poniedziałek, 25 lipca 2022


Aby uzmysłowić sobie skalę wielkości zapasów magazynowych można przytoczyć polskie jawne, archiwalne informacje dotyczące stanu na dzień 31 grudnia 1989 roku czyli już pod koniec istnienia Układu Warszawskiego. W szeregu polskich baz, składnic i magazynów przechowywano amunicję strzelecką, artyleryjską, czołgową, rakiety, miny, materiały wybuchowe i inne tego typy zapasy bojowe. Oczywiście we wszystkich jednostkach wojskowych przechowywano własne takie zapasy, służące do bieżącego użytku szkoleniowego oraz na czas mobilizacji i pierwszych dni ewentualnej wojny.

W ówczesnej największej naszej składnicy uzbrojenia i amunicji przechowywano 24.311 ton zapasów. Była to równoważne z pojemnością 2.400 wagonów kolejowych o maksymalnej nośności 20 ton. Amunicja była pakowana w drewniane skrzynie lub metalowe pojemniki i dlatego przy załadunku wagonów liczyła się nie tylko masa, ale również objętość ładunku. Drugie co do wielkości zapasy, w innej składnicy uzbrojenia i amunicji, miały masę 11.470 ton co wymagało 1.220 wagonów kolejowych. Trochę mniejszych składnic było ówcześnie jeszcze dużo więcej. W największej składnicy uzbrojenia lotniczego przechowywane było co prawda tylko 2.012 ton uzbrojenia, ale ze względu na duży rozmiar opakowań do ich przewiezienia potrzebne było, aż 975 wagonów. W największej składnicy Marynarki Wojennej było ówcześnie 747 ton zapasów amunicji morskiej (łącznie z torpedami i minami morskimi) co przekładało się na 124 wagony, a w największej składnicy materiałów wybuchowych było 8.805 ton, które można było przewieźć w 512 wagonach kolejowych. Łącznie można szacować, iż w składnicach (poza magazynami jednostek wojskowych) pod koniec 1989 roku było przechowywanych ponad 125 tys. ton amunicji strzeleckiej i artyleryjskiej, min, bomb, rakiet, torped.

Amunicja ta w Polsce jak i rozpadającym się ZSRR była całkowicie znormalizowana i przeznaczona tylko do użycia w sprzęcie wojskowym radzieckiego pochodzenia. Pozostałe kraje Układu Warszawskiego gdy opracowywały własne wzory uzbrojenia też musiały stosować tą znormalizowaną amunicję. Po rozpadzie ZSRR tamtejsze zapasy amunicji trafiły do Rosji, Białorusi, na Ukrainę i do innych nowo powstałych państw. Trudno ocenić jakiej wielkości były te zapasy, ale na pewno kilkadziesiąt razy większe niż polskie.

(...)

Nie wiadomo ile NATO-wskiej amunicji zostało już dostarczonych na Ukrainę, ale przyglądając się intensywności wykorzystywania uzbrojenia można założyć, że za mało. Wynika to nie z przyczyn ekonomicznych, ale głównie ze stanów magazynowych. Wspomniany wieloletni proces ich zmniejszania dotknął również „starych" członków NATO. Teraz mają oni problem ze wsparciem amunicyjnym Ukrainy przy równoczesnym utrzymaniu własnych zapasów. Nowe zamówienia w fabrykach amunicji będzie skutkować dostawami dopiero za jakiś czas. Państwa NATO poszukują również dostawców spoza paktu. Pierwsze informacje docierają z Korei Południowej, która nie chce otwarcie wspierać Ukrainy dostawami, ale chce to robić pośrednio dostarczając np. amunicję do państw, które swoją przekażą tam.

defence24.pl

Rajskie wyspy Pacyfiku mogą się z pozoru wydawać nieistotne, ale znajdują się na obszarach atrakcyjnych łowisk, w pobliżu kluczowych szlaków transportowych. Mają też olbrzymie znaczenie strategiczne, co pokazały między innymi zacięte walki pomiędzy USA a Japonią w II wojnie światowej. Od końca wojny obszar ten uważany jest za strefę wpływów sojuszników USA.

— Wyspy otaczają kluczowy szlak dla amerykańskich i australijskich okrętów marynarki i statków handlowych. Jeśli Chiny uzyskałyby prawo do tworzenia baz (wojskowych), mogłyby rozmieścić okręty wojenne i samoloty tymczasowo na wyspach — ocenił badacz z think tanku RAND Corporation Timothy Heath, cytowany przez CNN.

Takie bazy mogłyby z kolei zagrażać przepływającym amerykańskim i australijskim okrętom i statkom. Heath podkreślił, że nawet bez obecności wojskowej Chiny mogą zbierać wrażliwe dane wywiadowcze na temat działań armii USA i Australii w regionie.

Obawy nasiliły się w kwietniu po podpisaniu przez Chiny dwustronnej umowy w sprawie bezpieczeństwa z Wyspami Salomona. Według obserwatorów dokument może pozwolić Pekinowi na wysyłanie chińskiej policji i wojska do pomocy w "utrzymaniu porządku społecznego" na wniosek rządu w Honiarze, a nawet na budowę bazy wojskowej w miejscu o kluczowym znaczeniu strategicznym.

Dla Chin poszerzanie wpływów na Pacyfiku może być sposobem na przełamanie "łańcucha wysp", jakim według chińskich analityków USA zamknęły ten kraj, by utrzymywać go politycznie i militarnie w izolacji — między innymi przy pomocy amerykańskich baz na wyspie Guam czy w Japonii oraz obecności wojskowej na Filipinach.

Według źródeł agencji Reutera w czasie niedawnej 10-dniowej podróży szefa chińskiego MSZ Wanga Yi po wyspach Pacyfiku Chinom nie udało się podpisać szerokiego porozumienia z 10 krajami w sprawie bezpieczeństwa i handlu. Obiekcje wyraziła część państw, w tym Mikronezja, która obawia się, że w związku z rywalizacją mocarstw region może się znaleźć w centrum konfliktu.

Wang zawarł jednak szereg umów dwustronnych dotyczących infrastruktury, łowisk, handlu i sprzętu policyjnego, a przedstawiony projekt szerokiego paktu bezpieczeństwa ukazał rosnące ambicje Pekinu. Paktu wielostronnego nie podpisano, ale rozmowy w tej sprawie mają być kontynuowane po konsultacjach w gronie państw Pacyfiku.

Chiny zapewniają, że chodzi im jedynie o "budowanie dróg i mostów" i poprawę życia mieszkańców wysp, a nie rozmieszczanie tam swoich wojsk. Zachodni eksperci mają jednak wątpliwości.

W Kambodży, Dżibuti, Pakistanie i na Sri Lance Chiny w wyniku projektów infrastrukturalnych uzyskały dostęp do strategicznych instalacji portowych, a na Morzu Południowochińskim Pekin zajął i zmilitaryzował bezludne wyspy. Chiński rząd publicznie zaprzeczał swoim prawdziwym intencjom powiększenia swoich globalnych wpływów wojskowych – twierdzi portal Foreign Affairs.

Według niego umowa "powinna być dzwonkiem alarmowym" dla USA i ich sojuszników, ponieważ ich zaangażowanie w regionie było niewystarczające. Powinna być postrzegana jako część systematycznych wysiłków Pekinu na rzecz zwiększenia obecności na Pacyfiku, wzmocnienia narzędzi autorytarnej kontroli, ograniczenia wpływów USA i swobody żeglugi.

Dla krajów południowego Pacyfiku bezpośrednim zagrożeniem są natomiast zmiany klimatu, w wyniku których części wysp grozi zalanie. Ich przywódcy skarżą się, że mocarstwa nie przykładają do tego problemu wystarczającej wagi. W 2019 roku Forum Wysp Pacyfiku zakończyło się łzami i kłótnią pomiędzy przedstawicielami wysp a delegacją z korzystającej z węgla Australii.

— Na Fidżi i w innych wyspiarskich krajach Pacyfiku bezpośrednim zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa nie są Chiny, lecz zmiany klimatu – podkreślał w maju analityk ze Szkoły Prawa na Fidżi Joji Kotobalavu. Premier tego kraju Josaia Voreqe Bainimarama oświadczył natomiast, że "zdobywanie punktów geopolitycznych niewiele znaczy dla kogoś, czyja społeczność tonie pod rosnącym poziomem morza".

Zaangażowanie Chin również wywołuje jednak kontrowersje na wyspach. Z jednej strony chińskie inwestycje pomagają budować infrastrukturę, ale z drugiej – zaostrzają spory polityczne i wywołują oskarżenia o korumpowanie miejscowych elit.

Na Wyspach Salomona – pisze Foreign Affairs – 90 proc. mieszkańców opowiada się za zacieśnianiem relacji z liberalnymi demokracjami, a prawie 80 proc. nie chce pomocy gospodarczej z Chin. W 2021 r. na wyspach doszło do zamieszek, wśród przyczyn które wymienia się niezadowolenie z podjętej dwa lata wcześniej decyzji premiera Manasseha Sogavare o zerwaniu stosunków z Tajwanem i nawiązaniu ich z ChRL.

onet.pl

Turecki atak miał miejsce w środę 20 lipca, a pociski spadły m.in. na ośrodek wypoczynkowy w wiosce Parakh, w którym przebywali turyści z arabskiej części Iraku. Nie jest to przy tym pierwszy taki atak. Turcja rozpoczęła w Iraku nową operację militarną przeciwko Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) w kwietniu br. Jest to przy tym kontynuacja wcześniejszych działań Turcji na terenie Iraku, prowadzonych od 2019 r. pod ogólnym kryptonimem „Pazur".  W tym czasie Turcja założyła szereg nielegalnych baz wojskowych na terenach Iraku, wchodzących w skład Regionu Kurdystanu i pozostających pod administracją sprzyjającej Turcji Partii Demokratycznej Kurdystanu (PDK). Ponadto od 2015 r. istnieje turecka baza w Baszice, również uznawana przez irackie władze za nielegalną i od czasu do czasu ostrzeliwana przez szyickie milicje sprzymierzone z Iranem. W atakach tureckich na terenach kurdyjskich w Iraku już wcześniej ginęli cywile. Ocenia się, ze w ciągu ostatnich 7 lat w wyniku działań Turcji na terenie Syrii i Iraku życie straciło ponad 1000 cywilów, w tym ok. 150 dzieci. W Iraku byli to jednak przeważnie Kurdowie. Irak wprawdzie protestował przeciwko takim działaniom Turcji, lecz nigdy w tak ostrej formie jak obecnie. Od co najmniej początku 2021 r. narasta też konflikt między szyicką formacją Al-Haszed asz-Szaabi (wspieraną przez Iran) a Turcją. Powodem były groźby tureckiego prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana, że zaatakuje zamieszkany przez jazydów Sindżar, który znajduje się pod jurysdykcją federalną. Al-Haszed asz-Szaabi w odpowiedzi na te groźby skoncentrowała w tym rejonie ok. 20-30 tys. swoich sił, zdeterminowanych odeprzeć turecki atak. Turcja nie zdecydowała się wówczas na konfrontację, zwłaszcza, że wsparcie dla Al-Haszed asz-Szaabi zadeklarował wówczas Iran. Al-Haszed asz-Szaabi weszło natomiast w taktyczny sojusz z PKK i uznało Turcję za siłę okupacyjną w Iraku.

