sobota, 16 kwietnia 2022


Agresja na Ukrainę postawiła na porządku dziennym problem zarządzania przez Rosjan zajętymi terytoriami. Pierwsza faza operacji lądowej nie doprowadziła do zdobycia znaczących obszarów, rozbicia armii przeciwnika, zmuszenia władz do ucieczki z Kijowa i zdławienia oporu społecznego, a więc zakończyła się niepowodzeniem nie tylko militarnym, lecz także politycznym. Fiasko ponoszą również plany wymuszania poparcia mieszkańców na okupowanych terenach oraz powołania tam tzw. republik ludowych w celu dalszej defragmentacji państwa ukraińskiego. Działając według modus operandi z 2014 r., Kreml po raz kolejny nie uwzględnił zmian w postawach ukraińskiego społeczeństwa, niewidzącego w Rosji alternatywy cywilizacyjnej. Ludność licznie protestuje przeciw okupacji mimo ryzyk z tym związanych, a przypadki kolaboracji są sporadyczne, co wyklucza pełną i niezakłóconą kontrolę nad zdobytym terytorium. Widząc nieskuteczność swoich posunięć, najeźdźcy mszczą się na cywilach – stosują terror i akcje pacyfikacyjne, dopuszczając się w ich trakcie zbrodni wojennych, oraz doprowadzają zajęte miejscowości do stanu klęski humanitarnej. Dotychczasowe efekty operacji świadczą o tym, że jej cel na północy stanowiło wyniszczenie ludności cywilnej, a na południu – siłowe przymuszenie Ukraińców do współpracy.

Na czasowo opanowanych terenach wojska agresora oraz wspierające je formacje Gwardii Narodowej i Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) nie prowadzą działań według jednego schematu – do czasu rezygnacji Rosjan na początku kwietnia z kontynuowania operacji lądowej mającej zablokować Kijów ich postępowanie w różnych regionach Ukrainy znacząco się różniło. W obwodach kijowskim, sumskim i czernihowskim trudno było mówić o jakimkolwiek wprowadzaniu regulacji okupacyjnych. Trwała tam brutalna pacyfikacja zajętych miejscowości, pogłębiająca klęskę humanitarną mającą zmusić ludność do ucieczki na Białoruś lub do Rosji. Odnotowano liczne przypadki pobić, gwałtów i rabunków mienia prywatnego. W okolicach Hostomla w obwodzie kijowskim udokumentowano wywożenie pojazdami opancerzonymi skradzionych przedmiotów użytkowych. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) przechwyciła rozmowy żołnierzy wroga, w czasie których informowali oni swoje rodziny, że weszli w posiadanie telewizorów, sprzętu AGD czy pieniędzy. W kolumnach wycofujących się wojsk rosyjskich zaobserwowano liczne skradzione samochody osobowe. W obwodzie sumskim dochodziło do ostrzału cywilów gromadzących się przed sklepami czy wykorzystywania ich jako „żywych tarcz” osłaniających sprzęt bojowy najeźdźcy przed ostrzałem sił ukraińskich.

Ujawnienie skali zbrodni wojennej w Buczy, gdzie odkryto ponad 400 ciał cywilów (do 10 kwietnia w całym obwodzie kijowskim odnaleziono 1222 zwłok takich osób), którzy w przeważającej większości zginęli od strzałów z broni strzeleckiej, pokazało bestialstwo żołnierzy agresora. Niektóre ofiary miały skrępowane ręce. Do podobnych odkryć dochodzi także na drogach do stolicy – 20 km od niej znaleziono ciała kilku nagich kobiet, które – zdaniem świadków – zamierzano spalić. Zbrodnie wojenne w Buczy i innych miejscowościach obwodów kijowskiego i czernihowskiego dowodzą, że siły rosyjskie stosowały zaplanowaną strategię mającą – poprzez brutalne działania – złamać opór społeczeństwa za wszelką cenę. Na północy Ukrainy najeźdźcy nie uwzględniali w swoich zamierzeniach powołania tzw. republik ludowych, uznając te obszary za zaplecze własnych wojsk. Fiasko operacji lądowej i utrzymująca się wroga postawa miejscowej ludności wywołały wściekłość i chęć zemsty, a w efekcie –za przyzwoleniem dowódców – przybrały formę pacyfikacji.

Na południu kraju, zwłaszcza w obwodzie chersońskim, Rosja stosuje odrębną taktykę, choć nie rezygnuje z wypędzania ludzi z wybranych miejscowości. Może to wskazywać, że cele najeźdźcy obejmują: oderwanie południowej Ukrainy, stworzenie i utrzymanie połączenia lądowego Krymu z Rosją (tzw. Ługańską i Doniecką Republikami Ludowymi) oraz ewentualne otwarcie drogi do Naddniestrza. Agresor podejmuje próby organizacji lokalnych władz w oparciu o kolaborantów, lecz z powodu minimalnej liczby osób idących na współpracę (a wywodzących się głównie z grona skompromitowanych działaczy prorosyjskiej partii Opozycyjna Platforma – Za Życie) zmuszony jest do tworzenia komendantur wojskowych. Nie dysponuje wystarczającymi rezerwami osobowymi do okupacji zajętych terytoriów, więc – aby wymusić posłuszeństwo – z jednej strony terroryzuje społeczeństwo, z drugiej zaś pozoruje pozytywne działania w celach propagandowych. Jak dotąd obietnice zwolnień podatkowych dla biznesu, dodatków dla rolników czy też wypłat zapomóg nie wywołały efektu politycznej „rusyfikacji” zajętych terenów. Oferty otrzymania rosyjskiego paszportu w zamian za udzielenie wsparcia finansowego i umorzenie zaciągniętych kredytów nie zwiększają zaufania do najeźdźcy. Oczekiwanych skutków nie przynosi również operacja przymusowego wprowadzania rubla jako waluty obiegowej na opanowanych obszarach obwodów chersońskiego i zaporoskiego – lokalni handlowcy jej nie przyjmują, a mieszkańcy usiłują wymieniać ją na hrywny. Dotychczas okupanci podjęli tylko jedną próbę narzucenia „rozwiązania politycznego” – po zajęciu Chersonia zaczęto przygotowywać wiec poparcia dla powołania tzw. Chersońskiej Republiki Ludowej. W tym celu przewieziono z Krymu ok. 300 uczestników manifestacji. Przedsięwzięcie się nie udało ze względu na postawę miejscowej ludności, otwarcie wyrażającej sprzeciw wobec takiej inicjatywy.

Jeden z pierwszych kroków Rosjan na zajmowanych terenach polega na odcięciu tych obszarów od przestrzeni informacyjnej Kijowa. Uniemożliwia się korzystanie z ukraińskiej telewizji i zakłóca dostęp do Internetu (lub podłącza odbiorców do światłowodu z Krymu, niegwarantującego dostępu do globalnej sieci). W wyniku walk zniszczeniu ulegają przekaźniki telewizyjne, które zastępowane są wojskowymi stacjami analogowymi emitującymi sygnał rosyjski. Na obrzeżach oblężonego Mariupola pod szyldem prowadzenia akcji humanitarnej otwarto delegaturę partii Jedna Rosja. W jej siedzibie kolportuje się materiały propagandowe, jak również wydaje karty SIM operatora komórkowego Phoenix, który działa na okupowanym terytorium Donbasu. We współpracy z kolaboracyjnymi władzami lokalnymi najeźdźcy promują rosyjską politykę pamięci, inicjując kampanię gloryfikującą dokonania Armii Czerwonej, i w razie możliwości odbudowują zniszczone wcześniej pomniki upamiętniające tzw. wielką wojnę ojczyźnianą. Trwa też kampania propagandowa mająca przywrócić do powszechnego obiegu tezę, że wydarzenia na Ukrainie w 2014 r. były wspieranym przez Zachód „zamachem stanu”.

Aby przymusić ludność cywilną do poparcia własnych działań, zintensyfikowano operacje informacyjne i psychologiczne. Przykładowo w okupowanym Berdiańsku dystrybuuje się ulotki opisujące dalsze kroki, jakie podejmie Rosja – przeprowadzenie referendum oraz stworzenie warunków do stopniowego zjednoczenia obu krajów. Resort obrony FR kontynuuje akcję dezinformacyjną mającą sugerować, że duża część obywateli Ukrainy jest przyjaźnie nastawiona do Rosji. Za dobrymi stosunkami z nią opowiada się rzekomo 15 mln mieszkańców obwodów, w których toczą się walki.

Fiasko scenariusza „federalizacji” Ukrainy wywołało frustrację okupanta. Na zajętych terenach nasila on działania pacyfikacyjne i terror ludności. Na obszary te napływają kolejne jednostki Gwardii Narodowej i wchodzących w jej skład formacji policyjnych OMON-u. W rejonach starć Rosjanie często rozpoczynają negocjacje z władzami otoczonych miast i pod groźbą ich zniszczenia ogniem artylerii zawierają „lokalne rozejmy”, potrzebne do zapewnienia drożności tras komunikacyjnych, niezakłóconego przemarszu oddziałów i dostaw zaopatrzenia. Następnie, po uzyskaniu pełnej kontroli nad danym terytorium, porozumienie jest zrywane. W przypadku niemożności przymuszenia miejscowych władz i ludności do współpracy wojska okupacyjne – co charakterystyczne – nie pozwalają dostarczać żywności do otoczonych bądź zajętych miejscowości oraz naprawiać uszkodzeń sieci elektrycznej i wodociągowej. W obwodzie chersońskim Gwardia Narodowa zatrzymała dotąd pod zarzutem stawiania oporu i udziału w antyrosyjskich manifestacjach ponad 400 Ukraińców. Posunięcia te przybierają charakter operacji karnej wspieranej przez FSB.

Inną praktyką świadczącą o tym, że najeźdźcy nie mają planu szybkiego zagospodarowania zajętych terenów, jest deportacja ludności cywilnej na terytorium Rosji. Taktyka ta zakłada umieszczanie ewakuowanych w obozach filtracyjnych w obwodzie rostowskim, gdzie poddaje się ich presji psychologicznej w celu wymuszenia akceptacji „nowego porządku”. Według nieoficjalnych informacji Rosjanie zamierzają rozproszyć deportowanych, przewożąc ich do oddalonych od Ukrainy obwodów kraju. Według władz ukraińskich z samego Mariupola okupanci wywieźli ponad 45 tys. mieszkańców. Liczbę wysiedlonych z innych miast trudno oszacować. Władze Ukrainy podają, że do Rosji ewakuowano łącznie 674 tys. osób, ale dane te obejmują również tzw. republiki ludowe.

