poniedziałek, 6 marca 2023


8 fal wagnerowców w ciągu 24 godzin atakowało okopy tylko w jednym miejscu - relacjonuje porucznik Petro Horobatenko w rozmowie z "Wall Street Journal". Jak tłumaczy, żołnierze z tej rosyjskiej jednostki nie mogą się wycofać - ich jedyną szansą przetrwania jest przeć naprzód. 

Ta taktyka działa. To wojna zombie... Atakują nas mięsem armatnim, wycelowanym tak, by wyrządzić nam jak największą krzywdę. My oczywiście nie możemy na to odpowiedzieć, bo nie mamy aż tyle personelu i jesteśmy wrażliwi na każdą stratę - mówi por. Horobatenko. 

To, jak działa Grupa Wagnera, przybliżył jeden z jej członków, złapany w Bachmucie 48-latek. Mężczyzna był skazany za morderstwo, kradzież i narkotyki. Jak powiedział jeniec, przed wysłaniem na front uczestniczył jedynie w trzytygodniowym szkoleniu, na którym uczono jedynie absolutnych podstaw: jak się czołgać i poruszać po lesie. To miałoby wskazywać, że dowódcy zakładali, iż żołnierze z Grupy Wagnera nie przetrwają swojej pierwszej misji.  

- Strzelali do nas z dwóch karabinów maszynowych, rozszarpywali pociskami żołnierzy, ale oni powtarzali, byśmy się czołgali i kopali okopy. To było po prostu głupie - mówił schwytany mężczyzna, opisując atak z 29 stycznia na ufortyfikowany posterunek w Bachmucie. 

Z 12 członków szwadronu, tylko czterech było w stanie prowadzić atak przez całą noc, większość zabito. Wagnerowcy nie mogli się wycofać bez pozwolenia, nawet jeśli odnieśli poważne rany. Schwytany mężczyzna twierdzi, że pozwolono mu na wycofanie się dopiero nad ranem przez wzgląd na uraz ramienia. 

Jeśli nie przesz do przodu i nie robisz tego, czego ci każą, zostaniesz zwyczajnie unieważniony 
- powiedział jeniec, który użył tego terminu z rozmysłem. W ten sposób wagnerowcy określają egzekucje wśród swoich, które często wykonuje się ciosem młotem w głowę, na miejscu. 

W szpitalu w okupowanym przez Rosję Ługańsku lekarz uznał, że mężczyzna jest zdolny do służby, po tym, jak ocenił, że wciąż może strzelać. W lutym 48-latka ponownie wysłano na front w Bachmucie. Jak mówił, przez dziewięć dni przed schwytaniem widział setki martwych żołnierzy z Grupy Wagnera. Ciała układali jedno na drugim i zostawiali, bo nie było czasu się nimi zająć - relacjonował. 

gazeta.pl

niedziela, 5 marca 2023


Pawłowski opisywał ówczesną Moskwę jako "rosół", w którym gotowali się niemal wszyscy, którzy później zostali prominentnymi politykami i biznesmenami. — Michaił Chodorkowski wpadł do mojej redakcji w drodze z pracy do domu, był tam Petr Aven, Anatolij Czubajs. Z drugiej strony mógł być Aleksander Dugin, siergiej Kurginian i inni. Innymi słowy, istniało takie bardzo gęste, nasycone środowisko pierestrojki. Nowe organizacje wyrastały jedna po drugiej. Było takie poczucie, że mogę kształtować rzeczywistość — wspominał Pawłowski.

Jak zawsze nie do końca zgadzał się ze swoją świtą. — Był to czas powszechnej euforii, a wszystkie prognozy sprowadzały się do tego, że Rosja będzie miała wspaniałą demokratyczną przyszłość — mówi Igor Małaszenko, jeden z założycieli niezależnego kanału telewizyjnego NTV. — Gleb Olegowicz miał poważniejsze spojrzenie na świat, przestrzegał przed nierealistycznym i bezmyślnym wychwalaniem demokracji. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że demokracja jest najlepszym systemem rządów, jaki istnieje — jak powiedział Churchill, jest zła, ale inne są jeszcze gorsze. Ale o tym, że jest zła, też trzeba pamiętać. I Pawłowski o tym wspomniał, co mnie ujęło.

21 maja 1989 r. na Łużnikach odbył się pierwszy masowy wiec na rzecz radykalnych reform, który został zgrany w czasie z otwarciem Kongresu Deputowanych Ludowych — według różnych źródeł zgromadził od 50 do 300 tys. osób. Na czele wiecu stanął Gawriił Popow, przemówienie wygłosił Andriej Sacharow, a najserdeczniej przez tłum witany był Jelcyn. Wśród mówców był Pawłowski, który był członkiem komitetu organizacyjnego wiecu.

Tam "po raz pierwszy poczuł ponurą siłę mas".— Tłum jest twardszy niż śledczy KGB. Mówisz nie to, co myślisz, ale to, czego oczekuje od ciebie to morze głów — powiedział po przemówieniu Pawłowski. Postanowił nie chodzić więcej na wiece.

W 1990 r. spotkał na ulicy znajomego, który zaproponował: — Słuchaj, czy chcesz, żebym ci kogoś przedstawił? Tym znajomym okazał się amerykański miliarder George Soros. Ostatecznie Pawłowski wszedł do zarządu Programu Społeczeństwa Obywatelskiego. Przez dwa lata, korzystając z pieniędzy Sorosa, w ramach programu Środowisko Informacyjne rozrzucał po kraju "monstrualną ilość sprzętu", w tym faks, kopiarkę, komputer i telefon. Maszyny te posłużyły w szczególności do stworzenia pierwszych numerów nowej gazety "Kommiersant".

— Miałem wtedy poczucie, że szemrana działalność organizacyjna jest łatwiejsza, a także bardziej udana i skuteczna, niż walka polityczna — wspominał Pawłowski. Praca dla Sorosa szybko go znudziła i postanowił, że będzie zarabiał, zajmując się "podsystemami wspierającymi politykę".

(...)

Po raz pierwszy z technologiami politycznymi Gleb Pawłowski zetknął się na początku lat 90., kiedy brał udział w pracach Centrum Roboczego Gajdara zajmującego się reformami gospodarczymi.

awłowskiemu podobała się "technologizacja polityki", w której lud był postrzegany jako "obiekt strzeżony". Według jego wspomnień w centrum reform nadal wisiały portrety Lenina, ale w budynku panowała "karnawałowa atmosfera". On sam otrzymał gabinet, w którym po raz pierwszy zaczął analizować dane socjologiczne. W ten sposób uświadomił sobie, że w badaniach socjologicznych "nigdy nie mówi się prawdy".

Jego firma PR-owa FEP była zaangażowana w kampanię Siergieja Kirijenki, który startował przeciwko Jurijowi Łużkowowi w wyborach na burmistrza Moskwy.— Oczywiście nie mieliśmy pojęcia, że Kirijenko może wygrać. Naszym zadaniem było jak największe osłabienie Łużkowa jako kandydata do prezydentury: był jednym z dwóch głównych kontrkandydatów z Jewgienijem Primakowem. Udało się — mówił Pawłowski.

Aktywnie wykorzystywał "czarny PR". FEP stworzyła antyłużkowską stronę internetową, która publikowała "podejrzenia" wobec mera Moskwy. Łużkow został tam oskarżony o współudział w zabójstwie Amerykanina Paula Tatuma, związki z przestępczością, korupcję i tak dalej. To właśnie wtedy FEP po raz pierwszy zaczęła stosować technikę "nieoficjalnej strony": tworzono przeciwnikowi własną stronę wypchaną kompromitującymi informacjami. Media, nie rozumiejąc tego, pisały na jej podstawie newsy i rozpowszechniały fałszywe informacje. "Kommiersant" porównał takie metody do metod czekistowskich, ale szefowi FEP bynajmniej to nie przeszkadzało.

Dla władz i Pawłowskiego najważniejszy był jednak projekt Jedności. W ostatnich tygodniach przed wyborami organizatorzy kampanii spierali się o to, czy Putin powinien otwarcie poprzeć nową partię. Jelcyn wspominał w swojej książce, że Pawłowski i inni weterani kampanii z 1996 r. nalegali, aby to zrobił. Ich przeciwnicy w sztabie twierdzili, że premier nie powinien "wydawać swoich środków politycznych na wspieranie nieznanego, nowo powstałego podmiotu politycznego".

Jak wspomina Pawłowski, w końcu wystarczyło "jedno cudowne zetknięcie" Putina z nową partią. — 24 listopada Putin pojawił się w wiadomościach na trzy minuty z Szojgu i powiedział: jest taki dobry człowiek, mój towarzysz, wspaniały człowiek Szojgu — wspominał. — I [wskaźniki Jedności] skoczyły z 5 do 15 proc. To było trzy tygodnie przed wyborami. To właśnie ten moment, zdaniem Pawłowskiego, ostatecznie przekonał Jelcyna do wcześniejszego odejścia z urzędu.

Rola Pawłowskiego w wyborach prezydenckich w 2000 r. była już bardziej znacząca niż w 1996 r. Sam określał siebie jako "dyrektora planowania" w zespole Putina, chociaż za "centralną postać" kampanii uważał Aleksandra Wołoszyna, szefa administracji prezydenckiej.

Proponowany przez Pawłowskiego scenariusz był prosty: młody, wysportowany przywódca prowadzi kraj w trzecie tysiąclecie, a nominuje go nie starzejący się Jelcyn, lecz naród.

Druga wojna czeczeńska i zamachy terrorystyczne na pewno nie były uwzględnione w scenariuszu kampanii, ale ostatecznie zagrały na rzecz następcy — mówi. — Wojna wzmocniła, zaakcentowała tutaj ten męski styl, dała ujście brutalności — tłumaczył Pawłowski. — Putin w ogóle nie był brutalny i tego się obawialiśmy. (...) Szybko jednak opanował wszystkie scenariuszowe role i gra je do dziś.

Kampania Putina była prowadzona przez dwa sztaby. "Zewnętrzny" mieścił się w elitarnej rezydencji Alexander House, gdzie zaraz po rejestracji wprowadził się Dmitrij Miedwiediew, oficjalny szef sztabu Putina. Sztab "wewnętrzny", który podejmował główne decyzje, znajdował się na Kremlu: spotykał się cztery razy w tygodniu w pomieszczeniu przylegającym do gabinetu Wołoszyna.

W spotkaniach uczestniczyli m.in. zastępca szefa sztabu Władisław Surkow, szefowa grupy zajmującej się przemowami Jahan Polljewa, szef prezydenckiej kancelarii Igor Sieczin, córka Borysa Jelcyna Tatiana Djaczenko oraz Gleb Pawłowski, który zyskał status "kremlowskiego specjalisty od wizerunku". — Jahan i ja byliśmy w pewnym sensie nierozłączni, wiele moich koncepcji trafiło do przygotowanych przez nią przemówień — wspominał Pawłowski.

— To ja dokonywałem redakcji raportów TASS, zastępując "koalicję większościową" "większością Putina". I to okazało się bardzo skuteczne. Była to oczywiście gra propagandowa — stwarzało się wrażenie istnienia większości jeszcze przed wyborami.

W marcu 2000 r. Władimir Putin wygrał pierwszą turę przedterminowych wyborów prezydenckich z wynikiem 52,9 proc. głosów. Aby uczcić swoje zwycięstwo w noc wyborczą, prezydent-elekt przybył do Domu Aleksandra. Na świątecznym stole znalazły się banany i jabłka, woda sodowa i wino. Naprzeciwko Putina, obok Tatiany Djaczenko, siedział Gleb Pawłowski.

Późną wiosną 2000 r. Gleb Pawłowski wziął udział w spotkaniu, w którym uczestniczyli Władimir Putin, Aleksander Wołoszyn i inni urzędnicy. Kremlowski konsultant przeżywał kolejny wybuch tego, co sam kiedyś nazwał "marszowym szałem". — Czułem, że absolutnie konieczne jest wyznaczenie granicy między minionym reżimem a nowym — wspominał. — Trzeba wytoczyć sprawy przeciwko jednemu czy dwóm oligarchom — mówiłem o tym otwarcie. W zasadzie wszyscy już wiedzieli, kim będą ci dwaj oligarchowie. Pawłowski zasugerował, że trzeba pokazać, że "stare rzeczy nie wrócą" i "zorganizować coś w rodzaju XX Kongresu: "parę starych wrogów trzeba otwarcie potępić".

Władimir Putin zareagował z niespodziewanym spokojem: — Tak, w porządku. Po czym podniósł ołówek i spojrzał na Pawłowskiego: — Zapisuję. Kto? Zebrani roześmiali się. Pawłowski był niezwykle zakłopotany i, jak sam przyznał, "natychmiast się wycofał". — Ale dla wszystkich było już jasne, kto to będzie— Berezowski i Gusiński — powiedział Gleb.

W tym czasie Pawłowski miał dużo pracy. Putin zaczął wzmacniać władzę centralną, reformując Radę Federacji i tworząc okręgi federalne w kraju. Wszystko to wymagało wsparcia eksperckiego, co właśnie robiła FEP: rząd stał się monopolistycznym klientem fundacji.

