sobota, 22 października 2022


Ukraiński Sztab Generalny znacząco ograniczył informacje o sytuacji w rejonach walk. Siły rosyjskie podejmują kolejne próby natarcia na Bachmut i jego obrzeża, a także na południowy zachód i północny wschód od miasta. Obrońcy odpierali też ataki na północny wschód od Siewierska oraz w łuku na zachód od Doniecka. Według źródeł lokalnych ciężkie starcia miały się również toczyć na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego oraz na północnym pograniczu obwodów donieckiego i ługańskiego.

Niejasna pozostaje sytuacja w obwodzie chersońskim. Początkowo ukraińskie źródła wojskowe zawiadamiały o rosyjskim ostrzale linii styczności w celu powstrzymania prowadzonego przez jednostki ukraińskie kontrnatarcia, a także rozbudowywaniu przez wroga pozycji obronnych. Kilkadziesiąt godzin temu przestały jednak podawać informacje wskazujące na prowadzenie przez obrońców aktywnych działań na prawym brzegu Dniepru. 21 października ukraińskie Dowództwo Operacyjne „Południe” zakomunikowało ogólnie o stosowaniu przez przeciwnika taktyki aktywnej obrony, a Sztab Generalny – o wzmocnieniu wrogiego zgrupowania o 2 tys. nowo zmobilizowanych żołnierzy. Według nieoficjalnych doniesień wojska agresora mają wycofywać na lewy brzeg Dniepru część wyposażenia. O ponawianiu przez Ukraińców nieudanych ataków na pozycje przeciwnika na północ od Chersonia informowały natomiast źródła rosyjskie.

20 października zastępca szefa Głównego Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego Ukrainy Ołeksij Hromow stwierdził, że pierwszoplanowym zadaniem armii rosyjskiej jest utrzymanie linii frontu i powstrzymanie ukraińskiej ofensywy w rejonie Chersonia. Wróg koncentruje się na utrzymaniu połączenia lądowego łączącego Krym z Rosją i utworzeniu przyczółku do ewentualnego uderzenia na Mikołajów i w kierunku obwodu odeskiego. Aby powstrzymać postęp sił ukraińskich, na południu skoncentrowano 45 batalionowych grup taktycznych. Rosjanie fortyfikują linie obronne i podejmują kolejne próby przywrócenia do użytku przepraw przez Dniepr. Hromow nie wyklucza też, że wojska nieprzyjaciela częściowo wycofają się z prawego brzegu obwodu chersońskiego i pozostawią tam siły mające blokować postępy Ukraińców.

Komentując sytuację na Białorusi, Hromow stwierdził, że być może zostanie wznowiona rosyjska ofensywa na froncie północnym. Uderzenie mogłoby nastąpić wzdłuż zachodniej granicy Ukrainy i mieć na celu przecięcie głównych arterii logistycznych dostaw wojskowych idących przez Polskę. Strona rosyjska podejmuje działania na rzecz rozmieszczenia lotnictwa i innych jednostek Sił Zbrojnych FR na Białorusi, a na tamtejszych lotniskach znajdują się samoloty MiG-31.

20 października Ministerstwo Obrony Białorusi poinformowało o rozpoczęciu poboru jesiennego. Ma on objąć 10 tys. rekrutów z 60 tys. zobowiązanych do stawienia się na komisje wojskowe, a także 200 żołnierzy rezerwy. Jego zakończenie zaplanowano na 4 listopada (do Sił Zbrojnych Republiki Białorusi) lub 30 listopada (do pozostałych formacji wojskowych, głównie podległych MSW).

Również 20 października białoruski minister obrony Wiktar Chrenin stwierdził, że „sprowokowany przez Zachód na Ukrainie” konflikt stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa RB. Oznajmił, że dostarczana Ukraińcom broń jest sprzedawana na czarnym rynku i może trafić w ręce „radykalnie myślących obywateli”, a na Białoruś mogą przedostać się „formacje nacjonalistyczne” z udziałem obywateli obcych państw. Powiedział też, że Regionalne Zgrupowanie Wojsk Białorusi i Rosji prowadzi dyżury bojowe i działania rozpoznawcze na południowej granicy, ale jest gotowe odpowiedzieć „na prowokacje na kierunkach zachodnim i północno-zachodnim”. Z kolei sekretarz Rady Bezpieczeństwa Białorusi Alaksandr Walfowicz uściślił, że pod szyldem „formacji nacjonalistycznych”, czyli białoruskich oddziałów ochotniczych na Ukrainie, mogą zostać użyte regularne jednostki państw NATO, które mogą dążyć do „rozpętania krwawej masakry na białoruskiej ziemi”.

Siły rosyjskie kontynuują zmasowane uderzenia na ukraińską infrastrukturę energetyczną. Pociski znów spadły na elektrociepłownie w obwodach dniepropetrowskim, iwanofrankiwskim i winnickim (odpowiednio: Krzyworoską, Bursztyńską i – po raz kolejny – Ładyżyńską). Ataki objęły także infrastrukturę w Kijowie, Charkowie, Czernihowie, Mikołajowie, Słowiańsku i Zaporożu. Obrońcy kolejny raz informowali o zestrzeleniu części rakiet i większości dronów. Gwardia Narodowa Ukrainy stworzyła 250 stacjonarnych i 130 mobilnych zespołów ogniowych przeznaczonych do ich niszczenia. Według ocen Ministerstwa Energetyki od 10 października uszkodzono 40% infrastruktury energetycznej kraju.

Trwają uderzenia artylerii i lotnictwa agresora na pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i sumskiego. 21 października po raz pierwszy od trzech i pół miesiąca nie doszło do nocnego ostrzału i bombardowań w obwodzie dniepropetrowskim. Strona ukraińska potwierdziła kolejny atak na most Antonowski na wschód od Chersonia, a pośrednio również fakt, że w momencie ostrzału trwała nim ewakuacja cywilów z administracji okupacyjnej.

Komentarz

Kijów unika podawania szczegółów dotyczących zniszczeń, przez co trudno ocenić, na ile szacunki o uszkodzeniu 40% systemu elektroenergetycznego odpowiadają rzeczywistości, jednak sytuacja jest poważna. 20 października operator sieci elektroenergetycznych Ukrenerho zdecydował o awaryjnych wyłączeniach prądu w kilku obwodach, a w wielu miastach wyłączono oświetlenie uliczne, ograniczono komunikację miejską (metro i trolejbusy) oraz zużycie energii przez zakłady przemysłowe. Według DTEK – właściciela ok. 70% elektrociepłowni na Ukrainie – głównym celem ostrzałów nie są bloki elektrowni, lecz węzłowe stacje rozdzielcze wysokiego napięcia. Ich szybka naprawa ma charakter jedynie prowizoryczny, a pełen remont będzie trwał co najmniej kilka miesięcy. W tej chwili nie wiadomo, czy Rosji uda się sparaliżować sieci w całym kraju, ale jeśli ograniczenia dostaw prądu utrzymają się w najbliższych tygodniach, odbije się to negatywnie na – i tak skrajnie trudnej – sytuacji gospodarczej.

Ataki na infrastrukturę energetyczną nie wpływają bezpośredniego na działania sił ukraińskich, a ich ewentualne skutki dla obronności Ukrainy byłyby pochodną pogorszenia sytuacji gospodarczej kraju. Wojsko dysponuje bowiem własnymi, alternatywnymi źródłami zasilania (głównie generatorami), a do transportu materiałów wojennych – w przypadku wyłączeń elektrycznej trakcji kolejowej – wykorzysta lokomotywy spalinowe. Z tego względu niszczenie przez Rosjan infrastruktury energetycznej należy postrzegać jako mające na celu wyłącznie utrudnienie funkcjonowania państwa i doprowadzenie do wielkiego kryzysu humanitarnego.

Rosnący problem z dostępem do danych o sytuacji militarnej w obwodzie chersońskim potwierdza, że strona ukraińska bądź rozpoczęła tam już aktywne działania, bądź są one kwestią najbliższych kilkudziesięciu godzin. Za bardziej prawdopodobną należy uznać pierwszą ewentualność, zaś brak komunikatów – za konsekwencję niepowodzenia pierwszych prób przełamania obrony przeciwnika. Nie można jednak wykluczyć, że w ciągu ostatniego miesiąca Kijów zdołał zdyscyplinować media internetowe i stworzyć skuteczną blokadę informacyjną. Niespójność przekazu o sytuacji na froncie należała do największych przeszkód w formowaniu polityki komunikacyjnej władz, a – według dowództwa armii – utrudniała też prowadzenie operacji.

Informacje o skali poboru do armii białoruskiej świadczą o tym, że Mińsk nie zamierza przekraczać jej liczebności w stanie pokoju (ok. 45 tys. żołnierzy). Udział Białorusi w Regionalnym Zgrupowaniu Wojsk (RZW) ograniczy się więc realnie do ok. 15 tys. wojskowych (łączna liczba żołnierzy Wojsk Lądowych i Sił Operacji Specjalnych z wyłączeniem służby garnizonowej), którzy mogliby zostać wykorzystani we wspólnej operacji z Rosją. Łącznie z deklarowanymi siłami, jakie FR przerzuca obecnie na Białoruś, liczebność RZW ograniczałaby się do 25 tys. żołnierzy. Nawet w przypadku bezpośredniego zaangażowania armii białoruskiej w działania przeciwko Ukrainie siły te nie wystarczą do przeprowadzenia kolejnej ofensywy na północy.

