czwartek, 2 lutego 2023


Dziennikarze szwajcarskiej gazety mieli przeprowadzić poufną rozmowę z dwoma wpływowymi ekspertami od polityki zagranicznej Niemiec - jednym z koalicji rządzącej, a drugim z opozycji, którzy niezależnie mieli przekazać, że na polecenie prezydenta USA Joe Bidena szef CIA sprawdzał w połowie stycznia, czy Rosja i Ukraina są gotowe do negocjacji.

"Oferta dla Kijowa brzmiała: pokój za ziemię, a oferta dla Moskwy: ziemia za pokój. Mówi się, że 'ziemia' stanowiła około 20 proc. terytorium Ukrainy. To mniej więcej wielkość Donbasu. Obie strony, jak relacjonują politycy, odmówiły. Ukraińcy dlatego, że nie są przygotowani na podział swojego terytorium, a Rosjanie dlatego, że zakładają, iż na dłuższą metę i tak wygrają wojnę" - pisze "Neue Zürcher Zeitung".

Szwajcarska gazeta ocenia, że wypowiedzi obu specjalistów dają pośredni wgląd w poglądy Białego Domu. "Według dwóch ekspertów od polityki zagranicznej Niemiec, Biden chciał uniknąć przedłużającej się wojny w Ukrainie i był gotów zrezygnować z części kraju. Jeśli ta relacja jest poprawna, Biden nie byłby osamotniony w swoim stanowisku w Waszyngtonie" - czytamy.

Dziennik wskazuje na najnowsze opracowanie amerykańskiego think-tanku Rand Corporation "Avoiding a Long War", w którym stwierdzono, że "unikanie długiej wojny jest dla Stanów Zjednoczonych wyższym priorytetem niż kontrola całego terytorium Ukrainy".

"Jeśli to wszystko jest prawdą, wypowiedzi wskazywałyby również na możliwy rozłam w rządzie amerykańskim w sprawie Ukrainy" - podkreśla "Neue Zürcher Zeitung". Dziennikarze piszą, że doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan i szef CIA William Burns "chcieli szybko zakończyć wojnę, aby móc skupić się na Chinach". Natomiast po drugiej stronie, jak czytamy, są sekretarz stanu Antony Blinken i sekretarz obrony Lloyd Austin, którzy nie chcą, aby "Rosji uszło na sucho" naruszenie pokoju.

Według źródeł, na które powołuje się szwajcarska gazeta, po niepowodzeniu tajnej misji dyplomatycznej Burnsa w Ukrainie i Rosji, prezydent USA Joe Biden zdecydował się ulec naciskom niemieckiego kanclerza Olafa Scholza i zatwierdzić dostawę czołgów Abrams. 

gazeta.pl

5 grudnia ubiegłego roku weszła w życie inicjatywa UE, państw G7 i Australii, ustanawiająca na poziomie 60 dolarów za baryłkę limit ceny ropy z Rosji. Pułap cenowy miał ograniczać dochody Rosji ze sprzedaży ropy do państw trzecich, ponieważ państwa UE oraz G7 i tak już zakazały lub ograniczyły import ropy z tego kraju.

Limit miał działać poprzez zakaz dostarczania usług związanych z transportem ropy drogą morską, w tym ubezpieczeniowych i finansowych, dla surowca zakupionego za cenę przekraczającą ustalony pułap 60 USD za baryłkę - przypomina "The Economist".

Kolejne sankcje, obejmujące diesel i inne produkty rafinowane, wejdą w życie 5 lutego, co sprawi, że alternatywne metody eksportu staną się dla Rosji jeszcze ważniejsze. Ale już teraz nowy "czarny rynek" handlu surowcem radzi sobie bardzo dobrze - pisze tygodnik.

Już dwa miesiące po wprowadzeniu limitu cenowego eksport rosyjskiej ropy wrócił do poziomu z czerwca 2022 roku. Jak należało oczekiwać, najwięcej surowca kupują Chiny i Indie, ale okazało się też, że wzrosła sprzedaż przeznaczona dla nieznanych odbiorców.

Część tego eksportu odbywa się poprzez "czarny handel", metodami przetestowanymi już przez państwa objęte sankcjami, jak Iran czy Wenezuela. Ropę transportuje się zniszczonymi tankowcami, które mają czasem pół wieku i pływają z wyłączonymi transponderami. Zmienia się ich nazwy i przemalowuje, czasem kilka razy w ciągu jednej podróży. Przepływają przez ruchliwe terminale, gdzie wieziona przez nie ropa jest mieszana z surowcem innego pochodzenia, aby trudniej było wykryć, że jest to eksport z Rosji - wyjaśnia "The Economist".

Najczęściej jednak rosyjskie firmy korzystają z "czarnego rynku", który nie respektuje pułapu cenowego, ale nie jest nielegalny, bo ropa trafia do krajów nieuczestniczących w tej inicjatywie, a transport, finansowanie i ubezpieczanie ładunków obywa się bez zachodniej logistyki.

W ten sposób krajami, które zaczęły handlować ropą, stały się nagle Sri Lanka, Turcja, Indie czy Malezja. Eksperci sądzą, że tamtejsze firmy stały się przykrywkami dla rosyjskich przedsiębiorstw państwowych - relacjonuje tygodnik.

Nagle zwiększył się też handel używanymi tankowcami. W ubiegłym roku blisko 200 takich statków zmieniło właściciela, o 55 proc. więcej niż rok wcześniej. Rosja dysponuje teraz flotą, która zdecydowanie ułatwia jej omijanie sankcji i liczy około 360 jednostek.

Wiele wskazuje też na to, że znaczna część rosyjskiej ropy, kupowanej przez Indie i Chiny, jest odsprzedawana dalej, w tym do Europy. Dla Moskwy korzystanie z "czarnego rynku" handlu ropą ma dodatkowe atuty. Jej eksport omija kontrole zachodnich pośredników. Ułatwia to też stosowanie mniej przejrzystej strategii cenowej.

Na tym "czarnym rynku" nie operują jednak ubezpieczyciele i firmy reasekuracyjne z prawdziwego zdarzenia. Ropa płynie więc na pokładzie zniszczonych, przestarzałych statków i jeśli dojdzie do wypadku, nikt nie pokryje kosztów kolosalnych zniszczeń - podkreśla "The Economist".

money.pl

środa, 1 lutego 2023


Od miesięcy nie można normalnie dojechać do Wuhłedaru. Jedyną w miarę bezpieczną trasą do niego były drogi polne, na których odcisnęły się mocno głębokie ślady opon pojazdów wojskowych. Teraz i ta dłuższa trasa jest problematyczna — stała się bardziej niebezpieczna niż kiedykolwiek. Od trzech dni rosyjskie wojsko dokonuje nalotów rozpoznawczych na małe miasto w Donbasie, położone około 50 km na południowy zachód od okupowanego przez Rosję Doniecka.

Ataki wyprzedzające przekształciły się w "skoordynowany atak" — wynika z wtorkowej aktualizacji brytyjskiego wywiadu na temat sytuacji w Ukrainie. Setki pocisków artyleryjskich i tak zwanych bomb próżniowych spadło na geometrycznie ułożone dzielnice mieszkalne Wuhłedaru.

Wojska rosyjskie jak dotąd posunęły się jedynie na południowe obrzeża miasta — ponosząc w niektórych przypadkach ogromne straty. Łąki i pola w pobliżu rzeki Kaszlahacz, która przez kilka miesięcy wyznaczała linię frontu, są zaśmiecone kraterami po wybuchach i ciałami rosyjskich żołnierzy. Kierownictwo armii w Moskwie nadal opiera się na "atakach falą ludzką", jak nazywa je amerykański Instytut Studiów nad Wojną (ISW). Piechota posuwa się na linie wroga w małych oddziałach, co jest równoznaczne z misją samobójczą, zwłaszcza w otwartym terenie.

Zdobycie małego miasteczka Sołedar przez siły najemników z Grupy Wagnera w połowie stycznia opierało się na tej bezlitosnej taktyce. Kreml został wzięty w obroty. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy jego wojska ponosiły jedną gorzką porażkę za drugą. Sołedar w końcu znów odniósł godny uwagi sukces. To może być powód, dla którego Wuhłedar, 160 km na południe, również opiera się na tej brutalnej taktyce walki.

Według Instytutu Studiów nad Wojną nowe rosyjskie operacje wojskowe na froncie mają charakter systematyczny. "Rosyjski sztab generalny chce uniemożliwić Ukrainie odzyskanie inicjatywy przed planowaną zdecydowaną rosyjską ofensywą w Donbasie" — napisali specjaliści.

Armia ukraińska miała jeszcze przewagę jesienią, gdy odzyskała od Rosji rozległe tereny w Charkowie i Chersoniu. Jej postępy zatrzymały się jednak po tym, jak Moskwa uzupełniła ciężkie straty dziesiątkami tysięcy zmobilizowanych wojsk. Rosyjski sztab generalny zaczął teraz najwyraźniej prowadzić "operacje kształtowania", jak to się nazywa w żargonie wojskowym.

Teren i wielka bitwa mają być przygotowane za pomocą ukierunkowanych, taktycznych manewrów. W ten sposób Rosja obiera za cel strategicznie ważne punkty wzdłuż frontu ciągnącego się na 1,2 km. Działania rozciągają się od północnego wschodu do południa w okolicach Zaporoża. Najbardziej zacięte walki nadal toczą się w okolicach Sołedaru, Bachmutu i — od kilku dni — w Wuhłedarze.

