niedziela, 24 lipca 2022


21 lipca Gazprom w ograniczonym stopniu przywrócił dostawy gazu do odbiorców europejskich gazociągiem Nord Stream 1 (NS1). W pierwszej dobie po zakończeniu trwającej od 11 lipca planowej przerwy remontowej przesył wyniósł ok. 64 mln m3 (wobec 170 mln m3 zdolności przesyłowych i ok. 166 mln m3 średniego normalnego przesyłu przed jego ograniczeniem w czerwcu br.).

18 lipca agencja Reuters poinformowała, że niemieckie Uniper i RWE otrzymały od Gazpromu list zapowiadający (z datą wsteczną, od 14 czerwca) brak możliwości realizacji zobowiązań kontraktowych w zakresie dostaw gazu i odwołujący się do klauzuli siły wyższej (okoliczności niezależne od dostawcy). W opublikowanym 20 lipca komunikacie rosyjski koncern po raz kolejny zażądał od niemieckiej spółki Siemens dokumentów gwarantujących – teraz i w przyszłości – zwrot remontowanych w Kanadzie turbin (podobny komunikat Gazprom wydał 15 lipca). 21 lipca agencja Reuters podała, że przekazanie pierwszej turbiny z Niemiec do Rosji opóźnia się ze względu na brak zgody Moskwy na jej przyjęcie.

19 lipca przebywający z wizytą w Teheranie prezydent Władimir Putin obszerniej wypowiedział się na temat relacji energetycznych Rosji z Europą. Oskarżył on państwa członkowskie UE o nieodpowiedzialną politykę przynoszącą szkody samym Europejczykom. Wskazał przy tym zwłaszcza na blokowanie inwestycji w energetykę węglowodorową (przy stawianiu na odnawialne źródła energii), zachodnie sankcje przeciwko Rosji i próby ograniczania importu jej surowców energetycznych, co przyczynia się do znaczącego wzrostu cen ropy i gazu. W szczególności o hamowanie dostaw gazu oskarżył władze w Kijowie (które nie chcą przyjmować surowca w punkcie odbioru kontrolowanym przez siły tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej). Z kolei Warszawę obwinił o to, że sankcjami przeciwko Gazpromowi polegającymi na konfiskacie udziałów w polskim odcinku gazociągu jamalskiego doprowadziła do zablokowania przesyłu gazu tym szlakiem. Podkreślił przy tym, że Polska nadal otrzymuje rosyjski gaz dostawami rewersowymi z Niemiec – 32 mln m3 na dobę. Stwierdził też m.in., że Gazprom nie otrzymał dotąd „dokumentów prawnych i dokumentacji technicznej” zatrzymanej w Kanadzie turbiny, która ma być zwrócona. Okoliczności te powodują, że przepływ gazu przez NS1 po przerwie technicznej (do 21 lipca) może wynieść zaledwie 30 mln m3 na dobę. Jeśli natomiast turbina zostanie oddana, wzrośnie do 60 mln m3 na dobę. Wynikać ma to z tego, że 26 lipca zacznie się planowy okres wyłączenia remontowego kolejnej turbiny w stacji kompresorowej Portowaja k. Wyborga. Putin ujawnił jednocześnie, że „półtora lub dwa miesiące wcześniej” w rozmowie z kanclerzem Niemiec Olafem Scholzem ostrzegł, że w związku z niejasnym statusem gotowego do przesyłu surowca gazociągu Nord Stream 2 (NS2) Rosja będzie zmuszona przekierować połowę dostarczanego przez NS1 gazu na swoje potrzeby wewnętrzne. Z kolei 20 lipca prezydent FR stwierdził, że (wcześniejsze) zablokowanie przez Kanadę zwrotu turbiny Siemensa dla Gazpromu było podyktowane chęcią wejścia tego państwa na rynek ropy i gazu w Europie.

20 lipca Rosstat podał, że w I kwartale 2022 r. udział sektora ropy i gazu w PKB Rosji wyniósł 21,7% (wobec 17,4% w 2021 r., 13,9% w 2020 r. i 18,8% w 2019 r.).

20 lipca przedstawiciel handlowy FR w Finlandii w wywiadzie dla rosyjskiej agencji RIA Nowosti określił decyzję fińskiego holdingu Fennovoima (podjętą po rosyjskiej inwazji na Ukrainę) o zerwaniu kontraktu z Rosatomem na budowę elektrowni jądrowej Hanhikivi-1 jako skandaliczną i zapowiedział, że sprawa znajdzie finał w sądzie arbitrażowym, gdzie strona rosyjska będzie się domagać odszkodowania. Podkreślił przy tym, że dotychczasowe koszty przedsięwzięcia wyniosły 1,7 mld euro.

19 lipca rosyjski Gazprom i Narodowa Irańska Spółka Naftowa (NIOC) podpisały w Teheranie memorandum o „strategicznej współpracy”, przewidujące wykonanie analizy dotyczącej możliwości współdziałania w zakresie eksploatacji złóż gazowych, naftowo-gazowych i naftowych w Iranie (w tym na wyspie Kisz, złożach Północny Pars i Południowy Pars oraz sześciu innych), transakcji wymiany gazu i produktów naftowych, realizacji projektów LNG, budowy gazociągów oraz kooperacji naukowej i technologicznej. Według mediów irańskich łączna wartość projektów może sięgnąć 40 mld dolarów.

19 lipca rosyjski dziennik „Wiedomosti” podał, że Ministerstwo Finansów FR zaproponowało wprowadzenie znowelizowanej reguły budżetowej ustanawiającej referencyjną cenę baryłki ropy naftowej w wysokości 60 dolarów, przy utrzymaniu wydobycia na poziomie 9,5 mln baryłek dziennie. Jednym z celów ma być doprowadzenie do dewaluacji rosyjskiej waluty do kursu 70 rubli za dolara (obecnie wynosi on ok. 55 rubli), co pozwoliłoby ustabilizować budżet federalny. Dochody powyżej ceny referencyjnej miałyby być inwestowane w papiery wartościowe „przyjaznych państw” oraz w rozwój sektorów wysokotechnologicznych w Rosji. Zaplanowana w budżecie na 2022 r. cena referencyjna (powyżej której dochody miały być gromadzone w funduszach rezerwowych) wynosiła 44,2 dolara za baryłkę, ale po inwazji na Ukrainę zasadę tę zniesiono.

18 lipca dyrektor wykonawczy Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE) Fatih Birol opublikował analizę, w której napisał m.in., że w ciągu pięciu miesięcy od rozpoczęcia inwazji na Ukrainę (marzec–lipiec) dochody Rosji z eksportu ropy i gazu ziemnego wzrosły dwukrotnie względem średniej z ostatnich lat i sięgnęły 95 mld dolarów. Stanowi to równowartość trzykrotnych dochodów ze sprzedaży rosyjskiego gazu za granicę w przeciętnym zimowym sezonie grzewczym. W związku z powyższym zdaniem Birola należy poważnie liczyć się z tym, że Rosja zrezygnuje z dodatkowych zysków z handlu gazem ziemnym z Europą i utrzyma jego eksport na znacznie obniżonym poziomie albo – wraz z rozpoczęciem sezonu grzewczego jesienią 2022 r. – całkowicie go wstrzyma. Co więcej, w opublikowanej analizie wskazano, że nawet uzupełnienie europejskich magazynów do poziomu 90% nie zagwarantuje pełnego bezpieczeństwa podaży surowca do końca sezonu (tj. do kwietnia 2023 r.). W związku z tym Birol postuluje wprowadzenie przez UE pięciopunktowego planu ograniczania konsumpcji gazu i energii elektrycznej.

18 lipca rosyjski dziennik „Kommiersant”, opierając się na danych Eurostatu i informacjach brytyjskiego dziennika „Financial Times”, podał, że sprzedaż rosyjskiego węgla do państw UE w maju br. wzrosła o 80% względem kwietnia br. (w kwietniu zakupiono 2,6 mln ton za 700 mln euro, a w maju – 4,7 mln ton za 1,1 mld euro). Najwięcej surowca zaimportowała Holandia (w grę wchodzi także reeksport) – 2,2 mln ton, a największy spadek zakupów (o 95%) odnotowano w Polsce. Z kolei według wstępnych danych import rosyjskiego węgla przez UE w czerwcu br. zmniejszył się do 1,7 mln ton. W 2021 r. z Rosji pochodziło 65% surowca sprowadzanego przez wspólnotę. Obecnie ma on być częściowo zastępowany produktem z Kolumbii, USA i RPA. W związku z tym Moskwa usiłuje przekierowywać eksport węgla do państw Azji, gdzie jego zakup zmniejszają Japonia i Korea Płd., a zwiększają – Chiny i Indie. W maju br. ChRL zaimportowała z Rosji 4,5 mln ton, a w czerwcu – 4,7 mln ton (rok wcześniej odpowiednio: 4 mln ton i 5,2 mln ton). Z kolei Indie kupiły od Rosji w maju br. 0,8 mln ton, a w czerwcu – 1,1 mln ton. W I półroczu br. Rosja wyeksportowała ogółem 108,7 mln ton węgla (tj. o 4% więcej niż w analogicznym okresie ub.r.).

