piątek, 10 czerwca 2022


Ukraińcy utrzymują większość pozycji w rejonie Siewierodoniecka i nie dopuszczają do odcięcia walczącego tam zgrupowania od sił w obwodzie donieckim. Według części źródeł wojska rosyjskie mają podchodzić pod Słowiańsk, osiągnęły także częściowy sukces, atakując wzdłuż granicy obwodów donieckiego i ługańskiego, umacniając się w rejonie Komyszuwachy (na północ od Popasnej) oraz miejscowości Roty i Wozdwyżenka (na południowy wschód od Bachmutu). Artyleria i lotnictwo agresora kontynuują uderzenia na pozycje i zaplecze obrońców wzdłuż całej linii styczności (ostrzeliwane są m.in. Charków i Mikołajów) oraz w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i ługańskiego. Rosyjskie samoloty operujące z terytorium Białorusi zaatakowały także cele w obwodzie żytomierskim, a na obwód dniepropetrowski spadły rakiety. Ukraińskie lotnictwo miało natomiast uderzyć na pozycje wroga w obwodzie chersońskim. Dowództwo Sił Powietrznych Ukrainy poinformowało, że od 24 lutego przeprowadziło ponad 1100 nalotów.

Minister obrony Ukrainy Ołeksij Reznikow oznajmił, że przekazane przez Polskę armatohaubice samobieżne 155 mm Krab są gotowe do zadań bojowych, a w rejonach walk wykorzystuje się już cztery inne systemy artyleryjskie tego kalibru (M109A3, CAESAR, M777 i FH70). Łącznie armia miała dotychczas otrzymać 150 systemów artyleryjskich konstrukcji zachodniej i ponad 50 posowieckich. Liczba amunicji 155 mm ma być o 10% większa niż pozostałe zapasy posowieckiej amunicji artyleryjskiej wszystkich ciężkich kalibrów (122 mm, 152 mm i 203 mm). Stany Zjednoczone i Wielka Brytania rozpoczęły czterotygodniowe szkolenie ukraińskich żołnierzy w zakresie obsługi wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych. Waszyngton i Londyn zadeklarowały gotowość przekazania napadniętemu krajowi większej liczby systemów w przyszłości (zależnie od źródła w pierwszej dostawie ma ich być łącznie 7 lub 10). Według doniesień medialnych niemieckie systemy obrony przeciwlotniczej IRIS-T oraz wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych Mars II dotrą na Ukrainę nie wcześniej niż w listopadzie lub grudniu.

Zgodnie z informacjami rosyjskiego portalu Meduza tzw. Doniecka i Ługańska Republiki Ludowe oraz okupowane terytoria obwodów chersońskiego i zaporoskiego mają zostać zjednoczone w jeden okręg w ramach Federacji Rosyjskiej. Nowa jednostka administracyjna ma powstać po przeprowadzeniu referendów integracyjnych. Na razie rozpoczęto rekrutację personelu do pracy w administracjach samozwańczych „republik” Donbasu, a także w administracjach cywilno-wojskowych w obwodach chersońskim i zaporoskim. Pozyskani urzędnicy mają przygotować referenda „zjednoczeniowe”, które mogłyby zostać przeprowadzone w połowie lipca lub 11 września. Jednocześnie władze kolaboranckie zdają sobie sprawę, że plebiscyty na okupowanych terenach południowej Ukrainy spotkają się z bojkotem większości mieszkańców, i – chcąc uniknąć blamażu – rozważają zastąpienie ich „sondażem społecznym”. Według ukraińskiego wywiadu wojskowego ludzie są proszeni telefonicznie o odpowiedź na szereg pytań mających zbadać ich stosunek do Rosji, wojny, okupacji i osobiście Władimira Putina. Większość odmawia.

Sąd Najwyższy tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (DRL) skazał na śmierć dwóch Brytyjczyków i Marokańczyka za udział w walkach po stronie ukraińskiej. Ochotnicy zostali uznani za winnych „popełnienia czynów mających na celu przejęcie władzy i obalenie ustroju konstytucyjnego DRL”. Szef tzw. DRL Denys Puszylin zapowiedział, że prace „trybunału” mającego osądzić obrońców zakładów Azowstal rozpoczną się do końca lata.

Według danych Służby Bezpieczeństwa Ukrainy od początku inwazji zdemaskowano ponad 160 wrogich grup dywersyjno-rozpoznawczych. Jedną z ostatnich operacji specjalnych była neutralizacja rosyjskich agentów, którzy przygotowywali zamachy terrorystyczne na południu kraju. W komunikacie wskazano na aktywność na zachodniej Ukrainie (m.in. w obwodzie rówieńskim) współpracowników służb specjalnych agresora, którzy przekazywali informacje o potencjale sił zbrojnych. W Kijowie rosyjskiego agenta skazano na osiem lat pozbawienia wolności za naprowadzanie ataków rakietowych na obiekty energetyczne i wodociągowe.

Służba Wywiadu Zagranicznego FR kontynuuje operację dezinformacyjną wymierzoną w Polskę. W komunikacie instytucji stwierdzono, że Warszawa naciska na Kijów, aby przekazał jej kontrolę nad strategicznymi obszarami zarządzania państwem, m.in. kwestiami finansowymi. Za jego zgodą w Polsce ma się jakoby znajdować zapasowe centrum przetwarzania danych ukraińskiej służby podatkowej. Dezinformacja rosyjskiego wywiadu, która inspiruje przekaz propagandowy kremlowskich mediów, polega na propagowaniu tezy, że każda forma współpracy między Kijowem a Warszawą jest elementem rzekomego planu przyłączenia do RP części terytorium Ukrainy i – we współpracy z USA – ubezwłasnowolnienia władz napadniętego kraju.

Parlament Europejski przegłosował rezolucję rekomendującą Radzie Unii Europejskiej nadanie Ukrainie statusu kandydata na członka UE. Za przyjęciem dokumentu opowiedziało się 438 eurodeputowanych, przeciw – 65, a 94 wstrzymało się od głosu. W rezolucji uznano nadanie statusu członkowskiego za polityczny sygnał solidarności z narodem ukraińskim. Podkreślono, że „Ukraina, podobnie jak każde inne państwo, ma suwerenne prawo do samodzielnego decydowania o przystępowaniu do sojuszy politycznych i gospodarczych bez ingerencji innych państw”. Wezwano też kraje unijne do „bezzwłocznego przekazanie Ukrainie broni w zakresie potrzeb wyrażanych przez władze”.

Komentarz

Po obserwowanym w drugiej połowie maja przyspieszeniu rosyjskich postępów w Donbasie od początku czerwca tempo natarcia spadło. Świadczy to umocnieniu się wojsk ukraińskich na nowych pozycjach, a także o stratach ponoszonych przez agresora i konieczności ich uzupełniania. Zważywszy na to, że najeźdźcy konsekwentnie ponawiają ataki, podstawowym powodem spowolnienia jest opór obrońców. Z doniesień ukraińskich – często niejednoznacznych (m.in. o sytuacji w rejonie Słowiańska) – wynika jednak, że Kijów liczy się z nieuchronnością oddania kolejnych pozycji w Donbasie.

Duża aktywność agresora w zakresie sfinalizowania przyłączenia okupowanych terenów Ukrainy do Rosji dowodzi, że plan może zostać zrealizowany we wrześniu. Stopniowy napływ Rosjan do lokalnych administracji okupacyjnych może oznaczać, że Kreml rozważa zmarginalizowanie dotychczasowych szefów donbaskich tzw. republik ludowych – Denysa Puszylina i Leonida Pasiecznika – przez ich odsunięcie. Sygnalizowany zamiar utworzenia w Donbasie i południowych terytoriach Ukrainy nowego okręgu federalnego może wskazywać na to, że Moskwa rezygnuje z koncepcji tworzenia tworów parapaństwowych na rzecz rusyfikacji zajętych obszarów. Zwiększenie udziału Rosjan w formowaniu nowych władz wiąże się również z nadzorem nad wykorzystywaniem środków kierowanych na te tereny.

Wydanie wyroków śmierci na trzech zagranicznych ochotników walczących w siłach ukraińskich ma charakter pokazowy, a jego cel to odstraszenie obywateli innych państw od udziału w wojnie. Oskarżyciele, uznając skazanych za najemników, pominęli fakt, że są oni kontraktowymi żołnierzami armii ukraińskiej, którym jako jeńcom przysługuje ochrona prawna. Choć nie jest przesądzone, że wyroki zostaną wykonane, to samo przeprowadzenie procesu ma sygnalizować bezwzględność samozwańczego wymiaru sprawiedliwości wobec obcokrajowców walczących w szeregach armii przeciwnika.

osw.waw.pl

Dotychczasowe projekty terminali LNG w Niemczech nie mogły doczekać się realizacji ze względu na niesprzyjające warunki regulacyjne i rynkowe. Jedną z głównych przeszkód było stawianie na tańszy, sprowadzany gazociągami surowiec rosyjski. Berlin nie widział potrzeby inwestowania w bezpieczeństwo dostaw, ulegając mylnemu przekonaniu o wspólnocie interesów w sojuszu energetycznym z Rosją. Agresja na Ukrainę obaliła dotychczasowe mity i stała się katalizatorem głębokiej rewizji podejścia do współpracy z Moskwą. Ze względu na ryzyko odcięcia dostaw gazu – z jego poważnymi konsekwencjami gospodarczymi – Berlin w trybie awaryjnym stawia na budowę infrastruktury do importu LNG. W krótkiej perspektywie ubezpieczeniem dla Niemiec mają być cztery pływające terminale gazowe FSRU, które w połączeniu z innymi działaniami na rzecz dywersyfikacji dostaw umożliwią RFN uniezależnienie się od importu surowca z Rosji w 2024 r. Nie oznacza to jednak automatycznie, że Berlin zdecyduje się ostatecznie na zupełną i trwałą rezygnację z rosyjskiego gazu.

