poniedziałek, 16 maja 2022


Zespół badawczy z rosyjskiego Laboratorium Socjologii Publicznej przeprowadził pogłębione wywiady socjologiczne i opisał, jakie postawy wobec wojny są obecne w rosyjskim społeczeństwie. Biełsat rozmawiał ze Swietłaną Erpylewą – pracownikiem naukowym Laboratorium Socjologii Publicznej i Centrum Niezależnych Badań Socjologicznych (Rosja).

– Podzieliliście ludzi, którzy popierają wojnę, na odrębne grupy. Jakie to grupy?

– Przeprowadziliśmy wywiady jakościowe z Rosjanami o różnych poglądach. Są to wywiady z osobami, które jednoznacznie wyraziły swoje poparcie dla tzw. operacji specjalnej. Wielu z nich nazywało to, co się dzieje, wojną. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że nasze informacje nie są reprezentatywne. Oznacza to, że nie powinniśmy postrzegać tych grup jako reprezentantów wszystkich zwolenników wojny. Moim zadaniem było pokazanie, że poparcie nie jest jednolite. Przybiera różne formy, ludzie popierają różne rzeczy i w różny sposób. A oto grupy, które zidentyfikowaliśmy w naszych wywiadach.

Jedną grupę umownie nazwałam odbiorcami propagandy państwowej. Są to ludzie, którzy najczęściej oglądają oficjalne źródła informacji i deklarują swoje poparcie dla operacji specjalnej.

Nazywają ją operacją specjalną, a nie wojną,

Deklarują przede wszystkim swoje współczucie dla ludności Donbasu, która z ich punktu widzenia ucierpiała w czasie wojny, a teraz Rosja będzie ją chronić.

Są też ludzie, którzy bardzo się od nich różnią, można ich ironicznie nazwać historykami samoukami. Interesuje ich pewien rodzaj historii, śledzą to, co dzieje się na Ukrainie, od dłuższego czasu, nie zaczęli śledzić tego teraz i uzasadniają swoje poparcie stawiając akcent na długotrwałej konfrontacji między Rosją a Zachodem i konflikcie geopolitycznym. Mają pewne sympatie imperialne.

Ci ludzie, w przeciwieństwie na przykład do odbiorców państwowej propagandy, korzystają z różnych źródeł informacji. Mogą nawet krytycznie odnosić się do propagandy państwowej.

Nie oznacza to, że są oni przeciwni propagandzie, raczej opowiadają się za bardziej kompetentną propagandą. Osoby te mogą być również krytycznie nastawione do władz, zwłaszcza do polityki wewnętrznej władz rosyjskich.

Są tacy, którzy również podkreślają znaczenie konfliktu geopolitycznego w swoich uzasadnieniach wojny, kiedy mówią o obecności nacjonalistów na Ukrainie, ale są w tym względzie znacznie bardziej ostrożni.

W odróżnieniu od innych grup stale powtarzają, że są przeciwni wojnie w ogóle. Z pewnością jednak popierają to, co się dzieje.

Uważają, że wojna sama w sobie jest bardzo zła, że złe jest to, że giną ludzie. „To straszne, ale konieczne”.

Kolejną grupą są ludzie, którzy są w jakiś sposób związani z tym, co dzieje się w Donbasie. To znaczy, że mają tam krewnych, sami są emigrantami z Donbasu lub mają znajomych, bliskich, z którymi utrzymują kontakt, którzy opowiadają o tym, jak cierpieli w ostatnich latach.

Są to osoby, dla których propagandowa narracja o ośmiu latach wojny jest czymś znanym i dlatego znajdują usprawiedliwienie dla tego, co się dzieje.

Wydaje im się, że Rosja w końcu zakończy tę długą wojnę w Donbasie.

Są osoby, których niestety w naszej próbie nie ma zbyt wiele. Po prostu dlatego, że nie są gotowi do udzielania wywiadów, do rozmowy. Nie są gotowi do zajęcia jednoznacznego stanowiska.

Zapytani o poparcie dla wojny, odpowiadają, że ją popierają, ale w ciągu dłuższej rozmowy wyrażają swoje niezadowolenie ze wszystkiego, co się dzieje.

Mówią, że straszne jest to, że są ofiary, że czują się bardzo źle, nie mogą spać. Mówią, że jest im ciężko, że gospodarka cierpi, że odczuwają to na sobie, na swoich bliskich. Jednak mimo to, gdy pyta się ich o poparcie, odpowiadają twierdząco.

– Czy w czasie wojny powinniśmy ufać sondażom?

– Tak naprawdę musimy bardzo ostrożnie podchodzić do tych danych: sondaże przeprowadzane w reżimach autorytarnych w kontekście konfliktów zbrojnych najczęściej po prostu się nie sprawdzają. Jest przecież ogromna liczba osób, które nie odpowiadają, po prostu odmawiają odpowiedzi na pytania. I nie mamy pojęcia, co się dzieje w ich głowach. Nie powinniśmy patrzeć na liczby bezwzględne. Gdy mówi się, że 68 proc. ludzi popiera operację specjalną, nie można temu ufać. Jeśli jednak, na przykład, to samo badanie z zastosowaniem tej samej metodologii, z taką samą liczbą odmów, zostanie przeprowadzone w odstępie dwóch miesięcy i coś się zmieniło, możemy to przeanalizować.

– Rozmawiała Pani także z ludźmi, którzy są przeciwni wojnie. Co oni czują?

– W naszych wywiadach, na przykład z przeciwnikami wojny, pojawiali się tacy, którzy mówili o odpowiedzialności zbiorowej. Było ich bardzo mało. Wiele osób mówiło nam, że czują się w pewien sposób odpowiedzialni. Odpowiedzialność za to, by nie milczeć, ale coś robić. Niektórzy mówili o odpowiedzialności nie za wojnę, ale za to, że nie protestowali wcześniej, nie próbowali zmienić władzy. Odpowiedzialność bezpośrednio za inwazję Rosji na Ukrainę. Bardzo rzadko spotykałam ludzi, którzy czuli się odpowiedzialni, ale czuli oni odpowiedzialność za różne rzeczy.

– Czy można powiedzieć, że wojnę na Ukrainie popiera starsze pokolenie?

– Myślę, że tak. Takie dane pokazują sondaże. Można je analizować nie pod kątem liczb bezwzględnych, lecz wewnętrznych zależności. Bierzemy pod uwagę tylko odpowiedzi na konkretne pytania i sprawdzamy ich rozkład. Starsze pokolenie bardziej popiera wojnę niż młodsze. Nie oznacza to jednak, że całe starsze pokolenie popiera wojnę. Wśród osób starszych są oczywiście tacy, którzy aktywnie protestują. Ale statystycznie rzecz biorąc, wydaje mi się, że widzimy tę korelację.

belsat.eu

Mer Moskwy Siergiej Sobianin poinformował, że zakład Renault Rosja, który jest położony w rosyjskiej stolicy, przechodzi na jej własność. Będą tam produkowane auta pod marką Moskwicz.

Siergiej Sobianin dodał, że „kluczowym partnerem technologicznym” zakładów będzie KamAZ z miasta Nabierieżnyje Czełny, czyli fabryka samochodów ciężarowych. Zakład w Moskwie ma jednak produkować auta pasażerskie, początkowo tradycyjne, a „w perspektywie” elektryczne.

– Wraz z KamAZem i Ministerstwem Przemysłu i Handlu pracujemy nad tym, aby maksymalna liczba części była produkowana w Rosji – podkreślił.

Zakłady Moskwicz istniały od 1930 do 2010 roku. Tworzono je z pomocą amerykańskiego Forda. Produkcja rosyjskich samochodów w fabryce skończyła się na początku XXI wieku. Część firmy przeszła pod kontrolę Francuzów jeszcze w 1998 roku. Zaczęto wówczas montować auta Renault.

Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Paryż częściowo wstrzymał produkcję. Teraz ogłoszono, że aktywy w Rosji przechodzą pod kontrolę rosyjskiego państwa. Sto procent akcji moskiewskiego zakładu trafiło do władz Moskwy, a 67,69 procent akcji AwtoWAZ z miasta Togliatti będzie należeć do Instytutu Badań Samochodowych i Pojazdów Samochodowych. Francuzi będą mogli wykupić te akcje w ciągu 6 lat. Reszta pozostanie w rękach państwowej rosyjskiej firmy Rostech. AwtoWAZ będzie zajmować się obsługą techniczną aut Renault i będzie nadal produkował Łady.

belsat.eu

Wyrwane wieże rosyjskich czołgów na ukraińskich polach stały się swoistym symbolem wojny na Ukrainie. Amerykanie określają to nazwą zabawki-niespodzianki „pajacyk w pudełku" („jack-in-the-box"), z którego po otwarciu wieczka wyskakuje figurka klauna. Liczba leżących oddzielnie wież świadczy o tym, że taki sposób destrukcji rosyjskich „tanków" nie jest wynikiem przypadku, ale efektem zastosowanej konstrukcji systemu przechowywania i ładowania nabojów.

W czołgach wywodzących się z rodzin: T-72 i T-90 oraz T-64 i T-80 zastosowano bowiem karuzelowy sposób ładowania wkładów amunicyjnych, w którym ładunki miotające i pocisk (a więc element wystrzeliwany w kierunku przeciwnika) są ułożone, w obracającym się zasobniku w kształcie pierścienia. W ten sposób można przekręcić magazyn w taki sposób, aby uzyskać dostęp do potrzebnej w danej chwili amunicji. Wtedy potrzebny ładunki miotający i pocisk są wyciągane do góry przez specjalny automat i ładowane do lufy tworząc w ten sposób gotowy do strzału nabój. W przypadku T-64 taki zasobnik zawiera 28 wkładów amunicyjnych, natomiast T-72 ma ich 22.

