niedziela, 8 maja 2022



Podobne procesy zachodziły zapewne także w rosyjskiej armii. Niektórzy generałowie liczyli na mały opór ze strony Ukrainy i przekonywali W. Putina o możliwości dokonania potężnego uderzenia otwierającego, które zniszczy większość kluczowych obiektów i sprzętu przeciwnika.

Jeden z byłych wysokich rangą oficerów rosyjskiej armii podkreślał jednak tuż przed wybuchem wojny, że wspomniane prognozy są nadmiernie optymistyczne i mogą być wyrażane jedynie przez „aparatczyków”. Wskazywał również na wiele niedostatków wojsk Moskwy i przestrzegał przed lekceważeniem przeciwnika. W jego opinii „blitzkrieg” był niemożliwy do zrealizowania.

Jest więc bardzo wątpliwe, aby żaden z członków Sztabu Generalnego SZ FR nie zdawał sobie sprawy z trudności jakie niesie za sobą inwazja na Ukrainę. To raczej W. Putin dopuszczał do siebie tylko tych generałów, którzy mówili mu to, co chciał on usłyszeć. Ci z kolei również otaczali się „potakiwaczami”, którzy zapewniali ich, że na niższych szczeblach armii wszystko jest „super”.

Oficerowie mogli przez lata utwierdzać prezydenta w „śnie” o potędze wojska i tuszować problemy, nie spodziewając się tego, że któregoś dnia powie on „sprawdzam”. Gdy ten dzień w końcu nadszedł nie mogli więc nagle oznajmić, że broni precyzyjnego rażenia jest za mało, a piloci są słabo wyszkoleni. Nie było wyjścia – trzeba było przygotować plan wojny błyskawicznej.

Z tego względu ryzyko operacji, której celem było zajęcie Kijowa zostało znacząco niedoszacowane, a zdolności armii rosyjskiej przeszacowane. Pogłębiająca się dysfunkcjonalność procesu decyzyjnego na Kremlu jest wynikiem rosnącego autorytaryzmu i postsowieckiego sposobu działania całej administracji.

W. Putin chciał wierzyć w „łatwą i szybką” wojnę, więc taką mu właśnie obiecano. Miała ona potrwać kilkanaście dni, obyć się bez większych strat i bez konieczności toczenia ciężkich walk. W Kijowie zainstalowany miał zaś zostać nowy, prorosyjski rząd, co ułatwiłoby opanowanie całej wschodniej Ukrainy.

Takie założenia potwierdza m.in. relatywnie niska liczba i struktura wojska, które zostało zgromadzone przy granicy z Ukrainą. Zwróćcie np. uwagę, że wśród pojmanych rosyjskich jeńców jest nadmiernie wielu członków Rosgwardii przygotowanych raczej do operacji quasi-policyjnych i kontroli podbitego społeczeństwa niż prowadzenia krwawych walk o każdy centymetr miast.

Zapewne nie bez znaczenia przy podejmowaniu decyzji dotyczącej inwazji były też trwające powoli przygotowania rosyjskiego prezydenta do przekazania władzy. W. Putin jest świadomy coraz mniejszej ilości czasu, która pozostał mu na zapisanie się na kartach historii jako lider, który odbudował pozycję międzynarodową Rosji po upadku Związku Radzieckiego.

Ostatni progres w integracji militarnej Białorusi z Rosją otworzył zaś możliwość dokonania przez Moskwę bezpośredniego uderzenia na Kijów. Znany ze swojego oportunizmu W. Putin mógł więc zdecydować o odejściu od prowadzonej od 2014 roku polityki stopniowej i kontrolowanej eskalacji. Utwierdzany przez doradców o „pewnym” zwycięstwie zdecydował się zagrać o pełną stawkę.

bezpieczenstwoistrategia.com

Igor Isajew: Jesteś w Rosji i pojawiasz się w mediach. Nie boisz się zakazanego słowa "wojna"?

Dr Paweł Łuzin, niezależny specjalista ds. bezpieczeństwa i sił zbrojnych Rosji: Mówię otwarcie o rosyjskich sprawach wojskowo-politycznych i o NATO, które obiektywnie nie zagraża Rosji. O sprawach technicznych związanych z armią rosyjską opowiadam głównie mediom zagranicznym. Jeśli powiem, że wcale się nie boję, skłamię. Rozumiem ryzyko, ale nie mogę milczeć. To mój zawodowy obowiązek jako eksperta wojskowego.

Zagraniczni dziennikarze mówią mi, że prawie nie ma głosów z Rosji. A te są cenne. Chcę pokazać, że ten kraj nie oszalał do końca, chociaż Kreml całkowicie zjechał z torów. Dla rosyjskiego społeczeństwa to kwestia zaufania. Nasi polityczni emigranci są od dawna napiętnowani.

Ludzie czują się opuszczeni, zapomniani, upokorzeni — cały świat ma być przeciwko nam, a my nie wszyscy tu jesteśmy putinistami, nie podoba się nam wojna!

Kiedy Rosjanie widzą kogoś, kto pisze i mówi z Rosji, mają do niego więcej zaufania. Pisali mi czasami i okropne rzeczy, że jestem zdrajcą. Po rozmowie autor takich wiadomości zgadzał się i mówił: tak, masz rację, jesteśmy w dupie.

- Mamy wrażenie, że zdecydowana większość Rosjan popiera atak na Ukrainę. Jak ty widzisz rosyjską opinię publiczną?

Są ludzie, którzy są temu zdecydowanie przeciwni i wolą nie odpowiadać na żadne pytania sondażowe. A nawet najbardziej profesjonalni socjologowie zbierają odpowiedzi tylko od tych, którzy są gotowi z nimi rozmawiać. Ogromna masa ludzi po prostu tego nie robi.

Jest ona niewidoczna, bo w Rosji nie ma kultury masowych publicznych protestów. Istnieje kultura sabotażu po cichu, jak np. strajk włoski. Albo kiedy przy pierwszej okazji kupisz dolara i euro, bo wiesz, co się stanie z rublem. Nawet masowe polowanie na cukier było wyznacznikiem protestu Rosjan. Ludzie kupowali cukier nie dlatego, że lubią słodycze. Cukier kupuje się przede wszystkim dla produkcji samogonu, najbardziej stabilnej waluty po wsze czasy.

- Druga grupa to ci, którzy nie są ani za, ani przeciw.

Szukają oparcia w rozpadającej się rzeczywistości, więc są gotowi uwierzyć w każdy absurd: np. że zbrodnie w Buczy sfałszowano, że w Ukrainie są naziści. Ale nie dlatego, że szczerze w to wierzą, tylko dlatego, że pozwala to zagłuszyć sumienie. Ci ludzie rozumieją, że jesteśmy moralnym, psychologicznym, kulturowym, ekonomicznym, politycznym dnem.

Ale się boją. Bardzo. O przyszłość, o swoje dzieci i wnuki. Są to najczęściej ludzie 55+, których młodość przyszła pod koniec ZSRR, a wszystkie plany poszły na marne. Próbowali jakoś stanąć na nogi i teraz znowu historia się powtarza. Zdają sobie sprawę, że w życiu nie zobaczą już nic dobrego. Żyją tym, co propaganda im wytłumaczy, że nie wszystko jest takie złe, że nie jesteśmy takimi przestępcami, że nie jesteśmy "dnem dońskim".

- A trzecia grupa to ci, którzy wojnę popierają?

Oczywistą jej częścią są mieszkańcy biednych regionów Rosji. Oprócz Kaukazu, Tuwy czy Buriacji mówimy tu też o Rosji Centralnej, okolicach Kurska, Biełgorodu, Woroneża. Tam ludzie nie zżyli się z globalnym światem, żyli w półbiedzie. Ich antyzachodnie poglądy ukształtowały się już w latach 90. A kolejna część tej grupy to urzędnicy, którzy są wykształceni i znają po kilka języków obcych.

- Jak to możliwe?

Mój znajomy miał właśnie stanąć na czele Domu Rosyjskiego w Warszawie, miał już paszport dyplomatyczny. Nie zdążył wyjechać do Polski. Uważał, że wojna nie jest możliwa, że będzie jakieś porozumienie polityczne z Bidenem, po prostu postraszymy trochę, a Zełenski podpisze Mińsk-2, formułę Steinmeiera i pozostałe bzdury.

Przez pierwsze dwa-trzy tygodnie wojny on i jemu podobni byli w stanie całkowitego psychicznego wyczerpania. A potem jak gdyby nic - odżyli, przekonali samych siebie, że wszystko jest w porządku. Że jak już wdasz się w bójkę, to musisz iść na całość. Wiedzą, że ich kariera zależy od tego rządu, a pod innym ich już nie będzie.

- Jak proporcjonalnie podzielone są te trzy grupy?

Ci, którzy autentycznie rozumieją, że będziemy żyć z tym wstydem — to ok. 25–30 milionów Rosjan. To mieszkańcy ponadmilionowych miast, którzy wiązali swoje życie z globalnym światem oraz część przedsiębiorców.

Pokolenie 55+, ci "narkomani propagandy", to z kolei ok. 60 milionów ludzi.

Reszta, ok. 20 milionów Rosjan, to ci, którzy wojnę wspierają. Znaczna część tej grupy to budżetówka, całkowicie uzależniona od obecnego systemu. Jak system się rozpadnie, to oni dostaną po głowie od ludzi m.in. za oszustwa wyborcze.

Nie liczymy do tych grup dzieci.

- Czego teraz się spodziewasz? Końca aktywnej fazy wojny czy jej intensyfikacji?

Masowa mobilizacja nie jest w Rosji technicznie możliwa. Oczywiście wcale to nie oznacza, że Putin jej nie ogłosi. Natomiast do takiego ruchu potrzebna jest infrastruktura. A gdzie umieścisz tych ludzi? W jakich częściach kraju? W ZSRR istniały wojskowe miasta, w których znajdował się sprzęt i kilkuset oficerów, gdzie w razie wojny sprowadzano zmobilizowanych do wojska. Tam szlifowali swoje umiejętności pod okiem oficerów i mogli ruszać na wojnę.

Ukraina, Białoruś, Mołdawia i kraje bałtyckie były ważnym elementem tej infrastruktury. Dlaczego po rozpadzie ZSRR Rosja tak źle i podle prowadziła wojnę w Czeczenii? Bo nie było odpowiedniej armii - jej ważne ogniwa pozostały w zachodnich republikach byłego Związku Radzieckiego.

Reforma byłego ministra obrony Anatolija Sierdiukowa z lat 2009–2012 zniszczyła mechanizm mobilizacyjny. Jej celem było stworzenie nowoczesnego wojska, odpowiadającego realnym zagrożeniom dla Rosji. Obecny szef rosyjskiego MON Siergiej Szojgu przez te wszystkie lata udawał, że Rosjan da się zmobilizować. Ale technicznie i na dużą skalę jest to niemożliwe. To zabije wiarygodność władz i spowoduje paraliż.

Mobilizacja oznacza także, że Kreml musi polegać na generałach. Jak Kreml może polegać na wojskowych, skoro im nie ufa? Ufa za to generałom z FSB czy FSO (Federalna Służba Ochrony), którzy zaplanowali tę wojnę.

- Istnieje konflikt między wojskiem a służbami?

Tak i pogłębia się. W całej tej historii wojsko staje się chłopcem do bicia - mimo że wojskowi lepiej niż ktokolwiek inny w Rosji rozumieją, iż nie są gotowi do walki. Wojskowi potrafią uroczyście salutować wygłaszając propagandę o nazistach, ale nie chcą walczyć i nie rozumieją, po co mają to robić. Armia jest niejednorodna – w strategicznych siłach rakietowych czy marynarce wojennej jest znacznie mniej idiotów, niż w siłach lądowych. To ci ostatni są głównymi zbrodniarzami wojennymi.

Próbuję zrozumieć, co się dzieje z poborem, który rozpoczął się 1 kwietnia. Rotacja wojsk powinna nastąpić 20 maja, a ludzie starają się uniknąć wcielenia do wojska. To widać w Rosji. Nie mam pewności, czy uda się znaleźć 130 tys. osób, które planowano zrekrutować.

