poniedziałek, 29 sierpnia 2022


Dane Platts pokazują, że wykorzystanie mocy terminali LNG w USA sięgnęło w czerwcu 325 mln m sześc. dziennie w związku z uruchomieniem nowego ciągu skraplającego gazoportu w Calcasieu Pass, który ma teraz przepustowość 12 mln ton LNG rocznie. Ograniczeniem rozwoju eksportu amerykańskiego gazu skroplonego jest usterka Freeport LNG, odpowiadającego za 23 procent sprzedaży tego paliwa za granicę, która ma się skończyć w listopadzie.

Niewystarczająca ilość terminali LNG oraz gazociągów pozwalających rozprowadzić efektywnie to paliwo w Europie winduje cenę gazu osiągającą rekordowy poziom przez ograniczenie podaży Gazpromu. Kommiersant liczy, że gaz na giełdzie amerykańskiej Henry Hub kosztuje 9,3 dolara za MBtu, a na giełdzie TTF w Europie już 100 dolarów za tę samą ilość, czyli prawie 300 euro za megawatogodzinę i 3600 dolarów za 1000 m sześc. Rosyjska gazeta przypomina, że najbardziej popularna formuła kontraktu na dostawy LNG z USA to 115 procent ceny Henry Hub plus około 3 dolary za MBtu kosztów transportu, czyli około 13,7 dolarów za MBtu. Sprzedaż w formule free on board daje zatem zysk około 2100 dolarów na każdym 1000 m sześc.

To bodziec do nowych inwestycji w gazoporty amerykańskie. Powstają już nowe moce w Golden Pass (12 mln ton), Plaquemines LNG (13,3 mln ton) oraz Corpus Christi (dodatkowe 11,5 mln ton). Te projekty razem ze wspomnianym Calcasieu Pass mają dawać rocznie około 49 mln ton LNG rocznie, czyli połowę eksportu Gazpromu do Europy w 2021 roku. Ten spada przez ograniczenie dostaw obserwowane od wakacji zeszłego roku, a zatem udział LNG z USA może być jeszcze większy. Tymczasem Amerykanie stoją przed decyzjami o kolejnych mocach w Lake Charles, Driftwood LNG, Freeport LNG, Texas LNG i Rio Grande LNG.

Warto przypomnieć, że Polska ma szereg kontraktów w formule free on board. PGNiG podpisało takie umowy na w sumie ponad 9 mld m sześc. rocznie po regazyfikacji. To umowy z Venture Global LNG (5,5 mln ton rocznie od 2023 roku), Sempra LNG (3 mln ton rocznie od 2027 roku) w formule FOB oraz z Cheniere Energy (1,45 mln ton rocznie od 2023 roku) z formułą delivery ex ship. Ta oznacza określoną cenę zależną od Henry Hub bez doliczania kosztów transportu, które bierze na siebie dostawca. Może to być obecnie jeden z najtańszych kontraktów na świecie.

Ilość LNG sprowadzanego do Polski może być tak duża, że przekroczy moce nominalne terminalu w Świnoujściu, która sięga 6,1 mld m sześc. rocznie, ale odpowiednie „kolejkowanie” pozwoliło Gaz-Systemowi zwiększyć jego wykorzystanie do 6,3 mld m sześc. rocznie poprzez przyjmowanie gazowców częściej niż raz w tygodniu. 

biznesalert.pl/Kommiersant/Platts

Cena energii na giełdzie niemieckiej w kontraktach na przyszły rok przebiła 1000 euro za megawatogodzinę. Cena gazu w kontraktach na giełdzie TTF na pierwszy kwartał 2023 roku kosztuje już 320 euro za megawatogodzinę. Te kilkusetprocentowe wzrosty w stosunku do zeszłego roku są skutkiem kryzysu energetycznego podsycanego przez Gazprom, który ogranicza podaż gazu w Europie od wakacji 2021 roku.

– Rynek wymknął się spod kontroli do pewnego stopnia, zmienność rynkowa przestaje reagować na dobre wieści i tylko złe się akumulują windując ceny – powiedział minister przemysłu Czech Jozef Skela cytowany przez agencję CTK. Czechy dzierżą prezydencję w Unii Europejskiej i mają rozważać zwołanie kolejnego szczytu poświęconego kryzysowi energetycznemu, który pozwoliłby rozważyć cenę maksymalną energii, gazu, a także rozerwanie więzi miedzy ich wartością na rynku. Ceny energii są wyznaczane na giełdzie w uzależnieniu od kosztów pozyskania gazu, który jest istotnym paliwem elektrowni w Europie Zachodniej. Cena z giełdy przenosi się na rachunki za energię i gaz na całym, połączonym rynku europejskim.

Po wstępnym oporze z jesieni 2021 roku takie rozwiązania zyskują posłuch w Europie Zachodniej doświadczonej kryzysem. Do grona państw Europy Środkowo-Wschodniej obstających za takimi rozwiązaniami dołączają kolejne kraje z zachodniej części kontynentu: Austria, Holandia i Niemcy.

biznesalert.pl/Reuters/Bloomberg

Z raportu Wspólnego Centrum Badawczego Komisji Europejskiej wynika, że tegoroczna susza bardzo poważnie wpłynęła na wytwarzanie energii w Europie.

Nieco wcześniej Europejskie Obserwatorium ds. Susz poinformowało, że aż 2/3 Europy objęte jest obecnie stanem ostrzegawczym lub alarmowym. Wiele krajów zmaga się z falami upałów oraz ogromnymi pożarami, które dotychczas strawiły już tysiące hektarów lasów i pól.

„Poważne niedobory opadów wpłynęły na przepływy rzeczne w całej Europie” - czytamy w raporcie unijnej agencji. Eksperci dodają, że ograniczenia w dostępie do wody mają „duży wpływ na sektor energetyczny”. Chodzi tutaj zarówno o generację z elektrowni wodnych, jak i systemy chłodzenia innych rodzajów siłowni.

Ze wstępnych danych Komisji Europejskiej wynika, że susza, której obecnie doświadcza Europa jest najpoważniejszym tego typu zjawiskiem od ponad... 500 lat.

energetyka24.com

niedziela, 28 sierpnia 2022


Modernizacja sił zbrojnych zaczęła się na dobre po wojnie w Gruzji w 2008 roku. Saakaszwili został upokorzony, a poczucie bezpieczeństwa Gruzji oraz jej polityka zagraniczna legły w gruzach, lecz przebieg wydarzeń rozczarował Putina i jego doradców. Ich siły zbrojne dały słabo skoordynowane przedstawienie. Armia rosyjska dysponowała przewagą wyposażenia i elementem zaskoczenia, a mimo to, choć w parę dni wygrała wojnę, nie wyprowadzała ciosów z satysfakcjonującą skutecznością. Od końca lat osiemdziesiątych jej potencjał odstraszania siłą militarną zależał w znacznej mierze od strategicznego arsenału jądrowego. Kondycja konwencjonalnych wojsk rosyjskich stopniowo się pogarszała, a nawet głowice atomowe oraz mogące je przenosić międzykontynentalne pociski balistyczne i okręty podwodne wymagały modernizacji. Takiego stanu rzeczy Putin nie mógł dłużej tolerować, tym bardziej, gdy Ministerstwo Obrony przechwalało się, że Rosja w swoich ambicjach nie ogranicza się już do samej Rosji i jej „bliskiej zagranicy”. Dwudziestego szóstego lutego 2014 roku, dokładnie na dzień przed przejęciem przez oddziały rosyjskie całego Sewastopola, Szojgu wspomniał o rosyjskich zamiarach rozmieszczenia swoich wojsk w dalekim Singapurze, na Seszelach, w Nikaragui oraz w Wenezueli.

