sobota, 18 czerwca 2022


Kucharz, poza wszystkim, jest kucharzem - Władimir Putin

1.

Jeśli coś szło nie po jego myśli, rzucał fartuchem o podłogę i wychodził. W Astorii, przed I wojną światową jednej z najdroższych restauracji Petersburga, wpadali wtedy w panikę - to on, Spirydon Putin, jako starszy kucharz miał kluczyk do szafki z droższymi alkoholami. Nie będzie Putina - nie będzie ormiańskiego koniaku ani francuskiego wina.

Tak przynajmniej mówi rodzinna legenda.

Ta porywczość zostanie mu do końca życia, choć na emeryturze będzie żył w niewielkim mieszkanku i uspokajał się, łowiąc ryby i paląc niezliczone ilości papierosów.

Wnuk Władimir spotkał dziadka zaledwie kilka razy w życiu, ale zapamiętał, że był mistrzem w swoim fachu. Inna rodzinna legenda głosi, jak to któregoś dnia, za czasów cara, na obiad do Astorii przyszedł Rasputin. Co ugotował Putin dla Rasputina? Może któreś z dań, z których Astoria słynęła - julienne z kury? Kotleciki jagnięce? A może sandacza "Orly" w sosie tatarskim, przybranego kawiorem?

Tego nikt już nie pamięta.

Rodzinna opowieść mówi za to, że jedzenie tak posmakowało dworskiemu szarlatanowi, iż po posiłku kazał wezwać kucharza, a gdy ten przyszedł - wręczył mu złotą monetę. Starsi spośród członków rodziny Putinów zarzekają się, że jeszcze niedawno była wśród rodzinnych pamiątek; ktoś ją jeszcze pamięta, ale potem przyszły dwie wojny, stalinizm, odwilż, pieriestrojka - i gdzieś pomiędzy tymi wydarzeniami moneta zaginęła.

Podobnie nikt nie pamięta, w jaki sposób Spirydon Putin trafił do jednej z najlepszych restauracji carskiego Petersburga. Jedni mówią, że był ubogi, pochodził z Pominowa, małej wioski pod Twerem. Szukał jakiejkolwiek pracy i już jako dwunastolatek zaczął najmować się w restauracjach. Szybko się okazało, że ma złote ręce, więc kucharze zaczęli go przyuczać do zawodu. Jeszcze przed trzydziestką stał się szanowanym szefem kuchni.

Ale inni mówią, że Putinowie to był ród kucharzy i Spirydon uczył się fachu od swoich kuzynów.

Złote carskie czasy skończyły się wraz z początkiem I wojny światowej. Spirydon z kuchni trafił wprost na front. Jego wnuk Władimir opowie wiele lat później reżyserowi Oliverowi Stone’owi, który zrobił z nim dokumentalny wywiad rzekę, jak to dziadek najpierw strzelił z okopu do austriackiego żołnierza, ale kiedy go trafił - od razu pobiegł z apteczką, by go opatrzyć. W ten sposób uratował mu życie. "Jeśliby nie strzelił, Austriak by go zabił" - mówił Putin.

Musiał się więc Spirydon bronić. Ale zabijać nie chciał.

Zaskakująco podobny ten dziadek do Rosji Władimira Putina, która też, gdy używa broni, to - jeśli wierzyć propagandzie - wyłącznie w obronie.

2.

O Putinie kucharzu Rosjanie dowiedzieli się z pewnego wywiadu rzeki. Chwilę wcześniej Borys Jelcyn, który zaszedł Rosjanom za skórę swoimi alkoholowymi ekscesami, niespodziewanie namaścił na swojego następcę jego wnuka, Władimira. Trwała przedwyborcza gorączka i już niedługo miało się okazać, czy młody, dziarski judoka z przeszłością w KGB zastąpi Jelcyna na stanowisku prezydenta. Zbliżały się wybory, które musiał wygrać.

Jego opublikowana pod tytułem От первого лица [Od lidera] rozmowa z trójką rosyjskich dziennikarzy miała przybliżyć Rosjanom - i światu - tego nieznanego szerzej polityka*. Putin opowiada w niej o swojej rodzinie, karierze w KGB, latach spędzonych w NRD, o żonie, a nawet o babci, która potajemnie go ochrzciła.

I o dziadku.

- Musiał gotować dość dobrze, bo po I wojnie światowej zaproponowano mu pracę w Gorkach, na obrzeżach Moskwy, gdzie mieszkali Lenin i cała rodzina Uljanowów. Kiedy Lenin zmarł, dziadek został przeniesiony do jednej z dacz Stalina. Pracował tam bardzo długo - powiedział Władimir Putin, wówczas jeszcze kandydat na prezydenta Rosji. - Nie padł ofiarą czystek? - dopytywali dziennikarze. - Nie, z jakiegoś powodu pozwolili mu żyć - odpowiedział Władimir Władimirowicz. - Niewielu ludzi, którzy spędzili dużo czasu blisko Stalina, wyszło z tego bez szwanku, ale dziadek był jednym z nich. Przeżył Stalina, a później, na emeryturze, był kucharzem w sanatorium Moskiewskiego Komitetu Partii w miejscowości Ilińskoje.

Od tej pory niemal wszystkie biografie prezydenta Rosji podają, że jego dziadek był kucharzem Lenina i Stalina.

3.

Rodzina Spirydona Putina została zdziesiątkowana przez blokadę Leningradu i wojnę z Niemcami. Z jego siedmiu synów przeżyło tylko dwóch: Władimir i Aleksander. Władimir, po którym imię nosi prezydent Rosji, był wtedy mieszkańcem Leningradu i zgłosił się na ochotnika do armii. Przydzielono go do oddziału NKWD, który prowadził dywersję na tyłach wroga, w okolicach miasteczka Kingisepp. Gdy skończyło im się jedzenie, poszli do jednej z wiosek, do chłopów, prosić o pomoc. Chłopi donieśli na nich Niemcom. Oddział Władimira Putina seniora wpadł w zasadzkę.

Z dwudziestu ośmiu mężczyzn udało się przeżyć tylko trzem kolegom Władimira i jemu samemu. Putin-ojciec był ranny, w dodatku uciekając przed pogonią, spędził całą noc w jeziorze, oddychając przez słomkę z trzciny. Cudem udało mu się dotrzeć z powrotem pod Leningrad, ale był wycieńczony, a rana ciężka. Jeśli ktoś nie pomógłby mu przejść na drugi brzeg Newy, nie miałby szans na przeżycie.

Na szczęście okazało się, że w tym samym oddziale służył sąsiad z jednej wioski. Przepłynął z rannym Putinem przez Newę. - Ty żyj, a ja wracam umierać - powiedział na odchodne i wrócił do jednostki.

Wieści po otoczonym Leningradzie rozchodziły się szybko i do rannego Władimira trafiła jego żona, Maria, z dwuletnim synem Wiktorem. Witia był, jak wszyscy wówczas mieszkańcy miasta, bez przerwy głodny. Ojciec oddał mu więc całą swoją rację żywnościową - szpitale, podobnie jak szkoły i przedszkola, miały swoje stołówki.

Kiedy pielęgniarki zobaczyły, co się dzieje, przestały wpuszczać Marię z dzieckiem do szpitala. Szpitalne jedzenie było dla rannych, nie dla tych, którzy umierają z głodu w mieście. Oni traktowani byli już jak trupy.

Mały Wiktor Putin nie przeżył blokady. Umarł na błonicę. Władimir Putin, już jako prezydent, w poruszającym artykule, jaki napisał dla magazynu "Ruskij Pionier", opisał, jak jego wychudzona matka została wyniesiona z rozpadającego się budynku na noszach. Uciekła śmierci w ostatniej minucie.

Nie da się zrozumieć ani rodziny Putinów, ani współczesnej Rosji bez spróbowania chleba z czasów blokady Leningradu.

4.

Nieżyjący już Aleksander Putin, brat ojca prezydenta, jeden z zaledwie dwóch braci Putinów, którzy przetrwali blokadę Leningradu, podkreślał we wszystkich wywiadach, jak skromnym człowiekiem, a jednocześnie dobrym kucharzem był jego ojciec. "Uczył się fachu jeszcze za cara, kiedy sztuka kulinarna kwitła. Szczególnie lubił gotować mięso i rybę, ale swego firmowego dania nie miał" - mówił w wywiadzie dla "Komsomolskiej Prawdy". "Wszyscy zawsze byli zadowoleni. Do momentu kiedy osiągnął wiek siedemdziesięciu dwóch lat, prosili go, [żeby gotował] na bankiety. Ojciec bardzo się złościł, kiedy weszły ograniczenia produktów. Jakie u kucharza może być ograniczenie, on sam powinien wiedzieć, ile czego i kiedy dodać!"

I dalej: "Był bardzo pryncypialny i nawet w czasach, gdy brakowało jedzenia, nic nie przynosił z pracy do domu. Nawet kanapeczki. Żył skromnie, w dwóch maleńkich pokoiczkach. Dostawał sto dwadzieścia rubli emerytury i o nic więcej nie prosił. Był nie do podrobienia. Dziś mało jest takich ludzi".

Podobno Spirydon Putin nie poważał swojej pracy kucharza. Uważał ją za niewdzięczną i żałował, że nie został inżynierem albo architektem. Nie chciał, żeby dzieci albo wnuki poszły w jego ślady.

Tyle mniej więcej o nim wiadomo. A ja chciałem dowiedzieć się więcej.

Kiedy zwiedzałem Gorki Leninskie, pytałem przewodników i dyrektora tego miejsca o Spirydona Putina. Wszyscy nabierali wody w usta. - Wciąż szukamy dokumentów - powiedział dyplomatycznie dyrektor.

- Ale podobno dla Lenina gotowała Szura Worobiowa - nie ustępowałem. - Skoro prezydent powiedział, że jego dziadek tu pracował, to pracował - odpowiedział dyrektor. - Jestem pewien, że dokumenty niedługo się znajdą.

W Petersburgu rozmawiałem z wieloletnim, legendarnym dyrektorem restauracji Astoria. On powiedział mi wprost, że o dziadku prezydenta nigdy nie słyszał. Ale później, na wszelki wypadek, poprosił, żeby nie podawać jego nazwiska. Im dłużej próbowałem znaleźć jakieś informacje na temat Spirydona Putina, tym bardziej mi się wymykał. Im bardziej próbowałem potwierdzić jego historię w jakichkolwiek archiwach, dokumentach albo chociaż porozmawiać z kimś, kto znał go osobiście - tym większy był mur, na jaki się natykałem.

Aż w końcu zrozumiałem, że nie znajdę żadnych dowodów na to, że Spirydon Putin gotował w Astorii i że Rasputin podarował mu złotą monetę.

Dlaczego?

Bo ich nie ma. Podobnie jak nie ma dowodów, że gotował dla Lenina albo dla Stalina. Spirydon Putin przez całe życie gotował w sanatoriach, w tym w sanatorium dla członków partii - i tyle. I owszem, mogli być wśród nich i Nikita Chruszczow, następca Stalina, i Wiaczesław Mołotow, bo tak powiedział w wywiadzie wujek Władimira Putina, Aleksander. I może raz albo dwa został poproszony, żeby ugotować coś na bankiet, na którym gościem był Stalin. Może nawet przez jakiś czas pracował na którejś jego daczy? Może był kucharzem, którego Kreml zapraszał do pracy przy dużych bankietach? Albo zastępował tam kogoś?

Tego się już nie dowiemy. Ale ja pewien jestem jednego. Połowa jego życiorysu jest wyssana z palca. Fakty przemieszane są w nim z całkowitą fikcją.

