niedziela, 12 czerwca 2022


Filozof Gieorgij Szczedrowicki i jego zwolennicy z ruchu "metodologicznego", który pojawił się w Związku Radzieckim latach 60., byli pierwszymi trenerami i technologami politycznymi w ZSRR. Doradzali menedżerom biznesowym i funkcjonariuszom Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (KPZR) i byli przekonani, że mogą zmienić rzeczywistość poprzez "programowanie" społeczeństwa i jednostki.

Próbowali tego wszystkiego nauczyć przedstawicieli władz sowieckich, a potem rosyjskich. W latach 90. zwolennicy Szczedrowickiego (który sam uważał, że kraje rozwinięte "chcą powstrzymać Rosję") zaproponowali ideę "rosyjskiego świata". 20 lat później ta koncepcja, w znacznie zniekształconej formie, weszła do geopolitycznego kanonu Władimira Putina — i stała się jednym z uzasadnień inwazji na Ukrainę.

Liście palmowe zastąpiliśmy wierzbami
Wrogowie są cenniejsi niż przyjaciele. I tańczymy walca
Wielkiej Wojny. I pilot Ahnenerbe
Pozostawi mi swój lotniczy Ausweis.

Takimi wierszami własnej kompozycji we wrześniu 2014 r. technolog polityczny Timofiej Siergiejcew zakończył swój artykuł "Dlaczego żył GP", poświęcony założycielowi ruchu metodologicznego, filozofowi Gieorgijowi Szczedrowickiemu (GP to jego inicjały imion: Gieorgij Pietrowicz). Siedem lat później, w kwietniu 2021 r., Siergiejcew napisał dla agencji prasowej RIA Nowosti felieton zatytułowany "Ukraina, której nie potrzebujemy". Usprawiedliwiał w nim potrzebę "denazyfikacji" Ukrainy. Na łamach tej rosyjskiej państwowej agencji informacyjnej Siergiejcew przekonywał, że w Ukrainie "kwitnie" nazizm, który przygotowuje agresję na Rosję:

"Wyeliminowanie takiej nazistowskiej społeczności [w Ukrainie] wymagałoby nie tylko odcięcia jej przywódców, ale także oczyszczenia samych nazistów z wpływów nazistowskich i zaangażowania w nazistowską ideologię i praktykę. Tak właśnie jest w Ukrainie, która złożyła masową przysięgę nazistowską za pomocą pozornie łagodnego wektora politycznego "dążenia do Europy", w którego kontekście jednak "europejskość" jest jednoznacznie postrzegana nie tylko przez ideologów, ale także przez znaczną część społeczeństwa jako oznaka wyższości rasowej."

Rok później Władimir Putin wysłał wojska do Ukrainy, obiecując m.in. jej "denazyfikację".

Po 24 lutego Siergiejcew napisał kolejny artykuł dla RIA Nowosti, w którym oświadczył, że "twórcą ukraińskiego nazizmu" jest "kolektywny Zachód" a "denazyfikacja" Ukrainy powinna stać się "de-Ukrainizacją" i "de-Europeizacją":

"Ukrainonazizm stanowi nie mniejsze, ale większe zagrożenie dla pokoju i Rosji, niż niemiecka wersja nazizmu Hitlera" — przekonywał czytelników Siergiejcew, który w czerwcu 2022 r. został umieszczony na liście sankcji UE jako "centralna postać rosyjskiej propagandy".

Siergiejcew jest nie tylko felietonistą RIA Nowosti. Jest też znanym technologiem politycznym, który pracował m.in. w siedzibie prokremlowskiej, "liberalnej" partii Słuszna Sprawa, gdy na jej czele stał biznesmen Michaił Prochorow w 2011 r. Ostatnio Timofiej Siergiejcew jest członkiem tzw. klubu Zinowiewa (organizacji dyskusyjnej w ramach RIA Nowosti).

Siergiejcew jest z wykształcenia fizykiem, specjalizuje się w badaniu neutrin. Na początku lat 80. Gieorgij Szczedrowicki, filozof i założyciel ruchu "metodologicznego", prowadził wykłady w Fiztechu (czyli moskiewskiej politechnice), gdzie studiował przyszły politolog. Pomysły Szczedrowickiego zafascynowały Siergiejcewa. W latach 90. Siergiejcew, podobnie jak wielu innych zwolenników filozofa, postanowił zaangażować się w technologię polityczną.

Ruch "metodyczny", który pojawił się już w latach 60., miał wielki wpływ na radzieckich menedżerów i postsowieckich polityków — rosyjskich i ukraińskich (ten sam Siergiejcew pracował na Ukrainie przy wyborach prezydenckich w 1999, 2004 i 2009 r.). Przedstawiciele tego ruchu byli głównymi teoretykami koncepcji "rosyjskiego świata". Władimir Putin mówił o potrzebie ochrony tego "rosyjskiego świata" po rozpoczęciu wojny w Donbasie w 2014 r. — i podczas inwazji na Ukrainę w 2022 r. (a wtórowali mu inni rosyjscy urzędnicy).

"Przedstawiciele szkoły Szczedrowickiego dość intensywnie wchodzili we wszelkiego rodzaju struktury, w tym struktury biznesowe i rządowe" — zauważył w 2017 r. kulturoznawca Witalij Kurnoj w rozmowie z dziennikarzami Polit.ru. Obecnie jednym z najbardziej znanych i wpływowych "metodologów" w rządzie jest Siergiej Kirijenko, współpracownik Putina na Kremlu. To właśnie on po 24 lutego jest odpowiedzialny za nieuznawane republiki Donbasu.

W połowie lat 50., po śmierci Stalina, w ZSRR rozpoczęła się odwilż, która zaowocowała także złagodzeniem sfery religijnej. Niektórzy radzieccy intelektualiści skorzystali z tej "wolności" i wyruszyli na duchowe poszukiwania.

Nawet ludzie, którzy urodzili się i wychowali w Związku Radzieckim, państwie ateistycznym, angażowali się w religię. Jak zauważa socjolog Nikołaj Mitrochin, "presja propagandowa zelżała", a "wyznawcy różnych wspólnot religijnych, którzy przetrwali represje, mogli rozmawiać (choćby w małym gronie) bez perspektywy bycia zesłanymi na Syberię.

Oczywiście, dotyczyło to nie tylko tradycyjnych religii Rosji — prawosławia, islamu i buddyzmu — ale także bardziej egzotycznych nauk, takich jak "wierzenia scjentystyczne" (scjentolodzy wierzyli, że wkrótce na naszej planecie nastanie era "czystego Rozumu", podczas której zostaną rozwiązane liczne problemy społeczne).

W swoim artykule "Radziecka inteligencja w poszukiwaniu cudu" Mitrochin tak opisuje duchowe poszukiwania drugiej połowy lat 50.:

"Logika rozumienia nowych informacji przez sowiecką inteligencję w tym okresie była mniej więcej następująca: Skoro genetyka i cybernetyka, wcześniej oficjalnie cenzurowane przez partię jako "pseudonauka", zostały uznane za pełnoprawne dyscypliny naukowe, socjologia i ochrona przyrody, które były nieobecne w systemie sowieckim, otrzymały wsparcie, to futurologia, ufologia, astrologia i "metodologia" również wkrótce uzyskają uznanie... Skoro istnieje komputer elektroniczny i człowiek poleciał w kosmos, to dlaczego nie miałoby istnieć "perpetuum mobile" i UFO."

Jednym z takich cudów jak perpetuum mobile była "metodologia".

"Metodologia" została stworzona przez filozofa Gieorgija Szczedrowickiego, znanego i szanowanego człowieka w moskiewskich kręgach intelektualnych. Wraz z filozofem Merabem Mamardaszwilim, socjologiem Borysem Gruszinem i pisarzem Aleksandrem Zinowiewem zorganizował w 1952 r. (czyli jeszcze przed śmiercią Stalina) Moskiewskie Koło Logiczne: jego członkowie zgłębiali tajniki myślenia. Krąg ten nie przetrwał jednak długo: każdy z jego założycieli poszedł w innym kierunku. Szczedrowicki założył nowy krąg — "metodologiczny" — i nadal angażował się w badanie procesu myślenia.

Filozof i jego zwolennicy postrzegali myślenie i język jako rodzaj "programu" istniejącego wewnątrz człowieka, który "obsługuje" jego świadomość. W związku z tym uznawali, że sam człowiek jest praktycznie "komputerem", który można "zaprogramować".

Członkowie Klubu zbierali się na seminariach, podczas których zastanawiali się nad problemami naukowymi z dziedziny psychologii i pedagogiki (na przykład podczas tych spotkań Szczedrowicki zaczął badać gry w kontekście działalności pedagogicznej).

Współpracownik Szczedrowickiego, dziennikarz Matwiej Chromczenko (z wykształcenia lekarz), opisał seminarium tak, jakby jego uczestnicy byli częścią wspólnego mechanizmu. "Wszyscy [obecni] pracowali jako technicy", podczas gdy funkcją lidera i moderatora — czyli samego Szczedrowickiego — było "prowadzenie maszyny". Miał ją "prowadzić" w taki sposób, aby "ta złożona, geometrycznie nieregularna jednostka toczyła się naprzód, wytwarzając masę różnorodnych produktów". Przez "produkty" rozumiał na przykład artykuły i raporty.

Seminarium "metodyczne" wyglądało następująco: uczestnicy słuchali sprawozdania na temat naukowy lub dotyczący zastosowań, zadawali pytania, mogli zgłaszać zastrzeżenia, komentowali prezentację — i mówili, jak ją zrozumieli. Przewodniczący seminarium (często sam Szczedrowicki) mógł przerwać mówcy lub pomóc mu odpowiedzieć na podchwytliwe pytanie. To samo mógłby zrobić z autorami pytań.

Jednym z głównych elementów seminarium była "refleksja": uczestnicy analizowali każdą "procedurę myślenia", każdy krok, który doprowadził reportera do jego wniosków. Prowadziło to do dwóch do ośmiu trzygodzinnych sesji, podczas których omawiano każdą interwencję (tak autorzy artykułu "Klucz kastowy Gieorgija Szczedrowickiego" w czasopiśmie "Questions of Philosophy" Natalia Kuzniecowa i Theodore Oizerman opisują spotkania "metodologów" w budynku moskiewskiego Instytutu Psychologii Akademii Nauk Pedagogicznych).

Grono entuzjastów nauk Szczedrowickiego stopniowo się powiększało. Uczestnicy seminarium spośród uczonych lub po prostu dociekliwych intelektualistów zaczęli zadawać pytania i stali się aktywnymi komentatorami, potem mówcami, a później mogli nawet pretendować do roli przewodniczącego. Ci, którzy przeszli wszystkie etapy, mogli organizować swoje seminaria oddzielnie od nauczyciela.

Ilja Kukulin, literaturoznawca i kulturoznawca, który pod koniec lat 90. badał "metodologów", zauważył, że uczestnicy warsztatów wierzyli, że umiejętność myślenia w określony sposób pozwala im przekształcać środowisko społeczne. "Metodolodzy" wierzyli, że mogą zmienić świat — i to nie tylko zmienić, ale zrobić to "na dowolną skalę". Według Kukulina, towarzysze broni Szczedrowickiego byli jak bohaterowie powieści braci Strugackich — tzw. postępowcy: na przykład Don Rumata z "Trudno być Bogiem" czy Maksym Kammerer z "Historii przyszłości".

"Postępowcy osiągają swoje cele w złym, totalitarnym społeczeństwie, gdzie władza jest radykalnie wyobcowana od ludzi i można z nią walczyć tylko w tajemnicy, poprzez szpiegowską infiltrację struktur władzy, a nie poprzez publiczne działania polityczne" — wyjaśnia Kukulin. Według niego sowiecka inteligencja mogłaby się identyfikować z takim bohaterem progresorem, który znalazłszy się w "nieznośnych warunkach", próbuje je dyskretnie zmienić od wewnątrz.

Sam Gieorgij Szczedrowicki porównywał siebie do bohaterów radzieckich pisarzy fantasy. "Do lata 1952 r. ukształtowałem ideologię bardzo zbliżoną do tej, którą dwie dekady później sformułowali bracia Strugaccy, a mianowicie wyobrażałem sobie siebie jako postępowca na tym świecie" — powiedział mi później, już w latach 80.

Jednocześnie Szczedrowicki uważał się za marksistę i był członkiem KPZR. W 1968 r. został wydalony z partii za podpisanie listu popierającego dysydentów Jurija Gałanckowa i Aleksandra Ginzburga. Jednak według wspomnień politologa Gleba Pawłowskiego, który w latach 60. przebywał w tym samym towarzystwie co Szczedrowicki, filozof nie był uważany za część ruchu dysydenckiego — i on sam nie uważał się za dysydenta.

"Gieorgij Szczedrowicki pracował w instytucie, publikował w czasopismach wydziałowych. Mawiał [do sowieckich urzędników]: pozwólcie nam sobie pomóc, dajmy wam kuksańca. Pomożemy wam zbudować systemy zarządzania lub oczyścić te, które już istnieją... Trudno było zmienić go w dysydenta, a on sam nie chciał tego robić" — powiedział Meduzie Pawłowski.

Wśród samych dysydentów praca na rzecz państwa radzieckiego, według Pawłowskiego, nie była uważana za kolaborację z reżimem. "Patrzyliśmy na to szerzej: dobry człowiek, inteligentny, z dobrymi przyjaciółmi, to wystarczyło" — wspomina Pawłowski.

Już od lat 60. ub. wieku "metodycy" i sam założyciel ruchu, który pracował wtedy jako badacz w Laboratorium Psychologii i Psychofizjologii Instytutu Badawczego Wychowania Przedszkolnego, poświęcali wiele uwagi pedagogice. Jak pisze Kukulin, Szczedrowicki rozumiał to jako "szczególny rodzaj działalności projektowej". "W systemie pedagogiki pojawia się specjalna specjalność nauczyciela-projektanta, który tworzy model-projekt osoby przyszłego społeczeństwa" — cytuje Kukulin wypowiedź założyciela ruchu "metodycznego".