Putin ani myślał słuchać tych, którzy pragnęli pozostawić wydatki na obronność na dotychczasowym poziomie. Na początku nowego tysiąclecia rosyjski budżet wojskowy stopniowo wzrastał, w 2013 roku osiągając poziom o 172 procent wyższy od tego z roku 2000, czego udało się dokonać w znacznej mierze dzięki zwiększonym przychodom z eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego. W 2000 roku kraj przeznaczał na siły zbrojne 3,6 procent PKB. Trzynaście lat później było to 4,2 procent, a w 2016 roku, choć dwa lata wcześniej nastała recesja, wskaźnik wzrósł do 4,5 procent. Jak można było przewidzieć, taka tendencja okazała się trudna do utrzymania, toteż założenia na 2017 rok obejmowały zredukowanie wydatków na obronność do 3,1 procent PKB, aby zahamować wykrwawianie się budżetu.

Wszystko to kłóciło się z założeniami strategicznymi czynionymi przez Amerykę od lat dziewięćdziesiątych, kiedy to niedawno zawarte traktaty o redukcji zbrojeń skłoniły Amerykanów do ograniczenia własnej obecności w Europie. Pod wpływem zapału Jelcyna do idei partnerskich relacji z mocarstwami Zachodu politycy i wojskowi planiści w Stanach Zjednoczonych i krajach sojuszniczych nabrali przekonania, że bez ryzyka mogą zredukować wymiar gotowości obronnej. Trend ten utrzymał się w nowym tysiącleciu, po zniszczeniu przez terrorystów bliźniaczych wież World Trade Center w 2001 roku, kiedy działania NATO skupiły się na Afganistanie. W 2003 roku państwom Zachodu doszła sprawa Iraku i niebawem Stany Zjednoczone znalazły się w sytuacji zaangażowania w interwencję militarną na rozległym obszarze rozciągającym się od Libii w Afryce Północnej przez Bliski Wschód aż po Afganistan. Poczynając od jesieni 2011 roku, prezydent Obama wyjawiał zamiar wyrwania się z tej plątaniny i polecił dokonać rewizji amerykańskiej polityki globalnej w celu przesunięcia priorytetów w kierunku regionu Azji i Pacyfiku i narastającej rywalizacji Ameryki z Chinami. Ruch ten zyskał miano strategicznego odwrotu od Europy i Bliskiego Wschodu i znalazł potwierdzenie w orędziu, jakie prezydent w listopadzie wygłosił w parlamencie australijskim. Z nadejściem kolejnego roku Obama, co prawda niechętnie i na ograniczoną skalę, interweniował przy okazji rewolty Libijczyków przeciwko Kaddafiemu. Analitycy na Kremlu doszli do wniosku, że Ameryka nie tuli już kurczowo Europy do swojego łona.

Teraz Amerykanie trzymali na kontynencie europejskim zaledwie pięćdziesiąt trzy czołgi i czterdzieści osiem helikopterów, a liczebność czołgów niemieckich spadła z 2815 do 322. Europejskie państwa członkowskie Sojuszu Północnoatlantyckiego co do zasady ograniczały wydatki na obronność – w 2013 roku przeciętnie przeznaczały na ten cel 1,6 procent PKB, podczas gdy w 1990 roku było to 2,7 procent. W latach 2014‒2016 jedynie Wielka Brytania oraz Polska osiągały uzgodniony w ramach NATO cel wydatkowania przynajmniej 2 procent budżetu na obronność, Estonia zaś zobowiązała się dojść do tego poziomu przed rokiem 2020. Większość sojuszników nie wykazywała oznak choćby zbliżania się do takiego wyniku.

Jeżeli mierzyć liczbą i jakością czołgów, przewaga militarna Rosji była wyraźna, lecz wrażenie kryzysu amerykańskich sił zbrojnych było złudne. Równolegle do ograniczania liczebności sił  konwencjonalnych w Europie Stany Zjednoczone odnawiały też i rozbudowywały system obrony przeciwrakietowej. Irytowało to Rosjan do tego stopnia, że w 2007 roku zawiesili swoje uczestnictwo w konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie. Podpisane w 1990 roku porozumienie było jednym z kamieni milowych na drodze do zakończenia zimnej wojny. Ostateczne wycofanie się zeń Rosji w 2015 roku stanowiło ze strony Kremla ostrzeżenie, że nie zawaha się odpowiedzieć na zagrożenia pod adresem interesów narodowych Rosji – wówczas zaś, wobec reakcji Zachodu na przeprowadzoną rok wcześniej aneksję Krymu, Putin i jego współpracownicy czuli, że nie mają nic do stracenia.

W czasach radzieckich roboczo zakładano, że im większe siły zbrojne będzie miał ZSRR, tym będzie bezpieczniejszy. W gonitwie za liczebnością postradano wydajność. Podejście to uległo zmianie za Gorbaczowa, a następnie Jelcyna, teraz jednak Putin polecił Ministerstwu Obrony opracowanie planu, który pozwoliłby siłom rosyjskim stać się równorzędnym przeciwnikiem dla każdego potencjalnego nieprzyjaciela. Ilość ustąpiła miejsca jakości, a łączna liczebność wojsk rosyjskich uległa redukcji. Liczba oficerów i żołnierzy na służbie spadła z miliona do 845 tysięcy, podczas gdy w liczbie czołgów dokonano jeszcze bardziej  drastycznych cięć – z 12.920 pozostawiono 2550. Z końcem 2016 roku podoficerami w armii rosyjskiej byli już wyłącznie żołnierze zawodowi, nie zaś dawni poborowi.

(...)

Putin lubi sprawiać wrażenie polityka niewzruszonego sankcjami gospodarczymi Zachodu, lecz 3 października 2016 roku chwilowo pokazał się od innej strony. Uchwała, którą wysłał do Zgromadzenia Federalnego, na pierwszy rzut oka miała na celu zawieszenie od dawna obowiązującego porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi dotyczącego kontroli nad międzynarodowym obrotem izotopami plutonu – ale dlaczego Rosja miałaby dążyć do zniesienia restrykcji w handlu tak niebezpiecznymi materiałami? Odpowiedź zawarta była w wymaganiach Moskwy wobec Waszyngtonu, od których spełnienia zależało przywrócenie porozumienia. Żądania Putina dawały wyraz duszącym się pod powierzchnią  resentymentom. Amerykanie mieli zredukować swoje siły i „infrastrukturę wojskową” w państwach, które dołączyły do NATO po roku 2000, do poziomu sprzed powiększenia Sojuszu. Po latach utyskiwań na rozszerzenie NATO Rosjanie wreszcie artykułowali swoje warunki uporządkowania kwestii bezpieczeństwa w Europie Środkowej i Wschodniej, a to, czego Putin oczekiwał, sprowadzało się właściwie do przywrócenia status quo. Rosyjskie działania w Gruzji, na Ukrainie oraz w Syrii pozwoliły krajowi zaznaczyć swój status i autorytet wielkiego mocarstwa.

Jeżeli Waszyngton pragnął lepszych relacji z Moskwą, to ustępstwa ze strony Amerykanów były koniecznością, a na tym etapie kampanii wyborczej Putin mógł być przekonany, że wybory  prezydenckie w Stanach mogą mieć tylko jeden rezultat – wygraną Hillary Clinton – i tylko cud może uratować Donalda Trumpa przed porażką. Celem rosyjskiego prezydenta było więc najwyraźniej nastraszenie prawdopodobnej przyszłej prezydent USA. Putin gotował się do starcia na gołe pięści, które miało się rozpocząć z chwilą, gdy tylko Clinton wprowadzi się do Białego Domu.