Pod koniec maja rosyjska armia będzie musiała zwolnić stary pobór z 2021 roku oraz zwolnić żołnierzy kontraktowych z 2020 roku: zdecydowana większość podpisuje średnio jeden kontrakt na dwa lata. Wiosną 2020 roku zaczęła się pandemia, pojawiła się niepewność związana z pracą - wtedy żołnierzy, którzy podpisali umowy, było więcej niż obecnie. Teraz muszą zostać zwolnieni. Zapewne wielu nie przedłuży kontraktów.

- Wojsko Putina będzie strzelać z Morza Kaspijskiego?

Już nie ma do czego strzelać z tego kierunku, a rakiety też się kończą. Pocisk X555, który wystrzeliwany jest z Morza Kaspijskiego, został wyprodukowany w Charkowie pod koniec lat 80. XX w. Ukraina zapłaciła tymi pociskami za gaz w latach 90. A teraz nie ma nikogo, kto mógłby je wyprodukować.

- To zapytam zupełnie inaczej. Czy rosną szanse na rozejm?

Wyobraźmy sobie takowy między Rosją a Ukrainą. I co? Czy sankcje zostaną zniesione? Nie. A żeby teraz zawrzeć pokój z Ukrainą, musimy się wycofać. I to nie do granicy sprzed 24 lutego, czyli z początku inwazji, ale całkowicie z Donbasu - i jakoś rozwiązać problem Krymu. Kreml nie wykazuje gotowości do takich kroków: Rosjanie "okopują się" w Chersoniu, a dziesiątki tysięcy ludzi są wywożone w głąb Rosji.

Widzę dwie opcje. Pierwsza to sytuacja "ani pokoju, ani wojny". Rosja zatrzymuje aktywne działania bojowe, nie prowadzi negocjacji i nie symuluje ich. Sytuacja "bez wojny, bez pokoju" daje jej czas na próbę rotacji wojsk. A w tym czasie może Chiny zaatakują Tajwan, rozpocznie się trzecia wojna światowa i jakoś to będzie. Druga opcja to eskalacja. Może to dotyczyć Mołdawii bądź Finlandii czy Szwecji, które zamierzają przystąpić do NATO.

- Po co? Czy opłaca się Putinowi wciągać NATO w tę wojnę?

Moskwa nie ma nic do stracenia. Nie może już negocjować z Ukrainą. Można było to robić przed szczytem w Ramstein, przed umową Lend-Lease. Teraz Ukraina może przejść do kontrofensywy i nawet wyrzucić armię rosyjską z Krymu, gdy tylko otrzyma niezbędną ilość broni.

Moskwa może próbować wciągnąć Pakt Północnoatlantycki w konflikt w nadziei, że nie wszyscy jego członkowie staną w obronie np. Polski, Estonii, Rumunii, a tym bardziej Mołdawii czy Finlandii. Spowodować kryzys, rozbicie w NATO i wygrać - taka może być strategia Kremla.

- Kreml jeszcze nie zrozumiał, że NATO zareaguje ostro?

Nadal uważają, że NATO tego nie zrobi. Tamtejsi analitycy piszą jakieś absolutne dyrdymały, będące myśleniem życzeniowym. Może sami wierzą, że Zachód to "słaby gnojek".

- Wyobraźmy sobie najczarniejszy scenariusz. Rozpoczęło się coś w rodzaju trzeciej wojny światowej. Co z bronią jądrową? Co to jest "eskalacja w celu deeskalacji"?

To demonstracyjny atak nuklearny gdzieś na niezamieszkanym obszarze. Można go nawet przeprowadzić na własnym terytorium, na przykład na Nowej Ziemi (grupa wysp na Oceanie Arktycznym, należąca do Rosji - red.). Celem byłoby psychologiczne złamanie Zachodu, podczas gdy Rosja zademonstrowałaby gotowość i determinację do użycia broni jądrowej. Jeśli to nie zadziała, a wróg nie chciałby negocjacji - czyli owej deeskalacji, kolejnym krokiem byłoby użycie broni jądrowej przeciwko wojsku lub miastom.

I to jest najgorszy scenariusz. Choć już czas najwyższy pomyśleć o takowym i najwyżej się pomylić. Broń nuklearna to nie koniec świata, ale koniec Rosji, bo cały świat zareaguje tak ostro, jak to tylko możliwe. A nie ma pewności, że jeśli Kreml wyda rozkaz użycia broni jądrowej, to dojdzie do jej skutecznego użycia. Ludzie, którzy będą musieli wypełnić ten rozkaz, są znacznie młodsi od Putina i jego świty. Mają żony i dzieci. Są naukowcami nuklearnymi, których dzieli ogromna przepaść intelektualna od oddziału, który gwałcił dzieci i kobiety w Buczy.

- Aby ofensywa w Donbasie zakończyła się sukcesem dla Rosji, jej "kleszcze" muszą na zachodzie sięgać linii Charków–Dniepr–Zaporoże. A ofensywa idzie kilkadziesiąt kilometrów na wschód od tej linii.

Ofensywa się nie udaje się i mam nadzieję, że się nie uda.

- To co w takim razie zostanie ogłoszone 9 maja? Wojna czy zwycięstwo?

Jeśli zostanie wypowiedziana wojna, to nie Ukrainie, a NATO. Nie można już wypowiedzieć wojny Ukrainie — skoro od trzech miesięcy mówisz, że wszystko idzie zgodnie z planem.

wp.pl

Ubrany na czarno Mykoła Mykytczuk, dyrektor szkoły w Katiużance, snuje się między klasami. Mijają go kolejne osoby. Kobieta niesie wiadro z wodą, mężczyzna wynosi worki pełne śmieci. Od chwili wyzwolenia w szkole trwa wielkie sprzątanie. Podłoga jest już czysta, ale smród i tak uderza z każdej strony. Trudno wziąć głęboki wdech.

– Rosyjscy żołnierze w klasach zrobili sobie toalety. Srali tam, gdzie stali. Wszędzie znajdujemy ich odchody – mówi Mykytczuk z obrzydzeniem.

Budynek z białej cegły wyróżnia się na tle wiejskiej zabudowy. Nowe okna, rynny i dach. Niedawno udało się kupić ponad 40 komputerów, urządzić sale multimedialne i wyremontować stołówkę. Mykytczuk poświęcił szkole całe życie. Zarządza nią od trzydziestu lat. Rosjanom wystarczył miesiąc, by wszystko zniszczyć.

Kiedy zaczęła się inwazja na Ukrainę, nikt w Katiużance nie wierzył, że wieś może znaleźć się w epicentrum wydarzeń. Nikt nie myślał o ewakuacji. Mieszkańcy wsi nawet ściągali rodziny i bliskich z Kijowa. Sądzili, że na przedmieściach będą bezpieczni.

Nie przewidzieli jednak, że wojsko ukraińskie wysadzi most przez rzekę Irpień, by utrudnić Rosjanom dotarcie do stolicy. Od tej chwili jedna z niewielu dróg do Kijowa prowadziła właśnie przez Katiużankę.

Czołgi, wozy opancerzone, ciężarówki wypakowane sprzętem. Rosyjskie kolumny bez przerwy sunęły przez centralną ulicę Katiużanki. Wszędzie było słychać dźwięk toczącego się żelaza. Rosjanie jechali pewni siebie. Wierzyli, że zdobędą Kijów w dwa, góra trzy dni.

Po pierwszej odsieczy i rozgromieniu kolumny w Buczy zdali sobie sprawę, że blitzkriegu nie będzie. Musieli się okopać. Zdecydowali, że w Katiużance stworzą centrum dowodzenia, skąd będą prowadzić ofensywę na Buczę, Irpień i Hostomel.

Mieszkańcy wsi znaleźli się w pułapce. W ciągu kilku dni wszędzie powstały punkty kontrolne. Rosjanie ukradli koparkę z technikum rolniczego i rozkopali niemal całą wieś.

Okopy były wszędzie, wzdłuż ulic, obok domów, a nawet na dziecińcu szkoły Mykytczuka. Tam schowali ponad dwadzieścia transporterów opancerzonych i czołgów. Przy okazji zniszczyli sieć energetyczną i wodociągi. Cała wieś była odcięta od mediów.

- W ciągu kilku dni Katiużanka znalazła się w głębokiej okupacji. W pewnym sensie mieliśmy szczęście, bo dzięki temu, że Rosjanie tu stacjonowali, nie prowadzili ostrzału wsi. Szukali tylko mężczyzn – opowiada Mykytczuk.

Okupanci mieli dokładne listy z nazwiskami ukraińskich żołnierzy i pracowników służb mundurowych.

Do domu Anatolija, emerytowanego nauczyciela geografii, przyszli z pytaniami o syna, który służy w policji konnej. - Powiedziałem, że go nie ma, ale i tak przetrzepali cały dom. Na koniec zastrzelili psa, bo na nich szczekał – opowiada mężczyzna o kuli przed bordowym ogrodzeniem swojego domu. Na podwórku powiewa ukraińska flaga na wysokim maszcie.

Mieszkańcy wsi byli bezbronni. Mężczyźni z doświadczeniem bojowym pojechali, by walczyć o Kijów. Obrona terytorialna nie zdążyła się zorganizować. Mieszkańcy opowiadają, że w całej Katiużance nikt nie miał nawet sprawnego karabinu. Zostały im trzy kamizelki kuloodporne i dwa magazynki.

Ludzie zeszli do piwnic na kilkanaście dni. - Rosjanie sprawdzali każdy dom. Chodzili z termowizorami. Pewnego dnia zapukali do naszej piwnicy i kazali natychmiast otworzyć. "Przecież wiemy, ile was jest. Sześcioro dorosłych i dziecko. Albo otwieracie, albo wrzucamy granat". Kiedy wyszliśmy powiedzieli: "Nie bójcie się, jesteśmy tu, żeby was wyzwolić" – opowiada trzydziestokilkuletni Oleksandr, lekarz, który przyjechał do Katiużanki pierwszego dnia wojny.

Nie chciał odwoływać umówionych pacjentów. Przy okazji zabrał żonę i dziewięciomiesięcznego syna, bo we wsi mieszka ich ciotka. Kiedy skończył konsultacje, nie było już szans, żeby stąd wyjechać.

- Rosjanie szukali broni i zabierali telefony. Obawiali się, żeby miejscowi nie przekazywali informacji o lokalizacji wojsk. Podsłuchiwali wszystkie rozmowy. Dokładnie wiedzieli, kto do kogo dzwonił i na jaki temat rozmawiał – relacjonuje lekarz.

Po dwóch tygodniach okupacji Oleksandr zaczął odwiedzać chorych. Wiedział, że potrzebują wsparcia. Rosjanie obserwowali każdy jego ruch. Raz na jednym z punktów kontrolnych kazali mu się rozebrać. Na dworze było niewiele powyżej zera, a oni powiedzieli, że szukają "nazistowskich tatuaży". Puścili go, szedł w samych bokserkach przez wieś.

W Katiużance zaczęło brakować wszystkiego. Rosjanie tylko raz wpuścili konwój humanitarny. – Na całą wieś dostaliśmy kilka kartonów bandaży i leki przeciwbólowe. Kadyrowcy zniszczyli zapasy z naszej lecznicy. Szukali psychotropów, bo Koran zabrania im picia alkoholu – mówi lekarz.

Oleksandr wiedział, że bez zapasu leków nie ma szans na cuda. Najpierw w męczarniach umierały osoby z nowotworami, potem z problemami kardiologicznymi, a na koniec cukrzycy bez dostępu do insuliny. Łącznie piętnaście osób. Mieszkańcy owijali ciała w prześcieradła i chowali bez trumny.

Jeden cud się jednak wydarzył. – Trafił do mnie mężczyzna z raną w żebrach. Rosjanie wyciągnęli odłamek, który tam utkwił, ale zabandażowali ranę bez dezynfekcji. Miał 40 stopni gorączki, zaczęła się sepsa. Wiedziałem, że muszę go operować. Bez znieczulenia i chirurgicznych narzędzi.

