piątek, 26 sierpnia 2022


W ocenie Mearsheimera cele Amerykanów wyjaśnił sekretarz obrony USA Lloyd Austin, mówiąc: "chcemy zobaczyć Rosję osłabioną do takiego stopnia, że nie będzie mogła robić rzeczy, jakie zrobiła, najeżdżając Ukrainę". Profesor uważa, że po okresie początkowego niezdecydowania Stany Zjednoczone powiązały swoją własną reputację z wynikiem konfliktu.

Badacz jest zdania, że gdy tylko administracja prezydenta Joe Bidena zrozumiała, że Rosja może zostać pokonana na ukraińskim polu bitwy, wysłała więcej broni do Kijowa — w dodatku broni o większej sile rażenia niż, wydaje się, planowano na początku inwazji.

Zachód zaczął zwiększać możliwości obronne Ukrainy m.in. poprzez przekazanie wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych HIMARS. Mearsheimer zwraca uwagę na początkową niechęć Waszyngtonu do transferu polskich myśliwców MiG-29 na Ukrainę w marcu, co wedle amerykańskiej administracji mogło wówczas doprowadzić do eskalacji walk.

"Ale w lipcu (Waszyngton) nie miał żadnych obiekcji wobec propozycji Słowacji, gdy ogłosiła ona, że rozważa wysłanie tych samych samolotów do Kijowa. Stany Zjednoczone zastanawiają się także nad przekazaniem swoich F-15 i F-16 Ukrainie" – zauważa profesor.

Jak pisze Mearsheimer (...) Stany Zjednoczone i ich sojusznicy szkolą także ukraińskie wojsko i przekazują mu istotne informacje wywiadowcze, których Ukraina używa, aby zniszczyć kluczowe rosyjskie cele. Ponadto, jak donosił "New York Times", Zachód ma "tajną sieć komandosów i szpiegów" na miejscu w Ukrainie. "Waszyngton może i nie jest bezpośrednio wciągnięty w walki, ale jest głęboko zaangażowany w wojnę" – ocenia profesor.

onet.pl

Dziennikarze dotarli do danych pasażerów, kopii paszportów, a także wewnętrznych e-maili rosyjskiego aparatu bezpieczeństwa. U boku Tichonowej prawdopodobnie zawsze byli uzbrojeni ochroniarze rosyjskiej gwardii prezydenckiej FSO. Mimo to niemieckie władze o niczym nie wiedziały.

- Gotowość córki Putina i jej świty do podróży budzi spore wątpliwości natury dyplomatycznej i bezpieczeństwa. Mimo wszelkich międzynarodowych zwyczajów Rosjanie nie uznali za konieczne poinformowanie rządu niemieckiego o wycieczkach Tichonowej i jej ochroniarzy. Nie tylko należy to uznać za akt nieprzyjazny, ale także uzmysławia, w jak niewielkim stopniu Kreml brał pod uwagę interesy kontroli i bezpieczeństwa Niemiec – pisze "Der Spiegel".

Celem podróży Kateriny Tichonowej było najczęściej Monachium. To w stolicy Bawarii mieszkał partner córki Putina, Igor Zełenski, do niedawna szef monachijskiego baletu. Para, według informacji mediów, wychowuje czteroletnią córkę. Zełenski ustąpił ze stanowiska w kwietniu br., podając jako przyczynę "względy prywatne". Wcześniej środowisko kulturalne dyskutowało, czy zdystansuje się on wobec rosyjskiej napaści na Ukrainę.

Jak pisze "Der Spiegel", "niepokojące jest to, że niemieckie służby wywiadowcze nie wiedziały  praktycznie o żadnych podróżach świty Putina". Tygodnik cytuje Johna Siphera, byłego szefa ds. operacji rosyjskich w amerykańskiej agencji wywiadowczej CIA, który przyznaje, że nie jest zaskoczony tym faktem. "Wszystkie agencje wywiadowcze pracują na zlecenie swoich przywódców politycznych. Polityka rządu niemieckiego wobec Rosji zawsze była taka: nie siejcie wzburzenia. Nikt najwyraźniej nie chciał się temu bliżej przyjrzeć, bo to oznaczałoby niechcianą konfrontację z Moskwą. Dlaczego ktoś miałby wziąć córkę Putina pod lupę?" – stwierdza Sipher.

"Der Spiegel" zauważa, że luka informacyjna służb wywiadowczych wpisuje się w ogólny obraz – przez wiele lat mało kto w Niemczech interesował się działalnością wpływowych Rosjan. "To, jakie nieruchomości kupowali lub z kim robili interesy, było uważane za sprawę prywatną. To pobłażliwe podejście teraz się mści. Trudno egzekwować sankcje wobec wspólników Putina. Ich sieci są trudne do spenetrowania przez władze" – czytamy.

Tygodnik donosi również, że Tichonowa latała pod swoim własnym nazwiskiem, wyposażona w wizę unijną wydaną przez Włochy. Niemieckie organy bezpieczeństwa dowiedziały się o podróży Tichonowej przez przypadek. Jesienią 2019 roku, kiedy Tichonowa wraz z czterema ochroniarzami FSO miała przylecieć do Monachium, okazało się, że dokumenty podróży wykazywały rozbieżności. Jeden z ochroniarzy ubiegał się o unijną wizę turystyczną, mimo iż cel jego przyjazdu był służbowy.

Inny ochroniarz posiadał dwa paszporty dyplomatyczne. Na obu nazwisko było identyczne, ale daty urodzenia różne. W ten sposób Niemcy zaczęli podejrzewać, że ochroniarz żongluje dwiema tożsamościami, żeby jednocześnie móc szpiegować. Operacja zwiadowcza w styczniu 2020 roku ujawniła tylko, że córka Putina była wożona po Bawarii limuzynami – informuje "Der Spiegel".

gazeta.pl

czwartek, 25 sierpnia 2022


Nie minęło kilka pierwszych dni inwazji, a armia rosyjska — druga najpotężniejsza armia na świecie, według Global Firepower — stanęła w obliczu braku nowoczesnej broni. Na wojnę trzeba było wysłać przestarzały sprzęt radziecki, co jest niebezpieczne zarówno dla ludności cywilnej, jak i dla samych żołnierzy.

Zbadaliśmy, jaka broń znajdowała się w armii rosyjskiej przed inwazją, a także przeanalizowaliśmy ponad 4 tys. jednostek zniszczonego rosyjskiego sprzętu. Dowiedzieliśmy się, dlaczego zamiast "bronią piątej generacji" armia rosyjska walczy w czołgach z lat 60. i uderza w centra handlowe pociskami przeciwokrętowymi.

W szóstym miesiącu wojny w Kubince pod Moskwą odbyło się Międzynarodowe Forum Armia-2022. Prezentowane na forum próbki krajowego sprzętu wojskowego, zdaniem prezydenta Putina, który odwiedził wystawę, "od lat, a może i dziesięcioleci wyprzedzają swoich zagranicznych odpowiedników, a pod względem cech taktyczno-technicznych znacznie je przewyższają".

W rzeczywistości prawie cała broń używana w prawdziwych operacjach bojowych została odziedziczona przez armię rosyjską po ZSRR. A konsekwencje tego odczuwają obie strony.

Masowy ostrzał artyleryjski z sowieckich systemów rakietowych wielokrotnego startu (MLRS) pozostawia po sobie miasta-widma – Mariupol, Irpień, Pisky w Doniecku – a niedoskonałe konstrukcje czołgów z lat 60. prowadzą po trafieniu pocisku do śmierci całej załogi.

Pod koniec kwietnia eksperci z brytyjskiego Królewskiego Instytutu Studiów nad Obronnością ogłosili, że Rosja wyczerpała swoje zapasy broni precyzyjnej. Ze względu na brak Kalibrów i Iskanderów — najnowocześniejszych pocisków manewrujących — strona rosyjska bombarduje sowiecką bronią. Przestarzały system nawigacji regularnie powoduje śmierć cywilów.

9 maja Rosja po raz pierwszy uderzyła na Ukrainę sowieckimi pociskami X-22. Podczas ostrzału Odessy kilka z nich uderzyło w centrum handlowe, powodując pożar o powierzchni 1 tys. m kw. Półtora miesiąca później X-22 ponownie uderzyły w centrum handlowe Amstor w Krzemieńczuku. Co najmniej 20 klientów i pracowników centrum handlowego zginęło, 56 zostało rannych. Rosyjski MON nie potwierdził ataku, twierdząc, że przyczyną pożaru była detonacja amunicji w pobliskim zakładzie.