Niemcy są największym konsumentem gazu ziemnego w UE i niemal w całości swoje zapotrzebowanie pokrywają importem. Mimo to kraj ten nie dysponuje ani jednym terminalem do odbioru gazu skroplonego. Podczas gdy w krajach sąsiednich (Polsce, Holandii, Belgii, Francji) budowane były takie obiekty, w Niemczech kolejne projekty z różnych powodów nie mogły doczekać się realizacji. Potencjalni inwestorzy narzekali przede wszystkim na zbyt dużą konkurencję ze strony podmiotów sprowadzających surowiec gazociągami, niesprzyjające otoczenie regulacyjne, niepewną sytuację rynkową oraz coraz ambitniejszą politykę klimatyczną. Czynniki te zmniejszały zainteresowanie rynku powstaniem gazoportów i zwiększały ryzyko inwestycyjne. Władze Niemiec nie dbały o dogodne warunki dla realizacji takich przedsięwzięć, co zniechęcało kolejnych inwestorów komercyjnych i prowadziło do fiaska projektów. Inwestycje w gazoporty blokowało jednak przede wszystkim stawianie przez Berlin oraz dominującą część biznesu i przemysłu na zacieśnianie współpracy energetycznej z Kremlem, dzięki której Niemcy mogły przez lata sprowadzać tańszy surowiec gazociągami ze wschodu. W RFN dominowało przekonanie o obopólnej zależności i korzyściach płynących z tego sojuszu energetycznego. Brakowało zatem zainteresowania i gotowości do poniesienia dodatkowych kosztów w celu zwiększenia bezpieczeństwa dostaw i dywersyfikacji źródeł surowca.

Od lata 2021 r. wśród niemieckich elit sukcesywnie zmieniało się postrzeganie Rosji jako partnera w handlu surowcami. Z rosnącym niepokojem przyglądano się działaniom Gazpromu na europejskim rynku gazu, które – mimo silnych dwustronnych powiązań między krajami – uderzyły także w Niemcy. Rosyjska spółka ograniczyła dostawy do Europy i opróżniała magazyny, czym przyczyniła się do rekordowego wzrostu cen surowca na giełdach. Wraz z eskalacją rosyjskich działań wobec Ukrainy na początku 2022 r. coraz częściej głównym tematem dyskusji w kręgach polityczno-biznesowych w Niemczech stawało się ryzyko przerwania dostaw jako potencjalna konsekwencja kryzysu politycznego na wschodzie.

Zapoczątkowana 24 lutego inwazja Rosji na Ukrainę doprowadziła do przełomu i zapowiedzi głębokiej rewizji dotychczasowej polityki Berlina wobec Moskwy. W reakcji na agresję rząd Olafa Scholza m.in. zamroził proces certyfikacji gazociągu Nord Stream 2, znacząco zwiększył środki na obronność, zgodził się na daleko idące unijne sankcje wobec Rosji i rozpoczął dostawy uzbrojenia dla Ukrainy.

Jak się wydaje, największe zmiany zaszły w podejściu Berlina do współpracy energetycznej z Moskwą. W przemówieniu 27 lutego w Bundestagu kanclerz Scholz zapowiedział budowę dwóch terminali LNG (w Brunsbüttel i Wilhelmshaven), co – w odróżnieniu od wcześniejszych projektów – zwiastowało polityczne zaangażowanie państwa w ich realizację. Ta decyzja miała sygnalizować wolę dywersyfikacji dostaw i zmniejszenia krytycznego stopnia zależności RFN od Rosji w imporcie gazu (w 2021 r. surowiec kupowany od Gazpromu stanowił nieco ponad 50% importu błękitnego paliwa). Już 4 marca przedstawiono plany dotyczące bezpośredniego uczestnictwa państwa w projekcie terminalu w Brunsbüttel – państwowy bank KfW objął 50% udziałów i kosztów projektu (szacowanych na 1 mld euro), co stanowiło absolutne novum na niemieckim zliberalizowanym i sprywatyzowanym rynku gazowym, a przed wojną było wręcz nie do pomyślenia.

Ze względu na brak dostępnych w krótkiej perspektywie alternatywnych źródeł importu gazu i związane z tym potencjalne poważne konsekwencje gospodarcze RFN należała do państw UE, które od początku odrzucały włączenie embarga na rosyjskie surowce do kolejnych pakietów sankcji (koszty wprowadzenia tej restrykcji są szacowane na 3–6% PKB). Brutalność agresji na Ukrainę powodowała jednak coraz większą presję zarówno ze strony opinii publicznej (większość sondaży pokazywała poparcie dla embarga), jak i sojuszników z NATO i UE na objęcie sankcjami także sektora energetycznego. Co jednak decydujące, niemieckie elity polityczno-biznesowe w pełni uświadomiły sobie niebezpieczną skalę zależności od Rosji w handlu surowcami (zwłaszcza w sektorze gazowym) oraz ryzyko dla gospodarki w przypadku niekontrolowanej eskalacji i przerwania dostaw – czy to ze strony Moskwy, czy Zachodu. W kierowanym przez Roberta Habecka resorcie gospodarki i ochrony klimatu (BMWK) wypracowywano dalej idące plany odnośnie do uniezależnienia się od rosyjskich węglowodorów. Na początku kwietnia Habeck ujawnił, że Niemcy będą w stanie odejść od importu węgla kamiennego do lata 2022 r., ropy – do końca 2022 r., a gazu – w połowie 2024 r.

W tym ostatnim przypadku miałyby to umożliwić tzw. pływające gazoporty (jednostki do magazynowania i regazyfikacji gazu skroplonego, ang. Floating Storage and Regasification Unit, FSRU), których przewagą nad stacjonarnymi terminalami jest szybsze tempo ich uruchamiania. Kiedy w połowie marca media zaczęły donosić o planach instalacji pierwszej jednostki typu FSRU (początkowo miały być trzy) już następnej zimy, można było odnieść wrażenie, że każdy kolejny tydzień przynosił informacje o nowych potencjalnych lokalizacjach i wręcz swoistej rywalizacji władz landowych o przyciągnięcie inwestycji i wsparcie dla niej ze strony Berlina.

(...)

Pomyślna realizacja planów dotyczących budowy gazoportów – zwłaszcza typu FSRU w krótkim okresie – potencjalnie niesie ze sobą daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, już w perspektywie przyszłej zimy zwiększa ona bezpieczeństwo zaopatrzenia Niemiec w gaz ziemny w przypadku ewentualnego wstrzymania przez Rosję dostaw surowca (taki scenariusz jest traktowany jako realny, choć mało prawdopodobny). Zapowiadane na przełom 2022/2023 uruchomienie dwóch jednostek FSRU nie zrekompensuje wprawdzie w pełni ewentualnego braku rosyjskich dostaw, jednak wyraźnie podniesie możliwości importowe. To z kolei zmniejszy skalę strat zwłaszcza dla przemysłu, który jest najbardziej narażony na niedobór surowca (byłby pierwszą „ofiarą” jego reglamentacji).

Po drugie, pełna realizacja planów odnośnie do FSRU w perspektywie zimy 2023/2024 – w połączeniu z innymi działaniami na rzecz dywersyfikacji źródeł dostaw (zwiększenie importu z Norwegii i Holandii oraz gazu skroplonego za pośrednictwem gazoportów w krajach sąsiednich) – umożliwi już zastąpienie większości rosyjskich dostaw. Jeśli zgodnie z zapowiedziami Habecka udział rosyjskiego surowca w zużyciu gazu w RFN spadnie do końca roku do 30%, czyli do około 30 mld m3 w skali roku, to w 2024 r. Berlin byłby (teoretycznie) gotowy do wdrożenia ewentualnego wstrzymania rosyjskich dostaw bez poważnych konsekwencji dla niemieckiej gospodarki (przy zastrzeżeniu spodziewanego wzrostu cen surowca na giełdach).

Po trzecie, uruchomienie dodatkowej infrastruktury importowej o zakładanej skali (zarówno jednostek FSRU, jak i zapowiadanych na lata 2025–2026 stacjonarnych terminali LNG) zasadniczo zmieni architekturę niemieckiego rynku gazu. Związanie się podmiotów handlujących surowcem kontraktami z innymi niż Gazprom dostawcami powinno utrwalić podjętą z pobudek politycznych strategiczną zmianę w kierunkach dostaw. Co istotne, przeznaczenie znaczących środków z budżetu federalnego na pokrycie kosztów funkcjonowania terminali będzie ważnym czynnikiem politycznym, skłaniającym obecne i przyszłe władze do zapewnienia faktycznego wykorzystywania gazoportów. To powinno prowadzić do trwałego spadku znaczenia Rosji na niemieckim (i europejskim) rynku gazu.

Po czwarte, z perspektywy politycznej uruchomienie gazoportów oznaczać będzie potwierdzenie odejścia Berlina od dotychczasowego sojuszu energetycznego z Moskwą, porzucenie niebezpiecznej zależności niemieckiej gospodarki od wschodniego dostawcy i co za tym idzie – zredukuje obecną ekspozycję Niemiec na rosyjski szantaż energetyczny, co zwiększy możliwości prowadzenia przez nich bardziej asertywnej polityki względem Kremla.

(...)

Wciąż nierozstrzygniętą kwestią pozostaje zapewnienie dostaw skroplonego gazu do planowanych gazoportów. Szczególnym wyzwaniem jest zorganizowanie wystarczających ilości surowca w perspektywie przyszłej zimy ze względu na ograniczoną jego dostępność w najbliższym czasie na globalnym rynku. Ułatwieniu rozmów niemieckich importerów surowca z potencjalnymi eksporterami miały m.in. służyć wizyty Habecka w USA, Norwegii i Katarze. Wciąż nie podpisano jednak umów na dostawy. Potencjalnym problemem w negocjacjach jest preferowanie przez eksporterów kontraktów długoterminowych (nawet 20-letnich), co nie koresponduje z niemiecką polityką klimatyczną. Zakłada ona bowiem znaczącą redukcję zużycia gazu ziemnego już w latach trzydziestych oraz (niemal całkowite) odejście od spalania błękitnego paliwa najpóźniej w połowie lat czterdziestych.

