środa, 4 maja 2022


Z jakimi problemami przychodzą do ciebie wojskowi?

Teraz są problemy z zaopatrzeniem, tak jak przed wojną. Na przykład zajmowałem się tym, że wojskowi otrzymują racje żywnościowe, których termin przydatności do spożycia minął.

Przychodzą do mnie także ranni, ludzie po wstrząsach mózgu. Leczono ich tylko trochę, podawano im płyny i kazano wracać do walki. Odmówili, poprosili, żeby ich najpierw opatrzono. Usłyszeli: "Nie, nie do końca to do was dociera. Ojczyzna jest zagrożona, idźcie i służcie". Pomagam im. Idziemy do sądu, żeby najpierw zapewnić im odpowiednią opiekę medyczną.

Uważam, że nie powinniśmy wysyłać żołnierzy, aby tam umierali (do Ukrainy — red.). To jest moja osobista opinia. Ale jako prawnik działam zgodnie z prawem i reprezentuję tych żołnierzy, którzy wykonali rozkazy i tam pojechali.

Zgłasza się do ciebie wielu żołnierzy?

O wiele więcej niż wcześniej. Niektórzy żołnierze są zwalniani za odmowę udziału w "specjalnej operacji wojskowej". Innym grozi się sprawami karnymi, co nie powinno być nawet w najmniejszym stopniu możliwe. Przełożeni straszą ich, wplatając w to zdradę i dezercję. Żołnierze są przerażeni, kiedy do mnie piszą i dzwonią. To są sprawy, które ich przerastają, a jest ich bardzo dużo.

Czy zgłaszają się do ciebie poborowi, którzy zostali wysłani do Ukrainy?

Można tak powiedzieć. Jako prawnik pojechałem do obwodu briańskiego. Matka poborowego bardzo się przestraszyła, że jej syn zostanie wysłany do Ukrainy. Tamtejsza jednostka znajduje się blisko granicy. Poszedłem do tego żołnierza do bazy razem z jego matką i rozmawiałem z jego dowódcą o tym, że jest dekret naczelnego dowódcy, który zabrania wysyłania poborowych do udziału w "operacji specjalnej" w Ukrainie. Wysłuchał mnie. Poborowy pozostał w stałej bazie jednostki.

Można więc wykonać coś zrobić i uwolnić pojedynczych żołnierzy z uścisku ojczyzny.

Czy przed wybuchem wojny z Ukrainą otrzymywaliście więcej zapytań od żołnierzy kontraktowych, którzy wyjechali walczyć np. do Syrii?

Nie było prawie żadnych zapytań o Syrię. Tam prawie nie są łamane prawa żołnierzy, dbają o nich i płacą im mniej więcej tyle samo, co teraz w Ukrainie.

Ile zarabiają ci żołnierze?

Ok. 5-10 tys. rubli (ok. 330-660 zł – red.) dziennie za udział w "specjalnej operacji wojskowej". To dodatek do ich oficjalnej pensji.

Powiedziałeś, że obecnie otrzymujesz najwięcej próśb od żołnierzy odmawiających wyjazdu. Ile ich jest?

W tej chwili prowadzę korespondencję i rozmowy telefoniczne z kilkudziesięcioma takimi osobami, bliżej 100. I najczęściej do każdego z nich dołącza się cała grupa innych żołnierzy, z którymi dzieli się informacjami po konsultacji ze mną. Ale szczegóły mogę podać dopiero wtedy, gdy sąd rozpatrzy ich sprawy o przywrócenie do służby.

Jakiego rodzaju żołnierze odmawiają wyjazdu do Ukrainę?

Nie mogę odpowiedzieć, ponieważ przebywam w Rosji i nie chcę "dyskredytować" Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.

Czy ktoś z wyższych rangą wojskowych zwrócił się do ciebie o pomoc, bo nie chce brać udziału w wojnie?

Tak, pomogłem kapitanowi kompanii rozpoznawczej, ale nie mogę zdradzić szczegółów.

Czy personel wojskowy może być ścigany za odmowę udziału w wojnie?

Cóż, w czasie pokoju ściganie karne za niepodporządkowanie się rozkazom jest raczej problematyczne. Nie mogę jednak powiedzieć, że wniesienie oskarżenia jest niemożliwe. Niewykonanie rozkazu jest przestępstwem tylko wtedy, gdy pociąga za sobą skutki materialne lub zakłóca przebieg misji bojowej. Mówi o tym art. 332 kodeksu karnego. Na przykład, jeśli żołnierz, który bronił koszar, porzucił broń i uciekł, a koszary spłonęły.

Ale jak zakwalifikować taką "szkodę" na ziemi ukraińskiej? To jest bardzo trudne. Na przykład "szkoda" może oznaczać zakłócenie misji bojowej, spowodowanie ofiar wśród naszych żołnierzy lub nieosiągnięcie celów strategicznych. Jednak do tej pory nie wszczęto ani jednego postępowania karnego i chyba wiem, dlaczego tak się stało.

Dlaczego?

Ponieważ wszystko to znajdzie swój finał w mediach. Jeśli w związku z niepowodzeniem pewnych misji toczą się sprawy karne, to znaczy, że coś w wojsku nie poszło zgodnie z planem.

Zgodnie z normami prawa karnego, jeśli przeciwko żołnierzowi zostanie wszczęta sprawa karna, musi on otrzymać kopię decyzji o wszczęciu postępowania. Musi ona zawierać szczegółowe informacje o "znacznej szkodzie", jaką jego działania wyrządziły interesom służby. Wszyscy wiedzieliby, że konkretna misja bojowa została przerwana. Gdyby sprawa została upubliczniona, podważyłoby to autorytet dowództwa. Żołnierz mógłby być wypytywany przez dziennikarzy i miałby wiele bardzo interesujących informacji, którymi mógłby się z nimi podzielić.

W takim przypadku, jeśli dojdzie do sprawy karnej, wzrośnie wewnętrzny opór wśród szeregowych żołnierzy. Dlatego też państwo nie podejmuje jeszcze takich kroków. Ale mówię wszystkim jasno, że teoretycznie jest to możliwe.

Wielu rosyjskich żołnierzy, którzy dostali się do niewoli, mówiło, że 24 lutego powiedziano im, że są wysyłani na ćwiczenia, ale potem kazano im wziąć udział w "operacji wojskowej". Czy to prawda? Czy takie osoby się z tobą kontaktowały?

Tak, oczywiście. W tej chwili przygotowuję w ich imieniu sprawę. Powiedziano im, że to tylko ćwiczenia, a okazało się, że to "specjalna operacja wojskowa". Wśród nich są osoby, które odmówiły wyjazdu do Ukrainy, i te, które pojechały, spędziły tam trochę czasu i wyjechały.

Jak wyjaśniają, dlaczego nie chcą tam wracać?

Nie mogę odpowiedzieć, bo w ten sposób mógłbym "skompromitować" Siły Zbrojne, a moje słowa mogłyby stworzyć wrażenie, że walczymy tam jak idioci. Nie chcę nic takiego powiedzieć.

Czym innym jest wygrywać, czym innym jest umierać. Bardzo wielu żołnierzy odmówiło po rozpoczęciu "operacji specjalnej", gdy zaczęli ginąć ich towarzysze. Jednak odmawiającym groziły sprawy karne – były krzyki, tupanie nogami, składano pisma do prokuratury wojskowej.

Co dzieje się z tymi, którzy odmówili?

Większość z nich zostaje zwolniona. Niektórzy są wysyłani na urlop, ponieważ zgodnie z prawem przed zwolnieniem żołnierz musi otrzymać cały należny mu urlop, a dopiero potem może zostać zwolniony z jednostki. Tak więc wielu z tych, którzy zostali zwolnieni, nadal przebywa na urlopie.

Nie wszystkich się zwalnia. W niektórych przypadkach liczba osób, które odmawiają, jest tak duża, że nie będzie komu służyć, jeśli zwolni się ich wszystkich. Zwalniają więc dla przykładu tylko kilku ludzi, którzy odmawiają.

Mam też osoby, które nie zostały zwolnione po odmowie. Jedna z nich służyła w FSB jako kierowca w kontrwywiadzie wojskowym. Została przywrócona do pracy. Straszono ją, krzyczano na nią, ale nic więcej się nie stało. Nadal jeździ dla FSB.

Napisałeś, że niektórzy z tych, którzy zostali zwolnieni, dostają w aktach służbowych pieczątkę "skłonność do zdrady, oszustwa i kłamstwa".

Dostałem masę hejtu za te pieczątki. Oskarżano mnie o rozpowszechnianie fałszywych informacji, były stwierdzenia, że to się pojawiło najpierw na ukraińskich kanałach w Telegramie. Nie, to się pojawiło u mnie. Przyszedł do mnie żołnierz, który skarżył się na tę pieczątkę.

Ludzie często przychodzą w tej sprawie?

Nie, jest to prawdopodobnie osobista inicjatywa kilku dowódców. Niedawno pokazano mi legitymację służbową z adnotacją, że żołnierz odmówił udziału w "specjalnej operacji wojskowej" i dlatego zostaje zwolniony za "niewypełnienie warunków kontraktu". To jest to samo, tylko ujęte w łagodniejszy sposób. Dokonuje się tego rodzaju adnotacji w aktach służby lub na legitymacji służbowej, aby zrujnować tym żołnierzom życie. Ta notatka nie jest oparta na niczym, jest niezgodna z prawem i można wnioskować o jej unieważnienie. Będę nad tym pracował.

