sobota, 16 lipca 2022


W piątek Główny Urząd Statystyczny (GUS) poinformował, że ceny towarów i usług konsumpcyjnych w czerwcu br. wzrosły rdr o 15,5 proc., a w porównaniu z poprzednim miesiącem ceny wzrosły o 1,5 proc.

Bank PKO BP odnotował, że podobnie jak wskazywał szacunek flash, do wzrostu inflacji w czerwcu przyczyniły się głównie ceny paliw (dodały 0,7 pp) i nośników energii (dodały 0,4 pp). "W konsekwencji w dalszym ciągu narasta dysproporcja pomiędzy zmianami cen towarów (drożeją już o 16,8 proc. r/r) i usług, których ceny rosną wyraźnie wolniej (w czerwcu: 11,5 proc. r/r)" - zwrócili uwagę analitycy.

Według szacunków PKO BP inflacja bazowa wzrosła do 9,1-9,2 proc. rdr, dodając do CPI 0,3 pp. "W skali miesiąca ceny z wyłączeniem żywności i energii wzrosły o 0,6-0,7 proc. - najmniej od grudnia 2021" - zauważyli eksperci, dodając, że "presja inflacyjna stopniowo wytraca impet".

"Wśród komponentów bazowych nadal obserwujemy relatywnie silne wzrosty usług z dużym udziałem kosztów pracy (np. usługi lekarskie). W czerwcu silnie wzrosły ceny w turystyce zorganizowanej, w tym głównie wyjazdów zagranicznych (prawie 11 proc. m/m i 41 proc. r/r). Nadal silnie rosły ceny w restauracjach i hotelach (1,3 proc. m/m; 15,9 proc. r/r). Spadły za to ceny odzieży i obuwia, które pierwszy raz od października 2021 r. uplasowały się poniżej wzorca sezonowego" - wskazano.

"W połączeniu z wyhamowaniem wzrostu cen w kategoriach dóbr i usług innych niż podstawowe, dane mogą być pierwszym sygnałem, że ograniczanie popytu przez gospodarstwa domowe ogranicza możliwości dalszego przerzucania wyższych kosztów na konsumentów" - skomentowali analitycy.

W ocenie PKO BP "w kolejnych miesiącach" o zmianach inflacji nadal decydować będą "głównie" ceny nośników energii, paliw i żywności. "Wśród tych pierwszych w czerwcu pierwsze skrzypce nadal grały ceny opału (122 proc. r/r), jednak w kolejnych miesiącach należy oczekiwać także narastania dynamiki cen ciepła i gazu" - przewidują eksperci.

"Biorąc pod uwagę bieżące trendy na stacjach paliw (silne spadki) i żywności (słabsze wzrosty) oraz dalsze hamowanie impetu inflacji bazowej zakładamy, że lipiec może być pierwszym od lutego br. (kiedy wprowadzano tarcze antyinflacyjne) miesiącem bez wzrostu inflacji" - prognozują analitycy banku.

PAP

BiznesAlert.pl: Co dane mówią o kryzysie energetycznym w Europie?

Georg Zachmann: Mamy problem nie tylko w Europie, ale na skalę globalną. Zużycie ropy wzrosło o około 10 procent po pandemii koronawirusa. Wydobycie wzrosło tylko o sześć procent i ten fakt podnosi ceny. Podobnie jest z LNG, na które wzrosło zapotrzebowanie szczególnie przez fakt, że Rosja zatrzymała dostawy więc Europa musi coraz bardziej polegać na dostawach z rynku gazu skroplonego. Mamy też lokalne problemy z energetyką w Europie, jak niskie wytwarzanie energii z energetyki jądrowej we Francji. Nie ma już dodatkowych źródeł pozwalających zwiększyć dostępność surowca. Jedyne wyjście to redukcja zapotrzebowania.

Czy to jest jedyne wyjście?

Jeśli zmniejszymy zużycie w celu obniżki cen pomożemy konsumentom w Europie i poza nią. Na naszym kontynencie biedniejsze kraje nie mogą sobie pozwolić na zakup surowców, bo są wykupywane przez najbogatszych, którzy subsydiując sektor podnoszą ceny. Subsydia sprawiają więc, że bogatsi wykupują biedniejszym surowce sprzed nosa. Rozwiązaniem nie będzie więcej subsydiów. Oznaczałyby one więcej pieniędzy w systemie, ale nie więcej surowców.

Jak się przygotować?

Powinniśmy zacząć dekadę temu. Na początku ataku Rosji na Ukrainę było już jasne, że energetyka jest bronią polityczną Rosji, której ta użyje. Jest niezwykle ważne, aby kraje europejskie jak Niemcy, Włochy czy Austria nie były wystawione na szantaż energetyczny. Jednakże zależność tych krajów od surowców z Rosji jest nadal wysoka. Ministerstwo gospodarki i klimatu Niemiec robi to, co należy w celu zmniejszenia zapotrzebowania na gaz, ale z drugiej strony są tacy politycy, którzy nauczeni doświadczeniami pandemii koronawirusa, unikają wzywania populacji do zmiany zachowania przez tę trudną sytuację.

Co by się stało, gdyby Rosja całkowicie zatrzymała dostawy gazu do Europy?

Jeśli Rosja to zrobi, pojawią się ograniczenia dostępu do gazu. Do odpowiedzi pozostaje pytanie o skalę takich ograniczeń, czy będzie chodziło o przykręcenie termostatów czy raczej czekają nas blackouty oraz wyłączenia przemysłu w Niemczech. Odpowiednie ograniczenia pozwoliłyby przejść przez następną zimę. Im lepiej się przygotujemy, tym mniejsze będziemy mieli problemy. Myślę, że jeśli będziemy odpowiednio przygotowani, Putin nie zatrzyma dostaw gazu.

Co z energetyką jądrową?

Wytwarzanie z energetyki jądrowej nie jest małe. To około 9 GW mocy. Z drugiej strony narracja polityczna głosi, że łatwiej zamknąć część przemysłu zamiast otwierać na nowo debatę o energetyce jądrowej. To będzie zależało od decyzji politycznej.

Czy Polska i Niemcy, a szerzej cała Unia Europejska, są skazane na współpracę w dobie kryzysu energetycznego?

Jesteśmy w tej sytuacji razem. Wiele krajów zyskałoby na tym, gdyby Polska obstając za wspólną zasadą solidarności energetycznej. Dane pokazują, że Polska da sobie radę zimą, ale rząd w Warszawie powinien pilnować, aby gazociąg Baltic Pipe był gotowy na czas a gazowce z LNG docierały w tak dużej liczbie jak w ostatnich miesiącach. Ograniczenie zużycia gazu w Polsce było większe w Polsce niż innych krajach. Przygotowała się ona bardzo dobrze. Jeżeli Polska pomoże teraz innym krajom unijnym poprzez reeksport do sąsiadów, będzie to cenne wsparcie z perspektywy jedności europejskiej wobec kryzysu.

Co z pomysłem zakazu importu gazu rosyjskiego przedstawionym po ataku Rosji na Ukrainę?