Powodowany kryzysem napięty harmonogram realizacji projektów LNG ma istotne znaczenie polityczne w kontekście powodzenia planów całej transformacji energetycznej (Energiewende). Rząd Olafa Scholza planuje zwielokrotnienie tempa budowy farm wiatrowych i fotowoltaicznych oraz związane z tym przyspieszenie rozbudowy sieci elektroenergetycznych. Tego rodzaju inwestycje natrafiają tymczasem w niemieckich realiach na różnego rodzaju przeszkody biurokratyczne, proceduralne czy sądowe, które wydłużają ukończenie projektów nawet o kilka lat w stosunku do zamierzeń. Habeck przedstawia ambitny harmonogram dotyczący szybkiej instalacji pływających terminali LNG jako test na przełamanie biurokratycznych barier – „pięty achillesowej” transformacji – który ma udowodnić, że przyspieszenie przedsięwzięć związanych z Energiewende nawet w niemieckich warunkach jest możliwe. Często przywoływany w debacie przykład takiej udanej inwestycji stanowi fabryka Tesli pod Berlinem – zbudowana w ciągu nieco ponad dwóch lat.

osw.waw.pl

Departament Energii USA prognozuje, że wydobycie ropy i kondensatu gazowego w Rosji spadnie z 11,3 mln b/d w I kwartale 2022 r. do 9,3 mln b/d w IV kwartale 2023 r. Z kolei Rosstat poinformował, że w kwietniu br. rosyjskie firmy naftowe zmniejszyły produkcję ropy i kondensatu gazowego o 11,5% w stosunku do marca br. Agencja TASS, powołując się na anonimowe źródła, podaje, że w okresie od 1 do 29 maja br. produkcja surowca wzrosła o 1% w porównaniu z poziomami kwietniowymi. Wcześniej podobne dane przekazał wicepremier rządu FR Aleksandr Nowak.

Według agencji Argus eksport rosyjskiej ropy spadł w maju br. o 0,1% względem poprzedniego miesiąca. Jednocześnie zestawienie za okres styczeń–maj br. wskazuje, że dostawy surowca na rynki zewnętrzne podniosły się o 25,9% w stosunku do analogicznego okresu 2021 r. Eksport ropociągiem Drużba wzrósł o 13,9% r/r. Publikowane przez agencję statystyki opierają się obecnie na danych pozyskiwanych od firm traderskich, agencji Vortexa oraz innych uczestników rynku.

Firmy naftowe z Kazachstanu podjęły decyzję o używaniu od czerwca br. nazwy KEBCO dla ropy eksportowanej na rynki zagraniczne przez terytorium Rosji. Główną przyczyną takiego posunięcia są sankcje nałożone przez UE na import rosyjskiej ropy i produktów naftowych. Zmiana nazwy w dokumentach przewozowych ma zminimalizować ryzyko pojawienia się jakichkolwiek problemów w handlu ropą między firmami z Kazachstanu a europejskimi partnerami. Unijne restrykcje nie obejmują bowiem surowca pochodzącego z państw trzecich, który eksportowany jest przez terytorium Rosji.

Wybrane rosyjskie firmy naftowe apelują do władz o wprowadzenie zmian w systemie podatkowym, które będą uwzględniać pogarszającą się sytuację związaną z sankcjami i spodziewanym spadkiem popytu na rosyjską ropę na rynkach zewnętrznych. Wiceszef koncernu Łukoil Leonid Fedun zaapelował o rozszerzenie zakresu zastosowania w branży naftowej tzw. podatku od zysków. Mechanizm ten został pilotażowo wprowadzony w 2019 r. w odniesieniu do wybranych kategorii złóż i oznacza opodatkowanie wyłącznie dochodów generowanych przez projekty wydobywcze po odliczeniu kosztów przeznaczonych na eksploatację złóż (w założeniu ma to stymulować firmy do inwestowania większych środków w podnoszenie mocy wytwórczych). Fedun zaznaczył, że konsekwencją wzmocnienia rubla był wzrost kosztów ponoszonych przez firmę w segmencie upstream o 30–50% (większość wydatków realizowana jest bowiem w walucie krajowej).

9 czerwca rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oświadczył, że kolejne odcięcia dostaw gazu do odbiorców europejskich nie są planowane. Dodał, że takie działania miały miejsce wyłącznie w odniesieniu do firm, które odmówiły regulowania płatności za ten surowiec w rublach. Oświadczył ponadto, że nowy schemat rozliczeń działa, a ci, którzy sprowadzają rosyjski gaz, stosują go.

Władimir Putin podpisał dekret znoszący wprowadzony wcześniej dla eksporterów obowiązek odsprzedawania (tj. wymiany  na ruble) 50% przychodów uzyskiwanych w walutach obcych. Pierwotnie regulacje obejmowały nakaz zbywania aż 80% wpływów walutowych (przewidywał to dekret prezydencki z 28 lutego br.), jednak 23 maja br. obowiązek ten złagodzono – do 50%.

9 czerwca media poinformowały, że proces wydawania licencji na budowę elektrowni jądrowej Hanhikivi 1 został decyzją rządu Finlandii anulowany. Podjęto ją po tym, jak 24 maja br. wniosek w tej sprawie skierował do fińskiego resortu gospodarki i zatrudnienia inicjator projektu – fińska spółka Fennovoima. Wykonawcą siłowni miała być należąca do rosyjskiego koncernu Rosatom spółka RAOS Project.

W minionym tygodniu nieznacznie wzrosły ceny ropy naftowej. 3 czerwca na koniec dnia baryłka ropy marki Brent w kontraktach terminowych na sierpień kosztowała 121,1 dolara, a 8 czerwca – 124 dolary. (...)

Na relatywnie niezmienionym poziomie utrzymują się natomiast ceny gazu ziemnego, choć w środku tygodnia (8 czerwca) odnotowano spadki do poziomów najniższych od marca br.

Komentarz

Choć rosyjskie i zagraniczne media regularnie przekazują informacje o wielkości produkcji ropy w Rosji, to trudno ustalić, na ile odzwierciedlają one stan realny. Główna instytucja zbierająca dane dotyczące rosyjskiego sektora energetycznego – działająca przy Ministerstwie Energetyki FR agencja CDU TEK – wstrzymała bowiem na początku kwietnia br. publikacje statystyk dotyczących produkcji i eksportu ropy. Oświadczenia przedstawicieli firm naftowych wskazują jednak na to, że groźba znaczącego ograniczenia jej wydobycia jest realna. Wiceszef Łukoilu sugerował niedawno konieczność zredukowania produkcji ropy w Rosji o 20–30%. O pogarszającej się sytuacji w segmencie upstream świadczyć może także apel o zmiany w systemie podatkowym w odniesieniu do sektora naftowego.

Jednocześnie wiele wskazuje na to, że rosyjskie władze nie mają jednolitego stanowiska w tej kwestii. Z jednej strony najnowsza prognoza Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego FR (z maja br.) co do perspektyw wydobycia ropy jest bardziej pesymistyczna od wersji z września ub.r. Z dokumentu wynika, że może ono spaść do 475,3 mln ton (wariant bazowy) albo nawet do 433,8 mln ton (wariant konserwatywny). Jednocześnie zaznacza się, że sytuacja nie ulegnie zmianie w ciągu najbliższych kilku lat (szerzej zob. Aneks). Z drugiej strony Kreml wydaje się uważać bieżące problemy za przejściowe. Świadczą o tym przede wszystkim wypowiedzi prezydenta Putina, który kilkakrotnie w ostatnim czasie podkreślał, że Europa nie jest w stanie długoterminowo poradzić sobie bez rosyjskich surowców.

Opublikowane przez agencję Argus statystyki dotyczące eksportu ropy z Rosji wskazują na to, że dotychczasowe działania i deklaracje zachodnich firm o rezygnacji z importu rosyjskiego surowca nie przekładają się na realny spadek wolumenów eksportowych. Zarazem trudno zweryfikować, dokąd ostatecznie trafia znacząca część rosyjskiej ropy eksportowanej poszczególnymi szlakami. O ile bowiem łatwo można identyfikować wielkości dostaw realizowanych do odbiorców za pośrednictwem rurociągów (Drużbą do Polski, Niemiec, Czech, na Słowację i na Węgry oraz odnogą ropociągu WSTO do Chin), o tyle trudno o precyzyjne zestawienie kierunków eksportu w odniesieniu do surowca wysyłanego z rosyjskich portów. Według doniesień medialnych część ropy z portów europejskich kierowana jest na rynki azjatyckie, a część znajduje się w tankowcach i nie znalazła dotąd nabywców (w maju media informowały, że w tankowcach pływających na morzach świata umieszczonych jest ok. 62 mln baryłek rosyjskiej ropy).

osw.waw.pl

czwartek, 9 czerwca 2022


Chiny bezwzględnie realizują swoje cele kosztem Rosji. Wojna w Ukrainie paradoksalnie sprawiła, że to pozycja Państwa Środka znacznie się umocniła. Osłabienie Moskwy otworzyło Pekinowi front do dalszej ekspansji i poszerzania swoich wpływów.

Postępująca zależność Rosji od Chin musi być dla Władimira Putina upokarzająca. Nowy car, jak o nim mówiono, staje się pomału chińskim petentem. Musi polegać na chińskim systemie bankowym i walutowym w handlu międzynarodowym, wsparciu gospodarczym i politycznym, a na dokładkę przystawać na kontrakty, w których to Pekin góruje.