Historia Spirydona Putina to chyba najpiękniejszy przykład, jak - od kuchni - działa rosyjska propaganda. Nieważne, czy historia jest prawdziwa, czy nie. Ważne, że ludzie w nią wierzą. Dziadek, którym zachwycił się Rasputin, a który potem gotował i dla Lenina, i dla Stalina, był dla Władimira Putina świetnym chwytem reklamowym przed wyborami, bo łączył w swojej biografii epoki, do których Rosjanie - mimo całego zła, które się wtedy stało - mają sentyment.

"Skoro liderzy ZSRR ufali mojemu dziadkowi, wy możecie zaufać mnie" - zdawał się mówić Władimir Putin.

I tak się rzeczywiście stało.

tokfm.pl

piątek, 17 czerwca 2022


Anna, 21 lat, studentka z Moskwy

– Ciocia zadzwoniła do mnie 10 kwietnia i powiedziała, że w naszym domu pojawiła się policja, która chce ze mną rozmawiać, i podała im telefon. Policjant powiedział mi, że ojciec złożył na mnie skargę. Rzekomo publikowałam antywojenne wpisy, dyskredytowałam rosyjską armię i wzywałam do zabijania Rosjan. Publikowałam różne posty, ale takich wezwań na pewno nie było. Policjant dodał jeszcze, że mój ojciec jest pijany, a ciocia z oddali krzyczała, że to alkoholik.

Gdy dotarłam na policję, mieli już mojego ojca serdecznie dosyć. Już wszystko o nim wiedzieli. Według mojego ojca ktoś miał do niego zadzwonić z Tajlandii i powiedzieć mu o moich wpisach. Kiedy byłam na komisariacie, posyłał mi wiadomości, że został wrobiony. Naczelnik wypuścił mnie w końcu. Następnego dnia ojciec zadzwonił do mnie, aby spytać, jak się czuję. Powiedziałam, że nie czuję się dobrze, ponieważ napisał na mnie donos. "Przecież cię nie wsadzili", skwitował.

Wychowywałam się u babci i cioci, często odwiedzałem ojca, kiedy jeszcze mieliśmy ze sobą kontakt. W 2014 r. oglądaliśmy razem olimpiadę w Soczi, a także rozmawialiśmy o Ukrainie i Majdanie. Już wtedy byłam w opozycyjnym nastroju, spierałam się z ojcem, a on ironizował na temat moich poglądów, ale to nie było agresywne.

Przez jakiś czas mieszkał z nami i bardzo mi dokuczał. Gdy miałam 13 lat, uciekłam z domu, bo groził, że wydłubie mi oczy – a policja nie przyjeżdżała. Dorośli nie chcieli mi wierzyć, że on zbyt wiele pije.

A teraz taką samą sytuację mamy w kraju: trwa wojna, dzieją się straszne rzeczy, a ludzie nie chcą tego widzieć, bo trudno im to zaakceptować. I tak mam już ciężką depresję, a teraz na moją osobistą sytuację nakłada się jeszcze to, co się dzieje w całym kraju. A ja czuję się coraz gorzej. Chciałabym kiedyś wyjechać, ale teraz nie mam na to pieniędzy. Ludzie w Rosji powinni być bardziej ostrożni, także w kontaktach z krewnymi, bo okazuje się, że oni też mogą pójść ze skargą na policję.

onet.pl

Jacek Gądek: - Twierdzi Pan w nowej książce ("Krzywe spojrzenie. Niemiecka polityka wschodnia"), że egoizm gospodarczy i myślenie życzeniowe Niemców utorowały drogę agresywnej polityce Putina. Nie za ostro?

Thomas Urban (wieloletni korespondent niemieckiej gazety "Süddeutsche Zeitung" w Warszawie, Kijowie i Moskwie): - Taką tezę głoszę już od 20 lat, choć w niemieckiej debacie była ona do tej pory niszowa. Dopiero po 2014 r. - po pierwszej inwazji Rosji na Ukrainę i aneksji Krymu - zaczęto czasami publikować w niemieckich mediach komentarze w takim tonie. Niemniej do wybuchu obecnej wojny w Ukrainie był to w Niemczech pogląd mniejszościowy.

A teraz?

Wszystko się zmieniło. Teraz jest to już mainstreamowa opinia.

Co jest najistotniejszym elementem tego torowania drogi dla rosyjskiej agresji na Ukrainę?

Dwie rzeczy. Pierwsza: psychologiczny spadek po II wojnie światowej. Niemcy dwa razy zaczynały wojnę w Europie, więc główny nurt debaty publicznej w Niemczech od dekad był pacyfistyczny. Bardzo ważna była tu polityka kanclerza Helmuta Kohla, który osobiście był silnie nacechowany doświadczeniami II wojny światowej, bo jego starszy brat zginął na froncie. Kohl trzymał się zasady, że Niemcy bezpośrednio nie biorą udziału w konfliktach zbrojnych, choć mogą finansowo wspierać stronę zachodnią - działań bojowych jednak unikały.

A druga rzecz to fakt, że Niemcy historycznie mieli przed XX w. dobre stosunki z Rosją. Wielu rosyjskich carów czy caryc było Niemcami. A kanclerz Otto von Bismarck, który odegrał wiodącą rolę w jednoczeniu Niemiec, bardzo starał się budować z Rosją dobre stosunki.

Ta historia jest aż tak istotna?

Jest ważna. Przez historię w Niemczech dominował pogląd, że jeśli Niemcy i Rosjanie się porozumiewają, to w zasadzie jest dobrze. Lekceważono przy tym oczywiście doświadczenia krajów leżących między Niemcami a Rosją - m.in. Polski.

A gaz, ropa i węgiel, które Niemcy na potęgę kupują od Rosji?

Surowce w ostatnich dekadach oczywiście odgrywały ogromną rolę. Współpraca Niemiec i Rosji w handlu surowcami też ma jednak kontekst ideologiczny. Zachodnioniemiecko-sowiecki handel surowcami zaczynał się jeszcze za rządów kanclerza chadeka Konrada Adenauera (1949-63). Wtedy były już pierwsze projekty budowy rurociągów z Syberii do Niemiec Zachodnich. Nie zostały jednak zrealizowane z uwagi na kryzys kubański (1962 r.) za prezydentury Johna F. Kennedy’ego w USA.

Ale kiedy kanclerzem został w 1969 r. Willy Brandt, to zaczęto ze Związkiem Radzieckim realizować projekty energetyczne. Uzasadniano to ideą, że jeśli Niemcy i ZSRR zbliżą się gospodarczo, to efektem będzie postępująca liberalizacja wewnętrzna Związku Radzieckiego.

Nie udało się.

Bo to oczywiście było myślenie życzeniowe.

Handel miał dokonać liberalizacji ZSRR, a później Rosji, ale stało się dokładnie odwrotnie?

Teraz już chyba każdy to rozumie. Niemniej Niemcy miały swoją wizję wyrażającą się w powiedzeniu "Wandel durch Handel", czyli "zmiana przez handel" i długo się go trzymali. Zmiana w sensie kulturowym i politycznym ma się dokonywać poprzez wymianę handlową. To bardzo stara idea sięgająca jeszcze Hanzy, czyli XIII wieku.

W praktyce chodziło jednak o pieniądze, bo niemiecki przemysł chciał mieć tanią bazę energetyczną, a w zamian mógł Sowietom zaoferować zachodnią technologię. Na współpracy z Rosją najbardziej zależało koncernom zachodnioniemieckim.

Idea "Wandel durch Handel" chyba jednak przegrała z powiedzeniem przypisywanym Leninowi, że powieszą kapitalistów na sznurze, który kupią od tych kapitalistów za ich własne pieniądze?

Rosjanie nie powieszą Niemców, ale Ukrainę to by chcieli i się starają, rozpętując wojnę.

Pokolenie temu były w Niemczech debaty o tym, że handel z Rosją obraca się przeciwko Zachodowi. Niektórzy eksperci przekonywali, że Niemcy tanio kupią sowiecki czy rosyjski gaz, ale jednocześnie - przypadło to na czas rządów Leonida Breżniewa (1964-82) w ZSRR - radziecka armia wyrosła na potęgę militarną globalnego znaczenia. W reakcji na rosnącą siłę Sowietów kraje zachodnie muszą więc bardzo dużo pieniędzy wydawać na zbrojenia. Debata o tym w Niemczech jest bardzo stara, jednak nigdy nie przebiła się do polityków na tyle mocno, aby zatrzymać handel surowcami energetycznymi z Moskwą. A wręcz przeciwnie - handel wciąż rósł.

Pani kanclerz Angela Merkel, która znała realia Europy Środkowo-Wschodniej, nic nie zmieniła, więc dalej torowała Putinowi drogę do wojny?

Ogromnie ceniłem to, co Merkel zrobiła dla stosunków polsko-niemieckich. Gdy była młodą panią minister u kanclerza Helmuta Kohla, tworzyła polsko-niemiecką organizację młodzieżową. Od początku bardzo jej taka współpraca leżała na sercu.

W świetle obecnej wojny w Ukrainie trzeba jednak powiedzieć: ta wojna jest też wynikiem polityki Niemiec pod 16-letnimi rządami Angeli Merkel.

Dlaczego?

Dla mnie to też wielkie pytanie: dlaczego tak się stało, skoro - i to jest też zdanie wielu publicystów w Niemczech - nie miała wątpliwości co do charakteru Putina? Merkel była wobec niego nieufna. Wiedziała, że jest agresywny i znała zbrodniczy charakter jego polityki. Mimo to, należąc do chadecji, popierała kurs socjaldemokratów, którzy byli ślepi na agresję Putina. Rzuca to wielki cień na rządy Merkel.

Merkel po aneksji Krymu przez Putina mówiła, że rosyjski prezydent mógł już w ogóle stracić kontakt z rzeczywistością. A jednak nie ukróciła handlu gazem z Rosją.

Merkel jeszcze wcześniej i to bardzo otwarcie krytykowała agresję Rosji na Gruzję w 2008 r. Po ataku w 2014 r. na Krym i Donbas też krytykowała Putina - i to nawet w jego obecności. Mówiła, że prowadzi zbrodniczą politykę. Ale potem i tak akceptowała rosyjsko-niemiecki projekt gazociągu Nord Stream 2.

Teraz mamy jednak kanclerza z SPD - formacji bardziej "rozumiejącej Rosję". Kanclerz Olaf Scholz po inwazji Rosji na Ukrainę totalnie reorientuje niemiecką polityki wobec Kremla? Czy to tylko retoryka?

Tego do końca jeszcze nie wiemy. Nie wiemy, jak długofalowo będzie wyglądać ta polityka. Inne państwa, zwłaszcza z Europy Środkowo-Wschodniej, wywierają presję na Niemcy, aby wprowadzić embargo na rosyjski gaz i ropę, ale to miałoby ciężkie konsekwencje dla niemieckiego przemysłu i całej gospodarki.

Wedle wyliczeń Uniwersytetu w Bonn oraz Uniwersytetu Kolońskiego wstrzymanie importu rosyjskich surowców oznacza dla Niemiec spadek PKB między 0,5 proc. a 3 proc.

To dla Niemiec dużo. Z dnia na dzień Niemcy nie zrezygnują z rosyjskich surowców, ale na pewno obserwujemy teraz wielki zwrot w niemieckiej polityce. Przecież jeszcze na trzy tygodnie przed inwazją Olaf Scholz był u Putina i dał nie tylko sygnał, że Niemcy mają nadzieję, że do wojny nie dojdzie, ale też sygnał, że taka wojna nie będzie mieć wielkich konsekwencji.