Putin mógłby wzmocnić przekaz o pokojowych zamiarach Rosji, gdyby zwrócił uwagę na cięcia poczynione w rosyjskich wydatkach na obronność w 2016 roku, ale to kłóciłoby się z jego jednoczesnym dążeniem do utwierdzenia rosyjskiej opinii publicznej w przekonaniu, że nieugięcie stoi na straży interesu narodowego. Resort finansów zdecydowanie opowiadał się za zmniejszeniem wydatków na siły zbrojne, spadki światowych cen ropy i gazu zaczynały bowiem dawać się we znaki, lecz jeśli wierzyć doniesieniom, apele te spotkały się z żarliwym sprzeciwem ministra obrony Szojgu, który wydarł się na ministra obrony Siłuanowa, że ten naraża newralgiczne i uzgodnione plany modernizacji sił zbrojnych. Siłuanow odparł, że nie ma już na nie pieniędzy, bo kosztowałyby dwa razy tyle, ile resort finansów byłby gotowy na nie przeznaczyć. Putin przysłuchiwał się starciu dwóch stanowisk. Siłuanow tłumaczył, że jeżeli Szojgu postawi na swoim, zajdzie konieczność ścięcia wydatków na świadczenia socjalne. W tym momencie trafił w czuły punkt – Putin i Kudrin, poprzednik Siłuanowa, pokłócili się swego czasu, gdy Kudrin zaapelował o przyspieszenie cięć w świadczeniach socjalnych, a Putin zarzucił Kudrinowi, że ten lekceważy ryzyko polityczne. Lecz Siłuanow ostrożnie dobrał argumentację, świadom, że Putin wzbrania się przed irytowaniem sektorów elektoratu zależnych od zasiłków wypłacanych przez państwo. Putin zwołał grupy robocze, które miały wypracować kompromis, i ostatecznie zdecydował się na ograniczenie wydatków na wojsko, aczkolwiek szczegóły przebiegu dyskusji nie zostały ujawnione.

Tymczasem w dalszym ciągu naciskał na Zachód, by ten zdał sobie sprawę z agresywności swej postawy, jaką z perspektywy Rosji przyjmował w ostatnich latach: „Amerykańskie okręty podwodne u brzegów Norwegii są w stanie ciągłej gotowości bojowej – wystrzelone z nich pociski w siedemnaście minut doleciałyby do Moskwy. My natomiast już dawno temu rozebraliśmy wszystkie nasze bazy na Kubie, nawet te bez znaczenia strategicznego. I wy chcecie nam powiedzieć, że to my się zachowujemy agresywnie?”.

Minister obrony Szojgu dorzucił swoje trzy grosze, zwracając uwagę na amerykański system obrony antyrakietowej instalowany w Polsce i w Rumunii, i spytał, dlaczego NATO nasiliło działalność zwiadowczą wzdłuż granic Rosji. Przez całą dekadę lat dziewięćdziesiątych zarejestrowano zaledwie 107 lotów zwiadowczych, tymczasem w samym tylko roku 2016 zanotowano ich 852. To właśnie, jak utrzymywał szef resortu obrony, zmusiło Rosję do zwiększenia liczby lotów myśliwskich o 61 procent w celu niedopuszczenia do naruszeń rosyjskiej przestrzeni powietrznej nad Bałtykiem, nad Morzem Czarnym oraz w Arktyce. Takie same podstawy do reagowania dawało też nasilenie aktywności zwiadowczej podejmowanej przez marynarki mocarstw zachodnich. Szojgu z przerażeniem oznajmił, że Brytyjczycy prowadzili na równinie Salisbury ćwiczenia wojskowe z wykorzystaniem czołgów rosyjskiej produkcji oraz mundurów armii rosyjskiej – jak zawsze w roli wroga obsadzano Rosję.

Szojgu zwrócił też uwagę na postanowienie warszawskiego szczytu NATO z lipca 2016 roku o rozmieszczeniu części sił sojuszu w państwach Europy Wschodniej w ramach inicjatywy pod nazwą Wysunięta Obecność NATO (Enhanced Forward Presence). W następnym roku Estonia przyjęła grupę batalionową ośmiuset żołnierzy pod dowództwem Brytyjczyków, wzmocnioną jednostkami duńskimi i francuskimi, a z Niemiec przysłano samoloty bojowe Typhoon. Kanadyjczycy skierowali na Łotwę 1200-osobową grupę batalionową, w której znaleźli się też żołnierze z Albanii, Włoch, Polski, Hiszpanii i ze Słowenii; niemiecka grupa batalionowa tych samych rozmiarów, dyslokowana na Litwie, składała się z pododdziałów z Belgii, Chorwacji, Francji, Luksemburga, Holandii i Norwegii. Największy liczebnie był kontyngent Amerykanów, którzy stawili się w Polsce z 250 czołgami. Jednocześnie rządy Litwy, Łotwy i Estonii ogłosiły zamiar podniesienia wydatków na wojsko do 2 procent PKB. Siły rosyjskie w dalszym ciągu dysponowały znaczną przewagą liczebną nad siłami państw bałtyckich, lecz chodziło o to, że NATO musiało zademonstrować solidarność z członkami Sojuszu, którzy po aneksji Krymu poczuli się zagrożeni. Kalkulowano również, że Rosja powstrzyma się przed działaniami, które mogłyby pociągnąć za sobą śmierć żołnierzy z innych krajów Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Politycy państw bałtyckich w dalszym ciągu zamartwiali się kruchością bezpieczeństwa ich krajów, tym bardziej, gdy Rosjanie ogłosili zamiar przeprowadzenia we wrześniu 2017 rok ćwiczeń na Białorusi z udziałem 100 tysięcy żołnierzy. Ćwiczenia pod nazwą Zapad-2017 miały formę łączonych manewrów z siłami zbrojnymi Białorusi, a ich wyimaginowanym wspólnym wrogiem była Wejsznoria. Jak zauważali komentatorzy, wybrany obszar wyraźnie przypominał ukształtowanie terenu części Litwy, Łotwy i Estonii. W Polsce zaniepokojenie wzbudził fakt, że rosyjski plan zakładał atak jądrowy na Warszawę.

W przeddzień manewrów prezydent Ukrainy Petro Poroszenko poinformował parlament, że Kreml szykuje się do „wojny ofensywnej na kontynentalną skalę”. Pojawiły się spekulacje, że Rosjanie nieszczególnie dyskretnie przygotowują się na ewentualny kryzys międzynarodowy, w którego wyniku rosyjskie siły powietrzne i lądowe mogłyby wkroczyć do państw bałtyckich. Ukraińcy nie odrzucali przy tym możliwości, że Rosjanie taki kryzys umyślnie sprowokują. Poroszenko, jak można się było spodziewać, w dalszym ciągu starał się o pozyskanie dostaw zaawansowanego uzbrojenia z Zachodu. Putinowi przy obserwacji przygotowań do operacji, które odbywały się nieopodal Petersburga, towarzyszył szef sztabu generalnego. Minister Szojgu uznał całe ćwiczenia za sukces i zabrał głos, sprzeciwiając się rozpowszechnianym przez zachodnie media „kłamstwom” na temat agresywnych zamiarów Rosji. Kraj – dumny, że najnowszy sprzęt oraz wyszkolenie sprawiły się zgodnie z oczekiwaniami, i zadowolony z poruszenia wzbudzonego w stolicach państw członkowskich Sojuszu Północnoatlantyckiego – cieszył się uwagą, jaką poświęcali mu politycy i wojskowi planiści z Zachodu.

(...)

Coraz więcej dowodów wskazywało na to, że Rosjanie opracowują i testują nowe pociski manewrujące, które mogłyby zagrozić bezpieczeństwu krajów Europy. Dwa bataliony systemu rakietowego  rozmieszczono w okolicach Wołgogradu w południowej Rosji. Putin nie przejął się skargami Amerykanów na łamanie postanowień traktatu INF podpisanego przez Reagana i Gorbaczowa, po czym strona amerykańska nie zrobiła nic aż do października 2018 roku, kiedy to prezydent Trump, który nieoczekiwanie pokonał w wyborach Hillary Clinton, ogłosił, że w rewanżu zamierza jednostronnie wycofać się z porozumienia. Wydawać by się mogło, że między dwoma sygnatariuszami doszło do wymiany wet za wet, lecz w sprawie chodziło o coś jeszcze. W postanowieniach traktatu, pomimo zgłaszanych przez Gorbaczowa obiekcji, w ogóle nie uwzględniono Chin, gdy zaś w Białym Domu znalazł się Barack Obama, to nie Rosjanie, a właśnie Amerykanie zwracali uwagę na zagrożenie ze strony Chińczyków. Trump i jego doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton starali się znaleźć odpowiedź na wzrastającą potęgę militarną Chin, a teraz szachrajstwo Putina dawało im pewien pretekst, by wycofać się z porozumienia, jednocześnie nie wskazując wprost na Chińczyków jako na wroga. Napięcie rosło. Trójkątna rywalizacja Ameryki, Chin i Rosji miała stać się przyczyną globalnego napięcia w XXI wieku – a Rosjanie mieli równie dobre powody do poruszenia jak wszyscy pozostali.

