niedziela, 22 stycznia 2023


belsat.eu: – Czy rosyjski imperializm jest tworem wyjątkowym na tle innych „imperializmów”? Rosjanie, gdy zarzuca im się działania imperialne, zawsze mówią „a u was też biją Murzynów”. I weźmy choćby taką Francję, która też toczyła krwawe boje ze swoimi emancypującymi się koloniami. Czy przypadek wojny z Ukrainą jest inny?

Piotr Skwieciński, były korespondent w Moskwie, a ostatnio dyrektor Instytutu Polskiego, wydalony z grupą polskich dyplomatów po wybuchu wojny z Ukrainą: – Imperializm rosyjski różni się od zachodniego w różnych aspektach, z których niektóre nawet można interpretować na korzyść Rosjan. Broniłbym np. tezy, że element rasistowski w rosyjskim imperializmie pojawiał się rzadziej niż w zachodnioeuropejskim.

Przede wszystkim jednak – jest to imperializm znacznie starszy, i znacznie bardziej organicznie związany ze swoim nosicielem. O imperializmie moskiewskim, a potem rosyjskim, można mówić w zasadzie od XIV wieku, a to są czasy zanim jakiekolwiek z państw europejskich mogło pomyśleć o budowaniu imperium. Ten imperializm rosyjski jest znacznie bardziej integralnie zrośnięty z rosyjskością, niż w wypadku krajów zachodnich. Jest w związku z tym o wiele bardziej wszechogarniający.

I choć nigdy nie było to sprecyzowane, w rosyjskiej myśli imperialnej pojawiają się tezy, że Rosjanie to nie tylko naród i nie przede wszystkim naród. Rosyjskość jest postrzegana przez nich nawet jako rodzaj szkoły filozoficznej, z czym wiąże się postulat, że ludzie na całym świecie mogliby się stać Rosjanami. Nie w sensie, że mieliby mówić po rosyjsku, ale mogliby stać się nimi w sposób metafizyczny – zacząć postrzegać świat nie na sposób europejski, tylko rosyjski; wzywał do tego ludzi Zachodu np. zafascynowany Rosją niemiecki myśliciel Walter Schubart, który potem zginął w radzieckim łagrze. Wyrafinowane to, ale bardzo imperialne. Znacznie bardziej imperialne niż w przypadku zachodnioeuropejskich imperializmów.

Mówiąc inaczej – oczywiście wszędzie znajdziesz trochę wariatów i świrów, którzy głoszą podobne tezy. Jednak w przypadku Anglii i Francji zawsze to był margines. Nawet w wypadku Niemców, jakoś tam porównywalnych do Rosjan, trzeba pamiętać że ich imperializm w swojej fazie nacjonalizmu trwał krótko. Od momentu, gdy Prusy zabrały się za jednoczenie Rzeszy do 1945 roku. Mniej niż 100 lat. W skali historycznej niewiele, a do tego przedtem niemieckość była czymś innym. Tymczasem pierwiastki imperialne, podbojowe są bardziej związane z rosyjskością. W rosyjskiej kulturze można znaleźć częściej niż w innych imperialnych kulturach odniesienia do tego, że przeznaczeniem Rosji jest opanowanie całego świata.

– Albo wręcz zbawienie...

– Tak – opanowanie przez zbawienie, zbawienie przez opanowanie. I to substancjalna różnica, która odróżnia Rosję od zachodnich imperializmów.

– By podbić i zbawić potrzebna jest jakaś idea. W kultowej, rozgrywającej się w latach 90. powieści Wiktora Pielewina pt. „Generacja Pi” jest wymowna scena, gdy moskiewski bandyta wynajmuje pracownika agencji reklamowej do napisania mu „rosyjskiej idei”, której zabrakło po rozpadzie ZSRR. Bo bez niej obracanie „rosyjską kasą” jest bez sensu. Czy w 2023 r. można powiedzieć, że Rosja sobie taką stworzyła?

– Nie bardzo, ale faktycznie Rosjanie zawsze tej idei potrzebowali. Nawet do końca nie wiedząc, o jaką ideę chodzi, ale zawsze chcieli, żeby to było coś wielkiego. Jest takie śmieszne powiedzonko: „Ech, chciałoby się dokonać czegoś takiego wielkiego i czystego… Może słonia umyć?”. Czyli postawić sobie wielkie, nieskazitelne zadanie – tylko nie bardzo wiadomo jakie. I Rosjanie szukają tego „słonia” od dawna, i mają taką potrzebę w sobie. To jest zresztą jedna z rzeczy, która ich zasadniczo odróżnia od ludzi Zachodu i ich logiki – bo dla nas najpierw jest jakiś problem i zapotrzebowanie na jego rozwiązanie, a potem powstaje idea, jak to zrobić. Tymczasem Rosjanie chcą idei dla idei, co dla nas jest postawieniem konia za wozem. Oczywiście nie wszyscy i nie w równym stopniu.

Taką ideą był bolszewizm i też się pięknie wpisał w potrzebę poszukiwania tej idei, dając Rosjanom poczucie wyjątkowości i celu metafizycznego.

Z biegiem lat cel się rozmywał, pod koniec komunizmu trudno powiedzieć, by ta idea jeszcze istniała. I jej zniknięcie dołożyło swoją cegiełkę do nihilizacji i demoralizacji Rosjan w latach ’90 – bo Rosjanie nie potrafią żyć, nie odnajdują się bez „wielkiej idei”. A co do jej poszukiwania, to temat wraca w rosyjskiej literaturze współczesnej nie tylko u Pielewina. W jednym z opowiadań Dmitrija Głuchowskiego moskiewski PR-owiec otrzymuje z samej góry zadanie wymyślenia idei rosyjskiej. Na początku wydaje mu się to czymś prostym, a potem nie może wyrobić się w terminie. I po dwóch tygodniach dumania nie jest w wstanie wymyślić nic nowego, niż pokolorowanie sowieckiego serialu „17 mgnień wiosny”.

Przekonanie, że życie bez idei jest niepełnowartościowe, krąży w rosyjskiej kulturze. Podobnie jak przekonanie, że rosyjskie państwo powinno przynajmniej udawać, że realizuje ideę większą niż Rosja.

– Jaką ideę ma teraz Rosja?

– Obecnie mamy do czynienia z próbami odtworzenia tej idei w dwóch postaciach. Po pierwsze uratowania „ruskiego miru”. Dla nas idea takiego obszaru, który niby Rosjanom się należy, to uzurpacja, dla nich to absolutne minimum, jakie chcieliby uzyskać. Minimum – bo ruski mir to jednak domena jedynie wschodniosłowiańska. A chciałoby się więcej.

Druga sprawa to „walka z faszyzmem”, co widzimy na Ukrainie. To nawiązanie do zwycięstwa w „Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej”. Ktoś wymyślił na górze, że teraz Rosjanie mają misję permanentnej walki z faszyzmem. I to na całym świecie, bo przecież w rosyjskiej narracji „faszystowski” coraz częściej staje się już nie tylko Ukraina, ale i Zachód – wszak intuicyjna definicja „faszysty” to dla Rosjan coraz bardziej po prostu „każdy przeciwnik Rosji”. By realizować tę ideę, „faszystów” trzeba wymyślać.  I to jest bardzo postmodernistyczne.

– Postmodernizm to chyba bardzo dobre określenie stanu świadomości rosyjskiej elity. A może właśnie nie chodzi o żaden system ideowy, tylko o dobieranie sobie tego, co wygodne – i lepienie z tego wydumanej ad hoc narracji. Może rosyjska elita świadomie wybrała sobie postmodernizm i chce stworzyć pierwsze postmodernistyczne imperium w dziejach świata?

– W jakiejś mierze tak jest i pisze o tym bardzo ciekawie Peter Pomerantsev (pracujący długo w Rosji rosyjsko-brytyjski producent TV, opisujący w swoich książkach rosyjski polityczny i propagandowy postmodernizm – Belsat.eu). Tylko nawet jeżeli jest to postmodernizm, to on odpowiada na autentyczne zapotrzebowanie „rosyjskiego ludu”.

Oczywiście, ja nie podejmuję się odpowiedzieć na pytania w co wierzą Władimir Putin, Nikołaj Patruszew (były szef FSB, obecnie sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej – Belsat.eu) i kilkanaście najważniejszych w Federacji Rosyjskiej osób. Ale ostrożnie mówiąc, w ich postrzeganiu świata są elementy i świadomej kreacji, i szczerego przekonania.  Brytyjski politolog Mark Galeotti powiedział celnie, że przekonanie, że Putin i jego ludzie nie wierzą, w to co mówią, było błędnym założeniem. A np. taki Patruszew po raz kolejny zupełnie na poważnie mówi o tym, że Amerykanie trują świat Covidem i używają tajnej broni biologicznej.

–  Oprócz cynizmu i szczerej wiary jest też takie pojęcie jak obsesja, czyli coś, co zahacza o stan bliski chorobie. Może Putin i jego elita po prostu cierpią na obsesję na punkcie Ukrainy i spisków Zachodu?

– Jeżeli chodzi o Putina, wydaje się, że jego obsesja na punkcie Ukrainy jest autentyczna i on przebija w tym resztę elity. Wydaje mi się, że też szczerze wierzy, że Zachód chce zniszczyć Rosję. Reszta elity myśli podobnie, ale jej większość – jednak mniej zawzięcie.

– Znamienny był w tym kontekście przypadek, gdy w rosyjskim dyskursie pojawiła się kwestia „desatanizacji” Ukrainy. Najpierw o tym, że Ukraina znajduje się we władzy satanistów, powiedział publicznie Putin, potem ideologicznie zaczął wyjaśniać to pomocnik Patruszewa, potem Dmitrij Miedwiediew, a na koniec wszystko to rozlało się w rosyjskiej propagandzie, która określiła to kolejnym celem „operacji specjalnej” na Ukrainie. Wszystko zupełnie na poważnie. Putin to sam wymyśla, czy ma swoich „metafizycznych przewodników”?

– Wśród najważniejszych osób, które mają mieć wpływ na Putina, jest wspomniany już Nikołaj Patruszew, a także Jurij Kowalczuk (rosyjski oligarcha znający się z Putinem jeszcze z lat ’90, założyciel kooperatywy letniskowej „Oziero” pod Petersburgiem, którego członkowie zrobili kariery po dojściu Putina do władzy – Belsat.eu). Jednak nie jest on bezwolnym dzieckiem we mgle, prowadzonym przez kogoś za rękę.

Błędne jest przekonanie, narzucone niegdyś między innymi przez liberalną rosyjską opozycję, że Putin jest marionetką jakiegoś „kahału” starych kagiebistów, oligarchów itp. Od kiedy się Rosją interesuję, nie widziałem realnych argumentów dla tezy, że jest niesamodzielny.

– Niegdyś bliski współpracownik Kremla – „polittechnolog” Gleb Pawłowski stwierdził, że po ostatnich wyborach prezydenckich w 2017 r. Putin poczuł się wyjątkową jednostką, która sama siebie wyniosła do władzy, bez pomocy osób trzecich i nawet „ludu”. Co oznacza, że to jedynowładztwo jest silniejsze nawet niż w czasach późnego ZSRR?

Tak, już od czasów Nikity Chruszowa kierownictwo ZSRR było mniej czy bardziej kolektywne. Wspomniany Mark Galeotti wskazał na ciekawy aspekt mającego ostatnio miejsce odwoływania przez Putina różnych tradycyjnych spotkań publicznych. Oczywiście czasy są ciężkie, więc nie ma się czym chwalić, jednak jego zdaniem pokazuje to – i demonstruje – również coś innego: że Putin już nie czuje się prezydentem, nawet prezydentem imperialnym i niemal wszechwładnym, ale głównodowodzącym. I wojna na Ukrainie jest okazją do zmiany jego formatu władzy. I otwarte jest pytanie, czy w takim razie przewlekanie wojny, nawet za cenę braku zwycięstwa, jest dla Putina rzeczywiście czymś całkowicie niekomfortowym? Z jednej strony tak, ale z drugiej daje to możliwość petryfikacji i intensyfikacji stanu jedynowładztwa. Co by się stało, gdyby Rosja w marcu ubiegłego roku odniosła totalne zwycięstwo nad Ukrainą? Popularność Putina by wzrosła, ale zarazem znikłyby przyczyny dla utrzymywania stanu nadzwyczajnego i utrwalania jedynowładztwa.

– W tym kontekście można postawić kontrowersyjną tezę, że późne ZSRR było dla Zachodu o wiele bardziej przewidywalnym partnerem niż putinowska Rosja?

– Można tak powiedzieć, choć wynika to z błędów w postrzeganiu tej „nowej” Rosji, których i ja się nie ustrzegłem. Nie docenialiśmy bowiem faktu, że Putin i kremlowskie kierownictwo żyje w innym świecie niż my. I dlatego na początku ubiegłego roku byliśmy bardzo zaskoczeni tym, co się stało. Sam o sobie mogę powiedzieć, że choć ostrzeżenia Amerykanów traktowałem na poważnie, to dość długo (zmieniłem zdanie dopiero na około półtora tygodnia przed 24 lutego) raczej uważałem, że groźby wobec Ukrainy to gigantyczny blef. Okazało się inaczej. I w związku z tym mamy pewien dysonans i możemy Rosję postrzegać jako mniej obliczalną niż Związek Radziecki. Ale może to do czasu, gdy ją wreszcie poznamy w nowej postaci. Oczywiście nie zapominajmy, że rzekoma nieobliczalność, granie wariata – jest też trikiem, mającym na celu przestraszenie partnerów. Rosjanie robili to wcześniej, także przywódcy ZSRR.

– Jednak chyba Zachód teraz sprawia wrażenie, że coraz mniej boi się tego „wariata”, patrząc na to, że dostarcza na Ukrainę swoją najlepszą broń i nie ugiął się przed nuklearnym szantażem.