Niestety pierścieniowy magazynek znajduje się bezpośrednio pod główną wieżą i dwoma członkami załogi (dowódcą i celowniczym). W Ukrainie okazało się dobitnie, że trafienie pocisku przeciwpancernego w odpowiednie miejsce w tak zbudowanym czołgu powoduje reakcję łańcuchową i wybuch: zrywający wieżę lub nawet wyrzucający ją w powietrze. Oznacza to automatycznie natychmiastową śmierć całej załogi.

Tak naprawdę karuzelowy sposób podawania amunicji w rosyjskich czołgach miał być symbolem wyższości technologicznej sowieckich a później rosyjskich czołgów nad zachodnimi. Mechanizm zastosowany po raz pierwszy przez Sowietów w czołgach T-64 (tzw. przenośnik karuzelowy) miał bowiem dwukrotnie przyśpieszyć ładowanie odpowiedniego naboju do lufy zwiększając szybkostrzelność, a dodatkowo pozwolił na pozbycie się ładowniczego. Załogi czołgów T-64, a później rodziny T-72 składały się więc „tylko" z trzech osób: dowódcy, celowniczego i kierowcy.

Jak się później okazało taki postęp i automatyzacja nie znalazły uznania w niektórych krajach zachodnich, w tym w najnowszych czołgach amerykańskich (np. M1 Abrams) i niemieckich (np. Leopard 2). Zdecydowano się w nich bowiem wybrać prostsze rozwiązanie i pozostawić czwartego członka załogi – ładowniczego. Wykazano bowiem, że dobrze wyszkolony ładowniczy może być równie szybki jak rosyjskie automaty. Ponadto czwarty członek załogi upraszcza utrzymanie czołgu w sprawności i później w działaniu (przyśpieszając np. naprawę zerwanej gąsienicy czy proces uzupełniania zapasów).

Ale wybranie takiego, a nie innego sposobu ładowania wynikało też z innego podejścia do tolerowanych strat. Kraje zachodnie na pierwszym miejscu stawiały bowiem przeżywalność załogi, a nie jak Rosjanie: wykonanie zadania za wszelką cenę. Amerykanie wiedzą bowiem, że łatwiej jest dostarczyć nowy czołg niż wyszkolić jego obsługę. Pozostawili więc ładowanie „ręczne", ponieważ pozwala ono na odseparowanie załogi od magazynu amunicji.

W czołgach Leopard 2 i M1 Abrams pociski przechowuje się bowiem w chronionej kapsule z tyłu wieży i oddzielonej od części załogowej specjalnym włazem przeciwwybuchowym. Włazy te są mocniejsze niż górny pancerze, przez co eksplozja amunicji po trafieniu jest skierowana do góry przez panele wydmuchujące (blowout panels), a nie do przedziału załogi. Zapobiega to dekapitacji wieży, jaką często widać w przypadku czołgów T-72/T-64 i pochodnych.

defence24.pl

Pierwsza kula trafiła najmłodszego Jewgena, drugą Rosjanie wymierzyli najstarszemu Dymytrowi. Trzecia miała zabić Mykołę. Ostatni pocisk, choć Rosjanie o tym nie wiedzieli, nie sięgnął celu — przeleciał blisko prawego ucha i wyszedł powyżej prawej strony ust Mykoły. Średni z rodzeństwa przeżył, ale i tak został wrzucony do "dołu śmierci". Czuł ciała zmarłych braci i przysypującą ich ziemię.

— Wiedziałem, że żyję — mówi cytowany przez "The Wall Street Journal" Mykoła. Chybiony pocisk nie wyrządził mu poważnych obrażeń. Przeżycie egzekucji to jedno, wydostanie się z dołu i ucieczka przed rosyjskimi żołnierzami to coś zupełnie innego.

Opowieść Mykoły została potwierdzona przez lokalnych ukraińskich urzędników i członków rodziny. Sytuacja miała miejsce w pierwszych tygodniach wojny, (...)

Trójka braci dzieliła dom w Dowżyku razem z 36-letnią siostrą. To wioska na przedmieściach Czernihowa. Na ulicy słychać było wozy opancerzone, czuć, że wojna jest pod ich oknami. Najmłodszy z rodzeństwa, Jewgen, miał się czego obawiać — walczył z prorosyjskimi separatystami na wschodnich terenach Ukrainy, zanim zrezygnował ze służby. Gdy zaatakowali Rosjanie, chciał ponownie zaciągnąć się do wojska. Nie udało się.

Rosjanie urządzili łapankę. Przeszukiwali każdy dom w wiosce. Chcieli wiedzieć, kto i kiedy służył w ukraińskim wojsku. Szukali broni, na ciałach szukali charakterystycznych tatuaży lub blizn. Pod dom rodzeństwa Kuliczenko też w końcu pojawiło się dwóch Rosjan. Zażądali dokumentów, kazali się rozebrać i klęczeć przy płocie. Za chwilę pojawiło się kilku kolejnych intruzów. Weszli do domu, gdzie Jewgen trzymał spakowaną torbę pełną amunicji. Intruzi wsadzili trójkę braci na pojazd, założyli im worki na głowy. Gdy siostra wróciła do domu, zastała w nim jedynie porozrzucane rzeczy.

Samochód, którym jechali, w końcu się zatrzymał. Rosjanie zdjęli im worki z głów, oczy przewiązali taśmą i wsadzili do zimnej piwnicy. Następnie zabierali ich na przesłuchania. Chcieli wiedzieć wszystko. Gdy odpowiedzi ich nie zadowalały, grozili torturami, w tym odcinaniem uszu. Uwięzieni nie mogli ze sobą rozmawiać. Taki występek kończył się w najlepszym wypadku chłostą. Mykoła słyszał, jak jego bracia w pokoju obok wiją się z bólu.

21 marca braci związano i wsadzono na wóz. To miała być ich ostatnia podróż. Rosjanie wyrzucili całą trójkę w polu, nakazali uklęknąć. Mykoła słyszał, jak żołnierze kopią im grób. Usłyszał dźwięk zakładanego tłumika i kolejne strzały. Złowił uchem jeszcze ostatnie jęki braci, gdy Rosjanie zasypywali ich ziemią. Na policzku czuł spływającą krew — opowiadał w materiale telewizji Suspilne.

Mykoła nie chciał umierać. 33-latek wydostał się z dołu i ruszył w poszukiwaniu drogi do domu. Nie wiedział, gdzie się znajduje. Miał świadomość, że Rosjanie są w pobliżu. Przeszedł krótką drogę, schronił się w jednym z opuszczonych domów. Rankiem następnego dnia wyruszył na dalsze poszukiwania.

Po drodze spotkał życzliwych ludzi, którzy wskazali mu drogę, dali jeść i pić, a on opowiedział im swoją historię. Po 12 godzinach marszu w końcu ujrzał znajome zabudowania. Przeszedł lasem do domu swojego ojca. Ten źle zniósł wiadomość o śmierci synów, zaczął krzyczeć. Mykoła potrzebował opieki medycznej, którą otrzymał od miejscowej lekarki. Nie chciano ryzykować transportu do szpitala.

Niedługo później Rosjanie wycofali się, a linia frontu przesunęła się na wschód. 2 kwietnia Mykoła i jego siostra ruszyli w poszukiwaniu zwłok braci. Ostatecznie sprawą zajęły się ukraińskie władze, które początkowo nie mogły uwierzyć w prawdziwość tej historii. Krok po kroku zaczęto znajdywać kolejne przedmioty należące do braci. Ciała wciąż były jednak zakopane.

Udało się dopiero za piątym razem. Ciała wykopano i przewieziono do Czernihowa. 21 kwietnia, dokładnie miesiąc po egzekucji, zabici bracia spoczęli obok matki na lokalnym cmentarzu. Jak pisze "WSJ", ojciec braci jest grabarzem, ale tym razem nie był w stanie wykonać swoich obowiązków. Kolejne zbrodnie wojenne popełniane przez Rosjan w okolicach Kijowa są skrzętnie dokumentowane.

onet.pl

niedziela, 15 maja 2022


W początkach 1945 r. do Moskwy zaczęły napływać, z zajętych przez Armię Czerwoną terenów północno-zachodniej Polski i wschodnich Niemiec, raporty na temat zdobyczy wojennych. Informowano w nich o zakładach przemysłowych, kopalniach itp., które niemal nietknięte wpadły w ręce żołnierzy radzieckich.

Sam Gieorgij Żukow meldował Stalinowi, że jego oddziały zdobyły w całości fabryki m.in. w Łodzi, Tomaszowie, Radomiu, Bydgoszczy i innych mniejszych miejscowościach. Radzieckiego marszałka cieszyło przede wszystkim zajęcie wielkiej liczby cukrowni i gorzelni.

Przemysł ten znajdował się na terenach przedwojennej Polski i na ziemiach niemieckich, przyznanych nam jako rekompensatę za utracone Kresy. Wydawało się więc naturalnym, że zostanie przejęty przez państwo polskie, tym bardziej że od początku wojny byliśmy członkiem koalicji antyhitlerowskiej, a Wojsko Polskie walczyło również u boku Sowietów.