Zadaniem pocisku X-22 z lat 60., było uderzanie w amerykańskie lotniskowce. Ostrzał w warunkach miejskich, według eksperta wojskowego Pawła Łuzina, znacznie komplikuje manewrowanie, którego błąd wynosi setki metrów. — X-22 to straszne śmieci. Ponadto nie można go przechwycić: jest to pocisk aerobalistyczny o dużej prędkości, którego przeznaczeniem są statki. Trafianie w centra handlowe taką rakietą to prawdziwy terror — mówi.

Celność rosyjskich rakiet, według anonimowego pracownika Departamentu Obrony USA, wynosi nieco poniżej 40 proc. Dwie do trzech rakiet na dziesięć w ogóle nie odpala, dwie kolejne mają problemy techniczne, następne dwie lub trzy nie trafiają w cel, nawet gdy dotrą do obiektu.

Oprócz bombardowań rakietowych ukraińskie miasta poddawane są codziennemu ostrzałowi artyleryjskiemu. W szczytowym momencie wojny, według Łuzina, wojska rosyjskie wystrzeliwały codziennie 60 tys. pocisków (dla porównania: w wojnach czeczeńskich dzienne zużycie pocisków nie przekraczało 30 tys.).

— Od początku wojny Rosja używa sowieckiej taktyki zaporowej, by zmusić przeciwną armię do wycofania się. Wróg traci grunt, bo nie ma już czego bronić, miasta zamieniają się w ruiny, fortyfikacje i schrony są niszczone do zera – komentuje Łuzin. – Wszystkie kraje porzuciły tę taktykę z powodu straszliwych konsekwencji II wojny światowej, ale Rosja nie wie, jak to zrobić w inny sposób. Nie ma innej technologii, nie ma precyzyjnej broni — dodaje.

Według raportu The Military Balance, przygotowanego przez Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych, do 2022 r. w siłach zbrojnych Federacji Rosyjskiej znajdowało się ponad 80 tys. sztuk sprzętu. W tym samym czasie wojsko przechowywało 65 proc. broni – sprzęt leży w magazynach i według ekspertów, z którymi rozmawialiśmy, często nie nadaje się do użytku.

— Armia rosyjska jest potężna tylko na papierze. Trwa wojna, ale BMP-2 i T-72 nie są wyciągane z magazynów. Czemu? Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest to, że zostały one albo zdemontowane na części zamienne do innego sprzętu, albo rozkradzione — komentuje analityk CIT Kirył Michajłow.

87 proc. rosyjskiej broni, według powyższego raportu, to produkcja radziecka. Najbardziej archaicznym sprzętem w uzbrojeniu armii rosyjskiej jest artyleria. Większość haubic i wieloprowadnicowych systemów rakietowych została opracowana w latach 50. i 60. XX w. Według Pawła Łuzina są one "nieergonomiczne, niedokładne i gorsze od zachodnich odpowiedników".

— Jeśli wojsko ma dużą liczbę precyzyjnie naprowadzanej amunicji, może sobie pozwolić tylko na zniszczenie budynku, w którym znajduje się wróg, ale jeśli armia strzela z artylerii armatniej, to oczywiście zniszczenia będą ogromne — komentuje Leonid Nersijan, analityk wojskowy i badacz w centrum analitycznym APRI Armenia.

Według fragmentarycznych danych o utracie rosyjskiego sprzętu, które są agregowane przez wojskowy portal badawczy Oryx, 45 proc. niesprawnej rosyjskiej broni zostało wyprodukowane w ZSRR. Analitycy Oryx publikują zdjęcia uszkodzonego sprzętu, dzięki czemu dane można zweryfikować. Według analityka CIT Kiryła Michajłowa dane Oryx pokrywają się z 70 proc. rzeczywistych strat.

Oprócz przestarzałej artylerii Rosja walczy słabo zmodernizowanymi pojazdami opancerzonymi, które w czasie wojny poniosły znaczne straty. Przez pięć miesięcy bitew armia rosyjska mogła zużyć ponad 15 proc. zasobów nowoczesnych czołgów (takie szacunki można uzyskać porównując dane Oryx i raportu Military Balance).

Z 13,5 tys. czołgów jedynie 2,5 tys. zostało wyprodukowanych już po rozpadzie ZSRR. Jednak nawet tych czołgów, zdaniem ekspertów, nie można nazwać nowoczesnymi. — Nawet jeśli ulepszysz radziecki czołg, nadal będzie to czołg z lat 80. Wstawiasz nowy francuski celownik na podczerwień i system komunikacji, ale jakość niewiele się przez to poprawi. Nie ma nikogo i niczego, by stworzyć naprawdę nowoczesny czołg. Pozostaje tylko zmodernizować radzieckie modele — mówi Paweł Łuzin.

Wszystkie nowoczesne rosyjskie czołgi są zmodernizowane i produkowane na bazie powojennego T-72 /i T-64 - red./, którego konstrukcja ma wadę niebezpieczną dla załogi, tj. niezabezpieczoną górną półkulę. Oznacza to, że gdy pocisk trafia w czołg i przepala go do automatu ładującego, amunicja wybucha, wieża zostaje oderwana, a załoga ginie. — T-72 został zaprojektowany tak, by liczba członków załogi pozostawała na minimalnym poziomie, a sam czołg był mały, lekki i prymitywny — komentuje Łuzin.

Od lat 90. Rosja stara się wyeliminować usterkę i opracować nowy czołg – Armatę. Po raz pierwszy został on zaprezentowany na paradzie z okazji Dnia Zwycięstwa w 2015 r., ale zamówienia Ministerstwa Obrony wciąż ograniczają się do partii eksperymentalnych. Armata nie uczestniczy w wojnie z Ukrainą.

Oprócz braku precyzyjnej broni, analitycy dostrzegają inne problemy armii rosyjskiej:
  • Słabe wyszkolenie personelu od dowódców po oficerów i zwykłych żołnierzy. Tak więc dla pilotów liczba wylatanych godzin w ciągu roku jest dwa razy gorsza od wskaźnika dla krajów NATO, a walka z obroną powietrzną nie została opracowana — wskazuje Nersijan
  • Interakcja między różnymi rodzajami wojsk. Na przykład, ze względu na słabą koordynację piechoty i czołgów, siły rosyjskie nie radzą sobie z żołnierzami ukraińskimi uzbrojonymi w nowoczesną broń przeciwpancerną dostarczaną przez państwa zachodnie
  • Trudność w zbieraniu informacji. W armii rosyjskiej prawie nie ma nowoczesnych dronów z laserowymi oznaczeniami. Brakuje nawet przestarzałych Orlanów – gdy ich nie ma, Rosjanie wykorzystują do naprowadzania cywilne drony, na które pieniądze zbierają wolontariusze. Satelity też są kiepskie — dają obraz w niskiej rozdzielczości, jak wskazuje Kirył Michajłow. Wszystko to zmniejsza skuteczność rosyjskiej artylerii
  • Sprzęt piechoty. Zestawy wyposażenia Ratnik wydawane rosyjskim żołnierzom zawierają mundury, sprzęt ochronny, komunikacyjny i inwigilacyjny, ale z tym ostatnim są problemy. Zamiast bezpiecznej łączności rosyjscy żołnierze używają cywilnych krótkofalówek i telefonów komórkowych. Rosyjskie wojsko również nie ma celowników optycznych i gogli noktowizyjnych — mówi Rob Lee, starszy adiunkt w Instytucie Studiów nad Polityką Zagraniczną. — Armia rosyjska przypomina armię amerykańską, która najechała Irak w 2003 r., wtedy tylko jeden żołnierz na oddział miał celownik — mówi analityk.
Według różnych szacunków Rosja wydaje każdego dnia na wojnę w Ukrainie od 200 mln do 20 mld dol. Według szacunków ukraińskiego Forbesa sama utrata krążownika Moskwa kosztowała Rosję 750 mln dol.

Jedną z głównych pozycji w wydatkach wojskowych są pociski precyzyjne. Według oświadczenia Wołodymyra Zełenskiego do połowy lipca Rosja wystrzeliła 3 tys. pocisków na ukraińskie miasta, z czego 190, według Sił Zbrojnych Ukrainy, to pociski samosterujące. Wystrzelenie tylko jednego pocisku Kalibr kosztowało Rosję około 750-900 tys. dol., a nowocześniejszy Ch-101 kosztował kilka razy więcej.

