wtorek, 3 stycznia 2023


Niestety trik ze „wskazującymi sondażami” działa też na związki zawodowe. Co roku nawet w prawyborach związki popierają kandydatów z kiepską historią decyzji w sprawach polityki zatrudnieniowej, bo łyknęły gadkę o wybieralności.

Czasami komisje lokalne poprą kandydata ewidentnie prozwiązkowego, ale władze krajowe postawią wszystko na lidera sondaży gotowego wszystkim coś obiecać. Tak było podczas rywalizacji Clinton z Sandersem w latach 2015–2016.

Jednak wielkie związki głosujące wbrew sobie samym to już reguła. Widziałem to na konferencji federacji AFL–CIO w Whitefield, stan New Hampshire, w roku 2003. 

Każdy obecny tam kandydat demokratów apelował o to, żeby to na niego głosowano. Dwaj od dawna mieli w związkach duże plusy: Richard Gephardt z Missouri i Dennis Kucinich z Ohio. Ci politycy spełniali każdy punkt na związkowych listach życzeń. W ogólnokrajowej AFL–CIO na Gephardta było gotowych głosować sto procent ludzi, na Kucinicha też, bo między innymi proponował on wyjście z układu NAFTA i Światowej Organizacji Handlu. Koniec końców jednak związek postanowił poprzeć Kerry’ego, który głosował za przyznaniem Chinom statusu najwyższego uprzywilejowania, zaciekle bronił NAFTA i silnie wierzył w ogólnoświatową politykę handlową – w każdym z tych punktów związki zajmowały tradycyjnie przeciwne stanowisko.

– Musimy zdobyć miejsce przy stole – tłumaczył mi jeden ze związkowców, dając do zrozumienia, że lepiej poprzeć demokratę niezbyt sprzyjającego związkom, ale z szansą na elekcję, niż dobrego, ale bez szans. 

Skoro związki nie chciały poprzeć człowieka takiego jak Dick Gephardt, od małego stojącego po ich stronie, to czy studenci zagłosowaliby na Kucinicha?

Bądź co bądź on jeden traktował ich jak dorosłych oraz popierał idealistyczne pomysły, takie jak stworzenie Departamentu Pokoju. Inni kandydaci usiłowali wkupić się w łaski „młodzieży” koszulkami ze słodziackimi sloganami („Deaniątka” czy „Liebermaniacy”) bądź rozdając darmowe hot dogi, ale Kucinich nie był taki.

W Durham na Uniwersytecie Stanowym New Hampshire nie poszedł na łatwiznę, a wręcz naszpikował swoją przemowę cytatami z Junga, Barbary Marx Hubbard, Thomasa Berry’ego i socjologa humanisty Morrisa Bermana. Proroczo podniósł kwestie, które dopiero po latach miały stać się bardzo popularne wśród demokratów: mówił, że kandyduje, bo chce zmienić priorytety kraju, odejść od wydatków na zbrojenia i interwencje zagraniczne na rzecz większych nakładów na edukację i opiekę zdrowotną. Usiadł i poprosił o pytania, i z rutynowego przemówienia zrobił się wiec, na którym ludzie opowiadali o przeróżnych sprawach, w tym o życiu prywatnym, depresji, narkotykach i tym podobnych. 

Koniec końców Kucinich dostał brawa na stojąco (podobnie jak i on, otrzymał je Gephardt na konferencji AFL–CIO). Potem jednak niewielu wśród studentów w ogóle brało pod uwagę oddanie na niego głosu.

– [Kucinich] ma w sobie wszystko, czego bym osobiście chciał od prezydenta – mówił mi David Wilmes pracujący nad magisterium. – Ale… to musi być ktoś taki jak Kerry czy Edwards.

Pytam dlaczego.

- No… pewnie muszą wziąć kogoś wysokiego – stwierdził.

Opowiedziałem Kucinichowi o tej rozmowie. Westchnął i odparł, że dopóki ludzie nie nauczą się głosować zgodnie ze swoimi poglądami i upodobaniami, dopóty polityka będzie jak „wyłożona lustrami komora rewerberacyjna, w której nie powstanie nic spójnego”.

To określenie, „nic spójnego”, byłoby dobrą definicją polityki amerykańskiej w ciągu ostatniego pokolenia, kiedy to niemal nikt nie głosował na najbardziej odpowiadającego mu kandydata.

Wyborcy republikańscy z klasy średniej i niższej średniej wciąż popierają ulgi podatkowe dla miliarderów. Związki zawodowe głosują przeciwko związkom. Wyborcy z gettowych mniejszości zaznaczają kandydatów, którzy obiecują zaostrzyć wyroki sądowe i posłać na ulice więcej policji. Prawicowcy, wożący tyłki na sfinansowanych z ubezpieczenia socjalnego elektrycznych wózkach inwalidzkich, oklaskują tych wyrzekających na konsumentów „rozdawnictwa rządowego”.

Jednak bardzo niewielu reporterów obsługujących kampanie w ogóle się tym interesowało, dopóki nie okazało się, że sondaże już tych trendów nie wykazują. To łagodniejsze ujęcie tezy, zgodnie z którą w roku 2016 wyborcy zaczęli olewać sondaże, przez co w całej branży zapanował chaos.

(...)

Tak właśnie stało się w roku 2016, kiedy to Silver przedstawił zarys jednolitej teorii pola do opisu przebiegu kampanii prezydenckich. Jak twierdził, kampanie miały sześć etapów i każdy z nich zwiastował klęskę Donalda Trumpa.

Były to: wolna amerykanka, baczniejsza obserwacja, Iowa i New Hampshire, odsiew, zbiórka delegatów i wreszcie finisz. 

Gdy rozpoczynała się kampania roku 2016, pewne poszlaki już wskazywały, że moc opinii obiegowych słabnie. Na przykład sondaż przeprowadzony przez Pew w roku 2015 wykazał malejące zainteresowanie wybieralnością. Mnie osobiście przekonywały o tym nie tyle sondaże, ile rosnąca częstotliwość występowania sytuacji, w których polecano mi wypierdalać, szczególnie na wiecach kampanijnych republikanów – innymi słowy, media odcinano, jeszcze zanim zdążyliśmy zadać choć jedno pytanie, a co dopiero wyłożyć wam, kto jest wybieralny, a kto nie. 

Problem polegał na tym, że nikt w mediach nie wiedział, co się stanie, jeśli ludzie przestaną słuchać naszego rzewnego pierdolenia o wybieralności. Na taką ewentualność nie mieliśmy danych statystycznych. Dopiero fakty miały nas uświadomić.

Trump rozniósł na strzępy te sześć etapów Silvera. Przerżnął w stanie Iowa, ale nie przejął się nawet tym, że nie osiągnął tam wyników przepowiadanych w mediach. Przyspieszył na etapie odsiewu. Zgodnie z przewidywaniami Silvera Partia Republikańska faktycznie zrobiła wszystko, co w jej mocy, żeby powstrzymać go na finiszu, ale to mogło nawet pomóc mu zdobyć nominację, bo na tym etapie republikańscy wyborcy nienawidzili już republikanów z establishmentu i wykorzystali Trumpa, by im to pokazać.

Rekomendacje partyjne okazały się działać negatywnie, a nie pozytywnie, więc to, że Trumpa poparło niespełna pięć procent aparatu, wcale mu nie zaszkodziło. Wyszło na to, że tak zwane „prawybory w establishmencie” miały zerowe znaczenie.

Należy wyrazić wielkie uznanie dla Silvera, bo w końcu zauważył, że sondaże zostały skażone obiegowymi opiniami. Ostrzegał przed posuwaniem się zbyt daleko w przeciwną stronę, ale zasadniczo miał do powiedzenia, że „być może sondaże odwołują się do opinii obiegowych, a przez to tracą na rzetelności”. Był to rok 2017.

(...)

Dziennikarstwo sondażowe funkcjonuje jako hamulec dla opinii obiegowych. Kiedy jednak zrośnie się z nimi, mamy problemy. Te dwie dziedziny mogą być niełatwe do rozdzielenia, tak jak spółkujące psy. Nawet po wpadce z Trumpem wciąż jeszcze plącze się wśród nas potomstwo takiego plugawego związku – pojęcie wybieralności.

Latem roku 2018 w „New York Timesie” ukazał się artykuł o prawdopodobnej puli kandydatów demokratów, w którym pobrzmiewały echa starych tekstów o Mitcie Romneyu, Johnie Kerrym i im podobnych. Kazano nam uważać na ekstremistów pokroju Elizabeth Warren czy Berniego Sandersa, szukać czegoś pokorniejszego, bliższego „centrum”: 

Mimo ewidentnego poparcia, którym cieszą się koncepcje polityczne pana Sandersa, wielu członków partii powątpiewa, czy płomienny aktywista z siódmym krzyżykiem na karku przyciągnie dość wyborców, by wysadzić Trumpa z siodła […].

Pokoleniowo bliski panu Sandersowi pan Biden, lat 75, przymierza się do zaprezentowania tej jesieni odmiennego komunikatu […]. Pan Biden wybierał mniej dramatyczne akordy niż pan Sanders czy pani Warren, wychwalając porozumienie ponadpartyjne i nakłaniając demokratów, by nie dawali się zaślepić demagogicznym prowokacjom pana Trumpa.