– Zachód robi rzeczy, których w marcu ubiegłego roku by nie zrobił. Było już kilka „czerwonych linii”, które były trochę sugerowane przez Rosjan, ale głównie wymyślane przez sam Zachód, i które zostały potem przezeń świadomie przekroczone.

– Ostatnie pytanie z dziedziny „historical fiction”. Jak za sto lat będzie opisywana ta wojna w podręcznikach historii?

– Myślę, że będzie oceniana jako ostatnia próba ze strony Rosji powrotu do roli jednego z globalnych rozgrywających. I będzie to próba nieudana, od której zacznie się coś nowego. Czy to będzie rozpad Rosji, w który ja nie bardzo wierzę, czy jakiś jej nowy kształt, czy długotrwała „smuta”, nie odważę się tu snuć przepowiedni.

belsat.eu

Ukraińska obrona Bachmutu jest prawdopodobnie strategicznie uzasadnionym wysiłkiem, pomimo kosztów dla Ukrainy. Podczas gdy wysiłki związane z ciągłą obroną Bachmuta przez Ukrainę są znaczne i prawdopodobnie obejmują straty alternatywne związane z potencjalnymi ukraińskimi operacjami kontrofensywnymi w innych miejscach, Ukraina zapłaciłaby również znaczną cenę za umożliwienie wojskom rosyjskim łatwego zajęcia Bachmutu. Sam Bakhmut nie ma znaczenia operacyjnego ani strategicznego, ale gdyby wojska rosyjskie zdobyły go stosunkowo szybko i tanio, mogłyby mieć nadzieję na rozszerzenie operacji w sposób, który mógłby zmusić Ukrainę do pospiesznego zbudowania pozycji obronnych na mniej korzystnym terenie. Nie można też lekceważyć pozornie „politycznego” rachunku zaangażowania się w obronę Bachmutu – siły rosyjskie okupują ponad 100.000 kilometrów kwadratowych terytorium Ukrainy, w tym wielu ukraińskich miast, i dopuszczają się okrucieństw wobec ukraińskiej ludności cywilnej na okupowanych obszarach. Nie jest nierozsądne, aby przywódcy polityczni i wojskowi rozważali te czynniki przy podejmowaniu decyzji o utrzymaniu lub scedowaniu określonych skupisk ludności. Amerykanie nie musieli dokonywać takich wyborów od 1865 roku i nie powinni pochopnie lekceważyć rozważań, które byłyby dla nich bardzo realne, gdyby amerykańskie miasta stanęły w obliczu takich zagrożeń.

Siły ukraińskie stosowały wcześniej podobny model stopniowego wyniszczania, aby zmusić rosyjskie operacje na niektórych obszarach do kulminacji, po miesiącach ponoszenia dużych strat w personelu i sprzęcie, w pogoni za marginalnymi korzyściami taktycznymi. Wojska rosyjskie spędziły miesiące próbując przedrzeć się przez skuteczną obronę ukraińską w Siewierodoniecku i Łysyczańsku wczesnym latem 2022 r. i zdobyły Łysyczańsk dopiero po kontrolowanym wycofaniu się Ukrainy z tego obszaru. Zdobycie Łysyczańska i granicy administracyjnej obwodu ługańskiego szybko jednak okazało się dla sił rosyjskich mało operacyjnie nieistotne, a ostatecznym rezultatem ukraińskiej obrony tego obszaru była wymuszona kulminacja rosyjskiej ofensywy w obwodzie ługańskim, prowadząca do całkowitej stagnacji rosyjskich operacji ofensywnych w Donbasie latem i jesienią 2022 r. Ukraińska obrona Bachmutu prawdopodobnie przyczyni się do podobnego rezultatu – siły rosyjskie kierują na ten obszar siłę roboczą i sprzęt od maja 2022 r. ISW nadal utrzymuje swoją ocenę, że rosyjska ofensywa na Bachmutu może osiągnąć punkt kulminacyjny; że ​​siły ukraińskie skutecznie blokują rosyjskie wojska, sprzęt i ogólną koncentrację operacyjną na Bachmucie, hamując w ten sposób zdolność Rosji do prowadzenia ofensyw w innym miejscu teatru .

Zachód przyczynił się do tego, że Ukraina nie była w stanie wykorzystać sytuacji, w której siły rosyjskie zostały przygwożdżone w Bachmucie, przez spowolnienie lub wstrzymywanie systemów uzbrojenia i zaopatrzenia niezbędnych do operacji kontrofensywnych na dużą skalę.

(...)

The Sun poinformował, że wywiad USA szacuje, że całkowite rosyjskie straty wojskowe na Ukrainie na dzień 20 stycznia wyniosły 188.000, co sugeruje, że w mniej niż rok walk zginęło 47.000 Rosjan. Historyczny stosunek rannych do zabitych na wojnie wynosi 3:1, co sugeruje, że dotychczasowe straty rosyjskie na Ukrainie są zbliżone do całkowitej liczby ofiar amerykańskich w wojnie w Wietnamie. Amerykańskie Archiwa Narodowe szacują, że w ciągu ośmiu lat walk w Wietnamie zginęło około 58.000 osób. Siły radzieckie poniosły śmierć 15.000 w ciągu dziewięciu lat wojny w Afganistanie (...).

(...)

Rosyjscy blogerzy nadal zwracają uwagę na niepowodzenia rosyjskiego dowodzenia i kontroli spowodowane mianowaniem nowo zmobilizowanych cywilów na role przywódcze. Milblogger stwierdził 21 stycznia, że ​​tacy „całkowicie niekompetentni” oficerowie dowodzą plutonami wyłącznie zmobilizowanych żołnierzy. Milblogger zakwestionował, dlaczego rosyjskie siły miałyby w ogóle zawracać sobie głowę tworzeniem nowych jednostek zmobilizowanych ludzi, podczas gdy istniejące jednostki konwencjonalne wciąż cierpią na braki kadrowe i ponoszą ciągłe straty. Milblogger twierdził, że siły Donieckiej Republiki Ludowej (DNR) i Ługańskiej Republiki Ludowej (ŁRL) próbowały stworzyć jednostki składające się wyłącznie z zmobilizowanych żołnierzy na kilka miesięcy przed zrobieniem tego przez siły rosyjskie, a słabe wyniki tych jednostek świadczyły o porażce takiego pomysłu. Rosyjscy milbloggerzy słusznie ocenili, że poleganie Rosji na słabo wyszkolonych, nowo zmobilizowanych rekrutach na stanowiskach dowódczych, w przeciwieństwie do wyciągania dowódców z uszczuplonej kadry rosyjskiej oficerów lub promowania doświadczonych żołnierzy i podoficerów na stanowiska podoficerskie i dowódcze, poważnie utrudnia skuteczność zmobilizowanych sił. Brak doświadczenia zmobilizowanych żołnierzy służących na stanowiskach dowódczych prawdopodobnie przyczynił się do błędnych decyzji, które umożliwiły wysoce destrukcyjne ukraińskie uderzenie na rosyjską bazę w Makiejewce 1 stycznia, jak wcześniej informowało ISW.

(...)

Siły rosyjskie nadal przejmują zasoby opieki zdrowotnej i zwiększają obciążenie wojskowych i cywilnych systemów medycznych na okupowanych regionach Ukrainy. Ukraiński Sztab Generalny poinformował 21 stycznia, że ​​siły rosyjskie umieściły ponad 300 rannych żołnierzy w Szpitalu Miejskim w Starobielsku w obwodzie ługańskim. Ukraińscy urzędnicy zauważyli, że siły rosyjskie nadal obniżają priorytet leczenia ludności cywilnej, jednocześnie pogłębiając niedobory medyczne, zastępując ukraińskich lekarzy. Siły dowodzone przez Rosję próbują rekrutować, aby uzupełnić braki w personelu medycznym. Powiązany z Wagnerem kanał Telegram opublikował 21 stycznia specjalny link rekrutacyjny dla osób zainteresowanych specjalizacjami medycznymi.

understandingwar.org

sobota, 21 stycznia 2023


belsat.eu: – Kiedy pracował Pan biurze Prigożyna? Co Pan tam robił?

Marat Gabidullin: – Od września 2017 do stycznia 2018 roku. Stanowisko to nazywało się zwyczajowo „asystent do spraw taktycznych”. Przyjmowałem raporty od szefa sztabu grupy najemników w Syrii, wtedy jeszcze w końcowej fazie operacji wyzwolenia Deir ez-Zor. Nanosiłem sytuację taktyczną na mapę topograficzną. Z tą mapą jeździłem do Prigożyna zdawać raport… Potem wracałem do siebie i zajmowałem się pewnym zakresem obowiązków. Ogólnie rzecz biorąc, praca nie była zbyt intensywna. Przez większość czasu się nudziłem. Czytałem, szukałem informacji w internecie.

– Jak wyglądała praca z Prigożynem?

– To jest skomplikowany człowiek. Biuro Prigożyna to królestwo strachu. Tamtejszy personel cywilny stale znajdował się w stanie oczekiwania na „chłostę” za niepopełnione jeszcze przewinienia. Ale dotyczyło to tylko personelu cywilnego. Najemników, żołnierzy, traktował z pewnym szacunkiem. Nigdy nie byłem atakowany czy obrażany, jeśli o niego chodzi. Mógł przy mnie poprzeklinać, ale to było takie żołnierskie, akceptowalne zachowanie.

W biurze panowała niezdrowa atmosfera. I to było bardzo przytłaczające. Po czterech miesiącach odszedłem stamtąd. Czułem, że w końcu doszedłem do siebie po kontuzji. Siedzenie w biurze nie było dla mnie. Zrobili mnie starszym doradcą batalionu „Łowców ISIS” i odesłali do Syrii.  To właśnie ten okres zainspirował mnie do napisania drugiej części książki, która obecnie jest w trakcie tworzenia.

– Pojawi się druga część?

– Tak, prawie skończyliśmy przygotowywać ją do publikacji tutaj, we Francji. Pierwsza książka to jeszcze romantyczne wyobrażenia, nadzieja, że będzie lepiej. Tak, jakby wszystko było w porządku, jakbyśmy po prostu działali w ramach jakiegoś racjonalnego projektu biznesowego. W drugiej części pojawia się już zrozumienie, że nie ma racjonalnego projektu biznesowego. Jest realizacja ambicji imperialnych, które przynoszą szkodę dla naszego własnego narodu i kraju.

Prigożyn zarabia nie na realizacji projektu biznesowego. Zarabia na samym procesie. Otrzymuje i odbiera pieniądze z budżetu – i rozporządza nimi według własnego uznania.

– Jego prywatną armię finansuje rosyjski budżet?

– Tak, to od dawna nie jest tajemnicą: to wszystko są pieniądze z budżetu. Zawsze mówiłem, że Prigożyn nie jest ani właścicielem, ani sponsorem: jest nadzorcą projektu. To wszystko są pieniądze podatników. To oczywiste.

– Prigożyn pojawia się ostatnio w wiadomościach o Ukrainie niemal codziennie. Dlaczego nie piszą o Dmitriju Utkinie “Wagnerze”– założycielu grupy?

– Bo wydaje mi się, że nastąpił podział ról. Prigożyn nie zamierza nikomu oddawać swoich zdobyczy w Afryce. A nad tym regionem czuwa sam Utkin – „Wagner”. Chociaż miałem niepotwierdzone informacje, że na jakiś czas został przeniesiony do Donbasu.

Myślę jednak, że w Donbasie wszystko odbywa się bez niego. Był i pozostaje on kuratorem projektów w Afryce. Teraz bardzo trudna sytuacja panuje w Mali, gdzie oddziały Al-Kaidy przeorganizowały swoją taktykę i metody działania – wyrządzają ogromne szkody w oddziale. Ale w Mali wagnerowcy spadli do roli jakiś podrzędnych wykonawców – do odwalania najcięższej roboty.

– Czyli Utkin „Wagner” zarządza w Afryce, a Prigożyn na Ukrainie?

– Tak, Prigożyn przejął projekt na Ukrainie. To wszystko ma sens: on potrzebuje Ukrainy, potrzebuje Donbasu. Z całym jego potencjałem przemysłowym. Musi sam się tym zajmować, aby ugruntować swoją obecność w tym regionie.

– Pisał Pan, że niektóre terytoria w Syrii, bogate w złoża gazu, zostały zajęte przez najemników i upaństwowione pod warunkiem, że Grupa Wagnera otrzyma procent od wydobycia. Czy jednostki Grupy Wagnera są w pobliżu Bachmutu i Sołedaru z tych samych powodów?

– Niewątpliwie. Tym przede wszystkim interesuje się kurator projektu, Prigożyn. Pretenduje do miana „króla Donbasu”. Chce dostać w swoje ręce potencjał przemysłowy regionu. Posługuje się inteligentną taktyką na przeczekanie: wszyscy jego rywale, cała ta horda tak zwanych „bohaterów Donbasu” już się nawzajem powykańczała. Teraz nikt nie może mu się przeciwstawić, to on odgrywa największą rolę i ma najszersze możliwości.

Kim jest dla niego Puszylin (Denis Puszylin, szef władz tzw. Donieckiej Republiki Ludowej – Belsat.eu)? Jest jak okruch. Prigożyn zadepcze go i pójdzie dalej.

– Król Donbasu… Jak Pan myśli, dlaczego Grupa Wagnera od kilku miesięcy nie jest w stanie zająć Bachmutu? Co jest nie tak?

