czwartek, 2 czerwca 2022


Victor Terradellas, bliski przyjaciel lidera secesjonistów Carlesa Puigdemonta odpowiedzialny za kontakty międzynarodowe w rządzie autonomicznym prowincji, wszystko bierze na siebie. W zeznaniach złożonych przed sędzią w Madrycie oświadczył, że to on zorganizował spotkanie 26 października 2017 r. między przywódcą katalońskich nacjonalistów a Nikołajem Sadownikowem, szarą eminencją rosyjskiej dyplomacji.

Jak jednak dowodzą ustalenia międzynarodowego konsorcjum dziennikarzy pracujących dla Bellingcat, barcelońskiego dziennika „El Periodico”, włoskiego pisma „Il Fatto Quotidiano” i włoskiego portalu IRPI oraz specjalizującego się w wykrywaniu afer korupcyjnych stowarzyszenia OCCRP, rosyjską ofertę Puigdemont traktował bardzo poważnie. Tego, którego Terradellas w esemesach do swojego szefa nazywał „wysłannikiem Putina”, przyjął dzień przed ogłoszeniem przez kataloński parlament niepodległości. To był moment maksymalnej presji na Puigdemonta, któremu od zorganizowania 1 października nielegalnego referendum niepodległościowego w każdej chwili groziło zatrzymanie przez hiszpańskie władze (wkrótce potem zbiegł do Belgii).

Do rozmów doszło w siedzibie katalońskiego rządu regionalnego, gotyckiej Casa del Canonges. Relacje świadków spotkania, a także dane z telefonu komórkowego Terradellasa pokazują, że w jego trakcie Sadownikow złożył Katalończykom niezwykłą wprost ofertę. Rosja nie tylko była gotowa wysłać do obrony nowego państwa 10 tys. swoich żołnierzy (z hiszpańskiego MON dochodziły wtedy sygnały o możliwej interwencji wojskowej w Barcelonie), ale także przekazać niewiarygodną sumę 500 mld dol., a więc więcej, niż wynosił ówczesny budżet państwa rosyjskiego. Ukoronowaniem tej współpracy miałoby być spotkanie Puigdemonta z Putinem, osobiste lub przynajmniej zdalne.

Terradellas twierdzi, że Puigdemont był ofertą „oszołomiony”. I jej nie przyjął. Czy tak było w rzeczywistości, nie wiadomo: Sadownikow, do którego dotarli dziennikarze konsorcjum, udaje bowiem Greka. Twierdzi, że na spotkanie został zaciągnięty przez „przyjaciela”, niczego nie rozumiał, bo nie zna hiszpańskiego, i tylko czekał, kiedy mógł z niego wyjść, aby wykąpać się w morzu. Dowodzi też, że z powodu ciężko przebytego covidu „narodził się na nowo” i nie jest nawet w stanie rozpoznać na zdjęciu Puigdemonta.

Zapisy telefonu komórkowego Terradellasa pokazują jednak, że lider katalońskich secesjonistów polecił „utrzymać kontakt” z Sadownikowem. Taki sojusz z ponurą kremlowską dyktaturą pozostaje w sprzeczności z lansowanym wówczas przez Puigdemonta wizerunkiem walczącego o demokrację i prawa człowieka ruchu, który jest prześladowany przez „dyktatorów z Madrytu”.

Kontakty Terradellasa z Sadownikowem trwały zresztą jeszcze długie miesiące 2018 r., kiedy hiszpańskie władze przejęły bezpośrednią kontrolę nad prowincją, a działacze niepodległościowi albo rozpierzchli się za granicą, albo zostali skazani na wieloletnie więzienie przez hiszpański wymiar sprawiedliwości.

„Wszystko to oznaczało próbę ingerencji planowanej przez reżim otwarcie zainteresowany destabilizacją UE w przeddzień jednostronnej deklaracji niepodległości przez region europejski” – wskazuje w komentarzu redakcyjnym największy dziennik kraju „El Pais”, domagając się rozliczenia się przez ekipę Puigdemonta ze współpracy ze służbami specjalnymi Putina.

Faktycznie, Sadownikow przez wiele lat był uważany za „człowieka Putina”, odpowiedzialnego w rosyjskim MSZ za prowadzenie „równoległej dyplomacji”. Rosyjski przywódca, z którym miał bezpośredni kontakt, powierzał mu wiele delikatnych misji, m.in. w Syrii i Iranie. Zdarzało się, że towarzyszył on wyjazdom ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, tak jakby prezydent nie ufał do końca szefowi dyplomacji i wolał mieć niezależne źródło informacji. Sadownikow jest też właścicielem pięciu spółek, których siedziby znajdują się przy placu Czerwonym w Moskwie – jeszcze jeden sygnał mocnej pozycji 64-latka na Kremlu.

Pośrednikiem w kontaktach Terradellasa z Sadownikowem był Jordi Sarda, tłumacz, który uczestniczył w spotkaniu 26 października. W 2018 r. przedstawił on nawet katalońskiemu politykowi depozyt szwajcarskiego banku na 500 mld dol., który – jak ustalili dziennikarze konsorcjum – okazał się fałszerstwem. Celem działania Kremla było jednak wówczas nie tylko rozbicie jednego z sześciu dużych krajów Unii (Wielka Brytania pozostawała jej częścią). Sadownikow zażądał także w zamian za wsparcie Rosji przyjęcia przez kataloński parlament liberalnych regulacji dotyczących kryptowalut. Nowe państwo miało się przekształcić w drugą Szwajcarię, tylko w świecie finansów wirtualnych. Zdaniem Christophera Nehringa, specjalisty od działań wywiadu na Uniwersytecie w Poczdamie, to sygnał bliskiego powiązania w katalońskiej inicjatywie rosyjskich służb specjalnych i rosyjskiej mafii.

Na Kremlu najwyraźniej uznano jednak, że idea niepodległej Katalonii dobrze nie rokuje. Rosja nie uznała deklaracji niepodległości nowego kraju, podobnie jak nie zrobiło tego żadne inne państwo świata. A pomoc finansowa Moskwy dla działaczy z Barcelony ostatecznie zamknęła się kwotą 10 tysięcy dolarów – taki był w chwili darowizny kurs jednego bitcoina, jaki przekazano Katalończykom.

W kluczowym okresie katalońskiego ruchu niepodległościowego Polska zajęła pryncypialną pozycję, wykazując pełną lojalność wobec władz w Madrycie. Uciekając w marcu 2018 r. z konferencji w Helsinkach przed listem gończym, Puigdemont wybrał więc drogę nie przez państwa bałtyckie i nasz kraj, ale Niemcy. Te odmówiły wydania zdrajcy hiszpańskim władzom, stawiając pod wielkim znakiem zapytania podstawową lojalność między krajami UE.

Nie inaczej do dziś postępuje Belgia, na terenie której (w Waterloo) mieszka dawny premier katalońskich władz regionalnych. Z secesjonistami w szczególności sympatyzują flamandzcy nacjonaliści, którzy sami chętnie doprowadziliby do rozpadu belgijskiego królestwa.

rp.pl

Od pewnego czasu wiemy, że ciało migdałowate jest aranżerem emocji oraz komunikuje się z podwzgórzem, rejonem, który sprawuje kontrolę nad zachowaniami instynktownymi, takimi jak opieka rodzicielska, karmienie, spółkowanie, strach, walka (...). Anderson wykrył w podwzgórzu jądro (skupisko neuronów), które zawiera dwie osobne populacje neuronów: jedna reguluje agresję, a druga seks i spółkowanie. Około 20 procent neuronów umiejscowionych na pograniczu tych populacji może uaktywniać się albo w trakcie spółkowania, albo w trakcie agresji. Sugeruje to, że obwody nerwowe kierujące tymi dwoma zachowaniami są ściśle powiązane. 