Wyjątkowa sytuacja oblężonego Mariupola, toczące się tam zacięte starcia i świadome zniszczenie infrastruktury miejskiej unaoczniają, jak ważny jest dla Rosjan czynnik ideologiczny. Ich brutalność ma pokazywać innych miastom, czym kończy się opór, a niewykluczone, że stanowi także formę zemsty na mieszkańcach, którzy w 2014 r. skutecznie przeciwstawili się siłom agresora. Z pewnością duży wpływ na postępowanie najeźdźców ma też fakt, że Mariupola bronią żołnierze z pułku Azow, uznawani przez przeciwnika za oddział wręcz faszystowski, którego istnienie uzasadnia tezę o konieczności „denazyfikacji” Ukrainy.

Wspomniane powyżej przykłady dobitnie świadczą o tym, że Kreml nie miał przygotowanego szerzej nakreślonego planu szybkiego zagospodarowania przejętych terytoriów i takiego postępowania z cywilami, które skutecznie zapewniłoby mu ich wsparcie lub przynajmniej obojętność. Najeźdźcy, realizujący sztampowy scenariusz znany z 2014 r., ponownie źle ocenili nastroje w ukraińskim społeczeństwie i stopień utraty w nim przychylności względem Rosji oraz błędnie założyli, że mieszkańców sparaliżuje sama demonstracja siły. Doprowadziło to do konieczności wymuszania współpracy terrorem i powoływania marionetkowych administracji złożonych ze skompromitowanych w oczach miejscowej ludności działaczy.

Na skalę niepowodzenia mogą też oddziaływać wcześniejsze zaniedbania w pracy operacyjnej FSB. Według nieoficjalnych źródeł kierownictwo 5. Służby FSB, odpowiedzialnej za prowadzenie działań wywiadowczych na Ukrainie, defraudowało wielomiliardowe środki finansowe przeznaczone na obsługę agentury zapewniającej wiarygodne dane o sytuacji społecznej i politycznej w kraju oraz budowanie wpływu. Stawia to pod znakiem zapytania rzetelność informacji dostarczanych przez służby specjalne na Kreml. Niewykluczone, że prezydent Władimir Putin otrzymywał przekaz w dużej mierze spreparowany, mający przede wszystkim przedstawić w pozytywnym świetle aktywność samych służb.

Kwestią otwartą pozostaje zdolność – czy raczej niezdolność – Moskwy do utrzymania kontroli nad opanowanym terytorium w przypadku nasilenia się nieregularnych działań na zapleczu sił agresora. Te najprawdopodobniej nie wycofają się z południowych obwodów Ukrainy, chcąc zapewnić i utrzymać strategiczne połączenie Krymu z FR. Jednocześnie deportacje ludności do Rosji i dewastacja zajmowanych obszarów mogą wskazywać, że nie zdecydowano jeszcze, jak będzie kształtowana ich przyszłość. Możliwe wydają się trzy scenariusze: stworzenie i usamodzielnienie się w miastach obwodowych kontrolowanych przez najeźdźcę tzw. republik ludowych, ewentualna aneksja zajętych obszarów lub nadanie im statusu terenów okupowanych. We wszystkich wymienionych przypadkach główną rolę w zarządzaniu będzie odgrywała rosyjska administracja wojskowa.

Za najbardziej prawdopodobny, ale uzależniony od postępów agresora scenariusz należy uznać ten zakładający utworzenie fasadowych tzw. republik ludowych, których władze znajdą się pod ścisłą kontrolą wojska i służb specjalnych FR. Okupację w dalszym ciągu utrudniać będzie aktywność armii przeciwnika oraz grup dywersyjnych atakujących rosyjskie zaplecze. Ewentualne powodzenie lub fiasko planów Kremla zależy przede wszystkim od skuteczności działań Sił Zbrojnych Ukrainy.

osw.waw.pl

Jako społeczeństwa demokratyczne byliśmy i jesteśmy podatni na rosyjską dezinformację, bo u podstaw naszego systemu politycznego leży debata, dialog, otwartość na poglądy innych. Celem rosyjskiej dezinformacji na Zachodzie – w tym w Polsce – jest podważenie wiary w instytucje demokratyczne, w UE i NATO, polaryzacja społeczna i wpływanie na debatę publiczną, np. w sprawie szczepionek, aborcji czy uchodźców.

Rzadko kiedy Rosjanie przekonywali nas do swoich racji, w zamian przyjęli inną taktykę. Przez lata dziennikarze zatrudnieni w RT (nastawionej na zagranicznego widza, wielojęzycznej telewizji państwowej, dawnej Russia Today) zwykle „tylko” zdawali pytania, bo cóż może być bardziej demokratycznego niż debatowanie? (Symbolem tego jest hasło RT, Question more, czyli „Pytaj”, ale też „Podważaj więcej”). I w tym tkwił ich sukces, w byciu poza mainstremem, w kreowaniu się na antysystemowców i wykluczonych. Najczęściej przybierali pozę ludzi zatroskanych kondycją zachodnich państw, portretowali Unię Europejską jako „Gejropę”, zaś Rosjan przedstawiali jako uciśnionych, którzy mają za złe „globalnym elitom” w USA i Europie, że przejmują kontrolę nad światem, w którym Rosja jest jednym z wielu marginalizowanych aktorów. Między wierszami Rosjanie snuli narrację o antyrosyjskich nastrojach, które zrównywali niekiedy z antysemityzmem, a siebie kreowali na ofiarę. W efekcie odbiorca miał dojść do wniosku, że cały świat uwziął się na Rosję, wszyscy (czytaj: USA, Polacy, Ukraińcy) są rusofobami, a ataki na nią są elementem odwiecznego spisku.

Rosyjska agresja w Ukrainie połączona z bezprecedensową propagandą uświadomiła Unii Europejskiej, że należy zamknąć RT i dostępny także po polsku portal Sputnik. W marcu obydwa media zostały zablokowane w państwach członkowskich. Z kolei YouTube zablokował kanały 60-minut i Rosija24. Rosjanom pozostały zatem w Europie media społecznościowe.

Po 24 lutego liczba rosyjskich kłamstw poraża. Kreml mnoży kolejne oskarżenia, że np. Amerykanie pozyskiwali na Ukrainie patogen z surowicy Słowian, aby następnie opracować specjalny wirus, który jako broń biologiczna miał zostać rzekomo użyty przeciwko Rosjanom. Stąd jednym z wielu tłumaczeń było to, że Rosjanie dokonali w Ukrainie tzw. „uderzenia wyprzedzającego”, aby zlikwidować wojskowe laboratoria biologiczne i chemiczne, które mieli zainstalować tam Amerykanie. 10 marca rzecznik rosyjskiego Ministerstwa Obrony Narodowej Igor Konaszenkow w pełnym powagi ogłoszeniu powiedział, że USA wykorzystują do przenoszenia groźnego patogenu do Rosji dzikie ptactwo. Wyjaśnienia rzekomego wykorzystywania broni chemicznej i biologicznej pod okiem Amerykanów w ukraińskich laboratoriach zażądał rosyjski przedstawiciel przy ONZ. Rosyjska delegacja skorzystała z momentu, kiedy przewodniczyła Radzie Bezpieczeństwa i wniosła ten punkt pod obrady 11 marca.

Pisał o tym Sputnik.pl i choć został wkrótce zablokowany, narrację o amerykańskich laboratoriach biologicznych i chemicznych wykorzystywanych do celów wojskowych chętnie podchwycili Chińczycy. Na polskojęzycznej stronie Chińskiego Radia Międzynarodowego pisali, że „przechowywana jest [w nich] duża liczba niebezpiecznych wirusów”. Pokazuje to, że chińskie media, przedstawiciele władz i think thanki powielają rosyjską dezinformację na temat przyczyn i przebiegu konfliktu w Ukrainie. Ponadto w Afryce, Azji i Ameryce Południowej RT i Sputnik są nadal istotnym źródłem informacji, bo są bezpłatnymi, w miarę aktualnym mediami i przedstawiają antyamerykański punkt widzenia.

Rosyjskie władze kierują się zasadą, że kłamstwo powtarzane wielokrotnie staje się prawdą. W przypadku Ukrainy mamy do czynienia z recyklingiem kłamstw powielanych mniej więcej od 2014 roku, czyli od aneksji Krymu. Dotyczy to zarówno haseł walki z wymyślonymi nazistami i faszystami w Ukrainie oraz rzekomego ludobójstwa na Donbasie. Potwierdzają to badania East StratCom Task Force, instytucji Unii Europejskiej powołanego w 2015 roku do zwalczania rosyjskich dezinformacji, który obliczył, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy w rosyjskich prokremlowskich mediach nastąpił wzrost użycia o 290% słowa „naziści” i 509% słowa „ludobójstwo”. Oznacza to, że pod względem propagandowym wojna była przygotowywana wcześniej i nie tworzy nowych narracji, ale odgrzebuje stare.

Co więc jest nowe w rosyjskiej dezinformacji na obecnym etapie wojny z Ukrainą? Istnieją dwie różnice. Pierwsza, że teraz narracje o nazistach i ludobójstwie są powielane po wielokroć i zostały wzbogacone o nowy symbol: literę „Z”. W powszechnym odbiorze w Rosji ich znaczenie jest bardzo szerokie, oznacza „demilitaryZację”, „Za pobiedu” („za zwycięstwo”), „Za Putina”. Rosyjskie władze rozpoczęły tzw. operację denaZyfikacji Ukrainy, a na filmikach umieszczanych w internecie żołnierze, dzieci i zwykli Rosjanie ustawiają się w literę „Z”. Aby przekaz „do wewnątrz” był spójny, a Rosjanie nie drążyli tematu, Kreml wprowadził cenzurę wojenną. Zniszczono pozostałości niezależnych mediów. Pod naciskiem władz decyzję o zawieszeniu działalności podjęło radio Echo Moskwy i telewizja Dożd’.

Druga różnica, może ważniejsza, że w masie kłamstw zaczęto pisać otwarcie – prawdę. Na oficjalnej stronie Ria.ru 3 kwietnia został opublikowany artykuł, w którym kremlowski politechnolog Timofiej Siergiejew wzywa do eksterminacji ukraińskich elit w imię denazyfikacji, reedukacji ukraińskiego społeczeństwa przez trwającą przynajmniej 25 lat pracę przymusową oraz wymazanie nazwy Ukrainy z mapy świata.