Robert Service - Na Kremlu wiecznie zima

sobota, 27 sierpnia 2022


Pierwsze porozumienie nuklearne z Iranem zostało zawarte w 2015 roku. Umożliwiło prowadzenie inwestycji w tym kraju i sprowadzanie z niego surowców energetycznych, które są istotne szczególnie w trakcie trwania obecnego kryzysu energetycznego. Pierwsza umowa została zerwana przez Donalda Trumpa w 2018 roku, w konsekwencji czego wróciły obecnie obowiązujące sankcje wobec Iranu, które blokują jego możliwości eksportowe dotyczące w szczególności ropy. Iran nie zacznie eksportować gazu na większą skalę, dopóki nie zostanie ustanowione odpowiednie porozumienie zdejmujące obecne sankcje, jest ono jednak odległe w realizacji.

W przypadku podpisania porozumienia Iran potrzebowałby 12 miesięcy na zwiększenie swojej produkcji ropy. Przewidywane zwiększenie możliwości produkcyjnych spowodowałoby wytworzenie o ponad milion baryłek ropy dziennie więcej niż obecnie. Wzrost potencjału wytwórczego szacowany jest na przejście z produkcji z 2,7 mln do 3,7 mln baryłek ropy dziennie. Eksport potrzebowałby kilku miesięcy aby dostosować się do nowych warunków i zacząć w pełni funkcjonować.

Bez sankcji Iran posiada możliwość eksportu około 2 mln baryłek ropy dziennie. Ponadto, prognozy Golden Sachs informują, że kraj ten może obniżyć przewidywaną cenę za baryłkę ropy o 15 amerykańskich dolarów. W dodatku zwiększył on eksport swoich baryłek ropy w czerwcu i lipcu. Może go jeszcze powiększyć oferując zniżki na rosyjską ropę dla swojego głównego nabywcy – Chin. Iran pomimo sankcji USA zwiększa swój eksport i nieustannie rywalizuje z Rosją w dostawach do Państwa Środka, które nie są obłożone sankcjami.

Wzrost cen ropy, spowodowany kryzysem energetycznym, zdjął z Teheranu presję na podpisanie porozumienia nuklearnego. Przy deficycie ropy na świecie, Iran znalazł się w komfortowej sytuacji. Jednakże, jeżeli porozumienie doszłoby do skutku, kraj ten mógłby eksportować ropę nie tylko do Chin, ale także do Korei Południowej i krajów europejskich, co byłoby dla niego szansą na szybkie wzbogacenie się i rozwój. Przewaga cenowa rosyjskiej ropy zniknęła w skutek spadającego popytu na nią w Europie w związku z rosyjską inwazją na Ukrainę. Chiny importując irańską i rosyjską ropę zwiększają konkurencyjność swojej gospodarki względem Zachodu, który płaci za ropę z Bliskiego Wschodu, Afryki i USA. Chiny utrzymują stałe relacje handlowe z Rosją i Iranem zacieśniając wspólną współpracę, będąc jednocześnie przeciwko sankcjom nałożonym przez Waszyngton, które uderzyły w irański eksport ropy i tym samym przychody tego kraju.

Iran może liczyć na zyski po podpisaniu porozumienia nuklearnego. Jego ropa może zaś ułatwić przechodzenie kryzysu wielu europejskim krajom. Fundacja Obrony Demokracji dokonała wyliczeń możliwych zysków, które może osiągnąć Iran po podpisaniu nowego układu.

Dopóki jednak porozumienie nuklearne nie pozostanie podpisane, do tego czasu eksporterzy ropy z Bliskiego Wschodu, Afryki i USA będą zarabiać w Europie i generować znaczne zyski. Z chińskiej perspektywy jest to również korzystne, ponieważ zachodnie gospodarki rezygnujące z rosyjskiej i irańskiej ropy pomagają Chinom kupować ją w niższej cenie poprawiając tym samym ich sytuację gospodarczą, która ostatnio pogorszyła się, na co wskazują ostatnio opublikowane dane na temat mniejszego wzrostu gospodarczego Państwa Środka od oczekiwań. Ewentualne podpisanie porozumienia nuklearnego z Iranem mogłoby spowodować sprzedaż irańskiej ropy głównie na rynek europejski, co pozwoliłoby na większy eksport rosyjskiego gazu na rynek chiński.

Według grupy Goldman Sachs, utrzymująca się sytuacja jest korzystna dla obu stron negocjujących stron. Jedynie dla importerów gazu aktualna sytuacja nie jest niesprzyjająca. Kraje Unii Europejskiej importują 1,2 miliona baryłek ropy dziennie, co odpowiada dwóm trzecim importu rosyjskiego gazu sprzed czasu inwazji Rosji na Ukrainę. Dostawy te z powodu nałożonych sankcji zmniejszą się do grudnia. Wtedy poszukiwany będzie nowy dostawca gazu, którym może stać się Iran, pomagając zapełnić lukę. Kraj ten jest gotowy na zwiększenie swojego importu i posiada przygotowane 100 milionów baryłek ropy gotowych do natychmiastowego eksportu. Międzynarodowa Agencja Energetyczna ostrzegła, że cały proces może potrwać dłużej niż oczekiwano bo irańskie tankowce potrzebują odpowiednich certyfikatów i muszą zostać ubezpieczone.

Premier Izraela stanowczo sprzeciwił się temu porozumieniu. Jak wiemy Izrael jest sojusznikiem USA na Bliskim Wschodzie i jego zdanie musi zostać wzięte pod uwagę przez amerykańskich rządzących. Nie chce on aby z Iranu zdjęto ekonomiczne sankcje i prawdopodobnie będzie chciał przedłużać proces negocjacji.

Natomiast rosyjski emisariusz Mikhail Ulyanov w trakcie negocjacji dotyczących nuklearnego porozumienia przedstawił zdanie strony rosyjskiej i poinformował o jej optymizmie związanym z inicjatywą wprowadzenia ustaleń w życie. Ulyanov stwierdził, że rezultaty negocjacji zależą od USA i ich reakcji na irańskie sugestie. Powrót do dostaw irańskiej ropy może zapewnić lukę w rosyjskich dostawach.

Chiny natomiast, mimo wyrażenia przyzwolenia na porozumienie, są neutralne i jak zazwyczaj starają się nie ingerować w politykę międzynarodową, która bezpośrednio ich nie dotyczy. Już wcześniej chciały one zezwolić irańskim tankowcom na korzystanie z chińskich portów bez względu na to czy były one odpowiednio ubezpieczone i posiadały wymagane certyfikaty, czy nie.

Indie wyraziły chęć do zwiększenia importu rosyjskiego gazu i jak najszybsze przyznanie rosyjskim tankowcom odpowiednich uprawnień.

Również Korea Południowa i Japonia, które są zależne i potrzebują znacznych ilości gazu, optymistycznie zapatrują się na przyszłe dostawy irańskiego gazu.