Jak dwa wzajemnie wykluczające się zachowania – spółkowanie i walka – mogą być zależne od tej samej populacji komórek nerwowych? Anderson odkrył, że różnica zasadza się na natężeniu bodźca trafiającego do tych neuronów. Słabe pobudzenie czuciowe, takie jak gra wstępna, aktywuje spółkowanie, podczas gdy silniejsza stymulacja, na przykład zagrożenie, aktywuje walkę.

Bliskość obszarów związanych z seksualnością i agresją oraz ich strefa wspólna pomagają zrozumieć, dlaczego te dwa instynktowne popędy mogą się łatwo zlać w jeden, jak dzieje się na przykład w furii seksualnej – dodatkowej przyjemności, jaką niektóre pary czerpią z doświadczeń seksualnych tuż po kłótni.

Eric R. Kandell - Zaburzony umysł

Pisaliśmy o tym wielokrotnie. Pandemia obnażyła dramatyczny stan ochrony zdrowia w Polsce. Mamy bardzo mało lekarzy i pielęgniarek na 1000 mieszkańców na tle innych krajów UE, ratownicy medyczni są fatalnie opłacani i nierzadko nie pracują na normalnych etatach tylko na śmieciówkach. Ale do czasów pandemii te zdania o "fatalnej służbie zdrowia" wydawały się utartą, powtarzaną od lat mantrą. Koronawirus dostarczył nam bardzo twardych dowodów na to, że jest gorzej, niż myśleliśmy.

Wskaźnik nadmiarowych zgonów jest bardzo prosty i nie da się go łatwo zmanipulować. Nie zależy od liczby wykonanych testów, nie liczy się przyczyna zgonu. Liczy się tylko to, że ktoś umarł. Liczbę zgonów w skali roku się sumuje i porównuje z wcześniejszymi latami.

W 2021 r. w Polsce zmarło najwięcej osób od czasów II wojny światowej – ponad 506 tys. To o 40 tys. więcej niż w równie tragicznym roku 2020, gdy odeszło ponad 477 tys. Polaków (68 tys. więcej niż w 2019 r.). – W większości są to zgony na COVID-19 zdiagnozowane i niezdiagnozowane. Ludzie umierali w domu, nie otrzymawszy pomocy, a zanim umarli, nie byli przetestowani i widnieją w statystyce z przyczynami zgonu: niewydolność oddechowa lub zapalenie płuc. Drugą grupą osób są takie, które umarły na inne schorzenia z powodu przeciążenia ochrony zdrowia – tłumaczył w rozmowie z Medonetem psychoterapeuta Maciej Roszkowski.

Ale te liczby i tak nie oddają wszystkiego. Dramat widać dopiero wtedy, gdy porównamy się z innymi krajami.

Otóż spośród krajów ocenianych jako bogate (tak, w skali świata jesteśmy już dość bogatym krajem i zaliczamy się do grupy państw wysoko rozwiniętych), tylko Rumunia ma gorszy wskaźnik nadmiarowych zgonów od nas (20 proc.). Bardzo źle wypadają pod tym względem bardzo różne kraje: od Chile (17 proc.), przez Czechy (16 proc.), po USA (15 proc.). Inne duże kraje Europy (Hiszpania, Włochy, Niemcy, Wielka Brytania) osiągnęły wskaźniki w okolicach 11-12 proc., a Francja jedynie 7 proc.

Bardzo ciekawym przypadkiem jest Szwecja, eksperymentująca w czasie pandemii z bardzo luźnymi restrykcjami. Zanotowała 8 proc. więcej nadmiarowych zgonów. Na tle większości świata to dobry wynik. Ale już na tle sąsiednich krajów skandynawskich kiepski, bo Dania i Finlandia mają te wskaźniki w okolicach 2-3 proc., a w Norwegii pandemia w ogóle nie przełożyła się na większą liczbę nadmiarowych zgonów.

Kraje z grupy o średnich dochodach na mieszkańca osiągnęły jeszcze bardziej przerażające wyniki. W Peru umierało w latach pandemii dwukrotnie więcej ludzi niż wcześniej (97 proc.). To zdecydowanie najgorszy wynik w całym zestawieniu, jeszcze tylko Ekwador ma wskaźnik nadmiarowych zgonów powyżej 50 proc. (zresztą bardzo nieznacznie, 51 proc.). Z krajów Europy najgorzej wypadają Rosja i Turcja (31 i 30 proc.).

W krajach najbiedniejszych wyniki nie były gorsze niż u średniaków. Iran, Indonezja, Indie, czy Egipt nie przekroczyły bariery 30 proc. Ukraina poradziła sobie lepiej niż Polska (17 proc.), jeszcze lepiej Tunezja (16 proc.) czy Filipiny (12 proc.).

Średnia dla świata to 13 proc., ale ze względu na nie do końca wiarygodne dane z najsłabiej rozwiniętych krajów nie jest to precyzyjny wskaźnik.

onet.pl

W prasie ekonomicznej jest jednak pełno informacji o tym, że w różnych branżach popyt przewyższa obecnie podaż – czyli ludzie chcą kupować, tylko nie ma komu produkować. Jak to rozumieć? 

Ożywienie gospodarcze na świecie jest dużo szybsze od oczekiwań. Ten fakt wynika między innymi ze stymulacji fiskalnej. W USA czują napływ popytu i to od dawna. Tak samo jest w Chinach, czyli drugiej największej gospodarce świata. Jednocześnie pandemia spowodowała, że na pewnych rynkach pojawiły się niedobory, ponieważ nie były one przygotowane na tak gigantyczne wahania – najpierw załamanie gospodarcze, a potem szybkie ożywienie.

Rynki na świecie funkcjonują w oparciu o łańcuchy dostaw działające jak szwajcarski zegarek. Wszystko przyjeżdża co do godziny z fabryki, która jest daleko – na przykład w Chinach czy w Polsce – według dokładnego planu godzinowego, z dokładnym planem dotyczącym przetworzenia i wysłania do kolejnego odbiorcy. Ten system ma swoją angielską nazwę just in time – wszystko jest na czas. Nagle ten napięty łańcuszek zaczyna się zrywać. I jest na przykład problem z kontenerami, polegający na tym, że one zbyt wolno wracały do portów wyjściowych, ponieważ w wielu miejscach na świecie trwały lockdowny… Uważam natomiast, że to jest zjawisko przejściowe. To nie jest tak, że mamy ogółem za dużo popytu w gospodarce. Teraz system gospodarczy ma po prostu problemy z dostosowaniem się do sytuacji, ale to będzie trwało kilka kwartałów.

Czyli z czasem wszyscy i tak sprzedadzą to, co mieli sprzedać? Jaka jest w takim razie rola pakietów stymulacyjnych?

