sobota, 21 maja 2022


Od trzech dni w światowych mediach tradycyjnych i społecznościowych trwa festiwal domysłów, czy w Rosji przygotowywana jest kapitulacja. Wszystko przez jedną wypowiedź znanego eksperta wojskowego, Michaiła Chodarionka, w studio popularnego wieczornego talk-show w stacji Rossija-1. 16 maja Chodarionok spokojnym głosem tłumaczył, że Rosjanie nie powinni wierzyć w zapewnienia o rozbiciu ukraińskiej armii. Mówił, że Ukraina może wystawić milionową, profesjonalną i zmotywowaną armię. W końcu powiedział, że Rosja powinna zmierzać do zakończenia wojny, bo sama pozostaje w międzynarodowej izolacji i tak jej nie wygra. Te słowa, z rzadka, wstydliwie przerywane przez zwykle agresywną prowadzącą gwiazdę propagandy, Olgę Skabiejewą, brzmiały jak herezja.

Natychmiast stały się pożywką do piętrowych spekulacji, czy na Kremlu nie doszło do rozłamu. Nagranie z wypowiedzią eksperta obiegło światowe telewizje. Niezależny politolog Andriej Piontkowski nazwał słowa Chodarionka „pierwszą kapitulacją rosyjskiej armii”, sugerując, że wojsko testuje wycofanie z wojny. Inne spekulacje mówiły: czy to szczery głos zaniepokojonego eksperta i głos ludu, a przynajmniej głos, który do ludu dotrze i wywoła ferment? Oczywiście można zakładać, że w umyśle eksperta coś pękło i, zdobywając się na odwagę i szczerość, nagle wystąpił z chóru telewizyjnych hurraoptymistów codziennie ogłaszających sukces Rosji na Ukrainie. O dziwo Chodarionok nie dostał dożywotniego zakazu występowania w państwowej telewizji za swoją „szczerą” tyradę. Wczoraj pojawił się w Rossii-1 znowu. Tym razem opowiadał, jak to rosyjska armia zaraz zniszczy wszystkie dostarczone Ukraińcom przez Amerykanów haubice M777. Powiedział też, że tezy o przewadze ukraińskiej armii i możliwościach kontrofensywy to bajki, a rosyjskie dowództwo za chwilę zaskoczy genialnymi posunięciami. Schizofrenia? Raczej nie. Chodarionok nie jest niespełna rozumu, kiedy co trzy dni ogłasza sprzeczne tezy. Po prostu wykonuje plan i realizuje informacyjną politykę władzy.

Chodarionok to emerytowany pułkownik wojsk obrony przeciwlotniczej. Znany z publikacji o rosyjskiej armii i wojnach. Często były to bardzo krytyczne publikacje. Celnie wskazujące słabości rosyjskiej armii, bałagan i błędne decyzje. Na początku wojny pisał, że nie będzie lekko. W tekście w Niezawisimoj gazietie z 3 lutego wyśmiewał propagandowe tezy, że rosyjska armia rozbije Ukraińców w kilka godzin. „Łatwego spacerku nie będzie” – pisał.

– Jakakolwiek umowa, jaką podpisze Rosja z władzą, jaka jest teraz w Kijowie, będzie oznaczać klęskę. Pełną i ostateczną! W oczach Rosjan, armii Rosji i całego świata! – tak grzmiał pod koniec marca w programie Władimira Sołowjowa gen. Jakow Kedmi, były dyplomata izraelski i były szef Lishkat Hakesher, organizacji rządowej odpowiedzialnej za utrzymywanie kontaktu z diasporą żydowską. – Nie potrafić pokonać kogo? Ukrainy? Zełenskiego? Chasawiurt to w porównaniu z tym wielkie osiągnięcie dyplomatyczne! – dodał.

Chodziło mu o porozumienie w Chasawiurcie z 1996 roku, kiedy upokorzona klęskami w I wojnie czeczeńskiej armia rosyjska musiała zgodzić się na wycofanie z Czeczenii. Te słowa również padły publicznie, na antenie najbardziej propagandowego programu. Z ust Kedmiego, znanego z bardzo radykalnych wypowiedzi antyukraińskich i popierających Rosję i jej agresję.

Od początku wojny ostre tyrady o impotencji rosyjskiej armii wygłaszał Igor Girkin, znany jako Striełkow. To jeden z najbardziej znanych tzw. separatystów, były pułkownik GRU i minister obrony w samozwańczej Donieckiej Republice Ludowej w początkowej fazie rosyjskiej operacji w 2014 roku. W internetowych nagraniach opowiadał, że wojna jest źle zaplanowana, że powinna być powszechna mobilizacja i wojna na całego, a nie udawanie, że to „operacja specjalna”.

Każdy z tych głosów należy niewątpliwie do specjalistów i byłych wojskowych, cenionych zwłaszcza przez szerokie w Rosji rzesze obecnych i ekswojskowych. Każdy z nich jest krytyczny wobec prowadzonej wojny. Jest to jednak krytyka w duchu bardzo radykalnym. Można powiedzieć, że „neostalinowskim”. Nawoływali do jeszcze mocniejszego uderzenia i wojny na skalę totalną.

Najbardziej rozsądnie z nich brzmi Chodarionok, który stara się skupiać na czysto taktycznych niuansach wojny.

– Nie można uznać za normalną sytuację, kiedy przeciw nam jest koalicja 42 państw, a nasze możliwości w obszarze wojskowo-politycznym i wojskowo-technicznym są ograniczone. Z tej sytuacji trzeba znaleźć wyjście – powiedział trzy dni temu.

Jednak to „szukanie wyjścia”, które opinia publiczna odczytywała, jako rozsądny głos wycofania się z wojny, tak naprawdę jest głosem za „poprawieniem błędów” i parciem do przodu. W rosyjskiej propagandzie zawsze były takie głosy. Kreml nie może całkowicie udawać, że Rosjanie, a zwłaszcza lepiej zorientowani mundurowi, nie widzą, że wojna idzie źle. Krytyczna szeptanka krąży po narodzie i Kreml dobrze o tym wie. Metodą na skanalizowanie tych głosów jest ich przejęcie. W tym celu dopuszcza się w telewizji krytykę. By kontrolować, a nawet moderować takie nastroje. Dla większości Rosjan nadal będzie hurraoptymistyczna, prosta i agresywna propaganda. Jej odbiorcy i tak nie potraktują głosów takich, jak Chodarienka poważnie i nie zaufają im. Natomiast ci, którzy podejrzewają, że na Ukrainie nie idzie Rosji dobrze, zrozumieją, że są głosy które próbują tej sytuacji zaradzić.

