czwartek, 28 lipca 2022


Rosyjskie władze wojskowe kontynuowały działania mające na celu zrekompensowanie strat kadrowych na Ukrainie. Ukraiński Główny Zarząd Wywiadu (GUR) poinformował 28 lipca, że ​​rosyjskie kierownictwo wojskowe zaczęło na szeroką skalę przydzielać stopień oficerski podporucznika podoficerom bez odpowiedniego wykształcenia lub doświadczenia. GUR dodatkowo poinformował, że rosyjskie kierownictwo wojskowe tworzy wyspecjalizowane komisje medyczne w celu identyfikacji żołnierzy, którzy udają choroby, aby uchylic się od obowiązku służby.

Rosyjscy poddani federalni nadal tworzyli regionalne bataliony ochotnicze. Rosyjskie media Bez Formata poinformowały 28 lipca, że ​​batalion „Bootur” ze wschodniej rosyjskiej Republiki Sacha (znany również jako „Jakucja”) został sformowany ze 105 ochotnikami do rozmieszczenia na Ukrainie. GUR poinformował w szczególności, że żołnierze ze wschodnich regionów, takich jak Jakucja, niechętnie biorą udział w wojnie na Ukrainie, częściowo ze względu na fakt, że te jednostki ochotnicze nie są tworzone na zasadach zawodowych. (...)

Kreml nadal wykorzystuje prywatne firmy wojskowe (PKW) do wspierania operacji na Ukrainie. Dowódca US Africa Command (AFRICOM) generał Stephen Townsend oświadczył 27 lipca, że ​​PMC Grupy Wagnera przeniosło bliżej nieokreśloną liczbę sił z Libii do walki na Ukrainie. Kreml w coraz większym stopniu polega na Grupie Wagnera jako na głównej grupie uderzeniowej, a kierownictwo Grupy Wagnera prawdopodobnie dąży do utrzymania swojej obecności na Ukrainie (a co za tym idzie, swojego pozytywnego postrzegania wśród rosyjskich przywódców wojskowych) poprzez import bojowników z innych obszarów działania.

understandingwar.org

środa, 27 lipca 2022


Na początku lipca eksperci szacowali, że sama odbudowa nieuznawanych republik na wschodzie Ukrainy będzie kosztować Rosję co najmniej 750 mld dolarów. Według różnych szacunków na odbudowę samego Mariupola trzeba wydać co najmniej 14 mld dolarów.

Ponadto w przejętych regionach trzeba będzie uwzględnić koszty stałe – takie jak dotacje, wypłaty wynagrodzeń i emerytur, inwestycje w infrastrukturę itp. Władze samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej oświadczyły już, że region potrzebuje 2 bilionów rubli (ok. 160 mld zł) dofinansowania w ciągu najbliższych dwóch lat.

– Gigantyczne wydatki na Czeczenię po dwóch wyniszczających wojnach będą wydawać się kwiatami w porównaniu z tym, ile trzeba będzie zainwestować w zagarnięte regiony Ukrainy – czytamy w raporcie.

Dziś w Funduszu Dobrobytu Narodowego /NWF/ pod kontrolą rosyjskiego Ministerstwa Finansów jest około 5 bilionów rubli (około 400 mld zł). Zatem nawet gdyby wydano wszystkie te środki, to i tak nie wystarczyłyby one na odbudowę okupowanych terenów. Jednocześnie Fundusz Państwowy został wykorzystany do pokrycia deficytu Funduszu Emerytalnego oraz do uzupełnienia oszczędności emerytalnych. Ponadto istnieje ryzyko, że wszystkie większe projekty infrastrukturalne w samej Rosji mogą zostać zamrożone ze względu na konieczność utrzymania życia na rozdartych wojną terytoriach Ukrainy.

belsat.eu

Jak twierdzi Olga Romanowa, szefowa organizacji praw człowieka wspierającej więźniów i oskarżonych „Ruś Sidjaszczaja” (pol. Ruś Odsiadująca) werbunek więźniów do udziału w wojnie przeciwko Ukrainie rozpoczął się już w pierwszych dniach pełnowymiarowej inwazji. Zaangażowana była w to Federalna Służba Bezpieczeństwa i Federalna Służba Więzienna wraz z tzw. grupą Wagnera. Zdaniem obrończyni praw człowieka, na początku były to wizyty w koloniach, gdzie odsiadywali wyroki byli pracownicy służb mundurowych. Jednak akcja nie odniosła znaczących rezultatów.

Druga fala miała miejsce wiosną, a trzecia – najbardziej aktywna faza naboru – rozpoczęła się pod koniec czerwca i objęła więzienia aż po sam Ural. Więźniom obiecuje się ułaskawienie, jeśli pozostaną przy życiu po sześciu miesiącach działań wojennych.

Obecność skazańców na froncie zostały już potwierdzona przez obrońców praw człowieka i dziennikarzy. Zostali rozpoznani na przykład filmikach pokazujących udział wojskowych z Czeczenii w wojnie na Ukrainie.

Jednym z głośniejszych wydarzeń ostatnich dni jest wizyta w jednej z kolonii w obwodzie riazańskim biznesmena, „kucharza Putina” Jewgienija Prigożyna, którego media nazywają sponsorem najsłynniejszej w kraju najemniczej formacji wojskowej – grupy Wagnera. Informacje o wizycie biznesmena w kolonii karnej potwierdzają Olga Romanowa i Władimir Osieczkin, założyciel projektu obrony praw człowieka Gulagu.net. Sam Prigożyn nie wypowiadał się na temat tej wizyty.

– Kiedy po raz pierwszy otrzymałem informację o jego przylocie do kolonii helikopterem, nie uwierzyłem. Ale potem dostałem tę informację z kilku źródeł. Był też w jednej z kolonii w Petersburgu – powiedział Osieczkin w komentarzu dla Vot Tak.

Według informacji, jakimi dysponuje szef organizacji, w strefie działań wojennych lub w drodze do niej jest już ponad tysiąc skazanych. „Ruś Sidjaszczaja” posiada informacje o 400 więźniach z obwodu leningradzkiego i nowogrodzkiego, którzy trafili na front, ale organizacja uważa, że trafiło tam ponad tysiąc skazańców z całego kraju.