Komentarz

Wypowiedzi Putina na temat problemów w relacjach energetycznych Rosji z Europą jasno potwierdzają, że Moskwa nie tylko nie zrezygnuje z szantażu energetycznego wobec odbiorców europejskich, lecz będzie wręcz eskalować swoje żądania. Świadczy o tym zapowiedź utrzymania niskiego poziomu dostaw gazu przez NS1 po przerwie technicznej mimo spodziewanego zwrotu turbiny Siemensa, której wcześniejsze zatrzymanie w Kanadzie było formalnym pretekstem do ograniczenia przesyłu. Zarazem ujawnienie przez Putina, że ostrzegał kanclerza Scholza przed zmniejszeniem dostaw, wskazując na niejasny status gazociągu NS2, oznacza, że Kreml – widząc ustępstwa po stronie zachodniej – postanowił wykorzystać zaistniały stan rzeczy do eskalacji żądań i próby wymuszenia uruchomienia NS2.

Słowa Putina mają przy tym doraźnie na celu wywołanie w Niemczech kontrowersji na tle obarczenia rządu Scholza odpowiedzialnością za narastające problemy energetyczne (w tym spowodowane sprzedażą gazu do Polski w sytuacji jego prognozowanego deficytu). Rosja z uwagą śledzi bowiem coraz bardziej burzliwą dyskusję w UE (zwłaszcza w RFN) na temat sposobów zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego i coraz bardziej alarmistyczne prognozy zwiastujące kryzys energetyczny i gospodarczy w Europie w trakcie nadchodzącego sezonu grzewczego. Korzystając z ponadprzeciętnie rosnących – dzięki wysokim cenom energii – dochodów, tworzących finansową poduszkę bezpieczeństwa, Kreml jest gotów znacznie ograniczać dostawy gazu na kluczowy rynek unijny mimo poważnych negatywnych konsekwencji dla Gazpromu (czerpiącego z tego rynku trzy czwarte zysków; w 2021 r. sprzedał do UE 155 mld m3 gazu).

Rosja nie ma technicznej możliwości przekierowania rurociągowego eksportu gazu z Europy na rynki azjatyckie. Powoli rosnące dostawy do Chin gazociągiem Siła Syberii (w 2020 r. – 4,1 mld m3, w 2021 r. – 10,4 mld m3, w 2022 r. przesył może sięgnąć 16 mld m3) pochodzą ze złóż wschodniosyberyjskich, a rurociąg ten nie ma połączenia ze złożami zachodniosyberyjskimi stanowiącymi główną bazę surowcową dla eksportu na Stary Kontynent. Budowa gazociągu Siła Syberii 2 (mającego dotrzeć do tych złóż, o docelowej przepustowości do 50 mld m3 rocznie) przez Mongolię wedle optymistycznych prognoz premiera tego kraju Oyun-Erdene Luvsannamsrai rozpocznie się w 2024 r., a zakończy w roku 2030.

Według danych Gazpromu spadek wydobycia gazu w I półroczu br. (o 22,4 mld m3, tj. o 8,6% względem I półrocza 2021 r.) był mniejszy niż redukcja jego eksportu do tzw. dalekiej zagranicy (o 31 mld m3, tj. o 31%). Rosja ma ograniczone zdolności przechowywania tego surowca (na jej terytorium znajduje się 27 podziemnych magazynów gazu o łącznej aktywnej pojemności ponad 73 mld m3, wykorzystywane są one w przeważającej mierze na potrzeby rynku wewnętrznego), a jego krajowa konsumpcja będzie spadać z powodu kryzysu gospodarczego wywołanego zachodnimi sankcjami. Jeśli więc Gazprom nie zwiększy w kolejnych miesiącach dostaw na rynki europejskie, będzie najprawdopodobniej zmuszony do spalania części produkowanego gazu. Jak się wydaje, Kreml, który w relacjach z Europą i Zachodem gra va banque, jest do tego gotowy i liczy, że grożąc kryzysem gazowym, jesienią lub zimą zdoła wymusić na czołowych państwach UE ustępstwa polityczne i gospodarcze. Moskwie chodzi zwłaszcza o ograniczenie wsparcia wojskowego dla Ukrainy i narzucenie Kijowowi zawieszenia broni na rosyjskich warunkach, jak również o zniesienie przynajmniej części zachodnich sankcji, a optymalnie – ułożenie relacji energetycznych z Europą na zasadach podyktowanych przez Kreml. Niezależnie od tego w interesie Moskwy leży destabilizacja sytuacji wewnętrznej w kluczowych państwach Zachodu, które uważa ona za przeciwników w toczonej z nim wojnie.

osw.waw.pl

sobota, 23 lipca 2022


W ciągu jednego tygodnia orbanowskie władze zdążyły wysłać wiceszefa swojej dyplomacji do Ukrainy, gdzie rzeczony obiecał dopuścić transport broni przez terytorium Węgier. Zaraz potem rzecznik węgierskiego MSZ Mate Paczolay zdementował przytaczane przez media słowa wiceministra. Mówił, że od początku wojny w Ukrainie sprawa jest jasna: żadnej broni przez terytorium Węgier, bo to sprawi, że ucierpieć może żyjąca w Ukrainie mniejszość węgierska.

– Nie bardzo wiem, co mam o tym myśleć – mówi mi Laszlo Andras Sallai z tygodnika "Magyar Narancs". – Mamy na Węgrzech takie powiedzenie, że nie wie jedna ręka, co robi druga. Możliwe, że po prostu rzecznika nie poinformowano, że sytuacja się zmieniła – dodaje.

Janos Szeky, znany węgierski publicysta, dodaje z kolei, że z zaskakującą misją do Ukrainy udał się nawet głównodowodzący węgierskiej armii Romulusz Ruszin-Szendi. – Są znaki, że rząd Orbana w końcu zrozumiał, że Zachód nie zapomni im tego zakazu transportu broni – ocenia Szeky.

Dzień później, już sam minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto poleciał do Moskwy negocjować dostarczenie na Węgry większej ilości gazu. — Rosja "rozważy" prośbę Węgier o więcej gazu, bo chce rozwijać "strategiczne" więzi — poinformował MSZ Rosji po spotkaniu szefów resortów.

– Sam nie wiem, o co tu może chodzić – bezradnie rozkładał ręce Janos Szeky. – I nie bardzo wiadomo, co ten Szijjarto chce konkretnie negocjować, bo dostawy energii na Węgry nie są zakłócone, tylko że jakoś od roku gaz jest o wiele droższy niż dawniej. Są w każdym razie w panice, bo sztucznie zamrożone ceny energii zostaną we wrześniu radykalnie podniesione, a przecież niskie koszty to była do tej pory naczelna broń propagandowa władzy. Krótko mówiąc: mamy zamieszanie – podsumowuje.

No tak. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Orbanowskie Węgry – do tej pory stojące twardo niczym skała gibraltarska populizmu nad tradycyjnie skonfundowaną i niedogadaną europejską liberalną demokracją – zaczynają trzeszczeć.

Utrata wszystkich już właściwie sojuszników w Unii Europejskiej i NATO musi faktycznie boleć. Boli szczególnie popsucie relacji z pisowską Polską, z którą do tej pory – jak dwaj kowboje w salonie, walczący plecy w plecy z całą resztą stałych bywalców – wspierali się wzajemnie na unijnym forum.

(...)

Dodatkowo Unia Europejska jest już zmęczona wiecznymi unikami rządu Orbana w sprawie praworządności (system sądowniczy jest na Węgrzech o wiele bardziej politycznie sterowany niż np. w Polsce) czy korupcji (klan polityczno-ekonomiczny Orbana siedzi okrakiem na rządowych i unijnych pieniądzach i decyduje, kto będzie za nie realizował publiczne projekty, co nieustannie i aż do znudzenia wypominają premierowi te nieliczne węgierskie media, które nie zostały mu jeszcze shołdowane). Bruksela zapowiada zakręcenie kurka z pieniędzmi (już teraz fundusze unijne są obcinane), jeśli sprawy związane z praworządnością i politycznym dysponowaniem publicznymi środkami nie zostaną rozwiązane.

Sęk w tym, że i jedno i drugie stanowi oś fideszowskiego "nieliberalnego" systemu. Dzięki pieniądzom z UE system działa. Dzięki temu, że UE nie ma kontroli nad wydawaniem tych pieniędzy – system może trwać.

Dlatego Węgry stają się nerwowe. I grają coraz bardziej nerwowo. Dość zabawne stałe elementy węgierskiej gry, jak na przykład kampania plakatowa demonizująca w diabolicznym stylu George’a Sorosa jako zła stojącego za wszelkim rozpełzającym się po ziemi lewactwem, nikogo już nie zaskakują.

onet.pl

Grzegorz Sroczyński: Będzie dobrze czy źle?

Michał Bogusz: Będzie inaczej. Siedzę właśnie nad demografią chińską, bo wreszcie ogłosili wyniki spisu powszechnego. Nie wszystkie liczby są w pełni wiarygodne, dosypali tu czy tam, żeby lepiej wypaść, ale widać jedno: oni też zaczęli się starzeć. Tak jak Zachód i większość krajów rozwiniętych. Następuje zmiana grupy wiekowej, która będzie dominować i nadawać ton całemu światu.

Starzy?

Bardziej średniacy. Pięćdziesięciolatkowie.

Na początku XX wieku - z powodu poprawy warunków życia, wzrostu dzietności i przeżywalności przy porodzie - pojawiło się zjawisko o nazwie „młodzież". Wkroczyli na arenę dziejów jako siła pokoleniowa i przez cały ubiegły wiek dawali impet głównym wydarzeniom. Pierwszej wojny światowej by nie było, gdyby nie nacjonalistycznie nastawiona młodzież w kilku krajach, zdolna narzucić - z powodu liczebności - swój punkt widzenia społeczeństwom. Druga wojna to samo. To nie przypadek, że wybuchła 20 lat po zakończeniu pierwszej, to jest akurat czas potrzebny na odbudowanie populacji, kiedy kolejna grupa wchodzi w dorosłe życie. Podobnie rewolucja kulturowa 1968 roku, minęły 23 lata od wojny i kolejna fala wyżu pokoleniowego postanowiła postawić na swoim.