Oficjalne władze Iranu są skłonne do podpisania nuklearnego porozumienia, jednakże w kraju panuje silna opozycja wobec tej możliwości. Jest ona wywołana głównie za sprawą ajatollaha Aliego Chameineigo, który twierdzi że umowa ze USA oznacza poddanie się i rezygnację z walki. Zdanie religijnego przywódcy wiele znaczy w Iranie i często mówi się, że ma on największą władzę w kraju.

biznesalert.pl

- Dugin to nie jest żaden "mózg Putina", czy jego "bliski sojusznik". Jego rola jest często przeceniana i opacznie rozumiana - mówi Gazeta.pl prof. Agnieszka Legucka, analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Faktem jest to, że władze Rosji w ostatnich latach wydają się podążać ścieżką opisaną znacznie wcześniej przez Dugina. Przekonanie, że Rosja musi być wielkim imperium. Nieunikniona wojna z USA. Nacisk na uduchowiony nacjonalizm pomieszany z mesjanizmem. Kult śmierci. Konieczność wymazania Ukrainy z mapy, a narodu ukraińskiego z rzeczywistości.

W sposób zrozumiały przekłada się to na zainteresowanie śmiercią jego córki w zamachu i spekulacjami, czy celem nie był przypadkiem on sam. Jednak czy Kreml rzeczywiście podąża ścieżką wyznaczoną przez Dugina, czy po prostu Dugin zręcznie opisał nurt, którym płynie Rosja i Putin oraz jego otoczenie?

- Nie można mu odmówić, inteligencji i zdolności do wyrażania swoich poglądów w przyciągający uwagę sposób. Niezależnie od tego jak bardzo można się z nim nie zgadzać - mówi prof. Legucka. Jego książki są napisane w sposób przystępny. Jego wykłady i wywiady są płynne, zrozumiałe i mogą być pociągające, choć dla nas na zachód od Rosji ich treść może się wydawać po trochu szokująca, absurdalna i niepokojąca.

Najbardziej znanym dziełem Dugina jest książka "Podstawy geopolityki" z 1997 roku. Czyli opublikowana nieco ponad pięć lat po rozpadzie ZSRR, w realiach głębokiej jelcynowskiej zapaści, kiedy Rosji było bardzo daleko od jakichkolwiek realnych pretensji do wielkości. Wielu Rosjan nie mogło znieść tej rzeczywistości i żyli w tęsknocie za minioną potęgą, oraz we wściekłości na wszystkich, którzy ich zdaniem przyczynili się do jej utraty. Podatny grunt na nacjonalizm w jego skrajnych odmianach.

- Książka Dugina odbiła się szerokim echem w rosyjskich kręgach naukowych i wojskowych. To nie jest jednak tak, że on w niej odkrył coś nowego. Stworzył jakąś myśl. On po prostu sprawnie wpisał się w jeden z nurtów rosyjskiego myślenia o świecie, który sięga pierwszych dekad XX wieku - opisuje prof. Legucka. Książka Dugina należy do nurtu geopolityki, która zakłada, że to geografia jest czynnikiem decydującym w polityce międzynarodowej. W związku z tym rozległa i strategicznie położona na styku Europy i Azji Rosja ma być skazana na wielkość. Konflikt z USA jest z tego powodu nie do uniknięcia. Większość państw powstałych po rozpadzie ZSRR należy wchłonąć. Chiny należy osłabić i skierować ku ekspansji na południe. Europę należy zjednać, zawiązując sojusz zwłaszcza z Niemcami i Francuzami, niechętnymi dominacji USA. Polska, Ukraina i inne mniejsze państwa pomiędzy Rosją a Europą Zachodnią, jako twory sztuczne nie powinny istnieć. To, co mniejsze narody myślą, czego chcą, nie ma znaczenia. Liczy się misja wielkich, takich jak Rosja. Wszystko to zaprawione dużą dozą mistycyzmu, przekonania o wielkiej roli kościoła prawosławnego i dodatkowo kultem śmierci.

- Dugina w Rosji traktowano raczej nie jako twórcę jakiejś nowej koncepcji, ale tego, który dobrze wyczuł koniunkturę na odrodzenie się nacjonalizmu, neoimperializm czy wręcz faszyzmu. Pragmatyka, który wie, co powiedzieć i napisać, żeby zarobić - opisuje prof. Legucka. Dugin bardzo sprawnie działał w mediach społecznościowych i się promował. Choćby jako jeden z pierwszych zaczął używać Youtube, gdzie można było obejrzeć jego wykłady. Choć stwarzał wrażenie, że jego książka jest przyswajana z zapartym tchem w ważnych ośrodkach decyzyjnych państwa rosyjskiego, to rzeczywistości było w tym wiele autopromocji.

- Tak naprawdę jego wpływ na Kreml był pozorny. Żaden z niego "ideolog Putina". To bardzo dalekie od rzeczywistości. Nie jest też poważany w rosyjskiej inteligencji czy kręgach naukowych. Absolutnie. W 2014 roku nawet wyrzucono go z uniwersytetu, bo oznajmił, że jego zdaniem trzeba "zabijać, zabijać Ukraińców" - opisuje analityczka PISM. Dugin i jego zwolennicy mogli jednak twierdzić, że Kreml kieruje się ich wizją świata, ponieważ rzeczywiście z czasem zaczął prowadzić politykę zbieżną z tym, co on opisał w swojej książce z 97 roku. - Tylko stało się tak nie z powodu jego wpływu, ale w wyniku samodzielnej decyzji Putina i jego otoczenia. Po prostu ten sposób myślenia o świecie do nich przemawiał i rozumieli, że przemawia też do istotnej części Rosjan - uważa prof. Legucka.

Jej zdaniem realnie Dugin ma teraz marginalne wpływy w Rosji. - W 2014 roku, kiedy wybuchła wojna z Ukrainą, mógł jakieś mieć. Był jednym z wyjątków w Rosji. Jastrzębiem wzywającym do ostrego kursu wobec Ukraińców. Dzisiaj takich jastrzębi jest mnóstwo i niczym się nie wyróżnia. Ginie w tłumie - mówi ekspertka. Owszem, trochę jest rozpoznawalny, ale nic wyjątkowego. - Raczej jako źródło uciechy, że ci na Zachodzie to go uważają za kogoś poważnego i wpływowego - dodaje prof. Legucka.

gazeta.pl

Grupa polityków partii Scholtza – z lewego skrzydła SPD chce jednak radykalniejszych działań na rzecz jak najszybszego zakończenia wojny na Ukrainie i namawia do ofensywy dyplomatycznej. Odradzają dostarczanie Ukrainie ciężkiego uzbrojenia, bo to ich zdaniem prowadzi do eskalacji konfliktu.

– Potrzebujemy jak najszybszego zawieszenia broni jako punktu wyjścia do kompleksowych negocjacji pokojowych – piszą oni w apelu zatytułowanym „Broń musi zamilknąć!”, do którego dotarł tygodnik Spiegel.

Autorzy wzywają do nowej próby „globalnej polityki odprężenia”. Co prawda zasadnicza poprawa stosunków z Rosją będzie możliwa dopiero w „erze postputinowskiej”. Na razie jednak „należy, na podstawie uznania realiów, które się nie podobają, z rządem rosyjskim znaleźć modus vivendi, który wyklucza dalszą eskalację wojny”. W końcu będzie musiało dojść do „porozumienia między Ukrainą a Rosją”.

Zdaniem lewicy SPD, UE i jej państwa członkowskie powinny zintensyfikować działania dyplomatyczne. Dokument stwierdza, że należy zintensyfikować wymianę z kilkoma krajami „w celu pozyskania ich do roli mediatora między zwaśnionymi stronami”. Autorzy wyraźnie wymieniają Chiny, które mają bliskie związki z Moskwą – pisze Spiegel.

W apelu politycy lewicowego skrzydła SPD ostrzegają przed dostarczaniem ciężkiego sprzętu wojennego na Ukrainę i odwołują się do niebezpieczeństwa wojny nuklearnej.

– Spirala eskalacji musi zostać zatrzymana – piszą. – Dlatego przy każdej dostawie broni należy dokładnie zważyć i rozważyć, gdzie leży „czerwona linia”, która może być odebrana jako przystąpienie do wojny i sprowokować odpowiednie reakcje”.

