poniedziałek, 5 grudnia 2022


Wojna rozpoczęła się od rosyjskich uderzeń lotniczych i rakietowych na cele o znaczeniu strategicznym, przede wszystkim chodziło o zniszczenie ukraińskiego potencjału w zakresie lotnictwa i obrony przeciwlotniczej, ale także centra podejmowania decyzji, zarówno wojskowych jak i politycznych oraz bazy i składy magazynowe. Równolegle w dużej skali użyto środków walki radioelektronicznej, po to aby „oślepić” i zdezorganizować ukraińską obronę. W pierwszej fazie, przez dwa tygodnie po 24 lutego, Moskale właściwie nie atakowali infrastruktury komunikacyjnej. Jak piszą Autorzy raportu, działanie rosyjskich sił zbrojnych było zgodne z ich doktryną wojenną, jednak zwracają oni uwagę na kilka „osobliwości”. Otóż o ile cele o charakterze wojskowym zostały przez Rosjan prawidłowo zidentyfikowane i zaatakowane, co nie oznacza, że zniszczone, to generalnie w pierwszych dniach nie przeprowadzano uderzeń z powietrza na ukraińskie związki taktyczne. Co więcej sposób ataków przy użyciu lotnictwa i sił rakietowych był szczególny – w pierwszy rzędzie uderzano na cele znajdujące się w głębi pozycji ukraińskich, a dopiero później, w drugiej i kolejnych fazach, koncentrowano ogień na celach bliżej linii styczności wojsk. Te dwie „osobliwości” spowodowały, że ukraińskie związki taktyczne wokół Kijowa były właściwie w pierwszych godzinach od rozpoczęcia wojny nie objęte rosyjskimi uderzeniami.

Ponieważ jednak elementy taktyczne były najbardziej mobilne – argumentują Autorzy raportu - to sekwencjonowanie (celów – MB) zmaksymalizowało czas dostępny na przemieszczenie elementów taktycznych.

Co więcej zawiodła u Rosjan aktualizacja celów i ocena skuteczności prowadzonego ognia. Cel trafiony uważano za zniszczony, co otwierało stronie ukraińskiej szerokie pole do stosowania decepcji (oszustw, zmylenia przeciwnika) a także wykorzystania elementu rozśrodkowania sił i tworzenia atrap, celów pozorowanych. Rosjanie nie byli w stanie, nawet mimo posiadania zaawansowanych, kosmicznych, systemów rozpoznania ocenić prawidłowo skali zniszczeń po stronie ukraińskiej, co w efekcie powodowało po ich stronie nadmierne zużycie posiadanych środków walki. Jednak w pierwszych godzinach wojny udało im się uzyskać kontrolę nad ukraińską przestrzenią powietrzną, doprowadzić do „oślepnięcia” w wyniku użycia systemów walki radioelektronicznej obrony powietrznej i zniszczyć znaczną część stacjonarnych systemów, czego nie można powiedzieć o mobilnych. Jak dowodzą Autorzy raportu ukraiński obrona powietrzna przestała działać jako spójny system, skuteczność przechwytywania rosyjskich rakiet wynosiła 12-18 proc. (w drugiej fazie wojny wzrosła do 40-60 proc.), co oznacza, że Moskale byli bliscy zdobycia pełnej kontroli nad ukraińską przestrzenią powietrzną, a właściwie, krótkookresowo, ją mieli. Całkowicie udało się im ją zlikwidować na południu, na Chersońszczyźnie i w okolicach Mikołajowa.

Równolegle Rosjanie przystąpili do niszczenia ukraińskiego systemu dowodzenia. Nie chodzi w tym wypadku wyłącznie o atakowanie sztabów i punktów dowodzenia, choć to też miało miejsce i użyci zostali w tym celu żołnierze rosyjskich jednostek specjalnych. Wszyscy wysocy rangą oficerowie ukraińscy otrzymali w czasie dwóch pierwszych dni wojny sms-y z wezwaniem do zaniechania oporu i zapewnieniami, że cele wojenne Rosji nie dotyczą państwa ukraińskiego a jedynie chodzi o ekipę Zełenskiego. Elementem tej zorganizowanej kampanii był również publiczny apel Putina sformułowany przez niego w drugim dniu wojny i adresowany do ukraińskiego korpusu dowódczego, aby wojskowi obalili ekipę Sługi Narodu i przystąpili do rokowań z Rosją. W tym obszarze Moskale również popełnili błąd, źle oceniając gotowość wyższego dowództwa sił zbrojnych Ukrainy do oporu. Liczyli na powtórzenie reakcji zaobserwowanych w 2014 roku na Krymie, ale ich rachuby okazały się błędne.

Krytyczną słabością rosyjskiej kampanii uderzeniowej była ocena wyrządzonych szkód – piszą Autorzy raportu, a pamiętajmy, że mowa jest o pierwszych 48 godzinach. - Po pierwsze, wydaje się, że rosyjska armia zakładała, że jeśli akcja została zlecona i przeprowadzona to oznacza to skuteczne rażenie celu, chyba że istniały bezpośrednie dowody przeciwne. Wydaje się, że potwierdzenie skuteczności uderzenia w nieproporcjonalnym stopniu opierało się na trzech rodzajach danych: potwierdzeniu od pilotów, że trafili w cel; potwierdzeniu z rosyjskich satelitów, że strona wykazała uszkodzenia; oraz potwierdzeniu z rozpoznania radioelektronicznego (SIGINT), że Ukraińcy zgłosili uderzenie i uszkodzenie sprzętu.

Te braki spowodowały, że w istocie rosyjskie siły zbrojne przeceniły skalę strat ukraińskich w pierwszej fazie wojny i nie doceniły zdolności do odzyskania koordynacji, łączności i w efekcie zdolności bojowej zdezorientowanych i izolowanych w pierwszych godzinach walk formacji ukraińskich. Niedocenienie przeciwnika i przecenienie zadanych mu strat spowodowało też, że dowództwo rosyjskie obrało bardziej ryzykowaną strategię działania, co miało się w kolejnych dniach boleśnie na Moskalach zemścić. Dążąc do złamania woli oporu, do zdezaktywowania (zniszczenia) centrum podejmowania decyzji (administracja Zełenskiego) Moskale rozpoczęli forsowny marsz na wszystkich głównych kierunkach operacyjnych, pozostawiając na swoich tyłach (np. kierunek na Sumy) znaczące siły ukraińskie. Przecenianie skali strat w sprzęcie po stronie ukraińskiej spowodowało też w ciągu pierwszych 72 godzin, że Rosjanie nie spodziewali się oporu w zakresie obrony przeciwlotniczej. W efekcie zachowane przez Ukraińców zdolności w tym zakresie w połączeniu ze sprawnym użyciem przez nich systemów przenośnych (MANPADS) zdezorientowało i zdezorganizowało rosyjskie operacje powietrzne i utrudniło wsparcie dla szybko przemieszczających się sił lądowych. Zła ocena stanu gotowości bojowej przeciwnika skłoniła Rosjan również do użycia w większym niż należało stopniu sił powietrzno-desantowych, które lekko uzbrojone nie nadają się do atakowania bronionych pozycji. To jest właśnie przypadek desantu na lotnisko Hostomel pod Kijowem, które próbowano zając w ataku dwóch fal śmigłowców (każda po 10 maszyn). Dwie maszyny zostały zniszczone przy użyciu systemów przenośnych, co poprawiło morale strony ukraińskiej, a wysadzony desant nie dysponując ciężkim sprzętem został w krótkim czasie zniszczony przez ukraińską artylerię.

Wyjaśnienia wymaga – piszą Autorzy raportu - postępowanie rosyjskich wojsk lądowych w pierwszych trzech dniach wojny, które znacznie odbiegało od przedwojennych oczekiwań, ich rozkazów i doktryny. Ze względów bezpieczeństwa operacyjnego (chęć uzyskania efektu zaskoczenia – przyp. MB) rozkazy zostały rozesłane do większości jednostek dopiero na 24 godziny przed inwazją. W rezultacie rosyjskim żołnierzom brakowało amunicji, paliwa, żywności, map, właściwie nawiązanej łączności i, co najważniejsze, jasnego zrozumienia na poziomie taktycznym, w jaki sposób ich działania wpisują się w ogólny plan.

W tym miejscu eksperci, którzy przygotowali raport formułują też bardzo ciekawą, choć kontrowersyjną tezę. Otóż ich zdaniem „konwencjonalny militarny element inwazji miał raczej służyć bardziej jako wspierająca demonstracja siły niż główny wysiłek, rosyjskim jednostkom nakazano przemieszczać się w kolumnach marszowych i ominąć jednostki ukraińskie. Wielu rosyjskich żołnierzy przybywało do miast bez załadowanej broni. W większości nie spodziewali się ciężkich walk”. Zawiodło też rozpoznanie, rosyjscy dowódcy na szczeblu taktycznym mieli nieaktualne mapy, nie wiedzieli gdzie się znajdują, nie znali przebiegu dróg i topografii terenu. Strona rosyjska, co zadziwiające, nie miała też rozpoznania w zakresie sieci hydrologicznej, co umożliwiło Ukraińcom zorganizowanie oporu, np. przez podniesienie poziomu wody w rzeczce Irpin o 70 cm w wyniku spuszczenia wody ze zbiornika na północ od Kijowa, która stała się w rezultacie trudną do pokonania przeszkodą.

W tym czasie, a mowa o decydujących pierwszych 72 godzinach wojny, dowództwo ukraińskie podjęło 3 decyzje, które okazały się kluczowe dla końcowego wyniku. Po pierwsze, znaczną część ukraińskich sił specjalnych z innych kierunków operacyjnych przerzucono na oś Homelską (prawy brzeg Dniepru). Po drugie udało się ogłosić i przeprowadzić mobilizację. Masowy odzew rezerwistów spowodował, że szybko nowe brygady zmechanizowane zaczęły docierać na linię frontu i stopniowo zmieniać korelację sił, która jednak nadal była zdecydowanie na korzyść Rosjan. Po trzecie zmobilizowani zostali przez dowodzącego obroną Kijowa generała Syrskiego kadeci i kadra szkół wojskowych, co pozwoliło szybko wystawić dodatkowe siły. 1 Brygada Pancerna ukraińskich sił zbrojnych działająca w okolicach Czernichowa, została „ominięta” przez siły rosyjskie i praktycznie otoczona, z pewnością była izolowana, ale nadal utrzymała zdolność bojową, co w kolejnych dniach miało zasadnicze znaczenie. Siły ukraińskie w Donbasie powstrzymywały Moskali, ale głównym celem tych ostatnich, na tej osi, było przede wszystkim wiązanie potencjału ukraińskiego, co się udawało. Na południu Ukrainy Rosjanie działali nie napotykając właściwie większego oporu z którym spotkali się dopiero na przedmieściach Mikołajowa, po tym jak stronie ukraińskiej udało się przegrupować i uporządkować linie obrony. W tej fazie wojny, dla rozwoju wydarzeń w kolejnych dniach, kluczowym okazało się niepowodzenie rosyjskich sił specjalnych, które próbowały wysadzić desant nieopodal Odessy przygotowując większą operację w tym zakresie i przede wszystkim rezultat bitwy o Kijów.

Oceniając generalną sytuację w 72 godziny od rozpoczęcia wojny Autorzy raportu piszą:

Z powyższego należy zauważyć, że Rosjanie osiągnęli zaskoczenie i udało im się doprowadzić do bardzo korzystnego stosunku sił na głównych osiach natarcia. W drugim dniu konfliktu w ukraińskich siłach zbrojnych panował niepokój co do możliwości powstrzymania natarcia z kierunku Homla (prawy brzeg Dniepru).