Jak na standardy rynku reklamowego, nie była to najbardziej lukratywna praca. — Pieniądze były dość skromne — mówi były wysoki rangą urzędnik administracji prezydenckiej. — Ale, oczywiście, była jeszcze jedna motywacja — pracowało się dla państwa, nad ciekawym zadaniem na dużą skalę. Pawłowski wcale się na tym nie wzbogacił.

Co tydzień FEP przygotowywała tzw. referat dla prezydenta, w którym "w sztywnej konkretnej formie" wyłożone były bieżące i przyszłe wydarzenia. Według różnych źródeł Pawłowski "interpretował badania opinii publicznej", sporządzał prognozy i sugerował władzom różne kroki w dziedzinie informacyjno-politycznej. Źródło "Meduzy" nazwało Pawłowskiego "jedną z najbardziej merytorycznych" osób biorących udział w dyskusjach — podkreślało jednak, że nie decydował on o konkretnych krokach politycznych.

Kilka miesięcy po wyborze Putina poproszono Pawłowskiego o wypowiedzi dla prasy jako nieformalnego rzecznika Kremla. Latem 2000 r. "pojawiła się próżnia". — Stało się jasne, że Putin nie chce kontynuować pracy w trybie kampanii — tak intensywnie. Bo, ogólnie rzecz biorąc, on nie lubi zbytnio pracować — wspominał Pawłowski. Mówił, że "odgadł" stanowisko prezydenta po katastrofie łodzi podwodnej w Kursku, po czym w mediach przekształcił się w "stałego nieformalnego frontmana nowego reżimu". Twierdził, że Putin patrzył na niego jak na "gadającą głowę" i "miał przy tym dużo zabawy, podobało mu się to".

W kwietniu 2002 r. Marat Gelman, który pracował z Pawłowskim przez siedem lat, opuścił FEP, twierdząc, że fundacja "praktycznie przekształciła się w wydział wsparcia informacyjnego dla rosyjskiej administracji prezydenckiej". Zdaniem Iwana Dawidowa, dawnych partnerów podzieliła w istocie nieudana kampania w wyborach parlamentarnych w Ukrainie w 2002 r.: FEP współpracowała z Socjaldemokratyczną Partią Ukrainy (SDPU) i Wiktorem Medwedczukiem, "służąc interesom Kremla", ale strona ukraińska nie posłuchała zaleceń Rosjan.

SDPU uzyskała ostatecznie 6,27 proc. głosów. Pawłowski zapewniał, że nie był osobiście zaangażowany w nieudaną kampanię — w przeciwieństwie do wyborów prezydenckich w Ukrainie w 2004 r., kiedy, jak twierdzi, "stał się czymś w rodzaju specjalnego asystenta łącznika między administracją kijowską i moskiewską".

Niepowodzenie kampanii ukraińskiej w 2002 r. "zdenerwowało głównego klienta", czyli administrację prezydencką i wpływy Pawłowskiego gwałtownie spadły. Według źródeł "Meduzy" od 2003 r. praca FEP została zredukowana do pisania dokumentów o otwartym kodzie źródłowym, "najłatwiejszej i najtańszej części pracy". Pawłowski przyznał sam, że z biegiem lat zmniejszyło się zapotrzebowanie rządu na konsultacje.

2 września 2003 r. niemal powtórzył historię — napisał tekst o spisku wśród elit. Opisywał szczegółowo "grupę Pugaczowa — I. Sieczina — W. Iwanowa" próbującą przejąć kontrolę polityczną w kraju i zmienić układ sił w biznesie. Dokument został rozpowszechniony na spotkaniach na Kremlu, a następnie przekazany do prasy.

Jednym z głównych powodów tego wystąpienia była afera Jukosu. Na Kremlu problemy Jukosu były omawiane od wiosny — i mówiono o nich jako o "niezwykle negatywnej okoliczności, którą trzeba powstrzymać". — Putin grał w dwuznaczną grę — wspominał strateg polityczny. — Udawał, że nie ma z tym nic wspólnego. Taki jest jego styl.

Sam Pawłowski w to wierzył, ale administracja prezydencka nie mogła nic zrobić z tym, co się działo — i dlatego napisał notatkę. — To był ogromny skandal — powiedział. Siergiej Pugaczow pozwał Pawłowskiego, który ostatecznie nakazał mu zapłacić 30 mln rubli (kwota została później trzykrotnie zmniejszona). Według Pawłowskiego "Putin był niezadowolony [z noty], ale jakby to przepuścił, spojrzał w inną stronę".

Półtora miesiąca po tym, jak tekst Pawłowskiego pojawił się w mediach, Michaił Chodorkowski został aresztowany. Wszyscy uczestnicy spotkań administracji prezydenckiej, w których uczestniczył Pawłowski, byli oszołomieni: nikt nie przypuszczał, że tak się stanie. Pięć dni po aresztowaniu biznesmena, 30 października 2003 r., Aleksander Wołoszyn zrezygnował z funkcji szefa administracji prezydenckiej.

Pawłowski kontynuował współpracę z władzą nawet po odejściu Wołoszyna, ale po jesieni 2003 r. widywał się z prezydentem znacznie rzadziej. Nie przeszkadzało mu to jednak w wypowiadaniu się w imieniu głowy państwa: — Im bardziej stawałem się putinistą, tym mniej potrzebowałem porozumieć się z Putinem, żeby wiedzieć, co robić.

Za czasów nowego szefa administracji prezydenckiej, Dmitrija Miedwiediewa, Pawłowski i jego fundacja nadal angażowali się w monitoring prasy i rekomendacje dotyczące polityki informacyjnej — i robili to jeszcze przez wiele lat. — Do końca 2009 r. FEP była głównym dostawcą informacji i analitycznych dokumentów planistycznych dla administracji prezydenckiej — mówi Paweł Danilin, były pracownik fundacji. — To był wyjątkowy klient, klient premium.

Pawłowski nadal pomagał władzom przy wyborach. Jego głównym zadaniem podczas kampanii parlamentarnej w 2003 r. było zniszczenie bazy wyborczej Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej (KPRF). — Trzeba było przedstawić wyborcom problem: za kim jesteś, za Putinem czy Ziuganowem? Jeśli jesteś za Putinem, to powinieneś być za Jedną Rosją — wyjaśniał. Utrzymywał, że ta strategia pomogła Jednej Rosji, która "w rzeczywistości była listą kandydatów z rządu", a nie prawdziwą partią, która zdobyła większość.

Po latach Pawłowski żałował tej udanej kampanii: jego zdaniem to właśnie po niej KPRF przestała istnieć jako niezależna partia, zamieniając się w "duży oddział Jednej Rosji". — To była ostatnia alternatywa w kraju — dodał. — Należało szukać koalicji z komunistami.

Kampania w Dumie rozlała się na wybory prezydenckie w 2004 r. — Pozbawiliśmy ich resztek konkurencyjności, choć nie było takiej potrzeby. Nie było absolutnie żadnego zagrożenia dla Putina — powiedział Pawłowski. — Wymyśliliśmy rozwiązanie, scenariusz, który miał roboczy tytuł "Wyjście cara". Władimir Putin uroczyście wychodzi z czerwonego ganku na Kremlu, ludzie krzyczą "Hurra!", rzucają czapki, a on wchodzi z powrotem. W tym scenariuszu nie byłoby prawdziwych rywali dla Putina. Sam Putin, według Pawłowskiego, w czasie kampanii nie pojawił się nawet w sztabie wyborczym.

Kilka miesięcy po wyborze Putina na drugą kadencję terroryści zajęli szkołę w Biesłanie. Dziesięć dni po oblężeniu i śmierci setek zakładników prezydent zapowiedział posiedzenie rządu, którego celem było zniesienie bezpośrednich wyborów gubernatorskich. Pomysł tej reformy przypisywano później Pawłowskiemu, choć on sam kategorycznie temu zaprzeczał.

Wkrótce po Biesłanie zniknął format spotkań ekspertów z szefem administracji. Teraz konsultanci chodzili na spotkania z Surkowem, który następnie raportował wyniki Miedwiediewowi. — Było pragnienie większej tajemnicy, większego zamknięcia — wspominał Pawłowski.

Okres od 2004 do 2008 r. określił jako swój "okres putinowski". W tym czasie prowadził w telewizji NTV propagandowy program "Prawdziwa polityka" i deklarował, że szczerze podziwia prezydenta. — Przyjąłem niezwykle radykalne stanowisko polegające na podkreślaniu czynnika personalistycznego Putina — wspomina.

— Wszystkie te rzeczy, które widzicie, obraz "Putin decyduje o wszystkim w kraju" — my go budowaliśmy — powiedział. Pawłowski tak bardzo bał się ustąpienia prezydenta, że opowiadał się nawet za "twardym tandemem" z Miedwiediewem, w którym Putin łączyłby stanowiska premiera, ministra obrony i ministra spraw zagranicznych.

Ku zaskoczeniu Pawłowskiego, Miedwiediew został wybrany łatwo, a kampania była "bardzo optymistyczna" i "bardzo prosta". Po wynikach wyborów Pawłowski otrzymał Medal Orderu Zasługi dla Ojczyzny, drugiej klasy. Był to jeden z ostatnich dekretów Putina jako prezydenta — postrzegano go jako gest ostatecznej wdzięczności. Widać było jednak, że Pawłowski nie jest już głównym człowiekiem Kremla: medal pierwszego stopnia otrzymał inny technolog polityczny, Andriej Gnatiuk, prezes holdingu IMA Group.

Pod koniec lat 90. Gleb Pawłowski, zapytany, czy pozostaje doradcą szefa administracji prezydenckiej, powiedział: — Na razie tak. Ale wiesz, że to się kończy bardzo prosto — w pewnym momencie zabierają ci przepustkę na Baszcie Spasskiej.

21 kwietnia 2011 r. szef FEP udał się na kolejne spotkanie na Kremlu. Niespodziewanie jego przepustka nie zadziałała przy Baszcie Spasskiej. Młody strażnik był zaskoczony, sugerując, że w systemie wystąpiła jakaś usterka. Ale Pawłowski od razu wszystko zrozumiał. Tak prozaicznie wyglądał koniec jego kremlowskiej ery.

W tym czasie jego następcami było już ośmiu różnych szefów administracji prezydenckiej — a on przeżył ich wszystkich. Kilka razy proponowano mu biuro, ale Pawłowski odmawiał: — Kiedy wprowadzasz się do biura, przygotuj się na to, że je stracisz.

Kadencja prezydencka Miedwiediewa okazała się dla niego pełna niespodzianek. — Dostałem od Putina po głowie chyba z pięć razy — wspomina. — To wszystko było dla mnie dość nietypowe, bo od 1996 r. przywykłem do mówienia tego, co myślę. Pierwszy incydent miał miejsce jeszcze przed inauguracją nowego prezydenta. Na prośbę Miedwiediewa zrobiliśmy badania na temat telewizji politycznej — co trzeba zmienić w telewizji, jak ją odmrozić, że tak powiem. I był, niespodziewanie dla mnie, wielki skandal [wokół tych planów]. A skandal wyszedł od Władimira Władimirowicza, z Białego Domu. Surkow był oszołomiony pilnością sprawy.

Latem 2010 r., kiedy notowania Putina i Miedwiediewa były remisowe, FEP opracowała obszerne studium "o możliwościach Miedwiediewa, jego grupach wsparcia, możliwych problemach i tak dalej". — No i jak idioci, tak, przedłożyliśmy ten raport administracji — i wysłaliśmy go do Białego Domu. Mogę sobie wyobrazić, jak oni na to wszystko patrzyli — mówi Pawłowski. — Wywołało to negatywną reakcję, zwłaszcza że po tym Putin został zaskoczony odwołaniem Łużkowa przez Miedwiediewa. Nie spodziewał się, że będzie on tak szybki.

Pawłowski był pewien, że skoro Putin dobrowolnie przekazał swoje stanowisko Miedwiediewowi, to Miedwiediew będzie mógł ubiegać się o drugą kadencję w 2012 r. Otwarcie promował to stanowisko w mediach. Jednocześnie wewnętrzny krąg Putina był zainteresowany powrotem na Kreml i przekonywał premiera, że Miedwiediew "spiskuje", a Pawłowski jest wśród spiskowców. Miedwiediew nie wstawił się za swoim doradcą. Pięć miesięcy po odsunięciu Pawłowskiego ogłosił, że Putin będzie ponownie kandydował.

Teoria "spisku" Miedwiediewa ostatecznie przestała być dyskutowana, ale Pawłowski nigdy nie wrócił na posiedzenia administracji. Były "ideolog" rządu był tak "oburzony i zszokowany" zmianą władzy, że zaczął pozwalać sobie na ostry język wobec Kremla. "Być może Putin widział mnie jako kogoś, kto wróci. Ale po tym, co mówiłem jesienią i w czasie Bołotnej, oczywiście to pytanie nie padło — powiedział. — To bardzo dobrze. Już mi się nie chciało.