Wśród socjaldemokratów, którzy podpisali się pod nowym apelem, jest kilku posłów do Bundestagu, Parlamentu Europejskiego i krajów związkowych. Ponadto apel poparli także były szef rządu Bremy Carsten Sieling oraz burmistrz Dortmundu Thomas Westphal.

belsat.eu wg PAP

piątek, 26 sierpnia 2022


Po pół roku wojny Ukraina może świętować sukces – dzięki mobilizacji całego społeczeństwa do walki i nieprzerwanemu wsparciu Zachodu w zakresie rozpoznania i logistyki wciąż skutecznie się broni. Z kolei Rosja nie zrealizowała deklarowanych wcześniej celów, na czele z „denazyfikacją” i „demilitaryzacją” Ukrainy oraz przejęciem nad nią kontroli. Starcie zbrojne trwa już znacznie dłużej, niż przewidywał Kreml, co pozwala pierwsze półrocze wojny uznać za rosyjską porażkę. Od końca marca, kiedy Rosja zdecydowała o wycofaniu wojsk z północy Ukrainy i części obwodu mikołajowskiego, a na południu i wschodzie ukształtowała się linia frontu, agresja rosyjska przeszła z fazy wojny manewrowej do pozycyjnej. Od tego czasu sytuacja strategiczna znacząco się nie zmieniła i pozostaje w dużej mierze statyczna. Jednak inicjatywa nieprzerwanie znajduje się po stronie rosyjskiej i wszelkie zachodzące na froncie zmiany są konsekwencją jej działań. Wojska agresora utrzymują względnie stabilne lądowe połączenie z Krymem i w powolnym tempie spychają armię ukraińską z pozycji zajmowanych przez nią w Donbasie, który pozostaje głównym obszarem walk. Zapowiadana przez Kijów kontrofensywa w dalszym ciągu jest jak na razie elementem przekazu informacyjnego, mającego wspierać morale obrońców. Ukraina wciąż nie ma dostatecznej liczby sił i wystarczających środków, głównie ciężkiego uzbrojenia o charakterze ofensywnym, aby móc podjąć próbę odbicia okupowanych terenów.

Ukraina: wszystko dla frontu

W warunkach niedoboru środków oraz w sytuacji pełnego uzależnienia od Zachodu w zakresie dostaw materiałów wojennych (uzbrojenia i sprzętu wojskowego, amunicji, paliw etc.) Kijów postawił na obronę totalną. Do obrony wykorzystano w zasadzie cały potencjał państwa, a za sprawą powszechnej mobilizacji zaangażowano do niej blisko 1 mln żołnierzy i funkcjonariuszy. W formacjach o charakterze stricte wojskowym – Sił Zbrojnych, Gwardii Narodowej, Służby Granicznej i Obrony Terytorialnej – służy co najmniej 450 tys. żołnierzy, a liczba ta może być jeszcze zwiększona przez formowane w razie potrzeby ochotnicze formacje OT. Mimo że obrońcy przeważają na teatrze działań wojennych nad siłami rosyjskimi trzykrotnie (liczebność zaangażowanych bezpośrednio wojsk agresora nie przekracza 150 tys. żołnierzy), to na ich niekorzyść działają niedobory w wyposażeniu, a także – według szacunków ukraińskich – 10–15-krotna przewaga Rosjan w ciężkim uzbrojeniu. Ukraina próbuje ją niwelować poprzez wykorzystywanie do obrony infrastruktury cywilnej w miejscowościach, z których wcześniej podejmuje się próby ewakuacji mieszkańców. Tylko w taki sposób, wyposażeni głównie w masowo dostarczoną z Zachodu broń lekką, żołnierze po stronie ukraińskiej mają szansę powstrzymywać ataki. Konsekwencją takich działań jest jednak postępujące niszczenie miejscowości przez rosyjskie artylerię i lotnictwo. Ponadto Rosjanie systematycznie celowo uderzają w obiekty cywilne, które nie zostały przejęte przez armię ukraińską, a nadal wykorzystuje się je zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem. Dostawy artylerii (w tym rakietowej) z Zachodu są zbyt małe, by skutecznie powstrzymywać regularnie ponawiane przez wroga natarcia na pozycje ukraińskie, a czynione przez obrońców szkody (w ostatnich tygodniach głównie przez pociski naprowadzane z systemów HIMARS i – w dużo mniejszym stopniu – w wyniku działań dywersyjnych) choć są spektakularne, to jednak pozostają nieliczne w zestawieniu z wrogim potencjałem.

Ukraina nie jest obecnie w stanie wykorzystać w walkach przewagi ludzkiej, głównie z powodu braku możliwości należytego wyposażenia nowo formowanych pododdziałów. Ze względu na utrzymujące się zagrożenie ponownym uderzeniem Rosji od północy Kijów nie zdecydował się jednak na złagodzenie rygorów przedłużanej co trzy miesiące od 24 lutego ustawy o powszechnej mobilizacji, odrzucając związane z tym postulaty. Kierownictwo resortu obrony deklaruje, że poza bieżącym uzupełnianiem stanów jednostek potrzebuje i jest w stanie wykorzystać jedynie nielicznych specjalistów wojskowych – artylerzystów, łącznościowców, operatorów BSP, specjalistów w zakresie cyberwojny. W celu utrzymania spójności obrony władze Ukrainy zdecydowały się także na szereg innych działań, z których za najważniejsze należy uznać wprowadzenie zmian ustawowych obligujących jednostki obrony terytorialnej do walk poza obszarem ich odpowiedzialności. Coraz częściej są one wykorzystywane jako bieżące uzupełnienie jednostek liniowych na froncie. Kijów stara się również nie dopuszczać do jakichkolwiek wyłomów w ukształtowanym w ostatnich miesiącach monopolu władz w zakresie informacyjnego zabezpieczenia działań militarnych poprzez piętnowanie wszelkich opinii i doniesień o sytuacji na froncie, które nie wpisują się w oficjalny przekaz.

Władze Ukrainy od początku agresji skutecznie wygrywają starcie z Rosją w przestrzeni informacyjnej, co pozwala im na utrzymanie społecznego przekonania o efektywności obrony oraz szansie na ostateczne pokonanie wrogich wojsk i wyparcie ich z okupowanych terytoriów, także z Krymu i Donbasu. Jedynie z rzadka Kijów przyznaje, że obrona utrzymuje się kosztem znaczących strat. 22 sierpnia głównodowodzący Sił Zbrojnych Ukrainy gen. Wałerij Załużny ocenił liczbę zabitych ukraińskich żołnierzy na blisko 9 tys., co należy uznać za liczbą zaniżoną. W przekazie informacyjnym Kijów umiejętnie wykorzystuje najdrobniejsze sukcesy własne i niepowodzenia strony rosyjskiej. Za ich sprawą buduje przekaz o ukraińskiej kontrofensywie. Pojęciem tym władze posługują się od wiosny, co służy z jednej strony do sugerowania, że kontrofensywa trwa i przynosi sukcesy, z drugiej zaś – w sytuacji rosnącej presji społecznej na wymierne jej efekty – do tonowania nastrojów i podkreślania, że warunki umożliwiające ostateczne zwyciężenie przeciwnika nie zostały jeszcze spełnione. Jako przejawy kontrofensywy traktowane są wszelkie możliwe formy uszczerbku poczynionego agresorowi. Początkowo było to przedstawianie miejscowości wcześniej opuszczonych przez Rosjan bądź znajdujących się w momencie kształtowania linii frontu w pasie ziemi niczyjej jako wyzwolonych, obecnie najczęściej za przejawy kontrofensywy uznaje się skuteczne ataki systemów HIMARS na zaplecze przeciwnika lub akty dywersji.