Aby zrozumieć dlaczego Rosjanie ostatecznie utknęli Autorzy raportu proponują poświęcić więcej uwagi „stanowi psychiki” najeźdźców na poziomie taktycznym, czyli w jednostkach liniowych. Byli oni pozbawieni orientacji w terenie, mieli ograniczoną łączność, systemy dowodzenia nie działały sprawnie a z każdą godziną tężał opór strony ukraińskiej i to w sytuacji kiedy tego oporu miało nie być. Nie tylko nie spodziewali się ciężkich walk, a ich kolumny marszowe zaczęły być coraz częściej skutecznie atakowane, ale również nie otrzymywali nowych rozkazów. Silnie scentralizowana kultura dowodzenia w rosyjskiej armii nie sprzyjała też inicjatywie dowódczej i powodowała zatrzymanie się kolumn w oczekiwaniu na dalsze instrukcje. Jak piszą:

Siły ukraińskie były omijane i często walczyły z kolumnami nieprzygotowanych wojsk rosyjskich. Nawet bez rozkazów od wyższego dowództwa oczywistym było, że bezpośrednie zadania dla tych jednostek na poziomie taktycznym są jasne i nie budzą wątpliwości.

Ukraińscy żołnierze wiedzieli, że mają niszczyć rosyjskie kolumny marszowe, a Rosjanie nie mieli niezbędnych rozkazów i w związku z tym często nie wiedzieli co robić. W efekcie inicjatywę na poziomie taktycznym przechwyciła strona ukraińska.

Trzeciego dnia od rozpoczęcia inwazji strona rosyjska zrozumiała, jak argumentują Autorzy raportu, że ich plany operacyjne nie są realizowane a cała kampania „idzie źle”. Ukraińska obrona przeciwlotnicza odzyskała po pierwszym szoku zdolność do działania, co spowodowało, że wsparcie rosyjskich sił lądowych z powietrza było niedostateczne, opór tężał, na tyłach szybko przemieszczających się kolumn pozostały znaczące siły ukraińskie, które utrzymały zdolność do działania. Nie udało się przechwycić lotniska Hostomel, które miało stać się głównym rosyjskim hubem logistycznym i miejscem z którego operujące siły rosyjskie miały przypuścić przesądzający wyniki wojny szturm na Kijów. Co więcej, ukraińskim jednostkom specjalnym udało się zneutralizować w całości zagrożenie ze strony rosyjskich grup dywersyjnych działających w Kijowie (wg. szacunków było to 3 tys. żołnierzy), który zadaniem było zdobycie budynków rządowych i unieszkodliwienie kierownictwa państwa.

Już szóstego dnia od rozpoczęcia inwazji, jak mówił w wywiadzie dla The Time, generał Załużny bitwa o Kijów była wygrana, choć zmuszenie Rosjan do wycofania się zajęło stronie ukraińskiej jeszcze kilka tygodni. Autorzy raportu, zanim skoncentrowali swoją uwagę na formułowaniu głównych wniosków, w tym tych które z przebiegu kampanii lądowej powinni wyciągnąć dowódcy państw NATO-wskich, napisali, że generał Aleksander Czajka, dowodzący rosyjskim Zgrupowaniem Wschód atakującym z kierunku Homla, kiedy odbudował swoją świadomość sytuacyjną (co stało się dopiero w marcu) stanął wobec dylematu. Albo próbować przebijać się przez umocnione już w tym czasie linie obrony strony ukraińskiej i zdobyć kontrolę nad liniami komunikacyjnymi na zachód od Kijowa, albo wycofać się nie ryzykując okrążenia. Nie był w stanie podciągnąć niezbędnego potencjału artyleryjskiego, a tym dysponowała strona ukraińska, nie był w stanie też uzyskać wsparcia z powietrza. Kijów nie został opanowany „od środka”, zaopatrzenie stawało się coraz trudniejsze, bo opór strony ukraińskiej rósł. Próbował realizować pierwszy scenariusz, ale w obliczu ciężkich strat i ryzyka okrążenia Moskalom pozostało tylko wycofanie się, po to aby uchronić choćby część potencjału wojsk zaangażowanych w atak na kierunku kijowskim. Bitwa o ukraińską stolice była przegrana.

wpolityce.pl

Rosja próbuje wykorzystać pragnienie Zachodu do negocjacji, aby stworzyć dynamikę, w której zachodni urzędnicy czują presję, by pójść na prewencyjne ustępstwa, aby zwabić Rosję do stołu negocjacyjnego. Prezydent Rosji Władimir Putin odbył 2 grudnia godzinną rozmowę telefoniczną z kanclerzem Niemiec Olafem Scholzem, w której Putin fałszywie stwierdził, że zachodnia pomoc finansowa i wojskowa dla Ukrainy stwarza sytuację, w której ukraiński rząd stanowczo odrzuca rozmowy między Moskwą a Kijowem i wzywa Scholza do ponownego rozważenia podejścia Niemiec do wydarzeń na Ukrainie. Scholz stwierdził, że wszelkie dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu na Ukrainie musi obejmować wycofanie wojsk rosyjskich z terytorium Ukrainy. Wezwanie Putin-Scholz korespondowało z uwerturą dyplomatyczną prezydenta USA Joe Bidena z 1 grudnia, w której Biden oświadczył, że jest gotów rozmawiać z Putinem, jeśli prezydent Rosji szuka sposobu na zakończenie wojny, chociaż Biden przyznał, że nie ma natychmiastowych planów, aby to zrobić.

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow odpowiedział na komentarze Bidena z 2 grudnia, stwierdzając, że Biden wydaje się domagać usunięcia wojsk rosyjskich z Ukrainy jako warunku wstępnego negocjacji i powiedział, że „specjalna operacja wojskowa” będzie kontynuowana. Pieskow dodał, że niechęć Ameryki do uznania nielegalnej aneksji terytoriów ukraińskich przez Rosję znacznie komplikuje poszukiwanie wspólnej płaszczyzny w ewentualnych negocjacjach.

Oświadczenia Putina i Pieskowa dotyczące negocjacji są następstwem wypowiedzi rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa z 1 grudnia w kontekście spotkania Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), powtarzającego dokładnie to samo żądanie, jakie Kreml skierował do USA i NATO przed inwazja 24 lutego. Ławrow powiedział, że rosyjscy urzędnicy będą gotowi do rozmów z zachodnimi urzędnikami, jeśli Zachód wykaże chęć przedyskutowania dokumentów zaproponowanych przez rosyjskich urzędników w grudniu 2021 r. Rosyjskie MSZ opublikowało 17 grudnia 2021 r. projekt swoich żądań „gwarancji bezpieczeństwa” USA i NATO, w których wezwano do obszernej listy ustępstw wobec NATO i zachodnich działań wojskowych w Europie, w tym, jak zauważył wówczas ISW, „moratorium na rozszerzenie NATO, cofnięcie Deklaracji szczytu NATO w Bukareszcie z 2008 r., zgodnie z którą Ukraina i Gruzja mogą zostać członkami NATO, moratorium na zakładanie baz wojskowych na terytorium byłych państw radzieckich i obecnych państw nienależących do NATO, nierozmieszczanie broni uderzeniowej w pobliżu Rosji i wycofanie NATO do pozycji z 1997 r., kiedy podpisano akt założycielski Rosja-NATO”. Na tej podstawie,  odmowy negocjacji ze strony USA i NATO, uruchomiono wojskowe środki techniczne, „specjalną operację wojskową”, która rozpoczęła się tydzień później.

ISW oceniło wcześniej, że retoryka Władimira Putina wskazuje, że nie jest on zainteresowany poważnymi negocjacjami z Ukrainą i zachowuje maksymalistyczne cele wojny. Jest prawdopodobne, że Putin, Ławrow i Pieskow złożyli te oświadczenia dotyczące negocjacji, aby stworzyć wrażenie wśród zachodnich urzędników, że Rosję należy zwabić do negocjacji. Kreml prawdopodobnie zamierza stworzyć dynamikę, w której zachodni oficjele będą oferować Rosji prewencyjne ustępstwa w nadziei, że przekonają Rosję do rozpoczęcia negocjacji bez wymagania w zamian znacznych wstępnych ustępstw od Rosji. Wypowiedzi Putina, Ławrowa i Pieskowa podkreślają, jakie mogą być niektóre z tych pożądanych prewencyjnych ustępstw: zmniejszona pomoc finansowa i wojskowa Zachodu dla Ukrainy, uznanie nielegalnej aneksji terytorium Ukrainy przez Rosję oraz ograniczenie działań wojskowych NATO i Zachodu w Europie. Kreml nieprecyzyjnie wypowiada się też na temat negocjacji, prawdopodobnie po to, by przekonać zachodnich urzędników do rozpoczęcia negocjacji bez jasnego określenia, czy negocjacje zmierzają do zawieszenia broni, procesu pokojowego, czy ostatecznego porozumienia pokojowego.

Rosja skorzystałaby na tymczasowym porozumieniu z Ukrainą i krajami zachodnimi, które stworzy przerwę w działaniach wojennych, co pozwoli Rosji wzmocnić rosyjskie siły zbrojne do przyszłych operacji wojskowych w dążeniu do maksymalizacji celów na Ukrainie. Putin nie okazał jednak zainteresowania takim zawieszeniem broni, a Kreml nadal wysuwa żądania, które są równoznaczne z pełną kapitulacją Zachodu, co sugeruje, że Putin nadal koncentruje się na dążeniu do zwycięstwa militarnego.

Zachodni przywódcy odrzucili starania Kremla i potwierdzili swoje poparcie dla Ukrainy. Biden i prezydent Francji Emmanuel Macron na wspólnej konferencji prasowej 1 grudnia potwierdzili swoje zaangażowanie we wspieranie Ukrainy w jej wojnie z Rosją. Wspólny pokaz poparcia Bidena i Macrona dla Ukrainy i naleganie Scholza na całkowite wycofanie rosyjskich sił z Ukrainy wskazują, że Francja, Niemcy i USA nie są w tej chwili gotowe do zaoferowania Rosji znaczących prewencyjnych ustępstw. Biden dodał, że „pomysł, że Putin kiedykolwiek pokona Ukrainę, jest nie do pojęcia”.