Z kolei wcześniej długoletni szef MSZ, a obecnie prezydent Frank-Walter Steinmeier (też z SPD), ciągle wysyłał Moskwie sygnały, że reakcja na agresywne działania Putina nie będą stanowcza. Steinmeier jako szef MSZ krytykował sankcje na Rosję wprowadzone po aneksji Krymu. Jak minister spraw zagranicznych mógł to robić? To przecież był znak, że Niemcy - a już na pewno SPD - de facto akceptują aneksję Krymu i oderwanie Donbasu od Ukrainy. Socjaldemokraci w Niemczech popełniali straszne błędy, które tylko zachęcały Putina do kolejnej wojny z Ukrainą.

Błędy czy może Putin przez długie lata kupował elitę polityczną także w Niemczech?

Na pewno udało się to w przypadku kanclerza z SPD Gerharda Schrödera, choć on sam nie miał jedynie motywacji materialnej. Schröder myślał w takich kategoriach jak i wielu polityków z północnych Niemczech, a więc w tradycji Bismarcka, że jeżeli Niemcy będą mieć dobre relacje z Rosją, to będzie dobrze dla wszystkich. On miał taką ideologiczną, polityczną motywację, a nie tylko materialną.

Korumpowanie niemieckiej elity nie odgrywało wielkiej roli. Zwłaszcza w SPD dominowało myślenie życzeniowe odwołujące się do - sam nazywam to nawet nie mitem, ale legendą - Ostpolitik kanclerza Willy Brandta.

Legendą?

50 lat temu Brandt rozpoczął politykę odprężenia z Moskwą, Warszawą, Pragę, podpisywał umowy o nieagresji i o granicy z Polską na Odrze i Nysie. Ta legenda mówi, że to odprężenie i polityka dialogu Brandta doprowadziła do upadku Muru Berlińskiego.

Z rzeczywistością to nie ma wiele wspólnego?

Jeżeli badać historię i studiować dokumenty biura politycznego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, to powody były zupełnie inne. Wedle analiz protagonistów sowieckich u podstaw upadku Muru Berlińskiego leżały trzy wielkie przyczyny. Pierwszą była twarda, strategiczna i wojskowa polityka prezydenta USA Ronalda Reagana.

Polityka siły, wyścigu zbrojeń, a nie dialogu, handlu czy odprężenia.

Właśnie: to siła, a nie handel prowadził do zmiany. Drugi czynnik prawie nie istnieje w debatach niemieckich, a była to umowa między USA i Arabią Saudyjską o nadprodukcji ropy naftowej. Amerykanie i Saudowie wspólnie popierali mudżahedinów w wojnie w Afganistanie w latach 80. przeciwko ZSRR. Amerykanie i Saudowie zalali światowy rynek tanią ropą, więc zyski Moskwy z jej eksportu spadły i Kreml nie miał z czego finansować armii, wojny w Afganistanie i funkcjonowania państwa.

I trzeci powód: polska "Solidarność". To Polacy wbili klin w Mur Berliński. Chociaż stan wojenny przydusił "Solidarność", to długofalowo Sowieci nie mieli sposobu na rozprawienie się z nią.

Polityka Brandt - odprężenie - w tych wszystkich radzieckich analizach nie odgrywa żadnej roli przy upadku Muru. Legenda o tym była jednak w Niemczech silna. To - w uproszczeniu - Ronald Reagan, Jan Paweł II z Lechem Wałęsą i Michaił Gorbaczow, który rozumiał, że już nie jest w  stanie obronić idei wielkiego imperium, rozmontowali Mur i Związek Radziecki.

Pan twierdzi, że polityka wschodnia Niemiec od pół wieku zasadza się na legendzie?

Oczywiście nie całkowicie, ale odegrała ważną rolę, której nie można pominąć.

Legendę można było uznawać za wiarygodną, bo Ostpolitik miała pozytywne skutki dla Niemców, szczególnie tych z NRD. Niemniej z geostrategicznego punktu widzenia Ostpolitik stabilizowała reżimy w państwach bloku wschodnim, a nawet powodowała utwardzenie kursu wewnętrznego w tych państwach. Także w ZSRR.

Od samego początku państwa Europy Środkowo-Wschodniej mówiły, że Nord Stream to błąd. Radosław Sikorski, w 2006 r. szef MON w rządzie PiS, wręcz porównywał go do o paktu Ribbentrop - Mołotow. Z perspektywy czasu była w tym racja?

To był błąd Sikorskiego. Powinien doskonale wiedzieć, że jeśli Niemcom zarzuca się naśladowanie Hitlera, to bardzo źle odbiorą takie uwagi. Niemcy są przekonani, że doskonale przepracowali zbrodnie III Rzeszy i nikt nie może im zarzucić popełniania znów tych samych metod.

Jeżeli Sikorski by podawał inne argumenty, na przykład mówił o konsekwencjach ekologicznych gazociągu, to miałby cień szansy na dotarcie choć do lewicowej części opinii publicznej w Niemczech. Jeżeliby przekonywał, że Niemcy mogą mieć partnera w Ukrainie - też miałby jakąś szansę. Ale zarzucić Niemcom, że naśladują Hitlera? To retoryczny i polityczny błąd. Co do istoty, że Niemcy budując NS2 ułatwiają Putinowi agresję na Ukrainę, Sikorski miał jednak rację.

Sądzi pan, że rząd Niemiec będzie trwał przy decyzji o skasowaniu fizycznie już gotowego NS2? Czy jednak za kilka lat wróci do projektu?

NS2 jest już martwy - nie wróci.

Stosunek do tego gazociągu wcale nie był w Niemczech jednoznaczny. Dzisiaj w rządzie są Zieloni, a oni od samego początku krytykowali NS2. Z różnych powodów. Argumentowali, że Rosja Putina to reżim represjonujący Ukrainę i opozycję w samej Rosji. Ale dla Zielonych ważne są też argumenty ekologiczne, bo utrata metanu w procesie przesyłania gazu to ok. 2 proc., a w Rosji może nawet więcej, a to ma bardzo zły wpływ na zmiany klimatu.

Zieloni faktycznie krytykowali NS2, ale też byli naiwni co do Putina. Szefowa MSZ Niemiec Annalena Baerbock mówiła, że Niemcy zostały bezczelnie okłamane przez Rosję ws. wojny w Ukrainie. Dla kogoś, kto zna politykę Kremla, to chyba jasne, że kłamstwo jest stałym jej elementem?

Skoro pani minister mówi, że ich Rosjanie oszukali, to przyznaje: analizy jej samej i całego aparatu niemieckiego MSZ były chybione.

Pana nie dziwi to, że szefowa MSZ odkryła, że narzędziem rosyjskiej dyplomacji jest kłamstwo?

Dziwi to, że dopiero teraz to pani minister odkryła. Podobnie jak dziwi mnie to, że obecny prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, gdy był jeszcze szefem MSZ, po aneksji Krymu też mówił, że Putin ich oszukał. Steinmeier nie zdradzał się z tym jednak publicznie, a tylko w wąskim kręgu zaufanych ludzi, niemniej - jak się dowiedziałem u niemieckich dyplomatów - on również dziwił się, że go Rosjanie okłamali. A co więcej: był oburzony tym, że przede minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow zawsze go okłamywał.

I co to zmieniło?

Nic. Steinmeier i tak nie zmienił swojej polityki wobec Rosji. I to jest bardzo dziwne. Jeśli od 2014 r. dobitnie wiemy, że Rosjanie kłamią, to kanclerze i ministrowie powinni mieć nie tylko plan A na wypadek, gdyby Rosjanie mówili prawdę i chcą iść na pokojową kooperację, ale przede wszystkim mieć plan B, gdyby znów kłamali i Rosja wbrew obietnicom będzie agresywna.

Niemcy nie mieli planu B. Naiwnie wierzyli: dobrze prowadzimy rozmowy i wszystko powinno się pokojowo skończyć. Taki optymizm zakładający happy end to jest bardzo zła polityka.

Z jednej strony są elity polityczne Niemiec, a z drugiej szeregowi obywatele. Jeden z najnowszych sondaży mówi, że 55 proc. Niemców jest za odcięciem się od rosyjskiego gazu i to już teraz. Faktycznie jest mocna presja społeczna na kanclerza Scholza?

Sondaże zawsze są zdominowane przez emocje danego momentu. Wyniki mogłyby się bardzo zmienić zimą, kiedy ludzie by nie mieli w domach tak ciepło, jak by chcieli.

Plan B już jest?

Polityka ministra gospodarki - Roberta Habecka z Zielonych - ma polegać na zmianie systemu energetycznego. On mówi tak: w Rosji na pewno nie będzie zmiany w kierunku demokracji i chęci do międzynarodowej kooperacji, więc musimy się odciąć od dostaw gazu i ropy z Rosji. Ale to nie pójdzie szybko - ma trwać albo kilka miesięcy, albo i dwa lata. Niemniej Niemcy chcą iść w tym kierunku. Jest presja społeczna, ale też polityczna, by to zrobić.

W koalicji rządzącej są wyraźne głosy, choć w SPD jest ich najmniej, że trzeba być bardzo nieufnym wobec Putina. W innych formacjach sprawa jest postawiona jasno: Putin stworzył zbrodniczy reżim, musimy więc zmienić naszą politykę wobec Rosji i handlu surowcami. Zresztą w prasie też widać zmianę. Jeszcze kilka lat temu dominował nurt liberalno-lewicowy i pacyfistyczny - jak w "Süddeutsche Zeitung" czy "Der Spiegel" - ale od paru lat był już on wypierany przez bardziej trzeźwe spojrzenie na Rosję. Myślę, że teraz obserwujemy bardzo ważną i szybką zmianę w mentalności elity intelektualnej, elity politycznej i w mediach w Niemczech.

Zmiana się dokonuje, ale czy będzie dostatecznie szybka, aby Ukraina dotrwała do czasu, gdy Rosja zostanie odcięta od europejskiego, głównie niemieckiego, rynku?

Niestety nie można liczyć na to, że Niemcy wstrzymują swoje przelewy za gaz i ropę, które przecież wciąż z Rosji otrzymują.

Zresztą większość Europy - w tym i Polska - wciąż kupuje i płaci za rosyjską ropę i gaz. Miliardy euro płyną więc do Moskwy na finansowanie wojny.

Czy Ukraina się utrzyma czy nie? To będzie się decydować raczej w przeciągu tygodni, a nie miesięcy czy lat. Efekt sankcji nakładanych na Rosję nie będzie momentalny. A nawet jeśli uda się Europie w końcu zrezygnować z rosyjskich surowców energetycznych, to - przywołując słowa Jerzego Urbana - władza Rosji i tak się wyżywi.

Już teraz nałożone sankcje mają jednak dużą wagę. Po aneksji Krymu i agresji Rosji w Donbasie sankcje były symboliczne, a Niemcy z jednej strony te sankcje popierały, a z drugiej trwała budowa NS2 i zwiększano handel z Rosją, by osiągnąć rekord w 2021 r. Niemcy same neutralizowały sankcje, które popierały. Teraz na pewno będzie inaczej. Ale jak długo Ukraina będzie odpierać agresję Rosji i czy ją finalnie odeprze? Tego nie wiemy. Na pewno Berlin pomaga Kijowowi i śle więcej broni, niż oficjalnie o tym mówi.

Niemniej początek był fatalny. Jak to jest, że potężne państwo w obliczu wojny potrafiło zadeklarować tylko hełmy, a i tygodniami nie potrafiło ich dostarczyć?

