piątek, 3 czerwca 2022


Rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu stwierdził, że siły rosyjskie „przyspieszą” „specjalną operację wojskową” na Ukrainie podczas spotkania z czeczeńskim przywódcą Ramzanem Kadyrowem 3 czerwca, chociaż siły rosyjskie raczej nie będą w stanie tego zrobić. Kadyrow powiedział, że Szojgu „zidentyfikował nowe zadania”, które poprawią skuteczność rosyjskich manewrów ofensywnych i poprawią rosyjską taktykę. Kadyrow nie sprecyzował, jakie zadania podejmą się siły rosyjskie, aby przyspieszyć swoje tempo. Shoigu wcześniej twierdził 24 maja, że ​​siły rosyjskie poczyniły powolne postępy we wschodniej Ukrainie, aby uniknąć ofiar wśród ludności cywilnej. W retrospekcji z setnego dnia wojny brytyjskie Ministerstwo Obrony stwierdziło, że siły rosyjskie prawdopodobnie przejmą kontrolę nad obwodem ługańskim w ciągu najbliższych dwóch tygodni, choć tylko po znacznych dodatkowych kosztach. Ministerstwo Obrony Wielkiej Brytanii zauważyło ponadto, że siły rosyjskie na wszystkich innych osiach przeszły do ​​operacji obronnych, aby skoncentrować wszystkie dostępne siły w Siewierodoniecku, i stwierdziło, że Rosja będzie musiała dokonać znacznych inwestycji w siłę roboczą i sprzęt – że nie będzie w stanie generować szybko, jeśli w ogóle, aby wyjść poza obwód ługański.

Rosyjski milblogger opublikował 3 czerwca obszerną wiadomość, w której twierdzi, że prawie cała 35 Armia Połączonych Sił Zbrojnych została zniszczona w Izyum z powodu niekompetentnych rosyjskich dowódców. Rosyjski milblogger pod pseudonimem Bojcowyj Kot Murz powiedział, że rosyjscy dowódcy nie uwzględnili wyzwań bojowych w lasach Izjum, co doprowadziło do znacznych strat w 64. i 38. Oddzielnej Gwardii Brygadach Strzelców Zmotoryzowanych, które według niego mają obecnie łącznie mniej niż 100 żołnierzy. Boytsovyi Kot Murz twierdził, że rosyjscy dowódcy nie dostarczyli niezbędnego sprzętu jednostkom walczącym w zalesionym terenie i nie naprawili na czas rosyjskiej ciężkiej artylerii. Siły rosyjskie podobno również nie miały skutecznej komunikacji z centrami dowodzenia i polegały na komunikatorach z powodu braku szyfrowanych telefonów. Boytsovyi Kot Murz zauważył, że brak łączności między rosyjskimi jednostkami a dowódcami pozwolił siłom ukraińskim na atakowanie rosyjskich wysuniętych pozycji za pomocą dronów. Wojsko rosyjskiej prywatnej kompanii wojskowej z Wagnera również odmówiło udziału w walce, co doprowadziło do znacznego braku postępów na osi Izyum. Chociaż ISW nie może samodzielnie potwierdzić tych doniesień, są one zgodne z wcześniejszymi doniesieniami o rosyjskich operacjach i wysokich stratach na osi Izyum.

Według doniesień siły rosyjskie i zastępcze nie przygotowały dostatecznie jednostek frontowych z zaopatrzeniem medycznym, co prowadzi do fatalnej opieki medycznej. Bojcowyj Kot Murz skrytykował rosyjskie Ministerstwo Obrony za nieprzygotowanie sprzętu medycznego i szpitali polowych dla rannych żołnierzy. Dowódcy rosyjscy podobno nie wyciągnęli wniosków z braku sprzętu medycznego podczas bitwy pod Debalcewe w 2015 roku i powtarzają podobne błędy. Boytsovyi Kot Murz twierdził, że siły rosyjskie nie dostarczają oddziałom frontowym bandaży wysokociśnieniowych i innych środków niezbędnych do leczenia urazów kończyn na czas. Boytsovyi Kot Murz porównał przeterminowane i nieprzygotowane rosyjskie apteczki z dostawami ukraińskimi wyższej jakości i stwierdził, że siły rosyjskie nie mają wsparcia wolontariuszy, które mogłyby rozwiązać problem niedoborów sprzętu wojskowego. Boytsovyi Kot Murz zauważył, że tylko rosyjska piechota, która, jak twierdził, została pokonana, miała niezbędne przeszkolenie medyczne, podczas gdy nowo zwerbowani rezerwiści nie są w stanie udzielić pierwszej pomocy. Boytsovyi Kot Murz powiedział, że rosyjscy medycy przeprowadzają niepotrzebną liczbę amputacji kończyn z powodu braku sprzętu medycznego dostarczonego przez rosyjskie Ministerstwo Obrony. Twierdzenia te są zgodne z wcześniejszymi doniesieniami o słabej rosyjskiej opiece medycznej w jednostkach frontowych, a te warunki są prawdopodobnie głównym czynnikiem przyczyniającym się do rosyjskiej demoralizacji i rosnącej odmowy powrotu żołnierzy do jednostek frontowych.

understandingwar.org

Przywódcom państw Unii Europejskiej udało się dojść do porozumienia w kwestii szóstego pakietu sankcji. Jest zgoda na europejskie embargo na rosyjską ropę. Do końca 2022 r. wstrzymany zostanie import ponad 90 proc. rosyjskiej ropy.

– Oznacza to, że kraje nakładające embargo przestaną odbierać 174 mln baryłek ropy rocznie, z którą Rosja zostanie – mówi w rozmowie z money.pl dr Przemysław Zaleski, ekspert z Fundacji Pułaskiego.

– Możliwości magazynowania ropy nigdy nie były zakładane. Produkcja szła bezpośrednio do odbiorców, przewożona pociągami do tłoczni i dalej była transportowana ropociągami na Zachód. Rosja nie jest do tego przygotowana – dodaje nasz rozmówca.

Jak tłumaczy, największy rosyjski terminal naftowy w Petersburgu ma 37 zbiorników o pojemności 400 tys. ton. – To daje zaledwie 14,8 mln ton zmagazynowanego surowca – mówi Zaleski.

– Według doniesień agencji Reutera możliwości składowania ropy w Rosji przez spółkę Transnieft kończyły się już marcu. Mowa była wówczas o 97 mln baryłek, czyli około 13 mln ton czystej ropy. Po serii pożarów magazynów w kwietniu tego roku skurczyły się one jeszcze bardziej – mówi w rozmowie z money.pl Maciej Miniszewski, starszy analityk z zespołu klimatu i energii w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Rosjanie, przygotowując się do zapowiadanego odcięcia się Europy od ich surowca, szukają również możliwości ulokowania swojej ropy za granicą. Jak tłumaczy Grzegorz Kuczyński, dyrektor Programu Eurazja w Warsaw Institute, Rosja nie chce i specjalnie nie może sobie pozwolić na cięcia w wydobyciu. Oznacza to bowiem poważne koszty.

– Znaczna część rosyjskiej ropy wydobywana jest z głębokich pokładów syberyjskich szybów. To często przestarzała infrastruktura, a surowiec jest silnie zawodniony. Wydobycie musi być ciągłe. Wszelkie wstrzymanie prac oznacza ryzyko zanieczyszczenia surowca, a nawet zamarznięcia szybów wiertni - wyjaśnia Kuczyński. – Ponowne uruchomienie, jeśli w ogóle będzie możliwe, będzie łączyć się z poważnymi kosztami – dodaje.

A kilkumiesięczne wstrzymanie prac wydobywczych zwiększa ryzyko awarii urządzeń. – Rosja polega na technologiach zachodnich, a te obarczone są obecnie zakazem sprzedaży. To może oznaczać paraliż konkretnych złóż – mówi Przemysław Zaleski.

Dlatego też Putin nie wstrzyma produkcji. Już prędzej będzie wylewał wydobytą ropę, ryzykując katastrofę ekologiczną, niż narazi się na wyłączenie pól wydobywczych.

To już się rzekomo dzieje. Część ropy zwyczajnie trafiać ma do tajgi zamiast do rafinerii – mówi Maciej Miniszewski z PIE.

– Stąd też pewnym rozwiązaniem, choć niezwykle ograniczonym, jest skorzystanie z magazynów udostępnianych przez inne kraje – zaznacza Grzegorz Kuczyński.

