czwartek, 24 listopada 2022


14 listopada Federalne Ministerstwo Gospodarki i Ochrony Klimatu (BMWK) wydało zarządzenie dotyczące nacjonalizacji spółki Securing Energy for Europe GmbH (SEFE), która skupia gazowe aktywa Gazpromu w Niemczech i do czerwca działała pod nazwą Gazprom Germania. W kwietniu Berlin przejął kontrolę nad firmą, przekazując ją pod zarząd powierniczy Federalnej Agencji Sieci (BNetzA).

Stan faktyczny, szczegóły operacji oraz uzasadnienie decyzji obszernie przedstawiono w zarządzeniu BMWK opublikowanym w Dzienniku Urzędowym RFN. Stwierdzono w nim, że firma znajduje się w stanie nadmiernego zadłużenia bez perspektyw na poprawę sytuacji. Ponadto ze względu na powiązania właścicielskie firmy z Gazpromem, bieżące ryzyka polityczne oraz niepewną przyszłość część dotychczasowych partnerów biznesowych w kluczowych obszarach (m.in. bankowość, ubezpieczenia) zaczęła odmawiać dalszej współpracy, co zaczęło negatywnie odbijać się na bieżącym funkcjonowaniu spółki i miało grozić paraliżem jej dalszej działalności. W tej sytuacji zatrudniony przez BNetzA (jako podmiot zarządzający) doradca ds. restrukturyzacji zarekomendował przeprowadzenie zmian właścicielskich oraz dokapitalizowanie firmy (potrzeby oszacowano łącznie na 7,7 mld euro). W przeciwnym wypadku SEFE miałoby grozić bankructwo, które ze względu na kluczowe znaczenie firmy na niemieckim rynku gazu stanowiłoby poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa zaopatrzenia RFN w energię.

Do nacjonalizacji SEFE wykorzystano instrumenty kapitałowe. Po pierwsze, ze względu na głębokie zadłużenie firmy (straty przewyższyły kapitał własny o ponad 2 mld euro) zarządzono redukcję kapitału zakładowego do zera, dzięki czemu z listy właścicieli usunięto dotychczasowych rosyjskich udziałowców. Po drugie, zarządzono wniesienie nowego wkładu własnego w wysokości 226 mln euro przez nowego udziałowca – należącą do skarbu państwa spółkę Securing Energy For Europe Holding GmbH (SEFEH). 12 listopada Komisja Europejska wyraziła zgodę na przeprowadzenie tej operacji.

Z opublikowanego przez BMWK oświadczenia wynika ponadto, że rząd RFN planuje przekształcenie (niesprecyzowanej) części kredytu udzielonego SEFE przez państwowy bank KfW (łącznie 11,8 mld euro) na kapitał własny spółki. Co więcej, linia kredytowa dla firmy ma zostać zwiększona o 2 mld euro. Planowaną konwersję długu musiałaby zatwierdzić KE. 

SEFE (wcześniej Gazprom Germania) to spółka o kluczowym znaczeniu na niemieckim i – szerzej – europejskim rynku gazu, która dotychczas stanowiła strategiczne aktywa Gazpromu w Europie. Obejmują one infrastrukturę magazynową, m.in. 100% akcji firmy Astora, do której należą duże zbiorniki gazowe w RFN i Austrii. Ponadto SEFE jest współwłaścicielem magazynów Katharina i Etzel w Niemczech, Dambořice (Czechy), Banatski Dvor (Serbia) oraz Bergermeer (Holandia). Co więcej, jest także współwłaścicielem gazowych szlaków przesyłowych w RFN (w tym lądowych odnóg Nord Streamu – NEL i OPAL) oraz ma 49,98% akcji w spółce Gascade Gastransport – właścicielu i operatorze ponad 3 tys. km gazociągów w Niemczech. Wreszcie do SEFE należą ważne firmy działające na rynku handlu gazem, takie jak SEFE Marketing & Trading, SEFE Schweiz, Wingas czy WIEH, które w oparciu o korzystne umowy długoterminowe z Gazpromem dostarczały surowiec do odbiorców końcowych w państwach europejskich. 11 maja rosyjski rząd objął sankcjami SEFE i kontrolowane przez nią podmioty, odcinając je tym samym od dostaw gazu ze wschodu (szerzej zob. Rosja: sankcje na wybrane unijne spółki gazowe). Aby móc realizować swoje zobowiązania kontraktowe, muszą one pozyskiwać surowiec na giełdzie po aktualnych, wielokrotnie wyższych cenach, co generuje poważne straty.

Komentarz

Nacjonalizacja grupy SEFE to kolejny, podjęty po agresji Rosji na Ukrainę, krok w stronę zerwania budowanego przez lata wielopłaszczyznowego sojuszu energetycznego między Berlinem a Moskwą. Dla RFN oznacza ona przede wszystkim odzyskanie pełnej kontroli nad strategicznymi aktywami w obszarze infrastruktury gazowej, zwłaszcza magazynów. W samych Niemczech SEFE kontroluje 28% pojemności tamtejszych zbiorników, w tym największy w Rehden, który przed wybuchem wojny został – jak wszystko na to wskazuje z pobudek politycznych – kompletnie opróżniony.

Z perspektywy Moskwy utrata strategicznych aktywów oznacza z kolei długotrwałe osłabienie wpływów Gazpromu. Gazprom Germania (GG) i powiązane spółki odgrywały kluczową rolę w dostawach rosyjskiego gazu i handlu nim na rynkach niemieckim i europejskim. Gazprom, za pośrednictwem GG, kontrolował przeważającą większość wykorzystywanych przez siebie mocy magazynowych na terenie UE. Sieć spółek służyła koncernowi do realizacji dostaw surowca do odbiorców końcowych w państwach europejskich, w szczególności w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii, Francji czy Belgii. Wprawdzie w ostatnich latach wielkość dostaw gazpromowskiego gazu systematycznie się zmniejszała (23 mld m3 w 2019, 21 mld m3 w 2020 r.), niemniej jeszcze w 2018 r. wolumeny dostaw wyniosły 28,4 mld m3. Dodatkowo spółki zależne GG handlowały też surowcem kupowanym na europejskich giełdach. Poprzez GG Gazprom był także udziałowcem w gazowej infrastrukturze przesyłowej na terenie Niemiec. Jak podaje Reuters, GG posiadała w 2020 r. aktywa o łącznej wartości 8,4 mld euro i kapitał własny w wysokości 2,2 mld euro (...).

Nacjonalizacja SEFE jest logiczną konsekwencją działań podejmowanych przez Berlin wobec strategicznych z niemieckiej perspektywy aktywów infrastrukturalnych Gazpromu w RFN po 24 lutego br. Wprowadzenie zarządu powierniczego mogło mieć jedynie charakter tymczasowy, docelowo spółka musiała zostać upaństwowiona, sprzedana lub zwrócona właścicielom. Nacjonalizacja firmy była przygotowywana od wiosny – BMWK już w maju zleciło powołanie spółki SEFEH (obecnie nowego udziałowca SEFE), zaś zamiar wykorzystania instrumentów kapitałowych do przejęcia firmy zasugerowano w czerwcu przy przyznaniu jej wielomiliardowego kredytu przez KfW (szerzej zob. Niemcy: kolejne kroki w przejmowaniu kontroli nad spółką Gazprom Germania). We wrześniu portal Spiegel Online donosił z kolei o skłanianiu się rządu RFN do przejęcia SEFE za pomocą redukcji kapitału zakładowego.
Wiele wskazuje na to, że Berlin wstrzymywał się początkowo z nacjonalizacją SEFE z obawy przed całkowitym odcięciem przez Moskwę dostaw gazu do RFN jako działaniem odwetowym. Zaprzestanie przez Gazprom przesyłu surowca do RFN pod koniec sierpnia mogło być czynnikiem przesądzającym lub przyspieszającym działania (...). Nie bez znaczenia dla momentu podjęcia decyzji były także upływ z dniem 15 grudnia sześciomiesięcznego okresu obowiązywania zarządu powierniczego oraz wola wyjaśnienia i ustabilizowania sytuacji w kluczowej dla funkcjonowania niemieckiego sektora gazowego spółce.

SEFE to kolejna firma w sektorze gazowym RFN, która ma zostać upaństwowiona. Do końca roku ma się zakończyć proces przejęcia Unipera, który jednak – w przeciwieństwie do aktywów Gazpromu – został w pełni uzgodniony z dotychczasowym głównym udziałowcem (...). Nacjonalizacja dwóch największych podmiotów handlujących błękitnym paliwem w RFN oraz posiadających strategiczna aktywa w obszarze infrastruktury gazowej stanowi diametralną zmianę w niemieckim sektorze tego surowca, ponieważ dotychczas był on zdominowany przez podmioty prywatne, w których skarb państwa bezpośrednio nie posiadał udziałów. Po zmianach właścicielskich Berlin zyska nowe możliwości wpływu na firmy. Fakt ten będą chcieli wykorzystać zwłaszcza Zieloni do ukierunkowania działalności spółek na inwestycje w obszary i technologie zgodne z wymogami transformacji energetycznej.

