czwartek, 14 kwietnia 2022


Rosyjska inwazja na Ukrainę wpłynęła na zdecydowany wzrost poparcia społecznego w Finlandii i Szwecji dla ich członkostwa w NATO. Taki trend przyczynił się z kolei do zmiany politycznej przede wszystkim w Helsinkach. Fińskie władze uznały, że dotychczasowa polityka bezaliansowości nie gwarantuje bezpieczeństwa państwa w obliczu agresywnej polityki Kremla gotowego do brutalnych działań militarnych mających na celu podważenie europejskiego porządku w tym obszarze. Finlandia prowadzi więc przygotowania do złożenia wniosku o członkostwo w NATO jeszcze przed czerwcowym szczytem w Madrycie. Jej postawa wywiera presję na Szwecję, której socjaldemokratyczny rząd do niedawna wykluczał taki krok. Spodziewany fiński wniosek o przystąpienie do NATO prowadziłby do osamotnienia bezaliansowej Szwecji w regionie. Zaistniała sytuacja wymusza więc rewizję stanowiska socjaldemokratów i strategii rządu. Szwedzka premier opowiada się za złożeniem wniosku o członkostwo wraz z Finlandią jeszcze przed czerwcowym szczytem Sojuszu, tak aby temat ten nie zdominował szwedzkich wyborów parlamentarnych we wrześniu br. By jednak wniosek został złożony w takim terminie, premier musi wcześniej przekonać do tego posunięcia większość członków własnej partii.

W Finlandii debata na temat członkostwa w NATO rozpoczęła się w grudniu 2021 r. Była ona związana z rosnącą presją militarną Rosji na Ukrainę i pisemnymi żądaniami Kremla dotyczącymi rewizji europejskiej architektury bezpieczeństwa. W kraju ogromne zaniepokojenie wzbudziło dążenie Moskwy do uzyskania gwarancji nierozszerzania NATO na wschód, które oznaczałyby załamanie dotychczasowej strategii bezpieczeństwa państwa.Utrzymanie możliwości wstąpienia do Sojuszu i jednoczesne rozwijanie własnych zdolności obronnych oraz międzynarodowej współpracy wojskowej były elementami fińskiej polityki odstraszania Rosji. Na początku roku nic nie wskazywało na to, że Finlandia zdecyduje się na gruntowną zmianę swojej polityki bezpieczeństwa – tylko dwie partie opowiadały się za członkostwem w NATO: centroprawicowa Partia Koalicji Narodowej oraz Szwedzka Partia Ludowa. Na początku stycznia br. za akcesją było tylko 24% Finów, podczas gdy 51% było jej przeciwnych, a 24% nie miało zdania w tej sprawie.

Rosyjska inwazja na Ukrainę podważyła dotychczasową strategię bezpieczeństwa Finlandii, bezaliansowego 5,5-milionowego kraju z 1340-kilometrową granicą z Rosją. Strategia Helsinek wobec Moskwy, oparta na łączeniu współpracy polityczno-gospodarczej, która miała zmniejszać ryzyko dwustronnych napięć, z militarnym odstraszaniem, przestała być postrzegana jako gwarancja bezpieczeństwa państwa. Rosja pokazała bowiem na Ukrainie, że jest gotowa do brutalnych militarnych działań w celu podważenia europejskiego porządku i prawa międzynarodowego, na których oparte jest fińskie bezpieczeństwo. Do szybkiego zwrotu Helsinek w stronę NATO przyczyniła się zdecydowana zmiana społecznego nastawienia. W sondażu Yle przeprowadzonym między 23 a 25 lutego aż 53% Finów opowiedziało się za przystąpieniem do Sojuszu, 19% nie miało zdania na ten temat, a 28% było temu przeciwnych. W kolejnym badaniu z 14 marca za akcesją było już 62% pytanych, 21% nie miało zdania w tej kwestii, zaś sprzeciw wyraziło jedynie 16%. Wśród wyborców ugrupowań do tej pory sceptycznie nastawionych do członkostwa zaczęli przeważać jego zwolennicy. Jeszcze w pierwszej połowie marca sygnały wysyłane przez fińskie władze były niejednoznaczne, a wypowiedź fińskiego ministra obrony w Waszyngtonie z 9 marca o tym, że nie jest to odpowiedni czas na ubieganie się o akcesję do NATO, wydawała się krótkoterminowo zamykać dyskusje. Coraz większa brutalność rosyjskich działań na Ukrainie, zaostrzenie retoryki Moskwy wobec Zachodu i trwała zmiana nastawienia Finów do członkostwa w Sojuszu pociągnęły jednak za sobą szybką reorientację postawy fińskiej klasy politycznej.

Rewizji ulega nastawienie centrolewicowych partii tworzących koalicję (Socjaldemokracja, Centrum, Zieloni, Szwedzka Partia Ludowa, Sojusz Lewicy). Do niedawna za członkostwem w NATO opowiadała się w rządzie tylko partia reprezentująca mniejszość szwedzkojęzyczną (10 mandatów na 200 miejsc w parlamencie). 9 kwietnia zielone światło dla akcesji do Sojuszu dała partia Centrum (31 mandatów), tradycyjnie optująca za polityką balansowania między Wschodem a Zachodem. Podobną decyzję ma ogłosić do maja również Socjaldemokracja (40 mandatów) premier Sanny Marin. Tą drogą pójdą też najpewniej Zieloni (20 mandatów) – w tym ugrupowaniu jeszcze przed wojną przybywało zwolenników akcesji. Także opozycyjna nacjonalistyczna Partia Finów zmieniła swoje stanowisko. Sondaże z ostatniego miesiąca pokazują największy wzrost poparcia (o 3,5 p.p., do 26%) dla już wcześniej pronatowskiej opozycyjnej Partii Koalicji Narodowej (38 mandatów), co stanowi dodatkowy czynnik wpływający na rewizję postawy ugrupowań koalicyjnych.

Zmianie nastawienia partii politycznych towarzyszą działania premier Sanny Marin i prezydenta Sauliego Niinistö. Publicznie nie opowiedzieli się oni jednoznacznie za członkostwem. Podjęli jednak kroki zmierzające do uzyskania szerokiego parlamentarnego poparcia dla akcesji i do rozpoczęcia wewnątrzpolitycznego procesu zmiany fińskiej strategii bezpieczeństwa. W pierwszej połowie marca rząd zapowiedział rewizję strategii polityki zagranicznej i bezpieczeństwa z 2020 r., a 13 kwietnia przedstawił zaktualizowany dokument. Nie zawiera on rekomendacji wstąpienia do NATO, ale stanowi podstawę do parlamentarnych dyskusji na ten temat. Liderzy poszczególnych partii i frakcji, na czele z przewodniczącym Eduskunty (fińskiego parlamentu), mają po nich ogłosić, że szeroka większość parlamentarna opowiada się za akcesją kraju do NATO. Jeśli tak się stanie, da to impuls do podjęcia przez rząd i prezydenta decyzji o ubieganiu się o członkostwo w Sojuszu. Zgodnie z tym scenariuszem Finlandia złoży wniosek najpóźniej w maju. Jeśli natomiast potrzebne okażą się dalsze dyskusje w parlamencie – co jest mało prawdopodobne – proces ten może się przeciągnąć, np. z powodu konieczności przygotowania dodatkowego raportu na temat członkostwa Finlandii w NATO. W takiej sytuacji decyzja zostanie podjęta w późniejszym terminie.