Do rozwiązania jest problem coraz większych pieniędzy przekazywanych Rosji za coraz mniej dostarczanego gazu. Rosjanie wysyłają nam gaz, bo czyni nas on zależnym od nich i daje im przewagę. Nie powinniśmy się obawiać reakcji na tak wysokie ceny gazu z Rosji. Unia Europejska nie powinna jednak odcinać się od Rosji na zawsze. Mamy infrastrukturę, więc Europa powinna rozwinąć silne instytucje pozwalające bezpiecznie kupować surowce rosyjskie. Jedna agencja zakupowa mogłaby zarządzać naszą zależnością i pozwolić uniknąć podziałów między krajami członkowskimi w sprawie dostaw gazu z Rosji w przyszłości.

Wizja współzależności z Rosją zawiodła w przeszłości.

Wierzyliśmy, że Unia Europejska może utrzymywać relacje z Rosją jak z klientem biznesowym, ale czas zrozumieć, że to polityka. Dlatego też potrzebna jest kontrola polityczna nad cenami i wolumenami dostaw.

Czy w obliczu jeszcze głębszego kryzysu energetycznego jest nadzieja? Co z transformacją energetyczną?

Mam nadzieję, że ostatecznie będzie dobrze. Koszt technologii Odnawialnych Źródeł Energii oraz efektywności energetycznej spada do poziomu komercyjnego. Jeśli przerwaliśmy handel z Rosją, a ceny energii pozostaną wysokie, transformacja energetyczna pójdzie dzięki tym uwarunkowaniom naprzód. Rozwój terminali LNG oraz wodoru jako rozwiązanie mnie nie przekonuje z punktu widzenia kosztów. Należy obniżyć zużycie energii w Europie i zwiększyć użycie OZE. W ten sposób staniemy się prawdziwie niezależni od Rosji.

biznesalert.pl

Zachodni politycy próbowali ukryć przed wyborcami, że jedynym pewnym sposobem na zmniejszenie dochodów Rosji ze sprzedaży ropy naftowej jest recesja największych gospodarek - uważa John Kemp, publicysta Reutersa.

Zdaniem Kempa zarówno amerykańscy, jak i europejscy przywódcy nie zdecydują się na celowe osłabienie swoich gospodarek, aby zwiększyć ekonomiczną presję na Moskwę, ponieważ „ubóstwo nie jest atrakcyjną opcją w walce wyborczej”.

Równocześnie prognozuje, że jeśli doszłoby do recesji, to „prawdopodobieństwa nałożenia surowych sankcji znacznie wzrośnie” - tak w odniesieniu do bieżącego, jak i przyszłego roku. Spowolnienie gospodarcze w naturalny sposób zmniejszy bowiem zapotrzebowanie na surowiec, co pozwoli rynkowi złapać nieco oddechu i otworzy nowe możliwości przeciwdziałania agresywnej polityce Putina. „W czasie recesji dochody Rosji ucierpiałyby podwójnie - na skutek połączenia niższych cen i mniejszych wolumenów” - dodaje.

Autor Reutersa przypomina w swoim felietonie, że w 2021 roku Rosja wydobyła 536 mln ton ropy, co pozwoliło jej zdobyć drugą pozycję w zestawieniu największych producentów. Pierwszą zajęły Stany Zjednoczone (711 mln t), zaś trzecią Arabia Saudyjska (515 mln t). Według BP przełożyło się to odpowiednio na 13%, 17% i 12% udziałów w globalnym wydobyciu.

W ostatnich miesiącach, jak wspomina Kemp, mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której ceny rosły szybciej niż spadały wolumeny rosyjskiego eksportu, przez co uderzenie naftowe nie było zbyt dotkliwe dla Rosjan.

energetyka24.com

11 lipca, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami i coroczną praktyką, Gazprom wstrzymał dostawy gazu dla odbiorców europejskich gazociągiem Nord Stream 1 (NS1), prowadzącym z Rosji do Niemiec po dnie Morza Bałtyckiego.

Choć przerwa w dostawach ma mieć charakter techniczny (związany z planowymi pracami konserwacyjnymi), szereg europejskich komentatorów i urzędników (w tym minister gospodarki Niemiec Robert Habeck, minister gospodarki i finansów Francji Bruno Le Maire czy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Valdis Dombrovskis) wyraża obawy, że po jej zakończeniu (21 lipca) dostawy nie zostaną w pełni ani nawet w części przywrócone. Już w czerwcu Gazprom zmniejszył – ze 167 mln m3 do 66 mln m3 na dobę – dostawy gazu przez NS1, powołując się m.in. na problemy związane z zatrzymaniem wskutek sankcji w Kanadzie remontowanych w tym kraju turbin gazowych marki Siemens do stacji kompresorowej. Rzecznik prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow odrzucił kierowane wobec Moskwy oskarżenia, iż decyzje mają charakter polityczny, i wskazał (8 lipca), że zwrot turbiny pomoże zwiększyć dostawy po przerwie technicznej.

10 lipca minister energetyki Kanady Jonathan Wilkinson zapowiedział, że rząd zezwoli na zastosowanie wyjątku od wprowadzonych przez ten kraj sankcji i wyda czasową,  odwoływalną zgodę na dostarczenie do Niemiec przeznaczonych dla rosyjskiego Gazpromu turbin gazowych Siemensa remontowanych w należących do spółki córki tej firmy zakładach w Montrealu. Według przecieków medialnych (opublikowanych w kanadyjskim dzienniku „The Globe and Mail” 13 lipca) zgoda ma obowiązywać przez dwa lata i dotyczyć sześciu turbin. Decyzję Kanady skrytykowały władze Ukrainy, w tym prezydent Wołodymyr Zełenski. Tego samego dnia ukraińskie MSZ w ustnej nocie przekazało swój protest ambasadorowi tego kraju w Kijowie. Także resorty energetyki i spraw wewnętrznych Ukrainy wezwały kanadyjski parlament do wstrzymania zwrotu turbiny, argumentując, że w przeciwnym razie Moskwa uzyska wsparcie w jej wojnie hybrydowej przeciwko Europie. W oświadczeniu podkreślono, że strona rosyjska nie korzysta z istniejących możliwości zwiększenia dostaw gazu przez terytorium Ukrainy.

10 lipca decyzję rządu Kanady z zadowoleniem przyjął kanclerz Niemiec Olaf Scholz, a 11 lipca poparł ją również Departament Stanu USA. Stwierdzono przy tym, że jej wdrożenie pozwoli Niemcom i innym państwom europejskim na uzupełnienie zapasów surowca i zabezpieczenie się przed rosyjskim szantażem energetycznym. Tego samego dnia rzecznik rządu RFN oświadczył, iż strona niemiecka przyjęła do wiadomości krytyczne stanowisko władz Ukrainy odnośnie do zwrotu turbiny, i podkreślił, że sankcje UE nie obejmują sprzętu związanego z dostawą gazu ziemnego. Podobną ocenę przedstawił rzecznik Komisji Europejskiej.

8 lipca podczas narady z członkami rządu poświęconej kompleksowi paliwowo-energetycznemu prezydent Władimir Putin wezwał urzędujący gabinet i rosyjskie firmy energetyczne do przygotowania się na zachodnie embargo na import rosyjskich nośników energii oraz do intensyfikacji działań na rzecz dywersyfikacji ich eksportu na kierunki południowe i wschodnie.

