wtorek, 21 czerwca 2022


BiznesAlert.pl: Krajowy Plan Odbudowy to dokument, który w założeniu determinuje konkretne scenariusze działania, reformy i inwestycje mające wzmocnić gospodarkę po koronawirusie. Polska jeszcze nie korzysta z tych środków, podczas gdy inne kraje już to robią. Z czego wynika to opóźnienie? Wydaje się, że sytuację zmieniła wojna na Ukrainie…

Maciej Bukowski: Dosyć długo negocjowaliśmy treść Krajowego Planu Odbudowy (KPO – przyp. red.) z Komisją Europejską. Były kontrowersje dotyczące praworządności oraz te dzielące rząd wewnętrznie – jaką politykę prowadzić zieloną czy czarną, europejską czy suwerennością, opartą o pożyczki czy tylko dotacje. Nie widzieliśmy jeszcze końcowego dokumentu, mamy tylko odpisy i komentarz Komisji Europejskiej, ale widać te rozbieżności np. w tym, ze wzięliśmy mało pożyczek mimo, że jest to bardzo tanio oprocentowany dług, dużo niższy niż polski rząd mógłby go sam zaciągnąć.

Jesteśmy, obok Bułgarii, ostatnim krajem, który uzgadnia KPO. To szczęście w nieszczęściu, ale ten program nie jest już pomocą ze względu na pandemię koronawirusa, ale właśnie programem osłonowym w obliczu recesji, która nadchodzi ze względu na wojnę na Ukrainie i szalejącą inflację. Grozi nam jednak to, że nie dostaniemy środków, bo nie wywiążemy się jeżeli chodzi o praworządność.

Polska musi osiągnąć określone kamienie milowe, które dotyczą m.in. praworządności i zielonej energii. Termin realizacji ostatniego z nich wypada w 2026 roku. Jak Polska wypada w tej kwestii?

Ostatni procedowany kamień dotyczy usunięcia ustawy 10H, czyli zmniejszenia ograniczeń budowy wiatraków na lądzie. Wprowadziliśmy to w 2016 roku. Inne kamienie są przesunięte na przyszłość, jak na przykład wprowadzenie silniejszej zasady „zanieczyszczający płaci” w transporcie samochodowym, czyli opodatkowanie pojazdów, które spalają dużo oraz w sposób szczególnie szkodliwy. To od parlamentu zależy, czy reformy, które warunkują otrzymanie finansowania, zostaną wprowadzone. Na poziomie rządu zadeklarowaliśmy chęć ich realizacji poprzez projekt samego KPO.

Czy ewentualne niepowodzenie może grozić Polsce „kolejnym Turowem”, czyli problemami z Komisją Europejską?

Jeżeli tak się stanie, możemy po prostu nie otrzymać części lub całości środków. Pytanie na ile Krajowy Plan Odbudowy wspiera osiągniecie celów, których nieosiągnięcie może stać się przykładowym „Turowem” w przyszłości. Do 2030 roku musimy zmniejszyć emisję w sektorach Non-ETS. To miejsca związane z emisją CO2 czy innych gazów cieplarnianych do atmosfery, które nie są objęte systemem ETS. Ta redukcja wynosi ok. 30 procent w porównaniu do 2005 roku. To oznacza rewolucję. Musimy mieć dużo więcej samochodów elektrycznych, zmienić model ogrzewania w domach, zmodernizować nasze ciepłownictwo, a to oznacza duże nakłady inwestycyjne. W KPO są środki, które można przeznaczyć na osiągnięcie tych celów, ale nie w pełni po nie sięgamy. Co nam na przykład broni zwiększyć pulę pożyczkową o kilkanaście miliardów euro i wesprzeć z tych środków inwestycje polskich rodzin w pompy ciepła lub małych i średnich miast w czyste ciepłownictwo?

biznesalert.pl

O północy 18 czerwca wszedł w życie wprowadzony przez Unię Europejską w ramach czwartego pakietu sankcji (z 15 marca br.) zakaz importu oraz transportu wybranych wyrobów z żelaza i stali wyprodukowanych w Rosji (zob. „Dziennik Urzędowy Unii Europejskiej” L 87 I). W konsekwencji m.in. litewska spółka kolejowa LTG Cargo, należąca do państwowych Kolei Litewskich (LG), po konsultacji z Komisją Europejską przestała obsługiwać tranzyt kolejowy tego typu towarów do i z obwodu kaliningradzkiego przez terytorium Litwy. Strona litewska zapowiedziała ponadto, że w najbliższych miesiącach ograniczenia tranzytowe będą rozszerzane na kolejne towary wraz z rozpoczęciem obowiązywania zakazów ich importu z Rosji: np. od 11 lipca br. – na alkohol, cement oraz wyroby z drewna.

20 czerwca szef unijnej dyplomacji Josep Borrell poinformował, że decyzja Litwy o wstrzymaniu tranzytu wybranych towarów do i z obwodu kaliningradzkiego stanowi jedynie wdrożenie unijnych sankcji, nie są to natomiast jednostronne działania Wilna. Zadeklarował jednak, że Komisja Europejska zweryfikuje, czy wprowadzone restrykcje są zgodne z zobowiązaniami przyjętymi przez UE.

Na ograniczenia tranzytowe do i z obwodu kaliningradzkiego bardzo ostro zareagowała strona rosyjska, która oskarżyła Wilno o prowokacyjne i otwarcie wrogie działania. Chargé d'affaires Litwy w Moskwie została wezwana do MSZ FR, gdzie wręczono jej notę protestacyjną. Zapowiedziano, że jeśli w najbliższej przyszłości tranzyt towarów nie zostanie w pełni przywrócony, to Rosja zastrzega sobie prawo do poczynienia kroków w celu ochrony swoich interesów narodowych. Resort uznał posunięcie Litwy za naruszające rosyjsko-unijne uzgodnienia z 2002 r. dotyczące tranzytu osób i towarów pomiędzy Kaliningradem i pozostałą częścią Rosji (zob. EU-Russia Summit, Brussels, 11 November 2002).

Rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow określił decyzję o wprowadzeniu ograniczeń tranzytowych jako bezprecedensową i niezgodną z prawem. Zapowiedział, że w najbliższych dniach działania te zostaną uważnie przeanalizowane i spotkają się z odpowiedzią.

Rosyjscy parlamentarzyści wypowiadali się jeszcze ostrzej. Deputowany Rady Federacji Andriej Klimow stwierdził, że NATO rękoma Litwy rozpoczęło blokadę rosyjskiego regionu, co należy traktować jako bezpośrednią agresję, zmuszającą kraj do samoobrony. Jeśli UE nie zmieni sytuacji, to – jego zdaniem – oznaczać to będzie zdezawuowanie dokumentów o wstąpieniu Litwy do Unii, a to „rozwiąże ręce” Rosji i pozwoli jej zlikwidować problem wszelkimi sposobami, jakie uzna za stosowne.

Sankcje wywołały zaniepokojenie w obwodzie kaliningradzkim. Jest on zależny od importu towarów – głównie z Rosji właściwej – dostarczanych przede wszystkim koleją przez terytorium Litwy i Białorusi. Obecne restrykcje nakładają się na już wprowadzone zachodnie sankcje i bojkoty korporacyjne, które mocno uderzyły w gospodarkę regionu. Gubernator obwodu kaliningradzkiego Anton Alichanow zapewnił jednak, że przy wsparciu Moskwy w najbliższym czasie zostanie rozszerzona (do pięciu) liczba promów obsługujących transport z Rosji właściwej przez Morze Bałtyckie do obwodu, co umożliwi zwiększenie wolumenu bezpośrednich dostaw towarów. Stwierdził przy tym, że jedną z kontrsankcji mogłaby być odmowa nadawania znaków akcyzowych na importowany z państw bałtyckich do Rosji alkohol, co miałoby im przynieść ok. 300 mln dolarów strat.

Komentarz

W dotychczas wprowadzanych przez UE sankcjach wobec Rosji wyłączenie dotyczące tranzytu do i z Kaliningradu pojawiło się jedynie raz (w piątym pakiecie sankcyjnym z 8 kwietnia br.) i dotyczyło zakazu wjazdu na terytorium UE dla rosyjskich przewoźników drogowych. Nadal mogą oni przejeżdżać tranzytem przez terytorium Unii i w ten sposób obsługiwać przewozy między obwodem kaliningradzkim i Rosją właściwą, pod warunkiem jednak że transport przewożonych przez nich towarów nie został w inny sposób zakazany (zob. „Dziennik Urzędowy Unii Europejskiej” L 111). W związku z tym, wbrew twierdzeniom rosyjskiej propagandy, Kaliningrad nie podlega blokadzie. Zarówno tranzyt pasażerski (kolejowy i drogowy), jak i przewóz towarów nieobjętych sankcjami odbywa się bez zmian i zakłóceń. Rosja może również korzystać z transportu drogą morską z ominięciem państw bałtyckich.

Moskwa zdecydowała się wykorzystać implementację unijnych sankcji do eskalacji napięcia w relacjach z Wilnem. Podgrzewając napięcie i strasząc bliżej nieokreśloną odpowiedzią, testuje odporność UE i samej Litwy oraz próbuje dokonać w systemie sankcyjnym wyłomu, który stałby się precedensem utrudniającym wdrożenie pozostałych restrykcji i ewentualne przyjmowanie nowych.

Eksklawowe położenie obwodu kaliningradzkiego wielokrotnie już traktowane było przez Kreml jako instrument polityki zagranicznej i nacisku na państwa zachodnie. Rosja, grając wyjątkową lokalizacją obwodu, starała się uzyskać koncesje i specjalne traktowanie zarówno w procesie rozszerzenia UE, jak i NATO. Dodatkowo położenie obwodu ze względów bezpieczeństwa postrzegane jest przez Kreml jako strategiczne. Dlatego też w ostatnich latach Moskwa konsekwentnie modernizowała i rozbudowywała potencjał militarny regionu, co przyczyniło się do widocznego wzrostu zdolności ofensywnych dyslokowanego tam zgrupowania Sił Zbrojnych FR.