Nic bardziej mylnego. Sowiecki dyktator podjął decyzję, która najdobitniej pokazuje, jaki charakter miało mieć to nasze "wyzwolenie". Postąpił jak z terytorium podbitym i nakazał demontaże wszelkich urządzeń przemysłowych. Do tego celu powołano, kierowany przez Gieorgija Malenkowa, Komitet Specjalny. Jego zadaniem było centralne koordynowanie wywozu zdobyczy wojennych i rozdzielanie ich na terenie ZSRR.

10 stycznia 1945 r. Rada Komisarzy Ludowych wydała rozporządzenie regulujące sposoby postępowania ze zdobyczami wojennymi. Sankcjonowało to podział kompetencji między poszczególnymi organami władzy radzieckiej na zajętych ziemiach. I tak wojsko miało zająć się konfiskatą, demontażem i zabezpieczeniem łupów, a następnie przekazać je odpowiednim cywilnym przedstawicielom komisariatów ludowych. Zadaniem tych ostatnich była organizacja wywozu zdobytych urządzeń do Związku Radzieckiego.

Wywozowi podlegały praktycznie wszystkie rzeczy posiadające jakąkolwiek wartość materialną. Bogdan Musiał w książce "Wojna Stalina…" cytuje rozkaz podpisany przez generała pułkownika Nikołaja Bułganina, który mianem zdobyczy wojennych określa:

(…) zakłady, majątki ziemskie, dwory, magazyny, spichlerze, sklepy z wszelkim asortymentem, maszyny rolnicze, artykuły spożywcze, paliwo, pasza, bydło, porzucony sprzęt gospodarstwa domowego i inne przedmioty, które nasze wojska zdobyły w miastach, wsiach i centrach przemysłowych znajdujących się na terytorium nieprzyjaciela.

Aby podołać tak wielkiemu wyzwaniu logistycznemu, jakim był wywóz ogromu wszelkich dóbr, utworzono specjalne "trofiejne otriady". Były to jednostki dwojakiego rodzaju. Pierwsze, liczące 500 osób, były to tzw. bataliony robocze. Mniejsze, liczące po 50 osób, tworzyły grupy poganiaczy bydła. Łączna liczba członków "trofiejnych" komand szacowana jest na około 100 tys. ludzi.

Wkrótce rozpoczęła się grabież na ogromną skalę i oddziały "trofiejne" zaczęły konfiskować wszystko, co tylko wpadło im w ręce. Z samego Górnego Śląska Sowieci zamierzali wywieźć między 1 kwietnia a 1 czerwca 1945 r. 975 tys. ton węgla, który wówczas był surowcem o znaczeniu strategicznym.

Od 1 czerwca planowany dzienny urobek śląskich kopalni, pracujących pod radzieckim nadzorem, miał wynosić 26 tys. ton. Aby przyspieszyć transport tego cennego surowca, zamierzano znacznie rozbudować linie kolejowe, biegnące przez nasz kraj na wschód.

Przystąpiono również do demontażu szeregu zakładów przemysłowych. I tak np. w Gliwicach w ciągu 25 dni zdemontowano urządzenia walcowni rur. Kolejne na liście były huty w Bobrku koło Bytomia oraz Łabędach. W tych ostatnich zdemontowano kolejną walcownię.

Szczególnie katastrofalne znaczenie dla gospodarki na Śląsku miał demontaż elektrowni. Dotyczyło to zakładów w Miechowicach, Zabrzu, Zdzieszowicach, Mikulczycach, Blachowni Śląskiej i Chełmsku Śląskim. Aby wywieźć całą aparaturę z Miechowic, potrzeba było aż 834 wagonów. Zakład rozebrano do ostatniej śrubki. Po wojnie trzeba było odbudować wszystko od podstaw.

O ile wszystkie wymienione wcześniej miejscowości należały przed wojną do Niemiec, to z początkiem marca Stalin podpisał kolejne rozporządzenia, tym razem dotyczące zakładów zlokalizowanych na naszym przedwojennym terytorium.

Pod nóż, a raczej pod młotek sowieckich oddziałów demontażowych poszły przedsiębiorstwa przemysłowe w Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej, Częstochowie, Zgodzie, Chorzowie, Siemianowicach, Poznaniu, Bydgoszczy, Grudziądzu, Toruniu, Inowrocławiu, Włocławku, Chojnicach, Łodzi, Dziedzicach, Oświęcimiu i Chorzowie.

Z samej Bydgoszczy do ZSRR miało być wywiezionych 30 dużych zakładów. Podobnie jak około 250 jednostek pływających wchodzących w skład flotylli Kanału Bydgoskiego. Grudziądz został dosłownie ogołocony z przemysłu, nawet tego stanowiącego własność małych firm.

W Toruniu na 46 wagonów kolejowych załadowano wyposażenie miejscowych młynów, skutkiem czego w mieście zabrakło chleba. Z magazynów toruńskich zakładów spirytusowych nasi "wyzwoliciele" skonfiskowali większość z 4 mln litrów spirytusu. Nawet miejskie zakłady komunalne straciły swoje śmieciarki.

Szczególnie duże znaczenie Sowieci przywiązywali do demontażu niemieckich zakładów paliw syntetycznych. Chodziło tu głównie o wielkie zakłady w Blachowni Śląskiej, które docelowo mogły produkować 350 tys. ton paliw rocznie. Zakład mógł być niezwykle cenny dla odbudowującej się Polski. "Przyjazny Sowietom" rząd polski wysłał nawet delegacje do Moskwy, aby ta zaniechała jego rekwizycji.

Polscy towarzysze zostali jednak odprawieni z kwitkiem a do ZSRR pojechało prawie 10 tys. wagonów wyładowanych urządzeniami wyżej wymienionego przedsiębiorstwa. Jeszcze więcej, bo prawie 14 tys. Wagonów, potrzeba było do wywiezienia zakładów benzyny syntetycznej w Policach.

Podobnie było z transportem kolejowym. W tym przypadku Sowieci brali wszystko, co tylko mogło im się przydać. Rozbierano trakcję kolejową, parowozownie, wagonownie, warsztaty naprawcze itp. Z terenów dzisiejszej Polski zniknęło około 5500 km linii kolejowych. Dla porównania łączna długość linii kolejowych w Polsce w 2010 r. wynosiła 22 tys. 46 km.

Również rolnictwo nie uniknęło strat związanych z "wyzwoleniem". Stalin osobiście podpisał rozporządzenia, na mocy których przegnano z obecnego terytorium Polski do ZSRR wielkie stada koni i bydła. Łącznie do 1 września 1945 r. zarekwirowano 506 tys. sztuk bydła, ponad 114 tys. owiec i 206 tys. koni.

Rekwizycji podlegały również płody rolne oraz ich przetwory. Już w lutym 1945 r. przetransportowano do ZSRR 72 tys. ton cukru. Z samego tylko powiatu toruńskiego wywieziono ponad 14 tys. ton zboża, 20 tys. ton ziemniaków i 21 tys. ton buraków pastewnych.

Jakby tego było mało, niezależnie od radzieckich łupiestw, "rząd polski" zobowiązał się dostarczyć "sojusznikowi" 150 tys. ton zboża, 250 tys. ton ziemniaków, 100 tys. ton słomy i 25 tys. ton mięsa.

Do rozboju firmowanego przez państwo radzieckie dochodził jeszcze prywatny szaber prowadzony przez czerwonoarmistów. Aby zaprowadzić jaki taki porządek, Ludowy Komisariat Obrony pod koniec 1944 r. wprowadził specjalne przepisy regulujące ten proceder.

W ich myśl wzorowi żołnierze mogli raz w miesiącu wysłać trofiejną paczkę. Jej ciężar uzależniony był od stopnia. Dla szeregowców wynosił 5 kg. Oficerowie – jak stwierdzał Antony Beevor w książce "Berlin 1945. Upadek" – mogli wysłać paczkę dwa razy większą. Wobec generałów i oficerów jednostek Smiersza żadnych limitów nie stosowano. Bywało, że starsi oficerowie wysyłali do domów nawet całe wagony zdobyczy.

A jakie były najpopularniejsze suweniry? Była to głównie żywność, ubrania, buty, radia, zastawy stołowe, naczynia, pościel, rowery, zegarki, a nawet gwoździe, szyby czy sedesy. Skala tego wywozu również była ogromna.

Catherine Merridale w książce "Wojna Iwana. Armia Czerwona 1939–1945" podaje przykład Kurska. W styczniu 1945 r. do miasta tego przyszło ledwo 300 paczek. Do końca maja ich liczba wyniosła aż 87 tys. sztuk. W pobliżu dworca wybudowano magazyn mający chronić łupy przed pogodą oraz schronisko dla brygad rozładowujących wagony i dostarczających paczki do odbiorców. A Kursk był tylko jednym z wielu takich miast.

onet.pl

sobota, 14 maja 2022


Lend-Lease nie jest dostawą amunicji wojskowej i surowców jako takich. To mechanizm upraszczający formalności w celu maksymalnego skrócenia i uproszczenia dostaw, wyłącznie administracyjno-prawny mechanizm płacenia za nie z wykorzystaniem pieniędzy podatników amerykańskich bez bezpośredniej zgody tych podatników, którzy ramowo, pośrednio na to przystali poprzez swoich przedstawicieli w Kongresie.