Swoje ostatnie trzy lata na Kremlu określa jako "złe": to właśnie w tym czasie, zdaniem Pawłowskiego, zaprzepaszczono "ostatnią szansę na pozostanie Rosji na jakimś racjonalnym kursie państwowym". Zamiast ją wykorzystać, kremlowski konsultant i jego koledzy "zajęli się, kto wie czym — konstruowaniem jakiejś wyimaginowanej linii środkowej między Putinem a modernizującym się Miedwiediewem, i to tak, żeby, nie daj Boże, liberałowie nie mogli jej wykorzystać do umocnienia się — powiedział.

onet.pl/meduza.io

Jak podaje "The Sun" z tajnych akt wynika, że Putin miał oczekiwać, że napaść jego kraju na sąsiednie państwo da początek destabilizacji nie tylko Europy Wschodniej, lecz także Zachodniej, a w konsekwencji — upadek NATO. Kraje zachodnie miałyby występować z organizacji ze strachu, a Putin dzięki temu mógłby odbudować rosyjskie imperium. Z dokumentów wynika też, że dyktator oczekiwał, że kraje Zachodu będą "błagać go, by ich nie krzywdził".

Liczył także, że jego żołnierzom uda się podbić Ukrainę w ciągu maksymalnie kilku tygodni.

Dokumenty, do których dotarł "The Sun" pochodzą od informatora z anonimowego źródła, który ukrywa się pod pseudonimem "Wind of Change". Akta zostały wysłane do Władimira Osieczkina, szefa broniącej praw człowieka organizacji Gulagu.net.

Z maili urzędników FSB wynika, że Putin za zagrożenie uważa też państwa bałtyckie oraz Polskę. "The Sun" podaje, że prezydent Rosji spodziewał się, że po inwazji na Ukrainę, postawi Europie Zachodniej ultimatum. Od liderów państw miałby zażądać akceptacji rosyjskiej okupacji, a także wprowadzenia strefy zakazów lotów nad Polską oraz państwami bałtyckimi.

Dokumenty zawierają także plany, dotyczące odbudowania ZSRR. "W przyszłości pozwoli to Rosji na przejęcie kontroli politycznej nad szeregiem krajów, które wchodziły w skład ZSRR. NATO jako integralna struktura przestanie istnieć" — napisano. "The Sun" podaje, że Putin oczekiwałby, że — gdyby wojna przebiegała zgodnie z planem — zachodnie państwa będą na tyle przestraszone, że "zaakceptują nawet uderzenia rakietowe na Polskę i kraje bałtyckie".

Tajne plany Putina skomentował Keir Giles, londyński ekspert ds. Rosji. — To całkiem prawdopodobne, że Putin miał takie przedwojenne cele — powiedział. Dodał, że jednym z powodów, dla których wojna w Ukrainie tak bardzo zaskoczyła wszystkich, był fakt, że z logicznego punktu widzenia, kompletnie nie ma ona sensu.

Stwierdził też, że Putin po "pustelniczym odosobnieniu" spowodowanym m.in. pandemią COVID-19, snuł w głowie plany, które doprowadziły do agresji na Ukrainę. Dodał, że jeśli chodzi o przyszłość Rosji, to Władimir Putin przebywa obecnie na "innej płaszczyźnie rzeczywistości".

onet.pl/The Sun

sobota, 4 marca 2023


Witold Jurasz: Miedwiediew do któregoś momentu sprawia wrażenie bardziej liberalnego od swojego otoczenia. Tymczasem gdy tylko zostaje prezydentem, prawie natychmiast angażuje się w wojnę gruzińską. Czy on był kiedykolwiek liberałem?

Hieronim Grala: Otóż dzisiaj już nie ulega żadnej wątpliwości, że kandydatura Miedwiediewa jest kandydaturą przeforsowaną ciężką ręką przez Putina. Miedwiediew miał odpowiadać wyobrażeniu, że Rosja jest proreformatorska, Rosja jest nowoczesna, Rosja się zmienia, Rosja współpracuje itd. Zainwestowano w niego, ale elita partii miała duże wątpliwości, bo on niczym się nie wyróżniał w strukturach Jednej Rosji, wcześniej był po prostu technicznym wicepremierem. Stawiano mu zarzut, że jest prozachodni, że przesiąkł zachodnimi wzorcami, żona też...

Putin przekonał jednak wszystkich, że to będzie lojalny, dobry prezydent. Wiemy, że Władimira Putina tak naprawdę interesuje prawie wyłącznie polityka zagraniczna. Czy w związku z tym Miedwiediew był elementem polityki dezinformacji? Chodziło o to, żeby nas nabrać? Czy też on przez moment był bardziej liberalny, bardziej prozachodni?

Koniunkturalnie tak. Zapewne widział w tym swoją szansę, czego, wydaje się, Putin jednak nie przewidział. Jeśli pójdziemy w kierunku europeizacji, modernizacji itd...

Ale modernizacji i europeizacji na rosyjskich warunkach?

Oczywiście. Nawiasem mówiąc, do całego tego konterfektu Miedwiediewa powinienem dodać dwie rzeczy. Mianowicie, wiesz, co mnie zawsze intrygowało? On zawsze podkreślał, że jest tak samo, jak elita petersburski. Wydawałoby się, że dla elity miejskiej taki prezydent i taki polityk, profesor uniwersytetu, kulturalny, prozachodni, był w zasadzie ucieleśnieniem pewnych marzeń tak jak wcześniej Sobczak. Otóż ja wśród tych starych petersburskich inteligentów, reżyserów, filmowców, dyrygentów, śpiewaków, pianistów nie spotkałem ani jednej osoby, która byłaby pod wrażeniem jego osobowości i która by się zachwycała: mamy wreszcie prezydenta naszych marzeń. Powiem więcej, on, urodzony przecież w Leningradzie, nigdy nie był przez to środowisko nad Newą traktowany jak swój. Może to ta jego teflonowość…

Ni pies, ni wydra...

Nie zaistniał w przestrzeni leningradzko-petersburskiej jako ważny element personalny tej całej układanki.

Czyli był nikim.

(...)

Jak to się stało, że Miedwiediew uwierzył, że jest prezydentem na serio, a nie na niby?

Uwierzył na tyle, że zaczął sobie jednak budować zaplecze i to szeroko pojęte zaplecze. Wątek budowania systemu dwupartyjnego w Rosji to jest wątek zmieszczenia w jednej budzie dwóch brytanów, czyli wymyślenia systemu, gdzie oni się będą wymieniać jako partnerzy, z których każdy będzie miał swoją partię. Jedna Rosja, czyli partia, która wyrosła z aparatu jelcynowskiego, to Putin. A centroprawicowa, chociaż o wyraźnie proreformatorskim obliczu partia Prawoje Dieło (Słuszna Sprawa – notabene cóż za piękna gra semantyką słowa "prawyj" – słuszny i prawicowy zarazem!), to miała być partia Miedwiediewa. Miały powstać dwa filary, na których się będzie opierać rzeczywistość rosyjskiej sceny politycznej. Wymyślił to ponoć Surkow, a matkował temu wielki kapitał.

Czyli to był model miękkiego autorytaryzmu?

Tak, ale to nie wyszło, bo Putin jednak wrócił i żadnych dwóch filarów być nie mogło.

Nim to się stało, Miedwiediew walczył?

Tak, wymyślono na przykład słynne "narodowe projekty", czyli powołanie do życia kilku takich, powiedzmy, sztandarowych projektów modernizacyjnych państwa.

A propos "nacjonalnych projektów": byłem kiedyś na spotkaniu politechnologów, którzy wówczas skupili się wokół Miedwiediewa. Wystąpił młody człowiek i zaczął opowiadać, w jaki sposób można efektywniej zarządzać tymi projektami, bo to miało być nowoczesne zarządzanie. I ci starzy politechnolodzy, ci ważniejsi, patrzyli na niego z autentycznym zdumieniem. Jeden w końcu nie wytrzymał i mówi: "Młody człowieku, chłopcze, przecież nie o to chodzi, żeby te projekty cokolwiek dały. Chodzi o to, żeby nie tylko w Moskwie i w Petersburgu można było nimi zarządzać". Celem narodowych projektów było tak naprawdę korumpowanie lokalnych elit. To Miedwiediew wymyślił, że chodzi o to, żeby kupić miejscowe elity, które w efekcie mają postawić na niego, a nie na Putina?

(...)

Przejdźmy do momentu, kiedy Putin wraca do władzy i ma dworzanina, który uwierzył, że jest w stanie go zastąpić. Dlaczego Putin go nie wykończył?

W rosyjskiej tradycji zdarzało się, że władca abdykował na jakiś czas, kogoś mianował na swoje miejsce i nawet mu się kłaniał. Iwan Groźny tak zrobił. Słynna historia z tatarskim carzykiem Siemionem Biekbułatowiczem, którego mianował carem, sam mu bił czołem i kazał tak czynić całemu swemu dworowi. Biekbułatowicz miał dużo szczęścia, bo przeżył ten eksperyment. Poza wszystkim myślę, że przegrany Miedwiediew był dla Putina dość wygodny. Kontynuowano pewne istotne elementy jego polityki, elita władzy pozostała w podobnym składzie. Putin go złamał, zwasalizował. Jest jeszcze jeden ciekawy element: rola Cerkwi. Otóż ogromną rolę w mediacji, żeby oni się nie pozagryzali, odegrał patriarcha. Na wyścigi obaj demonstrowali religijność, a Miedwiediew nawet w parze z żoną Swietłaną.

Władimir Putin jedynie poruszał ustami, a Miedwiediew miał przewagę, bo mógł ewentualnie powtarzać słowa po swojej żonie, zresztą Putin już w którymś momencie z żoną się nie pojawiał…

Jedno z ostatnich wspólnych pojawień się, które miało zamknąć usta plotkarzom, to było wielkanocne spotkanie obu par u patriarchy, który chwalił obu polityków za współpracę, że to takie godne uwagi, że tak się zmieniają…

(...)

On do pewnego czasu liczył się z tym, że prezydentura Putina nie będzie dożywotnia, że zachowana zostanie zasada kadencyjności. Zakładał, że będzie mógł znowu zająć wymarzony urząd. Na zasadzie: teraz ja, byłem lojalny, jestem wiernym wykonawcą niezbyt popularnej polityki prezydenta Putina...

... przez moment miałem za duże ambicje, ale pogodziłem się z rolą i za to należy się nagroda.

No, tyle że się okazało, że on, dzięki różnym słabostkom, jest marnym ogniwem w tej elicie. Tak naprawdę przecież wielki atak medialny Nawalnego i jego ekipy zaczął się w 2017 r. od filmu o Miedwiediewie. Naprawdę nie jest trudno w kręgu Putina wskazać 50 osób znacznie zamożniejszych i bardziej skorumpowanych niż Miedwiediew, ale jako że to on był słabym elementem w tej układance, to właśnie w niego uderzono.

Rosjanie mogą nawet szanować złodzieja, byle ten złodziej był "mużykiem", czyli prawdziwym mężczyzną, a Miedwiediew nigdy nim nie był, nigdy nie miał w sobie tej siły, która by spowodowała, że ludzie by powiedzieli: no tak, ale on ma prawo.

Przepraszam, on nie ma jaj po prostu. To widać. Że jest taki bezpłciowy.

Skoro Nawalny to zauważył...

To i Putin, tyle że on znacznie wcześniej. Miedwiediew tak naprawdę ostatecznie się posypał w moim przekonaniu wtedy, kiedy tyle razy ukorzywszy się, służąc wiernie mimo dotkliwych razów, które zbierał od Wowy, nagle nie znalazł się z numerem jeden na liście partyjnej przy kolejnych wyborach. Wydaje się, iż wiedząc, że dla niego nie ma miejsca w rządzie, na fotelu premiera, zakładał, że teraz dla odmiany dostanie stanowisko szefa parlamentu. Putin przeprowadził operację tak, że Miedwiediew dowiedział się o tym, że go nie ma na liście do Dumy, ba – że w ogóle nie ma go na liście partyjnej – chyba zaledwie na tydzień przed jej ogłoszeniem, a cały establishment partyjny jeszcze później. Na pytanie, dlaczego, Putin miał powiedzieć, że Dmitrij Anatoljewicz stał się dla wizerunku partii obciążeniem. Być może miała tutaj pewne znaczenie pewna nadaktywność, właśnie ta medialna. Ale tam było więcej zarzutów, bo przypominam, że pojawiły się też przecieki, że małżeństwo się rozpada (czytaj: że zostawiła go żona), że ma właśnie te wspomniane już problemy z alkoholem i tak dalej, że zaczęły się jakieś, czego wcześniej nie było, jego konflikty osobiste, wręcz połajanki, z innymi wpływowymi politykami. Tego było za dużo po prostu.

I przyszła wojna.

Która go do prezydentury raczej nie wywinduje.

Ale przesunie z dwudziestego czy trzydziestego miejsca w szeregu do pierwszej dziesiątki.