Atak na Zacho nastąpił w bardzo delikatnym momencie zarówno z punktu widzenia sytuacji wewnętrznej w Iraku jak i sytuacji geopolitycznej w regionie. Po wyborach parlamentarnych w październiku 2021 r. wciąż nie udało się stworzyć nowego rządu, a napięcia między poszczególnymi szyickimi grupami politycznymi są coraz ostrzejsze. Również relacje między Bagdadem a Kurdystanem zaogniły się po orzeczeniu Sądu Najwyższego, uznającym zawieranie umów w sprawie wydobycia ropy przez władze Kurdystanu za nielegalne. Dodatkowo napięte są też relacje między dwoma głównymi partiami kurdyjskimi tj. PDK i PUK, a także między PDK a PKK. Jeżeli chodzi natomiast o wymiar regionalny to iracki premier Mustafa al-Kadhimi usiłuje prowadzić politykę równowagi w relacjach z Iranem, USA i państwami arabskimi. Irak pośredniczy w rozmowach irańsko-saudyjskich, a Kadhimi brał ostatnio udział w szczycie państw arabskich i USA w Dżeddzie. Na uwagę zasługuje również fakt, że Kadhimi, w przeciwieństwie do Erdogana, odbył wizytę w USA w czasie kadencji Bidena i został zaproszony przez amerykańskiego prezydenta na szczyt państw demokratycznych. Erdogan natomiast uczestniczył w wyraźnie konfrontacyjnym wobec USA i NATO szczycie w Teheranie. Wszystko wskazuje jednak na to, że nie doszło tam do rozwiązania kwestii spornych między Ankarą a Teheranem, które od dłuższego czasu powodują narastające napięcia. W szczególności Iran nie zgodził się na nową inwazję Turcji na Syrię, a Turcja następnego dnia wydała komunikat, że nie będzie się nikogo pytać o zgodę.

Irańskie MSZ, w oświadczeniu wydanym po ataku na Zacho, nie wspomniało o Turcji ale stwierdziło, że „Iran uznaje bezpieczeństwo Iraku za swoje własne i nie będzie się wahał udzielić jakiejkolwiek pomocy w związku z tym". Tymczasem Irak zażądał natychmiastowego opuszczenia swojego terytorium przez siły tureckie i przerwania operacji naruszających jego suwerenność. Irak odrzucił też twierdzenia Turcji, że nie jest odpowiedzialna za atak w Zacho i próbujące zrzucić odpowiedzialność na PKK. Szef irackiej dyplomacji (z nominacji kurdyjskiej PDK) Fuad Husajn oświadczył, że sugestie Turcji, że w tym rejonie obecne było PKK są całkowicie niezgodne z prawem. Irak wezwał też swojego ambasadora w Turcji na konsultacje, a pod ambasadą Turcji w Bagdadzie oraz tureckimi punktami wizowymi odbywają się gwałtowne demonstracje, a flagi tureckie są zdejmowane i palone przez rozwścieczony tłum. W przyszłym tygodniu ma się również odbyć specjalne posiedzenie irackiego parlamentu w tej sprawie, na którym obecni mają być również ministrowie obrony, spraw zagranicznych oraz szef sztabu generalnego irackiej armii. Ze strony wpływowych polityków irackich pojawiły się również wezwania do wydalenia ambasadora tureckiego i wycofania ambasadora irackiego z Turcji, zerwania wszelkich stosunków handlowych z Irakiem , zamknięcia granicy, a nawet zerwania stosunków dyplomatycznych. Takie sugestie pojawiają się przy tym nie tylko ze strony polityków szyickich takich jak Hadi al-Ameri (lider związanego z Al-Haszed asz-Szaabi bloku Fatah) ale również sunnitów m.in. bloku Azm. Irak zapowiedział również skierowanie skargi przeciwko Turcji do Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Atak na Zacho został potępiony również przez ambasadę USA w Bagdadzie, jednakże w oświadczeniu nie wspomniano o Turcji. Zrobiła to natomiast Liga Arabska, która stwierdziła, że „całkowicie potępia turecką agresję na suwerenność Iraku, która stanowi jawne pogwałcenie prawa międzynarodowego" i zażądała od Turcji powstrzymania się przez Turcję przed prowadzeniem operacji militarnych na terenach państw arabskich. Tymczasem Turcja, już po szczycie w Teheranie, zapowiedziała, ze „nie potrzebuje niczyjej zgody" na inwazję na Syrię. Problem w tym, że Erdogan dopiero co postanowił znormalizować stosunki z Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi oraz Arabią Saudyjską, licząc na zastrzyk finansowy z tych państw w celu ratowania tureckiej gospodarki, która znajduje się w fatalnym stanie. Ponadto premier Kadhimi uważany jest za osobę wspieraną przez ZEA.

defence24.pl

niedziela, 24 lipca 2022


Od początku lipca br. w ChRL narasta problem bojkotów kredytobiorców, polegających na groźbach odmowy spłat kredytów hipotecznych związanych z nieukończonymi, przedłużającymi się projektami deweloperskimi. Zgodnie ze stanem na 15 lipca obejmują one ok. 230 przedsięwzięć z ponad 100 miast. Według chińskiego magazynu „Caixin” spłaty własnych zobowiązań odmawia również część kontrahentów i dostawców komponentów dla doświadczających opóźnień deweloperów. Ocenia się, że projekty objęte bojkotami dotyczą ok. 100 tys. gospodarstw domowych w kraju, a ich wartość stanowi od 1 do 2% całości kredytów hipotecznych w ChRL – realny bojkot wszystkich zaangażowanych przełożyłby się na ok. 388 mld juanów (ok. 58 mld dolarów) niespłacanych kredytów. Wedle szacunków Deutsche Bank łączna wartość opóźnionych projektów deweloperskich w Chinach to ok. 2 bln juanów (296 mld dolarów).

Problem najsilniej dotknął prowincję Henan, gdzie na przełomie czerwca i lipca miały miejsce protesty dużej skali związane z upadkiem czterech lokalnych banków i idącym za tym wstrzymaniem wypłat środków zgromadzonych na kontach. Demonstracje uliczne, obejmujące okupowanie wejścia do lokalnego oddziału chińskiego banku centralnego w Zhengzhou, zostały brutalnie rozbite, m.in. przez nieumundurowane osoby. Zgodnie z doniesieniami prasowymi lokalne władze miały użyć – niezgodnie z prawem – aplikacji do ustalania obowiązku kwarantanny COVID-19, aby zatrzymać protestujących w domach, co spotkało się z szeroką krytyką w chińskim Internecie. Z trudnych do potwierdzenia ze względu na ścisłą cenzurę materiałów obecnych w sieci wynika, że miały się one posłużyć wojskiem do zastraszania manifestujących.

Komentarz

Bojkoty kredytobiorców i upadki banków są skutkiem coraz gorszej sytuacji na rynku mieszkaniowym w ChRL, wywołanej celowym schładzaniem go przez władze w Pekinie w ostatnich latach (z uwagi na nadmierne zadłużenie i ryzyka systemowe), a także generalną nieprzejrzystością systemu finansowego, skutkującą licznymi wyłudzeniami i upadłościami. Problemy pogłębia niski wzrost gospodarczy związany z walką z COVID-19 oraz bankructwami deweloperów (ok. 20% firm z tej branży grozi niewypłacalność) i finansujących ich lokalnych banków. W szczególności dotyczy to rozległego i nietransparentnego (często również dla władz centralnych) sektora banków lokalnych, miejskich i wiejskich. Zatrzymanie tych procesów może wymagać od Pekinu szerszego pakietu pomocowego dla najbardziej narażonych instytucji finansowych, prawdopodobnie przy zaangażowaniu dużych banków centralnych i funduszy inwestycyjnych.

Jeżeli uda się zahamować protesty i bojkoty na obecnym etapie, to nie powinny one nieść ryzyka dla całego systemu finansowego. Władze centralne wprowadziły cenzurę dotyczącą organizacji bojkotów w mediach społecznościowych, podjęły kwestię na poziomie spotkań resortu budownictwa i regulatorów finansowych, a także rozpoczęły dochodzenie wymierzone w lokalnych urzędników (w związku z podejrzeniami o złe gospodarowanie rachunkami powierniczymi, opartymi na przedpłatach, przez banki). Rząd proceduje również projekt wakacji kredytowych dla osób, których dotyczy problem. Na poziomie władz miejskich (m.in. w Xi’an) wdrażane są ściślejsze przepisy dotyczące przedpłat dla deweloperów.

Z punktu widzenia Pekinu największe wyzwanie polityczne stanowią – będące pewnym novum – powszechne bojkoty kredytobiorców i dostawców z wielu miast i prowincji. W odróżnieniu od licznych izolowanych protestów na podłożu nadużyć w sektorze finansowym (np. ostatnich manifestacji w Henanie) mogą one przekształcić się w ruchy sprzeciwu obejmujące całe Chiny. Dodatkowo aktualna odsłona problemów sektora mieszkaniowego przypada na napięty politycznie okres przed historycznym zjazdem Komunistycznej Partii Chin, na którym decydować się będzie m.in. przyszłość rządów Xi Jinpinga w nadchodzącej kadencji, a także układ sił w ramach walk frakcyjnych i relacji centrum–prowincje. Stąd należy spodziewać się zdecydowanych działań władz – zarówno w dziedzinie kontroli i rozbijania protestów, jak i ewentualnych pokazowych działań naprawczych w branży (np. pakietów pomocowych). Z drugiej strony spowolnienie gospodarcze i kontekst zjazdu sprawiają, że Pekin stara się podtrzymywać wysoki wzrost PKB poprzez stymulowanie inwestycji (w tym w sektor mieszkaniowy) – zwiększając prawdopodobieństwo występowania podobnych incydentów w najbliższych miesiącach.

osw.waw.pl

Wojska rosyjskie kontynuują ostrzał i próby przejęcia kontroli nad przygranicznymi obszarami obwodów czernihowskiego (Mykołajiwka), sumskiego (m.in. Esmań, Zarućke, Pawliwka, Wolfyne, Jastrubyne, Żurawka) i charkowskiego (Charków i miejscowości położone na północ, wschód i południowy wschód od niego). Intensywne walki toczą się na linii Pytomnyk–Udy, a ich cel to zdobycie kontroli nad drogami dojazdowymi do Charkowa biegnącymi na północ od miasta z terytorium Federacji Rosyjskiej. Siły najeźdźcze nacierają też na zachód od Iziumu (starcia w rejonie Husariwki, Dmytriwki i Brażkiwki), zaś cały obszar Bałaklija–Wełyka Komyszuwacha jest nieustannie ostrzeliwany. Agresor atakują również w kierunku na Barwinkowe i próbuje otoczyć wojska ukraińskie broniące podejścia do Słowiańska od północnego zachodu na trasie M03 Izium–Słowiańsk.