Niejasna pozostaje kwestia odszkodowania dla Gazpromu za utratę skupionych w grupie SEFE aktywów. Zgodnie z ustawą o zapewnieniu zaopatrzenia w energię (Energiesicherungsgesetz), która stanowi podstawę prawną podejmowanych przez Berlin działań, rosyjskiemu koncernowi teoretycznie powinna przysługiwać rekompensata. Jej wysokość nie została określona. Z informacji podanych przez BMWK wynika jednak, że odszkodowanie powinno odpowiadać wartości rynkowej udziałów dotychczasowego właściciela, które – w obliczu fatalnej kondycji finansowej firmy (ujemny kapitał własny) – zostały właśnie zredukowane do zera. Może to sugerować, że Gazprom nie otrzyma żadnej rekompensaty finansowej lub będzie ona miała symboliczny charakter. Na obecnym etapie nie jest jasne, czy i ewentualnie jakie kroki prawne zamierza podjąć strona rosyjska. Gazprom nie skomentował bowiem dotąd działań podejmowanych przez niemieckie władze.

osw.waw.pl

środa, 23 listopada 2022


Wydaje się, że Kreml ustala warunki informacyjne dla ataku pod fałszywą flagą w obwodzie biełgorodzkim w Rosji, prawdopodobnie w celu odzyskania poparcia społecznego dla wojny na Ukrainie. Kremlowscy propagandziści zaczęli wysuwać hipotezy, że siły ukraińskie dążą do inwazji na obwód biełgorodzki, a inne źródła rosyjskie zauważyły, że siły rosyjskie muszą odzyskać kontrolę nad Kupyańskiem w obwodzie charkowskim, aby zminimalizować zagrożenie ukraińskim atakiem. Twierdzenia te od dawna krążyły w społeczności milbloggerów, która krytykowała rosyjskie dowództwo wojskowe za porzucenie pozycji buforowych w Wowczańsku w północno-wschodnim obwodzie charkowskim po wycofaniu się Rosji z regionu we wrześniu. Rosyjscy blogerzy zintensyfikowali również apele do Rosji o odzyskanie wyzwolonych terytoriów w obwodzie charkowskim 22 listopada, twierdząc, że takie środki zapobiegawcze powstrzymają Ukraińców przed przeprowadzeniem operacji szturmowych na kierunkach Kupyańsk i Wowczańsk. Gubernator obwodu biełgorodzkiego Wiaczesław Gładkow opublikował także materiał filmowy pokazujący budowę fortyfikacji Linii Zasiecznej na granicy ukraińsko-biełgorodzkiej. Finansista Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn wyjaśnił, że Wagner buduje Linię Zasieczną po zmianie jej nazwy z Linii Wagnera, ponieważ „wielu ludzi [w Rosji] nie lubi działalności prywatnej firmy wojskowej Wagner”. Prywatne firmy wojskowe są w Rosji nielegalne.

Rosyjskie twierdzenia o rychłym ukraińskim ataku na obwód biełgorodzki są absurdalne i mają na celu jedynie przestraszyć opinię publiczną, aby poparła wojnę. Ukraina nie ma strategicznego interesu w inwazji na Rosję i nie ma możliwości zrobienia tego na taką skalę. Siły ukraińskie kontynuują wyzwalanie okupowanych osad w zachodnim obwodzie ługańskim po zwycięstwie w północnym obwodzie charkowskim. Poparcie dla bezsensownej rosyjskiej inwazji spada wśród rosyjskich mieszkańców regionów przygranicznych i reszty kraju w wyniku mobilizacji i niepowodzeń militarnych. Rosyjskie media opozycyjne podały, że od końca października krewni zmobilizowanych mężczyzn wzniecili protesty w 15 rosyjskich regionach, z których najbardziej godne uwagi miały miejsce w regionach graniczących z Ukrainą. Rosyjska opozycyjna Meduza, powołując się na dwa anonimowe źródła zbliżone do Kremla, poinformowała, że rosyjska administracja prezydenta przeprowadziła wewnętrzne badanie w różnych regionach, w których wielu wyrażało apatię wobec wojny. Chociaż ISW nie może samodzielnie zweryfikować raportu Meduzy, pojawiające się wezwania do demobilizacji wśród krewnych zmobilizowanych mężczyzn sugerują, że rosyjska propaganda jest /częściowo/ nieskuteczna w przeciwdziałaniu realnym skutkom wojny dla społeczeństwa.

Te niedorzeczne spekulacje na temat fantastycznej ukraińskiej inwazji na Rosję mogą być również częścią starań Kremla o uznanie i uspokojenie prowojennej rosyjskiej społeczności nacjonalistycznej. Rosyjscy blogerzy wielokrotnie zarzucali Kremlowi i rosyjskiemu Ministerstwu Obrony (MON) brak obrony Rosji, w tym nowo anektowanych terytoriów. Jednak Kreml raczej nie będzie w stanie dokonać ponownej inwazji na obwód charkowski, czego domagają się nacjonaliści.

Prigożyn wykorzystuje sianie paniki, w związku z fikcyjną groźbą inwazji ukraińskiej i budową Linii Zasiecznej, aby umocnić swoją władzę w rosyjskich regionach przygranicznych i w Rosji. Urzędnicy obwodu biełgorodskiego wstrzymali wcześniej budowę Linii Wagnera, a rebranding linii wraz z innymi projektami Prigożyna w St. Petersburgu i obwodzie kurskim oznacza, że będzie on nadal umacniał się w Rosji, rzekomo wspierając wojnę rosyjskiego prezydenta Władimira Putina.

Rosyjska armia znacznie uszczupliła swój arsenał precyzyjnych pocisków rakietowych, ale prawdopodobnie nadal będzie w stanie atakować ukraińską infrastrukturę krytyczną na dużą skalę w najbliższej przyszłości. Ukraiński minister obrony Ołeksij Reznikow opublikował 22 listopada dane, z których wynika, że rosyjskie wojsko ma tylko 119 pocisków Iskander, co stanowi 13 procent początkowego arsenału z lutego 2022 roku. Liczby Reznikowa pokazują również, że siły rosyjskie znacznie zubożyły inne kluczowe systemy broni precyzyjnej, mając tylko 229 pocisków Kalibr (45 procent początkowego zapasu z lutego 2022 r.), 150 pocisków Kh-155 (50 procent początkowego zapasu z lutego 2022 r.) oraz 120 pocisków Kh-22/32 (32 procent początkowego zapasu z lutego 2022 r.). Liczby Reznikova pokazują, że siły rosyjskie znacznie wyczerpały również zapasy pocisków 3M-55 „Onyx”, S-300, Kh-101, Kh-35 i Kh-47M2 Kinzhal.

Szef Ukrenergo Wołodymyr Kudrycki oświadczył 22 listopada, że siły rosyjskie uszkodziły prawie wszystkie elektrownie cieplne, duże elektrownie wodne i podstacje Ukrenergo na Ukrainie. Premier Ukrainy Denys Szmyhal oświadczył 18 listopada, że ponad połowa ukraińskiej sieci energetycznej uległa awarii w wyniku rosyjskich ataków rakietowych. Prezes DTEK Maxim Tymczenko wezwał Ukraińców do opuszczenia kraju, jeśli to możliwe, 19 listopada w celu zmniejszenia zapotrzebowania na ukraińską sieć energetyczną, a prezes YASNO Serhij Kowalenko oświadczył 21 listopada, że regularne przerwy w dostawie prądu prawdopodobnie potrwają co najmniej do końca marca 2023 r. Siły rosyjskie prawdopodobnie będą w stanie nadal zmniejszać ogólną przepustowość ukraińskiej infrastruktury krytycznej w najbliższej przyszłości, biorąc pod uwagę obecny stan ukraińskiej sieci elektroenergetycznej. Wyczerpywanie się rosyjskiego arsenału rakiet precyzyjnych prawdopodobnie uniemożliwi jej jednak przeprowadzanie ataków rakietowych w szybkim tempie. ISW nadal ocenia, że  rosyjskie wojsko nie osiągnie celu, jakim jest degradacja ukraińskiej woli walki poprzez skoordynowaną kampanię przeciwko ukraińskiej infrastrukturze.