- Dziś Putin jest pariasem wśród dawnych partnerów bogatego świata. Teraz mało kto chce robić z nim interesy. Stracił kluczowy rynek, sankcjami objęły go potężne gospodarki, nie tylko amerykańska, brytyjska i unijna, ale również Japonia, Korea Południowa czy Tajwan, kolejne kraje dystansują się w obawie przed sankcjami wtórnymi - zauważa w rozmowie z money.pl Jakub Olchowski ekspert Instytutu Europy Środkowej.

Historia bywa mściwa, o czym niedawno przypomniał magazyn "Politico". Kiedy przewodniczący Mao Zedong w końcówce lat 40. układał się z Józefem Stalinem, ten traktował go z góry, narzucając twarde warunki "przyjaźni", zmuszając do kupowania rosyjskiej broni i ciężkiej maszynerii za pożyczkę, od której Pekin musiał płacić wysokie odsetki. Chiński smok czekał na zemstę ponad siedem dekad. Dziś hegemonem jest Xi Jinping, a Władimir Putin wchodzi w rolę wasala.

Kiedy zachodni świat podejmuje kosztowną decyzję o odcięciu się od kluczowych dla Kremla surowców, to Chiny stały się nadzieją na sprzedaż nadwyżek ropy i gazu. A Pekin korzysta i chętnie kupuje rosyjską ropę i gaz za bezcen, choć jednocześnie dba o to, by nie powielić błędów Europy, dywersyfikować źródła i wciąż dyktować warunki z pozycji silniejszego, a nie przypartego do muru.

O tym, jak bardzo jednostronna staje się ta "solidna jak skała" przyjaźń między Pekinem a Moskwą, świadczyć mogą doniesienia "The Washington Post", którego źródła donosiły o kolejnych, coraz bardziej sfrustrowanych prośbach rosyjskich urzędników o wsparcie, wzywających Chiny do wywiązania się z oświadczenia o partnerstwie "bez ograniczeń".

Jednak Xi Jinping mimo licznych deklaracji pilnuje, aby jego kraj nie zrobił ani jednego kroku, który mógłby narazić go na międzynarodowy ostracyzm w świecie Zachodu. To dlatego kupuje surowce, inwestuje w rosyjskie aktywa, a nawet deklaruje zwiększenie importu i udział w budowie kolejnego, strategicznie ważnego gazociągu Rosja-Chiny na Trasie Wschodniej (do 2025 r. będzie dostarczać 18,9 mld metrów sześc. rosyjskiego gazu). Broni ani objętych sankcjami zaawansowanych technologii jednak nie dostarcza.

- Chiny chcą pozostać beneficjentem. Osłabiona Rosja to dla Pekinu szansa. Od stołu odpada gracz, z którym trzeba było się liczyć. Dziś potęga gospodarcza Chin ma jednego światowego konkurenta - Stany Zjednoczone - zauważa Jakub Olchowski.

Chińska rozgrywka toczy się jednak na więcej niż jednym poziomie. Konflikt wywołany przez Rosję ostatecznie sprzyja Pekinowi. Kiedy USA angażują się w działania ograniczające możliwości Kremla, Europa pilnie szuka rozwiązania kryzysu energetycznego, Chiny rozwijają swoje interesy w rejonie południowego Pacyfiku i Afryce. Umacniają też pozycję Europie, również w strefie najtwardszych wpływów Moskwy.

Jak wynika z dokumentów przetargowych i kontraktów wystawionych w kwietniu i maju, do których dotarł "The Washington Post", ​​chińskie firmy nie tylko kontynuują inwestycje w objętej zachodnimi sankcjami Białorusi, ale dostały zielone światło od wyższego kierownictwa partii dla nowych oraz dla rozszerzenia handlu z Białorusią.

- Chiny już przed wojną z Ukrainą dostrzegały potencjał w inwestycjach w Białorusi. Traktują ją jako ważnego członka Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej - zauważa dr Henryk Borko, adiunkt z Uczelni Łukaszewski. - Poważne inwestycje w technologie, jak choćby nowoczesnej cementowni czy nowoczesne koleje - dają Pekinowi mocną pozycję w regionie.

Wśród rozwijanych inicjatyw nowych technologii przoduje park technologiczny "Wielki Kamień" pod Mińskiem, gdzie ponad połowa firm jest finansowana przez Chiny. Jak pisze w analizie na łamach Obserwatora Finansowego prof. Bogdan Góralczyk, Chiny na terenie Wielkiego Kamienia zainwestowały ponad 2 mld dol., choć dane ambasady chińskiej w Mińsku mówią nawet o 5,5 mld.

Białoruś już mocno polega na chińskich pożyczkach. Podczas gdy jeszcze w 2018 roku wartość kredytów udzielonych przez Chińską Republikę Ludową Białorusi wynosiła ok. 5 mld dol. (wg danych Ośrodka Studiów Wschodnich), to już w 2022 roku zadłużenie Mińska wobec Pekinu sięgnęło 11 mld dol. Co istotne przebiło poziomem pożyczki z Moskwy, których Łukaszenka zaciągnął na kwotę około 7 mld dol.

- Chiny mocno inwestują w nowe technologie w Białorusi i w kadry IT. Planują rozwinąć sieć 5G za pomocną giganta Huawei oraz ZTE - zaznacza Olchowski.

(...)

Jednak podobnie, jak w przypadku Rosji, tak również przyjaźń z Białorusią ma swoje granice. Chiny będą inwestować, udzielać pożyczek na rozwój gospodarczy, angażować się w strategiczne projekty stopniowo umacniając swoją pozycję, ale ich aktywność i pomoc kończy się w miejscu, w którym Pekin mógłby narazić się na sankcje Unii Europejskiej czy USA.

Przykładem może być choćby zamrożenie transferu ponad pół miliarda dolarów kredytu na budowę kompleksu wydobywczo-przetwórczego potasu w Białorusi - o czym donosiła "Rzeczpospolita" we wrześniu ubiegłego roku. Kredyt na 14 lat wynegocjowała firma należąca do rosyjskiego miliardera Michaiła Guceriewa - Sławkali. Oligarcha aktywnie wspierający reżim Łukaszenki latem 2021 roku został objęty sankcjami USA i Unii. Aby nie narażać się Zachodowi Chiny, wstrzymały kolejne transze dla projektu związanego z Guceriewem.

W marcu 2022, a więc już po inwazji Rosji na Ukrainę przy wsparciu Białorusi, kontrolowany przez Chiny Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych z siedzibą w Pekinie zdecydował, że wszelkie działania dotyczące Rosji i Białorusi są wstrzymane i podlegają przeglądowi. Od tego momentu AIIB nie finansuje inwestycji Putina i Łukaszenki.

Łukaszenka ma świadomość uzależnienia kraju od Rosji. Współpraca z Chinami ma być dla Białorusi sposobem na jej zmniejszenie. - Moskwa prowadzi długoterminową politykę. Dużo pozwala Białorusi, ale sama też korzysta na tych inwestycjach - zauważa dr Borko.

Z kolei ekspert Instytutu Europy Środkowej zwraca uwagę, że wciąż nie wiadomo, jakie będą dalsze losy Białorusi, czy zostanie wchłonięta przez Rosję? Nawet jeśli nie, to za chińską pomoc i zaangażowanie też przyjdzie zapłacić.

- Dla Łukaszenki współpraca z Chinami jest sprawą prestiżową. Ze wszelkimi honorami przyjmował przewodniczącego Xi Jinpinga w Mińsku, do Pekinu z dumą zabierał swojego syna - zauważa Jakub Olchowski.

Polityka Xi Jinping sięga znacznie dalej niż uzależnienie Rosji czy Białorusi. - Chiny nie będą wbrew obawom Zachodu, wchodzić w sojusze z Moskwą czy Mińskiem. Przewodniczący Xi Jinping nie będzie traktować Putina równorzędnie, kiedy pod każdym względem jego kraj przerasta potencjałem Rosję. Sinocentryzm, oto wizja, którą kierują się chińscy przywódcy, gdzie Chiny są najważniejsze na świecie — konkluduje Jakub Olchowski ekspert Instytutu Europy Środkowej.

money.pl

W sprawozdaniu, do którego dotarł „Independent", po raz pierwszy wyrażono zaniepokojenie związane z przypadkami dezercji ukraińskich żołnierzy. Napisano tam również, że siły ukraińskie są w stanie razić Rosjan na odległość 15,5 mili (ok. 25 km), podczas gdy wojska rosyjskie mogą strzelać nawet na 12 razy większą odległość.

Trwająca bitwa w Donbasie na wschodzie Ukrainy ma „poważnie demoralizujący skutek dla sił ukraińskich", a „przypadki dezercji rosną z każdym tygodniem" – przekazał „Independent", cytując raport.

Rośnie również przewaga Rosji w liczbie pojmanych jeńców wojennych. Liczba rosyjskich jeńców przetrzymywanych na Ukrainie wynosiła w kwietniu 900, ale spadła do 550 po szeregu wymian. W rękach Rosjan jest natomiast 5600 jeńców ukraińskich, w tym ok. 2500 wziętych do niewoli obrońców Mariupola – ustalono.

„Rosjanie upierają się przy wymianie jeden na jednego. To oznacza, że przy obecnym status quo 4500 ukraińskich jeńców może pozostać w rosyjskich więzieniach do zawarcia pokoju. Moskwa prawdopodobnie wykorzysta to jako dźwignię, by wewnętrznie destabilizować Ukrainę, jeśli nie będzie ochrony socjalnej dla ich rodzin i przejrzystej komunikacji" – napisano w raporcie.

W kontekście przewagi uzbrojenia „Independent" przypomina, że Wielka Brytania zapowiedziała przekazanie Ukrainie wyrzutni rakiet M270, a USA – wyrzutni HIMARS. Gazeta podkreśla jednak, że Londyn wysyła na razie zaledwie trzy systemy, a Waszyngton wysłał cztery, a więc znacznie mniej, niż w opinii Kijowa potrzeba, by powstrzymać ofensywę Rosji.