Sąsiadka przyniosła domową nalewkę. Lekarz obmył w niej nożyczki do paznokci, a pacjentowi kazał zagryźć patyk zębami. Trzymały go cztery osoby. Oleksandr na żywca wycinał gnijące tkanki. Pacjent z bólu stracił przytomność. Przeżył.

Pierwszego dnia po zakończeniu okupacji Mykoła Myktchuk wszedł na dziedziniec szkoły. Rozejrzał się i zapłakał. Rozryte boisko przypominało wielką piaskownicę. Na tyłach szkoły, tuż pod oknami, zobaczył grób. Pochowano tam starsze małżeństwo. Próbowali ewakuować się z Katiużanki, ale Rosjanie ostrzelali ich samochód. Mężczyzna zmarł na miejscu. Kobieta wykrwawiała się godzinami w szkolnej piwnicy.

W pierwszych dniach wojny ludzie szukali w szkole schronienia. Kiedy zaczęła się okupacja, Rosjanie urządzili w niej salę tortur dla mężczyzn, których uznali za zagrożenie.

W środku nic nie przypominało dawnej szkoły. Drzwi do klas były wyważone. Meble w kawałkach porozrzucane po korytarzach. Wszystkie kamery monitoringu zniszczone. Komputery rozkradzione. Po projektorach zostały tylko uchwyty. Z jadalni zniknęły stoły, krzesła, garnki, zlewozmywaki, a nawet piec konwekcyjno-parowy.

(...)

Na korytarzach porozwieszali fragmenty "Czerwonej Gwiazdy", oficjalnej gazety Ministerstwa Obrony Narodowej. Po szkole walały się radzieckie encyklopedie odkopane ze starych zbiorów. Jedna była otwarta na haśle "wojna ojczyźniana".

Zostawili też politinformację, czyli prasówkę dla żołnierzy. To jej fragment: "Pracownicy sfery budżetowej z Sachalinu wysłali do lokalnej redakcji list, w którym informują, że z własnej woli zwrócili się z prośbą o odliczenie z ich pensji wynagrodzenia za jeden dzień pracy na rzecz funduszu w Rostowie, wspierającego uchodźców z Ukrainy. Ci, którzy nie zgodzą się na dobrowolny datek, trafią na specjalną listę, z którą zapozna się kierownik zakładu".

W innym propagandowym artykule autor twierdzi, że w ostatnich latach Ukraina realizowała plany zagranicznych służb specjalnych. Operacja miała polegać na przesiedlaniu ukraińskich nacjonalistów z zachodu na wschód kraju, żeby niszczyć rosyjskojęzyczne regiony.

- Przecież oni traktują swoich żołnierzy jak idiotów. Kto miałby w to wszystko uwierzyć? – pyta z niedowierzaniem Hanna, nauczycielka języka ukraińskiego. W jej klasie rosyjscy żołnierze też urządzili "rekonstrukcję historyczną". Nad tablicą, na miejscu wyhaftowanego portretu narodowego wieszcza Tarasa Szewczenki, powiesili wypalonego w drewnie Lenina.

- Nie wiem, skąd go wytrzasnęli. Na szczęście nie zniszczyli mojego Szewczenki. Sama go zrobiłam. Zaczęłam w 2014 roku, kiedy zaczęła się wojna w Donbasie. Musiałam się czymś zająć. Wmawiałam sobie, że zanim go skończę, będzie już po wojnie. Minęło osiem lat, a wojna przyszła do nas.

Szewczenko przetrwał i wrócił na swoje miejsce. Po wyzwoleniu Hanna codziennie przychodzi do szkoły, żeby posprzątać klasę i zdezynfekować zabawki dla najmłodszych uczniów. Wciąż czuje obrzydzenie na myśl o tym, że dotykali ich Rosjanie.

– Mamy kredę i tablicę, więc damy sobie radę. Po tym, co tutaj zobaczyłam, wiem, że jeszcze za naszego życia zobaczymy, jak wygląda rozpad imperium. Już z kolegami się zakładamy o to, na ile części rozleci się Rosja. Na samą myśl o tym w jej oczach widać blask.

Z każdym kolejnym dniem dyrektor Mykytchuk coraz mocniej czuł, że nie został sam. Zaczął odzyskiwać wiarę, że szkoła znowu zacznie działać, a on będzie mógł opowiadać, jak naprawdę wygląda "russkij mir". Już nawet zaczął oprowadzać po szkole wszystkich chętnych.

W klasie do informatyki rosyjscy żołnierze na dwóch tablicach zostawili propagandowe odezwy do uczniów.

"Dzieci, sukcesów wam w nauce. Wojna się zakończy i będziecie odbudowywać swoją ojczyznę. Bądźcie sprawiedliwi i uczciwi ze sobą, wyciągajcie rękę do tych, którzy potrzebują pomocy. Mamy nadzieję, że pozostaniemy przyjaciółmi. Zostańcie w przyszłości lekarzami, inżynierami, nauczycielami – tymi, którzy niosą pokój. Niech Bóg was chroni! I jeszcze raz przepraszamy, że zajęliśmy waszą szkołę". (…)

"Dzieci, wybaczcie, że pozostawiamy taki bałagan. Staraliśmy się zachować porządek, ale były ostrzały. Żyjcie w pokoju, chrońcie siebie i nie powtarzajcie błędów, jakie popełnili wasi dorośli. Ukraina i Rosja – to jeden naród. Pokój wam, bracia i siostry!".

O wiele bardziej wymowne wydaje się jednak przesłanie w porzuconym dzienniku jednego z rosyjskich żołnierzy.

Konstantyn, jak sam o sobie pisze, zaczął relację 13 marca, kiedy rosyjskie wojska od ponad dwóch tygodni okupowały wieś.

"Pojechaliśmy na ćwiczenia, a wylądowaliśmy na wojnie" – zaczyna swój pamiętnik. "Siedzę w Katiużance, to taka wioska. Studiuję dokumenty szkolne. Jeszcze nie pogodziłem się z tym, że jestem w obcym kraju. Nadal nie wierzę w wojnę. Nadal nie wiem, czy to wszystko jest w porządku".

(...)

Dziennik Konstantyna został porzucony wraz z innymi dokumentami. Rosyjscy żołnierze w pośpiechu wycofywali się z obwodu kijowskiego. Zostawili m.in. listę dezerterów, kopie kontraktów wojskowych i paszportów.

Mykoła Mykytchuk wszystkie znalezione dokumenty przekazał ukraińskiej Służbie Bezpieczeństwa. Wśród nich była lista 523 Rosjan, którzy stacjonowali we wsi. Obywatele Czuwaszji, Baszkirii i Czeczenii. Większość w bardzo młodym wieku. Wszyscy wymienieni z imienia i nazwiska.

Hanna, nauczycielka języka ukraińskiego, zdradza jeszcze jeden szczegół. – Zniszczyli bardzo dużo książek, ale "Zbrodnię i karę" ocalili. Wyciągnęli ją nawet na wierzch. Nie wiem, czy w ogóle potrafili czytać, a nawet jeśli, czy cokolwiek by zrozumieli. Wierzę, że i bez Dostojewskiego przekonają się, że nie ma zbrodni bez kary.

wp.pl

Mariia Tsiptsiura, Onet: Macie kilka linii telefonicznych. Jedną do pytań ogólnych, jedną do pomocy psychologicznej ofiarom wojny. Ile ludzi już się do was zwróciło?

Ludmyła Denisowa, rzeczniczka praw obywatelskich Ukrainy: Tak, mamy linię telefoniczną, funkcjonującą od pierwszego dnia wojny. Otrzymaliśmy już 33,5 tys. telefonów. Od 1 kwietnia funkcjonuje także wspierana przez UNICEF linia pomocy psychologicznej. Codziennie telefony odbierają koordynator i dwaj psycholodzy. Do wczoraj otrzymaliśmy 830 telefonów. Liczba dzwoniących stale rośnie. Przede wszystkim pomocy psychologicznej szukają ofiary gwałtów. Początkowo dzwonili ludzie z przedmieść stolicy, teraz wiele dzwoni z obwodu czernihowskiego. To nie tylko kobiety, ale i mężczyźni.

- Czy istnieją ogólne statystyki dotyczące przemocy seksualnej popełnianej przez wojska rosyjskie wobec Ukraińców?

Ile osób zostało ofiarami przemocy seksualnej – tego jeszcze nie wiemy. Ale rozumiemy, że to znacznie więcej niż te 830 osób, które już do nas zadzwoniły. Rosjanie gwałcili kobiety, mężczyzn, nastolatków i dzieci. Wiele dziewczynek w wieku 13-14 lat jest obecnie w ciąży i nie może dokonać aborcji. Zostało zgwałconych wielu małych chłopców. Osoby, które widziały tę przemoc, również potrzebują pomocy psychicznej. Przemoc seksualna miała dwie główne cechy.

Po pierwsze, napastnicy gwałcili tę samą dziewczynę dziesiątki razy z rzędu. Ofiary mówią, że "raszyści" (Rosjanie – red.) krzyczeli, że będą je gwałcić tak długo, aby nigdy po tym nie mogły zajść w ciążę lub nigdy już nie chciały tego zrobić i nie urodziły ukraińskich dzieci.

Po drugie, robili to publicznie. Dzieci były gwałcone na oczach rodziców, a rodzice na oczach dzieci. Mamy przypadek, w którym 6-letni chłopiec został zgwałcony na oczach swojej matki. Chłopiec stał się całkowicie siwy, a kobieta zmarła. Był przypadek, gdy 11-letniego chłopca gwałcili przez 10 godzin na oczach jego matki, która była przywiązana do krzesła. Siostry opowiedziały, że dwaj mężczyźni zgwałcili jedną z nich, a trzeci trzymał drugą tak, aby musiała to widzieć. Krzyczeli, że tak będzie z "każdą nazistowską prostytutką". Robili to na ulicach. W maskach. Ofiary mówią, że z ich głosów jasno wynika, że ​​gwałcicielami są młodzi ludzie w wieku 20-25 lat. A teraz ci Ukraińcy szaleńczo boją się spotkać swojego kata na ulicy i go nie rozpoznać. Przemoc seksualna to także broń wykorzystywana przez Rosjan do niszczenia narodu ukraińskiego. To jest ludobójstwo.

- Obecnie w Mariupolu utrzymuje się bardzo trudna sytuacja. Co się tam teraz dzieje? Ilu cywilów pozostało jeszcze w mieście?

Miasto zostało praktycznie zniszczone. Część została zajęta przez "raszystów". Przybyli tam wysocy urzędnicy z Rosji. Zwiedzają miasto przed paradą 9 maja. Zamierzają przebrać cywilnych mieszkańców w mundury Sił Zbrojnych Ukrainy i zorganizować "paradę więźniów". Pod postacią jeńców wojennych poprowadzą zwykłych ludzi ulicami Mariupola.

Azowstal pozostaje pod naszą kontrolą. Świadkowie z Mariupola, którzy dzwonią na infolinię, mówią, że Rosja próbuje teraz zniszczyć dowody swoich zbrodni. Zmuszają mieszkańców do odkopania masowych grobów, w których porzucono zabitych mieszkańców, a następnie palą ciała. Działają tam mobilne krematoria. W pobliżu Mariupola znajduje się masowy grób o długości 300 m. Trudno sobie nawet wyobrazić, ilu tam jest cywilów! Bo wszyscy pamiętamy, ile ciał leżało w grobach w Buczy. Więc ile jest w 300 metrach? I niszczą te ciała, a bliscy zmarłych mogą już nigdy nie poznać losu swoich bliskich. Nawet nie będą w stanie ich pochować. Ciała są również wywożone z miasta ciężarówkami.

- Wiadomo, że wiele osób z Mariupola jest przymusowo deportowanych do Rosji. Ilu Ukraińców zostało już deportowanych? Jaki jest ich los?

Ponad 200 tys. mieszkańców Mariupola zostało przymusowo deportowanych z Ukrainy do Rosji. Najpierw przechodzą przez obozy filtracyjne. Losy osób, które nie przeszły przez te obozy, są nieznane. Co więcej, wiem na pewno, że przed wojną Rosja sporządziła listy przesiedleń naszych obywateli na całym swoim terytorium. Dokumenty wskazują, ile osób i gdzie dokładnie należy przesiedlić w poszczególnych okręgach. Tak więc teraz przymusowo deportowani Ukraińcy znajdują się w prawie wszystkich regionach Rosji.

