sobota, 28 stycznia 2023


Czołowy rosyjski propagandysta Władimir Sołowjow spędza weekendy na pierwszej linii frontu, aby wspierać i promować zacinającą się inwazję Rosji na Ukrainę. Na nieszczęście dla Kremla, cały ten czas konfrontowania się z ponurą rzeczywistością uczy Sołowjowa, jak źle idzie ta wojna.

I nie jest z tego powodu szczęśliwy.

W czwartkowej szalonej tyradzie Sołowjow zaatakował ogólną strategię, twierdząc, że armii rosyjskiej nie udaje się żałośnie stłumić wrogów i powiedział, że ma dowody z pierwszej ręki na głupie błędy taktyczne na linii frontu.

Podczas swojego programu Full Contact Sołowjow wściekał się na niedawne ogłoszenie, że Ukraina wkrótce otrzyma czołgi Abrams i Leopard 2 od krajów NATO. Gospodarz rozpoczął swój monolog głębokim westchnieniem, pytając: „Więc żyliśmy wystarczająco długo, aby to zobaczyć?” Zaapelował do słuchaczy, aby nie ufali liczbom czołgów przewidzianych do nadchodzących dostaw, przewidując, że wyślą jeszcze więcej: „Dostarczą wszystko. Mówię to już od jakiegoś czasu, ci dranie będą też rehabilitować Hitlera za naszego życia.. tutaj wszystko się toczy... III wojna światowa trwa, a Zachód wrócił do swoich nazistowskich korzeni. Niemcy zmęczyły się ukrywaniem swojej nazistowskiej natury, a Ameryka w końcu otwarcie przyznała się do swoich nazistowskich zwyczajów”.

Nazywając Amerykanów „przebiegłymi kłamcami”, Sołowjow powiedział, że ich arogancja jest winą samej Rosji: „Nie stwarzamy wobec nich żadnych zagrożeń. Nie przeprowadzamy ataków na Nowy Jork, nie uderzamy w Waszyngton, nie grozimy Miami, nie robimy niczego, co zagrażałoby Amerykanom. Wysadzili nasze rurociągi, a my po prostu otarliśmy twarze. Oni dostarczają ciężkie czołgi, my wycieramy twarz. Przestańcie mówić o czerwonych liniach! To całkowicie puste zdania, które nic nie znaczą!”

Rozwścieczony Sołowjow krzyczał: „Berlin, Paryż, Madryt, Londyn, Waszyngton powinny płonąć! Stolice krajów nazistowskich, które zdecydowały się na wojnę z Rosją... Dlaczego Kijów nie został zmieciony z powierzchni ziemi po tym, jak nazistowska Ukraina przeprowadziła atak na naszą strategiczną bazę lotniczą? Przestańcie uciekać się do pustych, bezwartościowych słów!”

Gospodarz dalej twierdził: „Przeprowadzane są uderzenia przeciwko naszym miastom! Przeciwko naszej ziemi! Rosyjscy żołnierze giną! Rosjanie umierają! Naziści się cieszą! Jak planujemy zareagować? Wyjąc, że uniknięcie wojny nuklearnej jest najważniejsze? Więc po co, u licha, mamy zapasy taktycznej i strategicznej broni nuklearnej? Żeby bać się jej użyć? Aby wielcy, odznaczeni generałowie sapali: <<Chcecie wojny nuklearnej?>> Czy chcecie zniszczenia Rosji bronią konwencjonalną, której kraje NATO mają 3 i pół razy więcej niż my?”

Sołowjow krzyczał, że zniszczenie infrastruktury Ukrainy to za mało. Zażądał informacji: „Dlaczego Odessa, Charków, Dniepropietrowsk jeszcze istnieją?” Ze złością krzyczał: „Nie stacjonujemy już pod Kijowem! Czy był to cholerny gest dobrej woli? Gest dobrej woli? A Charków był gestem dobrej woli? Nikt nie został stracony przez rozstrzelanie za [poddanie się] Charkowa! Nikt nie został wysłany na emeryturę, przynajmniej nie publicznie. Społeczeństwo nie otrzymało odpowiedzi na swoje pytania. Pytam was, dlaczego przesunęliście linię frontu bliżej Biełgorodu? Nadal nie wróciliśmy na te pozycje! W odpowiedzi — cisza. Cisza."

Sołowjow domagał się zniszczenia wrogów „na ich ziemi”: „Obywatele krajów NATO nie powinni czuć się spokojni, podczas gdy Rosjanin cierpi... Obywatele! Wypowiedziano nam wojnę. Budzić się! Budzić się."

Gość Sołowjowa, korespondent wojskowy Aleksander Kots, ujawnił jedną z przyczyn bezradnej wściekłości gospodarza: rażącą niekompetencję i złe zarządzanie siłami najeźdźców przez ich dowódców wojskowych. Omawiając nowe pozycje, które mają zostać dostarczone na Ukrainę przez kraje NATO, Kots powiedział: „Chociaż mamy tę listę, na razie tylko na papierze, powinniśmy zacząć myśleć o tym, co zrobimy, kiedy lub jeśli całość dotrze na linię frontu. W jakiś sposób musimy przeciwdziałać ich systemom artyleryjskim i czołgom. Przez ostatni miesiąc, przez całe wakacje, jako członek Prezydenckiej Rady Praw Człowieka otrzymywałem wiadomości od bliskich [żołnierzy] oburzonych i zaniepokojonych. Wyszkoliliśmy – nie powiem ile, ale przyzwoitą ilość batalionów artylerii, ale wszystkie zostały wysłane do piechoty. To ogromna liczba ludzi, szkoliliśmy ich przez trzy miesiące, wydawaliśmy amunicję, wydawaliśmy pieniądze na ich zakwaterowanie, świetni instruktorzy z naszych uczelni wojskowych - w tym Wojskowej Akademii Artylerii Michajłowskiej - poświęcili swój czas i wiedzę, aby ich wyszkolić . Jeśli chodzi o naszą artylerię, to bardzo smutna historia... nie mamy już żadnych szkół artyleryjskich! Kiedyś mieliśmy jedenaście, a teraz została tylko Michajłowska”.

Sołowjow zauważył, że był świadomy tego problemu z powodu swoich wizyt na pierwszej linii. Kots dodał, że ten sam problem jest dzieje się z dywizjami przeciwpancernymi, opisując je jako „te same jednostki, które powinny były spotkać tę armadę czołgów, spalając czołgi Abrams i Leopard. Zamiast tego, z jakiegoś powodu, są również przenoszeni do piechoty. Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak się dzieje... Specjalistów wyszkoliliśmy profesjonalnie, dobrze ich wyszkoliliśmy, ale siedzą bez odpowiednich zadań... Podczas gdy my stoimy w obliczu zagrożenia dostawami z Zachodu na front, na wiosnę, to ogromne marnotrawstwo z naszej strony”.

Sołowjow wtrącił się: „Rozumiem, że nie walczycie czołgami z czołgami, używacie innych środków. Nasza pięść przeciwpancerna powinna być gotowa. Kots poczęstował go kolejnymi złymi wieściami: „Pierwsza linia obrony, która spotka te czołgi, będzie często składała się z zmobilizowanych ludzi. Nasi zmobilizowani żołnierze na froncie są uzbrojeni wyłącznie w kałasznikowy. Niestety, na wielu odcinkach linii frontu nie ma broni przeciwpancernej”.

Sołowjow powrócił do swojego ulubionego tematu, twierdząc, że to tylko kwestia czasu, zanim NATO przekaże Ukraińcom taktyczną broń nuklearną. Powiedział: „Wierzę, że użycie taktycznej broni jądrowej jest nieuniknione. Pytanie brzmi, kto zrobi to pierwszy: my czy oni”. Bawiąc się, Kots zauważył: „Czołgi, które są dostarczane, zawierają zubożony uran”. Po tym, jak Sołowjow zauważył, że zubożony uran nie jest radioaktywny, Kots zasugerował: „Może to nadal służyć jako pretekst do użycia naszej taktycznej broni jądrowej”.

Ale nawet jego znak firmowy, polegający na grożeniu przeciwnikom Rosji nuklearnym chaosem, nie przyniósł zaciekłemu propagandziście nawet odrobiny zwyczajowej satysfakcji. Przedstawiając kolejnego gościa, Sołowjow gorzko narzekał: „Jestem smutny. To wszystko jest bardzo smutne”.

thedailybeast.com

Ukraiński pułkownik powiedział portalowi Polskiego Radia, że jeśli patrzeć na stronę rosyjską, trudno analizować jej posunięcia, gdyż nie kierują nimi tylko i wyłącznie kwestie wojskowe. Liczą się osobiste interesy i wybory nie tylko samego Władimira Putina, ale także np. szefa wagnerowców Jewgienija Prigożyna.

- Po raz pierwszy w historii rosyjskiego państwa mamy do czynienia z tego rodzaju zastosowaniem nieregularnych formacji wojskowych. Nawet gdy Armia Czerwona napadała na Polskę, była to formacja, owszem, terrorystyczna, ale i państwowa. Tu mamy nie do końca zrozumiałe zjawisko: armię prywatną, organizację, która wykonuje swoje zadanie w nie do końca określonym statusie. To ważna nowość - mówił pułkownik.

Ekspert dodał, że Jewgienij Prigożyn próbuje udowodnić, że jest samodzielną siłą polityczną na terytorium Federacji Rosyjskiej.

- Wcześniej Grupa Wagnera wykonywała bardzo specyficzne zadania, jakimi, powiedzmy, nieco gardziły i zbrojne siły Rosji, i specjalne służby Federacji Rosyjskiej. Miało to miejsce poza granicami państwa, w Afryce, w Azji, w innych miejscach, gdzie tego wymagała sytuacja. Teraz Prigożyn, absolutnie nie licząc się ze stratami, robi wszystko, co możliwe, aby dowodzić, że ma osiągnięcia i pokazać swoją rosnącą siłę polityczną - powiedział ekspert.

Czemu właśnie Prigożyn przeprowadza atak i właśnie tam? - To pytanie o to, po co tworzona była organizacja, zwana Grupą Wagnera, firma. Chodzi o wzbogacenie się. Nieprzypadkowo Prigożyn fotografował się na tle kopalnianych szybów. Pokazuje w ten sposób, że działa jak złoczyńca, maruder, pirat za dawnych czasów, gdy tylko zajął jakieś dobro - powiedział nasz rozmówca.

Płk Hrabskij dodał, że straty wśród wagnerowców są relatywnie nieduże, ale za to znaczne są benefity finansowe. Podkreślił, że Grupa Wagnera otrzymuje lepsze uzbrojenie, pieniądze, których się nie kontroluje, z budżetu Federacji Rosyjskiej.

- Widać, że przebiegiem tych walk zainteresowany jest zarówno Putin, jako główny terrorysta, jak i Prigożyn. Rosyjska armia w tej operacji podporządkowania jest politycznym decyzjom Kremla. Nie ma szczególnego wyboru - zauważył wojskowy.

Jak ocenił płk Hrabskij, "atak na Sołedar nie przyniesie Rosji żadnych wojskowych korzyści" militarnych.

- Nawet jeśli wojska Ukrainy po długim okresie obrony, ostatecznie odstąpią od Sołedaru, to nie przyczyni się do osiągnięcia politycznego celu, jaki postawiono na początku, czyli zajęcia terenów do administracyjnych granic obwodu donieckiego. Tutaj widzimy, że w Rosji czasem nie ma potrzeby działania z punktu widzenia logiki wojskowej, a jednak używane są siły zbrojne. Działają nie wedle kryteriów celowości, a wedle tego, czego życzy sobie ich szef, główny terrorysta zasiadający na Kremlu - zauważył.

- Dlatego bardzo trudno ocenić i zrozumieć, kiedy to wszystko, ta operacja, może się skończyć. Może bowiem skończyć się w każdą sekundzie. Nie wiemy, jakie straty ponosi rosyjska armia, jaki jest jej próg bólu - zaznaczył pułkownik.