„Jesteśmy oczywiście bardzo wdzięczni naszym sojusznikom za wsparcie. Nowa broń jest mile widziana, ale kiedy zachodnie rządy ogłaszają, że wysyłają na Ukrainę pomoc wojskową, być może powinny wyjaśnić społeczeństwu, o jakie chodzi ilości" – powiedział cytowany przez gazetę, niewymieniony z nazwiska urzędnik ukraiński.

Według raportu wywiadowczego „oczywistym jest, że wojna konwencjonalna nie może być wygrana, jeśli twoja strona ma kilkakrotnie mniej uzbrojenia, twoja broń razi wroga na krótszą odległość i posiadasz znacznie mniej amunicji niż nieprzyjaciel".

„Taktyczna sytuacja na wschodzie Ukrainy wygląda następująco (...) stronie ukraińskiej prawie całkiem skończyły się pociski do wieloprowadnicowych wyrzutni rakiet typu Smiercz i Uragan, które umożliwiły skuteczne odstraszanie rosyjskich ofensyw w pierwszych miesiącach inwazji z odległości (60-80 km) – cytuje raport „Independent".

„Obecnie maksymalny zasięg rażenia Sił Zbrojnych Ukrainy wynosi (25 km). To zasięg, na który może strzelać pozostająca w użyciu artyleria kalibru 152/155 mm i wieloprowadnicowe wyrzutnie rakiet Grad (...) Jednocześnie wróg uderza w miejsca koncentracji sił ukraińskich z odległości (300 km) taktycznymi pociskami balistycznymi Iskander, (70-80 km) przy użyciu wieloprowadnicowych wyrzutni Smiercz i Toczka-U, z (40-60 km) przy użyciu wieloprowadnicowych wyrzutni Uragan" – wyjaśniono.

Według raportu tworzy to „sytuację absolutnej nierównowagi na polu bitwy, nie wspominając o całkowitej dominacji wrogich samolotów w powietrzu", która tylko czasami może być zakłócana przy użyciu pocisków ziemia-powietrze Stinger lub w wyniku błędów rosyjskich pilotów.

W sprawozdaniu oceniono, że Rosjanie w pełni zdają sobie sprawę, że na Ukrainę wysłano tylko niewielkie ilości zachodniej broni, a jej rozmieszczenie na pozycjach jest powolne. Starają się wykorzystać obecną przewagę, próbując przy użyciu artylerii przełamać obronę Ukraińców w Donbasie.

Pociski przeciwczołgowe typu Javelin i NLAW, przekazane Ukrainie przez USA i Wielką Brytanię, okazały się skuteczne na polach bitwy wokół Kijowa i Charkowa, i pozostają skuteczne również w Donbasie. Duże straty zadają Rosjanom również drony kamikadze typu Switchblade. Jednak, jak podkreślono w raporcie wywiadowczym, broń przeciwczołgowa „nie może przeciwstawić się rosyjskiej artylerii i wyrzutniom rakiet".

„Wróg otacza siły ukraińskie skupione w Siewierodoniecku i Lisiczańsku (...) Obrona tych dwóch miast stała się skrajnie trudna", ponieważ w zasięgu Rosjan znajduje się większość dróg, którymi może być transportowane zaopatrzenie – napisano.

PAP

środa, 8 czerwca 2022


Na stronie internetowej Bundeswehry wszystko wydaje się być w porządku. Niemiecka armia prezentuje się na niej w trzech słowach: „My. Służymy. Niemcom”. Ale „służba Niemcom” wcale nie jest taka łatwa. Od dawna niemieckie siły lądowe, lotnictwo i marynarka wojenna cierpią wskutek niekompletnego wyposażenia. Brakuje im w pełni sprawnych czołgów i śmigłowców, kamizelek kuloodpornych, plecaków i noktowizorów. Brakuje nawet ciepłej bielizny dla żołnierzy z oddziałów rozlokowanych na wschodniej flance NATO.

Minister obrony Niemiec Christine Lambrecht potępiła ten stan rzeczy. – Na papierze mamy 350 bojowych wozów piechoty Puma, z których tylko 150 jest w pełni sprawnych. Podobnie jest ze śmigłowcami szturmowymi Tiger; z 51 maszyn może wystartować tylko dziewięć – powiedziała podczas debaty w Bundestagu pod koniec kwietnia, poświęconej rosyjskiej inwazji na Ukrainę i nowo rozbudzonej potrzebie zapewnienia Niemcom bezpieczeństwa.

Teraz rząd niemiecki chce ponownie wziąć się za wojsko. Na jego wyposażenie i dozbrojenie przeznaczono specjalny fundusz w wysokości 100 mld euro, finansowany z zaciągniętego długu. Modernizacja Bundeswehry nie może zatem się nie udać z powodu braku potrzebnych na nią pieniędzy.

Niewykluczone jednak, że tak się stanie i to z winy odpowiedzialnego za to zadanie urzędu. Tak przynajmniej sądzą krytycy Federalnego Urzędu ds. Sprzętu, Technologii Informacyjnych i Wsparcia Technicznego Bundeswehry (BAAINBw). Tylko w jego centrali w Koblencji jest 6500 etatów. W sumie na potrzeby BAAINBw pracuje około 11 000 urzędników w 116 placówkach w całym kraju. Regulują oni nabywanie dosłownie wszystkiego – od zaawansowanych technologii wojskowych po skarpetki dla żołnierzy.

Wiadomo od lat, że BAAINBw pilnie wymaga reformy. Już kilku niemieckich ministrów połamało sobie na tym zęby. BAAINBw zarzuca się, że jest to administracyjny moloch działający w myśl zasad gospodarki planowej, który raczej opóźnia, niż przyspiesza konieczne procesy.

– Żyjemy w jednym z najbogatszych krajów na świecie, w samym środku Europy, mamy 184 000 żołnierek i żołnierzy, a oni nie mają tego wszystkiego, czego potrzebują. To skandal – oświadczyła krytycznie kilka dni temu pełnomocnik rządu federalnego ds. sił zbrojnych Eva Hoegl. Na przykład spadochroniarze od dziesięciu lat czekają na nowy kask – powiedziała w wywiadzie dla dziennika „TAZ”. Problem polega na tym, że ten kask, który jest używany w wojskach powietrzno-desantowych USA, „musi najpierw zostać gruntownie przebadany, żeby sprawdzić, czy pasuje także na niemieckie głowy i czy rzeczywiście chroni je tak, jak można by tego oczekiwać zgodnie z niemieckimi standardami” – wyjaśniła.

W wystąpieniu w drugim programie niemieckiej telewizji publicznej ZDF Hoegl podzieliła się wrażeniami z wizyty w batalionie czołgów Bundeswehry, który musiał pracować z 30-letnimi radioodbiornikami, przez co nie był w stanie porozumiewać się z innymi jednostkami NATO podczas wspólnych manewrów.

Inny problem to spór o G36. W 2015 roku o zakończeniu produkcji dotychczasowych karabinów szturmowych zadecydowała ówczesna minister obrony Ursula von der Leyen. Od 2017 roku trwały starania o znalezienie jego następcy.

„Dziś, w 2022 roku, cały ten proces utknął w sporze prawnym, który pozwoli na podjęcie decyzji w tej sprawie najwcześniej jesienią. To po prostu za długo, jak na stosunkowo prosty produkt, jakim jest karabin szturmowy” – pisze Frank Sauer z Uniwersytetu Bundeswehry w Monachium w odpowiedzi na zapytanie DW.

Czy zaopatrzenie jest główną przyczyną wszystkich nieszczęść, bo niemieckie regulacje dotyczące jakości sprzętu są absurdalne? Czy BAAINBw jest współwinny temu, że Bundeswehra jest dziś „w mniejszym lub większym stopniu po prostu goła”, jak zaskakująco otwarcie napisał generalny inspektor Bundeswehry Alfons Mais w serwisie społecznościowym LinkedIn podczas rosyjskiej inwazji na Ukrainę?

„To prawda, że niemiecka biurokracja w sferze obronnej jest absolutnie monstrualna” – ocenia Sauer. „Ale przerzucanie winy na BAAINBw nigdzie nas nie zaprowadzi” – dodaje. Ten urząd może bowiem działać tylko w ramach obowiązującego prawa, mając niewielkie pole manewru.

Wynika to z faktu, że musi on przestrzegać przepisów UE dotyczących przetargów publicznych, a także stosować się do decyzji politycznych. – Wiele zaistniałych problemów leży poza BAAINBw, ponieważ zasadniczo robi to, co mu się każe – mówi w wywiadzie dla DW Christian Moelling z Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej (DGAP). – Jeśli zmienią się ramy prawne i wytyczne polityczne, procesy będą mogły zostać uproszczone i przyspieszone – twierdzi.

Inną, choć znacznie trudniejszą opcją, byłoby przekroczenie granic możliwości prawnych, jak wyjaśnia dalej Christian Moelling. – Doświadczenie pracowników tego urzędu jest jednak takie, że jeśli skorzystają z tej swobody, a coś pójdzie nie tak, to wtedy nie otrzymają żadnej ochrony ze strony polityków. W najgorszym razie mogą zostać postawieni przed sądem i nikt wtedy nie stanie po ich stronie – dodaje.

Przyczyny drastycznych braków w wyposażeniu Bundeswehry leżą także w niedawnej przeszłości Niemiec. Po zakończeniu zimnej wojny niemieccy politycy narzucili siłom zbrojnym drastyczny kurs oszczędnościowy, a budżet obronny kraju uległ zmniejszeniu. Wiele rodzajów broni i systemów uzbrojenia stało się przestarzałych. Sprzęt był zaniedbany, a administracja coraz bardziej się rozrastała. „Ogólnie rzecz biorąc, bardzo wygodnie urządziliśmy się w czasach pokoju, a przy okazji całkowicie zbiurokratyzowaliśmy wiele spraw. Teraz to się na nas mści” – stwierdza Frank Sauer z Uniwersytetu Bundeswehry.