To, co sprawia, że rosyjska dezinformacja staje się coraz bardziej orwellowska, to fakt, że uprawiają ją osoby zajmujące najwyższe stanowiska w państwie. Można to pokazać na przykładzie zbrodni w Buczy, gdzie na odzyskanych przez Ukraińców terenach ujawniono zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości, jakie popełniali w trakcie kilku tygodni okupacji miasta rosyjscy żołnierze.

Pierwszy mechanizm to odrzucenie oskarżeń. Ministerstwo Obrony Narodowej wydało oświadczenie, w którym zrzuciło winę na Ukraińców i nazwało tragedię prowokacją. Przekonywało, że gdy byli tam rosyjscy żołnierze, nikt z mieszkańców nie ucierpiał. Prawdziwość tych słów szybko sfalsyfikowali dziennikarze „New York Timesa” dzięki zdjęciom satelitarnym, które pokazały, że martwe ciała leżały w czasie, gdy w Buczy stacjonowali Rosjanie.

Kolejny etap to oskarżenie. Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow nazwał operację w Buczy „fejkowym atakiem”. Do ofensywy przeszła też rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa, która zbluzgała amerykańskie media nie tylko za rozprzestrzenianie fake newsów i dezinformacji, ale wręcz oskarżyła o współudział „w przestępstwie w mieście Bucza”: „Tak, [amerykańskie] gazety, TV, obserwatorzy są współwinni i to nie pierwszy raz, taka sama operacja była w 1944 roku”. To jeszcze nie koniec absurdów Zachowej. Podczas jednego z wystąpień była najwyraźniej pod wypływem i oskarżyła Ukraińców, że nie pozwalali Rosjankom w Ukrainie gotować barszczu. „Nie można było się dzielić barszczem, bo mógł przynależeć tylko jednemu narodowi, jednej nacji (…) To, o czym mówimy, to ksenofobia, nazizm, ekstremizm, we wszystkich formach”.

Najskuteczniejszym mechanizmem dezinformacji jest jednak zarzucenie odbiorców masą alternatywnych scenariuszy, które mają podważyć daną wersję wydarzeń. Rosjanie to robią pod szyldem walki z fake newsami. Na Telegramie funkcjonuje kanał „War on Fakes”, gdzie twierdzą, że nie było żadnych trupów, tylko aktorzy, którzy wstają zaraz po tym, jak samochody przejeżdżają po ulicach Buczy. Słynny propagandzista Władimir Sołowiow w swoim programie wzywa do zamknięcia Wikipedii, bo ktoś wprowadził hasło „Rzeź w Buczy”. Do litanii oskarżeń dołączył się Dimitrij Miedwiediew, zastępca przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej i dawny prezydent Rosji, który na swoim kanale Telegram oskarżył Ukraińców, że jako „oszalałe zwierzęta z batalionów nacjonalistycznych i obrony terytorialnej są gotowe zabijać własnych cywilów” bo „sama istota ukraińskości, karmionej antyrosyjskim jadem i kłamstwem, co do swojej tożsamości to jeden wielki fejk”. To już powtórzenie dotychczasowych haseł, że Ukraińcy sami strzelali do swoich obywateli, aby obarczyć winą Rosjan, lub aby doprowadzić do nałożenia kolejnych sankcji na Rosję.

new.org.pl


Amerykański wywiad ocenia, że Rosja jest już tak osłabiona, iż Władimir Putin nie zaryzykuje odwetowego uderzenia na kraje NATO, o czym mówiono jeszcze na początku marca. Amerykanie postanowili więc na znacznie większą skalę rozwinąć dostawy sprzętu wojskowego dla Kijowa – znika podział na broń defensywną, którą można przekazać bezpiecznie, i ofensywną, która mogłaby „sprowokować” Putina.

– Nasze wsparcie spowoduje, że plan Putina przejęcia kontroli nad Ukrainą zakończy się porażką – ogłosił w nocy ze środy na czwartek Joe Biden, przedstawiając nowy pakiet sprzętu wojskowego dla Ukraińców, wart 800 mln dol.

Od rozpoczęcia rosyjskiej ofensywy 24 lutego to już 2,4 mld dol., niemal 60 proc. rocznego budżetu wojskowego Ukrainy. Rzecz niezwykła, Amerykanie przekazali już jedną trzecią znajdujących się w magazynach Pentagonu przenośnych pocisków przeciwpancernych Javelin i jedną czwartą używanych do strącania samolotów i helikopterów stingerów.

W normalnych warunkach produkcja takiej ich ilości zajęłaby Stanom trzy–cztery lata. Jednak Departament Obrony nawiązał kontakt z ośmioma największymi koncernami zbrojeniowymi, aby przyspieszyły cykl produkcyjny.

Ukraińcy otrzymują więc coraz więcej broni, o coraz większej sile rażenia. Składają się na nią helikoptery, drony, bezzałogowe jednostki obrony przybrzeżnej, systemy obrony powietrznej dalekiego zasięgu. Mają zapewnić Ukrainie przewagę w szykującej się batalii o Donbas.

Dodatkowo Joe Biden przekonał aż 30 krajów do przyłączenia się do tego wsparcia. Na tym tle wyróżnia się Słowacja, która – w zamian za amerykańskie patrioty – przekazała system obrony antyrakietowej S-300, który uniemożliwi Rosjanom przejęcie pełnej kontroli nad przestrzenią powietrzną Ukrainy.

Równocześnie Amerykanie zdecydowali się na zniesienie ograniczeń w przekazywaniu Ukraińcom danych wywiadowczych odnośnie do rosyjskich planów wojskowych i przemieszczania się konkretnych jednostek wojskowych wroga.

Uwolnienie bezprecedensowego strumienia pomocy wojskowej to osobista decyzja Joe Bidena: podjął ją na podstawie procedur, które pozwalają mu ominąć debaty w Kongresie. Prezydent jest pod wrażeniem zbrodni, jakie Rosjanie pozostawili, wycofując się z przedmieść Kijowa. Uznał on, że Kreml dopuścił się „ludobójstwa”, za co Putin powinien jego zdaniem zostać osobiście postawiony przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości.

rp.pl

Proces wycofywania się zachodnich marek w odpowiedzi na rosyjską inwazję na Ukrainę "został okrzyknięty chwalebnym czasem korporacyjnej odpowiedzialności politycznej (CPR/corporate political responsibility - PAP)". "To najbardziej znaczący i najmniej kontrowersyjny przykład korporacyjnej dyplomacji" - stwierdził "Financial Times". Z kolei Bill Bowder, przedsiębiorca i działacz społeczny, okrzyknął w tym tygodniu sektor prywatny kluczowym sojusznikiem w wysiłkach zachodnich rządów zmierzających do zduszenia rosyjskiej gospodarki - przypomniał dziennik.

"Jednak do tej pory niewiele słyszeliśmy o tym, ile dochodów akcjonariuszy inwestorzy są skłonni poświęcić dla tych wartości" - zauważył "Financial Times". "Za wyjątkiem gigantów z branży naftowej i gazowej, którzy prowadzą wielomiliardowe przedsięwzięcia w Rosji, pryncypialne deklaracje większości firm wiązały się jak dotąd z dość niskim kosztem" - dodano.

Gazeta zwróciła uwagę, że niezależnie od swojego zbulwersowania stopniem okrucieństw, niewielu akcjonariuszy musiało zmieniać swoje prognozy zysków. "Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej reakcjom firm na brutalność Rosji, staje się jasne, że czekają je trudniejsze decyzje finansowe" - wskazał "FT".

Dziennik przywołał opinię Jeffreya Sonnenfelda, profesora Yale School of Managment, który szacuje, że ponad 600 firm ograniczyło swoją działalność w Rosji w stopniu większym, niż wymagają tego sankcje. Jednak tylko nieliczne z nich wycofały się całkowicie. Według "FT" przedsiębiorstwa mogły sądzić, że "uda im się jakiś czas przeczekać", a następnie wznowić działalność, gdy uwaga świata przestanie skupiać się na Ukrainie. "Te nadzieje muszą słabnąć w miarę gromadzenia się dowodów potencjalnych zbrodni wojennych. Perspektywa szybkiego rozwiązania, dzięki któremu zachodnie marki będą mogły spokojnie wrócić do moskiewskich centrów handlowych, wydaje się coraz bardziej odległa" - podkreśla gazeta.

"Strategie zabezpieczające były optymistyczne i wydają się coraz bardziej naiwne" - skomentował Sonnenfeld. Zdaniem "Financial Times" "dla większości firm Rosja jest na tyle małym rynkiem, że skutki finansowe są do opanowania". Sonnenfeld stwierdził jednak, że w miarę przedłużania się brutalnej kampanii Moskwy, koszty reputacji firm coraz bardziej przewyższają korzyści płynące z utrzymywania otwartych opcji.

Chociaż zainteresowanie Zachodu Ukrainą może się z czasem zmniejszyć, to niektóre dane sondażowe potwierdzają opinię Sonnenfelda. "FT" powołał się na zdanie firmy zajmującej się wywiadem decyzyjnym, Morning Consult, która stwierdziła w tym tygodniu, że "najbezpieczniejszą opcją jest opuszczenie statku raczej wcześniej niż później". Firma przeprowadziła badanie, które wykazało "przytłaczające poparcie" amerykańskich i europejskich konsumentów dla perspektywy całkowitego opuszczenia Rosji przez zachodnie firmy.

Dziennik zauważył, że z opuszczeniem rynku wiążą się pewne problemy. Chodzi m.in. o odprawy dla pracowników czy przeprowadzenie aktualizacji wartości rosyjskich aktywów. Pozostaje też kwestia znalezienia niesankcjonowanych nabywców tych aktywów, a także repatriacja dochodów ze sprzedaży.

bankier.pl

XIII Stacja Drogi Krzyżowej w Koloseum wywoływała — niemal od momentu, gdy ujawniono jej zamysł — olbrzymie kontrowersje. Jednoznacznie zakwestionował jej ideę ambasador Ukrainy w Watykanie Andrij Jurasz, sprzeciwił się jej — także w sposób niepozostawiający złudzeń — zwierzchnik Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej arcybiskup Światosław Szewczuk. "Dla ukraińskich grekokatolików teksty i gesty stacji XIII Drogi Krzyżowej są niezrozumiałe, a nawet obraźliwe, zwłaszcza w oczekiwaniu na drugi, jeszcze bardziej krwawy atak wojsk rosyjskich na nasze miasta i wsie" — podkreślał arcybiskup.