Prowadząc przygotowania w kraju, fińskie władze rozpoczęły równoczesne konsultacje z sojusznikami w NATO – celem było zbadanie ich stanowiska w kwestii członkostwa Finlandii i zagwarantowanie poparcia dla szybkiego procesu akcesyjnego. Rozmowy prowadzono przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi, Wielką Brytanią, Francją, Niemcami i Turcją. Poparcie 30 sojuszników wydaje się być zapewnione mimo rosyjskich gróźb i obiekcji. Ze względu na przynależność Finlandii do UE i postrzeganie tego kraju jako części Zachodu nie ma wśród państw członkowskich w kwestii rozszerzenia Sojuszu takich wątpliwości, jakie pojawiają się w przypadku Gruzji czy Ukrainy. Ponadto Finlandia i Szwecja od lat ściśle współpracują z NATO na poziomie politycznym i wojskowym. Kooperacja nasiliła się w szczególności po 2014 r. Helsinki i Sztokholm uczestniczą w Programie Rozszerzonych Możliwości (Enhanced Opportunities Partnership) – formacie przeznaczonym dla grupy uprzywilejowanych partnerów najściślej współpracujących z Sojuszem w zakresie ćwiczeń i operacji wojskowych. Podpisały również z NATO porozumienie o Host Nation Support, stwarzające polityczne i wojskowo-techniczne możliwości wykorzystania fińskiego terytorium przez siły natowskie. Przedstawiciele fińskich (i szwedzkich) władz zapraszani są na spotkania Sojuszu na szczeblach szefów państw, ministrów spraw zagranicznych i ministrów obrony.

Na tego typu obradach ministrów spraw zagranicznych NATO 7 kwietnia miały toczyć się dyskusje o gwarancjach bezpieczeństwa dla obu państw w okresie przejściowym pomiędzy złożeniem wniosku i faktyczną akcesją, która nastąpi po zakończeniu procesu ratyfikacji przez wszystkich sojuszników, co potrwa od kilku miesięcy do roku. W związku z groźbami Moskwy Helsinki obawiają się bowiem ewentualnych rosyjskich działań militarnych skierowanych przeciwko Finlandii w tym czasie. Na konferencji prasowej sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg zapewnił, że sojusznicy znajdą rozwiązanie tego problemu. Po spotkaniu fiński minister spraw zagranicznych Pekka Haavisto powiedział, że decyzja o tym, czy i kiedy Finlandia złoży wniosek o akcesję, zostanie podjęta w najbliższych tygodniach.

Rosyjska inwazja na Ukrainę również w Szwecji wpłynęła na zmianę nastawienia opinii publicznej do członkostwa kraju w NATO. Tamtejszy rząd miał jednak do tej pory niechętny stosunek do zmiany polityki bezpieczeństwa państwa, opartej na stopniowym rozwijaniu własnych zdolności obronnych i bliskiej kooperacji wojskowej – przede wszystkim z Finlandią, ale także z USA i NATO. W sondażu Kantar Sifo z marca br. na pytanie, czy w przypadku akcesji Finlandii do NATO Szwecja powinna ubiegać się o członkostwo, 59% respondentów odpowiedziało „tak”, 17% – „nie”, a 24% – „nie mam zdania”. To spora zmiana w porównaniu z wcześniejszymi sondażami, w tym z ostatnim ze stycznia, który potwierdzał dotychczasowe podziały: 35% badanych za członkostwem, 33% – przeciw, 31% – niezdecydowanych. Jest ona niewygodna dla obecnego mniejszościowego socjaldemokratycznego rządu premier Magdaleny Andersson (100 na 349 mandatów), która przed wyborami parlamentarnymi zaplanowanymi na wrzesień 2022 r. musiałaby przekonać do przystąpienia do NATO część swojego twardego, pacyfistycznego elektoratu. Socjaldemokraci od lat odrzucali formalne członkostwo w Sojuszu (choć już nie bliską współpracę), a premier jeszcze na początku marca publicznie argumentowała, że szwedzki wniosek o akcesję zdestabilizowałby sytuację bezpieczeństwa w Europie Północnej. Zapowiedziała jednak wówczas również przeprowadzenie analizy wpływu wojny na Ukrainie na krajową politykę obronną.

Pod wpływem spodziewanej zmiany polityki Helsinek szwedzcy socjaldemokraci zaczynają rewidować swoje stanowisko. Finlandia była bowiem do tej pory priorytetowym partnerem Szwecji w rozwijaniu współpracy obronnej, tak samo pozostającym poza Sojuszem, i jej działania wpływają na kalkulacje Sztokholmu, pozostawiając mu niewielkie pole manewru w zakresie utrzymywania polityki bezaliansowości. Według szwedzkich mediów premier Andersson opowiada się za złożeniem wniosku o członkostwo wraz z Finlandią przed czerwcowym szczytem NATO – tak aby kwestia ta nie zdominowała wrześniowej kampanii wyborczej. Do tego musi jednak zdobyć poparcie własnej partii. 11 kwietnia jej władze zapowiedziały rozpoczęcie wewnętrznego dialogu o polityce bezpieczeństwa, co stanowi krok w kierunku zmiany dotychczasowego podejścia. Wewnątrzpartyjne dyskusje mają się zakończyć 24 maja sformułowaniem zrewidowanego stanowiska. Do 31 maja rząd ma przedstawić w Riksdagu nową strategię w tym obszarze. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Sztokholm złoży wniosek o akcesję do NATO przed czerwcowym szczytem w Madrycie. Jeśli jednak dyskusje w partii socjaldemokratycznej przeciągną się lub nie zakończą po myśli premier Andersson, to Szwecja zdecyduje się na ten krok dopiero po wyborach parlamentarnych.

W krajowym parlamencie za przystąpieniem Szwecji do Sojuszu już od dłuższego czasu opowiadają się ugrupowania centroprawicowe: Moderaci (70 mandatów), Partia Centrum (31 mandatów), Chrześcijańscy Demokraci (22 mandaty), Liberałowie (20 mandatów). W związku ze zmianą fińskiej polityki trwa z kolei proces rewizji stanowiska w tej sprawie w opozycyjnej partii Szwedzkich Demokratów (62 mandaty). Przeciwne zmianie bezaliansowego statusu są i pozostaną natomiast dwa małe ugrupowania lewicowe – partia Lewicy (27 mandatów) i Zieloni (16 mandatów).

Z perspektywy Sojuszu akcesja Finlandii i Szwecji podniosłaby poziom bezpieczeństwa w regionie Morza Bałtyckiego – zmieniłaby bowiem istniejącą polityczno-wojskową nierównowagę, korzystną obecnie dla Moskwy, oraz wzmocniła natowską politykę odstraszania. Wyznaczyłaby ponadto jasne granice pomiędzy NATO a Rosją, uniemożliwiając jej wykorzystanie bezaliansowości obu państw (np. części ich terytoriów) do prowadzenia ewentualnych operacji wojskowych przeciwko krajom bałtyckim, i ułatwiłaby NATO ich obronę. Zarazem jednak członkostwo Finlandii rozciągnęłoby północno-wschodnią flankę Sojuszu i rodziłoby pytania o zakres natowskiej obecności w tym posiadającym długą granicę lądową z Rosją państwie. Na ten temat do dyskusji w Finlandii (i NATO) wprawdzie jeszcze nie doszło, ale niewykluczone, że Helsinki byłyby ostrożne w kwestii większej natowskiej stałej obecności na swoim terytorium, uzyskawszy sojusznicze gwarancje bezpieczeństwa.