Odróżnijmy dwie sprawy. Przede wszystkim, bez stymulacji fiskalnej w czasie kryzysu, która trwa już od dłuższego czasu, w ogóle nie byłoby tego ożywienia, które obserwujemy. W USA wpompowano w gospodarkę bardzo dużo pieniędzy, a teraz jeszcze dosypują do pieca. W Chinach podobnie było w zeszłym roku – bardzo mocno zwiększono inwestycje infrastrukturalnie. W Europie może w mniejszym stopniu wspierano popyt, ale było bardzo dużo pomocy płynnościowej – czyli firmy dostały gotówkę. To dla ludzi nie jest intuicyjne, ale w konsekwencji zasoby gotówkowe polskich firm i gospodarstw domowych są dużo wyższe niż były przed kryzysem! A jednocześnie jest prawdą, że wiele firm straciło na tym kryzysie, a wiele osób straciło życie.

I teraz drugie pytanie, które jest zasadne: patrząc w przyszłość, czy przypadkiem nie dosypujemy za dużo do tego pieca? To pytanie dotyczy w szczególności USA, gdzie stymulacja jest naprawdę duża, dwukrotnie większa niż w Europie.

I jak jest?

Powiem tak: odpowiedź na ten kryzys wynika z porażki odpowiedzi na kryzys finansowy z 2008 roku. Jeżeli wyobrazimy sobie wzrost gospodarczy jako ścieżkę, która idzie pod górę, to generalnie doświadczenie pokazuje, że zdolności wytwórcze w krajach rozwiniętych zwiększają się średnio o jakieś 2 procent rocznie. Jak przychodzi kryzys, to zaczynamy od tej ścieżki odchodzić. I po kryzysie finansowym trajektoria dochodu spadła poniżej tej ścieżki potencjalnej. Realny dochód już nie wrócił na tamtą ścieżkę, ponieważ po kryzysie finansowym panowało przekonanie, że trzeba jak najszybciej ograniczyć długi – czyli rządy powinny szybko redukować deficyty. To sprawiło, że popyt był trwale niski. Koniec końców, przyczyniło się to do wstrząsów politycznych na świecie, takich jak brexit czy Trump, a także przemiany polityczne w Polsce. Wszystko to było w pewnej mierze funkcją oszczędności fiskalnych dokonywanych po 2010 roku.

A teraz, inaczej niż wtedy, ludzie zarządzający gospodarką doszli do przekonania, że trzeba zrobić odwrotnie, czyli dosypywać do pieca, aż do momentu kiedy gospodarka wróci na swoją potencjalną ścieżkę rozwoju. Bo jak nie wróci, to będziemy mieli kolejne rewolucje polityczne, a także rozpad międzynarodowych więzi handlowych. I mamy ogromną mobilizację, żeby przywrócić gospodarkę na przedkryzysową ścieżkę wzrostu.

(...)

Opozycja w Polsce ostrzega od pewnego czasu przed rosnącą inflacją. Wspomniałeś wcześniej o tym, że wzrost inflacji to cena za ożywienie gospodarcze. Jakie będzie to miało konsekwencje? Czy mamy się czego obawiać?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy najpierw zastanowić się, z czego bierze się obecny wzrost inflacji. W czasie kryzysu w praktycznie wszystkich krajach rozwiniętych podjęto decyzję, że za wszelką cenę należy bronić zatrudnienia i firm. W związku z tym doszło do spadku aktywności gospodarczej, była mniejsza ilość wytwarzanych dóbr i usług, a jednocześnie mocno wzrosły dochody ludności. W konsekwencji zwiększyła się stopa oszczędności, czyli część naszych dochodów, których nie przeznaczamy na bieżącą konsumpcję. Szacowałbym, że polskie gospodarstwa domowe mają około 140 miliardów złotych więcej płynnych aktywów finansowych, niż miałyby, gdyby nie kryzys. To tworzy bardzo duży potencjał popytowy w momencie wychodzenia z kryzysu. W tym momencie przyspieszenie popytu może być znacznie większe niż możliwości podażowe gospodarki – a to powoduje, że inflacja wzrośnie i już rośnie.

W pewnym sensie jest to cena, którą płacimy za to, że ludzie nie stracili pracy. Szacowałbym, że w Polsce pracę z tytułu pandemii straciło około 100 tysięcy osób, czyli relatywnie niedużo. Myślę, że bez działań pomocowych pracę straciłoby ponad 1 milion osób, co oznaczałoby w wielu przypadkach złamane kariery i złamane życie, dla wielu przedsiębiorców utratę majątku, a dla wielu młodych osób utratę potencjału dochodowego. Koszty społeczne byłyby ogromne. Jeżeli ktoś chce mi powiedzieć, że wzrost inflacji z 2,5 procent do 4,5 procent to jest straszna rzecz w porównaniu z tym scenariuszem alternatywnym, to przykro mi, ale nie dam się do czegoś takiego przekonać.

kulturaliberalna.pl

środa, 1 czerwca 2022


Rosja przyjęła w Donbasie strategię równania z ziemią z bezpiecznej odległości, dlatego tak ważne jest, aby Berlin wysłał Kijowi broń defensywną - mówiła Baerbock przemawiając do członków izby niższej niemieckiego parlamentu.

Baerbock mówiła, że Rosjanie prowadzą wojnę mającą na celu "wyludnić" Donbas i zniszczyć tam wszelką cywilizację.

- Miasto po mieście, wioska po wiosce, rosyjskie jednostki niszczą ich (mieszkańców Donbasu - red.) z bezpiecznej odległości - powiedziała szefowa MSZ Niemiec.

- Najpierw rakiety, potem samoloty i artyleria, a potem, gdy wszystko jest zrównane z ziemią, wjeżdżają czołgi - mówiła Baerbock.

Dlatego - jak dodała - Niemcy muszą wysłać "więcej artylerii, dronów i środków obrony przeciwlotniczej, by pomóc obronić się Ukrainie przed tą rzezią".

Wcześniej Olaf Scholz zapowiedział dostarczenie Ukrainie zestawów przeciwlotniczych IRIS-T.

wp.pl

Lekarz ze szpitala w Chersoniu w rozmowie z BBC mówi, że trafia do niego wielu pacjentów z "opatrzeniami od żelazek i papierosów", a także śladami rażenia prądem, bliznami po podduszaniu, złamaniami i licznymi siniakami".

- Byli torturowani, jeśli nie chcieli przechodzić na rosyjską stronę; za udział w wiecach; za służenie w obronie terytorialnej; za to, że członkowie ich rodziny walczyli przeciwko separatystom - wyliczał rozmówca BBC dodając, że niektóre osoby były torturowane zupełnie bez powodu.

Jeden z torturowanych, który znany był ze swojego sprzeciwu wobec rosyjskiej okupacji, został tak ciężko pobity, że zemdlał - relacjonuje BBC. Inny, który pracował jako dziennikarz, miał złamane cztery żebra.

- W Chersoniu ludzie cały czas znikają - mówi były mieszkaniec miasta, którego rodzice nadal pozostają w Chersoniu.

- Wojna nadal (tam) trwa, tylko że to ta jej część bez bomb - dodaje rozmówca BBC.

Podobne doniesienia bada organizacja Human Rights Watch oraz misja ONZ monitorująca kwestię praw człowieka na Ukrainie.

rp.pl

Według doniesień z ostatnich godzin walk, Ukraińcy wycofują się powoli z Siewierodoniecka albo są z niego wypierani. Rosjanie mają kontrolować północno-wschodnią część miasta, udało im się też dotrzeć m.in. do okolic centrum handlowego Jazz położonego w centrum miasta.