A to możliwe, chociaż z jednej strony radykalizacja jego stanowiska i permanentne wybryki medialne zaczynają już do tego stopnia nużyć jego własne środowisko polityczne (parokrotnie pojawiały się nawet plotki o czasowej wstrzemięźliwości na tym polu, ordynowanej mu przez prezydenta), że z lekceważeniem i ironią wypowiada się o nich publicznie ktoś taki jak Prigożyn.

onet.pl

Markus Reisner, pułkownik austriackich sił zbrojnych, tak mówi o możliwym dalszym przebiegu wojny: – Dzięki sukcesowi pod Bachmutem Rosjanom udałoby się odzyskać część okupowanego terenu, ale nie byłby to przełom w ich dalszej ofensywie, bo dalej jest kolejna linia obrony. Po sukcesach pod Charkowem i Chersoniem, Ukraina stosunkowo szybko zdecydowała się na trzecią ofensywę – z Zaporoża w kierunku Melitopola.

– Jednak ze względu na presję, pod jaką znajdują się siły ukraińskie w pobliżu Bachmutu, Kijów jest zmuszony do ciągłego przesuwania tam sił – tłumaczy ekspert.

Według Reisnera, ukraińska armia przygotowuje obecnie osiem brygad, które szukają odpowiedniego miejsca do przeprowadzenia ofensywy. Może to być obszar na północ od Melitopola. W razie sukcesu, Ukraińcy odcięliby siłom rosyjskim na Krymie, a także wokół Zaporoża i Chersonia możliwość dostaw przez most krymski. – Wtedy Rosjanie mieliby zupełnie inne zmartwienia, niż kontynuowanie ataku w Donbasie – a mianowicie zaopatrzenie swoich wojsk w tym rejonie – mówi Reisner.

– Czas na ukraińską kontrofensywę jeszcze nie nadszedł – mówi z kolei Gustav Gressel, ekspert ds. Rosji i obrony w Europejskiej Radzie Stosunków Zagranicznych. – By przeprowadzić kontrofensywę, trzeba zorganizować siły z dala od frontu i walk. Na tym etapie byłoby to ryzykowne. Nawet gdyby Ukraina przełamała rosyjskie linie i rozszerzyła swoją kontrolę, Rosjanie nadal mieliby silne rezerwy i dużą liczbę wojsk, które mogliby rzucić do walki – wyjaśnia Gressel. Rosjanie mogliby zaatakować Ukraińców z różnych stron w tym samym czasie.

– Jeśli Ukraina poczeka kilka miesięcy, aż rosyjski potencjał ofensywny zostanie wyczerpany i Rosja zacznie zjadać swoje rezerwy, aby zasilić obecną ofensywę, wtedy siły ukraińskie będą miały więcej miejsca na rozszerzenie swojej kontroli, gdy już przenikną przez rosyjski front. Przy tej samej ilości ofiar i liczbie rozmieszczonych pojazdów odzyskają w ten sposób większe terytorium – mówi Gressel.

gazeta.pl

piątek, 3 marca 2023


Siły ukraińskie sygnalizują możliwość ewakuacji z Bachmutu. Rozkaz wycofania się miała otrzymać jednostka zapewniająca obrońcom taktyczne rozpoznanie powietrzne z wykorzystaniem dronów (tzw. Ptaki Madziara). 3 marca rano żołnierze ukraińscy przystąpili do wysadzania przepraw na dzielącej miasto na osi północ–południe rzece Bachmutka (potwierdzono wysadzenie mostu kolejowego), do której w ostatnich dniach przyparło ich rosyjskie natarcie we wschodniej części miasta. Względnie bezpieczne połączenie z Bachmutem jest już możliwe wyłącznie drogami gruntowymi w pasie ok. 3 km pomiędzy m. Chromowe (nocą Rosjanie zniszczyli rakietą most łączący miejscowość z Bachmutem) na zachodnich obrzeżach miasta a m. Iwaniwśke położoną na południowy zachód od niego. Toczą się walki o kontrolę nad tymi miejscowościami. Siły agresora rozwinęły natarcie w kierunku północno-zachodnim wzdłuż autostrady M03 łączącej Bachmut ze Słowiańskiem, wyszły także na północno-wschodnie obrzeża Czasiw Jaru, przez który przebiega komunikacja z Bachmutem. Rosjanie ponawiali też ataki na Czasiw Jar od południa oraz – w celu poszerzenia bazy wyjściowej na zachód – od kanału Doniec–Donbas w kierunku Konstantynówki.

28 lutego i 3 marca, komentując sytuację w rejonie Bachmutu, wiceminister obrony Hanna Malar stwierdziła, że ze względu na ogromne straty w jednostkach najemniczych tzw. wagnerowców żołnierze rosyjskiej armii regularnej zmuszeni są ich zastąpić na polu walki. Przyznała, że sytuacja militarna w regionie jest „napięta i skomplikowana”. Wróg przeważa liczebnie, ale straty najeźdźców mają być znacznie większe niż obrońców. Podkreśliła, że decyzja o kontynuowaniu walk w rejonie Bachmutu ma charakter wojskowy, a nie polityczny. Przypomniała, że rozpowszechnianie informacji jakoby miasto nie miało strategicznego znaczenia, a jego zacięta obrona była decyzją polityczną Kijowa to element rosyjskiej operacji mającej zdezorganizować dostawy uzbrojenia na Ukrainę.

Siły rosyjskie zintensyfikowały działania w okolicach Awdijiwki i zaatakowały pozycje ukraińskie na północ i zachód od miasta. Ponawiały również próby natarcia w łuku na zachód od Doniecka, gdzie ich głównym celem pozostaje wyparcie obrońców z zachodniej części Marjinki, a także na południe i wschód od Siewierska oraz na zachód od Kreminnej. Niejasna pozostaje sytuacja na styku obwodów ługańskiego i charkowskiego. Według części źródeł siły rosyjskie mają spychać obrońców w kierunku Kupiańska, a walki toczą się w miejscowościach na północno-wschodnich obrzeżach miasta. Według oceny ukraińskiej najcięższe walki miały miejsce 1 marca, w którym Rosjanie przeprowadzili ponad 170 ataków – dwukrotnie więcej niż 28 lutego i 2 marca.

28 lutego Rosjanie przeprowadzili punktowy atak na ukraińską infrastruktrę energetyczną w obwodach połtawskim i sumskim z wykorzystaniem różnych środków rażenia. 2 marca w ataku rakietowym na Zaporoże zniszczony został budynek mieszkalny (zginęło co najmniej pięć osób). Rosyjskie rakiety raziły głównie zaplecze armii ukraińskiej w pozostającej pod jej kontrolą części obwodu donieckiego (Czasiw Jar, Drużkiwka, Kramatorsk) oraz w rejonie starć w obwodzie charkowskim (Kupiańsk). Artyleria i lotnictwo agresora kontynuują ostrzał i bombardowania wzdłuż całej linii styczności, a poza rejonami walk stałymi celami pozostają Charków, Nikopol i Oczaków wraz z okolicami. Strona rosyjska donosiła o zintensyfikowaniu na przełomie lutego i marca ataków ukraińskich dronów na przygraniczne obwody Rosji, a także na obiekty w Kraju Krasnodarskim (lotnisko Jejsk) i na okupowanym Krymie (miejscowości w zachodniej i południowej części półwyspu).

3 marca Waszyngton ma ogłosić nowy pakiet wsparcia wojskowego dla Ukrainy o wartości 400 mln dolarów. W jego skład ma wejść głównie amunicja, m.in. naprowadzane pociski GMLRS do wyrzutni HIMARS, naboje do uzbrojenia bojowych wozów piechoty Bradley oraz mosty towarzyszące. Dyrektor generalny niemieckiego koncernu Rheinmetall potwierdził realizację kontraktu o wartości 212 mln dolarów na dostawę dla armii ukraińskiej dwóch artyleryjskich systemów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu Skynex. Mają one dotrzeć na Ukrainę w ciągu roku. Rheinmetall we współpracy z estońską firmą DefSecIntel miał także rozpocząć dostawy dla Ukrainy zautomatyzowanych systemów rozpoznawczych na platformie ciągnionej SurveilSPIRE. Po 35 latach przerwy produkcję amunicji 122 mm na potrzeby armii ukraińskiej wznowiły bułgarskie zakłady Terem w m. Kostenec. Zaopatrujący Ukrainę największy bułgarski producent amunicji WMZ (Wazowski Maszinostroitielni Zawodi) w miejscowości Sopot miał z kolei wydłużyć tydzień roboczy do sześciu dni.

28 lutego podczas wystąpienia przed Kongresem USA podsekretarz obrony Colin Kahl stwierdził, że samoloty bojowe, choć stanowią priorytet dla Ukrainy, to w ocenie amerykańskiej „nie mieszczą się w Top-3 priorytetów” (wchodzą weń systemy obrony powietrznej, artyleria i broń pancerna). Stare amerykańskie F-16 byłyby dostępne dla Ukrainy najwcześniej za półtora roku (nowe w ciągu trzech do sześciu lat), a przekazanie nawet 36 maszyn kosztowałoby 2–3 mld dolarów, których zabrakłoby na pilnie potrzebną armii ukraińskiej amunicję. Wiceszef Pentagonu nie zgodził się też z propozycją Kijowa, który wystąpił o przekazanie 128 samolotów. Poinformował on, że według oceny amerykańskich sił powietrznych w perspektywie długookresowej Ukraina będzie potrzebowała 50–80 maszyn. Ponadto według Kahla „nie ma sensu” rozpoczynanie szkolenia ukraińskich pilotów na F-16 w sytuacji, w której mogą oni otrzymać inne samoloty – Tornado, Gripen lub Mirage. 2 marca szef francuskiego resortu obrony Sébastien Lecornu zakomunikował, że Paryż wciąż rozważa rozpoczęcie szkolenia i przekazanie Ukrainie samolotów Mirage 2000. Następnego dnia ukraiński minister obrony Ołeksij Reznikow zapowiedział w wywiadzie dla niemieckiego Bild, że Ukraina otrzyma z Zachodu dwa–trzy typy samolotów.

Szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Wasyl Maluk stwierdził 28 lutego, że od początku inwazji zdemaskowano 360 agentów rosyjskich służb specjalnych. Przyznał, że od dziesięcioleci Rosja plasowała swoją agenturę w organach państwowych, kościele prawosławnym i w kompleksie wojskowo-przemysłowym. Dodał, że SBU wszczęła ponad 64 tys. postępowań karnych związanych z rosyjską agresją wojskową na Ukrainę, a z nich ponad 24 tys. dotyczy naruszenia praw i zwyczajów wojennych przez siły rosyjskie. Według Maluka Rosjanie przeprowadzają co najmniej 10 cyberataków dziennie na obiekty infrastruktury krytycznej czy urzędy państwowe (od lutego ub.r. odnotowano ponad 4,5 tys.).

28 lutego Władimir Putin wziął udział w kolegium Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Podkreślił, że struktury FSB biorą bezpośredni udział w specjalnej operacji wojskowej, realizując „niestandardowe zadania operacyjne” za liniami wroga, i w ciągu kolejnych miesięcy będą kontynuować udzielanie pomocy Siłom Zbrojnym i Gwardii Narodowej FR, w tym przekazywać im informacje o znaczeniu operacyjnym. Kolejnym ważnym zadaniem będzie wzmocnienie potencjału operacyjnego na rzecz zdobycia „zaufania mieszkańców Donbasu i Noworosji” oraz utrzymanie szczególnej kontroli granicy państwowej z Ukrainą – Służba Graniczna FSB wspierana przez lotnictwo oraz Siły Zbrojne i Gwardię Narodową ma stworzyć barierę uniemożliwiającą przenikanie grup dywersyjnych na terytorium Rosji. Według Putina konieczne jest wzmocnienie pracy kontrwywiadu ze względu na wzmożoną aktywność zachodnich służb specjalnych. Polecił też zapewnienie szczelnej ochrony przed wyciekiem informacji na temat struktur wojskowych i organów bezpieczeństwa, przedsiębiorstw przemysłu obronnego i stosowanych technologii oraz dostaw uzbrojenia i sprzętu dla armii. Putin wskazał, że w ciągu ostatniego roku wzrosła liczba przestępstw o charakterze terrorystycznym i ekstremistycznym co powiązał z dążeniem Zachodu do ożywienia nielegalnych struktur mających destabilizować Rosję.

2 marca gubernator obwodu briańskiego FR powiadomił, że w rejonie leżącej przy granicy z Ukrainą wsi Lubeczane doszło do ataku grupy dywersyjnej, w wyniku którego w ostrzale samochodu osobowego zginęło dwóch cywilów, a 11-letni chłopiec został ranny. Putin określił incydent mianem „ataku terrorystycznego” dokonanego przez „neonazistów”, a FSB podjęła działania mające na celu „zniszczenie uzbrojonych ukraińskich radykałów”. Wkrótce poinformowano, że dywersanci zostali „wyparci” na Ukrainę i tam ostrzelani przez artylerię. W reakcji doradca szefa Biura Prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak stwierdził, że opowieść o ukraińskich dywersantach to klasyczna i celowa prowokacja, a władze Rosji chcą utrzymać w strachu własne społeczeństwo i usprawiedliwić kontynuowanie wojny. Zasugerował przy tym, że rośnie aktywność „rosyjskiej partyzantki”. W podobnym duchu komentował sekretarz Rady Bezpieczeństwa i Obrony Ukrainy Ołeksij Daniłow: w FR rozwija się ruch „rosyjskich bojówek antyfaszystowskich”. Po jego wypowiedzi odpowiedzialność za atak wziął na siebie Rosyjski Korpus Ochotniczy walczący po stronie ukraińskiej. Według jego wersji zdarzeń 45 ochotników miało zaatakować dwa bojowe wozy piechoty i ranić rosyjskiego pogranicznika. Doniesienia te potwierdził przedstawiciel ukraińskiego wywiadu wojskowego Andrij Jusow, który wskazał, że to „wolni Rosjanie” z bronią w ręku walczą z reżimem.