– Rzecz w bardzo silnie zmotywowanych ukraińskich siłach zbrojnych: bronią oni swojej ojczyzny. Ukraińska armia jest na znacznie wyższym poziomie, jeśli porównamy go z rokiem 2014. Mają przewagę jakościową w uzbrojeniu. Systemy artyleryjskie używane przez ukraińską armię przewyższają wszystkie krajowe (rosyjskie) modele. Dało się we znaki techniczne zacofanie rosyjskich sił zbrojnych. Okazali się niegotowi do wojny. Bo oni zawsze przygotowywali się nie do wojny, ale do kontroli. Nawet wtedy, gdy mieli możliwość zdobycia doświadczenia bojowego w Syrii, woleli najpierw wysłać tam najemników.

I jeszcze jedno: pomimo tego, że tzw. poziom profesjonalny wagnerowskich jednostek jest wychwalany pod niebiosa, w rzeczywistości w strukturze Grupy Wagnera jest bardzo mało osób, które można naprawdę uznać za profesjonalistów.

– Ich główną motywacją jest zarabianie pieniędzy?

– Tak, to jest główna motywacja, za którą stoi również wewnętrzny system dyscypliny. Jest to sprzeczne ze wszystkimi ustawami i konstytucją. Bo ta struktura zawsze działała poza normami prawnymi. Sami ustalali dla siebie własne zasady. Jeszcze w 2018 roku. I był to jeden z powodów, dla których opuściłem tę strukturę – zdałem sobie sprawę, że Grupa Wagnera zamienia się w oddział bojowych niewolników.

Jeśli rosyjskim wojskowym ustawa daje nieograniczone prawa do działania, to on odrzuca prawo i konstytucję, ogłaszając, że to wszystko liberalne bzdury. Aż do tego momentu, aż ten młot represji spadnie na niego osobiście… Tak było przez cały czas. Nawet Michaił Tuchaczewski (Marszałek Związku Radzieckiego stracony w czasie wielkiego terroru – Belsat.eu), siedząc w celi i czekając na karę śmierci, łapał się za głowę i zastanawiał się, co zrobił źle. Pewnie zapomniał jak zagazował powstańców w tambowskiej guberni… (Tuchaczewski stłumił w brutalny sposób antysowieckie powstanie w latach 1920-21 – Belsat.eu)

– Ile zarabiają „wagnerowcy”?

– Mieliśmy następujące stawki: żołnierz podczas działań bojowych zarabiał 8 tys. rubli dziennie (ok. 500 zł – belsat.eu). Czyli w miesiącu byłoby to 240 tysięcy rubli (ok. 15 tys. zł – belsat.eu), plus premie i inne wypłaty. Zakładam, że teraz na Ukrainie stawki są wyższe.

– Jakie zadania stawia przed najemnikami rosyjskie dowództwo?

– Myślę, że teraz obowiązki są tam już raczej nakreślone. Zadaniem tych wszystkich struktur – Grupy Wagnera i sił tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych jest właśnie przeforsowanie linii frontu. Mają się poświęcać, doprowadzić do wyczerpania zasobów Sił Zbrojnych Ukrainy. Myślę, że ta taktyka jest przyjęta po to, aby po osiągnięciu, jak im się wydaje, tego wyczerpania, rozpocząć nową pełnowymiarową ofensywę regularnej armii, która gromadzi siły i stoi praktycznie na drugiej linii obrony.

Nikomu ich nie żal. A komu miałoby być? Biorąc pod uwagę treści pojawiające się na kanale Telegramu Prigożyna można odnieść wrażenie, że w zasadzie nie ma tam już normalnych ochotników. Wszyscy zniknęli. Tam są sami skazańcy. On mówi tylko o skazańcach. Komu ich będzie żal?

– Czy w Grupie Wagnera i w rosyjskiej armii brakuje żywej siły?

– Tak, siły i możliwości. W tej chwili czynnik psychologiczny rosyjskiej armii nie jest na takim poziomie, by mogli oni doprowadzić tę wojnę do zwycięskiego końca. Sami już niemal otwarcie przyznali, że niewielu wojskowych chce walczyć.

– Mówił Pan, że brakuje „normalnych profesjonalistów”. Czy to znaczy, że sami zrezygnowali? Czy też zostali zabici?

– Trzy lata temu zastanawiałem się, ilu weteranów zostało. Cóż, z tych, których znam osobiście, większość odeszła do innych struktur. Z moich znajomych pozostały dwie lub trzy osoby. Kiedy mówią, że mają oddział złożony z weteranów, myślę że zaczynają określać „weteranami” tych, którzy są tam od około roku.

belsat.eu

W Bachmucie, gdzie Czajkowskiego przechodzi w Horbatowa i dalej krzyżuje się z Kosmonautów, tuż za wiaduktem kolejowym - jest niewielki skwer. Niedaleko tego miejsca Rosjanie poważnie uszkodzili linię energetyczną. Jej kable leżą na ulicy. Jak w setkach podobnych miast i przysiółków, które ostrzałami zamęczali żołnierze Władimira Putina.

W tym miejscu było bezpiecznie. Nie uderzano stale. Może dlatego elektrycy zdecydowali się na naprawę tego, co zniszczyli stacjonujący mniej więcej 2 km dalej wagnerowcy z prywatnej firmy wojskowej Jewgienija Prigożyna. Obserwacja ich poczynań była mieszaniną surrealizmu oraz podglądactwa - w scenerii apokalipsy dwóch mężczyzn na podnośniku próbowało uporządkować plątaninę kabli, jakby to miało jakikolwiek sens. W Bachmucie i tak od tygodni nie ma prądu, wody i ciepła. Ludzie ścinają pozostałe drzewa i palą nimi w nieoświetlonych mieszkaniach. Wodę czerpią z kałuż, bo pomoc humanitarna nie dociera codziennie. - Żyjemy jak zwierzęta - mówi DGP jeden z mieszkańców. Nie lepiej i nie gorzej od ukraińskich żołnierzy, którzy od tygodni budują w mieście sieć okopów i umocnień pozwalających ukryć się w błocie przed atakami artyleryjskimi.

- Gdy mocniej popada, to do naszych okopów położonych poniżej wysypiska śmieci spływają zużyte podpaski i inne brudy. Jakby próba przeżycia w błocie była zbyt mało wymagająca - mówi DGP Jurij Łucenko, były szef MSW, prokurator generalny i jeden z głównych bohaterów pomarańczowej rewolucji w 2004 r. Dziś służy w Bachmucie. Jest oficerem w stopniu starszego lejtnanta. Mówi, że mamy szczęście, bo trafiliśmy na dość spokojny dzień. W rozmowie co chwilę wtrąca jakieś zwroty po polsku. Jest zadowolony, że może porozmawiać z posłami z Polski, którzy przyjechali do Bachmutu jako pierwsi politycy z Zachodu. Zaraz po Wołodymyrze Zełenskim i Witaliju Kłyczce.

Łucenko opowiada o Rosjanach. Mówi, że każdego dnia rano do Bachmutu marszrutkami dowożą czmobików z ostatniej fali mobilizacji - gówniarzy wyrwanych z zapadłych wiosek i miast. Państwo wkłada ich do maszynki do mięsa. I miele. Z 20 wysłanych do natarcia o własnych siłach wraca kilku. O zmroku zaczynają swoją robotę wagnerowcy Prigożyna. Tu też jest podział na role. Jak w dobrze wyreżyserowanym przedstawieniu. Najpierw idą zeki (kryminaliści, którzy za półroczną służbę w CzWK Wagnera zyskują wolność - red.). Po trupach czmobików. Mają przesunąć front o kilka metrów. Dopiero później do naszych okopów próbują się wedrzeć zawodowi szturmowcy z Wagnera - opowiada Łucenko.

Jeden z żołnierzy towarzyszących Łucence opowiada o nastrojach w mieście. Niedawno ktoś doniósł o naszych pozycjach. Próbowali nas namierzać, aż w końcu ostrzelali - opowiada. Nie każdy kocha tu Ukrainę - dodaje.

Jego oddział uderza w Rosjan z czołgów T-72. Ale nie tych, które przekazała Polska, ani nie z ukraińskich, tylko z tych, które porzucili Rosjanie podczas chaotycznej ewakuacji z Charkowszczyzny we wrześniu ubiegłego roku. Ukraińcy traktują je na Donbasie jako mobilne zestawy artyleryjskie.

W bazie w jednym z miast w okolicy, na monitorze żołnierze pokazują zwiad, który prowadzą nad położonym kilka kilometrów od Bachmutu Sołedarze. Ministerstwo obrony podaje, że nasze oddziały jeszcze się tam bronią. Widzisz gdzieś tych żołnierzy? Bo ja nie - opowiada. Na monitorze Sołedar to morze gruzów. W niektórych miejscach widać dym. Przypomina to Suchą Kamjankę na granicy obwodów donieckiego i charkowskiego. Wieś została zrównana z ziemią jeszcze przed ofensywą we wrześniu. Nikt tam nie wrócił do dziś.

Do niedawna Bachmut traktowano jako miejsce do przezimowania. Wagnerowcom nie udaje się jednak zdobyć miasta, to je niszczą - opowiada jeden z żołnierzy. Poza tym chcą związać tutaj nasze siły, a uderzyć najpewniej gdzie indziej - dodaje.

Z informacji na miejscu wynika, że oprócz Sołedaru Rosjanie weszli także do położonej na południe Kliszczijiwki. Zyskali tym samym możliwość ostrzeliwania drogi dojazdowej do Bachmutu, od strony Konstantynówki, jedynego szlaku, którym można zaopatrywać miasto. Ostatnie 5 km przed pomnikiem, na którym ustawiono sowieckiego miga, to dziś ryzykowna przeprawa. Jeśli usłyszycie ostrzał, gaz do dechy i jedziecie przed siebie. Żadnego zastanawiania się - mówi nam Swiatosław Bojko, który przed wojną był wokalistą zespołu Szyrokyj Łan.

Opowiada o dronach, za pomocą których jego oddział atakuje Rosjan. Podczepiamy pod nie ładunki. Czasami to ładunek kumulacyjny, który służy do niszczenia wozów opancerzonych. Łączymy je uchwytami drukowanymi na drukarkach 3D. Wypuszczamy dwa drony. Jeden robi zwiad, drugi uderza. Dziennie zabijamy w ten sposób ok. 40 Rosjan - opowiada. Niestety w ostatnim czasie podobną taktykę pod Bachmatem stosują również wagnerowcy, którzy dostali też sprzęt do zagłuszania ukraińskich bezzałogowców. Bojko pokazuje na monitorze, jak rwie się obraz z urządzenia nad Sołedarem.

Według zastępcy gubernatora obwodu charkowskiego Romana Semenuchy od początku mobilizacji Rosjanie podwoili siły na całej linii frontu wschodniego i południowego, obejmującego część Donbasu i Zaporoża. Spodziewamy się, że na przełomie zimy i wiosny mogą być zdolni do rzucenia na front nawet 800 tys. żołnierzy. W sumie szacujemy ich zdolności mobilizacyjne na 1,5 mln - mówi DGP. Szykujemy się na najgorsze. Potrzebujemy broni i amunicji - dodaje. Mer położonego niecałe 60 km od Bachmutu Kramatorska Ołeksandr Honczarenko powtarza w zasadzie to samo. Doceniamy gest Polski i jej zaangażowanie w pomoc dla nas. Ale powiedzmy sobie szczerze, 10 leopardów sytuacji na froncie nie zmieni. Potrzebujemy ich 300, aby przechylić szalę zwycięstwa - mówi.

Ukraińcy robią wiele, aby spowolnić przygotowania Rosjan do dogrywki. Kupują czas. Ostrzeliwują Biełgorod, miasto po drugiej stronie granicy na północ od Charkowa, które jest ważnym węzłem kolejowym, dozbrajają Donbas, budują umocnienia. Rosjanie za to próbują wciągnąć Ukraińców w swoją grę, czyli jak największe wyczerpanie zasobów amunicji i żołnierzy. W Bachmucie odpowiada za to Prigożyn i jego wagnerowcy. Przy okazji biznesmen buduje wokół siebie legendę. Jeździ pod Bachmut i kilka kilometrów od skweru przy Kosmonautów nagrywa apele do Wołodymyra Zełenskiego. Jego żołnierze ostrzeliwują miasto, a on w tym czasie wygłasza tyrady o odwadze i wzywa prezydenta Ukrainy, by przyjechał na miejsce i ustalił, co jest czyje. Prigożyn w mediach społecznościowych powoli osiąga mistrzostwo. Jest rozpoznawalny, ale jest też wabikiem, który skupia tu uwagę Ukraińców. Tymczasem ofensywa może rozpocząć się zupełnie gdzie indziej.

Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ołeksij Daniłow mówi o trwających przygotowaniach do „przełomowego zrywu”. Mobilizacja i zmiany kadrowe w rosyjskim dowództwie świadczą o prawdopodobieństwie kolejnej szerokiej ofensywy w lutym lub marcu - komentował niedawno. (Putin - red.) wykorzystał już siły czeczeńskich oddziałów Kadyrowa i Grupy Wagnera, a teraz czas na regularną rosyjską armię - dodawał.

O to, skąd mogą uderzyć Rosjanie - z Donbasu czy z Białorusi - zapytałem wysokiego rangą urzędnika na Charkowszczyźnie. Nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi. Jednoznacznie dał za to do zrozumienia, że obawia się uderzenie z obydwu kierunków. Dla odwrócenia uwagi od północy i ze wschodu, aby głębiej wejść na Donbas. Nie jesteśmy nawet w połowie wojny - mówił. Dodawał, że Rosja ma zasoby, by prowadzić ją jeszcze przez długie miesiące. Nawet jeśli miałaby zdobywać jedynie całkowicie zrujnowane miasta, takie jak Sołedar czy Bachmut. Dla nich nawet to jest zyskiem - komentował.