Rosyjskie wojsko prawdopodobnie ma problemy z uzupełnieniem swojego arsenału precyzyjnych systemów uzbrojenia. Rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy Jurij Ignat oświadczył 21 listopada, że Rosja ma problemy z dostawami irańskich rakiet do Federacji Rosyjskiej. Ignat spekulował, że zasoby dyplomatyczne, negocjacje lub wpływy innych krajów mogły wpłynąć na zdolność Iranu lub gotowość do zaopatrzenia Rosji w pociski balistyczne. ISW wcześniej oceniało, że Rosja jest coraz bardziej zależna od Iranu w zakresie dostarczania systemów broni o wysokiej precyzji. Ignat poinformował również, że Rosji brakuje niezbędnych komponentów wyprodukowanych za granicą, aby wesprzeć produkcję takiej liczby pocisków, jakiej potrzebuje do kampanii przeciwko ukraińskiej infrastrukturze. Reznikow stwierdził, że od lutego 2022 r. Rosja wyprodukowała 120 pocisków Kalibr i Kh-101 oraz 360 pocisków Kh-35, umożliwiając rosyjskiemu wojsku częściowe zrównoważenie intensywnego użycia tych systemów broni w masowych atakach na ukraińską infrastrukturę. Rosja prawdopodobnie znacząco nadwyrężyła istniejące zdolności swojego przemysłu zbrojeniowego do produkcji tych pocisków.

understandingwar.org

Produkcja gazu ziemnego w Norwegii, która dostarcza około 25 proc. gazu zużywanego w UE i Wielkiej Brytanii, ma wzrosnąć o 8 proc. w 2022 r. w porównaniu z 2021 r. - wynika z najnowszych szacunków rządu.

Tego lata władze Norwegii zatwierdziły wnioski operatorów o zwiększenie produkcji z kilku działających pól gazowych, aby umożliwić wyższą produkcję gazu, gdy kluczowi partnerzy, UE i Wielka Brytania, walczą o dostawy gazu przed zimą. Ministerstwo Energii i Ropy Naftowej zatwierdziło wnioski operatorów na norweskim szelfie i zezwoliło na zwiększenie produkcji gazu z pól Troll, Gina Krog, Duva (w którym udziały ma PGNiG), Oseberg, Åsgard i Mikkel. Ministerstwo wydało również pozwolenie na produkcję na polu gazowym Nova, które ma zostać uruchomione w najbliższej przyszłości. 

Nowe projekty rozwoju ropy i gazu pomogą Norwegii utrzymać stosunkowo wysoki poziom produkcji ropy i gazu do 2030 roku i nadal być stabilnym dostawcą energii do Europy - powiedział w zeszłym miesiącu norweski minister ds. ropy i energii Terje Aasland, komentując projekt budżetu rządu, który przewiduje rekordowo wysokie przychody z ropy w 2023 roku.

energetyka24.com

Karol Byzdra, Energetyka24: Czy Niemcy są przygotowane na nadchodzącą zimę?

Ulrich Lechte, niemiecki poseł do Bundestagu frakcji FDP: Tak, jesteśmy dobrze przygotowani. Nasze magazyny gazu są pełne, a eksperci nie przewidują pogorszenia się sytuacji. Ponadto, od stycznia zacznie obowiązywać hamulec cen gazu, co znacznie odciąży konsumentów.

Jak ocenia Pan działania rządu w walce z kryzysem energetycznym? Czy podjęte do tej pory decyzje są wystarczające? Czy nie są przyjmowane zbyt wolno?

Uważam, że podjęte środki są skuteczne. Do tej pory przedłużyliśmy termin odejścia od energetyki jądrowej, zużycie zarówno energii elektrycznej, jak i gazu znacznie spadło w porównaniu z rokiem poprzednim, co wynika z oszczędności mieszkańców oraz przemysłu. Kryzys energetyczny pokazuje jednak znaczenie rozwoju energii odnawialnej i dywersyfikacji źródeł. Przed nami jeszcze długa droga, ale jestem przekonany, że wyciągnęliśmy właściwe wnioski.

Czy wprowadzenie pułapu na ceny energii poprawi sytuację państwa? Lewica zdecydowanie protestuje przeciwko temu pomysłowi i uważa, że jest to niesprawiedliwość.

Od marca 2023 roku ceny gazu zostaną ograniczone do 12 centów za kilowatogodzinę, jednak limit będzie obowiązywać tylko do wysokości 80 procent ubiegłorocznej konsumpcji. Ponadto w grudniu zostanie udzielona pomoc nadzwyczajna dla odbiorców gazu ziemnego oraz ciepła. Są to niezbędne środki, które uważam za słuszne, biorąc pod uwagę obecną sytuację. Nie jestem zwolennikiem sztywnych limitów, dlatego też jestem wdzięczny naszemu ministrowi finansów, że w 2023 roku wydał decyzję o powrocie do hamulca zadłużenia. Jako członek parlamentu FDP uważam, że stałe dotacje nie mogą być rozwiązaniem na wszystko.

Czy w obliczu kryzysu energetycznego Parlament nie powinien rozważyć przedłużenia okresu eksploatacji elektrowni jądrowej? Zgodnie z ostatnim wnioskiem złożonym CDU/CSU, elektrownie powinny zostać utrzymane co najmniej do 2024 r.

Rezygnacja z energetyki jądrowej jest kwestią uzgodnioną od ponad dziesięciu lat. Do 31 grudnia trzy ostatnie elektrownie jądrowe również powinny zostać wyłączone. Jednakże, aby zapewnić zasilanie tej zimy, podjęto decyzję o pozostawieniu przy działaniu elektrowni Meiler Isar 2, Neckarwestheim 2 i Emsland do 15 kwietnia 2023 roku. Myślę, że to słuszna i ważna decyzja.

Czyli można oczekiwać, że atom pozostanie na dłużej?

Nie mogę poważnie odpowiedzieć na pytanie, jakie będą dalsze losy zimy 2023/24 i czy elektrownie jądrowe pozostaną w eksploatacji. Obecnie oczekuję, że pozostałe trzy siłownie będą nadal działać do 15 kwietnia 2023 roku, a następnie zostaną wyłączone z sieci.

Ostatnie trzy elektrownie jądrowe o łącznej mocy 4 GW dostarczają ok. 5% krajowego zapotrzebowania. Czy po wyłączeniu atomu z sieci można spodziewać się wystraczająco dużo mocy wytwórczych, aby zapewnić Niemcom bezpieczne dostawy energii?

Będzie to zależało od tempa dywersyfikacji naszych źródeł energii, nowych partnerów międzynarodowych i tempa rozwoju energetyki odnawialnej. W ubiegły wtorek, po 194 dniach, ukończono infrastrukturę nowego terminalu LNG w Wilhelmshaven. Również terminal w Lubminie ma zostać podłączony do sieci gazowej i zostać uruchomiony jeszcze w tym roku. Środki te zwiększą nasze możliwości i przyczynią się w znacznym stopniu do bezpieczeństwa dostaw.

Mimo to coraz więcej krajów na świecie zwraca się ku energetyce jądrowej, traktując ją jako bezpieczne źródło taniej energii i rozwiązanie kryzysu energetycznego. Z kolei Niemcy wracają do atomu i uważają to za zagrożenie. Kto ma zatem rację?

Oczywiście widzimy te zmiany. Gdyby jednak Niemcy rozszerzyły w odpowiednim etapie odnawialne źródła energii i wykorzystując np. własne złoża gazu łupkowego, nie musielibyśmy już dziś mówić o atomie. Dopóki jednak nie będziemy mieć własnych stabilnych dostaw energii bazowej i w razie wątpliwości będziemy uzależnieni od importu, energia jądrowa ma rację bytu.

Jak ocenia działalność grupy aktywistów klimatycznych ostatniego pokolenia? Czy dobrym pomysłem jest oblewanie farbą działów sztuki historycznej i blokowanie miasta, aby zwrócić uwagę na kryzys klimatyczny?

Rozumiem intencję, natomiast zdecydowanie odrzucam sposób protestu. Działania grupy aktywistów klimatycznych z „Letzte Genration" prowadzą w ślepy zaułek, a ich bojowość i radykalizm nie służą sprawie.

W całym kraju odbywają się protesty mieszkańców przeciwko wysokim cenom energii i apelom o powrót do Rosji. Czy Berlin przywróci stosunki handlowe po wojnie?

Rosja jako partner energetyczny to już dla Niemiec historia. Nasza wiara w zmianę poprzez handel upadła wraz z wybuchem wojny na Ukrainie 24 lutego 2022 r. W związku z tym nie widzę możliwości powrotu, zwłaszcza pod obecnym przywództwem Władimira Putina i jego elit.