– Według dostępnych danych chodzi o werbunek nawet 20 tys. osób, ale pierwsza faza rekrutacji byłych oficerów z doświadczeniem bojowym w lutym i marcu zakończyła się niepowodzeniem. Nie są głupcami, żeby się na to zgodzić. Jak mi powiedziano, jeden z byłych oficerów sił specjalnych powiedział funkcjonariuszom, że wolałby „dać im po gębie” i dostać dłuższą karę, niż pójść na śmierć – mówi Osieczkin.

Portal Ważnyje Istorii (ros. Ważne Historie) informował wcześniej, że żołd skazanych ma wynosić około 200 tys. rubli (ok. 15 tys. zł) miesięcznie, wypłata za odniesienie poważnego ranienia – 300 tys. rubli (ok. 24 tys. zł), a za śmierć – 5 milionów rubli (ok. 400 tys. zł), które zostaną przekazane rodzinie.

Zdaniem Olgi Romanowej więźniowie są rekrutowani, ponieważ brakuje chętnych do wstąpienia od armii. Druga przyczyna to brak bliskich krewnych. O los skazańców nie trzeba będzie martwić się tak, jak o losy oficerów i żołnierzy kontraktowych – więźniów można pominąć w listach ofiar.

– Tylko 10 proc. skazanych ma bliskich krewnych, którzy interesują się ich losami. Zostaną wysłani na śmierć jak sieroty w pierwszych dniach wojny i nikt nie będzie żądał wyjaśnień ani domagałs się odbioru ciał. Osoby skazane za poważne przestępstwa mają też bardzo mało do stracenia. Poza tym w rosyjskich więzieniach przebywa wiele osób z tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych i jest to dla nich szansa na powrót do domu – wyjaśnia Romanowa.

Według rozmówców Vot-Tak więźniowie mają być wykorzystani w najtrudniejszych obszarach działań bojowych, m.in. jak saperzy czy członkowie grup szturmowych, mimo że nie przeszli niezbędnych szkoleń.

– Ci ludzie są postrzegani jako gorszy sort, mięso armatnie. W Federalnej Służbie Bezpieczeństwa szkolenie saperów trwa około 10 lat, na przygotowanie specjalistów wydaje się mnóstwo pieniędzy. Ale na wojnie wielu z nich zginęło i trzeba uzupełnić szeregi. Jeśli trzeba podjąć ryzyko, to wolą wysłać na śmierć dwóch czy trzech skazańców, żeby to oni zajmowali się bombami, niż stracić jednego wyszkolonego żołnierza. Więźniów będą wykorzystywać także do walki z bliskie i średnie dystanse, będą rzucani na śmierć, by ułatwić innym posuwanie się naprzód i ujawnić położenie punktów ostrzału wroga – mówi Osieczkin.

Jak twierdzi obrońca praw człowieka, na wojnę nie są brani  przestępcy seksualni, tacy jak gwałciciele czy pedofile ze względu na ich niski status w więziennej hierarchii.  Podobnie dzieje się ze skazanymi, którzy współpracują z więzienną administracją.

– Istnieje tak zwana „brygada zabójców”, do której rekrutuje się osoby skazane za poważne przestępstwa, takie jak morderstwo. Zamiast 10-15 lat w więzieniu, proponuje się im walkę i wyjście na wolność. Niektórzy decydują się na podjęcie ryzyka – powiedział szef Gulagu.net.

Wśród więźniów, którzy zgodzili się iść na front, są skazani zbliżający się do końca wyroku lub podlegający warunkowemu zwolnieniu. Podpisują oni kontrakt dotyczący pracy w jednej z firm związanych z wojskowymi grupami najemniczymi albo w dokumentach wyrok więzienia jest zastępowany inną formą kary, np. pracą przymusową.

Z pozostałymi sytuacja jest bardziej skomplikowana. De iure kontynuują odbywanie kary, de facto przebywają na terytorium innego państwa. Najpierw muszą nagrać wideo i napisać specjalne oświadczenie, że zdecydowali się iść na wojnę dobrowolnie: jest to potrzebne na wypadek procesu, jaki mogą wytyczyć krewni zabitego lub poranionego więźnia. To, co się dzieje, Osieczkin nazywa „zwykłą zbrodnią wojenną”: skazańców prawnie nie zwalnia się z kary, ale obiecywane jest im ułaskawienie, a nawet medale – jeśli więźniowi uda się przeżyć.

– W jednej z kolonii do dokumentów tych skazańców wpisano przeniesienie do Kostromy, ale w rzeczywistości wysłano ich do Rostowa nad Donem. Tam są szkoleni, wyposażani w sprzęt, a ci, którzy mogą planować ucieczkę lub przejście na stronę Ukrainy, są odsiewani przy pomocy donosicieli. Takich więźniów odsyła się do zakładów karnych z bardziej surowymi warunkami lub do kolonii, gdzie stosowane są tortury – powiedział obrońca praw człowieka.

Według Olgi Romanowej więźniowie nie podpisują żadnych umów, a wysyłanie ich na front jest rażącym naruszeniem prawa.

– Federalna Służba Więzienna tak naprawdę nielegalnie wysyła więźniów na wojnę. W zasadzie mówi się im, że 20 proc. z nich zostanie przy życiu, ale myślę, że biorąc pod uwagę ich szkolenie i zadania, jakie wykonują, procent jest znacznie niższy. Jednak na tego rodzaju naruszenia poskarżyli się krewni tylko jednego skazańca. Wszyscy pozostali dzielą się informacjami, ale boją się publicznie wnosić skargi, żeby nie pogorszyć sytuacji. A w rzeczywistości wszyscy czekają na pieniądze za ranienie lub śmierć – mówi Romanowa.

belsat.eu

wtorek, 26 lipca 2022


Hiszpański portal "El Economista" również przyznaje, że sankcje nie były tak skuteczne, jak oczekiwały Europa i Stany Zjednoczone, ale generują wyższe koszty dla Rosji niż te, które płyną z Kremla w przeciwnym kierunku.