(...)

dziennik.pl

piątek, 20 stycznia 2023


19 stycznia, w przededniu kolejnego spotkania grupy kontaktowej państw wspierających wojskowo Ukrainę (tzw. grupy Ramstein), przedstawiciele 11 krajów spotkali się w Estonii. Część z nich zapowiedziała nowe pakiety pomocy dla armii ukraińskiej, a także przedstawiła informacje o realizowanych projektach wsparcia:
  • Dania potwierdziła wcześniejsze zapowiedzi przekazania w porozumieniu z Francją 19 armatohaubic 155 mm na podwoziu samochodowym CAESAR;
  • Estonia obiecała dostawy kilkudziesięciu haubic ciągnionych 155 mm FH70 (wraz z tysiącami sztuk amunicji) i 122 mm D-30 oraz pojazdów zabezpieczenia, ponad 100 granatników przeciwpancernych Carl Gustaf M2 (z ponad tysiącem sztuk amunicji do nich), jak również szkolenie ukraińskich wojskowych. Wartość pakietu szacuje się na 113 mln euro;
  • Litwa zamierza dostarczyć dwa śmigłowce Mi-8 (w 2024 r. mają zostać zastąpione przez amerykańskie śmigłowce Black Hawk), 40 armat przeciwlotniczych Bofors L/70 oraz amunicję. Wartość sprzętu oceniła na 125 mln euro;
  • Łotwa przygotowuje do przekazania dwa śmigłowce Mi-17, kilkadziesiąt przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych Stinger, kilkadziesiąt karabinów maszynowych i analogiczną liczbę dronów. Pierwsza partia nowego uzbrojenia ma wyruszyć na Ukrainę 25 stycznia. Ryga zamierza również przeszkolić 2 tys. żołnierzy;
  • Polska zadeklarowała dostarczenie armat przeciwlotniczych 57 mm S-60 i 70 tys. nabojów do nich. Poinformowała też o przekazaniu kolejnej partii 42 bojowych wozów piechoty (BWP) wraz z pakietami szkoleniowymi dla dwóch batalionów zmechanizowanych oraz kontynuowaniu dostaw armatohaubic samobieżnych 155 mm Krab wraz z amunicją (według części źródeł na Ukrainę dotarły już wszystkie z zamówionych przez Kijów 54 dział, wcześniej Polska przekazała ich nieodpłatnie 18; w dotychczasowych działaniach zniszczonych bądź uszkodzonych zostało co najmniej 9 krabów). Warszawa wyraziła także gotowość wysłania kompanii czołgów Leopard 2 (14 pojazdów) wraz z tysiącem sztuk amunicji;
  • Czechy i Słowacja wyraziły m.in. gotowość do zwiększenia produkcji systemów artyleryjskich i amunicji do nich na potrzeby armii ukraińskiej;
  • Wielka Brytania potwierdziła deklaracje z 16 stycznia, zgodnie z którymi ma przekazać Kijowowi kompanię czołgów Challenger 2 (14 sztuk) wraz z wozami zabezpieczenia technicznego, armatohaubice samobieżne 155 mm AS90 (w pierwszej kolejności jedną ośmiodziałową baterię, a w dalszej perspektywie – kolejne dwie; wcześniej informowano o dostawach łącznie 30 AS90), około setki transporterów opancerzonych (w tym gąsienicowe FV430 Mk3 Bulldog) i samochodów o wzmocnionej ochronie przeciwminowej (MRAP), kilkadziesiąt dronów do korygowania ognia artylerii, 100 tys. pocisków artyleryjskich, „setki” rakiet naprowadzanych do wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych (GMLRS) oraz przeciwlotniczych Starstreak i AMRAAM, a także części zamienne do używanych przez armię ukraińską czołgów i BWP. Dodatkowo 19 stycznia Londyn zapowiedział przekazanie kolejnych rakiet przeciwpancernych Brimstone (w liczbie 600).
W ogłoszonym 19 stycznia nowym pakiecie amerykańskiego wsparcia wojskowego (o wartości 2,5 mld dolarów) znalazło się kolejnych 59 BWP Bradley wraz z 590 przeciwpancernymi pociskami kierowanymi TOW i 295 tys. nabojów kalibru 25 mm, 90 kołowych transporterów opancerzonych Stryker, 53 MRAP­y, 350 samochodów terenowych HMMWV, 12 wozów amunicyjnych, 22 ciągniki artyleryjskie, 8 systemów przeciwlotniczych Avenger (wyrzutnie rakiet Stinger zainstalowane na podwoziu HMMWV), 20 tys. sztuk amunicji artyleryjskiej 155 mm oraz 600 pocisków naprowadzanych tego kalibru, 95 tys. pocisków artyleryjskich 105 mm, 11,8 tys. granatów moździerzowych 120 mm, dodatkowe pociski do wyrzutni NASAMS, HIMARS i rakiety przeciwradiolokacyjne HARM, blisko 2 tys. przeciwpancernych pocisków kierowanych i 3 mln sztuk amunicji do broni strzeleckiej. Wcześniej Amerykanie zapowiedzieli, że nie przekażą Ukrainie czołgów Abrams. USA w porozumieniu z Izraelem rozpoczęły dostawy składowanej w tym kraju amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm (według „The New York Times” łącznie 300 tys. nabojów). Mają także sprowadzać amunicję z baz w Korei Południowej.

Szwecja zamierza dostarczyć 50 BWP CV90, niesprecyzowaną liczbę armatohaubic 155 mm na podwoziu samochodowym Archer (wcześniej pojawiały się informacje o 12 sztukach) oraz wyrzutnie przeciwpancernych pocisków kierowanych NLAW. Szkolenie ukraińskich załóg ma zająć kilka miesięcy. Kanada zamierza wysłać kolejne 200 samochodów opancerzonych Roshel Senator (wcześniej Kijów otrzymał ich 90), a wartość pakietu oceniono na 420 mln dolarów. Deklarację dołączenia do amerykańskich i niemieckich dostaw systemów obrony powietrznej Patriot zgłosiła Holandia. Według strony ukraińskiej ma ona przekazać trzecią baterię tego typu. Amsterdam zgłosił również gotowość do współfinansowania dostaw czołgów Leopard. Finlandia zapowiedziała dostarczenie nowego pakietu sprzętu wojskowego o szacowanej wartości 400 mln euro. Jego składu nie podano do wiadomości publicznej, lecz wiadomo, że znajdzie się w nim uzbrojenie ciężkie i amunicja. Jak dotąd Helsinki udzieliły Kijowowi pomocy wojskowej wartej 190 mln euro. 16 stycznia Słowacja przekazała napadniętemu państwu ósmą, ostatnią z zamówionych przez Bratysławę haubic samobieżnych 155 mm Zuzana 2. KONŠTRUKTA – Defence ma przygotować dla armii ukraińskiej kolejnych 16 dział tego typu, a ich produkcję sfinansują wspólnie Dania, Niemcy i Norwegia.

20 stycznia RFN potwierdziła zapowiedzi z ostatnich tygodni i miesięcy dotyczące dostaw 40 bojowych wozów piechoty Marder, jednej baterii systemu obrony powietrznej średniego zasięgu Patriot, siedmiu artyleryjskich systemów obrony przeciwlotniczej Gepard (do tej pory dostarczono 30 sztuk) oraz kolejnego systemu obrony powietrznej krótkiego zasięgu IRIS-T wraz z pociskami. Nowy niemiecki minister obrony potwierdził, że na spotkaniu w Ramstein rozmawiano o dostawach czołgów Leopard, ale nie podjęto żadnych decyzji.

Siły rosyjskie przełamały obronę przeciwnika w rejonie Kliszczijiwki i wyszły na zachodnie obrzeża Bachmutu, gdzie zostały powstrzymane w okolicach Iwaniwśke. Walki trwają także w granicach miasta i na jego północnych obrzeżach – o miejscowości u wylotu dróg z Bachmutu do Siewierska i Słowiańska (Krasna Hora, Paraskowijiwka). Jednostki agresora przekroczyły też kanał Doniec–Donbas i ponawiają ataki na pozycje obrońców na wschód od Konstantynówki (Ołeksandro-Szultyne, Dylijiwka). Podejmowały również kolejne próby natarcia na południe i wschód od Siewierska, na zachód od Gorłówki, w rejonie Awdijiwki oraz w szerokim łuku na zachód od Doniecka. Ponadto wznowili ataki na pozycje przeciwnika w zachodniej części obwodu donieckiego (Nowosiłka) i na dwóch kierunkach w obwodzie zaporoskim, gdzie do najpoważniejszych starć doszło w okolicach Orichiwa (Mała Tokmaczka). Na kierunku Kreminnej oraz w zachodniej części obwodu donieckiego próby natarcia miały także podejmować siły ukraińskie.

(...)

20 stycznia brytyjski wywiad wojskowy ocenił, że prywatna firma wojskowa Wagner zaangażowała do wojny z Ukrainą ok. 50 tys. „ochotników” i tym samym stała się kluczowym elementem operacji. W ostatnim czasie obserwuje się stopniową legalizację działalności „grupy Wagnera”. 27 grudnia 2022 r. w rosyjskim rejestrze podmiotów gospodarczych pojawiła się informacja, że została ona oficjalnie zarejestrowana jako osoba prawna, a jej głównym polem aktywności jest „doradztwo w zakresie zarządzania”. Ma to prawdopodobnie na celu maksymalizację zysków handlowych i dalszą legitymizację organizacji, odgrywającej istotną rolę w realizowaniu zadań związanych zarówno z kwestiami wojskowymi, jak i zapewnieniem bezpieczeństwa interesów FR poza granicami kraju.

Według danych ukraińskiej służby granicznej na Białorusi znajduje się 11 tys. rosyjskich wojskowych. Liczba ta zmienia się z dnia na dzień ze względu na trwającą rotację jednostek, które po zakończeniu szkolenia są kierowane w rejon Donbasu. W połowie stycznia z lotnisk w Woroneżu i Kursku skierowano na Białoruś sześć bombowców Su-34 i dwa myśliwce wielozadaniowe Su-30SM. Ogólna liczba rosyjskich samolotów i śmigłowców na terytorium tego kraju wynosi obecnie ok. 50. Większość z nich rozmieszczona jest na dwóch lotniskach – Maczuliszczy w obwodzie mińskim i Baranowicze w obwodzie brzeskim.

(...)

19 stycznia w Mińsku doszło do spotkania ministra sprawa zagranicznych FR Siergieja Ławrowa z Alaksandrem Łukaszenką. Ten ostatni oświadczył, że Moskwa nie powinna wątpić we wsparcie Mińska w kwestiach bezpieczeństwa i że Białoruś zapewni funkcjonowanie wojskom rosyjskim na swoim terytorium. Zwrócił też uwagę, że postawa Ukrainy (Kijów unika prowokacji wymierzonych w Białoruś) „miło go zaskakuje”. Ławrow zapowiedział, że wzmacnianie struktur wojskowych NATO u granic obu państw nie pozostanie bez reakcji Moskwy i Mińska, a obie stolice zajmują wspólne stanowisko w kwestii tego, jakie cele należy osiągnąć w trakcie rosyjskiej specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie. Podkreślił również znaczenie dwustronnej współpracy wojskowo-technicznej i poinformował, że podpisał ze swoim białoruskim odpowiednikiem Siarhiejem Alejnikiem memorandum w sprawie wzmocnienia bezpieczeństwa biologicznego. Strony mają podjąć kroki na rzecz redukowania zagrożeń w tym obszarze wynikających z działalności resortów wojskowych państw trzecich.

Komentarz

Ogłoszone jeszcze przed zaplanowanym na 20 stycznia kolejnym spotkaniem tzw. grupy Ramstein zapowiedzi dostaw na Ukrainę ciężkiego uzbrojenia stanowią znaczące wyjście naprzeciw potrzebom jej armii. Łącznie z poprzednim pakietem wsparcia, przedstawionym przez Waszyngton 6 stycznia (m.in. 50 BWP, 100 transporterów gąsienicowych i 18 haubic samobieżnych), Kijów otrzyma w najbliższych tygodniach i/lub miesiącach uzbrojenie i sprzęt wojskowy pozwalający mu w pełni wyposażyć co najmniej cztery bataliony zmechanizowane na BWP (łącznie 200 pojazdów z USA, Szwecji i Niemiec), pięć batalionów na transporterach opancerzonych (ok. 250 maszyn z USA i Wielkiej Brytanii) i pięć dywizjonów artylerii (ponad 100 haubic kalibru 155 mm z Danii, Estonii, Szwecji, USA i Wielkiej Brytanii) z pozostawieniem rezerwy sprzętowej.

Do pełnego przezbrojenia w standardzie zachodnim dwóch lub trzech brygad ogólnowojskowych armii ukraińskiej brakuje wyposażenia dla batalionów czołgów. Realizacja deklaracji Londynu i Warszawy o gotowości do wysłania odpowiednio czołgów Challenger i Leopard pozwoliłaby na wystawienie łącznie zaledwie dwóch kompanii. Ewentualna zapowiedź Paryża dotycząca przekazania czołgów Leclerc, co strona francuska rozważa, również nie obejmie więcej niż kompanii. W przypadku leopardów Berlin wciąż blokuje wydawanie pozwoleń na ich dostawy przez inne kraje, a także nie chce dostarczać czołgów z zasobów Bundeswehry i niemieckiego przemysłu, choć nie wyklucza tego w przyszłości.

Zapowiedziane dostawy zmniejszają niedobór ciężkiego uzbrojenia w armii ukraińskiej, ale wciąż są niestarczające. W połowie grudnia braki w tym zakresie szacowano w Kijowie na 300 czołgów, 600–700 BWP i 500 haubic, lecz z początkiem stycznia nastąpiła intensyfikacja rosyjskich działań zaczepnych w Donbasie, skutkująca – co przyznają źródła ukraińskie – dużymi stratami wśród obrońców. Kwestią otwartą pozostaje, jak dalece zwiększą się potrzeby sprzętowe Kijowa do końca lutego, kiedy to do napadniętego kraju zaczną najprawdopodobniej docierać pierwsze egzemplarze nowego uzbrojenia.