Prawosławni biskupi, by wymienić tylko Ioasafa, metropolitę iwano-frankowskiego i galicyjskiego Prawosławnej Cerkwi Ukrainy, wprost pisali o tej stacji jako o flash-mobie, którego celem jest wyrażenie putinowskiego stanowiska. A od pomysłu odciął się nawet — i to jest miara "sukcesu" Watykanu — nuncjusz apostolski w Ukrainie abp Visvaldas Kulbokas, który podkreślił, że on sam nie zorganizowałby modlitwy w ten sposób, bo jego zdaniem "pojednanie musi przyjść, kiedy zakończy się agresja i gdy Ukraińcy będą mogli nie tylko uratować życie, ale także wolność".

Czy Watykan usłyszał te słowa? Pozornie tak, ale w istocie nie. Tak, bo zmieniono treść modlitwy, a konkretniej zastąpiono ją milczeniem. Nie, bo ta zmiana niczego istotnego nie zmieniła. Istotna treść gestu pozostała jednak niezmieniona. U jego podstaw leżały bowiem nie tyle słowa, ile fakt, że krzyż nieść miały dwie kobiety Ukrainka i Rosjanka. I tak było. Milczenie, które zastąpiło treść rozważań, ujawniło tylko jeszcze większą niespójność i pustkę owego gestu.

Zacznijmy od niespójności całej Drogi Krzyżowej. Krzyż w czasie tegorocznej drogi krzyżowej miały nieść rodziny, i to one miały pisać rozważania. Były to po kolei: młode małżeństwo, rodzina na misjach, starsi bezdzietni małżonkowie, rodzina wielodzietna, rodzina z dziećmi niepełnosprawnymi, rodzina zastępcza, rodzina z chorym rodzicem, dziadkowie, rodzina adopcyjna, wdowa z dziećmi, rodzina z konsekrowanym synem, rodzina po stracie córki, rodzina migrantów.

I tylko podczas stacji XIII była to Rosjanka i Ukrainka. Jako żywo panie nie stanowiły rodziny, są tylko przyjaciółkami z pracy. W jakiej roli wystąpiły więc w czasie drogi krzyżowej poświęconej rodzinie? Odpowiedź jest prosta. Watykan chciał symbolicznie usprawiedliwić swoją politykę symetryzmu, unikania nazwania po imieniu agresora, pustych wezwań do pojednania i wreszcie braku zrozumienia i akceptacji emocji i podstawowych praw samych Ukraińców. Do Drogi Krzyżowej doklejono więc — wbrew logice aktu modlitewnego — dwie kobiety, żeby symbolicznie wezwać do pojednania.

onet.pl

Białoruski dziennikarz Tadeusz Giczan w piątek opublikował w sieci nagranie, na którym widać, ciężki sprzęt budowlany przed polskim cmentarzem w Katyniu. Jak poinformował, sprzęt przywieźli smoleńscy urzędnicy i lokalni działacze, którzy mieli zagrozić zniszczeniem cmentarza w odpowiedzi na "wyburzenie sowieckich pomników w Polsce". "Zaczęli też zbierać podpisy pod petycją, aby raz na zawsze rozwiązać ‘sprawę katyńską'" - napisał na Twitterze.

Wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich Wojciech Konończuk mówił w TOK FM, że rosyjska propaganda często miesza usuwanie w Polsce pomników ku czci Armii Czerwonej z cmentarzami, na których leżą Rosjanie. A to ważne rozróżnienie, bo choć niektóre pomniki zostały w Polsce usunięte, to "nikt nie rusza cmentarzy". - Trzeba podkreślić, że w Polsce żaden cmentarz Armii Czerwonej czy jakikolwiek cmentarz, gdzie pochowani są rosyjscy żołnierze, nie został zniszczony - podkreślił.

Ekspert ocenił, że ostatni incydent w Katyniu ma wymiar czysto propagandowy. - Jednak trzeba pamiętać, że mamy w Rosji do czynienia z dużym poziomem histerii antyzachodniej, także antypolskiej obsesji. Polska jest stałym, dyżurnym wrogiem w propagandowych programach w rosyjskich mediach. Nasz kraj jest wskazywany jako jeden z naczelnych rusofobów, który jest współodpowiedzialny za politykę Zachodu. Dlatego jakieś prowokacje czy próby zamknięcia cmentarza w Katyniu, niestety wydają mi się dosyć prawdopodobne – ocenił w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz.

tokfm.pl

piątek, 15 kwietnia 2022


13 kwietnia premier Nikol Paszynian podczas wystąpienia w Zgromadzeniu Narodowym (parlamencie) Armenii powiedział, że jego rząd planuje jak najszybsze podpisanie porozumienia pokojowego z Azerbejdżanem, gdyż „pokojowa agenda nie ma dla nas alternatywy”. Stwierdził też, że dla Erywania głównym celem negocjacji nie będzie już uzgodnienie przyszłego statusu Górskiego Karabachu (w ramach Azerbejdżanu), ale zapewnienie wszelkich praw i gwarancji bezpieczeństwa dla karabaskich Ormian – status pozostawałby środkiem do celu. W kwestii karabaskiego procesu pokojowego zaakcentował potrzebę bezpośrednich, dwustronnych rozmów z Baku (przy wsparciu pośredników), a także ożywienia w polityce regionalnej, w tym kontaktów z Ankarą. Jako niezwykle ważnego aktora w tym procesie wymienił Rosję, aczkolwiek jej roli szczególnie nie akcentował. Jednocześnie w wystąpieniu zawarł zawoalowaną krytykę rosyjskich sił pokojowych i – bardziej otwartą – Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, którym zarzucił bierność. Reakcja opinii publicznej w Armenii na to wystąpienie pozostaje na razie wstrzemięźliwa, za to w nieuznanej Republice Górskiego Karabachu (RGK) wywołało ono oburzenie i doprowadziło do wysuwania zarzutów o zamiar przekroczenia „czerwonych linii”. W przyjętym 14 kwietnia oświadczeniu parlament RGK wezwał Paszyniana do wycofania się z nowo ogłoszonej linii politycznej.

Komentarz

Tezy wystąpienia wskazują na radykalny zwrot w polityce Erywania oraz całkowitą zmianę jego strategii negocjacyjnej. Premier expressis verbis uznał integralność terytorialną Azerbejdżanu oraz stwierdził, że „kwestia karabaska” nie odnosi się do terytorium (w takim ujęciu kluczowy był status Górskiego Karabachu), ale do zagwarantowania praw ludności ormiańskiej, która tam zamieszkuje. Stanowi to podważenie polityki, jaką Armenia prowadziła w ciągu ostatnich trzech dekad, w tym przez samego Paszyniana przed wybuchem drugiej wojny karabaskiej (premier dokonał jej głębokiej i wielostronnej krytyki). Jak się wydaje, nowe podejście jest wynikiem zarówno realistycznej oceny sytuacji w regionie i poza nim (przegrana przez Armenię wojna w 2020 r., zaangażowanie Rosji na Ukrainie i brak faktycznych gwarancji bezpieczeństwa z jej strony, powszechne w świecie uznanie dla azerbejdżańskiej integralności), jak i w samej Armenii (mocna pozycja premiera po wygraniu przedterminowych wyborów parlamentarnych w 2021 r.).

Premier de facto zakwestionował dotychczasową architekturę bezpieczeństwa regionalnego z dominującą rolą Rosji, która gwarantowała bezpieczeństwo Armenii (jak pokazała wojna 2020 r. – nieskutecznie) oraz była głównym mediatorem w karabaskim procesie pokojowym. Co prawda Paszynian podkreślił rolę swoich kontaktów z prezydentem Władimirem Putinem oraz trójstronnej grupy roboczej (Armenia, Azerbejdżan i Rosja) na szczeblu wicepremierów, która zajmuje się otwarciem szlaków komunikacyjnych (jej ponadroczna działalność nie przyniosła widocznych efektów), jednak więcej miejsca poświęcił wysiłkom UE i przewodniczącego Rady Europejskiej Charles’a Michela, pod którego egidą doszło do dwóch spotkań z prezydentem Azerbejdżanu Ilhamem Alijewem. Paszynian potwierdził, że Erywań dotrzyma ustalonego na ostatnim spotkaniu (6 kwietnia) terminu powołania dwustronnej komisji ds. delimitacji granicy i jej bezpieczeństwa (do końca kwietnia). Premier poddał pośrednio krytyce rosyjskie siły pokojowe, stwierdzając, że do incydentu z 24 marca, kiedy siły azerbejdżańskie wkroczyły do ormiańskiej wioski w Górskim Karabachu, doszło w strefie ich odpowiedzialności (szerzej zob. Eskalacja napięcia w Górskim Karabachu). W bardziej otwarty sposób skrytykował Organizację Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, która podczas lokalnej eskalacji konfliktu w maju 2021 r. nie zdecydowała się nawet na wysłanie misji monitoringowej. Jak się wydaje, Paszynian będzie się starał zbudować wokół kwestii karabaskiej nieformalną szerszą koalicję międzynarodową z dominującym udziałem państw i struktur Zachodu, w tym USA, Francji i UE. Podkreślanie dobrej woli i ustępstw ze strony Erywania miałoby w tej sytuacji skłonić tych aktorów do wywierania presji na Baku w kwestii formalnego zagwarantowania pełni praw karabaskich Ormian.
Niewykluczone, że Moskwa, która nie chce dopuścić do utraty swojej uprzywilejowanej pozycji w procesie pokojowym oraz swoich wpływów w Armenii, spróbuje podjąć działania dyscyplinujące Erywań. Wskazuje na to utworzenie ad hoc w ramach rosyjskiego MSZ funkcji specjalnego przedstawiciela ds. normalizacji relacji pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem. 14 kwietnia podano, że został nim Igor Chowajew, będący jednocześnie reprezentantem Rosji w Mińskiej Grupie OBWE –  strukturze formalnie odpowiedzialnej za karabaski proces pokojowy, której współprzewodniczą Rosja, Francja i USA.