I co z tego wynika?

W XXI wieku tak już nie będzie. Odwrócenie piramidy demograficznej na świecie - nie tylko w Chinach, ale w większości krajów - spowoduje, że dominujące będzie pokolenie czterdzieści-pięćdziesiąt plus. Średnia wieku we Włoszech już teraz wynosi 45 lat. I moim zdaniem to jedno z ciekawszych zjawisk długofalowych: polityka, gospodarka i popkultura zostaną zdominowane przez ludzi w średnim wieku, którzy się starzeją. Tacy ludzie oczekują kompletnie innych rzeczy od życia, również od państwa. Dzięki rosnącej przewadze liczebnej będą zdolni te rzeczy wymusić.

Co wymuszą?

Młodość zaczyna tracić na znaczeniu, również jako siła nabywcza. Zobacz, jakie widać zmiany w reklamach, coraz częściej pojawiają się starsze modelki i modele. Jeszcze niedawno musiały to być same młode dziewczyny. Oglądając dane z chińskiego spisu powszechnego zacząłem sobie uświadamiać, że odwrócenie ról między młodym a średnim pokoleniem będzie przyspieszać. Piramida demograficzna wróci do normy w skali świata dopiero około 2130 roku. Mamy przed sobą sto lat rządów mentalnych emerytów.

Ale co z tego wynika poza dojrzałymi modelkami na plakatach?

Gdybyś chciał wytłumaczyć, dlaczego niemiecka polityka jest jaka jest - ugodowa w stosunku do Chin i do Rosji - to możesz spojrzeć na przeciętnego Niemca jako bezdzietnego 50-latka, który w pewnym sensie nie ma przyszłości, widzi przed sobą 20-30 lat, które chce w spokoju przeżyć. Ma jakieś rodzinne precjoza, które planuje zastawić u Chińczyków, a za tę kasę opłacić się rosyjskiemu gangsterowi, żeby mieć święty spokój. To pewnie zbyt prostackie przedstawienie bardziej złożonego obrazu, ale można na przyszłość świata w ten sposób spojrzeć.

"Żadnych zmian, panowie" - to będzie taki świat?

Tak. Spójrz na niemiecką politykę w Europie: status quo za wszelką cenę. Nawet jeśli wszyscy świetnie wiedzą, że status quo jest nie do utrzymania. Ono zresztą nigdy nie jest do utrzymania, to jakaś konserwatywna mrzonka, bo jeśli cokolwiek w świecie można uznać za pewnik, to że wszystko podlega zmianom. Tyle że ludzie w średnim wieku żyjący na pewnym poziomie dobrobytu łatwo popadają w ułudę, a przynajmniej chcą odłożyć zmiany w czasie, a nuż uda mi się wcześniej umrzeć. Fatalnie, że taka zmiana demograficzna dotyka świat akurat teraz.

Dlaczego?

Bo właśnie teraz potrzebujemy gigantycznych zmian, żeby sobie poradzić z katastrofą klimatyczną czy eksplozją nierówności. I przewaga liczebna średniego pokolenia to będzie główny spowalniacz. Wrócę do przykładu niemieckiego pięćdziesięciolatka - nawet jeśli on ma dzieci, to już nie ma wnuków. Na poziomie biologicznym jest osobą bez przyszłości, nie będzie skłonny do ustępstw, do poświęceń tu i teraz w imię przyszłych pokoleń, ludzkości, planety. To bardzo niebezpieczne. Zabrzmi to brutalnie, ale mamy przed sobą sto lat rządów egoistycznych staruchów. Nie wiem, w jakim stanie ludzkość przetrwa tę walkę średniego pokolenia o utrzymanie status quo. 

Na razie nic nie wskazuje, żeby groziło nam status quo. Raczej przeciwnie, przecież wszędzie mamy zjawiska w rodzaju Trumpa, wszędzie rosną populiści, którzy rozwalają status quo w polityce.

To pozory. Populiści tak naprawdę są świetnym przykładem, że mentalni emeryci zaczynają dominować. Co obiecywał Trump? Że trzeba dużo zmienić, żeby nic się nie zmieniło - jak w "Lamparcie" Giuseppe di Lampedusy. Wrócimy do wspaniałych lat 70., kiedy mieliście pracę w fabrykach i kopalniach, której Chińczycy wam nie zabierali, był węgiel, tanie paliwo, można było sobie jeździć chryslerem i palić 17 litrów na sto. Świat bez globalnego ocieplenia. I populiści dokładnie to mówią: nie musicie się zmieniać, możecie być egoistami, nie trzeba nic robić dla przyszłości. To jest oferta idealnie skrojona pod pokolenie 50-latków.

Jak sprawdzisz piramidę demograficzną w większości państw rozwiniętych, to ona dawno nie jest już piramidą, tylko słupem, który ma wybrzuszenie w środku. I to „wybrzuszenie" nie musi słuchać młodszego pokolenia.

Przecież na całym świecie mamy rosnącą świadomość zmiany klimatycznej, a narracja, że to jest wielki problem i trzeba szybko działać - wygrywa. Zieloną transformację zapowiada Europa, USA, Chiny.

Ale tylko w tym wymiarze, w którym jest to dobry biznes. Stany Zjednoczone nawet za Trumpa zredukowały emisje gazów cieplarnianych, ale to nie było spowodowane chęcią walki o przyszłość planety, tylko chęcią zarobku. Teraz jest tak samo. Te wszystkie zielone inwestycje to jest dobry interes, stawianie kolejnych wiatraków się opłaca i można na tym zarobić.

I to źle?

Nie o to chodzi. Żeby się uporać z kryzysem klimatycznym, trzeba będzie sporo poświęcić. Zrobić coś nie tylko z podażą, czyli sposobem, w jaki produkujemy energię, ale też z popytem, czyli z naszą nadmierną konsumpcją w krajach rozwiniętych. Owszem, pojawiła się mocna wola polityczna, żeby w inny sposób generować energię, ale nie ma zmian po stronie popytowej. A jeśli jakieś są, tylko tylko te nieuciążliwe: usprawnienia, docieplanie domów i tak dalej - czyli rzeczy, na których też można zarobić. Ale od zmiany mojego stylu życia - wara!

Bo styl życia to dla pięćdziesięciolatków świętość?

To jest czerwona linia, w pewnym wieku chcesz mieć wygodnie i już. Dlatego uważam, że zmiana demograficzna będzie utrudniać reakcję świata na zmiany klimatyczne.

Co do tego mają Chiny?

Już mówiłem: pokazali wyniki najnowszego spisu powszechnego i widać, że zmiana demograficzna będzie u nich jeszcze bardziej dynamiczna. Czy już zaczęli się starzeć, czy zaczną  dopiero za dwa lata - bo trochę podretuszowali liczby - to nie ma znaczenia, wyniki są zgodne z trendami. Sprężyna dzietności została u nich nakręcona w czasach maoistowskich, potem w latach 80. wystrzeliła w sposób niekontrolowany, w 1989 roku po masakrze na placu Tiananmen i nałożeniu gorsetu politycznego bunt tego pokolenia został skanalizowany w rozwoju gospodarczym. Można się spierać, czy w niektórych latach rzeczywiście mieli 14 procent wzrostu PKB, a nie na przykład 10 procent, ale jakie to ma znaczenie? Działała potężna energia młodego pokolenia, która zmieniła Chiny i zmieniła układ na świecie. Ta energia teraz się wyczerpała. Ich najnowszy spis powszechny jest jak scena z kreskówki, kiedy widzisz kojota, który wypadł z urwiska, jeszcze biegnie, przebiera nogami w powietrzu, ale zaraz spojrzy w dół i spadnie.

Mówisz o jakich danych?

Na przykład kurczenie się siły roboczej - to przyspiesza. W 2018 roku Chiny pierwszy raz odnotowały spadek siły roboczej o 0,15 procenta. Niby nic. W 2019 roku już o 0,25 procenta. W 2020 roku o 1,62 procenta. Procesy, które dziś wydają się powolne, za chwilę eksplodują. W 2050 roku przeciętny Chińczyk będzie starszy od Włocha. Prognozy mówią, że jeżeli USA nadal będą krajem imigracji, a sami Amerykanie nadal będą zapewniali przyzwoitą dzietność, to populacja USA w 2050 roku przekroczy 400 mln, a do końca stulecia może dobić do 500 mln. Populacja Chin w najlepszym razie skurczy się do miliarda, a według niektórych prognoz spadnie do 700 mln. Na koniec wieku przeciętny Chińczyk będzie starszy od przeciętnego Amerykanina o 20 lat, całkowicie zmieni się też proporcja: teraz Amerykanów jest trzysta milionów z hakiem, a Chińczyków miliard czterysta milionów, pod koniec wieku to może być 500 mln do 800 mln. Kompletnie inna rzeczywistość.

Czyli Amerykę uratują imigranci?