Już w tej chwili Rosja korzystać ma z magazynów ropy w RPA, gdzie do portu Saldanha Bay surowiec został przetransportowany drogą morską w maju. Jak wynika z informacji platformy frachtowej FreightWaves, to niejedyna "skrytka", którą Putin mógłby wykorzystać do "upchnięcia" niechcianego surowca. Podobną rolę mogłyby spełniać na przykład magazyny portowe na Karaibach, jak choćby wielki wenezuelski port naftowy Maracaibo.

(...)

Jednak podstawowym problemem jest skala i możliwości składowania ropy. – W stosunku do wielkości produkcji liczonej na 3,65 mld baryłek rocznie, więc około 470 mln ton surowca, magazyny to kropla w morzu. Aby zmagazynować całą nadprodukcję, trzeba by pokryć magazynami np. całą Dominikanę, a i to mogłoby się okazać za mało – tłumaczy money.pl Przemysław Zaleski.

Jego zdaniem Putin do magazynowania ropy mógłby wykorzystać jeszcze ropociągi, infrastrukturę przy polach wydobywczych oraz 65 własnych tankowców, tym jednak – jak podkreśla Zaleski – zupełnie zabiłby możliwości handlu.

Najlepszą opcją dla Rosji byłaby sprzedaż surowca innym krajom. W tym kontekście wymienia się najczęściej Chiny oraz Indie.

Chiny już kupują rosyjską ropę za bezcen. Mówi się nawet o 45-procentowej przecenie. – Chiny chcą zwiększyć swoje rezerwy, ale nawet jeśli podwoiłyby import z Rosji, to maksymalnie przyjęłyby połowę tego, co szło do Europy. Poza tym większość surowca musiałaby być dostarczana drogą morską. Wysokie koszty frachtu, lockdowny i mniejsze zużycie, a co za tym idzie ograniczone możliwości magazynowe, a także dyskontowa cena powodują, że nie będzie to wielki interes dla Rosji – ocenia Miniszewski.

Poza tym Państwo Środka dba o dywersyfikację dostaw i pilnuje, aby specjalnie nie narazić się na sankcje wtórne. Coraz bardziej zwiększa dostawy z Arabii Saudyjskiej kosztem Moskwy.

Indie z kolei to trzeci największy importer ropy naftowej na świecie. Jest niemal w całości zależny od zewnętrznych dostawców – sprowadza do kraju aż 85 proc. tego surowca. Jak pisaliśmy w money.pl, korzystna umowa na dostawy z desperacko poszukującej rynku zbytu Rosji jest na rękę Indiom, które sukcesywnie zwiększają import rosyjskiej ropy, mimo że – jak podawał Bloomberg – w 2021 r. zakupiły zaledwie ok. 12 mln baryłek ropy z Rosji.

Tymczasem indyjski "The Economic Times" donosi, że państwowe rafinerie tylko od początku inwazji na Ukrainę kupiły 15 mln baryłek rosyjskiej ropy. Za dostawy płacą w dolarach.

Mimo szumnych zapowiedzi Kremla o przekierowaniu całego wolumenu odrzuconego przez UE surowca na kierunek wschodni, eksperci, z którymi rozmawiał money.pl, wprost mówią, że Rosja nie ma możliwości szybkiego "przełożenia wajchy".

Na przeszkodzie staje bowiem brak rozwiniętej infrastruktury rurociągowej ze złóż zaopatrujących Zachód, jak również możliwości konsumpcji tego surowca przez kraje Azji.

– Chiny i południowo-wschodnia Azja to około 84 mln baryłek i raczej już więcej nie kupią – mówi Przemysław Zaleski. – Moim zdaniem będzie im ciężko zmagazynować tę ropę do Indii, Pakistanu, Wenezueli czy Chin. Te rynki mają też swoją pojemność – podkreśla.

Jednak kluczowym elementem jest czas.

Im późniejsze decyzje o sankcjach, tym Rosja ma więcej czasu na znalezienie rozwiązania impasu – zaznacza Miniszewski.

A Moskwa nie próżnuje. Jak pisaliśmy w money.pl, toczą się rozmowy z kolejnymi krajami, chętnymi na tańszą ropę z Rosji. Zainteresowani ropą i gazem Putina są Talibowie, tankowiec zamówiła ostatnio Sri Lanka, a wiele krajów, także sojuszniczych wobec Zachodu, Putin wciąż ma w portfelu.

money.pl

Czas gra na niekorzyść Ukrainy. Im dalej na zachód od jej granic, tym gorzej. W Niemczech już można zauważyć zmęczenie tematem wojny; to trzeci miesiąc jej trwania. Wiadomości z ukraińskich miast i wsi nieuchronnie zaczynają ustępować miejsca innym newsom, takim które bezpośrednio dotykają niemieckiego obywatela. Choćby inflacja, która w Niemczech jest najwyższa od czterdziestu lat, a ceny będą nadal rosnąć. Odchodzenie od tanich rosyjskich nośników energii kosztuje krocie i już wszyscy wiedzą, że dodatkowo odbije się to na budżetach obywateli, zwłaszcza tych na niższych szczeblach drabiny społecznej.

To jest perspektywa, którą w najbliższym czasie będzie żył statystyczny Schmidt, a z nim media i politycy. Dlatego Lars Klingbeil szef socjaldemokratów po bolesnej przegranej SPD w wyborach lokalnych w Nadrenii Północnej - Westfalii zapowiedział korektę kursu partii. Korektę na niekorzyść Ukrainy. Diagnoza wiodącej w niemieckim rządzie partii jest taka, że SPD „za dużo zajmowała się dostawami  broni, a za mało mówiła o rosnących kosztach życia”. Oznacza to powrót partii do, sprawdzonego w zwycięskiej kampanii wyborczej 2021 r., modus operandi, czyli skupienia na sprawach socjalnych. Komunikacja z wyborcami ma się koncentrować na płacy minimalnej, pakietach osłonowych i zwalczaniu inflacji. Czyli na kwestiach, w których kanclerz Olaf Scholz znacznie lepiej się odnajduje, niż w reagowaniu na największy od dziesięcioleci kryzys w Europie, jakim jest rosyjska wojna.

Zarówno upływający czas, jak i koncentracja opinii publicznej na konsekwencjach kryzysu gospodarczego (popandemicznego, jak i wojennego) sprzyjają polityce Olafa Scholza w wojnie Rosji z Ukrainą. Strategia ta, często kunktatorska, klucząca i niejasna, nie jest bowiem jedynie kwestią błędnej, czy niedostatecznej komunikacji szefa niemieckiego rządu, jak się ją często tłumaczy. To polityka świadoma, oparta na konstatacji, że w końcu nastąpi „zmęczenie materiału”, wojna się opatrzy, kryzys będzie bolesny, a Rosja nadal będzie największym sąsiadem Unii Europejskiej, z którym „trzeba się będzie jakoś ułożyć”.

Celem strategicznym Olafa Scholza jest pokój i stabilizacja w Europie. W ocenie kanclerza – dla przypomnienia, według niemieckiej Ustawy zasadniczej, wyznaczającego kierunki polityki zagranicznej RFN  - aby ten cel  osiągnąć wojna musi się zakończyć jak najszybciej, a Rosja nie może zostać formą jej zakończenia upokorzona. Konsekwencji takiej niemieckiej taktyki jest kilka.

Po pierwsze, Niemcy na czele z kanclerzem są w tej wojnie nadal głównie na misji humanitarnej, stąd i duże sumy wydawane na ten cel, i ciągłe zapowiedzi starań o jak najszybsze zawarcie pokoju lub przynajmniej zawieszenie broni. Chodzi o to, by uniknąć kolejnych ofiar, by nie ginęli ludzie. Pokój jest najważniejszy, choć szef niemieckiego rządu zaznacza, że nikt Ukraińców do jego zawarcia zmuszać nie będzie.

Po drugie, ani ten rząd ani opinia publiczna w Niemczech nie uważają, że konsekwencją wojny ma być takie „osłabienie Rosji by nie mogła więcej robić tego, co robi obecnie na Ukrainie", jak to określili Amerykanie. To dlatego Scholz używa kolejnych semantycznych wybiegów i kluczy znajdując wciąż nowe sformułowania opisu pożądanej formy zakończenia konfliktu  („Ukraina musi przetrwać”, „Putin nie może wygrać” itp.), zamiast jasno ogłosić, że celem Niemiec jest by Ukraina wygrała a Rosja przegrała tę wojnę.

