W grudniu 2005 roku w małej rosyjskiej miejscowości Babajewo w obwodzie wołogodzkim rozpoczęto budowę gazociągu, który otrzymał nazwę Griazowiec-Wyborg. Budowa nie miała jednak na celu dostarczenia gazu do rejonu wyborskiego w obwodzie leningradzkim (Gazpromowi do dziś nie udało się tego zrobić) – Babajewo było miejscem realizacji pierwszej fazy zakrojonego na szeroką skalę projektu Nord Stream.
Aby dostawy do krajów Europy Zachodniej nie były już uzależnione od tranzytu przez Ukrainę, Gazprom zdecydował się na budowę gazociągu pod Morzem Bałtyckim, który połączyłby bezpośrednio rosyjski Wyborg i niemiecki Greifswald.
Zanim przystąpiono do budowy, przygotowania projektu trwały około 10 lat. Rosyjscy naukowcy badali możliwość budowy od 1997 roku. Wybudowanie gazociągu ze złoża do Wyborga w Rosji odbyło się bez problemów; schody zaczęły się, gdy władze rosyjskie musiały uzyskać zgodę na budowę gazociągu od państw bałtyckich – Szwecji, Danii, Finlandii i Niemiec.
Operatorem nowego rurociągu została specjalnie utworzona w tym celu w Szwajcarii spółka Nord Stream AG. 51 proc. jej udziałów posiada Gazprom, a pozostałe 49 proc. należy do francuskich, holenderskich i niemieckich spółek gazowych.
Nord Stream podzielił kraje na dwa obozy: Rosja wraz z Niemcami, Holandią i Francją forsowała projekt, bo był dla nich korzystny; Ukraina, jako główny kraj tranzytowy dla rosyjskiego gazu, odnosiła się do niego bardzo krytycznie. Pozycję Ukrainy wspierały Stany Zjednoczone – amerykański establishment natychmiast dostrzegł w gazociągu kolejną dźwignię, którą Władimir Putin może wykorzystać do wywierania presji na kraje europejskie.
Przeciwko budowie gazociągu wystąpiła również Polska i państwa bałtyckie: Estonia na przykład kategorycznie odmówiła udziału w projekcie. Z kolei prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka nazwał Nord Stream „najgłupszym projektem Rosji” i zaproponował, aby zamiast niego położyć drugą nitkę gazociągu Jamał-Europa, która również przebiegałaby przez Białoruś. Jego słowa zostały odebrane na Kremlu jako potwierdzenie, że Nord Stream musi powstać.
9 kwietnia 2010 roku nad zatoką w pobliżu Wyborga zebrała się delegacja, którą w karelskich lasach trudno było sobie wyobrazić – na otwarcie gazociągu przybyli prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, kanclerz Niemiec Angela Merkel, jej poprzednik Gerhard Schröder, który przewodniczył wówczas komitetowi akcjonariuszy Nord Stream AG, premier Holandii Jan Peter Balkenende, komisarz UE ds. energii Günther Oettinger oraz prezes Gazpromu Aleksiej Miller.
Podczas uroczystej ceremonii spawania dwóch rur, które symbolizowały połączenie europejskiej i rosyjskiej sieci gazowej, Dmitrij Miedwiediew wziął do ręki marker i napisał tylko jedno słowo – „Powodzenia”. Uczestnicy uroczystości zgodzili się, że Nord Stream to nowy punkt strategicznego partnerstwa między Rosją a UE, a rosyjskie media określały projekt jako „drugie okno na Europę”.
8 listopada 2011 roku Nord Stream został oficjalnie uruchomiony: rola Ukrainy jako kraju tranzytowego natychmiast się zmniejszyła, ponieważ od tamtego momentu gaz mógł być dostarczany bezpośrednio do krajów zachodnich. Aby całkowicie zamknąć „kwestię ukraińską”, kierownictwo Gazpromu zdecydowało się na budowę dwóch kolejnych gazociągów: Nord Stream 2 i Turecki Potok. Ich działanie pozwoliłoby w zasadzie na wyłączenie Ukrainy z dostaw gazu do innych krajów europejskich.
(...)
Jak wiemy od jednego z byłych pracowników Gazprom Export (biuro zajmujące się dostawami Gazpromu do UE), po tym, jak wiele krajów europejskich odmówiło zakupu rosyjskiego gazu, biuro właściwie przestało prowadzić działalność komercyjną – pracownicy pozostali na swoich stanowiskach, ale zamiast zwykłej pracy musieli odpowiadać na gniewne listy od europejskich kontrahentów.