— Sytuacja w Wuhłedarze, Bachmucie i innych rejonach dotkniętych działaniami zbrojnymi jest ciężka — ubolewał w niedzielę prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. — Trwają ciągłe próby przełamania naszej obrony — powiedział w swoim codziennym przemówieniu wideo. — Przeciwnik nie liczy swoich ludzi i utrzymuje wysoką intensywność ataku mimo licznych strat.

Rosyjski sztab generalny ma dobry powód, by zaatakować Wuhłedar. Miejsce to jest ważnym węzłem logistycznym. Zdobywając go, Rosja odcięłaby Ukraińcom dostawy i wzmocniła własną logistykę. Z Wuhłedaru prowadzi linia kolejowa do południowej Ukrainy i tamtejszych regionów okupowanych. Miasto byłoby również kluczowym punktem dla nowych ataków na tereny ukraińskie.

Nowe rosyjskie ataki stawiają Kijów w trudnej sytuacji, gdyż wojsko musi wzmocnić swoją obronę. Rosyjski przełom w Donbasie może mieć fatalne skutki. Jak zauważa waszyngtoński think tank, przemieszczenia ukraińskich oddziałów są jednak dokładnie tym, czego chce Moskwa. "Lokalne ataki mają prawdopodobnie na celu rozproszenie ukraińskich oddziałów i stworzenie przestrzeni dla decydującej rosyjskiej ofensywy w zachodniej części obwodu ługańskiego" — piszą eksperci. Rosyjska koncepcja wydaje się działać, przynajmniej na razie, bo Ukraina robi wszystko, by utrzymać swoje linie obronne.

Kreml wydaje się gotowy na każdą ofiarę dla powodzenia swoich "operacji kształtowania". Straty rosyjskie są nieproporcjonalnie wysokie i tak naprawdę nie da się ich usprawiedliwić żadnym rachunkiem kosztów i korzyści. Rosja stawia na masowość. Szacunki pokazują, że rosyjska armia wystrzeliwuje obecnie znacznie mniej amunicji, ale nadal pięć do sześciu razy więcej niż Ukraina. Przewaga ilościowa w personelu i broni ma być kluczem do sukcesu. Inaczej trudno wyjaśnić, dlaczego Kreml nadal lekkomyślnie wysyła tysiące żołnierzy na śmierć na polu walki.

Rosyjska elita przywódcza i sztab generalny miały czas i możliwość zmiany kursu. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy odbyło się wiele spotkań osób odpowiedzialnych w Moskwie na temat sytuacji militarnej tzw. operacji specjalnej w Ukrainie. W końcu prezydent Władimir Putin zaprzysiągł naród na długą wojnę i zobowiązał przemysł zbrojeniowy do zwiększenia produkcji.

Nikt nie jest w stanie na tym etapie ocenić, czy armia rosyjska jest rzeczywiście zdolna do ofensywy na dużą skalę. Zachodni eksperci wojskowi mają co do tego poważne wątpliwości, bo w trakcie wojny w Ukrainie ujawniły się poważne braki w siłach zbrojnych — od struktury dowodzenia po logistykę.

Do tego dochodzą ogromne straty żołnierzy i sprzętu. To wszystko są problemy, które nie mogły być rozwiązane z dnia na dzień. — Zdolność Rosjan do prowadzenia tej zimy i wiosny wielkoskalowych, wieloosiowych, szybkich ofensyw jest więc wysoce wątpliwa — podsumowuje amerykański think tank w ocenie z 28 stycznia.

Czy Rosja ma zamiar ślepo pogrążyć się w militarnym krachu? Można założyć, że rosyjska kadra dowódcza i prezydent Putin są zupełnie innego zdania. Nowe "operacje kształtujące" na froncie to pierwsze sygnały, że chcą prowadzić inną taktycznie wojnę. Innymi słowy, nie chcą już podbijać kraju kilometrowymi kolumnami pancernymi, co na początku inwazji nie powiodło się.

Znamienne w obecnych atakach na Wuhłedar i Bachmut jest to, że sztab generalny coraz częściej rozmieszcza tam regularne jednostki morskie. Do tej pory walka na tym terenie pozostawała w rękach najemników Wagnera, wojsk tzw. Donieckiej Republiki Demokratycznej oraz czeczeńskich kontyngentów Ramzana Kadyrowa. Teraz wydaje się, że mamy do czynienia raczej z sojuszem sił.

Mimo to ofensywa utknęła w martwym punkcie. Dlatego z Mariupola ma przyjść od 3 tys. do 4 tys. ludzi jako posiłki. Tak przynajmniej poinformował na Telegramie doradca mera miasta Petro Andriuszenko. Ponadto kolejne "jednostki najeźdźców" miałyby zostać wyposażone w sprzęt do walki na północ od Mariupola w obwodzie ługańskim. Liczne pojazdy wojskowe i systemy uzbrojenia mają być gotowe do ofensywy — napisał Andriuszenko.

oent.pl/Die Welt

– Rosja zdołała już uczynić z Ukrainy niemożliwy do zarządzania wrak – powiedział niedawno Orban grupie zagranicznych konserwatystów.

– To teraz Afganistan – powiedział w czasie dyskusji okrągłego stołu, opisanej w "The American Conservative". Przekonywał, że Władimir Putin nie przegra, a czas jest po stronie Rosji, nazywając Ukrainę "ziemią niczyją".

Jest to komunikat diametralnie różny od retoryki powtarzanej przez resztę zachodniego sojuszu, który właśnie w zeszłym tygodniu przebił kolejną czerwoną linię, gdy zobowiązał się przekazać Ukrainie dziesiątki nowoczesnych czołgów. To zwiększa napięcie między Węgrami a sąsiadującą z nimi Ukrainą. Wypowiedź Orbana wywołała oburzenie Ukraińców, którzy zapowiedzieli, że wezwą ambasadora Węgier.

W Budapeszcie podejście Orbana jest postrzegane częściowo jako wewnętrzna zagrywka polityczna, która ma odwrócić uwagę od problemów gospodarczych Węgier, a także jako ukłon w stronę nacjonalistycznych wyborców. Jednak wśród ekspertów panuje przekonanie, że retoryka Orbana to coś więcej niż tylko krótkoterminowa polityka – twierdzą, że węgierski przywódca chce zachować swoje długoletnie relacje z Kremlem.

Tak czy inaczej, ten przypadek ilustruje rosnącą przepaść między Orbanem a resztą jego sojuszników z Unii i NATO.

"Przywódcy polityczni w rządzie Węgier często mówią o promowaniu pokoju, ale – od potępienia sankcji do przyjęcia rosyjskich propozycji »zawieszenia broni« – nadal forsują politykę popieraną przez Putina", napisał w e-mailu David Pressman, ambasador USA w Budapeszcie.

"Przyłączamy się do apelu węgierskiego rządu o pokój, ale te wezwania powinny być skierowane do Władimira Putina" – dodał Pressman. "Waszyngton będzie nadal opowiadał się za zakończeniem tej wojny, stojąc zdecydowanie po stronie jej ofiar".

W czasie jednak gdy większość zachodnich sojuszników ruszyła, aby zapewnić przełamujące wszystkie tabu wsparcie dla Ukrainy, Węgry potwierdzają swoje stanowisko: że Kijów powinien po prostu przestać walczyć.

– Nasze człowieczeństwo i poczucie moralności wymagają, abyśmy zrobili wszystko, co w naszej mocy, aby zamrozić linię frontu, aby nastąpiło zawieszenie broni i aby rozpoczęły się negocjacje – powiedział Orban w piątek w państwowym radiu.

Eksperci twierdzą, że Orban nie jest antyukraiński – jego retoryka jest po prostu próbą gry na obie strony i zdobycia punktów politycznych.

Premier spędził lata na wdrażaniu podwójnej polityki zagranicznej: czerpiąc korzyści z członkostwa w Unii i NATO, jednocześnie rozwijając lukratywne relacje z Moskwą, Pekinem i innymi autorytarnymi stolicami.

Kiedy ten sam rosyjski rząd, któremu patronował, zaatakował sąsiada Węgier, Orban potępił inwazję, ale nie porzucił całkowicie swojego przyjaznego Rosji stanowiska.

Węgry nadal realizują projekt rozbudowy elektrowni atomowej wspólnie z rosyjskim Rosatomem. Węgierscy urzędnicy wciąż podróżują do Rosji, by omawiać umowy energetyczne.

Kraj, który jest w dużym stopniu uzależniony od rosyjskiego gazu, podpisał latem ubiegłego roku umowę na jeszcze większe dostawy – akurat wtedy, gdy inni starali się ograniczyć swój import.

Budapeszt zatwierdził unijne pakiety sankcji, ale Orban starał się złagodzić niektóre zapisy. Tymczasem w kraju prowadzi szeroko zakrojoną kampanię antysankcyjną, obwiniając Brukselę o gospodarcze kłopoty Węgier.

– Orban wiele zainwestował w przyjazną Rosji politykę – powiedział Peter Kreko, dyrektor Political Capital Institute, specjalizującym się w węgierskiej polityce zagranicznej. – Istnieje inercja, która prowadzi go w tym kierunku. Wydaje się, że rząd tak naprawdę nie jest w stanie naprawić tych błędów.