Zarazem od kilku lat władze Rosji konsekwentnie inwestują w infrastrukturę zwiększającą samowystarczalność obwodu kaliningradzkiego. Jest on już niezależny energetycznie: jego moce elektroenergetyczne przewyższają zapotrzebowanie regionu, a pływający terminal LNG zapewnia alternatywny wobec lądowego szlak dostawy gazu ziemnego. Od początku inwazji na Ukrainę w lutym br. Kreml podwoił ponadto morski potencjał transportowy obwodu. Do dwóch wysłużonych kolejowo-samochodowych promów dołączył nowy kolejowo-samochodowy prom „Marszałek Rokossowski” (11 000 DWT) oraz prom uniwersalny (samochodowo-kontenerowy) „Ursa Major” (12 500 DWT), do niedawna obsługujący Noworosyjsk. Ich operatorem pozostaje spółka Oboronłogistyka należąca do Ministerstwa Obrony FR. Jesienią br. do floty ma dołączyć nowa jednostka (11 000 DWT). Co więcej, gubernator obwodu stwierdził, że toczą się rozmowy o dalszym zwiększeniu jej liczebności. Obecnie potencjał floty nie jest w pełni wykorzystywany, przede wszystkim ze względu na koszty dostaw. „Ursa Major” kursuje zapełniony w maksymalnie 30%. Zapotrzebowanie dotyczy bowiem przewozu dotowanych przez państwo wagonów kolejowych, nie zaś samochodów ciężarowych czy kontenerów pozbawionych takiego wsparcia finansowego. Jednak w przypadku wystąpienia dalszych problemów w transporcie lądowym (np. ze względu na szczegółowe kontrole przeprowadzane przez litewskie i polskie służby celne, sprawdzające, czy przestrzegane są sankcje, odprawa przewozów towarowych na przejściach lądowych znacznie się wydłużyła, co rzutuje na koszty spedycji) promy najprawdopodobniej będą zapełniane.

Od początku inwazji popyt na usługi transportowe w regionie znacznie się zmniejszył. Główne przedsiębiorstwo przemysłowe obwodu – zakłady samochodowe Awtotor (producent takich marek jak BMW, Kia i Hyundai) – w związku z niedoborem podzespołów i części od początku maja w zasadzie wstrzymało pracę. W czerwcu produkcja południowokoreańskich aut zostanie częściowo wznowiona, jednak nie wiadomo, w jakim zakresie. Jeszcze w 2019 r. na Awtotor przypadało 53% wszystkich towarowych przewozów Kolejami Kaliningradzkimi (spółka córka Kolei Rosyjskich) i ponad 70% kontenerowych obrotów kaliningradzkich portów. Po inwazji na Ukrainę wstrzymano także kolejowy tranzyt kontenerowy za pośrednictwem obwodu kaliningradzkiego między Chinami a Europą, który od połowy 2020 r. dynamicznie rósł. W wyniku bojkotów korporacyjnych europejscy kontrahenci zrezygnowali bowiem z dostaw tym szlakiem (woleli dostawy drogą morską), a dodatkowo morscy operatorzy kontenerowi wycofali się ze współpracy z rosyjskimi portami. Kolejnym ciosem dla transportu kolejowego Kaliningradu było wprowadzenie przez Polskę embarga na import i tranzyt rosyjskiego węgla. Regionalne szacunki wskazują, że już w pierwszym kwartale 2022 r. Koleje Kaliningradzkie odnotowały spadek przewozów towarowych nawet o ok. 45%. Dodatkowo z informacji Stowarzyszenia Morskich Portów Towarowych FR wynika, że w maju br. przeładunek kontenerów w kaliningradzkich portach zmniejszył się o 78% r/r, co było, obok wyników portu w Ust-Łudze (-79%), najgorszym rezultatem wśród wszystkich portów Federacji Rosyjskiej.

Sankcje i problemy transportowe szczególnie wyraźnie odbijają się na cenach w obwodzie kaliningradzkim. Roczna inflacja w maju wyniosła tam 17,4% (przy czym towarów spożywczych – ponad 18%) i był to najwyższy wskaźnik w Północno-Zachodnim Okręgu Federalnym FR, przekraczający również średnią ogólnokrajową. Sposobem radzenia sobie przez mieszkańców obwodu z problemem wysokich cen były do niedawna zwłaszcza wyjazdy na zakupy do Polski i na Litwę. Ze względu na pandemię COVID-19 i nadal obowiązujące ograniczenia w przekraczaniu rosyjskiej granicy (wprowadzone zarówno przez kraje unijne, jak i Rosję) stały się one jednak bardzo trudne. Dodatkowo w ostatnich miesiącach mocno zredukowano personel konsulatów państw UE w obwodzie (głównie Polski i Litwy), przez co uzyskanie wizy strefy Schengen jest znacznie trudniejsze. Podróż do Rosji właściwej samolotem także się wydłużyła ze względu na konieczność ominięcia przestrzeni powietrznej UE. Niemniej, dzięki państwowym dotacjom, ceny biletów nie wzrosły.

Mimo ostrej reakcji Kremla władze litewskie prezentują gotowość do wdrażania dalszych zapowiedzianych przez UE sankcji wobec Rosji, w tym także względem obwodu kaliningradzkiego. Deklarują jednak przy tym, że nie będą podejmować żadnych jednostronnych kroków, które nie wynikają z ustaw i przepisów przyjętych przez UE. W sytuacji zaognionego obecnie sporu z Moskwą kluczowe dla Wilna jest wsparcie ze strony unijnych decydentów, promujących identyczną do litewskiej narrację i potwierdzających, że decyzje Litwy podejmowane są w konsultacji z KE. Ich postawa stanowi dla Wilna zabezpieczenie przed próbą skierowania przez Rosję przeciwko Litwie skargi do sądu arbitrażowego. Groźby działań odwetowych kierowane przez Kreml pod adresem Litwy nie niepokoją jej władz. Rosja nie ma bowiem możliwości, aby niemilitarnymi środkami dokonać blokady portu w Kłajpedzie. Litwa jest już także niezależna od dostaw rosyjskich surowców energetycznych.

osw.waw.pl

Odcinek izjumski: Rosyjska artyleria i lotnictwo ostrzelało 6 miejscowości. Kontynuowane są ciężkie walki o w rejonie wsi Dołyna (okupowana przez Rosjan) i Krasnopilla. SZU odbiły miasteczko Bohorodyszcze. Ukraińcy kontynuują również natarcie przez las izjumski na miasto Izjum, stopniowo wypierając w jego kierunku przeciwnika.

Odcinek łymańsko-siwerski: SZFR nie próbowały forsować rzeki Doniec.

Na odcinku siwerskodonieckim: kontynuowane są walki miejskie o Siewierodonieck. Strona ukraińska utrzymuje dzielnicę przemysłową. SZU musiały jednak wycofać się z miasteczka Metolkine. Na południe od Siewierodoniecka rosyjskie BTG zdobyły Toszkiwkę i ruiny wsi Ustyniwka, a nastepnie przeprowadziły nieudane ataki na wieś Biła Hora (położona na południe od Łysyczańska, przy szosie P-66) i skrzyżowanie szosy P-66 i drogi O-131202 pod Myrną Dołyną.

Odcinek popasno-bachmucki: Na północ od wyłomu pod Popasną rosyjskie BTG nadal naciskają na ukraińskie pozycje w Zołotym, które było atakowane z trzech stron. Do południa Rosjanom udało się zdobyć resztę miasteczka Wrubiwka. Jednej rosyjskiej BTG udało się również wyprzeć Ukraińców i zająć skrzyżowanie dróg P-66 z T-13-16 między miastem Hirskie a Zołotym. SZFR atakowały również znowu wieś Mikołajiwka, która znajduje się na południe od szosy T-13-02, łączącej Bachmut z Łysyczańskiem. Atak zakończył się krwawą porażką Rosjan.

Odcinek Horliwka-Donieck: znowu przeważały ostrzały artyleryjskie i naloty SZRF na infrastrukturę cywilną, mieszkalną oraz pozycje SZU. W odpowiedzi artyleria ukraińska (a nie wykluczone, że również Siły Operacji Specjalnych i partyzanci) uderza w miejsca składowania amunicji i zaopatrzenia, a także koncentracji rosyjskiego sprzętu. Dzisiaj Ukraińcy zniszczyli magazyn amunicji w zakładach "Chimreaktyw", a także na lodowisko "Almaz" w mikrorejonie Szczetynina.

defence24.pl

poniedziałek, 20 czerwca 2022


Kwestia restytucji węgla stała się tak pilna, że już na ósmego lipca zapowiedziano uchwalenie specjalnej ustawy przez Bundesrat, która ma wejść w życie natychmiast, by na jej podstawie ministerstwo mogło wydać stosowne rozporządzenia. Z uwagi na niebezpieczeństwo deficytu gazu (który już jest widoczny, ponieważ Putin ograniczył przesył Nord Stream-em 1), i tym samym – energii wskutek szantażu Kremla, decyzji Habecka nikt nie kwestionuje. Sam minister uzasadnił ją stwierdzeniem, że nie może dopuścić do wstrząsu niemieckiej gospodarki. Węgiel właśnie powinien zapobiec turbulencjom, aczkolwiek planuje się również ustawowe ograniczenie konsumpcji błękitnego paliwa, aby, co stanowi najwyższy priorytet, do pierewszego listopada zapełnić zbiorniki w 90 procent.

Co ciekawe, Prezes Federalnej Agencji ds. Sieci (Bundesnetzagentur) Klaus Müller wprowadził ustawowo nakazane obniżenie temperatury ogrzewania mieszkań. Media niemieckie piszą, że niemieccy konsumenci podziękują Habeckowi za tę decyzję, gdyż ich kieszenie nie zostaną wydrenowane przez wysokie rachunki. Wdzięczny, oczywiście, jest i sam sektor energetyczny wytwarzający energię z węgla brunatnego, który uważa, że resort wreszcie przyznał mu rację, iż węgiel brunatny ma podstawowe znaczenie jako jedyna krajowa rezerwa energii, w dodatku, dostępna tanio i w ogromnych ilościach.