Studiując pedagogikę, Szczedrowicki i jego zwolennicy wierzyli, że nie tylko procesy społeczne, ale i sam człowiek może być "zaprojektowany" i "zaprogramowany". "Dla Szczedrowickiego świadomość jednostki nie była punktem wolności, ale obszarem projekcji, konstrukcji i, upraszczając, manipulacji" — uważał na początku XXI w. polityk-nacjonalista Konstantin Kryłow.

Nikołaj Mitrochin, socjolog religii, uważa, że zainteresowanie "metodologów" pedagogiką można wyjaśnić dość prozaicznie: w czasach Związku Radzieckiego "istniały dwa wielkie systemy, w których obracano wielkimi pieniędzmi, a niezbyt inteligentnych ludzi można było oszukać i wykorzystać. Tymi systemami, mówi Mitrochin, były edukacja i związki zawodowe.

Pod koniec lat 70. Szczedrowicki, wykorzystując doświadczenia ze swoich seminariów, zaczął prowadzić "gry organizacyjno-działaniowe" (ODI). Zdaniem filozofa, "modelowanie" praktyk gry pomogło rozwiązać praktycznie każdy "problem społeczny", taki jak reformowanie przedsiębiorstw i instytucji, czy np. wybieranie dyrektorów fabryk. Program ODI przypomina też postępowców braci Strugackich, jak zauważa Ilja Kukulin:

"Jest to jawne, ezoteryczne i niepubliczne modelowanie i rozwiązywanie problemów społecznych z pominięciem istniejących struktur społecznych i struktur władzy — rzekomo tworzone w celu skierowania społeczeństwa ku lepszemu porządkowi etycznemu i organizacyjnemu."

"Metodycy" prowadzili gry dla radzieckich przedsiębiorstw i władz; ich klientami nie byli przywódcy partyjni z Moskwy, ale dyrektorzy poszczególnych zakładów pracy, instytucji gospodarczych i regionalnych komitetów KPZR.

Zazwyczaj pracownicy produkcji i urzędnicy angażowali "metodologów" do rozwiązania konkretnego problemu. Gra odbywała się z reguły w sanatorium lub domu wczasowym. Główny moderator tworzył zespół złożony z techników gier (którzy moderowali poszczególne spotkania grupowe w grach) oraz uczestników ODI, wśród których byli zarówno "metodycy", jak i przedstawiciele klientów.

Uczestnicy otrzymali role do odegrania, a czasem w scenariuszach gry pojawiała się konfrontacja. Podczas ODI "odgrywano" rzeczywistą lub hipotetyczną sytuację, podczas której uczestnicy szukali sposobu na rozwiązanie jakiegoś problemu: na przykład gra mogła dotyczyć likwidacji bloku elektrowni atomowej lub zmiany struktury przedsiębiorstwa.

Według wspomnień Timofieja Siergiejcewa pierwsza gra, którą Szczedrowicki przeprowadził we wsi Nowoutkinsk w obwodzie swierdłowskim, nosiła tytuł "Opracowanie asortymentu towarów konsumpcyjnych dla regionu Uralu". Ważnym elementem gier była "refleksja", znana już "metodologom" z ich seminariów: uczestnicy musieli publicznie wyjaśnić, dlaczego podjęli taką czy inną decyzję, tak by inni mogli prześledzić ich proces myślowy.

"Późną nocą wpadam na Georgija Pietrowicza [Szczedrowickiego]. Właśnie zakończyła się "refleksja" w grupach. A ja mówię: nie było żadnej "refleksji". Było tam wiele rzeczy: ludzie płakali i walili głową w mur, rysowali obrazki, spierali się ze sobą, coś udowadniali — ale nie było żadnej refleksji. Odpowiedział, że funkcjonalnie jest to "refleksja", a fakt, że była ona wypełniona, jak 99% ludzkiej egzystencji, różnego rodzaju śmieciami, nie robił żadnej różnicy" — tak właśnie, według wspomnień syna Georgija Szczedrowickiego, Piotra, założyciel ruchu rozumiał "refleksję". Piotr jest także filozofem; w latach 80. pomagał w organizowaniu gier, a po śmierci ojca w 1994 r. stał się kluczową postacią ruchu "metodologicznego".

— [W latach 80.] nastąpiło przejście na rynek lub, jak to się wtedy nazywało, przejście do samowystarczalności. Towarzyszył temu początek stosunków gospodarczych między różnymi działami jednego i tego samego przedsiębiorstwa — technolog polityczny Marat Gelman opisuje w rozmowie z Meduzą warunki, w jakich radzieccy biznesmeni zaczęli wchodzić w interakcje z "metodystami". Jak sam przyznaje, w latach 90. sam korzystał z ich usług — i uważa to doświadczenie za "przydatne". Gelman następnie, jak mówi, obserwował gry i przemawiał na nich jako zaproszony ekspert.

"Wcześniej przedsiębiorstwo [sowieckie] mogło istnieć bez świadomości, że jest organizmem, bez zastanawiania się nad relacjami, które w nim zachodziły i zachodzą. Metodolodzy bardzo często przychodzili, by budować komunikację wewnątrz przedsiębiorstwa. Nie miało to nic wspólnego z polityką, ale to już było konsultowane. Byli atrakcyjni i ważni dla wielkich [sowieckich] menedżerów, którzy czasem używali ich, by dowiedzieć się, kim i czym w ogóle zarządzają." — według Gelmana, menedżerowie i kluczowi pracownicy w ciągu trzech dni gry mogli dowiedzieć się o swojej organizacji więcej niż przez lata.

— Wyglądało to jak jakiś cud, magia. Istniała pewna "metodologia", dzięki której rzeczy, które nie były jasne, stawały się jasne i oczywiste. Stało się jasne, dlaczego pracownicy byli nieefektywni i jak sprawić, by byli efektywni, dlaczego niektóre procesy zawodziły — zapewnia Gelman.

Jednocześnie zwraca uwagę na to, że "metodolodzy" nie byli specjalistami w żadnej dziedzinie poza samą "metodologią". — Dlatego, paradoksalnie, byli w stanie doradzać i prowadzić gry dla firm o różnym profilu od inżynierów jądrowych po pracowników przemysłu rybnego" — mówi Gelman.

Większość gier opierała się na kryzysach "zaprogramowanych" przez organizatora ODI, z których uczestnicy musieli się uwolnić, rozwiązując przydzielone im zadania. Sami "metodycy" również znaleźli się w krytycznej sytuacji: musieli zajmować się dziedziną, o której niewiele wiedzieli przed rozpoczęciem gry.

Nikołaj Mitrochin, socjolog religii, uważa, że używanie gier do rozwiązywania jakichkolwiek problemów w jakiejkolwiek sferze jest "znachorstwem". — "Metodolodzy" zawsze szukają nowych idiotów, którzy zapłacą im pieniądze za oferowanie klientom niezwykle trywialnych lub urojonych porad" — mówi Mitrochin w rozmowie z Meduzą — Nie są ekspertami od niczego poza wyłudzaniem pieniędzy i używaniem ich terminologii.

Mitrochin dodaje: — Brzmi to bardzo podobnie do działań konsultantów biznesowych, którzy nie są ekspertami w niczym, ale starają się pomóc biznesmenom i ekspertom w swojej dziedzinie przezwyciężyć ich problemy.

Sami "metodolodzy" oczywiście uważają inaczej. Wyjaśniając profil ogólnego "metodologa" Jurij Gromyko stwierdził, że mają oni zrozumieć "jak człowiek myśli": — Jedną rzeczą jest zrozumieć, jak uszyć but, a inną rzeczą zrozumieć, czy dana osoba mówi coś o szyciu butów, czy tylko powtarza bełkot z magazynów mody.

W późnym Związku Radzieckim, dzięki samofinansowaniu (zarówno w ramach systemu, jak i dzięki jego wprowadzeniu w ogóle) "metodycy" zarabiali dobre pieniądze: klienci gier nie byli dla nich skąpi. — Musiałeś zapłacić za przyjazd zespołu techników gry, to 15-20 osób. Wszyscy musieli być zakwaterowani, często w dobrych hotelach. Każdy musiał mieć zapłacone składki. Pamiętam, że jako technik gry przynosiłem z jednej gry do tysiąca rubli, tych pełnowartościowych rubli, kiedy żiguli kosztowało 5,5 tys., a kilogram amatorskiej kiełbasy 2,20 rubla — wspominał uczestnik ODI filozof Walery Lebiediew, który w latach 90. wyemigrował do USA.

Dla wielu uczestników gra stała się niemal mistycznym rytuałem, aktem religijnym. Larisa Goworuchina, członkini Wszechzwiązkowego Instytutu Badawczego Estetyki Technicznej, w którym w latach 60. pracował Szczedrowicki (jedna z uczestniczek pierwszej gry, która odbyła się w 1979 r. na Uralu) wyznała, że wszyscy gracze postrzegali to, co się z nimi działo, "jako pewną świętą czynność, rodzaj gry w paciorki, w którą grają przybysze z Kastalii, krainy intelektualistów". Jeden ze zwolenników Szczedrowickiego, organizator gier Piotr Mostowoj, powiedział, że uważa "metodologię" za "nie tylko nurt intelektualny, ale szczególną tradycję praktyki duchowej".

— Gra może trwać nawet tydzień, codziennie od wczesnego ranka do późnej nocy — wspomina uczestnik gier Walery Lebiediew. — Nawet nocne tańce były częścią gry. I nikt nie chciał spać ani nie potrzebował, dłużej niż pięć godzin. Im dalej, tym bardziej uczestnicy wczuwali się w smak. Nie chcieli odchodzić. Nie chcieli wracać do przygnębiającej rzeczywistości. Zaczęli latać na skrzydłach myślenia, które umacniało się z dnia na dzień. Po grze uczestnicy mówili, że doświadczyli prawdziwego szczęścia, bardziej intensywnego niż to, którego doświadczyli nawet z miłości, nie mówiąc już o wódce.

Pojawili się prawdziwi gracze, którzy byli zainteresowani procesem, a nie praktycznymi celami gry. Według Lebiediewa "ci maniacy" "chodzili na każdą grę na własny koszt. Szaleństwo ODI prowadziło czasem do poważnych kryzysów osobistych jego uczestników.

W 1988 r. Lebiediewa odwiedził znajomy ekonomista z Irkucka, Jurij Bierezkin, i zaproponował mu wyjazd na grę do Nabierieżnych Czełnych. Bierezkin spotkał się z samym Szczedrowickim, który wydawał mu się "największym naukowcem naszych czasów". Po tym ważnym spotkaniu wrócił do Irkucka "jako odmieniony człowiek". Bierezkin przypomniał:

"W Irkucku zebrałem pracowników [mojego laboratorium naukowego] i uroczyście ogłosiłem, że od tej pory będziemy pracować inaczej i nad innymi problemami. Jednak im dłużej i dokładniej mówiłem, tym mocniej wznosił się mur niezrozumienia między mną a moimi podwładnymi. Kilka kolejnych prób "metodologicznej alfabetyzacji" w laboratorium zaowocowało tym, że każdy mój pracownik napisał list z rezygnacją z pracy. Moi przyjaciele odwrócili się ode mnie i przestali się ze mną nawet witać, gdy w końcu przekonali się, że jestem stracony dla nauki."

Bierezkin, według jego słów, "przestał się interesować" wszystkim, co go wcześniej interesowało, ale "siedział nad tekstami >metodologicznymi< i filozoficznymi, nagraniami z różnych gier niemal całymi dniami" i nadal podróżował do różnych miast na ODI. W końcu przyznał, że kłócił się z przełożonymi, a nawet rozwiódł się z żoną, która zaczęła uważać męża za wariata. Jednak po upadku ZSRR Bierezkin obronił pracę doktorską i kontynuował pracę w Irkucku. On i inni "metodycy" nazywają Szczedrowickiego "Nauczycielem" wielką literą.

Inny współpracownik Szczedrowickiego, dziennikarz Matwiej Chromczenko, według jego własnych wspomnień, "popędził" do swojej pierwszej ODI "z entuzjazmem". "I skończyło się to katastrofą: ostatniego dnia zdałem sobie sprawę, że życie się nie powiodło i że nadszedł czas, by je zakończyć. Gieorgij Pietrowicz potrzebował sześciu miesięcy, by przywrócić mi normalny światopogląd" — pisze.

Według Chromczenki "wielu ludzi doświadczyło podobnych kataklizmów światopoglądowych, w tym ludzie sukcesu społecznego i ludzie o wysokim statusie zawodowym". Ten efekt gier zrozumiał podobno sam Szczedrowicki. "ODI jest szczególnie przydatne dla ludzi silnych (potencjalnych i aktualnych liderów), którzy mają swoje treści i potrafią ich bronić i rozwijać w sytuacjach beznadziejnych. Dla wszystkich innych (słabszych), sztywne ODI może być destrukcyjne (lub katastrofalne)" — tak Chromczenko cytuje założyciela ruchu "metodycznego".

Nikołaj Mitrochin wyjaśnia w rozmowie z Meduzą, że ruch "metodologiczny" ma wyraźne cechy "sekty o złożonym charakterze". — Czczą swojego lidera i opracowaną przez niego metodę, która zastępuje religię. "Metodolodzy" opanowują zestaw specyficznych praktyk w ramach organizacji, opanowują mitologię i terminologię. Najbardziej doświadczeni "metodolodzy" stają się "kapłanami" tego "kultu": kiedy już opanuje się "metodę", można prowadzić spotkania, na których "metoda" jest przedstawiana jako narzędzie do rozwiązania każdego problemu. Kolejnym etapem jest komercyjne wykorzystanie "metody" — mówi Mitrochin.

Sam Gieorgij Szczedrowicki nie ukrywał, że "metodolodzy" celowo używają "specjalnych terminów", by używać ich "w celu ochrony przed dyletantami i gadułami".