Rosjanie skoncentrowali wysiłki także na zdobyciu dogodnych pozycji do natarcia na Słowiańsk od wschodu i południowego wschodu. Głównym celem działań pozostaje zdobycie Siewierska i Bachmutu. Siły najeźdźcze próbują też atakować na terenie na zachód od Doniecka: trwają walki w rejonie Nowomychajliwki i Mykilśkego. Całość obszaru natarcia – od granicy obwodów ługańskiego i donieckiego na północy, wzdłuż linii styczności od Iziumu, poprzez Słowiańsk, Kramatorsk, Bachmut, Torećk, Awdijiwkę, Kurachowe i Wuhłedar – jest objęta intensywnym ostrzałem artyleryjskim, lotniczym i rakietowym. Podobna sytuacja panuje na południowym odcinku frontu (obwody chersoński, mikołajowski, zaporoski i dniepropetrowski), gdzie pozycje ukraińskie i duże ośrodki miejskie są nieustannie ostrzeliwane, a wojska agresora ograniczają się do działań obronnych i rozpoznawczych.

Armia ukraińska dokonała ostrzału artyleryjskiego mostu Antonowskiego, łączącego miejscowość Oleszki z okupowanym Chersoniem. To strategicznie ważny obiekt komunikacyjny umożliwiający przeprawę przez Dniepr siłom rosyjskim operującym na froncie południowym, w obwodach chersońskim, mikołajowskim i dniepropetrowskim. Jego trwałe uszkodzenie znacząco utrudni logistykę wojskom agresora i zmusi je do wykorzystania położonej o ponad 60 km dalej tamy przy elektrowni wodnej w Nowej Kachowce, którą również w ostatnich dniach ostrzeliwała ukraińska artyleria. W tym regionie Ukraińcy kontynuują skuteczne ataki rakietowe na punkty dowodzenia oraz składy paliw i amunicji przeciwnika.

Naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy Wałerij Załużny poinformował podczas rozmowy z dowódcą sztabu USA Markiem Milleyem, że obrońcom udało się opanować sytuację na froncie. Jego zdaniem Ukraina w pełni kontroluje przebieg działań wojennych, co stało się możliwe dzięki wykorzystaniu zachodniego sprzętu wojskowego, przede wszystkim artyleryjskich systemów rakietowych HIMARS. Z kolei rzecznik Ministerstwa Obrony Ołeksandr Motuzjanyk ogłosił, że dzięki użyciu tych systemów udało się zniszczyć ponad 30 obiektów i ośrodków logistycznych wroga, co znacząco obniżyło ich potencjał ofensywny.

W rezultacie spotkania 20 lipca grupy kontaktowej państw wspierających Ukrainę (tzw. grupa Ramstein) jej uczestnicy porozumieli się w sprawie kontynuowania i rozszerzenia pomocy wojskowej. Ma ona obejmować dostawy uzbrojenia i amunicji, a także organizację szkoleń wojskowych. Według ministra obrony Ołeksija Reznikowa na dostawy zachodniego sprzętu będzie się składać broń wykorzystywana na lądzie, na morzu i w powietrzu, jednak o konkretnych jej rodzajach jako pierwsi „dowiedzą się żołnierze wroga na polu bitwy”. Z kolei sekretarz obrony USA Lloyd Austin oświadczył, że zachodni sojusznicy udzielą Kijowowi każdej dostępnej pomocy wojskowej, która posłuży powstrzymaniu rosyjskiej agresji oraz deokupacji ukraińskich terytoriów. Ponadto poinformował on, że do kraju zostaną dostarczone cztery kolejne systemy HIMARS (tym samym armia ukraińska będzie dysponować już szesnastoma), jak również dwie baterie obrony przeciwlotniczej NASAMS, co zapowiadano już wcześniej.

Minister spraw zagranicznych FR Siergiej Ławrow ostrzegł, że Moskwa będzie rozszerzać „geograficzne cele” wojny na Ukrainie, jeśli Zachód nie przestanie dostarczać Kijowowi zestawów artylerii rakietowej, w tym HIMARS-ów. Zaznaczył, że plany nie ograniczają się do zajęcia Donbasu, lecz obejmują również aneksję obwodów chersońskiego i zaporoskiego oraz wielu innych terytoriów. Ławrow oświadczył, że Rosja nie dopuści, aby „w tej części Ukrainy, którą będzie kontrolował Zełenski lub ten, kto go zastąpi” pojawiła się broń zagrażająca jej i „republikom”, które ogłosiły niepodległość. W odpowiedzi szef ukraińskiego MSZ Dmytro Kułeba wezwał do zaostrzenia sankcji wobec Rosji i przyspieszenia dostaw broni dla Kijowa. Minister spraw zagranicznych RFN Annalena Baerbock uznała słowa Ławrowa za propagandę i zapewniła, że do końca lata Niemcy i Holandia dostarczą Ukrainie samobieżne haubice Panzerhaubitze 2000 i systemy obrony przeciwrakietowej.

Szef administracji wojskowej obwodu mikołajowskiego Witalij Kim zapowiedział zamknięcie Mikołajowa w celu zneutralizowania kolaborantów, którzy m.in. przekazują agresorowi dane do korygowania ataków rakietowych. Powiadomił, że do administracji napłynęły doniesienia o działalności dywersantów, a miasto zostanie zamknięte po zweryfikowaniu tych przekazów i zakończeniu żniw (co nastąpi za jeden do dwóch tygodni). Mieszkańcy zostaną o tym uprzedzeni, aby mogli zaopatrzyć się w żywność i pozostać w domach. Za informacje przydatne w ujęciu kolaborantów pomagających wrogowi w korygowaniu ostrzałów władze obwodu oferują nagrodę w wysokości 100 dolarów.

19 lipca rząd w Kijowie zwrócił się do właścicieli ukraińskich euroobligacji z prośbą o przełożenie terminu ich spłaty (w tym odsetek) o dwa lata. Zaznaczono jednak przy tym, że w przypadku odmowy państwo będzie spłacać swoje zadłużenie zgodnie z harmonogramem. Dzień później Ministerstwo Finansów Niemiec zakomunikowało, że grupa kredytodawców Ukrainy, w której skład wchodzą USA, Wielka Brytania, Japonia, RFN, Francja i Kanada, zgodziła się wstrzymać obsługę zadłużenia napadniętego kraju od 1 sierpnia do końca 2023 r. z możliwością przedłużenia na kolejne 12 miesięcy. Obecnie w obiegu znajdują się ukraińskie euroobligacje na sumę 17 mld dolarów, z czego 3 mld Kijów powinien spłacić w ciągu półtora roku.

21 lipca Narodowy Bank Ukrainy (NBU) podwyższył oficjalny kurs ukraińskiej waluty wobec dolara o 25%, do 36,6 hrywny. Jest to pierwsza podwyżka od rozpoczęcia inwazji, kiedy kurs zamrożono na poziomie 29,25 hrywny za dolara. Bank uzasadnił swoją decyzję m.in. koniecznością zwiększenia konkurencyjności miejscowych producentów. Oznacza to zrównanie oficjalnego kursu z czarnorynkowym, który w ostatnich tygodniach oscylował wokół 37 hrywien za dolara.

Ministerstwo Rolnictwa prognozuje, że jeżeli nie dojdzie do zniesienia blokady ukraińskich portów, to jesienią rolnicy i przedsiębiorstwa rolne mogą zasiać o 30–60% mniej zbóż ozimych w porównaniu z poprzednim rokiem. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy będzie brak wystarczających środków na zakup ziarna, paliwa i nawozów, spowodowany niemożnością sprzedaży tegorocznych plonów. Według resortu obecnie nie ma problemu z magazynowaniem zboża. Ponadto w najbliższych tygodniach Ukraina ma otrzymać przenośne magazyny, które pozwolą przechowywać dodatkowe 10–15 mln ton ziarna przez 12–17 miesięcy.

Komentarz

Dwukrotny ostrzał mostu Antonowskiego w Chersoniu nie doprowadził do jego trwałego uszkodzenia (obiekt czasowo zamknięto dla ruchu ciężkich pojazdów). Atak stanowił zapewne sygnał dla wojsk rosyjskich o możliwym przeprowadzeniu zapowiadanej od kilku tygodni kontrofensywy armii ukraińskiej. Jednocześnie prawdopodobieństwo realizacji takiego kontruderzenia należy obecnie ocenić jako niskie. Wojsko ukraińskie jest skoncentrowane na obronie pozycji w obwodzie donieckim, zaś kontrofensywa na południu wymagałaby uniemożliwienia Rosjanom szybkiego przerzucenia jednostek z półwyspu krymskiego i unieszkodliwienia zagrożenia ze strony ich floty. Reznikow przyznał, że przeprowadzenie skutecznego kontruderzenia wymagałoby ok. 100 systemów HIMARS. Zintensyfikowanie działań wojskowych mogłoby także negatywnie wpłynąć na przebieg trwających negocjacji w sprawie odblokowania ukraińskich portów na Morzu Czarnym i dałoby stronie rosyjskiej pretekst do zerwania rozmów.

Moskwa ostro reaguje na dostarczaną Kijowowi pomoc wojskową z Zachodu, w szczególności systemy artylerii rakietowej. Nerwowość budzą zarówno ataki rakietowe spowalniające postępy sił agresora w Donbasie, jak i powtarzające się akty sabotażu w rosyjskich miastach położonych nieopodal granicy (m.in. Biełgorodzie czy Kursku), realizowane przez ukraińskie grupy dywersyjne. Irytację Kremla powoduje też sam fakt doposażania armii przeciwnika w zachodnią broń i szkolenie jej wojskowych na Zachodzie zgodnie ze standardami natowskimi. Kreml ucieka się przy tym do pogróżek, które mają tworzyć wrażenie, że uzależnia on swoje plany względem Ukrainy od postępowania Kijowa i Zachodu. W istocie niezmiennym celem strategicznym sił rosyjskich pozostaje przełamanie oporu przeciwnika i ekspansja poza obecnie okupowane terytoria.