Węgry i Ukraina mają długie i burzliwe relacje z powodu sporu o prawa językowe osób mówiących po węgiersku, mieszkających w zachodniej Ukrainie. Przewidywalnie, postawa Orbana od czasu rozpoczęcia inwazji – nie wspominając o jego ostatnich komentarzach – tylko pogłębiła te napięcia.

– To niestety wyraźnie rosyjska retoryka – komentuje Iwanna Kłympusz-Cyncadze, przewodnicząca komisji ukraińskiego parlamentu ds. integracji z UE, zapytana o ostatnie komentarze Orbana.

"Węgry od dawna są wrogiem wolności" – napisała w SMS-ie. "Jesteśmy zaskoczeni, że węgierskie oświadczenia i działania nie spotkały się jeszcze z właściwą reakcją ze strony UE i NATO".

Krytycy premiera szybko zdystansowali się od podejścia rządu do Ukrainy, argumentując, że Orban nie reprezentuje wszystkich Węgrów.

– Wypowiedź Orbana jest więcej niż haniebna – powiedziała węgierska posłanka Katalin Cseh, która niedawno wróciła z podróży do Kijowa wraz z innymi członkami opozycyjnej partii Momentum. – Ukraina jest krajem dzielnych bojowników o wolność i obywateli Europy, którzy zasługują na nasz najwyższy szacunek.

Węgierski rząd nie odpowiedział na prośby o komentarz. Węgierskie ministerstwo spraw zagranicznych podkreśla jednak, że rząd ma dobre intencje.

Odpowiadając na decyzję Kijowa o wezwaniu ambasadora Węgier, ministerstwo powiedziało prorządowemu portalowi, że wojna prowadzi do śmierci i zamienia całe obszary Ukrainy "w pustkowie".

"Dlatego Węgry chcą pokoju i natychmiastowego zawieszenia broni zamiast dostaw broni" – stwierdziło ministerstwo.

Retoryka premiera w sprawie Ukrainy jest częściowo spowodowana początkową błędną kalkulacją dotyczącą rozwoju konfliktu, mówią eksperci.

– Rząd stawiał na szybkie rozwiązanie konfliktu i miał nadzieję, że Węgry skorzystają na utrzymaniu relacji z Rosją – powiedziała Zselyke Csaky z Uniwersytetu Europejskiego. – Niektórzy oczywiście myśleli, że Węgry mogą stać się czymś w rodzaju »mostu« między Rosją a resztą Europy i czerpać w międzyczasie korzyści handlowe i inne. Teraz jest jasne, że tak się nie stanie.

Węgrzy, którzy znają premiera osobiście, mówią, że częściowym wytłumaczeniem kontrowersyjnych komentarzy Orbana jest to, że polityk lubi być wylewny w kwestiach, co do których uważa, że inni przywódcy są zbyt nieśmiali, by się nimi zająć.

– Myślę, że robi to, ponieważ wierzy, że tak właśnie myśli wielu Europejczyków i spodziewa się, że Europa w końcu nie stanie po stronie Ukrainy – powiedziała Zsuzsanna Szelenyi, która była członkiem partii Fidesz Orbana we wczesnych latach 90., a obecnie jest krytykiem rządu.

W dyskusji z zagranicznymi konserwatystami Orban potwierdził swoje przekonanie, że niektórzy politycy mogą się z nim potajemnie zgadzać.

– Niemcy cierpią, bo wiedzą, co jest w ich narodowym interesie, ale nie są w stanie tego powiedzieć – przekonywał.

W Budapeszcie panuje jednak też poczucie, że Orban często krytykuje reakcję Zachodu na wojnę, ponieważ kręgi biznesowe bliskie partii rządzącej wciąż korzystają z powiązań gospodarczych z Moskwą oraz dlatego, że chce wzmocnić swoje argumenty za sprzeciwem wobec sankcji.

– Orban zasadniczo stara się stworzyć uzasadnienie dla sprzeciwu wobec dalszych sankcji, które w istocie mogą zacząć szkodzić jego własnym relacjom z Moskwą – powiedziała Zsuzsanna Vegh, stypendystka German Marshall Fund.

Retoryka Orbana dobrze współgra również z opiniami części jego elektoratu.

– W nacjonalistycznej historii Węgier mamy tradycję antyzachodnich i antyrosyjskich nastrojów – powiedział Kreko z Political Capital. – Teraz podejście antyzachodnie wygląda trochę jak to dawne, z antyrosyjskimi nastrojami.

Orban, który zawsze był pragmatykiem, stara się zachować różne opcje.

Szelenyi, która niedawno napisała książkę o "skażonej" demokracji Orbana, zwróciła uwagę, że premier również wcześniej wygłaszał niepochlebne komentarze na temat Rosji. – Orban, po prostu tworzy dla siebie pole manewru w tym kryzysie – powiedziała.

onet.pl/Politico

wtorek, 31 stycznia 2023


Jak podaje Roskomnadzor (Federalna Służba ds. Nadzoru w Sferze Łączności, Technologii Informacyjnych i Komunikacji Masowej), w 2022 roku do agencji wpłynęło 284 tys. skarg – to o 26,5 proc. więcej stosunku do roku poprzedniego, przy czym najczęściej obywatele donosili w sprawie „fejków” na temat wojny. Jednocześnie szczyt donosów Rosjan przypadł na marzec, kiedy to Władimir Putin wezwał do ujawniania „zdrajców narodowych” i stwierdził, że naród rosyjski „zawsze będzie umiał odróżnić prawdziwych patriotów od szumowin”.

Jednak praktyka donosicielstwa wróciła do postsowieckiej Rosji na długo wcześniej. Jak zauważa antropolog Aleksandra Archipowa, od około 2017 roku władze aktywnie zachęcają do donosicielstwa w ramach walki z działalnością opozycyjnej Fundacji Walki z Korupcją więzionego Aleksieja Nawalnego.

Wraz z uchwaleniem w 2020 roku ustawy o rozprzestrzenianiu nieprawdziwych informacji dotyczących koronawirusa, donosicielstwo stało się znacznie bardziej powszechne. Ale dramatyczna zmiana, zdaniem badaczki, nastąpiła w maju 2022 roku. Od tego momentu zaczęto skazywać za wypowiedzi wyłącznie na podstawie słów donosiciela, bez jakichkolwiek innych dowodów.

– Jakaś starsza pani może usłyszeć, że jej sąsiadka dyskutuje z kimś o wojnie, donosi na nią i sąsiadka zostaje ukarana grzywną – przytacza przykład Archipowa.

Nie sposób dokładnie ocenić, ile spraw karnych jest wszczynanych właśnie na podstawie donosu. Od portalu OWD-info, monitorującego motywowane politycznie zatrzymania, uzyskaliśmy informację, że w większości przypadków w aktach sprawy nie podaje się, jak służby dowiedziały się o danej osobie i dlaczego postanowiły ją sprawdzić. Obrońcy praw człowieka oszacowali, że do połowy lata na 1 303 sprawy o „dyskredytację” armii 110 zostało wszczętych po donosie.

– Po wybuchu wojny pojawiło się wiele prawnych instrumentów kontroli i coraz częściej, gdy ludzie słyszą rozmowy, podczas których ktoś wyraża się o wojnie w negatywnym kontekście, dzwonią na policję lub składają skargi do organów ścigania – mówią przedstawiciele OWD-info.

Zdaniem komentatora politycznego Borysa Grozowskiego autorytarne społeczeństwo rosyjskie nabiera niektórych „rozmytych” cech społeczeństwa totalitarnego. W rozmowie z Vot Tak publicysta zauważa, że w rosyjskim społeczeństwie rośnie liczba osób, które wojna zainspirowała do działania i chętnie robią co tylko w ich mocy, by „przybliżyć zwycięstwo” – jak twierdzi Grozowski, można założyć, iż „część donosów jest inspirowana tym szczerym pragnieniem”.

Chociaż współczesne donosicielstwo jest w pewnym sensie podobne do tego z czasów sowieckich, istnieje między nimi zasadnicza różnica: w przeciwieństwie do lat 30. XX wieku, obecnie donoszenie nie jest obowiązkiem obywatela, jak zauważa Grozowski, jest dobrowolne.

– Powiedzmy w 1937 roku, jeśli ujawniono, że masz w jednostce wroga, ale to nie ty go ujawniłeś, mogłeś zostać ukarany jako jego wspólnik – wyjaśnia ekspert.

Zdaniem Grozowskiego sowieckie władze starały się stworzyć w społeczeństwie atmosferę histerii i paranoi.

– Wrogowie są wszędzie, są wśród nas, są odpowiedzialni za wszystkie klęski i nieszczęścia których doświadczamy, a obowiązkiem każdego uczciwego obywatela jest zachować czujność, zdemaskować podstępne machinacje wrogów w swoim najbliższym otoczeniu i dostarczyć informacji o nich właściwym organom – mówi.

Tymczasem w Rosji system polityczny w przeciwieństwie do stalinowskiego, przez ostatnie 30 lat nie był nastawiony na udział obywateli w polityce, ale wręcz przeciwnie – na trzymanie ludzi z dala od polityki.

– Obecnie sytuacja się zmienia, ale nie jest to szybki proces – podsumowuje nasz rozmówca.