Witalij Kuriennoj, kulturoznawca, powiedział nam, że nie uważa za słuszne klasyfikowania ruchu "metodologów" jako "sekty" czy "nowego ruchu religijnego", ponieważ z zasady "nie jest to religia": religia zakłada wiarę w istnienie świata nadprzyrodzonego, której "metodolodzy" nie mają. Według Kuriennoja jedną z kluczowych idei nauk "metodologów" była "zasada ignorowania rzeczywistości, ignorowania potrzeby liczenia się z nią" (było to zgodne z poglądem Szczedrowickiego i jego zwolenników, że rzeczywistość można zmieniać i konstruować).

Syn Szczedrowickiego, Piotr, nie skomentował w rozmowie z Meduzą porównania ruchu "metodologicznego" do sekty.

Prowadząc swoje gry, Szczedrowicki i jego zwolennicy stopniowo poznawali najważniejsze osoby w państwie radzieckim: dyrektorów, partyjnych aparatczyków i biurokratów. W tym samym czasie "metodycy" pracowali z szeregowymi pracownikami przedsiębiorstw i uczyli studentów. Wpływy szczedrowitów rosły.

"GP [Szczedrowicki] zachęcał członków Koła do wstępowania do KPZR, wierząc, że w społeczeństwie radzieckim nie da się osiągnąć wpływów w żaden inny sposób, i zawsze żartobliwie nazywał obronę doktoratu zdobywaniem szlachetnych przywilejów" — wspominał podejście Szczedrowickiego Aleksander Rappaport, jeden z jego kolegów artystów. — Jak teraz rozumiem, GP czekał na jakieś reformy, bo widział, że w ZSRR sytuacja jest patowa. Nie zasugerował jednak, że sposobem na wyjście z kryzysu jest powrót do struktur rynkowych. Zakładał raczej, że zwycięży określony typ socjalistycznej technokracji".

Ten sam Aleksander Rappaport zauważył, że niektórzy "przeciwnicy" Szczedrowickiego uważali go za "myśliciela totalitarnego", którego technokracja byłaby "technokracją dla wybranych", a dla reszty "zamieniłaby się w najbardziej okrutne niewolnictwo". Sam filozof dał podstawy do takich rozważań. W 1989 r., podczas jednego ze swoich przemówień powiedział:

"Powiem wam szczerze, choć zdaję sobie sprawę, że zostanę za to ukamienowany: nie widzę różnicy między totalitaryzmem a nietotalitaryzmem. Myślę, że organizacja totalitarna będzie w przyszłości jedyną organizacją każdego ludzkiego społeczeństwa. Po prostu Niemcy i Związek Radziecki wyprzedzili trochę historię, o włos. Ale to czeka wszystkich, także dumną Wielką Brytanię. Nie będzie żadnego innego systemu, drodzy koledzy — taka jest potrzeba rozwoju ludzkiego społeczeństwa, do cholery!"

Uczestnik gier Walerij Lebiediew napisał, że Szczedrowicki wymyślił ODI, "aby dalej rozwijać i realizować »przewrót intelektualny« w ZSRR". — Przepuścić setki tysięcy ludzi przez gry i stworzyć masową klasę jego zwolenników — Lebiediew wyliczał plany Szczedrowickiego. — Będą to dyrektorzy przedsiębiorstw, szefowie warsztatów, komitetów okręgowych, komitetów regionalnych, sędziowie, profesorowie uniwersyteccy, urzędnicy ministerialni wszystkich szczebli... Najpierw zrobimy to, potem tamto, nasi ludzie najpierw tu, potem, o, tam, a potem są już wszędzie! Nikt nic nie zrozumiał, a my wszystko zmieniliśmy, wszystkich przetasowaliśmy i kraj zmierza w innym kierunku!".

Według Timofieja Siergiejcewa "gry zostały zaprojektowane, wymyślone przez Gieorgija Pietrowicza jako sposób na wyprowadzenie myślenia "metodologicznego" z podziemia do szerszej praktyki społecznej, przede wszystkim do praktyki politycznej i rządowej. Szczedrowicki, według jego słów, rozwijał "intelektualne narzędzia" do interweniowania w proces historyczny.

Od lat 60., według badacza Ilji Kukulina, na radzieckie kierownictwo wpływali nie tylko Gieorgij Szczedrowicki i jego zwolennicy, ale także intelektualiści, którzy pracowali jako doradcy i autorzy przemówień dla radzieckich przywódców. Jak pisze Kukulin, doradzali oni urzędnikom partyjnym i ekonomicznym w przekonaniu, że mogą zreformować kurs polityczny ZSRR.

Jeden z rosyjskich polityków, który rozpoczął karierę w latach 80. i dobrze zna działalność "metodystów", twierdzi, że nienawidzili oni pierestrojki, ponieważ sami chcieli zreformować, ale i zachować, ZSRR. Jednak "metodologom" nie udało się zdobyć władzy w ZSRR i ustanowić "socjalistycznej technokracji". Rosja podążyła drogą reform rynkowych. Szczedrowicki zmarł u progu tej ery, w 1994 r.

Wielu uczniom Szczedrowickiego udało się odnaleźć w nowej rzeczywistości: zostali technologami politycznymi. Mieli doświadczenie w kampaniach wyborczych, choć bardzo osobliwe: w późnym Związku Radzieckim "metodycy" przygotowywali wybory dyrektorów wielkich przedsiębiorstw. Oczywiście etapy przygotowawcze do tych wyborów odbywały się w formie ODI.

Według wspomnień jednego z głównych doradców Borysa Jelcyna, Gleba Pawłowskiego, "metodycy" zwrócili się ku konsultacjom politycznym w latach 90. (w tym czasie było ich już kilkuset) z powodu spadku zamówień ze strony przedsiębiorstw i biznesmenów na gry organizacyjne i akcje. Niektórym członkom ruchu udało się zdobyć kontrakty na wybory regionalne.

Ponadto "metodolodzy" zajmowali się pedagogiką, szkoleniem personelu na potrzeby kampanii wyborczych, mówi rosyjski polityk, który rozpoczął karierę pod koniec lat 80. Ich wiedza przydała się także w popularnych w tamtym czasie konkursach talentów. Według Marata Gelmana w latach 90. "metodycy" byli raczej "narzędziem" kampanii wyborczych niż ich liderami i ideologami:

"W pracy wyborczej kluczowym zadaniem jest szkolenie aktywistów [tj. osób prowadzących kampanię]. Nie ma zawodu "technologa" czy "wyborcy", który można by zdobyć w jakiejkolwiek instytucji edukacyjnej [w Rosji]. Kampanie są rzadkie, więc stosunkowo wąskie grono technologów, którzy podróżują po regionach, regularnie bierze udział w wyborach. Rekrutują do swoich centrali ludzi z mniej lub bardziej odpowiednimi umiejętnościami, których trzeba przeszkolić — a "metodycy" dość często są sprowadzani po to, by ich szkolić. To [udział w wyborach w takiej roli] był bramą, przez którą weszli w technikę [polityczną]. Jeśli możemy uczyć, uznali, to możemy prowadzić."

W połowie lat 90. do "metodologów" dołączył znany już wtedy technolog polityczny Jefim Ostrowski. Nikołaj Mitrochin, który zna go od końca lat 80., powiedział nam, że Ostrowski był "prawdziwym lewicowcem" pod koniec lat 80. Gleb Pawłowski wspomina, że Ostrowski zaczął udzielać porad politycznych w czasie pierestrojki: doradzał komitetowi strajkowemu górników z Prokopiewska (region Kemerowo) i udało mu się doprowadzić do spełnienia części żądań strajkujących.

To właśnie w tym czasie, pod koniec lat 80., Ostrowski poznał Siergieja Kirijenkę, przyszłego premiera Rosji, który obecnie stoi na czele zespołu ds. polityki wewnętrznej na Kremlu. Obaj byli jednymi z założycieli Ruchu "Alternatywny Surgut". Jego członkowie próbowali zreformować Komsomoł, młodzieżowy ruch partii komunistycznej.

Później, według Gelmana, Jefim Ostrowski mówił o sobie jako o "pierwszym technologu politycznym w Rosji" — i podważał taki status firmy Niccolo M, którą od marca 1989 r. zarządzał technolog polityczny Igor Mintusow:

"W Niccolo M wierzyli, że są zaangażowani w poważną pracę polityczną, w budowanie nowego państwa. Dla Ostrowskiego zarządzanie kampanią to gra, a kluczowymi słowami są dla niego "emocje", "wygrana", "rywalizacja". Niccolo M z reguły pracował dla kandydatów władzy. Ostrowski pracował głównie z kandydatami alternatywnymi — takimi, którzy potrzebowali się wyróżnić, wyrobić sobie nazwisko."

Jako przykład "alternatywnego" podejścia Ostrowskiego Gelman wskazuje kampanię do Dumy Siergieja Mawrodiego, założyciela piramidy finansowej MMM, w 1994 r. Z pomocą technologa politycznego Mawrodi wygrał ten wyścig.

— W pewnym sensie wprowadził mnie w doradztwo polityczne — wspomina ze śmiechem Marat Gelman, który jest uważany za jednego z najbardziej znanych rosyjskich technologów politycznych (przed połową lat 90. Gelman był odnoszącym sukcesy handlarzem dzieł sztuki, specjalizującym się w sztuce współczesnej z byłego Związku Radzieckiego). — Przyszedł do mojej galerii i opowiedział mi o pewnej sytuacji w jednej z kampanii. Pomyślałem o [rozwiązaniu problemu], a potem podzieliłem się z nim tym, jak należy postąpić. I nagle dał mi dość dużą sumę pieniędzy w obcej walucie. W tamtym czasie było to zaskakujące: nigdy wcześniej nikomu nie płacono za myślenie o cudzych problemach.

Doświadczenie wyborcze Ostrowskiego przyciągnęło nie tylko Gelmana, ale także Gleba Pawłowskiego (Gelman i Pawłowski współzałożyli w 1995 r. Fundację Efektywnej Polityki), jak powiedział nam sam Pawłowski. Pawłowski jest uważany za jednego z twórców wczesnego wizerunku Władimira Putina i architekta systemu politycznego Putina. Według Pawłowskiego Jefim Ostrowski doradzał byłemu prezydentowi ZSRR Michaiłowi Gorbaczowowi, a następnie uczestniczył w kampanii wyborczej mera St. Petersburga Anatolija Sobczaka, gdzie poznał pracującego dla Sobczaka Putina. Nie przerodziło się to jednak w trwałą przyjaźń, a najwyżej w relację biznesową.

Ale Jefim Ostrowski pozostaje w kontakcie z Siergiejem Kirijenką od czasów Komsomołu. W latach 90. Kirijenko, komsomolski inżynier z Niżnego Nowogrodu (wtedy nazywającego się Gorki), zrobił imponującą karierę. Pomógł mu w tym jego rodak Borys Niemcow, który najpierw został mianowany (w 1991 r.), a następnie wybrany (w 1995 r.) gubernatorem obwodu Niżnego Nowogrodu, a dwa lata później objął fotel wicepremiera Rosji. Niemcow był jednym z najbardziej popularnych i znanych demokratów w Rosji i przez wielu był postrzegany jako prawdopodobny następca prezydenta Jelcyna.

W 1997 r. Kirijenko został pierwszym wiceministrem energetyki Rosji, a następnie, w tym samym roku, ministrem. W 1998 r. niespodziewanie znalazł się na fotelu premiera Rosji. Premier Kirijenko szybko otrzymał ironiczny przydomek "Kinder Niespodzianka" — ze względu na swój młody wiek i niespodziewany rozwój kariery (w momencie mianowania na premiera miał 36 lat).

Kirijenko nie spędził jednak dużo czasu u steru rządu — od końca kwietnia do końca sierpnia. W czasie jego rządów doszło do niewypłacalności państwa, po której Kirijenko został szybko zmuszony do rezygnacji. — Było jasne, że kraj zmierza do bankructwa, a Rodzina [czyli otoczenie Jelcyna] chciało przywrócić na czoło rządu byłego premiera Wiktora Czernomyrdina. Nie udało im się — powiedział Meduzie w 2016 r. polityk Borys Nadieżdin, który w 1998 r. był współpracownikiem Kirijenki (premierem po Kirijence został Jewgienij Primakow).

Mimo bardzo krótkiego i wyjątkowo nieudanego doświadczenia w kierowaniu gabinetem zrezygnowany Kirijenko nie chciał odchodzić z wielkiej polityki. W grudniu 1998 r. założył ruch Nowa Siła, który planował wystartować w wyborach do Dumy w 1999 r. W skład zespołu kampanijnego weszli stary znajomy Kirijenki, Jefim Ostrowski, oraz Piotr Szczedrowicki, z którym Ostrowski zdążył się już zaprzyjaźnić.

— Kirijenko został następnie »rozebrany«. Po odejściu z rządu został bez drużyny. Pomógł mu w tym Piotr, którego poznał podczas kampanii Nowej Siły w 1999 r. Piotr i Kirijenko odnaleźli się dzięki swojej inteligencji i charakterowi — mówi Pawłowski w wywiadzie dla Meduzy.

Pawłowski nazywa Siergieja Kirijenkę "idealnym klientem dla »metodologów«". Były premier nie był politykiem, ale biurokratą-menedżerem, który zaczął wspinać się po komsomolskiej drabinie jeszcze w czasach Związku Radzieckiego. "Metodycy" od dawna wiedzieli, jak pracować z takimi ludźmi. — Stworzyli swoją wersję języka menedżerskiego w czasie, gdy w ZSRR nie było jeszcze takiego języka. Biurokracja posługiwała się językiem urzędniczym, ale nie był to język komunikacji międzysektorowej, nie był to język konstruowania nowych schematów zarządzania — wyjaśnia Pawłowski, który przez krótki czas doradzał Kirijence u progu jego federalnej kariery politycznej pod koniec lat 90.

Deklaracje polityczne byłego premiera zawierały uwagi "metodologiczne": Nowa Siła proponowała nie tylko reformy ekonomiczne i konstytucyjne, ale także wypracowanie "nowego języka politycznego". Sam Kirijenko zapowiedział w czerwcu 1999 r., że prześle Jelcynowi plan "pokojowego przekazania władzy". Plan ten obejmował konkurs kadrowy dla urzędników (takie konkursy były wielokrotnie organizowane przez "metodyków").