Być może pomyślą, że władza chce naprawić błędy. Zwłaszcza że w ramach moderowania nastrojów, trzy dni po krytyce rosyjskiej armii Chodarienok pojawia się w telewizji i mówi, że sztab wszystko świetnie zaplanował, Ukraińcy są w rozsypce, a Rosja ma potencjał, by wygrać. Rosyjski aparat propagandowy z koronnymi programami telewizyjnymi to teatr z rozpisanymi rolami i starannie przygotowanym scenariuszem. Tam nie ma miejsca na przypadkową szczerość. Są role dla krytyków, którzy potem zaprzeczają sami sobie i wracają potulnie do chóru potakiwaczy. Są role dla radykałów, którzy testują różnymi, absurdalnymi pomysłami opinię publiczną, jak daleko może się posunąć władza. I są role dla tych, którzy sprawdzają zachodnich odbiorców, jak mocna jest ich wiara w głosy rozsądku w Rosji. Te ostatnie budzą nieustanną ekscytację i rozpalają nadzieje, że w rosyjskim społeczeństwie coś pęka. Niepotrzebnie. Jeśli coś pęknie, to tego akurat w kremlowskiej telewizji tego nie zobaczymy.

belsat.eu

Położony niedaleko od Krymu Chersoń został zajęty przez wojska rosyjskie 1 marca. Wielokrotnie pojawiały się doniesienia o prześladowaniach lokalnych działaczy i dziennikarzy, m.in. w związku z masowymi proukraińskimi protestami.

Aby ustabilizować sytuację w mieście, okupanci powołali swoją administrację spośród miejscowych kolaborantów. Na jej czele stanął były mer Chersonia, Wołodymyr Saldo. Władze okupacyjne wielokrotnie wyrażały pomysły utworzenia „Chersońskiej Republiki Ludowej”, przeprowadzenia referendum lub przyłączenia regionu do Rosji. Ale jak dotąd słowa te nie przełożyły się na żadne działania.

Mieszkańcy miasta nie chcą żyć pod okupacją. Władze ukraińskie szacują, że około 40 proc. z prawie 300 tys. mieszkańców Chersonia, którzy mieszkali tu przed wojną, opuściło miasto.

W rozmowie z Biełsatem mieszkańcy Chersonia Stepan i Roman (imiona zmienione) opowiedzieli, jak wygląda życie pod rosyjską okupacją. I na co tak naprawdę czekają mieszkańcy.

Jak zauważa Stepan, “na początku trudno jest w ogóle zrozumieć, że miasto jest pod okupacją”

– Ludzie spacerują, niektórzy jeżdżą na rowerach, inni wyprowadzają psy. Ale jeśli się przyjrzeć, można zauważyć, że dzieci nie chodzą same – tylko w towarzystwie rodziców. A nawet z rodzicami jest ich niewiele. Jeśli przejdziesz się po ulicach, zobaczysz kolejki, wiele zamkniętych sklepów, ślady szabrownictwa, pogromów, zamknięte i zabite deskami drzwi supermarketów – mówi.

Według naszego rozmówcy, mimo że godzina policyjna zaczyna się o 21.00, po godzinie 17.00 na ulicach nie ma już prawie nikogo.

– Sklepy są otwarte do 14.00 lub 16.00, nic więcej nie działa, więc w mieście nie ma nic do roboty. Poza tym, jeśli człowiek czuje się zagrożony, to nie wychodzi bez wyraźniej potrzeby – wyjaśnia Stepan.

Roman, z kolei, zauważa, że od czasu okupacji do miasta wprowadziło się wielu ludzi z Doniecka, Ługańska i Krymu, którzy zupełnie nie znają Chersonia. Krymczanie głównie handlują na bazarach. Przy czym papierosy, które sprzedają (Kosmos itp.), sprawiają, że „można się poczuć jak w Związku Radzieckim”.

Jak twierdzi Roman, w marcu do Chersonia przywieziono także lojalnych wobec Rosji bezdomnych z Krymu, z pomocą których rosyjskie media pokazały swoim widzom, jak miejscowi radośnie witają rosyjskie władze. Chodzili z flagami, ustawiali się w kolejkach za pomocą humanitarną i „całowali” nowymi władzami.

– Przywieźli ich, ale potem nigdzie ich nie zabrali. Przez pewien czas zajmowali dworzec kolejowy. Teraz łażą po mieście. Widać, że nie są nasi, bo nie orientują się w przestrzeni i ich akcent jest zupełnie inny – zauważa Roman.

Jednak nie tak łatwo jest opuścić miasto. Jak mówi Roman, nie ma zielonego korytarza, którym można by wyjechać, więc „ludzie, którzy wyjeżdżają, robią to na własne ryzyko”.

Według Stepana wcześniej można było wyjechać do Mikołajowa i Odessy, ale potem drogi te zostały zablokowane i ustawiono około 25 punktów kontrolnych. Ludzie zaczęli jeździć do Krzywego Rogu i Zaporoża, ale i tam jest już 40-50 rosyjskich punktów kontrolnych. Jak słyszymy od Romana, od 1 do 11 maja Chersoń był właściwie zamknięty przez Rosjan, zarówno jeśli chodzi o wjazd, jak i wyjazd. Nie jeździły nawet autobusy podmiejskie.

Wcześniej ratunkiem był paszport zagraniczny, ale teraz nawet on nie pomaga.

– Arabowie wyjeżdżali pięć razy. Dojeżdżali do ostatniego punktu kontrolnego i tam ich zawracali. Jest to tak naprawdę biznes. Na każdym punkcie kontrolnym ktoś o coś prosi: o papierosy, pieniądze, rzeczy. A gdy dojeżdżasz do ostatniego, zawracają cię. Jeden z Arabów wyjechał, ale kiedy minął już ostatni punkt kontrolny, Rosjanie go ostrzelali, choć pokazał, że jest obywatelem Algierii – opowiada Roman.

Ale kilku obywateli niemieckich nie przeszło nawet przez pierwszy punkt kontrolny. I ich samochód też ostrzelali na pożegnanie.

Na niektórych punktach kontrolnych w ogóle niczego nie sprawdzają, a na innych – wręcz przeciwnie. Sprawdzają tatuaże na ciele, kontakty i wiadomości w telefonach. Jeśli ma się laptopa, każą go włączyć. Sprawdzają bagażniki. Niektórzy są odsyłani do domu za „wpisy na portalach społecznościowych oczerniające armię rosyjską”.

– Czasami wpływ ma tylko czynnik ludzki. Nie spodobałeś się im i tyle – nigdzie nie jedziesz. Dwa tygodnie temu rodzina z dwójką dzieci była przez trzy dni przetrzymywana przez Rosjan w niewoli. Następnie wypuszczono ich, ale bez ich rzeczy. Zabierają samochody i telefony komórkowe – mówi Roman.

ednak pobyt w mieście również jest ryzykowny. Jak zauważa Stepan, Rosjanie regularnie porywają ludzi: niektórych z protestów, innych z domów. Pojawiły się doniesienia, że poszukują oni ukraińskich żołnierzy i członków obrony terytorialnej. Rosyjscy żołnierze wciąż jeżdżą po mieście w samochodach wojskowych, BTR-ach lub autach ze znakiem „Z”.

– Jeśli jeżdżą z bronią i wiesz, że to armia wroga, to samo to już nie jest w porządku. Poza tym zdajesz sobie sprawę, że w każdej chwili mogą cię dopaść i zacząć zadawać pytania – mówi Stepan.

A takie przypadki nie należą do rzadkości. Rosjanie mogą sprawdzić telefon każdego przechodnia. Albo przyjść do pracy i porozmawiać o dobrym „rosyjskim mirze”, sprawdzić wiadomości i subskrypcje kanałów. Jeśli zobaczą w telefonie aplikację mobilną banku, mogą zażądać przelania im pieniędzy.

– Szabrują na całego. Rządzi ten, kto ma automat. Jeśli coś im się nie spodoba, mogą zabrać rzeczy albo osobę – mówi Roman.