Po trzecie niemieckiemu społeczeństwu przedstawiana jest przez część klasy politycznej i elit fałszywa alternatywa: przegrana Ukrainy albo eskalacja wojny. Jedynie część polityków (najczęściej to przedstawiciele Zielonych, czasem FDP i chadecji) rozumie i komunikuje , że właśnie klęska militarna Ukrainy oznacza eskalację. Nawet jeśli odwleczoną w czasie. Bo Rosja nie odpuści, a jej celem długookresowym jest rewizja architektury bezpieczeństwa w Europie.

I wreszcie po czwarte nieproporcjonalnie dużo uwagi poświęca się w debacie niemieckiej Putinowi i jego percepcji zagrożeń. W przeświadczeniu, że ich rekonstrukcja i ewentualne ustępstwa mogą doprowadzić do deeskalacji. Niemcy wierzą, że stawką jest, w najgorszym scenariuszu, sprowokowanie (sic!) Putina do rozpętania wojny nuklearnej. A co najmniej destabilizacja i rozruchy na terenach byłego Związku Radzieckiego. Ta ostatnia konsekwencja postępowania socjaldemokratów oznacza de facto, że Scholz stosuje strategię samoodstraszania. A tych, którzy strachowi nie ulegają, obraża, postponując  ich zachowanie jako nieodpowiedzialnie i dziecinne („chłopcy i dziewczęta”, tak mówił m.in. o szefach komisji parlamentarnych Bundestagu naciskających na dostawy broni dla Ukrainy i szybsze decyzje). Albo odrzucając i dezawuując ekspertyzy uznanych niemieckich naukowców podważające jego opinię o katastrofalnych skutkach wprowadzenia natychmiastowego embarga na węglowodory z Rosji.

Z definicji celów strategicznych Olafa Scholza wynika bezpośrednio jego decyzja o odwlekaniu i/lub utrudnianiu dostaw broni na Ukrainę. Kierowane przez niego Niemcy nie chcą dostarczać Ukrainie broni w takim zakresie, w jakim mogłyby jako jeden z największych jej producentów i eksporterów. I w jakim powinni, jako moralne (a w rzeczywistości moralizatorskie) mocarstwo, za jakie się mają. Oraz  jako lider Unii Europejskiej broniący jej wartości, o których wciąż piszą i mówią.  Brak woli politycznej do podjęcia takiej decyzji tłumaczony jest uzusem, kulturą polityczną, trudnymi procedurami i formalnościami. Takich problemów nie ma, gdy chodzi o realizację innego aspektu z zapowiedzianej „nowej ery”(Zeitenwende) w niemieckiej polityce; energetycznego zwrotu.

Wicekanclerz z ramienia Zielonych Robert Habeck i jego ludzie wykonują tytaniczną pracę, a państwo niemieckie wydaje nieprawdopodobne pieniądze, by w krótkim czasie wyplątać się z zależności energetycznej od Rosji. W trybie awaryjnym to właśnie państwo (a nie gloryfikowany do tej pory „rynek”) buduje lub wspiera budowę stacjonarnych terminali LNG i sprowadza pływające gazoporty. Zmieniane jest prawo, a Habeck jeździ po całym świecie podpisując kontrakty na dostawy gazu. Niemcy realizują to, co mają wolę przeprowadzić i gdzie zdefiniowali potrzebę naniesienia korekty dotychczasowej polityki.

(...)

Aby jednak doszło do realnej rewizji dotychczasowej niemieckiej polityki, priorytetowe powinno być samorozlicznie się Niemców ze strategicznej ignorancji ich postępowania wobec Rosji. Takie rozliczenie włączające pociągnięcie do odpowiedzialności winnych za błędy polityczne będzie bardzo trudne ponieważ w ich popełnianiu aktywna była prawie cała klasa polityczna a nie tylko SPD, którą obarcza się nimi w największym stopniu. Niemcy musieliby przyznać i uznać, że mylili się fundamentalnie co do kilku kluczowych aspektów swoich polityk; obronnej i bezpieczeństwa, energetycznej, wobec Rosji oraz w ogóle w polityce wschodnioeuropejskiej. To tak trudne, że można założyć, że prawdziwej rozprawy z niemiecką polityką wschodnią, czyli Russlandpolitikbewältigung, czegoś na miarę rozliczenia z historią Niemiec dwudziestego wieku, nie będzie.

Po pierwszym szoku, obudzeniu się w „innych świecie”, jak powiedziała minister Annalena Baerbock i chwilowym pokajaniu się za błędy, Niemcy już próbują przejść do ofensywy w odzyskaniu pola interpretacyjnego. W niemieckim dyskursie pojawia się już narracja, która zacznie z czasem dominować, iż polityka zagraniczna i gospodarcza opierająca się na imporcie tanich surowców z Rosji była w gruncie rzeczy poprawna i miała kluczowe znaczenie dla zdobycia dominującej pozycji gospodarczej Niemiec. Jedynym jej błędem i wypaczeniem, nota bene naprawianym obecnie, była zbytnia ufność wobec Putina i niezabezpieczenie innych źródeł i tras dostaw. W takiej interpretacji decyzja o budowie obu nitek gazociągu Nord Stream okaże się słuszna, jedyne czego zabrakło, to jednoczesna budowa gazoportów do sprowadzania LNG. Ergo, po uspokojeniu sytuacji gazociąg będzie mógł być nadal używany, tym bardziej , że niezależne energetycznie Niemcy będą odporne na rosyjskie szantaże. Podobnie zarzut o nieprzygotowanie państwa na agresywną politykę dyktatur takich jak Rosja i Chiny będzie zbijany argumentem o aktywnym udziale Niemiec w wieloletnich już przygotowaniach do uzyskania przez Unię Europejską „autonomii strategicznej” w celu uczynienia z niej gracza zdolnego do globalnej rywalizacji. Dyskusja będzie przekierowywana z uzależnienia od Rosji i Chin na newralgiczny argument o potrzebie zmian traktatów i np. wprowadzeniu głosowania większościowego w sprawach polityki bezpieczeństwa i zagranicznej. Na koniec rychło pojawią się wywody, że zarzuty USA a zwłaszcza państw wschodniej flanki wobec Niemiec oraz ich polityka wobec Rosji nie były tak przemyślane i rozsądne, jak się to (chwilowo) przedstawia. I będzie można wrócić na bezpieczne, bo znane, stare tory.

rp.pl

1 czerwca Gazprom poinformował, że w okresie styczeń–maj br. eksport gazu do państw tzw. dalekiej zagranicy (Europa bez państw bałtyckich oraz Turcja i Chiny) wyniósł 61 mld m3, co oznacza spadek o 23,2 mld m3, czyli o 27,6% w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym.

Zarazem Gazprom wstrzymał dostawy gazu do kolejnych odbiorców w Unii Europejskiej: 31 maja częściowo do Holandii i 1 czerwca do Danii. Oficjalnym powodem był brak zgody duńskiej spółki Ørsted Salg & Service A/S oraz holenderskiej GasTerra B.V. na regulowanie płatności w rublach za dostawy surowca sprowadzanego z Rosji. W przypadku Holandii wstrzymanie dostaw dotyczy wolumenów rzędu 2 mld m3. Jednocześnie, według doniesień medialnych, na holenderski rynek wciąż trafia rosyjski gaz zakontraktowany przez holenderskie spółki Essent i Eneco oraz niemieckie firmy Uniper i RWE. 1 czerwca Gazprom wstrzymał dostawy dla brytyjskiej spółki Shell Energy Europe Limited (firma związana jest ze stroną rosyjską kontraktem na dostawy do 1,2 mld m3 gazu rocznie do Niemiec).

2 czerwca w ramach wideokonferencji przedstawicieli państw OPEC+ (zrzeszenie obejmujące kartel naftowy OPEC oraz innych ważnych producentów ropy, w tym Rosję) podjęto decyzję o większym, niż pierwotnie zakładano, wzroście wydobycia ropy w lipcu i sierpniu. Zgodnie z uzgodnionym wcześniej harmonogramem produkcja surowca w ramach OPEC+ miała wzrosnąć w miesiącach letnich o 0,432 mln baryłek dziennie. Ostatecznie państwa zrzeszone zdecydowały o wzroście produkcji w lipcu i sierpniu o 0,648 mln baryłek dziennie.

Systematycznie rosną ceny ropy naftowej. 2 czerwca na koniec dnia baryłka Brent w kontraktach terminowych na sierpień kosztowała 117,6 dolara. (...)