"Sankcje byłyby znacznie skuteczniejsze, gdyby Zachód konsekwentnie blokował rosyjski sektor energetyczny i dołączyło do niego znacznie więcej krajów. Ponieważ tak się nie stało, presja na Rosję była mniejsza. Ponadto Moskwa była w stanie kontynuować handel różnymi równoległymi i nieoficjalnymi kanałami" — czytamy.

"Jednak większe uderzenie w rosyjską gospodarkę to tylko kwestia czasu. Zapasy towarów importowanych (w tym wielu technologicznych i przemysłowych o krytycznym znaczeniu) szybko topnieją, a odporność wielu sektorów maleje. Z biegiem czasu skumulowane szkody dla rosyjskiej gospodarki będą znaczące i długotrwałe, ale prognozy średnioterminowe na ogół nie uwzględniają jeszcze tego faktu" — wyjaśnia autor, dodając, że jeśli sankcje mają przynieść jakieś efekty, to nie wolno się z nich teraz wycofywać.

"Środki nałożone na rosyjską gospodarkę nie przynoszą oczekiwanego efektu. Czy zatem Rosja jest dotknięta międzynarodowymi sankcjami, czy nie? Odpowiedź na to pytanie brzmi: to zależy" — pisze "El Confidencial" i zaznacza, że rację mają po trosze zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy sankcji.

"Te różnice w postrzeganiu rzeczywistego skutku sankcji wynikają przede wszystkim z tego, że często próbuje się wrzucić wszystko do jednego worka, podczas gdy w rzeczywistości to samo pojęcie obejmuje bardzo różne aspekty. Na przykład Unia Europejska nałożyła sześć różnych pakietów sankcji, z których każdy jest skierowany wobec innych osób lub branż. (...) Niektóre z tych środków okazały się nieskuteczne, inne zablokowały całe sektory rosyjskiej gospodarki" — czytamy.

"Czy to się rosyjskiemu przywódcy się podoba, czy nie, prawda jest taka, że biorąc wszystko pod uwagę, rosyjski triumfalizm nie ma uzasadnienia. Przytłaczająca liczba artykułów w rosyjskich mediach państwowych, w których przekonuje się, że sankcje wobec Rosji są bezużyteczne i szkodzą jedynie krajom, które je nałożyły, sugeruje dokładnie odwrotnie. Kreml jest tym zaniepokojony i to bardzo. Inna sprawa, że ​​ma to zmienić zachowanie rosyjskich władz, dla których zwycięstwo w Ukrainie, a przynajmniej jego imitacja, jest praktycznie kwestią egzystencjalną. Rosja utrzymuje się na powierzchni, ale nie jest już liniowcem oceanicznym w oceanie światowej gospodarki" — podsumowuje hiszpański portal.

onet.pl

Dużą rolę w podpisaniu porozumienia odegrali partnerzy Rosji na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Od początku marca przywódcy tak różnych krajów jak Turcja, Egipt, Iran, Arabia Saudyjska i Izrael w formalnych i nieformalnych kontaktach z Moskwą wyrażali obawy dotyczące eksportu zboża przez Morze Czarne. Wszyscy podkreślali, że przerwy w dostawach żywności mogą zdestabilizować sytuację w regionie, tak jak miało to już miejsce podczas Arabskiej Wiosny.

Spośród nich Turcja najbardziej korzysta na podpisanym porozumieniu. Pokazała wyraźnie, że może być skutecznym mediatorem w konflikcie rosyjsko-ukraińskim, rozwiązując konkretne problemy. Ponadto Turcja prawdopodobnie zarobi na przetwarzaniu rosyjskiego i ukraińskiego zboża przed przekazaniem go konsumentom na Bliskim Wschodzie.

Oprócz perswazji ze strony bliskowschodnich partnerów, zainteresowanie Moskwy tym porozumieniem tłumaczy fakt, że odblokowanie ukraińskich portów oznaczało dla Rosji usunięcie przeszkód dla jej własnego eksportu zboża i nawozów. Niezbędne do tego złagodzenie reżimu sankcji, umożliwiające transakcje z udziałem rosyjskich nawozów i produktów rolnych, nie było formalną częścią umowy, ale zostało uzgodnione równolegle z USA i UE.

Mówimy tu o dość znacznych kwotach. W 2021 r. dostawy zboża za granicę przyniosły Rosji 11 mld dol., rok wcześniej — 10 mld dol. Rosyjskie Ministerstwo Rolnictwa szacuje eksport zboża z Rosji w roku rolniczym 2021-2022 (kończy się w lipcu br.) na poziomie 45-48 mln ton, a potencjał eksportowy w kolejnym roku rolniczym — na poziomie ok. 50 mln ton zboża. Znaczące zwolnienia z reżimu sankcji, które Rosja otrzymała w zamian za porozumienie, pozwalają jej wykorzystać wysokie ceny na rynku światowym i z zyskiem sprzedać własne rekordowe zbiory, a firmom rolnym bliskim Kremlowi nie stracić zysków z eksportu.

Najwięksi rosyjscy agrariusze są bowiem ściśle związani z władzą, a rozwój sektora nadzoruje minister rolnictwa Dmitrij Patruszew, najstarszy syn sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji i byłego oficera KGB Nikołaja Patruszewa. Właścicielami drugiego co do wielkości eksportera zboża Demetra-Holding są firmy WTB i Marathon Group należące do Aleksandra Winokurowa, zięcia ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa.

Właścicielem kolejnego giganta rolnego, Agrokompleksu im. N.I. Tkaczewa (jednego z największych producentów mleka, cukru i mięsa w Rosji) jest były gubernator Kraju Krasnodarskiego i były minister rolnictwa Aleksander Tkaczew (firmie nazwał imieniem swego ojca). Agroholding Step, jeden z największych sprzedawców zbóż w Rosji, to część holdingu AFK Sistema, należącego do oligarchy Władimira Jewtuszenkowa, znajdującego się na liście sankcji Wielkiej Brytanii. Właścicielami holdingu Miratorg, produkującego mięso i paszę dla zwierząt gospodarskich, są bracia Wiktor i Aleksander Linnik, bliscy krewni Świetłany Miedwiediewej (z domu Linnik), żony byłego prezydenta, a obecnie zastępcy sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrija Miedwiediewa.

