niedziela, 23 października 2022


Michał Bruszewski: Generał Sergiej Surowikin, szef wojsk inwazyjnych, zaczął się wypowiadać publicznie, udzielił wywiadu. Jego poprzednik funkcję dowódcy zgrupowania pełnił nieoficjalnie. Co się Pana zdaniem zmieniło?

Piotr Żochowski, OSW: Jego poprzednik Aleksandr Dwornikow nie miał nadanego oficjalnie tytułu dowódcy sił rosyjskich na Ukrainie. To sygnalizowało, że w rosyjskim sztabie generalnym były problemy z kierowaniem operacją, dowódca zgrupowania nie posiadał wystarczającej autonomii w dowodzeniu czy planowaniu działań. Zdecydowano się na usamodzielnienie dowódcy. To wskazuje, że obecnie on personalnie odpowiada za efekty militarne, za powodzenie, za sposób prowadzenia walk. Jest to także zabieg propagandowy, operacja medialna. Opinie na temat generała Surowikina,  nazywanego „generał Armagedon" czy „rzeźnik z Syrii", to część medialnego przekazu skierowanego do Rosjan. Ma ich utwierdzić w przekonaniu, że na czele wojsk stanął wreszcie dowódca z dużym doświadczeniem, w domyśle – skuteczny wojskowy. To jest jedyny generał, który dwukrotnie dowodził operacją w Syrii. Zasłynął on z brutalnego używania zgrupowania lotniczego przeciwko obiektom cywilnym. Był znany z tego, że prowadził operacje, w których nie oszczędzano ludności cywilnej. Nie można mu odmówić dużego doświadczenia wojskowego, ale spójrzmy na obecną sytuację. Jest mobilizacja w Rosji, której przebieg wskazuje na trudności w sprawnym wyposażeniu i przeszkoleniu żołnierzy. Surowikin nadal pełni funkcję dowódcy sił powietrzno-kosmicznych. Sądzę, że Surowikin będzie kładł nacisk właśnie na działania lotnictwa. Nie można wykluczyć, że postawi na intensyfikację bombardowania ukraińskiej infrastruktury krytycznej.

Tak jak w ostatnich dniach?

Rosjanie obecnie dążą do sparaliżowania ukraińskiej energetyki. Prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział okresowe wyłączenia prądu na całej Ukrainie. Ta faza działań rosyjskich jest bolesna dla Ukraińców. Co do możliwości ponowienia rosyjskie ofensywy lądowej wiele zależy od przebiegu mobilizacji w Rosji i być może odtworzenia zgrupowania uderzeniowego. Nie można tego wykluczyć, że Moskwa to zrobi w ciągu kilku miesięcy.

Czy ta seria rosyjskich ataków powietrznych to pierwsza decyzja Surowikina?

Ukraińcy twierdzą, że mieli informacje, iż takie ataki były planowane od początku września, więc by to wykluczało. Pamiętajmy też, że zmasowane ataki rakietowe rozpoczęły się po uszkodzeniu mostu Krymskiego za które Kreml oskarżył ukraińskie służby specjalne i uznał za „akt terroru". Jak wspomniałem sytuacja wokół Surowikina to także operacja medialna, która ma pokazać Rosjanom, że jest to wybitny dowódca, który może zmienić oblicze wojny. Ale jego nominacja nie wpłynęła znacząco na  sytuację wokół Chersonia.

Wyprzedził Pan moje kolejne pytanie. Rosjanie robią nerwowe ruchy pod Chersoniem, mówi się o wywożeniu cywilów z zachodniego brzegu Dniepru, być może nawet w głąb Rosji. Co tam się dzieje?

Należy podkreślić sprawę wprowadzenia przez Putina stanu wojennego na okupowanych terytoriach obwodów chersońskiego, zaporoskiego, donieckiego i ługańskiego. Wcześniej po przeprowadzeniu sfałszowanego „referendum" włączono te terytoria w skład Rosji uznając je w granicach administracyjnych. Oznacza to, że anektowano obszary częściowo kontrolowane przez siły ukraińskie. Putin, więc zastosował taką typową rosyjską grę – wprowadzając stan wojenny oskarżył Ukrainę o bezpośredni atak na terytorium Rosji. Rosyjska ustawa o stanie wojennym stanowi, że można go wprowadzić w odpowiedzi na  agresję na jej obszarze. Anektował i stwierdził, że został zaatakowany. „Legalizacja" wojny w typowy rosyjski sposób. Natomiast sytuacja militarna pod Chersoniem, z perspektywy rosyjskiej, jest zła. Świadczy o tym apel kolaboracyjnych władz o ewakuowaniu ludności cywilnej z okolic Chersonia. Mają się tam toczyć ciężkie walki a Rosjanie chcą ufortyfikować linie obrony. Przeprawy przez Dniepr są uszkadzane przez Ukraińców, co utrudnia Rosjanom zaopatrzenie sił broniących Chersoń. Surowikin w udzielonym wywiadzie z resztą stwierdził, że sytuacja jest trudna i można oczekiwać „trudnych decyzji". Nie można wykluczyć, że Rosjanie liczą się z wycofaniem się z miasta. Rosyjski generał podkreślił w wywiadzie, że Rosja musi skończyć z obecnym stylem walki, czyli kontynuowania uporczywych bojów o kolejne wioski czy miasteczka powodujących duże straty własnych wojsk. Surowikin stwierdził, że głównym zadaniem jest zmniejszenie strat armii rosyjskiej. Nie możemy przesądzić, że Rosjanie oddadzą Chersoń. Siły Zbrojne Ukrainy pewnie na to liczyły, ponieważ celnymi ostrzałami wokół wyizolowali to miasto. Ale wycofanie się z Chersonia byłoby dużą porażką polityczną Rosji, ponieważ jest to jedyne ukraińskie miasto obwodowe okupowane przez Rosjan. Czas pokaże, na razie trwają tam walki.

A niepokojące ruchy na Białorusi?

Do tego dochodzi wspomniany przez Pana czynnik uruchomienia zgrupowania białorusko-rosyjskiego. To są siły demonstrujące gotowość powtórzenia uderzenia z końca lutego, gdy ruszyli na Kijów. Moim zdaniem ma to jednak w chwili obecnej raczej charakter polityczny – demonstrację siły wobec rzekomej agresywnej polityki NATO na wschodniej flance sojuszu. Pamiętajmy przy tym, że terytorium Białorusi jest wykorzystywane przez siły rosyjskie do kontynuowania ataków rakietowych czy lotniczych na Ukrainę.

Dziękuję za rozmowę

defence24.pl

Plan niesamowity. Ale z drugiej strony Putin ma coraz mniejszy manewr polityczny wewnątrz Rosji. Jak wygląda dążenie do realizacji takiego planu z punktu widzenia systemu politycznego Federacji Rosyjskiej? Jak ona to wszystko ma "strawić"?

Sytuacja Putina gwałtownie się pogarsza, ale on tak nie uważa. To jest hasło przewodnie wszystkiego, co się dzieje. Putin konsekwentnie traci kontrolę nad regionami, elitami regionalnymi, a one zachowują coraz bardziej samodzielnie. Przywódcy regionalni otrzymali takie możliwości już podczas pandemii i wtedy zaczęli powoli oswajać się z podmiotowością. Teraz Kreml nic z nimi nie może zrobić.