Jedną z pierwszych figurantek spraw dotyczących „fejków” na temat o rosyjskiej armii była petersburska artystka i aktywistka Sasza Skoczilenko. W kwietniu 2022 roku doniosła na nią 72-letnia emerytka z „jastrzębim wzrokiem”: zauważyła, że Skoczilenko w sklepie zastąpiła cenniki antywojennymi ulotkami. Dotyczyły one rosyjskiego ataku na szkołę artystyczną w Mariupolu, w której schronili się cywile.

Przesłuchiwana w sądzie kobieta powiedziała, że oburzyły ją „pomówienia” wobec rosyjskich wojskowych, gdyż była pewna, że nie pozwoliliby oni na bombardowanie obiektów cywilnych i ludności cywilnej.

– Bardzo się martwię o rosyjskich żołnierzy na Ukrainie, oglądam wszystkie wiadomości na ten temat… Oczywiście informacje z ulotek są kłamstwem – powiedziała emerytka i dodała, że wręcz trzęsą jej się ręce z oburzenia.

W czerwcu tego samego roku za rozprzestrzenianie „fejków” na temat armii sąd aresztował 54-letniego mieszkańca Petersburga Olega Biełousowa. Doniósł na niego znajomy, któremu nie spodobały się komentarze Biełousowa na portalu społecznościowym. Po jednym z przesłuchań wyjaśnił dziennikarzom swoją motywację: jego zdaniem informacje o zbrodniach wojsk rosyjskich w Buczy, szabrownictwie i gwałtach były kłamstwami. Mężczyzna dodał, że „bezinteresownie pomaga” wojsku, jego najstarszy syn walczy, a on sam jest gotów pójść na front, jeśli będzie taka potrzeba.

Donosiciel zaznaczył również, że wierzy w broń biologiczną – roznoszące wirusa komary [w początkowych miesiącach wojny rosyjska propaganda aktywnie rozprzestrzeniała fałszywą informację na temat rzekomych ukraińskich laboratoriów, gdzie opracowuje się broń biologiczną wymierzoną w Rosjan – Belsat.eu] i popiera byłego sowieckiego wojskowego i handlarza bronią Wiktora Buta. Jak twierdzi mężczyzna, jego decyzja o złożeniu skargi na znajomego spotkała się z aprobatą.

– Wszyscy ludzie mnie wspierają, wszyscy są po mojej stronie, nikt z moich przyjaciół nie krytykował mnie za to – oświadczył.

W lipcu mieszkaniec obwodu moskiewskiego Siergiej Obrazcow doniósł na swoją żonę Ukrainkę, ponieważ ta „wyrażała antyrosyjskie opinie” w kwestii wojny i „zwróciła ich wspólne dziecko przeciwko rosyjskim władzom”. Jak powiedział Siergiej portalowi Moskowskij Komsomolec, bał się, że żona zabierze ich syna do swoich krewnych na Ukrainie.

– W przedszkolu powiedziano nam, że nasz syn powtarza antyrosyjskie hasła, kłóci się z innymi dziećmi. Powtarza po swojej matce, a ja jako odpowiedzialny rodzic nie mogę na to pozwolić – tłumaczył mężczyzna.

belsat.eu/vot-tak.tv

BiznesAlert.pl: Jaka jest sytuacja gospodarcza Białorusi na początku roku?

Bartosz Tesławski: Sytuacja gospodarcza Białorusi jest zła ze wskazaniem na fatalną. Budżet na rok 2023 zakłada 3 mld białoruskich rubli deficytu, a 5 mld białoruskich rubli w budżecie zabezpiecza im najprawdopodobniej pożyczka czy darowizna od Rosji. Oznacza to, że Mińskowi brakuje 8 mld białoruskich rubli do zbilansowania budżetu, a stanowi to ponad 20 procent całości budżetu Białorusi. Gospodarka białoruska skurczyła się w roku 2023 prawdopodobnie o ponad 5 procent, czekamy na ostateczne informacje o zmianie PKB za grudzień i tym samym całościowy wskaźnik spadku Produktu Krajowego Brutto w 2022 roku. Sankcje, zwłaszcza te, które zostały nałożone na Białoruś jeszcze w 2021 roku po porwaniu samolotu z Ramanem Pratasiewiczem na pokładzie skutecznie duszą białoruski eksport, a restrykcje wprowadzone po 24 lutego 2022 sprawiają, że sytuacja gospodarcza jest najprawdopodobniej podstawowym zmartwieniem Mińska.

Czy te problemy gospodarcze przekładają się na decyzje władz i nastrój społeczeństwa?

Wydaje się, że chęć doprowadzenia do zniesienia sankcji, przy świadomości, że Rosja jest obecnie maksymalnie wrażliwa na jakiekolwiek prozachodnie odchylenia jest czymś co ma stanowić główne zadanie dla dyplomacji Siarhieja Aleinika. Mińsk nie chce dać wmanewrować się w wojnę z Ukrainą, bo oznacza to ostateczne stanięcie po stronie Rosji i powiązanie losu Białorusi z wynikiem tego konfliktu. Najprawdopodobniej Białoruś pozostałaby pod sankcjami zachodnimi znacznie dłużej niż Rosja, nawet w sytuacji, gdy wojna dobiegnie końca. Równocześnie Alaksandr Łukaszenka na pewno zdaje sobie sprawę, że nie może sobie obecnie pozwolić na żadne demonstracyjne dystansowanie się od Rosji, o faktycznym nawet nie wspominam. Białoruś pozostaje zależna od finansowej kroplówki z Rosji, ale ta docelowo też może przestać płynąć, jeżeli problemy gospodarki rosyjskiej zaczną się nasilać. Wynegocjowanie kolejnych 5 mld rubli dla budżetu w roku 2024 może być dla Mińska skrajnie trudne.

Społeczeństwo po 2020 roku wydaje się być niestety spacyfikowane, ale na pewno problemem będzie dla niego zmiana kodeksu podatkowego i de facto podwyżka podatków. Te dotkną w dużym stopniu małych, indywidualnych przedsiębiorców, którym biznes może po prostu przestać się “spinać”. Wzrost podatku dla “nierobów” to kolejna próba uzyskania dodatkowych środków dla budżetu bez naruszania jeszcze kluczowego elektoratu Alaksandra Łukaszenki. Mimo powyższych problemów zakładam jednak, że sytuacja gospodarcza może przełożyć się na wzrost emigracji, ale raczej nie doprowadzi do wyjścia Białorusinów na ulicę. Wspomnienie pacyfikacji protestów 2020 roku jest wciąż żywe i raczej na ten moment tylko wejście Białorusi w wojnę z Ukrainą mogłoby stanowić wystarczający impuls do wybuchu otwartych protestów.

Czy Białoruś pomaga Rosji omijać sankcje zachodnie? Przed wyborami w 2020 roku tak było. Były przypadki np. Krewetek made in Białoruś czy bananów. 

Na ten moment skala takiego procederu jest zdecydowanie mniejsza, bo handel z Białorusią jest również utrudniony, a wiele sankcji obejmujących Rosję po inwazji objęło również Białoruś. Obecnie to chyba przede wszystkim Turcja pełni rolę takiej “obwodnicy”, a Białoruś w wyniku nałożonych sankcji staje się uzależniona od eksportu do Rosji. Obecnie poziomy eksportu białoruskiej produkcji do Federacji Rosyjskiej osiągają poziomy, które z pewnością nie są zdrowe dla ich gospodarki. Z czego zatem wynika, że Białoruś nie jest obłożona sankcjami tak jak Rosja? Wszak jej udział w rosyjskiej inwazji na Ukrainę, poza bezpośrednim udziałem, jest oczywisty.

Prawdopodobnie właśnie dlatego, że Białoruś nie zdecydowała się na bezpośredni udział w konflikcie. Zakładam też, że istotną rolę mogło mieć tutaj również zakulisowe stanowisko Ukrainy, która do tej pory utrzymuje relacje z Białorusią na poziomie ambasadorów. Zakładam, chociaż Kijów to na ten moment kategorycznie wyklucza, że Zachód liczy na możliwość jakiegoś pośrednictwa ze strony Białorusi w prowadzeniu rozmów pokojowych lub także na to, że bardziej miękkie stanowisko wobec Mińska, przy ostrym wobec Moskwy ma być dla Białorusi sygnałem, że w przypadku dołączenia do wojny ich sytuacja może się jeszcze pogorszyć.

Były momenty, gdy Białoruś dawała sygnały, że chce w tym konflikcie zachowywać stanowisko idące w kierunku neutralności oczywiście z uwzględnieniem tego, że swoje lotniska i poligony bez ograniczeń udostępnia rosyjskiej armii. Pojawiły się informacje, że Mińsk pomógł Polsce w dostawach węgla, mówił o tym Jarosław Kaczyński czy o tym, że eksport ukraińskiego zboża miał się według jednego ze scenariuszy odbywać z litewskich portów za pośrednictwem białoruskiej kolei. Mińsk ma mało miejsca na manewry, ale widać, że w niektórych kwestiach stanowi “wentyl”.

Ostatnie pytanie dotyczy integracji Rosji i Białorusi. Czy jest realizowana w praktyce?