Siewierodonieck jest ostatnim dużym bastionem sił ukraińskich w obwodzie ługańskim na wschodzie kraju. Zdaniem mera miasta Ołeksandra Striuka, wojska rosyjskie kontrolują około połowy Siewierodoniecka, a linia frontu dzieli teraz miasto na pół. Trwają walki uliczne, ale jak zapewnia mer, oddziały ukraińskie nadal się bronią.

Choć w ubiegłym tygodniu amerykański Instytut Badań nad Wojną (ISW) informował, że zdobycie Siewierodoniecka nie przyniesie Rosji żadnych istotnych korzyści wojskowych ani ekonomicznych, upadek miasta ma cel strategiczny: pozwoli ogłosić, że armia Putina zajęła obwód ługański w całości.

By zrealizować ten cel, na froncie miał się pojawić 56-letni gen. Giennadij Żidko - donosi włoski dziennik "Corriere della Sera". Wojskowy to z pochodzenia Uzbek, "absolutnie wierny" prezydentowi Putinowi. Generał kieruje wydziałem politycznym rosyjskiej armii. Po powrocie z wojny w Syrii miał zajmować się mobilizacją, propagandą i logistyką. W Donbasie ma kierować razem z gen. Aleksandrem Dwornikowem ofensywą wojsk rosyjskich w bitwie o Siewierodonieck.

Zdaniem prof. Piotra Grochmalskiego, dyrektora Instytutu Studiów Strategicznych Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie, pojawienie się gen. Żidko na froncie może być ruchem podobnym do wizytacji szefa sztabu generalnego rosyjskiej armii gen. Walerija Gierasimowa w Izumiu pod koniec kwietnia.

- Najwyraźniej Putin wysłał go na front w Donbasie w ramach nadzoru nad rosyjskimi jednostkami. Żidko, tak ja pozostali generałowie, ma za zadanie często raportować Putinowi. Tyle że raporty wojskowych mówiły o tym, że Rosjanie w wielu miejscach atakują i atakują. Później wychodziło na mapie, że stoją w miejscu - mówi nam ekspert.

Jak dodaje, "Putinowi poprzewracało się w głowie". - Godzinami siedzi z wąską grupą dowódców wojskowych i analizuje każdy element frontu. Wygląda to jak obrazki z Adolfem Hitlerem podczas II wojny światowej, który siedział w kwaterze z generalicją. Z Putina zrobił się nagle "wybitny kartograf" i "specjalista od map" - ironizuje prof. Grochmalski.

Według naszego rozmówcy, na Kremlu panuje ogromna presja, by bitwę o Siewierodonieck wygrać jak najszybciej.

- W ostatnich dniach na froncie miała miejsce spektakularna i bolesna porażka Rosjan. Podczas przeprawy przez rzekę Doniec stracili jedną, batalionową grupę. To wywołało histerię, szczególnie wśród nacjonalistycznych ekspertów od armii. M.in. na kanale Telegram pojawiło się bardzo wiele krytycznych głosów dotyczących jakości dowodzenia przez Rosjan. Presja dotarła też na Kreml. Świadczą o tym słowa szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa, który mówił o jak najszybszym "wyzwolenie Donbasu" - ocenia prof. Grochmalski.

Z kolei w opinii płk Andrzeja Kruczyńskiego, byłego oficera GROM-u, uczestnika działań specjalnych i misji zagranicznych, pojawienie się nowego generała w Donbasie nie zmieni przebiegu walk i nie wpłynie na morale rosyjskiej armii.

- Putin może próbować sobie rzucać co najlepsze, ale to jest tylko jedna osoba. Od Syrii już trochę lat minęło, a na pewno dużo się zmieniło. Specyfika działań w Syrii i Ukrainie różni się - i to zasadniczo. Ktoś kiedyś powiedział: "potrzebuję generałów, którzy mają szczęście". Żidko miał szczęście w Syrii. Tu nie zmieni przebiegu i obrazu walk. Jeden generał nic nie oznacza. Nie jest w stanie zmotywować swoich podwładnych, są oni traktowani jako "mięso armatnie", wyglądają jak "banda wyrzutków", mają archaiczny sprzęt. Nie wróżę im finalnie sukcesu, rzucili resztki wszystkiego, co mieli - ocenia wojskowy.

Jak informował portal Defence24.pl, Żidko zdobył uznanie przełożonych, planując operacje wojskowe w Syrii w latach 2016-2017, a więc w jednym z najtrudniejszych okresów wojny, gdy wyzwalano miasta Palmyra i Dajr az-Zaur. To właśnie za operację syryjską otrzymał najwyższe wyróżnienie wojskowe - złotą gwiazdę Bohatera Rosji i stanowisko zastępcy Szefa Sztabu Generalnego, a później dowódcy sił obrony przeciwlotniczej.

- Rosjanie próbują dowodzić w operacji w Donbasie jak w Syrii. Tylko że Syryjczycy nie mieli broni przeciwlotniczej, a Rosjanie mieli tam pełne panowanie w powietrzu i w ostrzale artyleryjskim. W Ukrainie sytuacja jest inna, a ilość strat Rosjan w polu - przerażająca. Jeśli uruchamiają dodatkowe miejsca szpitalne na Krymie, to pokazuje, że naprawdę poszli na całość w przypadku Siewierodoniecka. Ewidentnie zredukowali działania na innych kierunkach, by opanować tą miejscowość - ocenia prof. Grochmalski.

W podobnym tonie wypowiada się płk Kruczyński. - Rosjanie są bliscy przejęcia Siewierodoniecka, tylko że ich taktyka kosztuje ogromną ilość czasu, ludzi, sprzętu i pieniędzy. Żeby zniszczyć miasto i jego obrońców, trzeba megatony bomb, które kończą się Rosjanom. To nie jest studnia bez dna, że mogą sobie strzelać 24 godziny na dobę i siedem dni w tygodniu. Putinowi wszystko zaczyna się kończyć. Wysłanie gen. Żidko to znak, że "tonący brzytwy się chwyta" - podsumowuje.

wp.pl

Rosjanie zdali sobie sprawę z tego, jak trudne życie wiodą ich waleczni żołnierze, uczestniczący w "specjalnej operacji wojskowej" w Ukrainie. Dotarły do nich informacje, że to wojsko nie tylko nie dysponuje podstawowym sprzętem koniecznym do przetrwania, ale także cierpi na niedostatek pożywienia. Ruszyły społeczne akcje, które mają wesprzeć chłopaków na froncie.

Natalija Abijevová, brokerka z Niżnego Nowogrodu, od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę wysłała już do granicy siedem transportów z zaopatrzeniem. - Cały świat pomaga naszym wrogom. Dlatego chcemy wspierać naszych ludzi - wypowiedź kobiety cytuje idnes.cz. Czeski portal donosi, że rosyjska społeczniczka dostarczała już wojsku krótkofalówki, lornetki i apteczki, a teraz wyekspediowała tiry z ziemniakami i cebulą, bo armia głoduje.

- Od początku walk zebrałam od ludzi ponad 3,5 mln rubli na zakup sprzętu, żywności i odzieży dla naszych mężczyzn walczących w Ukrainie - mówi kobieta. Nie tylko ona przyłączyła się w ten sposób do wojny. Popularne ruchy rozprzestrzeniły się w całej Rosji, zbierając pieniądze lub sprzęt dla wojska. Według "The New York Times" te społeczne działania są nie tylko dowodem publicznego poparcia dla wojny, ale także rosnącej świadomości Rosjan, że ich wojsko okazało się żałośnie nieprzygotowane na konflikt o takiej skali.