Na relatywnie niezmienionym poziomie utrzymują się natomiast ceny gazu ziemnego. 2 czerwca na koniec dnia cena surowca na giełdzie TTF osiągnęła poziom 940 dolarów za 1000 m3.

Komentarz

Wstrzymanie przez Gazprom dostaw gazu do Danii oraz częściowo do Holandii i Niemiec wpisuje się w ciąg podobnych decyzji podjętych wcześniej wobec innych firm z państw UE, odmawiających płatności za dostawy surowca w rublach. 27 kwietnia wstrzymany został eksport gazu do Polski i Bułgarii, a 21 maja do Finlandii. Grupa unijnych krajów, którym Gazprom wstrzymał dostawy surowca, jest jednak relatywnie niewielka (według danych publikowanych przez TASS za 2021 r. wstrzymane dostawy stanowią ok. 9,5% całkowitego eksportu Gazpromu), co wskazuje na to, że zdecydowana większość kontrahentów koncernu porozumiała się ze stroną rosyjską w kwestii mechanizmów rozliczeniowych. Jednocześnie nie jest jasne, ilu z nich zaakceptowało nowe zasady płatności w pełnym kształcie (otwarcie kont walutowych i rublowych w Gazprombanku), a w ilu przypadkach stosowany jest mechanizm kompromisowy (regulowanie płatności poprzez przelewy na walutowe konta w Gazprombanku i dalsza konwersja na ruble realizowana przez stronę rosyjską). Nie można też wykluczyć, że wobec części klientów Rosja mogła zastosować wyłączenie spod nowych zasad rozliczeniowych. Podpisany przez Władimira Putina dekret przewiduje bowiem taką możliwość. Choć z doniesień agencji Interfax wynika, że w najbliższych dniach i tygodniach Gazprom nie planuje wstrzymania eksportu do kolejnych odbiorców rosyjskiego gazu, to nie można wykluczyć, że Moskwa zdecyduje się na taki krok wobec wybranych państw i firm, traktując to jako formę kontrsankcji wobec UE (np. w związku z wejściem w życie szóstego pakietu unijnych restrykcji wobec Rosji).

Opublikowane przez Gazprom dane dotyczące spadku eksportu do państw tzw. dalekiej zagranicy są z jednej strony ilustracją trendu obserwowanego od jesieni ubiegłego roku. Choć rosyjski koncern realizował zobowiązania wynikające z kontraktów długoterminowych, to konsekwentnie rezygnował ze sprzedaży gazu poprzez europejskie giełdy oraz elektroniczną platformę handlową w Petersburgu. Gazprom znacząco ograniczył też dostawy do własnych lub wynajmowanych magazynów gazowych w UE. Z drugiej strony na spadek wolumenów eksportu mają również wpływ decyzje o wstrzymaniu dostaw surowca do Polski i Bułgarii (27 kwietnia br.) oraz Finlandii (21 maja).

Zapowiedź wprowadzenia przez UE embarga na rosyjską ropę wpłynęła na wzrost cen surowca typu Brent w kontraktach terminowych na lipiec i sierpień br. Znalazło to również przełożenie na ceny rosyjskiej ropy marki Urals. Według agencji Argus 25 maja cena baryłki Urals wynosiła w portach w Primorsku, Rotterdamie i Auguście odpowiednio 79 dolarów, 80,9 dolara i 83,8 dolara. Z kolei 31 maja wyniosła odpowiednio 87,7 dolara, 89,7 dolara i 92,6 dolara.

Choć polityczne porozumienie co do szóstego pakietu sankcji wobec Rosji należy uznać za sukces UE, to jego ostateczna ocena będzie możliwa po ujawnieniu wszystkich szczegółów, które będą znane po opublikowaniu przyjętych dokumentów. W szczególności dotyczy to kwestii ewentualnych okresów przejściowych na wdrażanie embarga na import ropy czy produktów naftowych przez poszczególne państwa członkowskie UE. Jednocześnie problemy z finalizacją prac nad szóstym pakietem unijnych sankcji pokazują, że przyjmowanie na forum UE kolejnych restrykcji wobec Rosji będzie coraz trudniejsze. Nierealne wydaje się zwłaszcza osiągnięcie jakiegokolwiek porozumienia co do ewentualnych sankcji na import rosyjskiego gazu.

osw.waw.pl

A Rosja i Chiny? Czy oni już są blokiem, czy jeszcze nie? Powinniśmy zacząć traktować te kraje jako monolit?

Na stosunki Rosji i Chin można patrzeć na dwa sposoby. Powszechnie - i moim zdaniem błędnie - patrzy się na to, jak na relację dwóch państw. I wtedy opisuje się to z punktu widzenia geopolityki, interesów państwowych, a kończy się konstatacją, że prędzej czy później ten sojusz musi się rozpaść, bo interesy Rosji będą sprzeczne z chińskimi, a Putin nie zgodzi się zostać wasalem.

Zgodzi się?

Nie wiem. Może już się zgodził. Na relację Chin i Rosji trzeba spojrzeć nie jak na relację dwóch państw, tylko dwóch autorytarnych elit, które rządzą dwoma zamordystycznymi krajami. Interesy tych elit częściowo pokrywają się z interesami państw, którymi zarządzają, a częściowo nie. I tam, gdzie się nie pokrywają, to zawsze górę weźmie interes elity. Jeśli w ten sposób na to spojrzysz, to zobaczysz ogromną zbieżność między elitą chińską i rosyjską. Elita rosyjska mogłaby się dogadać z Zachodem, ale to by im nie gwarantowało zachowania władzy i wpływów. A Chińczycy zawsze im pomogą zachować władzę, bo nic ich nie będzie obchodzić, co oni wyrabiają na Białorusi, Ukrainie czy na Kaukazie Południowym. Z punktu widzenia autorytarnej elity - podkreślam, że nie chodzi mi o konkretne państwo, tylko właśnie o elitę - samo istnienie Zachodu jest egzystencjalnym zagrożeniem. I dlatego chińska partia komunistyczna razem z elitami kremlowskimi postrzegają Zachód jako wspólnego wroga. Jakkolwiek by się z Zachodu nie wyśmiewali, opowiadali, że jest zramolały i zdychający, to ich społeczeństwa mogą pewnego dnia powiedzieć: ale tam jest inaczej! To nie jest sojusz dwóch państw, tylko dwóch elit mających głębokie poczucie zagrożenia swojej władzy.

Czyli nie ma sensu tego racjonalnie analizować, że Rosji opłaca się to, a Chinom tamto, i że te rzeczy są sprzeczne? Nie o to tu chodzi?

Obydwie elity wiedzą, że utrata władzy będzie im grozić utratą majątków, a może i życia. Nie wyobrażam sobie silniejszego spoiwa. Wszystkie kwestie abstrakcyjnych interesów państwowych są przy tym mniej ważne.

Na razie to Chiny wykorzystują Rosję: zróbcie jakąś zadymę na Ukrainie, żeby odwrócić uwagę Stanów od rywalizacji z nami, im więcej niepokoju na Zachodzie, tym lepiej. Tak to działa?

Na początku tak ten sojusz działał, a dzisiaj to jest bardziej złożone. Poziom koordynacji między Chinami i Rosją jest wysoki, pozostają w ciągłym kontakcie na różnych szczeblach, konsultują się rozmaite sztaby, ministerstwa, nawet departamenty, bo to schodzi coraz niżej w strukturach biurokratycznych. Nie jest tak, że tylko Chiny wykorzystują Rosję, raczej obydwie strony wykorzystują siebie nawzajem i to konsultują.

Ale ogólnie o co chodzi? Żeby Zachód musiał działać na dwa fronty? Martwić się o wschodnią flankę NATO, a jednocześnie o Tajwan i Morze Południowochińskie?

No tak. Rosja i Chiny są zainteresowane, żeby Zachód nie mógł się skoncentrować na jednym problemie.