1 marca rzecznik prasowy ukraińskiego MSZ Ołeh Nikolenko ostrzegł przed rosyjską kampanią dezinformacyjną dotyczącą rzekomych przygotowań Ukrainy do prowokacji z użyciem materiałów rozszczepialnych w pobliżu granicy z Naddniestrzem. Taki przekaz rozpowszechniała wcześniej rzeczniczka rosyjskiego resortu sprawa zagranicznych Maria Zacharowa, wspierana przez rosyjski aparat propagandowy.

Komentarz

Sytuacja obrońców Bachmutu staje się coraz trudniejsza. Najprawdopodobniej wyczerpali oni już siły, które jeszcze pod koniec lutego pozwalały na przeprowadzanie lokalnych kontrataków. Skupiając się wyłącznie na obronie, są oni systematycznie spychani przez wojska agresora na kolejne pozycje. W sytuacji fizycznego odcięcia (poprzez zniszczenie mostu) ostatniej drogi zaopatrzenia Bachmutu, problematyczne stają się nie tylko dowóz zaopatrzenia, lecz także ewakuacja z miasta. Ponadto ruch lokalnymi drogami gruntowymi utrudnia sytuacja pogodowa (roztopy). Niszczenie mostów i wycofanie jednostki zapewniającej rozpoznanie powietrzne stanowi sygnał, że decyzja o ewakuacji została już de facto podjęta (jeszcze w lutym rozpoczęto wycofywanie z Bachmutu ciężkiego uzbrojenia). Mimo to należy przyjąć, że dowództwo ukraińskie nadal dopuszcza lub wręcz zakłada, jak można wnioskować z wypowiedzi wiceminister obrony Hanny Malar, możliwość utrzymania miasta. Jedynym środkiem do tego jest jednak przeprowadzenie w najbliższych kilkudziesięciu godzinach skutecznego kontruderzenia. Przedłużanie obrony przy jednoczesnym odwlekaniu próby deblokady może bowiem skutkować całkowitym okrążeniem, a w rezultacie niemożnością wycofania z Bachmutu jego ostatnich obrońców.

Okoliczności incydentu zbrojnego w obwodzie briańskim pozostają niejasne. Doszło do niego na drugi dzień po wystąpieniu Putina na kolegium FSB poświęconemu m.in. ochronie granicy przed wrogimi grupami dywersyjnymi. Może to wskazywać, że zakończona „sukcesem” operacja antydywersyjna była sprokurowana przez rosyjską służbę specjalną w celu wykazania własnej skuteczności. Szybka reakcja Putina, który wcześniej nie komentował ataków przeprowadzanych na terytorium Rosji, może wskazywać, że zależy mu na podtrzymaniu atmosfery zagrożenia ze strony „neonazistów” pozwalającej uzasadnić konieczność prowadzenia agresji na Ukrainę. Z kolei reakcja strony ukraińskiej, propagującej tezę o rosnącej aktywności antyputinowskiej „partyzantki”, jest próbą zakłócenia rosyjskiego przekazu i budowania obrazu słabnącego reżimu. Ma podważyć też wersję FSB o „terrorystycznym” charakterze incydentu, gdyż rosyjscy ochotnicy mieli zaatakować żołnierzy sił regularnych, a nie cywilów.

osw.waw.pl

Na pytanie, jak dzisiaj żyje się przeciętnemu Rosjaninowi, nie ma prostej odpowiedzi. Ten olbrzymi kraj jest zbyt podzielony na klasy społeczne czy miejscowości i regiony o różnej jakości życia.

– Jeśli chodzi o zwykłego Rosjanina, który mieszka gdzieś poza dużym miastem, to przypuszczam, że wiele w jego życiu się nie zmieniło. Co innego tzw. klasa średnia, żyjąca w dużych miastach. Takim osobom życie wywróciło się do góry nogami – mówi Onetowi Iwona Wiśniewska z Ośrodka Studiów Wschodnich, ekspertka od rosyjskiej gospodarki.

Zdaniem ekspertki zarobki osób, które w Rosji żyły przez ostatnie lata na granicy biedy, od wybuchu wojny w Ukrainie raczej się nie zmieniły. Zadbał o to rząd.

– Dostali dodatkowe wsparcie z budżetu. Były podwyżki emerytur, ale także dodatków socjalnych – zaznacza nasza rozmówczyni. – W małym sklepie na wsi czy w miasteczku asortyment nigdy nie był szeroki. W związku z tym tę część społeczeństwa zawsze było stać na podstawowe artykuły spożywcze. Nie kupowali natomiast wielu artykułów przemysłowych i to też się nie zmieniło. Do tego propaganda w telewizji, którą większość oglądała i dalej ogląda, zawsze była intensywna, chociaż w czasie wojny zrobiła się jeszcze intensywniejsza – dodaje.

Ekspertka podkreśla również, że właśnie ta grupa społeczna została najbardziej doświadczona mobilizacją wojskową. To z małych miast i wsi pochodziło najwięcej młodych ludzi, którzy decyzją Kremla mieli trafić na front.

– Z jednej strony wynikało to z tego, że na tych obszarach była duża liczba rezerwistów, a mobilizowani byli przecież przede wszystkim rezerwiści. Co ważne, w ostatnich latach dla tej części społeczeństwa armia po prostu dawała możliwość awansu społecznego. Poprzez służbę kontraktową można było zdobyć zawód i zarobić niezłe pieniądze – wskazuje Iwona Wiśniewska, która jednocześnie zwraca uwagę na to, że Rosjanie bali się mobilizacji, ale tylko przez pewien czas.

– Pierwsza reakcja oczywiście była bardzo negatywna. Wcześniej każdy, kto chciał walczyć, mógł podpisać kontrakt i dobrowolnie wyjechać do Ukrainy. To się jednak zmieniło. Oczywiście niektórzy chcieli się ukryć, ale uciekać za bardzo nie mieli gdzie, a przede wszystkim za co. Natomiast chowanie się na wsi, gdzie wszyscy wszystkich znają, nie było takie proste. Nie mówię już o wykupieniu się z wojska, do czego były potrzebne pieniądze – przekonuje.

Dlatego zdaniem Iwony Wiśniewskiej w Rosji można było zaobserwować proces szybkiej akceptacji nowej sytuacji. – To była adaptacja. Podejście, że "car, prezydent przecież wie lepiej. Trudno. Nie udało mi się uniknąć wojska, to przynajmniej zarobię" – tłumaczy.

– Kreml naprawdę ich kupował. Pieniądze, które cały czas są oferowane za służbę, są wielokrotnie wyższe od średniej wynagrodzenia w wielu regionach. Do tego rekompensata za zranienie, które uniemożliwia dalszą służbę, jest bardzo wysoka. A jeszcze wyższe są wypłaty dla rodzin poległych. Dlatego po prostu Kreml próbował ich kupić i wiele osób na to poszło. Nastroje szybko więc wróciły do takich, jakie były przed mobilizacją – przekonuje ekspertka.

onet.pl

czwartek, 2 marca 2023


Po zniszczeniu niezależnych mediów władze rosyjskie odkryły, że anonimowe kanały w serwisie społecznościowym Telegram są niemal jedynym źródłem informacji w kraju. Na początku świta Putina hojnie płaciła im za publikację własnych doniesień, ale teraz represje objęły także ten skorumpowany rynek.

— Trwa właśnie największy eksperyment w historii ludzkości. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby cały naród został wymazany jak konto w mediach społecznościowych — tak 18 marca tego roku wykrzyknęła ze sceny stadionu Łużniki znana prezenterka telewizyjna Tina Kandelaki. Tego dnia Władimir Putin postanowił uczcić rocznicę przyłączenia Krymu do Rosji i jednocześnie okazać ogólnonarodowe poparcie dla niedawnej wojny z Ukrainą. W wiecu wzięło udział około 200 tys. osób, głównie pracowników firm państwowych. Niektóre gwiazdy ustawiły się w kolejce, by wystąpić na tym samym wydarzeniu co głowa państwa.

Kandelaki miała kogoś, kto pomógł jej w dostąpieniu tego zaszczytu — jej mąż, Wasilij Browko, jest mniej znany opinii publicznej niż jego żona, ale ma lepsze znajomości. Zajmuje dziwnie nazwane stanowisko dyrektora do spraw zadań specjalnych w państwowej korporacji Rostech, jednym z najważniejszych rosyjskich producentów broni, kierowanym przez Siergieja Czemiezowa, byłego oficera KGB, który kiedyś pracował dla Putina. To właśnie Browko, który ostatnio stał się powiernikiem swojego szefa, pomógł Kandelaki, gdy ta chciała przemówić na przyjęciu u Putina, jak opowiedział nam znajomy rodziny.

Żona w przemówieniu nie zawiodła: — Nie można nas wymazać jak konta w mediach społecznościowych, bo jesteśmy narodem, którego nie da się złamać!

Zainteresowanie "kontami w mediach społecznościowych" rodziny Kandelaki-Browko jest znane. Jednak podczas gdy żona zadowala się własnym kanałem w Telegramie, ambicje męża są o wiele większe. Po tym, jak wszystkie niezależne media w Rosji zostały zniszczone, kanały Telegramu stały się miejscem, w którym Rosjanie mogli czytać plotki polityczne, a elity "przeciekać" brudy na siebie nawzajem. Na tym wątpliwym rynku Browko postanowił w ostatnich miesiącach dokonać prawdziwej rewolucji. Tak głośnej, że musiał interweniować Putin.

— Mam cukrzycę i alergie. Moja matka jest niesamodzielna, przebywa w szpitalu, w domu są cztery koty, które beze mnie umrą — powiedziała sądowi zamknięta w klatce Aleksandra Bajazitowa, autorka kanału telegramu "Piekielne Babki". Kobieta została zatrzymana w sierpniu i trafiła do aresztu śledczego, do celi z podejrzanymi o zabójstwa. Zarzuty stawiane Bajazitowej nie dotyczą brutalnych przestępstw — miała wyłudzić pieniądze od zarządu powiązanego z Rostechem banku Promswiazbanku. Według prokuratury zaproponowała, że w zamian za opłatę nie opublikuje negatywnych informacji o banku.

Bajazitowa jest jedną z 13 autorów i administratorów kanałów w Telegramie, którzy zostali zatrzymani w drugiej połowie 2022 roku za tzw. blokowanie, czyli niepublikowanie złych wiadomości za opłatę. Ta podstępna praktyka jest rozpowszechniona w Telegramie od dłuższego czasu.

Autor jednego z głównych kanałów informacyjnych w serwisie twierdzi, że ma umowę z państwowym bankiem VTB, który formalnie płaci mu za reklamy, ale w praktyce prosi go o niepublikowanie negatywnych informacji na swój temat. Inny rozmówca, który publikuje na Telegramie w imieniu administracji prezydenckiej, potwierdza w rozmowie z nami, że szefowie wielu instytucji państwowych monitorują swój wizerunek na portalu społecznościowym — w przypadku VTB za ich obecność w Telegramie odpowiada osobiście Nailia Asker-zade, żona prezesa banku Andrieja Kostina. Oczywiście ani bank, ani autorzy kanału nie są za to karani.

Według materiałów ze spraw karnych zbadanych przez dziennikarzy Projektu, w przypadku 13 aresztowanych operatorów Telegramu prokuratura nie postawiła im zarzutów. Dlaczego Bajazitowa i 12 innych osobistości z Telegramu trafiło więc do aresztu?

Można by przypuszczać, że władza w ten sposób po prostu walczy z opozycją. Zatrzymanych nie można jednak w żadnym wypadku nazwać zagorzałymi przeciwnikami Putina — władze były umiarkowanie krytykowane jedynie na kanałach znanej celebrytki Ksenii Sobczak (w październiku policja zatrzymała Kiryła Suchanowa, dyrektora handlowego Sobczak, Arianę Romanowską, byłą szefową rosyjskiego wydania "Tatlera", oraz Tamerlana Bigajewa, byłego dziennikarza portalu Life.ru — cała trójka jest związana z kanałem Sobczak "Zgaś Światło").

Pozostali zatrzymani byli lojalni — w areszcie znaleźli się m.in. były dziennikarz prokremlowskich wydawnictw, pracownicy imperium medialnego "kucharza Putina" Jewgienija Prigożyna oraz prokremlowski polityk. Projekt przeanalizował publikacje wszystkich kanałów, które zostały zaatakowane przez prokuraturę, a także rozmawiał z ludźmi z tych i innych kanałów na Telegramie. Na podstawie tej analizy i słów rozmówców możemy stwierdzić, że sprawy przeciwko wszystkim kanałom zostały zainicjowane przez Browko, który miał ku temu osobiste motywy. Tak na zlecenie możnych i rządzących działa dziś w Rosji wymiar sprawiedliwości.