Tatiana Plotnikowa z Nowokujbyszewska już dwukrotnie przejechała ponad 1600 kilometrów do granicy, by dostarczyć to, czego potrzeba na froncie. Kobieta aktualizuje listy pilnie potrzebnych artykułów na portalu społecznościowym VKontakte. Teraz najbardziej pożądane są środki znieczulające, bandaże, antybiotyki, kule i wózki inwalidzkie, ale wcześniej dostarczała też drony, noktowizory i wojskowe zaopatrzenie.

Większość grup, które zbierają pieniądze dla wojska, działa niezależnie od rządu rosyjskiego. Wolontariusze polegają na kontaktach w oddziałach i szpitalach wojskowych, z których otrzymują informacje, co jest potrzebne.

Rosyjskie media państwowe rzadko informują o tych obywatelskich inicjatywach, ponieważ podważają one narrację Kremla, że zgodnie z planem państwo radzi sobie dobrze w wojnie.

- Lekarze zapewnili nas, że mają wszystko, czego potrzebują - powiedział w środę prezydent Władimir Putin, który odwiedził po raz pierwszy od inwazji szpital wojskowy, w którym leczą się ranni żołnierze.

Jednak kłam tym słowom zadają media społecznościowe. Blogerzy apelują i zbierają pieniądze, w prywatnych darowiznach widząc klucz do zwycięstwa. "Nasi chłopcy umierają, ponieważ brakuje im wszystkiego, podczas gdy Zachód zaopatruje Ukrainę przekazał w Telegramie bloger o pseudonimie Ranger Z. Mężczyzna pokazał nagrania na których widać, że rosyjscy żołnierze noszą swoje rzeczy w plastikowych reklamówkach i wezwał do zbiórki na wojskowe specjalistyczne plecaki. Prosił tez o pieniądze na buty, skarpety, czołówki, zapalniczki, czapki, a także na cukier i baterie. "Jestem pewien, że w Rosji jest wielu zamożnych ludzi i odnoszących sukcesy przedsiębiorstw, które mogą i chcą uczestniczyć w tak dobrej sprawie. To nie armia tego potrzebuje (choć oczywiście o wiele wygodniej będzie walczyć w ten sposób), potrzebuje tego naród" - napisał.

wp.pl

wtorek, 31 maja 2022


Koncentracja Moskwy na przejęciu Siewierodoniecka i Donbasu jako obszaru, nadal stwarza zagrożenie dla Rosji w żywotnym obwodzie chersońskim na Ukrainie, gdzie trwa ukraińska kontrofensywa. Chersoń jest obszarem krytycznym, ponieważ jest to jedyny obszar Ukrainy, w którym siły rosyjskie utrzymują się na zachodnim brzegu Dniepru. Jeśli Rosja będzie w stanie utrzymać silną pozycję w Chersoniu, po zawieszeniu broni, będzie miała bardzo silną pozycję, z której będzie mogła rozpocząć przyszłą inwazję. Z drugiej strony, jeśli Ukraina odzyska Chersoń, Ukraina będzie miała znacznie silniejszą pozycję do obrony przed przyszłym rosyjskim atakiem. Ten strategiczny rachunek powinien w zasadzie skłonić Rosję do przyznania wystarczającej siły bojowej, by utrzymać Chersoń. Ale prezydent Rosji Władimir Putin zamiast tego zdecydował się skoncentrować wszystkie siły i zasoby, które można zebrać w desperackim i krwawym dążeniu do zajęcia obszarów wschodniej Ukrainy, które przyniosą mu w dużej mierze symboliczne korzyści.

Ukraińskie kierownictwo najwyraźniej mądrze unikało dopasowania do błędnej priorytetyzacji Putina. Kijów mógł przeznaczać więcej rezerw i środków na obronę Siewierodoniecka, co wywołało krytykę w mediach. Siły ukraińskie teraz najwyraźniej wycofują się z Siewierodoniecka, zamiast walczyć do końca – czynnik, który pozwolił Rosjanom stosunkowo szybko wkroczyć do miasta po rozpoczęciu ataku na pełną skalę. Zarówno decyzja o unikaniu przeznaczania większych środków na ratowanie Siewierodoniecka, jak i decyzja o wycofaniu się z niego były strategicznie uzasadnione, choć bolesne. Ukraina musi gospodarować swoimi bardziej ograniczonymi zasobami i skupić się na odzyskaniu krytycznego terenu, a nie na obronie terenu, którego kontrola nie będzie decydować o wyniku wojny ani o warunkach wznowienia wojny.

Solidne ukraińskie priorytety dla operacji kontrofensywnych i defensywnych wypchnęły Rosjan prawie poza zasięg artylerii Charkowa i zatrzymały rosyjskie natarcia z Izyum – oba te osiągnięcia są ważniejsze niż obrona Siewierodoniecka. Kierownictwo Ukrainy musiało dokonać niezwykle trudnych wyborów w tej wojnie i generalnie dokonało właściwych wyborów, przynajmniej na poziomie strategicznych priorytetów oraz tempa, skali i ambitnej kontrofensywy. Dlatego Ukraina wciąż ma duże szanse na powstrzymanie, a następnie cofnięcie zdobyczy Rosji.

understandingwar.org

Rozpad Związku Radzieckiego i powstanie na jego gruzach pięciu republik w Azji Centralnej zapoczątkowało odbudowywanie tożsamości etnicznej i narodowej przez Kazachów, Uzbeków, Turkmenów, Tadżyków i Kirgizów oraz inne ludy pozbawione państw.

Większość populacji tego regionu należy do tureckiej grupy językowej i stąd w ostatnim trzydziestoleciu Ankara bardzo wzmocniła wysiłki na rzecz odbudowy świadomości etnicznej i integracji kulturowej. Pomimo upływu 30 lat od powstania niepodległych republik, wciąż językiem o największym zasięgu i będącym w powszechnym użyciu pozostaje jednak rosyjski.

Z uwagi na silne związki historyczne, negatywnie kojarzące się z okresem imperialnym Kremla (carskim i radzieckim), wielu przywódców republik podjęło decyzję o walce z dominacją języka rosyjskiego na rzecz propagowania powszechnego użycia języków narodowych. Od razu trzeba zaznaczyć, że ze względu na wciąż kluczową pozycję Rosji w regionie, silne zakorzenienie w kulturze oraz znaczny udział mniejszości rosyjskiej w populacjach republik, próby całkowitego zepchnięcia języka rosyjskiego na margines były – przynajmniej na razie – skazane na niepowodzenie. Dodatkowo Moskwa co jakiś czas przypomina przywódcom republik o kluczowym znaczeniu rosyjskiego jako wspólnego, uniwersalnego języka dyplomacji i handlu w przestrzeni poradzieckej. Te ogólnikowe komunikaty płynące z Kremla należy rozumieć jako oczekiwanie lokalnego wspierania utrzymania jego popularności poprzez obowiązkowe nauczanie i zapewnienie statusu jako jednego z języków urzędowych.