Jeżeli ich wpuszczą.

gazeta.pl

Ważniejszym czynnikiem czysto ludzkim było to, że partia rządząca w Chinach realizowała od marca 2021 kampanię przeciwko korupcji w północnych prowincjach (są one głównym zapleczem energetycznym Chin). W wyniku m.in. tych działań spadła w roku 2021 produkcja węgla o ok 30 mln ton i spadł także import węgla z Mongolii o ok 12 mln ton. Zapasy w elektrowniach chińskich były niskie już po poprzedniej zimie ale zmniejszyły się i do września 2021 już ich nie ma – w skali całego miliardowego kraju nie zadbano o odpowiedni poziom zapasów węgla.

Nie ma w pełni informacji z Chin dlaczego doszło do tej sytuacji – być może lokalne elity fałszowały dokumenty i kradły część przychodów a może także nie prowadziły dostatecznych inwestycji w kopalniach.  Nie wiadomo co było pierwotną przyczyną, ale pośrednie dane są zatrważające, np. od kwietnia 2021 spadł do zera transport węgla z północnych Chin do południowych.

Opisany powyżej czynniki nie byłyby tak groźne gdyby nie pogoda. Jesienne powodzie w Chinach zmniejszyły produkcję węgla w drugiej połowie roku 2021. 60 kopalń odkrywkowych zostało zalanych wodą na początku października i z tego powodu nie mogą produkować. Sytuacja polityczno-społeczna w Chinach robi się groźna, wiele rejonów kraju już teraz w październiku miało wyłączenia prądu na część dnia.  Wyłączano głównie zakłady przemysłowe, bo kierownictwo partii boi się na razie wyłączać energię elektryczną dla mieszkańców. Ze względu na fakt, że jedynym dodatkowym źródłem energii jest w Chinach gaz, kraj ten zaczął dokupować znaczące ilości LNG ostro zwiększając ceny na rynkach.

W końcu października, co powiększyło panikę, opublikowano prognozy na zimę w Azji, które wskazują na niezwykle silną zimę spowodowaną prądem El Nino. Rząd chiński na początku listopada ogłosił, iż ludność powinna gromadzić zapasy niezbędnych rzeczy i żywności. Zatem sytuacja jest tak zła, że nawet rząd to przyznaje.

Od początku 2021 praktycznie zamarł import do Chin węgla z Australii. Politycy chińscy chcieli ukarać  w ten sposób Australię za jej politykę w sprawie COVID-19. Pośrednio chodziło też o system „premiowania” importerów australijskiego węgla jaki stosowała od lat Australia (przyznawanie obywatelstwa, gratyfikacje itp.). Wskutek chińskich sankcji kopalnie australijskie okresowo musiały zmniejszyć produkcję czego teraz nie mogą odrobić - nie mają miejsca i urządzeń na składowanie węgla ani u siebie (w porcie) ani u odbiorców. Kopalnie i porty są zbudowane w Australii wyłącznie pod określony poziom produkcji tzn. nie mają „nadwyżki zdolności” do magazynowania, dodatkowego wydobycia czy dodatkowego (awaryjnego) zwiększenia wywozu do portu. Kolej australijska nie ma "zapasowych" zdolności do przewozu a w portach nie ma infrastruktury do magazynowania węgla, jest tylko do jego załadunku wprost z wagonów na statki (bo nikt nie zapłacił za zbudowanie takich rezerwowych miejsc składowania).

Rządzący Chinami a także chińskie lobby węglowe blokowało od lat sfinansowanie budowy linii kolejowej z Mongolii do centralnych Chin. Dałoby to możliwość dowiezienia nawet 30 mln ton transportem kolejowym ze złóż węgla w zachodniej części Mongolii. Byłaby to awaryjna droga dostaw właśnie w takich krytycznych sytuacjach. Jednakże byłaby to konkurencja dla kopalń chińskich, które mają coraz gorszy jakościowo węgiel oraz byłaby to konkurencja dla australijskich dostaw preferowanych przez zarządzających energetyką, zadowolonych z układów z Australijczykami. A rząd chiński nie zadbał o  rezerwowe zdolności dostawy węgla na czas nietypowych warunków pogodowych.

Z kolei po stronie rosyjskiej oligarchowie (powiązani z władzą) wykupili całość zdolności przewozowej na kolei transsyberyjskiej za stosunkowo niskie opłaty i to na wiele lat. Wskutek tego od lat Koleje Rosyjskie nie miały środków na rozbudowę tej linii o dwa nowe tory. W centralnej Syberii są złoża węgla, z których nie można wywieźć produkcji. Zatem nie da się awaryjnie przewieźć dodatkowego węgla do Władywostoku aby trochę poprawić sytuację po stronie chińskiej (wymagałoby to zresztą statków bo nie ma połączenia kolejowego dalej po stronie chińskiej).

Wojna w północnym Mozambiku zmniejszyła technicznie możliwość eksportu węgla z tego kraju co też wpłynęło na rynek. A ponadto są zagrożone inwestycje w terminale LNG do eksportu – na razie wstrzymano te inwestycje w oczekiwaniu aż opłaceni najemnicy uporają się z rebeliantami. Dodatkowo RPA także ma swoje problemy z kopalniami węgla i energetyką i to także wpłynęło na rynek w 2021. Dodatkowo właśnie w Indiach kończą się duże inwestycje  w nowe bloki węglowe a  zasoby węgla w Indiach są słabe i co do jakości i co do ilości. Zatem Indie zwiększają import węgla aby stworzyć zapasy przy każdej nowej elektrowni.

wysokienapiecie.pl

W przypadku organizmu leninowskiego, jakim jest ChRL, powinno się mówić raczej o percepcji świata przez partię komunistyczną niż o perspektywie państwa jako takiego. To interesy i bezpieczeństwo KPCh, a właściwie jej elit, definiują politykę zagraniczną Pekinu. Jeżeli we współczesnych Chinach dyskutuje się o stosunkach międzynarodowych, to w rzeczywistości – pomimo stosowania terminologii i ram znanych zewnętrznemu obserwatorowi (...) – debata dotyczy tego, jak twór niepaństwowy, jakim jest partia komunistyczna, może funkcjonować w otoczeniu zdominowanym przez państwa. Sama KPCh uważa siebie i ChRL za aktora jakościowo odmiennego od pozostałych podmiotów międzynarodowych i nieprzystającego do nich. Sytuacja ta rodzi poczucie zagrożenia i braku akceptacji oraz sprawia, że partia jest niezdolna do znalezienia dla siebie odpowiadającego jej aspiracjom i wymogom bezpieczeństwa miejsca w istniejącym porządku światowym, chociaż ChRL jest jego beneficjentem. Taka perspektywa określa także podstawowy cel polityki zagranicznej – przetrwanie i umocnienie reżimu. Interes KPCh wyznacza dążenia polityki zagranicznej państwa, a marksizm i typowy dla ruchów narodowowyzwoleńczych antyzachodni nacjonalizm zapewniają jej siatkę pojęciową w zakresie relacji międzynarodowych.

Na początku drugiej dekady XXI wieku w KPCh wygasły spory ideologiczne, łącznie z dyskursem dotyczącym relacji między państwami. Wydaje się, że ostateczną przewagę zdobyli „realiści”, którzy połączyli marksistowską teorię stosunków międzynarodowych z Hobbesowskim egoizmem państwowym. Z marksizmu zaczerpnęli oni przekonanie o doniosłej roli, jaką odgrywa w nich czynnik materialny, gospodarczy. Jeśli, jak głosi ta doktryna, relacje między państwami determinuje interes ekonomiczny, a nie abstrakcyjne idee prawa, to konfliktu komunistycznych Chin ze światem kapitalistycznym nie da się uniknąć. Przekonanie to wzmacnia rosnąca konkurencja z państwami rozwiniętymi o globalne rynki zaawansowanych produktów przemysłowych, a także o zasoby globalnego Południa. Z realizmu liderzy partyjni zaczerpnęli stanowisko, że nawet w przyjaznych, pokojowych relacjach dominacja strony silniejszej jest naturalna i „zgodna z porządkiem rzeczy”. KPCh co prawda postrzega się jako organizacja rewolucyjna, ale nie oznacza to już dążenia do światowej rewolucji, lecz implikuje rewizjonistyczny charakter polityki zagranicznej ChRL i jej aspiracje do przewodzenia państwom rozwijającym się.

Pod rządami sekretarza generalnego Xi Jinpinga (pełni tę funkcję od 2012 r.) w KPCh dojrzała wizja pożądanego przez Pekin porządku światowego, którą można zrekonstruować na podstawie rozproszonych fragmentów przemówień ścisłego kierownictwa do aktywu partyjnego. Punkt wyjściowy stworzonej przezeń analizy stanowi przekonanie o niekompatybilności ChRL i jej systemu politycznego z istniejącym porządkiem międzynarodowym. Partyjni ideolodzy i decydenci są przekonani, że ustanowiony po II wojnie światowej układ uprzywilejowuje państwa zachodnie z USA na czele, a klęska ZSRR w zimnej wojnie tylko utrwaliła niekorzystną dla globalnego Południa – za którego lidera i rzecznika uważa się KPCh – sytuację poprzez promocję modelu demokracji liberalnej, który ma utrzymywać państwa rozwijające się w zależności polityczno-ekonomicznej od Zachodu. Ich zdaniem Chiny nie zostaną uznane za równoprawne mocarstwo ze względu na leninowski charakter rządów i emancypacyjny program polityczno-gospodarczy. Z punktu widzenia ugrupowania demokratyzacja lub nawet częściowa liberalizacja reżimu nie tylko oznaczałaby utratę pozycji przez rządzące elity, lecz także zachwiałaby projektem chińskiej modernizacji i emancypacji, którego jedynym gwarantem powodzenia mają być komuniści.