Ten powolny okres w publicznej karierze politycznej Kirijenki nie trwał jednak długo. W sierpniu 1999 r. Nowa Siła weszła w skład Związku Sił Prawicowych, razem ze strukturami Borysa Niemcowa i Iriny Chakamady. Anatolij Czubajs, były szef rosyjskiej administracji prezydenckiej i główny ideolog prywatyzacji w Rosji, był uważany za szarą eminencję bloku.

W tym czasie kraj miał już nowego premiera, Władimira Putina, którego Kreml promował jako następcę Jelcyna. Jeśli chodzi o Związek Sił Prawicowych, otoczenie Jelcyna widziało w nim "rezerwową partię władzy", która miała dostać się do parlamentu wraz z blokiem Jedność (później Jedna Rosja), który kształtował się jako "główna partia władzy".

A żeby liberalna "rezerwowa partia władzy" mogła dostać się do Dumy, jej liderzy — popularni rosyjscy politycy — musieli być niekontrowersyjni. — Przeprowadzono badania i okazało się, że najwyższą wartością dla liberalnego elektoratu jest zjednoczenie demokratów. Sam fakt, że są zjednoczeni, daje im szansę na wybór — mówi Marat Gelman. Po raz kolejny przydają się usługi "metodologów".

Według Gelmana sprzeczności między starymi kumplami Niemcowem i Kirijenką były bardzo poważne ("Niezawisimaja Gazieta" napisała, że Nowaja Siła domagała się dla swoich kolegów z bloku więcej stanowisk kierowniczych w parlamencie) — ale "w ciągu trzech miesięcy kampanii musieli grać pod publiczkę, [pokazać], że są zespołem", który poprowadzi kraj do sukcesu, zjednoczoną siłą polityczną.

Aby wyeliminować te sprzeczności, na prośbę Kirijenki zorganizowano grę. Według wspomnień Gelmana "rządził" nią Piotr Szczedrowicki, Gelman natomiast został zaproszony jako ekspert zewnętrzny. "Zajęło to kilka dni w sanatorium; moderatorzy pracowali bardzo dobrze. Rozkładaliśmy na części realne sytuacje i odtwarzaliśmy możliwe, wyjaśnialiśmy cele, po co to wszystko. Ludzie byli szczerzy, wylewali swoje żale na siebie nawzajem. Na trzy miesiące kampanii taka sesja wystarczyła — opisuje grę Gelman.

W tym czasie w Rosji toczyła się prawdziwa walka między Kremlem a sojuszem byłego premiera Jewgienija Primakowa, mera Moskwy Jurija Łużkowa i wielu rosyjskich gubernatorów, którzy utworzyli blok Ojczyzna-Cała Rosja. Związek Sił i sam Kirijenko byli częścią tej walki. Związek Sił Prawicowych poszedł do Dumy pod hasłem "Putin na prezydenta, Kirijenko do Dumy! Potrzebujemy młodych!". (Technicznie rzecz biorąc, prezydent Jelcyn nawet nie wspominał w tym czasie o rezygnacji z urzędu, stało się to dopiero po wyborach parlamentarnych). W 1999 r. Kirijenko startował na mera Moskwy i konkurował z Łużkowem.

Kampanie Związku, samego Kirijenki i bloku Jedność były prowadzone przez Fundację Skutecznej Polityki. Pawłowski skupił się na kampanii Jedności, Gelman na kampaniach Związku i Kirijenki. — Oczywiście nie mieliśmy pojęcia, że Kirijenko może wygrać. Naszym celem było maksymalne osłabienie Łużkowa jako pretendenta na prezydenta: był on jednym z dwóch głównych pretendentów wraz z Primakowem — powiedział Pawłowski w 2018 r. Meduzie (Kirijenko otrzymał 11,3 proc. głosów w wyborach na burmistrza).

Związek dostał się do Dumy, ale kariera posła, który był jednocześnie szefem frakcji i musiał ją publicznie reprezentować, pociągnęła Kirijenkę w dół. Jak wspomina ktoś, kto pracował kiedyś w aparacie frakcji Związku, były premier "nie chciał udzielać regularnych wywiadów". Pociągała go praca zza biurka.

Władimir Putin, który został prezydentem w 2000 r., miał dobre relacje z Siergiejem Kirijenką: to właśnie Kirijenko, jako premier, mianował go na szefa FSB. A kiedy Putin zamieszkał na Kremlu, lider frakcji awansował na upragnione biurokratyczne stanowisko prezydenckiego wysłannika do Nadwołżańskiego Okręgu Federalnego (w tamtym czasie Putin właśnie wprowadził instytucję wysłanników, rzekomo w celu wzmocnienia "pionu władzy"). Za swym patronem do Niżnego Nowogrodu pojechali także "metodycy" Piotr Szczedrowicki i Jefim Ostrowski.

Gazeta "Nowoje Izwiestia" napisała w 2001 r.: "Siergiej Kirijenko... stworzył w swoim biurze całą strukturę, na której czele stanął strateg polityczny Petr Szczedrowicki, by opracować przedwyborcze strategie administracji prezydenckiej".

A kiedy w 2005 r. Kirijenko został szefem Agencji Energii Atomowej, "metodolodzy" zostali wciągnięci również do tej branży. W utworzonej na bazie agencji państwowej korporacji Rosatom Szczedrowicki wkrótce objął stanowisko zastępcy dyrektora podległego Kirijence (i pracował na tym stanowisku do 2011 r.). "Metodolog" miał mniej więcej takie same zadania jak wcześniej: przeprowadzanie przetargów na personel wewnątrz firmy i udział w kampaniach wyborczych w miastach, w których znajdują się zakłady nuklearne. — Ogólnie rzecz biorąc, Kirijenko tworzył strukturę, którą trzeba było zorganizować i opakować. "Metodycy" wiedzieli, jak to zrobić — wyjaśnia Meduzie osoba zaznajomiona z Kirijenką.

W tym czasie główni "metodolodzy" zaczęli już zastanawiać się nad ideologią państwową. Według Gelmana Jefim Ostrowski był pochłonięty kwestiami ideologicznymi jeszcze zanim udało mu się zdobyć przyczółek w rosyjskim systemie władzy. W 1996 r. Ostrowski mówił o przyczynach porażki ZSRR w zimnej wojnie — i o możliwościach "zemsty", nazywając Rosję "wielkim mocarstwem".

"Kraj, który jako pierwszy uświadomi sobie, czym jest broń wirtualna, jako pierwszy naruszy równowagę w tej dziedzinie. To właśnie na tym polu Rosja może wydać i wygrać decydującą bitwę zimnej wojny. To właśnie poprzez przestrzeń wirtualną można wyprowadzić odwetowe Dobre Uderzenie przeciwko Zachodowi. W tym właśnie tkwi szansa wielkiej Mocy na zemstę. Zemstę za czasy zimnej wojny" — napisał Ostrowski, który nazwał technologów politycznych (w jego terminologii: "technologów humanitarnych") "zimnowojennymi siłami specjalnymi".

Gieorgij Szczedrowicki, założyciel ruchu, miał podobne poglądy, uważając, że rozwinięte gospodarczo kraje Zachodu i Wschodu "chcą powstrzymać Rosję". W jednym z wywiadów, którego Szczedrowicki udzielił po upadku ZSRR, stwierdził, że "czołowi menedżerowie świata — Niemcy, Japończycy i wszyscy inni — rozumieją, z kim mają do czynienia". — Uważają, że nasz poziom jest bardzo wysoki, więc chcą ograniczyć nasz dostęp dla gry. Kiedyś myślałem, że to wszystko jest wyolbrzymiane przez naszą propagandę i nie bardzo im wierzyłem, jak każdy inteligentny człowiek radziecki, ale teraz ze zdziwieniem odkryłem, że to wszystko jest prawdziwe — podkreślił Szczedrowicki.

W bardzo "metodologicznym" duchu Jefim Ostrowski omówił istotę ideologii: dla niego ideologia była "systemem operacyjnym", na którym działa społeczeństwo i który zapewnia jego efektywną organizację. Język, według Ostrowskiego, jest jednym z ważnych "programów" tego "systemu operacyjnego".

Już w tamtych latach ideologia, którą Ostrowski próbował "zaprogramować" dla Rosji, zawierała odniesienia do zimnej wojny i "rosyjskości". W połowie lat 90. technolog polityczny wymyślił projekt "Bądź Rosjaninem — Kupuj Rosjanina", który miał stworzyć "nowy wizerunek konsumpcji dla rodaków". Uważał ten projekt za "kampanię reklamową, polityczną i edukacyjną na skalę krajową z elementami oddziaływania makropsychiatrycznego" — i nietrudno w tym dostrzec "programowanie społeczne" Szczedrowickiego.

Pod koniec lat 90. Jefim Ostrowski i Piotr Szczedrowicki zaproponowali nową podstawową koncepcję — "świat rosyjski". Od początku 2010 r. to zdanie coraz częściej słychać z ust wysokich rangą urzędników, w tym prezydenta Putina — a potrzeba "obrony rosyjskiego świata" stała się oficjalnym powodem działań wojskowych na Donbasie.

Jednak "rosyjski świat" "metodologów" i "rosyjski świat" Kremla to w dużej mierze pojęcia przeciwstawne. — Pomysł był taki, że Rosja musi wejść na arenę międzynarodową z produktem, który jest atrakcyjny. Kraj będzie miał problemy z konkurencją, ale ma też agentów, ów »rosyjski świat«, czyli naszych rodaków w innych krajach, którzy mówią w języku rosyjskim i zostali wychowani przez rosyjską kulturę. I to właśnie dzięki nim możemy wejść na światowy rynek z nowym produktem [czyli każdym produktem handlowym nadającym się na eksport]. Świadomie mówili, że nie ma tożsamości między »rosyjskim światem« a rosyjskim państwem. Wręcz przeciwnie, Rosja potrzebuje Rosjan poza państwem. Było to rozumowanie w kategoriach konkurencji, a nie wojny — Marat Gelman wyjaśnia istotę koncepcji zaproponowanej kiedyś przez Ostrowskiego i Szczedrowickiego.

W 1999 r. Peter Szczedrowicki napisał artykuł "Rosyjski świat i ponadnarodowy Rosjanin", w którym tak rozumował na temat "wojny": "W ostatnich dziesięcioleciach zmienił się sam typ działań wojennych — ich podstawą jest rywalizacja ekonomiczna". "Marka, znak towarowy, staje się główną bronią nowej generacji wojen przemysłowych" — przekonywał. "Rosyjski świat" jako "społeczność osób rosyjskojęzycznych" miał być pośrednikiem w promowaniu marek i znaków towarowych z Rosji w "nowych węzłach infrastrukturalnych" świata przyszłości.

Inny "metodolog", zaznajomiony z Jefimem Ostrowskim i Piotrem Szczedrowickim, były doradca Kirijenki Siergiej Gradirowski inaczej rozumiał "świat rosyjski" — jako "integrację z krajami byłego ZSRR", których mieszkańcy również dobrze znają język rosyjski. "Proponowany przez nas rosyjski świat geokulturowy jest zbliżony do postimperialnych formacji państw europejskich — Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, Unii Państw Iberoamerykańskich, Wspólnoty Państw Frankofońskich i innych podobnych formacji" — próbował znaleźć analogie (głównie w świecie postkolonialnym) Gradirowski w 2009 r.

W tamtym czasie na wszelkie sposoby odrzucał próby interpretowania "rosyjskiego świata" jako planów "powrotu" terytoriów byłego Związku Radzieckiego lub Imperium Rosyjskiego do Rosji. — Nie mówiliśmy o rosyjskim świecie w języku geopolityki, nie w języku, w którym nadawali i ujadali panowie Rogozin, Zatulin i im podobni i w którym Aleksander Dugin głosił euroazjatyzm. Rosyjscy intelektualiści, często o nierosyjskich nazwiskach, mówili o innych rzeczach, choć używali tych samych słów — twierdził Gradirowski.

Niemniej jednak władze rosyjskie, które przyjęły pojęcie "rosyjskiego świata", przypisują mu właśnie znaczenie geopolityczne. W lutym 2022 r. rosyjska inwazja na Ukrainę rozpoczęła się w imię "ochrony języka rosyjskiego i ludzi, którzy nim mówią". "Rosyjski świat" wszedł do podstawowego leksykonu tego całego, karkołomnego ruchu geopolitycznego.

— Nasz rząd może zrujnować wszystko, zarówno zwycięstwo w II wojnie światowej, jak i Puszkina — zastanawia się Marat Gelman. — "Metodolodzy" dość spokojnie próbowali wymyślić konkurencyjną ideologię dla przemysłu i biznesu. Teraz to wszystko brzmi groźnie i to jest ich nieszczęście jak nas wszystkich, ale nie ich wina.

Peter Szczedrowicki w odpowiedzi na pytanie Meduzy, czy nie denerwuje go, że rosyjscy urzędnicy używają pojęcia "rosyjski świat" w inny sposób, niż opisał to on, powiedział, że "sam termin istnieje w kulturze krajowej od bardzo dawna": — Filozof powinien być gotowy na to, że w masowym użyciu ludzie zawsze wszystko przekręcają — wszystkie znaczenia, a jeszcze bardziej treści".

Stopniowo, według rozmówców Meduzy, znani "metodolodzy", tacy jak Piotr Szczedrowicki i Jefim Ostrowski, zaczęli wypadać z wewnętrznego kręgu Siergieja Kirijenki, a jeszcze bardziej oddalać się od niego po tym, jak Kirijenko został szefem zespołu ds. polityki wewnętrznej w rosyjskiej administracji prezydenckiej (AP). Stało się to w 2016 r.