Ogłoszenie zamknięcia Mikołajowa w celu dokonania obławy na dywersantów pracujących dla agresora dowodzi, że istnieje realny problem z kolaborantami, którzy przekazują wrogowi strategiczne informacje i pomagają korygować ataki rakietowe. Posunięcia szefa mikołajowskiej administracji mogą też być reakcją na niedawne zwolnienie kierownictwa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i Prokuratury Generalnej, któremu zarzucano niewystarczające działania na rzecz oczyszczania ich struktur regionalnych z rosyjskich kolaborantów. W tym kontekście Kim stara się dowieść efektywności lokalnej administracji poprzez demonstrację wzmożonej walki z dywersantami i sabotażystami.

Spłata i obsługa zadłużenia to trzecia co do wielkości (po wydatkach na siły zbrojne i emerytury) pozycja w budżecie Ukrainy, a od początku roku przeznaczono na ten cel ok. 2 mld dolarów. Spekulacje o możliwości zaprzestania obsługi długu trwały co najmniej od kilku tygodni, lecz do tej pory sprzeciwiało się temu Ministerstwo Finansów, które obawiało się negatywnej reakcji rynków finansowych. Szybka odpowiedź głównych kredytodawców wskazuje, że prośba rządu o zawieszenie spłaty była z nimi wcześniej konsultowana. Ukraina do końca 2023 r. miała oddać 6,6 mld dolarów (po przeliczeniu zgodnie z nowym kursem NBU). Odłożenie spłaty obligacji i odsetek od nich pozwoli Kijowowi zaoszczędzić blisko 5 mld dolarów.

osw.waw.pl

20 lipca Komisja Europejska opublikowała komunikat Save Gas for Safe Winter, w którym proponuje liczne posunięcia i nowy instrument prawny mający umożliwić zmniejszenie zużycia gazu w Europie zarówno przed najbliższym sezonem grzewczym, jak i podczas jego trwania. Propozycje KE stanowią uzupełnienie wcześniejszych działań (m.in. na rzecz pozyskania dostaw ze źródeł alternatywnych wobec rosyjskich) i postulatów zawartych w planie REPowerEU oraz rozporządzeniu w sprawie obowiązku magazynowania gazu i mają zminimalizować skutki spodziewanych dalszych ograniczeń przesyłanych przez Rosję wolumenów gazu lub nawet całkowitego wstrzymania jego dostarczania.

Przy okazji prezentacji nowych propozycji przewodnicząca KE Ursula von der Leyen stwierdziła, że Moskwa szantażuje Zachód i wykorzystuje gaz jako oręż w relacjach z UE. Według szacunków przedstawionych przez KE, jeśli Rosja zdecydowałaby się na całkowite i trwałe wstrzymanie dostaw już w lipcu, to nie wszystkie państwa UE zdołałyby osiągnąć przed listopadem wymagany poziom 80% zapełnienia magazynów, a średnie ich zapełnienie wynosiłoby 65–71%. Ponadto analiza przeprowadzona przez Komisję pokazuje, że niedobór gazu w sezonie zimowym może sięgnąć od 30 do 45 mld m3, a magazyny mogą zostać niemal całkowicie opróżnione do marca 2023 r. (wypełnienie od 0 do 15%), co bardzo skomplikowałoby sytuację przed kolejną zimą. Dodatkowo ewentualne wystąpienie wyjątkowo niskich temperatur w sezonie grzewczym 2022/23 i/lub szczególnie wysokie zapotrzebowanie na gaz w innych częściach świata przyczyniałoby się do dalszego pogłębiania niedoborów surowca w UE.

Podjęcie działań już teraz, a nie dopiero w przypadku dużego kryzysu wynikającego z ewentualnych dalszych redukcji rosyjskich dostaw, ma według KE nie tylko pomóc lepiej przygotować całą UE do poważniejszej zapaści na rynku gazu, lecz także ograniczyć koszty związane z obniżeniem zapotrzebowania i przeprowadzić je w sposób jak najmniej destrukcyjny dla poszczególnych sektorów oraz umożliwiający współpracę między państwami członkowskimi. Zgodnie z oceną zaprezentowaną w komunikacie i opartą na prognozach zapotrzebowania przedstawionych przez ENTSOG wcześniejsze przygotowanie do problemów z dostawami miałoby ograniczyć koszty ekonomiczne kryzysu spowodowanego przerwaniem dostaw z Rosji, które mogłoby skutkować w przypadku przeciętnej zimy spadkiem PKB dla całej UE o 0,4%, a przy mroźnej – o 0,6%. Bez wcześniejszych działań natomiast tąpnięcie miałoby być jeszcze większe (odpowiednio o 0,6% i 1%).

Aby przetrwać zimę i zapewnić bezpieczeństwo energetyczne, Komisja w swym komunikacie Save Gas for Safe Winter proponuje:

Nowe rozporządzenie o skoordynowanych mechanizmach ograniczania zużycia gazu przewidujące:

a) Natychmiastową rekomendację dobrowolnego ograniczenia zużycia gazu o 15% przez wszystkie kraje członkowskie (względem średniego popytu w ostatnich pięciu latach) w okresie od 1 sierpnia 2022 do 1 kwietnia 2023 r. Miałoby to umożliwić zmniejszenie zapotrzebowania w tym okresie o ok. 45 mld m3.

b) Procedurę umożliwiającą uruchomienie wiążącego celu ograniczenia popytu w razie wystąpienia takiej konieczności w najbliższych tygodniach lub miesiącach. Wiążący cel redukcyjny miałby być ogłaszany (po konsultacjach z państwami członkowskimi) w przypadku ogłoszenia stanu alarmowego na rynku gazu dla całej UE. Warunki wprowadzenia takiego ogólnounijnego stanu alarmowego – gdy istnieje duże ryzyko poważnych niedoborów gazu i/lub nadzwyczaj wysokie zapotrzebowanie na gaz – są wymienione w rozporządzeniu o bezpieczeństwie dostaw gazu. Kraje członkowskie miałyby zaktualizować swoje krajowe plany awaryjne do końca września, tak by uwzględniały one cele redukcji zapotrzebowania na surowiec. Wykazanie się faktycznym zmniejszeniem zużycia miałoby też być istotne w przypadku państw proszących w razie wystąpienia u nich problemów o solidarnościowe dostawy surowca od sąsiadów, również przewidziane w rozporządzeniu o bezpieczeństwie dostaw gazu.

Europejski plan redukcji zapotrzebowania na gaz, opublikowany w tym kształcie przez KE po konsultacjach z państwami członkowskimi i przedstawicielami sektora przemysłowego, zawierający szereg instrumentów, zasad i kryteriów skoordynowanego ograniczania popytu w UE. Kluczowe działania mają obejmować zastępowanie gazu innymi paliwami oraz oszczędzanie energii, a wszystkie elementy planu powinny być wdrażane zgodnie z zasadami solidarności.

c) Według KE obok starań, by dywersyfikować źródła importu gazu do UE, w kontekście tej i potencjalnie następnej zimy równie istotne jest zastępowanie gazu innymi nośnikami energii (fuel switching). Ma to szczególne znaczenie dla sektora generacji energii i ciepła. Priorytetem powinien być wzrost udziału źródeł odnawialnych, jednak w związku z ograniczonymi możliwościami znacznego postępu w tym zakresie krótkookresowo i przejściowo konieczne może być zwiększenie wykorzystania węgla, ropy lub energii jądrowej.

d) Oszczędzanie energii:
- w sektorze budynków: dużą poprawę mogłyby przynieść proste zmiany zachowań w odniesieniu do ogrzewania, korzystania z urządzeń elektrycznych i/lub ciepłej wody przez gospodarstwa domowe. KE proponuje tu m.in. społeczne kampanie informacyjne uświadamiające o istniejących problemach oraz potrzebie ograniczania mocy i długości okresów ogrzewania i chłodzenia budynków (potencjalnie uzupełniane przez obowiązkowe obniżanie poziomów ogrzewania/chłodzenia w obiektach publicznych),
- w sektorze przemysłu: aby zachęcić do oszczędzania energii, KE proponuje konkretne instrumenty rynkowe, np. aukcje lub przetargi, w ramach których firmy otrzymują kompensatę za redukcje zużycia.
Plan ma też pomóc krajom członkowskim zidentyfikować wśród niechronionych grup konsumentów gazu (odbiorcami chronionymi według rozporządzenia o bezpieczeństwie dostaw gazu są gospodarstwa domowe oraz niektóre jednostki użyteczności publicznej, jak np. szpitale), szczególnie wśród odbiorców przemysłowych, tych najistotniejszych ze względu na zaproponowane przez KE kryteria, w tym dotyczące: ich znaczenia dla społeczeństwa, gospodarki i/lub transgranicznych łańcuchów dostaw; spodziewanych zniszczeń w infrastrukturze w przypadku odłączenia ich od dostaw; potencjału redukcji zużycia oraz możliwości substytucji części produkcji.

Aby móc skutecznie reagować na poziomie unijnym w warunkach poważniejszego kryzysu, konieczne jest wzmocnienie współpracy – m.in. poprzez regularniejsze spotkania Gas Coordination Group, ale też zagwarantowanie ram prawnych dla dwustronnych działań w wyniku podpisywania przez poszczególne państwa wymaganych rozporządzeniem o bezpieczeństwie dostaw gazu umów solidarnościowych.

Komentarz

Propozycje KE wpisują się w pojawiające się od początku wojny na Ukrainie i od zaistnienia problemów z dostawami rosyjskiego gazu apele o oszczędzanie energii – ze strony zarówno instytucji unijnych, Międzynarodowej Agencji Energii (IEA), jak i polityków i ekspertów. Obecnie do ograniczenia popytu i skoordynowanych działań w Europie, spójnych z tymi przedstawionymi w planie Komisji, wzywa także IEA (apel jej dyrektora z 18 lipca br.). Założenia KE o konieczności kooperacji i poczynienia wcześniejszych kroków przed nadchodzącą zimą znajdują też potwierdzenie w prognozach Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), który w opublikowanym 19 lipca raporcie sugeruje, że bez natychmiastowych działań na rzecz współpracy i upłynnienia funkcjonowania wspólnego rynku, w tym eliminacji infrastrukturalnych „korków”, oraz konkretnych czynów solidarnościowych wstrzymanie dostaw z Rosji dotknie mocno całą UE. Najbardziej według MFW ucierpieć miałyby kraje Europy Środkowej (Węgry, Słowacja i Czechy), które doświadczyłyby niedoborów na poziomie ok. 40% i spadku PKB o 6%. Problemy z rosyjskim gazem silnie odczułyby także Włochy, Austria i Niemcy.