Poszukujemy ponad 16 tys. naszych obywateli, z czego jedna czwarta to mieszkańcy Mariupola. Obecnie staramy się pomóc tym ludziom wyjechać z Rosji do Europy. Ale ich paszporty zostały skonfiskowane i trudno jest potwierdzić ich tożsamość. W sumie, według rosyjskich mediów, "raszyści" deportowali już ponad milion Ukraińców. Spośród nich – 200 tys. dzieci. A także ponad 2 tys. sierot z internatów. Po prostu kradną nasze dzieci. Uczą ich języka rosyjskiego, wystawiają rosyjskie dokumenty. Niszczą ich tożsamość narodową. To także przejaw ludobójstwa.

- Wymieniamy jeńców wojennych. W jakim stanie wracają nasi obrońcy?

Zwolniono już ponad 100 ukraińskich żołnierzy. Wracają do nas po prostu w strasznym stanie. Na przykład niektórzy zostali wzięci do niewoli w Mariupolu i torturowani przez "kadyrowców". Nałożyli im worki na głowy, okleili oczy taśmą, przywiązali ręce do stołu i włączyli piłę łańcuchową. A ludzie nie rozumieli, który palec lub rękę im teraz odetną. Słyszeli tylko ten okropny dźwięk. Następnie przewieziono ich do tzw. DNR (samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej – red.), gdzie rannych przetrzymywano bez wody, żywności i lekarstw. Dwie osoby były w bardzo ciężkim stanie, ale nie podano im nawet środków przeciwbólowych. Następnie jeńcy ci zostali wywiezieni do Rostowa, Kurska, Taganrogu, Briańska. Byli przesłuchiwani przez śledczych FSB przez miesiąc. 30 osób otrzymywało dziennie 1,5 litra wody na wszystkich. Ciągle byli upokarzani. Nie byli zabierani do toalety.

Dopiero potem zostali zabrani do Sewastopola, gdzie po raz pierwszy zostali nakarmieni i w ogóle zarejestrowani. Ludzie potrzebują pomocy psychicznej, mają wiele zaburzeń. Po niewoli leczymy ich, bo normalny człowiek nie może tego znieść.

Była kolejna duża wymiana – 86 osób, kiedy do Ukrainy wrócili obrońcy Wyspy Węży. Więc wiecie, jak ich gnębili Rosjanie? Biorąc ich do niewoli, "raszyści" zabrali mężczyznom buty, napełnili je wodą i ponownie założyli. A potem więźniowie leżeli twarzą do ziemi na mrozie przez trzy lub cztery dni. Mężczyźni z odmrożonymi kończynami i przepaskami na oczach zostali wywiezieni do rosyjskich obozów, gdzie byli przesłuchiwani 3-4 razy dziennie i brutalnie bici. Okupanci zgodzili się na wymianę tych ciężko chorych osób z odmrożonymi kończynami i palcami nóg. Transportowali ich do wymiany na platformach towarowych przez pięć godzin.

Upokarzane były wojskowe kobiety. Obcięto im włosy i całkowicie rozebrano do naga w obecności mężczyzn. W języku agresora – nazywa się to "opuścić". Upokorzenie jest nieludzkie. Rosja stale łamie Konwencję Genewską. Nie może być takiego stosunku do więźniów!

(...)

- Chersoń znajduje się obecnie pod okupacją rosyjską. Wielu dziennikarzy i aktywistów już tam zniknęło. Mówiła pani, że Rosjanie zbudowali specjalne więzienie do tortur. Czy mamy jakieś informacje z Chersonia?

Mam tam dwóch pracowników i otrzymujemy od nich informacje. W Chersoniu mamy areszt przedprocesowy i trzy więzienia. Oczywiście więźniowie to także są nasi ludzie, którzy już odsiadują wyroki. A to bardzo niebezpieczna sytuacja, bo "orkowie" chcą dać więźniom broń i zmusić ich do walki z Siłami Zbrojnymi Ukrainy. A jest ich tam ponad 2 tysiące!

Okupanci założyli w Chersoniu sale tortur. Na przykład aresztowali teraz byłego burmistrza. Próbują nakłonić go do współpracy. Trzyma się bardzo dzielnie. Ale nikt nie wie, jak długo wytrzyma.

Ludzie są łapani na ulicach. Po prostu znikają. Okupanci chcą przeprowadzić przymusową mobilizację, by wysłać Ukraińców na front. I wszyscy rozumieją, że chcą ich wystawić do przodu, jak mięso armatnie. I wyobraźcie sobie, co to będzie oznaczać dla armii ukraińskiej, która nie może strzelać do swoich, zmuszanych do pójścia przeciwko nim ludzi.

- Wiadomo, że Rosjanie wyprowadzają z okupowanych terytoriów plony, które zabierają rolnikom. Czy grozi to głodem?

Obecnie obsiewane są tereny Ukrainy, na których nie toczą się żadne działania wojenne. Uruchomiono program "Ogrody Zwycięstwa". Obecnie ludzie sadzą warzywa w kwietnikach, w parkach, na balkonach. Ale ryzyko głodu w Ukrainie pozostaje. Przecież jedna czwarta zapasów została już skradziona z okupowanych terytoriów, warzywa z magazynów są eksportowane na Krym i do Kraju Krasnodarskiego. Ale mam nadzieję, że uda nam się uniknąć głodu. I wiem na pewno, że wytrzymamy i na pewno wygramy!

onet.pl

Maria Tsiptsiura: Przez ponad miesiąc Czernihów był oblegany, pod ciągłym ostrzałem. Jak po ataku żyje miasto?

Pracujemy przy usuwaniu gruzu i śmieci. Przez długi czas składowisko, które znajdowało się na terenie działań wojennych na przedmieściach, było zamknięte. Śmieci wyrzucaliśmy więc tymczasowo na terenie, na którym planowaliśmy budowę Pałacu Sportu. A teraz transportujemy ten ogrom śmieci na właściwe wysypisko. Dodatkowo usuwamy blokady i barykady. Mieszkańcy pomagają pracownikom komunalnym. Ogłosiliśmy tydzień projektowania krajobrazu. Głównym problemem jest odbudowa infrastruktury, choć to skomplikowane, bo wojna się nie skończyła i wciąż jest ryzyko nowej ofensywy. To odstrasza nas od wydawania pieniędzy na poważne projekty i poważne naprawy. Wykonujemy naprawy bieżące i staramy się to robić jak najtaniej. Naszym celem jest jak najszybsze dostarczenie ludziom wody, ciepła i innych mediów. Wierzę, że za trzy miesiące poradzimy sobie z naprawą i 95 proc. mieszkańców otrzyma wszystkie usługi infrastruktury krytycznej.

Wielu Ukraińców przeniosło się teraz do bezpieczniejszych regionów, w których mieszkają i wydają pieniądze. Firmy się rozruszają. A nasza gospodarka praktycznie nie funkcjonuje. Potrzebne są programy ożywienia i zachęty do rozwoju w najbardziej dotkniętych wojną regionach.

Czy ludzie nadal żyją bez wody i ogrzewania?

Niektórzy jeszcze tak. Połowa przepompowni w wodociągach została zniszczona, pozostałe pracują w mocno awaryjnym trybie, cały czas kontynuujemy prace konserwatorskie.

Od pierwszego dnia wojny wokół Czernihowa toczyły się zaciekłe walki. Który dzień był najstraszniejszy i najtrudniejszy?

Pierwsze dni wojny były bardzo trudne. Istniała groźba, że ​​wróg zdoła zdobyć miasto. Mieliśmy katastrofę humanitarną. Nie mogliśmy dostarczyć wody, nie było ogrzewania ani prądu. Ludzie żyli w skrajnie trudnych warunkach. Sklepy i apteki prawie nie działały. A w pobliżu tych sklepów, które były otwarte, stały ogromne kolejki. Ludzie gotowali na ogniskach na podwórzach. Bez prądu nie da się zaopatrzyć miasta w wodę. Można ją pompować za pomocą generatorów na paliwo, ale na początku wojny było ich za mało. Te, które były dostępne, pompowały wodę ze studni. Kiedy rozwiązaliśmy problem z generatorami, pojawił się nowy: nie mieliśmy tylu zbiorników na wodę. Nie możesz być w stu procentach gotowy na wojnę.

Ile ludzi opuściło miasto?

Szacujemy tę liczbę na podstawie danych z sieci telefonii komórkowych. Do końca marca wyjechało ok. 200 tys. osób, 87 tys. pozostało.

Czernihów był blokowany przez ponad miesiąc, ale wróg nie był w stanie wedrzeć się do miasta. Nie było walk ulicznych. Szykowaliście się na nie?

Tak. Istniało ryzyko, że Rosjanie włamią się do miasta. Zbudowaliśmy punkty kontrolne, stworzyliśmy przeszkody dla czołgów, aby musiały zwolnić, żebyśmy mogli użyć koktajli Mołotowa. Przygotowaliśmy ich naprawdę dużą liczbę. Ludzie, którzy zaciągnęli się do obrony terytorialnej, otrzymali broń i przygotowywali się do obrony miasta na ulicach. Zrozumieliśmy, że w starciu z armią rosyjską ze sprzętem i bronią nasze szanse na przetrwanie w bitwach ulicznych nie były zbyt duże. Ale taką decyzję podjęła duża liczba osób. Ja również byłbym zaangażowany w obronę miasta z ludźmi. I umarłbym wraz z nimi. Nie było mowy o poddaniu miasta. Nasze miasto jest sercem Rusi Kijowskiej, nikt nigdy nie poddał Czernihowa. To po prostu nie mogło się zdarzyć. Trzymaliśmy się ludzi, historii i naszych przodków. A dziś Czernihów jest symbolem siły, która zatrzymała wroga.

Jak zrujnowane jest miasto?

Prywatne domy są niszczone w 50 proc. Bloki w ok. gdzieś około 20. Uszkodzonych zostało prawie 40 tys. mieszkań, całkowitemu zniszczeniu ponad 10 tys. Plus infrastruktura krytyczna. Na przykład trzy z istniejących pięciu przepompowni wody, trzy trafione bombami szkoły, w których zginęło wiele osób. Na szczeblu państwowym powinniśmy zaangażować najlepsze światowe firmy konsultingowe, które potrafią kompleksowo ocenić wyrządzone nam szkody. Żeby ich wnioski zostały zaakceptowane przez sądy międzynarodowe i żeby Rosja zrekompensowała poniesione straty.

Ilu mieszkańców zginęło w oblężeniu Czernihowa?

292 osoby bezpośrednio w wyniku walk. To cywile, którzy znaleźli się pod bombardowaniem, minami i ostrzałem artyleryjskim, pod gruzami. Kolejne 772 osoby zginęły nie w wyniku działań wojennych. Większość z nich to osoby starsze, które nie otrzymały na czas pełnej opieki medycznej i nie wytrzymywały obciążenia nerwowego. Liczba nadmiarowych zgonów jest sześć razy wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Kolejnych tysiąc cywilów zostało poważnie rannych, w tym np. z oderwanymi kończynami. Programista szedł się do pracy. W pobliżu niego wybuchła mina i oderwała mu nogę. Takich ludzi są setki.

A co z obszarami wokół miasta, na których toczyły się walki. Czy są rozminowywane?