Matt Taibbi - Nienawiść sp. z o.o.

W systemach autorytarnych, gdzie dominują jednostki i siła, ważne są personalia, a nie instytucje, normy czy regulacje prawne jak w utrwalonych demokracjach. Akurat pod tym względem XX zjazd dokonał istnej rewolucji. Wymieniono dwie trzecie składu 205-osobowego Komitetu Centralnego, a do najważniejszych gremiów decyzyjnych w partii i państwie, czyli 24-osobowego Biura Politycznego oraz jego 7-osobowego Stałego Komitetu wprowadzono wyłącznie popleczników Xi (i ani jednej kobiety).

Nie ma już w najwyższych kręgach decyzyjnych, włącznie z armią, gdzie Xi też wprowadził swoich ludzi, żadnego systemu równowagi i kontroli. Jest tylko wszechmocny Wódz, wokół którego zauważalnie buduje się też kult jednostki. Teraz już nic i nikt Xi nie powstrzyma. Dostał mandat na wcielanie w życie swych śmiałych wizji, mówiących o Chinach znowu wielkich, bogatych, kwitnących, przeżywających ponowny renesans.

Tym celom mają służyć wierni poddani, powiązani personalnie z Xi Jinpingiem, a nawet z jego ojcem i rodziną, już od lat, jeśli nie dekad. Do nich należy 63-letni Li Qiang, formalnie osoba druga w hierarchii, co jednak w tej chwili już nie ma większego znaczenia. To on w marcu przyszłego roku, na dorocznej sesji parlamentu, stanie się premierem, mimo że wcześniej, zgodnie z dotychczasowymi wymogami, nie spełnił podstawowego kryterium do pełnienia tej funkcji, czyli nie był wicepremierem. Teraz jednak liczy się lojalność, a nie wymogi formalne.

Te ostatnie łamano na XX zjeździe nagminnie. Już sam fakt, że Xi Jinping liczy 69 lat, sprawił, że nie podtrzymano dotychczasowej bariery wiekowej w pełnieniu najwyższych funkcji w państwie, czyli zakazu sprawowania władzy po 68 roku życia. Kolejny przykład: pierwszym wiceszefem Komisji Wojskowej przy KC KPCh (szefem też jest Xi) został 72-letni generał Zhang Youxia, którego ojciec blisko współpracował kiedyś – i walczył w armii – z ojcem Xi Jinpinga.

Siłowe wyprowadzenie z sali obrad poprzednika dzisiejszego przywódcy, rządzącego w latach 2002-12 Hu Jintao urasta do miana symbolu. Wraz z jego wyprowadzeniem zamknięto bowiem „epokę Deng Xiaopinga” (1978-1992), którą trzy kolejne administracje wiernie implementowały, aż do nadejścia w 2012 r. ekipy Xi Jinpinga, który w minionych dziesięciu latach skutecznie rozmontowywał tamte realia, zastępując je swoimi.

Odeszła epoka Chin umiarkowanych, rozważnych, ostrożnych, wyważonych, a nade wszystko pragmatycznych i trzeźwych.

Odeszła epoka Chin umiarkowanych, rozważnych, ostrożnych, wyważonych, a nade wszystko pragmatycznych i trzeźwych. Przyszły w jej miejsce „myśli Xi Jinpinga” (zebrano już jej cztery tomy), mówiące o „nowej erze socjalizmu o chińskiej specyfice”, jak to się ujmuje w tamtejszym słownictwie. Zamiast pragmatyzmu, mamy powrót ideologii. Zamiast Chin odbudowujących swą potęgę skrycie i po cichu, co radził Deng, mamy Chiny asertywne, pewne siebie i kreślące śmiałe wizje, choć – co przyznał Xi nawet w referacie programowym zjazdu – mogące natknąć się „na wichury, wzburzone fale, a nawet niebezpieczne sztormy”. Zamiast żmudnego budowania merytokracji, a więc rządów oświeconych, starannie dobranych i posiadających niezbędne zaplecze doświadczeń, w duchu konfucjańskim (z poszanowaniem hierarchii i autorytetów), ponownie – jak wielokroć w chińskiej historii – powróciły rządy silnej osobowości, otoczonej dworem swojaków i potakiwaczy, wiernie transponujących „idee Xi Jinpinga” do całego społeczeństwa.

Zarówno skład personalny nowych władz, jak też forsowana przez Xi nowa ideologia świadczą, iż stawia się nacisk na elementy siły, a kwestie bezpieczeństwa wysuwa przed zagadnienia gospodarcze.

Zarówno skład personalny nowych władz, jak też forsowana przez Xi nowa ideologia świadczą, iż stawia się nacisk na elementy siły, a kwestie bezpieczeństwa wysuwa przed zagadnienia gospodarcze, dotychczas stale najważniejsze w procesie transformacji zainicjowanej przez Deng Xiaopinga. Jak wykazał w cennym opracowaniu berliński instytut MERICS, specjalizujący się w badaniu współczesnych Chin, bezpieczeństwo było wymieniane o 65 proc. częściej niż w poprzednim referacie programowym przed pięciu laty, podczas gdy gospodarka (jeszcze rzadziej rynek) o 14 proc. mniej.

W Chinach, jak kiedyś w USA, nastąpiła zmiana priorytetów. Zamiast poprzedniego sloganu „Gospodarka, głupcze”, mamy wyrazisty nowy: „Bezpieczeństwo, głupcze”. Ale nie tylko, bowiem zmiana jest jeszcze głębsza. Xi Jinping rządzi już dekadę, wypowiada się często i na wiele tematów, więc z jego licznych enuncjacji można wyczytać zręby jego „myśli”, czyli forsowanej przezeń ideologii.

Jak się wydaje, Xi Jinping buduje ją na czterech podstawowych filarach: leninizmie, rozumianym jako surowa dyscyplina w partii i państwie; hierarchicznym i paternalistycznym, a przy tym ­­- co ważne – rodzimym konfucjanizmie; a także na stale i starannie podsycanym nacjonalizmie (tak w stosunku do USA i Zachodu, jak przede wszystkim w kwestii Tajwanu, który „musi wrócić na łono Ojczyzny”).

Do tego dochodzi jeszcze filar czwarty, być może kluczowy, czyli marksizm, ale w rozumieniu ekonomicznym, nie czysto ideologicznym. On natomiast, co w polskiej (i nie tylko) literaturze tak sumiennie i wnikliwie pokazał Andrzej Walicki (szczególnie w tomie „Skok do Królestwa Wolności”), to nieufność do rynku, jego praw, związanego z nim rozwarstwienia dochodowego, a nade wszystko podważania autorytetu państwa i władzy w nim sprawowanej.

Sprawa wydaje się być poważniejsza, niż się sądzi, bowiem w pierwszą podróż nowy Stały Komitet pod przywództwem Xi udał się do Yan’anu, czyli tam, gdzie po słynnym Długim Marszu osiedli w jaskiniach na północy kraju chińscy komuniści po to, by po ponad dekadzie przejąć władzę w państwie. W Chinach, cywilizacji ideogramu, znaku i symbolu, przekaz stąd płynący jest więcej niż jasny: wracamy do komunistycznych korzeni po to, by przejąć kontrolę, tym razem nad wszystkimi już  chińskimi ziemiami (a więc wraz z Tajwanem).

Wyprawa najwyższego kierownictwa KPCh do rewolucyjnej kolebki w Yan’anie to kolejny mocny symbolicznie apel Xi Jinpinga o „wzniecenie ducha walki” w członkach 96-milionowej KPCh, a nawet całym społeczeństwie.  On właśnie, podobnie jak wcielanie w życie nowych idei i wizji Xi, jest teraz najważniejszy. A gospodarka, dotychczas tak istotna?

Odnosi się nieodparte wrażenie, że w tej Nowej Erze, jak się ją – i chyba słusznie – teraz nazywa, gospodarka zeszła na drugi plan w świetle innych priorytetów, związanych z napięciami na scenie globalnej (wojna ukraińska), rosnącymi wyzwaniami ze strony USA i wyraźnie narastającą wojną o najnowsze technologie, czego kolejnym przejawem była niedawna decyzja administracji Joe Bidena, o wstrzymaniu dostaw do Chin amerykańskich półprzewodników. Nad tym wszystkim w dzisiejszych kalkulacjach Pekinu góruje jednak problem Tajwanu, o którym Xi mówił bez niedomówień (otrzymując przy okazji największy aplauz zebranych na sali): „Rozwiązanie kwestii Tajwanu oraz dokończenia dzieła zjednoczenia wszystkich chińskich ziem jest dla Partii jej historyczną misją i niepodważalnym zobowiązaniem”.

W sensie czysto ekonomicznym na XX zjeździe żadnego przełomu nie było. Xi Jinping uparcie trzyma się strategii „zera tolerancji dla Covidu”, nie zważając na ogromne koszty z tym związane, o czym już tutaj pisałem. Natomiast istotne jest to, że do Statutu KPCh wprowadzono dwa nowe pojęcia ukute przez Xi. Chodzi o „powszechny dobrobyt”, który – do czego powrócono – ma być osiągnięty do 2035 r. oraz nowy model rozwojowy „podwójnego obiegu”, a więc z priorytetem gospodarki krajowej nad globalną oraz wskazaniem kwitnącej i rozbudowanej klasy średniej jako siły zamachowej tego modelu, a nie eksportu, jak było dotychczas. To ma być zarazem tamtejsza odpowiedź na wyraźne skracanie łańcuchów dostaw, czego już doświadczamy.