11 lipca sąd Kraju Krasnodarskiego w Rostowie nad Donem, po apelacji konsorcjum KTK/CPC (operatora rurociągu naftowego z kazaskiego złoża Tengiz do rosyjskiego terminalu w Noworosyjsku), zmienił postanowienie sądu rejonowego w Noworosyjsku z 5 lipca i zastąpił wstrzymanie działalności tej spółki na 30 dni w związku z naruszeniami w sferze ochrony środowiska (a w konsekwencji funkcjonowania ropociągu) grzywną w wysokości 200 tys. rubli (aktualnie równowartość ok. 3,3 tys. dolarów).

13 lipca opublikowano comiesięczny raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE), z którego wynika m.in., że wydobycie ropy naftowej w Rosji wzrosło w czerwcu o 490 tys. baryłek na dobę (b/d) – do 11,07 mln b/d, a eksport tego surowca zmniejszył się w czerwcu do 7,4 mln b/d, tj. o 250 tys. b/d względem maja br. (z czego ok. 5 mln b/d przypadało na ropę surową, a ok. 2,4 mln b/d na produkty naftowe, których wolumen eksportu nie zmienił się). Jednocześnie dochody Rosji z eksportu ropy zwiększyły się w czerwcu w porównaniu z majem o 700 mln dolarów i przekroczyły poziom 20 mld dolarów miesięcznie. Wynikało to ze wzrostu średniej ceny ropy marki Urals, która w czerwcu (według danych Ministerstwa Finansów FR) wyniosła 87,25 dolara za baryłkę, tj. o 10,7% więcej niż w maju br.

13 lipca agencja ratingowa Moody’s podała, że planowane przez Niemcy ograniczenie udziału importu gazu ziemnego z Rosji do 10% do 2024 r. będzie bardzo dużym wyzwaniem (mimo że w kwietniu br. udało się już zmniejszyć ten odsetek z 60 do 35%). Z kolei Włochy mogą całkowicie uniezależnić się od importu gazu z tego kierunku do 2025 r. Według ocen agencji ewentualne wstrzymanie przez Rosję dostaw surowca przez NS1 i wynikające z tego problemy spowodują straty szacowane odpowiednio na 3–6% PKB Niemiec oraz 1–3% PKB Włoch.

14 lipca rzeczniczka MSZ FR Maria Zacharowa określiła dyskutowane w ramach grupy G7 plany wprowadzenia limitów cenowych na ropę eksportowaną przez Rosję jako „antyrynkowe, awanturnicze i woluntarystyczne”. Zagroziła też, że ich wcielenie w życie doprowadziłoby do wzrostu światowych cen tego surowca. Wcześniej wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow nazwał te doniesienia wojną psychologiczną toczoną przeciwko Rosji przez Zachód. O takich planach debatowano już z inicjatywy USA m.in. na szczycie G7 w Elmau w dniach 26–28 czerwca br. Wcześniej, w maju br., mówiła o nich sekretarz skarbu USA Janet Yellen. Według przecieków medialnych zakładałyby one ustalenie akceptowalnego ograniczonego poziomu cenowego na eksportowaną przez Rosję ropę naftową przy jednoczesnym ustanowieniu restrykcji grożących za jego przekroczenie (zwłaszcza w postaci zakazu ubezpieczania frachtu). 14 lipca agencja Bloomberg poinformowała, że rząd FR opracował plan wprowadzenia w październiku br. narodowego standardu ropy i skłonienia odbiorców do nabywania surowca na rosyjskiej platformie zakupowej (a nie na międzynarodowych giełdach). Intencją Moskwy jest osiągnięcie do wiosny 2023 r. satysfakcjonującego poziomu obrotów i ceny, co zabezpieczy ją przed ewentualnymi limitami cenowymi ustanawianymi przez państwa zachodnie. Jak dotąd podejmowane od ponad 10 lat próby stworzenia przez Rosję własnego standardu ropy były nieskuteczne z uwagi na zbyt małe ilości sprzedawanego na moskiewskiej giełdzie Spimex surowca.

Według statystyk Indii eksport rosyjskiej ropy naftowej do tego kraju wzrósł w czerwcu do średnio 950 tys. b/d, tj. o 15,5% względem maja br. Dzięki znaczącemu upustowi na surowiec marki Urals Rosja ma obecnie ok. 20% udziału w indyjskim imporcie ropy i stanowi przy tym drugie po Iraku jej źródło. Z kolei wstępne dane dotyczące Chin sugerują, że Rosja, której eksport na tym kierunku kolejny miesiąc kształtował się na poziomie ok. 2 mln b/d, pozostawała największym importerem surowca do ChRL. Wzrasta też eksport rosyjskiego gazu ziemnego do Chin gazociągiem Siła Syberii. Według danych Gazpromu z 1 lipca w I półroczu 2022 r. zwiększył się on wobec analogicznego okresu ub.r. o 63,4%. Prognozy koncernu przewidują wyeksportowanie tym szlakiem w br. ok. 15 mld m3 surowca.

Komentarz

Zatrzymanie przez Kanadę zwrotu do Rosji turbiny gazowej dla stacji kompresorowej Portowaja k. Wyborga (działającej na gazociągu Nord Stream 1) spowodowane było tym, że użyto w niej napędu stworzonego na bazie silnika lotniczego Rolls-Royce’a wykorzystywanego także w samolotach bojowych, co uznano za technologię podwójnego przeznaczenia. Kolejna taka turbina nadal znajduje się w zakładach w Montrealu należących do brytyjskiej firmy Industrial Turbine Company Limited (ITCL) – spółki córki niemieckiej firmy Siemens. Decyzja rządu Kanady o zwrocie turbiny do Niemiec nastąpiła w wyniku porozumienia zawartego po intensywnych zakulisowych rozmowach niemiecko-kanadyjskich, zapewne w konsultacji z władzami USA. Przekazanie turbiny (według doniesień kanadyjskich mediów już ją wysłano) stronie rosyjskiej ma nastąpić w ciągu około trzech tygodni. Porozumienie kanadyjsko-niemieckie ma też umożliwić remont kolejnych pięciu turbin Siemensa dla Gazpromu.

Oczekiwanie (wyrażane w niektórych komentarzach niemieckich czy amerykańskich), że zwrot turbiny spowoduje przywrócenie przez Gazprom normalnego poziomu dostaw gazu przez NS1 (którego przepustowość wynosi 170 mln m3 na dobę) jest mało realistyczne. U źródeł decyzji Moskwy o znaczącym ograniczeniu przesyłu przez NS1 leżą bowiem intencje polityczne. Ma się ona przyczynić do wzrostu cen gazu na rynku europejskim i wywołania na nim perturbacji, utrudnić napełnienie magazynów surowca (zwłaszcza w RFN) przed sezonem grzewczym, a przede wszystkim – spowodować szkody gospodarcze u czołowych odbiorców europejskich (szczególnie w Niemczech, silnie uzależnionych od importu z Rosji). Celem jest wywołanie niepokojów społecznych, które w zamyśle Kremla miałyby wpłynąć na rewizję postawy poszczególnych rządów wobec Rosji i wojny rosyjsko-ukraińskiej, w tym zwiększyć ich polityczną presję na Kijów, aby szybko zakończyć gorącą fazę konfliktu na warunkach korzystnych dla Moskwy.