Po sankcjach za inwazję na Ukrainę w 2014 roku, Chiny rzuciły koło ratunkowe rosyjskiej gospodarce. To była dobra inwestycja, bo potencjalnie rosyjskie zasoby surowcowe są kołem ratunkowym dla Chin na wypadek wojny z USA, nie są oczywiście wystarczające, żeby utrzymywać chińską gospodarkę w dłuższym okresie, ale jako wojenne zaplecze surowcowe mogą spełniać swoje zadanie. Z kolei wypadki na Białorusi pokazały, że Chińczycy bardzo respektują rosyjską strefę wpływów i ostentacyjnie to okazują. Nic ich to nie kosztuje, bo chińskie biznesy na Białorusi w żaden sposób nie są zagrożone, więc mówią Putinowi: "Rób sobie razem z Łukaszenką, co chcesz, poprzemy was w każdy możliwy sposób".

gazeta.pl

Elity ChRL i Rosji uznają aktualnie UE za projekt pogrążony w głębokim kryzysie politycznym i tożsamościowym, niezdolny do prowadzenia samodzielnej aktywności międzynarodowej. U progu XXI wieku w chińskim dyskursie oceniano, że może ona – jako spójny blok – stać się sojusznikiem Pekinu w wielobiegunowym świecie i przeciwwagą dla USA. Diagnozę tę zrewidowano po szeroko komentowanej w krajowej prasie i ośrodkach analitycznych serii kryzysów: finansowym w 2008 r., strefy euro, migracyjnym czy brexicie. Obecny punkt widzenia ChRL skutkuje ewolucją jej polityki względem Unii – staje się ona coraz bardziej asertywna i oparta na argumentach siłowych, a także stara się wyzyskiwać istniejące podziały we wspólnocie.

Jest uderzające, że zmiana postrzegania UE przez Pekin powtarza, z pewnym opóźnieniem, ewolucję optyki Moskwy. Jeszcze na początku XXI wieku Kreml traktował poważnie decyzje Unii (m.in. zapisy Traktatu z Amsterdamu o Europejskiej Polityce Bezpieczeństwa i Obrony; postanowienie Rady Europejskiej z Helsinek z 1999 r.) o stworzeniu instrumentarium wojskowego niezależnego od NATO i Waszyngtonu oraz liczył na strategiczną „emancypację” Europy Zachodniej od Stanów Zjednoczonych. Obecnie w Moskwie dominuje przekonanie, że UE zaprzepaściła szanse na przekształcenie się w aktora zdolnego do włączenia się do rywalizacji między wielkimi mocarstwami w charakterze samodzielnego gracza. W opinii Kremla projekt europejski okres swego największego powodzenia ma już za sobą i przeżywa głęboki, wręcz egzystencjalny kryzys. Nie oznacza to jednak, że Rosja zrezygnuje z dalszej gry ideą „strategicznej autonomii” czy „niezależności” UE w Berlinie czy Paryżu.

Jak wspomniano, dla Pekinu dalsze istnienie Unii jako wspólnego rynku i strefy walutowej, a także jej gospodarcza stabilność mają znaczenie fundamentalne. Jest ona największym rynkiem zbytu dla chińskich towarów (395 mld dolarów) oraz najważniejszym źródłem zaawansowanych technologii. Od 2000 r. ChRL ulokowała tam również ponad 100 mld euro w formie inwestycji bezpośrednich, a w posiadaniu chińskiego banku centralnego znajduje się ok. 600 mld euro obligacji państw członkowskich. Pekin nie podejmuje działań zmierzających wprost do rozbicia UE, lecz nie na rękę mu jej dalsza integracja. Z jego perspektywy podstawowym zagrożeniem ze strony Unii jest wzrost jej politycznej spójności, dający możliwość skoordynowanej odpowiedzi na wyzwania stawiane przez ChRL. Obecnie Chiny, stosujące szeroką paletę narzędzi protekcjonistycznych, korzystają z asymetrycznej otwartości wspólnoty na ich handel i kapitał. Nasilone wyraźnie w 2020 r. debaty w sprawie zwiększenia ochrony unijnego rynku przed nieuczciwymi praktykami biznesowymi rodem z ChRL, a także wdrożenia wspólnych działań politycznych wymierzonych w łamanie przez nią praw człowieka, to dla Pekinu istotne zagrożenia. Rosja również nie jest zainteresowana formalnym rozpadem Unii, a zwłaszcza dezintegracją jednolitej przestrzeni gospodarczej – w końcu UE to nadal największy partner handlowy FR i najistotniejsze źródło inwestycji zagranicznych: jej udział w obrotach handlowych Rosji wyniósł w 2020 r. 38,5% (Chin – 18,3%)157, a w inwestycjach zagranicznych – ok. 50% (w latach 2009–2017). Moskwa chce natomiast, aby jej dostęp do zasobów ekonomicznych Europy nie był ograniczany z przyczyn politycznych (sankcje) czy ideologicznych (prawa człowieka, polityka klimatyczna). W związku z tym dąży do maksymalnego oddzielenia współpracy ekonomicznej od ewentualnych konfliktów politycznych i sporów światopoglądowych.

Raport OSW - Oś Pekin-Moskwa

czwartek, 2 czerwca 2022


Siły ukraińskie utrzymują się w przemysłowych dzielnicach Siewierodoniecka (na południu i zachodzie miasta), jednak 80% jego obszaru kontrolują już wojska rosyjskie, które miały też opanować większą część położonej pomiędzy Popasną a Lisiczańskiem Komyszuwachy. Jednostki agresora powstrzymywane są na południowych obrzeżach Lisiczańska, a także w kilku innych miejscowościach pozostałej pod kontrolą ukraińską części obwodu ługańskiego. W obwodzie donieckim obrońcy odparli natarcie na północno-wschodnich obrzeżach Słowiańska, rozstrzygnięcia nie przyniosły natomiast walki na wschód od Bachmutu. Rosyjska artyleria i lotnictwo kontynuują ataki na pozycje ukraińskie na całej linii styczności wojsk oraz w przygranicznych rejonach obwodu sumskiego. Kolejną dobę ostrzeliwano i bombardowano Charków, Mikołajów i Słowiańsk, a także szereg miejscowości w obwodach charkowskim, mikołajowskim, zaporoskim oraz w południowej części obwodu dniepropetrowskiego (na południe od Krzywego Rogu oraz w pobliżu węzła kolejowego Synelnykowe). Celem ataku rakietowego była infrastruktura kolejowa w rejonie stryjskim na południe od Lwowa. Uzupełnienia w zakresie uzbrojenia i sprzętu wojskowego mają docierać do jednostek rosyjskich rozlokowanych na obszarach graniczących z obwodem sumskim, partię zmodernizowanych w Rosji haubic samobieżnych 2S3M Akacja otrzymała również armia białoruska.

Nowy pakiet amerykańskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy o wartości 700 mln dolarów przewiduje dostarczenie m.in. 4 wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych (MLRS) HIMARS, 4 śmigłowców Mi-17, 1 tys. rakiet przeciwpancernych do przenośnych wyrzutni Javelin i 6 tys. innych pocisków przeciwpancernych. W porozumieniu z Waszyngtonem partię MLRS M270 ma Ukrainie dostarczyć Wielka Brytania. Media podają, że Kijów otrzyma rakiety o zasięgu do 80 km. Przekazanie wyrzutni MARS II o zasięgu 40 km mają rozważać Niemcy. Ukraina i Słowacja podpisały kontrakt na dostawę 8 armatohaubic samobieżnych kalibru 155 mm Zuzana 2. Podczas wizyty premiera Mateusza Morawieckiego w Kijowie uzgodniono dostarczenie blisko 60 armatohaubic samobieżnych 155 mm Krab (wyposażenie trzech dywizjonów).

W Rosji trwa kampania propagandowa mająca ugruntować tezę o konieczności szybkiej aneksji terytoriów ukraińskich. Pochodzący z Krymu senator Rady Federacji FR Siergiej Cekow stwierdził, że referenda w sprawie przyłączenia do Rosji tzw. republik ludowych Donbasu i zajętych obszarów obwodów chersońskiego i zaporoskiego mogą się odbyć w ciągu roku. Według niego wszystkie terytoria kontrolowane przez Rosję mają bardzo duże szanse na ponowne zjednoczenie z nią. Przewodniczący Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej Leonid Słucki ocenił, że przeprowadzenie referendów aneksyjnych będzie możliwe już latem. Według niego o włączeniu „wyzwolonych” terytoriów do Rosji powinna zdecydować miejscowa ludność.

1 czerwca w Kijowie odbyły się polsko-ukraińskie konsultacje międzyrządowe, w których wzięli udział premierzy Mateusz Morawiecki i Denys Szmyhal. W czasie wizyty podpisano szereg dokumentów dwustronnych związanych m.in. z energetyką, ochroną środowiska i wymianą handlową. Obie strony porozumiały się w sprawie intensyfikacji działań na rzecz uproszczenia procedur obowiązujących przy przekraczaniu granicy. W czerwcu ma się rozpocząć pilotażowy program wspólnych odpraw na przejściu Korczowa–Krakowiec.