Żałosne to było. Wstyd z tymi 5 tys. hełmów. Gdy jednak Niemcy je obiecywały, to mieli jeszcze nadzieję, że wojny nie będzie - aż tak ostro bym tu Niemców więc nie potępiał. Rząd Scholza miał kanały dialogu z Putinem i łudził się, że na drodze dyplomacji uda się uniknąć wojny. Scholz sądził, że ma jakiś posłuch u Putina, ale to znów oczywiście było myślenie życzeniowe. Nie było tu złej woli Scholza, więc go nie potępiajmy. Był po prostu naiwny.

Wspomniał pan o przekonaniu Niemców, że udało się im przepracować II wojnę światową i się tym szczycą. Można dziś zaryzykować oczekiwanie, że skoro Niemcy - a tak pan mówi - ułatwiły Putinowi agresję na Ukrainę, to historyczną powinnością byłoby wziąć na siebie odpowiedzialność za zastopowanie trwającej wojny? Poprzez przez forsowanie najtwardszych sankcji jak raptowne odcięcie się od rosyjskich surowców.

To faktycznie bardzo ciekawy moment historyczny. Zarysuję jednak najpierw tło. W Niemczech bardzo popularna była polityka historyczna sprzyjająca Rosji. To stanowisko jest takie: Rosja jako spadkobierca ZSRR bierze całą historię na siebie - w tym pozytywne aspekty jak fakt, że Armia Czerwona bardzo mocno przyczyniła się do upadku III Rzeszy. Putin pokonanie Hitlera przypisuje Rosjanom, choć to nie jest sama prawda, bo Armia Czerwona składała się z żołnierzy z wszystkich 15 republik radzieckich, a procentowo Ukraińcy czy Białorusini ponieśli cięższe straty niż sami Rosjanie.

W Niemczech akceptowana była taka narracja Putina, że to Rosjanie pokonali nazizm. I to do tego stopnia, że Frank-Walter Steinmeier jako prezydent Niemiec jeszcze w zeszłym roku broniąc Nord Stream 2 powiedział, że Niemcy mają pewną odpowiedzialność wobec dzisiejszej Rosji, bo Rosja straciła w II wojnie światowej 20 milionów ludzi. Ta liczb oczywiście nie jest udokumentowana i jest raczej propagandowa niż realna, a po drugie to przecież nie tylko Rosjanie, ale także kilka milionów Ukraińców. W Niemczech dotychczas była obecna jedynie narracja o tym, że Niemcy mają odpowiedzialność wobec Rosji, więc między innymi dlatego budują Nord Stream 2, starając się rekompensować Rosji zabicie 20 mln ludzi.

W myśl tej narracji dziś Niemcy powinny mieć odpowiedzialność wobec Ukraińców za mordy na nich w II wojnie światowej?

Teraz przez atak Rosji na Ukrainę nagle w Niemczech pojawiła się debata o tym, że to myślenie o powinności wobec Rosji nie odpowiada faktom, bo Niemcy zabijali też Ukraińców. Wcześniej niemiecki obraz Ukrainy w II wojnie światowej to byli Stepan Bandera i kolaboracja. Teraz ta wizja się zmieniła. Teraz okazuje się w niemieckiej debacie Ukraińcy, których w II wojnie światowej zginęło kilka milionów, byli ofiarami dwóch totalitaryzmów. Tak jak Polacy. I także z tego powodu należy im teraz pomóc.

gazeta.pl

W ostatnich dniach Rosja zmniejszyła dostawy gazu ziemnego wysyłanego gazociągiem Nord Stream 1 (NS1) do odbiorców europejskich. Dobowy przesył surowca spadł 15 czerwca do ok. 89,6 mln m3, a następnego dnia – do 63,9 mln m3. Według informacji medialnych wolumen gazu transportowanego tym szlakiem ma utrzymać zbliżoną wartość – 62,7 mln m3 – także 17 czerwca. W maju średni dobowy tranzyt magistralą kształtował się na poziomie ok. 170 mln m3, ale już w pierwszej dekadzie czerwca zaczął nieznacznie maleć. Ograniczenie przesyłu skutkowało spadkiem rosyjskiego eksportu do wielu odbiorców europejskich, w tym do niemieckiego Uniperu – o 25% – i włoskiej Eni – o 15% (dane z 15 czerwca). 17 czerwca Agence France-Presse doniosła, powołując się na źródła w GRTGaz (francuski operator gazociągów), że od 15 czerwca wstrzymane zostały dostawy rosyjskiego gazu do Francji realizowane systemem rurociągowym. Ponadto obniżenie wolumenu dostaw potwierdziły austriacka firma OMV i czeska CEZ, nie podano jednak żadnych szczegółów. Z kolei słowacka spółka SPP oświadczyła, że 17 czerwca spodziewa się ograniczenia dostaw do Słowacji o ok. 50%. 17 czerwca w godzinach porannych włoska Eni przekazała, że Gazprom poinformował ją, iż nominacja zapotrzebowania zgłoszona przez nią na 17 czerwca zostanie zaspokojona jedynie w 50%. Jako oficjalny powód rosyjski koncern wskazuje kwestie techniczne. Część turbin gazowych działających w ramach NS1 poddano rutynowym pracom remontowym w Kanadzie. Według strony rosyjskiej nałożone przez ten kraj sankcje (objęto nimi m.in. Gazprom) uniemożliwiają niemieckiej spółce Siemens Energy dostarczenie wyremontowanych urządzeń z powrotem.

16 czerwca br. podczas trwającego w Petersburgu Międzynarodowego Forum Ekonomicznego prezes Gazpromu Aleksiej Miller oświadczył, że winę za aktualny kryzys energetyczny na Starym Kontynencie ponosi w główniej mierze Unia Europejska. Szef koncernu po raz kolejny skrytykował wprowadzane w UE ramy regulacyjne (w tym przede wszystkim tzw. trzeci pakiet energetyczny), odchodzenie przez państwa europejskie od długoterminowych kontraktów na dostawy gazu i faworyzowanie mechanizmów giełdowych, a także rezygnację z wykorzystywania w formułach cenowych przywiązania cen gazu do cen ropy.

15 czerwca br. Gazprom oznajmił, że w okresie od 1 stycznia do 15 czerwca br. eksport gazu do państw tzw. dalekiej zagranicy (obejmuje Europę z wyłączeniem państw bałtyckich oraz Turcję i Chiny) spadł o 26,7 mld m3, tj. o 28,9% r/r. Z komunikatu wynika, że jednocześnie nastąpił wzrost eksportu do Chin – o 67,5%. Szczegółów odnośnie do wolumenów nie podano.

Pogłębiają się problemy dotyczące budowy nowych i eksploatacji działających zakładów skraplania gazu w Rosji. 16 czerwca tamtejsze media poinformowały, że amerykańska firma Baker Hughes wycofuje się ze świadczenia usług na rzecz wszystkich projektów LNG w tym kraju (Sachalin-2, Jamał LNG, Arktyczny LNG 2). Szerzej o skutkach dotychczasowych sankcji dla przedsięwzięć tego typu zob. Rosja: gorsze prognozy dotyczące eksportu LNG.

Z danych opublikowanych przez Ministerstwo Finansów FR wynika, że w maju br. przychody budżetowe z sektora naftowo-gazowego wyniosły 886 mld rubli, co oznacza spadek o ok. 50% w stosunku do kwietnia br., a zarazem wzrost o ok. 43% r/r. Zarazem wpływy naftowo-gazowe w miesiącach styczeń–maj sięgnęły 5,65 bln rubli – to prawie dwukrotnie więcej niż w analogicznym okresie ub.r.

Komentarz

Choć Gazprom uzasadnia ograniczenie przesyłu gazociągiem Nord Stream 1 względami technicznymi, to wszystko wskazuje na to, że w rzeczywistości o takim kroku zdecydowały motywy polityczne Kremla. Po pierwsze, celem Moskwy jest wymuszenie na państwach europejskich co najmniej rezygnacji z wprowadzania nowych sankcji przeciwko Rosji, a w wariancie optymalnym – zniesienia już nałożonych restrykcji lub ograniczenia ich implementacji. Dotyczy to w szczególności szóstego pakietu unijnych sankcji, który zobowiązał kraje członkowskie UE do wprowadzenia embarga na import rosyjskiej ropy w ciągu sześciu miesięcy, a produktów naftowych w ciągu ośmiu miesięcy (szerzej zob. Kompromis wokół szóstego pakietu sankcyjnego). Wydaje się bardzo prawdopodobne, że rosyjskie działania stanowią również odpowiedź na decyzje Berlina dotyczące utrzymania zarządu powierniczego w spółce Gazprom Germania GmbH oraz uchwalenia prawa dającego władzom Niemiec instrumenty do dalszego ingerowania w działalność firmy w przyszłości. Moskwa uznaje to za rodzaj sankcji.

Po drugie, poprzez pogłębianie kryzysu gazowego na Starym Kontynencie Kreml próbuje wpłynąć na największe państwa europejskie (Niemcy, Francję i Włochy), aby zrewidowały swoją postawę wobec Ukrainy, a w szczególności – zredukowały (w wariancie optymalnym – wstrzymały) udzielane jej wsparcie (zwłaszcza militarne), a także wymusiły na Kijowie gotowość na polityczne i terytorialne ustępstwa. Zmniejszenie dostaw gazu przez NS1 dotknęło zatem w pierwszej kolejności Niemcy, Włochy i Francję oraz nastąpiło de facto w przededniu wizyty prezydenta Emmanuela Macrona, kanclerza Olafa Scholza i premiera Mario Draghiego w Kijowie.

Po trzecie wreszcie, kolejne ograniczenie dostaw gazu ma pogłębić kryzys energetyczny w Europie i wymusić na tamtejszych partnerach rewizję zasad współpracy energetycznej z Rosją. Świadczy o tym w szczególności wystąpienie Millera na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu, w którym po raz kolejny skrytykował on m.in. unijne ramy regulacyjne (w tym tzw. trzeci pakiet energetyczny) oraz politykę odchodzenia od długoterminowych kontraktów na dostawy gazu z Rosji. W podobnym tonie wypowiedział się podczas forum wicepremier rządu FR Aleksandr Nowak, który oświadczył, że w 2022 r. UE przez swoją politykę zapłaci za import surowców energetycznych o 400 mld euro więcej niż w roku ubiegłym. Moskwa liczy też na to, że ograniczenie podaży rosyjskiego gazu na europejskim rynku i pogłębiający się kryzys energetyczny wymuszą na państwach i instytucjach europejskich rewizję podejścia do Nord Streamu 2. Prezes Gazpromu przypomniał, że ukończony w 2021 r. rurociąg jest gotowy do użytku, a stały przedstawiciel Rosji przy UE Władimir Cziżow oświadczył na forum w Petersburgu, że historia magistrali nie jest jeszcze zamknięta.

Wiele wskazuje na to, że zachętą dla Kremla, aby po raz kolejny wykorzystać eksport gazu w charakterze instrumentu polityki zagranicznej, były reakcje państw europejskich na narzucony jednostronnie przez Moskwę nowy mechanizm płatności za dostawy rosyjskiego surowca. Choć część z nich (w szczególności Polska, Bułgaria, Finlandia i Dania) zdecydowanie odrzuciła dyktat Kremla, co skutkowało wstrzymaniem dostaw przez Gazprom, to większość porozumiała się z Moskwą w kwestii współpracy na nowych warunkach prawnych. Ponadto strona rosyjska jest najwyraźniej przekonana, że przeważająca liczba kluczowych odbiorców jej gazu nie będzie w stanie w krótkim czasie realnie zdywersyfikować źródeł jego dostaw. Ograniczanie podaży rosyjskiego surowca ma znaczący wpływ na sytuację na europejskim rynku, o czym świadczy wzrost cen na giełdach gazowych, do którego doszło po oświadczeniach i decyzjach koncernu (zob. tabela powyżej). Nie można wykluczyć, że działania Rosji będą eskalować. 16 czerwca podczas forum w Petersburgu Cziżow oświadczył, że przesył gazu przez NS1 może zostać całkowicie wstrzymany. Z kolei prezes Gazpromu zakomunikował, że koncern na razie nie znalazł rozwiązania problemów technicznych dotyczących eksploatacji tego gazociągu.