Niemcy otworzą ponownie część zamkniętych elektrowni węglowych w odpowiedzi na ograniczenie dostaw gazu z Rosji i obawy o jego niedobory zimą. Niemcy mają 31,4 GW energetyki węglowej i 27,9 GW gazowej. Nowe prawo zakłada tymczasowe wznowienie pracy do 10 GW energetyki opalanej węglem na dwa lata. Moc energetyki jądrowej przeznaczonej do wyłączenia z końcem tego roku to 4 GW, ale Niemcy uznały, że nie warto ich utrzymywać przy życiu ze względów ekonomicznych i bezpieczeństwa.

Rząd niemiecki planuje redukcję zużycia gazu o jedną piątą bez konieczności wprowadzenia ograniczeń poboru przy jednoczesnym wzroście importu spoza Rosji dzięki czterem pływającym terminalom LNG, które mają być oddawane do użytku od lutego 2023 roku oraz gazowi z Norwegii. Financial Times szacuje, że zapasy gazu w Niemczech sięgające 90 procent mocy magazynowych pozwolą zapewnić dwa-trzy miesiące z użycia w czasie typowej zimy, ale bez jakichkolwiek dostaw z Rosji.

Niemcy wprowadzą także system aukcji rekompensat dla przemysłu za ograniczenie poboru gazu.

biznesalert.pl/Handelsblatt/Financial Times

W czasie zakończonego w weekend tzw. międzynarodowego forum ekonomicznego w Petersburgu zagranicznych uczestników było naprawdę niewielu. Z powodu napaści Rosji na Ukrainę, zwykle przyciągająca międzynarodowych gości impreza stała się toksyczna. Nie przyjechał nikt ze świata zachodniego. Imprezy Putina uniknęli również Chińczycy, czy przedstawiciele państw arabskich i południowoamerykańskich, przysyłając najwyżej delegacje niższego szczebla. Pojawili się za to afgańscy Talibowie, wysłannicy reżimów z Damaszku, Mjanmy (Birmy), Wenezueli czy przywódcy marionetkowych tzw. separatystycznych republik z Donbasu.

Na tle tego egzotycznego i zbójeckiego towarzystwa prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew był jednym z najpoważniejszych gości Putina. Właściwie był najważniejszy. Zwłaszcza teraz, kiedy Rosja jest izolowana. Putin chciał się postarać, by ważnego gościa z Kazachstanu uhonorować. Tyle, ze zrobił to w swoim stylu, próbując ustawić Tokajewa w szeregu lojalnych sojuszników-wasali Rosji. A to się nie udało. W rezultacie w Petersburgu doszło do napięć, które już zaczęły toczyć się drogą eskalacji między Rosją a Kazachstanem.

Kazachski prezydent miał otrzymać z rąk Putina order Aleksandra Newskiego. Teoretycznie to wysokiej rangi odznaczenie. Jednak nie aż tak wysokie. W tym roku order otrzymał np. szef rosyjskiej federacji hokeja. W ubiegłym: prezesi dużych rosyjskich spółek, np. Łukoila. Odznaczona była również Margarita Simonian, medialna propagandystka. Zresztą to właśnie Simonian była moderatorką panelu na petersburskim Forum, podczas którego doszło do spięcia między Putinem a Tokajewem. Wokół odznaczenia dla Tokajewa powstało zamieszanie. To kazachski prezydent miał odmówić, powołując się na to, że nie przyjmuje tego typu odznaczeń. Nie wiadomo, czy poczuł się urażony niską rangą orderu, czy po prostu nie chciał go z rąk Putina w obecnej sytuacji, kiedy Rosja prowadzi wojnę od której Kazachstan się dystansuje.

W czasie dyskusji na Forum w Petersburgu Putin powtórzył znany już światu wywód, że skoro Zachód kiedyś uznał Kosowo, to separatyści z Donbasu również mają prawo do niepodległości i Rosja ich może popierać. Jest to dość powszechnie znana, putinowska interpetacja porządku międzynarodowego, którą Kreml od dawna uzasadnia swoją agresywną politykę wobec sąsiadów. W odpowiedzi na tezy Putina prezydent Kazachstanu wygłosił wywód o prawie międzynarodowym, po czym, szokując Putina i gości Forum, powiedział, że Kazachstan nie uzna separatystycznych republik z Donbasu.

Na reakcję Rosji nie trzeba było długo czekać. Wczoraj okazało się, że w nafto-porcie w Noworosyjsku znaleziono nagle niewybuchy, miny morskie z czasów II wojny światowej. Z tego powodu wstrzymano załadunek ropy na tankowce. Kazachskiej ropy. Kazachstan od jakiegoś czasu eksportuje swoją ropę na rynki zachodnie tą drogą. Tokajew nie pozostał dłużny. Dziś pojawiła się informacja, że Kazachowie zablokowali 1700 wagonów z rosyjskim węglem, które jechały przez ich kraj, prawdopodobnie do Chin. Oficjalnie została ona później zdementowana przez kazaskie koleje. Asertywność Kazachstanu musiała zaskoczyć Kreml. Napięcia nie są wyłącznie efektem wypowiedzi Tokajewa w Petersburgu. Na początku maja przez rosyjskie media przetoczyła się fala nienawistnych wobec Kazachstanu wypowiedzi. Była związana ze wściekłością rosyjskich władz, na brak wsparcia dla Rosji w wojnie z Ukrainą. Punktem zapalnym było również wycofanie się Kazachstanu ze świętowania dnia zwycięstwa 9 maja. W rosyjskiej propagandzie pojawiały się groźby, że Moskwa może z Kazachstanem zrobić to samo, co z Ukrainą i np. zająć północną część kraju, zamieszkałą przez liczną mniejszość rosyjską. Były sugestie, że rosyjska mniejszość w Kazachstanie jest dyskryminowana.

Kiedy tylko sankcje wobec Rosji zaczęły działać, rosyjski biznes i zwykli Rosjanie rozpoczęli poszukiwania alternatywnych dróg zaopatrzenia w różne towary i usługi. Oczy Rosjan zwróciły się na Kazachstan. Kraj duży, ze stosunkowo silną gospodarką i dość zamożnymi, rozwiniętymi miastami: Ałmaty i Nursułtanem. Ze wszystkim tym, co Rosjanom jest potrzebne: rozwiniętym rynkiem, dobrą siatką połączeń lotniczych z całym światem oraz podobieństwami w funkcjonowaniu państwa i gospodarki. W efekcie od marca rośnie zainteresowanie „przenosinami” do Kazachstanu. W rosyjskich mediach pełno jest ogłoszeń firm doradczych zajmujących się rerejestracją działalności gospodarczej w Kazachstanie, pomocą w uzyskaniu stałego pobytu i obywatelstwa. Do Kazachstanu przeniosły się niektóre korporacje. Te, które musiały opuścić Rosję z powodu sankcji. Np. firma konsultingowa McKinsey przeniosła setki pracowników rosyjskich do spółek zarejestrowanych w Kazachstanie. Azjatycka republika stała się nagle celem turystyki zakupowej i to nie tylko z sąsiednich miast, jak Orenburg, czy Omsk. W Kazachstanie bez problemu można kupić znikające z Rosji marki samochodów, sprzętu, czy odzieży. Kalkulacje, że Kazachstan stanie się dla Rosjan oknem na świat mogą się okazać pułapką. Bo Kazachowie zaczynają się obawiać Rosjan niezależnie od tego, czy są wysłannikami Putina, czy chcą uciec przed konsekwencjami kremlowskiej polityki.

W Kazachstan Putin sporo zainwestował. Wojnę na Ukrainie poprzedziła przecież styczniowa eskapada rosyjskich wojsk desantowych do Kazachstanu. Formalnie pod szyldem OUBZ (Organizacji Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego) i przy symbolicznym współudziale wojsk z Armenii, Kirgistanu, czy Białorusi. Oficjalnym powodem interwencji zbrojnej było wsparcie kazachskich władz w tłumieniu masowych protestów. Faktycznie interwencja przypieczętowała transfer władzy z rąk rządzącego od początku niepodległości Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w ręce prezydenta Tokajewa. Założenie, że Tokajew będzie lojalnym wasalem, przynajmniej w takim stopniu jak Łukaszenka na Białorusi, okazało się mylne.

belsat.eu

Kanclerz Olaf Scholz (SPD) w wypowiedzi dla Niemieckiej Agencji Prasowej (dpa) broni polityki pojednania z Rosją swojej poprzedniczki - Angeli Merkel (CDU). "Próba mediacji nigdy nie może być czymś złym, podobnie jak próba pokojowego dogadania się” – powiedział Scholz, zaznaczając, że w tej kwestii jego zdanie jest podobne do tego Merkel.

Kanclerz Scholz zupełnie inaczej ocenił jednak politykę energetyczną swojej poprzedniczki, prowadzoną wobec Rosji w ostatnich latach. Błędem w niemieckiej polityce gospodarczej było to, że zbyt mocno skoncentrowaliśmy nasze dostawy energii na Rosji, bez stworzenia niezbędnej infrastruktury, aby móc szybko zmienić kurs, gdyby doszło do najgorszego – podkreślił.

Przypomniał, że będąc burmistrzem Hamburga prowadził kampanię na rzecz budowy terminali gazu płynnego na północnym wybrzeżu Niemiec. Teraz musimy to szybko nadrobić - zaznaczył.

(...)

Jak przypomina dpa, w udzielonym tydzień temu wywiadzie Merkel „broniła swojej mocno krytykowanej polityki wobec Rosji” i odmówiła przyznania się do winy w tej sprawie. W opublikowanym w sobotę wywiadzie dla RND podtrzymała tę postawę, także w odniesieniu do prowadzonej przez Niemcy polityki energetycznej. Nie wierzyłam w zmianę poprzez handel, ale w związek /z kim? - red./ poprzez handel, i to z drugą co do wielkości potęgą jądrową na świecie – stwierdziła Merkel.