Trudno przewidzieć, jaka będzie dalsza reakcja na wystąpienie Paszyniana ze strony społeczeństwa oraz sił opozycyjnych Armenii. Opinia publiczna jest z jednej strony świadoma rozmiarów klęski w wojnie karabaskiej i fiaska dotychczasowej polityki (oraz w pewien sposób „zmęczona” kwestią, która zdominowała armeńskie życie publiczne w ostatnich dekadach, uniemożliwiając w praktyce normalny rozwój gospodarczy kraju); z drugiej jednak może uznać, że premier „zdradził” interesy narodowe, co w skrajnym przypadku może sprowokować próbę zamachu na niego. Należy oczekiwać, że armeńska opozycja, w tym byli prezydenci Robert Koczarian i Serż Sarkisjan, będzie starać się zmobilizować Ormian w kraju i w diasporze do protestów przeciwko nowej polityce karabaskiej oraz uaktywnić przeciwników Paszyniana w strukturach siłowych. Premier starał się powyższe zagrożenia zminimalizować, wygłaszając przemówienie w okresie przedświątecznym, gdy w naturalny sposób spada zainteresowanie polityką. Dodatkowo wymienił on kadrę dowódczą w armii (jeszcze w lutym 2021 r. oficerowie Sztabu Generalnego zażądali jego dymisji). Ponadto miesiąc temu nowym prezydentem Armenii został Wahagn Chaczaturian, wysunięty przez partię Paszyniana (niepotwierdzona, ale prawdopodobna wersja głosi, że jego poprzednik podał się do dymisji, gdyż nie chciał składać podpisu pod oczekiwanymi przyszłymi porozumieniami pokojowymi z Azerbejdżanem i Turcją). Jak dotąd w bardzo ostry sposób zareagował parlament nieuznanej Republiki Górskiego Karabachu. Na nadzwyczajnym posiedzeniu 14 kwietnia przyjął on oświadczenie, w którym potępił plany skutkujące „przymusowym włączeniem Arcachu [Górskiego Karabachu] do Azerbejdżanu w imię pokoju między Armenią a Azerbejdżanem” i wezwał władze Armenii do wycofania się ze swojej „zgubnej pozycji”.

osw.waw.pl

czwartek, 14 kwietnia 2022


Wieczorem 13 kwietnia ukraińskie media poinformowały o trafieniu dwiema rakietami Neptun w okręt flagowy rosyjskiej Floty Czarnomorskiej – krążownik rakietowy „Moskwa”. Rakiety do systemu RK-360MC Neptun, których produkcja seryjna dopiero się rozpoczynała (pierwszy pododdział w trybie doświadczalno-bojowym trafił do służby w 2021 r.), miały zostać przewiezione do Odessy z zakładów Biura Konstrukcyjnego „Łucz” w Kijowie 3 marca (tuż przed ich zbombardowaniem). W oficjalnym komunikacie odeska administracja wojskowo-cywilna poinformowała, że okręt został trafiony rakietą ukraińską, ewentualnie brytyjską Harpoon, lub doszło do dywersji służb ukraińskich. Z kolei rosyjski resort obrony powiadomił o eksplozji  amunicji, w wyniku czego z krążownika ewakuowano całą załogę. Dotychczas stanowiska nie zajęły Ministerstwo Obrony oraz Siły Zbrojne Ukrainy, jednak na swoich profilach społecznościowych wyrażają radość z powodu spektakularnego sukcesu.

Ze szczątkowych komunikatów armii i władz lokalnych wynika, że sytuacja militarna w kolejnej dobie nie zmieniła się znacząco. Przeciwnik kontynuuje uderzenia rakietowo-powietrzne oraz ostrzał obiektów cywilnych i wojskowych, a także rozbudowuje zgrupowanie w przygranicznych obwodach Rosji. Na kierunku słobodzkim jednostki ukraińskie miały odeprzeć jeden atak. Obrońcy Charkowa mieli prowadzić kontrnatarcia na kierunku Dergaczy i Rohania (na północnych i wschodnich obrzeżach miasta), trwają walki na południe od Iziumu. Ukraińskie Siły Operacji Specjalnych poinformowały o wysadzeniu mostu w obwodzie charkowskim, gdy jechała nim rosyjska kolumna czterech ciężarówek. Na kierunku donieckim obrońcy odparli osiem wrogich ataków. Trwa ostrzał miejscowości i walki w rejonach Słowiańska oraz linii Popasna–Zołote w obwodzie ługańskim, a także w okolicach m. Awdijiwka, Marjinka, Kurachowe i Oczeretyne w obwodzie donieckim. Przynajmniej część żołnierzy ukraińskiej 36. Brygady Piechoty Morskiej przebiła się z mariupolskiego portu do pułku Azow, broniącego się na terenie kombinatu Azowstal w Mariupolu. Na kierunku bohskim głównymi rejonami walk miały być Ołeksandriwka na wschód od Mikołajowa oraz Osokoriwka na południe od Krzywego Rogu. Na jednym z kierunków obrony ukraińskie Wojska Powietrzno-Desantowe miały zniszczyć dowództwo 4. batalionowej grupy taktycznej z 201. Dywizji Zmechanizowanej Centralnego Okręgu Wojskowego (OW).

Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy przedstawił informację o przebiegu mobilizacji i związanej z nią rozbudowie tzw. milicji ludowych separatystycznych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych. Po 24 lutego sformowano w nich pięć nowych pułków zmechanizowanych o strukturze pięciobatalionowej i liczebności co najmniej 1500 żołnierzy każdy. Dowództwa pułków składają się z oficerów rosyjskich, a 5–10% ich składu osobowego ma mieć doświadczenie bojowe. Nowe jednostki mają mieć trudności z wyposażeniem w broń, amunicję i środki medyczne. W ramach – określanej jako przymusowa – mobilizacji, która ma obejmować 60–70 tys. osób, udało się dotychczas zrealizować jedną piątą planu.

Prezydent Wołodymyr Zełenski w wystąpieniu w języku angielskim przedstawił wykaz najpilniejszych potrzeb Sił Zbrojnych Ukrainy w zakresie dostaw uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Wyszczególnił:
  • artylerię lufową kalibru 155 mm (kaliber NATO, z którego armia ukraińska dotychczas nie korzystała) i amunicję do niej;
  • jak największą ilość amunicji artyleryjskiej kalibru 152 mm;
  • wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych Grad i Uragan, ewentualnie amerykańskie M142 HIMARS;
  • transportery opancerzone i bojowe wozy piechoty;
  • czołgi T-72, ewentualnie ich amerykańskie lub niemieckie odpowiedniki;
  • systemy obrony powietrznej S-300 i Buk, ewentualnie podobne systemy zachodnie;
  • lotnictwo bojowe.
Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy poinformował o możliwym uformowaniu się ukraińskiego ruchu oporu w okupowanym przez Rosjan Melitopolu. Według danych resortu w okresie od 20 marca do 12 kwietnia na skutek ataków nieznanych sprawców zabitych zostało ok. 70 rosyjskich żołnierzy patrolujących ulice miasta w czasie godzin policyjnych. Władze okupacyjne nie są w stanie zidentyfikować napastników.

Rosyjskie władze zagroziły atakiem rakietowym na budynki administracji państwowej w Kijowie, jeśli Ukraińcy nie zaprzestaną aktów dywersji na terytorium Rosji. W odpowiedzi Szef Biura Prezydenta Ukrainy Andrij Jermak poinformował, że przypisywane ukraińskim siłom zbrojnym działania o takim charakterze stanowią pretekst do formułowania dalszych żądań i gróźb, a Ukraina jest gotowa na każdy scenariusz rozwoju sytuacji i nie da się zastraszyć.

Wobec zatrzymanego wczoraj lidera prorosyjskiej Platformy Opozycyjnej – Za Życie (OPZŻ) Wiktora Medwedczuka zastosowano areszt (w kwietniu 2021 r. osadzono go w areszcie domowym, a w październiku postawiono mu zarzuty zdrady stanu i wspierania terrorystów). Sugerowaną przez Kijów jego wymianę na ukraińskich jeńców odrzucił rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, który uznał, że Medwedczuk nie może podlegać tej procedurze, gdyż nie jest obywatelem Rosji. Przewodniczący Dumy Państwowej FR Wiaczesław Wołodin oświadczył, że za bezpieczeństwo lidera prorosyjskiego ugrupowania odpowiedzialny jest osobiście prezydent Zełenski.

Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Ołeksij Daniłow zwrócił się do deputowanych Rady Najwyższej o przyjęcie aktów prawnych służących uproszczeniu procedury karania kolaborantów (dał do zrozumienia, że chodzi przede wszystkim o osoby związane z OPZŻ). Przewodniczący partii Sługa Narodu Dawyd Arachamija zapowiedział, że ugrupowanie nie będzie głosować za wprowadzeniem odpowiedzialności karnej wobec mężczyzn objętych mobilizacją wojskową, którzy wyjechali za granicę i nie wrócili. Jego zdaniem karanie emigrantów nie tylko nie przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa państwa, lecz przede wszystkim będzie mu bezpośrednio zagrażać.

Władze tzw. Donieckiej Republiki Ludowej poinformowały, że do niewoli oddało się 1350 ukraińskich żołnierzy broniących Mariupola. Strona ukraińska stwierdziła, że przy próbie przebicia się do towarzyszy broni trafiło do niewoli „znacznie mniej” wojskowych i nie w wyniku dobrowolnego poddania się.

13 kwietnia nie funkcjonował żaden korytarz humanitarny dla uchodźców. Autobusy w obwodzie zaporoskim zostały zablokowane przez wojska rosyjskie, a w obwodzie ługańskim nie otrzymały gwarancji bezpiecznego przejazdu. Mimo to tereny okupowane opuściło 1567 osób, korzystając z własnego transportu. Na 14 kwietnia zaplanowano uruchomienie dziewięciu zielonych korytarzy: do Zaporoża z miast obwodu donieckiego i do Bachmutu z miast obwodu ługańskiego.

13 kwietnia wizytę w Kijowie złożyli prezydenci Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. Odwiedzili m.in. podkijowską Borodziankę, która bardzo ucierpiała w wyniku okupacji. Ponadto doszło do spotkania z prezydentem Zełenskim, który wyraził wdzięczność za poparcie, jakie Ukraina otrzymywała od tych państw od początku wojny, szczególnie za broń i zaopatrzenie dla armii. Nie milkną echa odrzucenia przez Kijów propozycji wizyty prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera. Kanclerz Olaf Scholz uznał odmowę za niezrozumiałą, niemniej zaznaczył przy tym, że nie planuje jechać na Ukrainę w najbliższym czasie. Wicekanclerz Robert Habeck stwierdził, że Kijów popełnił dyplomatyczną pomyłkę, gdyż odrzucenie propozycji spotkania z prezydentem jest równoznaczne z odmową wobec Niemiec. Z kolei Zełenski poinformował, że nie otrzymywał oficjalnej prośby o spotkanie ze strony Steinmeiera, a zastępca Biura Prezydenta uwarunkował ewentualną wizytę zgodą Niemiec na embargo na rosyjską ropę, dostawy ciężkiego uzbrojenia, szybkie członkostwo Ukrainy w UE lub znaczną pomoc finansową.