Według szacunków ukraińskiego wywiadu armia rosyjska zużyła już 55-60 proc. broni precyzyjnej, którą posiadała przed rozpoczęciem inwazji na pełną skalę. — Jeżeli przez pierwszy miesiąc Rosja wystrzeliwała codziennie dziesiątki pocisków, to teraz trafiają one pojedynczo raz w tygodniu — komentuje Paweł Łuzin. — W Ukrainie codziennie jest alarm przeciwlotniczy, ale cele znajdują się tylko w zasięgu artylerii armat i rakiet. Wszystkie pociski manewrujące, które Rosja wyprodukowała w ciągu ostatnich 15 lat, zostały zużyte, a tempo odzysku nie przekracza 225 jednostek rocznie — dodaje.

— Nikt nie wie, co stanie się najpierw, czy wyczerpie się amunicja, czy lufy się zużyją, ale prędzej czy później armia napotka te problemy — komentuje Michajłow. — Rosja nie jest w stanie odrobić strat. W 2021 r. fabryki wysłały 300 czołgów, podczas gdy Oryx naliczył już 964 zniszczone czołgi w ciągu sześciu miesięcy wojny. Okazuje się, że w ciągu roku Rosja produkuje cztery razy mniej czołgów, niż zużyła w ciągu sześciu miesięcy.

Główne straty armii rosyjskiej to początek inwazji i druga faza wojny — ofensywa we wschodniej Ukrainie. Marzec, według Sił Zbrojnych Ukrainy, to 25 proc. całego straconego sprzętu — wtedy wojsko ukraińskie niszczyło średnio sto sztuk broni wroga dziennie.

Do sierpnia rosyjska ofensywa wyhamowała – skala strat spadła trzykrotnie. W ciągu ostatniego miesiąca wojsko nie posunęło się nawet na 10 km w głąb Ukrainy, a eksperci nie wykluczają wyczerpania armii i zamrożenia konfliktu jako możliwego scenariusza działań wojennych.

Królewski Instytut Studiów Obronnych Wielkiej Brytanii badał 27 typów nowoczesnej rosyjskiej broni przechwyconej przez armię ukraińską. Eksperci znaleźli w nich ponad 450 rodzajów importowanych części wyprodukowanych w Stanach Zjednoczonych, Europie i Azji Wschodniej.

Jednocześnie rosyjskie MON regularnie zapowiada ambitne projekty: roboty wojskowe, broń laserowa, pociski hipersoniczne. Opracowanie nowoczesnej technologii zajmuje dekady, ale broń piątej generacji nie nadaje się do udziału w prawdziwych konfliktach zbrojnych.

— Nie ma ani jednego rodzaju broni, który jest w 100 proc. wyprodukowany w Rosji. W fabrykach produkowane są nawet silniki czołgowe, które podczas modernizacji w 2011 r. zostały wyposażone w zagraniczny sprzęt. Jeszcze dwa lata i nie będzie można produkować silników — nie ma importowanych komponentów — wyjaśnia Łuzin. — Do 2030 r. z kompleksu wojskowo-przemysłowego nie zostanie nic — tylko pojedyncze przedsiębiorstwa, które będą nadal nitować to, co jeszcze mogą nitować.

onet.pl/Nowa Gazieta

 


Według dziennika, który oparł swój tekst na rozmowach z ponad setką rozmówców na Ukrainie i w USA, kluczowymi decyzjami okazało się m.in. rozproszenie ukraińskich sił, w tym obrony powietrznej, samolotów oraz artylerii i wycofanie ich z największych baz.

— Kierownictwo państwa mówiło, że nie będzie wojny, ale wojsko wiedziało — powiedział mer Kijowa Witalij Kliczko. Jego zdaniem jedną z najważniejszych decyzji było rozmieszczenie jednostek artylerii, w tym armat Pion, pod Kijowem oraz ustanowienie dwóch kordonów sił broniących stolicy — jednego wewnątrz miasta, drugiego na przedmieściach — przez dowodzącego obroną Kijowa gen. Ołeksandra Syrskiego.

Jak pisze dziennik, przygotowań dokonano wbrew sceptycyzmowi ukraińskich władz na temat nadciągającej inwazji, a także w tajemnicy przed zachodnimi partnerami. Wysoki rangą oficjel USA powiedział gazecie, że USA wiedziały znacznie więcej na temat rosyjskich planów niż planów obronnych Ukrainy, co przyczyniło się do pesymistycznych ocen na temat szans Kijowa.

Jak przyznał dziennikowi minister obrony Ukrainy Ołeksij Reznikow, był on jednym z tych, którzy nie wierzyli w widmo inwazji na pełną skalę. Dodał też, że dwa dni przed ofensywą jego białoruski odpowiednik Wiktor Chrenin dał mu "słowo oficera", że rosyjskie wojska nie zaatakują Ukrainy z terytorium Białorusi. Dwa dni później Chrenin miał ponownie rozmawiać z Reznikowem, tym razem przekazując mu propozycję ze strony rosyjskiego ministra Siergieja Szojgu, by złożył kapitulację.

— Jestem gotowy, by przyjąć kapitulację strony rosyjskiej — miał odpowiedzieć Reznikow.

Mimo podjętych działań, niektóre z kluczowych punktów obrony były słabo przygotowane na rosyjski atak. Było tak w przypadku lotniska w Hostomlu pod Kijowem, choć jeszcze w styczniu dyrektor CIA Bill Burns miał ostrzec prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, że Hostomel będzie jednym z pierwszych i kluczowych celów Rosjan. W rezultacie lotniska bronił niewielki oddział złożony głównie z żołnierzy poborowych, a Rosjanie zdołali mimo strat zająć przyczółek. Późniejszy kontratak i zniszczenie pasów startowych uniemożliwiło jednak Rosjanom sprowadzenie większych sił oraz przebicie się z lotniska do Kijowa.

Według gazety jedną z kluczowych bitew, która powstrzymała wejście Rosjan do stolicy, rozegrała się we wsi Moszczun tuż przy granicy miasta, gdzie Ukraińcy odpierali zmasowane ataki wojsk rosyjskich przez kilka dni. Ważna okazała się też decyzja o zalaniu terenów nad rzeką Irpień. Operacji wysadzenia systemu tam i śluz za rosyjskimi liniami mieli dokonać ukraińscy komandosi.

— Woda zalała Rosjan, a później znaleźliśmy miejsce, gdzie żołnierze rosyjskiej piechoty morskiej musieli zdjąć swoje kamizelki kuloodporne i pływać, by przeżyć — powiedział gen. Syrski.

Z artykułu wynika, że dużą rolę w obronie Kijowa i Czernihowa odegrali też ochotnicy i wojska obrony terytorialnej, którzy w dużej liczbie stanęli do walki z najeźdźcami. W wielu przypadkach decyzje i rozkazy wydawali dowódcy niższej rangi, bo Rosjanie skutecznie zagłuszali i zakłócali systemy komunikacji.

Do powstrzymania Rosjan przyczyniła się też ukraińska taktyka spychania kolumn rosyjskich pojazdów na wąskie drogi, gdzie były one łatwym celem dla ukraińskich oddziałów.

— Tym podejściem szło około 30 grup bojowych. Jedna ukraińska brygada powstrzymała je wszystkie. Nie wiem, kto był jej dowódcą, ale całkowicie ją zatrzymał — powiedział przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów armii USA, generał Mark Milley, opisując sytuację pod Czernihowem.

Gazeta opisuje też w nieznanych dotąd szczegółach sytuację prezydenta Zełenskiego i jego otoczenia. Według "WP", od początku otoczenie Zełenskiego, a także część zachodnich partnerów przekonywała go do opuszczenia Kijowa. Część doradców Zełenskiego początkowo nie wierzyła też — w ślad za zachodnimi przewidywaniami — że ukraińskie siły będą w stanie utrzymać stolicę. Szef Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Ołeksij Daniłow miał powiedzieć Zełenskiemu, że wszyscy partnerzy Ukrainy dawali jej "prawie zero szans" na powodzenie.

