Niestety trik ze „wskazującymi sondażami” działa też na związki zawodowe. Co roku nawet w prawyborach związki popierają kandydatów z kiepską historią decyzji w sprawach polityki zatrudnieniowej, bo łyknęły gadkę o wybieralności.
Czasami komisje lokalne poprą kandydata ewidentnie prozwiązkowego, ale władze krajowe postawią wszystko na lidera sondaży gotowego wszystkim coś obiecać. Tak było podczas rywalizacji Clinton z Sandersem w latach 2015–2016.
Jednak wielkie związki głosujące wbrew sobie samym to już reguła. Widziałem to na konferencji federacji AFL–CIO w Whitefield, stan New Hampshire, w roku 2003.
Każdy obecny tam kandydat demokratów apelował o to, żeby to na niego głosowano. Dwaj od dawna mieli w związkach duże plusy: Richard Gephardt z Missouri i Dennis Kucinich z Ohio. Ci politycy spełniali każdy punkt na związkowych listach życzeń. W ogólnokrajowej AFL–CIO na Gephardta było gotowych głosować sto procent ludzi, na Kucinicha też, bo między innymi proponował on wyjście z układu NAFTA i Światowej Organizacji Handlu. Koniec końców jednak związek postanowił poprzeć Kerry’ego, który głosował za przyznaniem Chinom statusu najwyższego uprzywilejowania, zaciekle bronił NAFTA i silnie wierzył w ogólnoświatową politykę handlową – w każdym z tych punktów związki zajmowały tradycyjnie przeciwne stanowisko.
– Musimy zdobyć miejsce przy stole – tłumaczył mi jeden ze związkowców, dając do zrozumienia, że lepiej poprzeć demokratę niezbyt sprzyjającego związkom, ale z szansą na elekcję, niż dobrego, ale bez szans.
Skoro związki nie chciały poprzeć człowieka takiego jak Dick Gephardt, od małego stojącego po ich stronie, to czy studenci zagłosowaliby na Kucinicha?
Bądź co bądź on jeden traktował ich jak dorosłych oraz popierał idealistyczne pomysły, takie jak stworzenie Departamentu Pokoju. Inni kandydaci usiłowali wkupić się w łaski „młodzieży” koszulkami ze słodziackimi sloganami („Deaniątka” czy „Liebermaniacy”) bądź rozdając darmowe hot dogi, ale Kucinich nie był taki.
W Durham na Uniwersytecie Stanowym New Hampshire nie poszedł na łatwiznę, a wręcz naszpikował swoją przemowę cytatami z Junga, Barbary Marx Hubbard, Thomasa Berry’ego i socjologa humanisty Morrisa Bermana. Proroczo podniósł kwestie, które dopiero po latach miały stać się bardzo popularne wśród demokratów: mówił, że kandyduje, bo chce zmienić priorytety kraju, odejść od wydatków na zbrojenia i interwencje zagraniczne na rzecz większych nakładów na edukację i opiekę zdrowotną. Usiadł i poprosił o pytania, i z rutynowego przemówienia zrobił się wiec, na którym ludzie opowiadali o przeróżnych sprawach, w tym o życiu prywatnym, depresji, narkotykach i tym podobnych.
Koniec końców Kucinich dostał brawa na stojąco (podobnie jak i on, otrzymał je Gephardt na konferencji AFL–CIO). Potem jednak niewielu wśród studentów w ogóle brało pod uwagę oddanie na niego głosu.
– [Kucinich] ma w sobie wszystko, czego bym osobiście chciał od prezydenta – mówił mi David Wilmes pracujący nad magisterium. – Ale… to musi być ktoś taki jak Kerry czy Edwards.
Pytam dlaczego.
- No… pewnie muszą wziąć kogoś wysokiego – stwierdził.
Opowiedziałem Kucinichowi o tej rozmowie. Westchnął i odparł, że dopóki ludzie nie nauczą się głosować zgodnie ze swoimi poglądami i upodobaniami, dopóty polityka będzie jak „wyłożona lustrami komora rewerberacyjna, w której nie powstanie nic spójnego”.
To określenie, „nic spójnego”, byłoby dobrą definicją polityki amerykańskiej w ciągu ostatniego pokolenia, kiedy to niemal nikt nie głosował na najbardziej odpowiadającego mu kandydata.
Wyborcy republikańscy z klasy średniej i niższej średniej wciąż popierają ulgi podatkowe dla miliarderów. Związki zawodowe głosują przeciwko związkom. Wyborcy z gettowych mniejszości zaznaczają kandydatów, którzy obiecują zaostrzyć wyroki sądowe i posłać na ulice więcej policji. Prawicowcy, wożący tyłki na sfinansowanych z ubezpieczenia socjalnego elektrycznych wózkach inwalidzkich, oklaskują tych wyrzekających na konsumentów „rozdawnictwa rządowego”.