Putin nie może zwalniać gubernatorów w obecnej sytuacji, zwłaszcza w regionach przygranicznych. W dużych regionach też, bo dzięki nim gospodarka do tej pory nie załamała się zupełnie.

Jednocześnie Putin wierzy, że zachowuje kontrolę. Teraz stara się w najprostszy sposób przeforsować stan wojenny w całym kraju bez nominalnego wprowadzanie go - tak, jak zarządził "częściową mobilizację", która była totalną łapanką. Jednocześnie on tym krokiem nadał podmiotowość nowym grupom rosyjskiej klasy rządzącej.

A co z innymi, mniej oczywistymi grupami?

One są już dość wyraźne. Jest grupa Siergieja Szojgu, który dostaje po głowie za niepowodzenia na wojnie, ale próbuje robić dobrą minę do złej gry - wybiegając przed lokomotywę. Na przykład gubernator obwodu moskiewskiego Andrej Worobjow - syn wieloletniego przyjaciela Szojgu - był najbardziej aktywny w budowaniu infrastruktury mobilizacyjnej.

Kiedy już nawet burmistrz Moskwy Siergiej Sobianin "kończył" niepopularną mobilizację w mieście, Worobjow spotkał się z rodzinami zmobilizowanych i uroczyście raportował, że utworzył 60 ośrodków kontroli "postępów mobilizacji". I tu nagle, prawie w nocy, odwołał również mobilizację w swoim regionie. Najwyraźniej na polecenie Kremla.

To polecenie z Kremla zorganizował Siergiej Sobianin. On jest szefem innego klanu, w którym jest co najmniej kilkunastu rosyjskich gubernatorów - w tym z republik nierosyjskich. Ta grupa ma własne interesy i są one bliskie interesom Kadyrowa. Z tą różnicą, że Kadyrow ma ambicje wojenne, a oni nie.

Sobianin nigdy nie mówił o wojnie w Ukrainie, o ile wiem.

Chodził z Putinem na wiece, ale zawsze stał z tyłu. Jednocześnie Marat Chusnullin, bliski współpracownik Sobianina, jest kuratorem wszystkich projektów z odbudowy na terytoriach okupowanych. Czyli Sobianin dostaje z tego pieniądze i w tym przypadku nie ma problemów z wojną.

On oczywiście nie jest "gołębiem pokoju", jak niektórzy próbują go przedstawiać - jest pragmatyczną częścią stronnictwa wojennego. Stara się wyjść z trudnej sytuacji, zdobywając maksymalną ilość zasobów i zwiększając swoje wpływy. Od dawna chciał zostać przynajmniej premierem.

A kim właściwie jest premier Michaił Miszustin? Zachowuje się tak, jakby nie było go teraz w Rosji.

W rzeczywistości nie jest premierem, jest administratorem. Dlatego teraz Putin wraz z dekretem o stanie wojennym, stworzył dla Miszustina "radę koordynacyjną na potrzeby specjalnej operacji wojskowej".

Tłumacząc na ludzki język, Miszustin został przydzielony do posprzątania bałaganu. To pierwszy znak, że Putin zaczyna powoli uświadamiać sobie, jak bardzo system wymknął się spod kontroli. Co prawda nadal uważa, że da się stworzyć taką radę, że wszyscy pójdą do teraz do Miszustina, Miszustin ich zbeszta, a system odzyska sprawność.

Odzyska?

Nie, bo wojna wciąż trwa. Gdyby nagle teraz udało się wszystko zamrozić, może Miszustin i przywróciłby jakiś porządek. Ale wojna trwa, mobilizacja jeszcze się nie skończyła - w listopadzie zaczyna się masowy pobór 120 tys. ludzi, a poborowych z wiosennego poboru, mimo protestów matek, trzeba będzie wysłać do strefy walk. W takiej sytuacji nie da się wszystkich przywołać do porządku.

To najważniejszy moment, który teraz obserwujemy. Wokół Putina krystalizuje się pewna grupa, a Putin przestaje być arbitrem dla innych grup. Nawet jego sekretarz prasowy Pieskow zaczął odgrywać większą rolę, niż wcześniej. Jest też osobna grupa propagandystów.

Ci, którzy są teraz prześladowani.

Niektórzy już wrócili na łono Kremla i krytykują ostrożniej. Do tego jest pewna liczba nacjonalistów, monarchistów itd., którzy w swoich poglądach są bardzo bliscy Putinowi, ale jednocześnie są bardziej radykalni niż on.

Już zajęli własne przyczółki i powoli zaczynają atakować. Z drugiej strony Putin jest zaangażowany w wielką wojnę, a jak mówisz, marzy o wielkim uderzeniu w lutym. Co z tego wyjdzie w rzeczywistości?

We wrześniu obliczenia opierały się na tym, co obiecał mu Szojgu. To on zmusił Putina do ogłoszenia mobilizacji, przecież Putin nie chciał tego przeprowadzić. Szojgu powiedział Putinowi, że istnieją dwa warianty.

Pierwszy - oddajemy Chersoń i ewentualnie całą południowo-wschodnią Ukrainę, okopujemy się na Krymie, w Doniecku i Ługańsku. Tam jest podpora, od dawna budowane są linie obrony i nie strzelają w plecy.

Drugi - ogłaszamy mobilizację, rzucamy pierwsze 100 tys. na śmierć za utrzymanie Chersonia, przeprowadzamy nowe ataki na infrastrukturę Ukrainy, a w międzyczasie przygotowujemy poborowych, robimy z nich żołnierzy i wysyłamy na front.

Oto cała nowa strategia pisana na kolanie. Strategia rozpadła się na naszych oczach. Chersoń już nie jest do utrzymania, mimo że wysłano tam ludzi (którzy nie wiedzą nawet, jak trzymać broń w rękach).

Musieli wymyślić inną strategię. Najwyraźniej nie wymyślili niczego nowego jak wycofać się za naturalną linię obrony, Dniepr. Ta strategia ma setki lat, odkąd przez Ukrainę przechodziły wojny w jedną i drugą stronę, wszyscy próbowali wyrównać front wzdłuż Dniepru. W ramach tej prostej strategii będą siedzieć po drugiej stronie rzeki i czekać, aż znów odzyskają przewagę.

A odzyskają?

Oczywiście, że nie. Każde kolejna działanie Putina tylko pogarsza sytuację. Jakie są jego opcje? Poborowi? Ale czy to silna armia? Nie. Czy zmotywowana? Nie. Atak nuklearny? Bądźmy szczerzy - ludzi szkoda, ale front się od tego nie zmieni. Wprowadzenie do akcji armii białoruskiej? Jest jeszcze mniej zmotywowana niż Rosjanie! Wręcz przeciwnie, ta armia może pociągnąć za sobą Rosjan na dno przez masowe dezercje czy strzelanie do swoich. Ten sojusznik może być groźniejszy niż wróg.

A innych zasobów Kreml już nie ma.

wp.pl

sobota, 22 października 2022


Ukraiński Sztab Generalny znacząco ograniczył informacje o sytuacji w rejonach walk. Siły rosyjskie podejmują kolejne próby natarcia na Bachmut i jego obrzeża, a także na południowy zachód i północny wschód od miasta. Obrońcy odpierali też ataki na północny wschód od Siewierska oraz w łuku na zachód od Doniecka. Według źródeł lokalnych ciężkie starcia miały się również toczyć na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego oraz na północnym pograniczu obwodów donieckiego i ługańskiego.