— Nie otrzymamy wiele pomocy w pierwszych dniach, bo oni będą obserwować, jak będziemy w stanie bronić kraju. Może nie chcą, żeby duża ilość broni wpadła w ręce Rosjan — miał powiedzieć Daniłow.

Mimo pesymistycznych prognoz, Zełenski miał opierać się sugestiom o ewakuacji z Kijowa, uważając, że spowoduje to zapaść państwa.

— Nie chcę umrzeć, tak jak wszyscy. Ale wiem na pewno, że jeśli o tym będę myśleć, to już jestem martwy — powiedział przywódca.

Zełenski miał jednocześnie zadeklarować w rozmowach z zachodnimi przywódcami, że jest gotowy ustąpić ze stanowiska, jeśli powstrzyma to przelew krwi. Ukraiński prezydent miał podejrzewać, że część jego rozmówców liczyła na szybki koniec wojny i kapitulację Kijowa.

onet.pl/PAP

środa, 24 sierpnia 2022


– Czy gdyby Rosjan pozbawiać propagandy, dać im pełny dostęp do mediów (czyli włączają Rossiję 1 i słyszą prawdę) czy to społeczeństwo by się zmieniło?

Odwołam się do Petera Pomarantseva, który opisując sytuację mediów w Rosji mówi, że nie można mówić o propagandzie, a trzeba o wojnie psychologiczno-informacyjnej. Propaganda oznacza praktyki, gdzie propagowane są jakieś idee: dobre i złe. Propaganda komunizmu, nazizmu jest zła, a miłości do planety dobra. Wojna psychologiczno-informacyjna nic nie propaguje, a stwarza poczucie, że wszyscy kłamią. Książka Pomarantseva nazywa się: „To nie jest propaganda. Przygody na wojnie z rzeczywistością”. Zadaniem tego informacyjnego potwora jest pokazanie, że kłamią wszyscy: kłamie Putin, ale też Ameryka, Europa i Chiny.

Ponieważ wszyscy kłamią, to można wszystko. Czyli są dobrymi uczniami Dostojewskiego: „jeśli Boga nie ma, to wszystko jest dozwolone”.

Po drugie, co oznacza: dać wolny dostęp do mediów? A oni go nie mieli? Przecież żyjemy w świecie, gdzie panuje internet, nawet dziś, jeśli ktoś chce, omijając wszystkie filtry, można znaleźć alternatywną od oficjalnej informację.

– Tak, ale trzeba się postarać. Włączyć VPN, poszukać, a ludzie są leniwi.

– Tu nie o to chodzi, czy są leniwi. Powiem paradoksalną rzecz: Rosji nie ma. Współczesne państwo to bowiem naród polityczny, a tego w Rosji nie ma. Rosja to jest nie-do-imperium, które przeskoczyło ten moment formowania politycznych narodów i jego nie zbudowała. Stąd nie chodzi o lenistwo, a o to, że nie mają takiej potrzeby żeby otrzymywać informacje z różnych źródeł. Nie chcą być wolnymi i odpowiedzialnymi, a to są dwie fundamentalne wartości społeczeństw demokratycznych.

Rosyjskie społeczeństwo, tak było, i jest, to wielka liczba upośledzonych niewolników, którymi kieruje zgraja przestępców.

Obojętnie, czy to rodzina carska, partia komunistyczna od Lenina do Gorbaczowa, Jelcyn, czy Putin.

belsat.eu

Rosyjskie władze rozmieszczają siły bezpieczeństwa w obwodzie ługańskim prawdopodobnie w odpowiedzi na malejące poparcie dla wojny i rosnącą niechęć do walki wśród mieszkańców Ługańska. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych LPN poinformowało 23 sierpnia, że ​​personel MSW prowadzi wspólne patrole ze skonsolidowanymi oddziałami policji z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Sankt Petersburga i Obwodu Leningradzkiego, w Starobielsku, Szczastii i Stanystii w okupowanym obwodzie ługańskim. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych LNR poinformowało również 22 sierpnia, że ​​oddziały Rosgwardii (rosyjskiej gwardii narodowej) organizowały zabezpieczenie obchodów Dnia Flagi Rosji w Starobielsku. Główny Zarząd Wywiadu Ukrainy (GUR) poinformował, że jednostki Rosgwardii w Dowżańsku (dawniej Swierdłowsku) nie są podporządkowane lokalnym siłom LNR i że Rosgwardia przeprowadziła w Dowżańsku przeszukanie funkcjonariusza LNR. Rozmieszczenie rosyjskich sił bezpieczeństwa na okupowanych terenach obwodu ługańskiego potwierdza wcześniejszą ocenę ISW, że mieszkańcy LNR i przypuszczalnie siły milicji mogą nie chcieć kontynuować walki teraz, gdy dotarły do granic obwodu ługańskiego. Niedawne nasilone rosyjskie wysiłki na rzecz przymusowej mobilizacji mieszkańców Ługańska zapewne pogłębiły to rozczarowanie, a rosyjskie władze mogą zwiększać obecność rosyjskich sił bezpieczeństwa w Ługańsku, aby stłumić jakąkolwiek niestabilność wewnętrzną i/lub ponieważ tracą zaufanie do rodzimych sił ługańskich.

Rozmieszczenie przez władze rosyjskie elementów Rosgwardii do zadań bezpieczeństwa w okupowanym obwodzie ługańskim odwraca te siły od operacji w innych miejscach na Ukrainie, być może przyczyniając się do szerszego niepowodzenia Rosji w przełożeniu ograniczonych zdobyczy taktycznych na sukcesy operacyjne. Wcześniej ISW oceniało, wszystko wskazuje na to, że siły rosyjskie wyczerpały swój impet poprzez zdobycze terytorialne wokół Awdijewki i Bachmutu w obwodzie donieckim – bardzo małej części całego ukraińskiego teatru działań – częściowo z powodu niemożności przydzielenia wystarczających środków na operacje ofensywne. Niechęć sił LNR do udziału w wojnie, w połączeniu z obecnością sił Rosgwardii na tyłach zamiast blisko frontu, prawdopodobnie przyczynią się do dalszych niepowodzeń Rosji w osiąganiu znaczących zdobyczy terytorialnych.

understandingwar.org

Zwykle elokwentny francuski prezydent tym razem woli milczeć. Niewdzięczne zadanie odrzucenia idei budowy połączenia gazowego przez Pireneje zrzucił na minister ds. transformacji energetycznej Agnes Pannier-Runacher. Ta zaś stwierdziła, że dokończenie projektu 200-kilometrowego konektora MidCat, który połączyłby Hostalric na północ od Barcelony z Barbaira we francuskiej Oksytanii, nie ma sensu, bo inwestycja byłaby nad wyraz droga, a jej dokończenie zajęłoby wiele lat.

– Z tego powodu rzecz jasna MidCat nie może być odpowiedzią na kryzys energetyczny, jaki dotyka Unię po inwazji na Rosję – uznała Francuzka.

Jej zdaniem nowy gazociąg jest też sprzeczny z programem Brukseli uwolnienia Unii od kopalnych źródeł energii do 2050 r. W zamian Paryż sugeruje rozbudowę przez Niemcy terminali LNG (gaz skroplony), którymi cenny surowiec byłby dostarczany z Kataru i Ameryki.

Tyle że te argumenty Madryt odrzuca. Zdaniem wicepremier Teresy Ribery dokończenie gazociągu, którego budowa była prowadzona w latach 2013–2019, ale została wstrzymana przez obie strony, zajęłoby osiem–dziewięć miesięcy. Hiszpanie wskazują także, że gdy epoka gazu przejdzie do historii, tą samą rurą będzie można tłoczyć wodór, surowiec jak najbardziej ekologiczny. Gdy zaś idzie o koszty, to zamykają się one kwotą 450 mln euro wobec 11 mld euro, jakie wpompowano w gazociąg Nord Stream 2 o porównywalnej mocy przesyłowej.

Bo też nikt w królestwie nie ma złudzeń, jaka jest prawdziwa motywacja Macrona. Jeszcze z inicjatywy generała de Gaulle’a Francja postawiła na energetykę jądrową. Dostarcza ona nie tylko zdecydowaną większość energii elektrycznej w kraju, ale jest też cennym produktem eksportowym. Jednak pod warunkiem, że nie pojawi się konkurencyjna oferta, jak gaz z Półwyspu Iberyjskiego.