13 kwietnia odbyła się rozmowa telefoniczna Zełenskiego z prezydentem Joem Bidenem, w czasie której potępiono rosyjskie zbrodnie i omówiono zwiększenie sankcji przeciw Rosji. Biały Dom podjął decyzję o udzieleniu dodatkowej pomocy w postaci broni i amunicji o wartości 800 mln dolarów. Zastępczyni sekretarza stanu Victoria Nuland stwierdziła, że USA najprawdopodobniej oficjalnie uznają działania wojsk rosyjskich za ludobójstwo, jednak nie będzie to szybki proces. Premier Kanady Justin Trudeau ocenił, że rosyjskie zbrodnie popełniane na terytorium Ukrainy można określać terminem ludobójstwo. 13 kwietnia Ukraina podpisała z Kanadą umowę o kredycie w wysokości 400 mln dolarów na wsparcie dla budżetu, a Rada UE przyznała dodatkowe 500 mln euro pomocy dla Ukrainy.

Komentarz

Ciężkie uszkodzenie krążownika rakietowego „Moskwa” stanowi największy sukces ukraińskiej obrony wybrzeża i spektakularną porażkę lub wręcz blamaż Marynarki Wojennej FR. Wcześniej potwierdzone trafienia w podchodzące stosunkowo blisko ukraińskiego wybrzeża jednostki rosyjskie spowodował ogień lądowych wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych Grad (o zasięgu do 20 km) lub dywersja (zniszczenie okrętu desantowego przy rozładowywaniu amunicji w Berdiańsku). Sztab Generalny armii ukraińskiej informuje łącznie o siedmiu zniszczonych/zatopionych jednostkach rosyjskich („Moskwa” nie została uwzględniona w sprawozdaniu dziennym za 13 kwietnia), z których większość to kutry desantowe. Do ich zniszczenia doszło w trakcie dywersyjnych desantów w pierwszych tygodniach wojny. Nie potwierdziły się z kolei informacje o zatopieniu korwety rakietowej „Wasilij Bykow”. Nieliczne okręty Marynarki Wojennej Ukrainy zostały zniszczone w pierwszych tygodniach wojny lub – jak w przypadku flagowej fregaty „Hetman Sahajdaczny” – przeprowadzono samozatopienie.

Z informacji Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy wynika, że nawet jeśli tzw. separatyści w Donbasie nie wykonali założonego planu mobilizacji, to poczynili znaczący wysiłek w zakresie rozbudowy ich formacji militarnych (tzw. milicje ludowe to de facto 1. i 2. Korpusy Armijne podległe dowództwu Południowego OW, jednakże z nieco odrębnymi strukturą i wyposażeniem). Ich potencjał ogólnowojskowy został zwiększony o blisko połowę – dotychczas siły separatystów w Donbasie miały łącznie osiem brygad i trzy pułki zmechanizowane oraz brygadę artylerii i samodzielne bataliony czołgów.

Spodziewane wznowienie rosyjskich działań militarnych na dużą skalę w Donbasie przekłada się na zaostrzenie retoryki władz w Kijowie wobec partnerów zachodnich, którzy mają nie dość aktywnie i w mniejszym niż oczekiwany wymiarze nieść pomoc ukraińskim siłom zbrojnym. Wskazane przez prezydenta Zełenskiego zapotrzebowanie w zakresie uzbrojenia dla walczącej armii (niezbędnego w dużej ilości i natychmiast) strona ukraińska zgłasza coraz uporczywiej od połowy marca (wcześniej wymieniano jedynie samoloty bojowe, ewentualnie samoloty i systemy obrony powietrznej). Po raz pierwszy ukraiński przywódca zdobył się na sugestię podważającą sensowność masowych dostaw broni lekkiej, której armia najprawdopodobniej w większości nie jest w stanie wykorzystać. Ciężkie uzbrojenie, ze względu na dotychczasowe bardzo duże straty, jest potrzebne nie tylko z powodu niemożności przeprowadzenia bez niego skutecznej kontrofensywy i wyparcia agresora z terytorium kraju. Wykorzystywanie przez jednostki ukraińskie w coraz większym stopniu wyłącznie broni lekkiej (której ma już w nadmiarze) implikuje bowiem sposób prowadzenia przez nie walki. Pozbawieni pancerza oraz osłony powietrznej obrońcy w naturalny sposób chronią się w obszarach zabudowanych, gdzie podstawową ochronę dają im mury (ewakuacja ludności w dużej mierze ma ułatwić działania armii ukraińskiej). Konieczność przyjęcia takiej strategii prowadzi jednak do niemal całkowitego zniszczenia miejscowości, w których toczą się starcia.

Rosyjskie groźby ataku rakietowego na budynki administracji państwowej w Kijowie maja wywrzeć presję na władze ukraińskie w kwestii ustępstw w rozmowach pokojowych. Moskwa liczy także, że wznowienie działań militarnych w sytuacji, gdy do stolicy zaczęli powracać mieszkańcy, pogłębi frustrację społeczeństwa. Jednocześnie zagrożenie ostrzałem stanowi sygnał dla polityków zachodnich, aby zaprzestali wizyt w Kijowie.

osw.waw.pl

Rosyjska inwazja na Ukrainę wpłynęła na zdecydowany wzrost poparcia społecznego w Finlandii i Szwecji dla ich członkostwa w NATO. Taki trend przyczynił się z kolei do zmiany politycznej przede wszystkim w Helsinkach. Fińskie władze uznały, że dotychczasowa polityka bezaliansowości nie gwarantuje bezpieczeństwa państwa w obliczu agresywnej polityki Kremla gotowego do brutalnych działań militarnych mających na celu podważenie europejskiego porządku w tym obszarze. Finlandia prowadzi więc przygotowania do złożenia wniosku o członkostwo w NATO jeszcze przed czerwcowym szczytem w Madrycie. Jej postawa wywiera presję na Szwecję, której socjaldemokratyczny rząd do niedawna wykluczał taki krok. Spodziewany fiński wniosek o przystąpienie do NATO prowadziłby do osamotnienia bezaliansowej Szwecji w regionie. Zaistniała sytuacja wymusza więc rewizję stanowiska socjaldemokratów i strategii rządu. Szwedzka premier opowiada się za złożeniem wniosku o członkostwo wraz z Finlandią jeszcze przed czerwcowym szczytem Sojuszu, tak aby temat ten nie zdominował szwedzkich wyborów parlamentarnych we wrześniu br. By jednak wniosek został złożony w takim terminie, premier musi wcześniej przekonać do tego posunięcia większość członków własnej partii.

W Finlandii debata na temat członkostwa w NATO rozpoczęła się w grudniu 2021 r. Była ona związana z rosnącą presją militarną Rosji na Ukrainę i pisemnymi żądaniami Kremla dotyczącymi rewizji europejskiej architektury bezpieczeństwa. W kraju ogromne zaniepokojenie wzbudziło dążenie Moskwy do uzyskania gwarancji nierozszerzania NATO na wschód, które oznaczałyby załamanie dotychczasowej strategii bezpieczeństwa państwa.Utrzymanie możliwości wstąpienia do Sojuszu i jednoczesne rozwijanie własnych zdolności obronnych oraz międzynarodowej współpracy wojskowej były elementami fińskiej polityki odstraszania Rosji. Na początku roku nic nie wskazywało na to, że Finlandia zdecyduje się na gruntowną zmianę swojej polityki bezpieczeństwa – tylko dwie partie opowiadały się za członkostwem w NATO: centroprawicowa Partia Koalicji Narodowej oraz Szwedzka Partia Ludowa. Na początku stycznia br. za akcesją było tylko 24% Finów, podczas gdy 51% było jej przeciwnych, a 24% nie miało zdania w tej sprawie.

Rosyjska inwazja na Ukrainę podważyła dotychczasową strategię bezpieczeństwa Finlandii, bezaliansowego 5,5-milionowego kraju z 1340-kilometrową granicą z Rosją. Strategia Helsinek wobec Moskwy, oparta na łączeniu współpracy polityczno-gospodarczej, która miała zmniejszać ryzyko dwustronnych napięć, z militarnym odstraszaniem, przestała być postrzegana jako gwarancja bezpieczeństwa państwa. Rosja pokazała bowiem na Ukrainie, że jest gotowa do brutalnych militarnych działań w celu podważenia europejskiego porządku i prawa międzynarodowego, na których oparte jest fińskie bezpieczeństwo. Do szybkiego zwrotu Helsinek w stronę NATO przyczyniła się zdecydowana zmiana społecznego nastawienia. W sondażu Yle przeprowadzonym między 23 a 25 lutego aż 53% Finów opowiedziało się za przystąpieniem do Sojuszu, 19% nie miało zdania na ten temat, a 28% było temu przeciwnych. W kolejnym badaniu z 14 marca za akcesją było już 62% pytanych, 21% nie miało zdania w tej kwestii, zaś sprzeciw wyraziło jedynie 16%. Wśród wyborców ugrupowań do tej pory sceptycznie nastawionych do członkostwa zaczęli przeważać jego zwolennicy. Jeszcze w pierwszej połowie marca sygnały wysyłane przez fińskie władze były niejednoznaczne, a wypowiedź fińskiego ministra obrony w Waszyngtonie z 9 marca o tym, że nie jest to odpowiedni czas na ubieganie się o akcesję do NATO, wydawała się krótkoterminowo zamykać dyskusje. Coraz większa brutalność rosyjskich działań na Ukrainie, zaostrzenie retoryki Moskwy wobec Zachodu i trwała zmiana nastawienia Finów do członkostwa w Sojuszu pociągnęły jednak za sobą szybką reorientację postawy fińskiej klasy politycznej.