Według chłopaka okupanci z Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych zatrzymali na ulicy rowerzystę. Zabrali mu rower, plecak, pieniądze, telefon i przez kilka dni trzymali go w piwnicy. Powiedzieli: „Ty, kur*a, będziesz żył w Związku Radzieckim”. Kilka razy wozili go z workiem na głowie, a potem wywieźli za miasto i wypuścili.

(...)

W mieście – wokół centrum i przy wyjazdach – cały czas są punkty kontrolne. W jednym dniu mogą być w jednym miejscu, a kolejnego dnia w zupełnie innym. Różni się też podejście żołnierzy do mieszkańców.

– Kiedy wczoraj rano jechałem samochodem, wojsko zatrzymało marszrutkę, weszli do środka, rozejrzeli się, ale nie sprawdzali dokumentów. A dosłownie pół godziny później moi znajomi jechali tą samą trasą i na tym samym punkcie kontrolnym zatrzymali ich ci sami żołnierze. Wtedy sprawdzali dokumenty – opowiada Roman.

Jak mówi Roman, w niektórych dzielnicach bardzo dokładnie sprawdzają zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Mężczyzn mogą nawet wyprowadzić z marszrutki, by przeprowadzić kontrolę osobistą.

Nasz rozmówca przypisuje to faktowi, że wśród Rosjan pojawiło się wielu dezerterów:

– Chodzą w cywilnych ubraniach. Jedyną rzeczą, która ich odróżnia, jest obuwie: noszą glany. Byłem świadkiem sytuacji, gdy żołnierz, który, jak się wydaje, pochodził z Donbasu, kupował buty sportowe. A następnego dnia dowiedziałem się, że zdezerterowało u nich nawet 300 osób – dodał.

Ponadto, jak twierdzą chersońscy medycy, ci Rosjanie, którzy nie chcą walczyć, szukają choćby najmniejszego powodu, by nie iść do walki i przeczekać w jakimś miejscu.

Do wymienionych wyżej trudności dochodzą jeszcze te natury ekonomicznej. Ukraińskie sklepy wyprzedają ostatnie towary i w większości są zamykane, ponieważ nie napływają do nich nowe. Te, które jeszcze działają, mają w ofercie coraz więcej towarów z Krymu, Doniecka i Ługańska. Jak zauważa Stepan, ludzie często stoją w kolejkach, ponieważ niczego nie można kupić tak po prostu. Pojawiło się wiele papierosów i alkoholu z przemytu.

(...)

Większość bankomatów nie działa. A jeśli do jakichś punktów przywożona jest gotówka, to w kolejkach ustawia się od 50 do 300 osób. Jednocześnie, mimo oficjalnych deklaracji o wprowadzeniu rubla rosyjskiego, wszystkie płatności są nadal dokonywane w hrywnach.

(...)

Z kolei służby komunalne działają dobrze. Codziennie rano wywożone są śmieci; jest też gaz, woda i prąd. Jednak okupanci nie pozwolili strażakom ugasić pożaru lasu w okolicach Chersonia i miejscowi musieli poradzić sobie z nim sami. Nie ma też policji, więc nikt nie pilnuje porządku na ulicach. Dlatego od czasu do czasu można zauważyć ślady szabrownictwa, choć nie są one tak powszechne jak na początku marca.

W każdym razie, jak twierdzą nasi rozmówcy, zdecydowana większość mieszkańców Chersonia czeka na wyzwolenie i przybycie Sił Zbrojnych Ukrainy.

Niektórzy po prostu oszaleli ze strachu przez ostrzały. Panuje też pesymistyczny nastrój, m.in. na skutek rosyjskiej propagandy, która huczy, że Chersoń został zapomniany, że miasto na zawsze pozostanie w Rosji.

(...)

Regularnie pojawiają się jednak problemy z internetem i łącznością komórkową. W zeszłym tygodniu, na przykład, przez trzy dni nie było ich w ogóle.

Jednocześnie Roman zauważa, że o ile wcześniej w mieście byli ludzie, którzy częściowo popierali „rosyjski mir”, to teraz ich opinie całkowicie się zmieniły. Wielu z nich jest zmuszonych do prowadzenia sporów z krewnymi za granicą, którzy „opowiadają kolejne bzdury o tym, że Rosjanie nas ratują, a u nas tutaj panoszą się banderowcy”. (...)

belsat.eu

Sekretarz generalny ONZ António Guterres i urzędnicy USA, według źródła publikacji, badają możliwą trasę eksportu ukraińskiego zboża: koleją na północ przez Białoruś do litewskiego portu Kłajpeda. Jako zachętę dla Alaksandra Łukaszenki do przyjęcia takiej propozycji rozważana jest możliwość zniesienia sankcji o pół roku wobec krajowego przemysłu potasowego. Białoruska firma Biełaruśkalij jest jednym z największym na świecie producentem soli potasowych.

WSJ zauważa, że urzędnicy ONZ mają również nadzieję, że wysiłki na rzecz wprowadzenia na rynek białoruskiego i rosyjskiego potasu zwiększą zbiory zbóż na świecie, a także zmotywują Białoruś i Rosję do rozpoczęcia handlu produktami spożywczymi. Stany Zjednoczone uważają, że teraz Federacja Rosyjska uniemożliwia własny eksport nawozów, choć obecnie amerykańskie sankcje nie są wymierzone ich sprzedaż.

19 maja szef programu żywnościowego ONZ David Beasley w dramatycznym apelu wezwał Władimira Putina do otwarcia zablokowanych kluczowych ukraińskich portów na Morzu Czarnym, przez które transportowane jest zboże.

– Trzeba jak najszybciej otworzyć te porty, bo nie chodzi tylko o Ukrainę, ale też o najbardziej potrzebujących na całym świecie, którzy w tej chwili są na skraju śmierci głodowej. Wzywam prezydenta Putina do otwarcia portów, jeśli ma serce”- powiedział Beasley.

António Guterres powiedział wcześniej, że świat może stanąć w obliczu wieloletniego masowego głodu, jeśli sytuacja zbożowa nie zostanie rozwiązana tak szybko, jak to możliwe. Dodał też, że prowadzi pilne rozmowy z przedstawicielami Rosji, Ukrainy, Turcji, Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej w sprawie rozwiązania problemu, ale nie spodziewa się, że nastąpi to szybko.

Przed wojną Ukraina była jednym z największych światowych producentów pszenicy i znaczącym producentem kukurydzy. Według ONZ w 2020 roku kraj zebrał 30 mln ton kukurydzy i prawie 25 mln ton pszenicy. Wiele krajów, na przykład w Afryce Północnej, jest uzależnionych od taniej pszenicy z Ukrainy. Zboża mają również kluczowe znaczenie dla globalnej pomocy żywnościowej.

Na początku maja w ukraińskich portach i statkach utknęło prawie 4,5 miliona ton zboża, ponieważ szlaki morskie i porty zostały zablokowane przez rosyjską marynarkę wojenną.

belsat.eu wg PAP

Dzisiejsza Rosja spełnia większość kryteriów, które zdaniem historyków są charakterystyczne dla faszyzmu. Uczony przytacza przykłady:

▪ Kult jednego przywódcy – Władimir Putin jako „zbawca narodu” i orędownik neoimperialnej i rewizjonistycznej polityki.