Niejasna pozostaje sytuacja w obwodzie chersońskim. Początkowo ukraińskie źródła wojskowe zawiadamiały o rosyjskim ostrzale linii styczności w celu powstrzymania prowadzonego przez jednostki ukraińskie kontrnatarcia, a także rozbudowywaniu przez wroga pozycji obronnych. Kilkadziesiąt godzin temu przestały jednak podawać informacje wskazujące na prowadzenie przez obrońców aktywnych działań na prawym brzegu Dniepru. 21 października ukraińskie Dowództwo Operacyjne „Południe” zakomunikowało ogólnie o stosowaniu przez przeciwnika taktyki aktywnej obrony, a Sztab Generalny – o wzmocnieniu wrogiego zgrupowania o 2 tys. nowo zmobilizowanych żołnierzy. Według nieoficjalnych doniesień wojska agresora mają wycofywać na lewy brzeg Dniepru część wyposażenia. O ponawianiu przez Ukraińców nieudanych ataków na pozycje przeciwnika na północ od Chersonia informowały natomiast źródła rosyjskie.

20 października zastępca szefa Głównego Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego Ukrainy Ołeksij Hromow stwierdził, że pierwszoplanowym zadaniem armii rosyjskiej jest utrzymanie linii frontu i powstrzymanie ukraińskiej ofensywy w rejonie Chersonia. Wróg koncentruje się na utrzymaniu połączenia lądowego łączącego Krym z Rosją i utworzeniu przyczółku do ewentualnego uderzenia na Mikołajów i w kierunku obwodu odeskiego. Aby powstrzymać postęp sił ukraińskich, na południu skoncentrowano 45 batalionowych grup taktycznych. Rosjanie fortyfikują linie obronne i podejmują kolejne próby przywrócenia do użytku przepraw przez Dniepr. Hromow nie wyklucza też, że wojska nieprzyjaciela częściowo wycofają się z prawego brzegu obwodu chersońskiego i pozostawią tam siły mające blokować postępy Ukraińców.

Komentując sytuację na Białorusi, Hromow stwierdził, że być może zostanie wznowiona rosyjska ofensywa na froncie północnym. Uderzenie mogłoby nastąpić wzdłuż zachodniej granicy Ukrainy i mieć na celu przecięcie głównych arterii logistycznych dostaw wojskowych idących przez Polskę. Strona rosyjska podejmuje działania na rzecz rozmieszczenia lotnictwa i innych jednostek Sił Zbrojnych FR na Białorusi, a na tamtejszych lotniskach znajdują się samoloty MiG-31.

20 października Ministerstwo Obrony Białorusi poinformowało o rozpoczęciu poboru jesiennego. Ma on objąć 10 tys. rekrutów z 60 tys. zobowiązanych do stawienia się na komisje wojskowe, a także 200 żołnierzy rezerwy. Jego zakończenie zaplanowano na 4 listopada (do Sił Zbrojnych Republiki Białorusi) lub 30 listopada (do pozostałych formacji wojskowych, głównie podległych MSW).

Również 20 października białoruski minister obrony Wiktar Chrenin stwierdził, że „sprowokowany przez Zachód na Ukrainie” konflikt stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa RB. Oznajmił, że dostarczana Ukraińcom broń jest sprzedawana na czarnym rynku i może trafić w ręce „radykalnie myślących obywateli”, a na Białoruś mogą przedostać się „formacje nacjonalistyczne” z udziałem obywateli obcych państw. Powiedział też, że Regionalne Zgrupowanie Wojsk Białorusi i Rosji prowadzi dyżury bojowe i działania rozpoznawcze na południowej granicy, ale jest gotowe odpowiedzieć „na prowokacje na kierunkach zachodnim i północno-zachodnim”. Z kolei sekretarz Rady Bezpieczeństwa Białorusi Alaksandr Walfowicz uściślił, że pod szyldem „formacji nacjonalistycznych”, czyli białoruskich oddziałów ochotniczych na Ukrainie, mogą zostać użyte regularne jednostki państw NATO, które mogą dążyć do „rozpętania krwawej masakry na białoruskiej ziemi”.

Siły rosyjskie kontynuują zmasowane uderzenia na ukraińską infrastrukturę energetyczną. Pociski znów spadły na elektrociepłownie w obwodach dniepropetrowskim, iwanofrankiwskim i winnickim (odpowiednio: Krzyworoską, Bursztyńską i – po raz kolejny – Ładyżyńską). Ataki objęły także infrastrukturę w Kijowie, Charkowie, Czernihowie, Mikołajowie, Słowiańsku i Zaporożu. Obrońcy kolejny raz informowali o zestrzeleniu części rakiet i większości dronów. Gwardia Narodowa Ukrainy stworzyła 250 stacjonarnych i 130 mobilnych zespołów ogniowych przeznaczonych do ich niszczenia. Według ocen Ministerstwa Energetyki od 10 października uszkodzono 40% infrastruktury energetycznej kraju.

Trwają uderzenia artylerii i lotnictwa agresora na pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i sumskiego. 21 października po raz pierwszy od trzech i pół miesiąca nie doszło do nocnego ostrzału i bombardowań w obwodzie dniepropetrowskim. Strona ukraińska potwierdziła kolejny atak na most Antonowski na wschód od Chersonia, a pośrednio również fakt, że w momencie ostrzału trwała nim ewakuacja cywilów z administracji okupacyjnej.

Komentarz

Kijów unika podawania szczegółów dotyczących zniszczeń, przez co trudno ocenić, na ile szacunki o uszkodzeniu 40% systemu elektroenergetycznego odpowiadają rzeczywistości, jednak sytuacja jest poważna. 20 października operator sieci elektroenergetycznych Ukrenerho zdecydował o awaryjnych wyłączeniach prądu w kilku obwodach, a w wielu miastach wyłączono oświetlenie uliczne, ograniczono komunikację miejską (metro i trolejbusy) oraz zużycie energii przez zakłady przemysłowe. Według DTEK – właściciela ok. 70% elektrociepłowni na Ukrainie – głównym celem ostrzałów nie są bloki elektrowni, lecz węzłowe stacje rozdzielcze wysokiego napięcia. Ich szybka naprawa ma charakter jedynie prowizoryczny, a pełen remont będzie trwał co najmniej kilka miesięcy. W tej chwili nie wiadomo, czy Rosji uda się sparaliżować sieci w całym kraju, ale jeśli ograniczenia dostaw prądu utrzymają się w najbliższych tygodniach, odbije się to negatywnie na – i tak skrajnie trudnej – sytuacji gospodarczej.

Ataki na infrastrukturę energetyczną nie wpływają bezpośredniego na działania sił ukraińskich, a ich ewentualne skutki dla obronności Ukrainy byłyby pochodną pogorszenia sytuacji gospodarczej kraju. Wojsko dysponuje bowiem własnymi, alternatywnymi źródłami zasilania (głównie generatorami), a do transportu materiałów wojennych – w przypadku wyłączeń elektrycznej trakcji kolejowej – wykorzysta lokomotywy spalinowe. Z tego względu niszczenie przez Rosjan infrastruktury energetycznej należy postrzegać jako mające na celu wyłącznie utrudnienie funkcjonowania państwa i doprowadzenie do wielkiego kryzysu humanitarnego.