Jednak bardzo niewielu reporterów obsługujących kampanie w ogóle się tym interesowało, dopóki nie okazało się, że sondaże już tych trendów nie wykazują. To łagodniejsze ujęcie tezy, zgodnie z którą w roku 2016 wyborcy zaczęli olewać sondaże, przez co w całej branży zapanował chaos.
(...)
Tak właśnie stało się w roku 2016, kiedy to Silver przedstawił zarys jednolitej teorii pola do opisu przebiegu kampanii prezydenckich. Jak twierdził, kampanie miały sześć etapów i każdy z nich zwiastował klęskę Donalda Trumpa.
Były to: wolna amerykanka, baczniejsza obserwacja, Iowa i New Hampshire, odsiew, zbiórka delegatów i wreszcie finisz.
Gdy rozpoczynała się kampania roku 2016, pewne poszlaki już wskazywały, że moc opinii obiegowych słabnie. Na przykład sondaż przeprowadzony przez Pew w roku 2015 wykazał malejące zainteresowanie wybieralnością. Mnie osobiście przekonywały o tym nie tyle sondaże, ile rosnąca częstotliwość występowania sytuacji, w których polecano mi wypierdalać, szczególnie na wiecach kampanijnych republikanów – innymi słowy, media odcinano, jeszcze zanim zdążyliśmy zadać choć jedno pytanie, a co dopiero wyłożyć wam, kto jest wybieralny, a kto nie.
Problem polegał na tym, że nikt w mediach nie wiedział, co się stanie, jeśli ludzie przestaną słuchać naszego rzewnego pierdolenia o wybieralności. Na taką ewentualność nie mieliśmy danych statystycznych. Dopiero fakty miały nas uświadomić.
Trump rozniósł na strzępy te sześć etapów Silvera. Przerżnął w stanie Iowa, ale nie przejął się nawet tym, że nie osiągnął tam wyników przepowiadanych w mediach. Przyspieszył na etapie odsiewu. Zgodnie z przewidywaniami Silvera Partia Republikańska faktycznie zrobiła wszystko, co w jej mocy, żeby powstrzymać go na finiszu, ale to mogło nawet pomóc mu zdobyć nominację, bo na tym etapie republikańscy wyborcy nienawidzili już republikanów z establishmentu i wykorzystali Trumpa, by im to pokazać.
Rekomendacje partyjne okazały się działać negatywnie, a nie pozytywnie, więc to, że Trumpa poparło niespełna pięć procent aparatu, wcale mu nie zaszkodziło. Wyszło na to, że tak zwane „prawybory w establishmencie” miały zerowe znaczenie.
Należy wyrazić wielkie uznanie dla Silvera, bo w końcu zauważył, że sondaże zostały skażone obiegowymi opiniami. Ostrzegał przed posuwaniem się zbyt daleko w przeciwną stronę, ale zasadniczo miał do powiedzenia, że „być może sondaże odwołują się do opinii obiegowych, a przez to tracą na rzetelności”. Był to rok 2017.
(...)
Dziennikarstwo sondażowe funkcjonuje jako hamulec dla opinii obiegowych. Kiedy jednak zrośnie się z nimi, mamy problemy. Te dwie dziedziny mogą być niełatwe do rozdzielenia, tak jak spółkujące psy. Nawet po wpadce z Trumpem wciąż jeszcze plącze się wśród nas potomstwo takiego plugawego związku – pojęcie wybieralności.
Latem roku 2018 w „New York Timesie” ukazał się artykuł o prawdopodobnej puli kandydatów demokratów, w którym pobrzmiewały echa starych tekstów o Mitcie Romneyu, Johnie Kerrym i im podobnych. Kazano nam uważać na ekstremistów pokroju Elizabeth Warren czy Berniego Sandersa, szukać czegoś pokorniejszego, bliższego „centrum”:
Mimo ewidentnego poparcia, którym cieszą się koncepcje polityczne pana Sandersa, wielu członków partii powątpiewa, czy płomienny aktywista z siódmym krzyżykiem na karku przyciągnie dość wyborców, by wysadzić Trumpa z siodła […].
Pokoleniowo bliski panu Sandersowi pan Biden, lat 75, przymierza się do zaprezentowania tej jesieni odmiennego komunikatu […]. Pan Biden wybierał mniej dramatyczne akordy niż pan Sanders czy pani Warren, wychwalając porozumienie ponadpartyjne i nakłaniając demokratów, by nie dawali się zaślepić demagogicznym prowokacjom pana Trumpa.
Matt Taibbi - Nienawiść sp. z o.o.