Wydaje się, że na ten moment realizacja znowu utknęła. Podpisanie map drogowych integracji w 2021 roku, chociaż stanowiło pewien przełom, to jednak nie oznaczało wprowadzenia tego procesu na szybsze tory, a jedynie pokonanie dużej bariery natury politycznej. Obecnie jednak mnóstwo mniejszych barier politycznych i proceduralnych pojawia się na poziomie współpracy obydwu parlamentów, synchronizacji szeregu ustaw etc. W tym roku ma dojść do jakiejś synchronizacji polityki celnej Białorusi i Rosji, ale na duże zmiany, jak na przykład wprowadzenie wspólnej (patrz rosyjskiej) waluty jest zdecydowanie za wcześniej (i mówią o tym nawet sami Rosjanie). Podsumowując, w tym roku nie spodziewam się przełomów.

biznesalert.pl

Gdy stało się jasne, że inwazja na Ukrainę nie idzie po myśli Putina, Kreml próbował "zamrozić" Europę, odcinając ją od surowców. Wiele krajów europejskich postawiło sobie więc za cel uniezależnienie się od rosyjskich surowców energetycznych i spędziło ostatni rok na uczeniu się życia bez nich. I zrobiły to lepiej, niż się spodziewano. Jak Europie udało się ominąć gazowy szantaż Kremla?

Już w grudniu europejskie ceny gazu ziemnego, które skoczyły wiosną, spadły do najniższego poziomu od początku wojny, w styczniu zaś wróciły nawet do poziomu sprzed jej wybuchu.

Josep Borrell, wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, obiecał niedawno, że wszystkie kraje Unii, z wyjątkiem Węgier, zrezygnują z rosyjskiego gazu, ropy i węgla do końca roku, stwierdzając, że sektor energetyczny Europy nie jest już zależny od Rosji. Oto cztery czynniki, które umożliwiły osiągnięcie tego celu.

Przed wojną Rosja była czołowym dostawcą surowców energetycznych w Europie — ropy, gazu, węgla i paliwa uranowego. Kraje europejskie były najbardziej uzależnione od rosyjskiego gazu. W 2021 r. stanowił on około 45 proc. europejskiego importu.

Taką kartą postanowił grać Kreml w czasie wojny. W ostatnim raporcie Komisja Europejska wskazuje, że Rosja celowo wywierała silniejszą presję na europejski rynek gazu: między lipcem a wrześniem 2022 r., w szczycie sezonu, Rosja stopniowo zmniejszała ilość gazu w gazociągu Nord Stream, co doprowadziło do bezprecedensowego wzrostu cen tego surowca pod koniec lata. Do tego czasu udział gazu ziemnego importowanego z Rosji spadł do 17 proc.

We wrześniu Rosja całkowicie odcięła dostawy gazu przez Nord Stream, co groziło pełnym kryzysem energetycznym w UE. Uratowały ją jednak specjalne środki wprowadzone przez kraje Zachodu. Co warto podkreślić, nie bez znaczenia okazało się tempo wprowadzanych zmian.

Pierwszy i najważniejszy pakiet środków antykryzysowych, RePowerEU, został przyjęty jeszcze w maju. Obejmował dywersyfikację źródeł energii, przyspieszone przejście na "czyste" źródła, oszczędności energii — wszystko, co jest potrzebne do osiągnięcia pełnej niezależności od importu z Rosji do 2027 r.

W efekcie pozycję głównego dostawcy gazu do Europy zajęła Norwegia, która przygotowuje się do dalszego zwiększenia eksportu gazu. Przykładowo już teraz jest głównym eksporterem gazu ziemnego do Niemiec, które od pięciu miesięcy pozostają bez gazu rurociągowego z Rosji.

Aby to się udało, niemiecki rząd musiał czasowo przedłużyć pracę elektrowni węglowych i reaktorów jądrowych, ale przede wszystkim przestawić się na zakup skroplonego gazu ziemnego (LNG). Podobnie jak inne kraje UE, Niemcy aktywnie wyposażają swoje porty w terminale do rozpakowywania LNG napływającego z USA, Kataru i Australii. We wrześniu niemieckie magazyny gazu ziemnego — największe w Europie — były wypełnione w ponad 90 proc., a Christian Lindner, niemiecki minister finansów, poinformował niedawno, że jego kraj nie jest już zależny od rosyjskiej energii.

Import zamorskiego gazu skroplonego okazał się największym zbawcą UE: europejski rynek LNG w 2022 r. niemal podwoił się, bijąc do grudnia swój historyczny rekord. We Włoszech, gdzie zakupy rosyjskiego gazu spadły o 87 proc., do poziomu z 1990 r., LNG stał się podstawą dywersyfikacji energetycznej. Od listopada do grudnia 2021 r. jego import wzrósł o 99 proc., co pozwoliło włoskiemu operatorowi przesyłu gazu Snam na maksymalne wypełnienie magazynów i zaopatrzenie kraju na całą zimę.

Kolejny lipcowy pakiet energetyczny nosił nazwę "Save Gas for a Safe Winter". Jego celem było zmniejszenie zużycia gazu w Europie o 15 proc. do końca marca 2023 r. Plan ten postulował zastąpienie gazu innymi źródłami energii, ale przede wszystkim mniejsze zużycie go w domu, biurze, firmach, budynkach rządowych, na basenach publicznych i w pałacach prezydenckich.

W efekcie Europejczycy rzeczywiście zużyli mniej gazu: według Eurostatu od sierpnia do listopada aż o 20 proc. mniej niż średnio w poprzednich pięciu latach, a w niektórych krajach, np. we Włoszech, zużycie spadło o 30 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Według niektórych prognoz zużycie gazu w Europie w 2023 r. prawdopodobnie pozostanie poniżej średniej pięcioletniej, spadając o 16 proc.

Ponadto we wrześniu Unia Europejska interweniowała w sprawie rosnących cen energii, aby zmniejszyć obciążenia finansowe konsumentów i przedsiębiorstw. Kraje europejskie wprowadziły programy pomocy publicznej, a niektóre — na przykład Hiszpania i Francja — tymczasowo całkowicie zamroziły taryfy za energię elektryczną. W sumie rządy UE wydały ponad 700 mld dol. na wsparcie swoich obywateli. Część z tych pieniędzy przeznaczono na zwiększenie dostępności energii odnawialnej.

Ratujący życie LNG to nic innego jak paliwa kopalne. A kraje takie jak Niemcy, Francja, Austria, Holandia i Włochy nieśmiało wróciły nawet do węgla.

Ogólnie jednak inwazja na Ukrainę przekierowała uwagę europejskich przywódców na alternatywne zasoby. Unia Europejska z większym entuzjazmem podchodzi do inwestowania w energię odnawialną, a w okresie od maja do sierpnia wytworzyła rekordową ilość 12 proc. energii elektrycznej z energii słonecznej i 13 proc. z energii wiatrowej.

Patrząc na to, jak kraje rozbudowują zieloną infrastrukturę w obliczu kryzysu energetycznego, Międzynarodowa Agencja Energetyczna skorygowała swoją prognozę dla odnawialnych źródeł energii i obecnie oczekuje, że ich rozwój w ciągu najbliższych 5 lat będzie porównywalny z wynikami z całego ostatniego dwudziestolecia.

Czwarty i ostatni pakiet środków, zatwierdzony przez Unię Europejską w grudniu, ma również na celu przyspieszenie wprowadzania czystej energii. Powinna ona zbliżyć kraje UE do wspólnego zakupu gazu ziemnego i pomóc w dostosowaniu rynku. Szwajcaria, która nie ma własnych magazynów gazu ziemnego, liczy na swoje elektrownie wodne i pomoc sąsiadów — Niemiec, Włoch i Francji, które ostatnio zwiększyły produkcję energii jądrowej.

Szwajcarska Federalna Komisja Energii Elektrycznej zwraca jednak uwagę na to, że jednym z najważniejszych powodów, dla których Europa ma zagwarantowany bezpieczny sezon grzewczy, jest wyjątkowo ciepła zima. Europejczycy przeżywają jedną z najcieplejszych zim w historii, co spowodowało słabsze ogrzewanie domów. Gaz wpompowany do zbiorników w czasie ciepłej pogody przeszedł bez szwanku i chociaż w Europie znów jest zimno, w magazynach jest wystarczająco dużo gazu — nawet jeśli przez resztę zimy temperatury spadną poniżej normy.

Tej zimy Europa skutecznie pokonała Kreml. Eksperci ostrzegają jednak, że następna zima może okazać się znacznie trudniejsza — głównie dlatego, że UE będzie musiała polegać na całkowitym braku dostaw rosyjskiej energii. Europa albo powróci do sporadycznego zakupu rosyjskiego gazu, albo całkowicie przestawi się na alternatywne źródła energii, kładąc kres rosyjskiemu szantażowi energetycznemu.

onet.pl/Nowa Gazieta

Omawiamy tekst rosyjskiego analityka prof. Dmitrija Trenina. Jego zdaniem Rosja, stając się oblężoną twierdzą, musi całkowicie na nowo zarysować swoją strategię na przyszłość. Jaki scenariusz rysuje?

W rosyjskim świecie zdominowanym przez wojenną propagandę zdumiewająco klarowny tekst ukazał się w oficjalnym periodyku „Rossija w globalnoj politikie”, wydawanym pod auspicjami tamtejszego MSZ. Jego autorem jest ceniony na Zachodzie politolog i były pułkownik wywiadu prof. Dmitrij Trenin. Wspierając „specjalną operację wojskową na Ukrainie”, bez złudzeń wylicza strategiczne porażki wojskowe, geopolityczne i gospodarcze, jakie Moskwa poniosła w 2022 r. Jego zdaniem niezależnie od tego, jak zakończy się wojna, nie ma powrotu do żadnego z wzorców ZSRR i Rosji od 1945 i 1989 r.