Czy Niemcy i Polska powinny w przyszłości pogłębić współpracę w dziedzinie energii?

Żaden kraj nie może sobie pozwolić na samodzielne działania w zakresie polityki energetycznej. Polska jest naszym sąsiadem i bliskim sojusznikiem, dlatego chciałbym, abyśmy w przyszłości pogłębili naszą współpracę w dziedzinie polityki energetycznej.

energetyka24.com

wtorek, 22 listopada 2022


Niezależny portal Wiorstka, powołując się na źródła w rosyjskich władzach – na Kremlu i w Dumie Państwowej – twierdzi, że administracja prezydenta planuje drugą falę "częściowej mobilizacji".

Rozważana była także mobilizacja powszechna, ale ten scenariusz został jednak uznany za "nie do zrealizowania w obecnych warunkach", ze względu na duże koszty i problemy z wyposażeniem już zmobilizowanych rezerwistów - pisze Wiorstka.

"Rozmowy (na temat powszechnej mobilizacji – Wiorstka) miały miejsce, bo my rozumiemy, wszyscy rozumieją, że problemów z przygotowaniem (rezerwistów - Wiorstka) nie da się rozwiązać w ciągu paru miesięcy. Jest oczywiste, że obecne mobiki (zmobilizowani) się skończą, potrzeba będzie więcej ludzi, a według naszych szacunków – stanie się to jeszcze przed końcem zimy" – portal cytuje swojego rozmówcę z Dumy.

Z publikacji niezależnych mediów oraz doniesień z frontu wynika, że rezerwiści powołani w ramach tzw. "częściowej mobilizacji", ogłoszonej 21 września, są w większości źle przygotowani (niektórzy w ogóle nie przechodzą przeszkolenia) i słabo wyposażeni, a także – wbrew zapowiedziom władz - są wysyłani na front do "zatykania dziur".

Według ustaleń portalu zwolennikami powszechnej mobilizacji są "nastawieni radykalnie stronnicy wojny", m.in. czeczeński przywódca Ramzan Kadyrow czy powiązany z tzw. Grupą Wagnera biznesmen Jewgienij Prigożyn.

O ile mobilizacja powszechna jest obecnie mało prawdopodobna, to władze nie rezygnują z planów drugiej fali "mobilizacji częściowej".

"Trwa pośpieszne +łatanie dziur+, związanych z produkcją i przygotowaniem przedmiotów pierwszej potrzeby dla żołnierzy, a także broni i sprzętu. Jednocześnie szybko, +w biegu+ odbywają się reformy funkcjonowania komend uzupełnień, które ze szczętem zawaliły pierwszą falę mobilizacji" – pisze Wiorstka, powołując się na swoich rozmówców.

Zmiany dotyczą m.in. systemu ewidencji, który umożliwi sprawniejsze tworzenie list rezerwistów. W regionach powstają nowe ośrodki szkolenia.

Według informatorów Wiorstki nowa fala mobilizacji mogłaby mieć miejsce po Nowym Roku.

Rosyjskie media niezależne informowały już niejednokrotnie o przypadkach wysyłania wezwań mobilizacyjnych na 2023 r.

I Kreml, i ministerstwo obrony "werbalnie" ogłosiły zakończenie "częściowej mobilizacji". Według oświadczeń władz zmobilizowano 318 tys. osób. Mobilizacja nie została jednak formalnie zakończona prezydenckim dekretem.

"Rozmówcy Wiorstki twierdzą, że decyzja o niewydawaniu dekretu była związana właśnie z możliwością nowych fal zaciągu" – pisze portal.

PAP

Kilkunastometrowych granitowych posągów żołnierzy radzieckich miało na cmentarzu na Antolkolu w Wilnie już nie być. Decyzja o demontażu zapadła na Radzie Miasta jeszcze w czerwcu, po tym jak pomnik został wykreślony z rejestru dóbr kultury. Rozbiórkę wyceniono na 48 tys. euro i znaleziono wykonawcę.

Ale posągi nadal stoją, a miasto zamiast w prace rozbiórkowe zainwestowało w kilkaset metrów czarnej tkaniny, która posłużyła do przykrycia pomników. Władze tłumaczą, że chciały w ten sposób uchronić figury przed wandalizmem, bo już wcześniej zdarzały się próby ich zniszczenia. Jak choćby w październiku, kiedy ktoś namalował na nich niecenzuralne słowo. – Zakryliśmy je też dlatego, żeby nie drażnić ludzi – przyznał mer Wilna Remigijus Simasius w mediach. 

Podobny los spotkał w ostatnich miesiącach wiele radzieckich pomników w regionie. Litwa, podobnie jak inne kraje bałtyckie, po inwazji Rosji na Ukrainę zaczęła aktywnie pozbywać się śladów sowieckiej przeszłości. Z ulic litewskich miast znikają więc radzieckie rzeźby, zmieniane są rosyjskie nazwy ulic, we wrześniu Wilno przemianowało Litewski Rosyjski Teatr Dramatyczny (lepiej znany Polakom jako Teatr na Pohulance) na Wileński Teatr Stary, stołeczne władze podjęły też decyzję o wyburzeniu Domu Moskwy. Z badań opinii publicznej wynika, że połowa obywateli Litwy opowiada się za usunięciem sowieckich pomników z przestrzeni publicznej, 35 proc. jest temu zdecydowanie lub raczej przeciwna. 

Tymczasem litewskie władze mówią, że rozbiórki są konieczne, bo radzieckie rzeźby niosą za sobą te same symbole, które dzisiaj wykorzystywane są przez armię rosyjską, która zaatakowała Ukrainę. A do tego boleśnie przypominają Litwinom o czasach sowieckiej okupacji.

Ale w odróżnieniu od np. Łotwy, Litwa nie niszczy pomników, tylko usuwa je z przestrzeni publicznej. Część zwożona jest do Parku Grutas nieopodal Druskiennik; trafiają tu radzieckie rzeźby z całego kraju. Władze miasta zapewniają, że pomników z cmentarza na Antokolu też nikt nigdy niszczyć nie zamierzał. – Nigdy nie pojawił się pomysł, ani nawet sugestia, dotycząca zniszczenia tych pomników – mówi DW wicemer Wilna Tomas Gulbinas. I zapewnia, że miały one zostać przeniesione w inne miejsce. Gdzie? – Prawdopodobnie do muzeum – mówi polityk. W tym kontekście mówi się o Litewskim Muzeum Narodowym.

Wygląda jednak na to, że inną wersję tej historii otrzymał Komitet Praw Człowieka przy ONZ. Do organizacji wpłynąć miała petycja od mieszkańców, przedstawiających się jako „etniczni Rosjanie”, skarżących decyzję miasta. Nieoficjalnie mówi się, że za skargę odpowiedzialni są litewscy działacze prorosyjscy. W piśmie do ONZ mieli oni zarzucić litewskim władzom łamanie praw człowieka oraz to, że chcą one usunąć posągi z grobów radzieckich żołnierzy. W odpowiedzi Komitet nałożył na pomnik środki ochrony tymczasowej i wstrzymał rozbiórkę. Litewskie władze kategorycznie zaprzeczają zarzutom.

– Decyzja ONZ zapadła w oparciu o błędne informacje – wskazuje litewskie ministerstwo sprawiedliwości, które prowadzi korespondencję z ONZ w tej sprawie.

– Informacja, że posągi rzekomo stoją na grobach poległych żołnierzy sowieckich jest nieprawdziwa. Prawda jest taka, że ani pod pomnikiem ani nawet zaraz obok niego nie ma żadnych mogił – mówi DW wicemer stolicy. 

Groby znajdują się na tarasach ciągnących się po obu stronach pomnika, pochowane są tu trzy tysiące żołnierzy radzieckich. Miasto powtarza, że ich mogił nikt nie będzie ruszał. Zniknie tylko pomnik. 

Jak nieoficjalnie dowiedziało się DW, w praktyce litewskie władze mogą zdemontować pomnik w każdej chwili. Nie robią tego z szacunku dla ONZ. – Decyzja Komitetu Praw Człowieka nie jest dla nas prawnie wiążąca – mówi jeden z litewskich polityków.

Paweł Ławrinec, kierownik Katedry Filologii Rosyjskiej na Uniwersytecie Wileńskim, z pochodzenia Rosjanin, przyznaje, że sprawa pomników może wzbudzać emocje. – Trzeba mieć świadomość, że każdy pomnik jest namacalnym świadectwem polityki. Armia Czerwona w 1944 r. owszem była wyzwolicielką, ale potem była armią okupanta i dla wielu Litwinów to są bardzo bolesne wspomnienia. Z drugiej strony, dla wielu Rosjan, nawet tych którzy urodzili się na Litwie, jednym z najważniejszych wydarzeń XX w. jest II wojna światowa i te miliony ofiar, które oddały życie w imię zwycięstwa nad nazizmem. Ten pomnik im o tym przypomina – tłumaczy. Pod pomnikiem na Antokolu co roku 9 maja odbywały się uroczystości z okazji zwycięstwa ZSRR w II wojnie światowej. 