Demokracja jako taka jest zjawiskiem dość inercyjnym, prawie szkodliwym w realnej wojnie lub w obliczu globalnego zagrożenia bronią niekonwencjonalną. Zgodnie z fundamentalną zasadą amerykańskiej demokracji, że nie ma podatków bez reprezentacji, ważne decyzje wymagają formalnej zgody elektoratu, co oznacza długotrwałe wysłuchania publiczne i ścisłe przestrzeganie procedur. Ten mechanizm doskonale sprawdza się w czasie pokoju.

Natomiast przez Lend-Lease Act Kongres deleguje prezydentowi USA wyłączne (!) prawo dysponowania środkami podatników na bezpośredni zakup amunicji dla krajów zdolnych do skutecznego przeciwstawiania się systemowym zagrożeniom dla demokracji.

I 80 lat temu, i dziś chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo amerykańskiej demokracji. Kiedyś prezydent Franklin Delano Roosevelt wyjaśnił to na przykładzie węża ogrodowego, który dobry gospodarz musi podać sąsiadowi, aby ten ugasił pożar u siebie, bo jeśli sąsiadowi zabraknie środków na przezwyciężenie katastrofy, ogień zniszczy nie tylko jego posiadłość, ale i wszystko wokół. To przekonało amerykańskich wyborców.

Teraz jesteśmy świadkami wznowienia ustawy, która tymczasowo usuwa wszelkie biurokratyczne przeszkody utrudniające zakup broni i innych zasobów dla Ukrainy, ponieważ stopień zagrożenia, jaki Kreml stwarza dziś dla światowej demokracji, jest oceniany przez Kongres na poziomie zagrożenia sprzed 80 lat ze strony nazistowskich Niemiec. Wagę tej decyzji trudno przecenić.

Dokument, podpisany przez prezydenta Joe’go Bidena 9 maja 2022 roku, nazywa się wprost „Aktem wspierania demokracji w Ukrainie”. W końcu sprzeciw Ukrainy wobec neoimperializmu dążącego do zrewidowania skutków zimnej wojny Putina, ze wszystkimi jego hybrydowymi i niekonwencjonalnymi zagrożeniami, w Stanach Zjednoczonych jest postrzegany jako gwarancja przetrwania globalnego systemu wartości demokratycznych i demokracji amerykańskiej w szczególności.

Podobnie jak podczas prezydentury Roosevelta, Kongres dał Bidenowi maksymalną możliwą deregulację procedur finansowych i wyeliminowania wszelkich możliwych formalności biurokratycznych w procesie dostarczania Ukrainie broni koniecznej do odniesienia zwycięstwa, a nie tylko zatrzymania ofensywy, jak w pierwszych tygodniach wojny.

Według Aktu o Lend-Lease płatność za dostawy Ukrainie materiałów krytycznych zostanie pobrana dopiero po zakończeniu działań wojennych, włącznie z niewykorzystaną amunicją, którą Ukraina postanowi zachować do swojej dyspozycji.

Mimo że w styczniu 2022 roku rząd ukraiński skierował do USA wniosek o wznowienie programu Lend-Lease dla Ukrainy, realne działania i kroki prawnie regulujące porozumienie zostały podjęte dopiero po klęsce rosyjskiej armii pod Kijowem, Charkowem i Czernihowem w marcu. Należało bowiem przekonać Kongres, że broń i pomoc materialna nie zostaną porzucone przez zdemoralizowane wojska aliantów i nie wpadną w ręce wroga. Chodziło oczywiście o uniknięcie tego, co zdarzyło się w 2021 roku, kiedy najnowsze egzemplarze zachodniego sprzętu wojskowego bez walki wpadły w ręce talibów w Afganistanie.

Wcześniejsze wprowadzenie tego mechanizmu było mało prawdopodobne, gdyż według zachodniego wywiadu armia rosyjska powinna była przejęć kontrolę nad stolicą Ukrainy w ciągu 72 godzin, a w ciągu kolejnej doby całkowicie złamać opór armii ukraińskiej. Żródła takich wyliczeń wywiadowczych powinny być przedmiotem osobnej analizy, po zakończeniu aktywnej fazy działań wojennych na Ukrainie.

Zrównoważenie sił ZSRR i III Rzeszy było niezbędne dla uruchomienia pierwszego Lend-Lease na froncie wschodnim. Stało się to dopiero zimą 1942 roku w wyniku taktycznego zwycięstwa pod Moskwą. Jednocześnie alianci zrozumieli, że mimo niepowodzenia operacji „Tajfun” prowadzonej przez Wehrmacht, balans zasobów między ZSRR a III Rzeszą na początku 1942 roku był dla armii sowieckiej niekorzystny. Mogła ona związać główne siły ofensywne grupy armii Centrum pod Stalingradem, ale na wszystkich innych odcinkach frontu nie należało do rzadkości, że jeden karabin przypadał na dwóch żołnierzy. Czasem wynikało to z błędnych obliczeń zaskakująco nieefektywnej logistyki armii radzieckiej, kiedy indziej było skutkiem zniszczenia przez Luftwaffe magazynów amunicji.

Kalkulacje niemieckiego dowództwa wojskowego były poprawne: bez broni, paliwa i pojazdów wojska radzieckie straciłyby inicjatywę nawet w obronie, nie mówiąc już o akcjach kontrofensywnych. Ale – podobnie jak w 2022 roku – agresor nie wziął pod uwagę determinacji sojuszników w koalicji antyhitlerowskiej, którzy zdecydowali się na otwarcie de facto drugiego frontu – materialnego i technicznego.

Historia nie lubi gdybania, ale możemy sobie wyobrazić, do czego doprowadziłby kryzys na froncie wschodnim, gdyby nie Lend-Lease. W latach 60. ubiegłego wieku w ZSRR ukazała się limitowana edycja wspomnień marszałka Borysa Szaposznikowa. W tym wydaniu cenzorzy w cudowny sposób przeoczyli fragment z dość krytyczną oceną rzeczywistego stanu logistyki Armii Czerwonej na początku wojny z III Rzeszą. Gdyby nie pomoc aliantów, pod koniec 1942 roku sowieci musieliby walczyć tylko karabinami i jeść głównie paszę dla zwierząt – zwłaszcza po całkowitej okupacji Ukrainy i Kaukazu Północnego pod koniec 1941 roku, oszczędzając chleb i konserwy na zimę. W drugim wydaniu tych wspomnień w latach 70. usunięto ten i wiele innych fragmentów, choć do dziś zachowały się rzadkie egzemplarze z pierwszego wydania. Na początku naszego stulecia w Rosji próbowano ponownie opublikować te wspomnienia w wersji oryginalnej, ale coś temu przeszkodziło.

Historycy, tacy jak Rosjanin Mark Sołonin oraz Amerykanie Stephen Broadberry i Mark Harrison, doszli do podobnych wniosków co Szaposznikow. Według ich szacunków z powodu braku benzyny wysokooktanowej sowieckie samoloty powinny przestać latać do końca 1942 roku – na więcej nie wystarczyłoby paliwa w magazynach położonych dalej od linii frontu. Podobnie, ze względu na krytyczny brak smarów, czołgi radzieckie, które w tamtym czasie były główną siłą napędową kontrofensywy, powinny były zostać całkowicie unieruchomione.

Równie poważnym problemem w ZSRR był brak metali nieżelaznych potrzebnych do produkcji amunicji. Z tego powodu pod koniec 1943 roku sowieckie karabiny i karabiny maszynowe powinny były ostatecznie przestać strzelać.

Z kolei powszechna sepsa spowodowana brakiem półsyntetycznej penicyliny doprowadziłaby do śmierci około 60% czerwonoarmistów, co uniemożliwiłoby nawet przeprowadzenie kampanii obronnej, nie mówiąc już o kontrofensywie.

(...)

Już wiosną 1942 roku trzy czwarte zapasów żywności Armii Czerwonej składało się z amerykańskiego gulaszu i innych wysokokalorycznych konserw, które transportowano morzem przez Arktykę do Archangielska oraz przez Syberię i Ural z Władywostoku. Konserwy z Lend-Lease stanowiły 480% krajowej produkcji racji żywnościowych dla żołnierzy. Moja matka wspomina, że jeszcze na początku lat 50. w Odessie można było je kupić lub wymienić na Privozie, głównym bazarze miasta działającym bez zbędnej regulacji.

Najważniejsze było jednak zaopatrzenie ZSRR w zasoby materiałowo-techniczne i surowce. Nawet według oficjalnej, w dużym stopniu zakamuflowanej, statystyki, dostawy miedzi (niezbędnej do produkcji pocisków) w ramach Lend-Lease były wysokości 76% sowieckiej produkcji, aluminium, które w pełni wykorzystywano do produkcji samolotów wojskowych, 176%, cyny 223%, a wełny, z której szyto ubrania dla czerwonoarmistów, 102%.

Ponad połowa materiałów wybuchowych używanych przez armię sowiecką w czasie wojny – prawie 300 tysięcy ton – przybyła w konwojach od aliantów zachodnich. Przez samą Arktykę alianci dostarczyli ZSRR ponad 4 miliony ton krytycznego ładunku wojskowego i humanitarnego. Przez Pacyfik dotarło 7,4 miliona ton surowców. Ponad 4 miliony ton przetransportowano przez porty Zatoki Perskiej.