Pierwsze kroki w kierunku reform zostały już podjęte. Niemiecki rząd zdecydował, że pilnie potrzebny sprzęt może być zamawiany bezpośrednio bez większych procedur biurokratycznych zgodnie z unijnymi zasadami dotyczącymi sytuacji wyjątkowych. Zakupy bezpośrednie dotyczą także wszystkich produktów, których cena jest niższa niż tysiąc euro za sztukę. „Ale to nie wystarczy” – uważa ekspert. Jego zdaniem brakuje tu lepszych procesów i jasnego podziału odpowiedzialności. Bez usprawnienia i przyspieszenia procedur, zwłaszcza zamówienia na duży sprzęt będą znów trwały zbyt długo. 

Frank Sauer wzywa do zasadniczej zmiany mentalności i dotychczasowych struktur. Zapowiadany przez kanclerza Olafa Scholza zwrot w podejściu do Bundeswehry i polityki obronnej Niemiec oznacza, jak mówi, także „zmianę sposobu myślenia, zwiększenie elastyczności i szybkości działania, zgodnie z wymaganiami polityki bezpieczeństwa XXI wieku”. To musi się zacząć w ministerstwie obrony.

Christian Moelling z DGAP także pesymistycznie patrzy w przyszłość. Projekty, które mają być sfinansowane ze specjalnego funduszu dla Bundeswehry o wartości 100 mld euro, są dla niego ogromnym wyzwaniem logistycznym: – Mamy przed sobą górę zamówień, która wymaga niesamowitej ilości uwagi, kontroli i dopracowania, na co nie jesteśmy jeszcze należycie przygotowani – mówi. – Istnieje zatem duża możliwośc popełnienia błędów. Przez wiele lat będziemy świadkami nieprzyjemnych wydarzeń – przewiduje. 

Martwi go głównie to, że największy nacisk może zostać położony nie na jakość zamówień, ale na dalsze przestrzeganie zalecanych procedur: – Ostatecznie może wyglądać to tak: wszystkie przepisy zostaną spełnione, a my stwierdzimy, że Bundeswehra nadal nie jest zdolna do obrony i działania.

dw.com

Walka o Siewierodonieck to rosyjska operacja informacyjna w formie bitwy. 

Jednym z głównych celów Moskwy jest stworzenie wrażenia, że Rosja odzyskała siły i teraz zdominuje Ukrainę. To wrażenie jest fałszywe. Rosyjskie wojsko na Ukrainie jest coraz bardziej wyczerpaną siłą, która nie może odnieść decydującego zwycięstwa, jeśli Ukraińcy się utrzymają.

Prezydent Rosji Władimir Putin próbuje więc zmienić swoją inwazję na Ukrainę w brutalną walkę woli. Postawił swoją armię na złamanie kolektywnej woli Ukraińców do walki za ich kraj. Jego własny naród raczej się nie ugnie. Na szczęście Ukraina tego nie potrzebuje. Jeśli Ukraińcy zdołają przetrwać obecną rosyjską burzę, a następnie kontratakować wyczerpane siły rosyjskie, wciąż mają wszelkie szanse, aby uwolnić swoją ludność i całą swoją ziemię.

Putin zgromadził szczątki rosyjskich sił bojowych w zabójczy amalgamat wokół miast Siewierodonieck i Łysyczańsk we wschodnim obwodzie ługańskim na Ukrainie. Ten zlepek czołga się naprzód, używając ogromnych ostrzałów artyleryjskich, aby zniszczyć wszystko na swojej drodze, pozwalając zdemoralizowanym i przestraszonym żołnierzom Rosji wejść na gruzy.

Obrońcy Ukrainy mądrze wycofują się w obliczu tego lekkomyślnego barbarzyństwa, ale za cenę własnego morale i woli kontynuowania walki. Żołnierze i obywatele Ukrainy krytykują swój rząd za to, że nie wspiera wojsk na liniach frontu. Ukraińcy po raz pierwszy od wygranej w bitwie pod Kijowem zaczynają wątpić, że mogą zwyciężyć. Opóźnienia w dostarczaniu pomocy Zachodu oraz odmowa USA i innych krajów dostarczenia pewnych potrzebnych systemów uzbrojenia podsycają te wątpliwości. A teraz na Zachodzie narastają głosy wzywające Ukrainę do ustępstw.

Wszystko to jest dokładnie tym, czego potrzebuje Putin. Nie może pokonać Ukrainy militarnie, dopóki Ukraińcy zachowają wolę walki, a Zachód wolę ich poparcia. Atakuje więc wolę obu stron, zmuszając własne wojska do najbardziej okrutnej i brutalnej ofensywy tej wojny, mając nadzieję, że przekona wszystkich, że wykorzysta masę i potęgę Rosji; którą władał Stalin, by pokonać Hitlera – a tym samym opór wobec jego żądań jest daremny. Putin wstrzymuje również krytyczne dostawy ukraińskiej żywności i paliw na eksport, mając nadzieję, że nałoży na Zachód wystarczająco wysokie koszty, aby skłonić go do porzucenia Ukrainy.

Ani Ukraińcy, ani ich przyjaciele na całym świecie nie mogą ulec Putinowi, ani dać się zwieść obecnemu mirażowi rosyjskich sukcesów i władzy, które prezentuje w bitwie pod Siewierodonieckiem. To jest miraż. Pęd Rosji w ługańskim jest desperacką grą dyktatora, który stawia resztki ofensywnej siły bojowej, którą może zebrać w nadziei, że złamie wolę kontynuowania walki przez wrogów. I niech twierdzi, że zabrał cały obwód ługański. Jest to historyczna śpiewka o determinacji Hitlera, by w 1942 roku zająć Stalingrad lub utrzymać Charków wbrew radom swojego dowódcy. Za tymi siłami nie stoją żadne rosyjskie rezerwy, które mogłyby kontynuować swoje sukcesy. Wręcz przeciwnie, Putin stworzył je tylko przez odebranie z pozostałych kluczowych osi sił, których potrzebuje do obrony przed ukraińskimi kontratakami. Ta ofensywa prawdopodobnie wkrótce zakończy się kulminacją, ponieważ nawet ten powolny, miażdżący pochód wyczerpie siły, który go przenoszą. A Putin przez dłuższy czas nie będzie mógł uruchomić kolejnego.

Skąd możemy to wiedzieć? Wiemy to po części dlatego, że mieszankę sił rosyjskich prowadzących tę ofensywę stworzyły resztki jednostek rozbitych w bitwach pod Kijowem, Charkowem, Mariupolem i gdzie indziej, a nie ze świeżych jednostek lub oddziałów sprowadzonych z Rosji. Ciężko uszkodzone rosyjskie taktyczne grupy batalionowe, które wycofały się z Kijowa i Charkowa, zostały szybko zreformowane w Rosji, bez pozwolenia na odpoczynek, ponowne wyposażenie lub odpowiednie wchłonięcie uzupełnień, a następnie zostały wysłane z powrotem do walki na wschodzie Ukrainy. Wiele rosyjskich „jednostek” to podobno zlepki z kawałków innych jednostek, łączonych ad hoc, a następnie wrzucane do bitwy. Sami żołnierze są wyczerpani i zdemoralizowani. Odmowy walki szerzą się w armii rosyjskiej zarówno wśród żołnierzy, jak i oficerów, którzy nimi dowodzą.

Rosjanie dostosowali się do tej ponurej rzeczywistości, zmieniając swoją taktykę na coś, co przypomina I wojnę światową lub doktrynę „bitwy metodycznej” armii francuskiej z 1940 r. – ostrzały artyleryjskie niszczą wszystko w danym sektorze pola bitwy, a następnie wojska rosyjskie czołgają się naprzód przez ruiny. Ale nawet to podejście ma swoje ograniczenia. Zasoby rosyjskich dział artyleryjskich nie są nieskończone. Musieli gęsto skoncentrować artylerię w priorytetowych sektorach, odciągając ją od innych obszarów. Wyciągają artylerię (oraz czołgi i inny sprzęt) ze starożytnych zapasów z czasów sowieckich. Zaczęli też wyciągać technikę z białoruskich magazynów – prawdopodobnie ostatnie źródła sprzętu, które Putin może niezawodnie wykorzystać.

Zaopatrzenie w efektory artyleryjskie jest ważnym ograniczeniem w tego rodzaju wojnie z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że Ukraińcy odcisnęli swoje piętno na rosyjskiej artylerii umiejętnym i celnym ogniem kontrbateryjnym (używając własnej artylerii do niszczenia wrogiej). Po drugie, ponieważ lufy artylerii (oraz czołgów) mają ograniczoną żywotność — po wystrzeleniu określonej liczby pocisków zaczynają tracić na skuteczności i trzeba je wymienić. Nie ma sposobu, aby przewidzieć, kiedy te czynniki zmuszą rosyjskie wojsko do ograniczenia swojej zależności od artylerii, ale w końcu to zrobią.

Ponadto rosyjscy żołnierze prawdopodobnie wypalą się, zanim wypalą swoją artylerię. Ukraińscy obrońcy zadają poważne straty wojskom rosyjskim na całym froncie, pomimo przyjętej rosyjskiej taktyki walca. Rosyjscy blogerzy wojskowi i inni przekazują skargi rosyjskich żołnierzy, że są poddawani niszczycielskiemu ostrzałowi ukraińskiej artylerii, nawet gdy tylko siedzą w swoich pozycjach obronnych. Wojska rosyjskie atakujące tam, gdzie siły ukraińskie utrzymują się na swoim miejscu, nadal ponoszą straty nawet po ostrzale artyleryjskim, który rzadko eliminuje wszelki opór.

Rosyjscy blogerzy, dokumenty ujawniające rosyjskie postępowania sądowe przeciwko żołnierzom i oficerom, którzy zdezerterowali lub odmówili rozkazów do walki, oraz raporty wywiadu o takich incydentach, wszystko to maluje obraz rosyjskiego wojska, które jest wyczerpane, zdemoralizowane, zdemotywowane i coraz bardziej złe z powodu traktowania przez dowództwo.