Pułkownik Serhij Hrabskij dodał, że Ukraina próbuje osłabić przeciwnika. To jest jej główny cel. 

- Dla ukraińskiej armii utrzymanie pozycji jest niezwykle ważne, ponieważ przy prowadzeniu operacji obronnej, jaka właśnie ma miejsce, jednym z zadań jest osłabienie przeciwnika do takiego stopnia, żeby zrezygnował z prowadzenia działań ofensywnych. Przykładem takiej operacji były swego czasu działania wojenne, które trwały w Siewierodoniecku i Lisiczańsku. Wówczas w konsekwencji szalonych szturmów przeciwnikowi udało się zająć Siewierdonieck i Lisiczańsk. Ale potem oni de facto stracili potencjał bojowy i linia frontu po 2 lipca pozostawała niezmieniona - przekazał nasz rozmówca.

- Prawdopodobne jest, że taka sytuacja będzie miała miejsce i na tej części frontu, i w wyniku dużych strat oraz wielkiego natężenia wysiłków, rosyjska armia po prostu nie będzie mogła przejść do ataku - zaznaczył.

- Bezsprzecznie, Rosjanie mogą obwieścić, że oto ich udziałem jest jakieś "wielkie zwycięstwo", ale proszę wybaczyć, zajęcie miejsca, które kiedyś było nie tak dużą miejscowością, z populacją do 10 tysięcy - to nie jest żadne strategiczne zwycięstwo - mówił pułkownik, nawiązując do zajmowania przez Rosjan Sołedaru.

- To wydarzenie może być przedstawione jako zwycięstwo wyłącznie na użytek wewnętrzny w Rosji - dodał.

- Tymczasem wojska ukraińskie, kierowane militarną celowością takiego działania, prowadzą obronę swoich pozycji. I opuszczają je dopiero, gdy obrona tych miejsc staje się po prostu niemożliwa - powiedział pułkownik rezerwy.

- Mieliśmy wcześniej podobną sytuację. Były takie miejscowości jak Nowotoszkiwskie, Popasna, Wołnowacha. Te miejscowości były po prostu starte z powierzchni ziemi i tam fizycznie nie było gdzie, czym i jak prowadzić operacji obronnej. Nie było możliwe utrzymanie się tam, gdyż na zwale gruzu, kamienia, nie jest możliwe prowadzenie walki obronnej. Tylko wówczas, po wykorzystaniu wszystkich zasobów, wszystkich możliwości, ukraińskie dowództwo podejmowało decyzję o wycofaniu oddziałów z pozycji - tłumaczył ukraiński pułkownik rezerwy Serhij Hrabskij.

Jak podkreślił, chodziło o wypełnienie zadań operacji obronnej. - Rozumiemy bowiem, że jeśli przeciwstawia się znacznie silniejszemu przeciwnikowi, pięć razy silniejszemu, inaczej postępować się nie da - dodał.

- Trzeba dodać, że, działając w ten sposób, osiągnęliśmy taki rezultat, że przeciwnik wykazuje objawy wydrenowania z zasobów, wyczerpania. I po prostu nie może prowadzić działań bojowych z taką siłą i taką częstotliwością, jak robił to kiedyś - podsumował nasz rozmówca płk Serhij Hrabskij.

polskieradio24.pl

piątek, 27 stycznia 2023


Wuhłedar jest położony tuż obok wsi Pawliwka, o którą toczyły się ciężkie boje na początku listopada. Wówczas Rosjanie za cenę ciężkich strat zdołali ją częściowo opanować. Nie byli jednak w stanie przebić się przez główną ukraińską obronę stworzoną w oparciu o położony kilometr dalej na wyższym terenie Wuhłedar. Teraz próbują kontynuować natarcie i odrzucić Ukraińców od strategicznej linii kolejowej, która bardzo by ułatwiła zaopatrywanie rosyjskich sił na południowych terenach okupowanych.

Atakować mają ponownie elementy dwóch brygad piechoty morskiej, 155 i 40. Teoretycznie jedne z bardziej elitarnych w rosyjskiej armii, ale to było przed wojną. W ciągu prawie roku walk obie poniosły ciężkie straty i teraz mają być w istotnej części złożone ze zmobilizowanych, ochotników i świeżych zawodowców. Pomimo tego mają się prezentować lepiej niż aktualny rosyjski standard. Do ataku ruszyły w połowie tygodnia po silnym przygotowaniu artyleryjskim. Wuhłedar już wcześniej był częściowo zrujnowany, teraz jest stopniowo równany z ziemią.

Ukraińcy piszą o ciężkich walkach i trudnej sytuacji, ale na razie względnie stabilnej. Po kilku dobach walk Rosjanie mieli się przesunąć o około dwa kilometry. Według rosyjskich źródeł miejscami czołówki mają docierać do pierwszych zabudowań właściwego Wuhłedaru, po przebiciu się przez ogródki działkowe i otwarte tereny na obrzeżach. Ukraińcy twierdzą, że pierwsze atakujące pododdziały Rosjan poniosły takie straty, że odmówiły dalszej walki, wobec czego ściągane są posiłki. Jako poparcie takich twierdzeń pokazują liczne nagrania z dronów, na których rzeczywiście widać wiele ciał rosyjskich żołnierzy oraz rozbijane czołgi oraz bojowe wozy piechoty.

Wszystko wskazuje na to, że Rosjanie nadal nie mają sił albo kompetencji, żeby przeprowadzać operacje oparte o manewr. Nawet przy użyciu swoich najlepszych brygad. Ponownie rzucają się wprost na najsilniejsze ukraińskie punkty oporu, zamiast robić to, co zalecają podręczniki od II wojny światowej, czyli spróbować je ominąć. Czyli szukać słabych punktów w liniach obrony i skupiać na nich siły zapewniające obezwładniającą lokalną przewagę, dającą szansę na przebicie się bez długich i wyczerpujących walk. To, co teraz robią Rosjanie, gwarantuje im wysokie straty i powolne postępy, ale niekoniecznie sukces. Choć przy użyciu odpowiedniej masy ludzi i broni finalnie może zajmą ruiny Wuhłedaru, to raczej nie będą w stanie pójść dalej. Wyczerpani staną po odniesieniu kosztownego lokalnego sukcesu, niezmieniającego istotnie ogólnej sytuacji. Tak jak robią to już od miesięcy.

Wuhłedar jest ważny dla obu stron z powodu wspomnianej linii kolejowej, która biegnie około 19 kilometrów na wschód. Łączy Donieck z Mariupolem i Melitopolem. Od 2014 roku jest wyłączona z ruchu, bo najpierw przecinała ją linia zawieszenia broni, a teraz jest za blisko pozycji ukraińskiej artylerii, aby można było na niej bezpiecznie puszczać składy z bronią i zaopatrzeniem. Sprawa szczególnie ważna, od kiedy na początku października Ukraińcy uszkodzili most Krymski i drastycznie ograniczyli możliwości zaopatrywania południowych terenów okupowanych przez półwysep. Rosjanie muszą odrzucić Ukraińców w rejonie Wuhłedaru o 10-20 kilometrów na zachód, żeby otworzyć tę nową drogę zaopatrzeniową. Dlatego od miesięcy bez powodzenia próbują się przebić przez Marinkę dalej na północy, a wcześniej szturmowali Pawliwkę. Gdyby w obu punktach odnieśli większy sukces, to mogliby zmusić Ukraińców do opuszczenia całych rozległych terenów pomiędzy oboma miastami i faktycznie doprowadzić do ich odwrotu o te 10-20 kilometrów na zachód od linii kolejowej. Pytanie, jakie siły ma w tym rejonie ukraińskie wojsko i czy dysponuje odpowiednimi rezerwami gdzieś w okolicy.

gazeta.pl

Ihor Tymots: Czy można powiedzieć, że Polska w Europie jest liderem nieformalnej koalicji pomocy wojskowej dla Ukrainy?

Piotr Lewandowski: Oczywiście ze względu na możliwości liderem są USA. Ale w Europie – tak. Staliśmy się największym partnerem organizującym taką pomoc, nie tylko wojskową, ale i dyplomatyczną.

Jakie, Pana zdaniem, są główne rezultaty spotkania w niemieckim Ramstein?

Po pierwsze – Ukraina otrzyma jeszcze więcej nowoczesnego zachodniego uzbrojenia. Mowa tu o uzbrojeniu wojsk lądowych – bo jeśli mowa o artylerii i systemach obrony przeciwlotniczej, to uzbrojenie napływało już wcześniej. Ale jeśli chodzi o zabezpieczenie potrzeb wojsk lądowych, nie jest to wszystko, co potrzebne. Przekazanie MRAP to oczywiście dobry krok, ale raczej dla operacji wojskowych  o mniejszej skali. Nie jest to zupełnie to, czego potrzebuje ukraińska armia. Oczywiście, lepiej mieć amerykańskiego MRAP-a, niż pickupa, lepiej amerykańskiego HMMWV niż pickupa, ale to nadal nie jest typ pojazdu, jaki współpracuje z czołgami. Wiadomo ze spotkania w Ramstein, że Ukraina otrzyma dziesiątki nowoczesnych amerykańskich bojowych wozów piechoty M2 Bradley, które zostały zaprojektowane w latach 60 i 70. XX wieku do walki z radzieckimi, a teraz rosyjskimi czołgami. Na Ukrainę trafią także dziesiątki niemieckich bwp Marder i CV 90, czyli bojowe wozy piechoty z prawdziwego zdarzenia. Jest to przekroczenie kolejnej bariery: faktycznie te bariery są przede wszystkim mentalne u wielu polityków, który muszą liczyć się z opinią publiczną. To oczywiście normalne w krajach demokratycznych. Te bariery trzeba pokonać wspólnymi siłami. Powoli sprzęt wojskowy jest dostarczany, przekraczamy te bariery, przekazując pojazdy, jakie będą mogły współdziałać z czołgami. Z wojskowego punktu widzenia to już wielka zmiana. Ukraina otrzyma także zestawy przeciwlotnicze Patriot. Jedna bateria to byłoby za mało dla tak dużego kraju, ale wiadomo, że będą co najmniej trzy. To wystarczy, przynajmniej dla obrony Kijowa. Jeszcze jeden wniosek: pomoc będzie się zwiększać, a nie zmniejszać. Tym samym, nie ziści się marzenie Rosjan o tym, że Zachód będzie zmęczony tym konfliktem, choć Rosja do tego dąży.

Czy można stwierdzić, że ta pomoc jest duża, ale niewystarczająca dla Ukrainy?

Tak, jest niewystarczająca. SZU ponoszą duże straty – o wielkości mniej więcej brygady w ciągu miesiąca na całym froncie. A to, co otrzymuje Ukraina, pozwala stworzyć 3-4 brygady zmechanizowane. Jeśli wziąć pod uwagę całość pomocy, to bardzo dużo. Ale jeśli spojrzymy na potrzeby i straty oraz sytuację na froncie wobec mobilizacji w Rosji, to będzie to za mało.

Ukraina otrzyma znaczne liczby sprzętu wojskowego z innych państw. Jak to wpłynie na sytuację na polu walki na Ukrainie?

Ukrainie chodzi nie tylko o budowę linii obrony, ale także o formowanie sił dla ofensywy. Wojny nie da się wygrać tylko broniąc się. Chcemy, aby Ukraina tą wojnę wygrała, a dla ofensywy jest potrzebny nowoczesny sprzęt: czołgi, artyleria i samoloty. Co do tej ostatniej kwestii nie było ostatnio dobrych wiadomości, ale niedawno zaczęły się rozmowy na temat F-16.

Szef NATO, Jens Stoltenberg w Ramstein ogłosił, że rozmowy z Niemcami w sprawie czołgów Leopard 2 będą kontynuowane. Jaka będzie przyszłość tej kwestii i z jakich krajów można spodziewać się dostaw?