Scholz bronił także decyzji Merkel, która wyrażała sprzeciw wobec procesu przystąpienia Ukrainy do NATO w 2008 roku. Kryteria przystąpienia do NATO muszą być spełnione przez każdy kraj, który chce przystąpić do sojuszu. Wejście Ukrainy do NATO nie było na porządku dziennym. Wszyscy o tym wiedzieli, łącznie z prezydentem Rosji (Władimirem Putinem) – wyjaśnił Scholz.

Jak zauważył Scholz, „tym bardziej absurdalne jest to, że Putin uzasadniał swój atak na Ukrainę m.in. stwierdzeniem, że kiedyś w końcu może ona się tam (w NATO) nagle znaleźć” - było bowiem jasne, że nie jest to kwestia najbliższej przyszłości.

PAP/dziennik.pl

Część niemieckich elit politycznych i biznesowych liczy, że gazociąg Nord Stream 2 po zakończeniu wojny na Ukrainie dostanie drugie życie - mówi w rozmowie z PAP analityk rynku energetycznego z Berlina Thomas O'Donnell.

"Zwlekanie i brak jasnego stanowiska niemieckiego kierownictwa co do tego, czy Nord Stream 2 rzeczywiście jest na zawsze martwy, wskazuje, że w kręgach biznesowych i politycznych istnieje nadzieja, że po wojnie na Ukrainie obydwa gazociągi Nord Stream będą miały nowe życie" - podkreśla O'Donnell, analityk rynku energetycznego, wykładowca prywatnego berlińskiego uniwersytetu Hertie School of Governance i autor bloga "The Global Barrel".

"Najprawdopodobniej w Berlinie mają nadzieję, że gazowy biznes przez Nord Stream 1 i 2 będzie częścią ustępstw na rzecz Putina w zamian za rosyjskie ustępstwa na Ukrainie. Z niechęci kanclerza Olafa Scholza, by jasno zadeklarować, że Niemcy chcą zwycięstwa Ukrainy, a także unikania wysyłania do Kijowa ciężkiej broni, która mogłaby naprawdę pomóc Ukrainie w zwycięstwie, wynika, że Niemcy wciąż mają nadzieję do powrót przedwojennych relacji z reżimem Putina, jeśli chodzi o bezpieczeństwo europejskie i niemiecki handel energią" - zaznaczył ekspert.

Dodał, że polityka ta odzwierciedla brak możliwości szybkiego znalezienia przez Niemcy i UE pełnej alternatywy dla ogromnej zależności od rosyjskiego gazu, jaką stworzyła niemiecka prorosyjska polityka gazowa w Europie.

"W ciągu najbliższych dwóch zim może dojść do racjonowania dostaw gazu dla przemysłu i obywateli Niemiec i innych krajów UE. Zapewne zachęci to upartych zwolenników importu rosyjskiego gazu do nalegania na złagodzenie sankcji energetycznych wobec Rosji i wykorzystanie Nord Stream 1 i 2" - przewiduje O'Donnell.

"Ponadto, w związku z niemiecką transformacją energetyczną (Energiewende), która opiera się na bardzo kosztownym i skomplikowanym technicznie pomyśle przejścia w stu procentach na odnawialne źródła energii bez atomu, popyt na gaz w RFN w nadchodzących latach będzie rósł. Istnieją więc zarówno przyczyny geostrategiczne, jak i techniczne, które sprawiają, że część niemieckich elit tęskni za przywróceniem po wojnie rosyjskich dostaw gazu przez Nord Stream 1 i 2" - zwraca uwagę analityk.

Jego zdaniem, Berlin zdaje sobie sprawę, że bez rosyjskiego gazu zależność Niemiec od USA, jako największego na świecie producenta ropy i gazu, będzie rosła.

"Niemcy zawsze opierały się uzależnieniu od USA i od chronionych przez Waszyngton światowych rynków ropy i gazu. Poprzez partnerstwo z Rosją w zakresie ropy i gazu RFN poszukiwała pewnej wolności od dominacji USA w sojuszu transatlantyckim i w Europie. Będzie nadal do tego dążyć i ponownie użyje Rosji jako +strategicznej przeciwwagi+ wobec USA, jeśli tylko będzie to możliwe" - prognozuje Thomas O'Donnell.

PAP

niedziela, 19 czerwca 2022


Aby opuścić okupowane miasta i przekroczyć granicę, Ukraińcy muszą przejść przez "obozy filtracyjne", gdzie są przeszukiwani i przesłuchiwani, a czasem bici i torturowani. Wcześniej m.in. rosyjskie niezależne media, jak Meduza, opisywały szczegółowo, w jaki sposób powstał system "obozów filtracyjnych".

Dziennikarz BBC Hugo Bachega rozmawiał z osobami, które przeszły przez "filtrację i które chciały zachować anonimowość.

Andriej, 28-latek zajmujący się marketingiem, postanowił wraz z rodziną opuścić Mariupol na początku maja. Podczas "filtrowania" wojsko zabrało go do "weryfikacji". Wojskowi pytali m.in. o jego poglądy polityczne. Odpowiedział, że nie jest szczególnie zainteresowany polityką.

Został zaprowadzony do innego namiotu, gdzie przy stole siedziało pięciu funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Pokazali Andriejowi film Wołodymyra Zełenskiego, pod którym zostawił pozytywny komentarz. Jako pierwszy zabrał głos jeden z oficerów: "Powiedziałeś nam, że nie interesujesz się polityką, ale, jak się okazuje, wspierasz rząd nazistowski". Oficer odwoływał się przy tym do rosyjskiej propagandy, która inwazję na Ukrainę tłumaczy rzekomo nazistowskim charakterem rządów tego kraju.

Andriej zaczął być bity. W tym czasie jego matka próbowała wejść do namiotu. Została zatrzymana przez funkcjonariuszy. Cały proces trwał około dwóch i pół godziny. Ostatnie pytanie, jakie mu zadano, brzmiało: "czy rozumiesz już swoje błędy?".

Maksym, 49-letni pracownik huty, również został poddany "filtrowaniu". Podczas przesłuchania zmuszono go do rozebrania się. Został zapytany, dlaczego chce opuścić Mariupol, a jego odpowiedź nie spodobała się wojskowym. Jeden z nich uderzył go kolbą karabinu w klatkę piersiową.

Mężczyzna został zabrany do innego pomieszczenia, które potem w rozmowie z dziennikarzem BBC nazwał "klatką". Nie dostał tam jedzenia ani wody. Nikt się nie odzywał. Mężczyzna wspomina, że niektórzy z przesłuchań wracali do "klatki" ze śladami pobicia.

Kilka godzin później Maksim został zwolniony i pozwolono mu opuścić Mariupol. Później lekarze stwierdzili, że ma złamane cztery żebra.

Dmytro, 34-letni nauczyciel historii, powiedział dziennikarzom, że wojsko znalazło w jego telefonie wiadomość, w której napisał słowo "rasiści". Podczas kolejnego przesłuchania był wypytywany, co sądzi o wydarzeniach z 2014 r., czyli aneksji Krymu przez Rosję.

Rano Dmitrij został przewieziony do więzienia na osiedlu Starobeszewo, gdzie umieszczono go w celi z około dwudziestoma więźniami. Cztery dni później, po kolejnym przesłuchaniu, Dmitri został zwolniony.

Do "obozu filtracyjnego" przyjechał również Wadim, 43-letni pracownik urzędu. Wojskowi dowiedzieli się, gdzie pracował i zabrali go do innego budynku. Tam był bity i torturowany. — Używali elektrowstrząsów. Myślałem, że umrę. W pewnym momencie upadłem i zadławiłem się plombami wypadającymi mi z zębów — wspomina Wadim.

Niektórym z tych, którzy zostali wysłani do Rosji, udało się wydostać z kraju. Andriej uciekł z rodziną do Niemiec. Wspominając to, co się wydarzyło, mówił, że żołnierze, którzy brali udział w torturach, zachowywali się tak, jakby była to dla nich rozrywka. — Próbowałem to zrozumieć, znaleźć w tym logikę, sens. Nie, nie ma w tym żadnej logiki — powiedział.

onet.pl/Meduza/BBC

W ciągu ostatnich 3 dni Ukraina zniszczyła co najmniej 7 dużych rosyjskich magazynów amunicji. Rosja próbuje się zemścić uderzając w miasta – Charków, Dniepr, Mikołajów, próbuje celować w ukraińskie magazyny/produkcję amunicji i ropy. Nie wszystkie rosyjskie rakiety docierają do celu, a Rosja ignoruje straty cywilów. W zeszłym tygodniu nastąpił fenomenalny wzrost celności ukraińskiej artylerii. Większość magazynów i centrów dowodzenia została zniszczona po pierwszym trafieniu. Lepsza amunicja lub lepsze celowanie. Trudno zmierzyć i wytłumaczyć taki wzrost, np. same 10 haubic to nic wielkiego, ale 10 haubic z ulepszonymi systemami kierowania ogniem i radarami artyleryjskimi można porównać do 40 głupich rosyjskich haubic.

(...)

Plany negocjacyjne opóźniły się, aż do istotnych zmian (albo Rosja zdobywa Łysychańsk, albo Ukraina zdobywa Chersoń). Niemcy i Francja to rozumieją. We współczesnej wojnie i nieco równoważnej technologii sukces nie jest nagły, ale osiąga się go poprzez powolny, nieustanny postęp. Pomoc Wielkiej Brytanii w szkoleniach jest również przewidziana w dłuższej perspektywie, Ukraina przygotowuje się do długiej wojny. Nastawienie Zachodu zostanie skorygowane, w zależności od zmian na polu bitwy.

wartranslated.com

— Gazprom to coś więcej niż spółka akcyjna. Cała gospodarka kraju opiera się w dużej mierze na przemyśle gazowym — te słowa wypowiedział prezydent Władimir Putin rok po swoich pierwszych wyborach, w maju 2001 r., kiedy ogłosił, że jego powiernik Aleksiej Miller został mianowany szefem firmy.