Z perspektywy wojskowej siły zbrojne obu państw charakteryzuje wysoki stopień zdolności do współdziałania z NATO ze względu na udział w natowskich misjach i operacjach oraz ćwiczeniach wojskowych w regionie. Finlandia z łatwością spełni wymóg przeznaczania co najmniej 2% PKB na obronność. W związku z zakupem 64 samolotów F-35 fiński budżet obronny wzrósł do 1,85% PKB (4,6 mld euro) w 2021 r., a plan na 2022 r. przewiduje wydatki na poziomie 1,96% PKB (5,1 mld euro). Ponadto w kwietniu Finlandia zapowiedziała wyasygnowanie na te cele dodatkowych środków zarówno w 2022 r., jak i w kolejnych latach. Z kolei Szwecja będzie musiała w dużo większym stopniu doinwestować swoje siły zbrojne. Jej wydatki na obronność w 2021 r. oscylowały wokół 1,2% PKB (61 mld koron, ok. 5,9 mld euro) i miały wzrosnąć do 1,5% PKB dopiero w 2025 r. W marcu szwedzka premier zapowiedziała zwiększenie budżetu w tym obszarze do 2% PKB, ale nie podała perspektywy czasowej. Na razie wydatki na cele wojskowe na bieżący rok zostały podniesione o 2 mld koron, do poziomu 68 mld (ok. 6,5 mld euro), tj. ok. 1,3% PKB. W parlamencie rozpoczęły się negocjacje na temat dojścia do przeznaczania 2% PKB na obronność, czyli ponad 100 mld koron szwedzkich rocznie. Jeśli Sztokholm zdecyduje się złożyć wniosek o członkostwo w NATO, będzie musiał przedstawić politycznie wiarygodny plan szybkiego zwiększenia swoich wydatków w tym obszarze.

osw.waw.pl

To może nieco przypominać zimną wojnę z drugiej połowy XX w., choć z ogromną różnicą na niekorzyść „wschodniego bloku”. Rosja, w przeciwieństwie do ZSRR, nie będzie otoczona pierścieniem państw satelickich, rządzonych przez podzielające jej ideologię partie. Jako sojusznik zostanie jej w Europie tylko formalnie niepodległa Białoruś, wspierać będzie pewnie jeszcze Serbia, pozostająca pod jej wpływem część Bośni i Hercegowiny oraz nieuznawane prawie przez nikogo na świecie parapaństewka na wschodnim obrzeżu Ukrainy (o ile nie wchłonie ich całkowicie w wyniku porozumienia kończącego wojnę).

Radykalnie zmniejszy się sfera neutralności, w której Rosja mogła szukać jeśli nie przychylności, to chociaż dialogu. Pod wrażeniem niepohamowanej agresji i nieracjonalnego okrucieństwa nawet najbardziej przekonane do zasad pokojowego współistnienia narody wolą się przede wszystkim zabezpieczyć i uzbroić. Moskwa utraci również większość „zysków”, jakie przyniosła jej dywidenda czasu pokoju z końca XX w. – w postaci redukcji sił militarnych państw zachodnioeuropejskich i mniejszej amerykańskiej obecności wojskowej na Starym Kontynencie. W kilka miesięcy przestał istnieć europejski ład bezpieczeństwa wykuwany przez wielkie mocarstwa od Jałty i Poczdamu do konferencji w Helsinkach w 1975 r., a utrwalony na pokojowych zasadach po rozpadzie ZSRR, zjednoczeniu Niemiec i odzyskaniu suwerenności przez byłych wasali komunistycznego hegemona. To Rosja dokonała zamachu na ten ład i to ona poniesie tego największe konsekwencje, nawet jeśli wcześniej dotkliwie porani Ukrainę. System zachodnioeuropejskiego bezpieczeństwa nie zawalił się bowiem od ciosu Putina. Uruchomiona została jego ekspresowa przebudowa, a prace trwają jednocześnie na kilku poziomach. Na transatlantyckich fundamentach wyrasta europejski bastion.

Przede wszystkim do Europy wróciła Ameryka jako gwarant bezpieczeństwa i obrońca stojący na pierwszej linii, ramię w ramię z sojusznikami. Na kontynencie jest już 100 tys. żołnierzy USA, a dowódcy i przedstawiciele politycznego kierownictwa w Waszyngtonie nie pozostawiają wątpliwości, że wkrótce może być jeszcze więcej.

Amerykanie w swoich czołgach, samolotach, okrętach i ze swoimi rakietami pojawią się nie tylko w większej liczbie, ale znacznie bliżej granic putinowskiej Rosji. Będą w Europie nie tymczasowo, na czas ćwiczeń, ale przygotowani do walki i na dłużej, prawdopodobnie na stałe. Może nie zbudują sobie nowych miasteczek garnizonowych, jak w czasie zimnej wojny w Niemczech, ale stacjonować będą w obiektach umożliwiających utrzymywanie gotowości do podjęcia natychmiastowej walki. Dewiza „ready to fight tonight” stanie się rzeczywistością i oczywistością na lata, jeśli nie dekady. Przynajmniej do upadku putinowskiego reżimu i upewnienia się, że jego następcy są inaczej nastawieni. Na co trudno dziś liczyć w warunkach totalnej indoktrynacji kolejnych pokoleń Rosjan i otoczenia się dyktatora przez grono potakiwaczy.

(...)

Najistotniejsza przebudowa europejskiego ładu szykuje się na północy. Finlandia jest dziś o krok od przygotowania wniosku o przyjęcie do NATO, Szwecja jest nieco za nią w tyle, ale najpewniej podąży śladami sąsiada. Jeśli oba kraje skandynawskie dołączą do Sojuszu, zamknie się jego północna i bałtycka flanka, a możliwości prowadzenia wspólnej obrony przed Rosją radykalnie się poprawią. Nie będzie już dyskusji, czy to sojusznicy nieformalni – po prostu staną się towarzyszami broni pozostałych 30 krajów Europy i Ameryki Północnej. Granica NATO z Rosją wydłuży się o 1,3 tys. km, ale tak naprawdę będzie to większy problem dla wschodniej despotii niż demokratycznego Zachodu. Rosja oczywiście będzie Finlandię straszyć, tak jak Szwecję, o ile też wejdzie do natowskiej poczekalni. Jeśli oba kraje zostaną objęte gwarancjami strategicznymi USA, a od europejskich sojuszników dostaną zapewnienie przyjścia z pomocą w okresie przejściowym, ich status od złożenia wniosku o członkostwo stanie się niemal równorzędny z pełnoprawnymi sojusznikami, a atak na nie wywoła kaskadę konsekwencji porównywalną z art. 5 traktatu waszyngtońskiego.

(...)

W lokalnym, bałtyckim wymiarze Rosja zostanie niemal odizolowana, szlak morski do Petersburga będzie pod całkowitą kontrolą sił sojuszniczych, obronny pomost ze Skandynawii do wschodnioeuropejskich państw bałtyckich będzie łatwiej przerzucić, a Obwód Kaliningradzki będzie jeszcze bardziej wyspą. Z punktu widzenia Polski wejście Finlandii i Szwecji do NATO ma same zalety, także dlatego, że szwedzkie okręty podwoją dostępne na Bałtyku siły podwodne, a ogłoszone jeszcze przed wojną fińskie zamówienie 64 maszyn F-35 skokowo podniesie sojusznicze zdolności panowania w powietrzu. Wygląda więc na to, że Rosja strzeliła sobie kilka strategicznych goli samobójczych jednocześnie.

(...)

Ogromną i bolesną dla Rosji zmianą będzie także zasiana na długie lata ukraińska wrogość. Niezależnie od tego, jak skończy się rozpętana przez Putina wojna, rany będą nie do zabliźnienia dla kilku pokoleń: tych, co dziś walczą, i ich dzieci, którym wojna zabierze rodziców i zostawi zrujnowany kraj. Rosyjska propaganda i indoktrynacja sprawiają, że rozpadają się więzi rodzinne, przyjacielskie i towarzyskie między zdradzonymi Ukraińcami a Rosjanami, trwającymi w zaprzeczeniu i kłamstwie. Deklarowane w Rosji poparcie dla wojny Putina, nawet jeśli wykrzywione w trudnych do weryfikacji sondażach, ujawnia istnienie przepaści cywilizacyjnej. Władca Moskwy może oderwać Ukrainie część terytorium i zmusić do podpisania jakiegoś układu, ale nie jest już w stanie odzyskać Ukraińców.