Obecnie kilka państw już powiedziało „tak” co do gotowości wysłania tych czołgów Ukrainie, jeśli zgodzą się na to Niemcy (Niemcy ogłosiły zamiar wysłania 14 czołgów w wersji A6 24 stycznia 2023 roku – przyp. polukr.net). Można byłoby na tej podstawie liczyć na co najmniej batalion, około 30 wozów. Aby liczba ta była istotną na polu bitwy, musi być to co najmniej brygada, ponad 90. Ale biorąc pod uwagę to, że są one na uzbrojeniu 13 krajów NATO, to nawet, jeśli zostałaby przekazana niewielka liczba przez niektóre kraje, taką brygadę będzie można szybko stworzyć. Myślę, że tak czy inaczej do tego dojdzie.

Zatem bez czołgów Ukraina będzie mogła się bronić, ale trudno będzie prowadzić ofensywę?

Nie demonizowałbym tematu czołgów Leopard. Zbytnio skoncentrowaliśmy się na rozmowach „Niemcy, Leopardy” i tak dalej. Potrzebne jest wywieranie presji na Berlin, ale te czołgi będą potrzebne w kolejnej fazie wojny. Aktualnie na Donbasie toczą się ciężkie i krwawe walki i będą trwały nadal. Należy się zastanowić, jak uzupełnić straty w ludziach i technice po tych walkach.

Wygląda na to, że Ukraina i Rosja szykują się do ofensyw wiosną.

Tak, wszystko na to wskazuje.

Jaki sprzęt jest obecnie najważniejszy z punktu widzenia potrzeb armii ukraińskiej?

Nie chodzi tylko o sprzęt. Przede wszystkim potrzebna jest amunicja, amunicja i jeszcze raz amunicja. Potrzeby są duże. Kwestia dodatkowej artylerii jest obecnie mniej nagląca. Problemem mogą być raczej kłopoty wynikające z dużej liczby różnych typów z różnych krajów. Ale game changerem byłyby nowoczesne samoloty. Jak na razie kwestia ta nie jest jeszcze na porządku dziennym. Jak na razie więc chodzi przede wszystkim o bojowe wozy piechoty i w dalszej kolejności czołgi.

Jakie są realne perspektywy otrzymania tej amunicji i o jakich wielkościach mowa?

Władze USA zamówiły w państwowych i prywatnych firmach amunicję, aby uzupełnić zapasy w Ameryce i mieć możliwość wysyłania ich do Ukrainy. Zamówienia te są bardzo duże. Inne kraje NATO także zwiększają produkcję. Kraje sojusznicze będą w stanie zapewnić Siłom Zbrojnym Ukrainy dostawy amunicji kalibru NATO, tj. 155mm. Dlatego tutaj nie widzę większego problemu. Trzeba czasu, aby zwiększyć skalę produkcji. Natomiast jest także kwestia zużycia sprzętu, remontu uszkodzonej artylerii i takiej, jaka wyczerpała resursy. Wiemy, że intensywność wykorzystania artylerii na polu walki w Ukrainie jest olbrzymia. Potrzebne są także części zamienne i szybkie remonty, a także regularne dostawy aby na bieżąco uzupełniać straty.

Wracając do uzbrojenia, jakie pomogłoby zyskać przewagę nad Rosją, obok czołgów i samolotów wielozadaniowych, czy możemy mówić także o pociskach ATACMS dla systemu HIMARS albo o jakimś innym uzbrojeniu?

O to chodzi – zdolność rażenia rosyjskich sił na odległość 300 km pozwoliłaby na uderzenia we wszystkie kluczowe cele w rejonie bezpośrednich działań bojowych i na tyłach wroga. Aby wygrać wojnę, trzeba zniszczyć wrogie tyły. Rozumiem obawy USA co do przekazania takich możliwości Ukrainie, ale bez tego ostatecznie zwycięstwo będzie dużo trudniejsze.

Ukraińscy eksperci wojskowi mówią, że gdy Ukrainie latem 2022 roku przekazano HIMARSy, mogły one atakować cele odległe o 70km, co spowodowało chaos w rosyjskiej logistyce i zmusiło Rosjan do odsunięcia centrów dowodzenia i składów amunicji o ponad 100 km. Teraz potrzebujemy rakiet o większym zasięgu, aby znowu spowodować podobne efekty, co byłoby doskonałym przygotowaniem do ofensywy.

Tak, zgadzam się. Logistykę można odsunąć o 100km i ona będzie w miarę efektywną. Ale nie da się odsunąć jej o 300km z zachowaniem takiego samego poziomu efektywności. Nie uda się wówczas dostarczać broni i amunicji wojskom na polu bitwy, wożąc wszystko ciężarówkami na taką odległość, biorąc pod uwagę ile amunicji jest zużywane. Teoretycznie można to zrobić, używając tysięcy pojazdów zmobilizowanych na potrzeby armii i budując nowe drogi.

W jakim punkcie wojny jesteśmy po 11 miesiącach walk?

Jeśli brać pod uwagę obecne możliwości, to ukraińską armię można maksymalnie rozwinąć do liczby 700 tysięcy żołnierzy. Nie z powodu braku ludzi, ale ze względu na możliwość zabezpieczenia szkolenia mobilizowanych. Taka liczba pozwala działać na froncie o długości 1000 km. Koncepcja tworzenia i szkolenia całych brygad pozwoliłaby na rozwiązanie tego problemu. Ukraińska armia jest już zmobilizowana, ale czeka na nowoczesne uzbrojenie i szkolenie. Żołnierze są, ale jest problem, aby zabezpieczyć ich technicznie i szkoleniowo. Rosyjska armia zakończyła pierwszą fazę pełnej, a nie częściowej mobilizacji, choć ona tak się nazywa – jest to jednak zakłamywanie rzeczywistości. Rosja już wprost nazywa wojnę – wojną, a nie specjalną operacją wojskową. Wyznaczenie Walerija Gierasimowa dowódcą siłami FR w Ukrainie – to przejście do bardziej pełnego konfliktu ze strony Moskwy. Będą miały miejsce jeszcze bardziej masowe walki niż w 2022 roku. Siły obu stron są znacznie większe. Obawiam się, że Rosjanie czegoś się nauczyli i będą walczyć znacznie lepiej, będą popełniać mniej błędów niż w ubiegłym roku.

Która ze stron jak na razie wygrywa, a jeśli nie da się wskazać, to kto ma przewagę?

Ogólną przewagę ma ukraińska armia. Otrzymała ją dzięki zwycięskim natarciom na dwóch kierunkach, w ramach faktycznie jednej ofensywy – na kierunku Charkowa we wrześniu i Chersonia w październiku i listopadzie. Dotąd Rosja jest pod naciskiem skutków tych udanych operacji. Natomiast jeśli mówimy o inicjatywie na niższym poziomie, to przewagę ma Rosja., która cały czas prowadzi natarcie w pobliżu Bachmutu, nie zważając przy tym na straty, co zmusza Siły Zbrojne Ukrainy do koncentrowania sił właśnie tam. Możliwe, że to nie odpowiada ukraińskim planom. Jeśli jedna strona narzuca coś drugiej – to ma w tym miejscu przewagę.

Jak ogólnie można ocenić działania armii ukraińskiej i rosyjskiej po 24 lutego 2022 roku?

Na początku wojny rosyjska armia uwierzyła we własną narrację o „drugiej armii świata” i w swoją niezwyciężoność. Jej dowództwo wierzyło, że wejdą na Ukrainę bez oporu, jak do siebie do domu. Drugi błąd – to niedocenienie zdolności sił ukraińskich. To nie tylko grzech Rosji, powszechnie nie doceniono ukraińskiej armi. Kiedy połączymy te dwa elementy, widzimy pierwszą fazę wojny, gdzie Rosjanie ponieśli wielkie straty wśród swoich najlepszych wojsk i musieli się wycofać z większości głównych kierunków natarcia. Jedyny sukces jaki uzyskali i utrzymali Rosjanie to „południowy korytarz” z Krymu do okupowanych części Donbasu i samej Rosji. Natomiast całkiem przestał istnieć plan zajęcia całej Ukrainy. Teraz nie da się go zrealizować. Rosjanie nie mają na to sił, przy takim oporze ze strony ukraińskiej armii i narodu i o tym wiedzą. Natomiast ze strony ukraińskiej, połączenie własnych możliwości i doświadczenia z tym, co Ukraina otrzymała od NATO, dało wspaniały rezultat. Tak samo jak niesamowita kreatywność ukraińskich wojskowych – stworzenie całkowicie nowych rozwiązań w odpowiedzi na wyzwania na polu bitwy. Na przykład sposób wykorzystania przez SZU dronów i artylerii stanie się nową normą. Ma miejsce tworzenie nowych standardów jakościowych działań wojsk.

Opór wzrósł po tym, jak Ukraińcy zobaczyli zbrodnie Rosjan w Buczy, Izjumie, Lymanie i na wszystkich terenach wyzwolonych spod okupacji.

Tak i zobaczymy, jak zmieni się nastawienie do języka rosyjskiego i „ruskiego miru” we wszystkich tradycyjnie prorosyjskich regionach, od Charkowa do Odessy. Te miasta w 2014 roku omal nie podzieliły losu Doniecka i Ługańska. Trwały tam walki, były prorosyjskie sympatie, teraz ich nie ma. Rosja długo tworzyła „piątą kolumnę” w tych regionach w swoim nacjonalistycznym przekonaniu o imperialnej wielkości i przekonaniu o rzekomym pragnieniu mieszkańców tych regionów dołączenia do FR. Stało się zupełnie inaczej. Teraz tam nienawidzą Rosjan, nie wiadomo czy nie bardziej, niż na zachodzie kraju. W takie wojnie wsparcie narodu dla armii jest kluczowe.

Bo ukraińska armia to jedyne, co broni Ukraińców przed niewolą, byciem zgwałconym czy zabitym.

Tak właśnie jest.

Jakie silne i słabe strony pokazały armie obu państw?

Nie chciałbym analizować słabszych stron armii ukraińskiej w czasie wojny, aby nie była to woda na młyn wroga. Natomiast co do słaby stron rosyjskiej armii, to ich radziecka mentalność. Przede wszystkim, kadry. Idealny oficer armii rosyjskiej jest pasywny i przeciętny: mierny i bierny. Ktoś taki na polu bitwy będzie gorszy, niż oficer, który jest przyzwyczajony do kreatywności, poszukiwania nowych rozwiązań, jest liderem i jest uznawany przez podwładnych za dowódcą ale i przywódcą. W ukraińskiej armii widzimy coś takiego. Rosja to w dużej mierze ignoruje – tam przygotowanie oficerów jest słabe, aż do generałów. Tam oficer nie jest przyzwyczajony do tego, by szybko reagować na zmiany na polu bitwy, do poszukiwania nowych i twórczych rozwiązań. Sztab rosyjski jest po prostu przestarzały. Natomiast przewagą Rosji jest to, że to duży kraj, ponad 140 mln ludzi, wielka ilość surowców. Nie sądzę, aby zachodnie sankcje tak silnie podkopały rosyjskie możliwości odtwarzania armii i zdolności produkcji uzbrojenia, nie nowoczesnego, ale odtworzenia starszych typów. Setki tysięcy ludzi pracują nad tym w rosyjskim kompleksie zbrojeniowym. Rosja ma także możliwości importu uzbrojenia, za wielkie pieniądze mogą znaleźć miejsca, gdzie mogą coś kupić. Kupują drony w Iranie, amunicję w Korei Północnej. Myślę, że o wielu takich transakcjach nie wiemy. Siłą Rosjan jest sam rozmiar ich kraju. Co do słabości Ukrainy w tym sensie można stwierdzić, że w ciągu lat niezależności, kraj stracił wiele możliwości produkcji uzbrojenia. Są możliwości realizowania remontów, ale są tu wielkie potrzeby. No i zasoby ludzkie: dla Rosjan nie jest problemem wcielenie kolejnych 300 tysięcy, docelowo nawet miliona ludzi. Ktoś powie, że logistyka rosyjska da rady. Armia rosyjska nie musi jej tworzyć od nowa, ale odtworzyć, to co już j było – radziecka logistyka wojskowa miała za zadanie zapewnić funkcjonowania armii liczącej ponad 1 mln żołnierzy. To znacznie łatwiejsze, niż budować wszystko od nowa.