Powtarzam, że można chodzić tylko po asfalcie. Nie możesz iść na żaden teren zielony. Nie daj Boże wybrać się na łono natury poza miastem. Mieliśmy już przypadek, kiedy trzy osoby wyleciały w powietrze na obrzeżach miasta. Nie przeprowadziliśmy jeszcze pełnej inspekcji cmentarza. Przeprowadzamy rozminowanie, co z kolei spowalnia siew. Nadal jest duży problem z żelastwem pozostawionym na polach. Ale pracujemy nad tym.

onet.pl

sobota, 7 maja 2022


Ludzie inwestują w różne dobra. Nieruchomości, złoto, lokaty, ale i waluty. Ci starsi wiedzą, że w trudnych czasach twarda waluta zawsze była w cenie. Dolary, funty, kiedyś franki czy marki, a dziś euro. Na tej liście nigdy jednak nie było rubla. Ani tego z czasów sowieckich ani tego współczesnego, rosyjskiego. W tych trudnych czasach, również dla Gazpromu, Kreml nakazał zmianę. I tak dekretem z 31 marca o zasadach płatności za rosyjski gaz dostarczany do niektórych klientów Putin nakazał Gazpromowi przyjmowanie zapłaty za gaz w rublach. Dlaczego niektórych? Bo chodzi o państwa uznane za nieprzyjazne. Z pięciu największych odbiorców gazu rosyjskiego, aż czterech (Niemcy, Włochy, Austria, Holandia) to członkowie Unii Europejskiej, której wszystkie kraje zostały uznane za nieprzyjazne Rosji (władze rosyjskie umieściły na liście UE jako całość). Na te państwa przypadało, według wyliczeń RBK, 43 z 54,2 mld dolarów przychodów rosyjskiego monopolisty.

Jak ma zatem według Rosjan wyglądać mechanizm nowej płatności, na którą nie zgodził się m.in. polski PGNiG? Otóż, spółka posiadająca umowę z Gazpromem ma obowiązek otworzyć konto walutowe i rublowe typu „K” czyli rachunek wymienialny. Literka K oznacza tutaj „конвертируемыйсчет”. Rachunki wymienialne to specjalne konta przeznaczone dla podmiotów fizycznych i prawnych niebędących rezydentami na terenie Federacji Rosyjskiej. Z rachunków tych można korzystać w przypadku, gdy podmiot rosyjski sprzedaje coś nierezydentowi. Obrót funduszami i jego wypłata jest regulowana instrukcjami rosyjskiego Banku Centralnego. Po założeniu rachunku K w Gazprombanku, firma energetyczna przelewa na konto walutowe należność w euro bądź dolarach. Następnie Gazprombank sprzedaje pozyskaną walutę na moskiewskiej giełdzie kupując za nią ruble. Środki te trafiają następnie na subkonto rublowe, z którego wysyłane są do Gazpromu. Ten ostatni krok oznacza zamknięcie transakcji.

Jest to rozwiązanie „kompromisowe” w stosunku do tego, o którym mówiło się na samym początku, czyli realizowanie wpłat rublowych bezpośrednio przez kontrahentów Gazpromu. Takie rozwiązanie wymagałoby nabywania przez te firmy rubli albo na moskiewskiej giełdzie, albo bezpośrednio w rosyjskim Banku Centralnym, który znalazł się na liście sankcji państw zachodu. Ten kompromis pozwala też niektórym firmom na Zachodzie wytłumaczyć się z otwierania subkont rublowych w Gazprombanku, gdyż formalnie, nadal przelewają one zapłatę w walucie zawartej w danym kontrakcie, dopiero później jest ona konwertowana na ruble już w ramach operacji finansowej realizowanej przez rosyjski bank.

Rozwiązanie to formalnie również nie zmienia nic w sytuacji Gazpromu jeżeli chodzi o dostęp do waluty. Spółka ta zgodnie z rosyjskimi regulacjami miała obowiązek wymiany na Mosbirze (moskiewska giełda) 80 procent walut na ruble. Teraz koncern otrzymywać będzie 100 procent rubli bez konieczności prowadzenia operacji wymiany giełdowej. Gazprom wciąż jednak będzie miał dostęp do „twardej waluty” ponieważ nadal będą w niej rozliczane kontrakty z państwami „przyjaznymi”, czyli m.in. Chinami i Turcją.

Rosyjskie kręgi rządowe oczywiście nie ujawniają rzeczywistych powodów takiej decyzji. W pewnym sensie jest ona skierowana do użytkownika „wewnętrznego” czyli samych Rosjan. Oto idzie przekaz, że „zgniły Zachód”, zależny od rosyjskiego gazu musi płacić w rosyjskiej walucie narodowej. Z punktu widzenia propagandy rosyjskiej, to bardzo wdzięczny „kierunek”. Wszak już przypisywane Leninowi powiedzenie mówi, że kapitalista (Zachód) sprzeda nam (Rosji) sznur, na którym my ich powiesimy. Teraz to jednak Rosja przez lata sprzedawała sznur energetyczny (w postaci różnych projektów energetycznych uzależniających od swoich surowców), który wielu kapitalistów w Europie z chęcią kupowało.

Z punktu widzenia praktycznego, zmiana ta jest poniekąd wymuszona przez sankcje na rosyjski sektor finansowy. Rubel na początku konfliktu na Ukrainie zanurkował. Rosyjski Bank Centralny musiał interweniować, sprzedając „walutę” i kupując na giełdzie ruble. Sankcje nałożone na Bank Centralny zablokowały mu jednak dostęp do waluty, co doprowadziło do zahamowania interwencji stabilizujących kurs rubla. Zmuszenie zachodnich podmiotów do partycypacji w transakcjach odbywających się w rosyjskim banku, który realizuje zakupy na rosyjskiej giełdzie, prowadzi do zwiększonego przepływu aktywów i tym samym umocnienia rubla. Trudno oszacować ostateczny wpływ tego ruchu na kurs rubla, jednak już teraz widać dużą zmianę. W momencie podpisywania dekretu, 31 marca 2022 roku za jednego dolara trzeba było zapłacić 103 ruble. Po podpisaniu dekretu kurs spadł do 97 rubli. 29 kwietnia, niespełna miesiąc po funkcjonowaniu dekretu, kurs wynosi już 71 rubli co jest najwyższym poziomem od… listopada 2021 roku.

Kolejnym powodem, dla którego mogło dojść do decyzji o zmuszeniu do transakcji rublowej przez Gazprombank jest chęć uchronienia tego podmiotu przed zachodnimi sankcjami. Bank ten zyskał miano „sankcjoodpornego” ze względu na jego rolę w pośredniczeniu w handlu rosyjskim gazem. Sankcje nałożone na tę instytucje spowodują, że prowadzenie operacji finansowych, w tym wpłaty i konwersja waluty, staną się nielegalne. Gazprombank oczywiście nie zajmuje się jedynie gazem, ale to ta jego funkcja sprawia, że może czuć się relatywnie bezpieczny zarówno w transakcjach gazowych jak i wszystkich pozostałych. To natomiast daje komfort Bankowi Centralnemu, który w ten sposób nadal może względnie kontrolować kurs rosyjskiej waluty.

Trzecim elementem korzystnym z perspektywy Rosji jest bezpieczeństwo środków wpłacanych przez klientów Gazpromu. Coraz częściej pojawiają się głosy, wzywające do utworzenia specjalnego funduszu, na który wpłacane byłyby środki w ramach należności wobec Gazpromu. Środki te byłyby trzymane na koncie, z którego Gazprom mógłby pobierać jedynie niezbędną do swojego funkcjonowania część. To, co miałoby trafić do rosyjskiego budżetu, zostałoby zamrożone. Gazprom obawia się mrożenia funduszy i aktywów, więc z jego perspektywy korzystne jest „wyprzedzenie” zachodnich działań i stworzenie „bezpiecznej” przystani finansowej w jakiejś rosyjskiej instytucji finansowej, która w żaden sposób nie będzie blokowała środków przelewanych przez kontrahentów.

Z punktu widzenia kontrahentów i samego Gazpromu zmiany wprowadzone dekretem Putina są zasadniczo kosmetyczne, ale dają duże pole do nadinterpretacji. Rosjanie w swoim przekazie mówią, że wiele zachodnich firm „ugięło” się pod ich żądaniem i płaci Gazpromowi w rublach, wiele europejskich firm z kolei mówi, że płaci dalej w euro czy dolarach i nic się z ich perspektywy nie zmieniło. I obie strony mogą mieć rację. Problemem może być niejasna regulacja wprowadzona dekretem, np. to Gazprombank będzie decydował i zgadzał się bądź nie kto może założyć konto, to rosyjski Bank Centralny będzie decydował na jakich zasadach będzie odbywała się wymiana waluty na ruble na giełdzie. To oczywiście może rodzić zagrożenia na przyszłość dla samych kontrahentów. Wydaje się, że najważniejszy cel, czyli uchronienie Gazprombanku przed sankcjami, póki co został osiągnięty. I to już można uznać za spory sukces Rosjan.

biznesalert.pl

BiznesAlert.pl: Czy można było się spodziewać zatrzymania importu rosyjskiego gazu do Polski?

Marcin Roszkowski: Można było się spodziewać o tyle, że Rosja wiedziała, że nie będziemy potrzebowali ich gazu do końca roku – na kilkanaście miesięcy przed wygaśnięciem kontrakt jamalski mógł być przedłużony, ale nie było takiej woli ze strony PGNiG. W polskich mediach od lat była mowa o tym, jak rozwijać infrastrukturę w ten sposób, by w Polsce fizycznie nie było rosyjskiego gazu. Jako Polska traktujemy tego partnera jako niestandardowego, który jest agresywny. Rosyjskie surowce finansują agresję wobec różnych sąsiadów – nie tylko wobec Ukrainy, ale też Gruzji, krajów bałtyckich i innych, czasem w formie hybrydowej. To nie jest początek tego typu zachowań Rosji, ale miejmy nadzieję, że koniec, ponieważ jeśli Rosja chce zbudować gospodarkę na wzór Korei Północnej, to należy jej w tym pomóc.

Polski rząd zapewnia, że jesteśmy gotowi, jeśli chodzi o dostawy gazu. Jak to wygląda w przypadku innych krajów, którym również zakręcono kurek? Jak wyglądamy w tej chwili w porównaniu do Niemiec?

Litwa w podobny sposób do Polski stawia na dywersyfikację, natomiast Niemcy mają problem – wpadły w pułapkę, która polega na tym, że od 20 lat lobby przemysłowe postanowiło, że chce mieć konkurencyjny przemysł w oparciu o tani gaz z Rosji, dzięki czemu będzie rozdawać karty w biznesie. W 2005 roku wydarzyły się dwie ważne rzeczy: po pierwsze, wszedł w życie system handlu emisjami CO2, a po drugie zostało zawarte porozumienie o budowie gazociągu Nord Stream. Od tej pory przyspieszała polityka klimatyczna polegająca na przejściu na odnawialne źródła energii i rosyjski gaz, przez budowę infrastruktury omijającej takie kraje jak Polska czy Ukraina. Rosja starała się obejść Europę Środkowo-Wschodnią, wykorzystując Węgry, ale przede wszystkim Niemcy, nadając kurs transformacji energetycznej bez atomu, przez to jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Ceny energii elektrycznej i gazu oszalały. Od zeszłego roku, kiedy Rosjanie opróżnili te magazyny gazu, nad którymi mieli kontrolę w Europie Zachodniej, październik, listopad i grudzień były katastrofą, jeśli chodzi o ceny. Był to element presji na certyfikację Nord Stream 2, gdyby Niemcy jej ulegli, wojna wybuchłaby o wiele później, a Rosjanie zakręciliby gaz z minuty na minutę, zabijając ukraiński przemysł, i wyłączając dużą część ukraińskiego ciepłownictwa.

(...)

Dlaczego Polska została odcięta od gazu jako pierwsza?

Po pierwsze dlatego, że jesteśmy największą gospodarką w regionie. Rosjanie od dawna nie mają z nami łatwego życia. To też sygnał dla mniejszych państw, że je też może to spotkać. Po przygotowaniach wojennych widać, że wywiad rosyjski bardzo słabo działa. Polska była gotowa na odcięcie i szantaż ten nie zadziałał. Rosjanie strzelili sobie w nogę. Cały system działał nie dlatego, że mamy połączenia międzysystemowe i infrastrukturę, tylko dlatego, że mamy zdolności magazynowe. Jeśli połowa ropy płynie do Polski z Rosji, to w przypadku odcięcia od dostaw wyzwanie polegałoby na tym, by mieć zapasy w magazynach i być w stanie przerabiać wiele gatunków ropy w rafineriach. Polska przy zużyciu rocznym 30 mln ton ropy, ma zdolności przepustowe w terminalach, a ponadto mamy magazyny. Ropa jest płynnym surowcem, i bariera technologiczna nie jest aż tak surowa jak w przypadku gazu. Polska musi otworzyć się na morze, bo jest to dla nas gigantyczna szansa, i dzięki temu będziemy mogli pomóc naszym sojusznikom w regionie.

biznesalert.pl

Już pod koniec stycznia, przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji na Ukrainę, 60-letni menedżer wysokiego szczebla w Gazpromie Leonid Schulman miał popełnić samobójstwo, podobnie jak Aleksander Tjuljakow, którego ciało znaleziono w Sankt Petersburgu 25 lutego. Były menedżer rosyjskiego giganta energetycznego miał się powiesić. Trzy dni później potentat gazowy i naftowy ukraińskiego pochodzenia Michaił Watford został znaleziony powieszony w garażu swojej posiadłości w Surrey w Wielkiej Brytanii.

