niedziela, 10 kwietnia 2022


Łukasz Maziewski: 1,5 miesiąca temu Rosjanie ruszali do desantu na Hostomel. Od niego zaczęła się wojna w środku Europy, która pochłania tysiące ofiar. Dlaczego zaczęła się ona w tym miejscu i czemu ten atak się nie udał?

Piotr, żołnierz jednej z brygad aeromobilnych: Istnieje przekonanie, że atak na Hostomel to miał być szybki atak dekapitacyjny i ja się z tym zgadzam - przemawia za tym kilka faktów oraz skłonność Rosjan do takich rozwiązań i stawiania świata przed faktami dokonanymi. Tak było z atakiem na pałac prezydencki w Afganistanie czy rajd na lotnisko w Prisztinie. Operacje powietrznodesantowe z założenia angażują różne rodzaje sił zbrojnych. Od lotnictwa przez siły lądowe (wojska pancerne i zmechanizowane, oczywiście aeromobilne, a czasem nawet marynarkę wojenną i wojska specjalne). To jest trudne do zgrania, a zgranie i zaplanowanie w najmniejszym szczególe jest warunkiem sukcesu. To po pierwsze. Ale są także niezmienne czynniki, które decydują o powodzeniu – lub niepowodzeniu – operacji powietrznodesantowych.

Jakie to czynniki?

Wyróżniłbym trzy najważniejsze. Zaskoczenie, przygotowanie informacyjne i rozpoznanie oraz zapewnienie przynajmniej lokalnej przewagi powietrznej. I teraz przejdźmy do Hostomela. Czy Ukraińcy byli zaskoczeni atakiem? W tym samym momencie, gdy w kierunku Hostomela leciał śmigłowcami pierwszy rzut rosyjski, awangarda, której celem było opanowanie lądowiska, ustanowienie przyczółku desantowego, jego ubezpieczenie, ocena stanu pasa oraz usunięcie ewentualnych przeszkód na nim, w mediach społecznościowych pojawiły się nagrania z przelotu z lokalizacją. Trudno mówić o zaskoczeniu, prawda? Ukraińcy wiedzieli, co się szykuje. I przygotowali się.

Dlatego rosyjskie śmigłowce zaczęły spadać?

Prawdopodobnie dwie maszyny spośród ponad 30. To są dopuszczalne straty. I też prawdopodobnie w ramach zasadzki przeciwlotniczej. Ale tu wchodzi inna kwestia. Gdzieś w mediach spotkałem się z określeniem, że Ukraińcy "grają na kodach". Chodzi o sojuszniczy wysiłek NATO w zakresie rozpoznania. Ukraińcy dobrze wiedzieli dzięki temu, co się szykuje. Pamiętasz, jak pojawiła się wiadomość, że z terenu Rosji wystartowały samoloty transportowe Ił-76?

Oczywiście.

Ta informacja błyskawicznie trafiła do mediów. I znowu: o żadnym zaskoczeniu nie mogło być mowy. Tym bardziej, że pierwszy śmigłowiec już walczył na płycie lotniska. Desant nie jest po to, by bohatersko bronić się w zajętym obiekcie. Zasadą jest to, że za desantem muszą iść siły na połączenie, jakiś oddział wydzielony stworzony z jednostek pancernych czy zmechanizowanych, który wesprze lub zluzuje siły desantu aż do podejścia pierwszego rzutu. Desant z założenia walczy tym, co ma na plecach i w zasobnikach indywidualnych. W przypadku desantu spadochronowego ma jeszcze wsparcie tary desantowej, a przynajmniej zasobników towarowych.

Tara?