A jednak Kirijenko i jego podwładni w AP nadal stosują praktyki, które wyraźnie przypominają "metodyczne". Krzesła liderów regionalnych są przekazywane absolwentom tzw. szkoły gubernatorów; konkurs Liderzy Rosji jest wykorzystywany jako główny lifting kadrowy Kremla i rządu; dla urzędników organizowane są regularne szkolenia — nie zawsze związane z ich bezpośrednimi obowiązkami (na przykład w 2019 r. gubernatorzy, którzy zebrali się na takie szkolenie przed posiedzeniem Rady Państwowej w sprawie autostrad, musieli sami kłaść asfalt).

Pawłowski uważa, że fascynacja Kirijenki różnymi "szkołami" i konkursami kadrowymi może być wynikiem jego współpracy z "metodologami". — Być może są tam echa tego, co sugerowali "metodolodzy", ale mimo to "metodologia" to przede wszystkim siedzenie na widowni z dużym tłumem, kiedy "guru" daje ci głos lub może cię uciszyć — mówi socjolog religii Nikołaj Mitrochin. — A konkursy i szkoły gubernatorskie Kirijenki to ćwiczenia z budowania zespołu według amerykańskiej metodologii.

Inni "metodolodzy" pracują w Ukrainie od początku XXI w. Według Gelmana i Pawłowskiego w 2002 r. Jefim Ostrowski i Piotr Szczedrowicki prowadzili kampanię bloku wyborczego "Drużyna Zimowego Pokolenia" ukraińskiego biznesmena Walerego Choroszkowskiego, który startował do parlamentu. — Kampania zakończyła się porażką, ale w naszym biznesie bardziej opłaca się mieć nieudane kampanie niż zwycięskie — mówi Gleb Pawłowski.

Pawłowski i Gelman byli w tym czasie także aktorami ukraińskiej polityki. Pawłowski był jednym z głównych konsultantów politycznych sztabu Wiktora Janukowycza podczas wyborów prezydenckich w 2004 r. Marat Gelman jako technolog polityczny współpracował z różnymi ukraińskimi politykami, np. z Leonidem Kuczmą i "kuzynem Putina" Wiktorem Medwedczukiem (obecnie oskarżonym na Ukrainie o zdradę stanu).

"Metodolog" Timofiej Sierhiczew był zaangażowany w kampanię Leonida Kuczmy w 1999 r., a później — w kampaniach Wiktora Janukowycza (2004) i Arsenija Jaceniuka (2009), ale obie, w przeciwieństwie do Kuczmy z 1999 r., zakończyły się niepowodzeniem. W 2011 roku Serhiczew został pracownikiem sztabu partii Słuszna Sprawa, utworzonej w Rosji dzięki udziałowi Kremla w wyborach do Dumy Państwowej — wówczas kierowanej przez biznesmena Michaiła Prochorowa. "Metodolodzy" siedzieli wokół, pie...ąć coś o ideologii i wyciągając od Prochorowa pieniądze. Nie zrobili nic więcej — wspomina jeden ze sztabowców Prochorowa. Ta kampania po raz kolejny zakończyła się porażką: administracja prezydencka zdymisjonowała Prochorowa jako lidera Słusznej Sprawy podczas konwencji wyborczej.

Ostrowski był jednym z głównych technologów innej "liberalnej" partii, stworzonej przez Kreml — Nowych Ludzi — która dostała się do Dumy w 2021 r. Trzy źródła Meduzy w tej partii twierdzą, że Ostrowski dołączył do sztabu z powodu znajomości z liderem Nowych Ludzi, biznesmenem Aleksiejem Nieczajewem — oraz dobrych relacji z braćmi Jurijem i Michaiłem Kowalczukami, którzy są uważani za patronów partii.

— Ostrowski jest prawdziwym geniuszem, myśli profesjonalnie. Ale nie jest technologiem, nie pracuje rękami [to znaczy nie pracuje z aktywistami i działaczami, nie prowadzi kampanii w mediach i na portalach społecznościowych], sam to przyznaje — mówi jeden ze współpracowników.

Ponad tuzin technologów politycznych, z którymi rozmawialiśmy, powiedział, że "metodolodzy" opuścili już rosyjski rynek technologii politycznych — ich zdaniem stało się tak, ponieważ "wyszli z mody". Piotr Szczedrowicki powiedział nam, że w ZSRR był tylko jeden "metodolog": — To był mój ojciec. Jest wielu oszustów. Myślę, że dopiero po jakimś czasie będzie można zrozumieć, kto tak naprawdę kontynuował idee Szczedrowickiego seniora.

Mimo utraty wpływów u władz rosyjskich, ruch Szczedrowickiego w pewnym sensie osiągnął to, o czym marzyli jego liderzy w latach 80. Przywódcy tego kraju wykorzystują swoje idee "programowania społecznego" i produkty uboczne tych idei, takie jak "rosyjski świat" — choć interpretują je według własnego uznania.

Politolog Iwan Prieobrażeński zauważa, że "technolodzy polityczni, którzy położyli podwaliny pod system władzy Putina — Gleb Pawłowski i Marat Gelman — przyjaźnili się z >metodologami<, ale w konstruowaniu rzeczywistości społecznej poszli znacznie dalej niż oni".

— Koncepcja "metodologów" początkowo opierała się na przekonaniu, że metody są ważniejsze niż instytucje. Oznaczało to możliwość rozmontowania instytucji i zbudowania szkieletu systemu politycznego z cegieł — jak w zestawie budowlanym. Pawłowski i jego koledzy uważali, że nie potrzeba do tego nawet cegieł. Cała konstrukcja może być niemal wirtualna. Wszystko może być zanitowane na jednym gwoździu nośnym, np. samym Putinie — mówi Prieobrażenski, który utrzymuje, że ani Putin, ani jego spin doktorzy nie chcieli zbudować "działającego systemu politycznego z funkcjonującymi instytucjami".

Tak więc prezydent Rosji, który chciał rozpocząć wielką wojnę, nie miał nikogo, kto mógłby go powstrzymać.

onet.pl

sobota, 11 czerwca 2022


Tatiana Kolesnychenko, dziennikarka Wirtualnej Polski: Prognozy ekspertów po nałożeniu przez Zachód sankcji na Rosję były takie: w ciągu miesiąca-dwóch gospodarka upadnie, kraj pogrąży się w recesji, a Rosjanie przypomną sobie ponure lata 90. Mija czwarty miesiąc wojny. Dlaczego rosyjska gospodarka właśnie zaczęła się stabilizować?

Władisław Inoziemcew, rosyjski ekonomista, politolog i pisarz: Ona po prostu nie zdążyła się rozpaść w ciągu tych kilku miesięcy. Zasadniczo niewiele się zmieniło: rosyjskie ropa i gaz nadal są eksportowane, władzom udało się ustabilizować kurs rubla, nie doszło do deficytu podstawowych produktów, wzrost cen wyhamował, a w przypadku niektórych produktów się zatrzymał.

Są duże problemy z logistyką, zauważalny jest brak komponentów, część przedsiębiorstw zaprzestała działalności. Ale katastrofy nie ma. Gospodarka dostosowuje się do nowych realiów.

Więc Rosjanie nie odczuwają skutków sankcji?

Odczuwają. Komfort życia w Rosji znacząco się obniżył. Karty są zablokowane, nie można robić zakupów za granicą. Ze sklepów zniknęły niektóre towary luksusowe. Wyjazd z kraju wiąże się z dużymi problemami: nie ma lotów do Europy i Ameryki, a bilety z przesiadkami są bardzo drogie.

Jeśli chodzi o sprzęt AGD i samochody, Rosja jest teraz jednym z najdroższych państw na świecie. Samochody, które w Europie kosztują 20-30 tys. euro, w Moskwie można kupić za 60-70 tys. euro. Ale nawet przy takich cenach samochody niedługo znikną z salonów. Odczuwalny jest brak komputerów, drukarek i smartfonów.

Te niedogodności nie są jednak na tyle znaczące, by wywołać niezadowolenie społeczne lub wpłynąć na stosunek do wojny w Ukrainie. Ludzie widzą, że katastrofa finansowa nie nastąpiła, więc nie obawiają się zbytnio jutra. 

Wielu ekspertów uważa, że to poczucie bezpieczeństwa wewnątrz kraju jest na siłę wykreowane przez Kreml. Owszem, udało się ustabilizować rubla i jest on obecnie silniejszy niż przed wojną, ale ten kurs jest utrzymywany sztucznie.

Nie uważam, że obecny kurs rubla jest sztuczny. Przed wojną Centralny Bank Federacji Rosyjskiej miał niewielki wpływ na kurs walut i nie wspierał systemu bankowego. 80 proc. jego bilansu stanowiły rezerwy w walutach obcych i złocie. Teraz, gdy połowa tych rezerw została zamrożona przez Zachód, Bank Centralny zażądał niemal całkowitej sprzedaży wpływów walutowych za ruble, ograniczył eksport kapitału i zakazał sprzedaży waluty obywatelom. W efekcie na rynku pojawiła się ogromna podaż waluty przy znikomym popycie, a dolar zaczął tracić na wartości. Jest to proces naturalny, a nie manipulacja rynkowa.

Wysiłki Banku Centralnego miały największy wpływ w pierwszej fazie kryzysu. Doświadczenie uczy Rosjan, że każdy kryzys polityczny i gospodarczy oznacza katastrofę na rynku walut. Tak było w 1998 roku, potem w roku 2008 i 2014.

Więc kiedy zaczęła się wojna, wybuchła panika. Ludzie rzucili się wymieniać oszczędzone ruble na dolary. Powstał czarny rynek, na którym kurs osiągnął historyczne maksimum - 200 rubli za dolara. Jednak wspomniane działania Banku Centralnego i przywrócenie kursu walut do poziomu 60-65 rubli za dolara zrobiły na Rosjanach ogromne wrażenie i w dużej mierze pozwoliły ludziom nie uznawać tego, co się działo, za pełnoprawny kryzys. To wszystko ustabilizowało sytuację i pomogło powstrzymać wzrost cen.

Jaki wpływ na stabilizację rosyjskiej waluty miało to, że część krajów UE, w tym Włochy i Niemcy, zgodziły się płacić za gaz w rublach? 

Miało to znaczenie bardziej psychologiczne niż praktyczne. Niezależnie od tego, w jakiej walucie wystawiane są faktury za gaz dla Europy, waluta ta wpływa do Rosji i jest wymieniana na ruble. Mogą to zrobić firmy europejskie przed formalną zapłatą za gaz lub sam Gazprom po otrzymaniu wpływów. W każdym przypadku duże wpływy walutowe wywierają presję na kurs dolara, zmuszając rubla do aprecjacji. Fakt czy rozliczenia odbywają się w dolarach czy rublach jest bez znaczenia. 

Rosyjska gospodarka została zatem lekko poturbowana, ale pozostaje stabilna. Mamy najmocniejszy kurs rubla od pięciu lat. Polityka sankcyjna wobec Rosji nie przynosi efektów?

Często to słyszę, ale wymaga to wyjaśnienia. Aby mówić o skuteczności sankcji, trzeba określić, jaki był ich cel. Jeśli był nim poważny cios dla rosyjskiej gospodarki, to został on zadany. Sankcje osłabiają długoterminową konkurencyjność, zabijają całe gałęzie przemysłu - motoryzacyjną, lotniczą, maszynową. Straty są coraz większe.

Na razie konsekwencje sankcji w większym stopniu dotykają przedsiębiorców niż konsumentów. Już zaczyna brakować najróżniejszych podzespołów i części zamiennych. To w końcu uderzy w cały przemysł. Ceny znowu zaczną rosnąć, popyt spadnie. Będzie plaga bankructw, wzrośnie bezrobocie. Pod koniec roku inflacja sięgnie 20 proc. Do zimy rosyjska gospodarka w pełni odczuje "uroki" zachodnich sankcji.

Jeśli jednak zadaniem sankcji było powstrzymanie rosyjskiej agresji w Ukrainie, to cel ten jest nieosiągalny. W tym kontekście sankcje są nieskuteczne. Putin nie zaprzestanie wojny. Zniszczenie Ukrainy jest dla niego idée fixe, celem jego prezydentury i całego życia.

Podsumowując, muszę powiedzieć, że w ostatecznym rozrachunku sankcje nie są najważniejszą rzeczą, która obecnie osłabia rozwój gospodarczy Rosji. 

A zatem co? 

Wycofanie się zachodnich firm z rosyjskiego rynku. Obecnie już ponad tysiąc międzynarodowych korporacji opuściło rynek rosyjski. Robią to z własnej woli. Gdyby Zachód zakazał praktycznie całego eksportu do Rosji, wyrządziłoby to o wiele więcej szkód niż odcięcie banków od SWIFT, a nawet embargo na ropę. W dzisiejszych czasach o wiele łatwiej jest rozwiązywać problemy finansowe niż techniczne czy logistyczne. 

Na przykład obecnie do Rosji nie jest dostarczany pigment do kredowania papieru. W rezultacie prawie wszystkie rosyjskie fabryki zaczęły produkować papier o bardzo niskiej jakości. W ciągu najbliższych trzech miesięcy większość drukarek w kraju może wymagać naprawy albo wymiany. Wobec braku importowanych części zamiennych lub nowych drukarek, wiele firm i organizacji zderzy się z poważnym problemem. 

Albo weźmy branżę piwną. W ubiegłym roku obrót ze sprzedaży piwa w Rosji sięgnął prawie biliona rubli. Praktycznie wszyscy producenci korzystają z chmielu sprowadzanego z Niemiec i Czech. Gdyby eksport tego składnika był zakazany, upadłaby cała branża. To pokazuje, że wystarczy wyeliminować jeden, nawet drobny element, a uruchomi się reakcja łańcuchowa. 

Kreml na to mówi: mamy substytuty dla importowanych towarów. Wyprodukujemy je sami, wzmocnimy gospodarkę, staniemy się jeszcze silniejsi.

Te opowieści można między bajki włożyć. Weźmy na przykład produkcję rolną, którą teoretycznie najłatwiej byłoby usamodzielnić. Jeszcze w 2014 r. podjęto decyzję, że Rosja sama będzie produkować cukier na własne potrzeby. I formalnie cel ten został osiągnięty - w ubiegłym roku Rosja była zabezpieczona cukrem na 100,2 proc. Jest jednak jedno "ale". Nasiona buraka cukrowego sadzone w kraju są w 99 proc. importowane z Unii Europejskiej. 