W jaki sposób może ona zrujnować życie żołnierzom?

Wpłynie to na możliwości zatrudnienia żołnierza w przyszłości, gdy będzie on chciał na przykład wstąpić do innej jednostki wojskowej, policji, Federalnej Służby Więziennej lub innego organu ścigania. Jedynym środkiem nacisku, jaki mają dowódcy, jest krzyk i straszenie sprawami karnymi, ale w rzeczywistości mogą ich tylko zwolnić.

Wielu z nich chce zostać zwolnionych, ale ich dowódcy muszą jakoś na to zareagować, więc nie zostaje im nic innego, jak tylko krzyczeć, grozić i pisać te notatki.

Czy zwracają się do ciebie krewni zabitych lub rannych żołnierzy? Na przykład z prośbą o pomoc w uzyskaniu odszkodowania?

Tak, jak już mówiłem, zdarzają się ranni i wstrząśnięci żołnierze, którzy uważają, że pomoc medyczna, jaką otrzymali, jest niewystarczająca. Jest prośba od żony żołnierza z poważnymi urazami mózgu, który nie może uzyskać odszkodowania.

A krewni zabitych?

Nie.

Czy z twoich obserwacji wynika, że rośnie liczba żołnierzy kontraktowych, czy też ich liczba spada, biorąc pod uwagę zwolnienia?

Wiele biur rekrutacyjnych poszukuje obecnie żołnierzy na kontrakty krótkoterminowe. Nie mogę mówić o odpływie, ale liczba osób odchodzących ze służby jest, jak sądzę, bardzo wysoka.

Większość z tych, którzy jadą do Ukrainy po raz pierwszy... chce "zdenazyfikować", "zdemilitaryzować" i "wyzwolić" – a wielu z nich jest nawet gotowych zabijać. Tylko że nie wszyscy z nich są gotowi umrzeć.

Kiedy żołnierze zdają sobie sprawę, że tak naprawdę w każdej chwili mogą zostać zabici, dla wielu z nich jest to myśl otrzeźwiająca. Zaczynają ponownie rozważać swój udział. Ukraińcy wiedzą, za co umierają, stąd bierze się ich nieustraszoność. Kiedy nasi dziadkowie walczyli, wiedzieli, za co umierają. Ale nie wszyscy nasi żołnierze rozumieją, dlaczego ich śmierć miałaby być konieczna.

Co mówią o wojnie ludzie, którzy się z tobą kontaktują? Na przykład po tym, jak zostali ranni lub zwolnieni?

Niektórzy nadal są przekonani, że walczą z nazizmem. Nie mogę powiedzieć, że wszyscy, którzy służyli w tej wojnie, uważają, że to wszystko poszło na marne. Są ludzie, którzy chcą tam wrócić – chcą tylko dostać jakieś wypłaty i są gotowi dalej brać w niej udział. Ale stanowią oni mniejszość.

Pozostali twierdzą, że miejscowi nie byli zadowoleni z ich obecności. Mówią też, że nie mają do czynienia z pojedynczymi grupami "nazistów", jak im mówiono, ale z regularnymi, pełnoprawnymi siłami zbrojnymi. Rozumieją, że to nie jest tak, jak im mówiono, że to nie są "naziści", ale naród, który broni swojego państwa.

onet.pl

— W tej chwili po stronie Rosji, na terenie Ukrainy, walczy ok. 100 tysięcy żołnierzy. Dodatkowo ok. 30 tys. stacjonuje w pobliżu jej granic. Powszechna mobilizacja miałaby oczywiście swoją wymowę, jednak pamiętajmy, że motywacja rosyjskiego żołnierza, także tego z mobilizacji, nie jest i nie byłaby zbyt wysoka. Dominuje postawa, by chronić własną skórę oraz wzbogacić się, czyli nakraść się podczas wojny. Tymczasem stara prawda mówi, że żołnierz, który kradnie na wojnie, staje się mało użyteczny. Zamiast walczyć, skupia się na kradzieżach, na zadekowaniu się na tyłach i ochronieniu tego, co zdobył. Prowadzi to do tego, że Rosja, mimo że to wielki kraj, o większym potencjale niż Ukraina, nie zyskał nad nią znaczącej przewagi w bezpośredniej walce — zwraca uwagę gen. Mieczysław Cieniuch.

onet.pl

To pożegnanie jest niezwykłe. Prawosławni kapłani nie stoją przed trumnami, by czytać chrześcijańskie modlitwy. Zamiast tego jest tam pięciu mężczyzn z ogolonymi głowami, ubranych w czerwone szaty buddyjskich kapłanów, którzy odprawiają tradycyjny rytuał śmierci. W Ułan Ude, ponad 6 tys. km na wschód od Kijowa, rodzice chowają swoje dzieci, które zginęły podczas inwazji Rosji na Ukrainę.

Rosja jest krajem wieloetnicznym, więc w skład armii rosyjskiej wchodzą również przedstawiciele różnych grup etnicznych i religijnych. Służą Rosjanie, Tatarzy znad Wołgi, Tuwińcy z Syberii, wśród nich minister obrony Siergiej Szojgu, Buriaci ze wschodniego brzegu Bajkału i niezliczone rzesze innych.

Na pierwszy rzut oka buddyjski rytuał pożegnalny na Syberii nie powinien nikogo dziwić – wieloetniczna armia w wieloetnicznym kraju. Gdyby nie jeden problem: w niektórych regionach Rosji takich pożegnań jest znacznie więcej niż w innych częściach kraju.

Ukraina mówi o ok. 20 tys. zabitych rosyjskich żołnierzach i oficerach, Moskwa po raz ostatni opublikowała dane pod koniec marca i podała liczbę 1351 zabitych. Prawdziwa liczba rosyjskich ofiar jest prawdopodobnie gdzieś pomiędzy.

Jednak większość rosyjskich zabitych na wojnie pochodzi z biednych prowincji, zamieszkanych głównie przez ludność rosyjską, lub z republik "etnicznych". W związku z tym nasuwa się pytanie, czy armia Putina na pierwszą linię frontu nie kieruje przede wszystkim członków mniejszości etnicznych z prowincji.

Na czele listy zabitych żołnierzy znajduje się Osetia Północna. W tej małej kaukaskiej republice na 100 tys. mieszkańców przypada 5,5 ofiar. Cały region zamieszkuje 700 tys. osób.

Na drugim miejscu jest buddyjska Buriacja z 5,44 zabitych żołnierzy na 100 tys. mieszkańców, dalej biedny rosyjski region Kostroma, a następnie syberyjska republika Tuwy, Dagestan i Inguszetia na Kaukazie oraz biedny obwód pskowski na zachodniej granicy Rosji z 2,93 zabitych żołnierzy na 100 tys. mieszkańców.

Obliczeń dokonał amerykański politolog Adam Charles Lenton z George Washington University na podstawie danych zebranych przez rosyjskojęzyczny serwis BBC. Dziennikarzom udało się zidentyfikować 1083 żołnierzy, którzy zginęli w Ukrainie na podstawie doniesień w lokalnych gazetach, komunikatów prasowych gubernatorów i różnorakich oficjalnych źródeł.

Natomiast z rosyjskiej stolicy, w której arytmetycznie mieszka niespełna jedna dziesiąta całej populacji Rosji, nie odnotowano ani jednego zgonu żołnierza, z czysto statystycznego punktu widzenia jest to zdumiewające.

Ponieważ liczba zabitych w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców jest bardzo wysoka w niektórych regionach Rosji, najpierw nasuwa się wyjaśnienie ekonomiczne. Buriacja, Tuwa, Dagestan, Kostroma, Psków – tak wygląda dolna połowa rankingu dochodów w całej Rosji, sporządzonego przez państwową agencję informacyjną RIA Novosti.

W tak biednych regionach, niezależnie od ich składu etnicznego, kariera zawodowego oficera wojskowego daje wielu młodym mężczyznom praktycznie jedyną szansę na w miarę godne zarobki, a tym samym na solidne utrzymanie siebie i swoich rodzin.

W Buriacji czy Pskowie miesięczne wynagrodzenie w wysokości równowartości 100 euro za pracę w pełnym wymiarze godzin nie jest rzadkością. Ci, którzy zaciągają się do wojska, często mogą podwoić swoje dochody i dzięki temu dobrze sobie radzą w regionie o niskich zarobkach – przynajmniej dopóki nie ma sytuacji kryzysowej i nie muszą iść na wojnę.

Może to również wyjaśniać, dlaczego na liście BBC prawie nie ma mężczyzn z Moskwy czy innych dużych miast, takich jak Sankt Petersburg oraz zasobnych regionów bogatych w surowce. Młodzi mężczyźni nie mają tam motywacji do kontynuowania kariery zawodowej w wojsku. Wskazuje na to również analiza politologów: Im wyższy dochód na mieszkańca w danym regionie, tym mniej zabitych żołnierzy.

Jednak jeszcze silniejszym wskaźnikiem niż dochód per capita jest odsetek ludności nierosyjskiej w danym regionie. Im więcej etnicznej ludności rosyjskiej w danym regionie, tym mniejsza liczba śmierci wojskowych, nawet jeśli pominiemy różnice w dochodach na głowę mieszkańca.