▪ Kult zmarłych w imię czegoś wielkiego – zwycięstwo Związku Radzieckiego w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej i rekonfiguracji historii (przedstawienie roli Związku Radzieckiego w zwycięstwie nad nazizmem jako najważniejszej i niemal wyjątkowej).

▪ Mit o dawnej świetności imperium i pragnienie jej odzyskania.

▪ Potężna machina propagandowa.

▪ Symbole wizualne jako znak przynależności – rosyjskie symbole „Z” i „V” zwane „rosyjską swastyką”.

▪ Imprezy masowe wspierające lidera.

▪ Mowa nienawiści skierowana przeciwko konkretnej grupie ludzi – np. Ukraińcom, osobom LGBT czy migrantom z Azji Środkowej.

(...)

Wojna przeciwko Ukrainie to nie tylko powrót na faszystowskie pole bitwy, ale także powrót do tradycyjnego faszystowskiego języka i praktyki. Snyder przedstawia tu narracje rosyjskiej propagandy i mentalność panującą na Kremlu:

▪ Inni ludzie istnieją po to, by ich skolonizować.

▪ Rosji nie można o nic obwiniać z powodu jej bohaterskiej przeszłości.

▪ Istnienie Ukrainy to międzynarodowy spisek.

▪ Wojna jest jedyną możliwą odpowiedzią.

Jest tylko jedno wyjście – pisze Snyder:

– Faszystowski przywódca musi zostać pokonany – definitywnie i nieodwołalnie.

belsat.eu

Podczas spotkania omówiono możliwe formaty dalszej współpracy między nieuznawanymi przez społeczność międzynarodową separatystycznymi republikami na wschodzie Ukrainy a odizolowaną od reszty świata Koreą Północną. Obie strony zgodziły się, że w najbliższej przyszłości należy kontynuować kontakty robocze. Jednocześnie „minister spraw zagranicznych” DRL Natalia Nikanorowa i jej odpowiednik z sąsiedniej „bratniej republiki” Władisław Dejnego podziękował ambasadorowi KRLD za gotowość do zapewnienia intensywnej współpracy między „krajami”. Szefowie quasi-struktur samozwańczych republik przekazali ambasadorowi pozdrowienia od szefów swoich „republik”.

Na początku maja separatystyczne republiki na wschodzie Ukrainy ogłosiły powołanie swoich wysłanników w Moskwie. Ambasadorem Donieckiej Republiki Ludowej w Rosji został Rodion Mirosznyk, który do niedawna był przedstawicielem „republiki” w politycznej podgrupie Trójstronnej Grupy Kontaktowej ds. uregulowania konfliktu w Donbasie, a w czasach, gdy premierem Ukrainy był Wiktor Janukowycz, był jego rzecznikiem prasowym.

Wcześniej tzw. ambasador DRL w Rosji Olga Makiejewa zapewniała, że niektóre kraje są gotowe do współpracy i nawiązania stosunków dyplomatycznych z Doniecką Republiką Ludową. Według niej, odbyła ona już kilka spotkań z przedstawicielami misji dyplomatycznych z różnych krajów, którzy „wyrazili gotowość do pracy, współpracy z Doniecką Republiką Ludową, udzielania jej pomocy i nawiązywania z nią stosunków”.

Obecnie, oprócz Rosji (jedynego członka ONZ), która uznała „niepodległość republik Donbasu” na trzy dni przed pełnoskalową inwazją na Ukrainę, te pseudopaństwa uznają nieuznawane przez społeczność międzynarodową Abchazja i Osetia Południowa.

belsat.eu

W wywiadzie udzielonym niemieckiemu dziennikowi "Neuen Osnabruecker Zeitung" historyk wojskowości Soenke Neitzel skrytykował przestrogi kanclerza Olafa Scholza przed eskalacją rosyjskiej wojny na Ukrainie jako "nierozsądne", a z punktu widzenia polityki zagranicznej określił je nawet jako "ryzykowne".

Niemiecki profesor historii wojskowości na Uniwersytecie w Poczdamie powiedział, że poprzez nieustane ostrzeżenia kanclerz Niemiec "pokazuje Putinowi swój strach" i dodał, że taka retoryka "Promuje wizerunek słabego Zachodu. To właśnie to przyczyniło się do tego, że Putin odważył się na wojnę". Z tego powodu Scholz musi skupić się "na języku siły wobec Rosji".

Jeśli chodzi o pomoc wojskową, Neitzel wyciąga druzgocący wniosek: "Gdyby Ukraina polegała na Niemczech i UE, byłaby teraz rosyjska. Trzeba to powiedzieć bez ogródek". Przetrwanie Ukrainy zależy od USA. Jego zdaniem wojna będzie trwała "jeszcze wiele lat".

Udział niemieckiej pomocy wojskowej określił uczony do wybuchu wojny 24 lutego jako "zerowy", a obecnie jest "raczej powolny".

— Moim zdaniem należy wykazać większą gotowość do militarnego wsparcia Ukrainy, nawet jeśli mogłoby to tymczasowo nieco osłabić nasze zdolności obronne — powiedział profesor.

Turcja nie chce, by Szwecja i Finlandia weszły do NATO. Oburza się, że wspierają Kurdów
— Czy Brytyjczyk, Holender, Estończyk czy Polak: Wszyscy idą tą drogą i dlatego Ukraina może się bronić. To, że Berlin nie jest skłonny dostarczyć więcej haubic niż Holandia, to jest słabe — podsumował uczony.

Pięć obiecanych haubic "byłoby znacznie lepiej wykorzystać na Ukrainie, również w celu zapewnienia bezpieczeństwa Niemiec". Nie należy się bowiem spodziewać, jak stwierdził Neitzel, że niemiecka artyleria będzie musiała jutro sama ruszyć do walki.

Wskaźniki poparcia dla Scholza uległy pogorszeniu w ostatnim czasie. Według sondażu opinii publicznej opublikowanego w tym tygodniu przez dziennik "Handelsblatt" tylko jedna trzecia obywateli uważa Scholza za silnego przywódcę. 66 proc. uważa polityka SPD za "niezdecydowanego", a 30 proc. za "zniechęconego". Jego główny adwersarz lider opozycyjnej CDU Friedrich Merz oskarżył kanclerza, że celowo opóźnia dostawy broni dla Ukrainy.

onet.pl

piątek, 20 maja 2022


13 maja prezydent Recep Tayyip Erdoğan publicznie podał w wątpliwość zgodę Turcji na przyjęcie Finlandii i Szwecji do Sojuszu Północnoatlantyckiego, wskazując m.in. na wsparcie, z jakiego w tych krajach korzystają antytureckie organizacje terrorystyczne (m.in. Partia Pracujących Kurdystanu, PKK). W podobnym tonie wypowiadał się także minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu. Wypowiedź Erdoğana dzień później złagodził İbrahim Kalın (wpływowy doradca i rzecznik głowy państwa) słowami o otwartych drzwiach, jednak 16 maja prezydent ponownie i kategorycznie podkreślił brak zaufania do Turcji ze strony Finlandii i Szwecji oraz bezzasadność zapowiadanych rozmów z delegacjami tych państw na temat akcesji.