To zdanie było prawdziwe w każdym znaczeniu, nawet w tym, które Putin prawdopodobnie wolałby ukryć. Od pierwszego dnia jego prezydentury Gazprom stał się czymś więcej niż tylko firmą państwową; stał się źródłem osobistego bogactwa dla samego Putina i osób z jego otoczenia, w tym ludzi ze służb specjalnych.

Wszystko zaczęło się od słów o korzyściach dla państwa. Prezydent oznajmił Millerowi, że jego celem jest odzyskanie kontroli państwa nad monopolem gazowym. Nowy prezydent i nowy szef Gazpromu zaczęli od zapewnienia sobie osobistej kontroli nad firmą. Poprzedni zarząd Gazpromu został oczyszczony w ciągu roku. — Nowy car zaczął zadawać mi dość ciekawe pytania. Cóż, powiedziałem: jeśli nie ma mnie na miejscu, to odchodzę w tej chwili. Kiedy Putin dowiedział się, że odchodzę, był szczęśliwy — wspominał w swoim ostatnim wywiadzie Rem Wiachiriew, poprzedni szef Gazpromu.

Jeszcze przed Wiachiriewem były premier Wiktor Czernomyrdin, który był tam szefem rady nadzorczej, został poproszony o opuszczenie firmy. W 2000 r. Putin zastąpił go Dmitrijem Miedwiediewem, wówczas mało znanym prawnikiem z Petersburga. W ciągu roku od powołania Millera z kierownictwa Gazpromu usunięto dziewięciu z 11 nominatów z epoki Jelcyna, a jeden z nich przebywał nawet przez jakiś czas w areszcie tymczasowym. Na zwolnione stanowiska zostali powołani znajomi Putina i Millera z Petersburga i służb specjalnych, którzy objęli kierownictwo nad najważniejszymi spółkami zależnymi gazowego giganta.

Do 2005 r. kontrola nad Gazpromem formalnie powróciła do państwa, ale wkrótce resztki monopolu gazowego dostały się w ręce ludzi blisko związanych z Putinem.

(...)

Największa rosyjska firma chemiczna Sibur była kiedyś częścią gazowego giganta, ale w 2002 r. jej prezes, Jakow Gołdowski, próbował wyrwać firmę spod kontroli Gazpromu. Gołdowski został natychmiast aresztowany — w poczekalni przed gabinetem Millera, Sibur został zwrócony Gazpromowi, a Gołdowski po spędzeniu pewnego czasu w areszcie tymczasowym wyjechał za granicę.

Ale już w 2007 r. Gazprom opuścił Sibur, sprzedając firmę Gazprombankowi. Ten z kolei przekazał Sibur grupie prywatnych udziałowców, wśród których znaleźli się Leonid Michelson, przyjaciel Putina Giennadij Timczenko i Kiryłł Szamałow, były szwagier prezydenta.

Strojtransgaz został założony w 1990 r., by zaspokajać potrzeby Gazpromu w zakresie infrastruktury. W latach 90. Gazprom dostarczał Strojtransgazowi 80 proc. zamówień.

Głównymi udziałowcami spółki były dzieci szefa Gazpromu Rema Wiachiriewa i premiera Wiktora Czernomyrdina. Po tym, jak Wiachiriew został usunięty z funkcji szefa Gazpromu, pakiet blokujący kupił Aliszer Usmanow reprezentujący Gazprom.

Usmanow stwierdził wtedy, że nie był zainteresowany tą transakcją i przeprowadził ją na zlecenie Gazpromu. Jednak w grudniu 2007 r. kontrolę nad firmą przejęły firmy przyjaciela Putina, Giennadija Timczenki.

Sogaz to największa rosyjska firma ubezpieczeniowa, założona w 1993 r. przez Gazprom, by służyć swoim pracownikom. Począwszy od 2004 r. Gazprom w kilku etapach oddał 50 proc. swoich udziałów w Sogazie strukturom powiązanym z bankiem Rossija, którego udziałowcami są m.in. przyjaciele Putina z Petersburga i jego kochanka Swietłana Kriwonogich.

Od 2020 r. udziałowcami Sogazu byli Tatiana i Jurij Kowalczukowie, kuzyn prezydenta Michaił Szełomow, Gazprom i kilka osób związanych z kręgiem Putina. W dalszej części tekstu dowiesz się więcej o tym, jak Sogaz trafił do właściwych osób.

W maju 2008 r. w ramach programu pozbywania się aktywów niezwiązanych z podstawową działalnością Gazprom wystawił na sprzedaż pakiety kontrolne w pięciu swoich firmach zależnych: Lengazspiecstroju, Krasnodargazstroju, Spiecgazriemstroju, Wołgogradnieftmaszu i Wołgogazie. Firmy te zostały kupione przez przyjaciela Putina, Arkadija Rotenberga, i połączone w jeden podmiot prawny — Strojgazmontaż.

(...)

We wrześniu 2005 r. Gazprom kupił od Romana Abramowicza 75,5 proc. udziałów w spółce Sibnieft, która następnie zmieniła nazwę na Gazpromnieft. Tuż przed sprzedażą akcje Sibnieftu wzrosły o ponad 30 proc., co zwiększyło wartość transakcji do 13,091 mld dol.

Według byłego wiceministra energetyki Władimira Miłowa rosyjski budżet stracił na tej transakcji co najmniej 6,5 mld dol., a transakcja była "podziękowaniem dla Abramowicza za jego pomoc w sprawie Jukosu".

Inny znajomy Putina i Millera, Aleksander Djukow, stanął na czele Gazpromnieftu. W latach 90. prowadził petersburski terminal naftowy i port w Petersburgu, który w tym czasie był kontrolowany przez Ilję Trabera, który znał Putina od lat 90. Tam też Miller pracował w porcie po 1996 r.

Gazprom Media Holding został założony w 1998 r., by zarządzać aktywami medialnymi należącymi wówczas do Gazpromu. W latach 2001-2002 Gazprom-Media przejął za długi aktywa zhańbionego potentata Władimira Gusinskiego, co zostało wówczas uznane za rzadki akt cenzury politycznej.

Dziś Gazprom-Media to jeden z największych holdingów medialnych w kraju. Kontroluje kanały telewizyjne NTW, TNT, Match TV, TV-3 i Piatnica, stacje radiowe Autoradio, Humor FM, Relax FM, Energy, ośrodki produkcji telewizyjnej Comedy Club i Good Story Media, wydawnictwo 7 Dni, strony internetowe Rutube i Sportbox.ru oraz wytwórnię filmową Central Partnership.

W rzeczywistości Gazprom-Media jest teraz kontrolowany przez Gazprombank, a za jego pośrednictwem także przez przyjaciół Putina.

Wszystkie te megadeale nie mogłyby się odbyć bez zgody szefa Gazpromu. Czy Aleksiej Miller działał tylko z powodu lojalności wobec swojego szefa i jego przyjaciół, czy też szef Gazpromu miał w tym swój własny interes materialny? Aby odpowiedzieć na to pytanie, opowiemy trzy historie.

Nie wszyscy miliarderzy ery Putina byli rodowitymi Rosjanami. Najsłynniejszym przykładem jest urodzony w Jordanii Arab Zijad Manasir, który zrobił zawrotną karierę w Rosji, dokąd przeniósł się jeszcze jako student. Na początku 2013 r., u szczytu swojej kariery, majątek Manasira był wyceniany na 2,5 mld dol. — wszystko dzięki kontraktom od Gazpromu, które trafiły do przedsiębiorczego Jordańczyka i jego głównej firmy, Strojgazconsulting (SGK).

Kiedy w latach 90. Manassir zaczął pracować przy projektach gazowych w obwodzie tiumeńskim, założył trzy kurtki jedna na drugą i owinął głowę szalikiem przed zimnem. Nie miał żadnego doświadczenia w pracy "na północy". Sukces przyszedł dzięki znajomościom.

— Na początku był nagi jak sokół, ale później spodobał mu się jego występ — wspomina pracownik przemysłu gazowego zaznajomiony z Manasirem. Manasir spotkał się z gen.-płk. Aleksandrem Grigoriewem z FSB, który poprowadził go "po dobrze znanej linii [na szczyt]".

Grigoriew jest jednym z najbliższych przyjaciół Putina z czasów jego służby w KGB. Oficer ten jest znany ze swojej działalności przeciwko radzieckim dysydentom, w szczególności z tego, że pracując pod przykrywką jako duchowny, ojciec Aleksander, pilnował rozłamu w Kościele prawosławnym, w tym nadzorował przyszłego patriarchę Aleksego II, który w raportach posługiwał się kryptonimem "Drozdow".

"Chcesz dorównać wielkim ludziom, podziel się z nimi" — uśmiecha się jeden z rozmówców, który zna Manasira. Manasir się dzielił. Współwłaścicielami jego rozwijającego się biznesu zostały dwie interesujące osoby: Olga Grigoriewa, córka przyjaciela Putina z KGB, oraz gen.-mjr FSB Anatolij Tkaczuk, który posiadał nie mniej niż 35 proc. udziałów w firmie Manasira.

Tkaczuk, podobnie jak Grigoriewa, nie miał nic wspólnego z przemysłem gazowym czy sektorem budowlanym, ale miał za to bardzo konkretne powiązania ze służbami specjalnymi. Jako oficer kontrwywiadu wojskowego KGB Tkaczuk pracował za granicą i w 1986 r. został wysłany na miejsce katastrofy w Czarnobylu. Tam sprawdzał wersję o ataku terrorystycznym przeprowadzonym przez obce służby specjalne.

Oprócz działalności w firmie Manasira Tkaczuk figurował na liście współwłaścicieli lub menedżerów wielu firm surowcowych — to kariera, która wydaje się logiczna dla "oddelegowanego funkcjonariusza bezpieczeństwa państwa". Po opuszczeniu SGK Tkaczuk został prezesem pozornie niepozornego banku RFI. Jednak to właśnie ta instytucja finansowa została zamieszana w wielki skandal związany z systemem płatności Wirecard i jego szefem, Janem Marsalkiem. Marsalek miał współpracować z rosyjskimi służbami specjalnymi i uciekł do Rosji lub na Białoruś po tym, jak w Niemczech wszczęto przeciwko niemu śledztwo.