Postawa Łukaszenki podczas rozmów z Ławrowem potwierdza, że Białoruś będzie nadal wspierała rosyjską aktywność wojskową na swoim terytorium. Zwraca uwagę, że obie strony położyły nacisk przede wszystkim na wzrost rzekomego zagrożenia ze strony NATO, a dopiero na drugim miejscu znalazły się sprawy związane z „operacją specjalną” na Ukrainie. Wypowiedź Łukaszenki, że Kijów nie prowokuje Białorusi, wskazuje, że reżim w Mińsku zamierza unikać bezpośredniego zaangażowania własnej armii w walki na froncie. Z drugiej strony wciąż będzie zapewniał wsparcie siłom rosyjskim – nie tylko poprzez udostępnianie własnych obiektów wojskowych czy rezerw materiałowych, lecz także intensyfikowanie współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami zbrojeniowymi.

osw.waw.pl

Łukasz Dynowski: W styczniu 2022 roku w Genewie odbyło się spotkanie dyplomatów USA i Rosji. Rosjanie zaproponowali na nim, żeby wojska NATO wycofały się z państw, które przyłączyły się do Sojuszu po 1997 roku, a więc m.in. z Polski. Podczas tego spotkania pełnił pan rolę doradcy strony rosyjskiej i sam był zaskoczony tym, co delegacja przywiozła z Moskwy.

Boris Bondariew, w latach 2002-2022 pracował w MSZ Rosji, ostatnio jako doradca rosyjskiej stałej misji przy ONZ w Genewie. Odszedł w proteście przeciwko inwazji na Ukrainę: Kiedy zapoznawałem się z naszą propozycją, stało się dla mnie jasne, że ktoś, kto ją sporządził, ma bardzo specyficzny sposób postrzegania NATO, Stanów Zjednoczonych, w ogóle całego Zachodu. To stanowisko było po prostu z gruntu nieprofesjonalne. Czysta fantazja. Od początku było jasne, że jest nie do zaakceptowania. Ale byłem też zaskoczony postawą USA.

Dlaczego?

Amerykanie stwierdzili, że nie mogą się na to zgodzić, ale że w przedłożonym dokumencie są też punkty, o których można dyskutować. Byli gotowi negocjować.

W jakich sprawach?

To były kwestie dotyczące transparentności, środków budowy zaufania. Nie były to żadne z głównych punktów, raczej rzeczy, które były już omawiane przez USA i Rosję w ramach dialogu dotyczącego strategicznej stabilności.

I co na to Rosjanie?

Odparli, że to nie jest menu w restauracji, z którego można sobie wybrać coś, co się lubi, a innych rzeczy nie jeść. To było ultimatum – albo się na to zgadzacie, albo nie.

Amerykanie oczywiście się nie zgodzili.

I w efekcie spotkanie było bezowocne. Amerykanie byli bardzo zawiedzeni, bo przecież lecieli do Genewy przez ocean, spędzili 12 godzin w samolocie tylko po to, żeby się dowiedzieć, że negocjacje nie wchodzą w grę. Moskwa chciała chyba jedynie sprawić pozór, że jest gotowa negocjować, potem obrócić wszystko przeciwko Zachodowi. I stwierdzić, że to oni nie chcą negocjować, więc to wszystko tak naprawdę ich wina.

Nieco ponad miesiąc później Rosja napadła na Ukrainę. Pana reakcją na inwazję była rezygnacja ze stanowiska doradcy Rosji w stałej misji przy ONZ w Genewie.

Kiedy nastąpiła inwazja, wiedziałem, że to jest moment, w którym trzeba zdecydować, co robić dalej. Czy się przystosować do tej sytuacji, powiedzieć sobie "cóż ja mogę zrobić" i nadal pracować, czy uznać jednak, że miarka się przebrała i nie mogę już tego dłużej tolerować? To był czas na decyzję moralną. Każdy jakąś podjął.

Formalnie ustąpił pan jednak dopiero w maju, nie w lutym.

Potrzebny był czas, żeby się zastanowić, jak to zrobić, jak ten moralny wybór wdrożyć w życie. Wydać jakieś oświadczenie czy zrobić to po cichu? Musiałem też pomyśleć o możliwych konsekwencjach.

W wydanym oświadczeniu napisał pan, że "nie może dłużej uczestniczyć w tej krwawej, bezsensownej i absolutnie niepotrzebnej hańbie". Czy ktoś z Kremla się z panem kontaktował?

Nie.

Jest pan jedynym rosyjskim dyplomatą, który głośno potępił rosyjską agresję i zrezygnował ze stanowiska. Ale takich, którzy zrezygnowali po cichu, jest według pana więcej. Twierdzi pan, że z MSZ w Moskwie mogło odejść ich nawet 30.

Zaznaczam, że to moje szacunki, nie twarda liczba. Ale bazując na tym, co słyszałem od osób, które znam osobiście, a także na nastrojach, jakie panują w ministerstwie i w moim byłym miejscu pracy w Genewie, oszacowałem, że z ministerstwa odeszło ok. 20-30 osób. Może było ich mniej, może więcej. W każdym razie to nie jest dużo. W departamentach MSZ w Moskwie pracuje ok. 3,5 tys. ludzi, do tego dochodzi ok. 7-8 tys. pracowników na misjach zagranicznych.

Mówimy o ludziach, którzy odeszli. A ci, którzy zostali? Zna pan dyplomatów nadal pracujących dla Kremla?

Mnóstwo osób.

I co mówią w prywatnych rozmowach?

Wielu z nich jest niezadowolonych, uważają, że ta wojna to błąd. Ale dalej pracują – z bardzo różnych powodów. Niektórzy mają dzieci, o które muszą zadbać, albo rodziców, których muszą utrzymać. Dyplomaci w Moskwie bardzo dobrze zarabiają i znalezienie pracy równie dobrze płatnej nie byłoby łatwe.

Poza tym dzisiaj ogólnie trudniej jest zrezygnować. Znam ludzi, którzy w lutym czy w marcu – zrobili to bez żadnych problemów. Opowiadali, że kiedy składali rezygnację, pracownicy w dziale kadr patrzyli na nich ze zrozumieniem. Nie było żadnych pytań. Dzisiaj jest inaczej – pytania już są.

Skąd ta zmiana?

Na początku wszyscy myśleli, że wojna skończy się w ciągu kilku tygodni i sytuacja wróci do normy. Tymczasem końca wojny nie widać. Ci, którzy zrezygnowali, mogą być teraz postrzegani jako nielojalni. Jako osoby, które mają wątpliwości, pytania i kto wie – może nawet myślą o dołączeniu do opozycji.

W rosyjskim społeczeństwie poziom wzajemnego zaufania jest bardzo niski. Ludzie wiedzą, że nawet jak czemuś się sprzeciwią, to nikt ich w tym nie poprze, choćby miał takie same poglądy. Osoba, która zdecyduje się na sprzeciw, będzie osamotniona. I to ona będzie miała problemy.

Może mogą się nawet wspólnie naradzać, razem planować protest, ale każda z tych osób w którymś momencie pomyśli: "Może tylko chcą mnie sprowokować, żebym to zrobił? Może przyjdę na protest, ale nie przyjdzie nikt inny?". Ten wzajemny brak zaufania bardzo pomaga Putinowi.

To nowe zjawisko w rosyjskim społeczeństwie? Czy przed wojną było tak samo?

Tak było już w ZSRR. Ale za Putina jeszcze się nasiliło. On wie, że jak ludzie sobie nie ufają, to bardzo łatwo nimi manipulować. Niektórzy się dziwią, dlaczego w Rosji nie ma protestów. Po pierwsze dlatego, że wszyscy liderzy opozycji żyją na wygnaniu, w więzieniu albo są martwi. Po drugie dlatego, że ludzie nie są w stanie się zorganizować. Putin systematycznie zwalczał wszystkie próby budowania wzajemnego zaufania w społeczeństwie.

Podam przykład – w 2010 roku w Rosji doszło do serii pożarów lasów. Wielu ludzi zgłosiło się wtedy jako wolontariusze, żeby pomagać w walce z żywiołem. Zaraz jednak cały ten ruch wolontariuszy, złożony z wielu małych grup, został przekształcony w jedną dużą organizację. I wtedy umarł. Z prostej przyczyny – był postrzegany przez rząd jako zagrożenie. Na Kremlu widzą to tak – dzisiaj ludzie się organizują, żeby pomagać jako ochotnicy przy pożarach, a jutro zajmą się polityką.

Wspomniał pan, że końca wojny nie widać mimo wielkich nakładów ze strony Zachodu, który pomaga Ukrainie. Pana zdaniem państwa zachodnie dalej unikają eskalacji z Rosją?

Oczywiście.

To błąd?

Błędem jest mówić o tym głośno. Nikt, rzecz jasna, nie chce, żeby doszło do wojny nuklearnej. Putin, moim zdaniem, też nie. Ale kiedy mówi się głośno, że nie chce się eskalacji, to daje się przeciwnikowi przewagę.

Starożytny chiński myśliciel Sun Zi mówił, że jeśli jesteś słaby, to podczas wojny musisz pokazać swojemu rywalowi, że jesteś silny. A jeśli jesteś silny, to musisz pokazać, że jesteś słaby.

Oczywiście państwom zachodnim trudniej grać w tę grę, bo są inaczej zbudowane. Na Zachodzie wszystko jest dużo bardziej transparentne, procesy polityczne są otwarte, nie można ukryć swoich ruchów, tak jak Putin może to robić w Rosji. Niemniej uważam, że ta retoryka unikania eskalacji powinna zostać wyciszona.

To jak rozmawiać z Putinem?

Z pozycji siły. Na pewno nie z pozycji pacyfizmu i umiłowania pokoju.

Kiedy w listopadzie w polskiej wsi Przewodowo spadła rakieta…

…to wszyscy na Zachodzie bardzo szybko uznali, że to nie mogła być rosyjska rakieta, musiała być ukraińska. Że to nie mógł być Putin. A kto wam tak powiedział?

Strony polska, amerykańska i NATO twierdzą, że cały materiał dowodowy wskazuje na to, że rakieta została wystrzelona przez ukraińską obronę przeciwlotniczą w odpowiedzi na zmasowany atak Rosji.

Tylko że jak Putin naprawdę wystrzeli rakietę w kierunku Warszawy, to wszyscy też powiedzą, że to nie mógł być on. I to jest właśnie ten lęk przed eskalacją. Powtarzam – nie pokazujcie, że się boicie.

Jak pokazujecie, to wysyłacie Putinowi sygnał, że nie jesteście gotowi się bronić. A jak w Ukrainie zacznie mu iść naprawdę źle, to może się zdecydować na działania asymetryczne i wtedy może zaatakować inny kraj. Może jakieś państwo bałtyckie. Może Polskę. Może wystrzelić kilka rakiet i zawsze powiedzieć, że to przez przypadek, że to wynik jakiejś usterki. A tak naprawdę będzie wtedy myśleć: "Zobaczymy, co zrobią".

Polska powinna się w tej chwili obawiać Rosji?

Nie sądzę, abyście musieli się teraz bać inwazji ze strony Rosji. Ale myślę, że powinniście uważać na różnego rodzaju prowokacje, włącznie z atakami terrorystycznymi.

Obecnie chyba już mało kto sądzi, że Rosjanie – po stratach, jakie ponieśli w Ukrainie – byliby w stanie zaatakować kolejny kraj. Pan w trakcie swojej kariery w MSZ pracował m.in. w departamencie zajmującym się takimi kwestiami jak kontrola zbrojeń i nierozprzestrzenianie broni nuklearnej. Z bliska widział pan, jak negatywnie odbijają się na rosyjskiej armii sankcje nałożone przez Zachód po aneksji Krymu w 2014 roku. Co w dziewięć lat po tej aneksji można powiedzieć o armii Putina?

Wojsko jest źle wyposażone, źle zorganizowane, a żołnierze nie mają motywacji. Armia musi używać najemników i więźniów. Sposoby walki Rosji nie zmieniły się od początków II wojny światowej. Myślę, że rosyjscy generałowie nie spodziewali się, że czeka ich prawdziwa wojna.

Ta armia nie jest tak groźna, jak wszyscy myśleli, ale z drugiej strony ma nadal duże rezerwy, choćby w ludziach. Mobilizacja była dość ograniczona, ale uważam, że jeszcze zostanie rozszerzona.

Rosjanie mogą ściągnąć na wojnę nawet milion osób. Oczywiście dalej będą źle wyposażeni, ale milion to milion. Pomimo wszystkich problemów rosyjskie wojsko się przesuwa, próbuje zajmować kolejne miejscowości w Donbasie.

A Putin jest w stanie poświęcić tylu Rosjan, ilu będzie trzeba. Przynajmniej do czasu, kiedy rosyjskie społeczeństwo będzie mu na to pozwalać. Pozostaje mieć nadzieję, że Rosjanie w końcu powiedzą "dość". Do tego czasu radziłbym jednak nie lekceważyć rosyjskiej armii.

Armii, która – podkreślmy – posiada największą na świecie liczbę głowic jądrowych.

Żeby użyć bomby atomowej, Putin musiałby mieć zgodę ministerstwa obrony i naczelnego dowództwa armii.

Dostałby ją? Wielu ekspertów twierdzi, że nawet jakby Putin chciał użyć broni atomowej, to jego otoczenie mu na to nie pozwoli.

Cóż, ja bym za bardzo nie polegał na rosyjskich urzędnikach i na ich umiejętności niezależnego myślenia. Pamiętajmy, że niemal nikt w otoczeniu Putina nie popierał tej wojny.