Dodatkowe wyposażenie, zapasy materiałowe, broń i amunicja, środki opatrunkowe zrzucane w ślad za skoczkami na spadochronach. A w rzucie śmigłowcowym żołnierze mają ze sobą tylko to, co zapakowali do plecaków i upchnęli pod siedziskami w śmigłowcu. I to dokładnie było widać na nagraniach z ataku na Hostomel: wyciąganie w pośpiechu jakichś skrzyń, pakunków spod ławek. Oni mieli ograniczone zasoby i czas na wykonanie zadania taktycznego po desantowaniu odgrywał kluczową rolę. Ale ich lądowanie to była też ważna informacja dla Ukraińców. Wiesz jaka?

Domyślam się, ale wolę, żebyś Ty to powiedział.

Jeśli wylądował desant, to są dwie możliwości. Albo zaraz za nim idą siły lądowe, wspomniany oddział wydzielony, a za nim reszta sił, plus niebawem nad lotniskiem pojawia się drugi rzut: lądujący albo spadochronowy. I tu otwiera się niewielkie okienko czasowe, w którym jedni muszą to zaskoczenie wykorzystać, a drudzy zrobić wszystko, by go zniszczyć. Ale tu wszedł drugi z wymienionych przeze mnie determinantów powodzenia operacji desantowej.

Rozpoznanie sił przeciwnika na obiekcie.

Tak jest. Jeśli wylądował tam, przyjmijmy, niepełny batalion, czyli ok. 300 osób, to musimy założyć, że ktoś optymistycznie ocenił, że tego lotniska będzie broniła nie więcej niż kompania. Bardzo optymistyczne założenie. I tu pojawia się najważniejsze zadanie pierwszego rzutu - rozszerzenie przyczółku desantowego. Tak jak mostu nie broni się na moście i jego przyczółkach, tak jak miasta nie broni się od początku w budynkach miasta, tak samo jest z lotniskiem. Nie broni się go na pasach startowych.

W jakim celu?

Żeby oddalić od pasa startowego, od lądujących samolotów, podstawowe środki rażenia, czyli wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych (tzw. MANPADS), lekkie moździerze czy choćby ciężką broń strzelecką. Lądujący lub będący na prostej do zrzutu samolot transportowy to wielka, ciężka, latająca krowa, wypełniona paliwem i żołnierzami. Można go zestrzelić łatwiej, niż się wydaje. Dlatego zadaniem tych lądujących w pierwszym rzucie było wyjście z płyty lotniska i powiększenie przyczółku, wypychanie obrońców głęboko poza lotnisko. Ale okazało się, że siły atakujących były zbyt małe. Ugrzęźli praktycznie na pasie startowym i okolicznych zabudowaniach. Stracili inicjatywę, element przynajmniej częściowego zaskoczenia, a w dodatku zaczęły się pojawiać kolejne jednostki ukraińskie i - co jest zupełnym kuriozum - ukraińskie samoloty.

I zaskoczenie trafił szlag.

Tak, resztki zaskoczenia. Potem poszły MANPADS-y, pojawiły się, jak wspomniałem, ukraińskie samoloty i było po operacji. Drugi rzut był w drodze na lecących z Rosji samolotach, ale widać ktoś podjął jedyną słuszną decyzję, że kontynuowanie operacji byłoby samobójstwem. Jeśli został opanowany tylko pas i okoliczne budynki, przyczółku nie zabezpieczono, latają wokół rakiety plot i zaczyna się wstrzeliwać artyleria, to jak oczekiwać, że wlecą tam transportowce? Tu się zemściło nonszalanckie podejście Rosjan w pierwszej fazie operacji.

To znaczy?

Weźmy takich Amerykanów. Oni takie operacje przygotowują zupełnie inaczej. Najpierw dokładne rozpoznanie zagrożeń na trasie i w rejonie desantowania, potem obezwładnienie pociskami manewrującymi uderzeniami lotniczymi, rajdy śmigłowców i wojsk specjalnych, niszczenie systemów obrony przeciwlotniczej przeciwnika, radarów. I dopiero wchodziły wojska lądowe. A tu, w uderzeniach na lotniska, porażono wieże kontroli lotów, budynki i stacje paliw. A samoloty spod uderzenia wyszły w zasadzie z minimalnymi stratami, były i są aktywne.