Brak rzeczywistego uznania i akceptacji przez Zachód wagi oraz aspiracji ChRL przy równoczesnej – jak to widzi Pekin – presji społeczno-kulturowej i ideologicznej sprawia, że według partyjnych decydentów Chiny jako outsider mają ograniczoną zdolność do zmiany porządku globalnego w ramach istniejących zasad. Utrwala to ich konfrontacyjny charakter relacji z Zachodem i w ostatnich latach zaowocowało m.in. agresywną dyplomacją. W przeciwieństwie do okresu czterech dekad po otwarciu na świat na początku lat osiemdziesiątych XX wieku, obecnie Pekin nie widzi korzyści w dalszym rozwijaniu liberalnych instytucji międzynarodowych, traktując je coraz częściej jako ograniczenia narzucane przez Zachód. Elita KPCh rozwiązania upatruje w stworzeniu zdominowanego przez Chiny podsystemu światowego, na który składałby się też szereg państw Trzeciego Świata, które przyjęły lub przyjęłyby w przyszłości autorytarny model polityczny, głęboko powiązany gospodarczo z ChRL i wrogo nastawiony do Zachodu. W ten sposób wokół Chin powstałaby strefa buforowa, a zarazem blok państw pod ich przewodnictwem promujących alternatywny względem europejskiego i amerykańskiego model rozwoju.

Klucz do realizacji tej wizji to zdobycie niezależności technologicznej, osiągnięcie przewagi militarnej w Azji Wschodniej i wypchnięcie USA z regionu Indo-Pacyfiku, a także zmiana modelu rozwoju gospodarczego Chin. Stymulowana przez państwo konsumpcja wewnętrzna ma pozwolić na stworzenie autonomicznego wobec zewnętrznego świata motoru wzrostu. Kolejnym priorytetem jest suwerenność w dziedzinie high-tech. ChRL dąży również do budowy niezależnych od Zachodu struktur gospodarczych pozwalających na ścisłe powiązanie ekonomiczne i technologiczne z państwami rozwijającymi się, w tym z najbliższymi partnerami o ustroju autorytarnym. Odbywa się to m.in. poprzez regulowanie dostępu do rynku chińskiego, rozbudowę infrastruktury zorientowanej na ChRL czy dążenie do dominującej pozycji juana w rozliczeniach handlowych. Jednym z najważniejszych instrumentów w realizacji tej wizji jest także Inicjatywa Pasa i Szlaku, skierowana przede wszystkim do państw globalnego Południa.

Raport OSW - Oś Pekin-Moskwa

piątek, 22 lipca 2022


Choć w porównaniu do wielkich mocarstw przemysłowych Rosja była krajem ubogim, przed wojną jej waluta uchodziła za jedną z najpewniejszych w świecie. Skarb rosyjski przestrzegał surowych zasad emisji pieniądza papierowego. Pierwsze 600 milionów rubli w banknotach musiały mieć pięćdziesięcioprocentowe pokrycie w rezerwach złota; wszystkie emisje przewyższające tę sumę wymagały stuprocentowego pokrycia w złocie. W lutym 1905 roku w sejfach skarbu państwa przechowywano kruszec wartości 1067 milionów rubli; ponieważ w obiegu znajdowało się 1250 milionów rubli papierowych, rubel miał w 85 procentach pokrycie w złocie. W przededniu I wojny światowej banknoty rosyjskie miały 98-procentowe pokrycie w złocie. W tym czasie Rosja dysponowała największymi w świecie rezerwami złota.

Wybuch I wojny światowej spowodował rozchwianie rosyjskich finansów, po którym kraj nigdy nie powrócił do normy.

Galopującą inflację w późniejszej fazie wojny przypisać można w części ubóstwu kraju, w części zaś nieudolności aparatu fiskalnego. W przeciwieństwie do bogatszych uczestników wojny Rosja nie była w stanie znacznej części pieniędzy niezbędnych na pokrycie wydatków wojennych czerpać z bieżących wpływów ani z pożyczek wewnętrznych. Szacowano, że podczas gdy w Anglii dochód na głowę ludności wynosił w 1913 roku 243 dolary, we Francji 185 dolarów, a w Niemczech 146 dolarów, w Rosji nie przekraczał 44 dolarów. Mimo to wydatki wojenne Rosji były równe angielskim i nieznacznie tylko niższe od niemieckich. Ale rząd mógłby więcej zdziałać dla pokrycia kosztów wojny z bieżących dochodów, gdyby tylko nałożył podatki bezpośrednie, energiczniej zabiegał o rozprowadzenie obligacji wojennych oraz utrzymywał dochody państwa na przedwojennym poziomie. W rzeczywistości znaczną część deficytu wojennego trzeba było pokrywać przez emisję pieniądza papierowego i pożyczanie za granicą.

Jedną z przyczyn spadku wpływów państwa było wprowadzenie po wybuchu wojny zakazu wytwarzania i sprzedaży napojów alkoholowych. Jako jedno z pierwszych w tym względzie państw na świecie Rosja poczyniła ten krok w celu ograniczenia pijaństwa, które uważano za przyczynę fizycznej i moralnej degeneracji ludności. Prohibicja jednak w niewielkim tylko stopniu wpłynęła na poziom spożycia alkoholu, gdyż w odpowiedzi na zamknięcie wytwórni państwowych natychmiast wzrosła produkcja samogonu. Podczas wojny obok pędzonej w domach wódki najpopularniejszym napojem była chanża, wytwarzana ze sfermentowanego chleba z dodatkiem powszechnie dostępnych w handlu płynów do czyszczenia. Ale choć alkoholizmu nie udało się zahamować, spadły dochody skarbu z akcyzy spirytusowej, które w przeszłości stanowiły czwartą część jego wpływów. Te i podobne straty, na przykład zmniejszenie przychodów z ceł, spowodowały raptowny spadek przychodów państwa.

W czasie wojny „zwyczajne” wpływy skarbu Rosji pokrywały z nadwyżką „zwyczajne” wydatki budżetowe, ale te nie obejmowały kosztów wojny. W 1915 roku „zwyczajne” wpływy wynosiły 3 miliardy rubli, a „zwyczajne” wydatki 2,2 miliarda rubli; w 1916 roku wzrosły odpowiednio do 4,3 i 2,8 miliarda. Gros dochodów jednak przeznaczano na pokrycie kosztów wojny, a w tym zakresie „zwyczajne” wpływy nie na wiele się zdawały. W sumie deficyt Rosji w latach wojny ocenia się na 30 miliardów rubli, z czego połowę pokrywały pożyczki krajowe i zagraniczne, resztę zaś emisja pieniądza papierowego.

Dwudziestego siódmego lipca 1914 roku rząd zawiesił na czas wojny (jak się miało okazać, na zawsze) wymienialność rubla papierowego na złoto, a także wymaganie zabezpieczenia emisji banknotów za pomocą rezerwy złota. Skarb otrzymał uprawnienie do drukowania banknotów na podstawie upoważnienia, bez względu na zasoby kruszcu w skarbcu. Natychmiastowym skutkiem tego zarządzenia było zniknięcie bilonu z obiegu. Zaraz po wybuchu wojny skarb wypuścił banknoty wartości 1,5 miliarda rubli, podwajając tym samym ilość pieniądza papierowego. W trakcie wojny zabieg ten powtarzano kilkakrotnie. Do stycznia 1917 roku ilość banknotów w obiegu wzrosła czterokrotnie według jednych źródeł, a pięcio- lub nawet sześciokrotnie według innych. Pokrycie waluty papierowej w złocie zmalało z 98 procent (lipiec 1914) do 51,4 procent (styczeń 1915), 28,7 procent (styczeń 1916) i 16,2 procent (styczeń 1917). Doprowadziło to do spadku kursu waluty rosyjskiej za granicą: w Sztokholmie od lipca 1914 do stycznia 1916 roku rubel stracił 44 procent wartości, utrzymując się na tym poziomie do lata 1917 roku.

Tak więc w ciągu dwóch i pół roku ilość banknotów papierowych w Rosji wzrosła aż o 600 procent. Dla porównania, we Francji nastąpił wzrost o 100 procent, a w Niemczech o 200 procent, natomiast w Wielkiej Brytanii w ciągu czterech lat, kiedy kraj znajdował się w stanie wojny, żadnego wzrostu emisji nie było. Rosja drukowała więcej pieniędzy niż którekolwiek z mocarstw uczestniczących w wojnie i w rezultacie znacznie bardziej ucierpiała wskutek inflacji.

Inflacja nie od razu dotknęła Rosję, gdyż zawieszenie eksportu po wybuchu wojny sprawiło, że przez pewien czas ilość towarów na rynku odpowiadała popytowi, a nawet go przewyższała. Inflacja zaczęła dawać się we znaki dopiero pod koniec 1915 roku, wzrastając dramatycznie w roku następnym. Nakręcała się samoczynnie, gdyż właściciele dóbr, zwłaszcza artykułów żywnościowych, nie dostarczali ich na rynek, czekając na jeszcze większą podwyżkę cen. (...)

Ludności wiejskiej inflacja nie tylko nie zaszkodziła, ale wręcz przyniosła wyraźną korzyść, gdyż chłopi kontrolowali najcenniejszy ze wszystkich towarów – żywność. We wszystkich opisach wsi w latach 1915–1916 zgodnie podkreśla się, że wieś opływała w dostatki, do których nie przywykła. Na skutek poboru do wojska na wsi było o kilka milionów mężczyzn mniej, co utrudniało uprawę ziemi, a jednocześnie przyczyniło się do zwiększenia zarobków robotników rolnych. Miliony poborowych znajdowały się teraz na żołdzie państwowym.