Cieszyli się może tylko najbardziej twardogłowi, jak Nikołaj Patruszew i inni KGB-iści. Oni wzrastali w poczuciu nienawiści do USA i Zachodu. Inni wojny nie popierali, ale to przecież Putina nie powstrzymało. Nie pytał ich o zdanie.

Gdyby postanowił, że czas zrzucić bombę atomową na Kijów lub jakiekolwiek inne ukraińskie miasto, to nie wiem, czy w całym łańcuchu dowodzenia znalazłaby się choć jedna osoba, która nie byłaby gotowa nacisnąć czerwonego guzika. Jestem na 90 proc. pewien, że każdy poparłaby jego decyzję.

A potem zachowywaliby się jak niemieccy generałowie, którzy mówili: "Führer nam kazał, to nie nasza decyzja, wińcie jego, nie nas". Tak to działa, tak wygląda niechęć do brania odpowiedzialności.

Czyli pana zdaniem ryzyko rośnie pomimo tego, że Zachód unika eskalacji?

Powtarzam – ta polityka braku eskalacji doprowadzi nas do punktu, w którym Putin będzie musiał użyć broni nuklearnej. Krzyknie: "Zróbcie to i to, bo inaczej sięgnę po bombę atomową", a wtedy wszyscy powiedzą: "Ok, nie chcemy eskalacji, może więc dajmy Putinowi to, czego chce".

Wtedy poczuje się mocny i zaraz powie, że chce czegoś jeszcze. I znowu mu to dacie. A on będzie wymyślał dalej – może uzna na przykład, że Polska powinna się znowu stać Królestwem Polskim wchodzącym w skład Cesarstwa Rosyjskiego, jak to było w XIX wieku. I co wtedy? Zgodzicie się czy odmówicie?

Pytanie retoryczne.

A co, jak powie, że użyje broni jądrowej? Może nadejdzie taki moment, że będzie musiał jej użyć – właśnie po to, żeby pokazać, że jego groźby są prawdziwe. Z nim trzeba rozmawiać tak, żeby się zastanowił dwa razy nad tym, co zamierza zrobić.

Jak mówi, że zrzuci bombę atomową, to trzeba mu odpowiedzieć: "To zrzuć, my wtedy zrzucimy swoją". Wy, Polacy, wiecie dobrze ze swojej historii, że Rosję można pokonać.

A czy można pokonać Putina? Czy będzie rządził Rosją do śmierci?

Myślę, że będzie rządził do śmierci, pytanie tylko, kiedy to nastąpi. Nie wierzę w żadne przekazanie władzy w Rosji.

Ludzie się nie zbuntują? Nie będą mieli dość efektów sankcji gospodarczych?

Pogorszenie gospodarcze to jest coś, co trwa od wielu lat. Dla Rosjan to żadne zaskoczenie – oni są przyzwyczajeni do życia w bardzo trudnych warunkach. Zwłaszcza na prowincji, czyli w tych regionach, z których Putin werbuje żołnierzy.

Jeśli więc ktoś myśli, że sankcje ekonomiczne sprawią, że ludzie odwrócą się od Putina, to nie jest to do końca prawda.

Co zatem sprawi, że się odwrócą?

Rosjanie muszą zrozumieć, że to, co się teraz dzieje, to jest wojna, i że to wojna przegrana. Putin musi zostać wyparty z Donbasu, z Krymu, z całej Ukrainy. Kiedy to się stanie, ludzie zaczną zadawać pytania, a Putin straci swój autorytet pośród elit, które stworzył.

Myślę, że już teraz elity są do niego sceptycznie nastawione, ale wciąż się go boją. Muszą zrozumieć, że Putin ciągnie je na dno. Już stracili swoje aktywa, pieniądze, perspektywę życia na Zachodzie. A co dostali w zamian? Kraj, który staje się wielką Koreą Północną.

Jak ludzie to zrozumieją, to może część z nich nabierze odwagi, by coś zrobić. To jedyna szansa na odsunięcie Putina od władzy. Rosjanie muszą zacząć go postrzegać jako przegranego. Nie zadziała to jednak, jeśli Zachód pozwoli mu osiągnąć zwycięstwo – a jako zwycięstwo Putin może przedstawić właściwie wszystko.

Może na przykład powiedzieć, że nie zdobyliśmy żadnych terytoriów, ale zabezpieczyliśmy Krym i Donbas i to jest wielki triumf. Może powiedzieć, że zdobyliśmy co prawda tylko jedną wioskę w Ukrainie, ale to też wielki triumf.

Gdy nie będzie miał niczego do sprzedania jako zwycięstwa, ludzie zrozumieją, że jest słaby.

I co dalej? Nie bardzo widać alternatywę dla Putina. Bo jak nie on, to kto? Miedwiediew? Raz już tak było.

Nie, na pewno nie Miedwiediew. On nie ma żadnych szans. Wszyscy go postrzegają jako żart, jako bardzo złego polityka, który nie reprezentuje sobą za grosz profesjonalizmu.

Jest tak postrzegany nawet w Rosji?

Przede wszystkim w Rosji. Wszyscy się z niego śmieją. To nieszczęśliwy człowiek z ewidentnymi problemami zdrowotnymi. Nie ma szans. Jeśli Rosja przegra wojnę, wymiana Putina na kogoś równie lub bardziej radykalnego nie będzie w ogóle opcją.

Dlaczego? Część komentujących wskazuje, że jak Putin zostanie pokonany i nie będzie już rządził, to na jego miejsce może przyjść ktoś jeszcze gorszy.

Rosjanie będą wiedzieli, że nic im to nie da. Nawet jakby to był najbardziej radykalny człowiek z otoczenia Putina, grożący Zachodowi bombą atomową, żądający wycofania sankcji i powrotu do normalności – ludzie będą wiedzieć, że to na nic, że tylko zaostrzy konflikt.

Putina może zastąpić wyłącznie ktoś, kto mógłby zaoferować wyjście z tej sytuacji, kto obarczyłby go winą za wszystkie jego błędy i zbrodnie.

Po jego upadku byłaby oczywiście walka o władzę, ale ta walka rozsadzi ten reżim. Najbardziej inteligentni ludzie będą prosić Zachód o pomoc. Byłaby to naturalnie pomoc w zamian za coś – np. demokratyzację. Można oczywiście wypchnąć Putina z Ukrainy i dalej izolować Rosję, żeby się gotowała we własnym sosie, ale to nie jest rozwiązanie.

Bo jeśli Putin i jego reżim dalej będzie rządzić, to zawsze będą stanowić zagrożenie – dalej będą ogromnym źródłem destabilizacji w Europie i Azji. Będą grozić bombą atomową i sprzedażą broni atomowej komukolwiek, kto za nią zapłaci. Jeśli Zachód jest w tej wojnie, to musi w niej być do końca i usunąć Putina.

Twierdzi pan, że Zachód już raz popełnił błąd wobec Rosji – w latach 90. Mógłby pan rozwinąć tę myśl?

Zachód był bardzo naiwny po upadku ZSRR. Założył, że skoro komunizm upadł - i skoro ludzie byli nim rozczarowani, to zbudują demokrację. Sami. Nie wzięto tylko uwagę, że obywatele ZSRR nie mieli żadnego doświadczenia w jej budowaniu.

Zamiast im pomóc, zapewnić ekspertyzę, doradztwo i fundusze, Zachód zostawił wszystko w rękach Borysa Jelcyna. A ten powiedział, że jest demokratą, więc skoro będzie u władzy, to będzie rządzić demokracja. To był błąd. Wierzę, że prezydent Jelcyn – przynajmniej na początku – był szczery, naprawdę chciał coś zrobić.

W trakcie prezydentury musiał jednak wiele poświęcić, żeby utrzymać władzę. To on stworzył oligarchów. On dokonał prywatyzacji, w wyniku której 90 proc. własności jest teraz w rękach mniej niż 1 proc. populacji. Przy takiej strukturze ekonomicznej demokracja nie jest możliwa.

Możliwa jest tylko dyktatura i rządy oligarchów. Wolne wybory nie są teraz możliwe. Ten 1 proc. musi mieć kogoś, kto będzie ich chronił przed pozostałymi 99 proc., które nie mają nic. Chodzi więc nie tylko o budowę demokracji, ale też restrukturyzację gospodarki.

Myślę, że to, co Zachód powinien był zrobić w latach 90., to ustalenie jakiegoś planu Marshalla dla wszystkich postsowieckich republik. To byłoby oczywiście kosztowne, ale bardzo pomocne, ułatwiłoby ludziom przejście na gospodarkę rynkową, sprawiłoby, że ten proces nie byłby tak tragiczny.

Ci ludzie 31 grudnia 1991 roku zaliczali się do klasy średniej, a 1 stycznia 1992 roku – z powodu olbrzymiej inflacji – zaczęli żyć w ubóstwie. Stracili wszystko.

Dlatego słowo "demokracja" zaczęło się w Rosji bardzo negatywnie kojarzyć. Tak samo było w Iraku czy Libii – Zachód stwierdził, że zbombarduje Libię, a oni sobie zrobią demokrację. To naiwne, rzekłbym – zbrodniczo naiwne.

Czy naprawdę pan sądzi, że po tym wszystkim, co Putin zrobił w Ukrainie, Zachód będzie skłonny pomóc Rosji, tyle że tym razem skutecznie?

Po II wojnie światowej nikt nie lubił Niemców. Ale zwyciężył rozsądek. Uznano, że trzeba pomóc przekształcić Niemcy w normalny kraj. To był wielki sukces.

Nie zapominajmy, że XXI wiek to wiek strategicznej rywalizacji pomiędzy USA a Chinami. Rosjanie nie lubią Chińczyków. Nie chcą być ich wasalami ani mniejszymi braćmi. Nie chcą się znaleźć pod chińskim wpływem.

Normalni ludzie w Rosji są prozachodni. Nie mówię, żeby przyjmować zaraz Rosję do NATO czy UE, ale Rosja, która jest otwarta na Zachód i zachodnie biznesy, mogłaby przynieść Zachodowi pożytek.

A jeśli Zachód odrzuci Rosję, to Rosja będzie musiała się zwrócić w stronę Chin, Indii i Korei Północnej.

wp.pl

czwartek, 19 stycznia 2023


Wiadomość, że liczba niemieckich żołnierzy odmawiających służby z powodu konfliktu sumienia wzrosła pięciokrotnie od inwazji Rosji na Ukrainę, wywołała w Niemczech jedynie lekkie poruszenie. Nic dziwnego, bo Niemcy wciąż upajają się swoim pacyfizmem i powołują na "mroczną przeszłość", by unikać angażowania w wielkie zbrojenia, a ostatnio, by hamować wojenne wsparcie dla Ukrainy. Dlatego wciąż nie wiadomo czy zgodzą się na dostawę czołgów Leopard 2 na front, a jeśli już to nie wiadomo kiedy oraz jak wiele czołgów do Ukrainy pojedzie.

Dla wielu Niemców to zupełnie naturalne, że członkowie Bundeswehry nie dotrzymują przyrzeczenia, że będą bronić swojego kraju — jeśli sami Niemcy nie chcą walczyć, to dlaczego ich żołnierze mieliby to robić?

W istocie, w Niemczech żołnierz nie jest żołnierzem, lecz "obywatelem w mundurze". To trafny eufemizm dla społeczeństwa, które przez ponad siedem dekad żyło wygodnie pod amerykańskim parasolem bezpieczeństwa. W znacznym stopniu też wyjaśnia, jak Niemcy stały się problemem NATO od czasu rozpoczęcia wojny w Ukrainie, opóźniając i udaremniając zachodnie wysiłki, aby zapewnić Ukraińcom broń, której potrzebuje, aby bronić się przed niesprowokowaną rosyjską napaścią.

Najnowsza odsłona tej sagi rozpoczęła się zaledwie kilka godzin po lutowej inwazji, gdy niemiecki minister finansów powiedział ambasadorowi Ukrainy, że nie ma sensu wysyłać pomocy, bo jego kraj i tak przetrwa tylko kilka godzin. Kwestia obecnie dotyczy sporu o dostarczeniu Ukrainie potężnych czołgów bojowych.

Niemcy, jeden z największych obok USA producentów takich pojazdów, od miesięcy stanowczo odmawiają dostaw, argumentując, że dostarczenie Ukrainie zachodnich czołgów może wywołać rozszerzenie wojny.

Kanclerz Olaf Scholz próbował też zasłaniać się Stanami Zjednoczonymi, argumentując, że Waszyngton również nie wysłał żadnych czołgów. Wygodnie przy tym zignorował szczegół, że USA przekazały Ukrainie do tej pory 25 mld dolarów pomocy wojskowej, czyli ponad 10 razy więcej niż Niemcy.

Sojusznicy Niemiec, w tym Waszyngton, często przypisują niemiecki opór pacyfizmowi zrodzonemu z lekcji wyciągniętych z "mrocznej przeszłości". Innymi słowy, niemiecka strategia — nie robić nic, obwiniać nazistów — działa.

Oczywiście to nie sumienie Niemiec kieruje ich polityką zagraniczną, tylko ich korporacje.

Podczas gdy Niemcy wstrzymują się od wspierania Ukrainy w jej walce o obronę demokracji przed inwazją tyrana, Berlin nie ma skrupułów, by sprzedawać broń autorytarnym reżimom, jak na przykład na Bliskim Wschodzie, gdzie prowadzą prężne interesy z takimi krajami jak Egipt czy Katar.

Pomimo wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku, Berlin wciąż ma nadzieję, że Ukraina może jakoś naprawić sytuację z Rosją, aby Niemcy mogły wznowić działalność i ponownie zobaczyć, jak odkręca się kurek z gazem. Nawet jeśli Niemcy w końcu wyślą do Ukrainy czołgi — jak wielu teraz przewiduje — to dostarczą ich tak mało, jak tylko będzie to możliwe, i tylko po wyczerpaniu wszystkich możliwych opcji opóźniania.