Rosja może próbować wykorzystać swoją skoordynowaną kampanię uderzeń rakietowych na ukraińską infrastrukturę i związaną z tym sytuację humanitarną na Ukrainie, aby zwiększyć presję na zachodnich urzędników, aby zaoferowali prewencyjne ustępstwa. Putin fałszywie stwierdził w rozmowie telefonicznej z Scholzem, że Rosji nie pozostało nic innego, jak przeprowadzać ataki rakietowe na cele na terytorium Ukrainy. Rosja może polegać na spowodowaniu nadmiernego cierpienia ludzkiego, być może w celu wygenerowania kolejnej fali uchodźców, aby wywrzeć presję na zachodnich urzędników, aby zaoferowali prewencyjne ustępstwa, ponieważ rosyjskie wojsko nie było w stanie osiągnąć strategicznego sukcesu.

understandingwar.org

niedziela, 4 grudnia 2022


Zacznijmy od pierwszej i fundamentalnej konkluzji raportu. Rosjanie mogli tę wojnę wygrać tak jak planowali, czyli w ciągu 10 dni rozbijając ukraińskie siły zbrojne, czyniąc je niezdolnymi do prowadzenia zorganizowanego oporu i jednocześnie obezwładnić centrum polityczne państwa. W efekcie po 4 miesiącach od dnia agresji Rosjanie byliby w stanie, o czym świadczą ich dokumenty sztabowe, tak jak planowali, połknąć Ukrainę, kontrolować ją politycznie lub nawet włączyć w skład odnowionego ruskiego miru, jakiejś formy nowego ZSRR. Z naszej perspektywy oznaczałoby to, że już w czerwcu znaleźlibyśmy się w nowej sytuacji geostrategicznej. Graniczylibyśmy z Rosjanami nie tylko w enklawie kaliningradzkiej, ale również na Białorusi i Ukrainie, a na dodatek Moskale mieliby 300 tysięczną armię na naszych granicach (nie licząc sił białoruskich) uskrzydloną odniesionym zwycięstwem. Ten scenariusz był całkowicie realnym przede wszystkim z tego powodu, że Ukraińcy uważali, że główny ciężar rosyjskiej agresji i główna oś uderzenia będzie znajdowała się w Donbasie. Tam dyslokowali gros swoich regularnych sił operacyjnych – „ponieważ główną osią miał być Donbas, w rejonie JFO (połączonej operacji sił zbrojnych – MB) utrzymywano ponad 10 brygad bojowych, stanowiących około połowy sił manewrowych ukraińskiej armii” – piszą Autorzy raportu. Inne kierunki, takie jak m.in. na Chersońszczyźnie czy z okolic białoruskiego Homla, skąd ostatecznie przyszedł najpoważniejszy rosyjski atak uważano za mniej prawdopodobne, co powodowało, że desygnowano tam znacznie mniejsze siły.

Nie było większych formacji wysuniętych do przodu na osi homelskiej – piszą Autorzy - Nie było też żadnych większych jednostek zaangażowanych w obronę podejścia z Krymu, mimo że było to określone w planie obrony narodowej. Przyczyny tego są obecnie przedmiotem dochodzenia. Powstawały oddziały Obrony Terytorialnej, ale, miały tylko lekką broń i nie były jeszcze w pełni zintegrowane z dowództwem wojskowym.

Strona ukraińska przygotowywała się do intensywnej wojny w Donbasie, która miała trwać około 6 tygodni. To na potrzeby starcia takiego rodzaju gromadzono amunicję artyleryjską, która miała wystarczyć na potrzeby intensywnego, ale krótkotrwałego konfliktu. Osobną kwestią jest to, że w wyniku rosyjskiej dywersji po 2015 roku Ukraina straciła w eksplozjach na składach amunicji 210 tys. ton pocisków różnego kalibru (Dla porównania w ciągu 5 lat wojny w Donbasie strona ukraińska zużyła ok. 70 tys. ton amunicji artyleryjskiej). Rosjanom udało się, co podkreślają analitycy, osiągnąć zaskoczenie strategiczne, bo na głównym kierunku uderzenia mieli przewagę, szacowaną przez Autorów raportu, na poziomie 12 do 1. Dlaczego pierwsze uderzenie rosyjskie nie było obezwładniającym? Przede wszystkim z tego względu, że ukraińscy wojskowi jako jedno z podstawowych zagrożeń już na długo przed 24 lutego uważali rosyjskie ataki rakietowe i lotnicze za podstawowe zagrożenia. Mając ograniczone możliwości w zakresie obrony przeciwlotniczej, dużą wagę przywiązywali w związku z tym do rozproszenia, zarówno swego potencjału lotniczego, jak i zasobów magazynowych, tak aby nie można ich było niszczyć pojedynczym obezwładniającym uderzeniem. Rosjanie dążąc do uzyskania efektu zaskoczenia musieli też utrzymać tajemnicę, której podlegali nawet dowódcy wyższych szczebli, co do celów operacyjnych wykonywanych zadań. W efekcie siły nacierające z Białorusi, zdaniem autorów raportu, były słabo wprowadzone w zadania które miały realizować, dowódcy na szczeblu taktycznym nie zdążyli zapoznać się z topograficznymi warunkami w których mieli walczyć, na co nałożyły się braki w wyszkoleniu, scentralizowana kultura dowodzenia i problemy z komunikacją i koordynacją po rosyjskiej stronie. To wszystko osłabiło efekt zaskoczenia, który jednak Rosjanie osiągnęli. Strona ukraińska miała inne atuty. Po pierwsze doświadczenia wojny w Donbasie utwierdziły dowództwo, że artyleria jest i będzie jednym z czynników kluczowych w przyszłej wojnie. W konsekwencji Ukraina sporo inwestowała w modernizację swoich systemów artyleryjskich, a nawet rozbudowała zdolności czołgów T-64 tak, aby mogły one być używane w charakterze mobilnych baterii. Jeśli chodzi o siły pancerne, to Ukraina w dniu wybuchu wojny miała do dyspozycji ok. 900 czołgów, podczas gdy Rosjanie 2 800, do których należy dodać około 400 maszyn, które mieli separatyści z Donbasu.

Różnica w liczbie systemów artylerii rosyjskiej i ukraińskiej nie była tak znacząca na początku konfliktu – dowodzą Autorzy. - 2433 systemy artylerii lufowej przeciwko 1176 i 3547 MLRS przeciwko 1680.

Strona ukraińska z pewnością miała lepiej wyszkolonych artylerzystów, bo w okresie po 2015 roku, na to położono największy nacisk. Mając świadomość nierównowagi z Rosją ukraińscy wojskowi wiedzieli, że muszą działać szybciej, mieć lepszą świadomość sytuacyjną, krócej namierzać cele i szybciej zmieniać swą lokalizacje aby uniknąć ognia kontrbateryjnego. Na to kładziono nacisk w szkoleniu i to się w dużej mierze udało, dlatego amerykańscy wojskowi byli potem zdziwieni jak szybko Ukraińcom udaje się opanować obsługę nowych systemów, zarówno przenośnych jak i bardziej skomplikowanych i zaawansowanych HIMARS-ów. Strona ukraińska dysponowała jeszcze jednym atutem, który paradoksalnie, był wynikiem braku środków. Otóż ograniczenia budżetowe powodowały, że Kijów nie był w stanie po 2015 roku utrzymywać dużych stałych sił w Donbasie. W efekcie rotacja kadrowa w jednostkach liniowych była duża, a to przełożyło się na to, że Ukraina posiadała znaczącą, dobrze wyszkoloną i silnie zmotywowaną rezerwę, którą można było zmobilizować. Rosjanie uważali, że to się nie uda, i w tym względzie popełnili fundamentalny błąd niedocenienia zdolności przeciwnika. Kolejnym atutem, jak się później okazało, strony ukraińskiej było zakorzenione przekonanie dowództwa, iż jednym z najpoważniejszych zagrożeń, czemu trudno będzie zaradzić w związku z brakami sprzętowymi, jest zdolność Rosjan do rażenia celów z dużych odległości, przy zastosowaniu systemów rakietowych. To właśnie z tego powodu duży nacisk tradycyjnie kładziono na rozśrodkowanie sił i środków po stronie ukraińskiej, przygotowanie procedur w tym zakresie, zapasowych stanowisk, magazynów i lotnisk, które na tydzień przed godziną W, zostały uruchomione. Na 7 godzin przed wybuchem wojny, kiedy stało się jasne, że jednym z głównych kierunków rosyjskiego ataku będzie oś z okolic Homla na Kijów, po prawej stronie Dniepru, siły zbrojne Ukrainy podjęły próbę przesunięcia na ten kierunek najbardziej mobilnych jednostek rezerwowych.

W rezultacie – argumentują Autorzy raportu - wiele jednostek ukraińskich nie znajdowało się na wyznaczonych pozycjach obronnych, gdy rozpoczęła się inwazja, zwłaszcza na osiach północnych nie znajdowało się na przygotowanych pozycjach. Przesunięcia z południowej osi w kierunku Kijowa również powodowało, że mniejsza liczba żołnierzy przeznaczona została do utrzymania wybrzeża. Ukraińskie jednostki w trakcie przemieszczania się weszły w kontakt ogniowy, bój spotkaniowy, z wrogiem. Punktem krytycznym jest tutaj to, że wojna zaczęła się od przejęcia przez rosyjskie siły zbrojne inicjatywy na poziomie operacyjnym, ale jej jednostki taktyczne były zaskoczone tym, jakiego rodzaju rozkazy mieli wykonać. Siły zbrojne Ukrainy zostały zaskoczone na poziomie operacyjnym, ale jednostki taktyczne psychicznie i praktycznie przygotowywały się do tej walki przez osiem lat. Interakcja między tymi zmiennymi okazała się decydującą o  wyniku pierwszych 72 godzin walk.

Innymi słowy Rosjanie postawili na efekt zaskoczenia, decepcje operacyjną, nawet za cenę niepełnej świadomości realizowanych zadań na poziomie taktycznym. To okazało się w ostatecznym rachunku błędem, ale trzeba postawić pytanie dlaczego zdecydowali się oni na tak ryzykowną ścieżkę postępowania. Otóż, jak argumentują Autorzy raportu, przeważyły o tym badania, przeprowadzane regularnie przez rosyjski wywiad, ukraińskiej opinii publicznej. Ich wyniki utwierdziły tych którzy decydowali w Rosji o kształcie kampanii, iż społeczeństwo ukraińskie jest w dużej mierze zatomizowane, zniechęcone panującą biedą, apatyczne i niezdolne do wspólnego działania, a przy tym obóz Zełenskiego traci w przyspieszonym tempie poparcie. Uznano, w związku z tym, że system odpornościowy państwa jest słaby, elity niezdolne do narzucenia społeczeństwu woli oporu, co ułatwi zadanie najeźdźcom. Szybkie, krótkie uderzenia miały obezwładnić ukraińskie „centrum podejmowania decyzji”, utrudnić a nawet uniemożliwić koordynacje działań i wywołać kaskadowe załamanie się systemu obrony. Nie atakowano infrastruktury krytycznej, bo w Moskwie uznano, że będzie ona niezbędna aby Rosjanie przy ograniczonych siłach byli w stanie uzyskać kontrolę nad całym krajem, nie uderzano też w cele cywilne, uważano bowiem, iż generalnie społeczeństwo ukraińskie jest przyjaźnie nastrojone wobec Rosji i zmasowane ataki powodowałyby przyspieszoną ewolucję postawy tego rodzaju. To był oczywisty błąd oceny sytuacji, ale rozwój wydarzeń na południu kraju, gdzie w ciągu 12 godzin Rosjanie opanowali przeprawy na Dnieprze pokonując ponad 150 km, pokazał, iż tego rodzaju rachunki nie były pozbawione racjonalności. Przez pierwsze 6 dni wydawało się, że Moskale wygrają wojnę i opanują Ukrainę. Jednak tak się nie stało. Z jakiego powodu? 

wpolityce.pl

Niektóre pozycje ukraińskie są atakowane 7-8 razy na dzień. Żołnierz Batalionu „Swoboda" Gwardii Narodowej Jewhenij Oropaj, w wywiadzie dla Radia NW opisał w jakich warunkach walczą jego towarzysze broni:

Tutaj rzeczywiście jest gorąco, jest wiele szturmów, dużo artylerii, moździerzy i lotnictwa. Nasz wróg na żadnych innych kierunkach, na innych pozycjach, nie szturmował tak zaciekle jak tutaj. To naprawdę trudne [walka na odcinku bachmuckim]. Chłopcy nie zważając jednak na to jak paskudna jest pogoda, wielu chłopaków choruje, nie są po prostu 300-ni [sowiecki termin, którym określało się rannych, do dziś stosowany w SZ FR i SZU], wielu ma gorączkę, siedzą w chłodnych okopach i czekają na uderzenie przeciwnika. Mogę stwierdzić, że z czymś takim jeszcze się nie zetknęliśmy. Ściągnięto tu dużo wojska. Pozycje są zasypane trupami orków [tj. żołnierzy rosyjskich], którzy szturmują dzień za dniem. Bywają sytuacje, gdy pod pozycjami leży 70 do 100 zwłok orków, kolejni podchodzą [do linii ukraińskich] i próbują okopać się pod tymi trupami.