Naturalnym czynnikiem sprawiającym, że rosyjski pozostaje najpopularniejszym w regionie językiem obcym jest jego „import” z terytorium Rosji przez migrantów ekonomicznych z Tadżykistanu, Kirgistanu, Turkmenistanu i Uzbekistanu. Masowość tego zjawiska przekłada się na jego popularność i postrzeganie jako zdecydowanie bardziej przydatnego od angielskiego czy chińskiego. Drugim ważnym elementem jest silne uzależnienie republik w sferach gospodarczej i bezpieczeństwa od Rosji, co zapewnia językowi rosyjskiemu żywotność. Jednak w niektórych republikach zostały podjęte ustawowe decyzje o uczynieniu rosyjskiego językiem drugoplanowym, o zakresie ograniczonym do komunikacji w relacjach międzynarodowych i międzyetnicznych, a nawet sprowadzeniem jego roli do nieoficjalnej komunikacji.

Turkmenizacja Turkmenistanu

Turkmenistan był pierwszym państwem w Azji Centralnej, który pozbawił język rosyjski statusu języka urzędowego. W maju 1990 r., a więc jeszcze przed ogłoszeniem niepodległości, przywódcy Komunistycznej Partii Turkmenistanu podjęli decyzję o uznaniu języka ojczystego jako urzędowego, ograniczając tym samym pozycję języka rosyjskiego do komunikacji międzyetnicznej. Zapis, że jedynym oficjalnym językiem w republice jest turkmeński został zawarty też w Konstytucji uchwalonej przez parlament w maju 1992 r., przy czym rosyjski przestał oficjalnie pełnić nawet dotychczasową funkcję. Wpływ na degradację rosyjskiego miała też zapewne masowa migracja ludności rosyjskiej z Turkmenistanu, niepewna swojej przyszłości na fali silnie promowanej przez prezydenta Nijazowa „turkmenizacji” kraju.

Kolejne restrykcje ograniczające używanie rosyjskiego w publicznym obiegu weszły w życie w 1994 r., gdy zamknięto wydawane w tym języku tygodnik „Subbota” i dziennik „Komsomolskaja Prawda” (oficjalnie z powodu nieopłacalnie niskiego nakładu), a łączny czas audycji telewizyjnych i radiowych po rosyjsku ograniczono do 4 godzin tygodniowo. W 1999 r. ostatecznie zaprzestano audycji radiowych po rosyjsku. W przekazach telewizyjnych zredukowano czas używania tego języka do 15-minutowych wiadomości, nadawanych w dodatku co drugi dzień, a od stycznia 2000 r w ogóle zastąpiono je wiadomościami w języku angielskim.

Nie oznacza to, że rosyjski zniknął z obiegu, bowiem cały czas posługują się nim Turkmeni w kontaktach z mniejszością rosyjską, która nie ma obowiązku nauki turkmeńskiego. Ponadto ze względu na powszechne ubóstwo społeczeństwa popularne są wyjazdy zarobkowe, choć głównie do Kazachstanu, ale również w tym przypadku językiem komunikacyjnym jest rosyjski. Warto też wspomnieć, że rosyjski jest w powszechnym użyciu przy porozumiewaniu się obcokrajowców, zarówno z Azji, jak i z Europy, bowiem znajomość angielskiego przez Turkmenów w starszych generacjach jest marginalna.

Wprowadzenie w 1993 r. turkmeńskiej odmiany alfabetu łacińskiego (na wzór turecki) i natychmiastowe przestawienie na niego całego systemu szkolnictwa w zamierzeniu miało ograniczyć znaczenie rosyjskiego. Brak było zwyczajowego kilkuletniego okresu przejściowego i co za tym idzie nastąpiła masowa wymiana oznaczeń drogowych, dokumentów i pism urzędowych z cyrylicy na nowy alfabet.

Ten nagły zwrot spowodował poważne problemy dla osób starszych, zamieszkujących głównie obszary wiejskie oraz dla mniejszości rosyjskojęzycznej, które to grupy nie miały możliwości ani czasu na opanowanie transkrypcji. Władze od lat silnie promują też naukę angielskiego i tureckiego, które wśród młodych Turkmenów stają się popularniejsze od rosyjskiego. Co ciekawe, jednocześnie szkoły, w których nauczanie odbywa się w języku rosyjskim są uważane przez Turkmenów za elitarne, gwarantujące wyższy poziom nauczania, ale ze względu na koszty pozostają dla większości z nich niedostępne.

Antyrosyjska krucjata Islama Karimowa

Uzbekistan zdecydował o rozpoczęciu detronizacji języka rosyjskiego niedługo po odzyskaniu niepodległości, co było przejawem antyrosyjskiego nastawienia prezydenta Islama Karimowa. Już w 1993 r. zdecydował on o powszechnym wprowadzeniu alfabetu łacińskiego, ale nie zakazał przy tym używania cyrylicy. Pomimo upływu prawie 30 lat od tego momentu nadal zdecydowana większość publikacji jest drukowana w cyrylicy, a popularność edycji korzystających z alfabetu łacińskiego jest większa głównie wśród młodych Uzbeków.

Wraz z wejściem w życie zmiany alfabetu pojawiła się bardzo silna opozycja ze strony środowisk artystycznych i naukowych, które wykazywały, że zdecydowana większość uzbeckiego dorobku kulturowego jest zapisana cyrylicą, a dokonanie jej całościowej transkrypcji na alfabet łaciński spowoduje zubożenie dziedzictwa literackiego. Ponadto podnoszona była też kwestia, że zanik znajomości cyrylicy spowoduje ograniczenie dostępu kolejnych pokoleń do osiągnięć rodzimej kultury, bowiem proces transkrypcji i transliteracji będzie trwał zapewne wiele lat.

Autorytarny styl rządów I. Karimowa umożliwiał mu nieliczenie się z krytyką. W rezultacie podjął on kolejną decyzję usuwającą język rosyjski jako urzędowy. Tym samym Uzbekistan stał się drugą po Turkmenistanie republiką centralnoazjatycką, w której ten język przestał pełnić oficjalną rolę. W kolejnych latach prezydent kontynuował antyrosyjski kurs, odmawiając wejścia do Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EUG) i w 2012 r. występując ostatecznie z Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ).

Dopiero po śmierci Islama Karimowa w 2016 r., gdy władzę przejął Szawkat Mirzijojew, nastąpiła odwilż w dwustronnych relacjach między obu państwami. W otwartej multiwektorowej polityce nowego prezydenta Moskwa dostrzegła szansę na renesans relacji i zarazem przywrócenie językowi rosyjskiemu utraconej rangi. Na fali otwarcia nowego rozdziału w negocjacjach uzbeckiej akcesji do EUG, władze rosyjskie nie omieszkają podkreślać międzynarodowego znaczenia swojego języka. Obecnie Moskwa próbuje też zwiększyć jego popularność poprzez nakłonienie prezydenta Mirzijojewa do wprowadzenia dla migrantów ekonomicznych, których jest co najmniej 1,5 mln rocznie, obowiązku nauki języka rosyjskiego i znajomości podstaw prawa obowiązującego w Federacji Rosyjskiej. W zamian oczywiście osoby te zostałyby objęte ułatwieniami w procesie rejestracji i dostępu do rosyjskiego rynku pracy. W kraju, w którym prawie 30 proc. populacji swobodnie posługuje się językiem rosyjskim, nie stanowi to dużego problemu. W dodatku, jak argumentują językoznawcy, kulturoznawcy oraz politolodzy, przywrócenie pozycji rosyjskiego wzmocniłoby integrację narodową, a także regionalną w samym wieloetnicznym Uzbekistanie.

Prorosyjski Tadżykistan?