Według Trenina najazd na Ukrainę 24 lutego to już nie punkt zwrotny, lecz narastające od lat załamanie całej rosyjskiej polityki. Już w 2000 r. stało się jasne, że polityka Moskwy zmierzająca do integracji Rosji jako wielkiego mocarstwa z Zachodem i zdominowanym przez USA ładem światowym wymaga korekty. Bez powodzenia podjęto ją w 2010 r. w postaci „resetu” w relacjach z USA oraz „partnerstwa modernizacyjnego” z Niemcami i „innymi państwami europejskimi”. Kryzys ukraiński z 2014 r. ostatecznie pogrzebał ideę integracji Rosji ze wspólnotą zachodnią i związany z nią projekt „wielkiej Europy od Lizbony po Władywostok”.

Relacje z Zachodem zaczęły się pogarszać. „Sankcje gospodarcze USA i UE, rywalizacja polityczna, wojna informacyjna zamieniły dawne partnerstwo w konfrontację, którą wielu nazwało, analogicznie do konfrontacji drugiej połowy XX w., wojną hybrydową. W lutym 2022 r. wojna hybrydowa nabrała wymiaru militarnego, nastąpiła konfrontacja – na razie pośrednia, jeśli mówimy o konflikcie między Rosją a państwami NATO na czele z USA. Ten stan całkowicie zrywa z dziedzictwem partnerstwa, załamały się ostatnie nadzieje”.

Konflikt zbrojny na Ukrainie otworzył zupełnie nowy etap w sytuacji wewnętrznej i zagranicznej Rosji. Zmieniają się granice kraju, jego demografia, system gospodarczy, stosunki i nastroje społeczne, otoczenie polityczne, postawy ideowe itd. Dramatycznie zmieniła się też międzynarodowa pozycja Rosji, która się już nie globalizuje, a regionalizuje i dzieli na przeciwstawne bloki. Już nie obowiązuje zasada Clintona it’s the economy, stupid, teraz to »geopolityka, głupcze!«”.

Zdaniem Trenina 24 lutego 2022 to cezura, która uruchomiła nieoczekiwane procesy:
  • Od początku wojny na Ukrainie stopień jedności krajów anglojęzycznych, Europy i azjatyckich sojuszników wokół USA osiągnął niespotykane dotąd wartości. Nie tylko Wielka Brytania, Polska i kraje bałtyckie, ale także Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania zajęły ostro antyrosyjskie stanowisko. Po raz pierwszy w historii Rosja nie ma na Zachodzie już nie tylko sojuszników, ale nawet rozmówców zdolnych do odgrywania roli pośredników, „tłumaczy” itp. Rozwiała się tradycyjna neutralność wielu krajów europejskich. Do antyrosyjskiego sojuszu przystąpiły nie tylko Finlandia i Szwecja, które zdecydowały się na przystąpienie do NATO, ale także Austria, Irlandia, a nawet nienależąca do żadnych stowarzyszeń Szwajcaria. Po stronie tej koalicji, liczącej ok. 50 krajów na całym świecie, stoi również Watykan.
  • Zachód nie zdołał kompletnie izolować Rosji, ale potrafił wykorzystać instytucje międzynarodowe. Uzyskał większość głosów poparcia dla antyrosyjskich rezolucji. ONZ i OBWE opowiedziały się przeciwko Rosji. Nawet fizyczny udział rosyjskich przedstawicieli na forach tych organizacji uzależnia się od decyzji władz amerykańskich i europejskich. Kwestionowany jest status Rosji jako stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, a prawo weta Rosji w Radzie Bezpieczeństwa jest obchodzone poprzez kierowanie spraw do Zgromadzenia Ogólnego.
  • Przestało działać odstraszanie nuklearne, na które liczyło rosyjskie przywództwo. Ostrzeżenia o najpoważniejszych konsekwencjach w przypadku mieszania się przez Zachód do konfliktu ukraińskiego nie przeszkodziły państwom NATO w uzbrajaniu i szkoleniu armii ukraińskiej, przekazywaniu informacji wywiadowczych do Kijowa w czasie rzeczywistym, szerokiej pomocy finansowej, gospodarczej i technicznej – a więc w aktywnej interwencji bez wysyłania własnych sił zbrojnych. Ponadto rosyjskie akcentowanie potencjału nuklearnego Rosji i ćwiczenia strategicznych sił nuklearnych interpretowano na Zachodzie i powielane na całym świecie jako dowód przygotowań Moskwy do rozpętania wojny nuklearnej.
Paradoksalnie – dziwi się Trenin – ta kampania informacyjna nie doprowadziła do publicznego protestu na Zachodzie przeciwko zagrożeniu nuklearnemu i na rzecz zakończenia militarnego wsparcia dla Ukrainy. Czynnik strachu już nie działa. Wojna zastępcza NATO z supermocarstwem nuklearnym Rosją nie jest już uważana za coś naprawdę niebezpiecznego. Atak na USA lub kraje NATO uchodzi za nieprawdopodobny ze względu na jego samobójczy charakter, a użycie broni nuklearnej na terytorium Ukrainy miałoby jedynie ograniczone skutki i zdemaskowałoby Rosję jako wroga całej ludzkości.

Zerwane więzi gospodarcze, energetyczne i geopolityczne:
  • Zniszczone zostały gospodarcze więzi Rosji z Zachodem. Sankcje USA i UE przeciwko Federacji Rosyjskiej, rozpoczęte w roku 2014 r., przekształciły się w totalną wojnę gospodarczą, monetarną i finansową. W efekcie model geoekonomiczny, którym kierowała się Moskwa od rozpadu ZSRR i przejścia do relacji rynkowych, załamał się w jego najważniejszym segmencie – relacji z Zachodem. Rosja stanęła przed czymś, czego zupełnie się nie spodziewała – zamrożeniem i konfiskatą suwerennych rezerw walutowych, aktywów prywatnych przedsiębiorców, a w istocie wykluczeniem z systemu transakcji finansowych z walutami zachodnimi. W rezultacie kraj stracił nie tylko połowę rezerw banku centralnego, ale także dostęp do zachodnich rynków. Tym samym nie spełniło się oczekiwanie, że zachodni gracze ekonomiczni, działając we własnym interesie, złagodzą skutki geopolitycznych starć.
  • Szczególnie bolesnym rozczarowaniem dla Moskwy jest zerwanie więzi energetycznych z Europą, tworzonych i pielęgnowanych przez rosyjskie kierownictwo przez 50 lat, już od czasów zimnej wojny. Były one uważane za gwaranta stabilności relacji z Europą – w przeciwieństwie do stosunków z USA, w których nic takiego nie istniało. Rosja dbała o swój wizerunek ultrapewnego dostawcy energii do krajów UE, zakładając zarazem, że Europa nie ma innych możliwości niż dostawy rosyjskiego gazu. Te rachuby także spełzły na niczym. Polityczna decyzja UE o odmowie importu rosyjskiej ropy i węgla oraz wprowadzanie ograniczeń – także stopniowych odmów – w imporcie gazu zerwały najważniejszą więź materialną między Rosją a Europą, czego symbolem stało się sabotażowe zniszczenie drugiej nitki gazociągu bałtyckiego.
  • Najważniejszym wydarzeniem w geopolityce Europy jest przyspieszony demontaż partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, opartego – podkreśla Trenin – na fenomenalnym pojednaniu między Rosją a Niemcami po drugiej wojnie światowej, a także na roli, jaką Związek Radziecki odegrał w kwestii zjednoczenia Niemiec po zakończeniu zimnej wojny. Relacje między Moskwą a Berlinem znów stają się wrogie: w niemieckiej opinii publicznej szybko odbudowuje się obraz zacofanej, reakcyjnej i agresywnej Rosji, a w opinii rosyjskiej w związku z bronią dostarczaną przez Niemcy na Ukrainę – wspomnienia o najeździe 1941 r. Zatrute relacje między dwoma największymi graczami w Europie służą geopolitycznym interesom USA i Wielkiej Brytanii, ale w przyszłości będą ważnym czynnikiem niestabilności w Europie.
Utrata sojuszników i respektu na świecie:
  • Specjalna operacja wojskowa Rosji na Ukrainie – ciągnie dalej Trenin – pokazała, że z formalnych sojuszników i partnerów Rosji w ramach powstałej w 1992 r. Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) jedynie Białoruś stanęła po stronie Moskwy. Wszyscy pozostali sojusznicy, a także partnerzy w Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EAEU), zajęli stanowisko neutralne. Ich głównym motywem było uniknięcie jakiegokolwiek psucia stosunków z USA i Zachodem oraz wykorzystanie skupienia Moskwy na Ukrainie do dalszej dywersyfikacji polityki zagranicznej i dystansowania się od Rosji. Sytuacja ta stawia przed Moskwą pytanie o przyszłość jej podejścia do problemów sojuszu i integracji z byłymi republikami radzieckimi.
  • Niezdolność Rosji do szybkiego wykonania zadań specjalnej operacji wojskowej w wielu krajach europejskich dramatycznie zmniejszyła respekt wobec rosyjskiej siły militarnej i rosyjskiego uzbrojenia. Obnażyła także poważne problemy ze strategią oraz taktyką polityczną i wojskową; luki w szkoleniu, uzbrojeniu, wyposażaniu i obsadzie Sił Zbrojnych; w gotowości mobilizacyjnej kraju, w tym przemysłu; w ideologicznym wymiarze polityki państwa; w zachowaniu części elit i społeczeństwa. Te i inne problemy zniechęcają sojuszników i zachęcają przeciwników Rosji do wyznaczania bardziej zdecydowanych celów – aż po „ostateczne rozwiązanie kwestii rosyjskiej” poprzez zadanie Rosji strategicznej klęski i spowodowanie zmiany ustroju w kraju, jego demilitaryzacją (w tym denuklearyzacją), przeformatowaniem geograficznym i politycznym, reedukacją i zmianą elit, a w rezultacie z ogólną marginalizacją Rosji.
Jednak Trenin widzi także dla Moskwy „światełko w tunelu”. Jest nim – jak to nazywa – „światowa większość” stojąca jakoby po stronie Rosji. To największe kraje Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Chiny, Indie, Turcja, Iran, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Brazylia, RPA, Indonezja dążące do wzmocnienia swojej suwerenności i udziału w zarządzaniu światem. Zajęły stanowisko neutralne, a Iran i Chiny – prorosyjskie lub wyraźnie życzliwe wobec Moskwy. Także postępowanie Turcji, członka NATO i sojusznika USA, obiektywnie służy interesom Rosji.