W ostatnich latach wiele uwagi poświęca się Nord Stream 2, nieudanemu rosyjsko-niemieckiemu projektowi transportu gazu ziemnego. Jednak napięcia między USA a Niemcami związane z uwikłaniem Niemiec w rosyjskie interesy energetyczne sięgają końca lat 50. ubiegłego wieku, kiedy to Niemcy po raz pierwszy zaczęły zaopatrywać Związek Radziecki w rury o dużej średnicy.

Przez cały okres zimnej wojny zaangażowanie Niemiec w NATO wynikało ze strategii korzystania z ochrony, jaką zapewniał sojusz, przy dostarczaniu nie więcej niż absolutne minimum i jednoczesnym rozszerzaniu stosunków handlowych z Sowietami.

W 1955 r. tygodnik Die Zeit opisał to, co nazwał "marzeniem zachodnioniemieckiego przemysłu" o normalizacji stosunków handlowych z ZSRR. W ciągu kilkudziesięciu lat marzenie to stało się rzeczywistością, w dużej mierze dzięki polityce odprężenia kanclerza Willy'ego Brandta, znanej jako "Ostpolitik".

To jeden z powodów, dla których Niemcy tak bardzo obawiali się prezydenta Stanów Zjednoczonych Ronalda Reagana i jego twardego stanowiska wobec Sowietów. Dalekie od przyjęcia z zadowoleniem jego wezwania "Panie Gorbaczow, zburz pan ten mur", zarówno niemieckie społeczeństwo, jak i przemysł były nim przerażone. Obawiano się, że Reagan zachwieje łódką i zniszczy ich interesy na wschodzie.

Gdy kilka lat później upadł mur berliński, zachodnioniemiecki eksport do Związku Radzieckiego osiągnął prawie 12 mld marek, co było rekordem.

Dlatego postępowanie Niemiec wobec Ukrainy nie jest odstępstwem od normy. Jest normą.

Rozterki Niemiec w sprawie pomocy dla Ukrainy są logicznym przedłużeniem strategii, która dobrze służyła ich gospodarce od czasów zimnej wojny przez decyzję o zablokowaniu przystąpienia Ukrainy do NATO w 2008 r., aż po Nord Stream.

W zeszłym tygodniu, gdy Rosjanie siali terror nad Dnieprem, minister-prezydent Saksonii Michael Kretschmer wezwał do naprawy rurociągu Nord Stream 1 — który został wysadzony przez nieznanych sabotażystów w zeszłym roku — aby Niemcy "zachowały opcję" zakupu rosyjskiego gazu po zakończeniu wojny.

Nie można go winić za to, że próbuje. Jeśli przyjąć, że niemiecką polityką kieruje logika ekonomiczna, a nie imperatyw moralny, to kapryśność jej politycznych przywódców ma całkowity sens — tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak dobrze się sprawdziła.

Pieniądze zaoszczędzone przez Niemcy na obronie umożliwiły im sfinansowanie jednego z najhojniejszych na świecie państw opiekuńczych.

Kiedy kilka lat temu Niemcy znalazły się pod presją sojuszników, aby w końcu osiągnąć natowski cel wydatków na zbrojenia na poziomie 2 proc. PKB, ówczesny wicekanclerz Sigmar Gabriel nazwał ten cel "absurdem". I z niemieckiej perspektywy miał rację — po co kupować krowę, skoro można dostać mleko za darmo?

Oczywiście Niemcy mogli liczyć na dużą pomoc w dojeniu, zwłaszcza ze strony USA.

Amerykańscy prezydenci już od czasów Dwighta D. Eisenhowera ganili Niemcy za ich słaby udział w zachodnim sojuszu, ale nic z tym nie robili.

Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest Donald Trump, któremu przegrana w wyborach pokrzyżowała plany wycofania większości wojsk amerykańskich z Niemiec.

Joe Biden, chcąc odwrócić dyplomatyczne szkody wyrządzone w latach Trumpa, zmienił kurs i zrobił wszystko, by pokazać swoje uznanie dla tego, co niemieckie. Jednak decyzja Bidena o przypodobaniu się Niemcom, zamiast piętnowania ich za niewywiązywanie się ze zobowiązań, nauczyła Berlin, że wystarczy przeczekać kryzys w relacjach transatlantyckich, a problemy same się rozwiążą.

Pod presją Trumpa, by kupować amerykański skroplony gaz, ówczesna kanclerz Angela Merkel zgodziła się w 2018 r. wspierać budowę niezbędnej infrastruktury. Po Trumpie plany te zostały odłożone, by wznowić je dopiero przy okazji obecnego kryzysu energetycznego.

Ze względu na swoją wielkość i położenie geograficzne w centrum Europy Niemcy zawsze będą ważne dla USA, jeśli nie jako prawdziwy sojusznik, to przynajmniej jako dawny partner i miejsce postoju amerykańskiego wojska.

Kto by się przejmował tym, że Bundeswehra stała się obiektem żartów lub że Niemcy są o lata świetlne od spełnienia celów związanych z wydatkami na zbrojenia? W opinii Waszyngtonu Niemcy mogą być złym sojusznikiem, ale przynajmniej pozostają złym sojusznikiem Ameryki.

A nikt nie rozumie korzyści z tego statusu lepiej niż sami Niemcy.

onet.pl/Politico

Pod koniec 2022 roku okazało się, że Homelskie Zakłady Radiowe nieoczekiwanie rozpoczęły procedurę przystąpienia do holdingu Homsielmasz. Dzięki temu będą one mogły korzystać z potencjału produkcyjnego fabryki kombajnów.

10 stycznia państwowa telewizja Homel (kanał „Białoruś 4”) krótko poinformowała o przyłączeniu Homelskich Zakładów Radiowych do holdingu produkującego maszyny rolnicze. W materiale zauważono, że Homsielmasz zwiększa wielkość produkcji „m.in. dzięki białorusko-rosyjskiemu projektowi substytucji importu”. Nie podano, o jaki projekt chodzi.

– Nasi sąsiedzi (czyli Rosja – Radio Swaboda) otrzymają zestawy skomplikowanych części, które wcześniej były importowane z innych krajów – głosił tekst materiału.

Według wersji państwowej propagandy Zakłady Radiowe były potrzebne Homsielmaszowi, ponieważ mają „dodatkowe tereny” i potencjał kadrowy. Według oficjalnych danych w Zakładach pracują obecnie 164 osoby.

– Współpracę z Zakładami Radiowymi rozpoczęliśmy w połowie zeszłego roku, kiedy otrzymaliśmy zamówienie na produkcję produktów zastępujących import – powiedział Wiktar Pinczuk, główny inżynier Homsielmasz”. Nie wyjaśnił jednak, o jakie produkty chodzi.

Homelskie Zakłady Radiowe zostały założone w 1969 roku. W czasach sowieckich pracowało tam około 10 tysięcy osób. W 2010 roku przedsiębiorstwo po okresie upadku postsowieckiego „wstało z kolan” – zajmowało się produkcją wojskową: wykonywano tu naprawę pojazdów opancerzonych, systemów artyleryjskich, sprzętu radarowego. Zamówienia napływały z krajów arabskich, w tym z Syrii i Libii.

W kolejnej fazie upadku, która przypadła na kolejną dekadę (2010-2020), Zakłady oferowały konsumentom konewki, transportery do warzyw, przyczepy, taborety i stoły oraz żyrandole.

Źródło Radia Swaboda poinformowało, że obecnie przedsiębiorstwo zajmuje się naprawą rosyjskiego sprzętu wojskowego, który przyjechał „pobity” z frontu na Ukrainie.

– Przynajmniej obecnie pracownicy Homsielmaszu są oddelegowywani do Zakładów Radiowych i tam malują broń i sprzęt wojskowy. Same Zakłady od dwóch-trzech lat są kompletną ruiną, w ciągu ostatnich trzech lat załogę zmniejszono z 550 do 160 osób, a majątek sprzedano. Teraz mają jakiś tajny „projekt białorusko-rosyjski”, nietrudno zgadnąć, co to jest – sugeruje rozmówca rozgłośni.

Inne źródło mówi, że teraz podziemna część Zakładów Radiowych „jest zajęta przez wojsko”.

– Podziemne warsztaty są zamknięte, teraz jest tam tylko personel wojskowy, cywile nie mają tam wstępu. Wojskowi wjeżdżają tam własnym sprzętem i bez nadzoru – powiedział rozmówca.

Strona internetowa Zakładów Radiowych informuje, że jest to „jedno z najbardziej stabilnych przedsiębiorstw w dziedzinie inżynierii”.

– Przedsiębiorstwo prowadzi remonty kapitalne przeciwlotniczych systemów rakietowych, artyleryjskich i radarowych.

Według tej samej strony w Internecie, Homelskie Zakłady Radiowe produkują m.in. komplety części zamiennych i wyposażenia do haubic Chitin, haubic samobieżnych Akacja i armat Hiacynt-B. Fabryka prowadzi również remonty kapitalne i modernizacje przeciwlotniczych zestawów rakietowych S-300B, Strela-10M, Buk, stacji radarowych Niebo, automatycznego moździerza Wasilok i innych, remontuje i modernizuje sprzęt wojskowy.

belsat.eu/East24.info

Z opublikowanej przez Urząd Kanclerski (UK) pod koniec grudnia listy rządowej pomocy bilateralnej na rzecz Ukrainy (Deutsche bilaterale Unterstützungsleistungen für die Ukraine und Menschen aus der Ukraine) wynika, że Niemcy szacują wartość udzielonego jej wsparcia w okresie od 24 lutego do 21 grudnia 2022 r. na 12,5 mld euro. Taką skalę pomocy wskazał również 6 stycznia kanclerz Olaf Scholz w trakcie rozmowy telefonicznej z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim.

Publikacja listy ma związek z ofensywą niemieckich dyplomatów, urzędników i ekspertów (m.in. na zamkniętych spotkaniach z przedstawicielami prasy zagranicznej), która polega na przedstawianiu RFN jako lidera regionalnej pomocy Ukrainie w każdym wymiarze. Osiemnastostronicowy dokument został przygotowany na podstawie danych zebranych ze wszystkich resortów federalnych i zawiera de facto bardzo szeroki katalog wsparcia na rzecz Kijowa, co sprawia wrażenie systemowej pomocy udzielanej państwu ukraińskiemu. 

W zestawieniu (zob. Aneks 1) połączono środki już przekazane z planowanymi. Ponadto w raporcie pomoc bilateralną niekiedy scala się z programami międzynarodowymi (np. finansowanymi z budżetu MSZ). Dodatkowo z uwagi na niewskazanie dat rozpoczęcia części projektów trudno określić, które z nich (zwłaszcza w obszarze współpracy energetycznej i rozwojowej) wystartowały przed 24 lutego ub.r., a co za tym idzie – które z podanych kwot obejmują tylko zwiększenie lub kontynuację dotychczasowej kooperacji. 

Rząd RFN wlicza do pomocy Ukrainie również pewne środki przekazywane jej sąsiadom (np. Mołdawii, Rumunii lub krajów Partnerstwa Wschodniego) w bardzo szerokim kontekście toczącej się wojny (np. wsparcie w wysokości 11,2 mln euro na rzecz demokratyzacji i stabilizacji w państwach ościennych, a także monitorowanie mediów w Rumunii). Szczególnym przypadkiem jest udzielanie pomocy wybranym rosyjskim NGO, co również zakwalifikowano jako wsparcie dla Kijowa. 

Ważną część pomocy Ukrainie stanowią programy wsparcia dla niemieckich instytucji goszczących tamtejszych naukowców, ekspertów i studentów oraz przekazywanie środków gwarantujących pracę różnych instytucji (np. instytutów Goethego) lub niemieckich fundacji politycznych w państwie ukraińskim. Tworzone są również długofalowe projekty współpracy naukowej Exzellenzkerne – ich wdrażanie zaplanowano po 2024 r. Dodatkowo część środków przeznacza się na doradztwo realizowane w RFN lub online, a także na infolinie dotyczące np. kwestii oclenia pomocy dostarczanej na Ukrainę oraz na pomoc medyczną online (np. klinika Charité w Berlinie). 

Komentarz 

Opublikowany w grudniu dokument to pierwsze zestawienie, w którym całościowo zaprezentowano aktualne wsparcie niemieckiego rządu dla Ukrainy od momentu wybuchu wojny. Dotychczas najpopularniejszym źródłem informującym o skali pomocy były opracowania Instytutu Gospodarki Światowej z Kilonii (IfW – Ukraine Support Tracker). Za granicą zwracano jednak uwagę na słabości metodologiczne IfW – m.in. podawanie przybliżonych wartości przekazywanej pomocy, łączenie deklarowanego oraz faktycznie udzielonego już wsparcia oraz nieuwzględnianie w zestawieniu liderów pomocy pełnego wkładu innych państw, co często wynikało z braku dostępu do wszystkich danych. Przykładem nieścisłości jest podana wartość wsparcia wojskowego Niemiec dla Ukrainy. Według wyliczeń IfW wyniosła ona (od 24 stycznia do 20 listopada ub.r.) 2,34 mld euro, czyli o 90 mln euro więcej, niż wynika z danych rządowych. 

Wszystkie kluczowe resorty zaangażowane w pomoc dla Kijowa utworzyły w widocznych miejscach w Internecie specjalne podstrony informujące w pogłębiony sposób o niemieckim wsparciu. Są one dostępne zazwyczaj również po angielsku, ukraińsku i rosyjsku. Od początku wojny działa też portal Germany4Ukraine, w którym można znaleźć dane o konkretnych formach pomocy oraz rady i praktyczne wskazówki dla Ukraińców szukających schronienia w Niemczech. Powyższe działania wzmacniają promocję niemieckiego wsparcia zarówno w kraju – wobec własnych obywateli – jak i na arenie międzynarodowej.  