Minister finansów Serhij Marczenko poinformował, że wpływy z podatków pozwalają na pokrycie jedynie jednej trzeciej wydatków budżetowych. Dochody z ceł po rosyjskiej agresji zmniejszyły się o 73%, zaś z pozostałych podatków – o 25–30%. Marczenko ocenił, że PKB Ukrainy w 2022 r. być może skurczy się o 20%, a nie, jak wcześniej prognozowano, o 30–45%, co jest związane ze stopniowym przywracaniem aktywności biznesowej w kraju. Zaznaczył przy tym, że realny spadek będzie zależał od intensywności i długotrwałości działań wojennych. Narodowy Bank Ukrainy zakomunikował, że w kwietniu przekazy pieniężne od emigrantów zarobkowych zmniejszyły się o 14,7% w stosunku do analogicznego miesiąca ub.r. i wyniosły 1 mld dolarów.

Ukraińskie Stowarzyszenie Ziarna szacuje, że produkcja w 2022 r. może sięgnąć 66,5 mln ton zboża i nasion roślin oleistych, które mają zostać zebrane z 18,8 mln ha. Produkcja pszenicy może wynieść 19,2 mln ton, co będzie wynikiem znacząco niższym niż w ub.r., kiedy zebrano 33 mln ton. Szacunki dotyczące kukurydzy mówią o 26,1 mln ton (w ub.r. – 37,6 mln ton), jęczmienia – 6,6 mln ton (w ub.r. – 10,1 mln ton), a słonecznika – 9 mln ton (w ub.r. – 16,9 mln ton).

Komentarz

•  Ogłoszony przez Waszyngton nowy pakiet pomocy wojskowej jest zdecydowanie uboższy od poprzedniego, obejmującego m.in. dostarczenie 90 armatohaubic M777 i 11 śmigłowców Mi-17. Przełamanie „tabu” w postaci dostaw wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych ma charakter symboliczny (cztery wyrzutnie pozwalają na wyposażenie jednej baterii artylerii rakietowej), a amerykańskie HIMARS-y dotrą na Ukrainę najwcześniej za kilka tygodni. Należy przyjąć, że porównywalna liczebnie będzie w tym zakresie donacja brytyjska (nb. żeby przekazać Ukrainie wyrzutnie M270, Londyn musiał uzyskać zgodę USA). Docierające z Niemiec doniesienia na temat możliwości dostaw wyrzutni MARS II stanowią przejaw polityki informacyjnej mającej sprawić wrażenie zaangażowania RFN we wsparcie wojskowe armii ukraińskiej. Informacja o zamiarze dostarczenia przez Berlin rakietowych systemów przeciwlotniczych IRIS-T (w stanowiącej produkt eksportowy lądowej wersji SLM, której głównym użytkownikiem jest Egipt) nie potwierdziła się. Po wykazaniu zainteresowania nią ze strony mediów okazało się, że przynajmniej w najbliższych miesiącach Niemcy nie będą dysponowały systemami, które mogłyby przekazać.

•  Na podstawowego obok Stanów Zjednoczonych dostawcę uzbrojenia dla armii ukraińskiej wyrasta Polska. Szacowany na 700 mln dolarów (analogicznie do najnowszego pakietu pomocy amerykańskiej) kontrakt na dostawę armatohaubic Krab jest największym, jaki kiedykolwiek zawarła Ukraina w zakresie zakupu nowoczesnego uzbrojenia zachodniego. Pierwsze Kraby mają być przekazane już w najbliższych miesiącach, tymczasem obecne moce produkcyjne Huty Stalowa Wola umożliwiają budowę nie więcej niż 30 egzemplarzy rocznie. W celu przyspieszenia produkcji do Krabów mogą zostać wykorzystane koreańskie podwozia K9 koncernu Samsung. Należy podkreślić, że z zasobów polskiego wojska pochodzi zdecydowana większość przekazanych dotychczas armii ukraińskiej czołgów, także znacząca część bojowych wozów piechoty, artylerii samobieżnej kalibru 122 mm oraz uzbrojenia i części zamiennych do samolotów bojowych.

•  Przedstawiciele rosyjskich władz coraz mocniej angażują się w propagowanie koncepcji przyspieszonej integracji zajętych terytoriów Ukrainy. Potwierdza to tezę, że w maju na Kremlu zapadła decyzja o konieczności powiększenia obszaru Rosji. Pozwoli to na ogłoszenie zakończenia kolejnego, zwycięskiego etapu scalania ziem rosyjskich. Niejasna jest jeszcze przyszłość okupowanych przez Rosjan obszarów obwodu charkowskiego. Wypowiedź przedstawiciela Rady Federacji Leonida Słuckiego, który stwierdził, że trzeba zastanowić się nad losem mieszkańców Iziumu, może oznaczać, że rozważa się wcielenie do Rosji również niewielkiej części Charkowszczyzny, po uprzednim włączeniu jej do tzw. Donieckiej Republiki Ludowej.

•  Choć szacunki dotyczące tegorocznych zbiorów są znacząco niższe niż ubiegłoroczne, kiedy zebrano 86 mln ton zbóż i 22,8 mln ton roślin oleistych, to i tak wielokrotnie przewyższają potrzeby konsumpcyjne na Ukrainie. Przed wojną około trzech czwartych zbiorów zbóż przeznaczano na eksport, obecnie znacząco utrudniony z powodu blokady portów czarnomorskich. W rezultacie w marcu sprzedaż zbóż za granicę zmniejszyła się w porównaniu ze styczniem o 75%, a olejów roślinnych – o 77%. Jeśli nie zostaną szybko znalezione alternatywne trasy dostaw ukraińskiej produkcji rolnej, może dojść do znaczącego zmniejszenia areału zasiewów jesienią – powodem będzie brak środków na ich przeprowadzenie u farmerów i w przedsiębiorstwach rolnych. To z kolei może doprowadzić do pogłębienia się kryzysu żywnościowego na świecie.

osw.waw.pl

Victor Terradellas, bliski przyjaciel lidera secesjonistów Carlesa Puigdemonta odpowiedzialny za kontakty międzynarodowe w rządzie autonomicznym prowincji, wszystko bierze na siebie. W zeznaniach złożonych przed sędzią w Madrycie oświadczył, że to on zorganizował spotkanie 26 października 2017 r. między przywódcą katalońskich nacjonalistów a Nikołajem Sadownikowem, szarą eminencją rosyjskiej dyplomacji.

Jak jednak dowodzą ustalenia międzynarodowego konsorcjum dziennikarzy pracujących dla Bellingcat, barcelońskiego dziennika „El Periodico”, włoskiego pisma „Il Fatto Quotidiano” i włoskiego portalu IRPI oraz specjalizującego się w wykrywaniu afer korupcyjnych stowarzyszenia OCCRP, rosyjską ofertę Puigdemont traktował bardzo poważnie. Tego, którego Terradellas w esemesach do swojego szefa nazywał „wysłannikiem Putina”, przyjął dzień przed ogłoszeniem przez kataloński parlament niepodległości. To był moment maksymalnej presji na Puigdemonta, któremu od zorganizowania 1 października nielegalnego referendum niepodległościowego w każdej chwili groziło zatrzymanie przez hiszpańskie władze (wkrótce potem zbiegł do Belgii).

Do rozmów doszło w siedzibie katalońskiego rządu regionalnego, gotyckiej Casa del Canonges. Relacje świadków spotkania, a także dane z telefonu komórkowego Terradellasa pokazują, że w jego trakcie Sadownikow złożył Katalończykom niezwykłą wprost ofertę. Rosja nie tylko była gotowa wysłać do obrony nowego państwa 10 tys. swoich żołnierzy (z hiszpańskiego MON dochodziły wtedy sygnały o możliwej interwencji wojskowej w Barcelonie), ale także przekazać niewiarygodną sumę 500 mld dol., a więc więcej, niż wynosił ówczesny budżet państwa rosyjskiego. Ukoronowaniem tej współpracy miałoby być spotkanie Puigdemonta z Putinem, osobiste lub przynajmniej zdalne.