Choć w maju br. wpływy z sektora naftowo-gazowego do budżetu FR spadły w stosunku do ich poziomu z kwietnia, to jednocześnie ich łączna wartość za pierwszych pięć miesięcy br. była wyższa od osiągniętej w analogicznym okresie roku ubiegłego. Taki stan rzeczy to przede wszystkim konsekwencja wysokich cen surowców energetycznych – zarówno ropy, jak i gazu. Okoliczności te rekompensują na razie spadki wolumenów rosyjskich dostaw na rynki zewnętrzne (w szczególności gazu do odbiorców europejskich). Choć koszt ropy marki Urals jest dużo niższy niż marki Brent, to nadal kształtuje się on znacznie powyżej bazowej ceny założonej przez Ministerstwo Finansów FR na 2022 r. (44,2 dolara za baryłkę). Baryłka ropy Urals kosztowała średnio w marcu br. 89 dolarów, w kwietniu – 70,5 dolara, a w maju – 78 dolarów. 15 czerwca osiągnęła natomiast na rynku spotowym średnią cenę 98,2 dolara.

osw.waw.pl

To była ważna wizyta. Podróż trzech przywódców UE — kanclerza Niemiec Olafa Scholza, prezydenta Francji Emmanuela Macrona i premiera Włoch Mario Draghiego — była pełna ciepłych słów. Wszyscy trzej politycy popierają dążenie Ukrainy do przystąpienia do UE — co zresztą nikogo nic nie kosztuje. Scholz skwapliwie stwierdził, że wsparcie będzie kontynuowane "tak długo, jak będzie to konieczne dla walki Ukrainy o niepodległość".

Z kolei Macron powiedział, że tu chodzi o "przesłanie jedności europejskiej", potrzebne do "rozmowy o teraźniejszości i przyszłości, bo wiemy, że najbliższe tygodnie będą trudne". A prezydent Zełenski pokazał się światu jako wdzięczny gospodarz: "Bardzo doceniamy waszą solidarność z naszym krajem i naszym narodem".

Mimo to dla ukraińskiego prezydenta wizyta ta nie była do końca satysfakcjonująca. Wręcz przeciwnie, może to być dla niego początek koszmaru.

Wiele wskazuje bowiem na to, że goście Zełenskiego mogli okazać mu życzliwość, ale za zamkniętymi drzwiami namawiać go, by w najbliższych miesiącach — po spodziewanym upadku Donbasu — rozpoczął negocjacje z Rosją i dążył do porozumienia pokojowego. Co na to wskazuje?

Po pierwsze, Włochy już trzy tygodnie temu przedstawiły zarys planu pokojowego i zwiększają presję na jego realizację. Po drugie, największe państwa europejskie, takie jak Niemcy i Francja, są bardzo niechętne dostarczaniu broni, mimo wielu błagalnych apeli o pomoc ze strony Kijowa. Ich zdaniem niepotrzebnie przedłuża wojnę i może spowodować dalszą eskalację — być może także poza Ukrainę.

Po trzecie w końcu podczas środowej wizyty w Rumunii Macron nie mówił wiele o nowych dostawach broni do Kijowa, ale dużo mówił o potrzebie negocjacji.

Ta trójka stanowi trzon nowej koalicji prawdziwych liderów UE wobec wojny w Ukrainie. Opowiadają się oni za pragmatycznym, szybkim i — przynajmniej z zachodniego punktu widzenia — najbardziej opłacalnym rozwiązaniem pokojowym. Nie opowiadają się natomiast za sprawiedliwością, większym bezpieczeństwem w Europie, obroną wolności i podstawowych zasad prawa międzynarodowego.

Stwarza to ogromny rozdźwięk wewnątrz UE. Po jednej stronie znajdują się zwolennicy Realpolitik — i wokół których prawdopodobnie pozostanie większość w Europie — a po drugiej stronie wszystkie państwa bałtyckie, wschodnie i południowo-wschodnie UE, które słusznie obawiają się, że znaczne zyski Rosji w kontekście szybkiego pokoju mogą zachęcić podżegacza z Kremla, prezydenta Władimira Putina, do realizacji jego szalonych fantazji o Wielkim Imperium Rosyjskim — i do zaatakowania ich.

Ale — pytają zwolennicy Realpolitik — czy nie byłoby lepiej dla Ukrainy zawrzeć pokój z Rosją tak szybko, jak to możliwe, aby zapobiec większej liczbie ofiar? Aby oszczędzić Zachodowi męczącej debaty na temat coraz to nowych dostaw broni i rosnących cen energii, a także, aby zapobiec ewentualnym nowym falom uchodźców zagrażającym Afryce z powodu braku eksportu zboża?

Nie. Bo nie chodzi tu o konflikt regionalny, ale o szerszy europejski porządek. Jeśli Putinowi uda się doprowadzić agresję do końca, a rosyjska inwazja już na początku zostanie nagrodzona zdobyczami terytorialnymi, to prawdopodobnie będzie ją kontynuował — pomimo traktatów, których przecież obowiązywały przed wojną.

Ukraina jest gotowa do dalszej walki o swoją wolność. Ale do tej walki — która jest także walką o wolność Europę — potrzebuje odpowiedniej ilości broni, i to przez bardzo długi czas. Tak się jednak nie stanie, ponieważ Scholz i spółka chcą szybkiego rozwiązania na drodze negocjacji.

Co Zełenski może na to poradzić? Nic. Bo jego kraj jest na kroplówce Zachodu. Krótko mówiąc, wbrew wszystkim publicznym deklaracjom z Berlina, Brukseli, Paryża i Waszyngtonu, Zełenski i naród ukraiński niestety wcale nie mogą sami decydować o losach swojego kraju. To inni decydują za nich. Czwartkowa wizyta w Kijowie jest początkiem tego procesu, który prawdopodobnie będzie wspierany również przez Amerykanów.

Wiele wskazuje na to, że Putin chce przejąć nie tylko Donbas, ale także całe południe Ukrainy, które w 70-80 proc. jest już kontrolowane przez Rosję. W ten sposób Ukraina stałaby się państwem odciętym od morza, a zatem w znacznym stopniu zdławionym gospodarczo. Scholz i spółka prawdopodobnie w końcu to zaakceptują — w imię szlachetnej Realpolitik oraz w nadziei, że Putin nie będzie kontynuował swoich podbojów.

onet.pl/Die Welt

Władimirowi Putinowi często przypisuje się chęć odbudowy imperium radzieckiego lub imperium carskiego. Krastew się z tym nie zgadza. "Działania Putina mogą tak wyglądać dla niewprawnego oka. W rzeczywistości to, co się dzieje, to przewrotny koniec ostatniego imperium europejskiego" – twierdzi bułgarski politolog.

Jego zdaniem działania, które Putin podjął w Ukrainie, przynoszą nie odbudowę rosyjskich wpływów, a wręcz przeciwnie – prowadzą do odcięcia się Moskwy od reszty Europy. "Tak zwany russkij mir, czyli »rosyjski świat«, pojmowany jako coś kulturowo większego niż Federacja Rosyjska, jest poświęcany na ołtarzu autokracji i rosyjskiej etniczności" – dodaje.

Jak twierdzi Krastew, ta nowa wizja nie ma w sobie nic uniwersalnego. Nie jest też atrakcyjna dla sąsiadów Moskwy. I, powołując się na najnowsze badania przeprowadzone przez Europejską Radę Stosunków Międzynarodowych, twierdzi, że zerwanie Europy z Rosją jest nieodwracalne – przynajmniej w krótkiej i średniej perspektywie czasowej.

"Przed rosyjską aneksją Krymu wielu rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy żyło, nie musząc zastanawiać się, czy są Rosjanami, czy Ukraińcami. Ich paszporty nie określały ich tożsamości" – pisze Krastew. To jednak – jak twierdzi – na zawsze się zmieniło, kiedy w lutym Rosjanie zaczęli mordować ludzi w Ukrainie za to, że określili swoją narodowość i w pełni uznali swoją przynależność do narodu ukraińskiego.

"W dniu, w którym Putin rozpoczął inwazję, przemawiał jak jakiś biały generał z czasów rosyjskiej wojny domowej, a nie jak czerwony pułkownik, którym był przed upadkiem komunizmu. Ogłosił, że prawdziwymi ofiarami reżimu sowieckiego są Rosjanie, a Ukraina jest fikcją, tworem wymyślonym przez Lenina" – twierdzi bułgarski politolog.

I wyciąga z tego wniosek, że kierunek, w którym Putin poprowadził rosyjską politykę, to krok do kresu "ruskiego miru", a nie poszerzania jego atrakcyjności.

"Najlepiej widać to w dziedzinie kultury. Imperia najczęściej rodzą się na polu bitwy, ale umierają na półkach księgarni" – pisze Krastew.

O co chodzi? Jako przykład Krastew podaje ukraińskie księgarnie, gdzie – jak twierdzi – jeszcze dziesięć lat temu najwięcej miejsca zajmowały przeważnie działy rosyjskojęzyczne. "Po wojnie najprawdopodobniej w ogóle ich nie będzie" – pisze. I dodaje, że dzieci wielu Ukraińców, którzy dziś są świadkami wojny, nie będą się już uczyć rosyjskiego, co jeszcze bardziej odsunie od siebie Rosjan i Ukraińców.

Ale nie tylko Ukraińcy stracą chęć do nauki rosyjskiego. Krastew twierdzi, że rewolucja bolszewicka nie zmieniła postrzegania rosyjskiego języka i kultury na Zachodzie i w wielu innych miejscach świata. Wręcz przeciwnie – "wielu lewicowców na Zachodzie i globalnym Południu postrzegało rosyjski jako język rewolucji i chętnie się go uczyło" – twierdzi bułgarski politolog.

Efekt obecnej inwazji będzie odwrotny. I to nie tylko przez brutalność działań wojennych, ale również przez to – twierdzi Krastew – że Putin uważa osoby rosyjskojęzyczne pozostające poza granicami Rosji (np. w Ukrainie) za Rosjan. To z kolei odbiera tym osobom prawo określenia własnej tożsamości narodowej, która nie jest definiowana jedynie przez język, ale również przez miejsce urodzenia, zamieszkania czy też przynależność religijną.

Przed wojną – twierdzi Krastew – "moskiewska klasa średnia i putinowscy oligarchowie myśleli i działali tak, jakby należeli zarówno do świata rosyjskiego, jak i zachodniego". To jednak nie jest już możliwe.

Jego zdaniem nastały czasy, gdy rosyjska tożsamość stała się znacznie zawężona i dziś Rosjanin nie może już określać się poprzez odwołania do tego, co pozarosyjskie. Wręcz "bycie »Rosjaninem« jest obecnie definiowane przez rzeczywiste lub udawane publiczne poparcie dla wojny Putina z Zachodem".