Poza doraźnym charakterem udzielana pomoc ma na celu także przyciąganie do RFN kapitału ludzkiego – stąd liczne przykłady finansowania stypendiów oraz tworzenia miejsc pracy dla ukraińskich naukowców, studentów i ekspertów w tamtejszych instytucjach i organizacjach pozarządowych. Berlin liczy na to, że w ten sposób rozszerzy się sieć powiązań przydatna również po zakończeniu działań wojennych, zwłaszcza w obliczu braku wystarczającej liczby pracowników w RFN. Przy okazji pomoc obejmuje niemieckie organizacje, które do tej pory były bardzo luźno związane z Ukrainą (np. Fundacja Badań nad Dyktaturą Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec). 

Większość Niemców niezmiennie opowiada się za wspieraniem Ukrainy. Ponadto wzrasta poparcie dla zwiększenia dostaw broni, co postuluje 25% badanych (+4 p.p. względem listopada, sondaż ośrodka Infratest dimap z 5 stycznia). Zarazem 41% ankietowanych uważa, że obecna pomoc w tym zakresie jest zadowalająca, a 26% chciałoby ograniczenia wsparcia militarnego. Oprócz presji międzynarodowej jest to kolejny czynnik wzmacniający gotowość rządu kanclerza Scholza do kontynuowania oraz zwiększania pomocy dla Ukrainy.

Aneks 1. Wybrane aspekty opublikowanego przez Urząd Kanclerski dokumentu – oba filary stanowią ponad 73% deklarowanej niemieckiej pomocy

Finansowanie pobytu uchodźców: 

• Największa część pomocy bilateralnej (56% z 12,5 mld euro) została przeznaczona na wsparcie uchodźców wewnątrz RFN. Rząd wlicza w to 5 mld euro z budżetu Ministerstwa Finansów na dopłaty dla samorządów opiekujących się przybyłymi z Ukrainy w 2022 i 2023 r. i 2 mld euro zarezerwowane na świadczenia socjalne dla uchodźców (zob. tabela).

• W Niemczech zarejestrowanych jest ok. 1 mln uchodźców z Ukrainy (dane za AZR – Centralny Rejestr Cudzoziemców). Po uwzględnieniu liczby osób zapisanych w Federalnej Agencji Pracy oraz dzieci w szkołach i przedszkolach w RFN przebywa jednak mniej – tj. ok. 809 tys. – uchodźców wojennych, z czego ok. 200 tys. dzieci uczęszcza do szkół (wraz z tymi chodzącymi do przedszkoli i żłobków jest ich łącznie 357 tys.), a 452 tys. osób zarejestrowało się w Federalnej Agencji Pracy. Uchodźcy ukraińscy stanowią łącznie ok. 1% populacji. 

Wsparcie wojskowe:

• Z dokumentu wynika, że do 5 grudnia ub.r. na wsparcie wojskowe przeznaczono 1,93 mld euro (do końca roku miało ono wynieść 2,2 mld euro). Dane obejmują wartość „licencji” eksportowych, a więc włączono w nie pomoc zarówno już udzieloną, jak i obecnie realizowaną oraz planowaną. Nie da się zatem precyzyjne oszacować wartości niemieckiego wsparcia militarnego, jakie już trafiło na Ukrainę. Rzeczywista wartość pomocy, którą otrzymała tamtejsza armia, może być nawet dwukrotnie niższa od deklarowanej (jak dotychczas Kijów otrzymał np. tylko jedną z czterech baterii systemu IRIS-T, będącego najdroższą pozycją w całym pakiecie).

• Należy podkreślić, że rząd wlicza do kategorii „pomoc wojskowa” całokształt darowizn dla służb mundurowych Ukrainy (nie tylko dla Sił Zbrojnych), w tym dostawy m.in. 195 generatorów prądu, 35 ambulansów, 78 wozów dla straży granicznej, 280 ciężarówek, a także minibusów, quadów, paliwa etc. Nie obejmuje ona zatem wyłącznie uzbrojenia, sprzętu wojskowego i materiałów wojennych (pełna lista – zob. Military support for Ukraine).

• Dane rządu RFN pokazują, że najbardziej potrzebne Ukrainie ciężkie uzbrojenie i amunicja stanowią na razie margines niemieckiej pomocy, a wsparcie w tym zakresie jest wielokrotnie niższe od polskiego oraz mniejsze niż m.in. czeskie i słowackie. Dla porównania w wybranych kategoriach:
  • czołgi – min. 260 (PL) : 0 (DE); 
  • bojowe wozy opancerzone – 40 (PL) : 0 (DE); 
  • artyleria 155 mm – 18 (PL) : 14 (DE); 
  • artyleria 122 mm – min. 20 (PL) : 0 (DE); 
  • wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych – min. 20 (PL) : 5 (DE); 
  • wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych – bateria S-125 Newa (PL) : bateria IRIS-T (DE). 
Zdecydowanie najdroższym elementem niemieckiej pomocy jest bateria IRIS-T, której wartość to co najmniej 420 mln euro.

osw.waw.pl

Najważniejszy gatunek rosyjskiej ropy naftowej jest wart dużo mniej na rynku światowym niż ustalony przez UE i G7 pułap cenowy na poziomie 60 dolarów za baryłkę – zauważa niemiecki tygodnik „Der Spiegel” w swoim internetowym wydaniu. Jak podaje, według danych brytyjskiej agencji branżowej Argus Media w poniedziałek (16.01.2023) baryłka ropy Urals kosztowała 44,70 dolarów, czyli o około 38 dolarów mniej niż cena ropy referencyjnej Brent.

„Spiegel” wskazuje, że rok temu różnica cen wynosiła nieco ponad 2 dolary, a rosyjscy eksporterzy dostawali na rynkach ponad 80 dolarów za baryłkę ropy Urals. „Spadek ceny od czasu rozpoczęcia wojny (w Ukrainie) staje się problemem: dla kasy Kremla i dla Władimira Putina. Zwłaszcza, że topnieją też dochody państwowego koncernu Gazprom ze sprzedaży gazu ziemnego” – pisze niemiecki tygodnik. 

Cytuje eksperta Argus Media Johna Gawthropa: „Pułap cenowy sprawił, że rosyjska ropa naftowa jest mniej atrakcyjna dla kupców na świecie. A decyzja z lata, aby ograniczyć eksport gazu do Europy, okazuje się wielkim błędem w kalkulacjach. Kreml strzelił sobie w stopę”. 

Jak zastrzega „Spiegel”, Rosja nadal zarabia na sprzedaży ropy naftowej na świecie. Eksperci szacują koszty wydobycia i transportu na 12 do 20 dolarów na baryłkę. „Ale zyski producentów wyraźnie spadają – a tym samym także dochody Kremla” – czytamy.

Według przytoczonych w artykule danych w grudniu ub. roku państwo rosyjskie uzyskało z tytułu podatków naftowych tylko 511,7 rubli (równowartość 6,9 mld dolarów). To o około jedną trzecią mniej niż w grudniu 2021 roku i najmniej od marca 2021 roku.

Rosyjscy eksporterzy muszą oferować wysokie rabaty na swoją ropę. Jak mówi „Spieglowi” Gawthrop, już same istnienie pułapu cenowego działa odstraszająco na niektórych kupców. Do tego dochodzą wyższe koszty transportu do Azji zamiast do Europy – bo UE wprowadziła embargo na ropę transportowaną droga morską. „I najwyraźniej odbiorcy w Chinach i Indiach, gdzie teraz płynie duża część ropy Ural, mają lepszą pozycję negocjacyjną, aby przeforsować ceny dla przyjaciół” – ocenia tygodnik.

„Pułap cenowy na ropę i embargo UE są pierwszymi naprawdę działającymi środkami, które uderzają w rosyjski eksport energii” – mówi tygodnikowi Janis Kluge z niemieckiej Fundacji Nauki i Polityki (SWP).

„Sankcje nie mogą przesądzić o losie wojny” – dodaje. „Ale sankcje pomagają uświadomić każdemu decydentowi w Moskwie, że inwazja na Ukrainę była ogromnym błędem” – ocenia Kluge. 

Jak wskazuje „Spiegel”, dzięki nowemu specjalnemu podatkowi, który uiszczać musi Gazprom, dochody rosyjskiego państwa ze sprzedaży gazu są jeszcze względnie wysokie. Ale i w przypadku tego koncernu „czasy rekordowych zysków dobiegają końca”. W czwartym kwartale 2022 roku Gazprom dostarczył o prawie 80 proc. mniej gazu do dawnych głównych odbiorców w Europie niż w ostatnim kwartale 2021 roku. A cena gazu w Europie spadła o ponad 80 proc. w porównaniu do najwyższego poziomu w sierpniu ubiegłego roku. Eksport do Chin jest zaś skromny – zauważa tygodnik.

Powołuje się na obliczenia fińskiego Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (Crea), według których zyski Kremla ze sprzedaży paliw kopalnych spadły z 771 do 640 mln euro dziennie. Spadek może być jeszcze większy po kolejnym zaostrzeniu sankcji w sektorze energii.

(...)

dw.com

Blisko rzeki, obok bagnistego parku, wznosi się pomnik upamiętniający wielką wojnę ojczyźnianą. Siedem gigantycznych twarzy wyciętych z granitowych płyt spoczywa na wybrukowanym placu, jakby się właśnie wynurzały z dołu. Rzeźbiarza zainspirował dziennik oficera Wehrmachtu, który rozwodził się nad niewzruszonym jak skała rosyjskim oporem wobec niemieckiego natarcia, a zaciśnięte usta i nieustępliwe spojrzenie, ujęte w wielkich blokach, podzielają nagi upór kamienia.

Ten plac upodobali sobie nastoletni deskorolkarze w koszulkach z napisami „Misfit” i „I love NY”. Wirują i stukają głośno po bruku. Jednak kamienne twarze wydają się tkwić w swoim własnym czasie, patrząc w powszechnej alienacji. Są młodsze nawet niż dziadkowie nastolatków.

– Starzy weterani muszą tego nienawidzić – mówię.
– Mało kto z nich jeszcze pozostał – mruczy Aleksander. – Dawniejsze sowieckie trąbienie o wojnie powoli przygasa – dodaje. Pobliskie muzeum czołgów zamieniono na boisko piłkarskie. – Oczywiście w szkole nas o tym uczono, nie uczono za to niczego, co by nam pomogło dzisiaj żyć. Wszystko było przestarzałe, z jakąś bzdurną historią. Chcę, żeby moje dzieci dorastały lepiej przygotowane do współczesnego życia, niezależne.
– Może teraz jest łatwiej niż dawniej – mówię, niewiele o tym wiedząc.
Słyszymy okrzyki i stukot deskorolkarzy.
– Ale jest coraz gorzej. Niemal się tego nie zauważa, ale propaganda się w człowieka wsącza. Gdy pracowałem dla Kanadyjczyków na Czukotce, uświadomiłem sobie, że zaczynam ich nie lubić, wypełniała mnie złość i nie wiedziałem dlaczego. Nigdy nie oglądam naszej telewizji, jest nudna, ale tam, na Czukotce, nie było nic innego do roboty i nagle zdałem sobie sprawę, że gapiąc się w telewizor, jestem obiektem prania mózgu i zaczynam się wrogo odnosić do ludzi z Zachodu. – Uśmiecha się do mnie, jakbym nie był jednym z nich. – Więc się otrząsnąłem i wróciłem do normalności.

Tego wieczoru, w innym barze, nad stołem błyszczącym od rozlanego piwa, myśli o przyszłości tłumią jego dobry humor. Wychodzi na papierosa, wraca. Wielu rzeczy nienawidzi. Nienawidzi miejscowych władz, przestarzałego systemu szkolnictwa, zagrożenia dla dzikich zwierząt, komunizmu, feminizmu i, oczywiście, Chińczyków. Ale przede wszystkim Moskwy.

– Na początku wszyscy głosowaliśmy na Putina – mówi. – Ale teraz ludzie widzą, co się dzieje. Znowu zaczynamy być Związkiem Radzieckim. Wszystkim rządzą i kierują nieliczni bossowie. Na tym polega problem z naszym krajem. Zawsze rządzą nim niewłaściwi ludzie. Nawet do rewolucji przystąpiło wielu wariatów i przestępców. A jeśli chodzi o obecny rząd, czasami myślę, że te kurwy po prostu chcą wyrwać, ile zdołają, zanim kraj popadnie w ruinę, a potem uciec.

Robi się późno, nasze drinki się mnożą, jego czapka bejsbolowa się okręca, a spojrzenie wędrujące po moich oczach traci ostrość. Dużo mówi o głupocie świata, słyszę, jak sam się dołączam do tego wylewu frustracji, aż w końcu ruszamy z powrotem do hotelu.

– A jeśli chodzi o tych pieprzonych Chińczyków, to są jak karaluchy. Wszędzie się wcisną, będą jeść byle co. – Potężny Aleksander idący koło mnie zaczyna wyglądać groźnie. – Przy każdym interesie udają słabość, a potem cię kantują. Myślę, że chcą nas wykupić. Ja bym tych bydlaków wyrzucił na zbity pysk.
– Jednak w Komsomolsku niemal nie widziałem Chińczyków – wtrącam – tylko kilku Uzbeków, wciąż noszących tiubietiejki, i kilku Tadżyków pracujących na budowie.
– Ich nie widać. – Aleksander nie ustępuje. – Jednak wycinają wielkie połacie tajgi. Część naszych lasów wydzierżawiono im na „pięćdziesiąt lat”. Setki kilometrów kwadratowych wokół Czyty i Chabarowska. 

On także widział wielkie, założone wysoko drewnem barki płynące w górę rzeki do Chin i robiło mu się niedobrze.

Colin Thubron - Amur