"Przed każdą Niemką stała grupa śmiejących się mężczyzn ze spuszczonymi spodniami. Te już zakrwawione i nieprzytomne odciągano na bok. Rozlegały się salwy śmiechu, ryki, szyderstwa, wrzaski i jęki" – to relacja porucznika Leonida Rabiczewa ze stycznia 1945 roku, z okolic Królewca, dzisiejszego Kaliningradu.
Trzy miesiące później nad okrążonym Berlinem Sowieci zrzucali ulotki kierowane do kobiet: "Nie macie się czego obawiać. Nikt nie naruszy waszej godności".
Gdy sołdaci weszli do stolicy Rzeszy, krzyki bezradnych kobiet słyszano na ulicach każdej nocy – i w trakcie walk, i już po kapitulacji. Potem dwa berlińskie szpitale próbowały ustalić liczbę dokonanych w mieście gwałtów. Gdy zliczono tylko ofiary, którym trzeba było udzielić pomocy medycznej, wyszło 95-130 tys. Mniej więcej co dziesiąta ofiara gwałtu zginęła – albo śmiercią samobójczą, albo z rąk sprawców po fakcie. Jeszcze brutalniej było na wschodzie: w Prusach Wschodnich, na Mazurach, na Pomorzu i Śląsku. Gwałt, najczęściej zbiorowy, był nie odstępstwem, lecz normą.
Wiedzieli o tym zarówno dowódcy polowi, jak i Stalin i Beria. "Czy nie można zrozumieć żołnierza, który po przejściu tysięcy kilometrów przez krew i ogień zabawi się z kobietą albo zabierze jakiś drobiazg?" – tak mówił radziecki dyktator o fali gwałtów i grabieży, która w 1945 r. zalewała tereny zajmowane przez Armię Czerwoną.
Kiedy tylko Sowieci zbliżyli się do ówczesnego terytorium Rzeszy, ich propaganda wojenna zaczęła przypominać zbrodnie dokonane przez hitlerowców na terenie ZSRR. "Nie ma nic takiego, za co Niemcy nie ponosiliby winy" – pisały frontowe gazety. Propagandyści w rodzaju Ilji Erenburga wzywali: "Zabijaj Niemców – o to modli się twoja matka, do tego wzywa cię rosyjska ziemia". A prości żołnierze pisali w listach do domów: "Niemki muszą teraz zobaczyć okropności wojny".
Zapowiedzią tych okropności była masakra w Nemmersdorfie (dziś Majakowskoje w obwodzie kaliningradzkim), do której doszło jesienią 1944 roku. Czerwonoarmiści dokonali tam kilkudziesięciu gwałtów i zabójstw. Goebbels próbował wprząc to wydarzenie do nazistowskiej propagandy, by dać Niemcom nowy impuls do walki z "bolszewickimi hordami". Ale udało mu się przede wszystkim przestraszyć cywilów i nakłonić do masowej ucieczki na zachód. Kobiety, które pozostały w Prusach Wschodnich, już wkrótce miały doświadczyć koszmaru.
Scenariusz się powtarzał. Gdy niemiecki opór ustawał i cywile przestawali słyszeć strzały, odzywały się podniesione krzyki po rosyjsku i walenie w drzwi. Sołdaci w pierwszej kolejności kradli zegarki i biżuterię. Potem patrzyli na kobiety i mówili: Frau, komm. Gdy kobieta stawiała opór albo bliscy stawali w jej obronie – żołnierze bili albo strzelali. Zresztą uległość nie dawała bynajmniej gwarancji przeżycia.
Pewien rolnik płakał na progu domu: "Słyszycie? Dopadli moją 13-letnią córkę. Już piąty raz tego przedpołudnia". Sowiecka piechota morska rzucała się na ofiary jak stado: "gwałcili po dziewięciu, dziesięciu naraz – nie oglądając się na nic i na nikogo". Pewna agentka radzieckiego wywiadu została zgwałcona przez "23 żołnierzy, jednego po drugim".
"Gwałcą kobiety, piją do nieprzytomności, podpalają domy" – relacjonowali z przerażeniem obecni na miejscu niemieccy oficerowie, którzy kolaborowali z Sowietami. Pijane sołdactwo zabijało na miejscu przedstawicieli miejskich władz i ludzi w mundurach, nawet kolejarzy i strażaków. Całe Prusy Wschodnie stały się miejscem podobnych dantejskich scen.