Aby zwiększyć przepustowość kolei na kontrolowanym przez aliantów Bliskim Wschodzie, przemysłowy gigant General Motors zbudował w Iranie dwie fabryki produkujące ciężarówki Studebaker oraz jeepy Dodge i Willys — jedyne dwuosiowe pojazdy Armii Czerwonej. Co więcej, były to najlepsze ciągniki artyleryjskie w ZSRR do połowy lat 60. XX wieku. W celu zapewnienia dostaw surowców do rafinerii w Baku, alianci przedłużyli dwa rurociągi o długości ponad 800 kilometrów z Zatoki Perskiej przez Iran w ciągu zaledwie trzech miesięcy.

W sumie ZSRR dostał 447 785 pojazdów, co stanowiło 33% całego parku frontowego, włączając sprzęt zdobyty. W czasie całej wojny sowiecki przemysł samochodowy wypuścił z taśm montażowych tylko 265 tysięcy pojazdów, których jakość pozostawiała wiele do życzenia i kosztowała to, co najważniejsze, czyli życie żołnierzy. USA przekazywały wojskowe ciężarówki zdolne do wykonywania swoich funkcji w warunkach frontowych, posiadające opancerzenie chroniące przed minami i opony zdatne do jazdy w każdej pogodzie. Natomiast ZSRR produkował wyłącznie pojazdy gospodarcze przerabiane na cele wojskowe.

Przewaga taktyczna na froncie wschodnim byłaby niemożliwa do osiągnięcia bez sprawnego transportu kolejowego. W ramach Lend-Lease’u Związek Radziecki otrzymał więc 1900 parowozów i 66 lokomotyw spalinowo-elektrycznych, podczas gdy sam wyprodukował w trakcie wojny 92 lokomotywy. Po torach od Uralu do Łaby jeździło 11 075 wagonów dostarczonych w ramach programu Lend-Lease, czyli 12 razy więcej niż produkcja własna ZSRR.

Do samego końca wojny Armia Czerwona prowadziła ofensywne operacje, ponosząc wysoką, nieuzasadnioną cenę liczoną w życiu żołnierzy. Ale byłaby ona jeszcze wyższa, gdyby nie osłona z powietrza zapewniona przez samoloty, w tym najlepszej maszyny tej wojny, Bell P-39 Airacobra. Do ZSRR trafiła ponad połowa z łącznej liczby 9500 Airacobr wyprodukowanych podczas wojny przez USA. Do tego trzeba dodać też bombowce typu Tomahawk, Kittyhawk, Kingcobra, Thunderbolt, Boston i Mitchell oraz brytyjskie myśliwce przechwytujące Spitfire i Hurricane. Wiosną 1945 roku maszyny te stanowiły prawie jedną trzecią całej floty powietrznej Armii Czerwonej.

Oczywiście wszystkie te pojazdy były tankowane wyłącznie benzyną z Lend-Lease, gdyż ZSRR nie produkował paliwa w odpowiednim standardzie, z wymaganą liczną oktanów. Do tego trzeba dodać fakt, że alianci zniszczyli główną część sił Luftwaffe na froncie zachodnim, dokładnie jak dziś bojownicy w Mariupolu krępują główne siły ofensywne Rosji na Donbasie. To właśnie zachodnioeuropejski teatr działań II wojny światowej odpowiadał za 72% strat wszystkich samolotów III Rzeszy, co znacznie zmniejszyło straty materialne i techniczne ZSRR na froncie wschodnim.

Trudno przecenić wkład aliantów w zapewnienie morskiej komunikacji. W ramach Lend-Lease ZSRR otrzymał ponad 2500 statków, w tym trzy lodołamacze, co stanowiło jedną trzecią sowieckiej floty wojskowej i cywilnej. Pamiętać też trzeba, że dziesiątki statków ze sprzętem i ładunkiem humanitarnym od sojuszników utracono na wodach Atlantyku w wyniku ataków Kriegsmarine. Najtragiczniejszym był 1942 rok, kiedy zatonęły 63 z 256 statków płynących do wybrzeży ZSRR. Ale nawet to nie powstrzymało aliantów.

new.org.pl

Jak każdy totalitarny przywódca, Putin potrzebuje symboli i sukcesów. 9 maja był okazją do utrwalenia nowej symboliki i pochwalenia się sukcesem. Wierzył w niego, ogłaszając „operację specjalną” 24 lutego. Liczył na Blitzkrieg, lecz planowane trzy dni szybko zmieniły się w już dwuipółmiesięczną kampanię. Aby plany sztabowców nie rozminęły się zupełnie z rzeczywistością, należało wprowadzić korektę: odstąpić od ofensywy na Kijów i wzmocnić front donbaski. Maj był wciąż w zasięgu ręki.

Ta część operacji zaczęła się jednak fatalnie. Flagowy krążownik Floty Czarnomorskiej „Moskwa” poszedł w połowie kwietnia na dno. A że Rosjanie są przesądni, natychmiast skojarzyli to z zatonięciem okrętu podwodnego „Kursk”. Z tą różnicą, że „Kursk” otwierał prezydenturę Putina, bo zatonął w sierpniu 2000 roku, więc „Moskwa” może wróżyć koniec jego rządów.

Putin nie ma jednak zamiaru iść na dno, chce tam wysłać rząd w Kijowie. Ukraina broniła się jednak tak skutecznie, że nie udało się jej rzucić na kolana do 9 maja. Fakt ten nie przeszkadzał spekulować na temat tego, co ogłosi w swoim uroczystym wystąpieniu Putin. Wywiad ukraiński obawiał się, że powszechną mobilizację. CNN szła dalej i przewidywała, że prezydent Rosji może ogłosić stan wojny. W zupełnie innym kierunku zmierzały doniesienia papieża Franciszka, którego z kolei przekonywał premier Węgier Viktor Orbán, że Putin zakończy w tym dniu wojnę: ogłosi jej koniec i zwycięstwo Rosji.

Żadne z oczekiwanych zaklęć nie padło. Stojąc na trybunie, Putin nie wydawał się być wojennym przywódcą, władcą orków miażdżących ziemie ukraińskie. Przemowę odczytał z karki, a przecież mógł z głowy, bo wyrzucał z siebie zdania, które Rosjanie i świat słyszą z jego ust od lat. Te same pretensje. Ten sam syndrom oblężonej twierdzy. Tylko zapału mniej.

II wojna światowa posłużyła mu za most łączący ówczesną misję dziejową ZSRR z aktualną wojną z „faszyzmem, neonazizmem i banderowcami”. Światu grozi kolejna wielka wojna, a że Rosja miłuje pokój i jest „pełna szacunku dla wszystkich narodów i kultur” – jak wybrzmiało z trybuny – to musiała „dać wyprzedzający odpór agresji”.

Nazwa „Ukraina” nie przeszła Putinowi przez gardło, co jedynie świadczy o tym, że stała się ona nowym „Nawalnym”, czyli tym-którego-nazwiska-się-nie-wymienia. Innymi słowy, Ukraina to po liderze krajowej opozycji osobista sprawa przywódcy Rosji.

„Moskwa wzywała Zachód do uczciwego dialogu i kompromisowego rozwiązania. Wszystko na nic. Państwa Zachodu nie zechciały nas słuchać. A to oznacza, że ewidentnie miały inne plany. A my to widzieliśmy” – dodawał Putin. „NATO przygotowywało się do wtargnięcia do Donbasu, na nasze historyczne ziemie z Krymem włącznie”, co miało stworzyć „bezpośrednie zagrożenie dla Rosji” – wyjaśniał. Podkreślał, że zderzenie z „neonazistami i banderowcami” jest nieuniknione. „Rosja dała więc odpór agresji wroga. I decyzja ta była jedyną słuszną”.

Mając do dyspozycji sprawny aparat propagandy, Putin nie musiał się uciekać do starych pretensji i zarzutów. Margarita Simonian, Dmitrij Kisielow, Olga Skabiejewa i Władimir Sołowiow sprawnie sprzedaliby każde kłamstwo widzom rosyjskich mediów. W zderzeniu z rzeczywistością okazało się to jednak niemożliwe. Pułk Azow broniący się resztkami sił w Mariupolu nie padł. Nie można było więc zorganizować pokazowej defilady jeńców wśród ruin tego miasta. Kreml musiał się ograniczyć do wzmianki, że zapalono tam ponownie „wieczny ogień” dla poległych żołnierzy radzieckich.

Nie zdołano powielić sukcesu separatystycznych republik – donieckiej oraz ługańskiej. Mówiący w większości po rosyjsku mieszkańcy Chersonia mimo różnych zabiegów nie są skłonni zagłosować za powołaniem „ludowej republiki chersońskiej”. Bezskutecznie Rosjanie szykują referendum, przymusem wprowadzają do obiegu rubla, a w kremlowskich mediach publikują reportaże o tym, jak bardzo wdzięczni są lokalni mieszkańcy za pomoc humanitarną.

Braku sukcesu militarnego, wydrenowania armii i utraty sprzętu nie dało się ukryć podczas defilady na Placu Czerwonym. Przed trybuną honorową przemaszerowało 11 tysięcy żołnierzy oraz 131 jednostek sprzętu wojskowego. W 77. rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem miało też przelecieć nad Moskwą 77 samolotów. Z powodu zachmurzenia pokaz lotniczy odwołano. Weterani i Rosjanie pamiętający czasy radzieckie musieli mieć skojarzenie, że armia Putina nie równa się z armią Stalina. Powszechnie bowiem wiadomo, że na potrzeby 9 maja radzieckie wojsko było nawet w stanie zagwarantować bezchmurne niebo nad stolicą.