Rozwijanie wspólnego zgrupowania wojsk Białorusi i Rosji reżim w Mińsku wykorzystuje do odwrócenia uwagi własnego społeczeństwa od wojny z Ukrainą. Władze prowadzą szeroko zakrojoną operację propagandową i dezinformacyjną pokazującą, że zagrożenie ze strony NATO i ryzyko wdarcia się na Białoruś oddziałów dywersyjnych rosną. Pozwala im to na kontynuowanie polityki represji i zarządzania państwem w ramach nieformalnej, ogłoszonej werbalnie przez Łukaszenkę operacji antyterrorystycznej. Wspierając Rosję w agresji na Ukrainę, Mińsk usiłuje jednak ograniczyć prawdopodobieństwo włączenia własnej armii do działań bojowych, co niosłoby duże zagrożenie dla samego Łukaszenki.

osw.waw.pl

piątek, 21 października 2022


Potrzeba opracowania strategii pojawia się zawsze, gdy droga do celu nie jest prosta i oczywista. Ogólne definicje strategii zazwyczaj zasadzają się na konieczności uzyskania balansu między trzema elementami: celami, środkami i metodami. Strategia zakłada więc identyfikację celów, poszukiwanie dostępnych zasobów, wreszcie wypracowanie adekwatnych metod efektywnego spożytkowania zasobów dla uzyskania założonych celów. W tym duchu strategię definiował Basil Henry Liddell Hart. Strategia, postrzegana z wąskiego, wojskowego punktu widzenia, była dla niego „sztuką rozdziału i użycia środków militarnych w taki sposób, by osiągnąć cel polityczny”.

Strategia jest jednak czymś więcej. To nie tylko założona sekwencja wydarzeń pozwalająca przechodzić od jednego stanu rzeczy do kolejnego w sposób oczywisty i z góry ustalony. Strategia nigdy nie jest oczywista, bo realizowana ma być w nieprzyjaznym środowisku. Jeśli funkcjonujemy w realiach, które generalnie sprzyjają naszym zamierzeniom, nie potrzebujemy strategii. Wtedy wystarczy plan. Strategie znajdują zatem zastosowanie w warunkach realnego lub potencjalnego konfliktu, starcia sprzecznych interesów. W sposób obrazowy różnicę między planem a strategią nakreślił Lawrence Freedman, przytaczając słowa bokserskiego mistrza świata wagi ciężkiej Mike’a Tysona. Amerykański champion, znany z wyjątkowo agresywnego stylu walki, mawiał o swoich przeciwnikach: „Każdy z nich ma plan, dopóki nie dostanie pięścią w twarz”. Strategia jest więc czymś więcej niż planem, musi ona bowiem uwzględniać wysiłki oponenta. Jej potrzeba pojawia się wtedy, gdy inny podmiot może zechcieć, i zazwyczaj będzie próbował to zrobić, zniweczyć nasze zamierzenia. Na ten aspekt zwracał uwagę generał André Beaufre definiując strategię jako „sztukę opierającą się na dialektyce pomiędzy dwiema przeciwstawnymi ośrodkami woli, używającymi siły do rozstrzygnięcia sporu”.

Strategia nie jest więc nauką, w odróżnieniu od analizy strategicznej i studiów strategicznych. Jest sztuką, z przynależnym do świata sztuki brakiem ściśle zdefiniowanych reguł, z nieprzewidywalnością i zależnością od niemożliwego do racjonalnego „ujęcia w ramy” pierwiastka ludzkiego. Przedmiotem owej sztuki jest kreacja potęgi (siły), a najwyższym osiągnięciem uzyskanie takiego wymiaru potęgi, który jest znacznie bardziej korzystny dla podejmującego ten wysiłek podmiotu niż wskazywałaby na to sytuacja wyjściowa. Tak jak w sporcie często kibicujemy stronie pozornie słabszej, skazanej na porażkę, tak i najbardziej interesujące dla badacza są strategie „psa do bicia”. Sytuacja, gdy wyjściowa relacja potęgi sugeruje porażkę danej strony wymaga sięgnięcia po rozwiązania nieoczywiste. To właśnie takie sytuacje są prawdziwym testem kreatywności. To one w największym stopniu przyczyniają się do rozwoju myśli strategicznej.

Rafał Kopeć - Przemysław Mazur - Odstraszanie militarne w XXI wieku. Polska-NATO-Rosja

Obecna dyplomacja irańska (po wymianie niemal całego MSZ po wygranej Raisiego) zachowuje się zresztą mało profesjonalnie i nie ma żadnych sukcesów. Nieudolna próba lawirowania w odniesieniu do wojny rosyjsko-ukraińskiej jest tego najlepszym przykładem. Dostarczenie dronów jest więc logiczną konsekwencją obranej drogi, przy czym motywowane jest to zacietrzewieniem ideologicznym Ebrahima Raisiego oraz jego obozu, a nie interesem Iranu. W interesie Iranu, i to zarówno państwa jako takiego, narodu, jak i obecnej władzy, byłoby szybkie doprowadzenie do reaktywacji porozumienia w sprawie irańskiego programu nuklearnego i wykorzystanie derusyfikacji europejskiej energetyki do zdecydowanego i zmasowanego wejścia na rynek ze swoją ropą oraz gazem. Potencjalna zdolność Iranu do ograniczenia negatywnych skutków kryzysu energetycznego w Europie jest zresztą nawet poważniejsza, gdyż zdaniem ekspertów import produktów petrochemicznych z Iranu do Europy zmniejszyłby zapotrzebowanie na gaz.

Kontynuowanie przez ekipę Raisiego negocjacji w sprawie reaktywacji JCPOA stwarzało wrażenie, że nowy prezydent rozumie jakie może z tego odnieść korzyści, zwłaszcza po wybuchu wojny na Ukrainie i nagłym wzroście zapotrzebowania na alternatywne źródła dostaw surowców energetycznych do Europy. Władze Iranu powinny też być świadome pogarszających się nastrojów społecznych, które ostatecznie doprowadziły do trwających wciąż protestów, a także tego, że reaktywacja JCPOA uspokoiłaby te nastroje, gdyż poziom życia podniósłby się dzięki zniesieniu sankcji. W tym kontekście jeszcze raz warto podkreślić, że wojna na Ukrainie i sankcje nałożone na Rosję sprzyjałyby Iranowi.

Raisi jednak postanowił nie wykorzystywać sprzyjających okoliczności, a zamiast tego całkowicie przeorientować Iran na Wschód, w tym współpracę z Rosją. Warto przy tym podkreślić, że Rosja nie jest bynajmniej tradycyjnym sojusznikiem Iranu, a historycznie była raczej jego geopolitycznym przeciwnikiem. Nie jest to też element tradycyjnej polityki Republiki Islamskiej, gdyż jej twórca ajatollah Ruhollah Chomeini promował wizję równego dystansu do dwóch wrogów: Wschodu i Zachodu. Zbliżenie rosyjsko-irańskie nastąpiło dopiero ok. 20 lat temu, a lansowana obecnie przez Teheran wizja strategicznego partnerstwa handlowego z Moskwą jest ideą kuriozalną, zważywszy na to, że kraje te są konkurentami na rynku energetycznym. Poprzednik Raisiego, Hasan Rowhani, lepiej to rozumiał i za jego czasów Iran dawał do zrozumienia, że chętnie zastąpi Rosję jako dostawca. Gospodarcze partnerstwo Iranu i Rosji najlepiej sprawdziłoby się w przemyśle lotniczym, gdzie oba kraje są odcięte od części zamiennych i mogłoby przebiegać pod hasłem „wspomagał ślepy kulawego". Poza tym udział Iranu w rosyjskim bilansie handlowym to raptem 1%, a mimo znacznego wzrostu handlu rosyjsko-irańskiego w 2021 r. według deklaracji rosyjskich wyniósł on 4 mld USD.

(...)

Zaangażowanie irańskie w wojnę na Ukrainie po stronie rosyjskiej oddala perspektywę reaktywacji JCPOA, a co za tym idzie zwiększa prawdopodobieństwo pogłębienia się kryzysu wewnętrznego w Iranie. Co prawda, trwające od ponad miesiąca protesty wciąż nie stanowią realnego zagrożenia dla systemu (głównie z braku przywództwa i spójnego programu zmian) ale pojawia się coraz więcej sygnałów, które powinny niepokoić władze Iranu. Po pierwsze, sam fakt, że demonstracje nie wygasają, a władze nie są w stanie ich skutecznie spacyfikować, pokazuje słabość władzy. Po drugie, niezdecydowanie władz może wynikać ze świadomości braku wsparcia ze strony religijnego ośrodka w Kom. Choć Iran często postrzegany jest jako państwo rządzone przez ajatollahów to jest to daleko idące uproszczenie. Niektórzy ajatollahowie, tacy jak Assadollah Bajat Zandżani i Mohammad Dżawad Alawi Borudżerdi, skrytykowali represyjną politykę władz. Większość zachowuje milczenie, niemniej przez ostatnie kilkanaście lat wsparcie w Kom dla polityki wewnętrznej władz Iranu drastycznie spadło.