Manasir nie tylko rozdawał udziały w swojej firmie odpowiednim osobom, ale przez lata załatwiał luksusowe nieruchomości dla najwyższego kierownictwa Gazpromu, przede wszystkim dla Millera. Projekt szacuje, że Jordańczyk i firmy z nim związane posiadały co najmniej kilkanaście nieruchomości związanych z zarządzaniem Gazpromem, w tym kompleks pałacowy Millerhof pod Moskwą, wiejski dom w Soczi w pobliżu ośrodka narciarskiego Laura i wiele innych.

Firma Manasira budowała też i zarządzała nieruchomościami, które były potajemnie zarezerwowane dla najwyższych urzędników państwowych. To właśnie SGK oddało do użytku pałac Putina w Gelendżyku, a w Soczi firma Manasira, Swod International, zarządza ośrodkiem narciarskim, w którym Putin i Dmitrij Miedwiediew lubią jeździć na nartach.

Wyglądało na to, że Manasir może się czuć bezpiecznie w swoim bogactwie. Do tego stopnia, że był jednym z nielicznych gości na sekretnym ślubie córki Putina, Kateriny Tichonowej, i biznesmena Kiryłła Szamałowa w 2013 r.

Oprócz obiektów turystycznych i sportowych Swod International odpowiada w Soczi również za centrum recepcyjne Aczipse dla oficjalnych gości. Według naszego rozmówcy, który zna zabezpieczenia obiektu, w zwykłe dni dom jest strzeżony przez prywatnych ochroniarzy, a w dni wizyt prezydenta Putina przez [kremlowską służbę ochrony] FSO i Gwardię Narodową. Fakt, że Putin przebywa w Aczipsie, potwierdza to, że jego osobiści lekarze mieszkają w hotelach Swodu podczas jego wizyt w [prezydenckiej rezydencji w Soczi] Krasnaja Poliana. Aczipse ma również tego samego dostawcę dóbr luksusowych, z którym współpracują inne oficjalne rezydencje Putina.

Aczipse nie jest jedynym obiektem formalnie zarejestrowanym na Gazprom, który Putin wykorzystuje do rekreacji. Budowa Stoczni Ałtaj w Republice Ałtaju rozpoczęła się w 2010 r. Na brzegu rzeki Katun wybudowano schronisko, zagrodę dla jeleni ałtajskich, których świeżo ścięte rogi służą do przygotowywania Putinowi rzekomo odmładzających kąpieli, boisko sportowe i biura administracyjne. Z pieniędzy budżetowych przyznanych przez Putina wybudowano nową drogę prowadzącą do rezydencji. W 2015 r. Putin przyjechał tam ze swoim przyjacielem Silvio Berlusconim. Putin powrócił na Ałtaj także w sierpniu 2016 r. i w lutym 2019 r.

Jednak od 2013 r. ciepłe stosunki między Manasirem a Gazpromem ochłodziły się. "Ideologiczny rozłam" — tak opisuje to, co się stało, nasze źródło z branży gazowniczej. — Dano mu coś do zrobienia, a on nie chciał tego zrobić. I przekazał wszystko zgodnie z listą aktywów: to temu, to temu, to temu, to temu i to wszystko. Jeśli przyjrzymy się, do kogo trafiły aktywa Manasira, stanie się jasne, kto tak naprawdę był ich właścicielem przez cały ten czas.

Długa lista luksusowych nieruchomości — domy i grunty w Soczi, mieszkania w centrum Moskwy oraz budynki kompleksu pałacowego Millerhof — trafiła do podmiotów powiązanych z byłym oficerem KGB Siergiejem Triegubem. Wiele z tych nieruchomości jest obecnie użytkowanych osobiście przez Millera i jego żonę Marinę Jentalcewą.

Podobnie jak jej mąż Jentalcewa rozpoczęła karierę w biurze mera St. Petersburga, gdzie była sekretarką Putina, a po jego nominacji na prezydenta przeniosła się na Kreml, gdzie przez wiele lat kierowała prezydenckim protokołem.

Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że po kompromitacji Manasira, Triegub zyskał nie tylko jego luksusowe nieruchomości, ale także znaczną część biznesu Jordańczyka. Technicznie rzecz biorąc, Strojgazconsulting (SGK), główna firma Manasira, po serii perturbacji od 2018 r. stała się częścią Gazstrojpromu. W kolejnym kroku Gazstrojprom włączył do swojej struktury dwóch innych głównych kontrahentów Gazpromu: Strojtransgaz Rotenberga i Strojtransnieftiegaz Timczenki. Fuzja aktywów Gazpromu została przedstawiona jako próba obniżenia kosztów gazowego monopolisty.

W rzeczywistości wygląda to na jeden wielki przekręt. W 2015 r., kiedy dzielono spadek po Manasirze, prawie 75 proc. SGK trafiło do firm związanych z Triegubem i jego sponsorami. Są to Ankord, Intek Group i Legato. Firmy te były kontrolowane poprzez łańcuch podmiotów prawnych przez spółki offshore, których beneficjentem jest obecnie inna osoba o nazwisku Triegub — siostrzeniec Siergieja, Wadim Triegub.

W 2018 r. część aktywów SGK zaczęła być przenoszona pod parasol firmy Sfera. To właśnie ta część dawnej działalności Manasira stanie się częścią tzw. megakontraktu do 2019 r., ale SGK nadal istnieje. Dziś SGK to 23 firmy produkcyjne o łącznej wartości księgowej około 746 mln dol. Poprzez łańcuch podmiotów prawnych, ten wciąż pokaźny biznes należy do spółek offshore, których ostatecznym beneficjentem pozostaje ten sam Wadim Triegub.

Niektóre z firm GGK są likwidowane, ale nie wszystkie. Na przykład Gaztiechlizing wciąż zarabia na kontraktach leasingowych z państwem, wynajmując sprzęt budowlany, tankowce i samoloty. Trzy miesiące temu władze Republiki Komi przeznaczyły z budżetu 1,8 mld rubli (139,5 mln zł) na spłatę długu wobec Gaztiechlizingu.

Innymi słowy, człowiek, który formalnie jest właścicielem nieruchomości Millera, kontroluje także firmę, która miała stać się częścią Gazpromu.

A co z tą częścią dawnych aktywów Manasira, która została ostatecznie połączona z Gazstrojpromem? Okazuje się, że ludzie, także ci działający w imieniu Millera, sprzedali firmę państwowej spółce, którą kieruje. Część z 34,4 mld rubli (2,7 mld zł) otrzymanych za tę transakcję trafiła do Redensy Management.

Redensy już przekazały znaczną część tych środków firmom Władienie-W oraz Narodowe Centrum Rolnicze. które, jak pisaliśmy wyżej, formalnie jest właścicielem nieruchomości szefa Gazpromu: pałacu w Greenfield i Millerhofu. Okazuje się, że pieniądze wypłacone przez państwowego megakontrahenta zostały wykorzystane m.in. na urządzenie wystawnego stylu życia byłego sekretarza i sekretarki Putina.

Ale na tym oszustwo się nie kończy. Spojrzenie na strukturę własności megakontrahenta ujawnia, że niejaki Siergiej Fiurin, zameldowany w zwykłym budynku mieszkalnym w Moskwie, posiada 26 proc. udziałów we Władieniu-W. Wszystko, co musimy wiedzieć o Fiurinie, to to, że jest osobistym kierowcą Siergieja Trieguba, wozi także członków jego rodziny.

Innymi słowy, udziałowcem z blokującą większością akcji w największej państwowej spółce infrastrukturalnej w Rosji, która co roku pobiera z budżetu 1,4 bln rubli (108 mld zł), jest człowiek, którego nie zna nikt.

Może Triegub jest wielkim biznesmenem, który od dawna działa w branży infrastrukturalnej? To też jest mało prawdopodobne. Triegub ma z tym biznesem tak samo mało wspólnego, jak gen. Tkaczuk. Ale podobnie jak Tkaczuk, Triegub jest również związany z wywiadem.

Triegub pełnił służbę wojskową od lat 80. Według naszych informacji służył na poligonie Sary-Szagan w Kazachstanie, gdzie testowano radziecki sprzęt do obrony przeciwlotniczej. Przez długi czas pracował w przyjaznej ZSRR Syryjskiej Republice Arabskiej, w latach 90. był attaché wojskowym w ambasadzie w Damaszku, zajmował się obroną przeciwlotniczą. — Wszyscy rosyjscy attaché wojskowi są związani z wywiadem wojskowym GRU — wspomina Trieguba jego ówczesny amerykański kolega, Rick Francon. W wydanej w bardzo niskim nakładzie książce "Wschód to zamknięty interes. Jerozolima jest święta" rosyjski orientalista Leonid Miedwiedko wspomina Trieguba jako jednego z "uczciwych wojskowych i oficerów wywiadu oddanych swoim obowiązkom".

Szpieg zakończył służbę w 1997 r. w stopniu pułkownika lub wyższym, a w 2006 r. został oddelegowany do bardzo odpowiedzialnych zadań służbowych (patrz następny rozdział). Od tego czasu on i grupa byłych współpracowników wywiadu, przypuszczalnie również "uczciwych oficerów wywiadu oddanych swoim obowiązkom", stworzyli rozległą sieć firm-przykrywek kontrolujących aktywa i nieruchomości biznesowe o wartości prawie 3 mld dol. Triegub posiada znaczną część tych aktywów w imieniu rodziny Millerów.

A Zijad Manasir zakończył już przygodę z naszym krajem. Zabrał jednak ze sobą kawałek Rosji, w której odniósł sukces jako biznesmen: w swojej ojczyźnie Jordańczyk zbudował osiedle Vikiland, uderzająco podobne do pałacu Greenfield pod Moskwą.

(...)

Aby zrozumieć, skąd Triegub i jego kolesie ze służb specjalnych wzięli się w rosyjskim biznesie i jak ważną rolę odgrywali, trzeba cofnąć się do początków rządów Putina.