Tadżykistan, rządzony autorytarnie przez prezydent Emomali Rahmona, należy do najbardziej lojalnych popleczników rosyjskich interesów w regionie. Ta uboga republika, nawet jak na standardy Azji Centralnej, jest silnie powiązana z Rosją pod względem gospodarczym oraz w sferze bezpieczeństwa. Ponadto to właśnie Tadżykowie stanowią najliczniejszą grupę migrantów zarobkowych w Rosji.

Konsekwencją tych uwarunkowań powinna być niezachwiana pozycja języka rosyjskiego. Tak jednak się nie stało. Podobnie jak w pozostałych republikach odzyskanie niepodległości sprzyjało niekorzystnemu dla pozycji rosyjskiego wzrostowi nastrojów nacjonalistycznych. Przełomowym momentem dla języka rosyjskiego był rok 2005, gdy na fali podgrzewanego przez prezydenta nacjonalizmu, on sam zmienił swoje nazwisko z rosyjskiego Rahmonow na lokalny wariant – Rahmon.

Cyrylica i język rosyjski są obce dla rdzennej kultury Tadżyków, którzy od wieków posługiwali się perskimi pismem hieroglificznym. Cyrylica została wprowadzona przez Moskwę na tych terenach dopiero po utworzeniu Tadżyckiej Radzieckiej Republiki Ludowej i choć jest używana do dziś, to język rosyjski przestał pełnić swoją oficjalną rolę. Od 2009 r. wszystkie dokumenty rządowe i urzędowe są wydawane wyłącznie w języku tadżyckim. Ta decyzja miała poważne skutki dla mniejszości rosyjskiej i rosyjskojęzycznej, bowiem zrozumienie dokumentów i wypełnianie formularzy stało się dla nich barierą trudną do przejścia. To skutkowało oczywiście odpływem części mniejszości rosyjskiej, której populacja i tak znacząco zmniejszyła się w trakcie wielkiego eksodusu w latach 1992-97, gdy republika była pogrążona w wojnie domowej.

Wycofanie języka rosyjskiego z oficjalnego obiegu, w tym ze szkół, ma swoje implikacje natury ekonomicznej. Coraz mniejsza liczba Tadżyków posługuje się rosyjskim na poziomie umożliwiającym im zdanie egzaminu wymaganego do oficjalnego ubiegania się o pracę w Rosji. Negatywne skutki dla całej gospodarki tadżyckiej obrazują dane: transfery zagraniczne migrantów zarobkowych stanowią od 40 do 50 proc. PKB i ich zmniejszenie wpłynie znacząco na kondycję ekonomiczną i tak ubogiego kraju.

Młodzi Tadżykowie dostrzegają potrzebę nauki języka rosyjskiego, ale wobec braku wykwalifikowanych nauczycieli dostęp do kursów jest bardzo ograniczony. Dodatkowo, podobnie jak w Turkmenistanie, nieliczne szkoły rosyjskojęzyczne są uważane za oferujące znacznie wyższy poziom kształcenia od rodzimych, a znajomość tego języka dla tadżyckich elit jest wręcz obligatoryjna.

Przyjazny Kirgistan

Kirgistan pozostał jedyną obok Kazachstanu republiką, w której rosyjski utrzymał status języka urzędowego. Podobnie jak w przypadku sąsiedniego Tadżykistanu najpowszechniejszym źródłem dochodów mieszkańców jest praca za granicą, w Rosji lub Kazachstanie. Częste zmiany u steru władzy, zwykle w warunkach społecznych rewolt, nie sprzyjały forsowaniu reform w sferze oficjalnej komunikacji, a prorosyjskie nastawienie kolejnych ekip rządzących nie skłaniało do ograniczania języka rosyjskiego. Konsekwencją tych uwarunkowań było wprowadzenie w 2000 r. do nowej konstytucji zapisu przyznającego językowi rosyjskiemu status równoprawny z kirgiskim.

Popularności rosyjskiego nie zaszkodził nawet powrót do alfabetu persko-arabskiego, który obowiązywał do 1928 r., bowiem cyrylica pozostała również w oficjalnym użyciu. Po odzyskaniu niepodległości pojawił się co prawda pomysł zlatynizowania alfabetu (taki w wersji tureckiej funkcjonował w pierwszych latach radzieckiego władztwa), ale ostatecznie nie został on wdrożony. Dziś język rosyjski i cyrylica są w powszechnym użyciu w kręgach władzy i administracji państwowej. Szacuje się, że 20 proc. kirgiskich dzieci pobiera naukę w języku rosyjskim, 11 proc. studentów wybiera go jako główny, mając w perspektywie kontynuację studiów w Rosji, a 78 proc. Kirgizów przyznaje, że ogląda rosyjskojęzyczne programy telewizyjne oraz czyta gazety i magazyny wydawane w tym języku. Kirgistan jest więc najbardziej przyjazną republiką dla rosyjskiego i wydaje się, że ten model koegzystencji dwóch języków jest rozwiązaniem najkorzystniejszym dla mieszkańców republiki.

Kazachstan zbyt blisko Rosji

Kazachstan, którego licząca ponad 6500 km granica z Rosją jest najdłuższą na świecie, znajduje się w trudnej sytuacji w kwestii ograniczania popularności języka rosyjskiego. Przede wszystkim Rosjanie zamieszkujący głównie północne terytorium republiki stanowią ponad 20 proc. populacji i mają zagwarantowaną naukę w języku rosyjskim, jak również uznanie go jako urzędowego.

Niemniej pojawiają się społeczne napięcia na tym tle, bowiem część szkół stała się dwujęzyczna, a rosyjska mniejszość nie ma obowiązku nauki kazachskiego. Skalę tego zjawiska obrazuje fakt, że jedynie ok. połowy szkół naucza wyłącznie w języku kazachskim, pozostałe są dwujęzyczne lub tylko rosyjskojęzyczne. Z drugiej strony jakakolwiek ingerencja administracyjna, uderzająca w zasięg języka rosyjskiego jest z góry skazana na porażkę. Ponad 90 proc. kazachskiej populacji posługuje się na co dzień tym językiem (zwykle jego kazachską odmianą).

Potwierdzeniem tej tezy są przykłady już wprowadzonych ustaw. Jedną z pierwszych było prawo, które zobowiązywało nadawców do używania w programach telewizyjnych i radiowych przez większość czasu języka kazachskiego, niezależnie od przynależności państwowej nadawcy. Przyczyniło się to bez wątpienia do poszerzenia kręgu odbiorców języka ojczystego, ale nie stanowiło zagrożenia dla dominacji języka rosyjskiego.

Przełomowym krokiem na drodze stopniowego odchodzenia od rosyjskiego, określanej czasem jako „derusyfikacja”, była decyzja prezydenta Nursułtana Nazarbajewa o zmianie alfabetu z cyrylicy na łaciński, którą ogłosił w październiku 2017 r. Zgodnie z zapisami ustawy proces transformacji ma się zakończyć w roku 2025.

Ten krok należy uznać za przełomowy i zarazem dość zaskakujący, bowiem alfabet łaciński był bardzo krótko używany na obszarze Kazachstanu. Aż do opanowania tych obszarów przez carską Rosję w XIX w. w użyciu był język alfabet arabski. Dopiero komuniści dokonali obowiązkowej transkrypcji arabskiego na łaciński, który po kilku latach, w 1940 r., został zastąpiony cyrylicą.