Ławrinec dodaje, że nie rozumie jednak, dlaczego w sprawę wmieszało się akurat ONZ. – Przecież to organizacja, która w ostatnich latach pokazała jedynie swoją słabość i która potrafi jedynie „wyrażać głębokie zaniepokojenie” – mówi. 

Dzisiaj opakowane i oklejone taśmą posągi, wyglądają jakby były w pokrowcach. U ich podnóża ktoś postawił fotografię pokazującą, jak wyglądały w całej krasie, zanim zostały zakryte. Przed pomnikiem ktoś położył czerwone goździki, zapalił znicze. 1 listopada na cmentarzu doszło do incydentu – grupa osób ściągnęła z posągów czarny kir. Wideo z tego wydarzenia obiegło sieć, trafiło do rosyjskich mediów.

Litewskie władze są pewne, że do demontażu sowieckich pomników dojdzie lada chwila i że ONZ cofnie nałożone przez siebie środki tymczasowe. – Żadne prawa człowieka nie zostały złamane i udowodnimy to przed ONZ. Jestem pewien, że kiedy wyjaśnimy sytuację będziemy mogli kontynuować usuwanie posągów – komentuje Tomas Gulbinas.

dw.com

Alaksandr Papko: A jak rosyjska inwazja na Ukrainę wpłynęła na czeczeńskie społeczeństwo? Czy zintensyfikowała dążenia ku niepodległości? Kiedy Rosjanie zaatakowali Ukrainę i wybuchła tak duża wojna w naszym regionie, jak ludzie w Czeczenii to odebrali? Czy widzieli zbieżności z Czeczenią i tym uczuciem walki o niepodległość? Czy ta potrzeba walki o niepodległość wzmogła się w Czeczenii?

Anzor Maschadow: Tak, ponieważ przeszliśmy już przez dwie wojny rosyjsko-czeczeńskie. Teraz widzimy więc dokładnie te same zjawiska, które miały miejsce u nas, czyli metody armii rosyjskiej. To, co zrobili w naszym kraju i robią teraz na Ukrainie – to właściwie to samo. Mówiąc o tym, co działo się w Buczy, Hostomlu, Mariupolu, Irpieniu i innych miastach, możemy również przypomnieć nasze miasta – Grozny, Argun, Samaszki, Nowyje Ałdy, Mesker-Jurt i inne, w których dokonano tego samego.

– Ma pan ze sobą zdjęcia. Czy może pan je pokazać?

– Mam je zawsze ze sobą. Dzisiaj rosyjscy okupanci, politycy, generałowie lub nawet prezydent Rosji nazywają Ukraińców nazistami. Tak samo było już wcześniej w odniesieniu do wojny w Iczkerii. Mówili: wszyscy Czeczeni są terrorystami, faszystami i tak dalej… A teraz pokażę panu rosyjskich żołnierzy w Iczkerii.

– Tak, to rosyjscy żołnierze, najprawdopodobniej podczas pierwszej wojny w Czeczenii.

– Robili te zdjęcia, by wysłać je do swoich rodzin. Spalili całą czeczeńską wioskę tak samo, jak zrobili to np. w Buczy. Na następnym zdjęciu jest też napis na budynku: zniszczymy całą Czeczenię. Pokażę jeszcze to zdjęcie. Żywa tarcza. Pamięta pan, co mówił Putin? Że jeśli ludność cywilna pójdzie [przodem]…

– Tak, to wojsko będzie za nią.

– Tak. „Wtedy zobaczymy, czy oni będą strzelać”. Więc tacy byli Rosjanie w Iczkerii. Znałem tę rodzinę. To wszystko członkowie jednej rodziny. Na następnym zdjęciu są dzieci zabite dzieci w czasie jednego z bombardowań. Następne zdjęcie – wie pan, co na nim jest – oni kradli dosłownie wszystko. Na następnym to samo – ten okupant kradnie telewizor. A to zdjęcie zrobiono w Groznym: zabili całą rodzinę, to było w 1995. A to wygląda dosłownie jak Mariupol, ale to nasza stolica – Grozny. Nic się nie zmieniło w Rosji i nic się nie zmieniło w rosyjskiej armii.

belsat.eu

poniedziałek, 21 listopada 2022


Kreml pozwolił stale rosnącej nieformalnej społeczności milbloggerów zdobyć quasi-oficjalne, ale niezależne stanowisko, pomimo nasilających się wewnętrznych represji i cenzury. Kreml historycznie rozpowszechniał swoją narrację państwową za pośrednictwem rosyjskich placówek federalnych, telewizji i mediów drukowanych, ale pozwalał wysoce indywidualistycznej i często krytycznej społeczności milbloggerów przedstawiać własne narracje dotyczące tej wojny. Społeczność milbloggerów składa się z szerokiej gamy postaci, od tych, którzy wspierają Kreml, krytykując rosyjskie dowództwo wojskowe, po tych, którzy bezpośrednio obwiniają prezydenta Rosji Władimira Putina za konsekwentne niepowodzenia militarne Rosji na Ukrainie. To, że Kreml toleruje społeczność miblogerów, jest zdumiewające, biorąc pod uwagę cenzurę innych, bardziej tradycyjnych mediów, w tym mediów opozycyjnych i zagranicznych.

Rosyjscy blogerzy nie są jedynie cheerleaderkami na czas wojny – wyłaniają się jako grupa o wyraźnym głosie w Rosji. Milbloggerzy oferują wysoce nieformalną platformę, która radykalnie różni się od ustrukturyzowanej prezentacji wojny rosyjskiego Ministerstwa Obrony. Milbloggerzy w większości publikują autorskie treści na rosyjskich platformach społecznościowych, takich jak Telegram, VK i RuTube, w swobodny i przystępny sposób. Większość wybitnych blogerów albo działa na pierwszej linii frontu, albo ma źródła w rosyjskich strukturach wojskowych, co pozwala im formułować oceny na podstawie relacji z pierwszej ręki, niezależnych od informacji MON i cenzury.

Milbloggerzy nie są jednak w pełni oddzieleni od rosyjskiego rządu. Na przykład rosyjski portal śledczy The Bell ujawnił, że twórca jednego z najbardziej wpływowych rosyjskich kanałów Telegram, Rybar, jest byłym pracownikiem służby prasowej rosyjskiego MON. Inni milbloggerzy to korespondenci rosyjskich mediów państwowych, takich jak  Komsomolskaja Prawda, Ria i RiaFan  gdzie podtrzymują swoje wysoce uparte relacje z wojny, a nawet oferują zalecenia dotyczące poprawy prowadzenia rosyjskiej kampanii wojskowej. Niektórzy pełnomocnicy z okupowanych obwodów donieckiego i ługańskiego działają również jako blogerzy, ponieważ wyrażają swoje opinie, dzielą się analizami innych blogerów i rozpowszechniają materiały z linii frontu niezależnych od Kremla i często sprzecznych z oficjalnymi liniami MON i Kremla.

Wybrani milbloggerzy zajmują teraz oficjalne stanowiska na Kremlu. Putin wypromował kilku wybitnych blogerów z dużą liczbą obserwujących, aby dotrzeć do nacjonalistycznego elektoratu, do którego przemawiają, a co najważniejsze, aby zapobiec zwróceniu się tej grupy przeciwko putinizmowi. Putin mianował 20 listopada wybitnego rosyjskiego blogera i korespondenta Komsomolskiej Prawdy Aleksandra (Saszę) Kotsa jako członka Rosyjskiej Rady Praw Człowieka (...). Putin spotkał się indywidualnie z kilkoma rosyjskimi blogerami i zaprosił ich na swoje przemówienie aneksyjne 30 września. Zaręczyny Putina z tymi blogerami nie złagodziły jednak ich komentarzy na temat wojny. Nadal krytykują rosyjski wysiłek wojenny, a zwłaszcza rosyjskie Ministerstwo Obrony, nawet gdy Putin ich broni i promuje.