Lenton w artykule dla magazynu internetowego "Riddle Russia" zauważa, że jest to szczególnie widoczne w regionach zamieszkanych przez mniejszości. Na przykład w obwodzie orenburskim nie-Rosjanie stanowili zaledwie jedną czwartą ludności, ale odnotowano aż 40 proc. zabitych. Podobna sytuacja panuje w obwodzie astrachańskim. Mniejszości etniczne stanowią tam 32 proc. ludności, ale 80 proc. potwierdzonych śmierci.

onet.pl

W przededniu obecnej, najgorętszej fazy wojny, brytyjskie Centrum Studiów Ekonomicznych i Biznesowych (CEBR) przeanalizowało straty gospodarcze Ukrainy spowodowane aneksją Krymu i faktyczną okupacją obwodów donieckiego i ługańskiego na wschodzie kraju. Według tych szacunków bezpośrednie straty gospodarcze poniesione przez Ukrainę w wyniku konfliktu militarnego w latach 2014–2020 przekroczyły 280 miliardów dolarów (w tym z powodu samej aneksji Krymu 58 miliardów). W sumie w wyniku wojny hybrydowej w ciągu pierwszych pięciu lat Ukraina straciła dokładnie jedną piątą PKB.

Jest to wartość wynikająca przede wszystkim z powodu utraty przedsiębiorstw w sektorze hutniczym oraz w przemyśle węglowym i chemicznym. Na przykład największymi podatnikami w obwodzie ługańskim są huta w Ałczewsku, która kilka lat wcześniej przeszła gruntowną modernizację, fabryka lokomotyw w Ługańsku i znajdująca się w tym samym mieście, jedyna w Ukrainie, fabryka nabojów.

W obwodzie donieckim znajdywały się liczne zakłady budowy maszyn nastawione na produkcję urządzeń dla przemysłu węglowego, kilka zakładów górniczych i przetwórczych w aglomeracji donieckiej, huta Donieckstal oraz jeden z największych w kraju producentów nawozów mineralnych i chemii przemysłowej, koncern Stirol w Horłówce.

Straty od aneksji Krymu okazały się nie mniej istotne, chociaż półwysep był konsekwentnie i znacząco subsydiowany przez Kijów. Działała tam jednak jedyna na Ukrainie wytwórnia tytanu, znajdowały się dwie supernowoczesne platformy pływające wydobywające gaz ze złóż szelfowych, zakupione zaledwie kilka miesięcy przed atakiem za ponad 400 milionów dolarów w Singapurze, duża flota rybacka i rozwinięty sektor rolno-przemysłowy, głównie zorientowany na wino i mocniejsze alkohole.

Jednak to tylko część strat. Ciągłe napięcia militarne i zagrożenie ze strony Kremla doprowadziły do odpływu inwestorów strategicznych z Ukrainy, co pozbawiło gospodarkę narodową 72 miliardów dolarów. Przede wszystkim byli to inwestorzy zainteresowani rolnictwem, przemysłem przetwórczym oraz logistyką transkontynentalną.

Straty kapitałowe na Krymie i Donbasie z tytułu nielegalnie zajętych lub uszkodzonych aktywów CEBR oszacował na 117 miliardy dolarów, a straty budżetowe z tytułu niepobranych podatków – 48,5 miliarda.

Jest to wyłącznie efekt wyłącznie pierwszej fazie wojny obejmującej stosunkowo ograniczony obszar, bez użycia rakiet balistycznych i celowego niszczenia infrastruktury przemysłowej prawie w całym kraju — od Charkowa po Lwów, od Odessy po Czernihów. Dziś straty te wzrastają niemal wykładniczo.

W rozmowie z amerykańską telewizją CNN prezydent Wołodymyr Zełeński powiedział, że na pokrycie tylko bezpośrednich strat spowodowanych zamrożeniem całych sektorów gospodarki państwo potrzebuje co najmniej 7 miliardów dolarów miesięcznie. Ocenę tę w dużej mierze potwierdziła dyrektor zarządzająca Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) Kristalina Georgiewa, która oszacowała wartość koniecznej pomocy krytycznej dla Ukrainy na 5 miliardów dolarów miesięcznie. Chodzi przy tym tylko o doraźne łatanie dziur w budżecie narodowym, którego celem jest wsparcie funkcjonowania krytycznej infrastruktury i zapewnienie świadczeń socjalnych.

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) szacuje, że ponad 30% ukraińskich firm wstrzymało produkcję, przy czym wojna bezpośrednio dotyka terytoriów, które wytwarzają ponad 60% PKB Ukrainy. Dziesiątki dużych przedsiębiorstw rezygnują z kontynuacji biznesu z powodu przerwania łańcuchów dostaw czy braku możliwości zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom narażonym na ostrzał rakietowy.

Prezes Kijowskiej Szkoły Ekonomii i doradca szefa Kancelarii Prezydenta Ukrainy Tymofij Myłowanow w rozmowie z nadającą z Pragi telewizją Nastojaszczeje Wriemia powiedział, że wartość udokumentowanych szkód infrastruktury Ukrainy na 22 kwietnia wyniosła około pół biliona dolarów. Z tymi wyliczeniami zgadzają się eksperci Banku Światowego, którzy w połowie kwietnia oszacowali je na 564–600 milardów. W najbardziej optymistycznym scenariuszu, jeżeli Rosjanie będą używali wyłącznie broni konwencjonalnej, do końca 2022 roku gospodarka Ukrainy straci od 45% do 50% PKB w porównaniu z poprzednim rokiem.

Są to wyłącznie straty rzeczywiste, do których należy zniszczenie lub uszkodzenie co najmniej 23 tysięcy kilometrów dróg, 37 tysięcy metrów kwadratowych mieszkań, 277 mostów i przepraw mostowych, 10 lotnisk wojskowych i cywilnych, 8 lotnisk i 2 portów morskich. Nie obejmują one jednak jeszcze dwóch niezwykle ważnych czynników. Pierwszym jest zablokowanie prac siewnych w strefie walk. Co więcej, nawet na terenach wyzwolonych spod okupacji, rozminowywanie zajmie jeszcze kilka miesięcy.

Niektóre gospodarstwa w obwodzie mikołajowskim i zaporoskim rozpoczęły wiosenne siewy na własne ryzyko, a rolnicy pracują w kamizelkach kuloodpornych i kevlarowych hełmach na wypadek detonacji amunicji kasetowej, którą Rosjanie w marcu masowo rozsiewali na ziemi ukraińskiej. W większości rejonów południowych prac siewnych nie dało się rozpocząć wcale, ponieważ znajdują się w strefie okupowanej przez wojska rosyjskie. Dotyczy to prawobrzeżnego regionu Chersonia i wybrzeża Azowskiego z centrum w Mariupolu, także obwodów Charkowskiego i Ługańskiego. Znajduje się tam około 35% najbardziej dochodowych przedsiębiorstw rolnych kraju, które w czasach przedwojennych dostarczały zboże, mąkę i olej dla ponad 400 milionów ludzi w Afryce Północnej, na Bliskim Wschodzie, w Azji Południowo-Wschodniej i w Chinach. Rynki te już teraz doświadczają radykalnego wzrostu podstawowych cen żywności, co ze względu na poziom rozwoju tych krajów może mieć trudne do przewidzenia, nawet katastrofalne, skutki.

Drugim niezwykle ważnym czynnikiem jest zablokowanie żeglugi na Morzu Czarnym i zajęcie ukraińskich węzłów portowych w Berdiańsku i Mariupolu nad Morzem Azowskim. Odessa i jej satelitarny port Piwdennyj są głównymi bramami eksportowymi Ukrainy. Ich wody są zaminowane przez marynarkę rosyjską i żadna firma ubezpieczeniowa nie pokryje ryzyka żeglugi statków płynących tam z ładunkiem handlowym. Dla gospodarki jest to dużą stratą, ponieważ przez porty morskie Ukraina eksportuje ponad 70% ładunków o wartości około 47 miliardów dolarów rocznie.

Na początku obecnej fazy wojny tylko w porcie w Mariupolu znajdowało się 300 tysięcy ton ładunków, które zostały zniszczone albo rozkradzione przez Rosjan. To samo, według Forbes-Ukraina, dotyczy portu w Chersoniu. W tej chwili Ukraina stara się wyeksportować około 7 milionów ton towarów miesięcznie przez przejścia lądowe i dodatkowo około 10 mln ton odprawiać przez porty w Gdańsku, Gdyni, Świnoujściu i rumuńskiej Konstancy, jak twierdzi firma Dragon Capital.

new.org.pl

Po rosyjskiej agresji na Ukrainę w mediach pojawiły się mniej lub bardziej uzasadnione porównania do sytuacji Gruzji w 2008 roku. Państwo, które kilka lat wcześniej zwróciło się ku zachodowi, starało się wówczas przywrócić integralność terytorialną przez wysłanie wojsk do Osetii Południowej. Skończyło się interwencją Rosji, pięciodniową wojną, zbombardowanym Gori i czołgami godzinę drogi od Tbilisi. A następnie uznaniem niepodległości i suwerenności Abchazji i Osetii Południowej. W efekcie wojny Gruzja jeszcze bardziej przyspieszyła proces integracji z Zachodem, zarówno w wymiarze militarnym, aplikując na członka NATO, jak i politycznym, zmierzając do akcesu do Unii Europejskiej. Bez szczególnie entuzjastycznego odwzajemnienia tych działań ze strony Zachodu.