Po tym jak Iran rozpoczął dozbrajanie Rosji, USA i UE zapowiedziały, że JCPOA przestało być priorytetem w ich polityce wobec Iranu, a stały się nim protesty. Zapowiedziano też nowe sankcje. Iran strzela sobie zatem w stopę. Tymczasem zamierza iść dalej w tym kierunku i planuje dostarczenie Rosji rakiet balistycznych. Jeśli nastąpi użycie irańskich rakiet w atakach na Ukrainie, zapewne na obiekty cywilne, to nie będzie najmniejszych wątpliwości co do współodpowiedzialności Iranu, bez względu na to jak bardzo by temu zaprzeczał. Spowoduje to również to, że jakiekolwiek porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego, które pomijałoby kwestię irańskiego programu balistycznego, stanie się w zasadzie niemożliwe i wzmocni głos Izraela w kwestii zastosowania rozwiązania siłowego wobec Iranu. Choć obecnie można wykluczyć, by administracja Bidena na to poszła, to takie działania władz Iranu sprzyjają perspektywie wygranej Republikanów w listopadowych wyborach do Kongresu i ewentualnego powrotu Trumpa do władzy w 2025 r. A to nie są dobre wiadomości dla Iranu, gdyż wzmocni się wówczas wsparcie USA nie tylko dla Izraela, ale również dla sunnickich rywali Iranu, takich jak Arabia Saudyjska.

defence24.pl

Olesia Szyszkanowa nagrała swoją rozmowę telefoniczną z bratem Władimirem, który niedawno został zmobilizowany. "Armia nie ma nic. Musieliśmy sami kupić cały sprzęt" — skarżył się siostrze 23-letni Władimir. "Musiałem nawet pomalować swoją broń, aby zakryć rdzę. To jest koszmar... Wkrótce każą nam kupić własne granaty" — dodał. Jak podkreśla "The Guardian", historii jak ta jest wiele. W całym kraju nowo zmobilizowani mężczyźni kupują wszystko, od bielizny termicznej po kamizelki kuloodporne.

Na Telegramie żony i siostry zmobilizowanych mężczyzn dzielą się radami, gdzie najlepiej kupić kamizelki kuloodporne i inne rzeczy niezbędne walczącym na froncie.

Anastazja jest członkinią grupy "Pomoc dla żołnierzy", która ma siedzibę w rosyjskim obwodzie swierdłowskim w pobliżu gór Ural. W rozmowie z "The Guardian" mówi, że biuro rekrutacyjne w Jekaterynburgu doradziło nowo zmobilizowanym żołnierzom, aby przynieśli swój własny sprzęt, pomimo zapewnień Ministerstwa Obrony, że wszyscy będą ubrani i wyposażeni.

Zdaniem Anastazji to żenujące, że musieli wydać miesięczną pensję na sprzęt dla zmobilizowanego męża. Ze względu na duże zainteresowanie w sklepach z odzieżą outdoorową i w internecie nastąpił gwałtowny wzrost cen sprzętu wojskowego. Właściciel sklepu turystycznego w Jekaterynburgu Aleksiej mówi, że śpiwory wyprzedały się w dwa dni po ogłoszeniu mobilizacji. Jak podaje dziennik "Kommersant", ceny kamizelek kuloodpornych wzrosły o 500 proc. i obecnie są sprzedawane nawet za 50 tys. rubli (ok. 3,9 tys. zł).

W środę 19 października przewodnicząca Rady Federacji Rosyjskiej Walentina Matwijenko nakazała agencjom antymonopolowym kraju uregulować ceny rynkowe sprzętu wojskowego. Później premier Rosji Michaił Miszustin wezwał przedsiębiorstwa do "szybkiego zwiększenia produkcji sprzętu".

(...)

onet.pl/The Guardian/Kommersant/BBC

czwartek, 20 października 2022


7 października Departament Handlu USA wprowadził nowy pakiet przepisów regulujących eksport określonych rodzajów procesorów i środków do ich produkcji do Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Ma on wchodzić w życie stopniowo, do 21 października br. Rozszerzono w nim znacząco katalog zaawansowanych półprzewodników objętych licencjonowaniem, zarówno tych, których produkcja ma miejsce w USA, jak i wytwarzanych przez używające technologii amerykańskich firmy w państwach trzecich. W sposób kompleksowy uregulowano też kwestie eksportu narzędzi (maszyn i oprogramowania) na potrzeby produkcji zlokalizowanej w ChRL, a także współpracy z chińskimi podmiotami wytwarzającymi aparaturę tego typu. Prawo zawiera również nakaz uzyskania przez osoby posiadające status „U.S. persons” (m.in. obywateli i rezydentów) licencji, jeśli zamierzają one „wspierać rozwój lub produkować” w ChRL określone rodzaje procesorów. Restrykcje dotyczą m.in. zaawansowanych typów pamięci DRAM i NAND oraz półprzewodników o wielkości tranzystora poniżej 14–16 nanometrów, a więc używanych do projektowania sztucznej inteligencji, w superkomputerach, nowoczesnych systemach uzbrojenia, ale i w najnowocześniejszej elektronice użytkowej.

Wobec podmiotów chińskich wdrożona została zasada „domyślnej odmowy” przyznania licencji, a ponadto o 31 tamtejszych firm poszerzono listę „niezweryfikowanych podmiotów”, które – o ile nie podejmą współpracy z rządem USA – mogą zostać całkowicie odcięte od amerykańskich technologii. Wprowadzenie obostrzeń wywołało natychmiastową destabilizację działalności należących do podmiotów z ChRL fabryk procesorów, zależnych od dostawców sprzętu oraz pracowników ze Stanów Zjednoczonych.

Wedle nowego prawa rozpatrywane będą natomiast wnioski o licencje dla międzynarodowych firm wytwarzających procesory w ChRL, szczególnie z przeznaczeniem na rynki zagraniczne. W zamyśle amerykańskiego ustawodawcy ma to zapobiec znaczącej destabilizacji funkcjonowania globalnych łańcuchów dostaw. Czasowe licencje (zwykle na okres jednego roku) na dalsze wykorzystanie amerykańskiej aparatury w Chinach uzyskały m.in. tajwański potentat TSMC oraz koreańskie przedsiębiorstwo SK hynix, które nie zgłaszają istotnych zakłóceń swej działalności w ChRL. Według Departamentu Handlu USA Waszyngton koordynował wprowadzenie prawa z kluczowymi sojusznikami.

Komentarz

Przyjęty pakiet należy uznać za jeden z najmocniejszych ciosów wymierzonych w Chiny od początku chińsko-amerykańskiej wojny handlowej, od kilku lat coraz silniej skupiającej się na dziedzinie zaawansowanych technologii. USA w sposób systemowy odcinają chiński sektor półprzewodników od najbardziej zaawansowanych amerykańskich procesorów, narzędzi ich projektowania, niezbędnego know-how i oprogramowania, a także od dostępu do amerykańskich i kształconych w USA specjalistów. Prawo wprowadzone przez administrację Joego Bidena rozszerza i systematyzuje działania wymierzone w chiński sektor półprzewodników, podejmowane konsekwentnie przez Waszyngton od czasów rządów Donalda Trumpa, ale dotyczące wówczas najczęściej jedynie poszczególnych firm lub produktów.

Decyzja Stanów Zjednoczonych jest istotnym krokiem w ich polityce odłączenia (decoupling) chińskiego ekosystemu technologicznego od państw rozwiniętych. Na podobne efekty nakierowany jest m.in. wprowadzony w sierpniu amerykański program przebudowy globalnego sektora procesorów „CHIPS and Science Act of 2022”. Ma on na celu m.in. doprowadzenie do przeniesienia fabryk procesorów z Azji do USA, przy szczególnym osłabieniu pozycji chińskiej (m.in. korporacje wytwarzające półprzewodniki w Chinach nie będą miały dostępu do amerykańskich subsydiów).

Pierwsze efekty gospodarcze nowych restrykcji widoczne były niemal natychmiast po ich wdrożeniu, gdy działalność części chińskich firm została sparaliżowana. Obostrzenia spowodowały również spadki cen akcji czołowych spółek sektora półprzewodników na tamtejszych giełdach, a także azjatyckich dostawców eksportujących do ChRL. Współpracę z kontrahentami z Chin zawiesiło szereg specjalistycznych przedsiębiorstw wytwarzających i serwisujących narzędzia do wytwarzania półprzewodników, w tym amerykańskie Applied Materials, KLA Corporation i Lam Research czy ulokowane w USA oddziały holenderskiego ASML. W trybie natychmiastowym, „do czasu określenia wpływu sankcji”, wycofały one swoich techników z chińskich fabryk oraz wstrzymały dostawy maszyn oraz wszelkie kontakty z klientami z ChRL. Wedle doniesień chińskich portali branżowych restrykcje doprowadziły do fali zwolnień wśród menedżerów i badaczy posiadających obywatelstwo USA (najczęściej pochodzenia chińskiego lub tajwańskiego). Zaczęło się to przekładać na zaburzenia w funkcjonowaniu łańcuchów dostaw, m.in. amerykański Apple zawiesił plany wykorzystania półprzewodników NAND produkcji chińskiej firmy Yangtze Memory Technologies. Ostateczne efekty obostrzeń ujawniać się będą na przestrzeni kolejnych kilku miesięcy. Rysujący się konsensus ekspertów sektora mówi jednak o spodziewanym drastycznym załamaniu chińskiej branży produkcji półprzewodników najnowszej generacji, przynajmniej w krótkim okresie.