Co prawda, więzi Rosji z tymi krajami są zróżnicowane. Są trudności, sprzeczności, a nawet elementy rywalizacji, ale to „najważniejszy i najcenniejszy zasób współczesnej Rosji”, którego nie miał ZSRR, musiał więc wydawać znaczne środki na utrzymanie w swej orbicie krajów wschodniej Europy, z których tylko NRD i Czechosłowacja miały rozwinięty potencjał przemysłowy i technologiczny.

Położenie Rosji – zdaniem Trenina – jest trudne, ale nie beznadziejne. W każdym razie nie ma odwrotu. Teoretycznie możliwa jest kapitulacja, „ale i ona nie cofnie Rosji ani do czasów z lutego 2022, ani z 2013 r. To byłaby droga do narodowej katastrofy, prawdopodobnego chaosu i całkowitej utraty suwerenności. Jeśli chcemy tego uniknąć, to nasz ogólny kierunek ruchu jest tylko do przodu. Niezbędnym warunkiem sukcesu jest rozwiązanie problemu Ukrainy”. Oto możliwe opcje:
  • Przegrana wojna – mimo starań Rosji – a co za tym idzie, faktyczne zwycięstwo wroga, zapowiada wstrząs. W dziejach historii Rosji były przegrane wojny – choćby krymska, potem rosyjsko-japońska. Doprowadziły one do reform wewnętrznych i dalszego rozwoju. Były inne zyski z porażek. Pokój brzeski uratował potęgę bolszewików, traktat ryski zakończył nieudaną wojnę sowiecko-polską, ustabilizował zachodnią granicę powstającego ZSRR. Niezwykle wysoka cena zapłacona za sukces w wojnie fińskiej stała się pierwszym wkładem w zwycięstwo w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Jednak ci, którzy mają nadzieję na powtórkę z lat 1855–56, powinni zawsze pamiętać o tragedii z lat 1916–17.
  • Opcja druga to „zamrożenie” działań wojennych wzdłuż linii frontu, co jednak oznaczałoby uznanie przez Moskwę niezdolności do realizacji deklarowanych celów, „czyli moralną klęskę”. Ponadto byłoby tylko „wytchnieniem przed prawdopodobnym wznowieniem działań wojennych przez wroga, który nie zamierza rezygnować ze swoich maksymalistycznych celów”. Niemniej jednak taka opcja istnieje i jest opracowywana przez zainteresowane strony.
  • Wariant trzeci Trenin nazywa opcją „strategicznego sukcesu”, jako że „zwycięstwo” jest w rosyjskiej świadomości zarezerwowane dla druzgocącej klęski i bezwarunkowej kapitulacji wroga na wzór 1945 r. W odniesieniu do sytuacji w Ukrainie strategicznym sukcesem byłoby „przejęcie przez Rosję kontroli nad całą wschodnią, południową i środkową częścią sąsiedniego państwa. Zachodnia część Ukrainy, pozostająca poza kontrolą Rosji, w zasadzie nie może być włączona w rosyjską przestrzeń cywilizacyjną; byłaby w nim ciałem obcym, źródłem niestabilności”.
Co prawda, Galicja i Wołyń nieuchronnie stałyby się bastionem ukraińskiego ultranacjonalizmu i odskocznią dla zachodniej obecności i wpływów, ale ten przyczółek-twierdza – według Trenina – nie będzie miał masy krytycznej, aby poważnie zagrozić Rosji. „Ogólny sukces polityki rosyjskiej na Ukrainie zależeć będzie w decydującym stopniu od konsolidacji dorobku militarnego poprzez polityczną, gospodarczą i ideową integrację kontrolowanych terytoriów z Rosją. Ta opcja będzie wymagała ogromnych zasobów i skoncentrowanych wysiłków przez wiele lat i niestety wielu poświęceń, ale strategicznie będzie zwycięska”.

Przekładając język Trenina na język historiografii: teraz celem Moskwy jest drugi po 2014 r. rozbiór Ukrainy. Przy czym analityk dodaje: „Jakiekolwiek rozwiązanie konfliktu ukraińskiego nie będzie oznaczać ustanowienia stabilnego status quo w Europie Wschodniej. Presja na Rosję z Zachodu w kierunku europejskim będzie kontynuowana w kilku kierunkach. Oprócz samego ukraińskiego, który pozostanie głównym punktem zapalnym, będą to kierunki białoruski, naddniestrzański, kaliningradzki i kaukaski. Aby przetrwać, Moskwa będzie musiała umocnić swoje pozycje na całej linii zachodniego frontu geopolitycznego od Arktyki po Morze Czarne”. Słowem, ukryć się za nową żelazną kurtyną.

Według Trenina za próbę wyrwania się z amerykańskocentrycznego ładu i ochrony swoich interesów bezpieczeństwa Rosja została skutecznie „wyrzucona” z globalnego porządku. I uwaga! W warunkach rozpoczynających się zawirowań – nie tylko w geopolityce, ale także w ekonomii i w sferze militarnej – Rosja nie ma już żadnego interesu ani szczególnych możliwości utrzymania status quo w Europie i na świecie jako całości. Niegdyś jeden z filarów i strażników porządku ustanowionego w 1945 r. Rosja przekształciła się w kraj bojowy, broniący swojej suwerenności i tożsamości oraz walczący o ład światowy wykluczający hegemonię jednego państwa. To nowa rola, przypominająca rolę rewolucyjnej Rosji, ale bardzo od niej różna.

Przejście do nowej ery będzie uzależnione od wyniku rywalizacji między USA a Chinami. Jak dotąd kraje grupy BRICS – Chiny, Indie, Brazylia, RPA – i inne kraje „światowej większości” mają większe szanse na – jak to nazywa Trenin – „naprawienie ładu światowego”, a konflikt między Rosją a Zachodem ma istotny wpływ na jej dalszy rozwój.

I pogróżka: „Zbójecki” status Rosji na Zachodzie oznacza, że Moskwa ma „wolną rękę w stosunkach z byłymi partnerami, którzy znów stali się przeciwnikami”. Moskwa może zatem złamać porozumienie z USA w sprawie nierozprzestrzeniania broni atomowej. „Rosja nie może działać zgodnie z amerykańskim podejściem do nierozprzestrzeniania broni jądrowej wobec Iranu i Korei Północnej”.

Drugi atut Rosji – według Trenina – to bliższe powiązania z Chinami i głębszy dialog z Indiami, następnie z Turcją jako wschodzącym konsumentem gazowym, z Arabią Saudyjską i innymi krajami OPEC, a także z Katarem. Główni konsumenci rosyjskiej żywności znajdują się również na Bliskim i Środkowym Wschodzie, w Azji i Afryce. W dziedzinie technologii Chiny i Indie mogą być wiodącymi partnerami.

Ponadto Rosja musi zbudować elementy przejściowego porządku światowego w dziedzinie monetarnej i finansowej, aby uciec od hegemonii dolara; w technologii – wzmocnienie suwerenności narodowej; w sferze medialnej – ograniczenie dominacji mediów angloamerykańskich. Szczególnie ważnym kierunkiem z punktu widzenia budowy podstaw przejściowego ładu światowego jest wzmacnianie organizacji międzynarodowych krajów niezachodnich, zwiększanie ich efektywności i wpływów oraz budowanie regionalnych systemów bezpieczeństwa w całej Eurazji, w Azji Centralnej, na Kaukazie i Morzu Kaspijskim, w Zatoce Perskiej i innych regionach.

Słowem: Rosja nie będzie już „rosnąć razem z Zachodem”, lecz w trudnej i długotrwałej konfrontacji z nim. Strategiczny sukces jest – zdaniem Trenina – realny, są po temu odpowiednie zasoby wewnętrzne i zewnętrzne, ale wymaga on zdecydowanej woli politycznej kierownictwa, bezwarunkowego patriotyzmu elit i ogólnonarodowej solidarności.

(...)

polityka.pl

poniedziałek, 30 stycznia 2023


Moskwa, szukając możliwości uzupełnienia start ponoszonych na froncie, dała wagnerowcom zielone światło do werbowania więźniów. Jednak, jak ujawniają obrońcy praw człowieka - skazańcy nie chcą już być armatnim mięsem i odmawiają udziału w wojnie z Ukrainą.