Tak samo z mięsem indyczym. Rosja produkuje go pod dostatkiem, ale jaja lęgowe pochodzą z importu. Podobnie jak szczepionki, które chronią ptaki przed epidemiami.

Rosjanie w większości jeżdżą zagranicznymi autami. A co, jeśli zabraknie do nich części zamiennych? Moglibyśmy przesiąść się na Łady, ale nawet one mają 20-25 proc. części z importu.

Kraj jest całkowicie uzależniony od importu. Niech więc Europa kupuje od Rosji gaz i ropę. Może nawet płacić w rublach albo w dolarach, ale niech za te pieniądze nikt i nic Rosji nie sprzeda. 

Jest to trudne do zrozumienia dla kogoś, kto nie żył w Związku Radzieckim. W ZSRR obywatele chodzili do pracy, otrzymywali wynagrodzenie, ale tych pieniędzy nie mogli wymieniać na towary. Kiedy ludzie przychodzili do sklepów, widzieli na półkach tylko kości i sok pomidorowy. System był tak skonstruowany, że większość ludzi posiadała pieniądze, ale tylko nieliczni żyli normalnie. To samo można zrobić teraz. Niech Rosja ma dużo pieniędzy, ale niech nikt jej nie sprzedaje ani europejskich, ani amerykańskich towarów. 

Nie są to jednak lata 80. czy 90. Puste miejsce na rynku szybko mogą zająć tańsze odpowiedniki z Azji. 

W części przypadków tak, ale ogromna część patentów należy do zachodnich firm. Oczywiście produkują one w Chinach, ale jeśli zażądają, aby ich produkty nie były eksportowane do Rosji, tak się stanie. Nikt nie zaryzykuje utraty zachodnich rynków. Oczywiście międzynarodowe firmy poniosą straty, ale nie będą to dziesiątki miliardów euro, jak w przypadku embarga na ropę. 

Mówi pan o embargu na ropę, które zostało zawarte w szóstym pakiecie unijnych sankcji, jako o czymś mało istotnym. 

Bo nie widzę możliwości, aby embargo mocno uderzyło w rosyjską gospodarkę. Rosja stosunkowo łatwo znajdzie alternatywne rynki zbytu, takie jak Indie czy kraje, do których Arabia Saudyjska będzie dostarczać mniej ropy ze względu na przekierowanie dostaw do Europy. Rosja będzie eksportować mniej i taniej, ale europejskie embargo spowoduje wzrost cen ropy na świecie, więc Rosja nie będzie miała większego problemu. 

Więc Putinowi nie skończą się pieniądze na wojnę?

To mit. Putinowi nigdy nie skończą się pieniądze na wojnę. Ostatnio podliczono, że Kreml wydaje na "operację specjalną" w Ukrainie miliard rubli na godzinę. W kwietniu zatem wydano 720 miliardów rubli [ok. 12 mld dol. – red.]. Czy to dużo? Dla Rosji to są wpływy z eksportu ropy i gazu z 9-11dni… 

Jeśli wojna potrwa do końca roku, Kreml będzie potrzebować 5-6 bilionów rubli. W warunkach, kiedy rosyjski dług zewnętrzny wynosi 20 proc. PKB, pożyczenie takich środków na rynku krajowym nie stanowi problemu. Państwo płaci dostawcom broni, amunicji, paliwa i wojskowym nie w euro albo dolarach, które otrzymuje z eksportu ropy tylko w rublach, które może drukować w miarę potrzeb. Prawdopodobnie dodatkowa emisja spowoduje niewielki wzrost wartości dolara, ale rządowi będzie to nawet na rękę. Inflacja napotyka obecnie na ograniczony efektywny popyt, a ograniczona emisja pieniądza nie przyspieszy jej znacząco. Ograniczona emisja nie wpłynie znacząco na inflację. 

Dlatego praktycznie niemożliwe jest stworzenie takich finansowych trudności, które mogłyby zmusić Rosję do zakończenia wojny w Ukrainie. Zresztą Kreml już od wielu lat nie traktuje rozwoju gospodarczego jako priorytetu, koncentrując się na polityce zagranicznej.

Dla Putina gospodarka może i nie jest zmienną, ale Rosjanie postrzegają to chyba inaczej? Czy widzi pan możliwość buntu spowodowanego zubożeniem? 

Ręce mi opadają, kiedy słyszę o buncie społecznym w Rosji…

Osoba, która liczy, że załamanie gospodarki może wywołać w tym kraju protesty, nic o nim nie wie. Wystarczy spojrzeć na postradziecką historię wszystkich państw byłego ZSSR. W latach 90. wszędzie panowała przerażająca bieda. Ale czy to doprowadziło do wybuchu poważnych protestów?

Ludzie będą kombinować, szukać możliwości zarobienia na życie, ale nie wyjdą na ulice. Zwłaszcza w Rosji. Rosjanie są gotowi protestować przeciwko brutalności policji, przeciwko sfałszowanym wyborom - ale procesy gospodarcze uważają za tak naturalne, że nie widzą sensu w protestowaniu przeciwko nim. 

Na początku pojawiały się głosy nadziei, że bratobójcza wojna zmusi Rosjan do wyjścia na ulice. Teraz jest jasne, że społeczeństwo przyklaskuje działaniom Kremla. Dlaczego robi to nawet wiedząc, że jest oszukiwane przez władzę? I to władzę, która nie ma odwagi przyznać, że prowadzi wojnę, tylko mówi o "operacji specjalnej", porzuca ciała swoich żołnierzy w Ukrainie i unika wypłaty rekompensat ich rodzinom?

 Mnie to nie zaskakuje. Doskonale pamiętam drugą wojnę w Czeczenii, którą nazywano "operacją antyterrorystyczną". Rosjanie wiedzieli, że giną ludzie - i cywile, i nasi wojskowi - ale i tak wspierali wojnę. Bo Kreml zabierał to, co ludzie uważali za "nasze" terytorium.

Teraz Rosjanie tak samo traktują Ukrainę, która jest powszechnie uważana za przypadkowo oderwane terytorium Rosji. Wielu Rosjan jest gotowych przyznać, że podczas "operacji specjalnej" popełniane są błędy, że dochodzi do brutalności i że dowództwo często działa niezdarne. Ale cel uświęca środki. Przywrócenie "jedności Rosji" jest tego warte.

Jak Rosjanie tłumaczą sobie Buczę czy Mariupol? Większość przecież ma krewnych albo znajomych w Ukrainie, doskonale wiedzą, co się tam dzieje. Jednak naklejają znak "Z" na swoje samochody.

Do pewnego stopnia jest to wyparcie. Po prostu: "nie wierzę w to, co nie jest mi na rękę". Ale jest jeszcze jeden czynnik – polityczny cynizm, który od zawsze był właściwy dla rosyjskiej mentalności.

Przykładem jest choćby sam Putin. Większość Rosjan zdaje sobie sprawę, że doszedł do władzy wysadzając zwykłe bloki mieszkalne [Inoziemcew odnosi się do serii zamachów, które poprzedziły wojnę w Czeczenii. Kreml był oskarżany o dokonanie prowokacji, sam oskarżał o nie Czeczenów – red.], ale i tak na niego głosują. Już piąty raz w ciągu 20 lat.

Wydarzenia w Białorusi wyraźnie pokazały, że nawet w warunkach twardej dyktatury może pojawić alternatywa. Ale w Rosji nie ma miejsca na Cichanouską, bo Putin to prezydent Rosjan. Akceptują go razem z całym bagażem – kłamstwami, agresją, przemocą.

Więc kiedy kremlowska propaganda opowiada, że cywilów w Buczy rozstrzeliwali sami Ukraińcy, ludzie chętnie w to wierzą. Dlatego nie ma w Rosji poczucia wstydu. Jest cynizm i prymitywizm.

Dlatego pan powtarza, że nie jest to wojna Putina, tylko całego rosyjskiego społeczeństwa?

Przyjemnie jest myśleć, że całe to zło pochodzi tylko od Putina. Ot, zabijemy go i będzie spokój. Niestety, wojna w Ukrainie to nie przejaw putinizmu, tylko część rosyjskiej tożsamości narodowej.

Od początku swojego istnienia Wielkie Księstwo Moskiewskie rozwijało się jako państwo agresywne i autorytarne. Doszło do Oceanu Spokojnego, dołączyło Nowogród, potem terytoria obecnych Ukrainy i Białorusi. Powstało Imperium Moskiewskie, które przekształciło się w Rosję. Imperium to następnie zbudowało nowe imperium, anektując siłą Polskę, kraje bałtyckie, Finlandię, Taurydę (starożytna nazwa Krymu – red.), Besarabię, Zakaukazie i Azję Środkową.

W Rosji nie ma metropolii ani kolonii, a tylko niekończące się imperium. Rosja nigdy nie była państwem narodowym, a jedynie imperialną strukturą. Dlatego też trzymanie swoich terytoriów jest jej jedyną ideą.

Po upadku Związku Radzieckiego to imperium zaczęło się kurczyć, a rosyjskie społeczeństwo miało głęboko zakorzenione uczucie, że jest to złe. No bo, jak czurki [w jęz. ros. obraźliwe określenie na osoby pochodzące z Azji Środkowej – red.] mogą być niepodległe, skoro Kazachstan i inne republiki stworzyła Rosja? Przecież bez nas dalej żyliby jako plemiona koczownicze na stepie".

A Ukraina? Nikt oprócz obecnej młodzieży nie uważa jej za odrębne państwo. Wszystkie próby odseparowania się Kijowa od Rosji wywoływały tylko irytację.

Dlatego to, co robi teraz Kreml, jest postrzegane jako "powrót do normy". Do tego, co jest nasze. Putin nie indoktrynował Rosjan pragnieniem imperializmu - on je dostrzegł i zbił na nim swój kapitał polityczny. Dlatego wojna w Ukrainie jest zbiorową odpowiedzialnością wszystkich obywateli Rosji.

Według brytyjskiego wywiadu w ciągu 100 dni wojny Rosja nie osiągnęła w Ukrainie ani jednego strategicznego celu. Mimo to Moskwa nie jest zainteresowana pokojowymi negocjacjami z Kijowem.

Na Kremlu nie rozumieją, o czym mieliby rozmawiać Putin i Zełenski. Miałoby to sens, gdyby Ukraińcy zgodzili się uznać nowe granice wzdłuż aktualnej linii frontu. Ale Kijów na to nie pójdzie. Niezmiennym żądaniem Ukrainy jest wycofanie wojsk rosyjskich na pozycje sprzed 24 lutego. Putin na pewno tego nie zrobi. Koło się zamyka. 

Moskwa przygotowuje się do długiej wojny. Putin wie, że ma nieograniczone zasoby finansowe, liczba poległych Rosjan nie ma znaczenia, społeczeństwo nie protestuje. Idzie więc dalej. 

Jak daleko? Po Donbas, po południe, po całą Ukrainę? 

Putin chce zniszczyć Ukrainę jako państwo. Ale tu i teraz najważniejszym celem jest "uwolnienie" pseudo republik DNR oraz LNR w granicach obwodów donieckiego i ługańskiego. A następnie włączenie ich wraz z innymi zaanektowanymi terytoriami w skład Federacji Rosyjskiej. 

Co to da Rosji? 

Rosji nic, ale umocni pozycję Putina. Utwierdzi nową rzeczywistość, bo jeśli po ogłoszeniu aneksji Ukraina będzie próbowała odbić Donbas, będzie to już – według Moskwy - atak na terytorium Rosji. To rozwiązuje Putinowi ręce w kwestii użycia broni jądrowej.

Niestety istnieje tylko jedno rozwiązanie i jest ono do bólu banalne. Rosyjska horda musi zostać zniszczona w Ukrainie. Nic innego nie przekona ich do odwrotu. Dlatego Zachód musi okazać Ukrainie maksymalne wsparcie. 

A jeśli Rosjanie nie zostaną zatrzymani?

Wątpię, aby Putin odważył się zaatakować NATO. Nie napadnie na Polskę czy Litwę. Nie są dla niego celem nawet Kazachstan i Mołdawia. On chce połączyć ziemie "ruskie" – Rosję, Ukrainę i Białoruś.

Jakiś czas temu niezależny rosyjski portal Meduza opublikował artykuł o nastrojach na Kremlu. Źródła dziennikarzy twierdzą, że wojną w Ukrainie Putin zniechęcił do siebie wszystkich. "Jastrzębie" są niezadowolone ze słabych postępów "operacji". Z kolei jej przeciwnicy są przerażeni tym, że Putin przekreślił przyszłość Rosji. Trwa ciche typowanie następcy. Widzi pan możliwość przekazania władzy? 

Przekazanie władzy jest mało prawdopodobne. Putin nie odda władzy sam z siebie. Będzie dożywotnim prezydentem Rosji lub straci urząd w wyniku zamachu stanu.

Jednak do przewrotu pałacowego potrzebni są ludzie, którzy będą rozumieć, co w razie odsunięcia Putina otrzymają w zamian. Takim profitem może być zdjęcie sankcji oraz gwarancja ochrony ich własności. Dopóki takich gwarancji nikt nie daje, zamach stanu nie jest brany pod uwagę. Dopóki w oczach Zachodu wszyscy z otoczenia Putina są przestępcami, rosyjska elita pozostaje zjednoczona i solidarna.

wp.pl

piątek, 10 czerwca 2022


Ukraińcy utrzymują większość pozycji w rejonie Siewierodoniecka i nie dopuszczają do odcięcia walczącego tam zgrupowania od sił w obwodzie donieckim. Według części źródeł wojska rosyjskie mają podchodzić pod Słowiańsk, osiągnęły także częściowy sukces, atakując wzdłuż granicy obwodów donieckiego i ługańskiego, umacniając się w rejonie Komyszuwachy (na północ od Popasnej) oraz miejscowości Roty i Wozdwyżenka (na południowy wschód od Bachmutu). Artyleria i lotnictwo agresora kontynuują uderzenia na pozycje i zaplecze obrońców wzdłuż całej linii styczności (ostrzeliwane są m.in. Charków i Mikołajów) oraz w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i ługańskiego. Rosyjskie samoloty operujące z terytorium Białorusi zaatakowały także cele w obwodzie żytomierskim, a na obwód dniepropetrowski spadły rakiety. Ukraińskie lotnictwo miało natomiast uderzyć na pozycje wroga w obwodzie chersońskim. Dowództwo Sił Powietrznych Ukrainy poinformowało, że od 24 lutego przeprowadziło ponad 1100 nalotów.