Rosja bez trudu mogłaby zastąpić większość zakontraktowanego przesyłu przez NS1, zwłaszcza wykorzystując biegnący przez Ukrainę gazociąg Braterstwo (a także biegnący przez Polskę gazociąg jamalski), jednak nie robi tego, lecz utrzymuje dostawy tylko tym jednym szlakiem na niezmienionym poziomie ok. 41 mln m3 na dobę (przy przewidzianym w obowiązującym kontrakcie poziomie 109 mln m3 na dobę, z czego 77 mln m3 przez jedyny czynny obecnie punkt odbioru Sudża). O złej woli strony rosyjskiej świadczy też to, że komunikat Gazpromu poprzedzający znaczącą redukcję (o 60%) przesyłu przez NS1 w czerwcu br. wymienia wśród przyczyn nie tylko zatrzymanie turbin gazowych w Kanadzie, lecz także wyrobienie resursu technicznego przez inne turbiny (w sumie w stacji Portowaja pracuje ich osiem, w tym jedna rezerwowa) i rzekomo ujawnione, bliżej nieokreślone problemy techniczne z silnikami. Również krótki komunikat Gazpromu z 13 lipca informujący, że koncern nie otrzymał gwarancji zwrotu remontowanych w Kanadzie turbin i w związku z tym nie może zagwarantować zwiększenia dostaw gazociągiem NS1, sugeruje, że będzie się on z tym wstrzymywał.

Należy zatem oczekiwać, że Rosja będzie nadal szantażować odbiorców europejskich arbitralnym ograniczaniem (albo nawet czasowym wstrzymywaniem) dostaw gazu, tym bardziej że ustępstwo Niemiec i Kanady, w połączeniu z bliskimi paniki komentarzami części europejskich elit dotyczącymi spodziewanego kryzysu energetycznego w Europie, potraktuje ona jako dowód na skuteczność swojej agresywnej taktyki.

osw.waw.pl

piątek, 15 lipca 2022


„Moi żołnierze oszacowali, że w ciągu godziny wystrzelili w nas 500 pocisków. Jeśli odjąć czas, w którym atakuje piechota, ostrzeliwują nas średnio 10-12 godzin na dobę. Wychodzi na dobę blisko 5000 pocisków tylko na niewielki sektor jaki broni „Swoboda" - mówił kpt. Gwardii Narodowej, Petro Kuzyk, dowódca ochotniczego batalionu „Swoboda" 4 Brygady Operacyjnej GN, walczącej wówczas jeszcze w Rubiżnem, potem wycofanej do Siewierodoniecka. W czasie walk o Siewierodonieck ostrzał był równie zmasowany i tak dokuczliwy, że batalion „Swoboda" zastosował taktykę maksymalnego zbliżenia się („przyklejenia się"), do pozycji piechoty nieprzyjaciela. Tyle, że działało to przez 1-2 dni, po czym Rosjanie zaczęli kłaść znowu nawały ogniowe, bez troski o własną piechotę.

Z kolei artyleria ukraińska używana jest w rozproszeniu, stawia na celność i szybkość ognia, gdzie warunkiem przeżycia jest szybka zmiana pozycji. Obie strony przywiązują znaczącą uwagę do rozpoznania pozycji przeciwnika i ognia kontrbateryjnego. Uwidacznia się w tym względzie znaczenie dronów, które wykrywają stanowiska artylerii, naprowadzają na nią celny, kilkusalwowy ogień, i oceniają skutki ataków. Kluczowym jest więc wykonanie zadania ogniowego, i natychmiastowa zmiana pozycji.

Armatohaubice kal. 155 mm mają w tej kwestii znacząca przewagę, chociażby ze względu na precyzję i większe zasięgi, jednakże nie zawsze możliwe jest trzymanie się poza zasięgiem oddziaływania artylerii npla. Znaczenie również ma przewaga sprzętu samobieżnego i opancerzonego, nad ciągnionym, który daje większe możliwości obsłudze na przeżycie.

Do ognia kontrbateryjnego, zwłaszcza do celów o szczególnym znaczeniu, stosowany jest cały arsenał uzbrojenia, nie tylko artyleria lufowa, ale i rakietowa prowadząca ostrzał powierzchniowy amunicją kasetową, również amunicja krążąca, a nawet rakiety operacyjne Toczka-U.

(...)

W pełnoskalowej, długotrwałej wojnie artylerii, kluczowym czynnikiem – jak się okazuje – może być, i jest na Ukrainie, amunicja. Nie jest przypadkiem, że celem artylerii czy rakiet taktyczno-operacyjnych są również składy amunicji na bezpośrednim zapleczu frontu. W przypadku armii ukraińskiej amunicja, a raczej jej kurczące się szybko zasoby, to poważny problemem. O tym, że amunicji na Ukrainie jest relatywnie mało, a sprzęt artylerii (np. lufy) jest zużyty sygnalizowano jeszcze przed wojną. Przy niebywałej intensywności ognia artylerii w Donbasie, lufy szybko się zużywają, co ma wpływ na malejącą celność. Również ogień kontrbateryjny szybko degraduje sprzęt artylerii, bowiem nakryta ogniem bateria to nie tylko zabici i zniszczony sprzęt, ale również ranni, kontuzjowani i uszkodzone działa czy haubice. Zastępca ministra obrony narodowej Denys Szarapow stwierdził, że w wyniku ognia kontrbateryjnego średnio dla sześciodziałowej baterii artylerii 2 z 6 dział/haubic (ok. 30%) odnoszą na tyle poważne uszkodzenia od odłamków, np. poprzez zniszczenie kluczowych mechanizmów, że konieczna jest ich naprawa (remont).

(...)

Sygnalizowane przez Kijów wyczerpanie się zasobów amunicji posowieckiej, zresztą nie tylko na Ukrainie, ale i kurczące się możliwości pozyskiwania jej na świecie (m.in. w wyniku oddziaływania Rosji na państwa trzecie), nie jest wyłącznym problemem ukraińskiej armii. Kijów deklaruje, że jedynym wyjściem jest przejście na amunicję NATO-wską, na razie 155 mm. Jednak problem amunicji może pozostać nierozwiązany w kolejnych tygodniach i miesiącach nawet po przejściu na amunicję 155 mm, co jest ukraińską nadzieją, bowiem kraje zachodnie nie dysponują taką ilością amunicji, jaka jest w tej chwili potrzebna. Powiedział o tym wyraźnie minister obrony Wielkiej Brytanii Ben Wallace, który stwierdził, że Zachód nie dysponuje dostateczną ilością amunicji, którą można by przekazać na Ukrainę, w warunkach długotrwałej, wielomiesięcznej wojny. Ukraina miała dotychczas otrzymać blisko 300 tys. sztuk amunicji artyleryjskiej, które przy obecnej intensywności ognia starczą szacunkowo na ok. 40 dni. Potem jej uzupełnienie będzie niemożliwe z racji wyczerpania posiadanych zasobów, koniecznym byłoby zwiększenie tempa bieżącej produkcji amunicji przez zakłady przemysłowe.

(...)

Wiceminister obrony Ukrainy Hanna Malar stwierdziła, że armia ukraińska zużywa dziennie do 6 tys. pocisków artyleryjskich, podczas gdy armia rosyjska ok. 60 tys. Dla porównania, jeśli artyleria ukraińska wystrzeliwuje dziennie 5-6 tys. pocisków, to zakłady Artem w ciągu roku wyprodukowały 14 tys. nowych pocisków 152 mm, a więc na 2-3 dni intensywnych walk.