Komunikat Komisji jest też związany z widocznymi bardzo niejednorodnymi działaniami popytowymi poszczególnych państw członkowskich. Według dostępnych danych za styczeń–kwiecień br. i analizy Bruegla redukcje zużycia nastąpiły w państwach bałtyckich i Finlandii (o ok. 35% względem średniej za poprzednich pięć lat), w Polsce, Danii i Szwecji oraz w krajach Beneluksu (o ok. 20%). Zarazem wiele państw nie tylko nie ograniczyło w tym czasie zużycia, lecz wręcz je zwiększyło – m.in. Austria, Czechy, Słowacja, Węgry, Włochy i Bułgaria, a więc kraje najmniej odporne na przerwy w dostawach gazu z Rosji. Wprowadzenie szczegółowych zasad zmniejszania zużycia gazu ma zawczasu pomóc złagodzić negatywne skutki niedoborów surowca i wywołanego przez to ewentualnego kryzysu dla przemysłu, na czym w ostatnim czasie zależało m.in. Berlinowi.

Propozycja KE jest kontrowersyjna i trudno będzie przekonać wszystkie kraje członkowskie do jej zaakceptowania. Szczególne wyzwanie dotyczyć będzie tych państw, dla których skutki przerwania dostaw z Rosji będą mniej dotkliwe. Już dzień po publikacji komunikatu hiszpańska minister energii Teresa Ribera powiedziała, że jej kraj nie będzie skłonny poprzeć nowych propozycji. Wspomniała przy tym, że w odróżnieniu od innych państw UE Hiszpania „nie żyła ponad stan” w energetyce. Podobne stanowisko, związane m.in. z niechęcią do zobowiązania się do pomocy Niemcom, mają wyrażać m.in. Grecja i Portugalia. Również głosy z Rzymu świadczą o tym, że plan KE może być uznany za nie do przyjęcia, a propozycja 15-procentowego obniżenia zużycia postrzegana jest tam jako skrojona pod interesy niemieckie. Dla Włoch wystarczające miałoby być bowiem ograniczenie konsumpcji gazu o 7%.

osw.waw.pl

21 lipca Gazprom w ograniczonym stopniu przywrócił dostawy gazu do odbiorców europejskich gazociągiem Nord Stream 1 (NS1). W pierwszej dobie po zakończeniu trwającej od 11 lipca planowej przerwy remontowej przesył wyniósł ok. 64 mln m3 (wobec 170 mln m3 zdolności przesyłowych i ok. 166 mln m3 średniego normalnego przesyłu przed jego ograniczeniem w czerwcu br.).

18 lipca agencja Reuters poinformowała, że niemieckie Uniper i RWE otrzymały od Gazpromu list zapowiadający (z datą wsteczną, od 14 czerwca) brak możliwości realizacji zobowiązań kontraktowych w zakresie dostaw gazu i odwołujący się do klauzuli siły wyższej (okoliczności niezależne od dostawcy). W opublikowanym 20 lipca komunikacie rosyjski koncern po raz kolejny zażądał od niemieckiej spółki Siemens dokumentów gwarantujących – teraz i w przyszłości – zwrot remontowanych w Kanadzie turbin (podobny komunikat Gazprom wydał 15 lipca). 21 lipca agencja Reuters podała, że przekazanie pierwszej turbiny z Niemiec do Rosji opóźnia się ze względu na brak zgody Moskwy na jej przyjęcie.

19 lipca przebywający z wizytą w Teheranie prezydent Władimir Putin obszerniej wypowiedział się na temat relacji energetycznych Rosji z Europą. Oskarżył on państwa członkowskie UE o nieodpowiedzialną politykę przynoszącą szkody samym Europejczykom. Wskazał przy tym zwłaszcza na blokowanie inwestycji w energetykę węglowodorową (przy stawianiu na odnawialne źródła energii), zachodnie sankcje przeciwko Rosji i próby ograniczania importu jej surowców energetycznych, co przyczynia się do znaczącego wzrostu cen ropy i gazu. W szczególności o hamowanie dostaw gazu oskarżył władze w Kijowie (które nie chcą przyjmować surowca w punkcie odbioru kontrolowanym przez siły tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej). Z kolei Warszawę obwinił o to, że sankcjami przeciwko Gazpromowi polegającymi na konfiskacie udziałów w polskim odcinku gazociągu jamalskiego doprowadziła do zablokowania przesyłu gazu tym szlakiem. Podkreślił przy tym, że Polska nadal otrzymuje rosyjski gaz dostawami rewersowymi z Niemiec – 32 mln m3 na dobę. Stwierdził też m.in., że Gazprom nie otrzymał dotąd „dokumentów prawnych i dokumentacji technicznej” zatrzymanej w Kanadzie turbiny, która ma być zwrócona. Okoliczności te powodują, że przepływ gazu przez NS1 po przerwie technicznej (do 21 lipca) może wynieść zaledwie 30 mln m3 na dobę. Jeśli natomiast turbina zostanie oddana, wzrośnie do 60 mln m3 na dobę. Wynikać ma to z tego, że 26 lipca zacznie się planowy okres wyłączenia remontowego kolejnej turbiny w stacji kompresorowej Portowaja k. Wyborga. Putin ujawnił jednocześnie, że „półtora lub dwa miesiące wcześniej” w rozmowie z kanclerzem Niemiec Olafem Scholzem ostrzegł, że w związku z niejasnym statusem gotowego do przesyłu surowca gazociągu Nord Stream 2 (NS2) Rosja będzie zmuszona przekierować połowę dostarczanego przez NS1 gazu na swoje potrzeby wewnętrzne. Z kolei 20 lipca prezydent FR stwierdził, że (wcześniejsze) zablokowanie przez Kanadę zwrotu turbiny Siemensa dla Gazpromu było podyktowane chęcią wejścia tego państwa na rynek ropy i gazu w Europie.

20 lipca Rosstat podał, że w I kwartale 2022 r. udział sektora ropy i gazu w PKB Rosji wyniósł 21,7% (wobec 17,4% w 2021 r., 13,9% w 2020 r. i 18,8% w 2019 r.).

20 lipca przedstawiciel handlowy FR w Finlandii w wywiadzie dla rosyjskiej agencji RIA Nowosti określił decyzję fińskiego holdingu Fennovoima (podjętą po rosyjskiej inwazji na Ukrainę) o zerwaniu kontraktu z Rosatomem na budowę elektrowni jądrowej Hanhikivi-1 jako skandaliczną i zapowiedział, że sprawa znajdzie finał w sądzie arbitrażowym, gdzie strona rosyjska będzie się domagać odszkodowania. Podkreślił przy tym, że dotychczasowe koszty przedsięwzięcia wyniosły 1,7 mld euro.

19 lipca rosyjski Gazprom i Narodowa Irańska Spółka Naftowa (NIOC) podpisały w Teheranie memorandum o „strategicznej współpracy”, przewidujące wykonanie analizy dotyczącej możliwości współdziałania w zakresie eksploatacji złóż gazowych, naftowo-gazowych i naftowych w Iranie (w tym na wyspie Kisz, złożach Północny Pars i Południowy Pars oraz sześciu innych), transakcji wymiany gazu i produktów naftowych, realizacji projektów LNG, budowy gazociągów oraz kooperacji naukowej i technologicznej. Według mediów irańskich łączna wartość projektów może sięgnąć 40 mld dolarów.

19 lipca rosyjski dziennik „Wiedomosti” podał, że Ministerstwo Finansów FR zaproponowało wprowadzenie znowelizowanej reguły budżetowej ustanawiającej referencyjną cenę baryłki ropy naftowej w wysokości 60 dolarów, przy utrzymaniu wydobycia na poziomie 9,5 mln baryłek dziennie. Jednym z celów ma być doprowadzenie do dewaluacji rosyjskiej waluty do kursu 70 rubli za dolara (obecnie wynosi on ok. 55 rubli), co pozwoliłoby ustabilizować budżet federalny. Dochody powyżej ceny referencyjnej miałyby być inwestowane w papiery wartościowe „przyjaznych państw” oraz w rozwój sektorów wysokotechnologicznych w Rosji. Zaplanowana w budżecie na 2022 r. cena referencyjna (powyżej której dochody miały być gromadzone w funduszach rezerwowych) wynosiła 44,2 dolara za baryłkę, ale po inwazji na Ukrainę zasadę tę zniesiono.

18 lipca dyrektor wykonawczy Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE) Fatih Birol opublikował analizę, w której napisał m.in., że w ciągu pięciu miesięcy od rozpoczęcia inwazji na Ukrainę (marzec–lipiec) dochody Rosji z eksportu ropy i gazu ziemnego wzrosły dwukrotnie względem średniej z ostatnich lat i sięgnęły 95 mld dolarów. Stanowi to równowartość trzykrotnych dochodów ze sprzedaży rosyjskiego gazu za granicę w przeciętnym zimowym sezonie grzewczym. W związku z powyższym zdaniem Birola należy poważnie liczyć się z tym, że Rosja zrezygnuje z dodatkowych zysków z handlu gazem ziemnym z Europą i utrzyma jego eksport na znacznie obniżonym poziomie albo – wraz z rozpoczęciem sezonu grzewczego jesienią 2022 r. – całkowicie go wstrzyma. Co więcej, w opublikowanej analizie wskazano, że nawet uzupełnienie europejskich magazynów do poziomu 90% nie zagwarantuje pełnego bezpieczeństwa podaży surowca do końca sezonu (tj. do kwietnia 2023 r.). W związku z tym Birol postuluje wprowadzenie przez UE pięciopunktowego planu ograniczania konsumpcji gazu i energii elektrycznej.

18 lipca rosyjski dziennik „Kommiersant”, opierając się na danych Eurostatu i informacjach brytyjskiego dziennika „Financial Times”, podał, że sprzedaż rosyjskiego węgla do państw UE w maju br. wzrosła o 80% względem kwietnia br. (w kwietniu zakupiono 2,6 mln ton za 700 mln euro, a w maju – 4,7 mln ton za 1,1 mld euro). Najwięcej surowca zaimportowała Holandia (w grę wchodzi także reeksport) – 2,2 mln ton, a największy spadek zakupów (o 95%) odnotowano w Polsce. Z kolei według wstępnych danych import rosyjskiego węgla przez UE w czerwcu br. zmniejszył się do 1,7 mln ton. W 2021 r. z Rosji pochodziło 65% surowca sprowadzanego przez wspólnotę. Obecnie ma on być częściowo zastępowany produktem z Kolumbii, USA i RPA. W związku z tym Moskwa usiłuje przekierowywać eksport węgla do państw Azji, gdzie jego zakup zmniejszają Japonia i Korea Płd., a zwiększają – Chiny i Indie. W maju br. ChRL zaimportowała z Rosji 4,5 mln ton, a w czerwcu – 4,7 mln ton (rok wcześniej odpowiednio: 4 mln ton i 5,2 mln ton). Z kolei Indie kupiły od Rosji w maju br. 0,8 mln ton, a w czerwcu – 1,1 mln ton. W I półroczu br. Rosja wyeksportowała ogółem 108,7 mln ton węgla (tj. o 4% więcej niż w analogicznym okresie ub.r.).