Czy oprócz tego, że wrócił do Chin syndrom Cesarza oraz rządy o podłożu ideologicznym grozi nam też izolacja z ich strony? Tego nie wiemy, ale sygnały stają się niepokojące. Kiedy XX zjazd zakończył obrady, odpowiedzią było mocne tąpnięcie na trzech chińskich giełdach oraz tych w okolicy. A w tydzień po jego obradach straty

na wszystkich giełdach, chińskich i międzynarodowych sięgały 12-14 proc. ich indeksów, przy równoczesnym wyraźnym osłabieniu kursu juana, do 7,26 juana za dolara, co dało najniższy kurs od 2008 r.

Jak widać, nastąpiła reakcja zwrotna: Xi Jinping nie ufa rynkom, czemu często daje wyraz, a one odpłaciły mu teraz pięknym za nadobne. Chiny wkroczyły w Nową Erę. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Czy jednak sam „duch walki”, o który tak mocno apeluje teraz nowy jedynowładca, będzie wystarczający? Czy nowe kierownictwo gospodarcze państwa, które zostanie ukształtowane po przyszłorocznej, marcowej sesji parlamentu, poradzi sobie z narastającymi wyzwaniami? Czy nowa ideologia skutecznie zastąpi dotychczasowy twardy realizm i pragmatyzm rządów?

Jednakże jedynowładztwo – jakie teraz Chinom zafundowano – na długą metę nie tyle musi być skuteczne, ile jest raczej receptą na katastrofę.

Mamy coraz więcej znaków zapytania tak wokół samych Chin, jak i sytuacji z nimi związanej. Na całym świecie odczuwamy teraz turbulencje. Chiny nie są z nich wyłączone. Owszem, w duchu konfucjańskim uporządkowały kwestie najważniejsze, czyli władzy i władztwa. Jednakże jedynowładztwo – jakie teraz Chinom zafundowano – na długą metę nie tyle musi być skuteczne, ile jest raczej receptą na katastrofę. Tego dowodzi historia powszechna, w tym także Państwa Środka (by chociażby przypomnieć ostatnie lata Mao Zedonga).

Jedynowładztwo to pełnia władzy, ale też – pełna odpowiedzialność. Xi Jinping musi się spieszyć, jeśli zamierza spełnić swe cele. Czy mu się uda? Zadecyduje najbliższe pięć lat, bo jeśli oczekiwań nie spełni, to choć zamierza rządzić jeszcze dłużej (nie wyznaczono, co też jest nowe, jego następcy), może popaść w poważne kłopoty. Ferment w społeczeństwie, a nawet w partii istnieje. Natomiast twarda, zauważalnie narastająca dyktatura, jest raczej receptą na niepowodzenie i klęskę, a nie zapowiadane sukcesy i prawdziwy „wielki renesans narodu chińskiego”.

obserwatorfinansowy.pl

Według Luisa Martineza z Uniwersytetu Chicago realnie chińska gospodarka może być mniejsza nawet o 7 bilionów dolarów - czyli przeszło o jedną trzecią - niż głoszą oficjalne statystyki. Naukowiec opiera swoje wyliczenia na analizie zdjęć satelitarnych, obrazujących aktywność gospodarczą. Celem badań nie było deprecjonowanie Chin, a sprawdzenie, jak oficjalne dane podawane przez państwa odbiegają od realiów. Martinez i jego zespół potwierdzili starą prawdę, że państwa autorytarne mają tendencję do znacznego zawyżania swoich osiągnięć. Jego praca potwierdza wyniki kilku wcześniejszych badań, które sugerowały, że Pekin zawyża dane na temat wzrostu gospodarczego o 2-3 proc.

W przypadku Chin dodatkowe kontrowersje wzbudziło przesunięcie ogłoszenia wyników gospodarczych za trzeci kwartał - z dnia przed na dzień po zjeździe. Oficjalnie Pekin nie chciał odciągać uwagi od zjazdu.

To  zastanawiające, gdyż wyniki - chociaż nie imponujące - były lepsze od zakładanych. Wzrost gospodarczy w trzecim kwartale wyniósł 3,9 proc. Dla porównania: w poprzednim kwartale, głównie za sprawą lockdownu Szanghaju, było to 0,4 proc. Wzrost gospodarczy Chin w 2022 r. prawdopodobnie wyniesie ok. 3 proc. 

wnp.pl

Pierwsze ślady obecności homo sapiens na wyspie Tajwan sięgają 30 tysięcy lat, a 3 tysiące lat przed naszą erą doszło do skolonizowania wyspy przez pierwsze grupy rolników, które są uznawane za przodków Aborygenów Tajwańskich. Jednak Tajwan, odkryty dla Europejczyków przez Portugalczyków w 1544 roku, wszedł na ścieżkę przemian społecznych, kulturowych i gospodarczych dopiero w pierwszej połowie XVII wieku, kiedy Holendrzy na południu a Hiszpanie na północy ustanowili swoje kolonie. Tych ostatnich Holendrzy wyparli w 1642 roku i przeprowadzili także szereg kampanii pacyfikacyjnych skierowanych przeciwko aborygenom, ale z czasem uznali, że współpraca z rdzennymi plemionami jest bardziej opłacalna. Jeszcze przed powstaniem holenderskiej kolonii wśród części plemion aborygeńskich w wyniku kontaktów z Europejczykami zaczęła ewoluować struktura polityczna. W wyniku czego na przełomie XVI i XVII wieku powstało pierwsze samodzielne państwo na Tajwanie, Królestwo Middag na zachodnim wybrzeżu wyspy. Z czasem zwasalizowane przez Holendrów, przetrwało jako odrębny byt polityczny do przejęcia Tajwanu przez dynastię Mandżurską XVIII wieku. Holenderska Kompania Wschodnio-indyjska nie mogąc przyciągnąć kolonistów z Europy zaczęła zachęcać do przyjazdu osadników z ludów Hokkien i Hakka z regionów dzisiejszych chińskich prowincji Fujian i Guangdong. W ciągu relatywnie krótkiego okresu rządów Holendrzy wprowadzili na wyspie gospodarkę pieniężną, rozpoczęli prace irygacyjne i stworzyli rynek płodów rolnych, przede wszystkim ryżu i trzciny cukrowej, wprowadzając pierwsze elementy kapitalizmu. Można się pokusić o stwierdzenie, że doszło wtedy do pierwszej przyśpieszonej i wymuszonej z zewnątrz quasi modernizacji Tajwanu.

Holendrzy zostali wygnani w 1662 roku przez Zheng Chenggong, powszechnie znanego jako Koxinga, lojalistę dynastii Ming pokonanej w 1644 roku przez Mandżurów, którzy ustanowili w Chinach swoją dynastię Qing. Koxing stworzył w południowo-zachodniej części wyspy własne państwo, Królestwo Tungning, które miało być bazą do odzyskania Chin kontynentalnych. Założona przez niego lokalna dynastia upadła w 1683 roku w wyniku chińskiej inwazji, kiedy Tajwan po raz pierwszy znalazł się pod kontrolą państwa chińskiego. Mandżurowie po wyeliminowaniu zagrożenia ze strony królestwa Tungning rozważali opuszczenie wyspy, ale ostatecznie postanowili utrzymać na niej obecność obawiając się, że mogłaby się stać bazą piratów. Jednak w tym okresie Tajwan formalnie nie jest traktowany jako część cesarstwa a terytorium pod administracją cesarską. Początkowo Mandżurowie również dążyli do repatriacji potomków osadników przybyłych z Chin i wprowadzili zakaz emigracji na wyspę. Na Tajwanie pozostało jedynie ok. 7 tysięcy Chińczyków, którzy mieli żony pochodzące z plemion aborygeńskich i posiadali własność. Mandżurowie, tak samo jak Koxinga, pozostawili holenderski system podatkowy, sieć szkół i świątyń (tworzących podstawy systemu opieki społecznej na wzór parafii protestanckich) oraz quasi kapitalistyczny system gospodarczy. Zakaz osiedlania się był utrzymywany do lat 60. XVIII wieku, ale został zakończony w wyniku presji demograficznej na kontynencie i już w 1811 roku na wyspie mieszkało ok. 2 mln migrantów z południa Chin. Rządy mandżurskie na wyspie wiążą się z konfliktami etnicznymi na tle ekonomicznym. W tym okresie Hokien spychają Hakka z najlepszych ziem uprawnych w głąb interioru, a ci wypierają aborygenów w tereny górskie. Skorumpowani urzędnicy z kontynentu traktują wyjazd na wyspę jako karę, co często jest prawdą, i nie są wstanie zapanować nad sytuacją. W latach 1683-1843 doszło do piętnastu dużych powstań przeciwko władzy Pekinu i niezliczonej liczby lokalny wystąpień. Buntowali się zarówno aborygeni, jak i osadnicy z Chin. Porządek zapewniały właściwie lokalne milicje, powstające zgodnie z podziałami etnicznymi i często walczące między sobą. Mimo niepokojów populacja i gospodarka rozwija się, głównie dlatego, że są pozostawione same sobie oraz w wyniku ekspansji gospodarczej Zachodu. Kiedy w wyniku I wojny chińsko-japońskiej Chiny straciły Tajwan na rzecz Japonii w 1895 roku, lokalne elity ogłuszają niepodległość jako Republika Formozy, ale wciąż uznawali Tajwan za podległy dynastii Mandżurskiej, co nie oznacza jednak, że miał być on częścią Chin. Jednak przewaga Japonii była zbyt duża i po paru miesiącach republika upadła.