Jakkolwiek kolejność wydarzeń w przypadku Ukrainy jest odmienna, to istnienie separatystycznych regionów wspieranych przez Moskwę, próba zmiany strategii geopolitycznej, a przede wszystkim otwarta agresja dawnego kolonialnego hegemona starającego się zachować wpływy, mocno sugerują porównania.

W kontekście regionalnych konfliktów wspieranych przez Rosję agresja na Ukrainę poza krótkim, ale krwawym wspomnieniem 2008 roku, wywołała jeszcze jedną analogię historyczną – konflikty z początku lat 90. XX wieku.

Choć w zachodniej perspektywie rosyjska interwencja w Gruzji w 2008 roku była często postrzegana jako „mała wojna, która zszokowała świat”, a wzniecenie i podtrzymywanie separatyzmów na Donbasie i Krymie jako odnowę imperialistycznej, szowinistycznej polityki, dla Gruzinów, podobnie jak dla Ukraińców, działania Rosji są jednoznaczną kontynuacją niezmiennej polityki siłowego podporządkowywania.

Jej korzeni należy się doszukiwać jeszcze w mechanizmach uzależnienia z czasów Cesarstwa Rosyjskiego. Nic dziwnego więc, że drastyczne obrazy zbrodni przeciwko ludzkości popełnionej w Buczy sprowokowały w mediach społecznościowych wizualne porównania do ciał gruzińskich ofiar na plaży w Gagrze w 1992 roku. Narracja jest prosta: choć istota konfliktów, ich przyczyny i stopień zaangażowania Federacji Rosyjskiej są odmienne, mechanizmy działania agresora pozostają takie same, a wszystkie środki są dozwolone, by osiągnąć cel.

Wobec tego nie dziwi postrzeganie wojny przez Gruzinów. Jak wskazują badania socjologiczne i opinie ekspertów, znakomita większość w pełni popiera Ukrainę, wskazując często, że to ona jako pierwsza otwarcie poparła Gruzję w trakcie wojny w Abchazji w latach 1992–1993 (po stronie gruzińskiej walczył wówczas oddział Ukraińskiej Samoobrony Ludowej, przekształconej później w partię polityczną Prawy Sektor). Dla wielu Gruzinów, nie tylko walczących od 2014 roku w Legionie Gruzińskim, wojna w Ukrainie to zatem ich wojna.

Analogia jest narzędziem poznawczym o dużym potencjale, ale jednocześnie groźnym dla używającego, ponieważ wymaga konsekwencji. W tym przypadku wymagałaby całkowitego wsparcia Ukrainy wobec agresji, analogicznego do tego, jakiego Gruzja oczekiwała od wspólnoty międzynarodowej w 2008 roku, w tym od Ukrainy rządzonej wtedy przez elity wyłonione w pomarańczowej rewolucji. Był to oczywiście nieznaczący dla faktycznych decyzji gest, ale Wiktor Juszczenko stał wtedy na tbiliskim placu obok Micheila Saakaszwilego oraz przywódców Polski i państw bałtyckich.

Od 24 lutego 2022 roku deklaracje poparcia dla Ukrainy są widoczne na ulicach Tbilisi i w mediach społecznościowych, organizowane są oddolne zbiórki humanitarne, Gruzini dołączyli również jako ochotnicy do walki przeciwko Rosjanom. Szczególnie młode pokolenie, socjalizowane już po rewolucji róż, jednoznacznie wyraża swoje wsparcie.

Tego samego nie można jednak powiedzieć o reakcji gruzińskiego rządu.

Dzień po rozpoczęciu inwazji premier Irakli Garibaszwili oświadczył, że rząd gruziński odrzuca możliwość przyłączenia się Gruzji do zachodnich sankcji, uznając je za nieefektywne. Nie zamknął również przestrzeni powietrznej dla rosyjskich samolotów. Jeśli pozostalibyśmy przy użyciu analogii jako mechanizmu poznawczego, wówczas, paradoksalnie, decyzję rządu gruzińskiego o stonowanej reakcji, w tym nieangażowaniu się w sankcje, należałoby uznać za racjonalną. Po 2008 roku Tbilisi jest świadome potencjału militarnego Rosji, a także własnych możliwości obronnych – nikłych, absolutnie nieporównywalnych z ukraińskimi. Należy do tego dodać długą granicę lądową, a także możliwość uderzenia od południa, na przykład z bazy wojennej obok ormiańskiego Giumri lub z baz na terytoriach Abchazji i Osetii Południowej, czy z Morza Czarnego, jak miało to miejsce w 2008 roku. Ze względu na to bezpośrednie niebezpieczeństwo stonowana postawa, wbrew społecznemu wsparciu, wydawała się przynajmniej w początkowym okresie wojny pragmatyczna.

Jest to kontynuacja gruzińskiej polityki przyjętej w momencie przejęcia władzy przez skupione wokół miliardera Bidziny Iwaniszwilego Gruzińskie Marzenie (GM) – normalizowania relacji z Rosją. To polityka, która północnego sąsiada nie będzie drażnić, nie pogorszy sytuacji Gruzji, szczególnie w kontekście Abchazji i Osetii Południowej.

Analogicznie do „podrażnienia” z 2008 roku, które doprowadziło do wojny.

(...)

Postawa władz wywołała wściekłość gruzińskiej ulicy. Pod główną siedzibą rządu przy Alei Rustawelego w centrum Tbilisi od ponad miesiąca regularnie zbierają się manifestanci, czasem w liczbie wielu tysięcy. Niezgoda na politykę gabinetu Garibaszwilego jest zdecydowana – podczas protestów wielokrotnie interweniowała policja, przykładowo gdy manifestanci obrzucili siedzibę rządu pomidorami.

Wściekłość wywołuje również postawa władz w kontekście wewnętrznej sytuacji Gruzji. Jeśli polityka cierpliwego czekania i nienarażania się Rosji przynosiłaby skutki, zapewne odpowiedź Gruzinów na ulicach byłaby odmienna.

Jednak od 2008 roku wzdłuż quasi-granicy separatystycznego quasi-państwa Osetyjczycy wraz z Rosjanami stawiają płot, przy okazji manipulując przebiegiem ustalonej po wojnie linii demarkacyjnej przez wchłanianie gruzińskich wiosek. Również gruzińsko-abchaski proces pokojowy znajduje się w stanie permanentnej stagnacji; podtrzymywany jest właściwie wyłącznie dzięki oddolnym inicjatywom trzeciego sektora.

A Rosja, na co zwracają uwagę gruzińscy eksperci, wykorzystuje separatystyczne republiki nie tylko do destabilizowania sytuacji Gruzji i odbierania jej suwerenności, ale również jako zaplecze militarne w wojnie w Ukrainie.

Dodatkowe znaczenie ma fakt, że polityka kaukaskiego appeasementu konsekwentnie podtrzymywana przez Tbilisi jest sprzeczna z gruzińską racją stanu i deklarowanym, niezmiennym dążeniem do integracji ze strukturami unijnymi i północnoatlantyckimi. Agresja na Ukrainę potwierdziła dosadnie, że wielokrotnie powtarzane przez Kreml utrzymanie we własnej orbicie „rosyjskiej strefy wpływów”, nie jest tylko narracyjną zagrywką wobec Zachodu, mającą zniechęcać wolny świat od polityki przyciągania do swoich struktur państw posowieckich. Jest realną, realizowaną stopniowo i skrupulatnie polityką przywracania imperialnego zasięgu Moskwy sprzed 30 lat. I jako takie nie dotyczy wyłącznie Ukrainy, ale również Kaukazu Południowego, w tym Gruzji. Jako że integracja z Zachodem jest nawet wpisana do pochodzącej z 2020 roku gruzińskiej konstytucji, sprzeciw wobec Moskwy i wsparcie Ukrainy zdaje się wobec tego nieuniknioną koniecznością. I tego też domaga się gruzińska opinia publiczna.

new.org.pl

Rosyjska agresja wywołała raczej stonowaną reakcję w Baku. Względny spokój nie trwał jednak długo, bo w zaistniałych okolicznościach zajęcie określonego stanowiska nie było dla prezydenta Alijewa łatwe. Wynika to z kilku czynników. Po pierwsze, z jednoznacznego poparcia Ukrainy i prezydenta Wołodymyra Zełeńskiego dla azerbejdżańskiej idei integralności terytorialnej w kontekście Karabachu, wyrażanej regularnie od początku pełnienia przez niego mandatu, a przede wszystkim w trakcie wojny w 2020 roku (ponadto parę miesięcy temu Alijew i Zełeński podpisali w Kijowie porozumienie o uznaniu wzajemnej suwerenności i integralności terytorialnej „między zaprzyjaźnionymi państwami”). Po drugie, z sytuacji Ukrainy od 2014 roku zmagającej się z kwestią separatyzmu na Donbasie, dla wielu analogicznej do azerbejdżańskich zmagań z ormiańskim separatyzmem w Górskim Karabachu. Po trzecie, z realnej współpracy militarnej i politycznej między Baku i Kijowem przy aktywnym wsparciu Turcji, która ma być przeciwwagą dla wpływów rosyjskich w basenie Morza Czarnego.