Rosnący problem z dostępem do danych o sytuacji militarnej w obwodzie chersońskim potwierdza, że strona ukraińska bądź rozpoczęła tam już aktywne działania, bądź są one kwestią najbliższych kilkudziesięciu godzin. Za bardziej prawdopodobną należy uznać pierwszą ewentualność, zaś brak komunikatów – za konsekwencję niepowodzenia pierwszych prób przełamania obrony przeciwnika. Nie można jednak wykluczyć, że w ciągu ostatniego miesiąca Kijów zdołał zdyscyplinować media internetowe i stworzyć skuteczną blokadę informacyjną. Niespójność przekazu o sytuacji na froncie należała do największych przeszkód w formowaniu polityki komunikacyjnej władz, a – według dowództwa armii – utrudniała też prowadzenie operacji.

Informacje o skali poboru do armii białoruskiej świadczą o tym, że Mińsk nie zamierza przekraczać jej liczebności w stanie pokoju (ok. 45 tys. żołnierzy). Udział Białorusi w Regionalnym Zgrupowaniu Wojsk (RZW) ograniczy się więc realnie do ok. 15 tys. wojskowych (łączna liczba żołnierzy Wojsk Lądowych i Sił Operacji Specjalnych z wyłączeniem służby garnizonowej), którzy mogliby zostać wykorzystani we wspólnej operacji z Rosją. Łącznie z deklarowanymi siłami, jakie FR przerzuca obecnie na Białoruś, liczebność RZW ograniczałaby się do 25 tys. żołnierzy. Nawet w przypadku bezpośredniego zaangażowania armii białoruskiej w działania przeciwko Ukrainie siły te nie wystarczą do przeprowadzenia kolejnej ofensywy na północy.

Rozwijanie wspólnego zgrupowania wojsk Białorusi i Rosji reżim w Mińsku wykorzystuje do odwrócenia uwagi własnego społeczeństwa od wojny z Ukrainą. Władze prowadzą szeroko zakrojoną operację propagandową i dezinformacyjną pokazującą, że zagrożenie ze strony NATO i ryzyko wdarcia się na Białoruś oddziałów dywersyjnych rosną. Pozwala im to na kontynuowanie polityki represji i zarządzania państwem w ramach nieformalnej, ogłoszonej werbalnie przez Łukaszenkę operacji antyterrorystycznej. Wspierając Rosję w agresji na Ukrainę, Mińsk usiłuje jednak ograniczyć prawdopodobieństwo włączenia własnej armii do działań bojowych, co niosłoby duże zagrożenie dla samego Łukaszenki.

osw.waw.pl

piątek, 21 października 2022


Potrzeba opracowania strategii pojawia się zawsze, gdy droga do celu nie jest prosta i oczywista. Ogólne definicje strategii zazwyczaj zasadzają się na konieczności uzyskania balansu między trzema elementami: celami, środkami i metodami. Strategia zakłada więc identyfikację celów, poszukiwanie dostępnych zasobów, wreszcie wypracowanie adekwatnych metod efektywnego spożytkowania zasobów dla uzyskania założonych celów. W tym duchu strategię definiował Basil Henry Liddell Hart. Strategia, postrzegana z wąskiego, wojskowego punktu widzenia, była dla niego „sztuką rozdziału i użycia środków militarnych w taki sposób, by osiągnąć cel polityczny”.

Strategia jest jednak czymś więcej. To nie tylko założona sekwencja wydarzeń pozwalająca przechodzić od jednego stanu rzeczy do kolejnego w sposób oczywisty i z góry ustalony. Strategia nigdy nie jest oczywista, bo realizowana ma być w nieprzyjaznym środowisku. Jeśli funkcjonujemy w realiach, które generalnie sprzyjają naszym zamierzeniom, nie potrzebujemy strategii. Wtedy wystarczy plan. Strategie znajdują zatem zastosowanie w warunkach realnego lub potencjalnego konfliktu, starcia sprzecznych interesów. W sposób obrazowy różnicę między planem a strategią nakreślił Lawrence Freedman, przytaczając słowa bokserskiego mistrza świata wagi ciężkiej Mike’a Tysona. Amerykański champion, znany z wyjątkowo agresywnego stylu walki, mawiał o swoich przeciwnikach: „Każdy z nich ma plan, dopóki nie dostanie pięścią w twarz”. Strategia jest więc czymś więcej niż planem, musi ona bowiem uwzględniać wysiłki oponenta. Jej potrzeba pojawia się wtedy, gdy inny podmiot może zechcieć, i zazwyczaj będzie próbował to zrobić, zniweczyć nasze zamierzenia. Na ten aspekt zwracał uwagę generał André Beaufre definiując strategię jako „sztukę opierającą się na dialektyce pomiędzy dwiema przeciwstawnymi ośrodkami woli, używającymi siły do rozstrzygnięcia sporu”.

Strategia nie jest więc nauką, w odróżnieniu od analizy strategicznej i studiów strategicznych. Jest sztuką, z przynależnym do świata sztuki brakiem ściśle zdefiniowanych reguł, z nieprzewidywalnością i zależnością od niemożliwego do racjonalnego „ujęcia w ramy” pierwiastka ludzkiego. Przedmiotem owej sztuki jest kreacja potęgi (siły), a najwyższym osiągnięciem uzyskanie takiego wymiaru potęgi, który jest znacznie bardziej korzystny dla podejmującego ten wysiłek podmiotu niż wskazywałaby na to sytuacja wyjściowa. Tak jak w sporcie często kibicujemy stronie pozornie słabszej, skazanej na porażkę, tak i najbardziej interesujące dla badacza są strategie „psa do bicia”. Sytuacja, gdy wyjściowa relacja potęgi sugeruje porażkę danej strony wymaga sięgnięcia po rozwiązania nieoczywiste. To właśnie takie sytuacje są prawdziwym testem kreatywności. To one w największym stopniu przyczyniają się do rozwoju myśli strategicznej.

Rafał Kopeć - Przemysław Mazur - Odstraszanie militarne w XXI wieku. Polska-NATO-Rosja

Obecna dyplomacja irańska (po wymianie niemal całego MSZ po wygranej Raisiego) zachowuje się zresztą mało profesjonalnie i nie ma żadnych sukcesów. Nieudolna próba lawirowania w odniesieniu do wojny rosyjsko-ukraińskiej jest tego najlepszym przykładem. Dostarczenie dronów jest więc logiczną konsekwencją obranej drogi, przy czym motywowane jest to zacietrzewieniem ideologicznym Ebrahima Raisiego oraz jego obozu, a nie interesem Iranu. W interesie Iranu, i to zarówno państwa jako takiego, narodu, jak i obecnej władzy, byłoby szybkie doprowadzenie do reaktywacji porozumienia w sprawie irańskiego programu nuklearnego i wykorzystanie derusyfikacji europejskiej energetyki do zdecydowanego i zmasowanego wejścia na rynek ze swoją ropą oraz gazem. Potencjalna zdolność Iranu do ograniczenia negatywnych skutków kryzysu energetycznego w Europie jest zresztą nawet poważniejsza, gdyż zdaniem ekspertów import produktów petrochemicznych z Iranu do Europy zmniejszyłby zapotrzebowanie na gaz.

Kontynuowanie przez ekipę Raisiego negocjacji w sprawie reaktywacji JCPOA stwarzało wrażenie, że nowy prezydent rozumie jakie może z tego odnieść korzyści, zwłaszcza po wybuchu wojny na Ukrainie i nagłym wzroście zapotrzebowania na alternatywne źródła dostaw surowców energetycznych do Europy. Władze Iranu powinny też być świadome pogarszających się nastrojów społecznych, które ostatecznie doprowadziły do trwających wciąż protestów, a także tego, że reaktywacja JCPOA uspokoiłaby te nastroje, gdyż poziom życia podniósłby się dzięki zniesieniu sankcji. W tym kontekście jeszcze raz warto podkreślić, że wojna na Ukrainie i sankcje nałożone na Rosję sprzyjałyby Iranowi.