Początek rządów japońskich oznacza brutalną pacyfikację (zginie 0,5% populacji), która najbardziej dotknie aborygenów, a niektóre wydarzenia mają znamiona ludobójstwa – represje wobec Aborygenów będą trwały z różnym natężeniem jeszcze w latach 30. Zostają rozwiązane lokalne milicje, zastąpione nowoczesnymi siłami policyjnymi, oraz ustanowiono scentralizowaną, wysoce zbiurokratyzowaną administrację na wzór japoński. W efekcie Japończycy jako pierwsi zdołali zaprowadzić swoje rządy na całości wyspy, włącznie z górzystym interiorem. Władze w Tokio są niechętne emigracji Japończyków, więc nie ma dużego japońskiego osadnictwa na wyspie, a przybywają głównie wojskowi i członkowie administracji z rodzinami. Pod rządami japońskimi Tajwan przechodzi modernizację i częściowe uprzemysłowienie, lecz wciąż jest krajem przede wszystkim rolniczym, ale rolnictwo ulega dalszej komercjalizacji, a głównym rynkiem eksportu staje się Japonia, co podtrzymuje kolonialny charakter rządów Japońskich. Tajwan staje się spichlerzem Japonii. Przeprowadzone są masowe prace irygacyjne i rozwija się nowoczesny system finansowy. Wprowadzona jest powszechna i obowiązkowa edukacja. Najważniejszym skutkiem japońskich rządów wydaje się rozpoczęcie, trwającego do dzisiaj, procesu homogenizacji populacji. Przed japońską kolonizacja trudno mówić o społeczeństwie tajwańskim a raczej o społecznościach żyjących na wyspie, zachowujących odrębność i często sobie wrogich. Po 1915 roku Tokio dąży do asymilacji Tajwanu, ale też jego ujednolicenia i zjednoczenia. Przedstawiciele wyspy są dopuszczeni do zasiadania w parlamencie w Tokio i chociaż władza wykonawcza pozostaje w rękach generał-gubernatora, to w 1935 roku zostaje powołany lokalny parlament, mający charakter doradczy. Japończycy wprowadzają także nowoczesny, jak na swoje czasy, system opieki społecznej i ochrony zdrowia. W 1937 roku następuje w Japonii odwrót od demokracji parlamentarnej i władze przejmują de facto kręgi wojskowe, co oznacza dla gospodarki wyspy przestawienie na produkcję na rzecz wojska. W armii cesarskiej służyło w czasie wojny ponad 200 tysięcy Tajwańczyków a poległo ponad 30 tysięcy. Po klęsce Japonii decyzją aliantów Tajwan i ponad 5 mln jego mieszkańców zostają przekazani Republice Chińskiej. Lokalne elity ponownie rozważają ogłoszenie niepodległości, ale realna władza jest w rękach administracji i armii japońskiej, które wypełnia decyzje zwycięskich mocarstw.

Tajwan zostaje przejęty przez rząd Republiki Chińskiej i po raz drugi staje się częścią państwa chińskiego. Z II wojny światowej Tajwan wychodzi bez większych szkód materialnych, ale gospodarka przestawiona na tory wojenne i odcięta od dotychczasowego rynku zbytu w Japonii pogrąża się w kryzysie. Sytuację pogarszają nacjonaliści z Kuomintangu (KMT), których rządy przed 1949 roku i ewakuacją władz Republiki Chińskiej na wyspę wiążą się z korupcją i przejmowaniem siłą tajwańskiego biznesu. Rozpowszechnia się nepotyzm, a przybysze z kontynentu nie tylko obsadzają stanowiska w administracji opuszczone przez Japończyków, ale też usuwają z wielu pozycji rodzimych Tajwańczyków, mimo ze sami nie mają odpowiednich kwalifikacji. Przyśpiesza to załamanie się usług publicznych, występują problemy z dostawami prądu i wody. KMT praktycznie likwiduje system opieki społecznej. Chińczycy z kontynentu traktują lokalną ludność z góry, a kontakty utrudnia bariera językowa – okazuje się, że nawet osoby mówiące w hokkien z kontynentu mają problem z lokalnym dialektem tego języka, ponieważ w międzyczasie ten rozwinął się de facto w samodzielny język: tajwański hokkien (zwany także: taigi, taigu, tajwańskim minnan, hoklo, holo lub po prostu językiem tajwańskim). W lutym 1948 roku dochodzi do zamieszek, które KMT wykorzysta jako pretekst do zmasakrowania lokalnych elit. Według róznych szacunków zamordowanych zostanie między 18 a 28 tysięcy ludzi, ale pojawiają się większe liczby. W maju 1949 roku ogłoszono stan wyjątkowy, który potrwa do 1987 roku i będzie wiązał się z autorytarnymi rządami, ale przy zachowaniu demokracji na najniższym stopniu samorządu terytorialnego. Administracja Republiki Chińskiej obejmuje w 1949 roku oprócz wyspy Tajwan także wyspy Kinmen, Wuqiu oraz Matsu. Od wybuchu wojny koreańskiej, Tajwan znajduje się pod ochroną USA i to pod naciskiem Amerykanów KMT przeprowadza reformę rolną, która eliminuje pozostałości feudalnych stosunków społecznych. Waszyngton dostarcza także pomocy gospodarczej i doradców. Od lat 60. Tajwan przezywa gwałtowny rozwój gospodarczy i przyśpieszoną kolejną falę modernizacji, dalszego uprzemysłowienia i do pewnego stopnia westernizacji (amerykanizacji). Pojawia się pojęcie „tajwańskiego cudu gospodarczego”. Społeczeństwo tajwańskie przechodzi od tamtej pory poważną transformację kulturową, świadomościową i tożsamościową. Uznanie w 1979 roku przez Stany Zjednoczone ChRL uderzyło w legitymizację KMT i zmusiło autorytarne rządy do rozpoczęcia procesu demokratyzacji, ale też budowy państwa dobrobytu. Pod koniec lat 80. rozpoczyna się proces odchodzenia od rządów jednopartyjnych, które kończą pierwsze powszechne wybory prezydenckie w 1996 roku. Równolegle od końca lat 70. są rozwijane relacje gospodarcze z komunistycznymi Chinami, które zaważą na rozwoju politycznym, społecznym i gospodarczym Tajwanu w XXI wieku.

zawielkimmurem.net

poniedziałek, 2 stycznia 2023


Na donbaski front trafiła grupa najemników z wojskowej firmy „Patriot". Mieli oni zostać przerzuceni pod Wuhłedar. „Patriot" to militarna firma, a w zasadzie prywatna „armijka", na wzór tzw. Grupy Wagnera, od dawna skonfliktowana z Prigożynem. Konflikt jest spowodowany faktem, że „Patriot" nie dostał dużych kontraktów na „usługi ochroniarskie" w Republice Środkowoafrykańskiej - zlecenie to otrzymali wagnerowcy. Marginalizowana najemna grupa jest wykorzystywana przez Szojgu do osłabiania pozycji wagnerowskiej frakcji na Kremlu. Na fali krytyki klęsk rosyjskich nad Dnieprem Prigożyn urósł do roli jednego z najważniejszych zauszników Władimira Putina. Pozycja Szojgu osłabła do tego stopnia, że w kontrolowanych rosyjskich mediach dopuszcza się krytykę resortu obrony. Na ostatniej odprawie wyższej kadry oficerskiej z Władimirem Putinem oraz Szojgu, ten drugi poruszał się i mówił niczym ubezwłasnowolniony członek KPZR czekający na moment, w którym każą mu wygłosić samokrytykę. Putin, zresztą, podkreślił że wojsko od państwa rosyjskiego „otrzymało wszystko co trzeba" do prowadzenia wojny, sugerując Rosjanom że winnym jest właśnie minister Szojgu.

Konflikt Szojgu-Prigożyn narasta z każdym dniem wojny. Część materiałów video pokazujących mizerię zaopatrzenia rosyjskich żołnierzy mieli kręcić – a przynajmniej promować – ludzie związani z Prigożynem. Wszystko to uderza w Szojgu. Przed nominowaniem na głównodowodzącego „generała Armageddona" Sergieja Surowikina odpowiedzialność personalna za inwazję była rozmyta, więc z łatwością wszelkie niepowodzenia spadły na barki Szojgu. Notabene Surowikin jest człowiekiem Prigożyna, więc jego nominacja to kolejny ruch frakcji krytyków rosyjskiego resortu obrony. Sojusznikiem Prigożyna w tym konflikcie stał się Ramzan Kadyrow, prorosyjski namiestnik Czeczenii. Frakcja Prigożyn-Kadyrow dostarcza „mięso armatnie" na front nie ponosząc większej odpowiedzialności politycznej za sytuację operacyjną, więc ich notowania wzrastają. Szojgu natomiast jest obiektem kpin za porażkę wojskowej logistyki i nieudaną mobilizację. Formalnie do tzw. Grupy Wagnera idą ochotnicy, więc nie ma buntu rodzin zabitych, który jest powszechnym zjawiskiem przy „mobikach".