Z drugiej strony, dogmatycznie opierając swoją politykę zagraniczną na deklarowanej neutralności, w kontekście podpisanego w Moskwie porozumienia Baku nawiązało z Rosją niemalże sojusznicze relacje. Jest to znaczące, bo z wypowiedzi rosyjskich polityków można wnioskować, że Kreml traktuje porozumienie jako pierwszy krok Azerbejdżanu do głębszej integracji ze strukturami Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, a na poziomie ekonomicznym z Eurazjatycką Unią Gospodarczą. Wobec tego jednoznaczne określenie się po którejś ze stron było od początku niemożliwe. Szczególnie, że nowe porozumienie nie zostało przyjęte w Baku w pełni pozytywnie.

Choć w autorytarnym reżimie krytyczne głosy marginalnej opozycji nie mają przełożenia na opinię publiczną ani decyzje dyktatora, są jednak istotne dla ogólnej percepcji problemu. Dla polityków Ludowego Frontu Azerbejdżanu, a także niezwiązanych z rządem analityków, porozumienie daje Rosji właściwie wolną rękę w definiowaniu, jakie działania zagrażają „sojuszniczym relacjom”. Jest to wobec tego narzędzie siłowe, aparat wpływu, który w założeniu ma pozwolić Moskwie umocnić hegemoniczną, geopolityczną rolę na Kaukazie Południowym, osłabioną szczególnie w przypadku Azerbejdżanu, w efekcie obserwowanego od kilku lat większego zaangażowania Turcji.

Jednocześnie pojawiły się głosy niezależnych od rządu analityków stwierdzające, że umowa jest sprzeczna z Deklaracją z Szuszy, a więc zeszłorocznym porozumieniem sojuszniczym między Baku i Ankarą. Wedle tej opinii jedynym sojusznikiem Baku jest Turcja, a porozumienie zakłada zbieżność ich polityk zagranicznych. Co powinien uczynić Azerbejdżan w sytuacji, w której interesy rosyjskie i tureckie są ze sobą całkowicie sprzeczne, a zachowanie milczenia jest niemożliwe?

Rosyjska agresja w Ukrainie i zdecydowane poparcie Ankary dla Kijowa zmusiły Alijewa do konieczności podjęcia decyzji – czy lawiruje i milczy, czy też jednoznacznie opowiada się po którejś ze stron. Jeśli któreś z dwóch lokalnych mocarstw postrzegane jest w Azerbejdżanie jako zagrożenie, jest to zdecydowanie Rosja, wobec czego decyzja mogła być tylko jedna: poparcie Turcji, a co za tym idzie – Ukrainy, w myśl „koordynacji polityk zagranicznych” z Deklaracji z Szuszy. Oczywiście Alijew jako stary polityczny wyjadacz, zdający sobie sprawę z kruchości lodu, po którym stąpa, nie mógł jednoznacznie opowiedzieć się przeciw Rosji. Wobec tego politycznie Baku oficjalnie zachowuje neutralność, choć wszystkie prorządowe media i cała machina propagandowa wspierają Ukrainę. A to w przypadku azerbejdżańskiego reżimu zwykle mówi znacznie więcej o realnej percepcji wojny wśród bakijskich elit politycznych niż oficjalne deklaracje.

Za oświadczeniami poszły konkretne działania: Azerbejdżan natychmiast rozpoczął dostarczanie Ukrainie pomocy humanitarnej, a państwowy koncern naftowy SOCAR zapewnił bezpłatną ropę na wszystkich swoich 59 stacjach benzynowych w Ukrainie dla służb medycznych i pożarniczych (z nieoficjalnych informacji w mediach społecznościowych można wnioskować, że również wojskowym). Pod koniec marca Alijew zadeklarował, że Baku jest gotowe przekazać Kijowowi paliwo dla maszyn rolniczych, co wesprze zagrożone wiosenne zasiewy. To istotne, bo Ukraina jest jednym z największych na świecie eksporterów zbóż i olejów, a mniejsze zbiory, które w Europie będą odczuwalne przez ewentualny wzrost cen produktów przetworzonych ze zboża, w innych regionach, np. w subsaharyjskiej Afryce, grożą realną klęską głodu. W samym Baku, mimo formalnego braku zaangażowania władz, regularnie odbywają się demonstracje poparcia dla Ukrainy połączone z nietypową w autorytarnym systemie obywatelską inicjatywą oddolnej pomocy.

(...)

Wraz z rozwojem sytuacji w Ukrainie i wyczuciem rosyjskiej słabości azerbejdżańscy analitycy i politycy wprowadzili do obiegu narrację, w myśl której Moskwa jest odpowiedzialna za podsycanie separatyzmów na Kaukazie Południowym, analogiczne do sytuacji na Donbasie i Krymie. W dłuższej perspektywie, zdaniem Baku, ma to służyć destabilizacji regionu, a co za tym idzie – zwiększeniu roli Rosji. Zgodnie z tą interpretacją Moskwa za wszelką cenę chce utrzymać pozycję geopolitycznego hegemona na Kaukazie, zakwestionowaną przez wzmożoną aktywność Turcji w ostatnich latach.

Dla Baku w tym kontekście jedynym znaczącym elementem jest oczywiście Górski Karabach. Na początku marca rozpoczęła się najpoważniejsza eskalacja od czasu zawieszenia broni w listopadzie 2021 roku. Azerbejdżańska ofensywa, zarówno propagandowa, ale również faktyczna, wynika z oceny możliwości wykorzystania sytuacji.

Przykładem było zmuszanie ormiańskiej populacji do opuszczenia wsi Paruch w prowincji Askeran. Po walkach i wycofaniu oddziałów ormiańskich Azerbejdżanie mieli zająć wieś (około 35 kilometrów od Stepanakertu) i okoliczne wzgórze, które powinny pozostać pod kontrolą rosyjskiego kontyngentu. Strona ormiańska oskarżyła Azerbejdżan o terroryzowanie lokalnej ludności ormiańskiej, która w ten sposób miała zostać zmuszona do opuszczenia wsi. Moskwa odpowiedziała ostrzeżeniem i większym zaangażowaniem w tym miejscu, w wyniku czego Azerbejdżanie wycofali się ze wsi, pozostawiając jednak oddziały na nieodległej, strategicznie ulokowanej górze.

Posunięcia azerbejdżańskie są mimo wszystko stonowane, Baku czeka na zakończenie wojny w Ukrainie, aby ocenić realne możliwości dalszego działania. By wykazać się dobrą wolą, pod koniec marca przywróciło dostawy gazu do Stepanakertu. Niemniej, sygnał jest jednoznaczny – Rosja powinna zdawać sobie sprawę z potencjału Azerbejdżanu ujawnionego w czasie drugiej wojny karabachskiej, a przede wszystkim z nierozerwalnego sojuszu z Turcją, która, co nie bez znaczenia, jest członkiem NATO. Sytuacja wygląda obecnie na ustabilizowaną, a rosyjski kontyngent pozostaje w Górskim Karabachu. Nic nie wskazuje na to, że analogicznie do transportu rosyjskich oddziałów do Ukrainy z terytoriów gruzińskich separatystycznych republik Osetii Południowej i Abchazji, podobny scenariusz mógł dotyczyć mirotworców stacjonujących w Górskim Karabachu.

new.org.pl

wtorek, 3 maja 2022


Globalizacja jest obecnie na nowo debatowana we wszystkich większych stolicach, a także w wielu centralach korporacji. Ekonomiczny prymat just-in-time (ang. dostawa na czas, czyli zorganizowane dostaw na bieżąco, bez potrzeby składowania materiałów na zapas, co wymaga rozbudowanych, międzynarodowych sieci dostaw) i outsourcingu traci rację bytu w warunkach stałej gotowości wojennej. Jesteśmy świadkami upolitycznienia i radykalizacji stosunków handlowych.

Rozdzielenie handlu nie wywołuje wojny światowej, ale strategicznie ją przygotowuje. Polityka ta uwalnia wielką wojnę potęg gospodarczych z więzienia jej niemożliwości i czyni ją dostępną dla celów politycznych. "Niewygodne zależności w łańcuchach dostaw muszą zostać ponownie ocenione na tle rozwoju sytuacji geopolitycznej" - czytamy w najnowszym opracowaniu Deutsche Bank.