W 2003 r. najbogatszy człowiek w Rosji, Michaił Chodorkowski, opowiedział Putinowi w telewizji o szerzącej się w kraju korupcji. W odpowiedzi Putin rozpoczął ostrą rozprawę z Chodorkowskim i jego firmą naftową Jukos. Tzw. afera Jukosu była najgłośniejszym procesem politycznym lat 90. w Rosji — właściciele i menedżerowie firmy zostali uwięzieni lub zmuszeni do ucieczki z Rosji, a majątek Jukosu trafił do spółek państwowych. Część majątku Jukosu, co jest teraz jasne, trafiła także do osób pracujących dla świty Putina.

Kiedy decydowały się losy spuścizny Jukosu, Gazprom był długo uważany za głównego pretendenta. — Rosnieft, który ostatecznie otrzymał większość aktywów, nie był wtedy faworytem — wspomina były udziałowiec Jukosu Leonid Niewzlin. Potem plan został obalony, gdy zachodni udziałowcy Jukosu rozpoczęli prawną batalię o ich aktywa, a Gazprom zaczął mieć z tego powodu problemy prawne. — Zdecydowali się nie zjeść kury, która znosiła złote jajka — potwierdza Igor Wołobujew, były wiceprezes Gazprombanku.

Wkrótce po rozpoczęciu postępowania upadłościowego Jukosu w 2006 r., w firmie pojawił się nowy menedżer — Siergiej Triegub. Został dyrektorem Jukosu EP i Jukosu-RM, firm zależnych Jukosu. Przepytywani przez Projekt byli pracownicy Jukosu pamiętają jedno spotkanie z nowym szefem — gdy ten ich wszystkich zwolnił. Gazeta "Kommiersant" napisała wtedy, że "Triegub działał jako rządowy strażnik, którego zadaniem było powstrzymanie odpływu funduszy i aktywów podczas bezkrólewia".

Wiosną 2007 r. rozpoczęła się sprzedaż części aktywów Jukosu. Rosnieft lub jego spółki stowarzyszone kupiły 9 z 18 pakietów, na jakie podzielono firmę Chodorkowskiego. Jednak w walce o pakiet nr 13 Rosnieft przegrał aukcję z nieznanym podmiotem o nazwie Prana, założonym przez firmę z Belize. Prana zapłaciła 100 mld rubli (wówczas 4 mld dol.) za pakiet. Dziennikarze byli żywo ciekawi, czyje interesy reprezentuje Prana, ale niczego nie ustalili. Nieco później okazało się, że Prana należy do Trieguba i jego współpracowników.

Zaledwie miesiąc po aukcji Prana sprzedała Rosnieftowi jeden z głównych aktywów w pakiecie nr 13 — 22-piętrowy budynek siedziby głównej Jukosu przy ul. Dubińskiej w Moskwie. Niedługo później Rosnieft sprzedał Gazpromowi połowę innego aktywu Jukosu — firmę Tomsknieft. Kwoty transakcji są podejrzanie podobne — Prana kupiła biuro Jukosu za mniej więcej taką samą cenę, za jaką Gazprom kupił połowę Tomsknieftu. Źródło zaznajomione z okolicznościami tej transakcji przedstawia następującą wersję: Prana działała w imieniu Gazpromu, a następnie wymieniła zakupione aktywa na połowę udziałów w biznesie produkcyjnym w Tomsku.

Osoba zaangażowana w aferę Jukosu po stronie państwa wspomina, że w połowie lat 2000. Triegub nie pracował dla Millera, ale reprezentował kogoś "wyżej postawionego". Rozmówca kategorycznie odmówił nam dalszej dyskusji na ten temat. Źródło zaznajomione z Millerem ujęło to w ten sposób: — Służby specjalne i wywłaszczenie Jukosu to nie jest poziom Millera, decyzje zostały podjęte na wyższym szczeblu.

Innymi słowy, Triegub, pułkownik wywiadu wojskowego, obywatel Rosji i Ukrainy oraz rozległa sieć powiązanych z nim osób, nie tylko zarządzają aktywami w imieniu Aleksieja Millera, ale od ponad 15 lat wypełniają polecenia kierownictwa kraju.

Prana zachowała część aktywów Jukosu i pozbyła się ich później w bardzo ciekawy sposób. Prana przekazała drugie biuro Jukosu w Ułańskim Piereułku w Moskwie Sogazowi, temu samemu Sogazowi, którego właścicielami są przyjaciele i krewni prezydenta Putina. Obecnie jedno z biur Sogazu mieści się w dawnym biurze Jukosu, a najbliższy przyjaciel Putina, Jurij Kowalczuk, pracuje tam, gdy przyjeżdża do Moskwy.

Jednak część samego Sogazu również trafiła do tych samych tajemniczych czekistów.

Wśród osób związanych z Triegubem jest człowiek o niezapomnianym nazwisku — Aleksander Smirnow. Służył w jednostce specjalnej FSB Wympieł, walczył w wojnie czeczeńskiej. Na początku lat 90. Smirnow przeszedł do rezerwy i założył grupę firm ze słowem "Wympieł" w nazwie. Jak piszą biznesmeni jednej z tych firm na swojej stronie internetowej, specjalizują się w "pomocy w rozwiązywaniu sporów korporacyjnych i pracy z zagrożonymi aktywami".

Smirnow ma biznesowego partnera, co nie jest zaskoczeniem, również z Wympiełu — Dmitrija Bajkowskiego. Rejestrując swój samochód, Bajkowski podał jako miejsce zamieszkania adres jednostki wojskowej 35690, czyli bazę jednostki FSB Wympieł. W listopadzie 2017 r. Wympieł został dyrektorem i głównym udziałowcem małej firmy Orbita Express. Ta malutka firma kupiła 2,5 proc. udziałów w największym rosyjskim ubezpieczycielu, grupie Sogaz. Od tego czasu udział Bajkowskiego w Sogazie jeszcze się zwiększył — ma on teraz 5 proc. akcji, które mogą być warte nawet 28 mld rubli (2,2 mld zł).

Można by pomyśleć, że Bajkowski jest przedsiębiorcą, który po prostu odniósł sukces. Trudno w to jednak uwierzyć np. dlatego, że jedynym autem zarejestrowanym na niego jest 17-letni nissan x-trail.

W czyim więc imieniu trzyma akcje Bajkowski? Sogaz i Bajkowski nie odpowiedzieli na nasze pytania, ale możliwą wskazówkę można znaleźć w księgach rachunkowych powracającej po raz kolejny w naszym tekście firmy Redensy Management. Na początku 2021 r. firma ta otrzymała pakiet akcji Sogazu kontrolowany przez Bajkowskiego w zamian za przelanie 3,5 mld rubli na konta Orbity Express należącej do Bajkowskiego. Orbita twierdzi, że potrzebuje tych pieniędzy, aby pokryć pożyczki dla firm kontrolowanych przez samego Bajkowskiego, a także firm Triegubów i Smirnowów.

Siergiej Triegub i grupa powiązanych z nim nominatów kontrolują akcje i udziały w firmach o wartości co najmniej 2 mld dol. Łącznie z luksusowymi nieruchomościami, które są w ich rękach, Triegub i jego grupa posiadają i zarządzają aktywami o wartości 3 mld dol.

(...)

Na początku 2022 r. Aleksiej Miller, który właśnie obchodził swoje 60. urodziny, został Bohaterem Pracy Rosji. "Za szczególne zasługi w pracy na rzecz państwa i narodu" — czytamy w dekrecie o przyznaniu nagrody podpisanym przez Putina, być może jedynego Rosjanina, dla którego Miller rzeczywiście ma szczególne zasługi.

onet.pl/Project

sobota, 18 czerwca 2022


Kucharz, poza wszystkim, jest kucharzem - Władimir Putin

1.

Jeśli coś szło nie po jego myśli, rzucał fartuchem o podłogę i wychodził. W Astorii, przed I wojną światową jednej z najdroższych restauracji Petersburga, wpadali wtedy w panikę - to on, Spirydon Putin, jako starszy kucharz miał kluczyk do szafki z droższymi alkoholami. Nie będzie Putina - nie będzie ormiańskiego koniaku ani francuskiego wina.

Tak przynajmniej mówi rodzinna legenda.

Ta porywczość zostanie mu do końca życia, choć na emeryturze będzie żył w niewielkim mieszkanku i uspokajał się, łowiąc ryby i paląc niezliczone ilości papierosów.

Wnuk Władimir spotkał dziadka zaledwie kilka razy w życiu, ale zapamiętał, że był mistrzem w swoim fachu. Inna rodzinna legenda głosi, jak to któregoś dnia, za czasów cara, na obiad do Astorii przyszedł Rasputin. Co ugotował Putin dla Rasputina? Może któreś z dań, z których Astoria słynęła - julienne z kury? Kotleciki jagnięce? A może sandacza "Orly" w sosie tatarskim, przybranego kawiorem?

Tego nikt już nie pamięta.

Rodzinna opowieść mówi za to, że jedzenie tak posmakowało dworskiemu szarlatanowi, iż po posiłku kazał wezwać kucharza, a gdy ten przyszedł - wręczył mu złotą monetę. Starsi spośród członków rodziny Putinów zarzekają się, że jeszcze niedawno była wśród rodzinnych pamiątek; ktoś ją jeszcze pamięta, ale potem przyszły dwie wojny, stalinizm, odwilż, pieriestrojka - i gdzieś pomiędzy tymi wydarzeniami moneta zaginęła.

Podobnie nikt nie pamięta, w jaki sposób Spirydon Putin trafił do jednej z najlepszych restauracji carskiego Petersburga. Jedni mówią, że był ubogi, pochodził z Pominowa, małej wioski pod Twerem. Szukał jakiejkolwiek pracy i już jako dwunastolatek zaczął najmować się w restauracjach. Szybko się okazało, że ma złote ręce, więc kucharze zaczęli go przyuczać do zawodu. Jeszcze przed trzydziestką stał się szanowanym szefem kuchni.