Zasadniczym i oficjalnym powodem sprzeciwu Ankary względem przystąpienia obu krajów do NATO jest udzielenie przez nie schronienia i umożliwienie działania w Skandynawii członkom i sympatykom kurdyjskiej PKK oraz lewackiej DHKP-C, uznawanych przez Turcję (i UE) za organizacje terrorystyczne, a także ludziom oskarżanym o związki z Ruchem Gülena (według władz tureckich odpowiedzialnego m.in. za nieudany pucz w 2016 r.). Ankara od lat domaga się ekstradycji co najmniej 24 poszukiwanych, a szerzej – ukrócenia aktywności środowisk związanych z radykalną z jej punktu widzenia opozycją. Erdoğan skrytykował również oba państwa za nieformalne embargo na eksport broni do Turcji (wprowadzone w 2019 r. po kontrowersyjnych operacjach tureckich wymierzonych w syryjskich Kurdów). Podnosił też kwestie pryncypialne, wspominając o błędnej jego zdaniem decyzji o zgodzie na powrót do struktur wojskowych NATO skonfliktowanej z Ankarą Grecji w 1980 r.

Stanowisko Turcji w sprawie członkostwa Finlandii i Szwecji w Sojuszu ma być przedmiotem rozmów Çavuşoğlu z sekretarzem stanu USA 18 maja. W najbliższych dniach ma również dojść do wizyty delegacji fińskiej i szwedzkiej w Turcji.

Komentarz

Zarzuty o „wspieranie czy tolerowanie antytureckich organizacji terrorystycznych” przez państwa zachodnie są stałym i poważnym problemem podnoszonym przez Ankarę. PKK dość powszechnie traktuje się w Turcji jako brutalną organizację terrorystyczną, która dąży do podważenia integralności terytorialnej kraju. Dla władz (i części społeczeństwa) równie groźny jest Ruch Gülena, wpisujący się w patologie tzw. „głębokiego państwa”, rozgrywany przez USA w celu uzyskania kontroli nad polityką turecką. Fakt, że zachodnia opinia publiczna i rządy poszczególnych krajów wspierały związane z PKK organizacje w Syrii (a w mniejszym stopniu instytucje powiązane z Gülenem), pozwalając na ich działalność (m.in. finansową, propagandową i szkoleniową) na swoim terytorium, Ankara uważa za akt otwartej wrogości i nielojalności oraz dowód na stosowanie przez sojuszników podwójnych standardów. Dla Zachodu z kolei oskarżenia te są nieuzasadnione, mają charakter polityczny i świadczą o notorycznym naruszaniu przez Turcję norm demokratycznych. Problem powraca regularnie – skutkował już sankcjami czy hamowaniem dialogu przez Zachód, ale też stałym usztywnianiem pozycji Ankary (np. napięciami z USA i zbliżeniem z Rosją w kontekście syryjskim).

Głębszym tłem dla tureckiej niechęci do rozszerzenia NATO o kraje skandynawskie (podobnie jak niegdyś m.in. o Polskę, a później o Gruzję i Ukrainę) są zasadnicze obawy o: osłabienie silnej własnej pozycji w Sojuszu, przenoszenie ciężaru NATO na północ, wzmacnianie Stanów Zjednoczonych w jego ramach, wreszcie – konfliktowanie się z Rosją (Ankara wypracowała sobie efektywne bilateralne kanały współdziałania z Moskwą, również w sferze bezpieczeństwa). Zważywszy na często napięte relacje z innymi członkami Sojuszu (głównie Grecją, ale też USA czy Francją), Ankara regularnie wykorzystuje okazje do zaakcentowania wagi swojego głosu w NATO.

Można się spodziewać, że obecne stanowisko Turcji w kwestii rozszerzenia Sojuszu – choć ostre i dotykające fundamentalnych dla Ankary spraw – jest warunkowe i służy realnym i symbolicznym ustępstwom na jej rzecz. Należy do nich przede wszystkim istotne ograniczenie swobody działania opozycji tureckiej w Skandynawii (optymalną opcją byłyby ekstradycja lub wydalenie najbardziej kontrowersyjnych osób), ale też w całej Europie, co wiązałoby się zarazem z poprawą oceny stanu demokracji i standardów prawnych w Turcji. Oczekiwanym ustępstwem byłoby także cofnięcie embarga na dostarczanie jej broni. Poważniejsze – i zapewne zasadnicze dla Ankary – znaczenie miałaby zgoda Waszyngtonu na blokowaną przez Kongres sprzedaż F-16 do Turcji (która zabiega o to po karnym wykluczeniu jej z programu rozwoju i użytkowania F-35), a szerzej – akceptacja USA dla (części) jej ambicji w basenie Morza Śródziemnego i regionie Bliskiego Wschodu. Wydaje się, że co najmniej częściowe uwzględnienie tych żądań uda się wypracować w toku rozmów ze Stanami Zjednoczonymi, jak również Finlandią i Szwecją.

Mimo że scenariusz porozumienia z Turcją w kwestii rozszerzenia NATO należy traktować jako najbardziej prawdopodobny, nie jest on przesądzony. Przedmiot sporu ma charakter pryncypialny dla władz i znacznej części opinii publicznej oraz – zapewne – dla Sztokholmu i Helsinek. Wyzwanie stanowią też agresywny styl negocjacyjny Ankary w połączeniu z relatywnie niewielkim zaufaniem między nią a Waszyngtonem i innymi stolicami zachodnimi, a także świadomość poważnych i narastających problemów gospodarczych (a co za tym idzie – społeczno-politycznych) Turcji, które mogą usztywnić stanowisko negocjacyjne Zachodu. Hipotetyczne fiasko akcesji Szwecji i Finlandii do NATO ze względu na sprzeciw Ankary znacznie zaostrzyłoby napięcia między nią a sojusznikami (USA, państwa wschodniej flanki), jednocześnie podsycając antyzachodnie resentymenty i stymulując unilateralizm w polityce Turcji, w tym ponowny dryf w rozgrywki z Rosją.

osw.waw.pl

Siły rosyjskie działające na zachód od Popasnej przekroczyły granicę obwodu donieckiego i zostały powstrzymane przez obrońców kilka kilometrów od drogi z Lisiczańska do Bachmutu (w okolicach Wołodymyriwki i Wasyliwki). Stanowi ona ostatnie kontrolowane przez Ukraińców liczące się połączenie drogowe rejonu Siewierodoniecka z nieokupowaną częścią Donbasu (obrońcy mogą jeszcze korzystać z wąskiej drogi lokalnej Zołotariwka–Siewiersk) i od wielu dni pozostaje pod ostrzałem artylerii agresora, co wstrzymuje ewakuację i dostawy pomocy humanitarnej. Według władz lokalnych 60-tysięczne Rubiżne (na północ od Siewierodoniecka) całkowicie zniszczono, a oba główne miasta rejonu (Siewierodonieck i Lisiczańsk) oraz pozostałe miejscowości pod kontrolą obrońców są stale ostrzeliwane, bombardowane i szturmowane. Rosjanie kontynuują także działania na rzecz odcięcia rejonu Siewierodoniecka od strony obwodu charkowskiego – w tym celu atakują miejscowości na południowy wschód od Łymanu (wzdłuż trasy Łyman–Bachmut).