Wniosek: Jeśli wyobrazimy sobie świat jako jedną wielką skrzynkę z bezpiecznikami, to dominujące potęgi gospodarcze są w trakcie wykręcania głównych z nich. W świecie obwodów ekonomicznych rozdzielonych według ideologii politycznych można sobie wyobrazić wiele rzeczy, łącznie ze zwarciem. Niemniej jednak w tej chwili nie ma alternatywy dla tej strategii. Bo nawet współzależność w myśl hasła "zmiana poprzez handel" nie mogła zapobiec wojnie europejskiej. Dlatego teraz następuje zmiana bez handlu.

onet.pl

W rejonie dzielnicy Browary obronę organizował 3. batalion 72. BZmech pod dowództwem majora Romana Darmograja oraz siły obrony terytorialnej, m.in. pododdziały Samodzielnego Pułku Specjalnego Przeznaczenia SZU „Azow" (jednostka początkowo formalnie w ramach kijowskiej OT, potem zyskała status jednostki specjalnej SZU, nie mająca nic wspólnego (poza korzeniami w ruchu azowskim) ze słynnym pułkiem „Azow" Gwardii Narodowej). 9 marca (wg niektórych źródeł 10 marca) od północnego-wschodu, pod kijowską dzielnicę Browary, podeszła pancerna batalionowa grupa taktyczna na bazie 1. batalionu czołgów (de facto raczej pułkowa) rosyjskiej 90. DPanc z 41 Armii, nacierającej z głębi obwodu czernihowskiego. Batalionowe grupy taktyczne rosyjskiej 90. DPanc były po drodze szarpane przez lokalne siły OT i operującą w obwodzie czernihowskim 58. Brygadę Zmotoryzowaną (Motopiechoty), co spowolniało marsz i przyczyniało strat (w tym czołgi T-72B).

1.batalion 72. BZmech (faktycznie raczej batalionowa grupa taktyczna na bazie 3. batalionu) od dłuższego czasu organizował obronę dzielnicy Browary od północnego- wschodu, w oparciu o umocnienione miejscowości Puchówka, Rożewka i Kalinowka. W ryciu okopów pomagali miejscowi, cywile również dostarczali cennych informacji o przemieszczaniu się sił przeciwnika. „Dane napływały nieustannie. Po pierwsze, od miejscowych. Po drugie, również z oddziałów, które stacjonowały w obwodach sumskim i czernihowskim. Przekazywano nam, że kolumna się przemieszcza: Nowy Bychów, Stara Basan, Nowy Basan... Wiedzieliśmy więc, w jakim kierunku idą, prawidłowo określiliśmy ich prawdopodobny charakter działania" – wspominał dowódca 3. batalionu, podpułkownik Roman Darmograj.

Przygotowano się więc do odparcia ataku, który zgodnie z napływającymi danymi, miał wyjść po szerokiej ekspresowej drodze Czernihów-Kijów – rosyjska kolumna nacierać miała przez m. Zalissja, następnie rozwinąć działania na wioski Skybyn i Kalinowka. Przeprowadzono rekonesans w terenie, wybierając dogodne miejsce do zasadzki w m. Zalissja, zaplanowano wsparcie artylerii brygadowej grupy artylerii, przygotowano ostrzał flankowy, wyznaczono pozycje pododdziałom, w tym sekcjom przeciwpancernym z granatnikami i ppk (brygadowe sekcje przeciwpancerne miały na wyposażeniu ppk Stugna-P, natomiast pododdział „Azow-Kijów" niedawno otrzymane granatniki NLAW).

Kolumną 6. pułku pancernego 90. DPanc, nacierającą na Browary, bez odpowiedniego rozpoznania, w zasadzie z marszu, dowodził płk. Andrij Zacharow, który ufał wielkiej sile ognia jaką dowodził i przebywał na pierwszej linii ognia.

Grupa taktyczna 90. DPanc nacierała całą siłą kilkudziesięciu czołgów, niemal bez wsparcia piechoty, mając na przodzie pancerną awangardę, tzw. główny dozór. Szpicę tworzył wzmocniony pluton czołgów (5-6 czołgów), który przeoczył zasadzkę w m. Zalissja. Nie jest to nic dziwnego, bowiem czołgiści z natury rzeczy mają słabą świadomość sytuacyjną, co więcej kolumna przemieszczała się, nie spodziewając się oporu na przedpolu dzielnicy Browary. Zasadzka przepuściła szpicę, po czym zaatakowała główną kolumnę, niszcząc 2-3 pojazdy.

Materiał filmowy dotyczący zasadzki pokazuje szczegóły początkowego fragmentu starcia: prawym, podwójnym pasem, na Browary, sunie kolumna czołgów i wozów piechoty (pojazdy jechały po szosie jeden za drugim, bez żadnego ubezpieczenia bocznego, wsparcia powietrznego, czy rozpoznania bezzałogowego), która otrzymuje z bliskiej odległości dwa strzały z granatnika przeciwpancernego. Jeden pocisk chybia, ale drugi skutecznie poraża z prawego boku T-72.

Kolumna rozprasza się, większość BMP-2 odchodzi od miejsca zasadzki, jeden z czołgów strzela z armaty, po czym otrzymuje niegroźne trafienie z granatnika. Dowódca 3.batalionu swoje straty szacował po starciu na jednego zabitego, jednego rannego (amputacja nogi) i czterech lekko rannych. Ponieważ żołnierze mieli zginąć w zasadzce przeciwpancernej, być może film przedstawia właśnie ten epizod, kiedy rosyjski T-72 z bliskiej odległości trafia w ukraińską pozycję z armaty.

Następna zasadzka zaatakowała kolumnę z ppk Stugna, a potem ogień otwarły siły główne zajmujące obronę w m. Skybyn. Zaatakowana od czoła kolumna 6. pułku, defilująca na wąskiej przestrzeni dwupasmowej drogi ekspresowej, bez miejsca na manewr, dostała się pod celny ogień artylerii 72. BZmech, korygowanej z drona „Azowa". Mimo, że zasłona dymna, świadomie generowana przez załogę jednego z T-72, mocno przysłoniła pole boju, ostrzał czołowy i artyleryjski w zasadzie rozproszył kolumnę.

(...)

W m. Skybyn nacierająca grupa taktyczna natknęła się na pozycje obronne (w tym co najmniej 2 T-64) i od razu poniosła straty, następnie wycofała się pod ogniem, rozproszyła się i straciła de facto zdolność bojową, do czego przyczyniła się zapewne śmierć pułkownika Zacharowa.

Szczegóły starcia uzupełnia przechwycona rozmowa telefoniczna, w której oficer 6. pułku pancernego melduje o wysokich stratach poniesionych przez pułk, w tym bezpowrotnej utracie wozów bojowych, czołgów oraz śmierci dowódcy pułku.

Co ciekawe raportowano również o prowadzonym przez Ukraińców ostrzale artyleryjskim, co nie jest dziwne, bowiem artyleria walnie przyczyniła się do rozbicia i rozproszenia kolumny, oraz użyciu bezzałogowców Bayraktar TB2, o których zastosowaniu w tym boju nie ma żadnych informacji. Mógł to być efekt oceny skuteczności ognia ukraińskiej obrony, ewentualnie wzięcie za Bayraktara bezzałogowca oddziału „Azow".

Po odparciu ataku 90. DPanc, jej grupy bojowe z 6.i 239. pułków wycofały się na pozycje wyjściowe, do m. Bohdaniwka i Wełyka Dymerka, kolejne ataki miały już charakter symboliczny, podejmowane były niewielkimi pododdziałami.

Według wyliczeń ministerstwa obrony Ukrainy, po prawie czterogodzinnej bitwie 9 marca, zniszczono 17 czołgów, 3 bojowe wozy piechoty i zlikwidowano ok. 55 żołnierzy wroga. Ukraińcom udało się przejąć sprawne trzy czołgi i jeden MTLB. Część strat została udokumentowana materiałem foto i wideo. Przykładowo istnieje film ukazujący przejęty przez 3.batalion 72.BZmech sprawny T-72A oraz porzucony MTLB, ten ostatni już w miejscowości Wełyka Dymerka, a więc już po bitwie pod Browarami (Skybynem).

defence24.pl

poniedziałek, 2 maja 2022


Walki oraz rosyjski ostrzał i bombardowania trwają ze zmiennym natężeniem na wszystkich kierunkach we wschodniej i południowej Ukrainie (ostrzał odnotowano także w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i sumskiego). Obszarem najbardziej intensywnych zmagań pozostaje styk obwodów charkowskiego, donieckiego i ługańskiego. Strona ukraińska konsekwentnie informuje o odpieraniu kolejnych natarć agresora i zadawaniu mu dużych strat, przy czym obserwuje się „pewne taktyczne przesunięcia na kilka kilometrów” w kierunku pozycji ukraińskich. Szczegóły działań zostały objęte całkowitym embargiem informacyjnym (rejon pomiędzy Iziumem a Barwinkowem i Słowiańskiem) bądź też doniesienia o nich mają charakter szczątkowy, potwierdzający skuteczny opór ukraiński na większości kierunków i taktyczne sukcesy na obrzeżach Charkowa.

Kontynuowane jest przegrupowanie jednostek rosyjskich do rejonów przygranicznych – sprowadzane są wzmocnienia z Zachodniego, Centralnego i Wschodniego Okręgów Wojskowych oraz Floty Północnej. W gotowości do uderzenia pozostają rosyjskie jednostki rakietowe (z systemami Iskander) oraz lotnictwo na terytorium Białorusi. W przekazie ukraińskim pojawiła się nowa orientacyjna data rozpoczęcia przez agresora wielkiej ofensywy – to 9 maja. Rosjanie konsekwentnie starają się zakłócić logistykę obrońców, kontynuując uderzenia rakietowe, m.in. na lotnisko międzynarodowe w Odessie (zniszczono pas startowy), jak również – ze szczególnym natężeniem – na składy w rejonie synelnykowskim obwodu dniepropetrowskiego (zabezpieczające jednostki w Donbasie i obwodzie zaporoskim).