Nawet jeśli Kijów zostanie zmuszony do ogłoszenia neutralności, jego związki z Zachodem w ciągu ostatnich sześciu tygodni wzmocniły się jak nigdy przez ostatnie 30 lat. Symbolem tego zbliżenia jest teczka z kwestionariuszem akcesyjnym wręczona w Kijowie Wołodymyrowi Zełenskiemu przez przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen zaraz po tym, jak ubrana w kamizelkę kuloodporną na własne oczy widziała rosyjskie zbrodnie w Buczy.

polityka.pl

Operacja rosyjska oblężenia Mariupolu wygląda na papierze jak typowa pacyfikacyjna rosyjska „robota", w której Moskwa chciała wyizolować punkty opory i poszatkować zurbanizowany teren na osobne okrążone ogniska walk. Tyle teorii, a w praktyce waleczność, przygotowanie i wysokie morale obrońców sprawiło, że pomimo okrążenia Mariupol wciąż się broni. Nie udała się rosyjska operacja odizolowania punktów oporu, bo pomimo uderzenia od Zachodu i Wschodu na miasto obrońcy działają ramię w ramię.

Sukces w postaci wzięcia jeńców, którym pochwaliła się rosyjska propaganda był w istocie nieudolnym rosyjskim działaniem, które miało na celu odizolowanie redut, na których bronią się Pułk Azow oraz oddziały 36. Samodzielnej Brygady Piechoty Morskiej. By przerwać pierścień izolacji ukraińska piechota morska przeprowadziła udany szturm, przerwała rosyjskie pozycje i połączyła się z Pułkiem Azow. Rosjanie ściągnęli na pomoc artylerię i wzmogli naloty. Podczas jednego z nich, zaatakowana grupa żołnierzy piechoty morskiej, właśnie dostała się do niewoli. Absolutnym kunsztem żołnierskim wykazują się załogi BTR-ów Pułku Azow, które podejmują walkę z rosyjskimi czołgami, wychodząc często z pojedynków obronną ręką. Obalając przy okazji różne hipotezy teoretyków wojny pancernej.

„Walczyliśmy przez ponad miesiąc bez dostaw uzbrojenia, bez wody, bez jedzenia. Niemalże piliśmy wodę z kałuż, umieraliśmy całymi grupami. Prawie połowa naszej brygady to ranni. Ci, którym nie oderwało ręki lub nogi i mogą chodzić, wracają na pole walki" – czytamy we wpisie opublikowanym na profilu 36. Morskiej.

defence24.pl

środa, 13 kwietnia 2022


Gdy na początku kwietnia Rosjanie wycofywali się z Buczy, Borodianki, Iwankowa, Makarowa i innych miasteczek pod Kijowem, ukraińskie oddziały idące za nimi oglądały przerażające sceny: ciała porozrzucane na ulicach, w piwnicach lub złożone w masowych grobach.

Według rządu ukraińskiego, dziennikarzy międzynarodowych oraz licznych wywiadów z mieszkańcami, różne jednostki rosyjskie stacjonujące w tych miastach albo przypadkowo, albo systematycznie zabijały cywilów. Inni cywile byli okradani, torturowani i gwałceni, jak podają urzędnicy i lokalni mieszkańcy.

Według władz ukraińskich, w samym Hostomlu w czasie okupacji rosyjskiej zaginęło 400 osób. Pozostali mieszkańcy tego osiedla mieli szczęście uniknąć tego losu. Przewijało się przez to miejsce jednocześnie około 500-600 Rosjan, którzy zostawiali jednak cywilów w spokoju.

Mieszkańcy uważają, że przy takiej bliskości linii frontu było zbyt wiele do roboty, by jeszcze terroryzować miejscową ludność. Rosjanie ostrzeliwali pozycje ukraińskie z pobliskiego sosnowego zagajnika i kilku sąsiednich budynków, a w odpowiedzi sami dostawali ogień, po czym wycofywali się do osiedla, by schronić się i odpocząć.

To nie znaczy, że ich okupacja była przyjemna i uporządkowana. Olena zobaczyła ich po raz pierwszy, kiedy wbiegli do jej budynku. Po opaskach na rękach poznała, że to Rosjanie.

Żołnierze natychmiast zaczęli wyważać drzwi do mieszkań na ostatnich piętrach, szukając dogodnych miejsc do zajęcia. Na szczęście większość mieszkańców zdążyła już uciec, a Rosjanie zajęli ich chwilowo opuszczone mieszkania.

Następnie budynki zostały kompletnie zdemolowane, jeszcze przed zniszczeniem przez ostrzał artyleryjski. Aby ukryć swoje wozy bojowe, Rosjanie wjeżdżali nimi wprost do holi, przez drzwi i szyby, niszczyli windy, pokrywając podłogi dywanem chrzęszczących odłamków. Po wtargnięciu do opuszczonych mieszkań żołnierze przeszukiwali je, rzucając resztki dobytku mieszkańców na wielkie, bezładne sterty.

Za wyłamanymi drzwiami w jednym z budynków pokoje wyglądały, jakby przeszedł przez nie huragan. – Wszystkie opuszczone mieszkania zniszczyli. Zas...ali wszystko – mówi Mychajło. – Dosłownie. Na łóżkach i na podłodze. To nie są ludzie. Dla mnie są gorsi niż bestie.

– Rzucali gó…em w ściany, tak jak dzieci rzucają się śnieżkami – potwierdził Wiktor, sąsiad mieszkaniec budynku, w którym mieszka Mychajło. Potwierdzają to dowody. Na środku wejścia do dwóch mieszkań w jednym z budynków leżały plamy czegoś, co wyglądało jak ludzkie odchody.

– Włamali się do 90 proc. mieszkań, obrabowali je, zbezcześcili i zniszczyli – stwierdził Wiktor.

(...)

Mieszkańcy twierdzą, że szerzyły się również grabieże. Inaczej niż w Buczy, która przyciągnęła międzynarodową uwagę po tym, jak pojawiły się opisy rosyjskich okrucieństw, w tym egzekucji, tortur i gwałtów, tu żołnierze nie zabierali niczego pozostałym na miejscu mieszkańcom i kradli raczej z opuszczonych apartamentów.

– Stałem tutaj i widzę, że idzie dwóch żołnierzy, bez broni. Ale mają siekierę. Idę za nimi – opowiada Mychajło przed swoim osiedlem. Poszedł za żołnierzami do sąsiednich domów: – Weszli do budynku i zaczęli niszczyć zamki w drzwiach. Coś mnie skręciło.

Poprosił o rozmowę z oficerem, który warknął: "Czego chcesz?".

– Powiedziałem: "wasza armia to armia szabrowników, wasi żołnierze, wyważają drzwi spokojnych mieszkańców i rabują ich, chodźcie ze mną, pokażę wam" – opowiada Mychajło. – A on mi na to mówi: "szukamy broni".

Mychajło wspomina, jak pod koniec okupacji widział jednego rosyjskiego żołnierza, który przemieszczał się szybko z parą cudzych trampek przewieszonych przez ramię. Inni mieli torby wypełnione rzeczami, których właściciele mieszkań nie zabrali ze sobą.

(...)

Podczas jednej z ostrych wymian artyleryjskich z siłami ukraińskimi, odłamek zabił kobietę siedzącą na zewnątrz. Miejscowi przekonali Rosjan, by pomogli pochować ją na skrawku ziemi w pobliżu osiedla, stawiając nad jej grobem prosty drewniany krzyż.

– Wśród nich było kilku porządnych ludzi – powiedział Mychajło. – Poszedłem z nimi, żeby ją pochować i oni powiedzieli do mnie: "Ojcze, przebacz nam". Odpowiedziałem: "Co mogę wam przebaczyć, jeśli to właśnie robicie?"

Zdecydowana postawa miejscowych zdawała się również dziwić rosyjskich żołnierzy.