24 marca miliarder Wasilij Mielnikow, który kierował firmą medyczną MedStom, został znaleziony martwy wraz z żoną Galiną i dwoma małymi synami w swoim mieszkaniu w Niżnym Nowogrodzie. Również w tym przypadku istnieją duże podobieństwa do śmierci Protosenji i Awajewa.

I wreszcie przypadek Andrieja Krukowskiego. 37-latek był dyrektorem ośrodka narciarskiego Krasnaja Poljana w pobliżu Soczi. To właśnie tutaj prezydent Rosji Władimir Putin podobno lubi zapraszać swoich gości na narty. Krukowski, jak pisze rosyjska gazeta "Kommersant", spadł z klifu podczas górskiej wędrówki 2 maja.

dw.com

To, że na Bliskim Wschodzie zrozumienie tego co się dzieje w Europie Środkowo-Wschodniej jest niewielkie nie może dziwić, gdyż przypomina to wybiórczą i uproszczoną percepcję mieszkańców naszego regionu w odniesieniu do wydarzeń w tamtej przestrzeni geopolitycznej. Nawet obecnie często sięga się po porównania agresji na Ukrainę z rosyjskimi działaniami w Syrii co jest analogią z gruntu fałszywą. Nie przyzwyczajony do demokracji i suwerenności narodu (a nie państwa jako własności dyktatorów i monarchów) Bliski Wschód, czy szerzej świat arabsko-muzułmański, nie rozumie, że u nas decyzje geopolityczne, dotyczące strategicznego wyboru sojuszników, podejmowane są przez zainteresowane państwa, zgodnie z wolą ich społeczeństw, a nie w wyniku tajnych układów rządzących z mocarstwami. Bliski Wschód ma również odmienne doświadczenia historyczne, zwłaszcza dotyczące USA, a zarówno dla tamtejszych dyktatur jak i muzułmańskich radykałów wolny świat, z naszym pojmowaniem wolności, demokracji i praw człowieka, stanowi zagrożenie. Jeśli dodamy do tego popularną tam skłonność do teorii spiskowych oraz przerzucania winy za wszystkie swoje nieszczęścia na świat zewnętrzny, przede wszystkim Zachód, to w efekcie jest to grunt bardzo podatny na prorosyjską dezinformację i poglądy krążące w tamtej przestrzeni informacyjnej są często absurdalne.

Przede wszystkim bardzo popularny jest „whataboutism" i związane z nim oskarżenia o hipokryzję i rasizm. „Whataboutism" to postawa polegająca na sugerowaniu, że należy zająć się inną sprawą, jakoby zaniedbywaną. Liczne głosy w świecie muzułmańsko-arabskim, w odpowiedzi na agresję, zbrodnie i humanitarny kryzys wywołany przez Rosję, pojawiają się według schematu „a co z...", po czym  wymieniane są rozmaite konflikty toczące się w tym regionie, w szczególności Palestyna, Jemen oraz Afganistan. W rezultacie występuje lekceważenie tego co się dzieje na Ukrainie i oskarżenie Zachodu o rzekomą hipokryzję i rasizm. Można by to było zrozumieć, gdyby był to wyraz obojętności przy jednoczesnym skupieniu uwagi (i działań) na wspomnianych problemach i konfliktach, im bliższych. Problem w tym, że nie towarzyszy temu bynajmniej refleksja co mieszkańcy Bliskiego Wschodu mogą sami zrobić by zapanował pokój w ich regionie, jak powinni wpływać na regionalne rządy. Odpowiedzialność spychana jest na zewnątrz, przy czym oczekiwania są wewnętrznie sprzeczne. Z jednej strony zarzuca się obojętność wobec krwawych rządów niektórych dyktatorów (np. Assada), z drugiej zaś zarzuca się obalanie innych (np. Saddama Husajna).

Wbrew pozorom ta wewnętrznie sprzeczna narracja jest na swój sposób spójna i logiczna. Wyłania się z niej bowiem dychotomia: zły Zachód i dobra Rosja. To zaś już bezpośrednio przekłada się na percepcję wojny na Ukrainie. Nie ma przy tym wątpliwości, że za taką percepcją stoją rosyjskie działania hybrydowe (zwłaszcza dezinformacja w mediach społecznościowych). W tym kontekście możliwe jest, że wypowiedź Ławrowa o „antysemickich Żydach" i „żydowskim pochodzeniu Hitlera" nie była nieprzemyślana, lecz miała na celu większą mobilizację muzułmańsko-arabskiej, nastawionej negatywnie do Izraela, opinii publicznej, a być może nawet stworzenie atmosfery sprzyjającej werbowaniu ochotników, chcących wesprzeć rosyjską walkę z „żydowskim Zachodem" (rosyjskie narracje są dostosowywane do odbiorców i dlatego mogą jednocześnie odwoływać się do walki z „żydowskim spiskiem" i walki z antysemityzmem). (...)

Można przy tym wyróżnić narrację oficjalną (lub półoficjalną), promowaną przez polityków i rządowe media niektórych państw oraz narrację publiczną (widoczną zwłaszcza w mediach społecznościowych). Co do tej pierwszej to w szczególności należałoby wskazać narrację Iranu i ośrodków z nim powiązanych na Bliskim Wschodzie. Iran wręcz rytualnie obwinia o wszystko USA i w narracji przez niego promowanej rzekomą przyczyną konfliktu jest ekspansja NATO, zburzenie równowagi międzynarodowej oraz rzekoma chęć wykorzystania Ukrainy do ataku na Rosję, co w efekcie czyni z tej ostatniej – wg tej narracji – broniącą się ofiarę agresji USA i NATO. Ukraina w tym schemacie sprowadzona jest do bezwolnego narzędzia, a ofiary wojny są w istocie ofiarami agresywnej polityki USA. Narracja ta odrzuca zatem zasadę suwerenności podejmowania decyzji o sojuszach na rzecz prymatu równowagi systemowej i koncertu mocarstw.

Choć takie podejście Iranu jest zupełnie sprzeczne z jego własnymi doświadczeniami historycznymi oraz jego faktycznymi interesami geopolitycznymi to jego rezonans jest potężny. Ta narracja jest wszechobecna w całej strefie wpływów Iranu, w szczególności w proirańskich środowiskach (media, politycy i głosy w mediach społecznościowych) w Libanie, Iraku, Syrii, Jemenie itp. Dominuje przekonanie, że przyczyną wojny jest naruszenie równowagi przez „agresywne" NATO i USA, które są obarczane odpowiedzialnością za sytuację w Palestynie, Jemenie etc. W tej percepcji fakt, że Izrael zachowuje dość wstrzemięźliwe stanowisko odnośnie wojny na Ukrainie, a Rosja utrzymuje ogromne wpływy w Izraelu, w tym za pośrednictwem proputinowskich oligarchów, którzy w większości mają żydowskie pochodzenie, jest całkowicie pomijany. Pomijane jest również to, że Rosja, poza nie mającymi żadnego realnego znaczenia deklaracjami, nigdy nie wspierała „sprawy palestyńskiej". Ponadto z punktu widzenia szyitów kompromitujące powinno być też jej wsparcie dla Saddama Husajna i fakt, że nawet w wystąpieniu rozpoczynającym wojnę Putin sugerował, że obalenie reżimu Saddama było jakoby niedopuszczalne. Faktem jest jednak, że wsparcie „szyickiego półksiężyca" dla Rosji nie wychodzi poza sferę deklaratywną. W głosowaniu w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ potępiającym rosyjską agresję tylko Syria zagłosowała przeciw, natomiast Iran wstrzymał się od głosu. Podobnie postąpił również Irak oraz Algieria (będąca w nieformalnym sojuszu z Iranem), natomiast Liban głosował za potępieniem Rosji. W głosowaniu nad wykluczeniem Rosji z Rady Praw Człowieka ONZ Iran i Algieria, a także oczywiście Syria, głosowali przeciw, natomiast Irak znów wstrzymał się od głosu, a Liban nie wziął udziału w głosowaniu.

Natomiast doniesienia jakoby Rosjan na Ukrainie mieli wesprzeć żołnierze Assada lub irackiego Al-Haszed asz-Szaabi, czy też wreszcie libańskiego Hezbollahu okazały się całkowitą bzdurą. Siły te najwyraźniej sceptycznie podchodzą do własnej propagandy, a priorytetem jednak jest dla nich własny interes polityczny i bezpieczeństwa. Hezbollah nie może mieć najmniejszych wątpliwości, że Rosja nigdy nie udzieli mu jakiegokolwiek militarnego (w tym w zakresie uzbrojenia czy świadomości sytuacyjnej) wsparcia przeciwko Izraelowi, a w dodatku za niespełna 2 tygodnie odbywają się w Libanie wybory parlamentarne. W Iraku Al-Haszed asz-Szaabi jest zajęte wspieraniem swojej reprezentacji politycznej w walce o władzę w Bagdadzie w sytuacji gdy wciąż nie powstał nowy rząd, a wpływ Rosji na rozwój sytuacji w tym zakresie jest zerowy. Siły proirańskie mają też zapewne świadomość dealów między rosyjskim Gazpromem a Partią Demokratyczną Kurdystanu, z którą są delikatnie mówiąc skonfliktowane. Do tego dochodzi napięta sytuacja na linii Al-Haszed asz-Szaabi – Turcja, a także wciąż istniejące zagrożenie ze strony Państwa Islamskiego, w walce z którym Rosja nigdy nie okazała żadnego wsparcia. Z kolei Assad musi się liczyć z tym, że jak Rosja się wykrwawi na wojnie z Ukrainą, a on wyśle swoje najlepsze oddziały by zostały zmasakrowane pod Charkowem, to za kilka miesięcy dżihadyści z Idlibu przy wsparciu Turcji będą podchodzić pod Aleppo i Damaszek, a on nie będzie się miał czym bronić.

Rozpatrując pozycję świata szyickiego w stosunku do rosyjskiej agresji nie ulega wątpliwości, że jest ona determinowana niechęcią do USA, a przy tym abstrahuje od historycznych doświadczeń, a także interesów. Irańskie doświadczenia z agresywnym imperializmem rosyjskim są bowiem znacznie bogatsze niż z ingerencjami USA. Istotniejsze jest jednak to, że Iran mógłby być beneficjentem sankcji nakładanych na Rosję, w szczególności embarga na ropę i gaz. W interesie Iranu byłoby zatem doprowadzenie do szybkiej reaktywacji JCPOA, co zresztą Rosja zaczęła blokować (a Iran w odpowiedzi znów rytualnie obarczył winą Zachód) oraz doprowadzenie do realizacji budowy gazociągu z Iranu do Europy przez Turcję, a także eliminacji Turkish Streamu jako konkurencji. Tyle, że Iran póki co nie podejmuje takich działań, przedkładając ideologię (oraz niechęć i brak zaufania do USA) nad interes.