Wprawdzie pobór powodował sezonowe niedobory siły roboczej, które tylko częściowo udawało się złagodzić przez zatrudnianie jeńców wojennych i uciekinierów ze strefy przyfrontowej, ale chłopi umieli sobie z tymi trudnościami poradzić, częściowo przez ograniczanie areału uprawianej ziemi. Opływali w gotówkę, pochodzącą z różnych źródeł: z wysokich cen, jakie osiągały produkty rolne, z odszkodowań rządowych za rekwizycję bydła i koni oraz z zapomóg przyznawanych rodzinom żołnierzy. Z powodu zamknięcia szynków chłopom także pozostawały do dyspozycji pokaźne sumy. Rolnicy oszczędzali część tych „szalonych pieniędzy”, jak je zaczęto nazywać, składając je na państwowych rachunkach oszczędnościowych lub chomikując w domu. Resztę wydawali na takie „luksusy”, jak „kakawa”, „szczokolada” czy gramofony. Bardziej zapobiegliwi przeznaczali nadwyżki gotówki na zakup gruntu i inwentarza: statystyka sporządzona w 1916 roku wskazuje, że do chłopów należało 89,2 procent ziemi uprawnej (ornej) w europejskiej części Rosji. Współczesnych obserwatorów uderzała zamożność rosyjskiej wsi w drugim roku wojny: powiadano, że wojna położyła kres jej „chińskiej bierności”. Najwybitniejszy chyba w tej dziedzinie autorytet, Departament Policji, coraz bardziej niepokojąc się sytuacją w miastach, jesienią 1916 roku meldował, że wieś jest „zadowolona i spokojna”. Jeśli na wsi dochodziło do sporadycznych gwałtownych wystąpień, były one skierowane nie przeciw władzy czy obszarnikom, lecz przeciw właścicielom znienawidzonych otrubów i chutorów, braciom-chłopom, którzy wykorzystali stołypinowskie ustawodawstwo, aby wystąpić ze wspólnoty.

Inflacja i trudności aprowizacyjne godziły wyłącznie w ludność miejską, której liczba znacznie wzrosła wskutek napływu robotników przemysłowych i uciekinierów wojennych oraz kwaterunku wojsk. Ocenia się, że od 1914 do 1916 roku liczba ludności miast wzrosła z 22 do 28 milionów. Szeregi chłopów, którzy już przed wojną przenieśli się do miast, zasiliło sześć milionów nowo przybyłych z terenów wiejskich. Podobnie jak tamci, nie byli oni ludnością miejską pod żadnym istotnym względem, byli raczej chłopstwem, które przypadkiem zamieszkało w miastach: chłopi w mundurach czekali na odesłanie na front, chłopi zatrudnieni w przemyśle wojennym zastępowali robotników wcielonych do sił zbrojnych, chłopi zajmowali się handlem domokrążnym. Korzeniami nadal tkwili na wsi i w każdej chwili byli gotowi na wieś powrócić; większość powróciła tam zresztą po zamachu bolszewickim.

Ludność miejska Rosji po raz pierwszy odczuła następstwa inflacji i niedostatku żywności jesienią 1915 roku. Niedobory te zaostrzyły się w 1916 roku i osiągnęły szczyt jesienią tego roku. Dotykały wszystkich: robotników przemysłowych i pracowników umysłowych, z czasem zaś także niższe szczeble biurokracji, a nawet funkcjonariuszy policji. Choć nie sposób rozstrzygnąć sprawy z matematyczną ścisłością, źródła współczesne zgodnie stwierdzają, że w ciągu 1916 roku wzrost cen przewyższył, i to bardzo wydatnie, wzrost płac. Sami robotnicy byli przeświadczeni, że kiedy ich dochody wzrosły w dwójnasób, ceny skoczyły czterokrotnie. W październiku 1916 roku Departament Policji oceniał, że w ciągu minionych dwóch lat płace wzrosły średnio o 100 procent, natomiast ceny podstawowych artykułów aż o 300 procent. Inflacja sprawiała, że wielu mieszkańców miast nie było stać nawet na zakup tych produktów, które na rynku były nadal dostępne. A w miarę postępów wojny towarów było coraz mniej, głównie wskutek zaburzeń w transporcie. W Rosji główne ośrodki produkujące żywność, a także zasoby paliw kopalnych (węgla i ropy naftowej) znajdowały się w rejonach południowych, południowo-wschodnich i wschodnich, w sporej odległości od miejskich i przemysłowych skupisk na północy kraju. Przed wojną bardziej opłacało się dowozić węgiel do Petersburga z Anglii niż z Zagłębia Donieckiego. Kiedy bałtyckie szlaki morskie do Anglii zostały po wybuchu wojny zamknięte dla żeglugi alianckiej, stolica Rosji natychmiast odczuła braki zaopatrzenia w opał. Dostawy żywności dodatkowo zakłócały dwa inne czynniki: niechęć chłopów do sprzedawania i brak siły roboczej do uprawy majątków prywatnych, które w czasie pokoju były głównym źródłem zaopatrzenia rynku w zboże. W 1916 roku, kiedy rejony produkujące zboże dławiły się od nadmiaru żywności, miasta na północy cierpiały na jej niedostatek: już w lutym 1916 roku powszechny był widok „biedaków wystających godzinami na mrozie w długich kolejkach po chleb”.

Aleksiej Chwostow, który niebawem miał zostać ministrem spraw wewnętrznych, już w październiku 1915 roku ostrzegał przed nadchodzącymi brakami opału i żywności w rejonach środkowych i północno-zachodnich. Piotrogród, jego zdaniem, był szczególnie zagrożony: zamiast 405 wagonów kolejowych dziennie, potrzebnych do zaspokojenia potrzeb stolicy, w tym miesiącu przybywało przeciętnie tylko 116 wagonów. Sytuacja w transporcie pogorszyła się jeszcze w 1916 roku wskutek awarii spowodowanych nadmiernym przeciążeniem i kiepską konserwacją. Tabor kolejowy, zamówiony w Stanach Zjednoczonych, piętrzył się na nabrzeżach Archangielska i Władywostoku z braku możliwości przerzucenia go w głąb kraju.

Ludzie narzekali, ale na razie nie buntowali się, cierpliwie znosili niedostatek. Trzeźwiąco działała także groźba władz wcielania wichrzycieli do sił zbrojnych.

Richard Pipes - Rewolucja rosyjska

czwartek, 21 lipca 2022


Śmierć na wojnie mieszkańca stolicy lub okolic wyceniana jest dwa razy drożej niż śmierć żołnierza z Jekaterynburga i trzy razy drożej, niż Buriata. Władze obwodów wyznaczyły rodzinom poległych żołnierzy różną wysokość zasiłków pogrzebowych - poinformował na Telegramie niezależny kanał Możem Objasnit'.

Wysokość rekompensaty za śmierć rosyjskiego żołnierza na wojnie na Ukrainie, wypłacana członkom rodziny przez lokalne władze, różni się - w zależności od regionu - nawet trzykrotnie.

Kanał Możem Objasnit' podał szczegóły dotyczące kwot wypłacanych w poszczególnych podmiotach Federacji Rosyjskiej: 39 podmiotów wyznaczyło kwotę 1 mln rubli (ok. 82 tys. zł – PAP); 1 podmiot – 1,5 mln (ok. 121 tys. zł – PAP); 8 regionów zaakceptowało 2 mln rubli (ok 164 tys. zł – PAP), 7 kolejnych 3 miliony (ok. 246 tys. zł – PAP).

Ogółem w składzie Federacji Rosyjskiej są 83 podmioty (bez uwzględnienia okupowanych przez Rosję Sewastopolu i Krymu), dane nie obejmują wszystkich.

Również rekompensaty za ciężkie rany są nierówne i wahają się od 500 tys. rubli (ok. 41 tys. zł – PAP) do 1 miliona (ok. 82 tys. zł. PAP). Zwrócono uwagę że wysokości rekompensat nijak nie odzwierciedlają poziomu dochodów poszczególnych podmiotów ani dochodów mieszkańców – na przykład obwód włodzimierski pomimo niemal pięciokrotnie mniejszych dochodów od obwodu Swierdłowskiego wypłaca odszkodowania dwukrotnie wyższe.

Możem Objasnit' dodaje, że omawiane rekompensaty są inicjatywą władz lokalnych i stanowią dodatek do obiecanej przez Putina jednorazowej wypłaty z budżetu centralnego w wysokości 7,4 mln rubli (ok. 607 tys. zł. – PAP). Nie podano, czy obietnica rosyjskiego przywódcy jest rzeczywiście realizowana. 

(PAP)

Ustawa o specjalnych działaniach w obszarze gospodarki de facto daje rosyjskim władzom takie uprawnienia, jakie miałyby one w przypadku ogłoszenia powszechnej mobilizacji. Zmiany prawne zwiększają swobodę prowadzenia przez Kreml wojny na Ukrainie, ale pokazują zarazem, że rosyjski sektor przemysłowo-obronny (w większości państwowy) nie jest w stanie zaspokoić aktualnych potrzeb armii, więc niezbędne jest zaangażowanie także innych branż. Tamtejsze prywatne firmy nawet w trakcie pokoju były jednak umiarkowanie zainteresowane udziałem w realizacji państwowych zamówień obronnych ze względu na rozbudowaną biurokrację i wymogi bezpieczeństwa, problemy z wyegzekwowaniem należności od zamawiających czy niską rentowność kontraktów (zazwyczaj były one jedynie podwykonawcami dużych koncernów powiązanych z osobami z rosyjskiej elity władzy). W uzasadnieniu do ustawy rząd wprost napisał, że dokument jest odpowiedzią na „krótkoterminową podwyższoną potrzebę” remontu sprzętu wojskowego i uzbrojenia oraz zapewnienia sektorowi siłowemu wsparcia materialno-technicznego.