Jakie są scenariusze dalszego rozwoju wojny, jakie są korzystne, a jakie szczególnie ryzykowne dla Ukrainy?

Są dwie możliwości. Albo ukraińska ofensywa wyprzedzi rosyjską, albo będą ciężkie walki obronne. Wówczas SZ Ukrainy przyjmą uderzenie, zadadzą Rosji wielkie straty i dopiero wówczas przejdą do własnej ofensywy. Obie rozwiązania mają swoje dobre i złe strony. Uderzenie wyprzedzające jest trudne. Dla tego trzeba zebrać siły przy tak intensywnych walkach, jakie trwają o Bachmut, gdzie Ukraina musi wytracać wiele potencjału, aby powstrzymać nacisk Rosjan. Minusem czekania na ofensywę jest to, że ta bitwa zacznie się wtedy, kiedy będą chcieli Rosjanie. Plusem dla SZ Ukrainy jest to, że łatwiej jest się bronić, niż atakować. Rosjanie też zbierają siły dla ofensywy. Natarcia z każdej ze stron możemy oczekiwać w marcu-kwietniu. Będą to ciężkie walki, masowość walk będzie większa niż w zeszłym roku, tak samo jak straty będą większe. Dlatego tak często mówię o konieczności dostaw zachodniego sprzętu dla ukraińskiej armii, jako że ratuje ona życie żołnierzy ukraińskich na polu bitwy. Czołgi, bwp – ratują życie żołnierzy tak samo jak medycy na polu walki.

polukr.net

Wydaje się, że prezydent Rosji Władimir Putin w końcu zauważył, że wojna na Ukrainie stworzyła groźnego konkurenta dla jego władzy: Jewgienija Prigożyna, założyciela prywatnej firmy wojskowej, grupy Wagnera, której wojska walczą u boku armii rosyjskiej.

W zależności od punktu widzenia pana Prigożyna można uznać za osobę roku lub złoczyńcę roku. Putin jest, według wielu źródeł w Moskwie, przekonany, że może osłabić Prigożyna, który starł się ze sztabem generalnym armii. Jednak efekt może być odwrotny, ponieważ więcej osób postrzega Prigożyna jako najbardziej prawdopodobnego faworyta na następcę Putina.

Od samego początku wojny z Ukrainą pan Putin dbał o to, by nie pojawili się rywale do jego władzy i dokładał wszelkich starań, aby w konflikcie nie powstał popularny dowódca wojskowy, który mógłby stanowić zagrożenie. Zadziałało. Na przykład latem 2022 roku ambitny gen. Alexander Lapin był adresatem niewielkiej internetowej kampanii public relations, która go gloryfikowała. To natychmiast kosztowało go utratę pracy – a krótką, ale potężną wojnę medialną przeciwko niemu rozpoczął pan Prigozhin, który kontroluje szereg internetowych fabryk trolli.

Według moich źródeł bliskich rosyjskiej administracji, pan Putin postrzegał wówczas pana Prigożyna wyłącznie jako przeciwwagę dla generałów. Prezydent Rosji widział w Prigożynie swojego człowieka, posłuszne narzędzie i łatwe w użyciu.

Jednak w ostatnich latach pan Prigożyn zrobił bardzo nieoczekiwaną karierę. Początkowo znany był jako szef kuchni Putina, któremu udało się zostać państwowym wykonawcą obiadów szkolnych dla rosyjskich dzieci w całym kraju. Następnie stworzył fabrykę trolli, Internet Research Agency, i został wyróżniony w śledztwie Roberta Muellera w sprawie ingerencji w wybory w 2016 roku. Wreszcie pan Prigożyn zasłynął jako założyciel grupy Wagnera, której kontrahenci walczyli w Afryce, Syrii, a teraz na Ukrainie.

Same te osiągnięcia gwarantowały Prigożynowi odpowiedzialność za najbardziej delikatne zadania Putina. Ale w tym roku Prigożyn przeniósł się do innej ligi, wyprzedzając wszystkich pozostałych przyjaciół Putina u władzy. Należą do nich minister obrony Siergiej Szojgu; sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji Nikołaj Patruszew; Dyrektor Generalny. rosyjskiego państwowego giganta zbrojeniowego Rostec, Siergieja Czemezowa; oraz najbliższy przyjaciel Putina, Jurij Kowalczuk. Pan Prigożyn wyprzedził ich wszystkich i wydaje się być najważniejszym graczem w Rosji. Jest zarówno najpopularniejszym operatorem politycznym, jak i tym, którego obawiają się rosyjscy wysocy urzędnicy i biznesmeni.

Błyskawiczny wzrost polityczny Prigożyna rozpoczął się tego lata, kiedy zaczął objeżdżać rosyjskie więzienia i rekrutować więźniów do swojej prywatnej armii Wagnera, oferując ułaskawienie tym, którzy walczą na linii frontu na Ukrainie: sześć miesięcy służby, a potem wolność.

Aby to zrobić, Prigożyn musiał jednocześnie zająć się kilkoma kluczowymi rosyjskimi agencjami bezpieczeństwa: Federalną Służbą Więzienną, państwem w państwie w Rosji, FSB, Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, Prokuraturą Generalną i Komitetem Śledczym. Wszystkie te grupy mają specjalny status, podlegają tylko prezydentowi Putinowi i nikt nie śmie się z nimi kłócić. Ale potem sytuacja się zmieniła — pojawił się joker, który może pokonać wszystkie asy jednocześnie. Jeśli pan Prigożyn może uwolnić dowolnego więźnia, jego uprawnienia są nieograniczone.

Kolejnym przejawem nowego statusu Prigożyna była jego otwarta konfrontacja z Ministerstwem Obrony i Sztabem Generalnym Armii Rosyjskiej.

Konflikt ten był nowym zjawiskiem dla rosyjskiego systemu politycznego. W przeszłości niektórzy podwładni pana Putina zazwyczaj nie pozwalali sobie na publiczne ataki na innych podwładnych. Ale w 2022 roku to się zmieniło. od kiedy rozpoczęła się inwazja, Putin ma obsesję na punkcie wojny. To jego jedyne zainteresowanie, twierdzą źródła. Tylko ci, którzy są na pierwszej linii frontu, mają bezpośredni dostęp do Putina, a byli członkowie wewnętrznego kręgu, którzy znaleźli się na tyłach, stracili na znaczeniu.

Pan Prigozhin zdołał stworzyć sobie wizerunek najskuteczniejszego wojownika. Nie podlega MON, nie jest objęty systemem biurokracji wojskowej, sam ustala zadania, cele i ramy czasowe. Według moich źródeł, panu Putinowi pasował ten układ. I pozwolił panu Prigożynowi niegrzecznie i publicznie krytykować innych generałów. Pan Putin ma o nich złą opinię, więc nie skarcił założyciela Wagnera.

Zeszłej jesieni Jewgienij Nużyn, były rosyjski więzień, który uciekł na Ukrainę po zwerbowaniu przez grupę Wagnera i wrócił do Rosji po wymianie więźniów, został zabity młotem kowalskim. Wideo z tej masakry pojawiło w listopadzie i najprawdopodobniej miało być ostrzeżeniem dla wszystkich przyszłych dezerterów.

Co zaskakujące, to barbarzyństwo ma wielu fanów. Sklepy w Rosji zaczęły sprzedawać „Wagner Sledgehammers”, a także pamiątki i naklejki samochodowe z symbolami Wagnera. Pan Prigożyn, który wydał oświadczenie popierające zabójstwo pana Nużyna, stał się swego rodzaju ludowym bohaterem.

Prigożyn przyciągał najbardziej radykalnych polityków i biznesmenów. Ci, z którymi rozmawiam, mówią mi, że przywódca Czeczenii Ramzan Kadyrow, który wcześniej miał bezpośrednie połączenie z panem Putinem, teraz podlega panu Prigożynowi. Chwalił Prigożyna także biznesmen Konstantin Małofiejew, właściciel ultrakonserwatywnego kanału Tsargrad TV, który w 2014 roku poparł rosyjski atak na Donbas, oraz ideolog współczesnego rosyjskiego faszyzmu, filozof Aleksandr Dugin. Ponadto w jego grupie wpływów znajdują się przywódcy tzw. republik donieckiej i ługańskiej. Ogólnie rzecz biorąc, jest to najbardziej wpływowy klan we współczesnej Rosji, ponieważ to ci, którzy są na froncie, mają największą wagę w oczach pana Putina.

Prigożyn stał się też bohaterem „patriotycznych” reporterów wojskowych (pracujących dla mediów propagandowych i otwarcie głoszących poglądy faszystowskie).

Ale pan Prigożyn już teraz wydaje się całkowicie niezależnym graczem politycznym. Zaczął walczyć z gubernatorem Petersburga Aleksandrem Biegłowem, wieloletnim współpracownikiem Putina. „Ludzie tacy jak Biegłow zostaną prędzej czy później zmiażdżeni przez nasze społeczeństwo jak robaki” — napisał niedawno.

Do końca 2022 roku wielu moskiewskich biznesmenów i urzędników mocno uwierzyło, że Prigożyn stanowi realne zagrożenie. „Młot to wiadomość dla nas wszystkich” – powiedział mi jeden z oligarchów. Przez kilka miesięcy ubiegłego roku krążyły pytania o to, dlaczego Putin nie ustawił Prigożyna na swoim miejscu, tak jak zrobił to wielu innym.

10 stycznia Prigożyn poinformował na należącym do jego firmy kanale Telegram, że bojownicy Wagnera zajęli ukraińskie miasto Soledar. Było to jego najpotężniejsze zwycięstwo propagandowe i przekonujący dowód na to, że Wagner jest jedną z najbardziej gotowych do walki jednostek rosyjskich. Moje źródła w Moskwie mówią, że niektórzy wysocy rangą urzędnicy zaczęli dyskutować – rzekomo pół żartem – czy nadszedł właściwy czas, aby złożyć przysięgę wierności panu Prigożynowi, zanim będzie za późno.

Ministerstwo Obrony stwierdziło, że zajęcie Soledaru było jego osiągnięciem, czemu natychmiast zaprzeczył Prigożyn i liczni korespondenci wojskowi. Dla propagandzistów tak nieznaczne zwycięstwo wywołało absolutny zachwyt. Oto jeden z charakterystycznych komentarzy: „Wagner PMC szturmował rosyjskie miasto Soledar i wymordował wszystkich okupantów. Nie brał jeńców, zabił. Jak wściekłe psy. Dlatego Jewgienij Wiktorowicz Prigożyn jest prawdziwym rosyjskim politykiem. Mówi to, co dobrzy Rosjanie chcą usłyszeć i robi to, czego oczekują od swojej armii”.

Przypuszczalnie w tym momencie Putin zdał sobie sprawę, że Prigożyn może być trochę zbyt popularny. Wywyższył więc głównych wrogów Prigożyna, generałów Łapina i Walerego Gierasimowa, i mianował Gierasimowa dowódcą operacji na Ukrainie. To tradycyjna biurokratyczna gra Putina, która okazała się skuteczna, ale może nie zadziałać tym razem.

Wielu Rosjan, zdominowanych przez propagandę, jest sfrustrowanych tym, że armia nie wygrywa. Kijów nie został zdobyty w ciągu kilku dni, jak obiecano. Mianując generała Gierasimowa na najwyższego dowódcę, Putin bierze na siebie odpowiedzialność za wszystkie kolejne porażki. I to nie osłabia Prigożyna, który nie krytykował tej nominacji.