"Mąż Tiny Kandelaki obiecał wydać miliardy dolarów na rozwój sieci 5G w Rosji. Ale tu jest problem — w Rosji nie ma sprzętu" — ten post na kanale Niebriemnaja jest teraz niedostępny, ale był bardzo typowy dla rosyjskiego Telegramu wiosną i latem br. Anonimowe kanały, najwyraźniej na zamówienie, zaczęły energicznie krytykować Browko — szczyt osiągnęły w czerwcu, kiedy to w ciągu zaledwie trzech dni wspomniano o nim w Telegramie nie mniej niż 3 tys. razy, choć wcześniej wspominano o nim co najwyżej kilkadziesiąt razy w miesiącu. Kanały oskarżyły Browko o korupcję i uchylanie się od płacenia podatków oraz zarzuciły mu, że stanowisko w Rostechu uzyskał dzięki swojej żonie, którą opisano jako "przyzwoitkę do towarzystwa".

Browko poczuł się osobiście dotknięty. Do zemsty potrzebował jednak wsparcia przełożonych. Okazja nadarzyła się szybko.

W połowie lipca Putin zorganizował posiedzenie Rady Projektów Narodowych (rady doradzającej mu w inwestycjach strategicznych) i w swoim przemówieniu otwierającym mówił o nowych technologiach. Po pochwaleniu Sbierbanku, Rosatomu i Rosyjskich Kolei prezydent zaczął krytykować firmę Czemiezowa: — Ogólnie rzecz biorąc, nie można uznać ich pracy za udaną... Rezultaty są skromne w dziedzinach, za które odpowiedzialny jest Rostech.

Znajomy Browko twierdzi, że to właśnie wtedy przekonał Czemiezowa, że Rostech powinien przejąć kontrolę nad kanałami Telegramu, ponieważ prezydent beszta firmę na podstawie ich publikacji. Dwóch innych rozmówców na rynku Telegramu zgadza się z tym stwierdzeniem: Browko przekonał Czemiezowa do zorganizowania ponownego podziału rynku. A przyjaciel Putina zaangażował w to służby bezpieczeństwa.

Ta wersja jest poparta analizą otwartych danych — zaledwie kilka tygodni po oświadczeniu Putina funkcjonariusze organów ścigania rozpoczęli aresztowanie 10 użytkowników Telegramu zaangażowanych w atak na Browko i Rostech. FSB zatrzymała m.in. Innę Czuriłową, twórczynię wspomnianego kanału Niebriemnaja, a także jej biznesowe partnerki.

Troje innych zatrzymanych pracowało dla Kseni Sobczak. O celebrytce i dziennikarce wiadomo, że publicznie pokłóciła się z Kandelaki. Pod koniec października Czemiezow przyjechał na przyjęcie urodzinowe biznesmena Andrieja Bokariewa. Gdy tylko pojawił się na przyjęciu, nowo powstały kanał "Zgaś Światło" z widownią liczącą nieco ponad 10 tys. subskrybentów opublikował wiadomość: "Bokariew świętuje swoje urodziny w wielkim stylu, a wśród gości znalazł się m.in. Czemiezow". Browko zauważył publikację w ciągu dziesięciu minut i przekazał ją Czemiezowowi — w samym środku uroczystości. Szef Rostechu kazał Browko ustalić, kto stoi za tym kanałem.

Pracownicy Rostechu urządzili więc show — skontaktowali się z administratorami kanału nie w imieniu Czemiezowa, ale w imieniu pewnego "konsorcjum biznesmenów" i zażądali usunięcia materiału o urodzinach Bokariewa. W odpowiedzi pracownicy Sobczak zaproponowali rozmówcy umowę blokującą — za 10 mln rubli (663 tys. zł) rocznie byli gotowi przesłać do zatwierdzenia każdą wiadomość, w której wymieniono kogoś z Rostechu.

Browko przekazał propozycję Czemiezowi, który tak się wściekł, że osobiście zadzwonił do kierownictwa MSW z prośbą o ukaranie gwiazdy. W rezultacie siły bezpieczeństwa zatrzymały trzech pracowników kanału Sobczak, a ona sama otrzymała ostrzeżenie od znajomych, że też może zostać zatrzymana. Dlatego właśnie Sobczak wyjechała za granicę.

Sytuacja została rozwiązana kilka dni później, kiedy matka Ksenii, Ludmiła Narusowa, wykorzystała swoją starą znajomość z Putinem (jej zmarły mąż, ojciec Kseni, był patronem Putina na przełomie lat 80. i 90., gdy ten pracował we władzach miejskich St. Petersburga), aby się z nim skontaktować. Z rozmowy jasno wynikało, że głowa państwa nie usankcjonowała aresztowania córki swojego byłego szefa. Narusowa zaprzecza, że rozmawiała z prezydentem, ale Sobczak wróciła już do Rosji, gdzie najpierw publicznie pogodziła się z Czemiezowem, a potem przeprosiła go na swoim Telegramie. Jej pracownicy nadal jednak siedzą w areszcie.

Po serii aresztowań Telegram stał się jeszcze bardziej lojalny wobec Kremla. Podczas gdy wcześniej władze zadowalały się płaceniem za "blokady" i "przecieki", teraz mogą jedynie grozić więzieniem. Przynajmniej dwóch rozmówców zaangażowanych w składanie zamówień na Telegramie twierdzi, że tajne służby zmonopolizowały kontrolę nad Telegramem.

Władze tak bardzo oczyściły media i Telegram, że w czasie wojny jedynym źródłem mniej lub bardziej prawdziwych informacji były kanały korespondentów wojennych. Ale Ministerstwo Obrony Narodowej zawarło również umowę z ich autorami — przy użyciu dużych pieniędzy.

Wieczorem 17 czerwca w Petersburgu zebrała się śmietanka rosyjskiej propagandy — redaktorzy naczelni mediów federalnych, prezenterzy telewizyjni, tacy jak Olga Skabiejewa, a także prokremlowscy korespondenci wojenni. Było około 50 osób. Czekali na Putina nie mniej niż dwie godziny — na spotkania nieformalne prezydent Rosji spóźnia się tak samo często, jak na oficjalne. Kiedy do końca wyznaczonego czasu spotkania pozostało już tylko pół godziny, prezydent pojawił się przed swoimi wielbicielami i pierwszą rzeczą, jaką zrobił, była propozycja przeniesienia rozmowy na inny dzień.

Uczestnicy kategorycznie odmówili, co było dla nich zrozumiałe. W przeszłości Putin często zapraszał dziennikarzy na nieformalne rozmowy, ale w ostatnich latach zgodził się jedynie na coroczne spotkanie z redaktorami naczelnymi przy okazji Forum Ekonomicznego w St. Petersburgu. W 2022 r. wśród redaktorów naczelnych pozostali tylko ci najbardziej lojalni i być może dlatego na spotkanie zaproszono również korespondentów wojennych. Ostatecznie Putin był zainteresowany tylko tymi drugimi.

Spotkanie trwało niecałe 40 min. W tym czasie Aleksander Sładkow i Jewgienij Poddubnyj, korespondenci wojenni rosyjskiej TV państwowej, opowiadali o trudnościach na froncie. Pod koniec imprezy poprosili o prywatną rozmowę z prezydentem i otrzymali zgodę. W ten sposób korespondenci wojenni dowiedzieli się, że stali się prawdziwą siłą. Putin naprawdę im ufa — potwierdza nam wysoki rangą menedżer medialny.

Od pierwszych dni wojny korespondenci wojenni relacjonowali inwazję Rosji na Ukrainę na swoich kanałach w Telegramie, robiąc to inaczej niż oficjalne media. Do czasu spotkania z Putinem wyśmiewali np. błędy armii w pierwszym okresie wojny. To wszystko nie mogło nie martwić Ministerstwa Obrony, które w swoich codziennych raportach nadal "zachwycało" Rosjan doniesieniami o własnych osiągnięciach i kolosalnych stratach armii ukraińskiej.

Zaledwie trzy dni po spotkaniu z Putinem Sładkow i Poddubnyj zostali pilnie wezwani do MON-u na spotkanie z szefem resortu Siergiejem Szojgu i rzecznikiem prasowym ministerstwa Igorem Konaszenkowem. Nie wiemy, co działo się na spotkaniu, ale wkrótce potem, 30 czerwca, kiedy rosyjskie wojsko opuściło Wyspę Węży, obaj blogerzy poparli tę decyzję na swoich kanałach.

"Mieli rację, że opuścili wyspę. Przyszliśmy, kiedy chcieliśmy, wyszliśmy, kiedy chcieliśmy. Po co trzymać ludzi pod ostrzałem?" — pisał Sładkow. Co ciekawe, pod koniec marca, kiedy strona rosyjska wycofała się również z okolic Kijowa, Sładkow pisał co innego: "Wyobrażam sobie, że walczymy z nazistami, powiedzmy w 1942 r., i negocjujemy. Jak mężczyźni na linii frontu spojrzą sobie jutro w oczy?".

Po spotkaniach z Putinem i Szojgu znaczna część korespondentów wojskowych zaczęła zmieniać retorykę. Podczas gdy decyzja o wycofaniu się z kierunku kijowskiego w marcu br. została skrytykowana przez 11 z nich, a bezpośrednio poparta tylko przez dwóch, porzucenie Wyspy Węży zostało poparte przez ośmiu z nich. Tylko prorządowy ekspert wojskowy Borys Rożin wypowiedział się przeciwko tej decyzji, kolejne 10 kanałów zgodziło się, że jest ona konieczna, ale było niezadowolonych ze sposobu, w jaki MON przedstawił ją opinii publicznej. Co charakterystyczne, wiele publikacji było niemal identycznych.

Po wycofaniu się armii rosyjskiej z obwodu charkowskiego we wrześniu — co zostało ponownie skrytykowane na Telegramie — Putin ponownie zorganizował spotkanie z korespondentami wojskowymi. Uczestnicy aktywnie przekonywali głowę państwa, że tylko mobilizacja może zapobiec kolejnym niepowodzeniom, i już kilka tygodni później, 21 września, głowa państwa faktycznie podpisała dekret o powołaniu rezerw. Szybko okazało się, że mobilizacja jest źle przeprowadzana, jednak 18 z 25 kanałów przebadanych przez Projekt opublikowało tę samą wiadomość: były pewne problemy, ale na szczęście władze zareagowały na informacje zwrotne i szybko problemy rozwiązały.

W październiku było się jasne — władze przejęły pełną kontrolę nad korespondentami wojennymi. Potem Putin uroczyście zaanektował okupowane tereny jako część Rosji, ale Ukraina natychmiast zdołała wyzwolić Liman, miasto teoretycznie położone w Rosji. W tym momencie niektórzy blogerzy tak bardzo chcieli wesprzeć armię, że w zasadzie cieszyli się z porażki. Według nich ukraińska armia miała zająć miasto 30 września, w dniu podpisania traktatu o "aneksji" okupowanych terytoriów ukraińskich do Rosji, a zrobiła to dopiero dzień później, więc poniosła klęskę — tak pisali korespondenci wojenni.

Radowanie się z porażek stało się od tamtej pory dobrą tradycją korespondentów wojennych na Telegramie. Kiedy 18 października Siergiej Surowikin, dowódca rosyjskiego ugrupowania w Ukrainie, ogłosił "trudne decyzje" w obwodzie chersońskim (czyli wycofanie się), żaden z 25 badanych przez nas kanałów nie próbował go krytykować, a 12 wyraziło otwarte poparcie. Bloger Jurij Podoljaka napisał np.: "Trudno jest podejmować takie decyzje. Rozumiem generała Surowikina bardzo dobrze, nie każdy generał jest w stanie to zrobić. Armia zrobiła wszystko, co w jej mocy."

Nietrudno też zrozumieć, w jaki sposób MON osiągnął taką lojalność korespondentów wojskowych. "Kiedy autorytet kanałów w Telegramie wzrósł, przydzielono im budżety w różnych departamentach" — wyjaśnia bloger wojskowy Igor Dmitriew. — "Każdy kanał, który znasz, z kimś współpracuje". Potwierdza to Siemion Piegow, autor lojalnego wobec rządu kanału WarGonzo. Był jednym z tych, którzy jesienią donosili, że MON nie jest zadowolony z wojskowych dziennikarzy i zwrócił się do Prokuratury Generalnej o sprawdzenie ich pod kątem dyskredytowania armii.

Jednocześnie, donosił Dmitriew, MON próbuje negocjować z blogerami: "Przez pośredników pojawiły się oferty finansowe — płatne wpisy na chwałę niektórych dowódców wojskowych". To, że rosyjscy dowódcy wojskowi w środku wojny bardzo dbają o swój PR i nie szczędzą na to pieniędzy, jest faktem i można to stwierdzić na podstawie otwartych danych.