Dla Prigożyna inwazja przeciwko Ukrainie stała się okresem „złotych żniw". Z firmy najemniczej z personelem do 2 tys. osób rozrosła się do kilkunastu tysięcy, z czego ostatnie zaciągi przeprowadzono za zgodą Kremla w koloniach karnych oraz więzieniach. Rekrutacja jest ułatwiona, więźniom obiecać można dosłownie wszystko, bo i tak „Wagner" im nie płaci obiecanych kontraktów. Z relacji jeńców wynika, że wojska wagnerowców są dzielone na dwa rzuty. Pierwszy rzut – złożony z „zeków" (czyli więźniów) jest wysyłany do ataku z minimalnym uzbrojeniem (Kałasznikow plus jeden magazynek amunicji) by zrobić znany z czasów sowieckich tzw. zwiad bojem. Drugi rzut – to faktyczni kontraktowi najemnicy tzw. Grupy Wagnera z przeszłością, bardzo często, w doborowych jednostkach specnazu. Doszło nawet do tego, że strategiczny odcinek frontu pod Bachmutem, a Rosjanie uznali za zdobycie tego miasta za priorytet, „sprywatyzowała" tzw. Grupa Wagnera. Gdyby wagnerowcy zdobyli Bachmut wpływy frakcji krytyków Szojgu urosłyby do ogromnych rozmiarów, a sam Prigożyn awansowałby w kremlowskiej hierarchii. Bachmut jest wciąż zaciekle broniony przez Ukraińców, więc wagnerowcy nie ukoronowali wpływów swojego mocodawcy militarnym zwycięstwem. Prigożyn od początku inwazji zarzuca Szojgu brak zaopatrywania wagnerowskich oddziałów, więc wiadomo jak wytłumaczy klęskę swoich oddziałów pod Bachmutem.

defence24.pl

31 grudnia Rosjanie przeprowadzili atak rakietowy w północno-zachodniej części Ukrainy. Premier Denys Szmyhal poinformował, że główny cel stanowiła cywilna infrastruktura mieszkalna w Kijowie, jednak trafiona została także m.in. elektrociepłownia. Obrońcy podali, że zestrzelili 12 z 20 pocisków manewrujących. Tego dnia w uderzeniach rakietowych ucierpiały również jednostka wojskowa w obwodzie czernihowskim oraz Kramatorsk, Łyman, Mikołajów i Zaporoże (Rosjanie mieli wykorzystać w ciągu doby 31 rakiet). Już w nowym roku Rosjanie kontynuowali ataki przy użyciu dronów kamikadze. Ich głównym celem była ukraińska stolica. Obrońcy powiadomili o zestrzeleniu wszystkich dronów biorących udział w tej akcji – 45 nocą z 31 grudnia na 1 stycznia oraz 39 nocą z 1 na 2 stycznia. Mimo to w Kijowie doszło do kolejnych uszkodzeń, w tym obiektu infrastruktury energetycznej. Celami były także Dniepr i Mikołajów, w którym ze względu na brak prądu wstrzymano pracę przepompowni, a tym samym dostawy wody. 1 stycznia szef wywiadu wojskowego (HUR) Kyryło Budanow zapewnił, że siły agresora posiadają zdolność do przeprowadzenia jedynie dwóch zmasowanych ataków rakietowych.

Rosyjskie artyleria i lotnictwo kontynuują ataki na pozycje i zaplecze sił ukraińskich wzdłuż linii styczności i na obszarach przygranicznych. Ze szczególnym natężeniem ostrzeliwane i bombardowane są Chersoń (od kilkunastu do kilkudziesięciu ataków na dobę), Nikopol i okolice Oczakowa oraz przygraniczne rejony obwodu sumskiego (co najmniej 100 uderzeń na dobę). Artyleria i lotnictwo obrońców atakowały pozycje i zaplecze wrogich wojsk w Donbasie i obwodzie zaporoskim, miały również uderzyć na cele po rosyjskiej stronie granicy w Biełgorodzie i obwodzie briańskim. Zarząd Komunikacji Strategicznej armii ukraińskiej przekazał, że w ataku przeprowadzonym w sylwestra na bazę agresora w okupowanej Makiejewce koło Doniecka zginęło 400 rosyjskich żołnierzy, a 300 zostało rannych. Do kolejnego aktu dywersji doszło w Melitopolu, a według niepotwierdzonych doniesień – także na lotnisku wojskowym w Woroneżu.

Siły najeźdźcze zaatakowały pozycje obrońców wzdłuż linii kolejowej Bachmut–Siewiersk (Krasna Hora, Rozdoliwka), jednocześnie oskrzydlając Sołedar, będący głównym punktem ukraińskiego oporu na północny wschód od Bachmutu. Trwają walki we wschodniej części miasta oraz na jego północno-wschodnich i południowych obrzeżach, na zachód od Gorłówki, na północ i południe od Awdijiwki oraz na zachód od Doniecka (głównie o kontrolę nad Marjinką). Rosjanie podejmowali też kolejne próby przełamania pozycji ukraińskich pomiędzy Kreminną a Łymanem oraz na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. W obwodzie zaporoskim doszło do walk na południe od Hulajpola – do miasta zbliżyły się wojska rosyjskie, które zajęły pozostającą dotychczas w pasie ziemi niczyjej miejscowość Dorożnianka.

2 stycznia zastępca szefa Głównego Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego Ukrainy Ołeksij Hromow podsumował sytuację na froncie. Do końca 2022 r. Siły Zbrojne Ukrainy wyzwoliły 40% terytoriów zajętych przez Rosję po 24 lutego: ok. 40 tys. km2 w rejonie Chersonia, 14 tys. km2 w obwodach czernihowskim i sumskim, 12 tys. km2 w obwodzie charkowskim oraz 7 tys. km2 w północnej części obwodu kijowskiego. Według Hromowa w ubiegłym roku szkolenia ogólnowojskowe i specjalistyczne poza granicami kraju odbyło ponad 20 tys. ukraińskich wojskowych. Prowadzono je głównie w Polsce, w Czechach, na Słowacji oraz w obiektach armii amerykańskiej w Niemczech.

31 grudnia ukraińskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poinformowało, że od początku rosyjskiej inwazji zdemaskowano 108 wrogich grup dywersyjno-rozpoznawczych. Wszczęto przy tym 2220 postępowań karnych w sprawach dotyczących współpracy ze służbami specjalnymi FR i zatrzymano przeszło 1880 osób, które prawdopodobnie brały udział w działaniach sabotażowych. Przypomniano, że od lutego 2022 r. Rosjanie uszkodzili ponad 700 obiektów infrastruktury krytycznej.

30 grudnia premier Szmyhal przekazał, że z Polski dotarła pierwsza transza trzeciej partii terminali systemu łączności Starlink. Nie określił przy tym jednak, ile urządzeń otrzyma Ukraina w ramach tego pakietu. Podkreślił jedynie, że pomoc będzie bardzo duża. Według informacji ukraińskiego resortu ds. cyfryzacji Polska dostarczy w sumie ponad 20 tys. terminali Starlink (po uwzględnieniu tych, które trafiły już na Ukrainę w ub.r.), co zapewni utrzymanie łączności internetowej ludności w „punktach niezłomności” w całym kraju, a także placówkom medycznym i obiektom infrastruktury energetycznej.

31 grudnia w trakcie wizyty prezydenta Władimira Putina w sztabie Południowego Okręgu Wojskowego w Rostowie nad Donem poinformowano o formalnym włączeniu w skład Sił Zbrojnych FR 1. Donieckiego Korpusu Armijnego (KA; byłej tzw. Donieckiej Milicji Ludowej), 2. Gwardyjskiego Ługańsko-Siewierodonieckiego KA (Ługańskiej Milicji Ludowej) oraz wyższej szkoły oficerskiej w Doniecku. Putin wezwał uczestników tzw. specjalnej operacji wojskowej, by „iść tylko naprzód”.

Komentarz

Powtarzające się przez ostatnie doby ataki na Kijów to kolejny element toczonej przez Rosjan wojny na wyczerpanie, podobnie jak permanentny ostrzał Chersonia, który ma złamać wolę oporu Ukraińców. Agresor stara się też wykazać, że wbrew ukraińskim doniesieniom o wyczerpywaniu się rosyjskich środków – zwłaszcza pocisków manewrujących – wciąż posiada możliwości prowadzenia ataków. Za kontrproduktywne należy uznać deklarowanie w ostatnich dniach przez Ukraińców 100-procentowej skuteczności ich obrony powietrznej przy równoczesnym potwierdzaniu kolejnych rosyjskich trafień (zwłaszcza w infrastrukturę energetyczną) oraz wynikających z nich awaryjnych wyłączeń prądu.