W pozostałej części obwodu donieckiego i na południu obwodu charkowskiego nie nastąpiły znaczące zmiany, a siły ukraińskie skutecznie powstrzymywały wrogie natarcia na całej linii styczności. Rosjanie atakują pozycje przeciwnika w okolicach Charkowa, w obwodzie zaporoskim oraz na styku obwodu chersońskiego z obwodami mikołajowskim i dniepropetrowskim, lecz ograniczają się do ostrzału i bombardowań (jedyną próbę natarcia odnotowano we wsi Nowodariwka w północno-wschodniej części obwodu zaporoskiego). Trwają ostrzał i bombardowania przygranicznych rejonów obwodów czernihowskiego i sumskiego (na południe od autostrady Kijów–Moskwa), po raz pierwszy od wycofania wojsk z północy Ukrainy celem był też obwód żytomierski (okolice miejscowości Małyn).

Australia i USA poinformowały o przekazaniu Kijowowi kolejnych partii uzbrojenia. Canberra przygotowuje do wysłania 14 transporterów gąsienicowych M113 i dalsze 20 kołowych transporterów piechoty Bushmaster, a Waszyngton – 18 haubic ciągnionych M777 (dotychczas Amerykanie dostarczyli ich 90). Brytyjczycy zadeklarowali przekazanie artylerii o dużym zasięgu, rakiet przeciwokrętowych oraz bezzałogowych statków powietrznych. Dostarczenie Ukrainie rakiet przeciwokrętowych ma również rozważać Pentagon – rozpatruje się produkowane przez Boeinga Harpoony lub powstające w kooperacji Raytheon Technologies z norweskim Kongsbergiem pociski NSM (Naval Strike Missile; użytkowane także przez Siły Zbrojne RP).

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy kontynuuje operację kontrwywiadowczą, której celem jest neutralizacja osób współpracujących ze służbami specjalnymi wroga. W Dnieprze zatrzymano Mychajło Cariowa, brata Ołeha – prorosyjskiego polityka Partii Regionów i rzecznika powstania tzw. Noworosji. Według SBU Mychajło Cariowa typowano do objęcia stanowiska szefa kolaboranckiej administracji obwodowej. Ze względu na niepowodzenie operacji zajęcia Dniepru jego mocodawcy z FSB polecili mu organizację grup dywersyjnych, które miały dokonywać zamachów bombowych w obwodzie dniepropetrowskim.

Kreml wciąż nie podjął ostatecznej decyzji co do przyszłości okupowanych terytoriów. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oznajmił, że zależeć ona będzie od „wyrażenia woli” przez ich mieszkańców. Dodał, że na tych obszarach należy skupić się na podtrzymywaniu funkcjonowania infrastruktury zapewniającej zaspokojenie potrzeb ludności oraz zagwarantowaniu dostaw wody i energii. Zwłoka w realizacji scenariusza powołania tzw. republik ludowych świadczy o tym, że rośnie prawdopodobieństwo aneksji zajętych ziem. Przewodniczący Komitetu Rady Federacji ds. Ustawodawstwa Konstytucyjnego Andriej Kliszas stwierdził, że prawo do decydowania o połączeniu z Rosją przysługuje mieszkańcom wszystkich terytoriów Ukrainy kontrolowanych przez FR.

Według ukraińskich władz wśród sił wroga w obwodzie zaporoskim obserwuje się postępującą demoralizację i frustrację wynikającą z opóźnień w wypłacie żołdu. Żołnierze zastraszają ludność cywilną, rabują mienie prywatne i zabraniają swobodnego przemieszczania się na terytorium kontrolowane przez Kijów.

Ukraiński Sztab Generalny przekazał, że ewakuacja obrońców zakładów Azowstal jeszcze się nie zakończyła. W komunikacie przyznano, że to strona rosyjska w pełni kontroluje sposób wyprowadzania żołnierzy, ale każdy z nich jest rejestrowany przez Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża. Wiceminister obrony Hanna Malar potwierdziła, że operacja ratowania obrońców i negocjacje z Rosją co do ich dalszego losu trwają, lecz towarzyszy im embargo informacyjne, aby nie doszło do zakłócenia przebiegu rozmów. Taka ostrożność świadczy o tym, że kluczowy problem stanowi uzgodnienie warunków, na jakich najeźdźcy zgodzą się przekazać jeńców.

Po wycofaniu się rosyjskich jednostek z północy Ukrainy władze lokalne wzmacniają zabezpieczenia wzdłuż tamtejszej granicy kraju. W obwodzie żytomierskim rozpoczęto budowę instalacji inżynieryjnych mających utrudnić potencjalny atak lądowy z Białorusi. Jednostki obrony terytorialnej wspierane przez przedsiębiorstwa użyteczności publicznej kontynuują rozstawianie betonowych zapór oraz tworzą linię umocnień wzdłuż liczącej 250 km granicy pomiędzy obwodem a Rosją.

Komisja Europejska ogłosiła koncepcję „Rebuild Ukraine” – narzędzie odbudowy napadniętego kraju po wojnie. Opublikowany dokument ma charakter wstępny i przewiduje, że jej koszty i zakres zostaną w pełni określone dopiero po zakończeniu agresji. KE szacuje, że potrzeba będzie setek miliardów euro, a całkowita odbudowa zajmie ponad 10 lat. Przewodnicząca KE Ursula von der Leyen opowiedziała się za połączeniem jej z reformami, wskazując na wysoką motywację Ukrainy do ich wdrożenia. Poinformowała też, że Unia poszukuje sposobu na wykorzystanie zamrożonych aktywów rosyjskich oligarchów do sfinansowania tego wielkiego przedsięwzięcia.

Sekretarz stanu Antony Blinken oskarżył Moskwę o traktowanie żywności jako broni i szantażowanie świata wstrzymaniem eksportu ukraińskiej produkcji rolnej. Zwracając się do Rady Bezpieczeństwa ONZ, wezwał Rosję do zniesienia blokady ukraińskich portów. Podkreślił przy tym, że Ukraina nie może przez to wysłać za granicę ok. 20 mln ton zboża. Amerykańskie media donoszą, że USA rozważają półroczne zawieszenie sankcji na nawozy potasowe z Białorusi w zamian za umożliwienie tranzytu ukraińskiego zboża przez jej terytorium – koleją do litewskiego portu w Kłajpedzie. Wcześniej Stany Zjednoczone informowały o przygotowywaniu trzyletniego pakietu o wartości 11 mld dolarów na rzecz przeciwdziałania zagrożeniom dla globalnego bezpieczeństwa żywnościowego.

Straty gospodarcze Ukrainy spowodowane atakami na infrastrukturę cywilną i wojskową wzrosły w ciągu ostatniego tygodnia do 97,4 mld dolarów. Od początku inwazji zniszczono lub uszkodzono mieszkania o łącznej powierzchni 38,6 mln m2, 216 zakładów, fabryk i przedsiębiorstw, 1067 placówek oświatowych i 95 tys. samochodów. Według Wołodymyra Zełenskiego miesięczny deficyt budżetowy wynosi 5 mld dolarów. Prezydent zaapelował o dalszą pomoc finansową i podkreślił, że nie jest ona darem, lecz inwestycją w bezpieczeństwo Zachodu oraz zapobieganie nowym wojnom i kryzysom, które Rosja może wywołać w przypadku pokonania Ukrainy. 19 maja Kijów otrzymał 504 mln euro dotacji z Banku Światowego na realizację priorytetowych wydatków socjalnych i humanitarnych, a na spotkaniu G7 i międzynarodowych instytucji finansowych uzgodniono przekazanie Ukrainie 18,4 mld dolarów na zbilansowanie budżetu w najbliższych trzech miesiącach.