Anonimowa kronikarka z Berlina obwiniała niemieckie wojska za to, że nie niszczyły zapasów alkoholu na trasie przemarszu wojsk radzieckich.
Podobno niemieccy dowódcy sądzili, że pijaństwo obniży zdolność bojową czerwonoarmistów. Praktyka pokazała jednak, że alkohol wyłącznie dodawał im odwagi przy zbiorowym gwałceniu. Czasem byli zbyt pijani, by zabrać się do rzeczy i kończyło się to dla kobiet bardziej tragicznie niż sam gwałt, bo sołdaci okaleczali je butelkami.
NKWD donosiło Kremlowi o narastającej fali samobójstw wśród cywilów na zagarniętych terenach – zwłaszcza wśród kobiet. Wieszały się na drzewach i strychach, podcinały żyły w nadgarstkach sobie i swoim dzieciom, próbowały się topić z całymi rodzinami. Mieszkanki pewnego miasteczka w Prusach próbowały grupowego samobójstwa, po tym, jak zostały zbiorowo zgwałcone na oczach własnych dzieci. Inne błagały, by Sowieci je zastrzelili. Usłyszały, że "radzieccy żołnierze nie zabijają kobiet – tak robią tylko Niemcy".
"Kto sieje wiatr, zbiera burzę" – głosiła radziecka propaganda. W istocie trudno twierdzić, by niemieccy cywile cierpieli bardziej niż przez poprzednie kilka lat ofiary III Rzeszy na wschodzie. Ale żądza odwetu za hitlerowskie zbrodnie w ZSRR nie tłumaczy skali ani zasięgu zjawiska masowego gwałtu. Występowało ono bowiem niemal wszędzie tam, gdzie stanęła stopa radzieckiego żołnierza.
W oswobadzanej Polsce cierpiały Polki. Na Węgrzech – Węgierki. W lutym 1945 r. mały mieszkaniec wyzwolonego Budapesztu zapisał w pamiętniku, że miejscowe kobiety "chowają się, ale są gwałcone". O opamiętanie Armii Czerwonej błagał jej dowódców nawet szef węgierskich komunistów Mátyás Rákosi – nowi namiestnicy Stalina w radzieckiej strefie wpływów doskonale wiedzieli, że tego typu zjawisko raczej odstraszy miejscową ludność od komunizmu niż ją do niego przekona.
Co szczególnie zdumiewające: Sowieci gwałcili także Ukrainki, Białorusinki czy Rosjanki, które uwalniali z niemieckich obozów i innych miejsc pracy przymusowej na terenie Rzeszy. Zgodnie z paranoicznym poglądem Stalina każdy obywatel radziecki, który dał się wziąć do niewoli, automatycznie był podejrzewany o zdradę ojczyzny – a zatem kobiety wywiezione na roboty traktowano równie podle jak niemieckie kolaborantki.
Pisarz Wasilij Grossman zapamiętał "strach i przerażenie" w oczach Rosjanek, które dopiero co wyzwolono z niemieckiej niewoli. "To nie jest wyzwolenie" – relacjonowała Kławdia Małaczenko. Maria Szapował: "Czekałam na Armię Czerwoną tyle dni i nocy. A teraz nasi żołnierze traktują nas gorzej niż Niemcy".
W Berlinie zgwałcono Żydówki, które uciekły z niemieckiego więzienia. Ten sam los spotkał również żony i córki niemieckich komunistów, którzy po upadku Rzeszy dosłownie "wyszli z podziemia" i zaproponowali, że kobiety będą prać i gotować dla Armii Czerwonej. W szpitalu położniczym i sierocińcu Haus Dahlem gwałcono zakonnice, dziewczęta, staruszki, kobiety w zaawansowanej ciąży i połogu. Czerwonoarmiści zawsze mieli jedną odpowiedź: Frau ist Frau.
Jak kobiety próbowały unikać tragicznego losu i jak sobie z nim radziły?
Na wsiach w Prusach Wschodnich, na Pomorzu i na Śląsku kobiety uciekały do lasów. W miastach wcierały w twarze popiół, okrywały się chustkami i ubierały jak najgrubiej, aby ukryć figurę. (To nie pomagało, bo szybko się okazało, że Sowieci w zbyt szczupłych kobietach nie gustują). Zasłaniały się dziećmi na rękach – na ogół nieskutecznie.