Chcąc uniknąć kompromitacji międzynarodowej, w tym roku nie zaproszono zagranicznych gości. Oficjalnie „nie była to okrągła rocznica” – informował rzecznik Dmitrij Pieskow. Putin jedynie nawiązał do amerykańskich weteranów, którzy „chcieli być w Moskwie, lecz im nie pozwolono”. Brak gości mógł być rażący; w 2005 roku do Moskwy przyleciało 53 przywódców światowych, w tym z USA, Chin, Francji, Niemiec oraz Włoch. Zdecydował się również prezydent Aleksander Kwaśniewski. W kolejnych latach było już tylko gorzej. Dwa lata temu uroczystości przeniesiono z powodu pandemii na 24 czerwca, a rok temu przybył na nie jedynie prezydent Tadżykistanu Emomali Rachmon.

Wstydliwe porażki trzeba ukrywać. W tym roku przykrywką, która miała za zadanie przesłonić wrażenie mało imponującej defilady zwiastującej militarną porażkę, był skandal, do jakiego doszło w Warszawie. Na kilka dni przed 9 maja ambasada rosyjska zgłosiła zamiar zorganizowania uroczystego złożenia wieńców na Cmentarzu Żołnierzy Radzieckich przy ul. Żwirki i Wigury. Siergiej Andriejew i jego szef w Moskwie prawidłowo wytypowali stolicę Polski, bo to jedno z centrów uchodźców ukraińskich. Atmosfera antywojenna jest tu wzmożona, więc jakiekolwiek demonstracyjne gesty ambasadora kraju agresora musiały wywołać sprzeciw i reakcję aktywistów. Ambasador swoje plany nagłośnił, wywołał szum medialny i liczył na niekompetencję polskich służb. Kalkulacja okazała się prawidłowa.

Na miejscu przywitał go kilkusetosobowy tłum i rzesza fotoreporterów. Protestujący krzyczeli „faszyści” i oblali ambasadora czerwoną farbą. Szef MSWiA Mariusz Kamiński tłumaczył później, że polskie władze nie rekomendowały ambasadorowi tej inicjatywy. Nie zmienia to faktu, że na państwie przyjmującym leży obowiązek zagwarantowania nietykalności osobistej zagranicznych dyplomatów. W przeciwnym razie na zasadzie wzajemności z prawa rewanżu skorzysta Moskwa. Ofiarą z całą pewnością będzie polski ambasador.

Media kremlowskie sprawę nagłośniły i rozdmuchały. W ślad za Marią Zacharową, rzeczniczką Siergieja Ławrowa, potwarzały: „Wielbiciele nazizmu po raz kolejny odsłonili twarz i jest ona krwawa”. Na swoim kanale na Telegramie incydent w Warszawie Zacharowa wpisała w szerszy trend: „Rozbiórka pomników bohaterów II wojny światowej, profanacja grobów, a teraz przerwanie ceremonii składania kwiatów w dzień święty dla każdego przyzwoitego człowieka udowadnia fakt – Zachód wyznaczył kurs na reinkarnację faszyzmu”.

new.org.pl

BiznesAlert.pl: Putin, według wielu obserwatorów zachodnich, podczas tegorocznej Parady Zwycięstwa miał ogłosić przełomowe decyzje. Tak się jednak nie stało…

Agnieszka Legucka: Ja, i wielu innych analityków od początku zapowiadało, że nic takiego nie będzie miało miejsca. Samo wystąpienie nie było żadnym zaskoczeniem. Przewidywałam, że nie będzie żadnego ogłaszania zwycięstwa, bo to oznaczałoby konieczność wycofania wojsk z Ukrainy bez osiągnięcia jakiegoś kluczowego sukcesu. A sukcesów nie ma i na razie nie widać, aby miały się w najbliższym czasie pojawić. Putin też nie ogłosił powszechnej mobilizacji i oficjalnie nie wypowiedział wojny Ukrainie, o czym też wcześniej dużo się mówiło.

Dlaczego tego nie zrobił?

Widać wyraźnie, że Putin ma pewne ograniczenia wewnętrzne. Znajdują one źródło głównie w nastrojach społecznych, które są sprzeczne. Z jednej strony mamy bardzo wysoki stopień poparcia dla Putina. jego rating poparcia wzrósł od lutego listopada ubiegłego roku z 63 procent do ponad 80 procent obecnie, co stanowi rekord ostatnich lat. Poparcie Rosjan ma także specjalna operacja wojskowa na Ukrainie (ok. 74 procent).

Z drugiej strony, nie ma poparcia dla wojny na Ukrainie, która oznaczałaby pełną mobilizację. Nie ma poparcia dla osobistego poświęcenia społeczeństwa w ewentualnej wojnie. To pokazują badania, ale także konkretne działania samych Rosjan, którzy albo podpalają wojskowe komisje uzupełnień, ale także w Runecie (Internet w Rosji – przyp. red.) tworzą np. poradniki jak uniknąć powołania do wojska, jakie dostarczyć dokumenty, co zrobić, aby nie trafić na listę powołań. Społeczeństwo ogarnęła panika, gdy zaczęły się pojawiać informacje o ewentualnej pełnej mobilizacji. Część ludzi wyjechała za granicę, aby tego uniknąć. Przemówienie Putina to próba uspokojenia społeczeństwa. Trochę jest to sprzeczne z propagandą rosyjską, która aktywnie promuje działania wojenne na Ukrainie. Media rosyjskie nieustanie budują atmosferę zderzenia z Zachodem, szeroką wojną i emocji strachu.

Ale mobilizacja w jakiejś formie trwa…

Tak, trwa cicha mobilizacja. Wzywa się rezerwistów do punktów uzupełnień, oferuje się różne kontrakty, przymusza się ich do podpisywania tych umów. To Rosjanie też próbują obejść, aby nie zginąć na froncie.

biznesalert.pl

piątek, 13 maja 2022


Na całej linii styczności wojsk w Donbasie trwają walki. Podejmowane przez stronę rosyjską próby przełamania pozycji ukraińskich nie przyniosły jednak znaczących sukcesów, atakujący ponieśli też duże straty (według różnych źródeł podczas forsowania Dońca miały zostać rozbite jeden lub dwa bataliony). Kolejną dobę sprzeczne informacje docierają z południowej części obwodu charkowskiego – lokalna administracja i Dowództwo Operacyjne „Wschód” donoszą o toczących się starciach i atakach wroga na pozycje obrońców, a Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy zawiadamia, że najeźdźcy nie podejmują aktywnych działań. Analogiczna sytuacja ma miejsce w odniesieniu do rejonów walk w obwodzie zaporoskim.

Artyleria i lotnictwo agresora kontynuują uderzenia na pozycje ukraińskie oraz obiekty cywilne na wszystkich kierunkach. Zniszczono m.in. punkt redystrybucji pomocy humanitarnej w Dergaczach, przez który przechodziło zaopatrzenie dla mieszkańców świeżo odzyskanych przez Ukraińców miejscowości na północno-wschodnich obrzeżach Charkowa. Kolejną dobę ostrzeliwano pogranicze obwodów czernihowskiego i sumskiego, a do sąsiadującego z nimi obwodu briańskiego Rosji przemieszczono dodatkowe pododdziały artylerii. Od 8 do 12 rakiet miało uderzyć w cele w obwodzie połtawskim (w tym po raz kolejny w niedziałającą po poprzednich atakach rafinerię w Krzemieńczuku). W zależności od źródła obrońcy mieli zestrzelić jedną lub dwie wrogie rakiety.

Największy ukraiński koncern zbrojeniowy Ukroboronprom przedstawił dane na temat działalności i strat po wybuchu wojny. Koszty zniszczeń oceniono na ponad 100 mld hrywien (3,4 mld dolarów), a liczbę nowo zatrudnionych pracowników – na ponad tysiąc (miało się zgłosić 12 tys. chętnych). Wartość zdobycznego uzbrojenia i sprzętu wojskowego, które przedsiębiorstwa podmiotu przekazały po przeglądzie lub remoncie armii ukraińskiej, oszacowano na 1,5 mld hrywien. O poszukiwaniu posowieckiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego w celu wykupienia go dla Ukrainy poinformował brytyjski minister obrony Ben Wallace. Jego zdaniem zapasami tegoż dysponują jeszcze 23 państwa.

Szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow zapewnił, że siły ukraińskie będą kontynuować ataki na Wyspę Wężową ze względu na jej znaczenie strategiczne dla Rosjan. Z jej terytorium można kontrolować dużą część Morza Czarnego i częściowo sytuację w przestrzeni powietrznej na południu kraju. Utrzymanie wyspy jest ważne również dla zapewnienia blokady ruchu statków chcących dotrzeć do ukraińskich portów.

Wicepremier Ukrainy Iryna Wereszczuk zaapelowała do polityków i dziennikarzy, aby nie komentowali prób ewakuacji obrońców Mariupola (negocjuje się warunki wyprowadzenia 38 ciężko rannych żołnierzy wymagających opieki medycznej). Przyznała, że pertraktacje z Rosją są skomplikowane, a przeprowadzenie operacji wojskowej w celu odblokowania miasta nie jest możliwe. Wbrew doniesieniom medialnym nie rozpatruje się ewakuacji ok. 600 żołnierzy broniących się w kombinacie Azowstal.