Odpowiedź ChRL na działania Waszyngtonu pozostaje jak dotąd bardzo ograniczona, niemniej należy się spodziewać ostrzejszej reakcji Pekinu. Nowe restrykcje ogłoszone zostały – być może z premedytacją – na kilka dni przed historycznym XX Zjazdem Komunistycznej Partii Chin, całkowicie skupiającym uwagę kierownictwa ChRL na polityce wewnętrznej. Chińskie stowarzyszenia produkcji półprzewodników oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych oskarżają w swoich komunikatach USA o „dyskryminację” i nadmierną „sekurytyzację” sektora oraz wzywają społeczność międzynarodową do potępienia protekcjonizmu i unilateralizmu Waszyngtonu. Pekin może się starać zachęcać lub przymuszać inne państwa i zagraniczne podmioty (m.in. koreańskie, japońskie, tajwańskie, europejskie) do omijania sankcji, a także do stworzenia niezależnego od Stanów Zjednoczonych łańcucha dostaw do Chin. Może również próbować odcinać podmioty z USA od dostępu do kluczowych dla przemysłu elektronicznego surowców lub szykanować amerykańskich inwestorów obecnych w ChRL.

Można się też spodziewać nasilenia wysiłków Pekinu na rzecz uzyskania autonomii technologicznej w branży procesorów. Nowe restrykcje znacznie jednak poszerzają katalog technologii, które Chiny muszą wypracować samodzielnie. Dotychczas przeznaczyły one na ten cel ok. 100 mld dolarów, a system subsydiów został znacznie rozbudowany po odcięciu w 2020 r. Huawei od amerykańskich technologii, które doprowadziło do drastycznego zachwiania działalności firmy. Wedle szacunków branżowych w 2020 r. w Chinach wytworzono jedynie 16% procesorów wykorzystywanych przez tamtejszą gospodarkę (przy czym za dwie trzecie produkcji odpowiadały ulokowane tam firmy spoza ChRL), podczas gdy zakładany w kluczowych dokumentach państwowych cel to 70% rodzimego udziału do 2025 r. Należy się spodziewać, że w krótkim okresie odsetek ten wręcz spadnie, a co za tym idzie, zależność ChRL od importu półprzewodników z USA i ich sojuszników w Azji Wschodniej zwiększy się. Sprawia to, że Chiny stają się jeszcze bardziej podatne na amerykańskie blokady zewnętrznych dostaw.

osw.waw.pl

Jak zwróciła uwagę prowadząca "Poranek Radia TOK FM Weekend", Pekin zmienił się teraz nie do poznania. Miasta pilnują służby, również ochotnicze. Organizowane są wyrywkowe kontrole. Wprowadzono liczne obostrzenia, w tym także COVID-owe. Ogłoszono, że tylko od końca czerwca władze aresztowały pond 1,4 mln podejrzanych o przestępstwa w całym kraju, po to, "by stworzyć bezpieczne i stabilne środowisko polityczne i społeczne dla zjazdu partii". 

Także zdaniem Adriana Brony, "Pekin zamienił się w ostatnich dniach w twierdzę". A stało się tak głównie z dwóch powodów. - Pierwszym jest obawa o to, że może dojść do incydentu, który by popsuł, co by nie powiedzieć, święto polityczne w Chinach. A tego partia nie chce. Bardzo nie lubi, jeśli się dzieje coś nieprzewidywanego. Musi przecież budować wizerunek sprawnie zarządzanego państwa, w którym wszystko kontroluje - mówił w TOK FM doktorant na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jak dodał, drugim powodem jest pokaz siły. - Wszystko jest po to, by przekazać społeczeństwu, że partia nadal trzyma się mocno i nie zamierza poluzowywać swojej polityki wobec społeczeństwa -  dodał w rozmowie z Anną Piekutowską.

Mimo to na jednym z wiaduktów pojawiły się banery nawołujące do obalenia Xi. Ekspert przyznał, że to duża niespodzianka; a to tym bardziej, że pięć lat temu takich sytuacji nie było. - Teraz jeden z protestujących wywiesił dwa banery, w których krytykował politykę przeciwcovidową i personalnie samego Xi - co jest już nie do pomyślenia w Chinach. Nazwał go dyktatorem i nawoływał do jego ustąpienia - opowiadał gość TOK FM, podkreślając jednak, że to jednostkowy przypadek. Na większości mostów widoczna są banery chwalące Xi i jego myśl ideologiczną.

Przywódca Chin podczas przemówienia zapowiedział m.in. dążenie do "rozwiązania kwestii Tajwanu". - Będziemy dążyć do "pokojowego zjednoczenia" z całkowitą szczerością i wysiłkiem, ale "nigdy nie obiecamy, że wyrzekniemy się użycia siły i zastrzegamy sobie możliwość użycia wszelkich koniecznych środków" - mówił Xi, zaznaczając, że "jest to wymierzone wyłącznie w ingerencje zewnętrznych sił i niewielką liczbę separatystów dążących do niepodległości Tajwanu".

- Nie było zaskoczenia. Nie pojawiła się żadna nowa myśl, idea, polityka. To powtórzenie sloganów, które w ostatnich latach - lub jak w przypadku Tajwanu od dekad - funkcjonują w dyskursie partyjnym -  skomentował Adrian Brona.

Pekin uznaje demokratycznie rządzony Tajwan za część ChRL i dąży do przejęcia nad nim kontroli, ale większość mieszkańców wyspy nie popiera takiego rozwiązania. Co innego Chiny kontynentalne. 

- Fragment o Tajwanie był najdłużej oklaskiwanym ze wszystkich, co dużo mówi o nastrojach panujących w samych Chinach i o tym, jak dużą wagę partia przywiązuje do tego tematu - podkreślił ekspert. 

XX zjazd KPCh potrwa do 22 października i wyłoni też nowy skład najważniejszych organów partii. Oczekuje się, że numerem jeden w partii pozostanie Xi, który według obserwatorów skupił w swoich rękach najwięcej władzy od czasu Mao Zedonga.

W ocenie doktoranta (...), to bardzo prawdopodobny scenariusz. Choć, jak zastrzegł, kiedy Xi zaczynał przygodę na tym stanowisko, nie było to tak oczywiste jak dziś. - Konsensus był taki, że porządzi dziesięć lat. Ale teraz wszystko wskazuje na to, że dostanie i trzecią kadencję w roli sekretarza generalnego - prognozował. 

Czy będzie rządził dożywotnio? Eksperci nie są tutaj zgodni. Części mówi, że tak. Inni z kolei wskazują, że zrezygnuje po kilku latach - namaści na sekretarza generalnego swojego protegowanego, a sam będzie działał zakulisowo.  - Osobiście jestem zdania, że Xi będzie rządził tak długo, jak będzie chciał -  zastrzegł gość TOK FM. 

Według niego stanie się tak dlatego, że Xi skoncentrował już partię na sobie, a dodatkowo stworzył wiele mechanizmów, za pomocą których kontroluje KPCh.

- Czasami zwraca się uwagę, że ma 69 lat i nie może wiecznie rządzić, ale przecież po drugiej stronie oceanu jest Joe Biden o dekadę starszy. Skoro Biden może być prezydentem, to Xi może spokojnie być sekretarzem generalnym, kolejną dekadę - dopowiedział w rozmowie z Anną Piekutowską.

Zdaniem eksperta w najbliższych latach Xi nadal może dążyć do tego, by jeszcze bardziej umocnić swoją władzę. Jak wskazał, w grę mogłaby wchodzić np. likwidacja stałego komitetu - organu siedmioosobowego, ponad biurem politycznym. Gdyby tak się stało, to Xi podejmowałby już osobiście wszystkie decyzje. Ale, jak zastrzegł, jak na razie nie widać zapowiedzi takich zmian.

- Co to umacnianie jednowładzy oznacza dla przyszłości?  - dopytywała prowadząca.

- Usztywnienie polityki chińskiej - odpowiedział krótko ekspert UJ. Wskazał przy tym na rosnący od lat etatyzm, agresywną politykę wobec sąsiadów i innych państw, a także represyjnie traktowane mniejszości religijnych i etnicznych.  

- Jeśli Xi umocni władzę i będzie realizował swój program, możemy się spodziewać, że Chiny będą coraz szybciej szły w kierunku czystego, podręcznikowego totalitaryzmu - podsumował w TOK FM.

tokfm.pl

Administracja Joe Bidena nałożyła kolejne ograniczenia na sprzedaż niektórych zaawansowanych chipów komputerowych do Chin i Rosji. Ma to zahamować postępy rywali w zakresie obliczeń o wysokiej wydajności (HPC) i sztucznej inteligencji (AI).

Producenci chipów z Doliny Krzemowej Nvidia i AMD, których obejmie zarządzenie podkreślili, podał „New York Times”, że restrykcje dotyczą m.in wysokiej klasy procesorów graficznych wykorzystywanych w superkomputerach i operacjach opartych na sztucznej inteligencji. Produkty te w ostatniej dekadzie znalazły szerokie zastosowanie w największych superkomputerach wykorzystywanych przez naukowców i firmy internetowe np. do rozpoznawania mowy i identyfikacji twarzy na wideo.

Superkomputery służą np. potrzebom związanym z rozwojem broni i gromadzeniu danych wywiadowczych. Chiny stosują je też w inwigilacji mniejszości muzułmańskich.

– Jest to część zimnej wojny między Chinami a USA o prymat w zaawansowanych technologiach. Administracja Bidena, podobnie jak wcześniej Trumpa, stara się o ograniczenie dostępu firm, jak chiński Huawei, do zaawansowanych chipów i zagranicznej produkcji półprzewodników – podkreślił „NYT”. Jak dodał, Chiny zaprojektowały wiele chipów samodzielnie. W produkcji najbardziej zaawansowanych modeli polegają jednak na tajwańskich fabrykach.