Wojna na Ukrainie i rozwijający się w Rosji kryzys gospodarczy stają się okazją do dalszego umacniania putinowskiego modelu polityczno-ekonomicznego. W efekcie rośnie rola państwa w gospodarce, ograniczana jest konkurencja i rozbudowywane są mechanizmy korupcyjne (o czym świadczy m.in. zwiększenie możliwości realizowania państwowych kontraktów obronnych bez przetargu). Ponadto Denis Manturow uważany jest za człowieka Siergieja Czemiezowa (bliskiego znajomego Putina jeszcze z czasów pracy w Dreźnie), prezesa Rostechu – państwowej korporacji przemysłu obronnego. Jego nominacja na wicepremiera i skumulowanie w jego ręku kontroli nad sektorem zbrojeniowym i polityką substytucji importu zwiększają zatem znaczenie Rostechu dla gospodarki i dostęp Czemiezowa do rosnących wydatków budżetowych przeznaczanych na te cele, a tym samym możliwość wyprowadzania publicznych pieniędzy na prywatne konta. Rostech już przed wojną należał do jednego z głównych beneficjentów środków budżetowych kierowanych na państwowe zamówienia obronne i uniezależnienie gospodarki od importu, przy czym dotychczasowe rezultaty tych działań były dość skromne. Wzmocnieniu kontroli elity putinowskiej nad biznesem służy także nowe stanowisko Kateriny Tichonowej, która będzie nadzorować aktywność dużego biznesu w obszarze uniezależniania się Rosji od importu. Wątpliwe jednak, by te zmiany kadrowe zwiększyły efektywność polityki substytucji importu, zwłaszcza w obecnych warunkach, gdy kraj odcięto od zachodnich technologii. Można się spodziewać, że mimo dużych nakładów budżetowych postępować będzie prymitywizacja rosyjskiej gospodarki, a towary, które uda się tam wyprodukować będą droższe i gorszej jakości.

osw.waw.pl

Po wprowadzeniu stanu alarmowego w sektorze gazowym (...) w Niemczech nasiliły się głosy nawołujące do uruchomienia gazociągu Nord Stream 2 (NS2) i wycofania unijnych sankcji nałożonych na rosyjskie ropę naftową i węgiel. Postulaty te zgłaszają przedstawiciele AfD, a także pojedynczy posłowie Lewicy i chadecji. Wskazują oni na nieskuteczność dotychczasowych obostrzeń, które ich zdaniem nie skłaniają Kremla do wycofania wojsk z Ukrainy i podjęcia negocjacji pokojowych. Politycy ci podkreślają zarazem, że wysokie ceny energii – będące efektem zmniejszenia podaży gazu, ropy i węgla – osłabiają miejscowy przemysł i wpływają na zubożenie Niemców. W tę kampanię wpisuje się zorganizowana 7 lipca na wniosek AfD debata parlamentarna na temat możliwości uruchomienia NS2 jako sposobu na uniknięcie kryzysu energetycznego. Podczas dyskusji przedstawiciele tego ugrupowania przekonywali, że wykorzystanie gazociągu spowoduje obniżenie wysokich cen energii i zagwarantuje stabilność dostaw. Sugerowali też, że za decyzją rządu o wstrzymaniu uruchomienia NS2 stoi presja Stanów Zjednoczonych. Dla partii argumentem potwierdzającym konieczność włączenia go stało się także zatrzymanie dostaw gazu przez Nord Stream 1 (...), skutkujące dalszym wzrostem cen surowca.

Kanclerz Olaf Scholz w trakcie serii pytań w Bundestagu 6 lipca wykluczył możliwość wykorzystania NS2 i potwierdził przygotowania rządu do zaprzestania importu gazu i ropy naftowej z Rosji. Reakcja opinii publicznej na działania w tym zakresie nie jest jednoznaczna. Z przeprowadzonych w lipcu badań Forschungsgruppe Wahlen wynika, że 70% respondentów popiera dalsze wspieranie Ukrainy mimo wysokich cen energii. Zarazem sondaż ośrodka Forsa z tego samego okresu pokazuje, że 63% Niemców (o 13 p.p. więcej niż w maju) sprzeciwia się rezygnacji z rosyjskiego gazu, a 32% ma w tej sprawie odmienne zdanie (spadek o 12 p.p.).

Komentarz

Apele zwolenników zmiany kursu wobec Rosji nie wpływają na stanowisko rządu federalnego. Wśród partii koalicyjnych nie widać podziałów w kwestii NS2. Przedstawiciele SPD, Zielonych i FDP interpretują zatrzymanie dostaw gazu jako „atak gospodarczy” oraz narzędzie wywierania presji na RFN i pozostałe państwa europejskie. Władze centralne pokazują, że starają się temu przeciwdziałać i ograniczać skutki wzrostu cen energii – kontynuują poszukiwania alternatywnych źródeł gazu (...), zastępują go węglem (...) i wprowadzają środki pomocowe w postaci obniżenia podatku energetycznego od paliw oraz dopłat do kosztów energii.

Najaktywniej za zwiększeniem importu surowców energetycznych z Rosji opowiada się AfD, konsekwentnie sprzeciwiająca się nakładaniu kolejnych obostrzeń na to państwo. Partia, która szansy na poprawę notowań upatruje w kryzysach, może się stać politycznym beneficjentem obaw o bezpieczeństwo energetyczne RFN i wzrost cen surowców. Argumentacja ta trafia zwłaszcza do wyborców w biedniejszych i sceptycznych względem zaostrzania polityki wobec Rosji wschodnich krajach związkowych, gdzie AfD uzyskuje już dobre wyniki w wyborach landowych i federalnych. Na wschodzie Niemiec presja ze strony tej partii i niepokój o odpływ wyborców na jej rzecz skłaniają do przyjęcia podobnej retoryki niektórych polityków CDU. Do prominentnych zwolenników zniesienia sankcji należy Michael Kretschmer – premier Saksonii i wiceprzewodniczący CDU. W ostatnich tygodniach kilkukrotnie skrytykował on decyzję o niesprowadzaniu rosyjskich surowców energetycznych, a wcześniej nie zgadzał się na rezygnację z uruchomienia NS2.

Kwestia restrykcji względem Rosji wzmacnia podziały w Lewicy. Klaus Ernst, jej były przewodniczący, który stoi na czele komisji ds. ochrony klimatu i energii Bundestagu, wyraził niechęć do polityki rządu i wskazał na nieefektywność sankcji, które jakoby mają wzmacniać rosyjską gospodarkę (wywiad dla „Rheinische Post” z 6 lipca). Jego zdaniem NS2 powinien zostać czasowo uruchomiony, jeśli nie ma innego sposobu zagwarantowania RFN wystarczających dostaw gazu. Opinię Ernsta podzielają Sevim Dagdelen z komisji ds. zagranicznych Bundestagu i środowisko skupione wokół byłej przewodniczącej Sahry Wagenknecht. Od stanowiska Ernsta odcięli się jednak przewodniczący partii – Janine Wissler i Martin Schirdewan – oraz współprzewodniczący jej klubu parlamentarnego Dietmar Bartsch. Stwierdzili oni, że jego wypowiedzi stoją w sprzeczności z rezolucją przyjętą przez ugrupowanie w czerwcu w Erfurcie (...).

osw.waw.pl

środa, 20 lipca 2022


Wezwania wśród rosyjskich nacjonalistycznych i prowojennych głosów do rosyjskiego prezydenta Władimira Putina o rozszerzenie celów wojennych Rosji, pełną mobilizację państwa do wojny i porzucenie pretekstu, że Rosja nie jest zaangażowana w wojnę, osiągnęły crescendo 19 lipca. Nacjonalistyczny blogger Igor Girkin przedstawił obszerną listę działań militarnych, gospodarczych i politycznych, które, jego zdaniem, musi podjąć Kreml, aby wygrać wojnę na Ukrainie; pierwszą z tej listy jest odejście od retoryki „specjalnej operacji wojskowej” i określenie oficjalnych celów  wojny na Ukrainie. Girkin opowiada się za ekspansywnymi celami terytorialnymi wykraczającymi poza deklarowane ambicje Kremla w Donbasie, w tym zjednoczenie całego terytorium „Noworosji” (które, jak twierdzi Girkin, obejmuje Charków, Dniepropietrowsk, Mikołajów, Odesa, Zaporoż, Chersoń, Donieck i Ługańsk, a także Krzywy Róg) z Federacją Rosyjską i utworzeniem państwa małorosyjskiego (cała Ukraina aż do granicy z Polską), które według Girkina powinno zostać zjednoczone z Rosją poprzez państwo związkowe Rosja-Białoruś. Girkin wezwał także Kreml do pełnego przestawienia gospodarki rosyjskiej na grunt wojenny i przeprowadzenia szeroko zakrojonych działań mobilizacyjnych, w tym przymusowego poboru i (dalszego) zawieszenia praw Rosjan. Girkin często krytykował to, co uważa za brak ambicji i zdecydowanych działań w prowadzeniu przez Kreml wojny na Ukrainie, poprzez swoje apele o maksymalizację celów i środków wspierających zdobycze terytorialne. Jego najnowsza lista żądań przyczynia się do rosnącego niezadowolenia w rosyjskim prowojennym nacjonalistycznym duchu czasu.