– Nie było zwolnień – po prostu zamiast naszych wcześniejszych obowiązków pojawiły się inne. Nasze obowiązki zmieniły się w działania na polu prawa: do partnerów europejskich wysyłaliśmy listy z informacją, że zgodnie z rozporządzeniem prezydenckim od kwietnia przejdziemy na płacenie w rublach. Pisali do nas, że nie zgadzają się na wypłatę w rublach z takich czy innych powodów, na co my odpowiadaliśmy tak: „Przykro nam, nie możemy nic zrobić, to jest rozporządzenie prezydenta. Jeśli nie wyrazicie zgody, nie otrzymacie gazu”. Po tej korespondencji dostawy do niektórych krajów ustały – mówi nasz rozmówca.
Inny pracownik spółki zależnej Gazprom Nieft, potwierdza, że po rozpoczęciu konfliktu gazowego w korporacji nie było żadnych zwolnień na dużą skalę ani poważnych reorganizacji: co więcej, gdy kurs rubla po gwałtownych wahaniach wrócił do obecnych wartości (ok. 60 rubli za dolara), kierownictwo wprowadziło nieplanowaną podwyżkę płac o 10 proc..
– W zasadzie [po rozpoczęciu wojny] po prostu niektóre projekty zaczęły zwalniać, inne – przyspieszać: na przykład [przyspieszono] wszystko, co dotyczyło substytucji importu. Nastąpiła redystrybucja budżetu. W firmie początkowo krążyły plotki, że przez jakiś czas nie będą podnosić wynagrodzeń, ale okazało się, że tak nie jest: byłem świadkiem, jak zatrudniano nowych ludzi, niektórzy awansowali, a niektórym zwiększono wypłaty – opowiada obecny pracownik spółki Gazprom Nieft.
Jak mówi były pracownik Gazprom Export, w związku z konfliktem Gazprom musiał całkowicie zamknąć gazociąg Jamał-Europa, ponieważ przebiega on przez Polskę, z którą oficjalnie nie można dokonywać transakcji. Zdaniem naszego źródła pomimo działań wojennych paliwo nadal płynie do niektórych krajów UE rurociągiem Uriengoj-Pomary-Użhorod, który przebiega przez Ukrainę. Dostawy gazociągiem Nord Stream do Niemiec zostały znacznie ograniczone i obecnie gazociąg jest wykorzystywany w zaledwie 20 proc. swojej przepustowości.
Według raportu Gazpromu, który został opublikowany 16 sierpnia, od stycznia do połowy sierpnia 2022 roku dostawy do krajów spoza sojuszniczej Wspólnoty Niepodległych Państw (WNP) – przede wszystkim do krajów Unii Europejskiej, spadły o 36,2 proc. i wyniosły 78,5 mld metrów sześciennych. W tym samym czasie wydobycie spadło o 13,2 proc., a popyt na gaz spółki nieznacznie spadł, także na rynku krajowym – o 2,3 proc.
Nie wiadomo, skąd w tej sytuacji Gazprom bierze pieniądze na zwiększenie wynagrodzeń i rozwój własnych projektów. Nasze źródła wśród pracowników spółki zwracają uwagę, że w odrabianiu strat pomagają najpewniej zawyżone ceny surowców – były one wysokie jeszcze przed wojną. Teraz cena za 1000 metrów sześciennych przekroczyła 2600 dolarów – tak wynika z danych londyńskiej giełdy ICE. W styczniu – ostatnim przedwojennym miesiącu – cena za tysiąc metrów sześciennych gazu oscylowała wokół granicy tysiąca dolarów; w 2021 roku średnia cena gazu eksportowanego z Rosji wynosiła 274 dolary za tysiąc metrów sześciennych.
– Ceny [od początku wojny] podwoiły się, choć już wcześniej były bardzo wysokie. Nawet przy takim ograniczeniu dostaw Gazprom raczej będzie zyskiwać – uważa były pracownik biura Gazprom Export.
Zgadza się z nim inny z naszych rozmówców, pracownik spółki Gazprom Nieft.
– Gazprom i tak stracił sporą część zysków, ale nie jest to sytuacja krytyczna. Firma jest de facto monopolistą w Rosji i jednym z największych graczy gazowych na świecie, więc daleko jej do bycia na skraju bankructwa – zauważa nasz rozmówca.