Komentarz

Wypowiedzi Putina na temat problemów w relacjach energetycznych Rosji z Europą jasno potwierdzają, że Moskwa nie tylko nie zrezygnuje z szantażu energetycznego wobec odbiorców europejskich, lecz będzie wręcz eskalować swoje żądania. Świadczy o tym zapowiedź utrzymania niskiego poziomu dostaw gazu przez NS1 po przerwie technicznej mimo spodziewanego zwrotu turbiny Siemensa, której wcześniejsze zatrzymanie w Kanadzie było formalnym pretekstem do ograniczenia przesyłu. Zarazem ujawnienie przez Putina, że ostrzegał kanclerza Scholza przed zmniejszeniem dostaw, wskazując na niejasny status gazociągu NS2, oznacza, że Kreml – widząc ustępstwa po stronie zachodniej – postanowił wykorzystać zaistniały stan rzeczy do eskalacji żądań i próby wymuszenia uruchomienia NS2.

Słowa Putina mają przy tym doraźnie na celu wywołanie w Niemczech kontrowersji na tle obarczenia rządu Scholza odpowiedzialnością za narastające problemy energetyczne (w tym spowodowane sprzedażą gazu do Polski w sytuacji jego prognozowanego deficytu). Rosja z uwagą śledzi bowiem coraz bardziej burzliwą dyskusję w UE (zwłaszcza w RFN) na temat sposobów zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego i coraz bardziej alarmistyczne prognozy zwiastujące kryzys energetyczny i gospodarczy w Europie w trakcie nadchodzącego sezonu grzewczego. Korzystając z ponadprzeciętnie rosnących – dzięki wysokim cenom energii – dochodów, tworzących finansową poduszkę bezpieczeństwa, Kreml jest gotów znacznie ograniczać dostawy gazu na kluczowy rynek unijny mimo poważnych negatywnych konsekwencji dla Gazpromu (czerpiącego z tego rynku trzy czwarte zysków; w 2021 r. sprzedał do UE 155 mld m3 gazu).

Rosja nie ma technicznej możliwości przekierowania rurociągowego eksportu gazu z Europy na rynki azjatyckie. Powoli rosnące dostawy do Chin gazociągiem Siła Syberii (w 2020 r. – 4,1 mld m3, w 2021 r. – 10,4 mld m3, w 2022 r. przesył może sięgnąć 16 mld m3) pochodzą ze złóż wschodniosyberyjskich, a rurociąg ten nie ma połączenia ze złożami zachodniosyberyjskimi stanowiącymi główną bazę surowcową dla eksportu na Stary Kontynent. Budowa gazociągu Siła Syberii 2 (mającego dotrzeć do tych złóż, o docelowej przepustowości do 50 mld m3 rocznie) przez Mongolię wedle optymistycznych prognoz premiera tego kraju Oyun-Erdene Luvsannamsrai rozpocznie się w 2024 r., a zakończy w roku 2030.

Według danych Gazpromu spadek wydobycia gazu w I półroczu br. (o 22,4 mld m3, tj. o 8,6% względem I półrocza 2021 r.) był mniejszy niż redukcja jego eksportu do tzw. dalekiej zagranicy (o 31 mld m3, tj. o 31%). Rosja ma ograniczone zdolności przechowywania tego surowca (na jej terytorium znajduje się 27 podziemnych magazynów gazu o łącznej aktywnej pojemności ponad 73 mld m3, wykorzystywane są one w przeważającej mierze na potrzeby rynku wewnętrznego), a jego krajowa konsumpcja będzie spadać z powodu kryzysu gospodarczego wywołanego zachodnimi sankcjami. Jeśli więc Gazprom nie zwiększy w kolejnych miesiącach dostaw na rynki europejskie, będzie najprawdopodobniej zmuszony do spalania części produkowanego gazu. Jak się wydaje, Kreml, który w relacjach z Europą i Zachodem gra va banque, jest do tego gotowy i liczy, że grożąc kryzysem gazowym, jesienią lub zimą zdoła wymusić na czołowych państwach UE ustępstwa polityczne i gospodarcze. Moskwie chodzi zwłaszcza o ograniczenie wsparcia wojskowego dla Ukrainy i narzucenie Kijowowi zawieszenia broni na rosyjskich warunkach, jak również o zniesienie przynajmniej części zachodnich sankcji, a optymalnie – ułożenie relacji energetycznych z Europą na zasadach podyktowanych przez Kreml. Niezależnie od tego w interesie Moskwy leży destabilizacja sytuacji wewnętrznej w kluczowych państwach Zachodu, które uważa ona za przeciwników w toczonej z nim wojnie.

osw.waw.pl

sobota, 23 lipca 2022


W ciągu jednego tygodnia orbanowskie władze zdążyły wysłać wiceszefa swojej dyplomacji do Ukrainy, gdzie rzeczony obiecał dopuścić transport broni przez terytorium Węgier. Zaraz potem rzecznik węgierskiego MSZ Mate Paczolay zdementował przytaczane przez media słowa wiceministra. Mówił, że od początku wojny w Ukrainie sprawa jest jasna: żadnej broni przez terytorium Węgier, bo to sprawi, że ucierpieć może żyjąca w Ukrainie mniejszość węgierska.

– Nie bardzo wiem, co mam o tym myśleć – mówi mi Laszlo Andras Sallai z tygodnika "Magyar Narancs". – Mamy na Węgrzech takie powiedzenie, że nie wie jedna ręka, co robi druga. Możliwe, że po prostu rzecznika nie poinformowano, że sytuacja się zmieniła – dodaje.

Janos Szeky, znany węgierski publicysta, dodaje z kolei, że z zaskakującą misją do Ukrainy udał się nawet głównodowodzący węgierskiej armii Romulusz Ruszin-Szendi. – Są znaki, że rząd Orbana w końcu zrozumiał, że Zachód nie zapomni im tego zakazu transportu broni – ocenia Szeky.

Dzień później, już sam minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto poleciał do Moskwy negocjować dostarczenie na Węgry większej ilości gazu. — Rosja "rozważy" prośbę Węgier o więcej gazu, bo chce rozwijać "strategiczne" więzi — poinformował MSZ Rosji po spotkaniu szefów resortów.

– Sam nie wiem, o co tu może chodzić – bezradnie rozkładał ręce Janos Szeky. – I nie bardzo wiadomo, co ten Szijjarto chce konkretnie negocjować, bo dostawy energii na Węgry nie są zakłócone, tylko że jakoś od roku gaz jest o wiele droższy niż dawniej. Są w każdym razie w panice, bo sztucznie zamrożone ceny energii zostaną we wrześniu radykalnie podniesione, a przecież niskie koszty to była do tej pory naczelna broń propagandowa władzy. Krótko mówiąc: mamy zamieszanie – podsumowuje.

No tak. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Orbanowskie Węgry – do tej pory stojące twardo niczym skała gibraltarska populizmu nad tradycyjnie skonfundowaną i niedogadaną europejską liberalną demokracją – zaczynają trzeszczeć.

Utrata wszystkich już właściwie sojuszników w Unii Europejskiej i NATO musi faktycznie boleć. Boli szczególnie popsucie relacji z pisowską Polską, z którą do tej pory – jak dwaj kowboje w salonie, walczący plecy w plecy z całą resztą stałych bywalców – wspierali się wzajemnie na unijnym forum.

(...)

Dodatkowo Unia Europejska jest już zmęczona wiecznymi unikami rządu Orbana w sprawie praworządności (system sądowniczy jest na Węgrzech o wiele bardziej politycznie sterowany niż np. w Polsce) czy korupcji (klan polityczno-ekonomiczny Orbana siedzi okrakiem na rządowych i unijnych pieniądzach i decyduje, kto będzie za nie realizował publiczne projekty, co nieustannie i aż do znudzenia wypominają premierowi te nieliczne węgierskie media, które nie zostały mu jeszcze shołdowane). Bruksela zapowiada zakręcenie kurka z pieniędzmi (już teraz fundusze unijne są obcinane), jeśli sprawy związane z praworządnością i politycznym dysponowaniem publicznymi środkami nie zostaną rozwiązane.

Sęk w tym, że i jedno i drugie stanowi oś fideszowskiego "nieliberalnego" systemu. Dzięki pieniądzom z UE system działa. Dzięki temu, że UE nie ma kontroli nad wydawaniem tych pieniędzy – system może trwać.

Dlatego Węgry stają się nerwowe. I grają coraz bardziej nerwowo. Dość zabawne stałe elementy węgierskiej gry, jak na przykład kampania plakatowa demonizująca w diabolicznym stylu George’a Sorosa jako zła stojącego za wszelkim rozpełzającym się po ziemi lewactwem, nikogo już nie zaskakują.

onet.pl

Grzegorz Sroczyński: Będzie dobrze czy źle?

Michał Bogusz: Będzie inaczej. Siedzę właśnie nad demografią chińską, bo wreszcie ogłosili wyniki spisu powszechnego. Nie wszystkie liczby są w pełni wiarygodne, dosypali tu czy tam, żeby lepiej wypaść, ale widać jedno: oni też zaczęli się starzeć. Tak jak Zachód i większość krajów rozwiniętych. Następuje zmiana grupy wiekowej, która będzie dominować i nadawać ton całemu światu.

Starzy?

Bardziej średniacy. Pięćdziesięciolatkowie.

Na początku XX wieku - z powodu poprawy warunków życia, wzrostu dzietności i przeżywalności przy porodzie - pojawiło się zjawisko o nazwie „młodzież". Wkroczyli na arenę dziejów jako siła pokoleniowa i przez cały ubiegły wiek dawali impet głównym wydarzeniom. Pierwszej wojny światowej by nie było, gdyby nie nacjonalistycznie nastawiona młodzież w kilku krajach, zdolna narzucić - z powodu liczebności - swój punkt widzenia społeczeństwom. Druga wojna to samo. To nie przypadek, że wybuchła 20 lat po zakończeniu pierwszej, to jest akurat czas potrzebny na odbudowanie populacji, kiedy kolejna grupa wchodzi w dorosłe życie. Podobnie rewolucja kulturowa 1968 roku, minęły 23 lata od wojny i kolejna fala wyżu pokoleniowego postanowiła postawić na swoim.