Czyli błędne założenie w sztuce operacyjnej?

Rosjanie założyli widać, że wystarczy nawet nie zniszczenie, ale obezwładnienie lotnictwa wroga. Że po kilku-kilkunastu godzinach, maksymalnie dwóch dniach, dojdzie do zmiany rządu i będzie zupełnie nowa sytuacja polityczna. Mówiąc potocznie: poszli na ura. Przed lądowaniem powinno się wykonać artyleryjskie przygotowanie desantu. W rejonie desantu rozpoznajemy wcześniej środki ogniowe i niszczymy je. Aby zadanie było ułatwione – by iść do przodu, by kolejne rzuty mogły umacniać się i iść dalej. A tu nic takiego nie było. "Mrija", która była na lotnisku w Hostomlu, została zniszczona po dwóch tygodniach.

To na co liczyli Rosjanie? Że wezmą lotnisko z marszu?

Wydaje mi się, że Rosjan rozzuchwaliło niemal bezkrwawe zajęcie Krymu w 2014 r. Ich planiści mogli oczekiwać, że teraz uda się zrobić podobnie, tylko bardziej zuchwale, i zająć strategiczne lotnisko. Bo Hostomel był ważny. Bardzo. Z niego – oczywiście w mojej ocenie – miało pójść uderzenie dekapitujące na Kijów.

Czyli zwykła brawura i głupota dowódców?

Nie traktujmy Rosjan jak głupców. Problem jest, zdaje mi się, gdzie indziej, w tym, co jest normą we wszystkich armiach, czyli im wyżej jesteś w hierarchii, tym bardziej żyjesz obok rzeczywistości i realiów, a przyjmujesz za pewnik obraz stworzony z czyszczonych na każdym szczeblu niewygodnych informacji i meldunków z dołu. Dla udowodnienia jakiejś przyjętej z góry tezy, planu strategicznego czy politycznego usuwano w meldunkach to, co mogłoby ją podważyć. I nagle decydenci, Putin, Szojgu i inni dostają informację: Ukraińcy czekają na wyzwolenie, armia ukraińska nie będzie stawiać oporu, śmiały wręcz bezczelny rajd pod stolicę kraju ich przybije i pozbawi woli walki.

Bo siłą rozpędu weźmiemy?

Tak. I za to WDW (wozduszno-desantnyje wojska – siły powietrznodesantowe) zapłaciło wysoką cenę. Ale też nie mówmy, że poszli do tego zadania nieprzygotowani. Ten sam wariant działań, praktycznie co do samolotu, co do jednego śmigłowca, był ćwiczony na ubiegłorocznym ZAPADZIE. Ćwiczyli zajęcie lotniska, i to w dwóch rzutach, niemal dokładnie tymi samymi siłami. Wtedy drugi rzut dostarczył wozy bojowe, lądując na lotnisku. Wtedy zadziałało, ale realna walka zweryfikowała te plany. Źle oceniono morale Ukraińców, źle oceniono ich siły i zdolność do reakcji. Nie było zaskoczenia i nie zniszczono kluczowych elementów obrony lotniska, ale też i artylerii w głębi, która potem orała desant. Puszczono ich na żywo, na zasadzie "jakoś będzie". Jesteście WDW, jesteście "desantniki", a desant sobie poradzi zawsze i wszędzie. No nie poradził. Zawrócono lecące z Rosji Iły, oni zaczęli się przebijać do swoich sił, manewrować i kombinować, ale cały plan błyskawicznego zajęcia był już wtedy martwy. I zaczęła się improwizacja.

Co to znaczy?