Największy producent procesorów graficznych, Nvidia, przyznała, że będzie się musiała teraz ubiegać u władz federalnych o licencje eksportowe na sprzedaż dwóch wysokiej klasy chipów używanych w systemach serwerowych w centrach danych. Wymóg wiąże się z obawami Waszyngtonu że, Chinom i Rosji produkty te posłużą w realizacji celów militarnych. Nvidia ma wielu klientów tylko w pierwszym z tych krajów. Jak przyznała, ograniczenia wpłyną na biznes, który w ostatnim kwartale fiskalnym wygenerował ok. 400 mln dolarów przychodów. Według AMD restrykcje mogą zmniejszyć sprzedaż jednego z produktów wysokiej klasy firmy do Chin i Rosji. Nie sądzi jednak, że ograniczenia dotkną ją w dużej mierze. Jak komentował rzecznik chińskiego MSZ, działania Waszyngtonu są „typowe dla naukowego i technologicznego hegemonizmu”.

PAP

12 sierpnia Biuro ds. Przemysłu i Bezpieczeństwa Departamentu Handlu USA wydało rozporządzenie dotyczące zakazu eksportu czterech technologii umożliwiających produkcję półprzewodników i silników do turbin gazowych. Wśród tych technologii znajduje się oprogramowanie pomagające w projektowaniu m.in. chipów (ang. EDA - electronic design automation). Krok ten został uznany przez media w Chinach za „cios wymierzony w chiński sektor chipów”. Jednocześnie zakaz ten obejmuje oprogramowanie pozwalające projektować najnowocześniejsze chipy o wielkości 3 nm, których to firmy Państwa Środka nie mają jeszcze w swojej ofercie.

Globalny rynek oprogramowania EDA według danych Grand View Research wyniósł w 2021 r. 10,2 mld dolarów, a do 2030 r. spodziewany wzrost wyniesie ok. 9 proc. Ponad połowę rynku stanowi oprogramowanie do projektowania mikroprocesorów. Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez wyspecjalizowaną w badaniach rynku wysokich technologii tajwańską firmę TrendForce, wśród największych przedsiębiorstw z tej branży dwa pierwsze miejsca zajmują  firmy z USA, takie jak Synopsys i Cadence. Łącznie posiadają one ponad 60 proc. udziałów w rynku. Trzecie miejsce zajmuje niemiecki Siemens z 13 proc. udziałów.

Chińskie władze w założeniach Narodowego Głównego Projektu Nauki i Technologii w okresie od 2008 r. do 2020 r. uznały rozwój oprogramowania EDA za jeden z priorytetowych celów. Podobne zapisy znajdują się w wytycznych czternastego Planu Pięcioletniego na okres 2021-2025. Obecnie Chiny posiadają ok. 30 firm produkujących tego typu oprogramowanie. Do największych z nich należą Semitronix, Empyrean Technology czy Primarius Technologies. Jednak żadna z nich nie jest w stanie opracować oprogramowania umożliwiającego projektowanie chipów mniejszych niż 5 nm.

Dodatkowo udział lokalnych firm zajmujących się produkcją rozwiązań EDA na chińskim rynku stanowi jedynie 10 proc. jego wartości. Prof. Fu Wei z Uniwersytetu Tsinghua twierdzi, że „droga do pełnej niezależności Chin jest jeszcze bardzo długa i wymaga wspólnego wysiłku”. Potwierdzenie tych słów można znaleźć w danych ICWise, firmy zajmującej się analizą chińskiej branży elektroniki i półprzewodników, według których w całych Chinach oprogramowaniem EDA zajmuje się  grupa 3 tys. inżynierów, podczas gdy tylko w amerykańskim Synapsie pracuje 13 tys. specjalistów.
 
wnp.pl

Po tym jak południowokoreański sąd najwyższy zezwolił na zajmowanie własności japońskich firm na poczet wypłaty odszkodowań dla robotników przymusowych z okresu II wojny światowej, Tokio wprowadziło ograniczenia w eksporcie chemikaliów kluczowych dla produkcji półprzewodników, pamięci półprzewodnikowych i ekranów dotykowych. Japonia dostarcza ok. 90% światowej produkcji poliamidów i ok 70% fluorowodoru. Z kolei południowokoreańskie Samsung i SK Hynix pokrywają ponad 60% globalnego zapotrzebowania na wykorzystywane w telefonach pamięci DRAM i NAND flash, a także ponad 90% ekranów OLED. 

Potencjalnie zagrożony jest więc łańcuch dostaw surowców i części niezbędnych do produkcji elektroniki. Podzespoły południowokoreańskich firm są wykorzystywane przez globalne koncerny jak Apple czy Huawei. Opóźnienia w dostawach i wzrost kosztów produkcji odbiją się na klientach, którzy będą musieli zapłacić więcej za nowe smartfony. Pierwsze symptomy spowolnienia dostaw są już widoczne. Południowokoreański urząd celny poinformował, że w ciągu pierwszych 20 dni sierpnia eksport Republiki Korei zmalał o 13%, a sprzedaż półprzewodników zmalała aż o 30%. 

Pewnym rozwiązaniem jest reorganizacja łańcucha dostaw i znalezienie nowych dostawców. Korea prowadzi już rozmowy w tej sprawie z firmami chemicznymi z Chin, USA, Kanady i Belgii. Będzie to jednak niezwykle trudne, zważywszy na bliską monopolu pozycję japońskich producentów. Ostrożne szacunki mówią, że wdrożenie nowych dostawców i zastąpienie przez nich Japończyków zajmie od trzech do czterech lat. 

Koreańczycy usiłują podejmować środki odwetowe w postaci bojkotu konsumenckiego japońskich zabawek, czy kociej karmy. Z kolei rząd w Seulu ogranicza eksport “dóbr strategicznych”, takich jak produkty związane z branżą zbrojeniową i kluczowych maszyn. Jest to jednak trudne zważywszy na sięgający w ubiegłym roku 24 mld USD deficyt Korei Południowej w handlu z Japonią, spowodowany sprowadzaniem produktów niezbędnych dla przemysłu. Nakłada się na to jeszcze mocna pozycja japońskich firm na rynku lokalnym, będąca efektem dużych inwestycji bezpośrednich, pożyczek i pomocy rozwojowej. Od chwili normalizacji dwustronnych stosunków w roku 1965 Japonia wpompowała w południowokoreańską gospodarkę setki milionów dolarów, traktując to jako formę zadośćuczynienia za lata okupacji.

Konflikt handlowy przypada w fatalnym dla Samsunga momencie. Światowy lider produkcji smartfonów zaplanował na wrzesień wprowadzenie do sprzedaży modeli Galaxy Note 10 i Galaxy Fold, pierwszego telefonu ze zginającym się ekranem. Firma twierdzi, że przygotowała zapasy niezbędnych surowców produkcyjnych, a także stara się dostosować harmonogram produkcji do zmienionych warunków. Mimo tego nie wiadomo, w jaki sposób działania podejmowane przez stronę japońską odbiją się na dostawach obu modeli smartfonów.
 
wnp.pl

środa, 19 października 2022


Siły rosyjskie przesunęły się na północ od Awdijiwki i na południowy zachód od Bachmutu, ale kolejne natarcia agresora na południowych i wschodnich obrzeżach tego miasta, w rejonie Bachmutiwki, na północ i zachód od Gorłówki oraz w łuku na zachód od Doniecka zakończyły się niepowodzeniem. Wojska ukraińskie odparły też ataki na południowy wschód i północny wschód od Siewierska. Wzrosła intensywność rosyjskich działań zaczepnych na odzyskanych przez obrońców we wrześniu obszarach obwodu charkowskiego – do ataków doszło na południowy wschód i północ od Kupiańska, gdzie nacierający mieli uzyskać niewielkie powodzenie, i na zachód od leżącego przy granicy z Rosją Wołczańska. Fiaskiem miała się zakończyć ukraińska próba przełamania pozycji przeciwnika na południe od Dawidywego Bridu w obwodzie chersońskim.

Najeźdźcy mają gromadzić dodatkowe siły w obwodach ługańskim i chersońskim. W samym Chersoniu liczbę rosyjskich żołnierzy ocenia się na 20–25 tys., przy czym mają oni być zdemoralizowani i nie przejawiać gotowości do walki. Agresor zbudował improwizowaną przeprawę pod uszkodzonym mostem Antonowskim na Dnieprze (siły ukraińskie miały już przeprowadzać na nią ataki). Źródła rosyjskie oceniają wzmocnienie wojsk ukraińskich w obwodzie chersońskim na kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych żołnierzy. Ukraińcy zintensyfikowali także działania w obwodzie zaporoskim, dokąd przerzucono dużą liczbę dronów. Na linii frontu na południe od Zaporoża wzrosła aktywność ich grup dywersyjno-rozpoznawczych. Do wybuchów – najprawdopodobniej w wyniku ich działań – miało dojść na Krymie – w Dżankoju i Sewastopolu (w rejonie lotniska Belbek) – oraz w rosyjskim Biełgorodzie.