Minister obrony Ukrainy Ołeksij Reznikow oznajmił, że przekazane przez Polskę armatohaubice samobieżne 155 mm Krab są gotowe do zadań bojowych, a w rejonach walk wykorzystuje się już cztery inne systemy artyleryjskie tego kalibru (M109A3, CAESAR, M777 i FH70). Łącznie armia miała dotychczas otrzymać 150 systemów artyleryjskich konstrukcji zachodniej i ponad 50 posowieckich. Liczba amunicji 155 mm ma być o 10% większa niż pozostałe zapasy posowieckiej amunicji artyleryjskiej wszystkich ciężkich kalibrów (122 mm, 152 mm i 203 mm). Stany Zjednoczone i Wielka Brytania rozpoczęły czterotygodniowe szkolenie ukraińskich żołnierzy w zakresie obsługi wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych. Waszyngton i Londyn zadeklarowały gotowość przekazania napadniętemu krajowi większej liczby systemów w przyszłości (zależnie od źródła w pierwszej dostawie ma ich być łącznie 7 lub 10). Według doniesień medialnych niemieckie systemy obrony przeciwlotniczej IRIS-T oraz wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych Mars II dotrą na Ukrainę nie wcześniej niż w listopadzie lub grudniu.

Zgodnie z informacjami rosyjskiego portalu Meduza tzw. Doniecka i Ługańska Republiki Ludowe oraz okupowane terytoria obwodów chersońskiego i zaporoskiego mają zostać zjednoczone w jeden okręg w ramach Federacji Rosyjskiej. Nowa jednostka administracyjna ma powstać po przeprowadzeniu referendów integracyjnych. Na razie rozpoczęto rekrutację personelu do pracy w administracjach samozwańczych „republik” Donbasu, a także w administracjach cywilno-wojskowych w obwodach chersońskim i zaporoskim. Pozyskani urzędnicy mają przygotować referenda „zjednoczeniowe”, które mogłyby zostać przeprowadzone w połowie lipca lub 11 września. Jednocześnie władze kolaboranckie zdają sobie sprawę, że plebiscyty na okupowanych terenach południowej Ukrainy spotkają się z bojkotem większości mieszkańców, i – chcąc uniknąć blamażu – rozważają zastąpienie ich „sondażem społecznym”. Według ukraińskiego wywiadu wojskowego ludzie są proszeni telefonicznie o odpowiedź na szereg pytań mających zbadać ich stosunek do Rosji, wojny, okupacji i osobiście Władimira Putina. Większość odmawia.

Sąd Najwyższy tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (DRL) skazał na śmierć dwóch Brytyjczyków i Marokańczyka za udział w walkach po stronie ukraińskiej. Ochotnicy zostali uznani za winnych „popełnienia czynów mających na celu przejęcie władzy i obalenie ustroju konstytucyjnego DRL”. Szef tzw. DRL Denys Puszylin zapowiedział, że prace „trybunału” mającego osądzić obrońców zakładów Azowstal rozpoczną się do końca lata.

Według danych Służby Bezpieczeństwa Ukrainy od początku inwazji zdemaskowano ponad 160 wrogich grup dywersyjno-rozpoznawczych. Jedną z ostatnich operacji specjalnych była neutralizacja rosyjskich agentów, którzy przygotowywali zamachy terrorystyczne na południu kraju. W komunikacie wskazano na aktywność na zachodniej Ukrainie (m.in. w obwodzie rówieńskim) współpracowników służb specjalnych agresora, którzy przekazywali informacje o potencjale sił zbrojnych. W Kijowie rosyjskiego agenta skazano na osiem lat pozbawienia wolności za naprowadzanie ataków rakietowych na obiekty energetyczne i wodociągowe.

Służba Wywiadu Zagranicznego FR kontynuuje operację dezinformacyjną wymierzoną w Polskę. W komunikacie instytucji stwierdzono, że Warszawa naciska na Kijów, aby przekazał jej kontrolę nad strategicznymi obszarami zarządzania państwem, m.in. kwestiami finansowymi. Za jego zgodą w Polsce ma się jakoby znajdować zapasowe centrum przetwarzania danych ukraińskiej służby podatkowej. Dezinformacja rosyjskiego wywiadu, która inspiruje przekaz propagandowy kremlowskich mediów, polega na propagowaniu tezy, że każda forma współpracy między Kijowem a Warszawą jest elementem rzekomego planu przyłączenia do RP części terytorium Ukrainy i – we współpracy z USA – ubezwłasnowolnienia władz napadniętego kraju.

Parlament Europejski przegłosował rezolucję rekomendującą Radzie Unii Europejskiej nadanie Ukrainie statusu kandydata na członka UE. Za przyjęciem dokumentu opowiedziało się 438 eurodeputowanych, przeciw – 65, a 94 wstrzymało się od głosu. W rezolucji uznano nadanie statusu członkowskiego za polityczny sygnał solidarności z narodem ukraińskim. Podkreślono, że „Ukraina, podobnie jak każde inne państwo, ma suwerenne prawo do samodzielnego decydowania o przystępowaniu do sojuszy politycznych i gospodarczych bez ingerencji innych państw”. Wezwano też kraje unijne do „bezzwłocznego przekazanie Ukrainie broni w zakresie potrzeb wyrażanych przez władze”.

Komentarz

Po obserwowanym w drugiej połowie maja przyspieszeniu rosyjskich postępów w Donbasie od początku czerwca tempo natarcia spadło. Świadczy to umocnieniu się wojsk ukraińskich na nowych pozycjach, a także o stratach ponoszonych przez agresora i konieczności ich uzupełniania. Zważywszy na to, że najeźdźcy konsekwentnie ponawiają ataki, podstawowym powodem spowolnienia jest opór obrońców. Z doniesień ukraińskich – często niejednoznacznych (m.in. o sytuacji w rejonie Słowiańska) – wynika jednak, że Kijów liczy się z nieuchronnością oddania kolejnych pozycji w Donbasie.

Duża aktywność agresora w zakresie sfinalizowania przyłączenia okupowanych terenów Ukrainy do Rosji dowodzi, że plan może zostać zrealizowany we wrześniu. Stopniowy napływ Rosjan do lokalnych administracji okupacyjnych może oznaczać, że Kreml rozważa zmarginalizowanie dotychczasowych szefów donbaskich tzw. republik ludowych – Denysa Puszylina i Leonida Pasiecznika – przez ich odsunięcie. Sygnalizowany zamiar utworzenia w Donbasie i południowych terytoriach Ukrainy nowego okręgu federalnego może wskazywać na to, że Moskwa rezygnuje z koncepcji tworzenia tworów parapaństwowych na rzecz rusyfikacji zajętych obszarów. Zwiększenie udziału Rosjan w formowaniu nowych władz wiąże się również z nadzorem nad wykorzystywaniem środków kierowanych na te tereny.

Wydanie wyroków śmierci na trzech zagranicznych ochotników walczących w siłach ukraińskich ma charakter pokazowy, a jego cel to odstraszenie obywateli innych państw od udziału w wojnie. Oskarżyciele, uznając skazanych za najemników, pominęli fakt, że są oni kontraktowymi żołnierzami armii ukraińskiej, którym jako jeńcom przysługuje ochrona prawna. Choć nie jest przesądzone, że wyroki zostaną wykonane, to samo przeprowadzenie procesu ma sygnalizować bezwzględność samozwańczego wymiaru sprawiedliwości wobec obcokrajowców walczących w szeregach armii przeciwnika.

osw.waw.pl

Dotychczasowe projekty terminali LNG w Niemczech nie mogły doczekać się realizacji ze względu na niesprzyjające warunki regulacyjne i rynkowe. Jedną z głównych przeszkód było stawianie na tańszy, sprowadzany gazociągami surowiec rosyjski. Berlin nie widział potrzeby inwestowania w bezpieczeństwo dostaw, ulegając mylnemu przekonaniu o wspólnocie interesów w sojuszu energetycznym z Rosją. Agresja na Ukrainę obaliła dotychczasowe mity i stała się katalizatorem głębokiej rewizji podejścia do współpracy z Moskwą. Ze względu na ryzyko odcięcia dostaw gazu – z jego poważnymi konsekwencjami gospodarczymi – Berlin w trybie awaryjnym stawia na budowę infrastruktury do importu LNG. W krótkiej perspektywie ubezpieczeniem dla Niemiec mają być cztery pływające terminale gazowe FSRU, które w połączeniu z innymi działaniami na rzecz dywersyfikacji dostaw umożliwią RFN uniezależnienie się od importu surowca z Rosji w 2024 r. Nie oznacza to jednak automatycznie, że Berlin zdecyduje się ostatecznie na zupełną i trwałą rezygnację z rosyjskiego gazu.

Niemcy są największym konsumentem gazu ziemnego w UE i niemal w całości swoje zapotrzebowanie pokrywają importem. Mimo to kraj ten nie dysponuje ani jednym terminalem do odbioru gazu skroplonego. Podczas gdy w krajach sąsiednich (Polsce, Holandii, Belgii, Francji) budowane były takie obiekty, w Niemczech kolejne projekty z różnych powodów nie mogły doczekać się realizacji. Potencjalni inwestorzy narzekali przede wszystkim na zbyt dużą konkurencję ze strony podmiotów sprowadzających surowiec gazociągami, niesprzyjające otoczenie regulacyjne, niepewną sytuację rynkową oraz coraz ambitniejszą politykę klimatyczną. Czynniki te zmniejszały zainteresowanie rynku powstaniem gazoportów i zwiększały ryzyko inwestycyjne. Władze Niemiec nie dbały o dogodne warunki dla realizacji takich przedsięwzięć, co zniechęcało kolejnych inwestorów komercyjnych i prowadziło do fiaska projektów. Inwestycje w gazoporty blokowało jednak przede wszystkim stawianie przez Berlin oraz dominującą część biznesu i przemysłu na zacieśnianie współpracy energetycznej z Kremlem, dzięki której Niemcy mogły przez lata sprowadzać tańszy surowiec gazociągami ze wschodu. W RFN dominowało przekonanie o obopólnej zależności i korzyściach płynących z tego sojuszu energetycznego. Brakowało zatem zainteresowania i gotowości do poniesienia dodatkowych kosztów w celu zwiększenia bezpieczeństwa dostaw i dywersyfikacji źródeł surowca.

Od lata 2021 r. wśród niemieckich elit sukcesywnie zmieniało się postrzeganie Rosji jako partnera w handlu surowcami. Z rosnącym niepokojem przyglądano się działaniom Gazpromu na europejskim rynku gazu, które – mimo silnych dwustronnych powiązań między krajami – uderzyły także w Niemcy. Rosyjska spółka ograniczyła dostawy do Europy i opróżniała magazyny, czym przyczyniła się do rekordowego wzrostu cen surowca na giełdach. Wraz z eskalacją rosyjskich działań wobec Ukrainy na początku 2022 r. coraz częściej głównym tematem dyskusji w kręgach polityczno-biznesowych w Niemczech stawało się ryzyko przerwania dostaw jako potencjalna konsekwencja kryzysu politycznego na wschodzie.

Zapoczątkowana 24 lutego inwazja Rosji na Ukrainę doprowadziła do przełomu i zapowiedzi głębokiej rewizji dotychczasowej polityki Berlina wobec Moskwy. W reakcji na agresję rząd Olafa Scholza m.in. zamroził proces certyfikacji gazociągu Nord Stream 2, znacząco zwiększył środki na obronność, zgodził się na daleko idące unijne sankcje wobec Rosji i rozpoczął dostawy uzbrojenia dla Ukrainy.

Jak się wydaje, największe zmiany zaszły w podejściu Berlina do współpracy energetycznej z Moskwą. W przemówieniu 27 lutego w Bundestagu kanclerz Scholz zapowiedział budowę dwóch terminali LNG (w Brunsbüttel i Wilhelmshaven), co – w odróżnieniu od wcześniejszych projektów – zwiastowało polityczne zaangażowanie państwa w ich realizację. Ta decyzja miała sygnalizować wolę dywersyfikacji dostaw i zmniejszenia krytycznego stopnia zależności RFN od Rosji w imporcie gazu (w 2021 r. surowiec kupowany od Gazpromu stanowił nieco ponad 50% importu błękitnego paliwa). Już 4 marca przedstawiono plany dotyczące bezpośredniego uczestnictwa państwa w projekcie terminalu w Brunsbüttel – państwowy bank KfW objął 50% udziałów i kosztów projektu (szacowanych na 1 mld euro), co stanowiło absolutne novum na niemieckim zliberalizowanym i sprywatyzowanym rynku gazowym, a przed wojną było wręcz nie do pomyślenia.

Ze względu na brak dostępnych w krótkiej perspektywie alternatywnych źródeł importu gazu i związane z tym potencjalne poważne konsekwencje gospodarcze RFN należała do państw UE, które od początku odrzucały włączenie embarga na rosyjskie surowce do kolejnych pakietów sankcji (koszty wprowadzenia tej restrykcji są szacowane na 3–6% PKB). Brutalność agresji na Ukrainę powodowała jednak coraz większą presję zarówno ze strony opinii publicznej (większość sondaży pokazywała poparcie dla embarga), jak i sojuszników z NATO i UE na objęcie sankcjami także sektora energetycznego. Co jednak decydujące, niemieckie elity polityczno-biznesowe w pełni uświadomiły sobie niebezpieczną skalę zależności od Rosji w handlu surowcami (zwłaszcza w sektorze gazowym) oraz ryzyko dla gospodarki w przypadku niekontrolowanej eskalacji i przerwania dostaw – czy to ze strony Moskwy, czy Zachodu. W kierowanym przez Roberta Habecka resorcie gospodarki i ochrony klimatu (BMWK) wypracowywano dalej idące plany odnośnie do uniezależnienia się od rosyjskich węglowodorów. Na początku kwietnia Habeck ujawnił, że Niemcy będą w stanie odejść od importu węgla kamiennego do lata 2022 r., ropy – do końca 2022 r., a gazu – w połowie 2024 r.