Niektórzy rosyjscy blogerzy mają bliskie powiązania z wybitnymi ideologami nacjonalistycznymi. Nacjonalista i były członek rosyjskiej Dumy Państwowej Zachar Prilepin (znany z utworzenia batalionu ochotniczego w okupowanym obwodzie donieckim w 2017 r.) i założyciel współczesnej Partii Narodowo-Bolszewickiej Eduard Limonow podobno celebrowali sławnego blogera Siemiona Pegowa (znanego pod pseudonimem WarGonzo). Milbloggerzy udostępniają również podcasty z szeroko znanymi rosyjskimi neonacjonalistami, takimi jak Alexander Dugin i sowiecka osobowość telewizyjna z czasów pieriestrojki, Alexander Lyubimov. Przynależność i wzajemna promocja milbloggerów z tymi postaciami sprzyjają maksymalistycznemu celowi pełnej rosyjskiej supremacji na Ukrainie w przestrzeni informacyjnej. Dugin nawet bezpośrednio obwiniał Putina za niepowodzenia militarne Rosji po wycofaniu się Rosji z miasta Chersoniu, w rzeczywistości krytykując Putina za to, że nie przyjął w pełni rosyjskiej ideologii nacjonalistycznej.

Putin prawdopodobnie zablokował próby Ministerstwa Obrony mające na celu usunięcie lub kontrolowanie w inny sposób blogerów. ISW poinformowało 14 października, że ​​nieokreśleni rosyjscy wyżsi urzędnicy w rosyjskim Ministerstwie Obrony próbowali ścigać karnie najwybitniejszych blogerów. Rosyjscy milbloggerzy publicznie skrytykowali rosyjskie MON za próbę cenzury, kontynuowali normalne relacje z wojny i nie zgłosili otrzymania zarzutów karnych. Nieznani rosyjscy urzędnicy wcześniej atakowali rosyjskich blogerów, oskarżając ich o ujawnianie rosyjskich pozycji siłom ukraińskim. Jednak Putin najwyraźniej stanął po stronie milbloggerów, komentując ostatnio znaczenie przejrzystości i dokładności w relacjonowaniu wojen – komentarz, który mógł być skierowany jedynie do relacji milbloggerów.

Znaczenie społeczności milbloggerów jest prawdopodobnie bezpośrednim skutkiem niepowodzenia Kremla w ustanowieniu skutecznej obecności na Telegramie, co wynika z ogólnego niepowodzenia Putina w przygotowaniu swojego narodu do poważnej i przedłużającej się wojny. Centrum statystyk rosyjskich mediów Brand Analytics zauważyło, że między rozpoczęciem wojny 24 lutego a 1 października liczba rosyjskich blogerów na Telegramie wzrosła o 58%, podczas gdy korzystanie z zakazanych zachodnich platform mediów społecznościowych, takich jak Instagram i Twitter, znacznie spadło. Telegram odnotował również najwyższy procentowy wzrost codziennych publikowanych treści (23%) w porównaniu z innymi rosyjskimi mediami społecznościowymi w tym okresie. The Bell zauważył, że liczba zwolenników Rybara gwałtownie wzrosła we wrześniu i październiku do ponad miliona zwolenników w wyniku częściowej mobilizacji i rozpoczęcia ukraińskich kontrofensyw na wschodzie i południu. Rozwój Telegramu i przypadek Rybara podkreślają nieufność Rosjan do oficjalnych narracji Kremla i poszukiwania dokładniejszych relacji. Warto zauważyć, że ukraiński rząd przyjął odwrotne podejście. Zamiast próbować scentralizować raportowanie o wojnie, Kijów zlecił wszystkim urzędnikom regionalnym uruchomienie oficjalnych kanałów Telegramu w celu dostarczania informacji o wojnie w czasie rzeczywistym.

Kreml stara się naśladować sukcesy rosyjskich prowojennych siłowików w Internecie. Czeczeński przywódca i siłowik Ramzan Kadyrow jest najczęściej obserwowanym rosyjskim blogerem z ponad trzema milionami obserwujących na Telegramie. Telegramowy kanał Kadyrowa bardzo przypomina formatem innych milbloggerów i zawiera nagrania wideo Kadyrowa, materiały z walki i niefiltrowane opinie na temat przebiegu „specjalnej operacji wojskowej”. Kanał Kadyrowa ma jednak bardziej spójną narrację niż kanał indywidualny milbloggerów, biorąc pod uwagę jego osobiste interesy w promowaniu swoich żołnierzy. Milbloggerzy powiązani z Grupą Wagnera również promują siły najemników kosztem krytyki rosyjskiego Ministerstwa Obrony i sił tradycyjnych. Z drugiej strony, wybitni propagandyści kremlowskiej telewizji państwowej, Władimir Sołowjow i Margarita Simonyan, mają odpowiednio tylko 1,4 miliona i 500.000 obserwujących na Telegramie i zaczęli powtarzać krytykę niektórych rosyjskich milbloggerów na swoich kanałach Telegramu.

Putin nadal podwaja poparcie dla niezależności dziennikarstwa milbloggerów, nawet jeśli podwaja wysiłki na rzecz mobilizacji ludności rosyjskiej do wojny. Te dwa zjawiska są prawie na pewno ze sobą powiązane. Putin prawdopodobnie zdaje sobie sprawę, że Kreml, a zwłaszcza Ministerstwo Obrony, straciło zaufanie, jakie wielu Rosjan mogło mieć do prawdziwości ich twierdzeń, a także /rozumie/  potrzebę polegania na takich głosach, które prowojenni Rosjanie uważają za autentyczne, aby zachować poparcie dla rosnących poświęceń, które są wymagane. Obrona Putina przed krytyką, wybranych przez niego urzędników, milblogerów jest niezwykła. Sugeruje to, że postrzega utrzymanie poparcia przynajmniej pewnej znaczącej części rosyjskiej populacji jako środek ciężkości dla wysiłków wojennych, jeśli nie dla przetrwania jego reżimu, i że jest gotów znieść krytykę ze strony grupy, którą postrzega jako lojalną aby zabezpieczyć ten środek ciężkości. Czy milbloggerzy pozostaną lojalni wobec Putina i wysiłków wojennych, jeśli rosyjska armia będzie nadal walczyć i cierpieć z powodu niepowodzeń? Jak zareaguje Putin, jeśli tego nie zrobią? Te pytania mogą stać się istotne, gdy Putin zwiększy swoje żądania wobec swojej niechętnej wojnie społeczności, aby dostarczyła mięsa armatniego na niepowodzenia wojny.

understandingwar.org

Wicepremier i minister ds. reintegracji terytoriów czasowo okupowanych Iryna Wereszczuk poinformowała, że rozpoczyna się dobrowolna ewakuacja z odzyskanych południowych terytoriów Ukrainy. Władze uznały, że ze względu na dokonane zniszczenia infrastruktury krytycznej i możliwość kontynuowania przez Rosjan ostrzałów artyleryjskich niezbędne jest przesiedlenie ludności w bezpieczniejsze rejony.

Prezydent Wołodymyr Zełenski oświadczył, że rosyjskie ataki rakietowe pozbawiły czasowo prądu ok. 20 mln ludzi. 19 listopada szef największej prywatnej firmy energetycznej Ukrainy DTEK Maksym Timczenko stwierdził, że z uwagi na kolosalne uszkodzenia linii energetycznych Ukraińcy, którzy mają taką sposobność, powinni być gotowi do opuszczenia kraju przed nadejściem zimy. W jego opinii byłoby to bardzo korzystne dla odciążenia systemu energetycznego państwa i pomogłoby w zagwarantowaniu dostaw prądu na potrzeby prowadzenia wojny. Premier Denys Szmyhal zapewnił z kolei, że rząd przygotowuje się na wszystkie możliwe scenariusze rozwoju wydarzeń związane z przerwami w dostawach energii elektrycznej. Uruchamiany jest import środków do wytwarzania energii, a każdy obywatel może sprowadzić generator prądotwórczy lub stację ładowania bez płacenia cła i VAT-u. Według Szmyhala dziennie importowanych jest ok. 8500 agregatów prądotwórczych.

Liczba rosyjskich ataków rakietowych na ukraińską infrastrukturę uległa znaczącemu zmniejszeniu (z dziesięciu 18 listopada do dwóch 20 listopada). Głównymi celami były Zaporoże, gdzie uszkodzony został obiekt infrastruktury przemysłowej, i Kramatorsk. Według informacji przedstawionej 20 listopada przez prezydenta Zełenskiego od 24 lutego Rosjanie użyli przeciwko Ukrainie łącznie ponad 4700 rakiet.

Rosyjskie artyleria i lotnictwo nie zaprzestają ataków na pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz w obszarach przygranicznych. Pod coraz silniejszym ostrzałem mają znajdować się Chersoń i tamtejszy port rzeczny oraz sąsiednie Antoniwka (z ruinami mostów na Dnieprze) i Czornobajiwka (z lotniskiem). Obie strony ostrzeliwują wzajemnie swoje pozycje na południe od Mikołajowa. Siły ukraińskie ostrzeliwały i bombardowały także pozycje rosyjskie w głównych rejonach walk – trafione zostały m.in. cysterny z paliwem w okupowanej Makiejewce.