Ale inni mówią, że Putinowie to był ród kucharzy i Spirydon uczył się fachu od swoich kuzynów.

Złote carskie czasy skończyły się wraz z początkiem I wojny światowej. Spirydon z kuchni trafił wprost na front. Jego wnuk Władimir opowie wiele lat później reżyserowi Oliverowi Stone’owi, który zrobił z nim dokumentalny wywiad rzekę, jak to dziadek najpierw strzelił z okopu do austriackiego żołnierza, ale kiedy go trafił - od razu pobiegł z apteczką, by go opatrzyć. W ten sposób uratował mu życie. "Jeśliby nie strzelił, Austriak by go zabił" - mówił Putin.

Musiał się więc Spirydon bronić. Ale zabijać nie chciał.

Zaskakująco podobny ten dziadek do Rosji Władimira Putina, która też, gdy używa broni, to - jeśli wierzyć propagandzie - wyłącznie w obronie.

2.

O Putinie kucharzu Rosjanie dowiedzieli się z pewnego wywiadu rzeki. Chwilę wcześniej Borys Jelcyn, który zaszedł Rosjanom za skórę swoimi alkoholowymi ekscesami, niespodziewanie namaścił na swojego następcę jego wnuka, Władimira. Trwała przedwyborcza gorączka i już niedługo miało się okazać, czy młody, dziarski judoka z przeszłością w KGB zastąpi Jelcyna na stanowisku prezydenta. Zbliżały się wybory, które musiał wygrać.

Jego opublikowana pod tytułem От первого лица [Od lidera] rozmowa z trójką rosyjskich dziennikarzy miała przybliżyć Rosjanom - i światu - tego nieznanego szerzej polityka*. Putin opowiada w niej o swojej rodzinie, karierze w KGB, latach spędzonych w NRD, o żonie, a nawet o babci, która potajemnie go ochrzciła.

I o dziadku.

- Musiał gotować dość dobrze, bo po I wojnie światowej zaproponowano mu pracę w Gorkach, na obrzeżach Moskwy, gdzie mieszkali Lenin i cała rodzina Uljanowów. Kiedy Lenin zmarł, dziadek został przeniesiony do jednej z dacz Stalina. Pracował tam bardzo długo - powiedział Władimir Putin, wówczas jeszcze kandydat na prezydenta Rosji. - Nie padł ofiarą czystek? - dopytywali dziennikarze. - Nie, z jakiegoś powodu pozwolili mu żyć - odpowiedział Władimir Władimirowicz. - Niewielu ludzi, którzy spędzili dużo czasu blisko Stalina, wyszło z tego bez szwanku, ale dziadek był jednym z nich. Przeżył Stalina, a później, na emeryturze, był kucharzem w sanatorium Moskiewskiego Komitetu Partii w miejscowości Ilińskoje.

Od tej pory niemal wszystkie biografie prezydenta Rosji podają, że jego dziadek był kucharzem Lenina i Stalina.

3.

Rodzina Spirydona Putina została zdziesiątkowana przez blokadę Leningradu i wojnę z Niemcami. Z jego siedmiu synów przeżyło tylko dwóch: Władimir i Aleksander. Władimir, po którym imię nosi prezydent Rosji, był wtedy mieszkańcem Leningradu i zgłosił się na ochotnika do armii. Przydzielono go do oddziału NKWD, który prowadził dywersję na tyłach wroga, w okolicach miasteczka Kingisepp. Gdy skończyło im się jedzenie, poszli do jednej z wiosek, do chłopów, prosić o pomoc. Chłopi donieśli na nich Niemcom. Oddział Władimira Putina seniora wpadł w zasadzkę.

Z dwudziestu ośmiu mężczyzn udało się przeżyć tylko trzem kolegom Władimira i jemu samemu. Putin-ojciec był ranny, w dodatku uciekając przed pogonią, spędził całą noc w jeziorze, oddychając przez słomkę z trzciny. Cudem udało mu się dotrzeć z powrotem pod Leningrad, ale był wycieńczony, a rana ciężka. Jeśli ktoś nie pomógłby mu przejść na drugi brzeg Newy, nie miałby szans na przeżycie.

Na szczęście okazało się, że w tym samym oddziale służył sąsiad z jednej wioski. Przepłynął z rannym Putinem przez Newę. - Ty żyj, a ja wracam umierać - powiedział na odchodne i wrócił do jednostki.

Wieści po otoczonym Leningradzie rozchodziły się szybko i do rannego Władimira trafiła jego żona, Maria, z dwuletnim synem Wiktorem. Witia był, jak wszyscy wówczas mieszkańcy miasta, bez przerwy głodny. Ojciec oddał mu więc całą swoją rację żywnościową - szpitale, podobnie jak szkoły i przedszkola, miały swoje stołówki.

Kiedy pielęgniarki zobaczyły, co się dzieje, przestały wpuszczać Marię z dzieckiem do szpitala. Szpitalne jedzenie było dla rannych, nie dla tych, którzy umierają z głodu w mieście. Oni traktowani byli już jak trupy.

Mały Wiktor Putin nie przeżył blokady. Umarł na błonicę. Władimir Putin, już jako prezydent, w poruszającym artykule, jaki napisał dla magazynu "Ruskij Pionier", opisał, jak jego wychudzona matka została wyniesiona z rozpadającego się budynku na noszach. Uciekła śmierci w ostatniej minucie.

Nie da się zrozumieć ani rodziny Putinów, ani współczesnej Rosji bez spróbowania chleba z czasów blokady Leningradu.

4.

Nieżyjący już Aleksander Putin, brat ojca prezydenta, jeden z zaledwie dwóch braci Putinów, którzy przetrwali blokadę Leningradu, podkreślał we wszystkich wywiadach, jak skromnym człowiekiem, a jednocześnie dobrym kucharzem był jego ojciec. "Uczył się fachu jeszcze za cara, kiedy sztuka kulinarna kwitła. Szczególnie lubił gotować mięso i rybę, ale swego firmowego dania nie miał" - mówił w wywiadzie dla "Komsomolskiej Prawdy". "Wszyscy zawsze byli zadowoleni. Do momentu kiedy osiągnął wiek siedemdziesięciu dwóch lat, prosili go, [żeby gotował] na bankiety. Ojciec bardzo się złościł, kiedy weszły ograniczenia produktów. Jakie u kucharza może być ograniczenie, on sam powinien wiedzieć, ile czego i kiedy dodać!"

I dalej: "Był bardzo pryncypialny i nawet w czasach, gdy brakowało jedzenia, nic nie przynosił z pracy do domu. Nawet kanapeczki. Żył skromnie, w dwóch maleńkich pokoiczkach. Dostawał sto dwadzieścia rubli emerytury i o nic więcej nie prosił. Był nie do podrobienia. Dziś mało jest takich ludzi".

Podobno Spirydon Putin nie poważał swojej pracy kucharza. Uważał ją za niewdzięczną i żałował, że nie został inżynierem albo architektem. Nie chciał, żeby dzieci albo wnuki poszły w jego ślady.

Tyle mniej więcej o nim wiadomo. A ja chciałem dowiedzieć się więcej.

Kiedy zwiedzałem Gorki Leninskie, pytałem przewodników i dyrektora tego miejsca o Spirydona Putina. Wszyscy nabierali wody w usta. - Wciąż szukamy dokumentów - powiedział dyplomatycznie dyrektor.

- Ale podobno dla Lenina gotowała Szura Worobiowa - nie ustępowałem. - Skoro prezydent powiedział, że jego dziadek tu pracował, to pracował - odpowiedział dyrektor. - Jestem pewien, że dokumenty niedługo się znajdą.

W Petersburgu rozmawiałem z wieloletnim, legendarnym dyrektorem restauracji Astoria. On powiedział mi wprost, że o dziadku prezydenta nigdy nie słyszał. Ale później, na wszelki wypadek, poprosił, żeby nie podawać jego nazwiska. Im dłużej próbowałem znaleźć jakieś informacje na temat Spirydona Putina, tym bardziej mi się wymykał. Im bardziej próbowałem potwierdzić jego historię w jakichkolwiek archiwach, dokumentach albo chociaż porozmawiać z kimś, kto znał go osobiście - tym większy był mur, na jaki się natykałem.

Aż w końcu zrozumiałem, że nie znajdę żadnych dowodów na to, że Spirydon Putin gotował w Astorii i że Rasputin podarował mu złotą monetę.

Dlaczego?

Bo ich nie ma. Podobnie jak nie ma dowodów, że gotował dla Lenina albo dla Stalina. Spirydon Putin przez całe życie gotował w sanatoriach, w tym w sanatorium dla członków partii - i tyle. I owszem, mogli być wśród nich i Nikita Chruszczow, następca Stalina, i Wiaczesław Mołotow, bo tak powiedział w wywiadzie wujek Władimira Putina, Aleksander. I może raz albo dwa został poproszony, żeby ugotować coś na bankiet, na którym gościem był Stalin. Może nawet przez jakiś czas pracował na którejś jego daczy? Może był kucharzem, którego Kreml zapraszał do pracy przy dużych bankietach? Albo zastępował tam kogoś?

Tego się już nie dowiemy. Ale ja pewien jestem jednego. Połowa jego życiorysu jest wyssana z palca. Fakty przemieszane są w nim z całkowitą fikcją.

Historia Spirydona Putina to chyba najpiękniejszy przykład, jak - od kuchni - działa rosyjska propaganda. Nieważne, czy historia jest prawdziwa, czy nie. Ważne, że ludzie w nią wierzą. Dziadek, którym zachwycił się Rasputin, a który potem gotował i dla Lenina, i dla Stalina, był dla Władimira Putina świetnym chwytem reklamowym przed wyborami, bo łączył w swojej biografii epoki, do których Rosjanie - mimo całego zła, które się wtedy stało - mają sentyment.

"Skoro liderzy ZSRR ufali mojemu dziadkowi, wy możecie zaufać mnie" - zdawał się mówić Władimir Putin.

I tak się rzeczywiście stało.

tokfm.pl