Raisi jednak postanowił nie wykorzystywać sprzyjających okoliczności, a zamiast tego całkowicie przeorientować Iran na Wschód, w tym współpracę z Rosją. Warto przy tym podkreślić, że Rosja nie jest bynajmniej tradycyjnym sojusznikiem Iranu, a historycznie była raczej jego geopolitycznym przeciwnikiem. Nie jest to też element tradycyjnej polityki Republiki Islamskiej, gdyż jej twórca ajatollah Ruhollah Chomeini promował wizję równego dystansu do dwóch wrogów: Wschodu i Zachodu. Zbliżenie rosyjsko-irańskie nastąpiło dopiero ok. 20 lat temu, a lansowana obecnie przez Teheran wizja strategicznego partnerstwa handlowego z Moskwą jest ideą kuriozalną, zważywszy na to, że kraje te są konkurentami na rynku energetycznym. Poprzednik Raisiego, Hasan Rowhani, lepiej to rozumiał i za jego czasów Iran dawał do zrozumienia, że chętnie zastąpi Rosję jako dostawca. Gospodarcze partnerstwo Iranu i Rosji najlepiej sprawdziłoby się w przemyśle lotniczym, gdzie oba kraje są odcięte od części zamiennych i mogłoby przebiegać pod hasłem „wspomagał ślepy kulawego". Poza tym udział Iranu w rosyjskim bilansie handlowym to raptem 1%, a mimo znacznego wzrostu handlu rosyjsko-irańskiego w 2021 r. według deklaracji rosyjskich wyniósł on 4 mld USD.

(...)

Zaangażowanie irańskie w wojnę na Ukrainie po stronie rosyjskiej oddala perspektywę reaktywacji JCPOA, a co za tym idzie zwiększa prawdopodobieństwo pogłębienia się kryzysu wewnętrznego w Iranie. Co prawda, trwające od ponad miesiąca protesty wciąż nie stanowią realnego zagrożenia dla systemu (głównie z braku przywództwa i spójnego programu zmian) ale pojawia się coraz więcej sygnałów, które powinny niepokoić władze Iranu. Po pierwsze, sam fakt, że demonstracje nie wygasają, a władze nie są w stanie ich skutecznie spacyfikować, pokazuje słabość władzy. Po drugie, niezdecydowanie władz może wynikać ze świadomości braku wsparcia ze strony religijnego ośrodka w Kom. Choć Iran często postrzegany jest jako państwo rządzone przez ajatollahów to jest to daleko idące uproszczenie. Niektórzy ajatollahowie, tacy jak Assadollah Bajat Zandżani i Mohammad Dżawad Alawi Borudżerdi, skrytykowali represyjną politykę władz. Większość zachowuje milczenie, niemniej przez ostatnie kilkanaście lat wsparcie w Kom dla polityki wewnętrznej władz Iranu drastycznie spadło.

Po tym jak Iran rozpoczął dozbrajanie Rosji, USA i UE zapowiedziały, że JCPOA przestało być priorytetem w ich polityce wobec Iranu, a stały się nim protesty. Zapowiedziano też nowe sankcje. Iran strzela sobie zatem w stopę. Tymczasem zamierza iść dalej w tym kierunku i planuje dostarczenie Rosji rakiet balistycznych. Jeśli nastąpi użycie irańskich rakiet w atakach na Ukrainie, zapewne na obiekty cywilne, to nie będzie najmniejszych wątpliwości co do współodpowiedzialności Iranu, bez względu na to jak bardzo by temu zaprzeczał. Spowoduje to również to, że jakiekolwiek porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego, które pomijałoby kwestię irańskiego programu balistycznego, stanie się w zasadzie niemożliwe i wzmocni głos Izraela w kwestii zastosowania rozwiązania siłowego wobec Iranu. Choć obecnie można wykluczyć, by administracja Bidena na to poszła, to takie działania władz Iranu sprzyjają perspektywie wygranej Republikanów w listopadowych wyborach do Kongresu i ewentualnego powrotu Trumpa do władzy w 2025 r. A to nie są dobre wiadomości dla Iranu, gdyż wzmocni się wówczas wsparcie USA nie tylko dla Izraela, ale również dla sunnickich rywali Iranu, takich jak Arabia Saudyjska.

defence24.pl

Olesia Szyszkanowa nagrała swoją rozmowę telefoniczną z bratem Władimirem, który niedawno został zmobilizowany. "Armia nie ma nic. Musieliśmy sami kupić cały sprzęt" — skarżył się siostrze 23-letni Władimir. "Musiałem nawet pomalować swoją broń, aby zakryć rdzę. To jest koszmar... Wkrótce każą nam kupić własne granaty" — dodał. Jak podkreśla "The Guardian", historii jak ta jest wiele. W całym kraju nowo zmobilizowani mężczyźni kupują wszystko, od bielizny termicznej po kamizelki kuloodporne.

Na Telegramie żony i siostry zmobilizowanych mężczyzn dzielą się radami, gdzie najlepiej kupić kamizelki kuloodporne i inne rzeczy niezbędne walczącym na froncie.

Anastazja jest członkinią grupy "Pomoc dla żołnierzy", która ma siedzibę w rosyjskim obwodzie swierdłowskim w pobliżu gór Ural. W rozmowie z "The Guardian" mówi, że biuro rekrutacyjne w Jekaterynburgu doradziło nowo zmobilizowanym żołnierzom, aby przynieśli swój własny sprzęt, pomimo zapewnień Ministerstwa Obrony, że wszyscy będą ubrani i wyposażeni.

Zdaniem Anastazji to żenujące, że musieli wydać miesięczną pensję na sprzęt dla zmobilizowanego męża. Ze względu na duże zainteresowanie w sklepach z odzieżą outdoorową i w internecie nastąpił gwałtowny wzrost cen sprzętu wojskowego. Właściciel sklepu turystycznego w Jekaterynburgu Aleksiej mówi, że śpiwory wyprzedały się w dwa dni po ogłoszeniu mobilizacji. Jak podaje dziennik "Kommersant", ceny kamizelek kuloodpornych wzrosły o 500 proc. i obecnie są sprzedawane nawet za 50 tys. rubli (ok. 3,9 tys. zł).

W środę 19 października przewodnicząca Rady Federacji Rosyjskiej Walentina Matwijenko nakazała agencjom antymonopolowym kraju uregulować ceny rynkowe sprzętu wojskowego. Później premier Rosji Michaił Miszustin wezwał przedsiębiorstwa do "szybkiego zwiększenia produkcji sprzętu".