Na umowie skorzystają również niektóre rosyjskie banki — ich zamrożone środki mogą zostać częściowo uwolnione przez władze UE, by uniknąć zakłóceń w płatnościach za produkty rolne. Ułatwienie to będzie miało wpływ nie tylko na największe banki w Federacji Rosyjskiej, ale również na te, które finansują wewnętrzne otoczenie Putina oraz rosyjski kompleks wojskowo-przemysłowy — np. Bank Rossija (którego właścicielami są przyjaciele Putina, Jurij Kowalczuk i Nikołaj Szamałow), Promswiazbank (główny bank rosyjskiego sektora obronnego), oraz Nowikombank (bank należący od Rostecu, czyli rosyjskiego koncernu zbrojeniowego).

Dla Moskwy ważny jest nie tylko eksport produktów rolnych, ale także ich import, który dzięki umowie zostanie uproszczony. Rosyjscy rolnicy są np. zależni od importowanych nasion. W 100 proc. z nasion rodzimych Rosja korzysta tylko w przypadku pszenicy. W przypadku kukurydzy to zaledwie 58 proc., a słonecznika — 73 proc. Importowane jest prawie 90 proc. nasion ziemniaków, około 70 proc. nasion rzepaku, od 30 proc. do 90 proc. nasion owoców i roślin jagodowych. Sankcje utrudniły też rolnikom zakup środków ochrony roślin: import stanowi tu około jednej trzeciej, głównie z Chin i UE.

W hodowli zwierząt Rosja zapewnia sobie sama 70-75 proc. żywych zwierząt, jednak większość materiału hodowlanego jest importowana z zagranicy, zwłaszcza w przypadku hodowli drobiu i świń. Szybkie wprowadzenie substytucji importu hodowlanego jest prawie niemożliwe. Rosyjscy rolnicy są również bardzo zależni od dostaw leków weterynaryjnych — 70 proc. musi być importowane z zagranicy.

Związane z umową złagodzenie sankcji może też ułatwić Rosji import sprzętu rolniczego, w tym kombajnów, jak i części zamiennych do nich. W 2021 r. import stanowił ponad 75 proc. rosyjskiego rynku maszyn rolniczych, głównie z Niemiec i Holandii.

Rosyjscy rolnicy mogą jeszcze przejść przez tę kampanię żniwną bez żadnych problemów, ale sukces następnej pod wpływem sankcji nie jest gwarantowany. Branży grozi archaizacja: stosowanie bardziej prymitywnych nawozów, środków chemicznych do ochrony roślin, maszyn żniwnych. Wszystko to obniża wydajność. A bez importu nasion, materiału hodowlanego i sprzętu zagrożone może być bezpieczeństwo żywnościowe całej Rosji.

onet.pl

22 lipca w Stambule, po serii negocjacji przeprowadzonych z inicjatywy Turcji i przy udziale ONZ, Ukraina i Rosja uzgodniły warunki stworzenia bezpiecznego korytarza dla transportu zbóż, żywności oraz nawozów z trzech ukraińskich portów na Morzu Czarnym: Odessy, Czarnomorska i Jużnego. Dwie „lustrzane” umowy – jedna podpisana między Turcją, ONZ i Ukrainą, a druga pomiędzy Turcją, ONZ i Rosją – będą ważne przez 120 dni, a do ich przedłużenia konieczna będzie ponowna zgoda wszystkich stron. Zgodnie z dokumentami pod egidą ONZ powołane zostanie w Stambule Wspólne Centrum Koordynacyjne (WCK), mające za zadanie nadzór nad powstaniem oraz funkcjonowaniem korytarza. W skład WCK wejdzie po jednym przedstawicielu Rosji, Ukrainy, Turcji i ONZ, a także personel wymagany do efektywnego zarządzania. Korytarz ma połączyć ww. ukraińskie porty z wodami terytorialnymi Turcji. W jej portach powołane zostaną mieszane zespoły inspekcyjne Ukrainy, Rosji, Turcji i ONZ mające kontrolować ładunek statków handlowych (pod kątem produktów nieobjętych porozumieniem) płynących do i z portów ukraińskich. Wszystkie czynności na wodach terytorialnych Ukrainy, tj. załadunek, wyładunek, ruch statków, będą wykonywane wyłącznie przez stronę ukraińską. Porozumienie nie przewiduje wspólnych konwojów rosyjsko-tureckich z ukraińskich portów (czego domagała się wcześniej Rosja) oraz rozminowywania akwenu (chyba że będzie to niezbędne, wówczas do takich działań zostanie zaangażowana „strona trzecia”).

Ponadto w Stambule wicepremier Rosji Andriej Biełousow i sekretarz generalny ONZ António Guterres podpisali memorandum dotyczące ułatwień w eksporcie rosyjskich zbóż i nawozów mineralnych. Zobowiązuje ono sekretariat ONZ do podjęcia starań o zdjęcie wszelkich ograniczeń nałożonych przez USA i UE na dostawy tego typu produkcji na globalny rynek. Memorandum ma obowiązywać trzy lata. Podpisanie go poprzedziło opublikowanie przez USA i UE dokumentów, w których podkreślono, że dostawy rosyjskich surowców rolnych i nawozów mineralnych do państw trzecich (innych niż zachodnie) nie podlegają żadnym ograniczeniom Waszyngtonu i Brukseli. Unia Europejska zdjęła także wszelkie bariery dla eksportu ropy naftowej do państw trzecich przez wybrane rosyjskie koncerny państwowe.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nazwał zawarcie porozumienia ważnym osiągnięciem umożliwiającym wznowienie eksportu i tym samym udaremniającym plan Rosji zniszczenia gospodarki jego kraju. Podkreślił, że umowa „zapewni niezbędną ochronę” ukraińskich portów i stanowi demonstrację zdolności Ukrainy do przetrwania wojny. Premier Denys Szmyhal ocenił, że podpisanie dokumentu to dla Ukrainy „sprawa warta miliardy dolarów”, a jego wdrożenie przyczyni się do znaczącego zminimalizowania strat, jakie rosyjska agresja przyniosła dla budżetu państwa.