Terradellas twierdzi, że Puigdemont był ofertą „oszołomiony”. I jej nie przyjął. Czy tak było w rzeczywistości, nie wiadomo: Sadownikow, do którego dotarli dziennikarze konsorcjum, udaje bowiem Greka. Twierdzi, że na spotkanie został zaciągnięty przez „przyjaciela”, niczego nie rozumiał, bo nie zna hiszpańskiego, i tylko czekał, kiedy mógł z niego wyjść, aby wykąpać się w morzu. Dowodzi też, że z powodu ciężko przebytego covidu „narodził się na nowo” i nie jest nawet w stanie rozpoznać na zdjęciu Puigdemonta.

Zapisy telefonu komórkowego Terradellasa pokazują jednak, że lider katalońskich secesjonistów polecił „utrzymać kontakt” z Sadownikowem. Taki sojusz z ponurą kremlowską dyktaturą pozostaje w sprzeczności z lansowanym wówczas przez Puigdemonta wizerunkiem walczącego o demokrację i prawa człowieka ruchu, który jest prześladowany przez „dyktatorów z Madrytu”.

Kontakty Terradellasa z Sadownikowem trwały zresztą jeszcze długie miesiące 2018 r., kiedy hiszpańskie władze przejęły bezpośrednią kontrolę nad prowincją, a działacze niepodległościowi albo rozpierzchli się za granicą, albo zostali skazani na wieloletnie więzienie przez hiszpański wymiar sprawiedliwości.

„Wszystko to oznaczało próbę ingerencji planowanej przez reżim otwarcie zainteresowany destabilizacją UE w przeddzień jednostronnej deklaracji niepodległości przez region europejski” – wskazuje w komentarzu redakcyjnym największy dziennik kraju „El Pais”, domagając się rozliczenia się przez ekipę Puigdemonta ze współpracy ze służbami specjalnymi Putina.

Faktycznie, Sadownikow przez wiele lat był uważany za „człowieka Putina”, odpowiedzialnego w rosyjskim MSZ za prowadzenie „równoległej dyplomacji”. Rosyjski przywódca, z którym miał bezpośredni kontakt, powierzał mu wiele delikatnych misji, m.in. w Syrii i Iranie. Zdarzało się, że towarzyszył on wyjazdom ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, tak jakby prezydent nie ufał do końca szefowi dyplomacji i wolał mieć niezależne źródło informacji. Sadownikow jest też właścicielem pięciu spółek, których siedziby znajdują się przy placu Czerwonym w Moskwie – jeszcze jeden sygnał mocnej pozycji 64-latka na Kremlu.

Pośrednikiem w kontaktach Terradellasa z Sadownikowem był Jordi Sarda, tłumacz, który uczestniczył w spotkaniu 26 października. W 2018 r. przedstawił on nawet katalońskiemu politykowi depozyt szwajcarskiego banku na 500 mld dol., który – jak ustalili dziennikarze konsorcjum – okazał się fałszerstwem. Celem działania Kremla było jednak wówczas nie tylko rozbicie jednego z sześciu dużych krajów Unii (Wielka Brytania pozostawała jej częścią). Sadownikow zażądał także w zamian za wsparcie Rosji przyjęcia przez kataloński parlament liberalnych regulacji dotyczących kryptowalut. Nowe państwo miało się przekształcić w drugą Szwajcarię, tylko w świecie finansów wirtualnych. Zdaniem Christophera Nehringa, specjalisty od działań wywiadu na Uniwersytecie w Poczdamie, to sygnał bliskiego powiązania w katalońskiej inicjatywie rosyjskich służb specjalnych i rosyjskiej mafii.

Na Kremlu najwyraźniej uznano jednak, że idea niepodległej Katalonii dobrze nie rokuje. Rosja nie uznała deklaracji niepodległości nowego kraju, podobnie jak nie zrobiło tego żadne inne państwo świata. A pomoc finansowa Moskwy dla działaczy z Barcelony ostatecznie zamknęła się kwotą 10 tysięcy dolarów – taki był w chwili darowizny kurs jednego bitcoina, jaki przekazano Katalończykom.

W kluczowym okresie katalońskiego ruchu niepodległościowego Polska zajęła pryncypialną pozycję, wykazując pełną lojalność wobec władz w Madrycie. Uciekając w marcu 2018 r. z konferencji w Helsinkach przed listem gończym, Puigdemont wybrał więc drogę nie przez państwa bałtyckie i nasz kraj, ale Niemcy. Te odmówiły wydania zdrajcy hiszpańskim władzom, stawiając pod wielkim znakiem zapytania podstawową lojalność między krajami UE.

Nie inaczej do dziś postępuje Belgia, na terenie której (w Waterloo) mieszka dawny premier katalońskich władz regionalnych. Z secesjonistami w szczególności sympatyzują flamandzcy nacjonaliści, którzy sami chętnie doprowadziliby do rozpadu belgijskiego królestwa.

rp.pl

Od pewnego czasu wiemy, że ciało migdałowate jest aranżerem emocji oraz komunikuje się z podwzgórzem, rejonem, który sprawuje kontrolę nad zachowaniami instynktownymi, takimi jak opieka rodzicielska, karmienie, spółkowanie, strach, walka (...). Anderson wykrył w podwzgórzu jądro (skupisko neuronów), które zawiera dwie osobne populacje neuronów: jedna reguluje agresję, a druga seks i spółkowanie. Około 20 procent neuronów umiejscowionych na pograniczu tych populacji może uaktywniać się albo w trakcie spółkowania, albo w trakcie agresji. Sugeruje to, że obwody nerwowe kierujące tymi dwoma zachowaniami są ściśle powiązane. 

Jak dwa wzajemnie wykluczające się zachowania – spółkowanie i walka – mogą być zależne od tej samej populacji komórek nerwowych? Anderson odkrył, że różnica zasadza się na natężeniu bodźca trafiającego do tych neuronów. Słabe pobudzenie czuciowe, takie jak gra wstępna, aktywuje spółkowanie, podczas gdy silniejsza stymulacja, na przykład zagrożenie, aktywuje walkę.

Bliskość obszarów związanych z seksualnością i agresją oraz ich strefa wspólna pomagają zrozumieć, dlaczego te dwa instynktowne popędy mogą się łatwo zlać w jeden, jak dzieje się na przykład w furii seksualnej – dodatkowej przyjemności, jaką niektóre pary czerpią z doświadczeń seksualnych tuż po kłótni.

Eric R. Kandell - Zaburzony umysł

Pisaliśmy o tym wielokrotnie. Pandemia obnażyła dramatyczny stan ochrony zdrowia w Polsce. Mamy bardzo mało lekarzy i pielęgniarek na 1000 mieszkańców na tle innych krajów UE, ratownicy medyczni są fatalnie opłacani i nierzadko nie pracują na normalnych etatach tylko na śmieciówkach. Ale do czasów pandemii te zdania o "fatalnej służbie zdrowia" wydawały się utartą, powtarzaną od lat mantrą. Koronawirus dostarczył nam bardzo twardych dowodów na to, że jest gorzej, niż myśleliśmy.

Wskaźnik nadmiarowych zgonów jest bardzo prosty i nie da się go łatwo zmanipulować. Nie zależy od liczby wykonanych testów, nie liczy się przyczyna zgonu. Liczy się tylko to, że ktoś umarł. Liczbę zgonów w skali roku się sumuje i porównuje z wcześniejszymi latami.

W 2021 r. w Polsce zmarło najwięcej osób od czasów II wojny światowej – ponad 506 tys. To o 40 tys. więcej niż w równie tragicznym roku 2020, gdy odeszło ponad 477 tys. Polaków (68 tys. więcej niż w 2019 r.). – W większości są to zgony na COVID-19 zdiagnozowane i niezdiagnozowane. Ludzie umierali w domu, nie otrzymawszy pomocy, a zanim umarli, nie byli przetestowani i widnieją w statystyce z przyczynami zgonu: niewydolność oddechowa lub zapalenie płuc. Drugą grupą osób są takie, które umarły na inne schorzenia z powodu przeciążenia ochrony zdrowia – tłumaczył w rozmowie z Medonetem psychoterapeuta Maciej Roszkowski.

Ale te liczby i tak nie oddają wszystkiego. Dramat widać dopiero wtedy, gdy porównamy się z innymi krajami.

Otóż spośród krajów ocenianych jako bogate (tak, w skali świata jesteśmy już dość bogatym krajem i zaliczamy się do grupy państw wysoko rozwiniętych), tylko Rumunia ma gorszy wskaźnik nadmiarowych zgonów od nas (20 proc.). Bardzo źle wypadają pod tym względem bardzo różne kraje: od Chile (17 proc.), przez Czechy (16 proc.), po USA (15 proc.). Inne duże kraje Europy (Hiszpania, Włochy, Niemcy, Wielka Brytania) osiągnęły wskaźniki w okolicach 11-12 proc., a Francja jedynie 7 proc.