Istotnym wyzwaniem dla obu walczących stron jest również zaopatrzenie oraz przygotowanie do zimy. Jeśli wierzyć słowom Oropaja, jego formacja jest w 90% wyekwipowana, mają dostęp do ciepłej żywności oraz tzw. burżujek, czyli piecyków. Nie był on jednak w stanie potwierdzić czy inne oddziały ukraińskie również znajdują się w tak komfortowej sytuacji. Podkreślił, że słyszał o brakach w ekwipunku w niektórych oddziałach SZU.

(...)

Jak wspomniałem wyżej, Ukraińcy zdobyli niedawno pod Bachmutem tablet należący do jednego z dowódców wagnerowców, którzy są ich głównym, a przynajmniej najgroźniejszym, przeciwnikiem na tym odcinku frontu. Najemnicy dzielą się na dwie kategorie:

I. Kadry – to najbardziej doświadczona część wagnerowców. Są dowódcami oddziałów, sztabowcami, zwiadowcami, logistykami, operatorami artylerii oraz uzbrojenia specjalistycznego. Często są to najemnicy o dość długim „stażu", niektórzy mogli również brać udział w walkach na innych kontynentach (np. w Afryce czy na Bliskim Wschodzie). Dowództwo Grupy Wagnera stara się ich oszczędzać i nie ryzykować nadmiernie ich utratę. Podczas walk pod Bachmutem są rzadko angażowani w bezpośrednie walki czy wysyłani na szczególnie niebezpieczne pozycje. Są świetnie wyposażeni i zmotywowani.

II. „Mięso armatnie" – w skład tej kategorii wchodzą obecnie głównie osoby, które zostały zwerbowane w koloniach karnych (czyli rosyjskich więzieniach). Choć patron finansowy wagnerowców (zarazem ich nieformalny, ale faktyczny dowódca) Jewhenij Prigożyn swego czasu chciał znaleźć w ten sposób głównie rekruta mającego już doświadczenie służby wojskowej oraz zdolnego do mordowania (stąd na jednym z filmów wprost zachęcał morderców by się zgłaszali), ale wydaje się, że w wyniku strat werbowani są mężczyźni o zróżnicowanym doświadczeniu oraz walorach bojowych. Łącznie szeregi Grupy miały zostać wzmocnione w ten sposób o ok. 23 tysiące skazańców, z których jednak dość duży ułamek już zginął. Wydaje się, że obecnie w tej kategorii znajduje się już niewielu ochotników-awanturników spoza kolonii karnych. „Mięso" przechodzić ma 3-tygodniowy okres szkolenia, po czym jest rzucane na front i traktowane niejednokrotnie jako „materiał jednorazowego użytku". Są przeważnie wyposażeni gorzej od kadr, ale lepiej niż tzw. mobiki, czyli poborowi do SZ FR. Morale jest jednak mocno zróżnicowane. Część byłych „zeków" nie ma wielkiej woli do walki, niektórzy (gdy istnieje taka możliwość) poddają się Ukraińcom i składają obszerne relacje przesłuchującym ich przeciwnikom. Wśród „mięsa" dochodzi również do przypadków odmowy wykonania rozkazu, które mają jakoby kończyć się zgładzeniem bojowników, którzy okazali niesubordynację.

Na podstawie zawartości zdobycznego tabletu ustalono, że gdy najemnicy przystępują do wykonania zadania to formują oddziały o różnej liczebności: od 8 do 12 lub od 30 do 50 bojowników. Liczebność jest zależna od celu postawionego przed taką grupą, jej uzbrojenia oraz tego czy składa się z kadr czy „mięsa armatniego". Oddziały liczące 30-50 „muzykantów" są rzecz jasna złożone z najemników tej drugiej kategorii. Grupy mniejsze czasem złożone są z cennych specjalistów, którzy mają obsługiwać np. broń wsparcia.

(...)

Z uwagi na krótki okres szkolenia „mięsa armatniego" oraz dość mały odsetek doświadczonej kadry dowództwo Grupy Wagnera opracowuje bardzo szczegółowo plany swych działań zaczepnych. Dane znajdujące się w zdobycznym tablecie wskazują na to, że nie daje ono dowódcom polowym oraz ich podwładnym swobody działania. Z góry ustalone są pozycje wyjściowe pojedynczych „muzykantów", a nawet trasa ich ataku.

Dlaczego? Zapewne wynika to właśnie z krótkiego przeszkolenia zwerbowanych kryminalistów. Nie wymaga się od nich dużej samodzielności i inicjatywy (poza zabijaniem wroga rzecz jasna). Dowódcy oddziałów szturmowych obserwują ruch swoich podwładnych z dronów komercyjnych, czasem wydając rozkazy „oficerom" będącym na polu walki. Treść rozkazów jest przy tym bardzo lakoniczna.

Jeżeli chodzi o wspomnianą wyżej organizację oddziałów to te liczące 30-50 najemników są przeznaczone głównie do rozpoznania bojem, szturmów oraz kontrataków. Oddziały o mniejszej liczebności również mogą pełnić rolę jednostek szturmowych, ale wydaje się, że częściej są przeznaczane do działań pomocniczych względem formacji o większej liczbie „bagnetów". Jeżeli oddziały liczące 8-12 bojowników są złożone ze specjalistów, to prędzej ich zadaniem będzie np. obsługa broni wsparcia (m.in. moździerze i granatniki automatyczne).

Dowództwo nie liczy się zbytnio ze stratami, zwłaszcza wśród tzw. „mięsa armatniego". Wycofać się samodzielnie mogą jedynie ranni lub bojownicy, którzy otrzymali taki rozkaz od dowódcy. Nawet w przypadku fatalnego obrotu spraw na polu walki, odwrót bez zgody „z góry" jest uznawany za zdradę, a wycofujący się wagnerowcy są rozstrzeliwani (choć nie tak spektakularnie jak widzieliśmy to w przypadku Armii Czerwonej w filmie „Wróg u bram" – swoją drogą, wspomniana scena nie miała wiele wspólnego z rzeczywistością). Odwrót całego oddziału w przypadku fiaska ataku niejednokrotnie w ogóle nie jest brany pod uwagę. Dlatego najemnicy ponoszą bardzo duże straty nieodwracalne w walkach w rejonie Bachmutu.

(...)

Niektóre ataki wagnerowców kończą się sukcesem. Główne powody zdaniem Jurija Butusowa, ukraińskiego dziennikarza, korespondenta wojennego i redaktora portalu censor.net, są następujące:

a) wykorzystanie nierównego terenu oraz warunków pogodowych by podejść jak najbliżej pozycji ukraińskich;

b) aktywne wykorzystywanie dronów rozpoznawczych do obserwowanie działań podwładnych jak i stanowisk przeciwnika;

c) nie liczenie się ze stratami (przedpole oraz stanowiska Ukraińców są „zasypywane" najemnikami);

d) straty ponosi głównie „mięso armatnie", a doświadczone kadry w znacznie mniejszym stopniu, co nie wpływa znacząco na wartość bojową jednostek;

e) ostrzał pozycji ukraińskich jest bardziej intensywny po nieudanym ataku niż przed nim (Rosjanie mogą wtedy ustalić dokładnie, gdzie obecnie znajdują się stanowiska przeciwnika);

f) skuteczne okazują się takie ostrzały nawet z wykorzystaniem granatników automatycznych i moździerzy 82 mm;

g) kolejne ataki z tego samego dnia są przeprowadzane następnie na te pozycje Ukraińców, które zostaną uznane za najsłabsze;

h) obliczanie sił na zamiary, dowództwo Grupy Wagnera nie stawia swoim podwładnym zbyt ambitnych zadań.

(...)

defence24.pl

- Dlaczego nie ma ciepła? Wyobrażacie sobie, jak ludzie reagują? - krzyczał na szefów ciepłowni w Doniecku Denis Puszylin, szef samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej. Na objazd po lokalnych kotłowniach i rozmowy dyscyplinujące z ich kierownikami wziął ze sobą: wiceministra usług publicznych Walerija Leonowa, wicepremiera Jewgienija Solntsewa, ministra budownictwa Eduarda Osipowa, a także szefa administracji miejskiej Aleksieja Kulemzina. Wszystkie te VIP-y wysiadły z terenowych toyot pod kotłownią numer 139 i osaczyły dyrektora generalnego państwowej ciepłowni "Donbassteploenergo" Aleksieja Ciupkę.

- No ale... nasze raporty mówią, że ciepło jest produkowane. Może to wina silnych wiatrów? Może ludzie za dużą wietrzą? Wszystko może być - jąkał się z zakłopotania dyrektor ciepłowni.

- Rozumiem, że są trudności, ale praktycznie nic się nie zmieniło od czasu, kiedy przekazywałem wam apele obywateli. Powiedz, czego ci trzeba, a Moskwa nam dowiezie - grzmiał Puszylin i machał listą adresów domów, gdzie ciepło nie dochodzi.

- Tam, gdzie jest ukraiński ostrzał, trzeba dostarczyć elektryczne grzejniki. Sieć jest uszkadzana - odparł dyrektor.

Sceny, jak ciepłownicy zbierają cięgi od przywódcy Donieckiej Republiki Ludowej, w listopadzie opisał i pokazał propagandowy biuletyn władz "Donieckie Wiadomości". W całej historii nikt nie wspomniał o najważniejszym. 24 października ciepłownia "Donbassteploenergo" musiała zmobilizować 120 mężczyzn z 400-osobowej załogi. Oddział ciepłowników i palaczy wymaszerował na front w okolicach Awdijiwki, po czym przepadł w wojennej mgle.

"Tak naprawdę kotłownie nie pracują, bo brakuje ludzi. Emeryci i kobiety, którzy przejęli ich zadania, nie wyrabiają się z pracą" - ujawnia tymczasem rosyjski serwis Astra, czyli projekt "niezależnych rosyjskich dziennikarzy poddanych cenzurze lub prześladowaniom w Federacji Rosyjskiej" (jak przedstawiają się należące do niego osoby).

W ten sposób afera o zimne kaloryfery w Doniecku znowu odżyła. "Donieckie Wiadomości" dociskają dyrektora Ciupkę: czy to prawda, że ciepłownicy poszli na front? - Ta wiadomość jest czystą fałszywką - zapewnił dyrektor w propagandowym wywiadzie.

- Ot, szumowina! Kłamie! W moim oddziale połowa ludzi pochodzi z ciepłownictwa - napisał w wiadomości do Astra jeden z żołnierzy DRL. Anonimowy pracownik ciepłowni ujawnił, że z plutonu, który poszedł na front, 11 ludzi nie odbiera telefonów. To znaczy, że raczej już nie żyją.