Co ciekawe, przebywający na froncie redaktor portalu Censor.net, Jurij Butusow, już w kwietniu sygnalizował, że ograniczenia w zużyciu amunicji mają wpływ na intensywność ukraińskiego ognia, a artyleria jest kluczowym elementem obrony – wezwanie skutecznego ognia artylerii kasuje każde natarcie npla, ale z kolei brak wsparcia własnej artylerii stanowi duży problem i grozi taktycznymi kryzysami. „Przeciwnik przesuwa się tam, gdzie widzi, że nie ma celnego korygowanego i stałego ognia artylerii. Tam gdzie dochodzi do boju kontaktowego ukraińska armia ma przewagę. Tam, gdzie w boju możemy zastosować chociażby kilka dziesiątków pocisków na armatę, ukraińska armia ma przewagę, i wroga odrzucają. Ale jeśli limity na strzelanie są mniejsze niż potrzeby do ostrzału – ciężko utrzymać pozycje, i tam Rosjanom gdzieniegdzie udaje się przełamać naszą obronę. Bo jeśli strzela przeciwnik, ale po nim strzelają w odpowiedzi, ludzie wytrzymują. Nie wytrzymują, kiedy przez dłuższy czas po wyznaczonych celach nie ma komu prowadzić ostrzału" – pisał Jurij Butusow w trzeciej dekadzie kwietnia, kiedy jeszcze nie mówiono głośno o stratach w Donbasie i problemach z amunicją.

(...)

Jedyna szansa strony ukraińskiej to efektywne i mądre wykorzystanie, w sumie nielicznych, najnowszych systemów artylerii jak Caesar, Krab, PzH2000, Himars, na granicy ich zasięgów, z precyzyjnym ostrzałem „snajperskim", z ich przeżywalnością na polu walki, jako kluczowym priorytetem (wysoka efektywność ogniowa pozostaje poza dyskusją). Tak operują już kołowe Caesar, wg algorytmu manewr-ogień-manewr, przy czym wykonanie bojowego zadania zajmuje 3-5 minut (zajęcie pozycji, ogień, zmiana pozycji), a ostrzał prowadzony jest z szybkostrzelnością praktyczną 4-5 strzałów w minutę, na znane odległości 17 i 22 km, a więc poza zasięgiem sowieckiego kalibru 122 mm, a z amunicją wspomaganą jeszcze dalej.

Ograniczenia w amunicji artyleryjskiej i większe rozśrodkowanie sił i środków npla, spowodowało z czasem zmianę taktyki ukraińskiej artylerii – zamiast nawał ogniowych, po 50-60 pocisków na działo z początku wojny, kładzionych na kolumny, czy obszar koncentracji wojsk npla, obecnie stosuje się „artyleryjski sniping", czyli niszczenie npla celnym, korygowanym z drona ogniem, przy jak najmniejszym zużyciu amunicji i natychmiastowej zmianie pozycji.

defence24.pl

Korupcja urzędników, wszechobecna w Rosji moskiewskiej i imperialnej, była objawem głębszego schorzenia – bezprawia, które jest zawsze jej wiernym towarzyszem.

Aż do reformy sądownictwa w 1864 roku, ale pod pewnymi względami (...) jeszcze później, Rosja nie znała niezależnego wymiaru sprawiedliwości. Był on tu częścią administracji, dbał więc przede wszystkim o interesy władz. Aż do progu współczesności przestępstwa popełnione przez jedną osobę prywatną na szkodę drugiej lub przez urzędnika na szkodę osoby prywatnej nie obchodziły państwa.

W Rzymie wymiar sprawiedliwości oddzielił się od administracji już w II wieku p.n.e. W krajach o tradycji feudalnej, czyli w przeważającej części Europy Zachodniej, rozdział ten nastąpił u schyłku średniowiecza. W Anglii pod koniec XIII wieku doradcy prawni króla mieli własne miejsce obok pełnomocników administracyjnych i fiskalnych. Również we Francji powstał w tym czasie, jako odrębna instytucja, sąd zwany parlamentem paryskim. Pod tym względem Rosja przypominała starożytne monarchie wschodnie, gdzie wymiarem sprawiedliwości zajmowali się w ramach swoich obowiązków urzędnicy królewscy. W państwie moskiewskim każdy prikaz miał sekcję sądowniczą działającą zgodnie z własnym systemem wymiaru sprawiedliwości, któremu podlegali wszyscy ludzie należący do jego administracyjnej kompetencji – dokładnie tak, jak to było wcześniej, w okresie rozbicia dzielnicowego, w wielkich majątkach prywatnych. Sprawiedliwość wymierzali też wojewodowie na swoim obszarze administracyjnym. To samo dotyczyło Kościoła. Ważniejsze sprawy o przestępstwa przeciwko państwu rozpatrywał car i Duma.

Jak należało się spodziewać, Piotr I, a zwłaszcza Katarzyna II, podjęli starania, aby stworzyć odrębny aparat wymiaru sprawiedliwości, ale napotkali na nieprzezwyciężone przeszkody, wśród nich brak kodeksu praw. Jedyny istniejący kodeks, pochodzący jeszcze z 1649 roku, w dużej mierze zdezaktualizował się, a w każdym razie nie dawał wskazówek, w jaki sposób załatwiać skargi jednego poddanego przeciwko drugiemu. Nawet gdyby osiemnastowieczny sędzia przypadkiem zadał sobie trud rozpatrzenia sprawy, nie dysponował przepisami, którymi mógłby się przy tym posłużyć. Aż do czasów Mikołaja I nic się w tym zakresie nie zmieniło. Dopiero za rządów tego cara opublikowano w końcu zbiór praw wydanych od roku 1649 roku, a potem ogłoszono nowy kodeks. Ale ponieważ procedura sądowa nadal miała tradycyjny charakter, Rosjanie unikali sądów jak zarazy. Aż do reformy z 1864 roku rząd nie wszczynał postępowania sądowego, chyba że chodziło o jego własne sprawy; wszelkie procesy cywilne i rozprawy o przestępstwa pospolite odbywały się z oskarżenia prywatnego. Zwykle przypominały licytację, którą wygrywała strona oferująca więcej pieniędzy wszechwładnemu sekretarzowi. Wszystko to fatalnie pogarszało jakość życia. Według modnej teorii pochodzącej od Marksa prawo i sądy są po to, aby bronić interesów klas posiadających. Doświadczenie historyczne mówi jednak, że jest inaczej. Ci, którzy mają władzę, mogą się obejść bez sądów i praw, bo i bez nich robią, co chcą; to biedni i słabi potrzebują wymiaru sprawiedliwości. Ten, kto nie zgadza się z tym twierdzeniem, niech porówna ogólne warunki życia i poczucie bezpieczeństwa ludzi niższych stanów w krajach o krótkiej tradycji prawnej, na przykład Azji Południowo-Wschodniej, z Europą Zachodnią i Stanami Zjednoczonymi, gdzie jest ona bardzo stara i ugruntowana.