Dowództwo Operacyjne „Południe”, a następnie głównodowodzący armii ukraińskiej gen. Wałerij Załużny poinformowali o kolejnych uderzeniach ukraińskich w obiekty rosyjskie na Wyspie Wężowej (do pierwszego ataku doszło 27 kwietnia, w jego wyniku miały zostać zniszczone m.in. systemy przeciwlotnicze krótkiego zasięgu Strieła-10). Przeciwnik ma utrzymywać połączenie z wyspą za pomocą śmigłowców i szybkich kutrów desantowych „Raptor”. O zatopieniu dwóch z nich powiadomił gen. Załużny.

Wzrasta znaczenie cenzury wojennej jako metody utrudniającej pozyskiwanie wrażliwych informacji przez siły rosyjskie. Ukraiński resort obrony zaapelował po raz kolejny do swoich obywateli, aby powstrzymywali się od publikacji niepotwierdzonych przez Sztab Generalny doniesień o rezultatach działań armii ukraińskiej. Dotyczy to także wiadomości o wyzwoleniu kolejnych miejscowości. Tego rodzaju publikacje powodują nasilenie kontrataków agresora na postępujące do przodu wojsko ukraińskie. Podkreślono, że siły zbrojne potrzebują ciszy informacyjnej. Głównodowodzący gen. Załużny wezwał również blogerów do powstrzymania się od publicznych ocen działań wojennych czy decyzji dowódców. Dodał, że kluczem do skutecznego zniszczenia wroga jest nierozpowszechnianie tego rodzaju informacji. Do zadrażnień doszło między ukraińskim wywiadem wojskowym a administracją obwodu dniepropetrowskiego. Wojskowych skrytykowano za opublikowanie nieprawdziwych – zdaniem władz – lokalnych nagrań, z których wynika, że przeciwnik opanował Zełenodolśk (w mieście znajduje się Elektrociepłownia Krzyworoska) i planuje dalszą ofensywę w głąb obwodu. Tymczasem jeszcze 30 kwietnia lokalna administracja sama przedstawiła informację o okupacji wiosek w okolicy Zełenodolśka i Krzywego Rogu (bez podawania ich nazw) – ich sytuację oceniono jako krytyczną.

Po zdobyciu Chersonia na początku marca Rosja starała się zalegalizować swoją kontrolę nad miastem i pobliskimi terytoriami, instalując tam prorosyjską administrację. Okupant nadal boryka się jednak z problemami związanymi z organizacją władz kolaboranckich, opóźnia się też plan włączenia obwodu chersońskiego do „strefy rublowej” – wycofanie z obiegu hrywny ma potrwać cztery miesiące. W wymiarze militarnym utrzymanie przez najeźdźców Chersonia i przebiegających przez obwód szlaków transportowych ma zwiększyć zdolność Rosji do uzyskiwania dalszych postępów terytorialnych w kierunku północnym i zachodnim oraz zwiększyć bezpieczeństwo utrzymania połączenia z okupowanym Krymem. Jak poinformował Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy, Rosja prowadzi operację wojskową w celu dotarcia do granic administracyjnych obwodu chersońskiego i stworzenia sprzyjających warunków do ataku na Mikołajów i Krzywy Róg.

1 maja odbyła się częściowa ewakuacja z kombinatu Azowstal w Mariupolu, który wciąż jest broniony przez ukraińskie wojsko. W kierunku Zaporoża udało się wyjechać grupie ok. 100 cywilów (kobiety z dziećmi oraz osoby w starszym wieku), nie zdołano natomiast wywieźć rannych żołnierzy przebywających na terenie zakładu. Ewakuację prowadzono przy wsparciu ONZ oraz Międzynarodowego Czerwonego Krzyża.

30 kwietnia w wywiadzie dla chińskiej agencji Xinhua minister spraw zagranicznych FR Siergiej Ławrow odniósł się do sytuacji na Ukrainie. Powtórzył tezy o odpowiedzialności Zachodu za wspieranie „nacjonalistów”, wyszkolenie i uzbrojenie ukraińskiej armii oraz zachęcanie Kijowa do kontynuowania antyrosyjskiej polityki, w tym do przerwania procesu uregulowania kwestii Donbasu w ramach porozumień mińskich. Według Ławrowa w celu zaspokojenia własnych ambicji geopolitycznych Zachód gotów jest zagrozić bezpieczeństwu energetycznemu i żywnościowemu całych regionów świata. Dodał, że nadal trwają negocjacje dwustronne. Podkreślił, że jednym z warunków zawarcia pokoju jest zniesienie sankcji nałożonych na Rosję. Z kolei w wywiadzie dla włoskich mediów przyznał, że nie oczekuje się zwycięstwa armii rosyjskiej do 9 maja. Dodał, że tempo ofensywy „nie zależy od dat”, a brak postępów na froncie tłumaczył tym, że armia FR „minimalizuje wszelkie ryzyka” dla niej samej oraz dla obywateli Ukrainy. Według niego strona rosyjska nie domaga się kapitulacji Wołodymyra Zełenskiego, ale tego, by wydał on rozkaz wojsku i Ukraińcom, żeby zaniechali oporu. Komentując wypowiedź Ławrowa, reprezentant ukraińskiej grupy negocjacyjnej Mychajło Podolak zaprzeczył, że w negocjacjach z Rosjanami dyskutuje się o zniesieniu nałożonych sankcji. Dodał, że delegacja ukraińska nie może z nimi podejmować tego tematu nawet teoretycznie.

Pod koniec kwietnia na Ukrainie nasiliły się problemy związane z dostępem do paliw, co doprowadziło do powstania wielogodzinnych kolejek na stacjach benzynowych, m.in. w Kijowie. Władze stolicy zaapelowały do mieszkańców o niekorzystanie z prywatnych pojazdów bez pilnej potrzeby. Ministerstwo Gospodarki zapowiedziało, że deficyt uda się przezwyciężyć w ciągu tygodnia dzięki dostawom z państw UE.

Według sondażu agencji Rejtynh badającego popularność zagranicznych przywódców najbardziej pozytywny stosunek Ukraińcy mają do prezydenta RP Andrzeja Dudy (92%), premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona (88%), prezydenta USA Joego Bidena (85%) oraz prezydenta Litwy Gitanasa Nausėdy (76%). Wśród europejskich polityków najmniejszą sympatią cieszą się kanclerz Niemiec Olaf Scholz (31%) oraz prezydent RFN Frank-Walter Steinmeier (26%). Najgorsze oceny otrzymali prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka (negatywny stosunek do niego zadeklarowało 96% ankietowanych) oraz prezydent Władimir Putin (99%).

Komentarz

Siły Zbrojne Ukrainy zaczęły zwracać baczniejszą uwagę na sytuację na Wyspie Wężowej (znanej m.in. z oporu żołnierzy jednostki granicznej w początkowym okresie wojny, a następnie z zatopienia operującego w jej okolicy krążownika rakietowego „Moskwa”, pod którego presją obrońcy oddali się do niewoli). Z punktu widzenia operacji na Ukrainie rosyjska obecność na wyspie nie ma żadnego znaczenia, stanowi jednak potencjalne znaczące zagrożenie dla południowo-wschodniej flanki NATO (wyspa leży 30 mil od wybrzeży Rumunii), zwłaszcza dla amerykańskiego kompleksu logistycznego w Konstancy (170 km od Wyspy Wężowej) i leżącej na północ od niej bazy lotniczej Mihail Kogălniceanu (w mniejszym stopniu dla instalacji systemu obrony przeciwrakietowej w Deveselu). Nie jest wykluczone rozmieszczenie przez Rosję na wyspie systemów rozpoznania radioelektronicznego oraz obrony powietrznej (w zasięgu rakiet systemów S-400 znalazłyby się samoloty nie tylko nad Konstancą, lecz także nad blisko połową Rumunii z Bukaresztem włącznie). Ataki ukraińskie na Wyspę Wężową prowadzą do zakłócania prowadzonych tam przez Rosjan prac.

Wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Rosji odnoszące się do tempa ofensywy rosyjskiej świadczą o tym, że jest ona skutecznie opóźniana przez opór armii ukraińskiej. Podkreślenie przez Ławrowa, że „operacja specjalna” nie zakończy się do 9 maja, to przyznanie się do porażki planu szybkiego rozbicia Ukraińców na wschodzie i południu kraju. Wojska rosyjskie starają się minimalizować straty własne, ograniczając ataki na dobrze umocnione punkty oraz kontynuując intensywny ostrzał artyleryjski mający zniszczyć ufortyfikowane pozycje broniących się jednostek. Zarazem nie należy się spodziewać w najbliższych tygodniach postępu w negocjacjach pokojowych – stanowiska ich uczestników są skrajnie odmienne, a strona rosyjska przed zawarciem rozejmu będzie dążyć do opanowania co najmniej całych obwodów donieckiego i ługańskiego, a także zwiększenia kontroli nad obwodami zaporoskim i chersońskim. Czynnikiem utrudniającym osiągnięcie tych celów są coraz większe dostawy zachodniego uzbrojenia na Ukrainę. W tym kontekście kluczowa jest decyzja USA o nowym programie wsparcia dla niej w wysokości 33 mld dolarów.

osw.waw.pl

Dowódca oddziału rosyjskiej Gwardii Narodowej Siergiej Kołocej to pierwszy podejrzany o zbrodnie popełnione w Buczy pod Kijowem – poinformowała dziś prokurator generalna Ukrainy Iryna Wenediktowa. Jak wyjaśniła, prokuratorzy i policja ustalili, że to właśnie on zabił 18 marca czterech nieuzbrojonych mężczyzn w Buczy. 