- Ich dowódcy nie potrafią odpowiednio zorganizować ani ofensywy, ani obrony. Przez swoją głupotę ludzie po prostu umierają. Nie wiem, ilu tak naprawdę zginęło. Myślę, że ich liczba jest znacznie większa niż tych jedenastu, którzy przestali się kontaktować - twierdzi pracownik, cytowany przez Astra. - W wielu przedsiębiorstwach już panuje panika, bardzo brakuje ludzi. Domino już poszło. Jeśli nadal będą mobilizować, to jeszcze kilka kwartałów Doniecka pozostanie bez ciepła - relacjonuje.

wp.pl

Daria Al Shehabi, dziennik.pl: Wydaje się, że innym możliwym następcą, różniącym się nieco od skrajnie radykalnego Patruszewa, jest Dmitrij Miedwiediew lub ktoś jego pokroju, kto pełniłby rolę marionetki. Czy wykorzystanie znanego na zachodzie Miedwiediewa do załagodzenia konfliktu z NATO jest realne?

Jurij Felsztinski: Cóż, z pewnością nie będzie to Miedwiediew. Miedwiediew jest personalną marionetką Putina, mają zażyłe osobiste relacje. Miedwiediew jest teraz wykorzystywany do straszenia Zachodu. Wygaduje jakieś absolutnie koszmarne rzeczy.

Większość tych gróźb jest wymierzona w Polskę. Czy są w jakikolwiek sposób wiarygodne?

Miedwiediew jest tylko narzędziem do testowania, czy blef lub szantaż działają. Dlatego częściej niż od kogokolwiek innego słyszymy od Miedwiediewa o możliwości użycia broni jądrowej. Władza używa go do sprawdzania reakcji świata. Ale poza tym Miedwiediew jest nikim, sam nic nie znaczy. W pewnym momencie został prezydentem - to prawda, ale tylko dlatego, że Putin chciał zastąpić siebie kimś, kto z całą pewnością po czterech latach odda mu władzę. W ogóle nie traktowałbym go jako postaci, która może go zastąpić.

Powinniśmy się spodziewać, że zobaczymy kogoś z FSB lub osobę, poprzez którą FSB będzie kontrolować sytuację. Nie sądzę, by służby chciały oddać władzę, bo tworzą potężny aparat, istniejący od ponad 100 lat. To jedyna struktura, która przetrwała upadek Związku Radzieckiego. Mamy więc do czynienia z bardzo niebezpiecznymi, wysoko postawionymi ludźmi. Jako instytucja wiedzą, co robią i starają się utrzymać sytuację pod kontrolą. Czy w pewnym momencie utną Putinowi głowę? Jeśli będą uważać, że to może zmienić sytuację na lepsze, to tak, na pewno to zrobią. Myślę, że Putin zdaje sobie z tego sprawę i się tego boi. Po odzyskaniu Chersonia przez Ukraińców, po tym jak Rosja traciła kontrolę na froncie, po całkowitym fiasku mobilizacji, pozycja Putina jest o wiele słabsza. Niestety nie znaczy to wcale, że dla nas i świata stała się ona lepsza.

W ostatnim czasie pojawiły się dwie nowe twarze, które zdobyły względy Putina. Jedną z nich jest Ramzan Kadyrow, a drugą - jak pan wspomniał - Jewgienij Prigożyn.

Obaj oni istnieją tylko tak długo, jak długo Putin jest formalnie prezydentem Rosji. Kadyrow, oczywiście, jest potrzebny, bo dzięki niemu Kreml może kontrolować Republikę Czeczeńską. Jeśli by zniknął, Republika Czeczeńska ogłosiłaby niepodległość. A wraz z nią prawdopodobnie jeszcze dwie republiki. Mam na myśli Dagestan i Inguszetię. Tak więc Kadyrow jest potrzebny i stosunkowo ważny. Nawet jeśli Putin straci władzę, to jest szansa, że Kadyrow przetrwa. W momencie, gdy Kadyrow odejdzie, Kreml będzie miał problem z Czeczenią.

Z Prigożynem to zupełnie inna historia. To człowiek, który pojawił się znikąd, który jest bardzo niekonwencjonalny. Moim zdaniem będzie pierwszą osobą, która tuż po odejściu Putina będzie martwa. Myślę, że w strukturach takich jak ministerstwo obrony, jak GRU (Główny Zarząd Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej – PAP), jak FSB, jest bardzo dużo ludzi, którzy naprawdę go nienawidzą. Sposób, w jaki się zachowuje, rujnuje dużą część planów instytucji, które tradycyjnie działają w określonych ramach. A on jest facetem, który próbuje sam decydować o tym, co mu wolno, a czego nie wolno. Nikt go nie wybrał, nie wiadomo skąd się wziął. Przyszedł z zewnątrz i myślę, że bardzo szybko zniknie.

Twierdzi, że jest założycielem i dowódcą Grupy Wagnera.

To prawda. Niemniej jednak jest to prywatna armia stworzona za zgodą Putina, przy finansowym wsparciu państwa. Wydaje się, że to oczywiste, choć wagnerowców powszechnie uważa się za jednostkę prywatną. Jestem przekonany, że ani resort obrony, ani FSB nie są zadowolone z tego, że ktoś z nimi niezwiązany ma zdolną do działania militarnego armię najemników. Myślę, że wiele osób to zwyczajnie irytuje.

Jeśli jedna tych z osób miałaby zastąpić Władimira Putina, która opcja byłaby najbezpieczniejsza, a która najbardziej przerażająca?

Z pewnością nie będzie to ani Miedwiediew, ani Prigożyn. Być może będzie to ktoś z FSB, np. Patruszew. Nie można też całkowicie wykluczyć, że będzie to ktoś spoza FSB, czyli jedna z osób, które były częścią aparatu władzy w ciągu dwudziestu lat rządów Putina. Jednak czy w czasie wojny podjęta zostanie próba zastąpienia go urzędnikiem państwowym? To wątpliwe, ponieważ nic nie wskazuje na to, by ktokolwiek planował przerwanie inwazji.

Przede wszystkim stało się jasne, że cele operacji rosyjskiej nie uległy zmianie. Oczywiście pierwotnie nie zakładano, że wojna będzie trwała ponad dziewięć miesięcy. To z całą pewnością nie było planowane. Początkowo planowano szybkie przejęcie kontroli na Ukrainie, dotarcie do Mołdawii, a następnie przeniesienie inwazji na państwa bałtyckie. W takim scenariuszu siły konwencjonalne NATO nie byłyby gotowe do walki, ponieważ nie stacjonowały w Europie. Oczywiście nie mogłyby też użyć broni jądrowej, bo doszłoby do wojny nuklearnej na pełną skalę. Tak wyglądała pierwotna koncepcja Kremla i niestety jasne jest, że cele polityczne się nie zmieniły. Nadal są takie same, dlatego nie ma podstaw do negocjacji z Putinem - nadal chce władać wszystkimi terytoriami, które planował przejąć, kiedy rozpętał wojnę.

Ostatnio prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że otrzymał sygnały o gotowości Putina do negocjacji.

Tak jest. Pytanie brzmi tylko, na jakich warunkach? A warunki, które stawia Putin, są bardzo proste. Czy jest gotów przerwać wojnę? Tak, może zrobić to nawet jutro. Pojawia się jednak pytanie, czego chce w zamian. A chce wszystkiego. To jest jedyny warunek, który do tej pory wymienił. Prawda jest taka, że nie da się negocjować z osobą, która w zamian chce zabrać ci wszystko. Dlatego uważam, że ta wojna, nieszczęśliwie dla nas wszystkich, nie zakończy się negocjacjami.

dziennik.pl

sobota, 3 grudnia 2022


Wojska rosyjskie opanowały środkowy odcinek obrony ukraińskiej na zachód od drogi i linii kolejowej Bachmut–Gorłówka oraz zbliżyły się od północnego i południowego wschodu do Siewierska. Bez powodzenia Rosjanie mieli nacierać na południe i wschód od Bachmutu, na zachód od Gorłówki oraz na północ od Awdijiwki. W łuku na zachód od Doniecka siły agresora miały osiągnąć Marjinkę, na której obrzeżach toczą się walki. Obie strony bez powodzenia atakują na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. W rejonie Kreminnej wojska ukraińskie poszerzyły pas natarcia, dzięki czemu zbliżyły się do miasta od północy. Rosjanie mają się przegrupowywać i umacniać w okupowanej części obwodów chersońskiego i zaporoskiego.

Celami ataków rakietowych najeźdźcy były Dniepr, Mikołajów oraz Zaporoże wraz z jego okolicami. Rosyjskie artyleria i lotnictwo kontynuowały uderzenia na pozycje i zaplecze sił obrońców wzdłuż linii styczności oraz w obszarach przygranicznych. Pod permanentnym ostrzałem znajdują się Chersoń i Nikopol wraz z okolicznymi miejscowościami. Według Sztabu Generalnego Ukrainy Rosjanie znacząco zwiększyli aktywność lotnictwa. W rezultacie ostrzału ukraińskiego miał zostać uszkodzony most kolejowy pomiędzy Melitopolem a Tokmakiem w obwodzie zaporoskim. Melitopol był też po raz kolejny miejscem ukraińskiej dywersji. Prawdopodobnie w jej rezultacie doszło także do pożaru składu paliwa w obwodzie briańskim.

Brytyjski resort obrony przedstawił informację o zmianie taktyki rosyjskiej. Batalionowe grupy taktyczne (BGT), formowane z myślą o działaniach manewrowych, okazały się nieadekwatne do warunków wojny pozycyjnej, a ich główną wadą miała być niedostateczna liczba piechoty. Z kolei decentralizacja artylerii i jej podział pomiędzy poszczególne BGT nie pozwalały Rosjanom w pełni wykorzystać przewagi, jaką dysponuje ona nad armią przeciwnika w sile ognia. Według źródeł ukraińskich Rosjanie odchodzą również od wykorzystania kompanijnych grup taktycznych, w ramach których ataki po uprzednim przygotowaniu artyleryjskim podejmowano siłami 100–150 żołnierzy przy znaczącym wsparciu ciężkich wozów bojowych. Obecnie do natarcia wykorzystywane są grupy na szczeblu plutonu, które liczą 30–40 żołnierzy.

Słowacja poinformowała o przekazaniu Ukrainie 30 bojowych wozów piechoty BMP-1, za które ma otrzymać uzbrojenie z Niemiec. Z Francji dotarła na Ukrainę wieloprowadnicowa wyrzutnia pocisków rakietowych LRU, będąca francuską wersją amerykańskiej M270. Niemcy przekazały m.in. trzy mosty czołgowe Biber, osiem dronów nawodnych i części zapasowe do śmigłowców Mi-24. Berlin zapowiedział także wyremontowanie i dostarczenie Ukrainie wiosną 2023 r. kolejnych siedmiu samobieżnych dział przeciwlotniczych Gepard, które wcześniej przeznaczono do utylizacji. Niemiecki resort obrony zakontraktował ponadto 14 bezzałogowych pojazdów naziemnych (UGV) THeMIS służących do transportu i rozpoznania, które mają dotrzeć na Ukrainę w drugim kwartale przyszłego roku. Kontrakt na dostawę dla armii ukraińskiej sześciu wyrzutni systemu obrony powietrznej NASAMS z terminem realizacji w listopadzie 2025 r. podpisał z kolei Departament Obrony USA. Waszyngton ma obecnie negocjować wcześniejsze dostarczenie Ukrainie systemów NASAMS użytkowanych przez kraje Zatoki Perskiej.

Rzecznik ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych pułkownik Jurij Ihnat ponowił prośby o wsparcie w zakresie wyposażenia obrony powietrznej i zaznaczył przy tej okazji, że dla Ukrainy konieczne jest otrzymanie zachodnich samolotów wielozadaniowych (po raz kolejny wskazał F-15 i F-16). Stwierdził, że pozyskanie myśliwców MiG-29 nie rozwiąże problemów stojących przed ukraińskim lotnictwem, gdyż pod każdym względem ustępują one współczesnym samolotom rosyjskim.