Dzień po zawarciu porozumienia armia rosyjska dokonała ostrzału rakietowego portu handlowego w Odessie. Zełenski nazwał te działania cynicznym aktem barbarzyństwa, który skutecznie przekona zachodnich partnerów do zwiększenia pomocy wojskowej dla Ukrainy. Z kolei rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow poinformował, że celem ostrzału była infrastruktura wojskowa (Rosja zobowiązała się jedynie do powstrzymania się od ataków na infrastrukturę zbożową) i nie wpłynie to na realizację podpisanych umów.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych FR stwierdziło, że porozumienie mogło zostać zawarte dzięki „wstrzymaniu przez Brukselę i Waszyngton działań mających na celu niedopuszczenie do osiągnięcia tego porozumienia”. Zdaniem resortu memorandum stanowi kolejne potwierdzenie nieprawdziwości zachodnich oskarżeń, że to Moskwa odpowiada za problemy z dostawami zbóż na globalny rynek. 25 lipca Siergiej Ławrow rozpoczął podróż po państwach afrykańskich (Egipt, Etiopia, Uganda, Kongo), w czasie której przedstawia Rosję jako wiarygodnego partnera gospodarczego i obwinia Zachód o ewentualne trudności w realizacji dotychczasowych dostaw. Na spotkaniu w Kairze zapewniał, że Rosja będzie przestrzegać zawartej umowy dotyczącej wywozu ukraińskiego zboża.

Komentarz

Osiągnięte porozumienie ma istotne znaczenie dla gospodarki Ukrainy, gdyż potencjalnie pozwoli na wznowienie eksportu jej towarów rolnych kluczową drogą morską (do wybuchu wojny ponad 90% produkcji tego sektora ekspediowano tym szlakiem). Kijów szacuje, że skuteczne wdrożenie uzgodnień umożliwi sprzedaż dodatkowych 3 mln ton towarów i zwiększenie dochodów państwa o 1 mld dolarów miesięcznie. Taka skala wywozu nie rozwiąże wszystkich problemów Ukrainy w zakresie eksportu produkcji rolnej (przed 24 lutego przez jej porty przechodziło każdego miesiąca 5–6 mln ton), jednak może znacząco poprawić sytuację, gdyż alternatywne szlaki sprzedaży zagranicznej zboża i roślin oleistych przez lądową granicę w UE – choć od początku inwazji sukcesywnie rozbudowywane – nie mogą zaspokoić całości potrzeb eksportowych kraju. Porozumienie stambulskie ocenia się w Kijowie jako nieniosące ryzyka dla bezpieczeństwa narodowego. W toku negocjacji to ten aspekt był uznawany za najistotniejszy – władze nie chciały bowiem dopuścić do sytuacji, w której okręty lub personel rosyjski będą miały prawo przebywania na obszarze Ukrainy lub na jej wodach terytorialnych.

Powołanie WCK oczekiwane jest 27 lipca, a Ukraina już rozpoczęła przygotowania do wznowienia eksportu zbóż w celu wysłania pierwszego transportu pod koniec tygodnia. Obecnie trudno jednak powiedzieć, w jakim zakresie rzeczywiście dojdzie do wdrożenia postanowień i na ile skutecznie funkcjonować będzie korytarz do tureckich portów. Głównym problemem w praktycznej realizacji umowy będzie postawa Rosji. Ostrzał portu w Odessie nie gwarantuje stabilności transportów, lecz wskazuje, że Kreml zamierza przeciwdziałać znacznemu zwiększeniu wywozu ukraińskich produktów rolnych i wzrostowi dochodów eksportowych Kijowa. Postępowanie Rosji ma zniechęcać armatorów do obsługiwania ukraińskich portów, podnosić koszty frachtu i jego ubezpieczenia, a także ułatwić Moskwie wywieranie wpływu na rozwój sytuacji na globalnym rynku żywnościowym. W efekcie skuteczna implementacja umów stambulskich stoi pod znakiem zapytania, a tylko ona, wraz z przedłużeniem obowiązywania korytarza na kolejne miesiące, może pomóc w uregulowaniu globalnego kryzysu żywnościowego.

Zgoda Kremla na podpisanie umowy dotyczącej wywozu ukraińskiego zboża przez Morze Czarne była najprawdopodobniej bezpośrednim skutkiem poluzowania przez USA i UE restrykcji nałożonych na Rosję. Pozwoli ono zwiększyć jej dochody z eksportu zboża i nawozów mineralnych w wyniku przewidywanego spadku kosztów frachtu i ubezpieczenia. Mimo że artykuły spożywcze nie były objęte bezpośrednimi obostrzeniami, to niejasności związane z reżimem sankcyjnym zniechęcały międzynarodowy biznes (armatorów, firmy ubezpieczeniowe, banki) do współpracy z rosyjskimi podmiotami. Kluczowe znaczenie miała jednak przede wszystkim zgoda UE na eksport ropy naftowej do państw trzecich, stanowiący główne źródło dochodów Rosji. Ułatwi to Moskwie przekierowanie dostaw surowca z Europy na rynki azjatyckie. Wcześniej znaczący europejscy traderzy (Glencore, Vitol) w zasadzie wstrzymali obsługę przesyłu rosyjskiej ropy.

Łagodzenie restrykcji, będące już kolejnym ustępstwem wobec Rosji (po m.in. przywróceniu tranzytu towarów objętych sankcjami do obwodu kaliningradzkiego czy zwrocie turbin do gazociągu Nord Stream 1), utwierdza Kreml w skuteczności strategii eskalacji żądań wobec Zachodu. Podpisane porozumienia stwarzają także cenny dla Moskwy precedens prawny, gdyż de facto pozwalają jej na nałożenie embarga na dostawy broni drogą morską do suwerennego państwa, które jest ofiarą rosyjskiej agresji. Co więcej, embargo to będzie uznane przez ONZ i ma być egzekwowane przy pomocy tej organizacji.

Przekaz informacyjny Ławrowa sugeruje, że podpisanie umowy o wywozie ukraińskiego zboża można traktować jako gest wobec państw globalnego Południa. Mimo że kryzys żywnościowy uderza w nie bezpośrednio – są głównymi odbiorcami rosyjskiego i ukraińskiego surowca – to oficjalnie nie krytykują one Rosji za wywołanie wojny z Ukrainą. Dla Kremla współpraca z państwami spoza koalicji zachodniej ma obecnie kluczowe znaczenie dla stabilizacji gospodarki i obchodzenia zachodnich sankcji. Liczy on również na poparcie ze strony tych krajów w głosowaniach na forum ONZ. W przypadku relacji z Turcją kwestie zbożowe traktowane są jako ważna karta przetargowa w innych obszarach, m.in. tureckiej operacji w Syrii.