– Pytali nas, dlaczego nie chcemy wyjechać – mówi Olena. – Odpowiedzieliśmy: "to jest nasz dom, nasza ziemia, my tu mieszkamy, dlaczego mielibyśmy wyjechać?". Zapytaliśmy ich: "po co tu przyjechaliście?". Na co oni odpowiedzieli: "Żeby was wyzwolić".

Olena skrzywiła się. – Od czego? Bzdura. Bez was żyło nam się bardzo dobrze. Oni naprawdę myśleli, że przywitamy ich kwiatami – powiedziała. Niektórzy żołnierze porównywali życie tutaj z życiem u nich w domu.

– Mówili: "wy żyjecie lepiej niż my" – mówi Maja, sąsiadka z budynku, w którym mieszka Olena.

W miarę upływu czasu morale Rosjan słabło. Mychajło opowiada, że widział, jak jeden młody rosyjski żołnierz płakał. Niektórzy zachowywali się nawet bardziej nerwowo niż cywile, gdy słyszeli strzały, mówi kilku mieszkańców.

– Widziałam to w ich oczach – powiedziała Olena. – Strach i niezrozumienie, co oni tu robią.

Inni wydawali się zadowoleni, że pozbyli się swoich dowódców. Kiedy Mychajło rozmawiał z kilkoma żołnierzami, wspominali, jak ich kolumna została zniszczona i zginęło kilku wysokich rangą oficerów. – Powiedzieli: "bez nich jest nam lepiej" – wspomina Mychajło.

onet.pl

Zgodnie z przekazem ukraińskim w czterdziestej ósmej dobie wojny sytuacja militarna nie uległa zasadniczej zmianie. Na kierunku słobodzkim trwa częściowa blokada i ostrzeliwanie Charkowa (obrońcy mieli odnieść sukcesy na północnym – Dergacze – i wschodnim – Rohań – kierunkach obrony miasta). Pod ostrzałem przeciwnika znalazło się także Barwinkowe, 35 km na południowy zachód od Iziumu (w rejon walk miał zostać skierowany dodatkowy pododdział 1. Armii Pancernej Zachodniego Okręgu Wojskowego). W tymczasowo okupowanej części obwodu charkowskiego Rosjanie mieli również przystąpić do formowania z miejscowej ludności pododdziałów tzw. milicji ludowej.

Na kierunku donieckim obrońcy mieli odeprzeć sześć wrogich ataków. Głównymi rejonami walk w obwodzie ługańskim pozostają obszary wzdłuż linii Popasna–Zołote–Nyżnie oraz Kreminna–Rubiżne–Nowodrużeśk (odpowiednio na południe oraz na północ od ostrzeliwanych Lisiczańska i Siewierodoniecka), a w obwodzie donieckim m. Awdijiwka, Oczeretyne, Marjinka, Stepne i Wuhłedar (na północ i zachód od Doniecka) oraz Mariupol (wciąż mają trwać walki o port i kombinat Azowstal, choć napływa też wiele doniesień o krytycznej sytuacji obrońców miasta). W celu usprawnienia logistyki wróg naprawia most kolejowy w rejonie m. Swatowe w obwodzie ługańskim, 50 km na północ od Siewierodoniecka.

Na kierunku taurydzkim siły rosyjskie wzmogły ostrzał pozycji ukraińskich na południe od Zaporoża (pociski fosforowe miały spaść na wioskę Nowodanyliwka na południe od m. Orichiw, w centralnym miejscu linii obrony). Na kierunku południowobużańskim kolejną dobę trwały walki na pograniczu obwodu chersońskiego z obwodami dniepropetrowskim i mikołajowskim (ostrzeliwane były Mikołajów i Ołeksandriwka). W wyniku uderzeń rakietowych ucierpiały infrastruktura w Mirhorodzie w obwodzie połtawskim oraz linia kolejowa na trasie Szepetówka–Berdyczów (najprawdopodobniej na południe od Cudnowa), która została zablokowana na ponad siedem godzin.

Sztab Generalny Sił Zbrojnych zwraca uwagę na wzmożoną ochronę informacyjną i administracyjno-policyjną przegrupowania i przemieszczania pododdziałów armii rosyjskiej do rejonów ześrodkowania w obwodach graniczących z Ukrainą (w ramach tzw. żółtego stopnia zagrożenia terrorystycznego). Agresor ma kończyć przemieszczanie do obwodów biełgorodzkiego i woroneskiego pododdziałów 41. Armii Ogólnowojskowej (AO) i 90. Dywizji Pancernej z Centralnego Okręgu Wojskowego (OW). Dla wzmocnienia zgrupowania miał także przyspieszyć szkolenie we Wschodnim OW i zgrywanie pododdziałów Rosgwardii. W ramach kierowania do udziału w operacji tzw. ochotników w obwodzie leningradzkim miał zostać sformowany 400-osobowy batalion składający się z żołnierzy z doświadczeniem bojowym. Ma on zasilić jeden z pododdziałów 42. Dywizji Zmechanizowanej z 58. AO Południowego OW. Zdaniem strony ukraińskiej rosyjskie dowództwo ma weryfikować warunki kontraktów, aby zapobiec wypowiadaniu ich przez żołnierzy w przypadku zaangażowania w działania wojenne poza granicami kraju.

Ukraiński Sztab Generalny podkreśla utrzymywanie się zagrożenia związanego z pozostawaniem zgrupowania armii rosyjskiej na północno-wschodnich granicach Ukrainy (na kierunku siewierskim), które ma wiązać siły obrońców i tym samym uniemożliwiać ich wykorzystanie na innych kierunkach. Zwraca także uwagę na utrzymującą się podwyższoną aktywność Sił Zbrojnych Białorusi.

13 kwietnia Biuro Prezydenta poinformowało, że kilkuset żołnierzom 36. Oddzielnej Brygady Morskiej im. kontradmirała Bielinskiego udało się wydostać z centrum Mariupola i połączyć z pułkiem Azow broniącym się w kombinacie Azowstal. Operacja była poprzedzona dramatycznym apelem żołnierzy do władz o pomoc z powodu braku amunicji i prowiantu.

12 kwietnia ewakuowano 2,6 tys. osób z terenów obwodów zaporoskiego (m. Połohy, Wasylówka, Berdiańsk, Melitopol), ługańskiego (Lisiczańsk, Siewierodonieck, Rubiżne, Kreminna, Popasna) i donieckiego (Mariupol). Ewakuacja z miejscowości Berdiańsk, Tokmak i Enerhodar została zablokowana przez Rosjan. 13 kwietnia nie będzie działać żaden korytarz humanitarny. W obwodzie zaporoskim okupanci mieli zablokować autobusy ewakuacyjne, a w obwodzie ługańskim dochodzi do łamania ustaleń o czasowym wstrzymaniu ognia. Koleje Ukraińskie realizują dzisiaj połączenia ewakuacyjne na trasach: Pokrowsk–Czop, ze Lwowa do Żmerynki i Połtawy, ze Słowiańska do Lwowa, z Charkowa do Iwano-Frankiwska, z Nowozołotariwki do Łozowej oraz z Czopu do Dniepru.

Szef ługańskiej administracji wojskowej zwrócił się do mieszkańców z apelem o natychmiastowe opuszczenie obwodu z uwagi na coraz trudniejszą sytuację humanitarną oraz groźbę terroru ze strony żołnierzy rosyjskich. Zwierzchnik kijowskiej administracji wojskowej Ołeksandr Pawluk wezwał do wstrzymania się z powrotami do domu co najmniej do końca maja, bowiem znaczna część miejscowości na terenie obwodu jest zaminowana, wciąż trwają też prace nad przywróceniem dostaw prądu i gazu. Z kolei szef sztabu tamtejszej administracji wojskowej Serhij Kornijczuk przypomniał, że wciąż istnieje groźba bezpośredniego ataku na stolicę.