28 listopada minister obrony Ołeksij Reznikow stwierdził, że 97% wszystkich celów, które Rosja zaatakowała od 24 lutego, stanowiły obiekty cywilne. Łącznie zarejestrowano ponad 16 tys. uderzeń rakietowych, w tym 14 tys. w budynki mieszkalne, 250 w obiekty infrastruktury transportowej, ok. 200 w obiekty energetyczne i ponad 500 w obiekty wojskowe. Z kolei 30 listopada głównodowodzący armii ukraińskiej generał Wałerij Załużny poinformował, że od początku wojny jednostki radiotechniczne wykryły ponad 240 tys. celów powietrznych, z których obrońcy mieli zestrzelić blisko 80%.

28 listopada minister spraw zagranicznych Dmytro Kułeba zaapelował o szybkie dostawy transformatorów na potrzeby przywrócenia funkcjonowania systemu energetycznego oraz o większą liczbę generatorów prądotwórczych i systemów obrony powietrznej, bez których kryzys energetyczny będzie trwał. System, choć naprawiany, nadal będzie bowiem niszczony uderzeniami rakietowymi. Premier Denys Szmyhal poinformował, że produkcja energii elektrycznej pokrywa 70% potrzeb konsumpcyjnych, a 30-procentowy deficyt jest korygowany przez ograniczenia zużycia. Zapewnił, że pomimo planowych i awaryjnych wyłączeń prądu będzie można zagwarantować jego dostawy w wymiarze pięciu–sześciu godzin dziennie. 30 listopada prezydent Wołodymyr Zełenski potwierdził, że ok. 6 mln abonentów zostało odłączonych od prądu – dotyczy to głównie Kijowa i okolic oraz obwodów winnickiego, lwowskiego, odeskiego, chmielnickiego i czerkaskiego.

1 grudnia Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy (RBNiO) poleciła rządowi, aby zgłosił projekt ustawy o zakazie działalności Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego na Ukrainie (UKP PM), a także by wszczął badanie podstaw prawnych zajmowania przez niego Ławry Peczerskiej w Kijowie. Prezydent Zełenski wezwał wszystkie organy bezpieczeństwa do zintensyfikowania działań na rzecz wykrycia dywersyjnej aktywności rosyjskich służb specjalnych w środowiskach religijnych. 2 grudnia Służba Bezpieczeństwa Ukrainy kontynuowała rozpoczętą 22 listopada operację kontrwywiadowczą. Przeszukano kolejne obiekty UKP PM w obwodach żytomierskim, rówieńskim i zakarpackim. Podkreślono, że głównym zadaniem jest identyfikacja osób, które mogą być zaangażowane w nielegalne działania na szkodę suwerenności państwowej Ukrainy. Tamtejszy wywiad wojskowy nie wykluczył, że zatrzymani pod zarzutem współpracy z Rosjanami duchowni UKP PM mogą być wymienieni na ukraińskich żołnierzy przebywających w niewoli.

Rosja kontynuuje operację dezinformacyjną wymierzoną przeciwko Polsce i Ukrainie. 30 listopada szef rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego (SWZ) Siergiej Naryszkin powiedział, że Polska planuje aneksję obwodów lwowskiego, iwanofrankiwskiego i części tarnopolskiego. Według Naryszkina Warszawa jest przekonana, że należy jej się „odszkodowanie” za udzieloną Ukrainie pomoc wojskową i humanitarną, a polskie władze przygotowują się do przeprowadzenia „referendum” na zachodzie państwa ukraińskiego. Doradca szefa Biura Prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak stwierdził, że Rosja – w celu zasiania nieufności między przyjaznymi sobie krajami – nadal propaguje mit o rzekomej gotowości Polski do anektowania części terytorium sąsiada.

Komentarz

Zapowiedź przekazania stronie ukraińskiej kolejnych systemów Gepard wskazuje na coraz mniej poważne traktowanie przez Berlin potrzeb armii ukraińskiej. Dostawy niemieckiego uzbrojenia, zamiast je zabezpieczać, w coraz większym stopniu generują problemy. Do przekazanych już Gepardów permanentnie brakuje amunicji. Wozy z ostatniej partii wyposażono w zaledwie jedną jednostkę ognia, a dostarczenie Ukrainie nabojów 35×228 mm do dział automatycznych Oerlikon GDF, które stanowią uzbrojenie Gepardów, zablokowała na początku listopada Szwajcaria. Z brakiem odzewu spotkał się także ukraiński apel do władz Brazylii, która jest jedynym alternatywnym producentem tej amunicji. Wyjściem z tej sytuacji ma być rozpoczęcie produkcji nabojów 35×228 mm przez hiszpańską firmę Expal Systems S.A., która została przejęta przez niemiecki Rheinmetall (na uruchomienie produkcji potrzeba będzie co najmniej kilku miesięcy).

Amunicja do Geparda nie jest jedynym problemem związanym z niemieckim wsparciem wojskowym dla Ukrainy. W ostatnich tygodniach Kijów zwrócił publicznie uwagę na brak rakiet do systemów IRIS-T. Z kolei armatohaubice samobieżne PzH 2000 wymagają gruntownego remontu ze względu na zużycie i związane z nim uszkodzenia oraz awarie. Zamawiająca te wozy Bundeswehra nie planowała bowiem ich wykorzystania w klasycznych działaniach wojennych, a jedynie w operacjach o niskiej intensywności. Za symptomatyczne należy uznać, że choć Niemcy wzbraniają się przed dostarczeniem Ukrainie czołgów, to zarazem przekazują jej w ostatnim czasie ciągniki do ich przewożenia.

osw.waw.pl

piątek, 2 grudnia 2022


Odporność Rosji na sankcje jest postrzegana w dużej mierze przez pryzmat zdolności do finansowania działań wojennych, wynikającej z dobrego stanu budżetu. W pierwszych pięciu miesiącach 2022 r. budżet Rosji odnotowywał jeden z najlepszych okresów w historii. Dzięki wysokim cenom w eksporcie ropy i gazu nadwyżka na koniec maja osiągnęła blisko 1,5 bln rubli (ok. 25 mld dol.). W następnych czterech miesiącach budżet zaczął jednak odczuwać ciężar coraz większych wydatków i spadających cen surowców energetycznych, co przełożyło się na deficyt w wysokości 120 mld rubli w czerwcu, 888 mld w lipcu, 345 mld w sierpniu i 83 mld we wrześniu. W efekcie nadwyżka po trzech kwartałach zmalała do 54,7 mld rubli.

Budżet w szybkim tempie zmierza w kierunku deficytu, a dzieje się to mimo względnie dobrych wskaźników jego strony dochodowej. Co prawda dochód państwa za dziewięć miesięcy wyniósł 19,74 bln rubli, a więc 10 proc. więcej niż w tym samym okresie w 2021 r., to jednak cały ten przyrost zapewniły przychody ze sprzedaży ropy i gazu, które dzięki okresowo wysokim cenom wzrosły o 37 proc. do 8,51 bln rubli, wobec 6,19 bln rok wcześniej. We wrześniu jednak, podobnie jak w sierpniu, nie było już  widać tej tendencji wzrostowej. Ze sprzedaży i wydobycia ropy i gazu do budżetu wpłynęło 688 mld rubli, a to znaczyło o 4,3 proc. mniej niż we wrześniu 2021 r. (719 mld rubli).

Rosyjska ropa, sprzedawana z 25–30 proc. dyskontem, tanieje już kolejny miesiąc. Średnia cena w okresie 15 maja – 14 czerwca wynosiła 87,49 dolara za baryłkę, w analogicznym okresie lipiec–sierpień było to 83,06 dol., sierpień–wrzesień – 72,65 dol., a wrzesień–październik – 70,2 dol. Według Bloomberga dochody Rosji ze sprzedaży ropy w październiku spadły do najniższego poziomu od lutego. Złożył się na to nie tylko spadek cen, ale również wolumenu dostaw rosyjskiej ropy do krajów Azji. Dostawy do Chin, Indii i Turcji osiągnęły najwyższy poziom w czerwcu i było to 2,2 mln baryłek dziennie. W ciągu czterech miesięcy do 21 października liczba ta spadła o ok. 330 tys. baryłek.

Z innymi dochodami budżetowymi, tzw. oprócz wpływów ze sprzedaży produktów przemysłu nafto-gazowego, sytuacja wygląda znacznie gorzej, minus 4,3 proc. przez pierwsze dziewięć miesięcy i minus 4,1 proc. za wrzesień.

Wchodzenie budżetu w deficyt przy relatywnie dobrych dochodach to efekt znaczącego wzrostu po stronie wydatkowej. Przez dziewięć miesięcy bieżącego roku wydatki wyniosły 19,68 bln rubli. To o 3,39 bln rubli (20,8 proc.) więcej w porównaniu z analogicznym okresem 2021 r. We wrześniu tempo wzrostu wydatków przyspieszyło do 32 proc., z 8,4 proc. w sierpniu. W ciągle aktualizowanym zestawieniu wydatków budżetowych Ministerstwa Finansów na 2022 r. zostały one już zwiększone do 28,45 bln rubli (o 3,7 bln rubli w stosunku do pierwotnych założeń), a nadwyżkę budżetową w wysokości 1,3 bln rubli (0,9 proc. PKB) zamieniono na taki sam deficyt, powiększony następnie do 2 proc. PKB (ok. 3 bln rubli).

Przy obecnych uwarunkowaniach jest to postrzegane jako założenie nadmiernie optymistyczne, a samo rosyjskie ministerstwo finansów nie wyklucza nawet 3,7 proc. deficytu. W budżet uderzą, wcześniej nieuwzględniane, skutki mobilizacji ogłoszonej 21 września (same wypłaty żołdu w obiecanej wysokości, co najmniej 195 tys. rubli miesięcznie dla 300 tys. zmobilizowanych, to wydatek ok. 60 mld rubli miesięcznie) i wielorakie koszty emigracji związanej z mobilizacją, szacowanej na co najmniej 300 tys. (według Forbes 600–700 tys.) wysoko wykwalifikowanych osób, w dużej części z branży IT. Większość rosyjskich emigrantów w 2022 r., od początku inwazji szacunkowo ponad 2 mln, to osoby w wieku produkcyjnym, aktywne zawodowo, o stabilnych dochodach znacznie powyżej średniej, przenoszące się za granicę wraz z firmami i kapitałem.

Przy obecnych uwarunkowaniach dochody budżetowe z sektora ropy i gazu to nawet 50–55 proc. wpływów (w 2021 r. – 34 proc.), a tu perspektywy dla budżetu Rosji są wielce niekorzystne. Eksport gazu na rynek europejski spadł z 350 mln m3 dziennie do 65–70 mln i mamy tu raczej do czynienia ze zjawiskiem nieodwracalnym. To samo dotyczy eksportu ropy i produktów naftowych. Zbliżające się terminy embarga na ich import na rynki UE to sygnały znaczącego zmniejszenia eksportu (i w następstwie produkcji), zwłaszcza  że rynek europejski w 2021 r. absorbował 53,2 proc. (138,2 mln ton) eksportu rosyjskiej ropy i 53,8 proc. (57,5 mln ton) produktów naftowych.

Mimo niskiego poziomu długu publicznego (17 proc. PKB) odcięcie od międzynarodowych rynków finansowych powoduje, że Rosja nie jest w stanie uruchomić zasilania słabnącego budżetu ze źródeł zewnętrznych na znaczącą skalę. Nieudane ostatnie trzy próby rozmieszczenia obligacji rządowych na rynku wewnętrznym wskazują, że sankcje istotnie osłabiły rosyjskie podmioty, w tym w szczególności banki, które dotychczas absorbowały największą ilość rosyjskich papierów dłużnych. Wysycha zatem i to źródło ewentualnego zasilania budżetu.