Jednym z głównych antybohaterów tej wojny był gen. Aleksander Łapin. Przywódca Czeczenii Ramzan Kadyrow oraz szef Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn publicznie obwiniali go o frontowe porażki Rosji. Jednak korespondenci wojenni nie przyłączyli się do nich — z analizowanych przez Projekt kanałów tylko jeden poparł krytykę generała. Zdecydowana większość blogerów tradycyjnie chwaliła generała. Wokół niego powstała cała masa kanałów, na których pojawiały się posty o nim podejrzanie przypominające reklamy.

Blogerzy opublikowali np. na Telegramie nagranie wideo, na którym Łapin na wschodzie Ukrainy zatrzymuje swój samochód, by dać torbę z zakupami samotnej starszej kobiecie. "Hojność jest nieodłączną cechą zwycięzcy" — pisali blogerzy.

Trzej pracownicy internetowego wydawnictwa Ura.ru, które było bardziej aktywne w wychwalaniu Łapina, opowiedzieli nam, jak organizowane są działania PR-owe generała. Według jednego z nich od początku wojny w publikacji funkcjonował "blok" (czyli zakaz publikacji negatywnych informacji) w stosunku do Ministerstwa Obrony i dowództwa Centralnego Okręgu Wojskowego, którym kierował Łapin. Po krytyce ze strony Kadyrowa redaktor naczelny gazety Michaił Wjugin zwolnił cały dział, który zajmuje się poszukiwaniem ekskluzywnych informacji, i nakazał dziennikarzom opracowanie planu wsparcia generała. Naczelny powiedział, że akcja została zlecona przez MON i obiecał premie wszystkim dziennikarzom.

Pracownicy wydawnictwa rzeczywiście opracowali cały plan wspierania Łapina z listą tematów na każdy dzień. Ura.ru opublikowała co najmniej 35 artykułów na temat Łapina, czasem kilka dziennie. Cały Internet został zalany artykułami o bohaterze-generale — były one nieustannie zamieszczane przez największe kanały w Telegramie.

Niektóre tytuły artykułów Ura.ru o Łapinie:
  • Generał uratował żołnierza transportując go do szpitala własnym helikopterem
  • Generał Łapin oszukał Ukraińców opuszczając Liman
  • Ppłk Jegorczew: gen. Łapin pomógł żołnierzowi odwiedzić chorą matkę
  • Gen. Bołdyriew: Łapin zbuduje obronę Republiki Ługańskiej
Kreml skutecznie pozbawił dziennikarzy możliwości zdobywania informacji od urzędników. Wtedy niektóre media zaczęły wymyślać źródła w rządzie. Wojna tylko pogorszyła sytuację: miliony ludzi czytają niesprawdzone plotki i na ich podstawie podejmują ważne decyzje.

W lutym 2017 r. grupa rosyjskich dziennikarzy została zaproszona do kancelarii prezydenta na prywatne spotkanie z Siergiejem Kirijenką, nowym pierwszym zastępcą szefa sztabu Putina odpowiedzialnym za politykę wewnętrzną. Korespondenci z gazet, magazynów i mediów internetowych od lat chodzili na takie briefingi — potrzebowali informacji wewnętrznych, a spotkania z najwyższymi urzędnikami Kremla były dobrym pretekstem do ich zdobycia. Ponadto dziennikarze wykorzystywali swój dostęp do Kremla, by poznać niższych rangą urzędników — szefów departamentów prezydenckich, ich zastępców, asystentów i szefów wydziałów. Dzięki takim znajomościom ważne informacje pojawiały się w rosyjskich i zagranicznych mediach, powołując się na źródła na Kremlu.

Odprawa u Kirijenki zakończyła się skandalem i była nie tylko jego pierwszą taką odprawą, ale i ostatnią. Jak zwykle dziennikarze przybyli do budynku przy Starym Placu w Moskwie, udali się do wejścia 3B i weszli do pokoju recepcyjnego Kirijenki. Tam zostali wprowadzeni do małego pomieszczenia, które ledwo mieściło zgromadzonych.

Jak na standardy Kremla, Kirijenko był tego dnia bardzo szczery. Komentował bezpośrednio największą wiadomość tamtych dni — decyzję notorycznie religijnego gubernatora Petersburga Georgija Połtawczenki o przekazaniu największego kościoła w mieście — Soboru św. Izaaka — Cerkwi prawosławnej. Kirijenko w rozmowie z dziennikarzami nie tylko nie bronił gubernatora, ale wręcz ostro go skrytykował. Nazwał decyzję władz Petersburga nieprzemyślaną i szczególnie podkreślił, że nie została ona skoordynowana z prezydentem.

Dopóki na briefingi chodzili tylko dziennikarze, mało kto zwracał uwagę na to, że słowa źródeł kremlowskich były okresowo publikowane w tym samym czasie w różnych mediach. Tym razem jednak zdarzyła się komiczna historia. Serwis Meduza z ironią poinformował, że 17 lutego, między godz. 16 a 16.27 dziewięć mediów opublikowało artykuły, w których wysoki urzędnik skrytykował gubernatora Petersburga. Trzy dni później te same media ponownie opublikowały jednocześnie artykuły cytujące tego samego urzędnika. Dziennikarze, którzy pisali te teksty, byli atakowani przez kolegów w mediach społecznościowych za bycie tubą Kremla.

Kreml był bardzo zdenerwowany tym skandalem. Kilka tygodni później rzecznik Kirijenki zebrał grupę dziennikarzy i poinformował ich, że od teraz zamiast nieformalnych spotkań z urzędnikami Kreml będzie wysyłał dziennikarzom komentarze prokremlowskich ekspertów. Od tamtej pory Kirijenko nie udzielił już żadnego wywiadu, a wielu jego podwładnych odcięło się od niezależnej prasy.

onet.pl/Project

środa, 1 marca 2023


Agnieszka Lichnerowicz: Co jest stawką rosyjskiej wojny w Ukrainie?

Paweł Kowal: To paradoks, ale przede wszystkim dalsze losy Rosji. Przebieg i wynik tej wojny pokażą, czy Rosja, jaką znamy, przetrwa.

Ukraina wygra. Z jej perspektywy kluczowe jest to, żeby wojna nie trwała długo i nie okazała się pyrrusowym zwycięstwem. Im dłużej bowiem trwa wojna, tym większe ryzyko, że w państwach, które dziś udzielają pomocy – jak choćby w Stanach Zjednoczonych – zmieni się sytuacja polityczna i skłonność do pomagania. Poza tym przy wycieńczeniu finansowym Ukrainy, poważnych zniszczeniach infrastruktury i być może gorszej międzynarodowej atmosferze reformy transformacyjne będą znacznie trudniejsze po długiej wojnie.

Jeśli chodzi o dalsze losy Rosji, wyobrażam sobie różne scenariusze, ale nie widzę takiego, w którym Rosja pozostaje poważnym imperium.

Jakie znaczenie ma rosyjska wojna z perspektywy globalnej?

Dla Zachodu to jest wojna o wszystko, bo dotyczy tego, co dla nas ważne: prawa, moralności i życia. Gdy jednak rozmawiam z ludźmi spoza Europy, spoza kręgu kultury Zachodu, okazuje się, że oni nie chcą w tę „awanturę” wnikać. Chcą po prostu, by wojna jak najszybciej się skończyła, choćby dlatego, że pogłębia problem głodu na świecie. Dla nas, sąsiadów Ukrainy, takie rozmowy są bolesne, bo mamy wrażenie, że rozmówcy z Azji, Afryki czy Ameryki Południowej nie chcą rozstrzygać, kto ma rację, że nie rozumieją skali dramatu, przed jakim postawił nas Putin. Z drugiej strony takie rozmowy uświadamiają mi nasz europocentryzm.

Z perspektywy Europy zatem: co zmienia ta wojna?

Ta agresja prawdopodobnie wymusi na Europie, żeby po ponad stu latach stanęła na własnych nogach w kwestiach bezpieczeństwa i zdolności obronnych. To, że teraz w Stanach Zjednoczonych rządzi Joe Biden, strażnik Ameryki powojennej – zaangażowanej w Europie, a nie izolacjonistycznej – to tylko kwestia Opatrzności. Gdyby rządził Donald Trump albo obecna gwiazda republikanów Ron DeSantis, koalicja antyputinowska byłaby znacznie słabsza, a przebieg wojny mógłby być inny. Biden nie jest już jednak młodzieniaszkiem, a to na nim osobiście i na jego zdrowiu opiera się koalicja antyputinowska. Jest jak biblijny Mojżesz, któremu trzeba podtrzymywać ramiona, ale on ciągle daje radę.

Lutowa rosyjska napaść sprawiła, że Europa dostała jeszcze jedną szansę, by się pozbierać. Od 1918 roku, gdy tylko pojawiało się poważne zagrożenie, Europa za każdym razem liczyła na kroplówkę z Ameryki. Być może teraz została ona podana ostatni raz.

Jaka jest szansa na to, że za dziesięć lat Ukraina będzie członkiem Unii Europejskiej?

Będzie, na pewno.

Na pewno?

Kilka lat temu to prognozowałem. Jeśli chodzi o wojnę, to właściwie jej losy rozstrzygnęły się pod Kijowem. Gdy Rosjanom nie udało się wygrać bitwy o stolicę, stało się jasne, że nie zdołają osiągnąć totalnego zwycięstwa. Po pierwsze, Ukraińcy zrozumieli, że mogą zwyciężyć. Po drugie, kluczowe okazało się wsparcie Zachodu: polityczne, militarne i finansowe. Od momentu odparcia ataku na Kijów można odliczać czas do wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej i NATO.

Oczywiście, nie odbędzie się to bez przeszkód, na przykład wojna może być długa, na wydłużaniu konfliktu polega taktyka Putina. Jeśli wojna potrwa jeszcze trzy czy cztery lata, to może się okazać, że ukraińskie państwo jest tak osłabione, że trudno je będzie sprawnie reformować i integrować z Unią. Wysiłek Ukraińców jest ogromny i zachwyca świat, ale jednocześnie ten wysiłek bardzo nadwyręża ich organizm państwowy.

Bo na wojnie walczy nie tylko armia, ale też duża część społeczeństwa i całe państwo.

Na Zachodzie nikt poza ekspertami tego aspektu nie dostrzega. Pojechałem na front, na Doniecczyznę, by lepiej to zrozumieć. Pamiętam, jak żołnierz, chłopak z Czerniowiec z domieszką polskiej krwi, mówił mi, że może już nigdy nie zobaczyć żony, która jest w Polsce. Nie wiem, czy przeżył. To było w Bachmucie, o który później miały się toczyć ciężkie walki.

Byłem chyba pierwszym politykiem z Zachodu, który po 24 lutego pojechał zobaczyć regularne działania na froncie. Jadąc tam w lipcu 2022, byłem już nieco zmęczony tematem wojny. Spotkanie z Ukrainą inne od wcześniejszych – nie przez pryzmat eleganckiej sali konferencyjnej w Kijowie – dużo mi dało. Zobaczyłem świetnie zorganizowane wojsko, szkolone między innymi przez instruktorów z Zachodu, a dalej od linii frontu działały siły samoobrony i pracowali wolontariusze, wolontariusze, wolontariusze. Często byli to członkowie różnych organizacji i partii politycznych – odwiedziłem kilka punktów Europejskiej Solidarności, czyli partii byłego prezydenta Petra Poroszenki.

Wszystkich tych ludzi obsługuje bardzo dobrze zorganizowana sieć punktów wolontariackich, zaopatrywana przez ludzi z całej Ukrainy. Byłem w kilku takich miejscach pod Kijowem. Ludzie przynosili tam ogromne ilości domowych przetworów, które potem w kierunku frontu wozili wolontariusze. Szare pudła były pełne słoików z kiszonkami, powidłami, zawekowanym mięsem. Kto miał choć chwilę, wiązał kokardki na siatkach maskujących. Takie działanie pełni też funkcję terapeutyczną, ale przede wszystkim wynika z potrzeby – takie siatki trud-no teraz na Ukrainie dostać.

To fenomen tej wojny, o którym warto mówić, by nie umknął historykom – to jest wojna narodowa, zaangażowane w nią jest całe ukraińskie społeczeństwo. Zresztą ten rodzaj mobilizacji jest zakorzeniony w ukraińskiej historii i w podejściu Ukraińców do wojny.

Byłam w Ukrainie od pierwszych dni wojny i już wtedy słyszałam, że ta wojna to kolejny Majdan.

Trzy ukraińskie majdany – z roku 1990, przełomu lat 2004 i 2005, wreszcie z lat 2013–2014 – nawiązują do tradycji Wielkiej Siczy Zaporoskiej. Różnica polega na tym, że tym razem społeczeństwo jest też traumatyzowane codziennymi atakami rakietowymi. Organizm społeczny Ukrainy bardzo się wypala. Politycy obawiają się tego, co może się wydarzyć, jeśli na przykład w budżecie zabraknie pieniędzy na wypłaty. Do tej pory zawsze ktoś wsparł ukraińskie państwo, jeśli nie Amerykanie, to Unia Europejska. Oprócz palących potrzeb wojennych co miesiąc Ukraina potrzebuje mniej więcej 5 miliardów euro, żeby zapłacić sferze budżetowej.