Władze kolaboranckie w Melitopolu rozdają mieszkańcom miasta naklejki na tablice rejestracyjne z wizerunkiem herbu Zaporoża z 1811 r. i napisem „TWR” (gubernia taurydzka). Na okupowanych terytoriach najeźdźcy starają się umieścić jak najwięcej symboli oznaczających je jako rosyjskie w ramach operacji informacyjnej i psychologicznej mającej na celu „zdeukrainizować” zajęte regiony.

Minister finansów Serhij Marczenko oświadczył, że dotychczasowe wydatki budżetowe związane z prowadzeniem wojny z Rosją wyniosły 245,1 mld hrywien (8,3 mld dolarów). Środki te przeznaczono m.in. na zakup i naprawę broni oraz pomoc wewnętrznie przesiedlonym (oficjalnie zarejestrowano 2,7 mln przesiedleńców). Rząd zebrał 60% planowanych wpływów z podatków za kwiecień, a w okresie maj–czerwiec wpływy z tego tytułu mogą spaść do 45–50%. Minister oznajmił też, że w kwietniu Ukraina otrzymała 2 mld dolarów pomocy zewnętrznej, oraz zaapelował o dalsze wsparcie. Komisja Europejska poinformowała, że do 20 maja UE wypłaci Kijowowi drugą transzę nadzwyczajnej pomocy makrofinansowej w wysokości 600 mln euro.

Komisja przedstawiła też plan pomocy Ukrainie w eksporcie produkcji rolnej, który ma być odpowiedzią na blokadę portów morskich i obejmować tworzenie „szlaków solidarności” – napadnięte państwo będzie mogło nimi wysyłać zboże i importować pomoc humanitarną, pasze, nawozy itd. KE wezwała podmioty z rynku UE do pilnego zapewnienia Ukrainie taboru kolejowego i ciężarówek oraz zapowiedziała utworzenie platformy logistycznej ułatwiającej znalezienie partnerów. Zaapelowała też do właścicieli infrastruktury transportowej w Unii o nadanie priorytetu ukraińskiemu eksportowi produkcji rolnej i przyznanie jej specjalnych slotów na kolei, a także o podstawienie ładowarek zboża do przygranicznych terminali w celu przyspieszenia przeładunku. W perspektywie długoterminowej organ ma pracować nad zwiększeniem przepustowości nowych korytarzy eksportowych i tworzeniem nowych połączeń infrastrukturalnych. Przed wojną za granicę szło 75% ukraińskiego zboża (jedna trzecia z tego przypadała na kraje Europy, Afryki oraz Chiny), co zapewniało 20% rocznych dochodów z eksportu. Aż 90% sprzedawanych do innych państw zbóż i roślin oleistych wysyłano przez ukraińskie porty czarnomorskie.

Według danych Straży Granicznej RP od początku inwazji z Ukrainy do Polski wjechało 3,38 mln osób. 12 maja było ich 22 tys. (wzrost o 4%), a w przeciwnym kierunku odprawiono 27 tys. Od 24 lutego z Polski na Ukrainę wyjechało 1,21 mln ludzi. Zgodnie z danymi ONZ wojna spowodowała największy kryzys uchodźczy w Europie od II wojny światowej, a Ukrainę opuściło 6,03 mln osób. Raport Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji mówi zaś o ponad 8 mln przesiedlonych w obrębie kraju.

12 maja Rada Najwyższa przyjęła ustawę o konfiskacie mienia obywateli Rosji i Białorusi (osób fizycznych i prawnych), których działania zagrażają bezpieczeństwu Ukrainy. Akt wprowadza możliwość całkowitego pozbawienia własności (a nie tylko ograniczenia prawa do dysponowania nią) i obejmuje mienie znajdujące się zarówno na terytorium kraju, jak i za granicą (co wymaga pogłębionej współpracy międzynarodowej). Ten radykalny środek ma obowiązywać jedynie w okresie stanu wojennego i będzie dotyczył osób, które już wcześniej objęto sankcjami majątkowymi. Grono podmiotów podlegających ustawie jest obszerne – Narodowa Agencja ds. Zapobiegania Korupcji zidentyfikowała 11 141 osób i 2976 firm, których działalność przyczyniła się do inwazji.

Komentarz

Kijów i jego sojusznicy intensyfikują wysiłki na rzecz uzupełnienia strat w wyposażeniu armii ukraińskiej. Zaletą posowieckiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego jest możliwość względnie szybkiego użycia go na polu walki (pozyskane typy są zbliżone do używanych przez Ukraińców) bez konieczności dodatkowego szkolenia. Poza wyposażeniem z zapasów armii polskiej, czeskiej i słowackiej Ukraina nie pozyskała jednak dotychczas większej jego liczby z innych źródeł. Jej siłom zbrojnym udało się wykorzystać kilkadziesiąt zdobycznych egzemplarzy różnych typów, co pozwoliło na uzupełnienie bieżących strat w wybranych jednostkach, lecz nie może być traktowane jako podstawa kompleksowego wyposażania pododdziałów. Biorąc pod uwagę, że uzbrojeniem posowieckim bądź pokrewnym (typami produkowanymi na licencji w kilkunastu krajach) dysponuje ponad połowa państw świata, informację ministra Wallace’a należy odczytywać jako wskazanie krajów, które ewentualnie zgodziłyby się odsprzedać posiadane wyposażenie w celu użycia go przeciw Rosji. Większość korzystających z posowieckiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego zachowuje bowiem względem agresji neutralność bądź wręcz stoi po stronie Kremla. Należy jednak przyjąć, że w przypadku przedłużania się wojny nawet zgromadzenie i przekazanie Ukrainie całego posowieckiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego ze wskazanych 23 państw nie zaspokoiłoby potrzeb jej armii – jedyne rozwiązanie docelowe stanowi dla niej pełne przejście na wyposażenie zachodnie.

Władze kolaboranckie realizują pod dyktando rosyjskich służb plan „deukrainizacji” okupowanego terytorium, w tym krzewienia rosyjskiej polityki historycznej udowadniającej, że południowe obszary kraju są w istocie ziemiami rosyjskimi. Oderwanie zajętych terenów od Ukrainy mają uzasadniać m.in. odwołania do historii Imperium Rosyjskiego, w tym istnienia w jego granicach guberni taurydzkiej i chersońskiej.

Ukraiński parlament uchwalił radykalną ustawę zezwalającą na pełną konfiskatę mienia Rosjan i Białorusinów, którzy przyczynili się do inwazji lub wspierają reżim rosyjski. To już druga, poprawiona wersja aktu – pierwszą 5 maja zawetował prezydent z uwagi na nieprecyzyjność zapisów. Będzie on jednak miał znaczenie tylko symboliczne, gdyż w kraju najprawdopodobniej nie istnieją aktywa Rosjan i Białorusinów powiązanych z Kremlem, zaś implementacja ustawy poza granicami wymagałaby zmian prawnych m.in. w UE. Państwa unijne w ostatnim czasie realizują własne restrykcje, które sprowadzają się głównie do aresztu mienia – 12 maja hiszpańskie organy śledcze zamroziły aktywa 15 rosyjskich oligarchów z listy sankcyjnej, 7 maja władze Włoch aresztowały jacht o wartości 750 mln dolarów, którego własność przypisuje się Władimirowi Putinowi, a w Hamburgu zatrzymano luksusową jednostkę należącą do rosyjskiego miliardera Farchada Achmedowa.

osw.waw.pl

Ostateczną decyzję o opuszczeniu Mariupola Pedin podjął 20 kwietnia, kiedy rosyjscy żołnierze dotarli do jego części miasta i chodzili od domu do domu, strzelając według uznania. Nie było już po co zostawać, brakowało jedzenia i wody, na ulicach piętrzyły się trupy.

Pierwszym zadaniem dla Pedina i Zhu-Zhu było pokonanie pięciu kilometrów na obrzeża miasta. Wyruszył ze swojego domu w pobliżu portu w Mariupolu o 6 rano 23 kwietnia. Dwie godziny zajęło mu przedzieranie się przez kratery, poskręcaną stal i niewybuchy, na północ. Mężczyzna ukrywał się wśród długich kolejek mieszkańców, którzy czekali na żywność rozdawaną przez Rosjan. W końcu udało mu się wydostać z miasta, w którym wciąż wybuchały bomby.

Pedin szedł dalej obok spalonych pojazdów wojskowych. W końcu trafił na konwój pojazdów opancerzonych, tak ciężkich, że asfalt pod jego stopami drżał. Przykucnął i wziął przerażonego Zhu-Zhu pod płaszcz. — Byłem wtedy "niewidzialnym człowiekiem" — wspomina.

Kolejnym celem podróży było miasto Nikolske, oddalone o 20 km. Gdy dotarł do pierwszych domów, zobaczył mężczyznę, który powiedział: "Młody człowieku, czy chciałbyś się ze mną napić. Dzisiaj pochowałem swojego syna. Wypijmy za mojego syna".

— Opowiedział mi, że 3 marca w Mariupolu Rosjanie zabili jego 16-letniego syna. Po jego zaginięciu tygodniami szukał go w Mariupolu. Znalazł grób, a rosyjscy żołnierze powiedzieli, że jeśli chce ciało, będzie musiał wykopać je rękami — mówi Pedin.

Po opuszczeniu miasta mężczyzna trafił do punktu kontrolnego Rosjan, którzy zawrócili go do "obozu filtracyjnego". Tam w brutalny sposób próbowano wymusić na nim przyznanie się do tego, że używał karabinu. Wszystko przez siniak na ramieniu. W końcu jednak zrobiono mu tylko zdjęcia, zeskanowano odciski palców i wydano dokument z tzw. ministerstwa spraw wewnętrznych samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej.