Władimir Putin odniósł się do oskarżeń o popełnienie przez rosyjskich żołnierzy zbrodni wojennych w Buczy – określił je mianem „fejków” podobnych do zarzutów o użycie broni chemicznej podczas wojny w Syrii. Jego zdaniem „inscenizacja wydarzeń w Buczy” posłużyła Kijowowi jako pretekst do zerwania rozmów pokojowych mimo „stworzenia odpowiednich warunków” przez stronę rosyjską. Z kolei doradca prezydenta Ukrainy i uczestnik rokowań Mychajło Podolak oznajmił, że negocjacje trwają i toczą się w podgrupach tematycznych online, choć Rosjanie starają się wywrzeć na Ukrainie medialną presję w celu zmuszenia jej do przyjęcia niekorzystnych warunków zakończenia konfliktu.

13 kwietnia wizytę w Kijowie składają prezydenci Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. 12 kwietnia Wołodymyr Zełenski wystąpił online przed parlamentem Litwy. Podkreślał, że Wilno od początku było liderem w dziedzinie wsparcia Ukrainy, oraz skrytykował niewystarczające zachodnie sankcje. Z kolei w przemowie przed parlamentem Estonii 13 kwietnia zaapelował o stworzenie przez UE instrumentów presji na Rosję w celu zatrzymania procesu deportacji Ukraińców do tego kraju. Władze odrzuciły natomiast propozycję wizyty w Kijowie prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera – on sam potwierdził, że strona ukraińska uznała jego wizytę za niepożądaną. Ambasador Ukrainy w Berlinie Andrij Melnyk dał do zrozumienia, że ​​stolicę może odwiedzić kanclerz Olaf Scholz.

12 kwietnia zatrzymano Wiktora Medwedczuka, kluczowego prorosyjskiego polityka, jednego z liderów zawieszonej partii Opozycyjna Platforma – Za Życie, który po 24 lutego uciekł z aresztu domowego (przebywał w nim od maja 2021 r., oskarżony m.in. o zdradę stanu). Ujęto go na Zakarpaciu podczas próby ucieczki za granicę w mundurze wojskowym. Zełenski poinformował, że Ukraina jest zainteresowana wymianą Medwedczuka na przetrzymywanych w rosyjskiej niewoli wojskowych, a wiceszef MSZ ocenił, że wcześniej należałoby przeprowadzić w jego sprawie proces sądowy.

Przekaz strony ukraińskiej w coraz większym stopniu koncentruje się na zbrodniach armii agresora przeciwko cywilom. W swoich wystąpieniach prezydent Zełenski odnosi się do okrucieństw i gwałtów, których rosyjscy żołnierzy dopuszczają się wobec kobiet i dzieci. Zapowiedział również, że organy ścigania pracują nad ustaleniem personaliów wszystkich sprawców. Według danych szefa policji obwodu kijowskiego po odzyskaniu regionu przez siły ukraińskie odkryto i zidentyfikowano 720 ciał zabitych cywilów, ponad 200 uznaje się za zaginionych. Z kolei szef Donieckiej Obwodowej Administracji Państwowej podał, że w Mariupolu od początku inwazji mogło zginąć 20–22 tys. osób. Mer Buczy poinformował zaś o odkryciu 403 ciał cywilnych ofiar, z których znaczna część nosi ślady tortur. Ciała odnajduje się zarówno w zbiorowych mogiłach, jak i pojedynczych miejscach pochówku w mieście i na jego obrzeżach. Liczba zamordowanych nie jest ostateczna – wciąż trwają poszukiwania zaginionych i porwanych przez wycofujących się żołnierzy armii rosyjskiej.

Ukraińska ombudsman Ludmyła Denysowa przekazała, że z obwodów donieckiego i ługańskiego deportowano do Rosji ponad 700 tys. cywilów, w tym ponad 130 tys. dzieci. W obwodzie donieckim ma się znajdować obóz filtracyjny, w którym ma przebywać 10 tys. Ukraińców, a w obwodzie penzeńskim w Rosji – cztery obozy, do których mieszkańców okupowanych terytoriów obwodów donieckiego i ługańskiego miano wywozić jeszcze w lutym br., przed rozpoczęciem inwazji. Obecnie do Rosji wywożonych ma być codziennie ok. 20 tys. osób. Ukraińcy przebywają w 35 regionach kraju, ok. 100 tys. miało trafić na Syberię i za koło podbiegunowe. Dane te miała potwierdzić rosyjska ombudsman Tatiana Moskalkowa.

Premier Denys Szmyhal oznajmił, że zakończono sezon grzewczy, po którym w magazynach pozostało 9 mld m3 gazu oraz 1 mln ton węgla. Ogłosił także rozpoczęcie akcji siewnej we wszystkich obwodach Ukrainy z wyjątkiem ługańskiego. Rząd zdecydował o udzieleniu rolnikom preferencyjnych kredytów na kwotę 3,5 mld hrywien (ok. 110 mln euro) oraz o uproszczeniu procedury rejestracji maszyn rolniczych.

Według danych Straży Granicznej RP od 24 lutego z Ukrainy do Polski wjechało 2,7 mln osób, a 12 kwietnia odprawiono prawie 24 tys. ludzi (o 0,2% mniej niż poprzedniego dnia).

Komentarz

Kolejną dobę postępuje ograniczanie informacji z rejonów walk. 13 kwietnia w porannym komunikacie Sztabu Generalnego armii ukraińskiej oględnie wspomina się jedynie o Charkowie i Mariupolu, natomiast o działaniach w innych miejscowościach donoszą wyłącznie źródła lokalne. Po raz pierwszy w relacji medialnej zabrakło wieczornego komunikatu przygotowywanego przez dowództwo operacyjne „Wschód” (na kierunku słobodzkim). Już drugą dobę w oficjalnym przekazie Sztabu Generalnego nie wspomniano też o problemach agresora ze stratami i zabezpieczeniem logistycznym oraz morale i dyscypliną. Po raz pierwszy natomiast pojawił się przykład skutecznego naboru ochotniczego w obwodzie leningradzkim. Należy przyjąć, że ta zmiana ma podkreślać powagę zagrożenia w związku z zapowiadaną od wielu dni wielką bitwą o Donbas i wschód Ukrainy. Nie można również wykluczyć, że poprzedza ona ewentualne informacje o utracie przez obrońców ważnych pozycji.

Brak komunikatów Sztabu Generalnego o walkach w rejonie Iziumu czy dowództwa operacyjnego „Wschód” o odparciu kolejnych ataków, a także lokalne doniesienia o ostrzeliwaniu przez agresora miasta Barwinkowe (według ukraińskich informacji stanowiło ono jeden z celów rosyjskiego natarcia na południe od Iziumu, drugim jest Słowiańsk) pozwalają przyjąć, że najeźdźca osiągnął przynajmniej częściowe powodzenie. W kontekście zapowiadanej bitwy o wschód Ukrainy omawiane wydarzenia – o ile nie dojdzie do powstrzymania wrogich wojsk na nowej linii obrony – mogą być traktowane jako jej początek, gdyż jak dotąd większość zgrupowania agresora pozostaje na terenach graniczących z Ukrainą. Rosjanie uzyskują postępy dzięki wzmacnianiu zaangażowanych już w rejonach walk jednostek pojedynczymi batalionowymi grupami taktycznymi oraz zwiększeniu naboru do tzw. milicji ludowych separatystów.