Ale ten mechanizm działa w obie strony. Bo, jak pisze bułgarski politolog, na Zachodzie bycie Rosjaninem coraz częściej utożsamiane jest z brakiem przynależności do Zachodu. W związku z tym "wielu Rosjan mieszkających poza Rosją czuje się dziś jak wygnańcy".

Krastew podsumowuje, że "głównym celem wojny Putina jest zmiana charakteru granicy między Rosją a Zachodem, a nie tylko zmiana miejsca jej przebiegu". Jak twierdzi, w przewrotny i tragiczny sposób ten cel udaje mu się osiągnąć.

onet.pl/Financial Times

Siergiejew przyznał podczas poniedziałkowej konferencji prasowej, że wiele państw zachodnich podjęło decyzje o ściągnięciu do siebie naukowców z Rosji i ich późniejszym zatrudnieniu. Zdaniem prezesa Rosyjskiej Akademii Nauk stwarza to zagrożenie poważnego odpływu specjalistów z kraju.

– Wiadomo, że tu jest nasza kultura, patriotyzm, groby bliskich, ale naukowca ciągnie do miejsca, gdzie może w ciekawy sposób wykonywać swoją pracę. I jeśli teraz nie stworzymy warunków, by praca tutaj była bardziej komfortowa i interesująca, to na tym stracimy — powiedział Siergiejew, cytowany przez agencję Interfaks.

Według szacunków Rosyjskiej Akademii Nauk, w ciągu ostatniej dekady odpływ naukowców z Rosji przyspieszył pięciokrotnie: w 2012 r. kraj opuszczało 12 tys. badaczy i naukowców rocznie, a w 2021 r. już 70 tys.

Eksodus pracowników naukowych, który rozpoczął się w latach 90., doprowadził do zubożenia personelu: na gruzach Związku Radzieckiego Rosja wchłonęła 992 tys. badaczy i naukowców, ale 30 lat później pozostało ich już tylko 348 tys.

Zdaniem Siergiejewa nowa fala masowej emigracji może zostać sprowokowana przez "aktywne" zachowanie "kolektywnego Zachodu", który stara się przyciągnąć rosyjskich specjalistów.

– Biden szeroko otworzył ramiona dla rosyjskich naukowców: "proszę, przyjeżdżajcie, będziecie zatrudnieni, zwłaszcza w dziedzinach strategicznych". A jakieś dwa tygodnie temu przeczytałem, że nasza przyjazna Finlandia, wstępując do NATO, również przyjęła program szeroko otwartych ramion dla naszych naukowców. I ma za zadanie, aby przeciągnąć naszych naukowców, zwłaszcza że łączą nas bliskie więzi naukowe — mówił szef Rosyjskiej Akademii Nauk.

Siergiejew podkreślił, że Rosyjska Akademia Nauk musi "przeciwstawić się temu", aby utrzymać swój potencjał kadrowy.

W zeszłym tygodniu, w trakcie przemowy na zebraniu ogólnym Rosyjskiej Akademii Nauk, Siergiejew ogłosił potrzebę zwiększenia środków na badania podstawowe [prace eksperymentalne lub teoretyczne, podejmowane przede wszystkim w celu zdobycia nowej wiedzy o podstawach zjawisk i obserwowalnych faktów, bez nastawienia na bezpośrednie zastosowanie komercyjne — przyp. red.]

W budżecie Rosji na 2022 r. zostało na ten cel przeznaczone tylko 252 mld rubli. To osiem razy mniej niż na aparat państwowy i władze państwowe (2 bln 124 mld rubli), 11 razy mniej niż na policję i służby bezpieczeństwa (2 bln 734 mld rubli) i 14 razy mniej niż na wojsko (3 bln 645 mld rubli).

onet.pl

Po ataku Rosji na Ukrainę, szok, jaki wywołał ten jeszcze niedawno niewyobrażalny fakt, u wielu Rosjan dodatkowo spotęgował konieczność uświadomienia sobie, że kraj, w którym żyją, w rzeczywistości jest agresorem.

Jak żyć i na co liczyć, kiedy socjologia w Rosji służy władzy jako kolejny środek perswazji, aby przekonać ludność do poparcia działań, na które nie można się zgodzić? Czy są jakieś alternatywy dla tego rozwiązania?

Ideę "socjologii partyzanckiej" Siergiej Jerofiejew wysunął po raz pierwszy krótko po wybuchu działań wojennych i faktycznym wprowadzeniu cenzury wojskowej w Rosji.

Chodziło nie o to, by domagać się tajnych, a więc potencjalnie niebezpiecznych dla samych socjologów sposobów odkrywania prawdy. Chodzi raczej o to, by twórczo wykorzystać to, co jest dostępne i legalne. Nieco później jednak ekspert przedstawił tę ideę w szerszym ujęciu, jako aktywne inicjowanie działań poza kontrolą władz w celu gromadzenia i przetwarzania informacji społecznych.

To wiąże się nie z badaniami ilościowymi, ale jakościowymi, czyli nieautoryzowaną socjologią opartą na rozmowach z ludźmi, analizą tekstów oraz dyskursu publicznego i internetowego. Celem takiej partyzantki jest uzyskanie prawdziwego i pogłębionego obrazu tego, co się dzieje.

Jeśli chodzi o dostępne i legalne dane, musimy założyć, że ich produkcja i rozpowszechnianie są kontrolowane przez Kreml jako broń informacyjna skierowana przede wszystkim przeciwko własnej ludności — ale także przeciwko światu zewnętrznemu. To broń z czasów prawdziwej gorącej wojny, rozpętanej w celu zachowania systemu rządów Putina.

Odpowiedzią powinno być "mądre podejście" do wyników badań opinii publicznej, czyli ich radykalna krytyka – niezależnie od tego, czy pochodzą one od całkowicie prokremlowskiego centrum badań VCIOM-u, czy od stosunkowo niezależnego Centrum Lewady. Wymaga to maksymalnego zneutralizowania trzech czynników negatywnego wpływu: zniekształconej informacji, błędnej informacji i fałszywej interpretacji informacji.

W chwili obecnej niezmiennym faktem jest to, że nic nie można zrobić ze zniekształconym (inaczej skorumpowanym, zepsutym) środowiskiem wyborczym w agresywnym, autokratycznym kraju. To właśnie dzięki temu środowisku można stworzyć szokujące, ale fałszywe wrażenie o skali "faszyzacji" ludności rosyjskiej. Jednocześnie stosunkowo swobodna wymiana informacji za pośrednictwem niezależnych mediów i sieci społecznościowych pozostawia miejsce na aktywne rozpowszechnianie mniej zniekształconych danych uzyskanych przez agencje badania opinii publicznej spoza głównego nurtu, a także przez niezależne projekty, takie jak kroniki.

Krytykę zniekształconych danych pochodzących z dopuszczalnych badań opinii publicznej można szerzej rozpowszechniać za pomocą bardziej przebiegłych metod. Jednym z nich jest "eksperyment listowy", w którym dwie grupy respondentów, zamiast udzielić bezpośredniej odpowiedzi na zadane pytanie, wskazują liczbę opcji, z którymi się zgadzają. W ten sposób na liście opcji dla jednej z grup nie pojawia się opcja problemowa, czyli ta, która jest przyczyną nieszczerej odpowiedzi.

Wykorzystując taki eksperyment, badacze społeczni odkryli, że "wśród osób, które bardziej unikają ryzyka (udzielają złej odpowiedzi, czyli ryzykownej z punktu widzenia ich własnego bezpieczeństwa), fałszowanie preferencji jest przeważające".

Odsetek respondentów, którzy przypuszczalnie popierają inwazję Rosji na Ukrainę, jest 1,5 raza wyższy, gdy pytamy o to bezpośrednio 66 proc., niż gdy pytamy o to za pomocą eksperymentu listowego (46 proc.).

Ta wada, czyli niekompletność oficjalnie zatwierdzonych informacji społecznych, sprawia, że badacze po prostu nie mogą zadać wielu istotnych pytań swoim respondentom. Można jej przeciwdziałać przede wszystkim poprzez pokazywanie znaczących trendów i korelacji. Zatem niezależnie od bezwzględnych wartości aprobaty dla działań Władimira Putina, obserwujemy, że system putinowski podejmuje radykalne, wcześniej nie do pomyślenia kroki właśnie wtedy, gdy musi umocnić swoją pozycję, neutralizując główne zagrożenie, jakim jest nadmierny spadek popularności, będącej podstawą jego prawa do rządzenia.

Tak właśnie postąpił reżim w marcu 2014 r., anektując Krym, a ta sama sytuacja powtórzyła się w lutym 2022 r. wraz z wybuchem wojny na pełną skalę przeciwko Ukrainie.

Innym sposobem przezwyciężenia ułomności informacji na temat społeczeństwa jest pokazanie korelacji między odpowiedziami na różne pytania, gdy narracja promowana przez władze jest podważana poprzez podkreślenie jej paradoksalnego charakteru.

Dobrze ilustruje to nienaturalny kontrast między poziomem poparcia dla działań rosyjskich sił zbrojnych a podstawową świadomością sytuacji (dane Lewady z 2 czerwca 2022 r.). Staje się więc jasne, że nie sposób mówić o poparciu obywateli Rosji dla wojny z Ukrainą na podstawie odpowiedniej wiedzy. Upowszechnianie tego rozumienia byłoby postrzegane jako działanie partyzanckie w formie socjologicznej kontrpropagandy.

Jednocześnie, oczywiście, socjologia partyzancka powinna, jeśli to możliwe, przeprowadzać alternatywne badania reprezentatywne, zadając pytania, których "zwykli socjologowie" nie zadają. Przykładem tego jest Fundacja Przeciw Korupcji, która nie tylko nie może prowadzić badań opinii publicznej, ale została nawet oficjalnie uznana za organizację ekstremistyczną. Na przykład w najnowszym badaniu z próbą ważoną znalazło się pytanie: "Wyobraźmy sobie, że w rosyjskim budżecie jest nadwyżka dochodów. Na co wolałbyś je wydać?". Kiedy respondentowi zadaje się tak kreatywne pytanie z opcjami "opieka zdrowotna", "emerytury", "drogi", "edukacja" itd., okazuje się, że nawet rzekomo zmilitaryzowane społeczeństwo rosyjskie nie jest aż tak zmilitaryzowane. Według Leonida Wołkowa tylko niecałe 7 proc. wybrało wariant "na wydatki wojskowe, na walkę z NATO".

Wreszcie, socjologia partyzancka musi zwalczać fałszywe interpretacje informacji społecznych, które mogą mieć różne mechanizmy. Jeden z mechanizmów, związany z zachowaniem tak zwanych "wszechpropagandystów", jest powszechnie znany wśród rosyjskiej inteligencji. Nie tylko dzięki analizie danych ankietowych, ale także dzięki serii wywiadów, obserwacji uczestniczącej i analizie dyskursu można uzyskać i upowszechnić wiedzę, że takie zachowanie wynika ze wspólnej ekonomii poznawczej, niechęci do podejmowania dodatkowych wysiłków nie tylko w celu działania, ale także nadawania sensu rzeczywistości.

Inny mechanizm fałszywej interpretacji działa na poziomie wiedzy specjalistycznej, gdzie analitycy przywiązują nadmierną wagę do zachowań decydentów, tzn. istnieje świadoma tendencja do podkreślania znaczenia elit, a nienaukowe oceny opinii publicznej wzmacniają tę tendencję. Partyzancka odpowiedź na to pytanie polega na zidentyfikowaniu mafijnych wartości kulturowych elity putinowskiej oraz jej zależności od manipulacji zarówno samą opinią publiczną, jak i jej propagandową reprezentacją.