Inną charakterystyczną narracją są wszechobecne od pierwszych dni wojny oskarżenia Zachodu o rasizm, które odwracają uwagę od istoty problemu rosyjskiej agresji i dramatu Ukraińców, a przenoszą go na rzekomy rasizm, przy czym dotyczy to również samej Ukrainy i Polski. Narracja ta oparta była początkowo na rzekomo innym, gorszym traktowaniu uchodźców z Ukrainy, jeśli pochodzili z Azji lub Afryki. Towarzyszyła temu dezinformacyjna narracja dotycząca sytuacji „uchodźców" na granicy polsko-białoruskiej. Warto przy tym podkreślić, że wzmacniana przez Rosję antypolska propaganda związana z atakiem bronią D na polskiej granicy, nie ustała na Bliskim Wschodzie i wpisuje się w schemat obwiniania świata zewnętrznego za własne problemy i błędy. Narracja ta jest powielana przez liczne media związane z bliskowschodnimi reżimami, co teoretycznie może się wydawać dziwne (bo przecież jeśli migranci na granicy polsko-białoruskiej byliby uchodźcami tzn. że rządy krajów, z których wyjeżdżali były opresyjne), jednakże tamtejsza logika rządzi się innymi prawami. Przekaz ten ma skłaniać do posłuszeństwa sugestią, że prawa człowieka i demokracja to kłamstwa rasistów.

Nieco inaczej wygląda rozłożenie akcentów wśród sunnickich monarchii skonfliktowanych z Iranem oraz pozostałych państw arabskich. Niemniej, również i w tym wypadku dominuje postrzeganie konfliktu przez pryzmat równowagi sił, przy całkowitym niezrozumieniu jego wymiary aksjologicznego. Znajomość historii regionu jest również niezwykle mała, co sprzyja rozpowszechnianiu przekonania, że Ukraina to w zasadzie część Rosji lub przynajmniej jej naturalnej strefy wpływów. To prowadzi do często przewijającej się konkluzji, że powodem wojny nie była uległość Zachodu wobec Rosji, co wpłynęło na jej błędną ocenę, że zachodni pacyfizm spowoduje brak zdecydowanej reakcji NATO i UE, lecz było nią jakoby to, że Zachód nie poszedł na ustępstwa wobec żądań Rosji. To z kolei zdeterminowało przekonanie, że rozwiązaniem konfliktu jest doprowadzenie do kompromisu zaspokającego część „obaw" Rosji w zakresie bezpieczeństwa (czyli cofnięcie się NATO z flanki wschodniej i uznanie Ukrainy za rosyjską strefę wpływów). Taki był właśnie cel misji dyplomatycznej delegacji Ligi Arabskiej, która na początku kwietnia odwiedziła Moskwę i Warszawę. Mimo bardzo wysokiego szczebla tej delegacji, w której skład wchodził Sekretarz Generalny Ligi Arabskiej, a także szefowie dyplomacji Egiptu, Jordanii, Iraku, Algierii i Sudanu, misja ta nie odegrała praktycznie żadnej roli i była całkowitym fiaskiem. Również w mediach arabskich widać było przekonanie o tym, że konieczne jest przywrócenie stanu równowagi i jak najszybsza normalizacja relacji polityczno-gospodarczych miedzy Zachodem i Rosją, a także skłonność do uznawania deklaracji Kremla za wiarygodne. Dzień po ujawnieniu ludobójstwa w Buczy brałem udział w dyskusji na antenie jednej z telewizji ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, w trakcie której sugerowano, powołując się na wypowiedź Pieskowa, że kompromis, pokój i rekoncyliacja rosyjsko-ukraińska są na wyciągnięcie ręki. Rozmowa zatem została sprowadzona na temat rzekomej konieczności i nieuchronności uznania rosyjskich „obaw" dotyczących jej bezpieczeństwa oraz powrotu do normalnych relacji gospodarczych, gdyż jakoby sankcje i embargo są zbyt szkodliwe dla globalnych stosunków handlowych by można taką politykę kontynuować. Nie był to przypadek odosobnimy. Takie podejście zdominowało narrację w świecie arabskim, a zrozumienie psychologicznego wpływu na europejską opinię publiczną rosyjskich zbrodni na Ukrainie, zburzonych miast i trupów, było znikome w regionie, w którym wojna, zbrodnie, terror, masakry itp. nie są niczym nadzwyczajnym.

Polityczne stanowisko państw arabskich opierało się nie na aksjologii, lecz na kalkulacjach politycznych. Wprawdzie w głosowaniu nad potępieniem rosyjskiej agresji, poza wcześniej omówionymi państwami, tylko Sudan i Maroko wstrzymały się od głosowania (lub w nim nie wzięły udziału) ale już w głosowaniu nad zawieszeniem Rosji w Radzie Praw Człowieka jedynym państwem, które zagłosowało za była Libia. Większość, w tym Arabia Saudyjska, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Jordania i Egipt, wstrzymały się od głosu lub nie wzięły udziału w głosowaniu. Autorytarne reżimy arabskie, które tradycyjnie były sojusznikami Zachodu, zaczęły dywersyfikować swoją politykę zagraniczną (tj. równoważyć ją relacjami z Rosją) w okresie rządów Obamy, co było związane z naciskiem w kierunku przestrzegania praw człowieka oraz amerykańską wizją demokratyzacji świata arabskiego w oparciu o kluczową rolę Bractwa Muzułmańskiego. Za czasów Trumpa ta tendencja jeszcze bardziej się zwiększyła, co wynikało z zapowiedzi Trumpa wycofywania sił USA z Bliskiego Wschodu. W tym kontekście sygnałem alarmowym było czasowe wycofanie się USA z Syrii Północno-Wschodniej w końcu 2019 r. w celu umożliwienia inwazji tureckiej na sojuszniczych wobec USA Kurdów. W rezultacie Rosja zajęła część amerykańskich baz w regionie kluczowym z punktu widzenia powstrzymywania ekspansji wpływów irańskich, co skłoniło monarchie Półwyspu Arabskiego do konkluzji, że trzeba się ubezpieczyć i negocjować tę kwestię z Rosją. Po wyborze Bidena, obawy wielu państw arabskich jeszcze bardziej wzrosły, w związku z jego krytyką autorytarnych reżimów, naruszeń praw człowieka, a także dążeniem do reaktywacji JCPOA i rolą Demokratów (w tym Bidena) w wycofaniu wsparcia USA dla wojny w Jemenie po ujawnieniu bombardowania celów cywilnych, w tym dzieci, przez saudyjskie lotnictwo.

W 2016 r. OPEC rozpoczął współpracę z Rosją w ramach formatu OPEC+ i ta współpraca została utrzymana po wybuchu wojny na Ukrainie, mimo nacisków USA by zwiększyć wydobycie w celu zbicia cen. Kluczową rolę w wyznaczeniu takiej polityki odegrała Arabia Saudyjska i osobiście następca tronu Mohammad bin Salman, który nawet nie ukrywał, że chce uczynić afront USA w zemście za wcześniejszą krytykę ze strony Bidena (m.in. w kwestii zabójstwa Chaszukdżiego). Saudyjski książę wyraźnie liczy przy tym, że w 2025 r. do władzy powróci Trump, który zmieni politykę zagraniczną USA o 180 stopni, a kwestia rosyjska nie będzie dla niego priorytetem. (...)

Kluczowe znaczenie dla (przeważnie arabskich) państw Bliskiego Wschodu i Afryki Płn. ma też wpływ wojny na ceny żywności, w związku z drastycznie zmniejszoną podażą pszenicy. Rosja jest największym eksporterem pszenicy, a Ukraina znajduje się 5 miejscu. Największym importerem ukraińskiej pszenicy był dotąd Egipt, ale duży udział w imporcie tego kluczowego produktu miały też inne państwa arabskie: Maroko, Tunezja, Jemen, Liban, Jordania czy Libia. Egipt jest też największym odbiorcą rosyjskiej pszenicy, którą ponadto kupuje też Turcja, Sudan, Jemen i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Przytłaczająca większość pszenicy w Tunezji, Libii czy Libanie pochodzi z tych dwóch krajów. W Libanie ponad 60 % importu pszenicy pochodzi z Ukrainy, a 14 % z Rosji. Kraj ten znajduje się tymczasem od kilku lat w głębokim kryzysie ekonomicznym, mieszkańcy zaczynają uciekać na łódkach na Cypr, a za niespełna 2 tygodnie są tam wybory parlamentarne, przy głębokich podziałach etnosektariańskich i politycznych. W Iraku ceny żywności wzrosły o 20 %, a władze zostały zmuszone do podwyżki cen skupu pszenicy o 30 % by powstrzymać rolników do sprzedaży jej zagranicę. Podobna sytuacja kryzysowa ma miejsce w wielu innych krajach i tylko w niektórych z nich (a często też tylko częściowo) jest to rekompensowane wyższymi cenami ropy. Państwa te natomiast pamiętają, że w 2011 r. wzrost cen żywności był jednym z powodów wybuchu niezadowolenia społecznego i co za tym idzie tzw. Arabskiej Wiosny.

defence24.pl

Trwający konflikt w tej chwili można podzielić na trzy etapy, różniące się między sobą zarówno celami strategicznymi jak i działaniami na szczeblu operacyjnym i taktycznym. Różnice te w przypadku strony rosyjskiej są bardziej znaczące, aczkolwiek dotyczą również działań ukraińskich.

Przede wszystkim należy pamiętać, że w rzeczywistości konflikt ukraińsko-rosyjski nie zaczął się w lutym 2022 roku, ale trwa już od ośmiu lat. To pierwszy etap konfliktu, charakteryzujący się ze strony rosyjskiej tzw. działaniami pod fałszywą flagą (ang. false flag). Sam etap składał się z dwóch różnych pod względem taktyki i zaangażowania sił i środków operacji. Jedna to aneksja Krymu, do której Rosjanie użyli własnych wojsk, działając nie tyle pod fałszywą flagą, co w ogóle bez flagi. Sławne putinowskie „zielone ludziki" czyli żołnierze specnazu, wojsk powietrzno-desantowych i rozpoznawczych ubrani w „mundury, które można kupić w każdym sklepie z mundurami". Operacja ta przebiegła bardzo sprawnie, przy co najwyżej biernym oporze (niszczenie własnego sprzętu bojowego) armii ukraińskiej.

Operacja w Ługańsku i Doniecku miała inny charakter. Armia federacji rosyjskiej w większym stopniu wspierała zarówno kadrami jak i uzbrojeniem ruch separatystyczny. Działania po okresie intensywnych walk, finalnie przekształciły się w typowy konflikt pełzający, a linia walk ustabilizowała się na lata. Należy zauważyć, że i w tym wypadku armia ukraińska początkowo nie była w stanie podjąć działań adekwatnych do sytuacji. Wystarczy powiedzieć, że w 2015 roku zdolność do działań bojowych miało mniej niż dziesięć procent sił zbrojnych Ukrainy.

Dlaczego ta faza konfliktu nie powinna być rozpatrywana oddzielnie w stosunku do kolejnych, które datują się od lutego 2022 roku czyli otwartej inwazji wojsk Federacji Rosyjskiej na Ukrainę? Otóż obie strony wyciągnęły wnioski z jej przebiegu. Skutki obserwujemy od dwóch miesięcy.

Władze polityczne i wojskowe Federacji Rosyjskiej uznały że:

1\. Reakcja świata na działania wobec Ukrainy jest nieskuteczna i ma na celu bardziej uspokojenie własnej opinii publicznej. NATO trapione jest oddolnymi konfliktami i nie podejmie skonsolidowanych działań.
2\. Do projekcji siły wystarczą jednostki składające się z żołnierzy zawodowych (kontraktowych).
3\. Armia ukraińska nie jest w stanie podjąć równorzędnej walki i nie stawi zorganizowanego oporu.
4\. Można liczyć na wsparcie części społeczeństwa wschodniej Ukrainy.
5\. Działania propagandowe należy kierować przede wszystkim na użytek wewnętrzny, świat stawiać przed faktami dokonanymi, a jeżeli fakty nie są zgodne z propagandą to tym gorzej dla faktów.

W przypadku Ukrainy wysnute wnioski zostały przekute na bardzo konkretne działania:

1\. Trzeba dążyć do konsolidacji ze światem zachodnim zarówno militarnie jak i politycznie, ale budować własne zdolności.
2\. Siły zbrojne nie tyle zreformować, co zbudować od podstaw. Oprzeć własne zdolności obronne o trzy komponenty – armię czynną (zawodową i z poboru), przeszkolone rezerwy, gwardię narodową i jednostki o charakterze terytorialnym.
3\. Do walki z Federacją Rosyjską potrzeba czołgów i artylerii, ale niezbędna jest synergia różnych rodzajów wojsk oraz wysokie morale zmotywowanych żołnierzy.
4\. Przygotowywać się do walki z konkretnym wrogiem. Wykorzystać wsparcie szkoleniowe i zasoby instruktorskie NATO.