Najeźdźcy kontynuują ataki na infrastrukturę energetyczną w różnych częściach Ukrainy. Ich celami – często po raz kolejny – były Kijów, Charków, Dniepr, Kamieńskie, Krzywy Róg, Mikołajów, Odessa, Zaporoże, Żytomierz oraz obiekty w obwodach chmielnickim, winnickim i dniepropetrowskim. Ukraińcy informowali o zestrzeleniu części rakiet i większości atakujących dronów kamikadze. Artyleria i lotnictwo obu stron nadal przeprowadzały ataki na pozycje i zaplecze przeciwnika wzdłuż linii styczności. Rosjanie dodatkowo ostrzeliwali i bombardowali przygraniczne rejony obwodów sumskiego i – w mniejszym stopniu – czernihowskiego.

Według komunikatu szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego gen. Kyryła Budanowa pierwsza zamówiona przez Rosję partia irańskich dronów kamikadze liczyła 1750 sztuk. Ukraińskie systemy mają zestrzeliwać „blisko 70%” atakujących dronów (wcześniej Dowództwo Sił Powietrznych oceniało skuteczność obrony na 85%). Budanow stwierdził także, że zapas rakiet do systemów Iskander spadł do poziomu 13% przy bezpiecznym minimum wyznaczonym na 30%. Z kolei Dowództwo Sił Powietrznych podało, że pomiędzy 13 września, kiedy to odnotowano pierwsze zestrzelenie, a 19 października obrońcy unieszkodliwili 223 drony kamikadze Shahed-136 (oznaczane w Rosji jako Gerań-2). Wcześniej minister obrony Ołeksij Reznikow informował, że przeciwnikowi pozostało niespełna 300 irańskich dronów.

18 października sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg zapowiedział dostarczenie Ukrainie „w najbliższych dniach” systemów do zwalczania irańskich dronów w postaci „setki” stacji zagłuszających. Niemcy przekazały Kijowowi pięć wozów zabezpieczenia technicznego Bergepanzer 2 (łącznie od sierpnia dostarczyli ich dziesięć), 167 tys. nabojów do broni strzeleckiej, siedem niesprecyzowanych systemów pontonowych, umundurowanie zimowe i sprzęt grzewczy. 16 października rozpoczęło się przekazywanie Grecji niemieckich bojowych wozów piechoty Marder (wysłano 6 sztuk, do 21 października ma dotrzeć kolejnych 14, a w nieokreślonym późniejszym terminie – jeszcze 20), w zamian za które ma ona dostarczyć Ukrainie 40 posowieckich BMP-1.

19 października Władimir Putin podpisał dekret „O wprowadzeniu stanu wojennego na terytoriach Donieckiej Republiki Ludowej, Ługańskiej Republiki Ludowej, obwodów zaporoskiego i chersońskiego”. W uzasadnieniu powołano się na ustawę z 30 stycznia 2002 r. „O stanie wojennym”, pozwalającą wprowadzić go na części terytorium Rosji w celu odparcia agresji. Prezydent polecił premierowi utworzyć specjalną międzyresortową radę koordynacyjną mającą zająć się organizacją funkcjonowania terytoriów objętych stanem wojennym i zabezpieczeniem „specjalnej operacji wojskowej”. Wezwał też Ministerstwo Obrony i inne resorty siłowe do przedstawienia w ciągu trzech dni planu swoich działań na terenach objętych reżimem wojennym. Putin stwierdził, że decyzja o stanie wojennym to reakcja na ukraińskie „ataki terrorystyczne” na Most Krymski i inne obiekty infrastruktury krytycznej FR. Jednocześnie Kreml nie zdecydował się na wprowadzenie stanu wojennego w obwodach graniczących z Ukrainą i na okupowanym Krymie.

Dzień wcześniej, 18 października dowódca Połączonej Grupy Wojsk Sił Zbrojnych FR w strefie „specjalnej operacji wojskowej” Siergiej Surowikin udzielił wywiadu, w którym przyznał, że sytuacja na froncie jest napięta, a siły ukraińskie nie rezygnują z atakowania pozycji rosyjskich. Zapowiedział, że aby zminimalizować straty własne, tempo natarcia zostanie spowolnione oraz podejmowane są działania mające na celu zwiększenie siły bojowej i liczebnej jednostek, utworzenie dodatkowych rezerw i umocnienie pozycji obronnych na całej linii frontu. Surowikin, który wciąż pełni funkcję dowódcy Sił Powietrzno-Kosmicznych FR, podkreślił znaczenie kontynuowania ataków lotnictwa i dronów bojowych na obiekty wojskowe i infrastruktury krytycznej. Sytuację w rejonie Chersonia określił jako trudną. Przyznał, że w wyniku ukraińskich ostrzałów rakietowych niszczone są obiekty infrastrukturalne i szlaki komunikacyjne biegnące przez Dniepr. Oskarżył Kijów o rzekome przygotowywanie zmasowanego ataku rakietowego na tamę elektrowni wodnej w Kachowce oraz oświadczył, że priorytet stanowi sprawna ewakuacja ludności na lewy brzeg Dniepru, zaś plany utrzymania Chersonia będą zależeć od rozwoju sytuacji taktycznej. Władze okupacyjne szacują, że ewakuacja obejmie ok. 50–60 tys. ludzi. Surowikin wskazał ponadto, że celem politycznym Moskwy jest doprowadzenie do sytuacji, w której Ukraina „będzie niezależna od Zachodu i NATO” i stanie się państwem przyjaznym Rosji.

19 października białoruski resort obrony po raz kolejny zdementował informacje o rzekomej mobilizacji, ale przyznał, że komisje wojskowe prowadzą „rutynową” rejestrację osób zdolnych do służby wojskowej, a sprawdzanie zdolności mobilizacyjnych zakończy się do końca roku. W ocenie ukraińskiego Sztabu Generalnego na Białorusi trwa skryta mobilizacja pod pretekstem okresowych szkoleń rezerwistów na poligonach, a dużą wagę przywiązuje się do wyszkolenia dodatkowych załóg czołgów i operatorów rakietowych systemów przeciwlotniczych.

Komentarz

Z przekazu stron wynika, że zbliżająca się bitwa o Chersoń będzie należała do najcięższych i – pod względem politycznym – najważniejszych batalii od wybuchu wojny. Działania Rosjan świadczą o tym, że chcą oni utrudnić przeciwnikowi spodziewany atak za pomocą środków nie tylko militarnych. Masowa ewakuacja ludności z obwodu chersońskiego może – w przypadku podjęcia przez Kijów decyzji o rozpoczęciu ataku podczas jej trwania – doprowadzić do masakry cywilów. Sugestia Surowikina, że wojsko ukraińskie zniszczy tamę na Zbiorniku Kachowskim (zatopieniu uległby wówczas duży fragment okupowanego aktualnie przez Rosjan obszaru prawobrzeżnej części obwodu chersońskiego wraz z Chersoniem), pozwala przyjąć, że Moskwa sama nie wyklucza ewentualności jej wysadzenia, by oskarżyć o to Kijów. Po wycofaniu jednostek rosyjskich na lewy brzeg Dniepru i wejściu znaczących sił ukraińskich na okupowany obecnie teren te ostatnie znalazłyby się w pułapce.

Potencjalne problemy, z którymi armia ukraińska musiałaby się zmierzyć w przypadku decyzji o odbiciu Chersonia, w połączeniu z intensyfikacją działań rozpoznawczych i logistycznych oraz niszczeniem rosyjskiego zaplecza w obwodzie zaporoskim pozwalają przypuszczać, że Kijów nie wyklucza, iż to właśnie ten obwód stanie się głównym kierunkiem uderzenia. Mogłoby do tego dojść nie tylko w razie niepowodzenia w obwodzie chersońskim – działania podejmowane na przedpolach Chersonia mogą także służyć maskowaniu prawdziwego celu głównego ataku. Odbicie tego miasta miałoby duże znaczenie polityczne, lecz nie przyniosłoby Ukrainie żadnych istotnych profitów natury strategicznej, podczas gdy zajęcie węzłowego Melitopola ponownie odcięłoby Krym od lądowego połączenia z Rosją. Sukces ten – wraz z utrudnieniem przeprawy na półwysep po uszkodzeniu mostu nad Cieśniną Kerczeńską – znacząco ułatwiłby armii ukraińskiej dalsze posunięcia na rzecz odzyskania półwyspu, a obszar względnie skutecznej okupacji zostałby ograniczony do Donbasu.

Wprowadzenie stanu wojennego na terenach okupowanych przez Rosję (poza Krymem) jest konsekwencją wcześniejszej decyzji o ich aneksji w granicach administracyjnych. Wskutek tego część tych formalnie „rosyjskich” obszarów kontroluje Ukraina i toczą się na nich działania wojenne, co Putin uznał za bezpośredni akt agresji. Oznacza to, że przyszłe posunięcia wojsk rosyjskich skoncentrują się na przełamaniu pozycji sił przeciwnika na południu i wschodzie kraju. Niewykluczone jednak, że Rosja, chcąc uzyskać tam powodzenie, zdecyduje się też na działania na innych kierunkach.

Publiczne wystąpienie Surowikina może świadczyć o rewizji dotychczasowej polityki informacyjnej rosyjskiego resortu obrony opartej na codziennych zdawkowych komunikatach opisujących sytuację na froncie. Wypowiedź ta ma potwierdzić jego samodzielność w planowaniu i realizacji dalszych działań bojowych na Ukrainie. Przyznanie, że istnieją duże trudności w odpieraniu ataków przeciwnika, ma w zawoalowany sposób zasugerować możliwość oddania Chersonia. Z kolei podkreślenie znaczenia działań sił powietrznych może być zapowiedzią intensyfikacji ataków lotniczych na terytorium Ukrainy (w tym bombardowań).

osw.waw.pl

Maciej Szopa: Co skłoniło Pana do udziału w walkach w Ukrainie?