Porozumienie jest dyplomatycznym sukcesem Ankary potwierdzającym jej rolę inicjatora i mediatora w sprawie stworzenia korytarza do portów czarnomorskich. Choć sama umowa przewiduje jedynie ograniczone zaangażowanie Turcji (w postaci kontroli statków handlowych oraz powołania WCK w Stambule), to jej władze z pewnością będą uwypuklać ten sukces na arenie międzynarodowej, szczególnie w napiętych stosunkach z Zachodem. Można się spodziewać, że w celu zapewnienia skutecznej implementacji podpisanych porozumień Turcja opowiadać się będzie za dalszym uspokajaniem sytuacji na Morzu Czarnym. Jest to ważne także z punktu widzenia jej interesów gospodarczo-finansowych, gdyż korytarz zwiększa rolę tego kraju jako hubu transportowego.

osw.waw.pl

Prognoza Goldman Sachs uwzględnia "wpływ czynników łagodzących, takich wznowienie produkcji węgla, rządowy wykup gazu przemysłowego, reakcje gospodarstw domowych i komercyjnych, a także możliwy wzrost importu LNG". Analitycy odnotowali, że popyt na gaz w Europie północnozachodniej jest o 12 proc. wyższy niż oczekiwaliby przy obecnych cenach, ale został on zrekompensowany przez wyższy import LNG. To zaś sprawia, że Europa jest na "dobrej drodze" do zapełnienia swych magazynów w 90 proc. do końca lata.

Jednocześnie "w miarę odradzania się aktywności gospodarczej w Chinach w ciągu najbliższych kilku miesięcy" Goldman Sachs spodziewa się, że Azja przejmie część dostaw LNG, dotychczas kierowanych do Europy. Wówczas "ciężar równoważenia europejskiego rynku gazu spadnie z powrotem na popyt, który będzie musiał dalej spadać, aby zagwarantować komfortowe poziomy magazynów przed rozpoczęciem zimy".

Analitycy podtrzymali ocenę, że jeśli europejskie magazyny osiągną 90 proc. zapełnienia do końca października, to zmniejszy się "pilna potrzeba destrukcji popytu napędzanego cenami", co pozwoli na spadek cen gazu w Europie w kolejnych kwartałach. Czynnikiem, który może zaburzyć ten scenariusz jest sroga zima. "Jest to szczególnie istotne w pierwszym kwartale (2023 r. - PAP), ponieważ niepewność co do pogody zimowej znacznie spada w drugiej połowie zimy w porównaniu do pierwszej połowy, co jest zgodne z naszymi prognozami cen spotowych gazu na ten okres poniżej 80 euro" - wskazano. "W związku z tym spodziewamy się, że latem 2023 r. ceny gazu w Europie ponownie wzrosną, ponieważ w obliczu braku normalnych przepływów gazu z Rosji, niszczenie popytu przez ceny ponownie stanie się priorytetem" - dodali.

"Mówiąc wprost, bardziej trwałe środowisko niższych cen nie jest naszym zdaniem prawdopodobne w Europie aż do 2025 r., kiedy to spodziewamy się, że światowe dostawy LNG zaczną znacząco wzrastać, ułatwiając Europie budowę magazynów gazu bez konieczności uciekania się do przemysłowego niszczenia popytu" - podsumowali analitycy Goldman Sachs. 

bankier.pl/PAP

poniedziałek, 25 lipca 2022


Reakcją międzynarodowych instytucji naukowych na inwazję w Ukrainie jest odcięcie Rosji od międzynarodowych badań. Wiele osób już wyjechało z tego kraju w poszukiwaniu lepszych perspektyw. Organizacje europejskie i amerykańskie zerwały więzi z nauką rosyjską, w tym anulowały wspólne projekty.

"Ludzie byli tak zniesmaczeni działaniami Rosji, że zwykłe hasła o międzynarodowym charakterze nauki i badaczach współpracujących w każdych okolicznościach przestały działać" – mówi Loren Graham, amerykański historyk nauki w Rosji i emerytowany profesor w Instytucie w Massachusetts. Technology w Cambridge, który utrzymywał kontakt z rosyjskimi naukowcami. "Morale rosyjskiej inteligencji jest bardzo niskie" – dodaje.

Wielu rosyjskich naukowców podpisało listy potępiające wojnę, chociaż oficjalne organy, takie jak Rosyjski Związek Rektorów (który reprezentuje setki rektorów rosyjskich uniwersytetów), poparły inwazję.

"Jeden naukowiec, który sześć lat temu opuścił stanowisko w Europie, aby zbudować laboratorium w Petersburgu, mówi, że kluczowe dostawy odczynników i sprzętu zostały odcięte, współpraca z zachodnimi kolegami jest napięta, a większość jego młodych naukowców chce odejść. Próbuję im w tym pomóc. To katastrofalne. Wszyscy są w szoku" – powiedział "Nature" naukowiec, który poprosił o nieujawnianie nazwiska z powodu obaw o represje polityczne.

Rosyjska fundacja naukowa zasugerowała w kwietniu, aby naukowcy szukali "nowych partnerstw finansowych" z narodami – w tym z Chinami, Indiami i RPA, które nie zerwały publicznie powiązań badawczych z tym krajem. Loren Graham uważa, że taka zmiana jest prawdopodobna, ale rosyjscy badacze wciąż mają nadzieję na przywrócenie powiązań z kolegami z USA i Europy.

Niektórzy naukowcy przewidują, że izolacja rosyjskich naukowców będzie trwać jeszcze przez jakiś czas, cofając naukę w ich kraju o 10 lub 20 lat i powodując ogromny drenaż mózgów młodych rosyjskich naukowców.

Rosja znajduje się na peryferiach większości międzynarodowych sieci naukowych, co ułatwiło krajom zachodnim zerwanie współpracy, ale jednocześnie Rosja wciąż odgrywa ważną rolę w niektórych globalnych badaniach. Zerwanie współpracy na terenie Europy, dotyczącej wielkoskalowych projektów badawczych z dziedziny fizyki – wpłynie osłabiająco na wiele lat.