Przeanalizujmy najpierw jak Federacja Rosyjska przygotowała się do owego pierwszego na teatrze europejskim pełnoskalowego starcia XXI wieku. Dla ułatwienia zastosujmy porównanie z tego typu operacjami wcześniej prowadzonymi przez Związek Radziecki. Dlaczego? Ponieważ w swoich założeniach i sposobach realizacji inwazja na Ukrainę stanowi w rzeczywistości kontynuację polityki jeszcze z czasów ZSRR. Związek Radziecki stosował w swojej historii operacje wojskowe zbliżone charakterem do inwazji na Ukrainę. Operacje „Wicher" w 1954 roku na Węgrzech, czy „Dunaj" w 1968 roku w Czechosłowacji w swoich założeniach i sposobie realizacji nie różniły się aż tak bardzo od pierwotnych założeń „specjalnej operacji wojskowej" na Ukrainie. Co więcej, schemat działania był wciąż taki sam. Każda z nich zaczynała się zajęciem lotnisk przez wojska powietrzno-desantowe i specjalne, których zadaniem była dekapitacja władz politycznych i wojskowych, zajęcie kluczowych obiektów takich jak budynki władz centralnych, rozgłośnie telewizyjne i radiowe itp. Nawet podczas wkroczenia wojsk rosyjskich do Afganistanu w 1979 roku, zastosowano zbliżony schemat działania (operacja „Sztorm 333"). Niemal równocześnie granice państwowe przekraczały radzieckie (w przypadku Czechosłowacji również sojusznicze) kolumny pancerno-zmechanizowane zajmując kolejno najważniejsze miasta, jako ośrodki administracji.

Rosyjski sztab generalny, planując inwazję na Ukrainę pozostał mentalnie w oparach czasów Układu Warszawskiego. Zignorował przy tym całkowicie odmienność sytuacji geopolitycznej Ukrainy w porównaniu z choćby Czechosłowacją w latach 60. Czechosłowacja była całkowicie izolowana właśnie geopolitycznie, pozostając w radzieckiej strefie wpływów. Pomimo tego radzieccy dowódcy nie byli pewni reakcji czechosłowackich sił zbrojnych oraz liczyli się z oporem społeczeństwa. Siły Układu Warszawskiego dedykowane do operacji „Dunaj" liczyły 450 tysięcy żołnierzy i 6500 czołgów, wobec kraju czterokrotnie mniejszego od Ukrainy i całkowicie izolowanego geograficznie i politycznie! Co więcej w odwodzie pozostawały dodatkowo dwie dywizje armii NRD.

Jak ma się do tego 115 batalionowych grup bojowych stanowiące ekwiwalent ok 80-90 tysięcy żołnierzy i 1600 - 1800 czołgów dedykowanych przez Rosję do zajęcia Ukrainy? Ukrainy z którą Rosja pozostawała de facto w konflikcie zbrojnym od 8 lat i dysponującą po mobilizacji ponad trzystutysięczną armią.

Dlatego analizując początkową fazę inwazji na Ukrainę można pokusić się o stwierdzenie, że na poziomie strategicznym czyli polityczno – militarnym nie jest to reprezentatywny przykład konfliktu nowego stulecia. Co więcej pod względem koncepcyjnym prezentuje raczej uwstecznienie zdolności planistycznych rosyjskich sztabowców, dodatkowo pokazuje fałszywość założeń tzw. „doktryny Gierasimowa". Sformułowane przez szefa sztabu generalnego sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej Walerija Gierasimowa założenia działań kinetycznych i niekinetycznych zostały opublikowane w 2013 roku. W swej treści łączyły działania hybrydowe odbywające się we wszystkich sferach politycznych, społecznych oraz cyberprzestrzeni z działaniami zbrojnymi. Ich synergia miała zapewniać dominację Rosji nad przeciwnikami nawet bez otwartego konfliktu zbrojnego. Doktryna zakulisowych działań asymetrycznych zarówno kinetycznych jak i niekinetycznych przestała działać, kiedy doszło do otwartego konfliktu zbrojnego, gdzie cele Rosji stały się oczywiste i wymagane było jasne opowiedzenie się opinii światowej po jednej ze stron konfliktu. Przy czym same założenia Gierasimowa w rzeczywistości nie stanowiły nowego otwarcia w ekspansywnej polityce Rosji, a jedynie w uproszczony sposób przedstawiły to co Rosja, a przedtem Związek Radziecki stosowały „od zawsze". Również z tej perspektywy rosyjskie założenia konfliktu XXI wieku się nie ziściły ponieważ nie doszło do izolacji politycznej Ukrainy, nie pojawiły się znaczące ruchy oddolnie dezorganizujące NATO, a politycy zachodni, wspierający mniej lub bardziej jawnie Putina, odcięli się od wcześniejszej narracji.

Ukraina podeszła do zbliżającego się konfliktu z zupełnie odmiennej perspektywy. Przede wszystkim realistycznie uznano, że próby wstąpienie do Unii Europejskiej a tym bardziej do NATO mogą zakończyć się niepowodzeniem. W związku z tym rozpoczęto intensywną budowę własnych zdolności obronnych tworząc jednak, na ile było to możliwe, synergię z NATO. Stąd obecność setek zachodnich instruktorów w ośmioletnim okresie po aneksji Krymu. Ukraińskie siły zbrojne bazowały z konieczności na poradzieckim sprzęcie starając się go jednak modernizować do współczesnych standardów. Natomiast w zakresie np. rozpoznania czy wyszkolenia, wyposażenia indywidualnego i uzbrojenia żołnierzy zaczęła w szerokim zakresie wprowadzać rozwiązania zachodnie. Duży nacisk położono na nasycenie związków operacyjnych czołgami i przede wszystkim artylerią, od początku uczącą się ściśle współpracować z rozpoznaniem (drony). Zachowywano przy tym synergię w rozwoju rodzajów broni i sił zbrojnych – poza marynarką wojenną, której Ukraina nie odtworzyła. Należy zauważyć, że z armii ukraińskiej zwolniono większość starszych oficerów, „odziedziczonych" po ZSRR. Nowe kadry dowódcze, nie tylko oficerskie, ale przede wszystkim podoficerskie, wykuwały się w ATO (operacja antyterrorystyczna w Donbasie) oraz na kursach NATO.

Czy mówimy tutaj o przygotowywaniu się do konfliktu XXI wieku? Nie do końca. Armia ukraińska przygotowywała się do walki z konkretnym przeciwnikiem w uwarunkowaniach, więc i ograniczeniach, jakie miała. Patrząc na ukraińskich żołnierzy i dowódców - to z pewnością armia XXI wieku. Dobrze wyszkolona, zmotywowana, potrafiąca podejmować decyzje i wykazująca się inicjatywą od najniższych szczebli dowodzenia. Jest to tym bardziej widoczne, że strona przeciwna pozostała mentalnie w poprzednim stuleciu, a biorąc pod uwagę zachowania żołnierzy rosyjskich na terenach czasowo zajętych, w czasach średniowiecznych.

defence24.pl

Według informacji z Izraela Władimir Putin przeprosił premiera tego kraju Naftalego Bennetta za wypowiedzi swojego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który w niedzielę stwierdził: "Mogę się mylić, ale Hitler też miał żydowską krew". Skąd wzięła się reakcja rosyjskiego dyktatora, który upokorzył Ławrowa? – Putin nie przypuszczał, że dojdzie do takiej reakcji ze strony Izraela – mówi "Bildowi" ekspert ds. Rosji Sergiej Sumlenny.

Te groteskowe wypowiedzi Ławrowa sugerują, że winę za Holokaust ponoszą sami Żydzi. We wtorek Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ławrowa poszło dalej, oskarżając Izrael o wspieranie "neonazistowskiego reżimu w Kijowie". Rzeczniczka rosyjskiego MSZ stwierdziła, że u boku pułku Azow walczą "izraelscy najemnicy".

To nowy propagandowy cios poniżej pasa ze strony Moskwy, który jednak – jeśli wierzyć izraelskim oświadczeniom – został osobiście zanegowany przez Putina. Moskwa jak dotychczas nie potwierdziła oficjalnie przeprosin.

Zarówno premier Izraela Naftali Bennett, jak i minister spraw zagranicznych Jair Lapid głośno zaprotestowali po słowach Ławrowa. Ten ostatni powiedział nawet, że "linia została przekroczona". Rosyjski ambasador został wezwany na "rozmowę wyjaśniającą".

Rząd Izraela rozważa teraz, czy mimo wszystko nie wysłać broni do Ukrainy.

Byłby to punkt zwrotny w ich polityce wobec wojny, ponieważ – mimo że ludność Izraela solidaryzuje się z Ukrainą – rząd prowadzi ostrożną politykę, stawiając na pierwszym miejscu własne bezpieczeństwo i nie chcąc denerwować Rosji.

Wojska Putina znajdują się w sąsiedniej Syrii i do tej pory przymykały oko, gdy Izrael bronił się przed atakami Hezbollahu z Syrii i Libanu.

Stosunki między Izraelem a Rosją uważane są za dobre. Ekspertka ds. Rosji dr Margarete Klein na łamach "Bilda" ocenia: "Pod rządami Putina można było już wcześniej zaobserwować zbliżenie Rosji i Izraela oparte na pragmatyzmie. Stoją za tym względy społeczne, takie jak duża liczba ludności rosyjskiej i rosyjskojęzycznej wynikająca z emigracji żydowskiej do Izraela, interesy gospodarcze, ale przede wszystkim konieczność stworzenia niezawodnych kanałów komunikacji w kontekście rosyjskiej interwencji wojskowej w Syrii od 2015 r."

Przeprosiny Putina i cios w plecy jego ministra spraw zagranicznych byłyby bardzo niezwykłe. Czy ostra reakcja Izraela mogła to spowodować?

Ekspert ds. Rosji Sergiej Sumlenny uważa, że tak. – Putin nie przypuszczał, że dojdzie do takiej reakcji – mówi w rozmowie z "Bildem".

Putin przecenił swoją pozycję i sądził, że dzięki swoim osobistym koneksjom i pewnym podobieństwom ma Izraelczyków "w kieszeni", tak że nie będzie zbytniego sprzeciwu wobec obrzydliwej propagandy Ławrowa.

Sumlenny wyklucza scenariusz, w którym to oligarchowie i bogaci Rosjanie z podwójnym (rosyjskim i izraelskim) obywatelstwem mieli wpływ na Putina. – Putin nie postrzega ich jako przyjaciół, widzi w nich poddanych. A władca może zrobić wszystko ze swoimi poddanymi – wskazuje.

– Propaganda Ławrowa była skierowana nie do wewnątrz czy nawet na zewnątrz. Dlatego też udzielił wywiadu tylko mniejszej włoskiej stacji telewizyjnej – podejrzewa Sumlenny. Możliwym celem ataku mogło być zmobilizowanie sił antysemickich na Bliskim Wschodzie, ponieważ tam również żaden kraj, oprócz Syrii, nie poparł dotychczas Rosji, na przykład podczas głosowania w ONZ.

Dla Sumlennego jest jednak jasne, że antysemityzm jest częścią przekonań politycznych zarówno Ławrowa, jak i Putina. W międzyczasie antysemickie teorie spiskowe pojawiają się bez komentarza w najlepszym czasie antenowym w rosyjskiej telewizji państwowej. Są one bardzo popularne w rosyjskim społeczeństwie.

Jednak posunięcie się Ławrowa do oskarżenia Żydów o sympatyzowanie z nazizmem może wynikać z tego, że stał się on ofiarą własnej propagandy.

Rosyjski obraz swojego państwa odgrywa tu główną rolę, niemal decydującą o tożsamości. Mówi on: "To my sami pokonaliśmy nazistów". I dalej: "Tylko nazista może krytykować tak chwalebny kraj".

onet.pl