Komentarz

Po trwającym dwa tygodnie okresie odzyskiwania przez armię ukraińską pozycji na północ i północny wschód od Charkowa (łącznie przywrócono kontrolę nad 23 miejscowościami) siły agresora podjęły w ostatnich dniach próby powstrzymania obrońców na terenie obwodu charkowskiego (według lokalnej administracji pod kontrolą Rosjan znajduje się 25% powierzchni obwodu). Najeźdźcy nadal utrzymują pozycje na obrzeżach Charkowa, a miasto znajduje się w zasięgu ich artylerii. Działania agresora na południe i wschód od stolicy obwodu należy tłumaczyć przede wszystkim potrzebami operacyjnymi. O ile przejmowanie przez obrońców miejscowości pomiędzy Charkowem a granicą rosyjską nie miało znaczenia militarnego, o tyle przesuwanie jednostek na południe od stolicy obwodu mogłoby zagrozić liniom komunikacyjnym najeźdźcy (pozycje Ukraińców w okolicach Czuhujewa dzieli od głównej linii zaopatrzenia Wałujki–Kupiańsk–Izium 70 km).

Narasta zaniepokojenie świata zachodniego widmem kryzysu żywnościowego w związku z drastycznym ograniczeniem możliwości eksportu ukraińskiej produkcji rolnej – pszenicy, kukurydzy, jęczmienia, oleju słonecznikowego i rzepakowego (jedna trzecia światowych dostaw zboża pochodzi z Ukrainy i Rosji). Wojna spowodowała już globalny wzrost cen zbóż, nawozów, paliw i energii. Sytuacja ta wywołuje zagrożenie głodem m.in. w państwach Afryki, co z kolei może skutkować wzmożoną falą migracji. Unia Europejska we współpracy z USA próbuje tworzyć zastępcze, lądowe szlaki eksportowe dla produkcji rolnej Ukrainy, jednak nawet w przypadku ich uruchomienia zwiększą się koszty transportu żywności, a trwająca inwazja ograniczy skalę dostaw.

osw.waw.pl

18 maja władze tadżyckie rozpoczęły pacyfikację protestów („operację specjalną”) w Górskobadachszańskim Wilajecie Autonomicznym (Górskim Badachszanie). Według szacunków kilkadziesiąt osób zginęło (w tym po stronie sił rządowych), a ponad sto zatrzymano. Operację rozpoczęto po kliku dniach protestów w stolicy wilajetu – Chorogu – i blokadzie jedynej drogi łączącej Górski Badachszan ze stolicą kraju Duszanbe. Nieoficjalnie spekuluje się o zaangażowaniu w pacyfikację sił Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ).

Górski Badachszan to autonomiczny, izolowany geograficznie (jedna droga) obszar Tadżykistanu, zajmujący ponad jedną trzecią powierzchni państwa i zamieszkany przez ok. 200 tys. ludzi (całość populacji kraju liczy ok. 9,5 mln). Jego odrębność wynika zarówno z geografii, jak i odmienności etnicznej (małe narody wschodnioirańskie na tle większości tadżyckiej), religijnej (dominacja ismailickiej odmiany szyizmu) i historycznej. Formalna odrębność regionu zaznaczała się w czasach sowieckich, w trakcie tadżyckiej wojny domowej w latach 1992–1997 (po stronie opozycji), a także w późniejszym okresie (m.in. odrębne – efektywne – wzorce modernizacyjne stymulowane przez zachodnie organizacje ismailickie). Izolowany region znalazł się pod szczególną presją wraz ze wzrostem autorytarnych tendencji w kraju, co w praktyce oznacza napływ i bezkarność urzędników z Duszanbe, siłowe niszczenie miejscowych elit (krwawa pacyfikacja protestów w 2012 r. – kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych), poczucie kryminalizacji życia (m.in. związane z walką o kontrolę nad przemytem z sąsiedniego Afganistanu). Ostatnim przejawem napięć było stłumienie w listopadzie ub.r. kolejnych wystąpień w Chorogu (po zabójstwie osoby zarzucającej molestowanie seksualne pracownikowi prokuratury). Od tego czasu region pozostaje w daleko posuniętej izolacji informacyjnej (odłączony Internet, utrudnienia w komunikacji z resztą kraju, system punktów kontrolnych na drogach wewnętrznych).

Obecna odsłona kryzysu rozpoczęła się 14 maja, po surowych wyrokach dla osób zamieszanych w listopadowe manifestacje (niektóre z nich deportowano z Rosji, dokąd wyjechały po demonstracjach; w Moskwie organizowano też akcje solidarnościowe z protestującymi w Chorogu), w związku z perspektywą kolejnych aresztowań lokalnych liderów (m.in. Mamadbokira Mamadbokirowa, uznawanego za organizatora obecnych demonstracji, domniemanej ofiary czystek w miejscowych strukturach pogranicznych). Protestujący wystosowali do władz ultimatum z żądaniem dymisji przewodniczącego wilajetu oraz mera Chorogu, a także zniesienia reżimu przepustkowego. Po upływie jego terminu doszło do manifestacji 16 maja (jedna osoba zabita), a w konsekwencji – do wrzenia i blokady drogi biegnącej do Duszanbe. 18 maja rozpoczęła się „operacja specjalna”, w trakcie której miały miejsce starcia z użyciem koktajli Mołotowa i broni strzeleckiej. Wobec faktycznej blokady informacyjnej (odcięcie Internetu, zakaz publikacji w mediach) dane o kilkunastu ofiarach śmiertelnych pierwszego dnia należy uznać za niepełne.

Komentarz

Skala napięć w Górskim Badachszanie pozwala przewidywać, że zarówno „operacja specjalna”, jak i opór mieszkańców (również zbrojny) będą eskalować nawet w przypadku opanowania sytuacji w Chorogu. Sprzyjają temu trudny teren działań oraz sąsiedztwo Afganistanu. Istnieje obawa, że konflikt może rozlewać się na resztę kraju i dotykać wychodźców z Badachszanu w stołecznym Duszanbe (analogicznie do okresu wojny domowej), a także stymulować napięcia społeczno-polityczne. W Tadżykistanie kumulują się problemy związane z nieefektywnością i brutalnością reżimu, trwającym procesem sukcesji, wreszcie: chronicznie złą sytuacją gospodarczą, którą jeszcze pogorszyło załamanie się rosyjskiego rynku pracy dla migrantów zarobkowych (ok. 2 mln Tadżyków pracuje w Rosji, a ok. 70% mieszkańców jest uzależnionych od transferów z tego kraju, które tylko w pierwszym miesiącu wojny na Ukrainie spadły o ok. 40%).