Fizyka od dawna jest sercem dyplomacji naukowej, a Rosja zapisała się w historii jako potęga fizyki. Nawet zimna wojna nie przerwała relacji naukowych Wschód-Zachód. Stało się to dopiero teraz – po inwazji na Ukrainę.

Na przykład CERN – europejskie laboratorium badawcze zajmujące się fizyką cząstek elementarnych w pobliżu Genewy, w Szwajcarii – zawiesiło wszystkie nowe kontrakty z naukowcami posługującymi się rosyjską afiliacją. Wstrzymane też zostały projekty, w których swój udział miała Rosja i Białoruś, a które formalnie miały się skończyć dopiero w 2024 r.

onet.pl

Alarm w obszarze rosyjskiej nacjonalistycznej przestrzeni informacyjnej wciąż rośnie, ponieważ tempo rosyjskich operacji zwalnia w obliczu udanych ataków ukraińskiego systemu rakietowego wysokiej mobilności (HIMARS) na kluczowe rosyjskie węzły logistyczne, dowodzenia i kontroli. Moscow Calling, średniej wielkości kanał rosyjskiego telegramu z 31 tyś. abonentów, opublikował ocenę całości rosyjskich operacji na Ukrainie od 24 lutego. Moscow Calling określiło trzy odrębne fazy wojny – pierwszy obejmujący okres od pierwszej inwazji do wycofania wojsk rosyjskich z obwodów kijowskiego, sumskiego i czernihowskiego oraz drugi, od tego momentu do wprowadzenia zachodnich HIMARS. Moscow Calling w szczególności określił pojawienie się HIMARS jako wyraźny punkt zwrotny w wojnie i stwierdził, że wcześniej dostarczone zachodnie systemy uzbrojenia (takie jak NLAW, Javelin, Stinger i Bayraktar) bardzo niewiele zdziałały przeciwko rosyjskiemu bombardowaniu artyleryjskiemu (nie są zaprojektowane ani przeznaczone przeciw atakom artyleryjskim), ale HIMARS zmienił wszystko dla rosyjskich zdolności na Ukrainie. Moscow Calling mocno sugerował, że ostatnie ukraińskie ataki na rosyjskie magazyny, węzły komunikacyjne i tylne bazy mają niszczycielski i potencjalnie nieodwracalny wpływ na rozwój przyszłych rosyjskich ofensyw. 

Ten post jest zgodny z wcześniejszymi doniesieniami zachodnich funkcjonariuszy obrony, że rosyjskie wojska są zmuszone do angażowania się w różne taktyki łagodzące skutki HIMARS na polu bitwy, w tym środki kamuflażu i ciągłe zmiany lokalizacji ugrupowań sprzętu. Te taktyki utrudniają siłom rosyjskim prowadzenie ogromnych, masowych ostrzałów artyleryjskich, szeroko stosowanych w trakcie tej fazy wojny; o czym świadczą dane NASA Fire Information for Resource Management (FIRMS), które wykazują konsekwentnie mniej obserwowanych anomalii cieplnych /pożarów/ w Donbasie, od czasu wprowadzenia HIMARS na Ukrainę.

understandingwar.org

Aby uzmysłowić sobie skalę wielkości zapasów magazynowych można przytoczyć polskie jawne, archiwalne informacje dotyczące stanu na dzień 31 grudnia 1989 roku czyli już pod koniec istnienia Układu Warszawskiego. W szeregu polskich baz, składnic i magazynów przechowywano amunicję strzelecką, artyleryjską, czołgową, rakiety, miny, materiały wybuchowe i inne tego typy zapasy bojowe. Oczywiście we wszystkich jednostkach wojskowych przechowywano własne takie zapasy, służące do bieżącego użytku szkoleniowego oraz na czas mobilizacji i pierwszych dni ewentualnej wojny.

W ówczesnej największej naszej składnicy uzbrojenia i amunicji przechowywano 24.311 ton zapasów. Była to równoważne z pojemnością 2.400 wagonów kolejowych o maksymalnej nośności 20 ton. Amunicja była pakowana w drewniane skrzynie lub metalowe pojemniki i dlatego przy załadunku wagonów liczyła się nie tylko masa, ale również objętość ładunku. Drugie co do wielkości zapasy, w innej składnicy uzbrojenia i amunicji, miały masę 11.470 ton co wymagało 1.220 wagonów kolejowych. Trochę mniejszych składnic było ówcześnie jeszcze dużo więcej. W największej składnicy uzbrojenia lotniczego przechowywane było co prawda tylko 2.012 ton uzbrojenia, ale ze względu na duży rozmiar opakowań do ich przewiezienia potrzebne było, aż 975 wagonów. W największej składnicy Marynarki Wojennej było ówcześnie 747 ton zapasów amunicji morskiej (łącznie z torpedami i minami morskimi) co przekładało się na 124 wagony, a w największej składnicy materiałów wybuchowych było 8.805 ton, które można było przewieźć w 512 wagonach kolejowych. Łącznie można szacować, iż w składnicach (poza magazynami jednostek wojskowych) pod koniec 1989 roku było przechowywanych ponad 125 tys. ton amunicji strzeleckiej i artyleryjskiej, min, bomb, rakiet, torped.

Amunicja ta w Polsce jak i rozpadającym się ZSRR była całkowicie znormalizowana i przeznaczona tylko do użycia w sprzęcie wojskowym radzieckiego pochodzenia. Pozostałe kraje Układu Warszawskiego gdy opracowywały własne wzory uzbrojenia też musiały stosować tą znormalizowaną amunicję. Po rozpadzie ZSRR tamtejsze zapasy amunicji trafiły do Rosji, Białorusi, na Ukrainę i do innych nowo powstałych państw. Trudno ocenić jakiej wielkości były te zapasy, ale na pewno kilkadziesiąt razy większe niż polskie.

(...)