Richard Pipes — Rosja carów

czwartek, 14 lipca 2022


Choć w Rosji brak tradycji prężnego samorządu, nie znaczy to wcale, że żywa jest tam tradycja biurokratycznego centralizmu. Przed dojściem do władzy komunistów biurokracja rosyjska była stosunkowo nieliczna i mało sprawna. Biurokratyzację państwa ogromnie utrudniała rozległość kraju, niewielka gęstość zaludnienia, kiepska sieć komunikacyjna i chyba przede wszystkim brak funduszy. Władzom rosyjskim zawsze brakowało pieniędzy, a to, co miały, wolały wydać na wojsko. Za Piotra Wielkiego aparat administracyjny w Rosji – już wówczas największym państwie świata – pochłaniał 135.000 – 140.000 rubli rocznie, czyli 3–4 procent budżetu państwa. Jak skromna była to suma, świadczy następujący przykład. Pod wrażeniem porządku panującego w Inflantach, niedawno odebranych Szwedom, Piotr I nakazał w 1718 roku zbadać, jak funkcjonuje tam administracja. Dochodzenie wykazało, że rząd szwedzki przeznaczał na zarządzanie tą jedną prowincją, której powierzchnia liczyła może 50.000 kilometrów kwadratowych, tyle pieniędzy, ile car wydawał na całe imperium, obejmujące 15 milionów kilometrów kwadratowych. Zamiast jednak naśladować szwedzkie wzory, Piotr I kazał rozwiązać administrację w Inflantach.

Rosyjska biurokracja zajmowała mało miejsca nie tylko w budżecie państwa, była również niewielka w porównaniu z liczbą ludności. W połowie XIX wieku Rosja miała od 11 do 13 urzędników  państwowych na 10.000 mieszkańców. Było to trzy-, czterokrotnie mniej niż w ówczesnej Europie Zachodniej. Rosja moskiewska i Rosja imperialna, których biurokracja korzystała z wielkiej swobody działania i słynęła z samowoli, rozporządzały z pewnością zbyt szczupłym aparatem administracyjnym. Przeszkody na drodze do biurokratyzacji na pełną skalę usunięto dopiero w październiku 1917 roku, po zdobyciu władzy przez bolszewików. W tym czasie środki komunikacji i łączności były już tak nowoczesne, że ani odległość, ani klimat nie przeszkadzały centrali sprawować ścisłej kontroli nad odległymi guberniami. Pieniądze też nie były już problemem; przejęcie przez państwo całego majątku produkcyjnego zapewniło nowemu rządowi wszystkie środki, jakich potrzebował do celów  administracyjnych, a jednocześnie stanowiło świetny pretekst do zbudowania ogromnego aparatu  biurokratycznego.

Organizacja administracji rosyjskiej przed rokiem 1917 polegała na swoistym systemie dzierżawnym, który nie przypominał ani biurokratycznego centralizmu, ani samorządu. Jego prototypem była moskiewska instytucja kormlenija, która dawała służbie państwowej praktycznie wolną rękę w eksploatacji kraju, pod warunkiem jedynie, że w zamian przekaże ona państwu ustaloną część swoich dochodów. Reszta nie interesowała Korony. Katarzyna II z rozbrajającą szczerością objaśniła ten system – w takim zakresie, w jakim dotyczył on jej dworu – francuskiemu ambasadorowi:

Król Francji nigdy dokładnie nie wie, ile wydaje; nic nie jest zawczasu uregulowane ani ustalone. Ja robię inaczej: co roku ustalam kwotę, zawsze tę samą, na wydatki mojego stołu, na meble,  przedstawienia, stajnie, słowem, na całe gospodarstwo. Każę podawać na stoły w moim pałacu określoną ilość wina i określoną liczbę dań. To samo dotyczy wszystkich innych dziedzin administracji. Dopóki dostaję dokładnie tyle, pod względem jakości i ilości, ile żądałam, i nikt się nie skarży na zaniedbania w tej mierze, jestem zadowolona; jest mi zupełnie wszystko jedno, czy z ustalonej kwoty podkradną mi coś dzięki oszustwu bądź gospodarności...

Ten sam system panował w zasadzie w całym państwie, w każdym razie do drugiej połowy XIX wieku.

Słynna chciwość urzędników rosyjskich, zwłaszcza gubernialnych, szczególnie w guberniach oddalonych od stolicy, nie wynikała z jakichś osobliwych cech rosyjskiego charakteru narodowego ani nawet niskiego poziomu ludzi, którzy wybierali karierę urzędniczą. Jej przyczyną był system, w którym rząd, nie mając pieniędzy na administrację, nie tylko przez stulecia nie płacił urzędnikom pensji, ale wprost kazał im „żyć ze spraw urzędowych” (kormiatsia ot dieł). W państwie moskiewskim możliwości bogacenia się urzędników ograniczało do pewnego stopnia to, że sprawowali oni określone stanowisko na prowincji bardzo krótko. Aby wojewodowie mianowani na lukratywne stanowiska na Syberii nie przekraczali rozsądnego, w oczach władz, poziomu zdzierstwa, rząd wystawiał warty przy głównych drogach wiodących z Syberii do Moskwy, które rewidowały wracających wojewodów z rodzinami i konfiskowały nadwyżkę. W celu ich ominięcia obrotni dygnitarze wracali bocznymi drogami, przemykając się do domu jak złodzieje.

(...)

W Rosji carskiej zatem korupcja urzędników nie była aberracją, odstępstwem od przyjętej normy, jak to jest w większości krajów; była nieodłączną częścią systemu administracyjnego. Od czasu powstania Rusi Kijowskiej urzędnicy byli przyzwyczajeni do życia na koszt miejscowej ludności. Władzy  centralnej, choć się starała, brakowało środków, aby zmienić tę tradycję. I tak to trwało. W ciągu stuleci wykształcił się w Rosji cały łapówkarski savoir-vivre. Rozróżniano między „niewinnymi dochodami” (biezgriesznyje dochody) a „grzesznymi dochodami” (griesznyje dochody). Wszystko zależało od charakteru ofiary. „Grzeszne” były „dochody” osiągane kosztem Korony, takie jak defraudacja rządowych funduszy albo świadome fałszowanie danych żądanych przez jakiś urząd centralny. „Niewinne dochody” pochodziły z kieszeni społeczeństwa; były to pieniądze, które urzędnicy wymuszali od obywateli, opłaty pobierane przez sędziów za korzystny wyrok, a najczęściej napiwki za przyspieszenie załatwienia sprawy urzędowej. (...) Przyjmujący łapówkę często stosował się do niepisanego cennika i wydawał resztę. Inspektorzy rządowi nie patyczkowali się z urzędnikami szkodzącymi interesom państwa, zwłaszcza za Piotra Wielkiego i jego następców. Rzadko  interweniowali, gdy pokrzywdzonym był zwykły obywatel.