Budżet musi stawić czoła również innym przeciwnościom, w tym w szczególności silnej pozycji rubla. W budżecie na 2022 r. kurs tej waluty był założony na poziomie 72,1 rubla za dolara. W praktyce wyniósł on 51,16 rubla na koniec czerwca, a 57,41 na koniec września. Ma to niebagatelne znaczenie, gdyż zgodnie z wypowiedzią ministra finansów umocnienie kursu o jeden rubel skutkuje pomniejszeniem wpływów do budżetu o 150 mld rubli w skali roku, a według szacunków analityków IIF zmiana kursu o 10 rubli za dolara powoduje zmianę dochodów budżetowych z ropy naftowej, produktów ropopochodnych i gazu ziemnego o 1,2 proc. PKB.

obserwatorfinansowy.pl

W wyniku trwających od początku października zmasowanych rosyjskich ostrzałów rakietowych doszło do poważnej awarii całego systemu energetycznego Ukrainy. W największym ataku 23 listopada uszkodzono większość elektrowni i elektrociepłowni oraz zniszczono liczne budynki mieszkalne i obiekty służby zdrowia. Przez okres od kilkunastu godzin do kilku dni prądu pozbawiona była znaczna część ośrodków miejskich wraz ze stolicą. Wystąpiły także przerwy w dostawach ciepła i wody, wstrzymana została praca elektrowni atomowych, cieplnych i wodnych, stanął transport kolejowy. Służby energetyczne przywracają funkcjonalność systemu, jednak są to działania prowizoryczne, niegwarantujące jego pełnej stabilności. Również zakres kroków zaradczych władz mających złagodzić dotkliwość ostrzałów dla społeczeństwa, takich jak tworzenie punktów grzewczych na terenie całego kraju, nie przystaje do potrzeb.

Wobec nadchodzących mrozów Ukraina staje na progu katastrofy humanitarnej, a prawdopodobieństwo kolejnych ataków będzie ten kryzys jedynie zaostrzać. Niektórzy przedstawiciele miejskich władz otwarcie mówią o konieczności ewakuacji części mieszkańców na okres zimowy. Dramatyzm sytuacji potwierdza Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), która prognozuje, że nawet 2–3 mln Ukraińców opuści swoje domy w poszukiwaniu lepszych warunków schronienia przed zimą. Społeczeństwo staje zatem przed następnym wyzwaniem i w najbliższych miesiącach będzie zmuszone stoczyć prawdziwą walkę o przetrwanie. Wcześniejsze doświadczenia pokazały jednak, że na dotychczasowe rosyjskie ataki i zbrodnie Ukraińcy reagowali przede wszystkim nasileniem postaw patriotycznych i wzmocnieniem wzajemnej solidarności.

Wskutek zmasowanego ataku rakietowego 23 listopada (Rosja wystrzeliła 78 rakiet i dronów, z czego większość stanowiły pociski manewrujące zdolne do precyzyjnego rażenia celów) doszło do czasowego załamania w zasadzie całego ukraińskiego systemu zaopatrzenia w energię. Uszkodzonych i wyłączonych z użytku zostało co najmniej 16 obiektów infrastruktury energetycznej – elektrociepłowni, elektrowni wodnych i podstacji w stolicy oraz w obwodach winnickim, lwowskim, zaporoskim, chmielnickim, połtawskim, a także w Odessie i wielu innych miastach. Od sieci ze względów bezpieczeństwa odłączono wszystkie działające elektrownie atomowe znajdujące się pod kontrolą Kijowa. Ostrzały odbiły się również na połączonej z ukraińską siecią energetyczną Mołdawii – na połowie terytorium tego kraju doszło do wyłączeń prądu. Rosjanie ostrzeliwali nie tylko obiekty energetyczne, lecz także budynki mieszkalne, szpitale, szkoły. W atakach 23 listopada zginęło co najmniej 10 osób, a rannych zostało kilkadziesiąt. Wielu ludzi zostało też bez dachu nad głową.

Służby ratunkowe szybko usuwają uszkodzenia sieci i budynków, jednak w większości są to naprawy prowizoryczne. W istocie działalność całego sektora elektroenergetycznego została zdestabilizowana. Według danych z 29 listopada deficyt mocy wynosi 30%, a dostawy energii ograniczane są we wszystkich regionach (ogłoszone wcześniej harmonogramy wyłączeń stabilizacyjnych nie obowiązują, cały czas mają miejsce awaryjne przerwy w dostawie prądu, m.in. w Kijowie). Sektor energetyczny wymaga ogromnego wsparcia technicznego ze strony Zachodu – potrzeba części zamiennych do remontu obiektów, generatorów prądu, zwiększonych dostaw paliwa. Sytuację dodatkowo komplikuje znaczne prawdopodobieństwo kolejnych uderzeń rakietowych, które będą powodować nowe blackouty.

Następstwem zmasowanych, powtarzających się ostrzałów jest drastyczne pogorszenie i tak już skrajnie trudnych warunków życia w większości ukraińskich miast i wsi. Powtarzające się w ostatnich dwóch miesiącach wyłączenia prądu uderzają w mieszkańców, ale też dezorganizują pracę infrastruktury krytycznej i funkcjonowanie osłabionej gospodarki (przemysłu, sieci handlowych, firm usługowych itd.). Poza przerwami w dostawach prądu dotkliwe dla Ukraińców były zwłaszcza braki wody, przedłużające się nawet ponad dobę. Brak energii, w wielu miejscach trwający po kilkadziesiąt godzin czy wręcz kilka dni, skomplikował funkcjonowanie infrastruktury krytycznej, m.in. szpitali.

Dramatyzm sytuacji potwierdza Światowa Organizacja Zdrowia, która oceniła, że Ukraina stoi wobec bezprecedensowego kryzysu energetycznego oraz perspektywy drastycznego pogorszenia stanu zdrowia fizycznego i psychicznego jej mieszkańców. Według WHO 10 mln obywateli tego kraju zagrożonych jest zaburzeniami psychicznymi, m.in. ostrym stresem, depresją czy zespołem stresu pourazowego (PTSD). Organizacja konstatuje, że ukraińska służba zdrowia przechodzi największy kryzys w historii – jej obiekty zostały ostrzelane łącznie 700 razy, a blackouty uniemożliwiają wykonywanie wielu zabiegów ratujących życie.

Władze starają się niwelować skutki blackoutu: w kraju zorganizowano ok. 4 tys. punktów grzewczych (nazywanych „punktami niezłomności”) – otwartych całą dobę i mieszczących od kilkudziesięciu do 500 osób. Oferują one ogrzewanie, wodę, prąd, Internet i komunikację mobilną, możliwość doładowania urządzeń, ale także leki i paczki żywnościowe. W Kijowie utworzono ok. 160 takich punktów, we Lwowie – 50. Rząd zliberalizował też zasady sprowadzania na Ukrainę generatorów prądu i stacji ładowania (zwolniono je z cła i VAT-u). Jak podał premier Denys Szmyhal, obecnie do kraju importuje się ok. 8,5 tys. takich generatorów dziennie.

Instytucje państwowe próbują adaptować się do warunków kryzysowych i ustalać nowe zasady działania. Narodowy Bank Ukrainy zapowiedział utworzenie wraz z innymi bankami ogólnokrajowej sieci korzystającej z rezerwowych źródeł zasilania (power banking), do której zostanie podłączonych około tysiąca oddziałów różnych banków w całym kraju.

Władze w Kijowie wzmogły zabiegi o zwiększenie wsparcia Zachodu, m.in. o dostawy systemów obrony powietrznej, generatorów prądu i części zamiennych do napraw infrastruktury krytycznej oraz o przekazanie kolejnych środków finansowych i pomocy humanitarnej. Partnerzy Ukrainy odpowiadają na te wezwania, kierując do niej dodatkowe partie generatorów. Parlament Europejski wraz z siecią Eurocities, zrzeszającą ponad 200 europejskich miast, zainicjował kampanię „Generatory nadziei”, w ramach której planuje się wysłanie co najmniej kilkuset takich urządzeń, w tym przemysłowych. Wcześniej, w ramach unijnego Mechanizmu Ochrony Ludności, 17 krajów członkowskich, w tym Polska, dostarczyło Ukrainie 500 sztuk. Komisja Europejska ma ponadto stworzyć w Polsce „centrum energetyczne”, które będzie koordynować zbieranie pomocy od stron trzecich (w tym z G7) i dostarczać ją na Ukrainę. Wsparcie przekazują także poszczególne państwa: Niemcy miały wysłać co najmniej 2430 generatorów i zadeklarowały 40 mln euro na modernizację ukraińskiego systemu energetycznego, a Niemieckie Towarzystwo Współpracy Międzynarodowej (GIZ) ma zakupić kolejne 1000 generatorów dla ukraińskich gmin. Litwa przeznaczyła 3 mln euro na odbudowę zniszczonej infrastruktury energetycznej i zapowiedziała następne 2 mln euro pomocy. Partię generatorów i lamp na baterie słoneczne o wartości 2,57 mln dolarów dostarczy Japonia. Rząd RP wysłał partię agregatów za kilkadziesiąt milionów złotych, pomagają również liczne polskie miasta.

Władze próbują uspokajać mieszkańców, zapewniając, że w kraju nie dojdzie do całkowitego blackoutu, a możliwe są jedynie wyłączenia okresowe, równoważone przez działania podejmowane przez Ukrenerho i służby energetyczne. Przedstawiciele rządu i Biura Prezydenta podkreślają, że sytuacja jest trudna, lecz pod kontrolą, i zaznaczają, że nie trzeba będzie wyjeżdżać z kraju. W swojej komunikacji strategicznej (m.in. codziennych wystąpieniach) prezydent Wołodymyr Zełenski stara się akcentować hart ducha społeczeństwa i konieczność poświęceń dla zwycięstwa.

O skali kryzysu świadczą jednak wypowiedzi władz samorządowych oraz firm energetycznych. Jeszcze 16 listopada ewakuację części ludności dopuścił mer Iwano-Frankiwska, który zaapelował do mieszkańców, by w miarę możliwości opuścili miasto na zimę (służy ono także jako tymczasowe miejsce pobytu dla ok. 145 tys. uchodźców wewnętrznych). Mer Kijowa ostrzegł natomiast, że nadchodząca zima będzie dla Ukrainy najcięższa od czasów II wojny światowej, i nie wykluczył konieczności ewakuacji części mieszkańców stolicy (później zastrzegał, że chodzi o przeniesienie się na przedmieścia lub do mniejszych miejscowości). Z kolei szef największego koncernu energetycznego DTEK stwierdził, że z uwagi na skalę uszkodzeń linii energetycznych wskazane byłoby opuszczenie kraju przez część obywateli, odciążyłoby to bowiem cały system produkcji i przesyłu oraz usprawniło dostawy prądu na potrzeby wojenne.