(...)

onet.pl/The Guardian/Kommersant/BBC

czwartek, 20 października 2022


7 października Departament Handlu USA wprowadził nowy pakiet przepisów regulujących eksport określonych rodzajów procesorów i środków do ich produkcji do Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Ma on wchodzić w życie stopniowo, do 21 października br. Rozszerzono w nim znacząco katalog zaawansowanych półprzewodników objętych licencjonowaniem, zarówno tych, których produkcja ma miejsce w USA, jak i wytwarzanych przez używające technologii amerykańskich firmy w państwach trzecich. W sposób kompleksowy uregulowano też kwestie eksportu narzędzi (maszyn i oprogramowania) na potrzeby produkcji zlokalizowanej w ChRL, a także współpracy z chińskimi podmiotami wytwarzającymi aparaturę tego typu. Prawo zawiera również nakaz uzyskania przez osoby posiadające status „U.S. persons” (m.in. obywateli i rezydentów) licencji, jeśli zamierzają one „wspierać rozwój lub produkować” w ChRL określone rodzaje procesorów. Restrykcje dotyczą m.in. zaawansowanych typów pamięci DRAM i NAND oraz półprzewodników o wielkości tranzystora poniżej 14–16 nanometrów, a więc używanych do projektowania sztucznej inteligencji, w superkomputerach, nowoczesnych systemach uzbrojenia, ale i w najnowocześniejszej elektronice użytkowej.

Wobec podmiotów chińskich wdrożona została zasada „domyślnej odmowy” przyznania licencji, a ponadto o 31 tamtejszych firm poszerzono listę „niezweryfikowanych podmiotów”, które – o ile nie podejmą współpracy z rządem USA – mogą zostać całkowicie odcięte od amerykańskich technologii. Wprowadzenie obostrzeń wywołało natychmiastową destabilizację działalności należących do podmiotów z ChRL fabryk procesorów, zależnych od dostawców sprzętu oraz pracowników ze Stanów Zjednoczonych.

Wedle nowego prawa rozpatrywane będą natomiast wnioski o licencje dla międzynarodowych firm wytwarzających procesory w ChRL, szczególnie z przeznaczeniem na rynki zagraniczne. W zamyśle amerykańskiego ustawodawcy ma to zapobiec znaczącej destabilizacji funkcjonowania globalnych łańcuchów dostaw. Czasowe licencje (zwykle na okres jednego roku) na dalsze wykorzystanie amerykańskiej aparatury w Chinach uzyskały m.in. tajwański potentat TSMC oraz koreańskie przedsiębiorstwo SK hynix, które nie zgłaszają istotnych zakłóceń swej działalności w ChRL. Według Departamentu Handlu USA Waszyngton koordynował wprowadzenie prawa z kluczowymi sojusznikami.

Komentarz

Przyjęty pakiet należy uznać za jeden z najmocniejszych ciosów wymierzonych w Chiny od początku chińsko-amerykańskiej wojny handlowej, od kilku lat coraz silniej skupiającej się na dziedzinie zaawansowanych technologii. USA w sposób systemowy odcinają chiński sektor półprzewodników od najbardziej zaawansowanych amerykańskich procesorów, narzędzi ich projektowania, niezbędnego know-how i oprogramowania, a także od dostępu do amerykańskich i kształconych w USA specjalistów. Prawo wprowadzone przez administrację Joego Bidena rozszerza i systematyzuje działania wymierzone w chiński sektor półprzewodników, podejmowane konsekwentnie przez Waszyngton od czasów rządów Donalda Trumpa, ale dotyczące wówczas najczęściej jedynie poszczególnych firm lub produktów.

Decyzja Stanów Zjednoczonych jest istotnym krokiem w ich polityce odłączenia (decoupling) chińskiego ekosystemu technologicznego od państw rozwiniętych. Na podobne efekty nakierowany jest m.in. wprowadzony w sierpniu amerykański program przebudowy globalnego sektora procesorów „CHIPS and Science Act of 2022”. Ma on na celu m.in. doprowadzenie do przeniesienia fabryk procesorów z Azji do USA, przy szczególnym osłabieniu pozycji chińskiej (m.in. korporacje wytwarzające półprzewodniki w Chinach nie będą miały dostępu do amerykańskich subsydiów).

Pierwsze efekty gospodarcze nowych restrykcji widoczne były niemal natychmiast po ich wdrożeniu, gdy działalność części chińskich firm została sparaliżowana. Obostrzenia spowodowały również spadki cen akcji czołowych spółek sektora półprzewodników na tamtejszych giełdach, a także azjatyckich dostawców eksportujących do ChRL. Współpracę z kontrahentami z Chin zawiesiło szereg specjalistycznych przedsiębiorstw wytwarzających i serwisujących narzędzia do wytwarzania półprzewodników, w tym amerykańskie Applied Materials, KLA Corporation i Lam Research czy ulokowane w USA oddziały holenderskiego ASML. W trybie natychmiastowym, „do czasu określenia wpływu sankcji”, wycofały one swoich techników z chińskich fabryk oraz wstrzymały dostawy maszyn oraz wszelkie kontakty z klientami z ChRL. Wedle doniesień chińskich portali branżowych restrykcje doprowadziły do fali zwolnień wśród menedżerów i badaczy posiadających obywatelstwo USA (najczęściej pochodzenia chińskiego lub tajwańskiego). Zaczęło się to przekładać na zaburzenia w funkcjonowaniu łańcuchów dostaw, m.in. amerykański Apple zawiesił plany wykorzystania półprzewodników NAND produkcji chińskiej firmy Yangtze Memory Technologies. Ostateczne efekty obostrzeń ujawniać się będą na przestrzeni kolejnych kilku miesięcy. Rysujący się konsensus ekspertów sektora mówi jednak o spodziewanym drastycznym załamaniu chińskiej branży produkcji półprzewodników najnowszej generacji, przynajmniej w krótkim okresie.

Odpowiedź ChRL na działania Waszyngtonu pozostaje jak dotąd bardzo ograniczona, niemniej należy się spodziewać ostrzejszej reakcji Pekinu. Nowe restrykcje ogłoszone zostały – być może z premedytacją – na kilka dni przed historycznym XX Zjazdem Komunistycznej Partii Chin, całkowicie skupiającym uwagę kierownictwa ChRL na polityce wewnętrznej. Chińskie stowarzyszenia produkcji półprzewodników oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych oskarżają w swoich komunikatach USA o „dyskryminację” i nadmierną „sekurytyzację” sektora oraz wzywają społeczność międzynarodową do potępienia protekcjonizmu i unilateralizmu Waszyngtonu. Pekin może się starać zachęcać lub przymuszać inne państwa i zagraniczne podmioty (m.in. koreańskie, japońskie, tajwańskie, europejskie) do omijania sankcji, a także do stworzenia niezależnego od Stanów Zjednoczonych łańcucha dostaw do Chin. Może również próbować odcinać podmioty z USA od dostępu do kluczowych dla przemysłu elektronicznego surowców lub szykanować amerykańskich inwestorów obecnych w ChRL.

Można się też spodziewać nasilenia wysiłków Pekinu na rzecz uzyskania autonomii technologicznej w branży procesorów. Nowe restrykcje znacznie jednak poszerzają katalog technologii, które Chiny muszą wypracować samodzielnie. Dotychczas przeznaczyły one na ten cel ok. 100 mld dolarów, a system subsydiów został znacznie rozbudowany po odcięciu w 2020 r. Huawei od amerykańskich technologii, które doprowadziło do drastycznego zachwiania działalności firmy. Wedle szacunków branżowych w 2020 r. w Chinach wytworzono jedynie 16% procesorów wykorzystywanych przez tamtejszą gospodarkę (przy czym za dwie trzecie produkcji odpowiadały ulokowane tam firmy spoza ChRL), podczas gdy zakładany w kluczowych dokumentach państwowych cel to 70% rodzimego udziału do 2025 r. Należy się spodziewać, że w krótkim okresie odsetek ten wręcz spadnie, a co za tym idzie, zależność ChRL od importu półprzewodników z USA i ich sojuszników w Azji Wschodniej zwiększy się. Sprawia to, że Chiny stają się jeszcze bardziej podatne na amerykańskie blokady zewnętrznych dostaw.

osw.waw.pl

Jak zwróciła uwagę prowadząca "Poranek Radia TOK FM Weekend", Pekin zmienił się teraz nie do poznania. Miasta pilnują służby, również ochotnicze. Organizowane są wyrywkowe kontrole. Wprowadzono liczne obostrzenia, w tym także COVID-owe. Ogłoszono, że tylko od końca czerwca władze aresztowały pond 1,4 mln podejrzanych o przestępstwa w całym kraju, po to, "by stworzyć bezpieczne i stabilne środowisko polityczne i społeczne dla zjazdu partii". 