Richard Pipes — Rosja carów

Kreml jak się zdaje nakazał rosyjskim „podmiotom federalnym” (regionom) utworzenie batalionów ochotniczych do udziału w rosyjskiej inwazji na Ukrainę, zamiast ogłaszać częściową lub pełną mobilizację w Rosji. Rosyjski korespondent wojenny i milblogger Maksim Fomin stwierdził, że Rosja rozpoczęła „mobilizację ochotniczą”, w której każdy region musi wygenerować co najmniej jeden batalion ochotniczy. Termin „mobilizacja ochotników” prawdopodobnie sugeruje, że Kreml nakazał 85 „podmiotom federalnym” (regionom, w tym okupowanym Sewastopolowi i Krymowi) rekrutować i motywować finansowo ochotników do tworzenia nowych batalionów, zamiast odnosić się do dosłownej mobilizacji polegającej na poborze lub przymusowym naborze z pomocą wszystkich rezerwistów w Rosji. Rosyjskie media podały, że urzędnicy regionalni rekrutują mężczyzn w wieku do 50 lat (lub 60 w przypadku odrębnych specjalizacji wojskowych) na sześciomiesięczne kontrakty i oferują pensje w wysokości od 220.000 do 350.000 rubli miesięcznie (około 3.750 do 6.000 USD). Oddzielne regiony oferują natychmiastową premię za rekrutację, która wynosi średnio 200.000 rubli (około 3.400 dolarów) wydanych z budżetu regionu i świadczeń socjalnych dla żołnierzy i ich rodzin. Rosyjskie media już potwierdziły utworzenie lub rozmieszczenie batalionów ochotniczych w Kursku, Kraju Nadmorskim, Republice Baszkirii, Republice Czuwastycznej, Czeczenii, Republice Tatarstanu, Moskwie, Permie, Niżnym Nowogrodzie i obwodach Orenburg na przełomie czerwca i lipca. Urzędnicy obwodu tiumeńskiego ogłosili utworzenie jednostek ochotniczych (nie konkretnie batalionu) 7 lipca. Obwody Niżny Nowogród i Orenburg na przełomie czerwca i lipca.

Bataliony ochotnicze mogłyby do końca sierpnia wygenerować około 34.000 nowych żołnierzy, jeśli każdy podmiot federalny wyprodukuje co najmniej jedną jednostkę wojskową liczącą 400 żołnierzy. Niektóre rosyjskie raporty i dokumentacja sugerują, że Kreml dąży do rekrutacji około 400 żołnierzy na batalion, którzy odbędą miesięczne szkolenie przed rozmieszczeniem na Ukrainie. Liczba mężczyzn może się różnić, ponieważ niektóre podmioty federalne, takie jak Republika Tatarstanu czy Czeczenia, tworzą odpowiednio dwa i cztery bataliony ochotnicze. Możliwe, że niektóre podmioty federalne mogą opóźniać lub nie uczestniczyć w tworzeniu batalionów, a urzędnicy w Wołgogradzie podobno milczą na temat tworzenia nowych jednostek. Nowo sformowane bataliony wyjeżdżają obecnie na poligony i prawdopodobnie zakończą swoje miesięczne szkolenie do końca sierpnia, ale nie będą gotowe do walki w tak krótkim czasie. Nie będą stanowić poważnej siły bojowej.

12 lipca rosyjscy milibloggerzy skrytykowali rosyjskie wojsko za pozyskiwanie irańskich bezzałogowych statków powietrznych w celu usprawnienia namierzania artylerii na Ukrainie, nie rozwiązując przy tym kwestii dowodzenia, które dużo poważniej ogranicza skuteczność rosyjskiej artylerii. Rosyjski kanał Telegram Rybar pisze 12 lipca, że ​​rosyjskie prośby i zatwierdzenie ostrzału artyleryjskiego przechodzą przez zawiły łańcuch dowodzenia, co skutkuje opóźnieniem od kilku godzin do kilku dni między rosyjskimi siłami naziemnymi wnioskującymi o ostrzał artyleryjski, rosyjskimi celowaniem i przeprowadzaniem rzeczywistych ataków. Rybar stwierdził, że siły rosyjskie w Syrii skróciły czas między namierzeniem a uderzeniem do mniej niż godziny. Rybar pisze, że choć rosyjskie zapotrzebowanie na więcej UAV jest jasne, i że irańskie bezzałogowce pomogły osiągnąć 40-minutowy czas trafienia celu na syryjskich poligonach, dodatkowe UAV nie rozwiązują problemów związanych z nadmiernie scentralizowanym rosyjskim dowództwem i nadmiernym poleganiem na artylerii na Ukrainie. Rosyjski milblogger Wojennyj Oswiedomitel utrzymuje, że siły rosyjskie miały do ​​czynienia z tym samym nadmiernie scentralizowanym dowództwem podczas pierwszej wojny czeczeńskiej, w której niezdolność rosyjskich sił lądowych do otrzymania wsparcia artyleryjskiego, bez przechodzenia przez łańcuch dowodzenia, hamowała reakcje na działania ofensywne wroga. Milblogger Yuzhnyi Veter wykazał, że czas reakcji ukraińskich sił artyleryjskich na cel nie przekracza 40 sekund.

understandingwar.org

środa, 13 lipca 2022


Rzecznicy w ministerstwach spraw zagranicznych zwykle służą do tego, by tonować i łagodzić jakąś np. ostrą wypowiedź szefa. W Rosji jest odwrotnie. Marija Zacharowa od siedmiu lat dowodzi polityką informacyjną resortu Ławrowa. Zasłynęła już tańczeniem „kalinki”, występami w stanie wskazującym, a ostatnio opublikowała na swoim profilu społecznościowym filmik na którym dość lubieżnie zajada się truskawkami. „Masza”, jak ją często nazywają media, budzi politowanie, żenuje, ale przede wszystkim jest od tego, by straszyć i gromić Zachód.

– Polscy politycy chodzą na amerykańskiej smyczy i upowszechniają ekstremistyczną ideologię, nienawiść i wszczynają konflikty, a teraz jeszcze grożą światu naruszeniem zasad nierozprzestrzeniania broni jądrowej i co najważniejsze, narażają polski naród na uderzenie – tak np. oświadczyła Zacharowa 12 czerwca.

A to tylko mała próbka jej pozbawionych często sensu wypowiedzi. Nie o sens tutaj zresztą chodzi. Zacharowa ma uderzać w Zachód tak brutalnie, jak się da. Jeśli Ławrow mówi coś dosadnie, to „Masza” pójdzie kilometry dalej i „dorzuci do pieca”. Nazwie amerykańskiego prezydenta dziadkiem, zarzuci mu sklerozę, przepowie rozpad Wielkiej Brytanii i upadek USA. Zacharowa nie bawi się w finezyjne metafory i kurtuazję. Właściwie mówi językiem rosyjskiej ulicy. Prosto i dosadnie.

To co mówi nie ma już znaczenia dla dyplomatów. Jej zadaniem jest, by przekaz rosyjskiego MSZ o świecie był spójny z kremlowską propagandą, a nawet ją formował na odcinku zagranicznym. Stąd świat Zacharowej i Ławrowa to prosty podział: dobra Rosja walcząca z „faszystowską” nawałą wspieraną przez USA i sojuszników.

belsat.eu

Możesz powiedzieć, jak obecnie zorganizowany jest transport rannych?