Szczególne znaczenie mają działania podjęte w sierpniu na Krymie. Poza pierwszym spektakularnym atakiem na lotnisku Saki (9 sierpnia), rezultaty kolejnych uderzeń były jednak ograniczone, a ostatnie akcje (20–21 sierpnia) nie przyniosły już najprawdopodobniej wymiernych efektów. Niemniej zainicjowane działania należy uznać za znaczący sukces z perspektywy działań psychologicznych – sama demonstracja aktywności ukraińskiej na Krymie ośmieszyła okupanta i unaoczniła, że nie kontroluje on sytuacji na półwyspie.

Rosja: „my wojny nie prowadzimy”

Rosja przez pół roku wojny nie zdecydowała się na przeprowadzenie mobilizacji, a działania wojenne na Ukrainie nadal angażują jedynie część potencjału Sił Zbrojnych FR. Wraz zapleczem od 24 lutego uczestniczyło w nich około 250 tys. żołnierzy. Moskwa stara się przekonać własne społeczeństwo i międzynarodową opinię publiczną, że tzw. specjalna operacja wojskowa i jej konsekwencje w postaci zachodnich sankcji nie wpłynęły znacząco na funkcjonowanie państwa, w tym jego sferę militarną. Dowodem na to ma być utrzymywanie dotychczasowego (tzn. analogicznego do lat poprzednich) poziomu aktywności armii i przemysłu zbrojeniowego FR, na czele z przygotowaniami do najważniejszego w br. przedsięwzięcia szkoleniowego – planowanych na wrzesień ćwiczeń „Wostok-2022” z udziałem partnerów zewnętrznych (poza państwami Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym uczestnictwo w nich zgłosiły Chiny, Indie i Mongolia) oraz przeprowadzonym w sierpniu Międzynarodowym Forum Wojskowo-Technicznym „Armia-2022”.

Udział w tzw. specjalnej operacji wojskowej wciąż pozostaje formalnie dobrowolny, o czym paradoksalnie świadczą obserwowane przynajmniej w części regionów Rosji problemy z naborem chętnych do uczestnictwa w agresji przeciwko Ukrainie. W odróżnieniu od sytuacji z przełomu marca i kwietnia, kiedy to niepowodzenie rosyjskiego „blitzkriegu” skutkowało przypadkami jawnie i zbiorowo wyrażanej niechęci żołnierzy do dalszego udziału w walkach, po pół roku wojny Rosja – mimo sygnalizowanych problemów z naborem chętnych do służby – wciąż jest w stanie uzupełniać straty.

W wielu rosyjskich regionach formowane są bataliony ochotnicze, których zadania będą najprawdopodobniej uzależnione od aktualnej sytuacji na froncie. Ponadto, jak informuje strona ukraińska, nabór do nich trwa wolniej, niż planowano. W Donbasie, będącym głównym obszarem walk, podstawowym rosyjskim „mięsem armatnim” pozostają lokalni mieszkańcy zmobilizowani do służby w tzw. donieckiej i ługańskiej milicjach ludowych, także z nowo zajętych terenów. Z dotychczasowego przebiegu walk nie wynika, by byli oni w większym stopniu podatni na dezercję czy poddawanie się do niewoli, których skalę należy uznać za nieznaczną. Świadczy o tym również obserwowany zanik tego tematu jako narzędzia ukraińskiej wojny informacyjnej.

Rosyjska zbrojeniówka robi swoje

W większym stopniu specjalna operacja wojskowa odczuwana jest w Rosji na poziomie gospodarczym, na co szczególnie wskazuje zwiększanie bazy produkcyjnej części przedsiębiorstw przemysłu zbrojeniowego, głównie producentów bezzałogowych statków powietrznych oraz niektórych typów amunicji artyleryjskiej i rakietowej. Większość ogłoszonych tradycyjnie w sierpniu w trakcie forum „Armia-2022” nowych kontraktów należy wiązać z wojną na Ukrainie, a dotychczasowe proporcje wydatków (z uwzględnieniem formacji niezaangażowanych w specjalną operację wojskową, na czele ze Strategicznymi Siłami Jądrowymi i obroną powietrzno-kosmiczną) nie uległy widocznym zmianom. Choć publikowane informacje o zakupach mogą być wykorzystywane w ramach wojny informacyjnej, Rosja skrupulatnie realizuje deklarowane programy zbrojeniowe (w ostatnich dwóch dekadach zmiany i opóźnienia dotyczyły wyłącznie rozpoczęcia produkcji nowych generacyjnie typów uzbrojenia i kilku programów budowy okrętów). Należy przyjąć, że dotychczasowe sankcje zachodnie – uderzające w Rosję finansowo i technologicznie – na odcinku zbrojeniowym udaje się w znacznej mierze zniwelować. Konieczność znalezienia zamienników dla komponentów objętych sankcjami – zwłaszcza w zakresie elektroniki – najprawdopodobniej wpłynie jednak na pogorszenie parametrów produkowanego w Rosji uzbrojenia i sprzętu wojskowego, a dystans technologiczny pomiędzy wyposażeniem rosyjskim a czołowych państw zachodnich będzie się powiększał.

Nikły odsetek zamówień dotyczących remontu i modernizacji uzbrojenia (łącznie 100 czołgów i bojowych wozów piechoty z 3800 zamówionych łącznie egzemplarzy uzbrojenia i sprzętu wojskowego) potwierdza, że poniesione dotychczas przez Rosję straty w wyposażeniu nie były na tyle dotkliwe, by zmusić ją do przyspieszonej modernizacji uzbrojenia już posiadanego (z rezerw magazynowych) w miejsce – dłuższej i bardziej kapitałochłonnej – produkcji nowych egzemplarzy. Świadczy o tym ponadto kontynuowanie przez Rosję realizacji zamówień eksportowych, w tym sprzedaż szczególnie eksploatowanych w konflikcie kategorii uzbrojenia. Zgodnie z wcześniejszymi planami rosyjski przemysł przekazał armii białoruskiej partię zmodernizowanych haubic samobieżnych 2S3M „Akacja” i rozpoczął remont samolotów szturmowych Su-25 białoruskiego lotnictwa, a w czerwcu fabrycznie nowe śmigłowce bojowe Mi-28 trafiły do Ugandy. Taki stan rzeczy potwierdzają także szczątkowe raporty ujawniane przez Stany Zjednoczone i Kanadę, publikowane w ostatnich miesiącach – w odróżnieniu od pierwszych miesięcy konfliktu – rzadko i nieregularnie.

Pół roku wojny nie doprowadziło do wyczerpania się rosyjskich zapasów broni i amunicji precyzyjnej. Aczkolwiek rosyjskie lotnictwo strategiczne zużywa zapasy posowieckich rakiet, choć uderzenia przeprowadzane są nieprzerwanie również z wykorzystaniem najnowszych systemów Iskander i Kalibr, a także Oniks, które okazały się bronią podwójnego zastosowania (do niszczenia celów morskich i lądowych). W zamówieniach armii rosyjskiej z ostatniego czasu uwzględniona została dostawa nowych rakiet Iskander, nie wiadomo jednak, w jakim stopniu ma ona charakter ponadplanowy i wynika z wyczerpania stanów magazynowych. Nie wiadomo też, z jakich powodów agresor ograniczył obserwowane w pierwszych tygodniach wojny wykorzystywanie przez Rosjan równolegle z Iskanderami wycofanych ze służby pod koniec poprzedniej dekady rakiet Toczka-U (o dużo mniejszej precyzji i zasięgu). Oprócz wyczerpania zapasów, co należy uznać za mało prawdopodobne, w grę mogą wchodzić ich niewielka skuteczność lub pozostawienie do wykorzystania w innym typie zadań niż realizowane obecnie przez rosyjskie brygady rakietowe.