Także zdaniem Adriana Brony, "Pekin zamienił się w ostatnich dniach w twierdzę". A stało się tak głównie z dwóch powodów. - Pierwszym jest obawa o to, że może dojść do incydentu, który by popsuł, co by nie powiedzieć, święto polityczne w Chinach. A tego partia nie chce. Bardzo nie lubi, jeśli się dzieje coś nieprzewidywanego. Musi przecież budować wizerunek sprawnie zarządzanego państwa, w którym wszystko kontroluje - mówił w TOK FM doktorant na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jak dodał, drugim powodem jest pokaz siły. - Wszystko jest po to, by przekazać społeczeństwu, że partia nadal trzyma się mocno i nie zamierza poluzowywać swojej polityki wobec społeczeństwa -  dodał w rozmowie z Anną Piekutowską.

Mimo to na jednym z wiaduktów pojawiły się banery nawołujące do obalenia Xi. Ekspert przyznał, że to duża niespodzianka; a to tym bardziej, że pięć lat temu takich sytuacji nie było. - Teraz jeden z protestujących wywiesił dwa banery, w których krytykował politykę przeciwcovidową i personalnie samego Xi - co jest już nie do pomyślenia w Chinach. Nazwał go dyktatorem i nawoływał do jego ustąpienia - opowiadał gość TOK FM, podkreślając jednak, że to jednostkowy przypadek. Na większości mostów widoczna są banery chwalące Xi i jego myśl ideologiczną.

Przywódca Chin podczas przemówienia zapowiedział m.in. dążenie do "rozwiązania kwestii Tajwanu". - Będziemy dążyć do "pokojowego zjednoczenia" z całkowitą szczerością i wysiłkiem, ale "nigdy nie obiecamy, że wyrzekniemy się użycia siły i zastrzegamy sobie możliwość użycia wszelkich koniecznych środków" - mówił Xi, zaznaczając, że "jest to wymierzone wyłącznie w ingerencje zewnętrznych sił i niewielką liczbę separatystów dążących do niepodległości Tajwanu".

- Nie było zaskoczenia. Nie pojawiła się żadna nowa myśl, idea, polityka. To powtórzenie sloganów, które w ostatnich latach - lub jak w przypadku Tajwanu od dekad - funkcjonują w dyskursie partyjnym -  skomentował Adrian Brona.

Pekin uznaje demokratycznie rządzony Tajwan za część ChRL i dąży do przejęcia nad nim kontroli, ale większość mieszkańców wyspy nie popiera takiego rozwiązania. Co innego Chiny kontynentalne. 

- Fragment o Tajwanie był najdłużej oklaskiwanym ze wszystkich, co dużo mówi o nastrojach panujących w samych Chinach i o tym, jak dużą wagę partia przywiązuje do tego tematu - podkreślił ekspert. 

XX zjazd KPCh potrwa do 22 października i wyłoni też nowy skład najważniejszych organów partii. Oczekuje się, że numerem jeden w partii pozostanie Xi, który według obserwatorów skupił w swoich rękach najwięcej władzy od czasu Mao Zedonga.

W ocenie doktoranta (...), to bardzo prawdopodobny scenariusz. Choć, jak zastrzegł, kiedy Xi zaczynał przygodę na tym stanowisko, nie było to tak oczywiste jak dziś. - Konsensus był taki, że porządzi dziesięć lat. Ale teraz wszystko wskazuje na to, że dostanie i trzecią kadencję w roli sekretarza generalnego - prognozował. 

Czy będzie rządził dożywotnio? Eksperci nie są tutaj zgodni. Części mówi, że tak. Inni z kolei wskazują, że zrezygnuje po kilku latach - namaści na sekretarza generalnego swojego protegowanego, a sam będzie działał zakulisowo.  - Osobiście jestem zdania, że Xi będzie rządził tak długo, jak będzie chciał -  zastrzegł gość TOK FM. 

Według niego stanie się tak dlatego, że Xi skoncentrował już partię na sobie, a dodatkowo stworzył wiele mechanizmów, za pomocą których kontroluje KPCh.

- Czasami zwraca się uwagę, że ma 69 lat i nie może wiecznie rządzić, ale przecież po drugiej stronie oceanu jest Joe Biden o dekadę starszy. Skoro Biden może być prezydentem, to Xi może spokojnie być sekretarzem generalnym, kolejną dekadę - dopowiedział w rozmowie z Anną Piekutowską.

Zdaniem eksperta w najbliższych latach Xi nadal może dążyć do tego, by jeszcze bardziej umocnić swoją władzę. Jak wskazał, w grę mogłaby wchodzić np. likwidacja stałego komitetu - organu siedmioosobowego, ponad biurem politycznym. Gdyby tak się stało, to Xi podejmowałby już osobiście wszystkie decyzje. Ale, jak zastrzegł, jak na razie nie widać zapowiedzi takich zmian.

- Co to umacnianie jednowładzy oznacza dla przyszłości?  - dopytywała prowadząca.

- Usztywnienie polityki chińskiej - odpowiedział krótko ekspert UJ. Wskazał przy tym na rosnący od lat etatyzm, agresywną politykę wobec sąsiadów i innych państw, a także represyjnie traktowane mniejszości religijnych i etnicznych.  

- Jeśli Xi umocni władzę i będzie realizował swój program, możemy się spodziewać, że Chiny będą coraz szybciej szły w kierunku czystego, podręcznikowego totalitaryzmu - podsumował w TOK FM.

tokfm.pl

Administracja Joe Bidena nałożyła kolejne ograniczenia na sprzedaż niektórych zaawansowanych chipów komputerowych do Chin i Rosji. Ma to zahamować postępy rywali w zakresie obliczeń o wysokiej wydajności (HPC) i sztucznej inteligencji (AI).

Producenci chipów z Doliny Krzemowej Nvidia i AMD, których obejmie zarządzenie podkreślili, podał „New York Times”, że restrykcje dotyczą m.in wysokiej klasy procesorów graficznych wykorzystywanych w superkomputerach i operacjach opartych na sztucznej inteligencji. Produkty te w ostatniej dekadzie znalazły szerokie zastosowanie w największych superkomputerach wykorzystywanych przez naukowców i firmy internetowe np. do rozpoznawania mowy i identyfikacji twarzy na wideo.

Superkomputery służą np. potrzebom związanym z rozwojem broni i gromadzeniu danych wywiadowczych. Chiny stosują je też w inwigilacji mniejszości muzułmańskich.