Oficjalne włączenie byłych Donieckiej i Ługańskiej Milicji Ludowych w skład armii rosyjskiej oznacza, że Moskwa zerwała z utrzymywaną od 2014 r. fikcją odrębności 1. i 2. KA od Sił Zbrojnych FR (osobną kwestię stanowiło utrzymywanie jej po nielegalnym włączeniu obu ukraińskich obwodów do Rosji). Wątpliwe jest jednak, by zmieniło to politykę Kremla względem rekrutacji do obu korpusów oraz wobec ich wyposażenia. Od początku wojny Rosjanie prowadzą w Donbasie permanentną mobilizację, a zrekrutowane w jej wyniku pododdziały wyposażane są w uzbrojenie i sprzęt wojskowy będące mieszanką najstarszych typów posowieckich, w tym pozyskiwanych poza Rosją (m.in. z Białorusi). Korpusy z obu ukraińskich obwodów odpowiadają za znaczącą część wysiłku militarnego agresora i najprawdopodobniej przypadają na nie liczne ponoszone przez niego straty. Warto podkreślić, że jak dotąd rekrutacja do (pro)rosyjskich formacji zbrojnych w okupowanych częściach obwodów chersońskiego i zaporoskiego nie przyniosła istotnych sukcesów.

osw.waw.pl

niedziela, 1 stycznia 2023


Wojska rosyjskie zaatakowały w sobotę, kilka godzin przed nadejściem Nowego Roku, miejscowość Naddnipriańske koło Chersonia. 13-letni Jarosław wraz z siostrą wracali w tym czasie do domu. Rannego chłopca w ciężkim stanie przewieziono do obwodowego szpitala dziecięcego w Chersoniu - poinformował szef administracji regionu Jarosław Januszewycz.

Krótko po północy 1 stycznia Rosjanie ostrzelali szpital w Chersoniu. W sali, gdzie leżał chłopiec, wypadły okna. 13-latek został ewakuowany do szpitala w Mikołajowie. Lekarze nadal walczą o jego życie.

(...)

Rosja nie ma już celów militarnych na Ukrainie, chce tylko "zabić tylu cywilów, ilu się da" - oświadczył w niedzielę doradca ukraińskiego prezydenta Mychajło Podolak. Komentując rosyjski ostrzał w nocy z soboty na niedzielę, dodał: "doszło do kolejnej zmiany strategii (toczonej) wojny".

Kijów ocenia, że ostrzał prowadzony ostatnio przez siły rosyjskie i wymierzony głównie w infrastrukturę energetyczną nie ma realnej wartości militarnej, ma za to na celu wyniszczenie ludności cywilnej - komentuje portal brytyjskiej telewizji Sky News.

(...)

Jeśli Rosja wierzyła, że pod wpływem zmasowanego zagrożenia szybko rzuci Ukrainę na kolana, to źle skalkulowała. Podobnie niegdyś w ZSRR zakładano, że marsz na Helsinki zajmie im dwa tygodnie. Stalin i Putin nie rozpoznali jednego czynnika: naród działający razem to ogromna siła – powiedział prezydent Sauli Niinisto w orędziu noworocznym. Według Niinisto Rosja błędnie założyła również, że współczucie Europejczyków i Zachodu dla Ukraińców będzie przejściowe. - Okazało się inaczej: sprawa Ukrainy została potraktowano jako własna, a wsparcie dla niej tylko wzrosło – powiedział.

Niinisto podkreślił również, że przez rosyjski atak, wiosną 2022 r. dokonała się historyczna zmiana w wieloletniej fińskiej polityce zagranicznej. Wtedy podjęto decyzję o złożeniu wniosku o akcesję do NATO. - Są powody, aby wierzyć, że formalnie członkostwo nastąpi w 2023 r. Wtedy zakończy się okres neutralności Finlandii – dodał. Dotychczas, spośród 30 sojuszników NATO, jedynie Turcja i Węgry nie ratyfikowały protokołów Finlandii i Szwecji.

- Jednak także w przyszłości Finlandia będzie sama odpowiedzialna za obronę swojego terytorium, ale już jako część sojuszu obronnego. Dostaniemy pomoc i sami także zapewnimy innym bezpieczeństwo. Wraz z naszym członkostwem czynnik odstraszający całego NATO będzie mocniejszy. Podobnie, próg zagrożenia Finlandii przy użyciu siły będzie wyższy niż wcześniej – podsumował fiński prezydent.

(...)

Prawnik Geoffrey Nice, który był prokuratorem w procesie byłego prezydenta Jugosławii Slobodana Miloszevicia powiedział BBC, że Władimir Putin powinien odpowiedzieć za zbrodnie wojenne, czyli atakowanie celów cywilnych w Ukrainie przez podlegającą mu armię Rosji. Jego zdaniem sprawa przeciwko Putinowi byłaby oczywista. Nie ma bowiem wątpliwości, że hierarchia dowodzenia prowadzi do przywódcy na Kremlu. Najważniejsze byłoby więc pociągnięcie do odpowiedzialności osobiście Putina, a nie szeregowych żołnierzy - ocenił Nice w wywiadzie dla BBC opublikowanym w niedzielę.

onet.pl

Jak poinformowano, zmobilizowani żołnierze stacjonowali na terenie Szkoły Zawodowo-Technicznej nr 19 w tymczasowo okupowanym mieście Makiejewka w obwodzie donieckim. W nocy z 31 grudnia na 1 stycznia doszło tam do wybuchu, wskutek którego zginęło około 400 wojskowych, a kolejnych 300 zostało rannych.

"W wyniku nieostrożnego obchodzenia się z urządzeniami grzewczymi, zaniedbania środków bezpieczeństwa, palenia w nieokreślonym miejscu, Mikołaj zapakował do worków około 400 zwłok Rosjan" - przekazał Departament Komunikacji Strategicznej Sił Zbrojnych Ukrainy. "Ciekawe, że to wszystko stało się to w sylwestra" - dodał.

gazeta.pl

sobota, 31 grudnia 2022


Były prezydent Trump i inni w USA, w tym niektórzy Demokraci i Republikanie, skrytykowali ciągłe wsparcie USA dla Ukrainy w jej wojnie z Rosją. Wezwali do ograniczenia, a nawet zakończenia wsparcia wojskowego i finansowego dla Ukrainy. Bagatelizują ryzyko ze strony Rosji i argumentują, że pieniądze powinny być wydawane u siebie w kraju.

Jednak z wielu perspektyw, (...), wsparcie USA i Zachodu dla Ukrainy jest niezwykle opłacalną inwestycją.

W sumie administracja Bidena uzyskała zgodę Kongresu na 40 mld USD pomocy dla Ukrainy na 2022 r. i wystąpiła o dodatkowe 37,7 mld USD na 2022 r. Ponad połowa tej pomocy została przeznaczona na obronę.

Sumy te bledną w zestawieniu z całkowitym budżetem obronnym USA w wysokości 715 miliardów dolarów na 2022 rok. Pomoc stanowi 5,6% całkowitych wydatków na obronność USA. Ale Rosja jest głównym przeciwnikiem USA, czołowym rywalem niezbyt daleko w tyle za Chinami, ich strategicznym pretendentem numer jeden. W zimnych, geopolitycznych kategoriach ta wojna stanowi dla USA doskonałą okazję do erozji i degradacji konwencjonalnych zdolności obronnych Rosji, bez butów żołnierzy USA na ziemi ukraińskiej i bez ryzyka dla ich życia.  

Ukraińskie siły zbrojne zabiły lub zraniły już ponad 100.000 żołnierzy rosyjskich, co stanowi połowę ich pierwotnej siły bojowej; prawie 8 tys. potwierdzonych strat pojazdów opancerzonych, w tym tysięcy czołgów, tysięcy transporterów opancerzonych, dział artyleryjskich, setek stałopłatów i wiropłatów oraz licznych okrętów wojennych. Wydatki USA w wysokości 5,6% ich budżetu obronnego na zniszczenie prawie połowy konwencjonalnych zdolności wojskowych Rosji wydają się absolutnie niewiarygodną inwestycją. Gdybyśmy podzielili budżet obronny USA na zagrożenia, przed którymi stoi, Rosja miałaby być może sumę rzędu 100-150 miliardów dolarów, na wydatki związane z  niebezpieczeństwem z jej strony. Tak więc wydanie zaledwie 40 miliardów dolarów rocznie obniża wartość ryzyka wielkości 100-150 miliardów dolarów, co oznacza dwu- lub trzykrotny zwrot. W rzeczywistości zwrot prawdopodobnie będzie wielokrotnością tego, biorąc pod uwagę, że wydatki na obronę i zagrożenie to powtarzające się co roku wydarzenia.

Wojsko USA może rozsądnie chcieć, aby Rosja nadal rozmieszczała siły zbrojne na rzecz zniszczenia Ukrainy.