W tym ostatnim przypadku miałyby to umożliwić tzw. pływające gazoporty (jednostki do magazynowania i regazyfikacji gazu skroplonego, ang. Floating Storage and Regasification Unit, FSRU), których przewagą nad stacjonarnymi terminalami jest szybsze tempo ich uruchamiania. Kiedy w połowie marca media zaczęły donosić o planach instalacji pierwszej jednostki typu FSRU (początkowo miały być trzy) już następnej zimy, można było odnieść wrażenie, że każdy kolejny tydzień przynosił informacje o nowych potencjalnych lokalizacjach i wręcz swoistej rywalizacji władz landowych o przyciągnięcie inwestycji i wsparcie dla niej ze strony Berlina.

(...)

Pomyślna realizacja planów dotyczących budowy gazoportów – zwłaszcza typu FSRU w krótkim okresie – potencjalnie niesie ze sobą daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, już w perspektywie przyszłej zimy zwiększa ona bezpieczeństwo zaopatrzenia Niemiec w gaz ziemny w przypadku ewentualnego wstrzymania przez Rosję dostaw surowca (taki scenariusz jest traktowany jako realny, choć mało prawdopodobny). Zapowiadane na przełom 2022/2023 uruchomienie dwóch jednostek FSRU nie zrekompensuje wprawdzie w pełni ewentualnego braku rosyjskich dostaw, jednak wyraźnie podniesie możliwości importowe. To z kolei zmniejszy skalę strat zwłaszcza dla przemysłu, który jest najbardziej narażony na niedobór surowca (byłby pierwszą „ofiarą” jego reglamentacji).

Po drugie, pełna realizacja planów odnośnie do FSRU w perspektywie zimy 2023/2024 – w połączeniu z innymi działaniami na rzecz dywersyfikacji źródeł dostaw (zwiększenie importu z Norwegii i Holandii oraz gazu skroplonego za pośrednictwem gazoportów w krajach sąsiednich) – umożliwi już zastąpienie większości rosyjskich dostaw. Jeśli zgodnie z zapowiedziami Habecka udział rosyjskiego surowca w zużyciu gazu w RFN spadnie do końca roku do 30%, czyli do około 30 mld m3 w skali roku, to w 2024 r. Berlin byłby (teoretycznie) gotowy do wdrożenia ewentualnego wstrzymania rosyjskich dostaw bez poważnych konsekwencji dla niemieckiej gospodarki (przy zastrzeżeniu spodziewanego wzrostu cen surowca na giełdach).

Po trzecie, uruchomienie dodatkowej infrastruktury importowej o zakładanej skali (zarówno jednostek FSRU, jak i zapowiadanych na lata 2025–2026 stacjonarnych terminali LNG) zasadniczo zmieni architekturę niemieckiego rynku gazu. Związanie się podmiotów handlujących surowcem kontraktami z innymi niż Gazprom dostawcami powinno utrwalić podjętą z pobudek politycznych strategiczną zmianę w kierunkach dostaw. Co istotne, przeznaczenie znaczących środków z budżetu federalnego na pokrycie kosztów funkcjonowania terminali będzie ważnym czynnikiem politycznym, skłaniającym obecne i przyszłe władze do zapewnienia faktycznego wykorzystywania gazoportów. To powinno prowadzić do trwałego spadku znaczenia Rosji na niemieckim (i europejskim) rynku gazu.

Po czwarte, z perspektywy politycznej uruchomienie gazoportów oznaczać będzie potwierdzenie odejścia Berlina od dotychczasowego sojuszu energetycznego z Moskwą, porzucenie niebezpiecznej zależności niemieckiej gospodarki od wschodniego dostawcy i co za tym idzie – zredukuje obecną ekspozycję Niemiec na rosyjski szantaż energetyczny, co zwiększy możliwości prowadzenia przez nich bardziej asertywnej polityki względem Kremla.

(...)

Wciąż nierozstrzygniętą kwestią pozostaje zapewnienie dostaw skroplonego gazu do planowanych gazoportów. Szczególnym wyzwaniem jest zorganizowanie wystarczających ilości surowca w perspektywie przyszłej zimy ze względu na ograniczoną jego dostępność w najbliższym czasie na globalnym rynku. Ułatwieniu rozmów niemieckich importerów surowca z potencjalnymi eksporterami miały m.in. służyć wizyty Habecka w USA, Norwegii i Katarze. Wciąż nie podpisano jednak umów na dostawy. Potencjalnym problemem w negocjacjach jest preferowanie przez eksporterów kontraktów długoterminowych (nawet 20-letnich), co nie koresponduje z niemiecką polityką klimatyczną. Zakłada ona bowiem znaczącą redukcję zużycia gazu ziemnego już w latach trzydziestych oraz (niemal całkowite) odejście od spalania błękitnego paliwa najpóźniej w połowie lat czterdziestych.

Powodowany kryzysem napięty harmonogram realizacji projektów LNG ma istotne znaczenie polityczne w kontekście powodzenia planów całej transformacji energetycznej (Energiewende). Rząd Olafa Scholza planuje zwielokrotnienie tempa budowy farm wiatrowych i fotowoltaicznych oraz związane z tym przyspieszenie rozbudowy sieci elektroenergetycznych. Tego rodzaju inwestycje natrafiają tymczasem w niemieckich realiach na różnego rodzaju przeszkody biurokratyczne, proceduralne czy sądowe, które wydłużają ukończenie projektów nawet o kilka lat w stosunku do zamierzeń. Habeck przedstawia ambitny harmonogram dotyczący szybkiej instalacji pływających terminali LNG jako test na przełamanie biurokratycznych barier – „pięty achillesowej” transformacji – który ma udowodnić, że przyspieszenie przedsięwzięć związanych z Energiewende nawet w niemieckich warunkach jest możliwe. Często przywoływany w debacie przykład takiej udanej inwestycji stanowi fabryka Tesli pod Berlinem – zbudowana w ciągu nieco ponad dwóch lat.

osw.waw.pl

Departament Energii USA prognozuje, że wydobycie ropy i kondensatu gazowego w Rosji spadnie z 11,3 mln b/d w I kwartale 2022 r. do 9,3 mln b/d w IV kwartale 2023 r. Z kolei Rosstat poinformował, że w kwietniu br. rosyjskie firmy naftowe zmniejszyły produkcję ropy i kondensatu gazowego o 11,5% w stosunku do marca br. Agencja TASS, powołując się na anonimowe źródła, podaje, że w okresie od 1 do 29 maja br. produkcja surowca wzrosła o 1% w porównaniu z poziomami kwietniowymi. Wcześniej podobne dane przekazał wicepremier rządu FR Aleksandr Nowak.

Według agencji Argus eksport rosyjskiej ropy spadł w maju br. o 0,1% względem poprzedniego miesiąca. Jednocześnie zestawienie za okres styczeń–maj br. wskazuje, że dostawy surowca na rynki zewnętrzne podniosły się o 25,9% w stosunku do analogicznego okresu 2021 r. Eksport ropociągiem Drużba wzrósł o 13,9% r/r. Publikowane przez agencję statystyki opierają się obecnie na danych pozyskiwanych od firm traderskich, agencji Vortexa oraz innych uczestników rynku.

Firmy naftowe z Kazachstanu podjęły decyzję o używaniu od czerwca br. nazwy KEBCO dla ropy eksportowanej na rynki zagraniczne przez terytorium Rosji. Główną przyczyną takiego posunięcia są sankcje nałożone przez UE na import rosyjskiej ropy i produktów naftowych. Zmiana nazwy w dokumentach przewozowych ma zminimalizować ryzyko pojawienia się jakichkolwiek problemów w handlu ropą między firmami z Kazachstanu a europejskimi partnerami. Unijne restrykcje nie obejmują bowiem surowca pochodzącego z państw trzecich, który eksportowany jest przez terytorium Rosji.

Wybrane rosyjskie firmy naftowe apelują do władz o wprowadzenie zmian w systemie podatkowym, które będą uwzględniać pogarszającą się sytuację związaną z sankcjami i spodziewanym spadkiem popytu na rosyjską ropę na rynkach zewnętrznych. Wiceszef koncernu Łukoil Leonid Fedun zaapelował o rozszerzenie zakresu zastosowania w branży naftowej tzw. podatku od zysków. Mechanizm ten został pilotażowo wprowadzony w 2019 r. w odniesieniu do wybranych kategorii złóż i oznacza opodatkowanie wyłącznie dochodów generowanych przez projekty wydobywcze po odliczeniu kosztów przeznaczonych na eksploatację złóż (w założeniu ma to stymulować firmy do inwestowania większych środków w podnoszenie mocy wytwórczych). Fedun zaznaczył, że konsekwencją wzmocnienia rubla był wzrost kosztów ponoszonych przez firmę w segmencie upstream o 30–50% (większość wydatków realizowana jest bowiem w walucie krajowej).

9 czerwca rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oświadczył, że kolejne odcięcia dostaw gazu do odbiorców europejskich nie są planowane. Dodał, że takie działania miały miejsce wyłącznie w odniesieniu do firm, które odmówiły regulowania płatności za ten surowiec w rublach. Oświadczył ponadto, że nowy schemat rozliczeń działa, a ci, którzy sprowadzają rosyjski gaz, stosują go.

Władimir Putin podpisał dekret znoszący wprowadzony wcześniej dla eksporterów obowiązek odsprzedawania (tj. wymiany  na ruble) 50% przychodów uzyskiwanych w walutach obcych. Pierwotnie regulacje obejmowały nakaz zbywania aż 80% wpływów walutowych (przewidywał to dekret prezydencki z 28 lutego br.), jednak 23 maja br. obowiązek ten złagodzono – do 50%.

9 czerwca media poinformowały, że proces wydawania licencji na budowę elektrowni jądrowej Hanhikivi 1 został decyzją rządu Finlandii anulowany. Podjęto ją po tym, jak 24 maja br. wniosek w tej sprawie skierował do fińskiego resortu gospodarki i zatrudnienia inicjator projektu – fińska spółka Fennovoima. Wykonawcą siłowni miała być należąca do rosyjskiego koncernu Rosatom spółka RAOS Project.

W minionym tygodniu nieznacznie wzrosły ceny ropy naftowej. 3 czerwca na koniec dnia baryłka ropy marki Brent w kontraktach terminowych na sierpień kosztowała 121,1 dolara, a 8 czerwca – 124 dolary. (...)

Na relatywnie niezmienionym poziomie utrzymują się natomiast ceny gazu ziemnego, choć w środku tygodnia (8 czerwca) odnotowano spadki do poziomów najniższych od marca br.

Komentarz

Choć rosyjskie i zagraniczne media regularnie przekazują informacje o wielkości produkcji ropy w Rosji, to trudno ustalić, na ile odzwierciedlają one stan realny. Główna instytucja zbierająca dane dotyczące rosyjskiego sektora energetycznego – działająca przy Ministerstwie Energetyki FR agencja CDU TEK – wstrzymała bowiem na początku kwietnia br. publikacje statystyk dotyczących produkcji i eksportu ropy. Oświadczenia przedstawicieli firm naftowych wskazują jednak na to, że groźba znaczącego ograniczenia jej wydobycia jest realna. Wiceszef Łukoilu sugerował niedawno konieczność zredukowania produkcji ropy w Rosji o 20–30%. O pogarszającej się sytuacji w segmencie upstream świadczyć może także apel o zmiany w systemie podatkowym w odniesieniu do sektora naftowego.

Jednocześnie wiele wskazuje na to, że rosyjskie władze nie mają jednolitego stanowiska w tej kwestii. Z jednej strony najnowsza prognoza Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego FR (z maja br.) co do perspektyw wydobycia ropy jest bardziej pesymistyczna od wersji z września ub.r. Z dokumentu wynika, że może ono spaść do 475,3 mln ton (wariant bazowy) albo nawet do 433,8 mln ton (wariant konserwatywny). Jednocześnie zaznacza się, że sytuacja nie ulegnie zmianie w ciągu najbliższych kilku lat (szerzej zob. Aneks). Z drugiej strony Kreml wydaje się uważać bieżące problemy za przejściowe. Świadczą o tym przede wszystkim wypowiedzi prezydenta Putina, który kilkakrotnie w ostatnim czasie podkreślał, że Europa nie jest w stanie długoterminowo poradzić sobie bez rosyjskich surowców.

Opublikowane przez agencję Argus statystyki dotyczące eksportu ropy z Rosji wskazują na to, że dotychczasowe działania i deklaracje zachodnich firm o rezygnacji z importu rosyjskiego surowca nie przekładają się na realny spadek wolumenów eksportowych. Zarazem trudno zweryfikować, dokąd ostatecznie trafia znacząca część rosyjskiej ropy eksportowanej poszczególnymi szlakami. O ile bowiem łatwo można identyfikować wielkości dostaw realizowanych do odbiorców za pośrednictwem rurociągów (Drużbą do Polski, Niemiec, Czech, na Słowację i na Węgry oraz odnogą ropociągu WSTO do Chin), o tyle trudno o precyzyjne zestawienie kierunków eksportu w odniesieniu do surowca wysyłanego z rosyjskich portów. Według doniesień medialnych część ropy z portów europejskich kierowana jest na rynki azjatyckie, a część znajduje się w tankowcach i nie znalazła dotąd nabywców (w maju media informowały, że w tankowcach pływających na morzach świata umieszczonych jest ok. 62 mln baryłek rosyjskiej ropy).

osw.waw.pl