W ten sposób Hiszpania i Portugalia przez dziesięciolecia musiały się zadowolić statusem „energetycznej wyspy” zasadniczo odciętej od reszty zjednoczonej Europy. W szczególności królestwo mogłoby od razu przesyłać przez Pireneje 60 mld metrów sześciennych gazu rocznie, a więc więcej niż przepustowość Nord Stream 1 (55 mld), do którego całkowitego zamknięcia właśnie się szykuje Putin. Cóż z tego, jeśli VIP Pireneas, jedyny gazociąg łączący dziś Hiszpanię z Francją, jest w stanie przesłać marne 7 mld metrów sześciennych surowca rocznie.

Macronowi blokować Hiszpanów jest jednak coraz trudniej, bo pomysł Sáncheza poparł Olaf Scholz. – Poświęcam teraz wiele czasu temu projektowi. Jego realizacja miałaby kapitalne znaczenie dla rozwiązania naszych problemów – oświadczył w tych dniach kanclerz.

Niemiecka gospodarka, największa w Europie, musi pilnie znaleźć alternatywne do rosyjskich źródła gazu. Owszem, Berlin podjął budowę trzech terminali LNG, jednak importowany tędy gaz będzie relatywnie drogi. Utrzymanie konkurencyjności gospodarki Republiki Federalnej ma też kapitalne znaczenie dla Polski, jednego z głównych poddostawców niemieckiej maszyny eksportowej. W październiku w madryckim pałacu Moncloa Scholz spotka się z Sánchezem na pierwszych konsultacjach międzyrządowych od siedmiu lat. Poza interesami łączą ich też wspólne zapatrywania polityczne: są socjalistami.

Hiszpania zbudowała niezwykły potencjał przesyłu gazu. Królestwo łączy bezpośredni gazociąg (MedGaz) z Algierią. Inna rura, GRE, mogłaby też dostarczać algierski gaz przez Maroko, gdyby nie konflikt dyplomatyczny dzielący oba kraje Maghrebu. Bilbao, Mugardos, Huelva, Kartagena, Sagunto i Barcelona: Hiszpanie zbudowali też sześć terminali LNG, rekord w Unii. Są one w stanie przyjąć jedną trzecią gazu skroplonego Unii.

Do tego dochodzi oferta Portugalii. Co prawda ma ona tylko jeden terminal LNG, jednak Amerykanie widzą w atlantyckim porcie Sines bramę dla amerykańskiego gazu skroplonego. Antonio Costa, również socjalistyczny portugalski premier, gorąco wspiera więc współpracę Sáncheza i Scholza. Liczy także, że Półwysep Iberyjski w przyszłości przekształci się w hub energetyczny dla Europy, odbierając tę intratną rolę Niemcom, ale także Francji. Projekt znalazł też poparcie przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen. Hiszpanie chcą, aby został uznany za inwestycję o znaczeniu unijnym i był sfinansowany przez brukselską centralę. To jednak, co nie jest zaskakujące, nie podoba się Francuzom. Bruksela, która w pierwszych miesiącach wojny w Ukrainie potrafiła działać błyskawicznie, w tej sprawie ociąga się jednak z decyzją.

Determinacja Niemców, Hiszpanów i Portugalczyków jest jednak tak duża, że tym razem opór Francuzów nie do końca będzie skuteczny. A to dlatego, że jest tu plan „B”: budowę znacznie droższego i dłuższego (700 km) gazociągu na dnie Morza Śródziemnego, który połączyłby Barcelonę z włoskim Livorno. Z Włoch gaz mógłby zaś być tłoczony na północ, do Niemiec i szerzej Europy Środkowej. W ten sposób udałoby się ominąć Francję.

wp.pl

wtorek, 23 sierpnia 2022


Wracając do sytuacji stricte militarnej, jaka jest obecnie sytuacja po stronie ukraińskiej? W rejonie Donbasu udało się ustabilizować obronę na linii Bahmutu, Słowiańska i Kramatorska. Teren został ufortyfikowany, zarówno podejścia do miejscowości jak i same miasta, z których ewakuowano ludność cywilną. Terenu bronią zarówno brygady wojsk operacyjnych jak i jednostki obrony terytorialnej.

Największe straty obrońcy ponoszą od ognia rosyjskiej artylerii. Siła i częstotliwość ostrzałów została tylko czasowo ograniczona, dzięki precyzyjnym uderzeniom z wyrzutni HIMARS. Obecnie przewaga rosyjskiego ognia artyleryjskiego jest nadal widoczna, armia ukraińska odpowiada co prawda ogniem kontrbateryjnym, natomiast nie jest w stanie robić tego na całym odcinku frontu. Pojawiają się relacje żołnierzy ukraińskich mówiące o długotrwałych ostrzałach artyleryjskich bez odpowiedzi ze strony ukraińskiej. Fakt, że obrońcy utrzymują nadal swoje pozycje świadczy o wysokim morale i dyscyplinę żołnierzy.

Natomiast taktyka toczących się walk, czyli o pojedyncze, częściowo izolowane punkty bądź rejony oporu daje przewagę stronie ukraińskiej, znacznie lepiej zmotywowanej, bo broniącej własnych domów i z dowódcami opierającymi swój autorytet bardziej na charyzmie niż stopniu i funkcji. Z dotychczasowego przebiegu walk wynika jednak, że takie dowodzenie sprawdza się do szczebla kompanii, czyli przywództwa bezpośredniego. Od szczebla batalionu i wyżej brygady, gdzie mamy do czynienia z przywództwem organizacyjnym nie można oprzeć dowodzenia wyłącznie o nieformalne źródła autorytetu. Do tej kwestii jeszcze wrócimy.

Wykorzystując rosyjskie wyczerpanie ofensywą w Donbasie armia ukraińska przystąpiła do działań na kierunku Chersonia i częściowo Zaporoża. Poprzedziły je medialne zapowiedzi rozpoczęcia ofensywy. Oczywiście rodzi się pytanie, dlaczego politycy i ukraiński sztab generalny podawały miejsce, gdzie zamierzają atakować. Pozostaje to w oczywistej sprzeczności z zasadami prowadzenia działań taktycznych, gdzie jednym z czynników decydującym o powodzeniu jest skrytość. W działaniach taktycznych istnieje również pojęcie działań mylących, czyli wprowadzających w błąd przeciwnika co do własnych zamiarów. Działania ukraińskie zostały wyraźnie skupione na zmuszeniu Rosjan do koncentracji sił w rejonie Chersonia i Zaporoża.

Trzeba zauważyć, że Rosjanie początkowo reagowali dość opieszale na próby przejęcia przez Ukrainę inicjatywy operacyjnej w rejonie Chersonia. Nawet częściowe powodzenie ukraińskiego natarcia w kierunku miasta nie skłoniło Rosjan do przerzucenia znacznych sił na zagrożony obszar. Dopiero precyzyjny ostrzał mostów na Dnieprze, który mógł doprowadzić do izolacji rosyjskich wojsk na północ od Dniepru spowodował przegrupowanie znacznych sił. Oznaczało to, że Rosjanie uwierzyli w ukraińską ofensywę.

Co więcej, przerzucili w rejon Zaporoża wszystkie dostępne jednostki. Oczekiwana ofensywa jednak nie nastąpiła, ani na kierunku Chersonia czy Zaporoża, ani na żadnym innym. Co ciekawe sytuacja na froncie przez jakiś czas takiej ofensywie sprzyjała. Czasowe upośledzenie rosyjskiej logistyki, zniszczenie kilku stanowisk dowodzenia, użycie pocisków przeciwradiolokacyjnych do niszczenia radarów obrony przeciwlotniczej, ataki na mosty – wszystko to stworzyło najlepsze od początku wojny warunki do ukraińskiej kontrofensywy.

Przy czym warunki te, ze względu na znaczne wyczerpanie sił rosyjskich, zaistniały nie tylko na kierunku Chersonia. Prawdopodobnym wydawały się dwa scenariusze. Pierwszy to zwabienie znacznych sił rosyjskich na północny brzeg Dniepru, izolowanie ich poprzez zniszczenie mostów w rejonie walk i likwidacja poprzez rozbicie i zepchnięcie w kierunku Dniepru. Sukces takiej operacji pozwoliłby zapewne wyzwolić Chersoń bez wdawania się w walki miejskie. Drugi scenariusz to przeprowadzenie zaskakującego ataku w Donbasie, korzystając z faktu, że rosyjskie rezerwy były w trakcie przemieszczania się w kierunku Chersonia bądź Zaporoża. Taka ofensywa, przeprowadzona znacznymi siłami, mogłaby doprowadzić do zmiany sytuacji nie tylko na poziomie taktycznym, ale i strategicznym, czyli doprowadzić do załamania frontu. Pojawiająca się w przestrzeni medialnej możliwość wykonania ataku na Zaporożu w celu przebicia się do Morza Czarnego i rozkawałkowania rosyjskiego ugrupowania była najmniej prawdopodobna ze względu na ryzyko odcięcia i zniszczenia atakujących sił. Tak czy inaczej nic takiego się nie wydarzyło.