Głównym zadaniem socjologii partyzanckiej jest przezwyciężenie cenzury wojskowej w interesie samej nauki. To umożliwi realizację innego zadania, jakim jest sprawdzenie hipotezy, że w dzisiejszej Rosji istnieje zasadniczy podział nie między różnymi grupami społecznymi, takimi jak widzowie telewizyjni i internetowi czy starsze i młodsze pokolenia, ale między społeczeństwem obywatelskim a frakcją mafijną, która przejęła władzę w kraju.

Z kolei bez naukowego wsparcia dla walki społeczeństwa obywatelskiego z mafijnymi "niegodziwymi rządami" trudno sobie wyobrazić pozytywne zakończenie, toczącej się na naszych oczach wojny domowej, wspólnej dla całej postimperialnej przestrzeni wschodnioeuropejskiej. To jednak temat na osobną dyskusję.

onet.pl

Dziennikarz BBC Steve Rosenberg przytoczył historie z ukraińskiej wsi Jahidne w obwodzie czernihowskim. Według raportu ONZ, 360 mieszkańców w tym 74 dzieci i pięć osób niepełnosprawnych zostało zmuszonych przez rosyjskie wojska do przebywania w piwnicy szkoły przez 28 dni bez wody i toalety. Zmarło 10 osób.

— Czy to jest walka z nazistami? — zapytał Rosenberg.

— To wielka szkoda, ale międzynarodowi dyplomaci, w tym Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka, Sekretarz Generalny ONZ i inni przedstawiciele ONZ, są poddawani presji Zachodu. I bardzo często są oni wykorzystywani do rozpowszechniania fałszywych wiadomości rozpowszechnianych przez Zachód — odpowiedział Siergiej Ławrow.

— Rosja nie jest nieskazitelnie czysta. Rosja jest taka, jaka jest. I nie wstydzimy się pokazywać, kim jesteśmy — dodał szef rosyjskiego MSZ.

Siergiej Ławrow zapytany został również o stosunki rosyjsko-brytyjskie i szansę na ich poprawę. — Nie sądzę, aby istniało już nawet pole manewru — odpowiedział. — Zarówno Boris Johnson (premier Wielkiej Brytanii — red.), jak i Liz Truss (szefowa brytyjskiego MSZ — red.) otwarcie mówią, że powinno się pokonać Rosję, rzucić ją na kolana. No to dalej, zróbcie to! — dodał.

W rozmowie poruszono także wątek dwóch Brytyjczyków, którzy walczyli po stronie Ukrainy, jednak zostali złapani przez Rosjan. Choć według prawa międzynarodowego są jeńcami i należy im się ochrona, to pseudosąd w samozwańczej Donieckiej Republice Ludowej skazał ich na karę śmierci. Brytyjski dziennikarz zwrócił uwagę, że w oczach Zachodu to Rosja jest odpowiedzialna za ich los.

— W ogóle nie interesują mnie oczy Zachodu. Interesuje mnie tylko prawo międzynarodowe. Zgodnie z nim najemnicy nie są uznawani za uczestników walk — odpowiedział Ławrow.

Ławrow zarzucił BBC, że stacja ta nie ujawniła prawdy o tym, co działo się z ludnością cywilną na obszarach wschodniej Ukrainy, które znajdowały się od 2014 r. w rękach prorosyjskich separatystów. Zdaniem rosyjskiego polityka "przez osiem lat ludzie byli bombardowani przez Kijów".

W odpowiedzi Steve Rosenberg, zwrócił uwagę, że jego stacja wielokrotnie kontaktowała się z separatystami z prośbą o pozwolenie na wjazd na te tereny i sprawdzenie, co się tam dzieje. Za każdym razem spotykano się z odmową. Dodał również, że według samych prorosyjskich urzędników w 2021 r. na tych terenach zginęło ośmiu cywilów, a rok wcześniej siedmiu. Rosja oskarżyła jednak Ukrainę o ludobójstwo.

Rosenberg zasugerował, że jeśli rzeczywiście dochodziłoby do ludobójstwa ze strony Ukrainy, to separatyści byliby zainteresowani, aby zachodnie media to pokazały.

— Dlaczego nas nie wpuszczono? — zapytał dziennikarz.

— Nie wiem — odpowiedział Ławrow.

onet.pl

czwartek, 16 czerwca 2022


Jako przykład zasadzki czołgowej może służyć epizod ze słynnego, nieudanego forsowania Siewierskiego Dońca przez dwie rosyjskie batalionowe grupy taktyczne w maju pod Biłohoriwką. W walkach obronnych wziął udział pluton czołgów, zapewne T-64, z 10 Górsko-Szturmowej Brygady. Para czołgów zaczaiła się nad brzegiem Siewierskiego Dońca na odcinku przypuszczalnej aktywności npla. Dowódca plutonu batalionu czołgów brygady wspomina: „Mieliśmy dwie maszyny, zamaskowaliśmy się i czekaliśmy rozkazu do wysunięcia na ogniowy rubież. Około 20 minut po tym, jak zajęliśmy miejsca w ukryciu, wyjechaliśmy na pozycję i zaczęliśmy pracować po przeciwniku. Początkowo przeciwnika wzrokowo nie widzieliśmy, ale po około 20 minutach zauważyliśmy niewielkie grupy piechoty, BMP, kutry \[przeprawowe\] i otwarliśmy ogień...". Według dowódcy plutonu ogień prowadzono na dystansie 1,2 km, zniszczono jakoby około dwóch plutonów piechoty, kilka BMP, kuter i inny sprzęt.

Pluton czy kompania czołgów nie tylko dysponuje siłą ognia i silnym pancerzem, ale może natychmiast, nawet pod ogniem npla, wykonywać rajdy czy przemarsze taktyczne, a nawet taktyczno-operacyjne. Przykładem przemarszu taktycznego na odległość 80 km i wejścia z marszu do boju, może służyć casus z 24 lutego, kiedy kompania czołgów z 59 Brygady Zmechanizowanej, utrzymując kontakt z dowództwem, rankiem otrzymała rozkaz przemieszczenia się pod Nową Kachowkę, aby wzmocnić obronę kluczowego odcinka frontu w rejonie Chersonia. Ostatecznie po przejściu ok. 80 km kompania musiała zawrócić. Otrzymała nowy rozkaz, aby przebić się i utrzymać Antonowski Most pod Oleszkami, aby umożliwić odwrót innym kolumnom brygady i przeprawienie się przez Dniepr. Jeszcze w czasie marszu kolumna wpadła w zasadzkę. Być może właśnie ten epizod utrwalony został na amatorskim wideo, które pokazuje ukraińskie czołgi stojące na autostradzie 24 lutego.

Na podejściach do mostu kompania weszła w kontakt ogniowy, w czasie przerwania przez obronę npla utracono jeden czołg, trafiony pociskiem przeciwpancernym, z efektem detonacji amunicji (zginęło dwóch załogantów). Według źródeł ukraińskich kompania czołgów przerwała linię obrony, rozblokowała most, zajęła wyznaczony rubież obrony, który utrzymywała, umożliwiając bezpieczne wycofanie kolumn brygady z okrążenia. Za ten wyczyn dowódca kompanii czołgów, starszy lejtnant Dmytro Dozirczy, otrzymał tytuł "Bohater Ukrainy" i Order "Złota Gwiazda".\ Czołgi okazały się niezastąpione również w terenie zabudowanym, a jako przykład może służyć kompania czołgów Pułku Gwardii Narodowej „Azow" i walki miejskie w Mariupolu. Ustawione na skrzyżowaniach szerokich ulic miejskich czołgi mogą skutecznie ograniczać manewr przeciwnika i przestrzeliwać kluczowe arterie miejskie na dużych odległościach. Istnieje film wideo pokazujący dwa azowskie T-64B1M stojące na skrzyżowaniu i prowadzące intensywny ogień do npla wzdłuż szerokiej ulicy. Ze źródeł narracyjnych wiadomo, że T-64B1M organicznej kompanii czołgów Pułku „Azow" operowały w Mariupolu m.in. wzdłuż ulicy Nabiereżnej, między kombinatem Azowstal, a rzeczką Kalmius, czyli na głównym kierunku natarcia, wzdłuż wschodniego nabrzeża miasta. Od 25 lutego do 12 marca czołgi kompanii pod dowództwem starszego lejtnanta Mychaiła „Czupa" Czupryna odeprzeć miały siedem ataków, niszcząc wiele czołgów i pojazdów pancernych npla i walcząc pod stałym ogniem artylerii lufowej i rakietowej.

Później czołgi „Azowa" operowały również jako mobilny odwód. Przykładowo 13 marca czołgi T-64B1M wsparły obronę w rejonie miejscowości Stary Krym przyczyniając się do spowolnienia tempa natarcia przeciwnika.

W toku ciężkich walk o miasto, T-64B1M dowódcy kompanii został w boju zniszczony: najpierw porażony stracił mobilność, ale walczył jako nieruchomy punkt ogniowy, aż do zniszczenia. Dowódca kompanii zginął w czołgu. 25 marca został nagrodzony pośmiertnie (wniosek był przygotowany jeszcze za życia) tytułem "Bohater Ukrainy" i Orderem "Złota Gwiazda".

Obok siły ognia i pancerza kluczowa jest mobilność czołgów, również rozumiana jako manewr na polu walki. Przykładem walki manewrowej, której skutkiem będzie najpierw skuteczny ogień z zasadzki, a potem atak z flanki, może być epizod z marcowych walk o Makarów, ważny węzeł komunikacyjny, na zachód od Kijowa. 8 marca do boju wszedł tam pluton czołgów batalionu czołgów 14 Brygady Zmechanizowanej. Po rozpoznaniu kierunku natarcia rosyjskiej kolumny, trzy czołgi plutonu – zapewne T-64BW - zostały przerzucone na ten odcinek, z zadaniem zatrzymania ataku npla. Ogniem na wprost, z zasadzki, zniszczono kilka pojazdów npla, kolumna rozproszyła się, piechota zaczęła się rozbiegać, po jakimś czasie pozycje plutonu czołgów zaczęła ostrzeliwać artyleria. Pluton prowadził ogień manewrując, zmieniając pozycje. Czołg doświadczonego starszego sierżanta Serhija Wasicza, zaszedł przeciwnika z flanki i prowadził ogień pociskami odłamkowymi po piechocie. Czołgi T-64BW plutonu miały zniszczyć w boju pod Makarowem łącznie 6 pancernych wozów bojowych i nieco piechoty, a samo miasto w wyniku kontrataku zostało przez siły ukraińskie zajęte. W walce, trafieniem z ppk, porażony został skutecznie T-64BW, co doprowadziło do wybuchu amunicji i zerwania wieży. W rozerwanym eksplozją czołgu zginęła cała trzyosobowa załoga, z dowódcą wozu, sierżantem Wasiczem, odznaczonym pośmiertnie tytułem „Bohater Ukrainy".

(...)