Podobne oznaki demoralizacji wykazują żołnierze ukraińscy w niektórych częściach frontu. Dobrze nagłośniony incydent ukraińskich ochotników odmawiających kontynuowania walk pod Siewierodonieckiem pod koniec maja, ujawnił i podsycił część złości i uraz w ukraińskim wojsku i ukraińskim społeczeństwie z powodu ekstremalnie trudnych warunków, z jakimi się borykają. Incydent ten doprowadził do przesadzonych nagłówków sugerujących, że ukraińscy żołnierze masowo dezerterują lub „uciekają” – co nie jest prawdą. Niemniej zjawiska gniewu, poczucia zdrady i frustracji w ukraińskich siłach zbrojnych są realne i niebezpieczne. Z czasem mogą stać się bardziej niebezpieczne, ponieważ skumulowany efekt wielu małych odczuć zbiera swoje żniwo. Stany Zjednoczone i Zachód muszą w większym stopniu brać pod uwagę fakt, że terminowe dostarczanie broni i zdolności siłom zbrojnym Ukrainy mają zasadnicze znaczenie dla podtrzymania ukraińskiego morale i woli kontynuowania walki w tym trudnym czasie. Opóźnienia i półśrodki mogą kosztować zarówno materialny teren i ofiary, jak i niematerialną nadzieję i wiarę w możliwość sukcesu.

time.com

– Ropa naftowa, gaz ziemny i energia elektryczna, dostęp do technologii i wytwarzania energii oraz ciepła: to wszystko stało się w sposób widoczny dla wszystkich, a nie tylko niektórych, polem do ostrej konkurencji – mówił pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski na konferencji Nafta i Gaz 2022. – W jakimś sensie jest to otrzeźwienie po agresji rosyjskiej na Ukrainie. Równocześnie jest to symptom nowej epoki, w którą wchodzimy – mówił gość konferencji. – Od trzech miesięcy mniej mamy w obszarze publicznym dyskusji na temat klimatu a więcej o bezpieczeństwie energetycznym. To objaw zwycięstwa zdrowego rozsądku.

– Rynki ropy i gazu są polem bitwy innym niż na Ukrainie, ale będącej elementem tej samej gry Rosji. Kryzys energetyczny wywołany manipulacjami Rosji na rynku gazu w Europie był wywołany tymi czy innymi oświadczeniami polityków rosyjskich – powiedział Piotr Naimski. – Oni coś ogłaszali, powtarzały to agencje rosyjskie, potem zachodnie, a potem rosła cena na giełdzie nawet o sto procent. To wykorzystanie narzędzi informacyjnych – ostrzegał.

– Te działania są skuteczne, bo konkurencja, o której powiedziałem na początku, podminowuje to, co zwykliśmy nazywać solidarnością w Europie. Europejska solidarność jest w sposób skuteczny podważana działaniami rosyjskimi. Ostatni tego przykład to żądanie Rosjan, by odbiorcy w Europie płacili w rublach. Chodzi o ruble, bo rozszerzenie sfery rublowej w finansach to cel rządu rosyjskiego, ale zasadniczy cel to poróżnienie krajów członkowskich w Unii Europejskiej został osiągnięty. Podział jest. Jedni uznali, że muszą zaakceptować ultimatum rosyjskie, inni postanowili, że są w stanie je odrzucić.

– Jesteśmy w tej wojnie. A jeżeli w niej jesteśmy, to ona ma konsekwencje. Prowadzenie wojny je ma w kosztach. Te koszty w sposób świadomy należy przyjąć i zorganizować się do ich przyjęcia. To początek dyskusji, a potem formowania taktyki i strategii dziś, jeżeli chodzi o dostawy ropy naftowej i gazu ziemnego – ocenił minister. – Jest chyba jasne, że surowce uważane za gorsze, niechciane źródła energii, te kopalne, one z nami pozostaną czy to się wszystkim podoba czy nie, przez najbliższe dwadzieścia lat z pewnością, bo dalej trudno planować. Warto się do tego przygotowywać, warto dbać o niezależność źródeł i dróg dostaw – mówił Naimski.

Minister mówił o roli instytucji unijnych. – Te organa mogą nam pomóc ewentualnie, ale nie powinny narzucać rozwiązań, które podważają bezpieczeństwo energetyczne w krajach europejskich – powiedział Piotr Naimski.

– Założyliśmy w 2016 roku, że w 2022 roku wraz z wygaśnięciem kontraktu jamalskiego, porzucimy gaz z Rosji. Tak zaplanowaliśmy wszystko w infrastrukturze przesyłowej, aby można było zastąpić dostawy ze Wschodu tymi z innych kierunków. W tym roku miesiąc po miesiącu oddajemy kolejne inwestycje służące temu celowi: połączenie gazowe z Litwą i Słowacją, rozbudowany gazoport w Świnoujściu, gazociąg Baltic Pipe z Norwegii przez Danię. On już jest. Będzie uruchomiony pierwszego października – wyliczał Naimski.

(...)

– Trzeba sobie uświadomić, że jest czas wojny. To będzie kosztowało. Nagła zmiana dostawców zwykle powoduje, że ci nowi chcą zdyskontować tę potrzebę. Można się spodziewać, że to będzie kosztowało więcej. To kwestia zrozumienia sytuacji geopolitycznej, w jakiej się znajdujemy. Trudno przewidzieć jak to się dalej potoczy. Dyskusje toczą się na arenie unijnej. Sankcje na ropę rosyjską będą dotkliwe, jeżeli zostaną wspólnie wprowadzone i oby tak się stało – mówił minister Naimski.

Przypomniał, że nowe moce magazynowe PERN dają możliwość zgromadzenia większych zapasów ropy naftowej i paliw oraz zwiększają elastyczność logistyki w tym sektorze.

– Sąsiedzi patrzą na nas z zazdrością. Podejmują szybko działania, które im wydawały się absolutnie nieracjonalne w przeszłości. Mówili o kosztach osieroconych terminali LNG. Tymczasem teraz w Niemczech zostały podjęte decyzje o nagłej budowie czterech terminali. Lepiej późno niż wcale. Niemcy uzależnione od rosyjskich dostaw to zagrożenie dla Polski. W związku z tym kibicujemy kolegom w Niemczech – powiedział gość konferencji.

biznesalert.pl

Chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi podczas rozmów ze swoją niemiecką odpowiedniczką Annaleną Baerbock poparli ideę stworzenia swoistego korytarza dla eksportu zboża z Rosji i Ukrainy. – W obecnej sytuacji społeczność międzynarodowa powinna apelować o jak najszybsze zawieszenie broni oraz pomóc w stworzeniu „zielonego kanału” dla eksportu zboża z Rosji i Ukrainy – mówił szef chińskiego MSZ.

Wang Yi potwierdził również gotowość Pekinu do przeprowadzenia konsultacji w tej sprawie ze wszystkimi zainteresowanymi stronami. – Chiny nie mogą stać z boku przy rozwiązywaniu ważnych problemów, które przykuwają zwiększoną uwagę społeczności światowej – dodał minister.

Wydaje się, że inwazja Rosji na Ukrainę ma ograniczony wpływ na gospodarkę Państwa Środka, ponieważ kraj ten od kilku lat zabezpiecza swoje własne zapasy zboża, a także zwiększa niezależność w wielu innych obszarach. Bezpieczeństwo żywnościowe i samowystarczalność od dawna jest głównym tematem chińskich elit politycznych. Jednak wojna w Ukrainie daje Chinom więcej powodów do skupienia się na tej kwestii. Obecna niestabilność polityczna i rynkowa prawdopodobnie sprawi, że problem będzie coraz trudniejszy do zignorowania przez chiński rząd, dla którego samowystarczalność stała się kluczową doktryną ekonomiczną.

4 czerwca chińska agencji prasowa Xinhua przytoczyła słowa prezydenta ChRL Xi Jinpinga, który podkreślił znaczenie samowystarczalności w zakresie żywności. – Talerze Chińczyków muszą być wypełnione głównie chińskim zbożem – powiedział Xi.

Bezpośredni wpływ zakłóconych dostaw zbóż na Państwo Środka powinien być możliwy do opanowania. Według Goldman Sachs, Chiny rocznie importują około 7-10 procent ukraińskiej pszenicy i kukurydzy. Jednak w ostatnich latach import wzrósł, częściowo dlatego, że kraj uzupełnia swoje rezerwy strategiczne. W listopadzie 2021 roku chińskie media podały, że krajowe zapasy zboża są na historycznie wysokim poziomie i prawdopodobnie Pekin wykorzysta je do złagodzenia ewentualnych zagrożeń.

Warto zwrócić uwagę, że konsekwencją pandemii koronawirusa w Chinach oraz masowych lockdownów jest wysoka inflacja, a w nadchodzących miesiącach mogą pojawić się kolejne czynniki, które jeszcze bardziej podniosą ceny żywności. Ceny nawozów azotowych, które i tak rosły w związku z pandemią, mogą wzrosnąć jeszcze bardziej, ponieważ Rosja jest ich znaczącym eksporterem na chiński rynek, a konsumenci mogą jeszcze bardziej odczuć wzrost kosztów, ponieważ rosyjskie zakłady do produkcji wykorzystują gaz ziemny, który jest coraz droższy. Ukraina jest głównym eksporterem ziaren słonecznika, a brak podaży już teraz wywołuje wzrost cen innych zbóż, np. soi, która jest stosowana jako pasza dla trzody chlewnej – tymczasem to wieprzowina jest najchętniej spożywanym rodzajem mięsa w Chinach. Zatem wzrost cen pasz automatycznie podniesie ceny mięsa. Te wszystkie czynniki sprawiają, że inflacja w Państwie Środka utrzyma się na wysokim poziomie.