Możemy tylko przypuszczać, dlaczego tak się stało, ale najbardziej prawdopodobną odpowiedzią jest brak zdolności armii ukraińskiej do przeprowadzenia tak dużej operacji. Przyczyn jest zapewne kilka. Przeanalizujmy je zgodnie z wojskową metodologią w trzech obszarach, czyli koncepcyjnym, zasobów oraz morale i zdolności do działania. Pod względem koncepcyjnym armia ukraińska wydaje się wciąż słabo przygotowana do prowadzenia dużej ofensywy. Ukraińcy bardzo dobrze radzą sobie z dowodzeniem na szczeblu taktycznym, czyli pluton/kompania i z małymi wyjątkami batalion. Przy obecnym obrazie pola walki najczęściej jest to wystarczające do sprawnego organizowania walki. Natomiast w sytuacji, kiedy zachodzi konieczność operowania związkami taktycznymi, czyli brygadami widać znaczne zróżnicowanie.

Są brygady działające od początku wojny bardzo sprawnie np. 1 i 17 brygady pancerne, 72 brygada zmechanizowana, 25 brygada powietrzno-desantowa (generalnie ukraińskie brygady desantowe lepiej radzą sobie z manewrem niż zmechanizowane) i jeszcze kilka innych. Natomiast w wielu brygadach widać, że działanie całością sprawia sztabom trudności, co przejawiało się podczas działań manewrowych w Donbasie spóźnionymi reakcjami na zmieniającą się sytuację taktyczną. Stan ten ulega z pewnością poprawie, bo sztaby nabierają szybko doświadczenia, natomiast do ofensywy potrzeba umiejętności budowania świadomości nie tylko taktycznej, ale i operacyjnej, czyli na szczeblu związków operacyjnych (kilku brygad oraz rodzajów wojsk).

Dowództwo ukraińskie prowadziło już ograniczone ofensywy (Kijów i Charków), natomiast były one bardzo ograniczone pod względem celów i angażowanych sił. Brało w nich udział do trzech brygad równocześnie i działały one w zasadzie jako niezależne związki taktyczne. Do ofensywy potrzeba struktury związku operacyjnego (a raczej kilku) z własnym dowództwem, będącym w stanie realizować plan ataku z zachowaniem ekonomii sił, czyli sprawnie koncentrować niezbędne siły na kierunkach uderzenia, wprowadzać do walki kolejne, zapewnić ich współdziałanie, niezbędne wsparcie i zaopatrzenie itd. 

Wydaje się, że dowództwo ukraińskie nawet po osiągnięciu zdolności materiałowych do kontrofensywy, prowadzić ją będzie raczej w dotychczasowym stylu, czyli używaniu brygad kolejno w ramach uzyskiwania powodzenia, niż operować szczeblem dywizji. Takiego szczebla dowodzenia armia ukraińska nie posiada, dowództwa regionalne mogą natomiast stanowić odpowiednik dowództwa korpusu armijnego (w NATO korpusu).

Co do zasobów materiałowych do kontrofensywy z wcześniejszej analizy wydaje się, że Ukraina takowe posiada. Natomiast należy wziąć pod uwagę nieznany stopień sprawności ukraińskich czołgów oraz zdolności do ich zabezpieczenia technicznego. W obronie relatywnie łatwiej jest radzić sobie z usterkami technicznymi, natomiast w natarciu czołg niesprawny jest z reguły czołgiem straconym.

Ponadto pojazdy na których szkolą się rezerwowe brygady zmechanizowane mają ograniczoną przydatność w działaniach ofensywnych np. pojazdy przeciwminowe MRAP skonstruowano z myślą o konfliktach asymetrycznych, gdzie głównym zagrożeniem są improwizowane ładunki wybuchowe z kolei transportery M113 pomimo modernizacji są przestarzałe i nadają się raczej na wozy dowodzenia lub ewakuacji medycznej niż pojazdy bojowe piechoty. Ponadto brygady ukraińskie mogły działać samodzielnie, ponieważ posiadały aż trzy dywizjony artylerii, czyli każda brygada ukraińska w porównaniu z NATOwskimi składała się tak naprawdę z brygady i przydzielonego pułku artylerii. W jednostkach rezerwowych z pewnością takiego nasycenia artylerią nie będzie, stąd podczas ofensywy wsparciem artyleryjskim będą musiały kierować sztaby nadrzędne, żeby zapewnić niezbędne wsparcie. Z tym że taki sztab jest tylko jeden (regionalny). To będzie problem... zresztą niejedyny.

Armia ukraińska od początku konfliktu używa artylerii w specyficzny sposób, w obronie przy wielokrotnej przewadze rosyjskiej, bardzo skuteczny. Mianowicie działa i wyrzutnie stosują szyk rozproszony i reagują możliwie precyzyjnym ogniem na wezwania dowódców nawet niskiego szczebla. W natarciu taka taktyka może okazać się mało efektywna, ponieważ nie będzie możliwe koncentrowanie ognia na głównych kierunkach uderzenia i jego korygowanie, przemieszczanie baterii i dywizjonów w ramach osiągania powodzenia oraz zaopatrywanie ich w amunicję. W przypadku amunicji jej zasoby muszą być zgromadzone wcześniej i to w znacznych ilościach. Nie można zakładać, że będzie ona docierać stopniowo z zagranicy już po rozpoczęciu ofensywy.

Jeżeli chodzi o zasoby ludzkie, armia ukraińska jest w nieporównywalnie lepszym położeniu od rosyjskiej, po pierwsze ze względu na motywację społeczeństwa do walki, po drugie, ponieważ jest oficjalnie w stanie wojny i prowadzi mobilizację. Natomiast pozostaje kwestia zdolności szkoleniowych. W warunkach pokoju brygadę formuje się rok, szkoli przez 3 lata. I to dysponując pełnym zabezpieczeniem instruktorskim i materiałowym w tym infrastrukturą szkoleniową. Ukraińskie rezerwy, żeby mieć zdolność do decydującej ofensywy powinny liczyć co najmniej 10 brygad, czyli jakieś 40-50 tysięcy żołnierzy.

Jeszcze raz – co najmniej. Pod względem szkoleniowym jest to olbrzymie wyzwanie i z pewnością SZ Ukrainy nie są w stanie podołać im samodzielnie. Należy przy tym pamiętać, że szkoleniu podlegają również jednostki wycofywane czasowo z frontu w celu uzupełnień. Dodatkowym problemem jest konieczność szkolenia nie tylko żołnierzy, ale i ich dowódców – bo tych z pewnością brakuje. Nawet jeżeli awansowano na wyższe stanowiska weteranów, to i tak wymagają szkolenia bowiem zupełnie inaczej walczy się jako szeregowiec, a inaczej jako dowódca drużyny, a dowodzenie plutonem różni się od dowodzenia kompanią itd. Pomimo wsparcia udzielanego przez inne państwa (pojawiły się filmy pokazujące szkolących się żołnierzy ukraińskich w Wielkiej Brytanii) potrzeby sięgają tysięcy i można zakładać, że proces ten będzie trwał jeszcze kilka miesięcy.

defence24.pl

poniedziałek, 22 sierpnia 2022


Z najnowszych danych i szacunków Gaz-Systemu wyłania się obraz mocnego spadku zużycia błękitnego paliwa. Operator poinformował, że od stycznia do lipca tego roku wolumen gazu, który przepłynął systemem przesyłowym wyniósł 11,7 mld m sześc.