I co z tego wynika?

W XXI wieku tak już nie będzie. Odwrócenie piramidy demograficznej na świecie - nie tylko w Chinach, ale w większości krajów - spowoduje, że dominujące będzie pokolenie czterdzieści-pięćdziesiąt plus. Średnia wieku we Włoszech już teraz wynosi 45 lat. I moim zdaniem to jedno z ciekawszych zjawisk długofalowych: polityka, gospodarka i popkultura zostaną zdominowane przez ludzi w średnim wieku, którzy się starzeją. Tacy ludzie oczekują kompletnie innych rzeczy od życia, również od państwa. Dzięki rosnącej przewadze liczebnej będą zdolni te rzeczy wymusić.

Co wymuszą?

Młodość zaczyna tracić na znaczeniu, również jako siła nabywcza. Zobacz, jakie widać zmiany w reklamach, coraz częściej pojawiają się starsze modelki i modele. Jeszcze niedawno musiały to być same młode dziewczyny. Oglądając dane z chińskiego spisu powszechnego zacząłem sobie uświadamiać, że odwrócenie ról między młodym a średnim pokoleniem będzie przyspieszać. Piramida demograficzna wróci do normy w skali świata dopiero około 2130 roku. Mamy przed sobą sto lat rządów mentalnych emerytów.

Ale co z tego wynika poza dojrzałymi modelkami na plakatach?

Gdybyś chciał wytłumaczyć, dlaczego niemiecka polityka jest jaka jest - ugodowa w stosunku do Chin i do Rosji - to możesz spojrzeć na przeciętnego Niemca jako bezdzietnego 50-latka, który w pewnym sensie nie ma przyszłości, widzi przed sobą 20-30 lat, które chce w spokoju przeżyć. Ma jakieś rodzinne precjoza, które planuje zastawić u Chińczyków, a za tę kasę opłacić się rosyjskiemu gangsterowi, żeby mieć święty spokój. To pewnie zbyt prostackie przedstawienie bardziej złożonego obrazu, ale można na przyszłość świata w ten sposób spojrzeć.

"Żadnych zmian, panowie" - to będzie taki świat?

Tak. Spójrz na niemiecką politykę w Europie: status quo za wszelką cenę. Nawet jeśli wszyscy świetnie wiedzą, że status quo jest nie do utrzymania. Ono zresztą nigdy nie jest do utrzymania, to jakaś konserwatywna mrzonka, bo jeśli cokolwiek w świecie można uznać za pewnik, to że wszystko podlega zmianom. Tyle że ludzie w średnim wieku żyjący na pewnym poziomie dobrobytu łatwo popadają w ułudę, a przynajmniej chcą odłożyć zmiany w czasie, a nuż uda mi się wcześniej umrzeć. Fatalnie, że taka zmiana demograficzna dotyka świat akurat teraz.

Dlaczego?

Bo właśnie teraz potrzebujemy gigantycznych zmian, żeby sobie poradzić z katastrofą klimatyczną czy eksplozją nierówności. I przewaga liczebna średniego pokolenia to będzie główny spowalniacz. Wrócę do przykładu niemieckiego pięćdziesięciolatka - nawet jeśli on ma dzieci, to już nie ma wnuków. Na poziomie biologicznym jest osobą bez przyszłości, nie będzie skłonny do ustępstw, do poświęceń tu i teraz w imię przyszłych pokoleń, ludzkości, planety. To bardzo niebezpieczne. Zabrzmi to brutalnie, ale mamy przed sobą sto lat rządów egoistycznych staruchów. Nie wiem, w jakim stanie ludzkość przetrwa tę walkę średniego pokolenia o utrzymanie status quo. 

Na razie nic nie wskazuje, żeby groziło nam status quo. Raczej przeciwnie, przecież wszędzie mamy zjawiska w rodzaju Trumpa, wszędzie rosną populiści, którzy rozwalają status quo w polityce.

To pozory. Populiści tak naprawdę są świetnym przykładem, że mentalni emeryci zaczynają dominować. Co obiecywał Trump? Że trzeba dużo zmienić, żeby nic się nie zmieniło - jak w "Lamparcie" Giuseppe di Lampedusy. Wrócimy do wspaniałych lat 70., kiedy mieliście pracę w fabrykach i kopalniach, której Chińczycy wam nie zabierali, był węgiel, tanie paliwo, można było sobie jeździć chryslerem i palić 17 litrów na sto. Świat bez globalnego ocieplenia. I populiści dokładnie to mówią: nie musicie się zmieniać, możecie być egoistami, nie trzeba nic robić dla przyszłości. To jest oferta idealnie skrojona pod pokolenie 50-latków.

Jak sprawdzisz piramidę demograficzną w większości państw rozwiniętych, to ona dawno nie jest już piramidą, tylko słupem, który ma wybrzuszenie w środku. I to „wybrzuszenie" nie musi słuchać młodszego pokolenia.

Przecież na całym świecie mamy rosnącą świadomość zmiany klimatycznej, a narracja, że to jest wielki problem i trzeba szybko działać - wygrywa. Zieloną transformację zapowiada Europa, USA, Chiny.

Ale tylko w tym wymiarze, w którym jest to dobry biznes. Stany Zjednoczone nawet za Trumpa zredukowały emisje gazów cieplarnianych, ale to nie było spowodowane chęcią walki o przyszłość planety, tylko chęcią zarobku. Teraz jest tak samo. Te wszystkie zielone inwestycje to jest dobry interes, stawianie kolejnych wiatraków się opłaca i można na tym zarobić.

I to źle?

Nie o to chodzi. Żeby się uporać z kryzysem klimatycznym, trzeba będzie sporo poświęcić. Zrobić coś nie tylko z podażą, czyli sposobem, w jaki produkujemy energię, ale też z popytem, czyli z naszą nadmierną konsumpcją w krajach rozwiniętych. Owszem, pojawiła się mocna wola polityczna, żeby w inny sposób generować energię, ale nie ma zmian po stronie popytowej. A jeśli jakieś są, tylko tylko te nieuciążliwe: usprawnienia, docieplanie domów i tak dalej - czyli rzeczy, na których też można zarobić. Ale od zmiany mojego stylu życia - wara!

Bo styl życia to dla pięćdziesięciolatków świętość?

To jest czerwona linia, w pewnym wieku chcesz mieć wygodnie i już. Dlatego uważam, że zmiana demograficzna będzie utrudniać reakcję świata na zmiany klimatyczne.

Co do tego mają Chiny?

Już mówiłem: pokazali wyniki najnowszego spisu powszechnego i widać, że zmiana demograficzna będzie u nich jeszcze bardziej dynamiczna. Czy już zaczęli się starzeć, czy zaczną  dopiero za dwa lata - bo trochę podretuszowali liczby - to nie ma znaczenia, wyniki są zgodne z trendami. Sprężyna dzietności została u nich nakręcona w czasach maoistowskich, potem w latach 80. wystrzeliła w sposób niekontrolowany, w 1989 roku po masakrze na placu Tiananmen i nałożeniu gorsetu politycznego bunt tego pokolenia został skanalizowany w rozwoju gospodarczym. Można się spierać, czy w niektórych latach rzeczywiście mieli 14 procent wzrostu PKB, a nie na przykład 10 procent, ale jakie to ma znaczenie? Działała potężna energia młodego pokolenia, która zmieniła Chiny i zmieniła układ na świecie. Ta energia teraz się wyczerpała. Ich najnowszy spis powszechny jest jak scena z kreskówki, kiedy widzisz kojota, który wypadł z urwiska, jeszcze biegnie, przebiera nogami w powietrzu, ale zaraz spojrzy w dół i spadnie.

Mówisz o jakich danych?

Na przykład kurczenie się siły roboczej - to przyspiesza. W 2018 roku Chiny pierwszy raz odnotowały spadek siły roboczej o 0,15 procenta. Niby nic. W 2019 roku już o 0,25 procenta. W 2020 roku o 1,62 procenta. Procesy, które dziś wydają się powolne, za chwilę eksplodują. W 2050 roku przeciętny Chińczyk będzie starszy od Włocha. Prognozy mówią, że jeżeli USA nadal będą krajem imigracji, a sami Amerykanie nadal będą zapewniali przyzwoitą dzietność, to populacja USA w 2050 roku przekroczy 400 mln, a do końca stulecia może dobić do 500 mln. Populacja Chin w najlepszym razie skurczy się do miliarda, a według niektórych prognoz spadnie do 700 mln. Na koniec wieku przeciętny Chińczyk będzie starszy od przeciętnego Amerykanina o 20 lat, całkowicie zmieni się też proporcja: teraz Amerykanów jest trzysta milionów z hakiem, a Chińczyków miliard czterysta milionów, pod koniec wieku to może być 500 mln do 800 mln. Kompletnie inna rzeczywistość.

Czyli Amerykę uratują imigranci?

Jeżeli ich wpuszczą.

gazeta.pl

Ważniejszym czynnikiem czysto ludzkim było to, że partia rządząca w Chinach realizowała od marca 2021 kampanię przeciwko korupcji w północnych prowincjach (są one głównym zapleczem energetycznym Chin). W wyniku m.in. tych działań spadła w roku 2021 produkcja węgla o ok 30 mln ton i spadł także import węgla z Mongolii o ok 12 mln ton. Zapasy w elektrowniach chińskich były niskie już po poprzedniej zimie ale zmniejszyły się i do września 2021 już ich nie ma – w skali całego miliardowego kraju nie zadbano o odpowiedni poziom zapasów węgla.

Nie ma w pełni informacji z Chin dlaczego doszło do tej sytuacji – być może lokalne elity fałszowały dokumenty i kradły część przychodów a może także nie prowadziły dostatecznych inwestycji w kopalniach.  Nie wiadomo co było pierwotną przyczyną, ale pośrednie dane są zatrważające, np. od kwietnia 2021 spadł do zera transport węgla z północnych Chin do południowych.

Opisany powyżej czynniki nie byłyby tak groźne gdyby nie pogoda. Jesienne powodzie w Chinach zmniejszyły produkcję węgla w drugiej połowie roku 2021. 60 kopalń odkrywkowych zostało zalanych wodą na początku października i z tego powodu nie mogą produkować. Sytuacja polityczno-społeczna w Chinach robi się groźna, wiele rejonów kraju już teraz w październiku miało wyłączenia prądu na część dnia.  Wyłączano głównie zakłady przemysłowe, bo kierownictwo partii boi się na razie wyłączać energię elektryczną dla mieszkańców. Ze względu na fakt, że jedynym dodatkowym źródłem energii jest w Chinach gaz, kraj ten zaczął dokupować znaczące ilości LNG ostro zwiększając ceny na rynkach.