Władze Ukrainy zdecydowały się na otwarte dyplomatyczne démarche względem prezydenta Niemiec i dały mu do zrozumienia, że jego wizyta w Kijowie jest niepożądana. To tyleż sygnał wysłany Berlinowi, którego wsparcie Ukraina uznaje za dalece niewystarczające, co samemu Steinmeierowi. Od lat strona ukraińska krytykuje go za pobłażliwy stosunek do Rosji, promowanie budowy Nord Streamu 2 oraz firmowaną przez niego tzw. formułę Steinmeiera – niekorzystną, lecz zaakceptowaną przez Kijów w 2019 r. (przewiduje specjalne warunki przeprowadzenia przedterminowych wyborów lokalnych na niekontrolowanych terenach Donbasu). Ponadto daje w ten sposób znać, że dialog z Niemcami woli prowadzić z kanclerzem Olafem Scholzem – najważniejszym decydentem, a przy tym politykiem, który zadeklarował krytyczne stanowisko wobec Moskwy.

osw.waw.pl

wtorek, 12 kwietnia 2022


Ciała kilkudziesięciu ofiar rosyjskich wojsk znaleziono we wsi Buzowa niedaleko Buczy na przedmieściach Kijowa.

Ukraińską telewizję poinformował o tym wójt gminy Dmitriwka Taras Didycz. Według jego słów, zbiorowy grób odkryto na terenie okupowanym przez Rosjan, a w obecności dziennikarzy Reutera odsłonięto ciała dwóch ofiar. Dokładna liczba pogrzebanych w tym miejscu osób nie jest znana.

Samorządowiec poinformował też, że cywile byli zabijani przez Rosjan także na trasie Kijów-Żytomierz. Natrafiono tam na około 10 samochodów z zabitymi podróżnymi w środku.

– W gminie jest 14 wsi, z których część była okupowana. Teraz wracamy do życia, ale podczas okupacji były miejsca, w których zginęło wielu cywilów. To trasa Kijów-Żytomierz, szczególnie pomiędzy wsiami Myła (pol. miła) i Mrija (pol. marzenie), gdzie rozstrzelano około dziesięciu samochodów z ludźmi. Także niedaleko stacji benzynowej w Buzowej znaleźliśmy dół, a w nim zabitych cywilów. Były też przypadki, że ludzie byli rozstrzeliwani podczas wchodzenia [rosyjskich żołnierzy] do mieszkań – powiedział wójt.

Według mieszkańców Dmytriwki, z którymi rozmawiał dziennikarz kanału Nastojaszczeje Wriemia, na drodze zginęło około 50 osób. W jednym z aut znaleziono spalone szczątki dziecka.

Samorządowiec dodał, że jednej ofierze rosyjskich zbrodni udało się uciec.

– Gdy mieszkaniec naszej Dmytriwki jechał, bojowy wóz piechoty ostrzelał jego samochód. Rosjanie strzelali i czekali, aż samochód się zapali. Udało mu się wyczołgać z auta i dostać do ambulatorium, gdzie wyciągnęli mu kulę. Po trzech dniach wrócił do pracy na koparce, żeby przywrócić dostawy wody do wsi – powiedził Taras Didycz.

belsat.eu

Ukraińska urzędniczka rozmawiała z rosyjskimi żołnierzami, którzy dobrowolnie poszli do niewoli. Jeden z jeńców opowiedział jej, jak ich kolumna trafiła w zasadzkę. Po pierwszym wybuchu żołnierze się rozbiegli i ich dowódca – podpułkownik – nie mógł ich potem zebrać. Gdy zobaczył rannego w nogę żołnierza miał go zastrzelić ze słowami: “Ranne konie się dobija”.

Wtedy rozmówca Ludmyły Denisowej zrozumiał, że musi uciec z rosyjskiego oddziału, co zrobił w nocy. Miało to miejsce 25 lutego. 1 marca Rosjanin wszedł do “jakiegoś miasta”, zobaczył ukraińską flagę i poddał się mieszkańcom.

belsat.eu

- Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że reżim Putina zakończy się z powodu tej wojny na Ukrainie - powiedział Kara-Murza serwisowi CNN. - Nie oznacza to, że stanie się to jutro. Dwa główne pytania to czas i cena, a przez cenę nie mam na myśli pieniędzy. Mam na myśli cenę w ludzkiej krwi i ludzkim życiu, a to już jest przerażające. Ale reżim Putina się z tym skończy, a po Putinie będzie demokratyczna Rosja - przytoczyło słowa odważnego polityka wtorkowe wydanie NewsMax.

Kara-Murza, reprezentujący opozycyjną partię, której działalność nie wymyka się na ogół spod kontroli Kremla, już wcześniej miał kłopoty, które można wiązać z niezadowoleniem Władimira Putina z jego postawy. Przeżył poważne zatrucie. Zdarzyło się to dwukrotnie - w 2015 i 2017 roku. Przebadał się później za granicą. Lekarze odkryli w jego organizmie wysokie stężenie metali ciężkich. Zwrócił się do Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej, najwyższego organu dochodzeniowego w Rosji, o wszczęcie postępowania. Do tej pory nie wszczęto śledztwa.

Teraz Władimir Kara-Murza zapytany w wywiadzie, czy obawia się o własne życie, odpowiedział: - Cóż, teraz rozmawiam z tobą z Moskwy. Jestem rosyjskim politykiem, muszę być w mojej ojczyźnie. Największy dar, jaki my, będący w opozycji do reżimu Putina, moglibyśmy dać Kremlowi, to poddać i uciekać. Tylko tego od nas chcą.

Kara-Murza nie zdążył po tej rozmowie dotrzeć do domu, bo niemal przed drzwiami mieszkania został zatrzymany. O tym zdarzeniu poinformował CNN menedżer funduszu hedgingowego i współpracownik Kara-Murzy, Bill Browder. Jak powiedział, polityk jest przetrzymywany w znanym areszcie i nie ma dostępu do prawnika.

wp.pl

Granatniki, pociski przeciwpancerne, a nawet systemy wyrzutni rakietowych konstrukcji brazylijskiej, znajdujące się dotąd na wyposażeniu proirańskich szyickich milicji Haszid Szaabi w Iraku, mają być sprowadzane z Iranu do Rosji drogą morską. Według źródeł "Guardiana" trzy statki towarowe z bronią i sprzętem wojskowym przybyły w ostatnich tygodniach do rosyjskiego Astrachania z irańskiego portu Bandar Anzali nad Morzem Kaspijskim.

"Nie interesuje nas, dokąd trafia ta ciężka broń, ponieważ obecnie jej nie potrzebujemy. Jesteśmy szczęśliwi, jeśli tylko ma to antyamerykański charakter" - powiedział przedstawiciel Haszid Szaabi, cytowany przez brytyjską gazetę. Oprócz udostępnienia kanałów przerzutu broni z Iraku rząd w Teheranie miał też udzielić Moskwie bezpośredniej pomocy militarnej. Według "Guardiana" Iran przekazał Kremlowi zakupione wcześniej rosyjskie systemy przeciwlotnicze S-300, a także podobne systemy Bavar-373 własnej produkcji. Gazeta ocenia, że Rosja została zmuszona do poszukiwania wsparcia m.in. w Iranie z uwagi na skutki zachodnich sankcji gospodarczych, uderzających m.in. w jej przemysł zbrojeniowy.

- Ten typ uzbrojenia (systemy wyrzutni rakietowych) może bardzo pomóc Rosji na polu walki na Ukrainie. Haszid Szaabi kontrolują tereny Iraku przy granicy z Iranem, co znacznie ułatwia przekazywanie broni. Inne kraje, np. Chiny, odnoszą się wyjątkowo ostrożnie do militarnego wspierania Moskwy ze względu na zachodnie sankcje. Iranowi bardzo zależy jednak na tym, żeby Rosja nie przegrała wojny z Ukrainą - ocenił w rozmowie z "Guardianem" Mohaned Hage Ali, ekspert think tanku Carnegie Middle East Center z siedzibą libańskim Bejrucie.