Na Ukrainę trafiłem jako ratownik medyczny-wolontariusz w ramach oddolnego projektu, którego celem była ewakuacja medyczna rannych na zachód. Początkowo transportowaliśmy ich do szpitali w Polsce, a następnie działania te przeobraziły się w ewakuacje do szpitali zagranicznych i rannych przewoziliśmy do samolotów medycznych lądujących w Rzeszowie-Jasionce. Na przełomie marca i kwietnia zacząłem pomagać poznanym na miejscu Ukraińcom szkolić ochotników i wojsko z zakresu ratownictwa taktycznego. Co mnie zachęciło żeby tam jechać? Chęć weryfikacji dotychczasowych umiejętności, zdobycie dodatkowej praktyki i przede wszystkim dołożenie od siebie pewnego wysiłku w walce ze wspólnym wrogiem. Niestety to właśnie wojna jest najlepszym miejscem żeby zdobywać nowe doświadczenia: zarówno medyczne jak i taktyczne.

Ale ostatecznie los rzucił Pana do artylerii. Jak to się stało?

To był trochę przypadek. Moim założeniem jadąc po raz drugi na Ukrainę było zaangażowanie się w ewakuację rannych na wschodzie. Ale wtedy, w miejscach gdzie miałem kontakty, było bardzo dużo wolontariuszy, a jednocześnie miałem cały czas aktywną propozycję działania jako medyk przy zabezpieczaniu obsługi artylerii. Zgodziłem się na to, choć w praktyce wyszło tak, że działałem jako zwykły artylerzysta.

Czyli był Pan ładowniczym?

Rotowałem się na kilku stanowiskach, chłopaki mnie rzucali na różne funkcje. Początkowo po prostu jeździłem z nimi na robotę. Zabezpieczałem, ich jako medyk jednocześnie obserwując co robią. Potem zaczęli mnie angażować na poszczególne stanowiska, może nie wszystkie, bo nie każdy np. wprowadzał nastawy.

Jak wyglądała Pana frontowa codzienność?

Bazę mieliśmy nieco dalej od linii frontu, w okolicach większych miast regionu. Woleliśmy angażować więcej czasu na dojazd kosztem zmniejszenia ryzyka wykrycia i porażenia miejsca składowania sprzętu i amunicji. To był duży plus, po zjechaniu z roboty mieliśmy szansę na to żeby odtworzyć zdolność bojową i odpocząć. Natomiast nadal to nie wykluczało zagrożenia. Miasto było regularnie ostrzeliwane czy to przez lotnictwo czy artylerię dalekiego zasięgu. Cele militarne zostały porażone już wcześniej więc Rosjanie ostrzeliwali generalnie osiedla cywilne.

Intensywność działań była zależna głównie od pogody. Jeśli była nielotna i drony nie mogły latać przez wiatr i deszcz to pracy było automatycznie mniej. Ale zdarzało się też, że były po dwa wyjazdy dziennie. Wtedy zaczynaliśmy wcześnie nad ranem, segregując amunicję nominałami, ładując ją na ciężarówkę, przygotowując wóz i jadąc dalej w rejon wyczekiwania. Tam czekaliśmy aż droniarze przekażą nam koordynaty.

Z rzeczy, które zapadły mi w pamięć, to na pewno startujące Toczki. Najpierw było je widać na horyzoncie, startowały jakieś pięć kilometrów od nas. Potem przeszły nad naszymi głowami i rozpędzając się poszły w kierunku rosyjskim. Widzieliśmy je między chmurami, później szedł dźwięk. To były dwie sztuki, szły gdzieś na północ od Siewierodoniecka. Zaraz potem walnęła niedaleko awiacja. No i jeżdżące Kraby – tu łezka się kręciła w oku.. Widzieliśmy też polskie hełmy, polski sprzęt na checkpointach i polskie oporządzenie, które z Polski trafiło na wschód.

Z kim Pan pracował, co to byli za ludzie?

Byłem jedynym Polakiem w ukraińskim pododdziale, a więc nie w jednostce stricte międzynarodowej. Byli ze mną Ukraińcy ze wschodu, południa i zachodu Ukrainy. Wiekowo byli to różni ludzie, od osób po dwudziestce, po ludzi w wielu około 60 lat. Więc niezły przekrój. Atmosfera była zdecydowanie na plus. To była jednostka ochotnicza, złożona niemal wyłącznie z ochotników poza 1-2 znanymi mi żołnierzami kontraktowymi. Ci ludzie mieli ogromną motywację i pracowali w artylerii od początku wojny. Z tego co wiem to był ich trzeci kierunek, na którym ten pododdział walczył. Widać było ich ogromną motywację i wolę walki.

A jeśli chodzi o kulturę pracy. Miał Pan poczucie, że pracuje z ludźmi z zachodu, czy jakieś klimaty postsowieckie jednak były?

Był element wschodniej „ułańskiej fantazji", ale jeśli chodzi o trzymanie się procedur i całokształt mentalności to był to bardziej zachód.

Jakie działo obsługiwaliście?

To była stara haubica holowana D-20 kalibru 152 mm. Nie wiem czy zdobyta od Rosjan czy pochodząca z magazynów Sił Zbrojnych Ukrainy. Z kolei, ciężarówka z tego co mi wiadomo była zakupiona ze zbiórki publicznej. Sama obsługa działa, haubicy holowanej nie jest bardzo trudna. Tam jest kilka pokręteł, kilka bezpieczników do składania i rozkładania podpór. Istotne bardziej było reagowanie na sytuacje awaryjne i zacięcia. Ważne było czyszczenie, konserwacja, rozkładanie zamka i wszystkich elementów iglicy. To ostatnie wymaga pewnej wiedzy i wprawy. Najbardziej skomplikowaną czynnością było obliczanie nastaw przy braku komputerów balistycznych. Łatwe jest za to samo ustawianie działa posiadając gotowe nastawy.

Praca przy takim dziale to ciężka praca fizyczna?

Pocisk do D-20 waży ponad 40 kilogramów.  W komplecie z łuską/ładunkiem miotającym i skrzynią to ponad 60 kg. To naprawdę było wyczerpujące. Siłownia się przydaje w tej specjalizacji i czuć to w plecach. Samo podanie z ciężarówki 20 pocisków 152 mm, szczególnie jeśli to dopiero pierwsza robota w danym dniu, to ciężki temat. Człowiek jest już po załadowaniu całych skrzynek na ciężarówkę. Potem dojeżdża w rejon i trzeba ściągnąć pakiet startowy w rejon haubicy i ewentualnie potem podawać dodatkowe pociski, jeśli jest potrzeba kontynuowania ognia.

Łuski zostawialiście czy braliście z powrotem?

Jeśli czas pozwalał zabieraliśmy z powrotem, bo istnieje szansa na ich ponowną elaborację. Jeśli nie było czasu to zostawialiśmy na miejscu. Zostawały po nas raczej skrzynie na amunicję a nie łuski.

Wspomniał Pan o droniarzach, czyli operatorach bezzałogowców. Oni jeździli razem z wami?

Drony były integralną częścią oddziału. Mieliśmy dzięki nim własne rozpoznanie i te dane nie pochodziły z zewnątrz. Byliśmy więc samodzielni. Natomiast sami pracowali gdzieś bliżej frontu, na kilka kilometrów od pozycji nieprzyjaciela. My podjeżdżaliśmy na tyle blisko, żeby strzelać w cel, który znajdował się mniej lub bardziej w głębi pozycji przeciwnika.

Jaki zasięg ma haubica D-20? Około 20 km?

Ok 17 km w zależności od zastosowanej amunicji. Czasem podjeżdżaliśmy na kilka kilometrów od linii frontu, czasem kilkanaście. Zależy jak głęboko znajdował się cel i jaka była koncepcja zadania.

Wiedzieliście w co strzelacie, czy po prostu droniarze wam podawali nastawy gdzie strzelać?

Dzięki łączności przez terminale Starlink, które były głównym źródłem łączności i komunikacji live, moglibyśmy wiedzieć, gdybyśmy te dane chcieli pozyskać. Na początku zadania otrzymywaliśmy gotowe wstępne nastawy. Wystarczyło tylko strzelać i wprowadzać na bieżąco korekty ognia. Komunikacja głosowa była non-stop, więc mieliśmy na bieżąco poprawki albo np. informacje, że amunicja nie wybucha i trzeba wkręcić inne zapalniki.

Mogliście długo być na pozycji po pierwszym strzale? Odliczaliście czas?

Nie było odliczania ze stoperem w ręku, ale staraliśmy się strzelać jak najmniejszą liczbą pocisków. Kilka strzałów i zmiana stanowiska ogniowego.

Sami podejmowaliście decyzję o zmianie?

Decyzja zapadała na podstawie informacji z rozpoznania z dronów. Zdarzało się, że zależało im na jakimś celu i wystrzelaliśmy prawie całą ciężarówkę, czyli ponad 20 pocisków z jednego stanowiska. Wtedy niestety byliśmy dłużej na stanowisku. Zwiększone ryzyko w takiej sytuacji było balansowane tym, że pracowaliśmy jako jedna haubica a nie cała bateria, więc mieliśmy niższy priorytet jeśli chodzi o ogień kontrbateryjny.