To nie jedyna niedawna obawa o bezpieczeństwo żywnościowe Pekinu. Wojna handlowa z USA w 2018 roku również uwypukliła podatność Chin na wstrząsy. Kraj stara się zwiększyć wewnętrzną produkcję upraw, jednak jest to trudne do pogodzenia mając na uwadze rozwój wielkich miast na żyznych polach na wschodzie Chin. Urbanizacja sprowadziła siłę roboczą do miast i zmniejszyła powierzchnię gruntów ornych. Kraj potrzebuje więc lepszej technologii, aby zwiększyć ilość plonów. Prawdopodobnie będzie się to wiązało ze zwiększeniem produkcji żywności GMO. W ostatnich miesiącach rząd w Pekinie zrewidował przepisy w tym zakresie.

biznesalert.pl

Indyjskie firmy naftowe są w trakcie negocjowania nowych kontraktów na dostawę rosyjskiej ropy naftowej przez kolejne 6 miesięcy. Rosjanie oferują duże upusty, a nawet poniesienie kosztów transportu i podatków.

Jak podają lokalne media, umowa z Rosnieftem ma być uzupełnieniem istniejących już kontaktów. Rosjanie są zdesperowani by sprzedać jak największe wolumeny ropy poza swoje granice i jak przekonują, to po ich stronie będą leżały koszty wysyłki oraz ubezpieczenia surowca w takcie transportu do Indii. 

Indie prowadzą rozmowy bezpośrednio z rosyjskim producentem, ponieważ światowi pośrednicy ograniczyli swoje usługi w obawie przed sankcjami.

Bezprecedensowa ilość rosyjskiej ropy trafiła do Indii w ubiegłym miesiącu, gdy europejscy nabywcy walczyli o zamienniki i negocjowali umowy z krajami Bliskiego Wschodu.  

Tymczasem Indie kupiły od końca lutego do początku maja ponad 40 milionów baryłek rosyjskiej ropy, czyli o około 20% więcej niż cały import w 2021 roku. Rosyjskie dostawy tylko w maju wyniosły 740 000 baryłek dziennie, w porównaniu z 284 000 baryłek w kwietniu i 34 000 baryłek rok temu.

Kupowanie taniej ropy naftowej z Rosji okazuje się być bardzo korzystne dla Indii, które obecnie borykają się z inflacją i wysokimi cenami paliwa. Kwestią otwartą nadal pozostaje forma płatności za surowiec.

energetyka24.com

Jeszcze kilka dni przed wybuchem wojny w Ukrainie rosyjski rubel znalazł się pod presją ryzyka geopolitycznego, a zbrojny atak Rosji na Ukrainę 24 lutego spowodował jego dynamiczne osłabienie. Było to m.in. efektem gwałtownego wzrostu popytu na waluty obce wraz z ich późniejszym wycofaniem z Rosji. Według Centralnego Banku Rosji (CBR) w okresie między 21 i 28 lutym zależne banki zagraniczne i nierezydenci dokonali zakupu walut obcych na kwotę 429,4 mld rubli (ponad 6 mld dolarów) – była to zdecydowanie większa skala zakupów niż w poprzednich okresach kryzysowych.

W marcu br. kurs USD/RUB osiągnął historyczne szczyty na poziomie 144, co stanowiło wzrost o ponad 80 proc. względem poziomów sprzed wojny w Ukrainie. Powstanie istotnej nierównowagi podaży i popytu na rynku walutowym oraz ograniczenie możliwości interwencji banku centralnego (brak możliwości wykorzystania rezerw dewizowych z powodu ich zamrożenia w ramach antyrosyjskich sankcji) zmusiły CBR do wprowadzenia środków zaradczych, takich jak podwyżka stóp procentowych z 9,50 proc. do 20,00 proc. oraz ograniczenia ruchu kapitału.

W miarę ustabilizowania się sytuacji na rynku wprowadzone ograniczenia były stopniowo łagodzone. Zmniejszono udział przychodów eksporterów wymagany do przewalutowania z poziomu 80 proc. do 50 proc. oraz wydłużono termin, w którym ta wymiana powinna nastąpić z 3 do najpierw 60 dni, a następnie do 120 dni. Jednocześnie ustalono wyższe limity dla przelewów w walutach obcych za granicę przez osoby fizyczne (do 50 tys. dol.), czy też zniesiono prowizję za operacje kupna dolarów, euro i funtów (najpierw obniżono z 30 proc. do 12 proc.).

Mimo łagodzenia ograniczeń na rynku walutowym doszło do silnego ruchu spadkowego, który sprawił, że rosyjska waluta umocniła się o niemalże 60 proc. wobec dolara. Ponadto aprecjacja rubla następowała, kiedy rosyjski bank centralny przystąpił do obniżenia głównej stopy procentowej – w kwietniu i maju 2022 r. CBR trzykrotnie obniżył stopy procentowe łącznie o 900 b.p. do poziomu 11,00 proc. Warto jednak zwrócić uwagę, o ile pierwsze dwie decyzje nie miały istotnego wpływu na kurs, o tyle majowa obniżka stóp procentowych zaskoczyła uczestników rynku, gdyż miała miejsce podczas niezaplanowanego spotkania CBR, a jej skala była większa od oczekiwań. Tym samym decyzja ta powstrzymała serię spadków kursu USD/RUB.

Odpowiadając na to pytanie, można wymienić kilka czynników oddziałujących na kurs zarówno w krótkim, jak i w długim terminie. W krótkim terminie istotny impuls aprecjacyjny wynika często z okresów płatności podatkowych, przypadających na drugą połowę każdego miesiąca, podczas których eksporterzy wymieniają waluty obce na ruble. Istotne znaczenie dla rubla w tym kontekście ma sprzedaż walut przez eksporterów płacących podatek od wydobycia surowców. W maju 2022 r., wsparty okresem płacenia podatków, kurs rubla nabrał impetu i po raz pierwszy od 2018 r. przełamał psychologiczny poziom 60 dol.

Kolejny czynnik polega na gwałtownym spadku importu spowodowanego sankcjami krajów Zachodu przy relatywnie niższym tempie spadku eksportu. W marcu Rosja wstrzymała publikację oficjalnych statystyk dot. handlu zagranicznego (za wyjątkiem rachunku obrotów bieżących). Niemniej jednak przedstawione przez CBR prognozy szacują spadek importu w br. w zakresie od 32,5 do 36,5 proc., a eksportu – od 17 do 21 proc. Spadek aktywności importerów powoduje niższy popyt na waluty obce i umacnia rubla.

Główna przyczyna natomiast wydaje się być związana z ograniczeniem ruchu kapitału wynikającego nie tylko z decyzji CBR, ale też ze strony zagranicznych inwestorów. Rosja z powodu dodatniego salda na rachunku obrotów bieżących historycznie występowała w roli kredytodawcy dla inwestorów zagranicznych. Jednocześnie krajowy popyt na kredyt w walutach obcych był zawsze relatywnie niski – maksymalnie 3 proc. od całości udzielonych kredytów osobom fizycznym w okresie od 2019 r. do stycznia 2022 r. oraz w przedziale 4–28 proc. w przypadku osób prawnych od 2018 r. do stycznia 2022 r.

Nadwyżka na rachunku obrotów bieżących w Rosji za pierwsze cztery miesiące bieżącego roku wyniosła 95,8 mld dol., co jest poziomem 3,5-krotnie większym niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Ponadto oczekuje się, że rosyjska gospodarka w 2022 r. może osiągnąć rekordowo wysokie dodatnie saldo na rachunku obrotów bieżących, wynikające z dysproporcji spadku importu i eksportu. Potwierdzają to też prognozy CBR – nadwyżka na poziomie 145 mld dol. (wobec 122 mld dol. w 2021 r.). Zbrojna agresja Rosji przeciwko Ukrainie spowodowała, że od marca br. inwestorzy zagraniczni nie są zainteresowani (z powodu sankcji lub ze względów etyczno-politycznych) zaciąganiem kredytów w walutach obcych w Rosji. Powoduje to nadpłynność walut obcych na rosyjskim rynku walutowym i działa aprecjacyjnie na rubla.

Nałożenie na Rosję sankcji spowodowało ucieczkę zagranicznych inwestorów z rosyjskich rynków i spadek płynności, co przekłada się na wyższą zmienność kursu. Potwierdza to skala ostatniej reakcji na niespodziewaną decyzję centralnego banku – wzrost kursu USD/RUB w ciągu trzech dni po decyzji o 18 proc.

Nadmierne umocnienie krajowej waluty jest niekorzystne zarówno dla rosyjskich eksporterów, jak i budżetu. Dlatego po tym jak pierwsza fala paniki obserwowana na rynku w marcu została stłumiona, regulator przywraca warunki finansowe do „normalności”, zbliżając je do stanu przed 24 lutego br. W tym kontekście można spodziewać się, że podczas zaplanowanego na 10 czerwca posiedzenia CBR stopy procentowe zostaną obniżone o 150 b.p. do 9,50 proc.

Ponadto latem będą zapadać rublowe depozyty osób fizycznych otwarte na początku marca na okres 3-6 miesięcy po najwyższym oprocentowaniu (wg danych CBR średnie oprocentowanie takich depozytów w marcu wynosiło 19,70 proc.). Oprocentowanie nowych depozytów będzie już znacząco niższe, co zwiększy atrakcyjność zakupu walut obcych za środki otrzymane po zakończeniu czasu trwania depozytów.

Przywrócenie stóp procentowych do poziomu sprzed 24 lutego 2022 r. wraz z podwyższonym popytem na waluty obce powinno zwiększyć presję deprecjacyjną na rubla w ciągu najbliższych miesięcy. Ponadto w przypadku stopniowego przywracania importu (w miarę przezwyciężania problemów logistycznych) oraz potencjalnie większego spadku eksportu (z powodu przyjmowanych nowych sankcji), rubel prawdopodobnie powróci do poziomów obserwowanych w ubiegłym roku, czyli w granice przedziału 70–80 dol.

obserwatorfinansowy.pl