Jednostki rosyjskie kontynuują ataki na pozycje ukraińskie w Donbasie. Najcięższe walki trwają na południowych i wschodnich obrzeżach Bachmutu, na północny wschód od miasta i na zachód od drogi Bachmut–Gorłówka. Najeźdźcy po raz kolejny mieli też bezskutecznie nacierać na wschód od Siewierska oraz na zachód od Doniecka. Do wzajemnych ataków miało dochodzić na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. Siły ukraińskie miały również kontratakować w zachodniej części obwodu donieckiego i podejmować kolejne próby przełamania pozycji rosyjskich na wschód od Kupiańska i na północny zachód od Kreminnej. Źródła ukraińskie donoszą o przerzucaniu do obwodu ługańskiego kolejnych rosyjskich pododdziałów wycofanych z prawego brzegu Dniepru.

Francuski resort obrony poinformował o przekazaniu Ukrainie dwóch systemów obrony powietrznej Crotale, a także o otrzymaniu przez nią dwóch wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych. Wielka Brytania zapowiedziała dostarczenie armii ukraińskiej 120 armat przeciwlotniczych, stacji radiolokacyjnych i wyposażenia zimowego. Doradca szefa Biura Prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak oświadczył, że na obecnym etapie konfliktu z Rosją siły ukraińskie potrzebują dodatkowo 150–200 czołgów, 100 systemów artyleryjskich, ok. 300 pojazdów opancerzonych, 50–70 systemów artylerii rakietowej i 10–15 systemów przeciwrakietowych.

(...)

19 listopada ukraińskie rządowe Centrum Narodowego Oporu poinformowało, że Federalna Służba Bezpieczeństwa stworzyła specjalne grupy operacyjne do poszukiwania członków ukraińskiego podziemia. Mimo nasilenia represji Rosjanie nie mogą skutecznie kontrolować sytuacji na okupowanych terytoriach. W skład grup wchodzą pracownicy kontrwywiadu FSB i innych służb. Zadaniem grup jest także kontrolowanie ruchu internetowego i identyfikowanie celów do przeprowadzania ataków rakietowych. Ukraiński Sztab Generalny ostrzegł, że w rejonach graniczących z obwodami briańskim i kurskim istnieje zagrożenie prowokacją zbrojną agresora. Strona ukraińska liczy się z możliwością wejścia rosyjskich grup dywersyjno-rozpoznawczych również z terytorium Białorusi. Tego samego dnia ukraiński wywiad wojskowy (HUR) poinformował, że służby specjalne FR planują prowokacje na białoruskich obiektach infrastruktury krytycznej, m.in. w elektrowni atomowej w Ostrowcu. Jako sprawcy takich „aktów terrorystycznych” zostaną wskazani obywatele państw NATO i Ukrainy przebrani w białoruskie mundury. Odnotowano, że w stan podwyższonej gotowości postawiono struktury białoruskiego KGB, MSW i wojsk granicznych.

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy ujawniła, że zneutralizowano grupę przestępczą, która organizowała przemyt mężczyzn chcących uniknąć służby wojskowej. Zainteresowanym proponowano załatwienie transportu na Kaukaz Południowy lub do krajów UE przez terytorium Federacji Rosyjskiej (trasy wiodły przez Krym lub obwód sumski). Koszt „usługi” wynosił od 2,5 tys. do 8 tys. dolarów. Członkowie grupy przemytniczej współpracowali z funkcjonariuszami służby granicznej FR.

Komentarz

Postępujące zniszczenia infrastruktury energetycznej stawiają Ukrainę na progu klęski humanitarnej spowodowanej przerwaniem dostaw nie tylko prądu, lecz także wody i ciepła. Duża skala rosyjskich ataków rakietowych może doprowadzić do ogłoszenia decyzji o ewakuacji ludności z większych miast (np. 16 listopada mer Iwano-Frankiwska zaapelował do mieszkańców, aby z uwagi na ryzyko wystąpienia przerw w dostawach energii w miarę możliwości opuścili miasto na zimę) oraz do nasilenia się skali migracji poza granice Ukrainy. Ograniczenie lub brak dostaw energii radykalnie pogarsza kondycję przemysłu i utrudnia funkcjonowanie obiektów handlowych i firm świadczących usługi dla ludności.

Po wycofaniu jednostek rosyjskich z prawobrzeżnej Ukrainy linia frontu uległa względnemu ustabilizowaniu. Ze względu na niemożność uzyskania wyraźnego powodzenia (Rosjanie w obwodzie donieckim, zaś Ukraińcy na styku obwodów charkowskiego i ługańskiego) obie strony skupiają się na wzmacnianiu sił w rejonach walk poprzez przemieszczanie do nich wojsk operujących wcześniej w okolicy Chersonia. Najeźdźcy kontynuują również kierowanie tam żołnierzy z tzw. częściowej mobilizacji oraz rozbudowę linii obronnych, głównie w obwodzie zaporoskim. Nie oznacza to rezygnacji z działań ofensywnych, przy czym stroną bardziej pod tym względem aktywną jest w dalszym ciągu armia ukraińska. Konsekwentnie próbuje ona przełamać obronę rosyjską na kierunku Swatowego i Kreminnej, gromadzi także siły w obwodzie zaporoskim, gdzie naturalnym głównym celem jej ofensywy jest Melitopol. Kwestią otwartą pozostaje rozwinięcie nowego natarcia przez Rosjan, którzy na większości kierunków poza obwodem donieckim przeszli do obrony. Należy przyjąć, że dążą oni w pierwszej kolejności do wyczerpania potencjału ofensywnego strony ukraińskiej.

osw.waw.pl

W zeszłym tygodniu rosyjskie wojsko zaatakowało ukraińską sieć energetyczną, wystrzeliwując w nią pociski o wartości około miliarda euro. Ten kosztowny atak spowodował jednak tylko jednodniowe przerwy w dostawie prądu.

— Jesteśmy bardzo dobrze przygotowani i nieszablonowo myślimy o koordynacji działań po atakach rakietowych — powiedział w wywiadzie z POLITICO Wołodymyr Kudrycki, szef Ukrenergo, ukraińskiej państwowej firmy energetycznej.

Inżynierowie przygotowują różne scenariusze mające zapewnić im elastyczność działania i przygotować na możliwość zniszczenia stacji przesyłowej lub — co gorsza — uszkodzenia elektrowni. — Nawet w przypadku katastrofalnych szkód jesteśmy w stanie ponownie połączyć się i dostarczyć energię. Oczywiście musimy ograniczyć jej zużycie, aby utrzymać stabilność systemu — powiedział Kudrycki.

Następnie dodał: — Możemy włączyć światła w ciągu jednego dnia od ataku dla 80 do 90 proc. Ukraińców — chociaż nie są to precyzyjne szacunki. Wiele zależy od charakteru uszkodzeń. Potrzeba jeszcze kilku dni po przywróceniu podstawowych dostaw, aby w pełni ustabilizować system.

To niezwykłe, biorąc pod uwagę fakt, że Ukraina straciła około 50 proc. swojej mocy elektrycznej z powodu szkód spowodowanych przez rosyjskie ataki. To część strategii Kremla, aby zaciągnąć "Generała Mroza" i z jego pomocą złamać ich ducha walki.

— Moim zdaniem radzimy sobie całkiem dobrze. Nigdzie we współczesnym świecie nie widziano ataku o takiej skali na sieć energetyczną. Z tego powodu musimy na bieżąco wymyślać rozwiązania. Nie mamy z kim się konsultować, bo po prostu nikt wcześniej nie doświadczył czegoś nawet zbliżonego do tego — powiedział Kudrycki.

Ukraińcy żartują, że od czasu inwazji Rosji poprawiła się jakość usług publicznych — zamiast czekać tygodniami na naprawę elektryczności czy wody, dzieje się to w ciągu kilku godzin. I choć atak rakietowy pogłębia ich gniew na Rosję, to jednocześnie są dumni z pomysłowości, która stoi za przywróceniem — po atakach rakietowych — zasilania i wznowieniem dostaw wody, które opierają się na energii Ukrenergo.

Mer Lwowa Andrij Sadowy w rozmowie z dziennikarzami POLITICO powiedział, że sekretem tak szybkiego przywrócenia dostaw energii po atakach jest improwizacja. — System energetyczny nie był budowany z myślą o tym, że będzie musiał wytrzymać atak — powiedział.