– Jest to część zimnej wojny między Chinami a USA o prymat w zaawansowanych technologiach. Administracja Bidena, podobnie jak wcześniej Trumpa, stara się o ograniczenie dostępu firm, jak chiński Huawei, do zaawansowanych chipów i zagranicznej produkcji półprzewodników – podkreślił „NYT”. Jak dodał, Chiny zaprojektowały wiele chipów samodzielnie. W produkcji najbardziej zaawansowanych modeli polegają jednak na tajwańskich fabrykach.

Największy producent procesorów graficznych, Nvidia, przyznała, że będzie się musiała teraz ubiegać u władz federalnych o licencje eksportowe na sprzedaż dwóch wysokiej klasy chipów używanych w systemach serwerowych w centrach danych. Wymóg wiąże się z obawami Waszyngtonu że, Chinom i Rosji produkty te posłużą w realizacji celów militarnych. Nvidia ma wielu klientów tylko w pierwszym z tych krajów. Jak przyznała, ograniczenia wpłyną na biznes, który w ostatnim kwartale fiskalnym wygenerował ok. 400 mln dolarów przychodów. Według AMD restrykcje mogą zmniejszyć sprzedaż jednego z produktów wysokiej klasy firmy do Chin i Rosji. Nie sądzi jednak, że ograniczenia dotkną ją w dużej mierze. Jak komentował rzecznik chińskiego MSZ, działania Waszyngtonu są „typowe dla naukowego i technologicznego hegemonizmu”.

PAP

12 sierpnia Biuro ds. Przemysłu i Bezpieczeństwa Departamentu Handlu USA wydało rozporządzenie dotyczące zakazu eksportu czterech technologii umożliwiających produkcję półprzewodników i silników do turbin gazowych. Wśród tych technologii znajduje się oprogramowanie pomagające w projektowaniu m.in. chipów (ang. EDA - electronic design automation). Krok ten został uznany przez media w Chinach za „cios wymierzony w chiński sektor chipów”. Jednocześnie zakaz ten obejmuje oprogramowanie pozwalające projektować najnowocześniejsze chipy o wielkości 3 nm, których to firmy Państwa Środka nie mają jeszcze w swojej ofercie.

Globalny rynek oprogramowania EDA według danych Grand View Research wyniósł w 2021 r. 10,2 mld dolarów, a do 2030 r. spodziewany wzrost wyniesie ok. 9 proc. Ponad połowę rynku stanowi oprogramowanie do projektowania mikroprocesorów. Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez wyspecjalizowaną w badaniach rynku wysokich technologii tajwańską firmę TrendForce, wśród największych przedsiębiorstw z tej branży dwa pierwsze miejsca zajmują  firmy z USA, takie jak Synopsys i Cadence. Łącznie posiadają one ponad 60 proc. udziałów w rynku. Trzecie miejsce zajmuje niemiecki Siemens z 13 proc. udziałów.

Chińskie władze w założeniach Narodowego Głównego Projektu Nauki i Technologii w okresie od 2008 r. do 2020 r. uznały rozwój oprogramowania EDA za jeden z priorytetowych celów. Podobne zapisy znajdują się w wytycznych czternastego Planu Pięcioletniego na okres 2021-2025. Obecnie Chiny posiadają ok. 30 firm produkujących tego typu oprogramowanie. Do największych z nich należą Semitronix, Empyrean Technology czy Primarius Technologies. Jednak żadna z nich nie jest w stanie opracować oprogramowania umożliwiającego projektowanie chipów mniejszych niż 5 nm.

Dodatkowo udział lokalnych firm zajmujących się produkcją rozwiązań EDA na chińskim rynku stanowi jedynie 10 proc. jego wartości. Prof. Fu Wei z Uniwersytetu Tsinghua twierdzi, że „droga do pełnej niezależności Chin jest jeszcze bardzo długa i wymaga wspólnego wysiłku”. Potwierdzenie tych słów można znaleźć w danych ICWise, firmy zajmującej się analizą chińskiej branży elektroniki i półprzewodników, według których w całych Chinach oprogramowaniem EDA zajmuje się  grupa 3 tys. inżynierów, podczas gdy tylko w amerykańskim Synapsie pracuje 13 tys. specjalistów.
 
wnp.pl

Po tym jak południowokoreański sąd najwyższy zezwolił na zajmowanie własności japońskich firm na poczet wypłaty odszkodowań dla robotników przymusowych z okresu II wojny światowej, Tokio wprowadziło ograniczenia w eksporcie chemikaliów kluczowych dla produkcji półprzewodników, pamięci półprzewodnikowych i ekranów dotykowych. Japonia dostarcza ok. 90% światowej produkcji poliamidów i ok 70% fluorowodoru. Z kolei południowokoreańskie Samsung i SK Hynix pokrywają ponad 60% globalnego zapotrzebowania na wykorzystywane w telefonach pamięci DRAM i NAND flash, a także ponad 90% ekranów OLED. 

Potencjalnie zagrożony jest więc łańcuch dostaw surowców i części niezbędnych do produkcji elektroniki. Podzespoły południowokoreańskich firm są wykorzystywane przez globalne koncerny jak Apple czy Huawei. Opóźnienia w dostawach i wzrost kosztów produkcji odbiją się na klientach, którzy będą musieli zapłacić więcej za nowe smartfony. Pierwsze symptomy spowolnienia dostaw są już widoczne. Południowokoreański urząd celny poinformował, że w ciągu pierwszych 20 dni sierpnia eksport Republiki Korei zmalał o 13%, a sprzedaż półprzewodników zmalała aż o 30%. 

Pewnym rozwiązaniem jest reorganizacja łańcucha dostaw i znalezienie nowych dostawców. Korea prowadzi już rozmowy w tej sprawie z firmami chemicznymi z Chin, USA, Kanady i Belgii. Będzie to jednak niezwykle trudne, zważywszy na bliską monopolu pozycję japońskich producentów. Ostrożne szacunki mówią, że wdrożenie nowych dostawców i zastąpienie przez nich Japończyków zajmie od trzech do czterech lat. 

Koreańczycy usiłują podejmować środki odwetowe w postaci bojkotu konsumenckiego japońskich zabawek, czy kociej karmy. Z kolei rząd w Seulu ogranicza eksport “dóbr strategicznych”, takich jak produkty związane z branżą zbrojeniową i kluczowych maszyn. Jest to jednak trudne zważywszy na sięgający w ubiegłym roku 24 mld USD deficyt Korei Południowej w handlu z Japonią, spowodowany sprowadzaniem produktów niezbędnych dla przemysłu. Nakłada się na to jeszcze mocna pozycja japońskich firm na rynku lokalnym, będąca efektem dużych inwestycji bezpośrednich, pożyczek i pomocy rozwojowej. Od chwili normalizacji dwustronnych stosunków w roku 1965 Japonia wpompowała w południowokoreańską gospodarkę setki milionów dolarów, traktując to jako formę zadośćuczynienia za lata okupacji.

Konflikt handlowy przypada w fatalnym dla Samsunga momencie. Światowy lider produkcji smartfonów zaplanował na wrzesień wprowadzenie do sprzedaży modeli Galaxy Note 10 i Galaxy Fold, pierwszego telefonu ze zginającym się ekranem. Firma twierdzi, że przygotowała zapasy niezbędnych surowców produkcyjnych, a także stara się dostosować harmonogram produkcji do zmienionych warunków. Mimo tego nie wiadomo, w jaki sposób działania podejmowane przez stronę japońską odbiją się na dostawach obu modeli smartfonów.
 
wnp.pl