Czyli łączność była kluczowa, nie musieliście się martwić o wiele rzeczy...

Tak, no chyba, że ustawiliśmy antenę Starlinka za blisko działa i przy wystrzale się destabilizowała i zgubiła zasięg. Trzeba było wtedy czekać aż połączy się jeszcze raz. Zresztą, trzeba mieć świadomość, że strzelając w okolicy zabudowań kilkanaście metrów za haubicą potrafią wypadać szyby z pickupa.

To ochronniki słuchu były raczej obowiązkowe.

Większość osób używało aktywnych ochronników słuchu. Inni po prostu na komendę strzał zatykała uszy i kontynuowała robotę bez ochronników słuchu. Do tego dochodzi bród i kurz przy wystrzale. Ze stanowisk, wracaliśmy cali brudni i wypompowani z energii. Szczególnie jeśli był suchy i gorący dzień.

I wreszcie odpoczynek...

W nocy jeszcze czyszczenie haubicy, często „na latarkach". Pomimo zmęczenia trzeba było przygotować haubicę do pracy. Samo czyszczenie lufy i konserwacja bieżąca, więc tu nie było dużej filozofii.

Jak reagowali ludzie na was, tzn. kiedy rozstawialiście się niedaleko ich domów. Nie bali się ognia kontrbateryjnego, zemsty Rosjan?

W planowaniu trzeba było to uwzględniać i to było ważne. Były sytuacje, że lokalsi z dość bliskich zabudowań widząc, że rozstawiamy się przychodzili i prosili nas, nawet na kolanach, żebyśmy pojechali gdzie indziej. Czasem wręcz kładli się na drogach. I odjeżdżaliśmy, bo nie chcieliśmy i nie mogliśmy ich narażać. Często też po wjechaniu do miejscowości przyfrontowych i krótkim postoju pomiędzy zabudowaniami wyskakiwało kilku żołnierzy i mówili: „cześć chłopaki zdradzacie nasze stanowisko, odjeździe gdzieś dalej." I też odjeżdżaliśmy, nie wiedząc pierwotnie nawet o ich obecności.

Ludność cywilna w większych miastach z kolei była przyzwyczajona do wojska. Życie w miarę normalne się tam toczyło. A im bliżej frontu tym częściej pozostawali w domach tylko starsi ludzie. Ze względu na wiek i przywiązanie do domu nie chcieli go opuścić. Młodzi, bardziej obrotni pojechali na zachód, a starsi zostawali. I wiele wojska można było spotkać pochowanego po całej okolicy.

To było zaskoczenie dla Rosjan, że jeździcie pojedynczymi haubicami i stanowiliście, jak to się mówi, „niskowartościowy cel"?

Stosowaliśmy klasyczne rozproszenie sił i to miało sens. Mijaliśmy często wiele takich „niskowartościowych" celów – pojedynczych dział i wyrzutni rakiet z pojazdem towarzyszącym. Kiedyś obok nas przyjechała wyrzutnia Grad. Rozstawiła się - nawet nie widzieliśmy kiedy – strzeliła krótką salwę i zjechała ze stanowiska. To przynosiło efekty. Zwykle tego ognia kontrbateryjnego nie było. Kilka razy Grady spadły blisko nas i raz lotnictwo coś atakowało w okolicy.

W dużej odległości spadały te Grady?

Dwieście-trzysta metrów, ale uksztaltowanie terenu i nasze ukrycie powodowały, że odłamki nas nie raziły. Tu można pochwalić dowódców mojego poddziału. Oni dobrze planowali i dobierali stanowiska ogniowe. Maksymalnie wykorzystywali teren. Było to brane pod uwagę zarówno, jeżeli chodzi o ukrycie armaty jak i planowanie dróg odejścia w wypadku porażenia nas przez przeciwnika. To wszystko było przemyślane, nie było przypadków znajdowania przypadkowych stanowisk ogniowych, które nie zapewniałyby nam przynajmniej maskowania.

Maskowanie odgrywało dużą rolę?

Typowych siatek maskujących nie używaliśmy. Dlaczego? Nie wiem. Być może lenistwo, a może raczej chęć skrócenia czasu pozostawania na stanowisku. Rozwinięcie siatek to kilka minut. Zwinięcie - co najmniej minuta, a trzeba szybko zjechać. Coś za coś. To była decyzja wewnętrzna naszego pododdziału. Ale u nas bardziej chodziło o szybkie opuszczenie stanowiska ogniowego.

Czy krążyły nad wami drony nieprzyjaciela?

Nie widzieliśmy ich nigdy, na etapie rozstawiania się działa, kierowca był w pierwszej kolejności odpowiedzialny za trzymanie sektora „niebo". Natomiast kiedy byliśmy rozstawieni i czekaliśmy na informacje z bezzałogowców niebo patrzyła większa liczba par oczu.

Na takim wyjeździe było duże poczucie zagrożenia? Stres?

Generalnie praca przy armatach holowanych wymaga od nas dość dużego wysiłku fizycznego zarówno podczas obsługi jak i zajmowania się logistyką. Praca na stanowisku ogniowym i przemieszczanie się bez pancerza oznacza, że jakiekolwiek oddziaływanie ogniowe przeciwnika w rejonie wiąże się z ogromnym niebezpieczeństwem. Świadomość tego ryzyka była. Ważniejsze było jednak zaakceptowanie go na wczesnym etapie co pozwalało nam pracować z czystą głową skupiając się tylko na robocie. Cały czas słyszeliśmy nad głową przelatujące pociski artyleryjskie, także nasze. Żołnierz dość szybko może wyrobić sobie zdolność do oceny czy pocisk jest blisko, daleko, czy zbliża się czy oddala. I wie czy trzeba reagować i się kryć.

W czasie walk o Lisiczańsk mówiło się, że Rosjanie wystrzeliwują 10 razy tyle pocisków co Ukraińcy. Mieliście niedobory amunicji?

Mogę się wypowiadać z punktu widzenia pododdziału, w którym byłem. Nigdy nie było czegoś takiego, że amunicji zabrakło. Zawsze był jej zapas przynajmniej na jeden-dwa wyjazdy, czy kilka mniejszych robót. Amunicja przyjeżdżała do nas na bieżąco w tym zdobyczna amunicja rosyjska. W pewnym momencie sprzętu zrobiło się naprawdę dużo – było go więcej niż ludzi. Bardziej istotnym problemem niż brak amunicji były problemy techniczne, szczególnie z zapalnikami. Czasem nie odpalały. Ale mieliśmy informacje od droniarzy na bieżąco i reagowaliśmy poprzez wymianę na inną serię.

Jaka była jakość tej zdobycznej rosyjskiej amunicji w porównaniu z ukraińską i tą z Europy Środkowo-Wschodniej?

Za krótko tam byłem, żebym mógł to wiarygodnie ocenić. Ja akurat na własne oczy widziałem problemy ze 152 mm amunicją „zachodnią". Ta amunicja była leciwa. Dopiero pod sam koniec mojej obecności pojawiła się rosyjska. Problem był z niektórymi seriami produkcyjnymi polskich zapalników. W razie potrzeby przekręcaliśmy je na inną wersję. Chłopaki mówili, że wcześniej podobne problemy mieli z amunicją czeską.

Mieliście poczucie, że to Rosjanie dominują, że jesteście niemal w okrążeniu? Donbas był wtedy praktycznie workiem otoczonym przez siły rosyjskie...

Nie, nie było to odczuwalne. Wokół była masa ukraińskich jednostek, które na zapleczu jeździły, podobnie jak my. W okolicy Bachmutu, Siewierska... Nie mieliśmy wrażenia, że przeciwnik nas otacza.

Nie było grup przenikających przez front? Nie chroniliście się przed takim zagrożeniem?

Generalnie staraliśmy się wystawiać ubezpieczenia, na tyle na ile liczebność obsługi działa to umożliwiała. Do tego tak dobierać stanowiska, aby ograniczać drogi podejścia. Sami nigdy nie odnotowaliśmy takiego przypadku. Większym problemem byli cywile, którzy mogli przekazywać informację przeciwnikowi. Nasycenie wojskiem na zapleczu było jednak takie, że ciężko by było im prowadzić jakieś działania.

Jakie wnioski dla Polski możemy wyciągnąć z tego czego Pan doświadczył w Ukrainie?

W wielu miejscach widziałem albo słyszałem o różnych jednostkach ochotniczych. Od wolontariuszy na tyłach, którzy zajmują się kompletowaniem apteczek, dystrybucją pomocy humanitarnej, przez szkoleniowców - cywili szkolących ochotników których grupy działaniem przypominają nasze organizacje proobronne. Były też jednostki ochotników typowo działające na froncie. I nie chodzi tu tylko o legion międzynarodowy, tylko też o te jednostki ukraińskie, które oddolnie się tworzyły. Widać tam na każdym kroku, że przed agresją broni się całe państwo a nie tylko wojsko jako instytucja. Myślę, że trzeba zaakceptować fakt, że w przypadku wojny podobne jednostki będą się tworzyły także w Polsce. Będą ochotnicy, którzy będą chcieli walczyć i tacy, którzy będą chcieli pomagać na tyłach. Uważam, że wojsko powinno opracować pewne procedury i ramy takiej potencjalnej współpracy chociażby z ochotniczym personelem medycznym tak by maksymalnie wykorzystać ich potencjał na korzyść państwa.

Dziękuję za rozmowę.

defence24.pl