Podczas gdy post Girkina z 19 lipca jest zjadliwą krytyką intencji Kremla na Ukrainie, inni rosyjscy miliblogerzy starali się kształtować narrację sprzyjającą Putinowi, jednocześnie dążąc do tych samych maksymalistycznych celów, sugerując, że Kreml celowo ustanawiał warunki dla przedłużającej się wojny na Ukrainie od czasu wojna się zaczęła. Rosyjski milblogger Jurij Kotyenok twierdził, że Rosja dąży do „syrianizacji” wojny na Ukrainie, nigdy nie precyzując konkretnych terminów ani celów operacji na Ukrainie. Wyraźne przywołanie przeciągających się rosyjskich operacji w Syrii sugeruje, że niektóre rosyjskie głosy nacjonalistyczne stwarzają warunki do długiej wojny w sposób, który oszczędza Kremlowi twarz, biorąc pod uwagę, że Rosja nie zapewniła sobie celów militarnych na Ukrainie w bardzo krótkim okresie, w którym początkowo Kreml zaplanowany.

Putin mógłby po prostu zignorować milblogerów, choć w niedalekiej przeszłości wykazywał troskę o ich stanowisko, albo mógłby rozgrywać ich narracje na kilka sposobów. Mógłby poczekać i zobaczyć, jaki oddźwięk mają ich apele o pełną mobilizację i szersze cele wojenne wśród części rosyjskiej populacji, na których mu najbardziej zależy. Mógłby mieć nadzieję, że ich na wpół niezależne apele o bardziej ekstremalne środki mogą napędzać poparcie dla rozszerzenia celów i mobilizacji, których pragnie, ale czuje, że Rosjanie nie są przygotowani do ich zaakceptowania. Zamiast tego może odrzucić ich wezwania do większych ambicji i większych poświęceń, prezentując się tym samym jako umiarkowany przywódca, powstrzymujący się od zbytniego żądania od swego ludu.

(...)

Władze rosyjskie w dalszym ciągu polegają na niekonwencjonalnych źródłach siły bojowej w celu obejścia potrzeby powszechnej mobilizacji poprzez złożenie ciężaru generowania siły na zmarginalizowanych enklawach rosyjskiego społeczeństwa. Raport wydany przez rosyjską organizację praw człowieka „Rus Sidyashchaya” (Rosja za kratami) 14 lipca potwierdził wcześniejsze obserwacje ISW, że rosyjskie władze prowadzą rekrutację w rosyjskich więzieniach, aby wspierać operacje na Ukrainie. Raport przytaczał dowody na to, że kolonie karne w rosyjskich obwodach Leningrad, Niżny Nowogród, Nowogrodzie i Włodzimierzu oraz Mordowii, Adygei i innych regionach otrzymały oferty rozmieszczenia skazanych. Inne niezależne rosyjskie źródła donosiły wcześniej, że Prywatna Kompania Wojskowa Grupy Wagnera (PKW) aktywnie rekrutowała z kolonii karnych w Petersburgu. Te wysiłki rekrutacyjne prawdopodobnie kładą nacisk na ilość nad jakością rekrutów na rzecz przyspieszenia wysiłków rozmieszczania przy minimalnym szkoleniu, a zatem jest bardzo mało prawdopodobne, aby zapewniły decydującą przewagę bojową w działaniach wojennych na Ukrainie.

understandingwar.org

W miarę jak wojna na Ukrainie zbliża się do szóstego miesiąca, a wysokie straty w połączeniu z brakiem formalnej mobilizacji powodują poważne uszczerbki w zasobach ludzkich, coraz częściej w rosyjskiej armii pojawia się minimalne szkolenie nowych rekrutów. Według analityków wojskowych i działaczy na rzecz praw człowieka brak wiedzy sprawia, że żołnierze nie mają umiejętności bojowych niezbędnych do przetrwania na polu walki. — Tydzień szkolenia to nic, dla żołnierza to prosta droga do szpitala lub worka na zwłoki — mówi niezależny analityk wojskowy Paweł Łuzin.

Według strony internetowej Ministerstwa Obrony Rosji, intensywne czterotygodniowe szkolenie z zakresu broni połączonej z "kursem przetrwania" jest "niezbędne" dla każdego, kto podpisze kontrakt z rosyjską armią. Program trwa łącznie 240 godz. i obejmuje strzelanie, rzucanie granatów i studiowanie taktyki wojskowej. Jednak w czasie wojny w Ukrainie wydaje się, że standardy szkolenia nie są przestrzegane, twierdzi Siergiej Kriwienko, dyrektor organizacji Obywatel.Armia.Prawo., która zapewnia pomoc prawną rosyjskim żołnierzom.

— Regularnie zgłaszają się do mnie rodzice, których dzieci podpisały kontrakt wojskowy i tydzień później wylądowały w Ukrainie — opowiada Kriwienko.

Iwan podpisał trzymiesięczny kontrakt z Ministerstwem Obrony w kwietniu. — Kiedy rozpoczęła się specjalna operacja wojskowa, choć w rzeczywistości jest to wojna, odebrałem to jako osobistą tragedię — mówi. — Powiedziałem sobie, że chcę tam pojechać i nikt mnie nie powstrzyma. Jestem patriotą.

Wkrótce został przeniesiony do bazy wojskowej w Biełgorodzie w pobliżu granicy z Ukrainą. Niecałe dwa tygodnie później znalazł się na linii frontu. — Po badaniach lekarskich zapytali mnie, czy jestem gotowy na wyjazd do bazy wojskowej pojutrze. Szkolili nas przez pięć dni, kolejne pięć dni czekaliśmy na rotację sił, a potem poszliśmy na pozycje bojowe — opowiada Iwan.

W ostatnich tygodniach w rosyjskich mediach pojawiły się podobne relacje o tym, że nowi rekruci otrzymali minimalne szkolenie. — Byłem zaszokowany. Niektórzy nie trzymali w rękach karabinu maszynowego, nigdy nie widzieli na oczy prawdziwego czołgu, a za kilka dni wyjeżdżają na front — powiedział w ub. miesiącu jeden z żołnierzy w wywiadzie dla BBC.

24-letni Jewgienij Czubarin zginął w obwodzie charkowskim w Ukrainie zaledwie cztery dni po tym, jak został przeniesiony do bazy wojskowej w Biełgorodzie na trzymiesięczny kontrakt z rosyjską armią. Niezależny serwis informacyjny Mediazona rozmawiał z jego matką. — Nie było żadnego szkolenia — powiedziała Nina Czubarina. — Przyjechali, dostali mundur i karabin maszynowy, i to wszystko, do dzieła.

Zgodnie z rosyjskim prawem, poborowi nie mogą być wysłani do walki, jeśli nie przeszli co najmniej czteromiesięcznego szkolenia. Według Łuzina ta sama logika powinna obowiązywać tych, którzy podpisują kontrakt z wojskiem na wyjazd na Ukrainę.

Według Iwana, pięciodniowe szkolenie, które odbyli, było "intensywne". — Ćwiczyliśmy umiejętności bojowe, zajmowanie i szturmowanie budynków, wszechstronną obronę, pracę w zespołach bojowych, medycynę polową, ewakuację i leczenie rannych żołnierzy. Skupialiśmy się na umiejętnościach, które były potrzebne na danym stanowisku: karabinierze maszynowym, operatorze granatnika i tak dalej — opowiada Ivan.

Chociaż takie podstawowe szkolenie może wystarczyć, by żołnierze mogli wykonywać proste zadania w walce, eksperci wojskowi powiedzieli "The Moscow Times", że szkolenie wojskowe powinno być znacznie szersze. — Trzeba się wiele nauczyć, jeśli chodzi o koordynację i współpracę w zespole. Jest to czasochłonne — twierdzi Samuel Cranny-Evans, analityk wojskowy z londyńskiego think tanku Royal United Services Institute.

Zdaniem ekspertów wysoki odsetek ofiar oznacza, że rosyjskie wojsko prawdopodobnie traci spójność, a braki w szkoleniu tylko pogłębiają ten problem. Armia zaczęła mieszać żołnierzy z różnych jednostek, jak twierdzi Dara Massicot, starsza badaczka w amerykańskim think tanku RAND i była analityczka w Pentagonie. — Żołnierze nie znają dowódców, nie wiedzą, gdzie znajduje się ich jednostka walcząca w terenie — mówi Massicot. — Ponadto brakuje specjalistów. Oznacza to, że jeśli jakiś sprzęt się zepsuje, to po prostu nie ma kto go naprawić — dodaje.

Pomimo sytuacji na polu walki, jednym z powodów, dla których ludzie zgłaszają się do walki, są pieniądze — wojsko oferuje pensje do czterech razy wyższe niż średnia lokalna. Ivan powiedział, że otrzymuje ponad 240 tys. rubli (20 tys. zł) miesięcznie. Iwan odniósł rany odłamkowe nogi i ręki podczas walk w pobliżu Iziumu na północnym wschodzie Ukrainy pod koniec kwietnia i został przewieziony do szpitala w Rosji. W czasie rozmowy z nami Iwan nadal dochodzi do siebie po odniesionych ranach w domu w Moskwie.

onet.pl