Rewizji ulega nastawienie centrolewicowych partii tworzących koalicję (Socjaldemokracja, Centrum, Zieloni, Szwedzka Partia Ludowa, Sojusz Lewicy). Do niedawna za członkostwem w NATO opowiadała się w rządzie tylko partia reprezentująca mniejszość szwedzkojęzyczną (10 mandatów na 200 miejsc w parlamencie). 9 kwietnia zielone światło dla akcesji do Sojuszu dała partia Centrum (31 mandatów), tradycyjnie optująca za polityką balansowania między Wschodem a Zachodem. Podobną decyzję ma ogłosić do maja również Socjaldemokracja (40 mandatów) premier Sanny Marin. Tą drogą pójdą też najpewniej Zieloni (20 mandatów) – w tym ugrupowaniu jeszcze przed wojną przybywało zwolenników akcesji. Także opozycyjna nacjonalistyczna Partia Finów zmieniła swoje stanowisko. Sondaże z ostatniego miesiąca pokazują największy wzrost poparcia (o 3,5 p.p., do 26%) dla już wcześniej pronatowskiej opozycyjnej Partii Koalicji Narodowej (38 mandatów), co stanowi dodatkowy czynnik wpływający na rewizję postawy ugrupowań koalicyjnych.

Zmianie nastawienia partii politycznych towarzyszą działania premier Sanny Marin i prezydenta Sauliego Niinistö. Publicznie nie opowiedzieli się oni jednoznacznie za członkostwem. Podjęli jednak kroki zmierzające do uzyskania szerokiego parlamentarnego poparcia dla akcesji i do rozpoczęcia wewnątrzpolitycznego procesu zmiany fińskiej strategii bezpieczeństwa. W pierwszej połowie marca rząd zapowiedział rewizję strategii polityki zagranicznej i bezpieczeństwa z 2020 r., a 13 kwietnia przedstawił zaktualizowany dokument. Nie zawiera on rekomendacji wstąpienia do NATO, ale stanowi podstawę do parlamentarnych dyskusji na ten temat. Liderzy poszczególnych partii i frakcji, na czele z przewodniczącym Eduskunty (fińskiego parlamentu), mają po nich ogłosić, że szeroka większość parlamentarna opowiada się za akcesją kraju do NATO. Jeśli tak się stanie, da to impuls do podjęcia przez rząd i prezydenta decyzji o ubieganiu się o członkostwo w Sojuszu. Zgodnie z tym scenariuszem Finlandia złoży wniosek najpóźniej w maju. Jeśli natomiast potrzebne okażą się dalsze dyskusje w parlamencie – co jest mało prawdopodobne – proces ten może się przeciągnąć, np. z powodu konieczności przygotowania dodatkowego raportu na temat członkostwa Finlandii w NATO. W takiej sytuacji decyzja zostanie podjęta w późniejszym terminie.

Prowadząc przygotowania w kraju, fińskie władze rozpoczęły równoczesne konsultacje z sojusznikami w NATO – celem było zbadanie ich stanowiska w kwestii członkostwa Finlandii i zagwarantowanie poparcia dla szybkiego procesu akcesyjnego. Rozmowy prowadzono przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi, Wielką Brytanią, Francją, Niemcami i Turcją. Poparcie 30 sojuszników wydaje się być zapewnione mimo rosyjskich gróźb i obiekcji. Ze względu na przynależność Finlandii do UE i postrzeganie tego kraju jako części Zachodu nie ma wśród państw członkowskich w kwestii rozszerzenia Sojuszu takich wątpliwości, jakie pojawiają się w przypadku Gruzji czy Ukrainy. Ponadto Finlandia i Szwecja od lat ściśle współpracują z NATO na poziomie politycznym i wojskowym. Kooperacja nasiliła się w szczególności po 2014 r. Helsinki i Sztokholm uczestniczą w Programie Rozszerzonych Możliwości (Enhanced Opportunities Partnership) – formacie przeznaczonym dla grupy uprzywilejowanych partnerów najściślej współpracujących z Sojuszem w zakresie ćwiczeń i operacji wojskowych. Podpisały również z NATO porozumienie o Host Nation Support, stwarzające polityczne i wojskowo-techniczne możliwości wykorzystania fińskiego terytorium przez siły natowskie. Przedstawiciele fińskich (i szwedzkich) władz zapraszani są na spotkania Sojuszu na szczeblach szefów państw, ministrów spraw zagranicznych i ministrów obrony.

Na tego typu obradach ministrów spraw zagranicznych NATO 7 kwietnia miały toczyć się dyskusje o gwarancjach bezpieczeństwa dla obu państw w okresie przejściowym pomiędzy złożeniem wniosku i faktyczną akcesją, która nastąpi po zakończeniu procesu ratyfikacji przez wszystkich sojuszników, co potrwa od kilku miesięcy do roku. W związku z groźbami Moskwy Helsinki obawiają się bowiem ewentualnych rosyjskich działań militarnych skierowanych przeciwko Finlandii w tym czasie. Na konferencji prasowej sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg zapewnił, że sojusznicy znajdą rozwiązanie tego problemu. Po spotkaniu fiński minister spraw zagranicznych Pekka Haavisto powiedział, że decyzja o tym, czy i kiedy Finlandia złoży wniosek o akcesję, zostanie podjęta w najbliższych tygodniach.

Rosyjska inwazja na Ukrainę również w Szwecji wpłynęła na zmianę nastawienia opinii publicznej do członkostwa kraju w NATO. Tamtejszy rząd miał jednak do tej pory niechętny stosunek do zmiany polityki bezpieczeństwa państwa, opartej na stopniowym rozwijaniu własnych zdolności obronnych i bliskiej kooperacji wojskowej – przede wszystkim z Finlandią, ale także z USA i NATO. W sondażu Kantar Sifo z marca br. na pytanie, czy w przypadku akcesji Finlandii do NATO Szwecja powinna ubiegać się o członkostwo, 59% respondentów odpowiedziało „tak”, 17% – „nie”, a 24% – „nie mam zdania”. To spora zmiana w porównaniu z wcześniejszymi sondażami, w tym z ostatnim ze stycznia, który potwierdzał dotychczasowe podziały: 35% badanych za członkostwem, 33% – przeciw, 31% – niezdecydowanych. Jest ona niewygodna dla obecnego mniejszościowego socjaldemokratycznego rządu premier Magdaleny Andersson (100 na 349 mandatów), która przed wyborami parlamentarnymi zaplanowanymi na wrzesień 2022 r. musiałaby przekonać do przystąpienia do NATO część swojego twardego, pacyfistycznego elektoratu. Socjaldemokraci od lat odrzucali formalne członkostwo w Sojuszu (choć już nie bliską współpracę), a premier jeszcze na początku marca publicznie argumentowała, że szwedzki wniosek o akcesję zdestabilizowałby sytuację bezpieczeństwa w Europie Północnej. Zapowiedziała jednak wówczas również przeprowadzenie analizy wpływu wojny na Ukrainie na krajową politykę obronną.

Pod wpływem spodziewanej zmiany polityki Helsinek szwedzcy socjaldemokraci zaczynają rewidować swoje stanowisko. Finlandia była bowiem do tej pory priorytetowym partnerem Szwecji w rozwijaniu współpracy obronnej, tak samo pozostającym poza Sojuszem, i jej działania wpływają na kalkulacje Sztokholmu, pozostawiając mu niewielkie pole manewru w zakresie utrzymywania polityki bezaliansowości. Według szwedzkich mediów premier Andersson opowiada się za złożeniem wniosku o członkostwo wraz z Finlandią przed czerwcowym szczytem NATO – tak aby kwestia ta nie zdominowała wrześniowej kampanii wyborczej. Do tego musi jednak zdobyć poparcie własnej partii. 11 kwietnia jej władze zapowiedziały rozpoczęcie wewnętrznego dialogu o polityce bezpieczeństwa, co stanowi krok w kierunku zmiany dotychczasowego podejścia. Wewnątrzpartyjne dyskusje mają się zakończyć 24 maja sformułowaniem zrewidowanego stanowiska. Do 31 maja rząd ma przedstawić w Riksdagu nową strategię w tym obszarze. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Sztokholm złoży wniosek o akcesję do NATO przed czerwcowym szczytem w Madrycie. Jeśli jednak dyskusje w partii socjaldemokratycznej przeciągną się lub nie zakończą po myśli premier Andersson, to Szwecja zdecyduje się na ten krok dopiero po wyborach parlamentarnych.

W krajowym parlamencie za przystąpieniem Szwecji do Sojuszu już od dłuższego czasu opowiadają się ugrupowania centroprawicowe: Moderaci (70 mandatów), Partia Centrum (31 mandatów), Chrześcijańscy Demokraci (22 mandaty), Liberałowie (20 mandatów). W związku ze zmianą fińskiej polityki trwa z kolei proces rewizji stanowiska w tej sprawie w opozycyjnej partii Szwedzkich Demokratów (62 mandaty). Przeciwne zmianie bezaliansowego statusu są i pozostaną natomiast dwa małe ugrupowania lewicowe – partia Lewicy (27 mandatów) i Zieloni (16 mandatów).

Z perspektywy Sojuszu akcesja Finlandii i Szwecji podniosłaby poziom bezpieczeństwa w regionie Morza Bałtyckiego – zmieniłaby bowiem istniejącą polityczno-wojskową nierównowagę, korzystną obecnie dla Moskwy, oraz wzmocniła natowską politykę odstraszania. Wyznaczyłaby ponadto jasne granice pomiędzy NATO a Rosją, uniemożliwiając jej wykorzystanie bezaliansowości obu państw (np. części ich terytoriów) do prowadzenia ewentualnych operacji wojskowych przeciwko krajom bałtyckim, i ułatwiłaby NATO ich obronę. Zarazem jednak członkostwo Finlandii rozciągnęłoby północno-wschodnią flankę Sojuszu i rodziłoby pytania o zakres natowskiej obecności w tym posiadającym długą granicę lądową z Rosją państwie. Na ten temat do dyskusji w Finlandii (i NATO) wprawdzie jeszcze nie doszło, ale niewykluczone, że Helsinki byłyby ostrożne w kwestii większej natowskiej stałej obecności na swoim terytorium, uzyskawszy sojusznicze gwarancje bezpieczeństwa.