To dokładnie 10 proc. proc. mniej niż w tym samym okresie 2021 r., kiedy to przesył był na poziomie 13 mld m sześc. Wolumeny te są w praktyce tożsame ze zużyciem gazu, Gaz-System wlicza do nich jeszcze eksport, który jednak w tym roku był pomijalny, a w zeszłym – niezbyt znaczący. Operator przewiduje też, że w całym 2022 roku zapotrzebowanie na usługę przesyłową spadnie do 18,4 mld m sześć. z 21,3 mld m sześc. w całym 2021. Prognoza ta jest oparta na własnym szacunku spadku zużycia gazu o 13,8 proc.

Jak widać, jesteśmy bardzo blisko europejskiego celu i to bez żadnych odgórnych nakazów oszczędzania. Gaz jest bardzo drogi i odbiorcy sami redukują jego zużycie. Widać to chociażby w półrocznych danych PGNiG. Gazowy koncern w I połowie roku sprzedał w Polsce o 7% mniej gazu, ale hamowanie jeszcze lepiej widać w segmencie największych odbiorców, gdzie spadek wyniósł aż 19%.

Przemysł reaguje w ten sposób na horrendalne ceny na rynku, które i tak jeszcze wzrosły. Wystarczyła zapowiedź 3-dniowego zatrzymania Nord Stream, aby ceny spot w Europie przekroczyły 260€ za MWh. Na pewno pociągnie to za sobą dalszy spadek zużycia. Chodzi nie tylko op duży przemysł – w najgorszej sytuacji są małe firmy. Polskie media są pełne doniesień o kolejnych niekoniecznie dużych biznesach w rodzaju barów czy piekarni, które przybite rachunkami albo ograniczają działalność, albo wprost ją zamykają. Tym tematem zamierzamy zająć się w najbliższym czasie.

Największy europejski konsument gazu, Niemcy także reaguje zgodnie z rynkowymi mechanizmami. Wstępne dane niemieckiego związku przemysłu energetycznego BDEW pokazują spadek zużycia o 14,7% w I półroczu w stosunku do 2021. Co prawda tegoroczna wiosna była cieplejsza, ale BDEW szacuje, że nawet biorąc pod uwagę wpływ wyższej temperatury, spadek konsumpcji wynosi co najmniej 8 proc. Ponieważ wytyczne Komisji Europejskiej nic nie mówią o uwzględnianiu pogody przy stopniu redukcji, to i Niemcy bez problemu powinny dojść do 15% w całym roku. Z danych BDEW wynika bowiem, że ograniczenie popytu się pogłębia. W czerwcu, a więc poza sezonem grzewczym, kiedy temperatura nie wpływa już na zużycie, spadek konsumpcji wyniósł bowiem 22,6%. 

Włochy to nie tylko czołowy konsument gazu, ale też państwo, w którego energetyce nie bardzo jest czym gaz zastąpić. Elektrownie węglowe są już od dawna pozamykane. Włosi dostali od KE niższy cel redukcyjny niż reszta Unii – tylko 7%. Co przekłada się na nieco ponad 4 mld m sześc. gazu. Italia w ramach uwalniania się od dostaw z Rosji zwiększyła import LNG, dostawy z Algierii i zaczęła sprowadzać znaczące wolumeny z Azerbejdżanu.

Rządowy program oszczędność zakłada spadek zużycia w tym roku o ok. 5 mld m sześc., czyli nieco ponad 9% zeszłorocznej konsumpcji. Ile to będzie w praktyce, dopiero się okaże, ale oszczędności mają mieć dość proste źródła, typu wyłączenie części nocnego oświetlenia ulic, galerii handlowych, itp. W kraju, gdzie prawie połowa prądu pochodzi z elektrowni gazowych, oszczędność energii elektrycznej od razu przeradza się to w znaczący spadek konsumpcji gazu.

Z danych niderlandzkiego urzędu statystycznego jasno wynika skala hamowania. O ile w styczniu 2022 zużycie gazu w Niderlandach było niższe o 23% niż przed rokiem, to w maju – gdzie temperatura nie odgrywa już takiej roli – spadło o 30% w stosunku do maja 2021. Za cały okres styczeń-maj 2022 zużycie było niższe od 26% od tego samego okresu zeszłego roku. Holendrzy słyną z oszczędności, a nawet ze skąpstwa, więc pewnie i tutaj pewnie dadzą radę. 

Najwięksi europejscy przemysłowi konsumenci gazu robią to, co dyktuje im rynek. Szczególnie widać to w europejskiej metalurgii. Koncern Nyrstar z początkiem września zatrzymuje produkcję w swojej hucie cynku w Bedel w Niderlandach. Przerwa zostanie wykorzystana na przeglądy urządzeń itp., ale nie wiadomo jak długo potrwa. Już w zeszłym roku Glencore wstrzymało produkcję cynku w swojej włoskiej hucie Portovesme. Po cynku kryzys gazowy uderza też w produkcję aluminium. Pod koniec września NorskHydro zatrzyma produkcję w Slovalco – hutę aluminium na Słowacji. Rumuńskie Alro już ograniczyło produkcję. 

Największe obawy mają Niemcy. Tam bije, jak to ładnie określił Bloomberg, „serce europejskiego przemysłu”. – “Wzrost cen energii jest tu większym dramatem niż gdzie indziej – mówił agencji Ralf Stoffels, szef BIW Isulierte Stoffe, producenta silikonowych części dla przemysłu samochodowego i lotniczego. – Obawiam się stopniowej deindustrializacji niemieckiej gospodarki.

Fabryki u naszych zachodnich sąsiadów przestawiają się tam gdzie to tylko możliwe na olej opałowy, w rezultacie import tego surowca z Rosji wzrósł w ostatnich miesiącach niemal o połowę. BMW, które ma 37 małych elektrociepłowni gazowych zasilających fabryki, rozważa przestawienie się na prąd z sieci. Ale czy będzie on dostępny, tego nie wiadomo. – Jeśli przemysł będzie musiał skracać tydzień pracy i redukować płace z powodu kryzysu energetycznego to zrobi się nerwowo – mówi Bloombergowi Martin Devenish z S-RM Intelligence & Risk Consulting. – Ryzyko niepokojów społecznych jest niedoceniane.

W Polsce pierwszą oznaką problemu może być krok Zakładów Azotowych Puławy, które w pierwszej dekadzie sierpnia ograniczyły o produkcję melaminy do 20% mocy wytwórczych. Melamina służy głównie do produkcji żywic o szerokim zastosowaniu, a wytwarza się ją z mocznika. Ten z kolei produkuje się z amoniaku w syntezie, gdzie surowcem jest metan, czyli gaz ziemny. ZA Puławy tłumaczą czasowe ograniczenie produkcji wysokimi cenami gazu i nieatrakcyjnymi warunkami sprzedaży melaminy. Spółka podkreśliła, że na teraz trudno oszacować negatywne skutki finansowe tego kroku.

PKN Orlen, największy konsument gazu w Polsce poinformował, że „od końca 2021 roku wdrażał dodatkowo działania po stronie technologicznej zmniejszające zależność zakładu głównego w Płocku od dostępności gazu ziemnego”. W drugim półroczu 2022 r. o 8 proc. spadła też (rok do roku) produkcja prądu z gazowych elektrociepłowni koncernu. Jak czytamy w sprawozdaniu za drugie półrocze stało się to „w efekcie niekorzystnych warunków makroekonomicznych dla jednostek gazowych”.

wysokienapiecie.pl

Rosyjscy rekruterzy do wojska prawdopodobnie pozwalają rosyjskim ochotnikom zachowywać się w sposób bezprawny i chaotyczny podczas szkolenia, przed ich rozmieszczeniem na Ukrainie, aby nie zniechęcać ograniczonej liczby zainteresowanych rekrutów. Rosyjska platforma opozycyjna Verstka przeprowadziła wywiady z 12 mieszkańcami Mulino w Niżnym Nowogrodzie i zebrała w mediach społecznościowych skargi od mieszkańców, którzy omawiali zachowanie wolontariuszy w mieście. Mulino jest domem dla ogromnego rosyjskiego poligonu wojskowego i podobno jest bazą dla nowego 3 Korpusu Armii. Miejscowi powiedzieli Verstce że „kilka tysięcy żołnierzy” przybyło do Mulino przed rozmieszczeniem w Donbasie, a sześć grup o nieokreślonej wielkości przeszło od lipca szkolenie (i są przypuszczalnie na Ukrainie). Miejscowi stwierdzili, że ochotnicy są głównie w wieku od 40 do 50 lat, co potwierdza wcześniejsze obserwacje ISW, że niektórzy rekruci wydają się być starsi niż tradycyjny wiek dla nowych i surowych rekrutów. Mieszkańcy Mulino poinformowali, że wolontariusze popełniają rabunki, nękają kobiety, podżegają do bójek i intensywnie nadużywają alkoholu, po tym jak ich dni treningowe kończą się o siódmej wieczorem. Władze Mulino podobno rozpoczęły patrolowanie miasta od zeszłego tygodnia, ale mieszkańcy spekulują, że lokalna policja wypuszcza aresztowanych wolontariuszy, ponieważ są potrzebni do rozmieszczenia na Ukrainie.