Tymczasem wymiana zniszczonego sprzętu wojskowego i nadążanie za nowym wyścigiem zbrojeń, który teraz wywołała z Zachodem Rosja, z pewnością doprowadzi rosyjską gospodarkę do bankructwa; zwłaszcza gospodarkę objętą agresywnymi zachodnimi sankcjami. Jak Rosja może mieć nadzieję na wygranie wyścigu zbrojeń, skoro łączny PKB Zachodu wynosi 40 bilionów dolarów, a jego wydatki na obronę wynoszące 2% PKB znacznie przekraczają 1 bilion dolarów, biorąc pod uwagę nieproporcjonalny wkład Stanów Zjednoczonych w obronę? Całkowity PKB Rosji wynosi zaledwie 1,8 biliona dolarów. Władimir Putin będzie musiał przekierować wydatki z konsumpcji na obronę, ryzykując niepokoje społeczne i polityczne w perspektywie średnioterminowej oraz realne i wkrótce rodzące się zagrożenie dla jego reżimu. Wyobraź sobie, o ile bardziej "okazyjna" będzie zachodnia pomoc wojskowa, jeśli ostatecznie przyniesie ona pozytywną zmianę reżimu w Rosji. 

Po drugie, wojna posłużyła do obalenia mitu, że rosyjska technologia wojskowa jest w jakiś sposób porównywalna z amerykańską i zachodnią. Pamiętajcie, że Ukraina używa tylko ulepszonej amerykańskiej technologii drugiej generacji, ale konsekwentnie pokonuje wszystko, co może rozmieścić rosyjska armia. Wojny to witryny sklepowe dla producentów obronnych; każdy kupujący przy zdrowych zmysłach będzie chciał technologii stworzonej przez zwycięzcę. Błędna ocena sytuacji Putina stworzyła jedynie fantastyczną okazję marketingową dla zachodnich konkurentów.

Należy również zauważyć, że wojna zmusza również partnerów NATO do szybkiego zwiększenia wydatków do 2% PKB i powyżej celu. Biorąc pod uwagę przewagę technologiczną Stanów Zjednoczonych w zakresie sprzętu obronnego, znaczna część tych dodatkowych nakładów wojskowych zostanie przeznaczona na sprzęt amerykański.

cepa.org

piątek, 30 grudnia 2022


29 grudnia Rosjanie przeprowadzili dziesiąte z kolei uderzenie rakietowe na ukraińską infrastrukturę krytyczną, bezpośrednio poprzedzone mniejszej skali atakiem z wykorzystaniem dronów-kamikadze. Według ukraińskich Sił Powietrznych z 30 grudnia obrońcy mieli zestrzelić 58 pocisków manewrujących z wykorzystanych przez agresora 70 oraz 11 dronów. Sztab Generalny armii ukraińskiej informował natomiast, że w atakach wykorzystanych zostało łącznie 85 rakiet. Rosjanie mieli ponowić atak nocą 30 grudnia z wykorzystaniem dronów, przy czym obrońcy informowali o zestrzeleniu wszystkich z nich (16 na wschodzie Ukrainy, 7 nad Kijowem i jego okolicami), a straty spowodowane zostały przez odłamki.

W wyniku ataków 29 grudnia uszkodzonych zostało 28 obiektów w 10 obwodach. Do najpoważniejszych szkód doszło w Charkowie, Kijowie, Lwowie, Odessie i Zaporożu, brakuje jednak szczegółowych informacji o skutkach ataków i stanie ukraińskiej infrastruktury energetycznej. W nielicznych doniesieniach lokalnych informowano, że w Kijowie odcięte zostały dostawy prądu do 40% odbiorców, a we Lwowie do 90%. Wieczorem bez prądu miało pozostawać 470 tys. abonentów w obwodzie lwowskim i 450 tys. w obwodzie odeskim.

Rosyjskie artyleria i lotnictwo kontynuowały uderzenia na pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz w rejonach przygranicznych (wzrosła liczba przypadków ostrzału w obwodzie sumskim). Pod permanentnym ostrzałem znajdują się Chersoń i Nikopol oraz ich okolice, a także nadmorska część obwodu mikołajowskiego (głównie rejon Oczakowa). Stałym celem ponownie stał się Charków. Po parotygodniowej przerwie ponownie ostrzelane zostały także przedmieścia Mikołajowa. Celem ukraińskiej artylerii i lotnictwa były głównie pozycje i zaplecze agresora w Donbasie i obwodzie zaporoskim. 29 grudnia źródła rosyjskie donosiły także o kolejnych próbach ukraińskiej dywersji w Dżankoj na Krymie oraz ataku z wykorzystaniem drona na bazę lotnictwa strategicznego Engels w obwodzie saratowskim.

Areną najcięższych walk pozostają okolicie Bachmutu. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego codziennie ma tam miejsce do 20 rosyjskich ataków, a na pozycje ukraińskie w mieście i jego okolicach przypada ponad 40% ostrzałów prowadzonych przez agresora wzdłuż całej linii walk pomiędzy Kupiańskiem a Marjinką. Rosjanie podejmują próby poszerzenia wyłomu na północny wschód od Bachmutu (w rejonie Jakowliwki) oraz wyparcia obrońców z jego północno-wschodnich obrzeży. 29 grudnia mieli także wyprowadzić uderzenie oskrzydlające na południowy zachód od miasta, gdzie zostali odparci w rejonie miejscowości Iwaniwśke.) Siły ukraińskie powstrzymywały także kolejne rosyjskie ataki na północ i wschód od Siewierska, na północ i południe od Awdijiwki, na zachód od Doniecka oraz na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. 27 grudnia miało także dojść do nieudanego rosyjskiego natarcia w zachodniej części obwodu donieckiego (w okolicach Zołotej Nywy). W rejonie tym oraz w graniczącej z nim części obwodu zaporoskiego miały się także zaktywizować ukraińskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze. Na konferencji prasowej 29 grudnia reprezentujący ukraiński Sztab Generalny gen. Ołeksij Hromow poinformował, że w ciągu tygodnia obrońcy przesunęli się o 2,5 km w kierunku Kreminnej.

28 grudnia wizytę w Kijowie złożył francuski minister obrony Sébastien Lecornu. Strony porozumiały się w kwestii rozpoczęcia programu szkolenia oficerów ukraińskich Sił Powietrznych w zakresie obsługi nowych systemów obrony powietrznej, szczegóły którego mają zostać przedstawione później. Według doniesień prasowych 18 nowych wyrzutni HIMARS, które Amerykanie planują dostarczyć Ukrainie w najbliższych latach, zostanie wyposażonych w zautomatyzowany system kierowania ogniem IFATDS (International Field Artillery Tactical Data System).

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) kontynuuje rozpoczętą 22 listopada operację kontrwywiadowczą w obiektach użytkowanych przez Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego (UKP-PM). 29 grudnia przeszukano 7 nieruchomości w obwodzie chmielnickim i 4 w dniepropietrowskim. Poszukiwane są dowody współpracy duchownych z rosyjskimi służbami specjalnymi, w tym wspierania grup dywersyjnych, a operacja ma dać podstawy do zakazu funkcjonowania UKP-PM. 27 grudnia minister kultury Ołeksandr Tkaczenko zapowiedział, że władze nie przedłużą umowy najmu obiektów Ławry Kijowsko-Peczerskiej. Dzień później sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ołeksij Daniłow wezwał duchowieństwo do publicznego odcięcia się od Patriarchatu Moskiewskiego i potępienia prezydenta Rosji.

Szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kiryło Budanow w wywiadzie dla BBC 29 grudnia oświadczył, że walki na froncie znalazły się w impasie, gdyż siły obu stron – tak na wschodzie, jak i na południu kraju - nie mogą poczynić znaczących postępów. Odnosząc się do rosyjskiej aktywności wojskowej na Białorusi odrzucił możliwość przeprowadzenia w najbliższym czasie ofensywy na Kijów z terytorium Białorusi. Obecność tam rosyjskich jednostek uznał za manewr taktyczny, mający zmusić Ukrainę do przerzucenia dodatkowych sił na kierunek białoruski i w ten sposób osłabić ich potencjał na innych kierunkach. Według komunikatu ukraińskiej służby granicznej Rosja zgromadziła na Białorusi grupę wojsk liczącą 10,2 tys. żołnierzy - liczba ta nie wystarczy do przeprowadzenia ataku na Ukrainę.

29 grudnia w rejonie położonej ok. 50 km od granicy z Ukrainą miejscowości Gorbacha w obwodzie brzeskim spadła ukraińska rakieta typu S-300. Białoruski resort obrony stwierdził, że pocisk został zestrzelony przez siły obrony powietrznej, ukraińskiemu ambasadorowi wręczono notę protestacyjną. Tego samego dnia Ministerstwo Obrony Ukrainy zapewniło, ze jest gotowe zbadać okoliczności incydentu. Kijów podkreślił, że jest świadomy dążeń Kremla do bezpośredniego wciągnięcia Białorusi do wojny z Ukrainą i dlatego nie wyklucza celowej prowokacji: trajektoria pocisków manewrujących została wyznaczona tak, aby zostały one przechwycone przez ukraińska obronę powietrzną nad terytorium Białorusi.

Władze okupowanego Krymu ogłosiły stan wysokiego zagrożenia terrorystycznego od 6 do 21 stycznia 2023 r. Decyzja ta świadczy, że liczą się z możliwością przeprowadzenia przez siły ukraińskie operacji dywersyjnych na półwyspie.

29 grudnia prezydent Ukrainy podpisał ustawy zezwalające na preferencyjny import systemów łączności Starlink i generatorów prądotwórczych - do maja 2023 r. towary te zostaną zwolnione z podatku VAT i opłat celnych. Celem jest minimalizowanie skutków rosyjskich ataków rakietowych niszczących infrastrukturę krytyczną.