Nie wiadomo ile NATO-wskiej amunicji zostało już dostarczonych na Ukrainę, ale przyglądając się intensywności wykorzystywania uzbrojenia można założyć, że za mało. Wynika to nie z przyczyn ekonomicznych, ale głównie ze stanów magazynowych. Wspomniany wieloletni proces ich zmniejszania dotknął również „starych" członków NATO. Teraz mają oni problem ze wsparciem amunicyjnym Ukrainy przy równoczesnym utrzymaniu własnych zapasów. Nowe zamówienia w fabrykach amunicji będzie skutkować dostawami dopiero za jakiś czas. Państwa NATO poszukują również dostawców spoza paktu. Pierwsze informacje docierają z Korei Południowej, która nie chce otwarcie wspierać Ukrainy dostawami, ale chce to robić pośrednio dostarczając np. amunicję do państw, które swoją przekażą tam.

defence24.pl

Rajskie wyspy Pacyfiku mogą się z pozoru wydawać nieistotne, ale znajdują się na obszarach atrakcyjnych łowisk, w pobliżu kluczowych szlaków transportowych. Mają też olbrzymie znaczenie strategiczne, co pokazały między innymi zacięte walki pomiędzy USA a Japonią w II wojnie światowej. Od końca wojny obszar ten uważany jest za strefę wpływów sojuszników USA.

— Wyspy otaczają kluczowy szlak dla amerykańskich i australijskich okrętów marynarki i statków handlowych. Jeśli Chiny uzyskałyby prawo do tworzenia baz (wojskowych), mogłyby rozmieścić okręty wojenne i samoloty tymczasowo na wyspach — ocenił badacz z think tanku RAND Corporation Timothy Heath, cytowany przez CNN.

Takie bazy mogłyby z kolei zagrażać przepływającym amerykańskim i australijskim okrętom i statkom. Heath podkreślił, że nawet bez obecności wojskowej Chiny mogą zbierać wrażliwe dane wywiadowcze na temat działań armii USA i Australii w regionie.

Obawy nasiliły się w kwietniu po podpisaniu przez Chiny dwustronnej umowy w sprawie bezpieczeństwa z Wyspami Salomona. Według obserwatorów dokument może pozwolić Pekinowi na wysyłanie chińskiej policji i wojska do pomocy w "utrzymaniu porządku społecznego" na wniosek rządu w Honiarze, a nawet na budowę bazy wojskowej w miejscu o kluczowym znaczeniu strategicznym.

Dla Chin poszerzanie wpływów na Pacyfiku może być sposobem na przełamanie "łańcucha wysp", jakim według chińskich analityków USA zamknęły ten kraj, by utrzymywać go politycznie i militarnie w izolacji — między innymi przy pomocy amerykańskich baz na wyspie Guam czy w Japonii oraz obecności wojskowej na Filipinach.

Według źródeł agencji Reutera w czasie niedawnej 10-dniowej podróży szefa chińskiego MSZ Wanga Yi po wyspach Pacyfiku Chinom nie udało się podpisać szerokiego porozumienia z 10 krajami w sprawie bezpieczeństwa i handlu. Obiekcje wyraziła część państw, w tym Mikronezja, która obawia się, że w związku z rywalizacją mocarstw region może się znaleźć w centrum konfliktu.

Wang zawarł jednak szereg umów dwustronnych dotyczących infrastruktury, łowisk, handlu i sprzętu policyjnego, a przedstawiony projekt szerokiego paktu bezpieczeństwa ukazał rosnące ambicje Pekinu. Paktu wielostronnego nie podpisano, ale rozmowy w tej sprawie mają być kontynuowane po konsultacjach w gronie państw Pacyfiku.

Chiny zapewniają, że chodzi im jedynie o "budowanie dróg i mostów" i poprawę życia mieszkańców wysp, a nie rozmieszczanie tam swoich wojsk. Zachodni eksperci mają jednak wątpliwości.

W Kambodży, Dżibuti, Pakistanie i na Sri Lance Chiny w wyniku projektów infrastrukturalnych uzyskały dostęp do strategicznych instalacji portowych, a na Morzu Południowochińskim Pekin zajął i zmilitaryzował bezludne wyspy. Chiński rząd publicznie zaprzeczał swoim prawdziwym intencjom powiększenia swoich globalnych wpływów wojskowych – twierdzi portal Foreign Affairs.

Według niego umowa "powinna być dzwonkiem alarmowym" dla USA i ich sojuszników, ponieważ ich zaangażowanie w regionie było niewystarczające. Powinna być postrzegana jako część systematycznych wysiłków Pekinu na rzecz zwiększenia obecności na Pacyfiku, wzmocnienia narzędzi autorytarnej kontroli, ograniczenia wpływów USA i swobody żeglugi.

Dla krajów południowego Pacyfiku bezpośrednim zagrożeniem są natomiast zmiany klimatu, w wyniku których części wysp grozi zalanie. Ich przywódcy skarżą się, że mocarstwa nie przykładają do tego problemu wystarczającej wagi. W 2019 roku Forum Wysp Pacyfiku zakończyło się łzami i kłótnią pomiędzy przedstawicielami wysp a delegacją z korzystającej z węgla Australii.

— Na Fidżi i w innych wyspiarskich krajach Pacyfiku bezpośrednim zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa nie są Chiny, lecz zmiany klimatu – podkreślał w maju analityk ze Szkoły Prawa na Fidżi Joji Kotobalavu. Premier tego kraju Josaia Voreqe Bainimarama oświadczył natomiast, że "zdobywanie punktów geopolitycznych niewiele znaczy dla kogoś, czyja społeczność tonie pod rosnącym poziomem morza".

Zaangażowanie Chin również wywołuje jednak kontrowersje na wyspach. Z jednej strony chińskie inwestycje pomagają budować infrastrukturę, ale z drugiej – zaostrzają spory polityczne i wywołują oskarżenia o korumpowanie miejscowych elit.

Na Wyspach Salomona – pisze Foreign Affairs – 90 proc. mieszkańców opowiada się za zacieśnianiem relacji z liberalnymi demokracjami, a prawie 80 proc. nie chce pomocy gospodarczej z Chin. W 2021 r. na wyspach doszło do zamieszek, wśród przyczyn które wymienia się niezadowolenie z podjętej dwa lata wcześniej decyzji premiera Manasseha Sogavare o zerwaniu stosunków z Tajwanem i nawiązaniu ich z ChRL.

onet.pl