Z perspektywy wojskowej siły zbrojne obu państw charakteryzuje wysoki stopień zdolności do współdziałania z NATO ze względu na udział w natowskich misjach i operacjach oraz ćwiczeniach wojskowych w regionie. Finlandia z łatwością spełni wymóg przeznaczania co najmniej 2% PKB na obronność. W związku z zakupem 64 samolotów F-35 fiński budżet obronny wzrósł do 1,85% PKB (4,6 mld euro) w 2021 r., a plan na 2022 r. przewiduje wydatki na poziomie 1,96% PKB (5,1 mld euro). Ponadto w kwietniu Finlandia zapowiedziała wyasygnowanie na te cele dodatkowych środków zarówno w 2022 r., jak i w kolejnych latach. Z kolei Szwecja będzie musiała w dużo większym stopniu doinwestować swoje siły zbrojne. Jej wydatki na obronność w 2021 r. oscylowały wokół 1,2% PKB (61 mld koron, ok. 5,9 mld euro) i miały wzrosnąć do 1,5% PKB dopiero w 2025 r. W marcu szwedzka premier zapowiedziała zwiększenie budżetu w tym obszarze do 2% PKB, ale nie podała perspektywy czasowej. Na razie wydatki na cele wojskowe na bieżący rok zostały podniesione o 2 mld koron, do poziomu 68 mld (ok. 6,5 mld euro), tj. ok. 1,3% PKB. W parlamencie rozpoczęły się negocjacje na temat dojścia do przeznaczania 2% PKB na obronność, czyli ponad 100 mld koron szwedzkich rocznie. Jeśli Sztokholm zdecyduje się złożyć wniosek o członkostwo w NATO, będzie musiał przedstawić politycznie wiarygodny plan szybkiego zwiększenia swoich wydatków w tym obszarze.

osw.waw.pl

To może nieco przypominać zimną wojnę z drugiej połowy XX w., choć z ogromną różnicą na niekorzyść „wschodniego bloku”. Rosja, w przeciwieństwie do ZSRR, nie będzie otoczona pierścieniem państw satelickich, rządzonych przez podzielające jej ideologię partie. Jako sojusznik zostanie jej w Europie tylko formalnie niepodległa Białoruś, wspierać będzie pewnie jeszcze Serbia, pozostająca pod jej wpływem część Bośni i Hercegowiny oraz nieuznawane prawie przez nikogo na świecie parapaństewka na wschodnim obrzeżu Ukrainy (o ile nie wchłonie ich całkowicie w wyniku porozumienia kończącego wojnę).

Radykalnie zmniejszy się sfera neutralności, w której Rosja mogła szukać jeśli nie przychylności, to chociaż dialogu. Pod wrażeniem niepohamowanej agresji i nieracjonalnego okrucieństwa nawet najbardziej przekonane do zasad pokojowego współistnienia narody wolą się przede wszystkim zabezpieczyć i uzbroić. Moskwa utraci również większość „zysków”, jakie przyniosła jej dywidenda czasu pokoju z końca XX w. – w postaci redukcji sił militarnych państw zachodnioeuropejskich i mniejszej amerykańskiej obecności wojskowej na Starym Kontynencie. W kilka miesięcy przestał istnieć europejski ład bezpieczeństwa wykuwany przez wielkie mocarstwa od Jałty i Poczdamu do konferencji w Helsinkach w 1975 r., a utrwalony na pokojowych zasadach po rozpadzie ZSRR, zjednoczeniu Niemiec i odzyskaniu suwerenności przez byłych wasali komunistycznego hegemona. To Rosja dokonała zamachu na ten ład i to ona poniesie tego największe konsekwencje, nawet jeśli wcześniej dotkliwie porani Ukrainę. System zachodnioeuropejskiego bezpieczeństwa nie zawalił się bowiem od ciosu Putina. Uruchomiona została jego ekspresowa przebudowa, a prace trwają jednocześnie na kilku poziomach. Na transatlantyckich fundamentach wyrasta europejski bastion.

Przede wszystkim do Europy wróciła Ameryka jako gwarant bezpieczeństwa i obrońca stojący na pierwszej linii, ramię w ramię z sojusznikami. Na kontynencie jest już 100 tys. żołnierzy USA, a dowódcy i przedstawiciele politycznego kierownictwa w Waszyngtonie nie pozostawiają wątpliwości, że wkrótce może być jeszcze więcej.

Amerykanie w swoich czołgach, samolotach, okrętach i ze swoimi rakietami pojawią się nie tylko w większej liczbie, ale znacznie bliżej granic putinowskiej Rosji. Będą w Europie nie tymczasowo, na czas ćwiczeń, ale przygotowani do walki i na dłużej, prawdopodobnie na stałe. Może nie zbudują sobie nowych miasteczek garnizonowych, jak w czasie zimnej wojny w Niemczech, ale stacjonować będą w obiektach umożliwiających utrzymywanie gotowości do podjęcia natychmiastowej walki. Dewiza „ready to fight tonight” stanie się rzeczywistością i oczywistością na lata, jeśli nie dekady. Przynajmniej do upadku putinowskiego reżimu i upewnienia się, że jego następcy są inaczej nastawieni. Na co trudno dziś liczyć w warunkach totalnej indoktrynacji kolejnych pokoleń Rosjan i otoczenia się dyktatora przez grono potakiwaczy.

(...)

Najistotniejsza przebudowa europejskiego ładu szykuje się na północy. Finlandia jest dziś o krok od przygotowania wniosku o przyjęcie do NATO, Szwecja jest nieco za nią w tyle, ale najpewniej podąży śladami sąsiada. Jeśli oba kraje skandynawskie dołączą do Sojuszu, zamknie się jego północna i bałtycka flanka, a możliwości prowadzenia wspólnej obrony przed Rosją radykalnie się poprawią. Nie będzie już dyskusji, czy to sojusznicy nieformalni – po prostu staną się towarzyszami broni pozostałych 30 krajów Europy i Ameryki Północnej. Granica NATO z Rosją wydłuży się o 1,3 tys. km, ale tak naprawdę będzie to większy problem dla wschodniej despotii niż demokratycznego Zachodu. Rosja oczywiście będzie Finlandię straszyć, tak jak Szwecję, o ile też wejdzie do natowskiej poczekalni. Jeśli oba kraje zostaną objęte gwarancjami strategicznymi USA, a od europejskich sojuszników dostaną zapewnienie przyjścia z pomocą w okresie przejściowym, ich status od złożenia wniosku o członkostwo stanie się niemal równorzędny z pełnoprawnymi sojusznikami, a atak na nie wywoła kaskadę konsekwencji porównywalną z art. 5 traktatu waszyngtońskiego.

(...)

W lokalnym, bałtyckim wymiarze Rosja zostanie niemal odizolowana, szlak morski do Petersburga będzie pod całkowitą kontrolą sił sojuszniczych, obronny pomost ze Skandynawii do wschodnioeuropejskich państw bałtyckich będzie łatwiej przerzucić, a Obwód Kaliningradzki będzie jeszcze bardziej wyspą. Z punktu widzenia Polski wejście Finlandii i Szwecji do NATO ma same zalety, także dlatego, że szwedzkie okręty podwoją dostępne na Bałtyku siły podwodne, a ogłoszone jeszcze przed wojną fińskie zamówienie 64 maszyn F-35 skokowo podniesie sojusznicze zdolności panowania w powietrzu. Wygląda więc na to, że Rosja strzeliła sobie kilka strategicznych goli samobójczych jednocześnie.

(...)

Ogromną i bolesną dla Rosji zmianą będzie także zasiana na długie lata ukraińska wrogość. Niezależnie od tego, jak skończy się rozpętana przez Putina wojna, rany będą nie do zabliźnienia dla kilku pokoleń: tych, co dziś walczą, i ich dzieci, którym wojna zabierze rodziców i zostawi zrujnowany kraj. Rosyjska propaganda i indoktrynacja sprawiają, że rozpadają się więzi rodzinne, przyjacielskie i towarzyskie między zdradzonymi Ukraińcami a Rosjanami, trwającymi w zaprzeczeniu i kłamstwie. Deklarowane w Rosji poparcie dla wojny Putina, nawet jeśli wykrzywione w trudnych do weryfikacji sondażach, ujawnia istnienie przepaści cywilizacyjnej. Władca Moskwy może oderwać Ukrainie część terytorium i zmusić do podpisania jakiegoś układu, ale nie jest już w stanie odzyskać Ukraińców.

Nawet jeśli Kijów zostanie zmuszony do ogłoszenia neutralności, jego związki z Zachodem w ciągu ostatnich sześciu tygodni wzmocniły się jak nigdy przez ostatnie 30 lat. Symbolem tego zbliżenia jest teczka z kwestionariuszem akcesyjnym wręczona w Kijowie Wołodymyrowi Zełenskiemu przez przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen zaraz po tym, jak ubrana w kamizelkę kuloodporną na własne oczy widziała rosyjskie zbrodnie w Buczy.

polityka.pl

Operacja rosyjska oblężenia Mariupolu wygląda na papierze jak typowa pacyfikacyjna rosyjska „robota", w której Moskwa chciała wyizolować punkty opory i poszatkować zurbanizowany teren na osobne okrążone ogniska walk. Tyle teorii, a w praktyce waleczność, przygotowanie i wysokie morale obrońców sprawiło, że pomimo okrążenia Mariupol wciąż się broni. Nie udała się rosyjska operacja odizolowania punktów oporu, bo pomimo uderzenia od Zachodu i Wschodu na miasto obrońcy działają ramię w ramię.

Sukces w postaci wzięcia jeńców, którym pochwaliła się rosyjska propaganda był w istocie nieudolnym rosyjskim działaniem, które miało na celu odizolowanie redut, na których bronią się Pułk Azow oraz oddziały 36. Samodzielnej Brygady Piechoty Morskiej. By przerwać pierścień izolacji ukraińska piechota morska przeprowadziła udany szturm, przerwała rosyjskie pozycje i połączyła się z Pułkiem Azow. Rosjanie ściągnęli na pomoc artylerię i wzmogli naloty. Podczas jednego z nich, zaatakowana grupa żołnierzy piechoty morskiej, właśnie dostała się do niewoli. Absolutnym kunsztem żołnierskim wykazują się załogi BTR-ów Pułku Azow, które podejmują walkę z rosyjskimi czołgami, wychodząc często z pojedynków obronną ręką. Obalając przy okazji różne hipotezy teoretyków wojny pancernej.

„Walczyliśmy przez ponad miesiąc bez dostaw uzbrojenia, bez wody, bez jedzenia. Niemalże piliśmy wodę z kałuż, umieraliśmy całymi grupami. Prawie połowa naszej brygady to ranni. Ci, którym nie oderwało ręki lub nogi i mogą chodzić, wracają na pole walki" – czytamy we wpisie opublikowanym na profilu 36. Morskiej.

defence24.pl