Dzięki temu Pedin mógł przejść przez punkt kontrolny, gdzie dowódca "załatwił" mu nawet transport do kolejnej wsi, zmuszając przypadkowego kierowcę do zabrania pasażera. — Po drodze zauważyłem na polach duże koparki, które kopały doły. A dalej były krzyże. Jestem pewien, że to były masowe groby — mówi Pedin.

Mężczyzna bez problemów dotarł do kolejnej wsi. Jednak tam zatrzymało go sześciu żołnierzy. — Kazali mi zdjąć czapkę, opróżnili moją torbę. Było lodowato. Kazali mi iść za nimi. Weszliśmy do domu kultury, który był ich kwaterą główną — wspomina Ukrainiec. Tam spędził noc, a nad ranem przekradł się obok śpiących żołnierzy i poszedł dalej.

Na kolejnym punkcie kontrolnym został ponownie przeszukany. Żołnierze skierowali go do małego opuszczonego domu, gdzie mógł się przespać. Ale gdy tylko wzeszło słońce, znów wyruszył w drogę. Ukraińcy wspomogli go żywnością.

Pedin był już wyczerpany, ale przed nim pojawiła się największa przeszkoda: zniszczony most drogowy. Jego metalowa rama pozostała na swoim miejscu, z dwoma belkami. Choć było to bardzo niebezpieczne, mężczyzna wziął psa i przeszedł przez zniszczoną przeprawę.

Potem trafił na kolejny punkt kontrolny. Było ciemno, żołnierze byli znudzeni. Opowieść mężczyzny była dokładnie taką rozrywką, jakiej potrzebowali Rosjanie. Pięciu zebrało się wokół niego, by słuchać o jego przygodach i śmiałych wyczynach na moście.

Następnego ranka powiedziano mu, że nie może iść dalej drogą do Zaporoża, ale musi wybrać drogę powrotną lub na południe do miasta Tokmak. Pedin skierował się w stronę miasta - opisuje "The Guardian".

Przy drodze była Tarasiwka, mała wioska. — Zobaczyłem w oknie głowę jakiegoś mężczyzny i zawołałem do niego. Dałem mu trochę papierosów. Opowiedział, że jedyna droga do Zaporoża prowadzi bezdrożami i przez zaporę, a potem szlakiem przemytników — wspomina Pedin.

Zrobił tak, jak mu polecono. Ale za tamą nie wiedział, w którą stronę iść. Pedinowi znów dopisało szczęście. — Pojawiła się ciężarówka. Powiedziałem, że jestem z Mariupola. Drzwi się otworzyły. Jechaliśmy dwie godziny, po krętych trasach. Sam nigdy bym nie odnalazł drogi. Nic nie mówiliśmy. Na punktach kontrolnych ten człowiek mówił tylko dwa słowa do milicji Donieckiej Republiki Ludowej i był przepuszczany — wspomina uciekinier.

W końcu Pedin zobaczył przed sobą ukraińską flagę, gdzie żołnierze sprawdzili dokumenty mężczyzn i wypuścili ich. — Kierowca podrzucił mnie do namiotu w centrum Zaporoża. Podczas podróży nic nie mówił, ale dał mi 1000 hrywien. Powiedział, że życzy mi powodzenia. Wszystko rozumiał, co tu dużo mówić? — opowiada "niewidzialny" Ukrainiec.

W Zaporożu wolontariusze udzielili mu pomocy. — Kobieta zapytała, skąd przyjechałem. Odpowiedziałem, że z Mariupola. A ona krzyknęła do wszystkich, że "ten człowiek przyszedł pieszo z Mariupola". Wszyscy się zatrzymali. Przypuszczam, że to był mój moment chwały — wspomina Pedin.

onet.pl

Następny etap walk to okres prób przełamywania przez Rosjan uporczywej obrony ukraińskiej, prowadzonej głównie w oparciu o ośrodki miejskie bądź uprzednio ufortyfikowany teren. Ośrodki miejskie wciąż są definiowane, jako potencjalnie dogodne do prowadzenia obrony. Obronę organizować można na podejściach do miasta, wykorzystując zabudowę podmiejską i przemysłową lub w oparciu o samo miasto, doprowadzając do walk ulicznych. Przebieg walk wykazał, zgodnie zresztą z przewidywaniami, że walki miejskie wymagają dużej synergii rodzajów broni (czołgów, piechoty, artylerii, rozpoznania obrazowego, lotnictwa). Natomiast okazało się, że pomimo rozwoju środków rażenia w dalszym ciągu nie da się załamać obrony dużych ośrodków miejskich samym ogniem artylerii i nalotami.

Warto tutaj rozprawić się z pokutującym mitem, że „z gruzu walczy się łatwiej". Przebieg konfliktu pokazał, że najłatwiej opanować jest dzielnice z zabudową parterową, gdzie budynki można relatywnie łatwo zniszczyć, natomiast najtrudniejsze dla atakujących są obszary przemysłowe, z budynkami charakteryzującymi się wysoką odpornością na ostrzał artyleryjski czy bombardowania. Organizując obronę w oparciu o ośrodki miejskie należy liczyć się ze znacznymi zniszczeniami infrastruktury i stratami wśród ludności cywilnej, jeżeli wcześniej nie została ewakuowana.

Na tym etapie walk ujawnił się problem logistycznego zabezpieczenia działań bojowych w armii rosyjskiej oraz uzupełniania strat. Obowiązująca współcześnie zasada mówiąca, że logistyka towarzyszy oddziałom walczącym nie sprowadza się bynajmniej do umieszczania cystern z paliwem i ciężarówek z amunicją między czołgami i transporterami opancerzonymi. A tak właśnie zrobili Rosjanie, co zapewnić miało logistyczną „samodzielność" bgt, a skończyło spektakularnym widokiem wraków lub opuszczonych z powodu braku paliwa pojazdów. Logistyka współczesnego pola walki w dużym uproszczeniu to skuteczność dostarczania w wymaganym miejscu, czasie i ilości niezbędnych środków i usług.

Osiągana jest w obszarze materiałowym poprzez przewidywanie potrzeb, gromadzenie zapasów i ich dystrybucję czy to poprzez dostarczenie ich do walczących pododdziałów czy też tworzenie rejonów odtwarzania zdolności bojowych dla jednostek wychodzących z walki. Część zabezpieczenia technicznego z kolei realizowana jest poprzez działanie patroli rozpoznania i ewakuacji technicznej czy też czołówek remontowych oraz tworzenie rejonów zbiórki uszkodzonego sprzętu. Elementy te pojawiły się dopiero w trzecim tygodniu działań. Do jej sprawnego działania potrzebne są jednak ubezpieczone i zabezpieczone drogi czyli tzw. centralne drogi samochodowe (CDS)...

Strona ukraińska realizowała nie tylko uporczywą obronę rejonów miejskich, czy też obszarów ufortyfikowanych, ale również wykorzystała fatalny błąd rosyjski, polegający na braku ubezpieczenia przekroczonego terenu. Podążającym szybkim marszem w kierunku Kijowa kolumnom zarówno bojowym jak i logistycznym towarzyszyła „próżnia operacyjna", polegająca na zignorowaniu zarówno rozpoznania jak i ubezpieczenia skrzydeł. Wysoka dynamika współczesnego pola walki nie jest tożsama z ignorowaniem ubezpieczenia skrzydeł, a wręcz podnosi jego znaczenie.

Rosjanie przekonali się o tym boleśnie, ponieważ Ukraińcy zastosowali taktykę małych jednostek. Polegała ona na przenikaniu tychże w głąb mocno „dziurawego" ugrupowania przeciwnika i organizowaniu zasadzek z użyciem ręcznej broni przeciwpancernej. Warto zauważyć, że owa technika polegała na przenikaniu, ataku i powrocie do sił własnych, a nie długotrwałym bytowaniu na tyłach wroga. Jednak na tym etapie walk największe straty zadały Rosjanom wcale nie Javeliny, czy Bayraktary.

Znaczenie artylerii na polu walki rośnie w zasadzie od momentu jej pojawienia się na polach bitew. Wojna na Ukrainie potwierdziła, że artyleria w dalszym ciągu zasługuje na miano „boga wojny". Przy czym przebieg walk wskazuje, że strona ukraińska używa jej bardzo skutecznie (ponad 60 proc. strat rosyjskich), natomiast w ilości i jakości środków ogniowych przewaga znajduje się po stronie rosyjskiej. Jej efektywność jest ściśle powiązana obecnie ze środkami rozpoznania bezzałogowego czyli dronami rozpoznawczymi, ale również nadal mają znaczenie obserwatorzy naprowadzania i korygowania ognia artyleryjskiego w składzie pododdziałów walczących.

Armia ukraińska budowała swoją zdolność rażenia artyleryjskiego w synergii z bezzałogowymi środkami rozpoznania od około ośmiu lat, armia rosyjska jeszcze dłużej. Natomiast obserwacje z przebiegu konfliktu wskazują, że strona ukraińska osiągnęła lepsze efekty, chociaż brak danych strat ze strony ukraińskiej nie pozwala na dokonanie bardziej szczegółowych obserwacji. Rosjanie zamierzali właśnie na skuteczności własnej artylerii oprzeć ofensywę na wschodzie, czyli trzecią fazę konfliktu.

defence24.pl