Bardzo ciekawym przypadkiem jest Szwecja, eksperymentująca w czasie pandemii z bardzo luźnymi restrykcjami. Zanotowała 8 proc. więcej nadmiarowych zgonów. Na tle większości świata to dobry wynik. Ale już na tle sąsiednich krajów skandynawskich kiepski, bo Dania i Finlandia mają te wskaźniki w okolicach 2-3 proc., a w Norwegii pandemia w ogóle nie przełożyła się na większą liczbę nadmiarowych zgonów.

Kraje z grupy o średnich dochodach na mieszkańca osiągnęły jeszcze bardziej przerażające wyniki. W Peru umierało w latach pandemii dwukrotnie więcej ludzi niż wcześniej (97 proc.). To zdecydowanie najgorszy wynik w całym zestawieniu, jeszcze tylko Ekwador ma wskaźnik nadmiarowych zgonów powyżej 50 proc. (zresztą bardzo nieznacznie, 51 proc.). Z krajów Europy najgorzej wypadają Rosja i Turcja (31 i 30 proc.).

W krajach najbiedniejszych wyniki nie były gorsze niż u średniaków. Iran, Indonezja, Indie, czy Egipt nie przekroczyły bariery 30 proc. Ukraina poradziła sobie lepiej niż Polska (17 proc.), jeszcze lepiej Tunezja (16 proc.) czy Filipiny (12 proc.).

Średnia dla świata to 13 proc., ale ze względu na nie do końca wiarygodne dane z najsłabiej rozwiniętych krajów nie jest to precyzyjny wskaźnik.

onet.pl

W prasie ekonomicznej jest jednak pełno informacji o tym, że w różnych branżach popyt przewyższa obecnie podaż – czyli ludzie chcą kupować, tylko nie ma komu produkować. Jak to rozumieć? 

Ożywienie gospodarcze na świecie jest dużo szybsze od oczekiwań. Ten fakt wynika między innymi ze stymulacji fiskalnej. W USA czują napływ popytu i to od dawna. Tak samo jest w Chinach, czyli drugiej największej gospodarce świata. Jednocześnie pandemia spowodowała, że na pewnych rynkach pojawiły się niedobory, ponieważ nie były one przygotowane na tak gigantyczne wahania – najpierw załamanie gospodarcze, a potem szybkie ożywienie.

Rynki na świecie funkcjonują w oparciu o łańcuchy dostaw działające jak szwajcarski zegarek. Wszystko przyjeżdża co do godziny z fabryki, która jest daleko – na przykład w Chinach czy w Polsce – według dokładnego planu godzinowego, z dokładnym planem dotyczącym przetworzenia i wysłania do kolejnego odbiorcy. Ten system ma swoją angielską nazwę just in time – wszystko jest na czas. Nagle ten napięty łańcuszek zaczyna się zrywać. I jest na przykład problem z kontenerami, polegający na tym, że one zbyt wolno wracały do portów wyjściowych, ponieważ w wielu miejscach na świecie trwały lockdowny… Uważam natomiast, że to jest zjawisko przejściowe. To nie jest tak, że mamy ogółem za dużo popytu w gospodarce. Teraz system gospodarczy ma po prostu problemy z dostosowaniem się do sytuacji, ale to będzie trwało kilka kwartałów.

Czyli z czasem wszyscy i tak sprzedadzą to, co mieli sprzedać? Jaka jest w takim razie rola pakietów stymulacyjnych?

Odróżnijmy dwie sprawy. Przede wszystkim, bez stymulacji fiskalnej w czasie kryzysu, która trwa już od dłuższego czasu, w ogóle nie byłoby tego ożywienia, które obserwujemy. W USA wpompowano w gospodarkę bardzo dużo pieniędzy, a teraz jeszcze dosypują do pieca. W Chinach podobnie było w zeszłym roku – bardzo mocno zwiększono inwestycje infrastrukturalnie. W Europie może w mniejszym stopniu wspierano popyt, ale było bardzo dużo pomocy płynnościowej – czyli firmy dostały gotówkę. To dla ludzi nie jest intuicyjne, ale w konsekwencji zasoby gotówkowe polskich firm i gospodarstw domowych są dużo wyższe niż były przed kryzysem! A jednocześnie jest prawdą, że wiele firm straciło na tym kryzysie, a wiele osób straciło życie.

I teraz drugie pytanie, które jest zasadne: patrząc w przyszłość, czy przypadkiem nie dosypujemy za dużo do tego pieca? To pytanie dotyczy w szczególności USA, gdzie stymulacja jest naprawdę duża, dwukrotnie większa niż w Europie.

I jak jest?

Powiem tak: odpowiedź na ten kryzys wynika z porażki odpowiedzi na kryzys finansowy z 2008 roku. Jeżeli wyobrazimy sobie wzrost gospodarczy jako ścieżkę, która idzie pod górę, to generalnie doświadczenie pokazuje, że zdolności wytwórcze w krajach rozwiniętych zwiększają się średnio o jakieś 2 procent rocznie. Jak przychodzi kryzys, to zaczynamy od tej ścieżki odchodzić. I po kryzysie finansowym trajektoria dochodu spadła poniżej tej ścieżki potencjalnej. Realny dochód już nie wrócił na tamtą ścieżkę, ponieważ po kryzysie finansowym panowało przekonanie, że trzeba jak najszybciej ograniczyć długi – czyli rządy powinny szybko redukować deficyty. To sprawiło, że popyt był trwale niski. Koniec końców, przyczyniło się to do wstrząsów politycznych na świecie, takich jak brexit czy Trump, a także przemiany polityczne w Polsce. Wszystko to było w pewnej mierze funkcją oszczędności fiskalnych dokonywanych po 2010 roku.

A teraz, inaczej niż wtedy, ludzie zarządzający gospodarką doszli do przekonania, że trzeba zrobić odwrotnie, czyli dosypywać do pieca, aż do momentu kiedy gospodarka wróci na swoją potencjalną ścieżkę rozwoju. Bo jak nie wróci, to będziemy mieli kolejne rewolucje polityczne, a także rozpad międzynarodowych więzi handlowych. I mamy ogromną mobilizację, żeby przywrócić gospodarkę na przedkryzysową ścieżkę wzrostu.

(...)

Opozycja w Polsce ostrzega od pewnego czasu przed rosnącą inflacją. Wspomniałeś wcześniej o tym, że wzrost inflacji to cena za ożywienie gospodarcze. Jakie będzie to miało konsekwencje? Czy mamy się czego obawiać?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy najpierw zastanowić się, z czego bierze się obecny wzrost inflacji. W czasie kryzysu w praktycznie wszystkich krajach rozwiniętych podjęto decyzję, że za wszelką cenę należy bronić zatrudnienia i firm. W związku z tym doszło do spadku aktywności gospodarczej, była mniejsza ilość wytwarzanych dóbr i usług, a jednocześnie mocno wzrosły dochody ludności. W konsekwencji zwiększyła się stopa oszczędności, czyli część naszych dochodów, których nie przeznaczamy na bieżącą konsumpcję. Szacowałbym, że polskie gospodarstwa domowe mają około 140 miliardów złotych więcej płynnych aktywów finansowych, niż miałyby, gdyby nie kryzys. To tworzy bardzo duży potencjał popytowy w momencie wychodzenia z kryzysu. W tym momencie przyspieszenie popytu może być znacznie większe niż możliwości podażowe gospodarki – a to powoduje, że inflacja wzrośnie i już rośnie.

W pewnym sensie jest to cena, którą płacimy za to, że ludzie nie stracili pracy. Szacowałbym, że w Polsce pracę z tytułu pandemii straciło około 100 tysięcy osób, czyli relatywnie niedużo. Myślę, że bez działań pomocowych pracę straciłoby ponad 1 milion osób, co oznaczałoby w wielu przypadkach złamane kariery i złamane życie, dla wielu przedsiębiorców utratę majątku, a dla wielu młodych osób utratę potencjału dochodowego. Koszty społeczne byłyby ogromne. Jeżeli ktoś chce mi powiedzieć, że wzrost inflacji z 2,5 procent do 4,5 procent to jest straszna rzecz w porównaniu z tym scenariuszem alternatywnym, to przykro mi, ale nie dam się do czegoś takiego przekonać.

kulturaliberalna.pl