Oznacza to, że w niedalekiej przyszłości Prigożyn może rzucić wyzwanie prezydentowi, a Putin może nie być już w stanie przeciwstawić się swojemu byłemu szefowi kuchni.

nytimes.com

czwartek, 26 stycznia 2023


W pobliżu Kronsztadu, morskiej fortecy, którą Rosjanie słusznie się chlubią, Zatoka Fińska ożywia się nagle, imponujące statki marynarki cesarskiej krzyżują się w niej bezustannie: jest to flota cesarza. Ponad sześć miesięcy rocznie pozostaje zamarznięta w porcie, a przez trzy letnie miesiące kadeci marynarki manewrują na statkach między Sankt-Petersburgiem a Morzem Bałtyckim. Tak wykorzystuje się dla kształcenia młodzieży krótki okres, jaki słońce użycza nawigacji pod tą szerokością geograficzną.

... Morze Bałtyckie ze swymi niezbyt żywymi barwami, ze swymi mało uczęszczanymi wodami zapowiada sąsiedztwo lądu skąpo zaludnionego z powodu srogiego klimatu. To jałowe wybrzeże harmonizuje z zimnym i pustym morzem, a smutek gleby, nieba, zimny odcień wód mrozi serce podróżnego.

Ledwo człowiek znajdzie się blisko tego niepociągającego wybrzeża, a już chciałby się stąd oddalić i przypomina sobie z westchnieniem słowa jednego z faworytów Katarzyny, kiedy narzekała na fatalny wpływ klimatu Petersburga na swoje zdrowie: "To nie wina Pana Boga, o Pani, jeśli ludzie uparli się zbudować stolicę wielkiego imperium na ziemi przeznaczonej przez naturę na siedlisko wilków i niedźwiedzi".

Moi towarzysze objaśnili mi z dumą ostatnie postępy rosyjskiej marynarki. Podziwiam ten cud, lecz nie cenię go tak jak oni. Jest to kreacja lub raczej rekreacja cesarza Mikołaja. Ten władca zabawia się urzeczywistnianiem naczelnej idei Piotra I, ale bez względu na całą swoją potęgę człowiek jest wcześniej czy później zmuszony do przyznania, że natura jest silniejsza od wszystkich ludzi. Dopóki Rosja nie wyjdzie poza swe naturalne granice, rosyjska marynarka będzie zabawką cesarzy, niczym więcej!... Cesarz utrzymałby swoje wpływy na Morzu Bałtyckim z jedną czwartą sił morskich zgromadzonych w Kronsztadzie i rozsądna polityka niczego więcej nie wymaga.

Wytłumaczono mi, że w okresie ćwiczeń nawigacyjnych najmłodsi elewowie czynią swe ewolucje w okolicach Kronsztadu, podczas gdy doświadczeńsi posuwają się w swych odkrywczych podróżach do Rygi, a czasem nawet aż do Kopenhagi. Ach, przepraszam! Dwa statki rosyjskie, których manewrami kierują zapewne cudzoziemcy, już odbyły albo zamierzają odbyć podróż dookoła świata!

Mimo dworskiej dumy, z jaką Rosjanie chwalili przede mną cuda woli władcy, który chce mieć – i ma – cesarską marynarkę, kiedy się dowiedziałem, że oglądane przez nas statki znajdują się tu dla kształcenia elewów, wydało mi się, że jestem w szkole, i widok tej zatoki, ożywionej wyłącznie szkolną niemal nauką, robił już na mnie tylko nieopisanie smutne wrażenie. Te manewry, nie uzasadnione faktami, nie będące ani rezultatem wojny, ani handlu, wydały mi się paradą. Otóż Bóg wie, i wiedzą Rosjanie, czy parada jest przyjemnością!... Zamiłowanie do rewii jest w Rosji po prostu maniackie: oto jeszcze przed wejściem do tego królestwa militarnych ewolucji muszę asystować przy rewii na wodzie!... Nie, nie śmieję się z tego: dziecinada wielkiego kalibru wydaje mi się czymś okropnym, ta potworność jest możliwa tylko pod rządami tyranii, której jest może najstraszniejszym objawem. Gdzie indziej niż pod rządami absolutnego despotyzmu ludzie czynią wielkie wysiłki dla osiągnięcia wielkiego celu; tylko wśród ludów ślepo posłusznych władca może nakazać ogromne ofiary dla osiągnięcia niewielkiego rezultatu. Widok sił morskich Rosji zrobił więc na mnie ponure wrażenie. Wyczułem w tych uczniowskich ćwiczeniach żelazną wolę na opak, wolę gnębiącą ludzi z zemsty za to, że nie może pokonać przyrody.

... Zamiast budzić podziw, którego oczekują tu po mnie, ta despotyczna improwizacja wywołuje we mnie coś jakby strach – nie strach przed wojną, lecz przed tyranią. Zbędna marynarka Mikołaja I przypomina mi nieludzkość Piotra Wielkiego, prototypu wszystkich władców rosyjskich dawnych i nowych... i mówię sobie w duchu: gdzie ja zmierzam? Co to jest Rosja? Rosja to kraj, gdzie można robić największe rzeczy dla najmniejszego rezultatu... Nie trzeba tam jechać.

Astolphe de Custine - Listy z Rosji

23 stycznia prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan stwierdził, że Szwecja nie może oczekiwać od Ankary wsparcia dla członkostwa w NATO. Była to reakcja na antyturecką demonstrację w Sztokholmie dwa dni wcześniej i spalenie Koranu w pobliżu ambasady Turcji. Ankara w akcie protestu odwołała planowaną na 27 stycznia wizytę szwedzkiego ministra obrony Pala Jonsona. MSZ Turcji w oficjalnym komunikacie 21 stycznia uznało, że pod pozorem „wolności słowa” w Sztokholmie dokonano aktu islamofobii, którego celem są muzułmanie i obraza uczuć religijnych. Tego samego dnia również opublikowało pisemny protest przeciw odbywającym się w stolicy Szwecji demonstracjom ugrupowań powiązanych – w przekonaniu Ankary – z terrorystyczną Partią Pracujących Kurdystanu (PKK), w ramach których ponownie powieszono kukłę prezydenta Turcji. Do podobnego incydentu doszło 12 stycznia podczas manifestacji środowisk kurdyjskich w Sztokholmie. Rzecznik prezydenta Turcji 21 stycznia krytycznie odniósł się do szwedzkiej zgody na obie demonstracje i uzależnił ratyfikację członkostwa Szwecji w NATO od powzięcia przez ten kraj kroków w celu przeciwdziałania antytureckim prowokacjom oraz od dalszego zwalczania wrogich Turcji organizacji terrorystycznych funkcjonujących na jego terenie. Lider tureckiej ultranacjonalistycznej Partii Ruchu Nacjonalistycznego (MHP), która jest koalicjantem rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), stwierdził, że w takich warunkach parlament Turcji nie ratyfikuje członkostwa Szwecji w NATO.

Komentarz

Formalnie Ankara uzależnia zgodę na akcesję Szwecji i Finlandii do NATO od wypełnienia przez rządy obu państw postanowień zawartych w trójstronnym memorandum z czerwca 2022 r., w ramach którego Sztokholm i Helsinki zgodziły się m.in. na przeciwdziałanie aktywności w Szwecji i Finlandii ugrupowań siostrzanych PKK (tj. PYD/YPG), dokonanie zmian w kodeksach karnych w celu zwalczania terroryzmu na swoich terytoriach, zniesienie embarga na eksport broni do Turcji, rozpatrzenie wniosków Ankary o deportację osób podejrzanych o terroryzm, walkę z dezinformacją i finasowaniem organizacji uznawanych przez Turcję za terrorystyczne (obok PKK, m.in. ruch Gülena, DHKPC). W ocenie władz tureckich sposób wdrażania – przede wszystkim przez Szwecję – postanowień memorandum nie jest satysfakcjonujący. Ponadto Ankara stale rozszerza listę osób, wobec których domaga się deportacji – według Erdogana zawiera ona obecnie ok. 130 nazwisk.

Obecna eskalacja napięć przez Turcję wpisuje się w kampanię przedwyborczą w tym kraju – przyspieszone wybory prezydenckie i parlamentarne zaplanowano na 14 maja. Nacisk na Szwecję jest dobrze przyjmowany przez dominujący elektorat nacjonalistyczny oraz odpowiada na silne antyzachodnie resentymenty. Równie nośny jest postulat walki z islamofobią na Zachodzie. Wszystkie te zarzuty mobilizują zaplecze wyborcze rządu i dają szansę na przyciągnięcie niezdecydowanych wyborców. Manifestowana przy okazji obecnego rozszerzenia NATO pryncypialna postawa Ankary wobec terroryzmu radykalnych ugrupowań kurdyjskich (PKK i siostrzanych ugrupowań YPK/PYD operujących w Syrii) oraz ruchu Gülena (organizacji posądzonej o przeprowadzenie w 2016 r. nieudanego puczu w Turcji) jest próbą wywarcia presji na państwa Sojuszu, które do tej pory – w jej ocenie – lekceważą problem. Strategia ta tworzy też szanse dla Ankary na szukanie rozwiązań konkretnych problemów w relacjach międzysojuszniczych. Należy do niej m.in. uzyskanie zgody USA na sprzedaż myśliwców wielozadaniowych F-16. Turcja chce je nabyć w związku z wykluczeniem jej przez USA z programu F-35 w wyniku zakupienia przez nią systemu obrony powietrznej S-400 od Rosji.

Szwecja zmieniła krajowe ustawodawstwo antyterrorystyczne, dzięki czemu niemożliwe będzie działanie na jej terytorium grup powiązanych z organizacjami terrorystycznymi lub wspierających je. Zmiany pozwalają też na szerszą kryminalizację udziału w tych organizacjach. Szwecja odmawia jednak ekstradycji kolejnych osób do Turcji. Latem 2022 r. szwedzki Sąd Najwyższy orzekł, że istnieje cały szereg przeszkód do jej przeprowadzenia: m.in. niektóre przestępstwa, za które Ankara żąda ekstradycji, nie są przestępstwami w rozumieniu prawa szwedzkiego. Nie penalizuje ono bowiem obrazy uczuć religijnych, zaś antytureckie demonstracje były legalne i wcześniej zgłoszone. Premier Ulf Kristersson określił je jako prowokacyjne przy zastrzeżeniu, że wolność słowa i swobodny sposób jej wyrażania stanowią podstawę szwedzkiej demokracji. Sam fakt krytyki incydentów podczas protestów (powieszenie kukły i spalenie Koranu) ze strony przedstawicieli rządu wywołał oburzenie w Szwecji wśród obrońców wolności słowa. Obecnie pojawiają się w tamtejszych mediach informacje, że za akcją spalenia Koranu mogą stać powiązani z Rosją szwedzcy dziennikarze. Rząd odpowiedział na stawiane przez Turcję zarzuty 24 stycznia na specjalnej konferencji prasowej. Premier Kristersson zapewnił, że uzyskanie wraz z Finlandią członkostwa w NATO jest priorytetem Sztokholmu, a stanowisko Ankary w kwestii ratyfikacji protokołu akcesyjnego Szwecji wiąże się przede wszystkim z turecką polityką wewnętrzną.

