypowe, bo od 1996 r. przywykłem do mówienia tego, co myślę. Pierwszy incydent miał miejsce jeszcze przed inauguracją nowego prezydenta. Na prośbę Miedwiediewa zrobiliśmy badania na temat telewizji politycznej — co trzeba zmienić w telewizji, jak ją odmrozić, że tak powiem. I był, niespodziewanie dla mnie, wielki skandal [wokół tych planów]. A skandal wyszedł od Władimira Władimirowicza, z Białego Domu. Surkow był oszołomiony pilnością sprawy.

Latem 2010 r., kiedy notowania Putina i Miedwiediewa były remisowe, FEP opracowała obszerne studium "o możliwościach Miedwiediewa, jego grupach wsparcia, możliwych problemach i tak dalej". — No i jak idioci, tak, przedłożyliśmy ten raport administracji — i wysłaliśmy go do Białego Domu. Mogę sobie wyobrazić, jak oni na to wszystko patrzyli — mówi Pawłowski. — Wywołało to negatywną reakcję, zwłaszcza że po tym Putin został zaskoczony odwołaniem Łużkowa przez Miedwiediewa. Nie spodziewał się, że będzie on tak szybki.

Pawłowski był pewien, że skoro Putin dobrowolnie przekazał swoje stanowisko Miedwiediewowi, to Miedwiediew będzie mógł ubiegać się o drugą kadencję w 2012 r. Otwarcie promował to stanowisko w mediach. Jednocześnie wewnętrzny krąg Putina był zainteresowany powrotem na Kreml i przekonywał premiera, że Miedwiediew "spiskuje", a Pawłowski jest wśród spiskowców. Miedwiediew nie wstawił się za swoim doradcą. Pięć miesięcy po odsunięciu Pawłowskiego ogłosił, że Putin będzie ponownie kandydował.

Teoria "spisku" Miedwiediewa ostatecznie przestała być dyskutowana, ale Pawłowski nigdy nie wrócił na posiedzenia administracji. Były "ideolog" rządu był tak "oburzony i zszokowany" zmianą władzy, że zaczął pozwalać sobie na ostry język wobec Kremla. "Być może Putin widział mnie jako kogoś, kto wróci. Ale po tym, co mówiłem jesienią i w czasie Bołotnej, oczywiście to pytanie nie padło — powiedział. — To bardzo dobrze. Już mi się nie chciało.

Swoje ostatnie trzy lata na Kremlu określa jako "złe": to właśnie w tym czasie, zdaniem Pawłowskiego, zaprzepaszczono "ostatnią szansę na pozostanie Rosji na jakimś racjonalnym kursie państwowym". Zamiast ją wykorzystać, kremlowski konsultant i jego koledzy "zajęli się, kto wie czym — konstruowaniem jakiejś wyimaginowanej linii środkowej między Putinem a modernizującym się Miedwiediewem, i to tak, żeby, nie daj Boże, liberałowie nie mogli jej wykorzystać do umocnienia się — powiedział.

onet.pl/meduza.io

Jak podaje "The Sun" z tajnych akt wynika, że Putin miał oczekiwać, że napaść jego kraju na sąsiednie państwo da początek destabilizacji nie tylko Europy Wschodniej, lecz także Zachodniej, a w konsekwencji — upadek NATO. Kraje zachodnie miałyby występować z organizacji ze strachu, a Putin dzięki temu mógłby odbudować rosyjskie imperium. Z dokumentów wynika też, że dyktator oczekiwał, że kraje Zachodu będą "błagać go, by ich nie krzywdził".

Liczył także, że jego żołnierzom uda się podbić Ukrainę w ciągu maksymalnie kilku tygodni.

Dokumenty, do których dotarł "The Sun" pochodzą od informatora z anonimowego źródła, który ukrywa się pod pseudonimem "Wind of Change". Akta zostały wysłane do Władimira Osieczkina, szefa broniącej praw człowieka organizacji Gulagu.net.

Z maili urzędników FSB wynika, że Putin za zagrożenie uważa też państwa bałtyckie oraz Polskę. "The Sun" podaje, że prezydent Rosji spodziewał się, że po inwazji na Ukrainę, postawi Europie Zachodniej ultimatum. Od liderów państw miałby zażądać akceptacji rosyjskiej okupacji, a także wprowadzenia strefy zakazów lotów nad Polską oraz państwami bałtyckimi.

Dokumenty zawierają także plany, dotyczące odbudowania ZSRR. "W przyszłości pozwoli to Rosji na przejęcie kontroli politycznej nad szeregiem krajów, które wchodziły w skład ZSRR. NATO jako integralna struktura przestanie istnieć" — napisano. "The Sun" podaje, że Putin oczekiwałby, że — gdyby wojna przebiegała zgodnie z planem — zachodnie państwa będą na tyle przestraszone, że "zaakceptują nawet uderzenia rakietowe na Polskę i kraje bałtyckie".

Tajne plany Putina skomentował Keir Giles, londyński ekspert ds. Rosji. — To całkiem prawdopodobne, że Putin miał takie przedwojenne cele — powiedział. Dodał, że jednym z powodów, dla których wojna w Ukrainie tak bardzo zaskoczyła wszystkich, był fakt, że z logicznego punktu widzenia, kompletnie nie ma ona sensu.

Stwierdził też, że Putin po "pustelniczym odosobnieniu" spowodowanym m.in. pandemią COVID-19, snuł w głowie plany, które doprowadziły do agresji na Ukrainę. Dodał, że jeśli chodzi o przyszłość Rosji, to Władimir Putin przebywa obecnie na "innej płaszczyźnie rzeczywistości".

onet.pl/The Sun