Każda grupa zadaniowa, bądź jednostka powinna posiadać na miejscu własnego medyka lub osobę, która jest medycznie przeszkolona i jest w stanie od razu, po wystąpieniu zdarzenia osobę ranną przygotować do transportu i udzielić podstawowych zabiegów TC3, czyli na przykład założenie opasek uciskowych, udrożnienie dróg oddechowych, zlikwidowanie dysfunkcji układu oddechowego. Nasz punk medyczny jest ulokowany jakieś 1200 metrów za pierwszą linią i jeżeli jest potrzeba wyjeżdżamy bezpośrednio do miejsca, gdzie jest osoba poszkodowana. My robimy wszystkie niezbędne zabiegi, jeśli wcześniej nie zostały przeprowadzone i samochodem 4x4 wieziemy poszkodowanego w tył, gdzie jest już normalna droga. Stamtąd może już odebrać poszkodowanego wojskowa karetka pogotowia, która jest przygotowana do ustabilizowania funkcji życiowych. Kiedy jest taka potrzeba, my również wykonać część czynności stabilizujących życie. Sama ewakuacja jest bardzo niebezpieczna, dlatego że między umocnionymi pozycjami Rosjanie przy pomocy dronów prowadzą ostrzał artyleryjski. Często przemieszczanie się z punktu do punktu przypomina pływanie w oceanie, gdzie mamy do czynienia z rekinami, które pływają między wyspami. Nasza ekipa jeździ na pickupie. Mamy kierowcę, który jest osobą odpowiedzialną za zapewnienie nam bezpieczeństwa pracy, czyli to jest ten uzbrojony gość. Najczęściej jest to żołnierz ukraiński. Kolejnymi osobami są pomocnik i ratownik. Ta dwójka zajmuje się „zapakowaniem" poszkodowanego i stabilizacją jego życia podczas transportu. Oczywiście na tyle, na ile warunki pozwalają. Tak wygląda organizacja na okoliczność zabezpieczonych i umocnionych punktów oporu. Kiedy dochodzi do działań, mających charakter ataku czy ofensywy to tamta organizacja pomocy wygląda inaczej. Jest płynnie dostosowywana do realiów i warunków.

(...)

Czy obecnie wykorzystujecie szpitale polowe? Transportujecie rannych drogą powietrzną?

Na tym odcinku, na którym my jesteśmy nie używa się śmigłowców do celów sanitarnych. Jest bardzo duże zapotrzebowanie na śmigłowce, które mogłyby walczyć, że nie przeznacza się ich do celów związanych z transportem rannych. Na naszym odcinku wszystko odbywa się drogą lądową. Szpitali polowych, ze względu na zabezpieczenie takiego miejsca, raczej się nie wykorzystuje. Sprawa prosta i banalna. Szpitale na namiotach, szpitale na kontenerach są zdecydowanie bardziej wrażliwe na działania przeciwnika niż szpitale w budynkach. Czasami tworzy się punkt ambulatoryjny w oparciu o budynki, piwnice i podpiwniczenia, gdzie opatruje się lżejsze rany, albo stabilizuje się poszkodowanego, jeżeli jego transport dalej byłby niebezpieczny. Właściwe szpitale wojsko opiera o już funkcjonujące szpitale cywilne.

W mediach często pojawiają się informację, w których opisywane są rosyjskie ostrzały ukraińskich medyków. Czy wojska rosyjsjanie ostrzeliwują punkty pomocy medycznej bądź karetki?

Oczywiście, że tak. Począwszy od Majdanu strzelano do oznaczonych medyków i ostrzały trwają do chwili obecnej. Oznaczone karetki obrywały już na początku. W 2021 roku była bardzo głośna sprawa, gdzie na pasie ziemi niczyjej po rzekomym zawieszeniu broni weszli medycy, którzy zostali ostrzelani przez separatystów vel Rosjan. Na chwile obecną to też ma miejsce. Szpitale są ostrzeliwane. Międzynarodowe prawo humanitarne konfliktów zbrojnych zwyczajnie nie działa. Rosjanie mają świadomość tego, że kiedy oberwie medyk to w pododdziale morale opadnie. Inni medycy będą się obawiali później udzielać pomocy, a z drugiej strony żołnierze będą bali się iść w przód mając w głowie, że w razie obrażeń nikt im nie pomoże.

Jak wygląda zdrowie psychiczne u żołnierzy? Zachowanie spokoju w takich sytuacjach musi być trudne.

To są ludzie, którzy po dźwięku lotu pocisku czy rakiety wiedzą gdzie spadnie. Kiedy spada dalej niż 100 metrów to nawet się nie chowają do ziemianki. Po pewnym czasie człowiek i jego psychika przyzwyczaja się do tego, że coś lata, przyzwyczaja się do działań artylerii. Na tym odcinku, na którym ja byłem Ukraińcy tak dobrze przygotowali swoje pozycje, że są w stanie przetrwać atak artyleryjski i psychicznie się do niego dostroić. Nie jest powiedziane, że za jakiś czas to nie wypłynie, nie jest powiedziane, że psychika nie traci na tym, co się teraz zbiera.

defence24.pl

Energetyka słoneczna bardzo szybko przyczyniła się do zbijania cen energii elektrycznej w letnich szczytach zapotrzebowania odbiorców. W czerwcu średnia cena energii o godzinie 13 wynosiła ok. 600 zł/MWh, podczas gdy szczyt wieczornego zapotrzebowania wyceniano na 1350 zł/MWh. W części Europy duży udział fotowoltaiki i farm wiatrowych prowadzi do osiągania ujemnych cen na giełdach.

Dodatkowo, farmy fotowoltaiczne, które podpisały z rządem kontrakty na sprzedaż energii przez 15 lat w ramach rozstrzygniętych aukcji OZE, sprzedają dziś energię znacznie powyżej ustalonych kontraktów różnicowych. Całą nadwyżkę finansową ponad ustalone stawki zwrócą rządowemu Zarządcy Rozliczeń. Te pieniądze mogłyby w przyszłości posłużyć do obniżania cen dla odbiorców w postaci np. ujemnej opłaty OZE na rachunkach, pomniejszających ostateczną kwotę do zapłaty, bądź jako fundusz wsparcia dla najbiedniejszych odbiorców. Rząd na razie nie zdecydował co zrobić z tymi nadwyżkami.

Jednak rosnące ceny wieczorami także są częściowo pokłosiem wzrostu mocy fotowoltaiki w systemie. Poza elektrowniami szczytowo-pompowymi, które dziś są wykorzystywane do magazynowania nadwyżek mocy z PV w ciągu dnia i produkcji energii elektrycznej wieczorem, gdy słońce zachodzi, a gospodarstwa domowe i transport szynowy zużywa więcej mocy, reszta elektrowni jest mniej elastyczna. Stare kotły węglowe najlepiej czują się przy stałym niezmiennym obciążeniu, ale ze względu na rosnącą ilość fotoenergii muszą redukować dostarczaną do systemu moc w ciągu dnia i szybko podnosić generacje wieczorem. Taką pracę zaczęły odpowiednio drożej wyceniać.

Łączny rachunek wciąż jest jednak dodatni – czyli średnie dobowe ceny z fotowoltaiką są niższe niż gdyby jej nie było. Dodatkowo pozwala to zaoszczędzić też ogromne ilości węgla. Tylko od stycznia do maja, dzięki fotowoltaice, spaliliśmy w Polsce ok. 1,5 mln ton węgla kamiennego mniej, a do końca roku zaoszczędzimy w ten sposób 4-5 mln ton. Dzięki samym domowym instalacjom fotowoltaicznym uda się więc spalić w tym roku o ok. 40 tysięcy wagonów węgla mniej. To wszystko w sytuacji, gdy zapasy węgla przy elektrowniach są na najniższym poziomie od lat, nieznacznie przekraczając dziś 4 mln ton, co wystarczyłoby na zaledwie 3 tygodnie pracy bez dostaw paliwa.

wysokienapiecie.pl