Kwestią otwartą pozostaje zakres i dalsze perspektywy wykorzystania na Ukrainie rozkonserwowanego uzbrojenia z posowieckich magazynów, którym obecnie uzupełniane są straty w wyposażeniu części jednostek rosyjskich i – w całości – milicji ludowych. W odróżnieniu od pierwszego, manewrowego okresu wojny, oszczędzanie przez agresora najnowszego uzbrojenia (przynajmniej w formacjach lądowych) i organizowana w warunkach bojowych „utylizacja” posowieckiego uzbrojenia stały się normą. Jeśli Ukraina nie otrzyma znaczących dostaw nowoczesnego zachodniego uzbrojenia, nie należy się spodziewać, by Rosja zmieniła obserwowaną obecnie politykę w zakresie wyposażania walczących pododdziałów. Wyjątek stanowią samoloty i śmigłowce – ze względu na wykonywanie przez nie stosunkowo precyzyjnych zadań, a także stosunkowo niewielkie ponoszone straty – przede wszystkim zaś bezzałogowe statki powietrzne, których zapasów z czasów sowieckich Rosja nie posiada. Ich nowe dostawy zamówiono od razu u trzech rodzimych producentów, którzy już wcześniej podjęli działania na rzecz zintensyfikowania produkcji. Doświadczenia bojowe – zarówno rosyjskie, jak i ukraińskie – potwierdzają, że wszelkiego rodzaju drony są tyleż przydatne na współczesnym polu walki, co podatne na zniszczenie.

Wnioski

Utrzymanie obecnego status quo w wojnie, w którym Ukraina dysponuje jedynie możliwością spowalniania natarcia agresora, działa na korzyść Moskwy. W zależności od potrzeb, a po części również odporności społeczno-ekonomicznej Rosji, po ewentualnym zajęciu pozostałej części Donbasu[11], Rosjanie mogą zarządzić przerwę w działaniach wojennych bądź kontynuować je na innych kierunkach. W aktualnej sytuacji opanowanie przez agresora pozostałej części obwodu donieckiego należy uznać za kwestię czasu, aczkolwiek przy obserwowanym w ostatnich miesiącach tempie rosyjskiego natarcia może to potrwać wiele miesięcy. Bez znaczącego zwiększenia dostaw uzbrojenia z Zachodu za bardzo mało prawdopodobną należy natomiast uznać ukraińską kontrofensywę, której przeprowadzenie (na ograniczoną skalę, najprawdopodobniej na najłatwiejszym do odbicia kierunku Chersonia) stanowiłoby raczej rezultat presji społecznej i konieczności uwiarygodnienia władz, a zarazem akt desperacji z ich strony. Skutkowałaby ona olbrzymimi stratami po stronie obrońców – czego dowództwo armii ukraińskiej nie ukrywa – i nie gwarantowałaby sukcesu.

Ukraina niemal od początku agresji prowadzi obronę totalną, w ramach której – po wyczerpaniu własnych zasobów obronnych i zdaniu się w zakresie ich uzupełnienia na Zachód – Kijów nie jest już w stanie zwiększyć swoich możliwości militarnych. Zmiana obecnej sytuacji militarnej uzależniona jest od postawienia Rosji przed koniecznością odejścia od dotychczasowych zasad prowadzenia ograniczonej z jej perspektywy „specjalnej operacji wojskowej”. Doprowadziłoby do niej dopiero znaczące i kompleksowe doposażenie armii ukraińskiej w ciężkie uzbrojenie i sprzęt wojskowy, przynajmniej do poziomu liczebnej równowagi z przeciwnikiem, tzn. dostaw rzędu setek samolotów i śmigłowców oraz tysięcy wozów bojowych. Wówczas Ukraina uzyskałaby możliwość przeprowadzenia skutecznej kontrofensywy i wyparcia agresora z okupowanej części terytorium. Z kolei Rosja musiałaby wtedy zadecydować, czy ogłosić powszechną mobilizację i rzucić do walki cały swój potencjał, czy też przyznać się do porażki i ustąpić na podobieństwo amerykańskiego wycofania z Wietnamu. Ewentualne podjęcie rękawicy przez Moskwę wprowadzałoby wojnę na zupełnie nowy poziom.

osw.waw.pl

Jak wynika z danych CME Group dotyczących indeksu JKM Platts (Japan Korea Marker, który odzwierciedla koszty dostaw LNG do Japonii, Korei Południowej, Chin i na Tajwan), ceny LNG w Azji rosną.

Napędza je zapowiedź Gazpromu wstrzymania dostaw przez gazociąg Nord Stream od 31 sierpnia do 2 września. Wpływ na wzrost cen ma także zapowiedź odroczenia częściowego wznowienia prac terminala LNG przez amerykański Freeport LNG.

Dodatkowym czynnikiem wzrostu cen jest intensywna konkurencja na rynku między krajami rozwiniętymi, w tym Japonią i Koreą Południową, które przed zimą odbudowują zapasy.

Według azjatyckich analityków na rynku widoczna jest irytacja na rosyjskiego eksportera. Polityczne działania Gazpromu w Europie odbijają się bowiem na rynku, sztucznie zawyżając ceny gazu.

Co ciekawe, jak zauważył dziennik Nikkei, pozytywnym czynnikiem na rynku dostaw natychmiastowych gazu powinno być spowolnienie wzrostu gospodarczego w Chinach, które doprowadziło do zmniejszenia zużycia prąu. W efekcie największy importer LNG odsprzedaje swoje nadwyżki magazynowe.

Tyle że z powodu rosyjskich działań nie przynosi to oczekiwanych przez rynek skutków.

wnp.pl

Z analizy przeprowadzonej przez Rystad Energy wynika, że zakład w pobliżu granicy z Finlandią (nowa instalaca w Portovaya, na północny zachód od Petersburga) spala dziennie ok. 4,34 mln metrów sześciennych gazu za ok. 10 mln dol. Naukowcy są zaniepokojeni dużymi ilościami dwutlenku węgla i sadzy, które tworzy spalanie, co może nasilić topnienie lodu arktycznego.

Dostawy przez gazociąg są ograniczone od połowy lipca, a Rosjanie ten stan rzeczy zrzucają na "kwestie techniczne". Niemcy twierdzą, że był to ruch czysto polityczny po inwazji Rosji na Ukrainę.

Niezależnie od tego od czerwca naukowcy zauważyli znaczny wzrost ciepła wydobywającego się z obiektu — uważa się, że jest to efekt spalania gazu ziemnego.

BBC pisze, że podczas gdy spalanie gazu jest powszechne w zakładach przetwórczych — zwykle robi się to ze względów technicznych lub bezpieczeństwa — w tym przypadku skala spalania wprawiła w zakłopotanie ekspertów.

businessinsider.com.pl

Wstrzymanie produkcji przez Grupę Azoty i Anwil uruchomiło efekt domina, który dotknie nie tylko rolników, ale także branżę spożywczą, zwłaszcza mleczarstwo i browary.

"Rzeczpospolita" przypomina, że dwutlenek węgla, produkt uboczny działalności zakładów chemicznych, jest niezbędny do produkcji piwa, części serów, a także produkcji suchego lodu potrzebnego handlowi.

Dla sektora oznacza to dramatyczną sytuację, ponieważ uniemożliwi to paczkowanie wyrobów, takich jak sery i inne, gdyż odbywa się to w mieszance gazów, której dwutlenek węgla jest niezbędnym elementem – tłumaczy "Rzeczpospolitej" Agnieszka Maliszewska, dyrektor Polskiej Izby Mleka.

Dziennik zauważa, że Grupa Azoty nie jest w stanie zapewnić także dostaw kwasu azotowego, niezbędnego do zachowania higieny linii produkcyjnych.

(...)

Spółki, które wstrzymały produkcję nawozów azotowych, tłumaczą decyzję bezprecedensowym wzrostem cen gazu ziemnego.

W poniedziałek ceny gazu w holenderskim hubie TTF sięgnęły 270-280 euro za MWh, po wzroście o ok. 15 proc. w ciągu jednego dnia. W trakcie minionego tygodnia ceny gazu na europejskim rynku wzrosły o ok. 25 proc.

money.pl