W nowym raporcie Gazprom straszy europejskich klientów: przedstawiciele spółki twierdzą, że zachodnie sankcje i zmniejszenie wydobycia spowodują, że zimą cena przekroczy 4 tys. dolarów za tysiąc metrów sześciennych. Ceny utrzymywały się blisko tym wyliczeniom tylko raz w całej historii – na początku marca tego roku rekordową cenę 3,9 tys. dolarów za tysiąc metrów sześciennych ustalono ponieważ kraje europejskie obawiały się, że tranzyt Gazpromu przez Ukrainę zostanie całkowicie przerwany. Ponieważ tak się nie stało, cena gazu zaczęła wkrótce spadać.
Analityk ekonomiczny i ekspert rynku ropy i gazu Michaił Krutichin, uważa jednak, że prognoz Gazpromu nie należy traktować poważnie.
– Wszystkie prognozy Gazpromu cechują się kłamstwami, co pokazała już historia. Przypomnijmy prognozy dotyczące kapitalizacji Gazpromu czy zapotrzebowania Europy na rosyjski gaz. Wszystkie te kłamstwa były przeznaczone dla uszu prezydenta – nikogo innego. A teraz wszystkie te prognozy dotyczące cen w Europie są przeznaczone tylko dla niego – stwierdził ekspert.
Od początku wojny gazowej Gazprom często informował o zwiększeniu dostaw do Chin: jego ostatni raport wykazał wzrost eksportu do tego kraju. Wcześniej rosyjski monopolista gazowy informował o 60-procentowym wzroście dostaw do Chin w pierwszych czterech miesiącach roku. Dla analityków, którzy pojawiają się w rosyjskich mediach państwowych, stało się to powodem do twierdzenia, że Gazprom mógłby łatwo przeorientować swoje dostawy i zastąpić rynek europejski azjatyckim.
Jednak, jak mówi Krutichin, w rzeczywistości Chiny nie są tak obiecującym kierunkiem, jeśli chodzi o dostawy rosyjskiego gazu.
– Porównajmy. W ubiegłym roku Gazprom dostarczył 155 mld metrów sześciennych gazu do Europy i 10 mld do Chin. Rurociąg Siła Syberii jest stopniowo rozbudowywany; swoją projektową pojemność osiągnie w 2025 roku. Jego docelowa przepustowość wynosi 38 mld metrów sześciennych. Nie ma możliwości, żeby te 38 mld zastąpiło 155 mld metrów sześciennych w Europie od 2025 roku – wyjaśnia analityk.
Mimo takiego stanu rzeczy rosyjskie władze nie wpadają w rozpacz: w połowie kwietnia Władimir Putin polecił rządowi przyspieszenie prac nad wschodnią infrastrukturą do transportu gazu. Chodzi przede wszystkim o projekt Siła Syberii-2, czyli gazociąg, który miałby połączyć syberyjskie złoża, działające dotychczas na potrzeby dostaw do Europy, z regionem Sinciang-Ujgur w zachodnich Chinach. O pomyśle budowy mówi się od ponad 10 lat, ale gazociąg wciąż jest na etapie projektowania.
– Chcą zbudować gazociąg na około 100 mld metrów sześciennych, który zastąpi dostawy do Europy. Ale są dwa problemy: po pierwsze budowa rury o takiej przepustowości na takim dystansie do Chin potrwa co najmniej 12-15 lat. Po drugie Chiny nie podpisały i nie zamierzają podpisać umowy na import dodatkowych ilości gazu z Rosji. Otrzymują wystarczające ilości bez dodatkowego rosyjskiego gazu – uważa Krutichin.
Według eksperta sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że Chiny kategorycznie odmawiają przyjęcia rosyjskiego gazu w tranzycie przez Mongolię. Z kolei Gazprom nie ma praktycznie żadnych innych perspektyw poza Chinami na kierunku azjatyckim.
– A gdzie jeszcze wysłać [gaz] przez rurę? Przynajmniej dwa razy w roku urzędnicy podróżowali z Delhi do Moskwy i z Moskwy do Delhi, aby omówić projekt gazociągu do Indii. Ale ciężko pokazać na mapie, jak taki rurociąg miałby biec – przez co i dokąd. Urzędnicy się bawią, dostają za to pieniądze, jest budżet na promocję pomysłów, ale gazociągu nie ma i raczej nie będzie – mówi.
Dla krajów europejskich, które stopniowo rezygnują z rosyjskich dostaw, jedną z głównych alternatyw staje się ciekły gaz ziemny – eksport LNG z USA do UE do końca czerwca przekroczył – choć nieznacznie – dostawy Gazpromu.
belsat.eu