Zdaniem Władimir Osieczkin z projektu "Gułagu.net", Kreml biorąc pod uwagę niepowodzenia oddziałów najemniczych i ciążące na nich liczne zbrodnie będzie chciał, aby świat jak najszybciej zapomniał o Grupie Wagnera i Jewgieniju Prigożynie.

Są różne scenariusze - jeśli wpadnie w ręce Ukraińskich Sił Zbrojnych, to przed nim areszt, śledztwo i międzynarodowy trybunał. Oczywiste jest, że on nie ma dokąd uciec z Rosji i nikt mu na to nie pozwoli, więc mogą być różne warianty, zaczynając od aresztowania i oskarżenia o szereg przestępstw, które on rzeczywiście popełnił, a kończąc na tym, jak służby postępują z niewygodnymi osobami, które stały się problemem dla dyktatora Putina - stwierdził rosyjski obrońca praw człowieka.

Ani Jewgienij Prigożyn, ani kontrolowana przez niego Grupa Wagnera nie mogą już swobodnie działać na arenie międzynarodowej. Stany Zjednoczone wpisały najemników z tej formacji na listę organizacji przestępczych takich jak mafie włoska czy japońska.

"New York Times" podaje z kolei, że aby zwiększyć spadającą liczbę rekrutów, Grupa Wagnera zaczęła ostatnio publikować filmy pokazujące wracających do krajów więźniów. W niektórych filmach więźniowie otrzymują dokumenty opisane jako ułaskawienie lub anulowanie wyroków skazujących. Jednak żaden z tych dokumentów nie został upubliczniony, co budzi wątpliwości co do ich legalności - podają Amerykanie. 

W połowie stycznia Departament Skarbu USA uznał Grupę Wagnera za "międzynarodową organizację przestępczą". Administracja Joe Bidena zapowiedziała, że po weekendzie przedstawi nowy pakiet sankcji wymierzony w rosyjskich najemników i wspierających ją ludzi z całego świata.

O decyzji Departamentu Skarbu USA poinformował w piątek Biały Dom. - Decyzja uwzględnia transkontynentalne zagrożenie, jakie stanowi Grupa Wagnera, w tym poprzez wzorzec poważnej działalności przestępczej - powiedział koordynator Rady Bezpieczeństwa Narodowego ds. Komunikacji Strategicznej John Kirby.

Waszyngton podał, że na rosyjskich najemników zostaną nałożone nowe sankcje. Opublikowano również zdjęcia rosyjskich wagonów kolejowych podróżujących z Rosji do Korei Północnej i z powrotem w listopadzie ubiegłego roku. Według Stanów Zjednoczonych to początek dostaw rakiet i pocisków, które mają być wyposażeniem organizacji finansowanej przez Jewgienija Prigożyna.

gazeta.pl

Główny lama Kałmucji Telo Tulku Rinpocze (Erdni-Basan Ombadykow) odszedł ze stanowiska po tym, jak władze Rosji uznały go za „agenta zagranicznego” – podały niezależne rosyjskie media. Wcześniej duchowny publicznie skrytykował inwazję rosyjską na Ukrainę.

Ministerstwo sprawiedliwości Rosji, uznając go za „agenta zagranicznego”, oświadczyło, że Telo Tulku Rinpocze „otwarcie wyrażał poparcie dla Ukrainy” i zaznaczyło, że duchowny jest obywatelem USA. Jesienią 2022 roku z powodów politycznych wyjechał z Rosji do Mongolii. W wywiadzie dla mediów lama określił wojnę jako „wielkie cierpienie”. Ocenił, że strona ukraińska „broni swojego kraju” i że „trudno jest powiedzieć, iż Rosja ma rację”.

Po uznaniu go za „agenta zagranicznego” lama opublikował komunikat o swoim ustąpieniu.

– W obecnej sytuacji uznaję za celowe przekazanie pełnomocnictw związanych ze stanowiskiem głównego lamy Kałmucji – poinformował.

Życzył też mieszkańcom republiki i wszystkim buddystom w Federacji Rosyjskiej wytrwałości i męstwa, a także przestrzegania ideałów współczucia i niestosowania przemocy.

Gazeta zauważa też, że krytykując inwazję Telo Tulku Rinpocze „podał w wątpliwość tożsamość religijną” liderów rosyjskiej wspólnoty buddyjskiej, która ma siedzibę w Buriacji. Organizacja ta na początku wojny poparła inwazję na Ukrainę.

Według niezależnego rosyjskiego portalu antywojenne wypowiedzi Telo Tulku Rinpocze były uzgodnione z duchowym przywódcą buddyzmu tybetańskiego. Prawomocne mianowanie nowego głównego lamy Kałmucji wymagać będzie zgody Dalajlamy.

(...)

belsat.eu/PAP/NGE/Meduza

Polityka Niemiec wobec Rosji, Ukrainy i w kwestii energetyki poniosła klęskę, uważa były ambasador Niemiec w Polsce Rolf Nikel w rozmowie Hubertusem Volmerem z kanału informacyjnego ntv. Zapytany, czy zgadza się z twierdzeniem premiera Morawieckiego, że „Niemcy działają w sposób trudny do zrozumienia” w sprawie dostaw czołgów Leopard dla Ukrainy, dyplomata podkreślił, że wywarcie przez polskiego premiera publicznej presji na kanclerza Niemiec jest działaniem „raczej nietypowym w relacjach między sojusznikami i partnerami”.

Zgadzając się sugestią, że partia PiS próbuje niemiecką decyzję o dostawie czołgów przypisać sobie jako własny sukces, zaznaczał, że ostatecznie to amerykańska decyzja o dostarczeniu abramsów doprowadziła do zmiany niemieckiego stanowiska. 

Dyplomata zwrócił także uwagę, że krytyki Warszawy pod adresem Berlina nie można zrzucić wyłącznie na karb wewnętrznych rozgrywek politycznych ws. przyszłych polskich wyborów. „Polska jest dotknięta wojną na Ukrainie w bardzo konkretny sposób. Jest ona bezpośrednim sąsiadem Ukrainy, wiele linii zaopatrzeniowych przebiega bezpośrednio przez Polskę”– powiedział Nikel. Polska w sposób godny podziwu przyjęła miliony uchodźców z Ukrainy.

„Wszystko, co dzieje się w Ukrainie, w dużo większym stopniu dotyka Polski; nie tylko ze względu na geografię, ale także ze względów historycznych” – dodał dyplomata. Ale oprócz geografii i historii rolę odgrywa oczywiście polityka. „Widzimy tu próbę zbicia kapitału politycznego na niepowodzeniu polityki Niemiec wobec Rosji, Ukrainy i ws. energii poprzez publiczną krytykę” – powiedział Nikel.

Ale zdaniem Rolfa Nikela nie jest to główny motyw. Jak wskazał: „różne polskie rządy i polska opinia publiczna ostro krytykowały w ostatnich latach politykę Niemiec wobec Rosji”. Wielokrotnie wytykali Niemcom uzależnienie polityki energetycznej od Rosji oraz naiwną z polskiego punktu widzenia politykę bezpieczeństwa.

„Wraz z autodestrukcyjnym atakiem Rosji na Ukrainę polityka niemiecka poniosła klęskę. Dla Niemiec oznacza to utratę zaufania i osłabienie wiarygodności w regionie, zwłaszcza w Polsce” – uważa dyplomata. I tylko dzięki mądrej polityce wzmacniania wschodniej flanki NATO oraz wspierania Ukrainy Niemcy mogą odzyskać utracone zaufanie.

Natomiast przyczyn nieufności w polskiej polityce wobec Rosji i trafniejszego osądu jej działań zdaniem Rolfa Nikela należy doszukiwać się we wspólnej polsko-rosyjskiej przeszłości. Polacy w przeciwieństwie do Niemiec mają konsekwentnie negatywne doświadczenia z Rosją. Rosja, podobnie jak Niemcy, była obecna przy wszystkich rozbiorach Polski, od 1772 roku do paktu Hitler-Stalin.

„Podczas gdy my dokonaliśmy zasadniczego zwrotu w naszych stosunkach ze Związkiem Radzieckim i Rosją od 1989-90. roku, Polska pozostała sceptyczna” – wspomina dyplomata. Nawet po 2014 roku, po aneksji Krymu i wojnie w Donbasie, działania NATO mające na celu wzmocnienie jego wschodniej flanki nie poszły dla Polaków wystarczająco daleko. „Polska również była sceptycznie nastawiona do mińskich negocjacji. My natomiast zakładaliśmy, że problemy mogą być rozwiązane za pomocą takiego procesu politycznego”– podkreśla Nikel.

Na pytanie, czy inwazja Rosji na Ukrainę nie mogłaby być nowym początkiem dla stosunków polsko-niemieckich, dyplomata przyznał, że Niemcy ze swoją polityką z przełomu wieków zbliżyły się do polskiej polityki wobec Rosji jak nigdy dotąd. „Może to być iskra dla nowej wspólnej polityki wschodniej wspieranej przez obie strony”.

Wprawdzie, jak wskazuje, polski rząd na razie „woli próbować zbić kapitał polityczny na zaistniałej sytuacji”. Zachodzi przy tym niebezpieczeństwo, że „te polskie pięć minut”, gdy Polska korzysta z nowego nastawienia Niemiec miną szybciej niż niektórzy myślą – wskazuje Rolf Nikel.

dw.com