29 marca miał się znęcać nad jeszcze jednym mężczyzną, próbując zmusić go do przyznania się do działalności przeciwko armii rosyjskiej. "Zabrał tego mieszkańca, który miał poglądy proukraińskie, do piwnicy, gdzie bił go rękami i kolbą karabinu. Mężczyznę wywieziono na miejsce kaźni, gdzie, imitując egzekucję, strzelano mu koło ucha" – napisała prokurator. Mężczyźnie kazano również wąchać zwłoki.

Wenediktowa opublikowała zdjęcia zastrzelonych mieszkańców Buczy, leżących na ziemi ze związanymi rękami, a także zdjęcie rosyjskiego wojskowego z kamery internetowej w punkcie rosyjskiej firmy kurierskiej na Białorusi. "Jego podarunek z Ukrainy (wysłany) do Uljanowska to klapa bagażnika" – napisała prokurator.

PAP

Sankcje ograniczają dostęp Rosji do kluczowej zachodniej technologii i środków finansowych, które są niezbędne do wydobycia ropy z wyeksploatowanych, odległych i niegościnnych złóż syberyjskich i arktycznych. Odejście zachodnich firm osłabia również zdolność Rosji w nadchodzącej dekadzie do produkcji niezwykle lukratywnego skroplonego gazu ziemnego.

Rosja może być również zmuszona do znalezienia nowych miejsc sprzedaży. Unia Europejska w swoim szóstym pakiecie sankcji w tym tygodniu zapowiada działania przeciwko ropie naftowej. Kraje już wyznaczają sobie krótkoterminowe cele, aby zerwać z zależnością od rosyjskiej ropy i gazu.

To sprawia, że Putin ma ból głowy.

– Musimy działać na podstawie założenia, że w przewidywalnej przyszłości dostawy energii na Zachód zostaną ograniczone – powiedział w tym miesiącu rosyjski prezydent, zapowiadając "zwiększenie dostaw energetycznych do innych regionów świata".

Wymaga to jednak budowy rurociągów i terminali LNG, aby przekierować eksport do Azji, a Rosji brakuje zarówno pieniędzy, jak i technologii, aby szybko przeprowadzić taką zmianę. Chiny po prostu nie są w stanie wchłonąć wszystkich ogromnych ilości energii zużywanej w Europie, aby pomóc Kremlowi. Pekin, który już teraz jest największym odbiorcą moskiewskiej ropy, ma własne cele strategiczne związane z utrzymaniem zróżnicowanych dostawców.

Nagłówki gazet skupiły się na wycofywaniu się z Rosji największych koncernów energetycznych, takich jak Shell, BP i ExxonMobil, ale to odejście trójki firm świadczących usługi naftowe – czyli Halliburtona, Schlumbergera i Baker Hughesa – okaże się ostatecznie o wiele bardziej brzemienne w skutkach.

Dzieje się tak dlatego, że po okresie świetności w latach 80. i 90., wiele z rosyjskich pól naftowych w zachodniej Syberii jest na wyczerpaniu.

Techniki opracowane i udoskonalane przez profesjonalistów z Teksasu – takie jak zdalnie sterowane roboty wiercące skały poziomo na wiele kilometrów, kierowane przez najnowocześniejsze oprogramowanie do obrazowania, w celu zlokalizowania i wydobycia ostatnich kropli ropy – opierają się na technologii, która została właśnie obłożona sankcjami.

– Technologie te są produktem rynkowych innowacji i postępu technologicznego, pochodzących głównie z USA – powiedział Władimir Miłow, były wiceminister energetyki Rosji, a obecnie działacz opozycyjny. – W radzieckim przemyśle naftowym ich brakowało, a rosyjski prywatny przemysł naftowy po prostu je kupił, bo po co rozwijać coś we własnym zakresie, skoro można po prostu wynająć Halliburtona i Schlumbergera?

Firmy usługowe oświadczyły, że nie będą podejmować nowych prac w Rosji, a Halliburton powiedział, że planuje zlikwidować swoje dotychczasowe operacje w tym kraju. Wszystkie trzy firmy odmówiły podania szczegółów dotyczących skali i czasu, jaki pozostał do realizacji istniejących kontraktów.

Analitycy rynku wydobywczego z firmy Rystad Energy twierdzą, że w rezultacie rosyjskie wydobycie ropy będzie spadać o 4-7 proc. rocznie.

– Jeśli firmy wycofają się całkowicie, może to spowodować spadek rosyjskiego wydobycia o 10, 15 proc. i nie sądzę, aby to była przesada – powiedział Miłow.

Wiercenie szybów, wydobycie, poszukiwania – to wszystko mogą wykonywać rosyjskie firmy serwisowe, a także oddziały serwisowe największych producentów ropy, takich jak Rosnieft i Surgutnieftiegaz, powiedziała analityczka w norweskiej firmie analitycznej Rystad Energy, Daria Melnik.

Będzie to jednak coraz bardziej kosztowne, ponieważ poszukiwanie nowych źródeł surowca zmusza do eksploracji głębiej pod ziemią lub dalej, np. w Arktyce.

– Walczysz w obronie własnej, starając się utrzymać stare pola wydobywcze tak długo, jak to możliwe, wycofując się krok po kroku, wiercąc cały czas i błagając rząd rosyjski o więcej funduszy w formie tanich kredytów, czy zbudujecie nam port, a przy okazji będziemy potrzebować nowego rurociągu – powiedział Thane Gustafson, profesor polityki rosyjskiej na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie. – To wiele miliardów rubli, które są potrzebne, aby państwo pomogło w tym kolejnym etapie rozwoju rosyjskiej ropy.

Zupełnie inną historią jest gaz ziemny.

– Większość rosyjskiego przemysłu gazowego nie jest zależna od firm zachodnich, z wyjątkiem kwestii finansowych – powiedział Jonathan Stern, założyciel programu gazowego w Oxford Institute for Energy Studies.

Rosja jest również bardziej bezpieczna, jeśli chodzi o sprzedaż gazu niż ropy. Na razie Unia wyklucza sankcje przeciwko gazowi ziemnemu – którego duża część dociera do wspólnoty rurociągami – z powodu silnego sprzeciwu takich krajów jak Niemcy i Węgry.

Ale gdy UE rozważa jednak swoje opcje w sprawie gazu, Putin nie ma możliwości szybkiego przeniesienia go na inne rynki. Zamiast skupić się na technologii skroplonego gazu ziemnego, który mógłby być eksportowany na cały świat statkami, rosyjska strategia gazowa polegała na budowie drogich rurociągów na zachód, które zwrócić by się mogły dopiero po dłuższym okresie eksploatacji – Blue Stream, Jamał Europa, TurkStream, Nord Stream i niedawno zamrożony Nord Stream 2.

Putin uruchomił już jeden gazociąg eksportowy do Chin, a rozmowy na temat dwóch kolejnych trwają.

Brakuje jednak kluczowych rurociągów wewnątrz Rosji, które pozwoliłyby państwowemu Gazpromowi kierować gaz ze złóż na zachodzie kraju do nowych odbiorców azjatyckich.

Ich budowa "zajmie trochę czasu, prawdopodobnie większość tej dekady", powiedział Stern.

Putin miał nadzieję, że do 2035 r. Rosja będzie w stanie zdywersyfikować swoją działalność z dala od Europy i zdobyć jedną piątą światowego rynku LNG. Eksperci twierdzą, że bez zachodniej technologii i pieniędzy może pożegnać się z tymi marzeniami.

– LNG napotka największe opóźnienia – powiedziała Melnik. – Nie mają własnej technologii, nie mają własnego sprzętu, nie mają nawet turbin gazowych ani zbiornikowców do przewozu LNG.

Południowokoreańskie stocznie budujące lodołamacze LNG dla rosyjskich firm już teraz mają obawy czy otrzymają zapłatę ze względu na sankcje finansowe nałożone na Rosję.

Rosyjska stocznia Zwiezda, która ma zbudować flotę LNG nowej generacji, opiera się na francuskiej technologii skraplania, która również jest niedostępna ze względu na unijne sankcje.

– Projekty takie jak dalekowschodnie LNG Rosnieftu czy bałtyckie LNG Gazpromu są praktycznie martwe – powiedział Stern.

Jednak w przeciwieństwie do szybów naftowych, które mogą ulec uszkodzeniu, jeśli zostaną zamknięte – co może się zdarzyć, jeśli sankcje spowodują, że Rosja nie będzie mogła łatwo sprzedawać swojej ropy – odwierty gazu ziemnego łatwiej jest wyłączyć, a następnie ponownie włączyć.

– Można zakręcić kurek z gazem i zatrzymać go w złożu, nie niszcząc pola, więc jest to elastyczne – powiedział Thierry Bros, profesor z Sciences Po Paris. – Ryzyko polega na zbyt małej sprzedaży.

onet.pl