Finlandia pozostaje na uboczu szwedzko-tureckiego sporu – Ankara nie formułuje dodatkowych żądań względem Helsinek. W szeroko komentowanym wywiadzie z 24 stycznia minister spraw zagranicznych Finlandii Pekka Haavisto podkreślił, że jednoczesne dołączenie obu państw do Sojuszu pozostaje priorytetem Helsinek, choć obecne wydarzenie opóźniają cały proces o co najmniej tygodnie. Z drugiej strony minister zasygnalizował możliwość samodzielnego wejścia Finlandii do NATO w przypadku przedłużającego się impasu na linii Szwecja–Turcja. Jeśli nie dojdzie do przełomu w tych relacjach do 2024 r., niewykluczone, że strategia Helsinek – mająca na celu jednoczesną ratyfikację przez Turcję członkostwa Finlandii i Szwecji w NATO – może się zmienić.

osw.waw.pl

25 stycznia rząd niemiecki poinformował o zamiarze dostarczenia Kijowowi kompanii 14 czołgów Leopard 2A6 z wyposażenia Bundeswehry wraz z pakietem logistycznym i amunicją oraz zgodzie na przekazanie armii ukraińskiej czołgów Leopard 2 przez pozostałych sojuszników. Ogłosił równocześnie, że zamierza koordynować działania państw darczyńców tego typu czołgów, zmierzające do wyposażenia w nie dwóch ukraińskich batalionów (zależnie od źródeł Ukraina miałaby łącznie otrzymać 80–88 czołgów Leopard 2). Szkolenie ukraińskich załóg ma się rozpocząć w lutym w RFN; według ministra obrony niemieckie czołgi mają dotrzeć na Ukrainę do końca kwietnia. Dzień wcześniej o zgodę Berlina na oddanie armii ukraińskiej 14 czołgów Leopard 2A4 wystąpiła oficjalnie Polska. Decyzja niemieckiego rządu o przekazaniu leopardów zapadła po zatwierdzeniu przez administrację Bidena dostarczenia Kijowowi 31 czołgów M1 Abrams.

Gotowość przekazania 18 czołgów Leopard 2A6M w ramach wspólnego projektu zadeklarowała Holandia (po ich wykupieniu, obecnie są dzierżawione od Niemiec), a czterech czołgów Leopard 2A6PO – Portugalia. Według Lizbony przygotowanie maszyn i przeszkolenie ukraińskich załóg zajmie od dwóch do trzech miesięcy. Przekazanie czołgów Leopard 2 zapowiedziały ponadto Hiszpania i Norwegia. Madryt już w 2022 r. deklarował możliwość wysłania 10 czołgów Leopard 2A4. Teraz w hiszpańskich mediach pojawiła się informacja o chęci dostarczenia 12 czołgów, a docelowo o możliwości przekazania wszystkich 53 zmagazynowanych leopardów 2A4 (tylko 20 z nich uznawanych jest za sprawne). Pierwsze czołgi, po przeprowadzeniu koniecznego remontu, miałyby być gotowe do wysłania w ciągu dwóch miesięcy. Z kolei prasa norweska donosiła o planach przekazania ośmiu czołgów Leopard 2A4NO. Finlandia natomiast, która oficjalnie zapowiedziała swój udział we wspólnym tworzeniu dwóch batalionów, nie określiła dotąd, czy przekaże czołgi, czy też weźmie udział w projekcie w innej formie (szkolenie, serwis etc.).

Oddanie czołgów Leopard 2 mają rozważać Dania i Kanada. Media szacują, że w grę wchodzi sześć czołgów duńskich oraz od czterech do dziesięciu kanadyjskich. Z kolei Szwecja nie wykluczyła dostarczenia w dalszej przyszłości swojej wersji czołgów Leopard 2A5 (Stridsvagn 122). Wskazywane w ostatnich tygodniach jako potencjalni donatorzy Czechy i Słowacja wykluczyły taką możliwość, przypominając, że czołgi Leopard 2A4 otrzymują od Niemiec w liczbie jednej kompanii (odpowiednio 14 i 15 sztuk) w zamian za znacznie większą liczbę przekazanych Ukrainie czołgów T-72 (Czechy) i bojowych wozów piechoty BVP-1 (Słowacja). Dotychczas Bratysława i Praga odebrały po jednym egzemplarzu leopardów, dostawy mają trwać do końca 2023 r. Minister obrony Słowacji Jaroslav Naď zadeklarował chęć przekazania Kijowowi pozostałych czołgów T-72 w zamian za kolejne leopardy lub inne czołgi zachodnie.

25 stycznia dostarczenie Ukrainie kompletu batalionowego 31 czołgów M1 Abrams zapowiedział prezydent USA Joe Biden (według amerykańskich mediów chodzi o wersję M1A1). W pakiecie o wartości 400 mln dolarów (sfinansowanym z przyjętego przez amerykański Kongres programu Ukraine Security Assistance Initiative) znalazły się ponadto amunicja czołgowa 120 mm, osiem wozów zabezpieczenia technicznego M88, pojazdy wsparcia oraz obsługa techniczna. Szkolenie załóg ma się rozpocząć w najbliższych tygodniach, natomiast czas potrzebny na cały proces przygotowania i przekazania czołgów szacuje się na kilka miesięcy.

Szef francuskiego resortu obrony Sébastien Lecornu zapowiedział, że pierwsze opancerzone samochody rozpoznawcze (tzw. czołgi kołowe) AMX-10RC trafią na Ukrainę w lutym. Nadal nie ujawniono ich łącznej liczby. Z kolei ukraiński wywiad wojskowy podał, że Turcja przekazała nieodpłatnie dwa bezzałogowe rozpoznawczo-bojowe aparaty latające Bayraktar TB2.

Głównymi rejonami walk pozostają Bachmut oraz miejscowości na północ (wzdłuż drogi do Siewierska) oraz południowy zachód od niego, gdzie obrońcy starają się nie dopuścić do przecięcia ostatnich linii zaopatrzeniowych. Według rzecznika ukraińskiego Sztabu Generalnego kontrolują oni miasto i nie zamierzają się wycofywać. Siły rosyjskie mają bezskutecznie nacierać na pozycje ukraińskie na południe i wschód od Siewierska oraz pomiędzy nim a Kreminną, a także na północ od Awdijiwki oraz pomiędzy nią a Donieckiem. Ukraińcy wciąż bronią się również w Marjince. Rosjanom udało się przełamać pierwszą linię obrony ukraińskiej na południe od Wuhłedaru i wyjść na południowe i wschodnie obrzeża miasta, gdzie toczą się walki. W obwodzie zaporoskim jednostki agresora miały uderzyć w kierunku drogi łączącej Orichiw i Hulajpole, zostały jednak powstrzymane na południe od niej (Czariwne). Według źródeł rosyjskich ukraińskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze miały podejmować próby forsowania Dniepru w okolicach Nowej Kachowki, a także działać na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego.

26 stycznia nocą Rosjanie uderzyli na Ukrainę z wykorzystaniem 24 dronów kamikadze Shahed-136/131. Według danych ukraińskich wszystkie zestrzelono, w tym 15 w rejonie Kijowa. Rano tego dnia agresor rozpoczął kolejny atak na infrastrukturę energetyczną (tym razem użyto 30 rakiet). Do południa czasu kijowskiego potwierdzono uderzenia w dwóch rejonach stolicy oraz w obwodach odeskim (gdzie doszło do uszkodzenia dwóch obiektów), winnickim i zaporoskim. W omawianym okresie nie odebrano jeszcze zgłoszeń z obwodów lwowskiego i żytomierskiego, gdzie miała się kierować część pocisków manewrujących. Ataki rakietowe miały miejsce także w poprzednich dniach, a ich celami były m.in. Kramatorsk (dwukrotnie), Zaporoże i Dniepr.

Rosyjska artyleria i lotnictwo kontynuują ataki na pozycje i zaplecze sił ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz na obszarach przygranicznych, gdzie po kilkudniowej przerwie wzrosła intensywność ostrzału obwodu czernihowskiego, a obwód sumski odnotował rekordową liczbę 187 uderzeń. Zmniejszyła się liczba ostrzałów Chersonia (od kilku do kilkunastu dziennie). Permanentnie atakowane są również inne miejscowości w prawobrzeżnej części obwodu chersońskiego (25 stycznia celem zmasowanego ostrzału był Berysław), rejon nikopolski i okolice Oczakowa. 24 stycznia do ukraińskiej dywersji miało dojść w Mariupolu (celem były koszary kadyrowców).

24 stycznia – w związku z coraz głośniejszym skandalem wokół zakupów żywności dla wojska po zawyżonych cenach – do dymisji podał się wiceminister obrony Ukrainy Wiaczesław Szapowałow. Nadzorował on pion logistyczny, a swoją rezygnację uznał za konieczną, gdy resort stał się obiektem „kampanii oskarżeń” o nadużycia. Ministerstwo podkreśliło, że Szapowałow był wybitnym urzędnikiem, który m.in. zdemonopolizował dostawy usług gastronomicznych dla Sił Zbrojnych, paliw oraz smarów. Dzień później zwolniono dyrektora departamentu zamówień, który był odpowiedzialny za zawarcie niekorzystnych umów na dostawy żywności. W efekcie afery w Radzie Najwyższej pojawiła się inicjatywa uchwalenia ustawy mającej zagwarantować przejrzystość zamówień publicznych w czasie stanu wojennego, zapowiedziano też zintensyfikowanie kontroli w innych obszarach zamówień obronnych, takich jak dostawy broni, paliw i wyposażenia wojskowego. Narodowe Biuro Antykorupcyjne i Specjalizowana Prokuratura Antykorupcyjna poinformowały, że postępowanie w sprawie nadużyć przy zakupie żywności w Ministerstwie Obrony rozpoczęło się jeszcze przed ujawnieniem afery, a sama transakcja nie doszła do skutku. W obronie ministra stanął głównodowodzący Sił Zbrojnych generał Wałerij Załużny. Zaapelował o dokładne sprawdzenie zarzutów o korupcję i odradził przerzucanie odpowiedzialności za postępowanie podwładnych na ich szefa.

23 stycznia Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy zdecydowała, że w stanie wojennym urzędnicy państwowi mogą podróżować za granicę wyłącznie w celach służbowych. Dotyczy to wszystkich urzędników administracji centralnej i samorządu terytorialnego, a także parlamentarzystów. Z kolei 25 stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał uchwaloną 13 grudnia ub.r. ustawę, która zwiększa odpowiedzialność karną żołnierzy za przestępstwa przeciwko zasadom dyscypliny wojskowej. Rzecznikiem wprowadzenia zmian był generał Załużny. Największe kontrowersje wywołały poprawki do kodeksu karnego wprowadzające zasadę „wyłączenia możliwości wymierzenia żołnierzom kary łagodniejszej niż przewidziana w kodeksie oraz nieuwzględniania możliwości odbywania kary w zawieszeniu”. Oznacza to, że sądy są zobligowane do wymierzania kar bezwzględnego pozbawienia wolności w sprawach dotyczących przestępstw nieposłuszeństwa (od 3 do 10 lat), niewykonania rozkazu (od 3 do 7 lat), użycia przemocy wobec przełożonego (od 5 do 10 lat), dezercji (od 5 do 12 lat) czy samowolnego opuszczenia pola walki lub odmowy użycia broni (od 5 do 10 lat). Zwiększają się również kary za wykroczenia administracyjne związane z łamaniem dyscypliny wojskowej (nadużywanie alkoholu, narkotyków). Ustawa spotkała się z krytyką ze strony obrońców praw człowieka wskazujących na ich drakoński charakter, niepozwalający na stosowanie nadzwyczajnego złagodzenia kary.

25 stycznia pułkownik Roman Horbacz, szef zarządu personalnego dowództwa Wojsk Lądowych, wyjaśnił, że wezwania do służby wojskowej mogą doręczać nie tylko komisje uzupełnień, lecz także upoważnieni funkcjonariusze innych służb, kierownicy instytucji, organizacji czy przedsiębiorstw, w którym poborowy pracuje, a w miejscu jego zamieszkania – również szefowie wspólnot czy spółdzielni mieszkaniowych. Dodał, że odmowa przyjęcia wezwania lub udania się do jednostki wojskowej jest karalna, a wezwania nie będą wysyłane przez system elektroniczny Dija. Podkreślił ponadto, że skala mobilizacji zmniejszyła się wielokrotnie w porównaniu z początkiem wojny, a palącymi kwestiami są znalezienie specjalistów obsługujących skomplikowane uzbrojenie oraz uzupełnienie stanu jednostek na pierwszej linii frontu.