W Berlinie mieszkańcy zbierali się grupowo w piwnicach, myśląc, że kobietom zapewni to bezpieczeństwo. Ale żołnierze wdzierali się do piwnic i zabierali kobiety siłą. Wieczory i noce stały pod znakiem takich "polowań". Sołdaci świecili latarkami w twarze i w ten sposób wybierali swoje ofiary. Gwałcili na schodach, w piwnicach, w zrujnowanych mieszkaniach. Matki na oczach dzieci, córki na oczach rodziców.
Gerda Petersohn miała 19 lat. Jej koleżankę Carmen zabrali żołnierze. Gerda słyszała tylko zza ściany, jak Carmen wykrzykuje jej imię. Potem odnalazła koleżankę, bo chciała okazać jej odrobinę współczucia. Usłyszała wściekłą odpowiedź: "Dlaczego ja, a nie ty?". Nie odezwały się do siebie przez resztę życia.
Kobiety próbowały barykadować się w mieszkaniach. Rodzice próbowali ukrywać córki w schowkach, magazynach i na strychach. W jednym z bunkrów urządzono "lazaret" dla kobiet chorych na tyfus – w rzeczywistości zdrowe i młode dziewczęta, które się tam ukrywały, malowały sobie czerwone plamy na ciele, by odstraszyć żołnierzy. Po wodę do studni wysyłano starsze kobiety i to raczej rankiem, bo wtedy czerwonoarmiści jeszcze spali upojeni alkoholem.
Gwałt stał się przeżyciem powszechnym i codziennym. "Stereotypowe pytanie: ile razy? Tylko raz, pierwszego dnia" – takie rozmowy toczyły między sobą mieszkanki Berlina. Musiały o tym rozmawiać między sobą, bo na zrozumienie niemieckich mężczyzn liczyć nie mogły.
Mężczyźni najpierw byli bezradni wobec samych gwałtów – mogli stawić opór uzbrojonej dziczy i zginąć albo bezradnie zaciskać pięści. Pewna kobieta uległa dwóm pijanym oficerom, bo grozili, że zastrzelą ją i męża – po wszystkim to ona musiała się opiekować mężem, który "płakał jak dziecko". Jedno ze świadectw z Berlina mówi o 13-latku, który rzucił się z pięściami na Rosjanina gwałcącego jego matkę na jego oczach. Został zastrzelony.
W pierwszych tygodniach po wojnie kobiety, pogodzone z losem, nierzadko poszukiwały jednego "gwałciciela-opiekuna". Obecność jakiegoś Wani czy Pietii, który wracał wieczorem ze służby, paradoksalnie chroniła przed gwałtem zbiorowym. Gdy w dodatku przed kobietami stanęło widmo głodu, broń czy przemoc nie były już żołnierzom potrzebne, by je zmusić do uległości. W miarę upływu czasu zacierała się granica między gwałtem a swoistą "prostytucją przetrwania".
Najbardziej poszukiwanym lekiem w Niemczech "godziny zero" stała się penicylina. Jedną z najbardziej poszukiwanych usług – aborcja. Wiele kobiet porzucało dzieci z gwałtu w powojennym chaosie – wiedziały że mąż czy narzeczony nigdy takiego dziecka nie zaakceptuje. Mężczyźni, którzy wracali po wojnie do domów, reagowali na wszystko osłupieniem i niedowierzaniem. Zabraniali rozmów o gwałtach. Wielu odchodziło niemal tak szybko jak się pojawili. Trauma masowych gwałtów na wiele lat stała się w Niemczech tematem tabu – i to po obu stronach "żelaznej kurtyny".
(...)
Karano żołnierzy dopiero wtedy, gdy w wyniku gwałtu złapali chorobę weneryczną – a zarażali się od kobiet, które wcześniej zostały zarażone przez innych. Lawinowy wzrost takich zachorowań w 1945 roku radziecka propaganda tłumaczyła tym, że Niemcy… wszystkimi sposobami próbowali wyłączyć z walki jak największą liczbę radzieckich żołnierzy, a więc "pozostawiali na jej drodze wiele kobiet chorych wenerycznie".
Dopiero trzy miesiące po kapitulacji Berlina marszałek Żukow zaczął wydawać rozkazy w celu opanowania w mieście "rabunków, rozbojów i przemocy fizycznej". Dowódcy zaczęli karać żołnierzy za "samowolne oddalenia". W całej radzieckiej strefie okupacyjnej gwałty – choć już z mniejszą częstotliwością – powtarzały się mniej więcej do roku 1947-48. Wtedy władze radzieckie wreszcie zaczęły zamykać swoich żołnierzy w koszarach i jednostkach, a także skuteczniej egzekwować dyscyplinę.
onet.pl