W końcu października, co powiększyło panikę, opublikowano prognozy na zimę w Azji, które wskazują na niezwykle silną zimę spowodowaną prądem El Nino. Rząd chiński na początku listopada ogłosił, iż ludność powinna gromadzić zapasy niezbędnych rzeczy i żywności. Zatem sytuacja jest tak zła, że nawet rząd to przyznaje.

Od początku 2021 praktycznie zamarł import do Chin węgla z Australii. Politycy chińscy chcieli ukarać  w ten sposób Australię za jej politykę w sprawie COVID-19. Pośrednio chodziło też o system „premiowania” importerów australijskiego węgla jaki stosowała od lat Australia (przyznawanie obywatelstwa, gratyfikacje itp.). Wskutek chińskich sankcji kopalnie australijskie okresowo musiały zmniejszyć produkcję czego teraz nie mogą odrobić - nie mają miejsca i urządzeń na składowanie węgla ani u siebie (w porcie) ani u odbiorców. Kopalnie i porty są zbudowane w Australii wyłącznie pod określony poziom produkcji tzn. nie mają „nadwyżki zdolności” do magazynowania, dodatkowego wydobycia czy dodatkowego (awaryjnego) zwiększenia wywozu do portu. Kolej australijska nie ma "zapasowych" zdolności do przewozu a w portach nie ma infrastruktury do magazynowania węgla, jest tylko do jego załadunku wprost z wagonów na statki (bo nikt nie zapłacił za zbudowanie takich rezerwowych miejsc składowania).

Rządzący Chinami a także chińskie lobby węglowe blokowało od lat sfinansowanie budowy linii kolejowej z Mongolii do centralnych Chin. Dałoby to możliwość dowiezienia nawet 30 mln ton transportem kolejowym ze złóż węgla w zachodniej części Mongolii. Byłaby to awaryjna droga dostaw właśnie w takich krytycznych sytuacjach. Jednakże byłaby to konkurencja dla kopalń chińskich, które mają coraz gorszy jakościowo węgiel oraz byłaby to konkurencja dla australijskich dostaw preferowanych przez zarządzających energetyką, zadowolonych z układów z Australijczykami. A rząd chiński nie zadbał o  rezerwowe zdolności dostawy węgla na czas nietypowych warunków pogodowych.

Z kolei po stronie rosyjskiej oligarchowie (powiązani z władzą) wykupili całość zdolności przewozowej na kolei transsyberyjskiej za stosunkowo niskie opłaty i to na wiele lat. Wskutek tego od lat Koleje Rosyjskie nie miały środków na rozbudowę tej linii o dwa nowe tory. W centralnej Syberii są złoża węgla, z których nie można wywieźć produkcji. Zatem nie da się awaryjnie przewieźć dodatkowego węgla do Władywostoku aby trochę poprawić sytuację po stronie chińskiej (wymagałoby to zresztą statków bo nie ma połączenia kolejowego dalej po stronie chińskiej).

Wojna w północnym Mozambiku zmniejszyła technicznie możliwość eksportu węgla z tego kraju co też wpłynęło na rynek. A ponadto są zagrożone inwestycje w terminale LNG do eksportu – na razie wstrzymano te inwestycje w oczekiwaniu aż opłaceni najemnicy uporają się z rebeliantami. Dodatkowo RPA także ma swoje problemy z kopalniami węgla i energetyką i to także wpłynęło na rynek w 2021. Dodatkowo właśnie w Indiach kończą się duże inwestycje  w nowe bloki węglowe a  zasoby węgla w Indiach są słabe i co do jakości i co do ilości. Zatem Indie zwiększają import węgla aby stworzyć zapasy przy każdej nowej elektrowni.

wysokienapiecie.pl

W przypadku organizmu leninowskiego, jakim jest ChRL, powinno się mówić raczej o percepcji świata przez partię komunistyczną niż o perspektywie państwa jako takiego. To interesy i bezpieczeństwo KPCh, a właściwie jej elit, definiują politykę zagraniczną Pekinu. Jeżeli we współczesnych Chinach dyskutuje się o stosunkach międzynarodowych, to w rzeczywistości – pomimo stosowania terminologii i ram znanych zewnętrznemu obserwatorowi (...) – debata dotyczy tego, jak twór niepaństwowy, jakim jest partia komunistyczna, może funkcjonować w otoczeniu zdominowanym przez państwa. Sama KPCh uważa siebie i ChRL za aktora jakościowo odmiennego od pozostałych podmiotów międzynarodowych i nieprzystającego do nich. Sytuacja ta rodzi poczucie zagrożenia i braku akceptacji oraz sprawia, że partia jest niezdolna do znalezienia dla siebie odpowiadającego jej aspiracjom i wymogom bezpieczeństwa miejsca w istniejącym porządku światowym, chociaż ChRL jest jego beneficjentem. Taka perspektywa określa także podstawowy cel polityki zagranicznej – przetrwanie i umocnienie reżimu. Interes KPCh wyznacza dążenia polityki zagranicznej państwa, a marksizm i typowy dla ruchów narodowowyzwoleńczych antyzachodni nacjonalizm zapewniają jej siatkę pojęciową w zakresie relacji międzynarodowych.

Na początku drugiej dekady XXI wieku w KPCh wygasły spory ideologiczne, łącznie z dyskursem dotyczącym relacji między państwami. Wydaje się, że ostateczną przewagę zdobyli „realiści”, którzy połączyli marksistowską teorię stosunków międzynarodowych z Hobbesowskim egoizmem państwowym. Z marksizmu zaczerpnęli oni przekonanie o doniosłej roli, jaką odgrywa w nich czynnik materialny, gospodarczy. Jeśli, jak głosi ta doktryna, relacje między państwami determinuje interes ekonomiczny, a nie abstrakcyjne idee prawa, to konfliktu komunistycznych Chin ze światem kapitalistycznym nie da się uniknąć. Przekonanie to wzmacnia rosnąca konkurencja z państwami rozwiniętymi o globalne rynki zaawansowanych produktów przemysłowych, a także o zasoby globalnego Południa. Z realizmu liderzy partyjni zaczerpnęli stanowisko, że nawet w przyjaznych, pokojowych relacjach dominacja strony silniejszej jest naturalna i „zgodna z porządkiem rzeczy”. KPCh co prawda postrzega się jako organizacja rewolucyjna, ale nie oznacza to już dążenia do światowej rewolucji, lecz implikuje rewizjonistyczny charakter polityki zagranicznej ChRL i jej aspiracje do przewodzenia państwom rozwijającym się.

Pod rządami sekretarza generalnego Xi Jinpinga (pełni tę funkcję od 2012 r.) w KPCh dojrzała wizja pożądanego przez Pekin porządku światowego, którą można zrekonstruować na podstawie rozproszonych fragmentów przemówień ścisłego kierownictwa do aktywu partyjnego. Punkt wyjściowy stworzonej przezeń analizy stanowi przekonanie o niekompatybilności ChRL i jej systemu politycznego z istniejącym porządkiem międzynarodowym. Partyjni ideolodzy i decydenci są przekonani, że ustanowiony po II wojnie światowej układ uprzywilejowuje państwa zachodnie z USA na czele, a klęska ZSRR w zimnej wojnie tylko utrwaliła niekorzystną dla globalnego Południa – za którego lidera i rzecznika uważa się KPCh – sytuację poprzez promocję modelu demokracji liberalnej, który ma utrzymywać państwa rozwijające się w zależności polityczno-ekonomicznej od Zachodu. Ich zdaniem Chiny nie zostaną uznane za równoprawne mocarstwo ze względu na leninowski charakter rządów i emancypacyjny program polityczno-gospodarczy. Z punktu widzenia ugrupowania demokratyzacja lub nawet częściowa liberalizacja reżimu nie tylko oznaczałaby utratę pozycji przez rządzące elity, lecz także zachwiałaby projektem chińskiej modernizacji i emancypacji, którego jedynym gwarantem powodzenia mają być komuniści.

Brak rzeczywistego uznania i akceptacji przez Zachód wagi oraz aspiracji ChRL przy równoczesnej – jak to widzi Pekin – presji społeczno-kulturowej i ideologicznej sprawia, że według partyjnych decydentów Chiny jako outsider mają ograniczoną zdolność do zmiany porządku globalnego w ramach istniejących zasad. Utrwala to ich konfrontacyjny charakter relacji z Zachodem i w ostatnich latach zaowocowało m.in. agresywną dyplomacją. W przeciwieństwie do okresu czterech dekad po otwarciu na świat na początku lat osiemdziesiątych XX wieku, obecnie Pekin nie widzi korzyści w dalszym rozwijaniu liberalnych instytucji międzynarodowych, traktując je coraz częściej jako ograniczenia narzucane przez Zachód. Elita KPCh rozwiązania upatruje w stworzeniu zdominowanego przez Chiny podsystemu światowego, na który składałby się też szereg państw Trzeciego Świata, które przyjęły lub przyjęłyby w przyszłości autorytarny model polityczny, głęboko powiązany gospodarczo z ChRL i wrogo nastawiony do Zachodu. W ten sposób wokół Chin powstałaby strefa buforowa, a zarazem blok państw pod ich przewodnictwem promujących alternatywny względem europejskiego i amerykańskiego model rozwoju.

Klucz do realizacji tej wizji to zdobycie niezależności technologicznej, osiągnięcie przewagi militarnej w Azji Wschodniej i wypchnięcie USA z regionu Indo-Pacyfiku, a także zmiana modelu rozwoju gospodarczego Chin. Stymulowana przez państwo konsumpcja wewnętrzna ma pozwolić na stworzenie autonomicznego wobec zewnętrznego świata motoru wzrostu. Kolejnym priorytetem jest suwerenność w dziedzinie high-tech. ChRL dąży również do budowy niezależnych od Zachodu struktur gospodarczych pozwalających na ścisłe powiązanie ekonomiczne i technologiczne z państwami rozwijającymi się, w tym z najbliższymi partnerami o ustroju autorytarnym. Odbywa się to m.in. poprzez regulowanie dostępu do rynku chińskiego, rozbudowę infrastruktury zorientowanej na ChRL czy dążenie do dominującej pozycji juana w rozliczeniach handlowych. Jednym z najważniejszych instrumentów w realizacji tej wizji jest także Inicjatywa Pasa i Szlaku, skierowana przede wszystkim do państw globalnego Południa.

Raport OSW - Oś Pekin-Moskwa