25 stycznia sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Ołeksij Daniłow stwierdził, że Rosjanie „przygotowują się do ofensywy”, która może rozpocząć się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Według informacji wywiadu wojskowego obecnie na terytorium Białorusi znajduje się 5800 rosyjskich żołnierzy (do połowy stycznia przebywało ich ok. 11 000), a redukcja ta wiąże się z zakończeniem szkolenia zmobilizowanych i skierowaniem ich na wschodnią Ukrainę, m.in. w rejon obwodu ługańskiego.

Komentarz

Zapowiedzi przekazania Ukrainie czołgów Leopard 2 i Abrams stanowią kolejny – po obiecanych na początku stycznia dostawach zachodnich bojowych wozów piechoty – symboliczny przełom i wyjście naprzeciw postulatom Kijowa. Nadal jednak nie wyczerpują potrzeb armii ukraińskiej (szacowanych przez ukraińskich i zachodnich wojskowych na 300 do 500 czołgów). Sojusznicy zadeklarowali w ostatnich dniach dostarczenie ogółem ok. 100 czołgów. W przypadku potwierdzenia informacji medialnych dotyczących zapowiedzi Danii i Kanady liczba ta wzrośnie o 10–15, a po uwzględnieniu obiecanych przez Londyn czołgów Challenger 2 wyniesie 130. Umożliwi to wyposażenie zaledwie trzech batalionów (dwóch z czołgami Leopard 2 różnych wersji i jednego z abramsami) oraz jednej samodzielnej kompanii (z czołgami Challenger 2). Za konieczne należy więc uznać przygotowanie w najbliższych tygodniach kolejnych transz dostaw broni pancernej (w tym także bojowych wozów opancerzonych), co najmniej tak samo licznych jak te zadeklarowane w styczniu.

Mimo realnego wzmocnienia potencjału nowe czołgi stawiają przed armią ukraińską wyzwania natury operacyjno-taktycznej i logistycznej. Problem stanowi nie tylko różnorodność typów (de facto w każdym z batalionów znajdzie się inny model czołgu) i struktur batalionów (44 leopardy w standardzie niemieckim vs. 31 abramsów w nietypowej dla US Army konfiguracji), lecz przede wszystkim niskie prawdopodobieństwo szybkiego skoordynowania ich dostaw tak, by mogły zostać wykorzystane do wypracowania przewagi na froncie w jednym czasie i miejscu. Odstęp pomiędzy dostawą leopardów i abramsów może wynieść nawet parę miesięcy, a pierwszy wyposażony w zachodnie czołgi batalion osiągnie gotowość operacyjną późną wiosną. Najprawdopodobniej dowództwo ukraińskie będzie chciało (bądź wręcz musiało) użyć go w walce, nie czekając na następne pododdziały, co pozbawi obrońców możliwości wykorzystania potencjalnej przewagi ilościowej. Osobną kwestię stanowi przesunięcie czasowe pomiędzy pozyskaniem zachodnich czołgów i bojowych wozów piechoty, niemniej prawdopodobne jest, że wraz z leopardami na Ukrainę dotrą kolejne mardery, a wraz z abramsami – bradleye.

W kontekście terminu przekazania i warunków użytkowania przez Ukraińców czołgów Leopard 2 istotne znaczenia ma przejęcie przez Niemcy – na razie w formie deklaratywnej – roli koordynatora procesu tworzenia wyposażonych w nie batalionów. Może się to wiązać z tym, że część donatorów będzie się musiała wstrzymać z dostarczeniem czołgów do czasu osiągnięcia gotowości do przekazania ich przez wszystkich. Koordynacja będzie niewątpliwie gwarantowała utworzenie z oferowanych czołgów zwartych pododdziałów, co pozwoli na lepsze ich wykorzystanie w działaniach ofensywnych. Ich operacyjne użycie będzie jednak zależało również od organizacji serwisu i napraw tych maszyn w Niemczech.

Kolejny atak rakietowy na Ukrainę potwierdza zastosowanie przez Rosjan nowej taktyki, wpływającej na ograniczenie skuteczności ukraińskiej obrony powietrznej. W pierwszej fazie ataku agresor wykorzystuje stosunkowo tanie drony z Iranu (określane przez Ukraińców mianem „motorowerów”), przeciwko którym wystrzeliwane są z systemów obrony powietrznej wielokrotnie od nich droższe rakiety. Dodatkowo obrońcy ujawniają w ten sposób swoje pozycje. W rezultacie w ostatnich atakach rakietowych Rosjanie osiągają większą liczbę celów przy zużyciu mniejszej liczby rakiet.

Pomimo dymisji wysokich urzędników resortu obrony wizerunek ministra Reznikowa został poważnie nadszarpnięty, a na porządku dziennym stanęła kwestia jego odpowiedzialności za brak nadzoru i skutecznego wdrożenia mechanizmów kontroli finansowej. Zwraca przy tym uwagę fakt, że służby odpowiedzialne za zwalczanie korupcji i nadużyć już wcześniej zajęły się sprawą, uniemożliwiając zrealizowanie kontraktu. Skandal w resorcie obrony świadczy o tym, że zwalczanie przejawów korupcji w administracji państwowej stanowi poważne wyzwanie dla prezydenta i rządu Ukrainy. W szerszym kontekście wskazuje zaś on na to, że wojna nie przyczyniła się do wykorzenienia negatywnych zachowań wśród urzędników. Należy oczekiwać, co sygnalizuje m.in. decyzja o zakazie wyjazdów zagranicznych, kolejnych kroków dyscyplinujących kadry urzędnicze.

Wprowadzenie przepisów zaostrzających odpowiedzialność karną i administracyjną osób odbywających służbę wojskową świadczy o tym, że dowództwo sił zbrojnych liczy się ze spadkiem dyscypliny w jednostkach. Ustalenie zasady bezwzględnego pozbawienia wolności za popełnione czyny i wykluczenie możliwości złagodzenia kary to zabiegi mające odstraszyć żołnierzy od naruszania obowiązujących przepisów. Zapowiedź rozszerzenia listy podmiotów uprawnionych do wręczania wezwań do służby wojskowej wskazuje natomiast na intensyfikację działań na rzecz jak najszybszego uzupełnienia stanów kadrowych jednostek walczących na froncie.

osw.waw.pl

W rozmowie z weteranem amerykańskiego dziennikarstwa międzynarodowego Davidem Ignatiusem sekretarz stanu USA Antony Blinken przedstawił zarys polityki Waszyngtonu wobec Ukrainy.

Po pierwsze, Blinken jest przekonany, że wydarzenia ostatniego roku dowodzą, iż Rosja nie jest w stanie osiągnąć tego, co administracja Bidena uważa za cel Putina – wymazania Ukrainy z mapy Europy. To zaś, zdaniem sekretarza stanu USA, powinno skłonić Waszyngton oraz europejskich sojuszników do zastanowienia się, jak może wyglądać powojenna przyszłość Ukrainy.

Mowa jest więc o "sprawiedliwym i trwałym" (w tej kolejności) pokoju oraz o zapewnieniu Ukrainie możliwości obrony przed ewentualną kolejną agresją. Innymi słowy – czytamy w tekście Ignatiusa – "Rosja nie powinna otrzymać możliwości wytchnienia, przegrupowania sił i ponownego ataku".

Po drugie, zdaniem Departamentu Stanu bardzo ważne jest, by Ukraina uzyskała możliwość odstraszania Rosji. W tej optyce celem USA jest stworzenie i utrzymywanie ukraińskiej armii, która będzie mobilna i będzie w stanie prowadzić w przyszłości wojnę manewrową. "Możliwość manewrowania to przyszłość" – mają twierdzić bliscy współpracownicy Blinkena.

Do tego Blinken zakłada, że po wojnie Ukraina powinna stać się silną gospodarką oraz częścią Unii Europejskiej (o NATO nie wspomina). Czyli państwem, które w przyszłości nie będzie musiało aż tak mocno opierać się na USA, żeby przeciwstawić się polityce prowadzonej przez Rosję.

Strategia zarysowana przez Blinkena częściowo różni się od strategii, którą Waszyngton forsował w ubiegłym roku. Wówczas można było usłyszeć ostrą retorykę wymierzoną w Rosję, choćby wtedy, kiedy Joe Biden mówił, że "Putin musi odejść", a Lloyd Austin twierdził, że celem USA w Ukrainie jest osłabienie Rosji. Za tymi słowami szły dostawy broni oraz wsparcie finansowe. Pomoc ta jednak nie obejmowała ciężkiego sprzętu, który USA zaczynają dostarczać dopiero teraz – jak wyrzutnie Patriot czy czołgi Abrams.

Teraz retoryka Waszyngtonu jest łagodniejsza. Blinken nie mówi o pokonaniu Rosji, tylko o podarowaniu Ukrainie wędki, aby sama mogła odstraszać Rosję. Retoryczne fajerwerki zostały zastąpione przez dostawy ciężkiego sprzętu, który w Europie Wschodniej stworzy bardzo silną armię, a docelowo – w zamierzeniu Amerykanów – ma wytworzyć silny organizm gospodarczy, zdolny w razie potrzeby walczyć na równych prawach z armią taka jak rosyjska.

Co charakterystyczne, Blinken nigdzie nie wspomina o ewentualnym końcu wojny przy stole negocjacyjnym. Powtarza formułę "nic o Ukraińcach bez Ukraińców", co oznacza tyle, że USA nie przewidują w najbliższym czasie końca wojny. W strategię USA wpisana jest niemożność definitywnego rozstrzygnięcia konfliktu i świadomość, że żadna ze stron na razie nie przechyli szali zwycięstwa na polu bitwy na swoją korzyść. Dla Ukraińców to paradoksalnie dobra wiadomość, ponieważ świadczy o tym, że pod pewnymi względami nie są w Waszyngtonie traktowani jak państwo "z drugiej ligi".

Ta strategia przesuwania Ukrainy do wyższej ligi ma – i będzie mieć – poważne implikacje także dla Polski.

Za naszą wschodnią granicą powstaje bowiem jedna z najsilniejszych konwencjonalnych armii w Europie, która – w zamyśle Waszyngtonu – ma potrafić samodzielnie stawiać czoła armii rosyjskiej. Jeżeli do tego dodać deklarowane wsparcie USA dla rozwoju powojennej ukraińskiej gospodarki i jej członkostwa w Unii Europejskiej, to nietrudno zauważyć, że celem USA jest powstanie bardzo silnego państwa w Europie Środkowej, które byłoby w stanie powstrzymywać rosyjską agresję i jednocześnie byłoby zaufanym sojusznikiem Waszyngtonu.

onet.pl

środa, 25 stycznia 2023


Dużym wyzwaniem dla ekonomiki regionu jest sytuacja wokół jednej z najważniejszych firm w regionie - „Avtotor”. Zakład ten to jedna z największych na świecie montowni samochodów. Firma została założona w 1994 roku. Przedsiębiorstwo, jako pierwsze w Rosji, uruchomiło produkcję samochodów zagranicznych marek. Montaż pojazdów odbywał się tam od maja 1997 r. Firma składająca do niedawna samochody BMW, obecnie jednak stoi. To wynik zachodnich sankcji. Władze obwodu, przy pomocy czynowników z Moskwy, próbowały zastąpić samochody niemieckie, chińskimi. Prowadzono w tej sprawie rozmowy z koncernem BAIC. Na razie jednak Chińczycy wcale nie kwapią się do wchodzenia w rosyjski przemysł samochodowy.

W maju ubiegłego roku dyrekcja „Awtotoru” wysłała większość załogi na bezterminowy urlop. Wszystkim urlopowanym firma przydzielała … działki pod ogródki warzywne. Na ten cel zakład przeznaczył ziemie o łącznej powierzchni 300 hektarów. W „Avtotorze” z dumą podkreślano, że ziemie zostały w pełni przygotowane do zasiewów sezonowych. Grunt został zaorany i zabronowany. Aby zapewnić obfite zbiory w ogrodach pracowniczych, kombinat zorganizował też sprzedaż materiału siewnego oraz sadzonek.