Poziom umęczenia Ukrainy wojną może mieć wpływ na to, co się będzie działo po porażce Rosji. Wiąże się z tym również kwestia tego, czy i w jakim stopniu Ukraina będzie w stanie przeprowadzić reformy, czy w kraju pozostanie wystarczająco dużo ludzi, by to państwo odbudowywać.

Czy wyczerpanie społeczeństwa może doprowadzić do tego, że Ukraina jednak nie wygra wojny? Jakkolwiek by zwycięstwo definiować.

Jak zdefiniować zwycięstwo – wiadomo: Ukraina musi wypędzić Rosjan, również z okupowanego od 2014 roku Donbasu. Moim zdaniem to jest jak najbardziej możliwe. Ukraińcy mają natomiast margines negocjacyjnej swobody w sprawie Krymu. Krym przez trzy dekady miał w ramach Ukrainy autonomię i po wojnie można ją poszerzyć.

Czy z powodu wyczerpania Ukraina może przegrać wojnę?

Zawsze należy analizować rozmaite scenariusze, ale bez wątpienia najbardziej prawdopodobny jest ten, że Ukraińcy wygrają.

W lipcu byłem też między innymi w Buczy i Irpieniu, miejscowościach pod Kijowem, gdzie Rosjanie dokonywali pacyfikacji i zbrodni wojennych. Do okupacji w rozumieniu prawnym nawet tam nie doszło, bo Rosjanie nie zdążyli na przykład stworzyć własnej administracji.

O pomoc w zorganizowaniu tamtego wyjazdu poprosiłem byłego prezydenta Petra Poroszenkę. Pamiętam, jak rozmawialiśmy z kobietą, która miała najwyższy dom w okolicy. Przyszli Rosjanie, zarekwirowali piętro. Gospodyni poszła do sklepu, a po powrocie znalazła w ogrodzie ciała brata, męża i dwóch psów. Pamiętam, że staliśmy wśród hortensji, które tak jak w Polsce są teraz bardzo popularne na Ukrainie. Hiszpańskie hortensje bukietowe, te, które mają dużo kwiatów. Wśród tych hortensji ta kobieta zaczęła mi pokazywać na smartfonie zdjęcia ciał pomordowanych bliskich. Zrozumiałem wtedy, że aby Zachód zdał sobie sprawę z tego, co naprawdę się stało, konieczne są wizyty zachodnich polityków w Irpieniu. Muszą zobaczyć to co ja. Ludzie zostali tam zamordowani za to, że bronili Kijowa.

Rosja odpowiedziała brutalnością na to, że stawili opór. Podobne opinie słyszałam w zbombardowanej Borodziance.

Te zbrodnie były zemstą Rosjan za to, że Ukraińcy się postawili, że przekazywali wojsku informacje na temat lokalizacji rosyjskich oddziałów, że zdemontowali groblę i zalali teren, przez który rosyjskie czołgi miały wjechać do Kijowa. Cywile przełamywali strach.

Podróżował pan z Poroszenką?

Tak, znów jest bardzo aktywny. Nawet jego, doświadczonego polityka, inwazja z 24 lutego odmieniła. Widziałem w nim znów wiele z tego Piotra sprzed lat, gdy zimowe noce 2013 roku spędzaliśmy na Majdanie. Przestał być „byłym prezydentem”, mniej uwagi poświęca minionej prezydenturze, wrócił do roli lidera społecznego jak w czasach Majdanu. Kiedy w lipcu 2022 roku jechaliśmy na Donbas, na stacjach benzynowych, na ulicach miasteczek widziałem jego interakcję z Ukraińcami, szczególnie żołnierzami jadącymi na front. Po drodze finalizował transakcję zakupu 11 BTR-ów, czyli transporterów opancerzonych, od Maria Draghiego, jeszcze wówczas premiera Włoch. Pomagałem mu przygotować procedury, by wozy przejechały przez Polskę.

Wróćmy do unijnych perspektyw Ukrainy. Polska w przeciwieństwie do niej nie była wyczerpana i straumatyzowana – a proces akcesyjny i tak trwał dziesięć lat.

W przypadku Ukrainy proces negocjacyjny będzie łatwiejszy, bo jej umowa stowarzyszeniowa jest bardziej zaawansowana niż układ, który miała Polska. Poza tym, niestety, należy brać pod uwagę to, że – ze wszystkimi tego plusami i minusami – zmieni się model integracji europejskiej.

Moim zdaniem między innymi z powodu obecnej polityki rządów Polski i Węgier korekcie ulegnie model, zgodnie z którym państwa dołączające do wspólnoty od razu wchodziły do jądra organizacji. Nowy model będzie polegał na swego rodzaju integracji na cebulkę – nie jestem jego zwolennikiem, ale widzę, że sytuacja rozwija się w tym kierunku. Będą swego rodzaju kręgi wtajemniczenia. W tym modelu znajdzie się miejsce dla Ukrainy. Zakładam, że do Unii Europejskiej wejdzie również Mołdawia, i liczę na to, że Gruzja.

Te państwa nie wchodzą do Unii ze względów merytorycznych. Szczególnie po rozszerzeniach na wschód – mam na myśli największe rozszerzenie o Polskę, Węgry i osiem innych krajów w 2004 roku, a także późniejsze – nie miałyby na to szans. Niestety, Mateusz Morawiecki i Viktor Orbán dali nowy oręż do walki zawodowym przeciwnikom rozszerzenia, euroegoistom. Politycy we Francji, Niemczech czy Hiszpanii – którzy przekonywali, że jeśli chodzi o kulturę polityczną, państwa z naszej części kontynentu nie były wystarczająco przygotowane do członkostwa – teraz zyskali argumenty nie tylko na rzecz tego, że mieli rację, lecz także tego, że dalsze rozszerzenia na wschód to nie jest dobry pomysł. Tymczasem takie rozszerzenia są w interesie Polski.

Być może jednak pod wpływem wojny przeważą argumenty strategiczne. Rozszerzenia będą wspierać zwłaszcza Amerykanie, Zachód bowiem będzie starał się ochronić przed wpływami Rosji i wykazać, że europejska soft power jest silniejsza niż toksyczny russkij mir.

new.org.pl

wtorek, 28 lutego 2023


Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy autorzy "W pierwszej osobie" wydawali swoją książkę, pojawił się inny ambitny pisarz, który był żywo zainteresowany biografią nowego prezydenta. Był to Oleg Błocki, emerytowany oficer, potem dziennikarz wojskowy.

Pojechał do rodzinnej wsi Putinów, Paminowa, w obwodzie twerskim, i poszperał w miejscowych archiwach. Informacje, do których dotarł, nie wydawały się wystarczające i biograf postanowił zabiegać o spotkanie z samym prezydentem. Błocki podzielił się pomysłem z asystentem prezydenta Siergiejem Jastrzembskim, z którym wcześniej pracował w Czeczenii. Jastrzembskiemu spodobał się ten pomysł i zorganizował spotkanie autora z samym Putinem i jego żoną Ludmiłą.

Błocki spędził kilka nocy w Nowo-Ogariewie (podmiejskiej rezydencji prezydenta Rosji), gdzie rozmawiał z Putinem i jego żoną często aż do północy.

Pierwsza książka Błockiego, "Władimir Putin: Historia życia", wydana pod koniec 2001 r., wyprzedała się bardzo szybko. Ale już przy drugiej książce, zatytułowanej "Władimir Putin: Droga do władzy", zaistniały trudności nie do pokonania.

Wydawca Błockiego, Andriej Antipow wspomina, że książka została niespodziewanie odrzucona przez głównych dystrybutorów: "Książka była poszukiwana, sprzedawaliśmy ją na wystawach i targach, ale sieci handlowe odmawiały jej przyjęcia".

W rzadkim wywiadzie udzielonym przez Błockiego w tamtym czasie pisarz zasugerował, że w problemy z jego książką zamieszany jest ówczesny sekretarz prasowy Putina, Aleksiej Gromow. Miał on, jak twierdził Błocki, zakazać kanałom TV mówienia o książce. Kiedy Projekt skontaktował się teraz z Błockim, przekazał on, że książka została usunięta z przestrzeni publicznej przez zastępcę szefa Rospieczati (federalnej agencji zajmującej się mediami) Władimira Grigoriewa.

Grigoriew to bliski przyjaciel Gromowa. Panowie często grali razem w karty. Grigoriew to także człowiek, który faktycznie kontroluje rosyjski rynek książki od lat 90. XX w., kiedy to był szefem wydawnictwa Wagrius. Dziś kieruje departamentem prasowym w Ministerstwie Rozwoju Cyfrowego.

— Po drugiej książce Błockiego stało się jasne, że prawda wychodzi na jaw. Ale nie ta prawda, która była potrzebna. I projekt został szybko zamknięty — mówi były urzędnik administracji prezydenckiej.

Błocki, który był szczerze oddany Putinowi i darzył go szacunkiem, nie zdawał sobie sprawy, że grozi mu cenzura i postanowił spróbować szczęścia po raz trzeci. W 2003 r. książka została ponownie wydana przez Związek Ormian w Rosji w nakładzie 200 tys. egzemplarzy. Jednak od tego czasu nie sposób znaleźć tego wydania. Ara Abramjan, szef Związku Ormian, mówi, że to Błocki zajmował się jej dystrybucją i tylko on wie, gdzie zniknęło tyle książek o Putinie.

Teraz książki Błockiego można znaleźć tylko u prywatnych kolekcjonerów i nie ma elektronicznych wersji tych wydań. Sam biograf, który nie dorobił się na swojej pracy ani nazwiska, ani pieniędzy, pracował przez pewien czas w rządowej agencji prasowej RIA Nowosti, ale potem został zwolniony.

Dlaczego ta niezwykle pochlebna książka została zakazana? Były kremlowski urzędnik odpowiada wprost: — Do takich osobistych biografii postanowiono więcej nie dopuszczać.

Rzeczywiście, książka Błockiego malowała obraz Putina jako zwykłego człowieka, ale najgroźniejsza w niej była duża liczba opowieści Ludmiły Putiny o jej mężu.

Wiadomo, że w tym czasie Putin zapoczątkował związek ze swoją tajemniczą kochanką, Swietłaną Kriwonogich, która w 2003 r. urodziła mu córkę, Jelizawietę. Dzięki tej wiedzy wiele fragmentów książki czytało się w nowy sposób.

Ludmiła Putina w książce "Władimir Putin. Historia życia":

Randki to szczególna historia. Ja nigdy się na nie nie spóźniałam. Wołodia robił to zawsze. Półtorej godziny było na porządku dziennym. (...) Pamiętam, jak stałam w metrze. Pierwsze 15 min spóźnienia było OK, pół godziny też. Ale gdy mija godzina, a jego wciąż nie ma, to po prostu płaczesz. A po półtorej godziny nie masz już żadnych emocji. Dzień po dniu było tak samo.

I dalej Ludmiła Putina:

Sam Władimir Władimirowicz nigdy nie powiedział mi, że był oficerem KGB [...] Szkoda, że Wołodia nie powiedział mi o swoim prawdziwym zajęciu. Gdyby to zrobił, wszystko wyglądałoby normalnie. Ale ponieważ minęło półtora roku, a ja wciąż miałem nadzieję na zacieśnienie naszej relacji, to był dla mnie sygnał, że wciąż nie jestem w pełni godna zaufania.

I jeszcze jeden cytat z Ludmiły Putiny:

Brak męża, który pomaga mi w czasie ciąży, nie był dla mnie problemem, ponieważ od dzieciństwa byłam dość samodzielna [...]. Wyobraźcie sobie taką sytuację: ja, w siódmym miesiącu ciąży z Katią, Masza w jednej ręce, torba z zakupami w drugiej i spacer na szóste piętro. Właśnie wtedy sąsiedzi wchodzą na klatkę schodową i widzą, że ja się szamocę. Mężczyzna zrobił tylko wielkie oczy. Następnie chwycił Maszę i tę torbę i zabrał je na szóste piętro. Ale to był jeden raz. A ja mam w ciągu dnia co najmniej trzy takie wyjścia na dół i później na górę. Potem, wiem, sąsiadka kilkakrotnie mówiła mojemu mężowi: "Wołodia, musisz pomóc. Trzeba pomóc, Wołodia!". Ale nie miało to większego wpływu, bo Władimir Władimirowicz miał zasadę: kobieta w domu powinna wszystko robić sama.

Kolejna wypowiedź Ludmiły Putiny:

Wołodia przychodzi, powiedzmy, na obiad. Naturalnie, nakryłam do stołu. Mój mąż je. Czekam z zapartym tchem na reakcję. Ale nie ma żadnej. "Jak mięso?" — pytam. "Trochę suche" — słyszę w odpowiedzi. To jest jak nóż w moje serce. Tak się starałam, że poszłam po mięso, potem je ugotowałam. Można powiedzieć, że wylałam swoje serce. I było "trochę suche!".

Oprócz wspomnień samej Putiny, przez które obraz jej męża nie był idealny, książki Błockiego miały swoje własne, dość ciekawe archiwum fotografii. Dziś z tego archiwum można odtworzyć twarze współpracowników Putina, jego kolegów i licznych krewnych, na których zarejestrowano ogromny majątek.

onet.pl/Project