Komentarz:

Kolejny rosyjski atak rakietowy przeciwko ukraińskiej infrastrukturze krytycznej potwierdza, że działania Moskwy obliczone są na utrzymanie stanu permanentnej destabilizacji w funkcjonowaniu systemu energetycznego. Podobnie jak w poprzednich przypadkach, uderzenie skierowane było przeciwko najszybciej stabilizowanym elementom systemu i doszło do niego w momencie, w którym Ukraina zaczęła przechodzić od awaryjnych do planowych wyłączeń dostaw prądu. Coraz dłuższe przerwy pomiędzy kolejnymi atakami - poprzedni miał miejsce 16 grudnia – Kijów stara się wykorzystać w swojej polityce informacyjnej. Jej głównym elementem jest wyczerpywanie zdolności agresora w zakresie prowadzenia ostrzałów rakietowych – według ukraińskiego wywiadu wojskowego armia rosyjska może jeszcze przeprowadzić najwyższej dwa podobne ataki, po czym wyczerpią się jej zapasy rakiet. Optymizm HUR stara się tonować Dowództwo Sił Powietrznych, które ze swojej strony podtrzymuje stabilny przekaz o wysokiej skuteczności ukraińskiej obrony powietrznej.

Incydent związany z upadkiem ukraińskiej rakiety na terytorium Białorusi spotkał się ze wstrzemięźliwym stanowiskiem reżimu w Mińsku. Sprawą zajął się resort obrony, Komitet Śledczy postępowanie wyjaśniające, zaś Łukaszenko nie skomentował incydentu, a białoruskie media reżimowe ograniczyły się jedynie do zwięzłego komunikatu o wydarzeniu. Świadczy to o tym, że Mińsk – przynajmniej na obecnym etapie - nie chce uznać incydentu za akt agresji wobec Białorusi, gdyż postawiłoby to na porządku dziennym kwestię odwetu i użycia własnych sił zbrojnych na terytorium Ukrainy. Taka eskalacja nie leży w interesie reżimu, który wsparcie agresji chce ograniczyć do zapewnienia swobody działań sił rosyjskich i pomocy logistycznej.

osw.waw.pl

czwartek, 29 grudnia 2022


Muzeum regionalne w Błagowieszczeńsku zajmuje sale niegdysiejszego najbogatszego emporium handlowego carskiej Syberii. Droga wiedzie w chronologicznym układzie od kłów mamutów i wyrobów ludów tubylczych – jak kanoe z kory brzozowej, drewniane idole, szaty szamanów obszyte kołami i muszlami – obok drewnianej repliki fortu w Ałbazinie i artefaktów z pól złotonośnych nad Zeją, do schodów prowadzących na górę i pamiątek z przełomu XIX i XX wieku. Tam na ścianach wiszą fotografie aktorów życia społecznego: sklepikarzy, handlarzy futer, poszukiwaczy złóż mineralnych. Grupa uczniów snuje się po muzeum apatycznie i po raz pierwszy od ponad miesiąca zauważam europejskiego turystę. Przewodniczka opisuje zajęcie dorzecza Amuru przez Murawjowa jako działanie wymierzone przeciwko chińskiej ekspansji, jak gdyby traktat nerczyński nigdy nie istniał.

Jednak tutaj, w źle oświetlonej sali nad klatką schodową, nagle się zatrzymuję przy fotografiach z 1900 roku, gdy rebelianci z powstania bokserów ostrzelali rosyjski brzeg. Kozacy w białych kurtkach mundurowych prowadzą musztrę z szeregami cywilnej milicji, przygotowując się do obrony Błagowieszczeńska. Na pobliskim zdjęciu pozuje dwóch spalonych słońcem chińskich żołnierzy ubranych w tuniki i w czapkach z piórami na głowach – wyglądają żałośnie staroświecko. Honorowe miejsce zajmuje duży obraz olejny ukazujący ostrzał artyleryjski. Chiński brzeg jest spowity dymem armatnim i w połowie stoi w płomieniach. Rosyjska artyleria odpowiada ogniem przez rzekę, a parowiec Selenga płynie w dół Amuru, by odwrócić uwagę od oddziałów przeprawiających się powyżej. Na pierwszym planie, w dokładnie oddanych szczegółach, Kozacy i mieszkańcy Błagowieszczeńska stoją pospołu za ziemną redutą. Półkole niewinnie i krucho wyglądających cywilów mierzy z długich, chudych strzelb w drugi brzeg, wiejskie kobiety zaś wspierają ich wiadrami wody. Ten fałszywy obraz sprezentowano burmistrzowi Błagowieszczeńska w 1902 roku i wisiał on w jego biurze przez następnych dwadzieścia lat.

Podczas gdy przyglądam się temu malowidłu, pojawia się grupa chińskich turystów, pędzona przez gniewnie wyglądającą przewodniczkę. Przegania ich przez tę salę bez słowa. Miejscowe władze zakazały chińskim przewodnikom przedstawiania własnej wersji tamtych dni. Pod tym spokojnym, konserwatywnym miastem zieje bowiem czeluść studni zapomnienia.

W rzeczywistości wobec groźby chińskiej inwazji mieszkańcy słabo bronionego miasta wpadli w panikę. Z dnia na dzień ich strach przekształcił chińską ludność, do tamtej pory spokojną i obdarzaną zaufaniem, w nieuchronne zagrożenie dla życia Rosjan. Fatalnie się złożyło, że Chińczycy się nie asymilowali, ponieważ w codziennym życiu traktowano ich nieodmiennie brutalnie. I teraz, w obleganym mieście, wypłynęły pełne strachu podejrzenia. Gubernator wojskowy wydał rozkaz wyłapania wszystkich Chińczyków. Przez cztery dni, gdy bohaterowie tego osobliwie nieudolnego obrazu olejnego oczekiwali na atak, do którego nigdy nie doszło, oddział Kozaków i nowo powołanych rekrutów wyprowadził jakieś pięć tysięcy Chińczyków do wsi Wierchniebłagowieszczenskoje, gdzie Amur płynie szybko wąskim korytem. Tych, którzy nie nadążali, zabijano toporami. Nie było łodzi, które przewiozłyby ich na drugi brzeg. Sklepikarzom, restauratorom, służbie domowej, wszystkim kazano wejść do rzeki, ale nikt nie umiał pływać. Kozacy poganiali ich nahajami, potem strzelali do nich, zabijając setki na brzegu. Uciekając przed dźgnięciem bagnetów, wpadali do wody, a prąd ich unosił. Mieszkający tam Kozacy – nawet starcy i chłopcy – celowali do nich w wodzie. Przerażonemu rosyjskiemu oficerowi wydawało się, że po ciałach mógłby przejść na drugi brzeg, do Chin. W okolicznych wsiach zabito kolejne siedem tysięcy Chińczyków. Gubernator i szefowie policji naciskali, by szybko dokończyć rzezi, a następnie doszło do powszechnego plądrowania.

Potem zapadła cisza. Chińskie zagrożenie się ulotniło, a rosyjska armia spaliła do cna regionalną stolicę Ajgun i sześćdziesiąt osiem wsi, po czym wdarła się w głąb Mandżurii. Przez pięć lat nie ukazało się ani jedno słowo na temat masakry. Mieszkańcy regionu zamilkli, jak po ataku chwilowego szaleństwa. Nawet lokalna „Amurskaja Gazieta”, która w pierwszej chwili dała wyraz grozie tych zdarzeń, później wyobrażała sobie, że „Chińczycy przepłynęli Amur”.

Jednak cztery dni po rzezi rosyjski pułkownik, Aleksandr Wierieszczagin, który udawał się do Chabarowska, zobaczył, że jego parowiec przedziera się między trupami Chińczyków spływającymi w dół rzeki. Powierzchnię wody, napisał, pokrywały napuchnięte i rozkładające się ciała. „Płyną całą szerokością Amuru, jak gdyby nas straszyły. Pasażerowie wyszli z kabin, by zobaczyć tak rzadki widok. W mojej pamięci pozostanie na zawsze […]. »Podano śniadanie« – oznajmia kelner […]”.

Jeśli dziś pojedzie się dziesięć kilometrów w górę rzeki do Wierchniebłagowieszczenskiego, nie znajdzie się żadnego pomnika. Graniczny płot wzdłuż Amuru pojawia się zwartym szeregiem wież strażniczych i betonowym bastionem z drutem kolczastym na szczycie. Pomnik hrabiego Murawjowa stał niegdyś właśnie tu, w miejscu, gdzie wysiadł na brzeg w towarzystwie potężnego arcybiskupa Innocentego, który ochrzcił niewielką placówkę „Błagowieszczeńsk” – „Zwiastowanie” – ale powodzie go zmyły. Przeciwny brzeg jest oddalony o ponad sześćset metrów i porośnięty ciemną ścianą drzew. Między nimi rzeka płynie szybko i jest głęboka. Z zapędzonych tu pięciu tysięcy Chińczyków na drugi brzeg dotarła może setka. Ale w Błagowieszczeńsku wszelka wiedza o tej rzezi poszła w zapomnienie.

Colin Thubron - Amur