(...)

Obwód Kaliningradzki do wojny miał (...) bardzo rozwinięte kontakty z sąsiednimi regionami Polski i Litwy. Rosjanie jeździli do Gdańska czy Olsztyna na zakupy, studia, do pracy. Teraz praktycznie nie mają takich możliwości. Unia Europejska co prawda nie wprowadziła całkowitego embarga na wydawanie wiz Rosjanom, ale uczyniły to państwa graniczące z Rosją – Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Norwegia. Na dodatek warunki uzyskania wizy do krajów, które tych ograniczeń nie wprowadziły są o wiele trudniejsze do wypełnienia. W Kaliningradzie narzekają, że teraz nie dość, że te wizy bardzo podrożały to jeszcze na dodatek bardzo często zachodnie konsulaty odmawiają wydania dokumentu podróży. Praktycznie nie wydaje się wiz czasowych. Rosjanin jeśli już nawet dostanie wizę do Niemiec czy Węgier to tylko na okres podróży. Taka osoba musi udowodnić, że na koncie bankowym ma co najmniej 500 tysięcy rubli – ponad 30000 złotych. Te ograniczenia spowodowały, że dotychczasowa minister do spraw kontaktów zagranicznych we władzach obwodu, Ałła Iwanowa została zdegradowana. Nie jest już ministrem, ale tylko kierownikiem działu.

(...)

Wszelkie działania mające wzbogacić miejscowy, kaliningradzki budżet są (...) bardzo uważnie analizowane w Moskwie. Nikt tam bowiem nie chce dopuścić do sytuacji, by Kaliningrad stał się zbyt niezależny ekonomicznie od centrum. Stąd zarzucenie idei, jeszcze lat dziewięćdziesiątych, gdy funkcjonowała kaliningradzka Wolna Strefa Ekonomiczna i żywe były nadzieje na utworzenie rosyjskiego... Hongkongu. To mogły być (przynajmniej wedle Moskwy) próby ustanowienia niezależności ekonomicznej eksklawy. Następnym krokiem mogłyby być hasła o niezależności politycznej. Na przełomie wieków działała bowiem w Kaliningradzie lokalna Partia Bałtycka, która ciągle podkreślała, w swoich oficjalnych dokumentach, że nie mają ambicji separatystycznych, ale zarazem głosili hasła o konieczności wstąpienia Obwodu (niezależnie od Moskwy) do... Unii Europejskiej.

Mówi o tym nasz rozmówca:

Tendencje separatystyczne w Obwodzie Kaliningradzkim występują w dość dziwnych ramach. Każdy pytany mówi jednoznacznie, że jest przeciw separatyzmowi. Ale z drugiej strony ci sami ludzie potrafią powiedzieć: powinniśmy mieć oddzielny budżet, własną granicę celną, a może też i powinniśmy (jako region) wstąpić do Unii. To taka swoista rosyjska schizofrenia....

braniewo.com.pl

– Dzięki ciepłej zimie i zgromadzonym zapasom rynek gazowy w Europie wygląda stabilnie. Europa będzie w stanie bezpiecznie przejść tę zimę bez rosyjskiego gazu. To znaczy, że szantaż się nie powiódł, nie doprowadził do tych rezultatów, które Kreml miał nadzieję uzyskać. Doprowadził za to do poważnych problemów Gazpromu – wskazuje Iwona Wiśniewska z Ośrodka Studiów Wschodnich. Rosyjski gigant gazowy nie ma na razie realnej alternatywy dla unijnego rynku, a analitycy szacują, że jego zysk netto w drugim półroczu 2022 roku był bliski zeru. To zwiastuje w nadchodzącym czasie poważne problemy dla samego Gazpromu, który będzie musiał się liczyć z dalszym spadkiem dochodów, jak i rosyjskiego budżetu, dla którego Gazprom jest głównym płatnikiem. 

– Gazprom i rosyjski gaz oficjalnie nie został objęty żadnymi sankcjami sektorowymi. Ma ograniczony dostęp do technologii i rynków kapitałowych państw zachodnich, ale sam eksport gazu nie został w żaden sposób objęty tymi sankcjami. Natomiast decyzją Kremla Gazprom zaczął wstrzymywać dostawy do swoich głównych odbiorców w Unii Europejskiej. I to był po prostu szantaż gazowy, próba wpłynięcia na państwa zachodnie i wymuszenia zmiany polityki wobec Ukrainy, ograniczenia wsparcia finansowego i przede wszystkim militarnego. Ten szantaż gazowy się nie powiódł i nie doprowadził do tych rezultatów, które Kreml miał nadzieję uzyskać. Doprowadził za to do poważnych problemów Gazpromu – mówi Iwona Wiśniewska, ekspertka Ośrodka Studiów Wschodnich.

W końcówce grudnia rosyjski koncern podsumował swoje wstępne wyniki za 2022 rok. Według przekazanych informacji Gazprom wydobył w tym czasie o ponad 20 proc. mniej gazu niż rok wcześniej (412,6 mld m3 gazu wobec 514,8 mld m3 w 2021 roku). Natomiast eksport do państw tzw. dalekiej zagranicy (czyli odbiorców europejskich z wyłączeniem republik bałtyckich oraz do Turcji i Chin) zmniejszył się w ubiegłym roku aż o 45 proc. (do ok. 101 mld m3 wobec ok. 185 mld m3 w 2021 roku).

– Te spadki miały miejsce przede wszystkim w drugim półroczu 2022 roku. I to jest rewolucja, która zapowiada, że w kolejnych miesiącach sytuacja raczej nie będzie się poprawiać – mówi ekspertka z Ośrodka Studiów Wschodnich.

Kluczowa część rosyjskiego gazu przepływa do Europy gazociągiem Nord Stream, ale na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy Gazprom wielokrotnie odcinał dostawy, chcąc wywrzeć presję na państwach Zachodu, doprowadzić do chaosów społecznych i zmusić kraje Unii Europejskiej do zmiany polityki wobec Ukrainy. Jako rzekome przyczyny przerw w dostawach rosyjski koncern podawał trudności techniczne i wyłączenia konserwacyjne.

Jak wskazuje ekspertka Ośrodka Studiów Wschodnich, ten gazowy szantaż Kremla trwa nadal, Rosja nie jest skłonna do wznowienia dostaw do państw europejskich. Jednocześnie nie ma na razie alternatywy dla dochodowego, unijnego rynku.

– Infrastrukturalnie nie jest nawet w stanie przesłać więcej gazu do Chin, z którymi jest połączona tylko jednym gazociągiem. I ten gazociąg pracuje w tej chwili na maksimum swoich możliwości. W ubiegłym roku udało się nim przetransportować 18 mld m3 gazu, podczas gdy w 2021 roku – kiedy jeszcze Gazprom eksportował do Unii Europejskiej, choć już wtedy ten eksport był ograniczany – na unijny rynek trafiło 155 mld m3 rosyjskiego gazu. To pokazuje, że Chiny po prostu nie są w stanie zastąpić europejskiego rynku. Podobnie zresztą jak Turcja, ponieważ szlaki infrastrukturalne łączące rosyjski system z Turcją – a poprzez Turcję również z Europą – też pracują w tej chwili na maksimum swoich możliwości i to również jest niewystarczające – mówi Iwona Wiśniewska.

Według danych Gazpromu dostawy w 2022 roku spadły w zasadzie do wszystkich odbiorców, w tym Turcji. Wzrósł jedynie eksport gazu do Chin. Rosyjski koncern poinformował, że zdołał przekroczyć zakontraktowaną wcześniej objętość 15 mld m3 (wobec 10 mld m3 jeszcze rok wcześniej), choć nie podał, o ile konkretnie. Według szacunków przesył mógł wynieść ok. 18 mld m3.

To właśnie z myślą o chińskim rynku Kreml kreśli w tej chwili scenariusze rozwoju Gazpromu w nadchodzących latach. Jak na razie rosyjskie złoża ze wschodniej Syberii są połączone z tym rynkiem tylko jednym gazociągiem Siła Syberii 1, którym w 2023 roku zaplanowano przesłać 22 mld m3 gazu (choć dzięki prowadzonym inwestycjom w rozbudowę infrastruktury przesyłowej i złoża zapewne uda się przekroczyć tę objętość). Pełną projektowaną przepustowość, czyli 38 mld m3 rocznie, ten gazociąg ma osiągnąć dopiero w 2025 roku.

Ponadto Chiny porozumiały się z Rosją w sprawie dostaw gazu z Sachalinu rurociągiem Siła Syberii 3, który ma uzyskać projektową przepustowość 10 mld m3 w 2026 roku. To oznacza, że za trzy lata Rosja planuje eksportować na chiński rynek ok. 48 mld m3 surowca rocznie. To jednak wciąż ponad trzykrotnie mniej niż eksport na unijny rynek, na który jeszcze w 2021 roku trafiło 155 mld m3 rosyjskiego gazu.

– Jednym z pomysłów managementu Gazpromu jest również zwiększenie dostaw na rynek wewnętrzny, co oczywiście wiąże się z gazyfikacją Rosji. Jednak koncern przez wiele lat – mimo że rosyjski rząd nakładał na niego obowiązek gazyfikacji kolejnych wsi i miasteczek – bardzo się przed tym bronił, mając świadomość, że na rynek wewnętrzny gaz dla odbiorców indywidualnych będzie musiał dostarczać po po preferencyjnych cenach, a wszelkie inwestycje będzie musiał ponieść sam. To znaczy wybudowanie infrastruktury do końcowego odbiorcy jest kosztem, który Gazprom w całości będzie musiał wziąć na siebie. Dlatego ten rynek wewnętrzny był dla niego po prostu nierentowny – mówi ekspertka Ośrodka Studiów Wschodnich. – W tej chwili podobnie jest zresztą z Chinami. Mimo że Gazprom ma podpisany kontrakt i eksportuje gaz na rynek chiński, to cena tego gazu jest znacznie niższa niż cena gazu sprzedawanego do Unii Europejskiej.

W pierwszym półroczu 2022 roku wyniki finansowe koncernu okazały się zaskakująco dobre (ponad 3,5 raza wyższe niż w analogicznym okresie rok wcześniej), głównie dzięki wysokim cenom tego surowca panującym w tym czasie w Europie. Pomimo spadku wydobycia i eksportu Gazprom wypracował rekordowy zysk netto w wysokości ponad 2,5 bln rubli (ok. 37 mld dol. po obecnym kursie) – wyższy od zysku osiągniętego przez koncern w dwóch poprzednich latach łącznie. W efekcie gazowy gigant zdecydował się (po raz pierwszy w swojej historii) na wypłatę dywidend, na które przeznaczył 1,2 bln rubli. Połowa tej kwoty trafiła do rosyjskiego budżetu centralnego, ponieważ Kreml jest właścicielem 50,2 proc. udziałów w Gazpromie. 

Później, ze względu na zachodnie sankcje, Gazprom (podobnie jak inne rosyjskie spółki państwowe) został zwolniony przez Kreml z obowiązku publikowania danych finansowych. Jak dotąd nie poinformował o zyskach osiągniętych w drugim półroczu 2022 roku. Z szacunków analityków wynika jednak, że mogły być one bliskie zeru.

– Gazprom musi liczyć się ze spadkiem dochodów – uważa Iwona Wiśniewska. – W ubiegłym roku mieliśmy wyjątkową sytuację: z jednej strony spadek wydobycia i eksportu, a z drugiej zysk netto koncernu wzrósł trzykrotnie. Jednak był to efekt wysokich cen gazu w UE w pierwszej połowie zeszłego roku. Praktycznie cały zysk netto uzyskany przez Gazprom to był zysk uzyskany właśnie w tym okresie. W drugim półroczu prawdopodobnie był już na poziomie zerowym. I to zapowiada poważne problemy dla samego koncernu, jak i dla rosyjskiego budżetu.

newseria.pl