Dotychczas Ukraińcy prezentowali niezłomność wobec rosyjskiej agresji, strat i zniszczeń, podkreślając, że nie ma alternatywy dla dalszego zbrojnego oporu. Sondaż Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii z końca października, przeprowadzony już po pierwszych masowych ostrzałach rakietowych, pokazał, że 86% Ukraińców opowiada się za kontynuowaniem walki z agresorem (10% jest za rozmowami z Rosją o wstrzymaniu ognia). Z kolei według badania Gallupa z połowy października 70% respondentów optuje za prowadzeniem walki aż do całkowitego zwycięstwa, oznaczającego również przywrócenie kontroli nad Krymem. Dynamika nastrojów wśród obywateli pokazuje też, że każdy brutalny atak bądź ujawnienie zbrodni rosyjskiej armii jedynie podsyca w społeczeństwie nienawiść do agresora i nie przekłada się na nastroje kapitulanckie. Społeczne morale zostało umocnione także przez sukcesy ukraińskich sił zbrojnych – ugruntowały one przekonanie, że Ukraina jest w stanie tę wojnę wygrać.

Ukraińskie społeczeństwo wykazało się też wielokrotnie zdolnością do elastycznego, kreatywnego i solidarnego reagowania, pozwalającego przetrwać w najtrudniejszych warunkach. Nawet po ostatniej, bezprecedensowej fali ataków rakietowych 23 listopada w sieciach społecznościowych pojawiły się doniesienia, że Ukraińcy oswoili się z ostrzałami i próbują kontynuować normalne życie, niekiedy lekceważąc zasady bezpieczeństwa. Często spotykaną reakcją obywateli jest nie tyle lęk o własną przyszłość, ile wzmożona nienawiść do agresora i determinacja, by przetrzymać tę zimę, postrzeganą jako decydująca próba sił. Zarówno władze (państwowe, miejskie i komunalne), przedsiębiorcy, jak i zwykli mieszkańcy starają się adaptować do zaistniałych warunków, a energooszczędność staje się nową normą: media i portale wypełnione są poradami i wskazówkami w tym zakresie, a sami Ukraińcy prześcigają się w pomysłach, jak najefektywniej oszczędzać prąd.

Pytaniem otwartym pozostaje, czy postawy te utrzymają się na dłużej i jak wpłynie na nie prawdopodobnie najtrudniejsza zima w historii Ukrainy po 1945 r. Bezprecedensowa skala kryzysu energetycznego stawia państwo ukraińskie wobec perspektywy katastrofy humanitarnej. Może to wywołać m.in. kolejne fale uchodźców – wewnętrznych (opuszczających duże miasta i przenoszących się do mniejszych miejscowości) lub chcących udać się za granicę (mężczyźni w wieku poborowym nadal nie mogą opuszczać kraju). Na razie statystyki przekroczeń granicy z Polską wskazują na niewielki przyrost liczby osób wjeżdżających – w okresie od 15 do 22 listopada było ich 19–22 tys. dziennie, zaś po 23 listopada – 21–25 tys. (przy czym z Polski na Ukrainę każdego dnia wjeżdża ok. 20 tys. ludzi). Niemniej jednak – wobec prawdopodobieństwa kolejnych precyzyjnych ataków rakietowych Rosji na obiekty energetyczne – należy liczyć się z tym, że długotrwałe braki prądu, ciepła i wody w czasie mrozów mogą w najbliższych miesiącach powodować zwiększenie potoków uchodźców, ale też zachwianie nastrojów społecznych, w tym – w wypadku rażącej niezdolności do zapewnienia podstawowych warunków do przetrwania – prowadzić do wzrostu krytycyzmu względem władz Ukrainy.

osw.waw.pl

czwartek, 1 grudnia 2022


Rosyjskie działania wokół Bachmutu wskazują, że siły rosyjskie zasadniczo nie wyciągnęły wniosków z poprzednich kampanii o dużej liczbie ofiar, skoncentrowanych na celach o ograniczonym znaczeniu operacyjnym lub strategicznym. Siły rosyjskie od końca maja nieprzerwanie mobilizują siły bojowe na małych osadach wokół Bachmutu; w ciągu następnych sześciu miesięcy zapewniły sobie jedynie zyski rzędu kilku kilometrów na raz. Jak wcześniej zauważyło ISW, rosyjskie wysiłki natarcia na Bachmut skutkowały ciągłym wyczerpywaniem się rosyjskiej siły roboczej i sprzętu, przygważdżając wojska do stosunkowo nieistotnych osad na tygodnie i miesiące. Ten schemat działań bardzo przypomina poprzednie rosyjskie starania o zajęcie Siewierodoniecka i Łysyczańska na początku wojny. Jak ocenił ISW w czerwcu i lipcu tego roku, siły ukraińskie zasadniczo pozwoliły wojskom rosyjskim skoncentrować wysiłki na Siewierodoniecku i Łysyczańsku, dwóch miastach w pobliżu granicy z obwodem ługańskim o ograniczonym znaczeniu operacyjnym i strategicznym, w celu wykorzystania ciągłej degradacji rosyjskiej siły roboczej i sprzętu w ciągu miesięcy zaciętej walki. Wojska rosyjskie ostatecznie zajęły Łysyczańsk i Siewierodonieck i dotarły do ​​granicy obwodu ługańskiego, ale ten sukces taktyczny przełożył się na znikome korzyści operacyjne, gdy rosyjska ofensywa na wschodzie osiągnęła punkt kulminacyjny. Rosyjskie wysiłki w tej dziedzinie w dużej mierze utknęły w martwym punkcie, podobnie jak osiągnęły one kulminację na początku lipca. Nawet jeśli wojska rosyjskie będą nadal posuwać się w kierunku Bachmutu i w jego obrębie, i nawet jeśli wymuszą kontrolowane wycofanie się Ukraińców z miasta (jak miało to miejsce w Łysyczańsku), sam Bachmut oferuje im niewielkie korzyści operacyjne. Koszty związane z sześciomiesięcznymi brutalnymi, miażdżącymi i opartymi na wyniszczeniu walkami wokół Bachmutu znacznie przewyższają wszelkie korzyści operacyjne, jakie Rosjanie mogą uzyskać dzięki zajęciu Bachmutu. Z drugiej strony rosyjskie ofensywy wokół Bachmuta pochłaniają znaczną część dostępnej siły bojowej Rosji, potencjalnie ułatwiając kontynuację ukraińskich kontrofensyw w innych miejscach.

understandingwar.org

Przywódcy NATO wracają do pomysłu, który został odrzucony w pierwszych dniach wojny: dostarczenia Ukrainie myśliwców MiG-29 lub nawet amerykańskich nadwyżek F-16 - napisał w artykule dla Bloomberga James Stavridis, emerytowany amerykański admirał i były dowódca połączonych sił zbrojnych NATO w Europie.

Stavridis podkreśla, że wraz z nadejściem zimy wojna na Ukrainie będzie miała dwa kluczowe wymiary: lądowy i powietrzny. „Na lądzie nadejście mokrej, deszczowej jesieni i surowej zimy doprowadzi do zmniejszenia liczby operacji. Zarówno Rosja, jak i Ukraina muszą odpocząć i wzmocnić swoje oddziały oraz naprawić sprzęt” – pisze Amerykanin. Przewiduje, że działania bojowe na lądzie mogą być wznowione późną zimą, kiedy zamarznięta ziemia da warunki dla wykorzystania ciężkiego sprzętu.

Były dowódca sił NATO w Europie zwraca też uwagę na problemy Rosji w związku niską motywacją żołnierzy i ucieczką do sąsiednich krajów setek tysięcy Rosjan w obawie przed poborem. „Putin uciekł się do wcielania do wojska przestępców, bezdomnych i pijaków zgarniętych z barów” – dodaje. Z kolei wyzwaniem stojącym przed Ukrainą nie jest motywacja, lecz znacznie mniejsza od rosyjskiej populacja.

(...)

Rosyjska prywatna firma wojskowa, znana jako grupa Wagnera, werbuje na wojnę z Ukrainą bojowników z antyrządowych milicji w Republice Środkowoafrykańskiej; żołnierze zwani Czarnymi Rosjanami są źle traktowani przez dowódców, kilkudziesięciu z nich już zaginęło na froncie - powiadomił amerykański portal Daily Beast.

W lutym, gdy Rosja dokonała inwazji na Ukrainę, około 200 rebeliantów ze środkowoafrykańskiego ugrupowania Unia dla Pokoju (UPC) udało się na szkolenie wojskowe do Moskwy. Następnie połowa z nich wróciła do swojego kraju, natomiast pozostałych wysłano w marcu na front.

Żołnierze z Afryki, którzy przeżyli lub nie zostali uznani za zaginionych, od miesięcy nie otrzymują wynagrodzenia ani nie są w stanie się wyżywić - poinformował serwis za anonimowymi źródłami w antyrządowych środkowoafrykańskich bojówkach.

"Praca z Rosjanami jest bardzo trudna, ponieważ nie ufają żadnemu z nas. Często wożą nas ze sobą po kraju, nawet nie wyjaśniając, dokąd jedziemy. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy w tajemniczy sposób zniknęło około 50 naszych kolegów. Nikt nie wie, gdzie się znajdują, a Rosjanie nie odpowiadają na pytania dotyczące miejsca ich pobytu. (...) Być może nikt nigdy nie pozna prawdy, bo (rosyjskie dowództwo) wszystko robi po kryjomu" - dodało źródło Daily Beast.

(...)

Co najmniej sześć rosyjskich samolotów wojskowych rozbiło się od września z powodu usterek technicznych - poinformował we wtorek portal Jerusalem Post. Cztery z nich to myśliwce używane w inwazji na Ukrainę.

Portal zaznacza, że o ile mniejsze zdziwienie budzą awarie starszych samolotów, takich jak Mig-31 i Su-25, o tyle katastrofa z udziałem bombowca Su-34, który rozbił się w Jejsku, uderzając w budynek mieszkalny, przez co zginęło 15 osób, jest niezrozumiała, ponieważ samolot ten wszedł do użytku dopiero w 2014 roku.

Według eksperta amerykańskiego think tanku RAND Corporation Michaela Bohnerta przyczyną ostatnich katastrof mogą być następstwa sankcji państw zachodnich wobec Rosji, które powodują, że Rosjanom jest coraz trudniej zdobyć części zapasowe i sprzęt niezbędny do bieżącej konserwacji samolotów.

(...)

Wchodzące w życie w czwartek poprawki do rosyjskiej ustawy o agentach zagranicznych posłużą do zapobiegania sprzeciwowi wobec wojnie na Ukrainie, która coraz bardziej wpływa na codzienne życie Rosjan - przekazało w środę brytyjskie ministerstwo obrony.

W codziennej aktualizacji wywiadowczej przypomniano, że w lipcu 2022 r. prezydent Rosji Władimir Putin zatwierdził poprawki do ustawy z 2012 r. o "agentach zagranicznych", która jest szeroko stosowana do represjonowania przeciwników reżimu, a nowe środki mają wejść w życie 1 grudnia.

Wskazano, że ustawa z 2012 roku definiowała "zagranicznych agentów" jako osoby lub organizacje, które otrzymują wsparcie finansowe z zagranicy, a zmiany rozszerzą definicję na te, które są jedynie pod bliżej nieokreślonym "wpływem lub presją" podmiotów zagranicznych.

Ministerstwo sprawiedliwości będzie miało również uprawnienia do publikowania danych osobowych i adresów wskazanych "agentów zagranicznych", prawie na pewno narażając ich na prześladowania.

"Nowe przepisy jeszcze bardziej rozszerzą uprawnienia represyjne dostępne dla państwa rosyjskiego. Jest to kontynuacja trendu od czasu powrotu Putina na urząd prezydenta w 2012 r., który jednak dramatycznie przyspieszył po inwazji na Ukrainę. Kreml prawdopodobnie działa prewencyjnie, aby zapobiec większemu sprzeciwowi w kraju, ponieważ konflikt pozostaje nierozstrzygnięty i coraz bardziej wpływa na codzienne życie Rosjan" - oceniono.

onet.pl