Ukraińskie czołgi odgrywają ważną rolę w obronie, zwłaszcza na kierunkach, gdzie nacierają masowo rosyjskie czołgi. Tak było m.in. na kierunku iziumskim, pod Barwinkowe, na przełomie marca i kwietnia. W odpieraniu ataków rosyjskich czołgów dużą rolę odegrał oddział pancerny, niedawno rozkonserwowanych czołgów T-72, nieokreślonej brygady SZU. „Teraz codziennie biorę udział w walkach z rosyjskimi czołgami. Mój pododdział zniszczył w ciągu ostatnich trzech dni 9 rosyjskich czołgów, wóz opancerzony i ciężarówkę" – wypowiada się w wywiadzie, anonimowy jak dotąd, dowódca oddziału czołgów. W jednym z bojów czołg T-72 wspomnianego dowódcy oddziału został porażony w wieżę, załoga miała jednak szczęście – wieża została uszkodzona, ale silnik nadal pracował. W efekcie wspomniany T-72 z uszkodzoną wieżą wziął na hol inny czołg, dla odmiany z nie pracującym silnikiem, i oba uszkodzone wozy bojowe wyszły spod ognia npla na tyły. Kluczowym w tym przypadku jest przetrwanie załóg - jest wielce prawdopodobne, że siłami grup remontowych, ewentualnie przy kanibalizacji części, czołgi w tego typu przypadkach zostaną przywrócone do stanu operacyjnego i wejdą ponownie do walki.

defence24.pl

W 1961 r. łączne światowe zbiory zbóż wyniosły 800 mln ton, w 2018 r. urosły do 2,7 mld ton. Skok dokonał się początkowo dzięki „zielonej rewolucji”Otwiera się w nowym oknie Normana Borlaugha polegającej na wyhodowaniu wysokoplennych odmian zbóż odpornych w dodatku na choroby. W kolejnych dekadach rękodzieło ustąpiło pola przemysłowi rolnemu i skoki były jeszcze dłuższe.

W wielkościach bezwzględnych wzrost plonów jest imponujący, ale relatywnie jest jednak tylko taki sobie. 60 lat temu na statystycznych mieszkańców Ziemi, z których połowa przymierała głodem lub niedojadała, przypadało ok. 270 kg zbóż rocznie. W 2018 r. „przydział” na głowę urósł do 355 kg, czyli o prawie kwintal (100 kg). Wobec dużego nadal globalnego niedosytu żywnościowego taka ilość nie rzuca na kolana.

W wyścigu przyrostów szybszy od demograficznego okazał się rolno-produkcyjny, ale przewaga była i jest niewystarczająca. Mnóstwo zbóż zamiast do pieców chlebowych i na stoły trafia do destylarni biopaliw oraz na pasze w hodowli przemysłowej, która wyparła tradycyjny wypas, bo jest o niebo wydajniejsza.

Ale uprawa zbóż i roślin oleistych nie wszędzie jest wydajna. Żeby nie ględzić – to co wyrasta na czarnoziemach Ukrainy, nie wyrośnie na pustyniach Egiptu. Pojawia się zatem pierwsza przyczyna, w wyniku której wojna dwóch państw z wąskiej grupy głównych eksporterów zbóż powoduje kryzys zbożowy. Jest nią brak samowystarczalności żywieniowej w wielu państwach świata. Chodzi oczywiście o wyżywienie podstawowe, nie o luksusy takie jak homary, tuńczyki, awokado, kawa…

Produkcja i zarazem eksport zbóż to domena państw bogatych oraz względnie zamożnych. W światowej czołówce są USA, UE, Australia, Kanada, Argentyna, Rosja, Ukraina, Kazachstan. Mamy szacunki mówiące, że aż 4/5 światowej populacji mieszka w krajach, które są importerami zbóż (netto). Ostrym czynnikiem zakłócającym możliwość bardziej równomiernego rozłożenia upraw głównych zbóż jest subwencjonowanie zachodniego rolnictwa i rolników.

Gdyby nie bardzo sowite dotacje, zboża z USA, Francji, ale także Polski byłyby znacznie droższe. Zadziałałby impuls do rozwijania ich rodzimej uprawy na większą skalę w dziesiątkach państw świata, które konkurować mogą wyłącznie tanizną swej niewykształconej siły roboczej. Gdyby dołożyć do tego ściśle kontrolowaną pomoc rozwojową, powstawałyby warunki do podźwigania wielu państw z nędzy i biedy. Przekraczanie granic Zachodu przez migrantów z Afryki, Azji i części państw latynoamerykańskich nie byłoby już wyborem między wegetowaniem a życiem.

Udział zewnętrznego wsparcia rządowego w przychodach rolników wynosi ok. 19 proc. (UE) i ok. 12 proc. (USA). W ujęciu makro źródłem dotacji są podatki, więc względnie tania żywność na Zachodzie jest w istotnej części złudzeniem finansowym doświadczanym, ale nieuświadamianym przez podatników państw rozwiniętych.

Ingerencja w koszty upraw i w ogóle rolnictwa doprowadziła do wykrzywienia globalnej struktury zużycia zbóż, a jednocześnie do zwielokrotnienia na Zachodzie marnotrawstwa wszelkiego rodzaju produktów żywnościowych.

Mniej więcej 60 lat temu połowę uprawianych zbóż przeznaczano, w bogatej części świata, na pożywienie (chleb, makaron itp.), a 20 proc. na pasze. Do dziś struktura redystrybucji zbiorów uległa widocznej zmianie: na pożywienie zużywa się 37 proc., a na pasze – 18 proc. Reszta to cele przemysłowe, eksport do państw, które nie są w tym zakresie samowystarczalne i 4–5 proc. strat, które w ujęciu względnym wydają się małe, ale licząc w tonach, są olbrzymie.

Zaczynając od końca, straty ziarna jako towaru wyjściowego są wyższe niż łączny eksport Rosji i Ukrainy. Zamieniając procenty na tony, pół wieku temu marnowaliśmy nie mniej niż 40 mln ton zbóż, obecnie jest to nie mniej niż 110 mln ton rocznie. Dzisiejsze straty to zatem aż 1/8 wczorajszej produkcji.

Prawdziwym koszmarem biednych i niedożywionych stały się tzw. biopaliwa, czyli alkohole i oleje z przerobu zbóż oraz roślin oleistych. Pół wieku temu Zachód bardzo zwolnił kroku z powodu embarga na dostawy ropy naftowej po upokorzeniu świata arabskiego przez Izrael w wojnie 1973 r. To wtedy zaczynał się pochód tzw. biopaliw, na początku niemal wyłącznie w Brazylii. Wkrótce jej śladem zaczął podążać Zachód. Brazylia była prekursorem, korzystając ze sprzyjających warunków naturalnych. Zachód miał zaś do dyspozycji zaplecze naukowe i rozwinięte technologie.

W USA tylko ok. 1 proc. uprawianej teraz kukurydzy stanowi tzw. kukurydza słodka do stosowania w kuchni. Reszta to tzw. kukurydza polowa przerabiana właśnie na biopaliwa, paszę dla zwierząt hodowlanych oraz na dodatki i „ulepszacze” do żywności.

W Europie zamiast do piekarni, do destylarni biopaliw trafia każdego dnia średnio 10 tys. ton zbóż, z których można byłoby wypiec aż 15 mln bochenków chleba o wadze 750 g. Całkowita rezygnacja z przerabiania w Unii pszenicy na paliwo uwolniłaby na cele żywnościowe i paszowe ilości stanowiące ponad 20 proc. rocznego eksportu pszenicy z Ukrainy. W skali globalnej na cele paliwowe marnujemy ok. 10 proc. corocznych plonów zbóż i 18 proc. olejów jadalnych uzyskiwanych z oleju palmowego, soi, rzepaku i słonecznika.

W przedpandemicznym 2019 roku światowe zużycie benzyny wyniosło wg IEA 1,143 mld ton. To samo źródło podaje, że bioetanolu zużyto w tym samym roku zaledwie 84,2 mln ton (106,4 mld litrów). Na jedną tonę bioetanolu przypadało zatem prawie 14 ton spalonej w samochodach benzyny. Dużo hałasu o nic. Klimat i środowisko miałyby się lepiej, gdyby zamiast biopaliw spalać trochę więcej paliw kopalnych.

To nie fejk. Wbrew argumentom, że biopaliwa to wyrafinowany koncept ekologiczny, jest to głównie sztuczka finansowo-polityczna w odpowiedzi na presję lobby rolnego. To prawda, że pszenica, kukurydza, rzepak, słoneczniki i inne rośliny pochłaniają dwutlenek węgla, jednak „dobroczynny” wpływ biopaliw to zakłamanie niebiorące pod uwagę bardzo silnych czynników negatywnych, takich jak wycinanie lasów pod pola, wielkie zużycie nawozów sztucznych, do których produkcji potrzeba gazu ziemnego, degradacja różnorodności w wyniku monokultur roślinnych, olbrzymia energochłonność intensywnego rolnictwa, ogromne zużycie chemicznych środków ochrony roślin (4,2 mln ton w 2019 r.).

W podstawowym kontekście tych rozważań biopaliwa wypierają produkcję roślinną z przeznaczeniem na żywność i to w sytuacji, gdy duża część ludzkości chodzi spać głodna, a nawet umiera z niedożywienia. Według programu ONZ World Food Programme, przez ostatnie 5 lat liczba osób zagrożonych z powodu głodu wzrosła na świecie ze 108 mln do 193 mln.

Na szczęście pojawia się szansa, że biopaliwa przestaną w końcu być produkowane. Serwis Argusmedia podał w połowie maja, że niemieckie ministerstwo środowiska pracuje nad planem odejścia do 2030 r. od stosowania biopaliw w Niemczech. Jeśli rezygnacja Niemców z energetyki jądrowej była strzałem kulą w płot, to w przypadku biopaliw celownik nastawiany jest wreszcie jak trzeba.

Produkcja roślinna rośnie z powodu coraz wyższego popytu na mięso. Hodowla zwierząt wymaga mnóstwa ziemi i energii. Jest także wysokoemisyjna w kontekście klimatycznym. Jeden przykład, prawie nie do uwierzenia, ale jednak.

(...)

Jeśli mowa o życiodajnej słodkiej wodzie, to ostatnio świat obiegła „elektryzująca” wiadomość, że z powodu jej braku władze Las Vegas zamierzają likwidować trawniki na gruntach należących do miasta. Trawniki z pustyni znajdują drogę na czołówki mediów, brak wody odczuwany przez miliardy ludzi przebić się (jeszcze?) nie może.

Mięso jest coraz bardziej „zbożowym produktem”. W okresie 1988–2018 jego globalna produkcja wzrosła dwukrotnie, zaś licząc od połowy lat 60. XX wieku – czterokrotnie. Po części jest to odpowiedź na niezwykle dynamiczny przyrost ludności świata, ale zadecydowały także wilcze apetyty mieszkańców Zachodu. Przeciętny Amerykanin pożera 124 kg mięsa rocznie, tj. 333 g dziennie. W Polsce spożycie wynosi niecałe 80 kg, czyli ok 210 g dziennie na osobę, też dużo, ale jednak znacznie mniej niż w Ameryce.

Umacniają się olbrzymie kontynentalne dysproporcje. W wielu krajach Afryki mięsa zjada się statystycznie mniej niż 20 kg rocznie (50 gramów dziennie). Gdyby wszyscy ludzie na Ziemi opychali się tak jak mieszkańcy Stanów, to światowe rolnictwo byłoby w stanie wyżywić tylko 2,5 mld ludzi, podczas gdy globalna populacja dojdzie już za chwilę do 8 mld.

Do wyhodowania mięsa trzeba 75 razy więcej energii niż do pozyskania jego zbożowego ekwiwalentu. Do uzyskania jednej kalorii białka z soi lub zbóż potrzeba 2–3 kalorie pochodzące z paliw kopalnych. W przypadku wołowiny proporcja wynosi 54 kalorie z paliw na 1 kalorię ze steka. Zbiory z jednego hektara ryżu albo ziemniaków wystarczą do wyżywienia ok. 20 ludzi. Jeden hektar z przeznaczeniem na hodowlę bydła lub owiec to pożywienie dla jednej, góra dwóch osób.

obserwatorfinansowy.pl