Groźba długotrwałej destabilizacji Górskiego Badachszanu (a tym bardziej całego Tadżykistanu) jest potężnym wyzwaniem dla całej Azji Centralnej, borykającej się z podobnymi problemami wewnętrznymi. Pozostaje też potencjalnie poważnym wyzwaniem dla Rosji – faktycznego patrona Duszanbe i w dużym stopniu całego regionu – oraz Chin, graniczących z Tadżykistanem, penetrujących gospodarczo (ale też militarnie) zwłaszcza Górski Badachszan oraz tradycyjnie zaniepokojonych groźbą destabilizacji Sinciangu. Dodatkową trudnością dla Moskwy będzie utrzymanie – w oczach Pekinu – jej wiarygodności jako odpowiedzialnej za stabilność regionu. Wszystkie zainteresowane strony obawiają się ewentualnej synergii problemów tadżyckich z afgańskimi (m.in. aktywizacją grup związanych z Państwem Islamskim Chorasanu). Tym samym Rosja (i OUBZ) staje przed perspektywą kolejnego kryzysu na obszarze posowieckim – obok wstrząsów w Kazachstanie w styczniu br. i wojny na Ukrainie. W obecnej sytuacji rozważa się użycie w Tadżykistanie sił OUBZ (oprócz Rosji w jej skład wchodzą Tadżykistan, Kazachstan, Kirgistan i Armenia). Brały one udział w pacyfikacji protestów w Kazachstanie. Organizacja pozostała bierna wobec inwazji na Ukrainę, na moskiewskim szczycie 16 maja akcentowano natomiast rolę sojuszu w zwalczaniu „terroryzmu”.

osw.waw.pl

Pod koniec ubiegłego tygodnia wycena kontraktów na gaz ziemny z dostawą na miesiąc w przód w głównym ośrodku handlu gazem w Ameryce sięgnęła niemal 9 dolarów za milion Btu. W przeliczeniu na mniej egzotyczne jednostki to blisko 30 euro za MWh po aktualnym kursie. W dzisiejszych czasach w Europie to cena marzenie, cztery razy niższa od rynkowej, ale w Ameryce to cena niebotyczna. 

To cena najwyższa od listopada 2008 roku, kiedy to rozpętany rok wcześniej kryzys finansowy spychał  amerykańską gospodarkę w recesję. Mniej więcej wtedy rozpoczęła się jednak rewolucja wokół wydobycia gazu z łupków, i od 2010 r. notowania na Henry Hub tylko dwa razy, i to na krótko przekroczyły 6 dol. za mmBtu. Na poczatku tego tygodnia rynek, podobnie jak amerykański rynek akcji i wiele innych rynków surowcowych, zanotował spadek, ale dziś ponownie odrabia już straty i gaz jest już ponownie notowany powyżej 7 dolarów.

USA doświadczają podobnego zjawiska, jak Europa, czyli niskiego poziomu zapasów. Z amerykańskich danych jasno wynika, że jeszcze w zeszłym roku były one jak najbardziej przeciętne. Dopiero zimą spadły w granice kilkuletnich minimów i dotąd są poniżej wieloletniej średniej. Jako przyczynę dość jednoznacznie wskazuje się rosnący eksport LNG, głównie z powodu wysokiego popytu w Europie. Po prostu w sezonie zimowym więcej amerykańskiego gazu zostało wyeksportowane, a nie zużyty w kraju, co wpłynęło na poziom zapasów. A ten parametr od razu ma przełożenie na sytuację na rynku. Kiedy gazu może okazać się za mało, ceny mają tendencję do wzrostu. Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA) spodziewa się w tym roku lekkiego wzrostu wydobycia gazu, więc szanse, że go zabraknie nie są poważne.  Ale widocznie rynek ocenia, że w dzisiejszych warunkach ta prognoza to za mało, by powstrzymać wzrost cen. 

Amerykańskie terminale eksportują jak szalone, działając na maksymalnych obrotach. Dodatkowe instalacje skraplające, uruchomione w ostatnich miesiącach od razu rozpoczęły pracę na najwyższych obrotach.

Co więcej, ponad 30% zdolności terminali, które dopiero są w planach zostało już zakontraktowane. Widać więc, że eksport w przewidywalnej przyszłości będzie rosnąć, a wysłany w świat gaz nie przysłuży się zaspokojeniu krajowego popytu. Czyli znów czynnik działający na rzecz wzrostu cen. 

Czynnikiem czysto rynkowym jest popyt na amerykański LNG na świecie, a zwłaszcza w Europie, szykującej alternatywy dla rosyjskich dostaw. Dlaczego gaz na Henry Hub drożeje? Bo może – oceniają niektórzy analitycy. Spread między cenami w Ameryce, od których zależy cena zakupu LNG, a cenami sprzedaży – w Wielkiej Brytanii, albo po cenach TTF na Starym Kontynencie jest tak wysoki, że amerykański rynek w naturalny sposób idzie do góry. Skoro można sprzedać drogo, to po co sprzedawać taniej? Zwłaszcza, że amerykański gaz już domyka europejski rynek. Z danych rosyjskich wynika bowiem, że w ciągu pierwszych czterech miesięcy roku eksport Gazpromu spadł o 27%. Właśnie te brakujące wolumeny pokrywa m.in. import LNG z USA. Szybko się to nie zmieni, uspokojenie sytuacji w Europie zajmie co najmniej 2 lata, ale to właśnie większy strumień eksportu LNG z USA przyczyni się do stabilizacji. Amerykańcy konsumenci poczują więc wojnę także w rachunkach za gaz. Także, bo już płacą rekordowo dużo za paliwo do ich samochodów.

wysokienapiecie.pl

 W piątek 20 maja po południu Gazprom Export poinformował Gasum, że dostawy gazu ziemnego do Finlandii w ramach umowy zostaną zakończone w sobotę 21 maja 2022 r. o godzinie 07:00 - podała fińska firma.

Jakie są powody wstrzymania dostaw przez Gazprom do Finlandii? Strona rosyjska utrzymuje, że winę ponoszą sami  Finowie, którzy jakoby nie chcieli za gaz płacić. Sam sekretarz prasowy Władimira Putina stwierdził, że „oczywiste jest, iż nikt nie dostarczy niczego za darmo”.

Jednak te słowa to zwykłe kłamstwo. Finowie, jak i Polska oraz Bułgaria, nie zgodzili się na jednostronną zmianę przez Rosjan warunków umowy. Chodzi o to, że Gazprom chciał, aby płatności za surowiec dokonywać w rublach. Tymczasem w kontraktach zapisane są rozliczenia w twardych walutach.  

Finlandia już wcześniej zastrzegła sobie, że w przypadku wstrzymania przez Gazprom dostaw surowca, będzie skarżyła rosyjski koncern do arbitrażu.

Specjaliści mówią o dwóch czynnikach, które mogły się przyczynić do wstrzymania dostaw. Pierwszym jest fakt, że Finlandia to z punktu widzenia Gazpromu „drobny” klient. Tak więc Rosjanie nie stracą zbyt wiele, zakręcając Finom gaz. Przy okazji pokażą innym dużo ważniejszym i wahającym się odbiorcom, że także w ich przypadku mogą zdecydować się na zakręcenie kurka z gazem. Wielu obserwatorów uważa, że może być to demonstracja skierowana w stosunku do Niemiec.

Drugim powodem wstrzymania dostaw może być chęć ukarania Finlandii za zgłoszenie formalnego akcesu do NATO. Po napaści Rosji na Ukrainę, Helsinki obawiają się niebezpiecznego sąsiada i chcą wstąpić do sojuszu.

Co odłączenie od gazu z Rosji oznaczać będzie dla Finlandii? Około 10 proc. energii elektrycznej w Finlandii pochodzi ze spalania gazu. Helsinki deklarują zastąpienie surowca gazem z innych źródeł, w tym z gazociągu Balticconnector, który łączy Finlandię z Estonią.

wnp.pl