Problemem budzącym wiele kontrowersji wśród językoznawców było wprowadzenie znaków diakrytycznych (liter unikatowych dla danego języka), których elementem wyróżniającym był apostrof. Na fali sporów dopiero w 2021 r. publicznie zaprezentowano ostateczną wersję alfabetu z siedmioma unikatowymi literami, w których apostrofy zastąpiono innymi znakami – tzw. przegłosami (dwie kropki nad literą), kreskami poziomymi, kreskami falowanymi znanymi z języków iberyjskich oraz ogonkami, podobnymi do występujących w polskich literach.

W 2018 r. N. Nazarbajew wprowadził zalecenie, aby w kręgach rządowych i parlamentarnych porozumiewano się tylko w języku kazachskim, co okazało się trudne w realizacji, bowiem część urzędników nawet wyższego szczebla słabo znała język oficjalny. Ostatecznie więc dopuszczono posługiwanie się rosyjskim, wyraźnie podkreślając, że decyzją była zaleceniem, a nie nakazem (kluczowe słowo „tylko” usunięto).

W grudniu 2021 r. przyjęte zostało prawo, które utrzymuje co prawda język rosyjski jako urzędowy, ale definitywnie pozbawia go dotychczasowej równorzędnej pozycji z kazachskim. Najbardziej widocznym skutkiem nowych zapisów jest pojawienie się nazw w języku kazachskim przed rosyjskimi we wszystkich publicznych wizualizacjach (np. nazwy ulic, oznaczenia towarów, a nawet w reklamach). Oczywiście taki zwrot nie mógł się spotkać z aprobatą na Kremlu, który ostrzegł, że działania w tym kierunku będą miały negatywne konsekwencje dla relacji dyplomatycznych. Pierwsze głosy strony rosyjskiej (pozarządowe) z żądaniem przywrócenia równoprawności języka rosyjskiego pojawiły się w styczniu 2022 r., wraz z wystąpieniem prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa o interwencję sił Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) podczas eskalacji rozruchów społecznych. Póki co, rząd w Nur-sułtan nie podjął żadnych kroków zamrażających implementację nowych przepisów, ale niewykluczone, że poprawki po myśli Moskwy zostaną w końcu wprowadzone.

Przyszłość języka rosyjskiego w regionie

W świetle przedstawionych faktów i uwarunkowań nie należy oczekiwać zmierzchu popularności języka rosyjskiego w regionie. Fundamentem dla tego języka są silne wpływy rosyjskie, podtrzymywane przez dwie organizacje: militarną OUBZ i gospodarczą EUG, do których należy większość republik. Nie ma tu wielkiego znaczenia wzrastająca pozycja gospodarcza Chin, która daleko przekracza możliwości Federacji, bowiem język Państwa Środka jest znacznie trudniejszy do nauki i w dodatku pochodzący z mniej wpływowego dla regionu kręgu kulturowego. Pomimo ofensywy chińskiej kultury za pośrednictwem Instytutów Konfucjusza istotną barierą jest tu też bardzo negatywnie odbierana polityka Pekinu wobec Ujgurów w Sinciangu, którzy należą do kręgu narodów tureckich, a ich 300-tysięczna diaspora zamieszkuje Kirgistan, Kazachstan i Uzbekistan. Trzeba też wspomnieć o znaczącym wzroście nastrojów sinofobicznych w społeczeństwach republik, które coraz bardziej obawiają się chińskiej dominacji i z niechęcią traktują szybko bogacącą się mniejszość chińską.

Z kolei język angielski, którego popularność stopniowo rośnie, w miarę jak republiki zacieśniają relacje gospodarcze z Zachodem, nie stanowi konkurencji zdolnej zdetronizować pozycję rosyjskiego. Wciąż bowiem w relacjach wewnętrznych między republikami dominuje rosyjski i społeczeństwa nie widzą potrzeby, aby ten stan zmieniać. Szansą na wzmocnienie roli angielskiego może być paradoksalnie realizacja chińskiej globalnej Inicjatywy Pasa i Szlaku, w której Azja Centralna odgrywa kluczową rolę na kontynencie. Postępująca globalizacja wymusi zapewne większy zakres posługiwania się językiem angielskim, niemniej, nie należy spodziewać się, że będzie to proces szybki czy powszechny.

instytutboyma.org

Dwaj synowie Mariny (imię zmienione) zostali powołani do wojskowej komisji na jesieni, a zimą zostali wcieleni do wojska. Kilka tygodni później ich jednostki zostały przeniesione na "ćwiczenia" przy granicy z Ukrainą. 24 lutego, w dniu rozpoczęcia wojny, synowie Mariny przestali się z nią kontaktować. Matki innych poborowych służących w jednostce powiedziały Marinie, że spotkało je to samo.

Marina wsiadła do samochodu i pojechała szukać swoich synów. W rozmowie telefonicznej jeden z dowódców powiedział jej, że są na ćwiczeniach. – Odpowiedziałam: "Okrążyłam wszystkie pola w pobliżu, gdzie miały znajdować się śmigłowce". Nie ma ich tam. Proszę, nie okłamuj mnie. Odłożył słuchawkę – wspomina Marina.

Potem zaczęli wracać ranni. – Dostałam telefon, że są zabici i ranni. Popędziłam do szpitala wojskowego – kontynuuje Marina. Jej synów tam nie było, ale była zszokowana tym, co zobaczyła. – W szpitalu wojskowym nie było wystarczającej ilości leków ani bandaży. Wszystko zostało przywiezione przez miejscowych. Żołnierze cierpieli z powodu zimna i niedożywienia – opowiada kobieta.

W końcu ktoś w jednostce wojskowej przyznał się, że jej synowie rzeczywiście są w Ukrainie. Marinie powiedziano, że jej dzieci "podpisały kontrakty, aby zostać zawodowymi żołnierzami". Biorą udział w operacji specjalnej w Ukrainie i wrócą jako bohaterowie. Matka zaprotestowała: – O czym pan w ogóle mówi? Nie planowali podpisania umowy. Są w wojsku dopiero od trzech miesięcy. Tylko raz trzymali broń w ręku. Tylko raz byli na strzelnicy. Przez większość czasu odśnieżali łopatami.

Marina wystosowała pismo do Prokuratury Generalnej z prośbą o zbadanie sprawy. W swoim odwołaniu napisała, że jej synowie nie mogą podpisywać kontraktów wojskowych. Podobnie postąpiły matki innych poborowych z jednostki.

Odwołanie Mariny zostało rozpatrzone. Władze potwierdziły, że jej synowie nie podpisali kontraktów wojskowych i obaj zostali odesłani do Rosji.

Odwołanie Mariny zostało rozpatrzone. Władze potwierdziły, że jej synowie nie podpisali kontraktów wojskowych i obaj zostali odesłani do Rosji.

Według Mariny, jej synowie wrócili z Ukrainy "wychudzeni, brudni i wyczerpani". Ich ubrania były podarte, a jeden z nich powiedział swojej matce, że "lepiej, żeby nie wiedziała, co się tam stało".

– Kłamali mi w żywe oczy – powiedziała oburzona kobieta. – Najpierw łgali, że moich synów nie ma w Ukrainie. Następnie skłamali, że to oni podpisali umowy. Oficerowie kłamali, sierżanci kłamali. Później ktoś mi powiedział, że nie wolno im było mówić prawdy. Niewiarygodne. Pozwolono im złamać prawo i wysłać moich synów do Ukrainy, ale nie wolno im było powiedzieć matce, gdzie są jej dzieci.

onet.pl