Verstka Raport być może wskazuje, że rosyjskie władze wojskowe nie chcą dyscyplinować tych nowych rekrutów, zwabionych do służby wielkim kosztem i wysiłkiem. Brak dyscypliny i de facto odporność na dyscyplinę podczas szkolenia najprawdopodobniej przełoży się na słabo wyszkoloną i uprawnioną siłę ochotniczą, przyzwyczajoną do popełniania przestępstw i braku konsekwencji za nie. Takie zachowanie wśród wolontariuszy może prowadzić do konfliktów z innymi rosyjskimi żołnierzami, nieposłuszeństwa, nadużywania alkoholu i narkotyków, grabieży i potencjalnej wiktymizacji Ukraińców na okupowanych terenach. Raport potwierdza również, że siły rosyjskie wysłały na Ukrainę pewne nieokreślone grupy ochotników po krótkim okresie szkolenia. Wiek wolontariuszy oraz zgłaszane zachowania przestępcze i uzależnienie od używek wskazują również, że rosyjscy rekruterzy do wojska walczą o jakichkolwiek ochotników, niezależnie od przeszłości kryminalnej, wieku czy doświadczenia wojskowego. Negatywne komentarze mieszkańców na temat rekrutów mogą też w przyszłości zaszkodzić opinii o rosyjskich Siłach Zbrojnych, potencjalnie jeszcze bardziej zmniejszając i tak już niską skłonność do służby wojskowej wśród Rosjan.

Opozycyjna rosyjska Nowaja Gazeta poinformowała, że 33 rosyjskie podmioty federalne tworzą 52 bataliony ochotnicze i jednostki wojskowe. Nowaja Gazeta ustaliła również, że Kreml tworzy 10 innych formacji wojskowych – w ramach prywatnych firm wojskowych (PKW) Wagner i Redut, oddziałów kozackich, Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej (DNR i ŁNR) oraz Rezerwy Armii Bojowej (BARS) – które konkurują o wolontariuszy. Nowaja Gazeta poinformowała, że rosyjskie Ministerstwo Obrony nadzoruje rekrutację do regionalnych batalionów ochotniczych, programu BARS (obejmującego jednostki „Rusich”, „Legion Imperski”, „Legion Ruski” i „Sojuz Dobrowolcew Donbasa”) oraz Redut (w tym m.in. batalionu „Weteran” i Brygady Kozackiej „Don”). Wagner również selektywnie rekrutuje ochotników, a DNR i LNR tworzą Batalion Ochotniczy „Sparta” i Brygadę Ochotniczą „Piatnaszka”. W raporcie stwierdzono, że rosyjskie jednostki ochotnicze szkolą się w następujących rejonach: Olgino, Severyanin i Ługa (wszystkie w pobliżu Petersburga); Mulino; poligon Kazańskiej Wyższej Szkoły Dowodzenia Czołgami; na południowy wschód od Tambowa; Tockoje; oraz Bambyrovo i Ussuriyskiy Zaliv (oba w Kraju Nadmorskim). Wolontariusze PKW przechodzą szkolenie w pobliżu Rostowa nad Donem, Molkino (Kraj Krasnodarski).

Rosyjscy rekruterzy do wojska nadal obiecują ekstrawaganckie stawki mężczyznom, którzy podpisują kontrakty wojskowe i są częścią jednostek, które zdobywają terytorium na Ukrainie. Wojskowe Centrum Rekrutacyjne Miasta Armavir w Kraju Krasnodarskim opublikowało ogłoszenie, w którym obliczono, że szeregowiec może zarobić 1,9 miliona rubli (około 32.000 dolarów) w ciągu jednego miesiąca, jeśli jednostka jest w natarciu o kilometr dziennie. Rekruterzy obiecali każdemu żołnierzowi 50.000 rubli (około 840 dolarów) za każdy kilometr, który rekrut pokonuje na linii frontu. Rosyjscy poddani federalni starają się średnio zwerbować oddział ochotniczy złożony z 350 osób, więc jeśli cała hipotetyczna jednostka posunie się o kilometr (i wszyscy w niej przeżyją), Kreml będzie winien zapłatę w wysokości 17,5 mln rubli (około 294 tys. USD). Ta reklama ujawnia kilka ważnych informacji o tym, jak Rosja walczy na tej wojnie i stara się znaleźć żołnierzy, którzy nadal będą to robili. Po pierwsze, zakłada dzienne tempo postępu podobne do wzorców z I wojny światowej – 30-kilometrowy postęp w ciągu miesiąca jest niewiarygodnie powolnym tempem postępu naprzód dla sił zmechanizowanych, ale zgodnym z tempem zaawansowania sił rosyjskich w ostatnich miesiącach, kiedy w ogóle się posunęli naprzód. Po drugie, pokazuje, jak desperacko rekruterzy próbują nakłonić mężczyzn do dołączenia do jednostek ochotniczych i jak trudno im ich znaleźć. Po trzecie, pokazuje, że Kreml wciąż próbuje rozwiązać swoje problemy kadrowe, rzucając w nich pieniędzmi, aby zachęcić do wolontariatu, a nie rozważając przymusu. 

understandingwar.org

Impuls sił rosyjskich spowodowany zdobyczami terytorialnymi wokół Bachmutu i Awdijiwki pod koniec lipca prawdopodobnie się wyczerpał, a rosyjskie ataki na wschodniej Ukrainie przypuszczalnie osiągną punkt kulminacyjny, chociaż bardzo niewielkie rosyjskie postępy będą być może kontynuowane. Siły rosyjskie zajęły Novoluhanske i Vuhlehirska Thermal Power Plant (TPP) na południowy wschód od Bachmutu odpowiednio 25 i 26 lipca, konsolidując rosyjską kontrolę nad trudnymi terenami po wielu tygodniach walk. Źródła rosyjskie świętowały te zdobycze jako znaczące zwycięstwo militarne, nie zauważając, że ukraińskie siły wojskowe z powodzeniem zerwały kontakt i wycofały się z tego obszaru. Siły rosyjskie świętowały także zdobycie ukraińskich fortyfikacji wokół szybu wentylacyjnego Kopalni Węgla Kamiennego Butivka na południowy zachód od Awdijiwki, po tym jak 30 lipca siły ukraińskie wycofały się z tego obszaru. Siły rosyjskie w ograniczonym stopniu wykorzystały te zdobycze i atakują w kierunku Bachmutu z północnego wschodu i południowego wschodu oraz wokół Awdijiwki, ale ataki te są teraz w martwym punkcie.

Niepowodzenie sił rosyjskich w kapitalizacji wcześniejszych zdobyczy wokół Bachmuta i Awdijiwki jest przykładem bardziej fundamentalnego rosyjskiego problemu militarnego – wykazanej niezdolności do przełożenia taktycznych zdobyczy na sukcesy operacyjne. Siły rosyjskie konsekwentnie nie wykorzystywały przełomów taktycznych do manewrowania na ukraińskich tyłach lub odryglowania znacznej części ukraińskich linii obronnych. Dlatego nieustannie dają Ukraińcom czas na taktyczne wycofanie się i ponowne ustanowienie pozycji obronnych, przeciwko którym Rosjanie muszą następnie przeprowadzić nowe, celowe ataki. Zjawisko to wyjaśnia niezwykle powolne tempo rosyjskich postępów na wschodzie i wyraźnie sugeruje, że w najbliższych miesiącach Rosjanie nie będą w stanie zająć znacznie większego pola, chyba że sytuacja rozwinie się w nieprzewidziany sposób. Siły rosyjskie zapewne nie dadzą rady przeznaczyć wystarczających zasobów na jakąkolwiek operację ofensywną, aby odzyskać rozmach niezbędny do znaczących postępów terytorialnych, które przełożą się na sukcesy operacyjne.

understandingwar.org