Stwierdził też, że Ukraińcy otrząsnęli się z wyniszczającej sowieckiej mentalności, która mówi, że gdy pojawia się problem, nic nie da się zrobić. — Odkryliśmy, że jesteśmy zakodowani do bycia pomysłowymi, do improwizacji, do wymyślania rozwiązań, do używania tego, co jest dostępne i pod ręką — powiedział.

Po zmasowanych atakach na infrastrukturę energetyczną Ukrainy, jakie miały miejsce w zeszłym tygodniu, elektrycy z tego kraju niezwłocznie przystąpili do działania, aby przeprogramować systemy komputerowe i przekierować energię z nieuszkodzonych stacji przesyłowych. Zwykle takie poprawki wymagają czasu, a naprawa fizycznych uszkodzeń — jeśli jest możliwa — trwa jeszcze dłużej.

Ukraińską zdolność do improwizacji doceniają także zagraniczni eksperci pracujący w tym kraju — i nie sprowadza się ona tylko do sektora energetycznego.

— Gdzie jest wola, tam jest i sposób. Oni robią niesamowite rzeczy — mówi Terry Taylor, 75-letni brytyjski inżynier, pracujący w Ukrainie. Taylor nadzoruje projekt dla duńskiej organizacji charytatywnej w Mikołajowie, mieście na południowym wybrzeżu, które przetrwało wielomiesięczne oblężenie przez Rosjan. W wyniku ich działań miasto od pół roku nie ma jednak wody pitnej.

— Istnieje tu jedność celu i pasji; to naprawdę niezwykłe. Ludzie się angażują: sprzątają gruz i naprawiają, jak tylko mogą — powiedział Taylor.

Jeśli chodzi o sieć energetyczną, Ukraińcy byli dobrze przygotowani na problemy z dostawami, jeszcze zanim doszło do inwazji Rosji. — Zgromadziliśmy znaczne zapasy materiałów i sprzętu, prawdopodobnie jedne z największych na świecie — powiedział Kudrycki z Ukrenergo.

Ogromne zapasy sprzętu i materiałów szybko się jednak wyczerpują. Mer Lwowa Sadowy powiedział, że jeśli ataki nie ustaną, a zima będzie ostra, improwizacja, która dotąd ratuje Ukraińców, przestanie wystarczać. — Dziś moje przesłanie musi być mocne. Musimy być gotowi przetrwać bez prądu i ogrzewania przez jeden, dwa, może trzy tygodnie — powiedział.

Stwierdził, że Lwów i Ukraina będą potrzebowały dziesiątek tysięcy agregatów prądotwórczych zasilanych olejem napędowym i energią cieplną.

Ile dokładnie? Nie wiadomo. Lwów kupił trzy ogromne generatory diesla na sześć miesięcy przed wojną i zostały one użyte trzy razy, aby utrzymać system ciepłej wody dla 50 proc. mieszkańców miasta — powiedział.

Jednym z największych zmartwień mera Lwowa jest to, jak utrzymać tamtejszy szpital przeznaczony do leczenia żołnierzy i cywilów oraz produkowania protez. Sadowy utrzymuje wprawdzie kontakt z innymi włodarzami miast, które w razie potrzeby oferują swoją pomoc, ale wkrótce może ona okazać się niewystarczająca.

Biorąc pod uwagę przerwy w dostawach energii oraz pierwsze mrozy, Sadowy nie ma wątpliwości, że jego miasto może wkrótce znaleźć się w niebezpiecznej sytuacji. Kudrycki powtarza to w odniesieniu do całej Ukrainy.

— Przygotowujemy się najlepiej, jak możemy, aby zbudować odporność. Musimy być gotowi na najgorsze scenariusze — powiedział. — Tak więc przerwy w dostawach mogą być dłuższe niż standardowe obecne pięć godzin. Robimy wszystko, by spróbować zapobiec takim sytuacjom, ale nasze zapasy są na wyczerpaniu — powiedział.

— Potrzebujemy części zamiennych, przekaźników, okablowania, ale także niektórych dość dużych elementów takich jak transformatory i aparatura rozdzielcza. Nie mamy czasu czekać na ich produkcję — musimy je gdzieś szybko znaleźć — powiedział Kudrycki.

Szef Ukrenergo, ale i burmistrzowie ukraińskich miast, apelują, by Zachód dostarczył więcej systemów obrony przeciwlotniczej, zdolnych osłonić sieć energetyczną przed rosyjskimi rakietami i atakami lotniczymi.

— Walczymy na froncie energetycznym. Więcej systemów obrony powietrznej zwiększyłoby nasze szanse na uniknięcie masowych uszkodzeń sieci. Im więcej tych systemów, tym mniej szkód — powiedział.

Na potwierdzenie tych słów przywołał przykład ostatniego rosyjskiego ataku. — Wystarczy spojrzeć na ostatnie uderzenie — udało nam się zestrzelić wiele wystrzelonych w nas pocisków. To stwarza nam większe szanse na utrzymanie systemu i ewentualne naprawienie go, niż w innym przypadku, bez obrony przeciwpowietrznej — powiedział Kudrycki.

onet.pl/Politico

Rosyjska FSO /Federalna Służba Ochrony - red./ przygotowuje personel także na "masowy atak ideologiczny". Służby Władimira Putina obawiają się, że "wróg" wykorzysta wówczas media, sieci społecznościowe, organizacje religijne, a nawet hipnozę czy "techniki psychologiczne", by zachęcić wojskowych do przeprowadzenia zamachu stanu. 

Autorzy analizy FSO podkreślają, że wróg będzie dążył przede wszystkim do "zmniejszenia stabilności psychicznej personelu, jego moralnej dezorientacji i doprowadzenia do stanu niechęci do stawiania oporu". Głównymi zagrożeniami do wywołania takiego stanu wśród funkcjonariuszy są: telewizja, radio, prasa, portale społecznościowe, a także książki, broszury, ulotki i plakaty. "Ponadto agenci obcego wywiadu mogą angażować ruchy społeczne, organizacje pozarządowe i religijne oraz docierać do krewnych funkcjonariuszy FSO" - pisze Insider. FSO ostrzega przede wszystkim przed rzekomymi agentami, którzy mają być "przygotowani do psychicznego zarażenia personelu i posiadania zdolności hipnotycznych". W dokumencie nie wskazano jednak przykładów, które mogłyby być oznaką tego, że rzekomo ktoś używa hipnozy lub "technik psychologicznych".

Funkcjonariusze chroniący Kreml zostali ostrzeżeni także przed wirusami komputerowymi, które "mają wpływać na psychikę". "To zagrożenie raczej można wykluczyć z metod psychologicznego oddziaływania na personel. Ze względu na masowe wizyty kremlowskich agentów bezpieczeństwa na zagranicznych stronach pornograficznych, zwłaszcza w nocy, dostęp do internetu na Kremlu został ograniczony i to kilka lat temu. Korzystanie z telefonów komórkowych i tabletów podczas pełnienia służby na Kremlu jest surowo zabronione" - pisze Insider. W raporcie wspomniany jest także "generator czarnej materii" - urządzenie rzekomo skonstruowane w tajnych ośrodkach CIA, których istnienia nie potwierdzono. Mimo tego historia generatora trafiła do tabloidów i zyskała popularność wśród miłośników teorii spiskowych i pseudonaukowych. 

Takie przygotowanie nie dziwi, jeśli przyjrzymy się zastępcy szefa FSO. Generał Aleksandr Komow jest znany z zainteresowania astronomią i zjawiskami paranormalnymi, przez co wśród współpracowników nazywany jest "Generałem-Astrologiem". Jego przekonania znajdują odzwierciedlenie nawet w oficjalnych dokumentach planistycznych i szkoleniowych, a funkcjonariusze są zobowiązani przejść "nieproporcjonalnie wiele" szkoleń dotyczących "walki informacyjnej" i "oddziaływania psychologicznego". 

Co ciekawe, kroki dotyczące "zmasowanego ataku ideologicznego" są częściej trenowane, niż faktyczne działania operacyjne, które FSO musiałaby wdrożyć przy próbie obalenia Kremla. Jak czytamy, twórcy planu ostrzegają, że "w przypadku zamachu stanu niektórzy 'obrońcy Kremla' mogą doświadczyć: depresji, izolacji, niepewności, co do prawidłowości działań władz, poczucia strachu i troski o własne życie". W takich sytuacjach FSO zaleca stosowanie "kontrsugestii", "kontrperswazji" czy "przejęcia inicjatywy". W raporcie zwrócono uwagę zwłaszcza na młodych pracowników, którzy rzekomo są bardziej niestabilni psychicznie - takie osoby w ostateczności mają być kierowane do szpitali. 

gazeta.pl