W ocenie analityka rezultat starcia Rosji z Ukrainą ma kluczowe znaczenie dla Teheranu. - Chodzi tutaj zwłaszcza o sytuację w Syrii, ponieważ wspierany przez Iran rząd w Damaszku jest zależny od rosyjskiej pomocy wojskowej. Ponadto Rosja koordynuje działania na Bliskim Wschodzie, starając się nie dopuścić do bezpośredniego konfliktu Iranu z Izraelem - dodał Hage Ali.

dziennik.pl


"Ukraiński sposób prowadzenia wojny to spójna, inteligentna i dobrze przemyślana strategia walki z Rosjanami, skalibrowana tak, by wykorzystać konkretne rosyjskie słabości. Pozwoliła Ukraińcom zachować mobilność, przez niszczenie logistyki pomogła zmusić Rosjan do zajmowania przez długi czas nieruchomych pozycji, naraziła Rosjan na wysokie straty spowodowane wyczerpaniem, a w bitwie pod Kijowem doprowadziła do zwycięstwa, które całkowicie zmieniło końcową polityczną rozgrywkę rosyjskiej inwazji" - pisze O’Brien, będący profesorem studiów strategicznych na Uniwersytecie St. Andrews w Szkocji.

Jego zdaniem ukraiński sposób wojowania ma kilka najważniejszych elementów, wśród których wymienia: rywalizacja o dominację w powietrzu nad obszarem bitwy, niedopuszczenie do przejęcia przez Rosjan kontroli nad miastami, co komplikuje komunikację i logistykę rosyjskiego wojska, pozwolenie siłom rosyjskim na przemieszczanie się w trudnych do wsparcia kolumnach i atakowanie tych kolumn ze wszystkich stron.

Rywalizowanie o dominację w powietrzu to — według O'Briena — "podstawa ukraińskiego sukcesu", ponieważ "pozwala siłom ukraińskim manewrować, jednocześnie irytując siły rosyjskie, obawiające się, że staną się celem ataku".

"Ukraińcy nigdy nie uzyskali przewagi powietrznej, jako że rosyjskie lotnictwo jest zbyt liczne, a siły rosyjskie są dobrze wyposażone w systemy przeciwlotnicze, jednak ukraiński plan utrudnił rosyjskiemu lotnictwu patrolowanie obszarów walki" — podkreśla autor.

Oprócz tego O'Brien zaznacza, że Ukraińcy "zamienili swoje miasta w twierdze", co skomplikowało istotnie rosyjską logistykę i komunikację: "Rosjanie mogą nadal przemieszczać wojska drogami, ale konieczność unikania miast kontrolowanych przez siły ukraińskie zmusza ich wojska do obierania dłuższych i trudniejszych tras".

Następnie według eksperta Ukraińcy pozwolili siłom rosyjskim "rozciągnąć się wzdłuż dróg", co biorąc pod uwagę błotnistą porę, "ograniczyło ich (możliwości) do wąskich utwardzonych dróg i dodatkowo ograniczyło ich zdolność poruszania się".

W dalszej kolejności Ukraińcy przypuścili ataki na długie rosyjskie kolumny, które realizowane były "przez siły powietrzne (najbardziej znane to tureckie drony Bayraktar), siły specjalne, artylerię dalekiego zasięgu, a nawet duże formacje konwencjonalne", a "straty spowodowane ukraińskimi atakami utrudniały rosyjskie próby zgromadzenia wystarczających sił do zaatakowania Kijowa" - opisuje O'Brien.

Chociaż Rosjanie próbowali posuwać się od Sumy, Czernihowa i od strony północnego zachodu, "ukraiński opór sprawił, że nigdy nie zgromadzili wystarczających sił, by otoczyć Kijów, nie mówiąc już o szturmie" - wyjaśnia autor.

Przekonuje on również, że "zamiast bezpośrednio atakować ciężkie rosyjskie formacje czołgów i artylerii, Ukraińcy użyli lekkich, zwrotnych sił, by wykorzystać rosyjskie słabości i odnieść zwycięstwo".

onet.pl

Kanclerz Nehammer spotkał się z Władimirem Putinem bez kamer, a po spotkaniu nie było konferencji prasowej. Szef rządu Austrii w ten sposób uniknął bardzo prawdopodobnych, choć zarazem dość już ogranych i w istocie prymitywnych sztuczek rosyjskiej dyplomacji. Rosjanie od dłuższego czasu seryjnie upokarzają gości, którzy zawsze są tak traktowani, by sprawiali wrażenie naiwnych lub słabych.

Krytyka szefa rządu Austrii wpisuje się w myślenie części polityków europejskich, którzy w ogóle podważają sens rozmów z rosyjskim przywódcą. W takim duchu wypowiedział się kilka dni temu premier RP Mateusz Morawiecki, który zaatakował prezydenta Francji za liczne i bezskuteczne jak dotychczas rozmowy telefoniczne z Władimirem Putinem.

Emmanuel Macron odpowiedział w niezwykle brutalny sposób, nazywając Mateusza Morawieckiego skrajnie prawicowym antysemitą.

Pomijając już co najmniej nieszczęśliwą formę, to nieprawdą jest to, co mówił szef polskiego rządu, iż "ze zbrodniarzami nie należy rozmawiać". Premier wymienił przy tym Hitlera, Stalina oraz Pol-Pota jak przykłady tych dyktatorów, z którymi rzekomo nie negocjowano.

Problem polega na tym, że jest to nieprawda. Z Adolfem Hitlerem Zachód (a do pewnej chwili również i Polska) jak najbardziej negocjował, a ze Stalinem paktowano w Teheranie, Jałcie oraz Poczdamie. Ze Stalinem, niezależnie od tego, że każdy wiedział, że ma do czynienia z psychopatycznym mordercą, rozmawiał też zarówno generał Sikorski, jak i premier Mikołajczyk.

Po konferencji poczdamskiej kontakty ze Stalinem na najwyższym szczeblu co prawda ustały, ale te dyplomatyczne były kontynuowane. W przypadku Adolfa Hitlera negocjacje rzeczywiście w pewnym momencie zakończyły się, ale stało się tak dlatego, że wybuchła wojna światowa i Zachód postawił sobie za cel doprowadzenie do kapitulacji III Rzeszy.

Jeśli chodzi o obecne relacje Zachodu z Rosją, to mamy do czynienia jednak z zimną wojną, a nie wojną w sensie dosłownym.

To, że Rosjanie napadli bez jakiegokolwiek uzasadnienia na demokratyczne państwo i mordują nie tylko ukraińskich żołnierzy, ale również ukraińską ludność cywilną, nie wpływa przy tym na to, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski sam dąży do spotkania z Władimirem Putinem.

Celem ukraińskiej dyplomacji, która chce doprowadzić do spotkania obydwu prezydentów, jest uniemożliwienie Rosjanom podważania ewentualnego porozumienia pokojowego, gdyż publicznie musiałby je zaakceptować Władimir Putin.

Ewentualne spotkanie obu polityków ma też jednak drugi cel. Ukrainie chodzi o to, żeby Moskwa musiała publicznie uznać władze Ukrainy.

W tym świetle tyrady skierowane przeciwko prezydentowi Francji czy też kanclerzowi Austrii są po pierwsze zbyt ostre, a po drugie nie dotyczą kwestii skuteczności. Wydają się być co najmniej nietrafione, a już na pewno niedojrzałe.

Warto pamiętać, że w dyplomacji nie negocjuje się tylko z tym przywódcą państwa, którego zamierza się pokonać w wyniku wojny. Biorąc pod uwagę potencjał nuklearny, nikt zdrowy na umyśle nie planuje pokonać Rosji w wyniku wojny i ani Joe Biden, ani Wołodymyr Zełenski nie myślą o defiladzie zwycięstwa na Placu Czerwonym.

Polityka międzynarodowa polega niestety na tym, że rozmawia się i negocjuje, a czasem, co gorsza, nawet pozuje do zdjęć z wyjątkowo odrażającymi postaciami. To zaś, czy jest to moralne, czy nie mierzy się nie stopniem swojego osobistego obrzydzenia, ale liczbą ludzi, których życie można dzięki temu uratować.

onet.pl