To jest tylko moja ocena - poza kierunkiem południowym i oddziałem wydzielonym siły lądowe miały wjechać i zabezpieczyć teren, a następnie przystąpić do kształtowania nowej putinowskiej wizji Ukrainy. Prezydent ginie lub przynajmniej opuszcza stolice, dokonujemy podmianki władz, a Europa zagłębia się w dyskusjach, kto jest legalnym przedstawicielem Ukraińców, jednak operacja się nie udała i poborowi plus RosGwardia nagle się obudzili na pierwszej linii walk, zamiast zabezpieczać i izolować odosobnione punkty oporu dla WDW i specnazu. A Ukraińcy byli zmotywowani, zdeterminowani, doposażeni, lepiej wyszkoleni i z dobrym rozpoznaniem. Dlatego podkreślam: świadomość operacyjna, którą zapewniało NATO, jest nie do przecenienia. To jest równowartość walczącej kolejnej dywizji. Zresztą Amerykanie sami przyznali, że mają w Kijowie, jak to nazwali, "końcówkę ludzką", czyli zespół, który Ukraińców "ustawiał" informacyjnie.

No i Ukraińcy byli poważnie doposażeni sprzętem.

Oczywiście. Zaryzykowałbym, że w historii żadnego konfliktu nie było takiego nasycenia bronią przeciwpancerną i przeciwlotniczą, jak dziś w Ukrainie. I wybór pory ataku: najgorszej z możliwych, przy zaczynających się roztopach, gdzie ruch wojsk został skanalizowany przede wszystkim do utwardzonych dróg. Ukraińcy, jeżdżący nierzadko na lekkich pojazdach, znając teren, mogą flankować, atakować z boku, urządzać zasadzki, a Rosjanie przeważnie zaskoczeni w ugrupowaniu marszowym mają bardzo ograniczone możliwości rozwinięcia i podjęcia walki. Mogą w zasadzie tylko pozostać w kolumnie i próbować wyjść spod ognia. Bo wyjście poza asfalt kończy się utknięciem w błocie.

Taka kolumna, długa na kilka kilometrów, jechała np. na Kijów. No i nie dojechała.

To też było niezgodne z jakimikolwiek podstawami prowadzenia działań. Pododdziały powinny mieć zabezpieczone alternatywne drogi dotarcia do celu. I nigdy brygada, dywizja nie powinna poruszać się po jednej drodze. Dodatkowo w czasie marszu wysyła się patrole, ubezpiecza z boków tyły, uniemożliwiając przeprowadzenie zasadzek, ale też szuka alternatywnych tras, by nie dopuścić do sytuacji, gdy tworzy się kilkudziesięciokilometrowy korek będący tarczą strzelecką.

Zatrzymało tę kolumnę de facto kilkudziesięciu żołnierzy wojsk specjalnych, wyposażonych w broń przeciwpancerną i drony.

Kto ich zatrzymał, to tak naprawdę nie wiadomo, Ukraińcy pokazują nam to, co uważają, że powinniśmy zobaczyć. Ale tak, drony odgrywają w tym konflikcie ogromną rolę. Już wcześniejsze wojny, w Syrii czy w konflikt armeńsko-azerski, pokazały, że użyteczny dron nie musi być koniecznie wyspecjalizowaną maszyną za miliony dolarów. Ukraińcom, na poziomie taktycznym wystarczają prostsze "latające kamery", które pozwalają operatorom zobaczyć, co jest za górką, za lasem. Mają wykryć zagrożenie, oszacować jego siły, przewidzieć i uprzedzić jego zamiary

Mówisz o poziomie taktycznym. Ale na poziomie strategicznym…

… mają pomoc innych krajów. Do obrazowania satelitarnego, jak sądzę, też mają dostęp.

To porozmawiajmy o wnioskach, jakie wyciągną różne armie Europy i świata z wojny w Ukrainie. Polska armia, mam nadzieję, też.

Po pierwsze i najważniejsze: opłaca się wysokie nasycenie bronią przeciwpancerną. Wyposażony w relatywnie tanią broń przeciwpancerną, dobrze wyszkolony żołnierz jest w stanie walczyć i niszczyć tak drogie i skomplikowane w obsłudze pojazdy jak czołgi, systemy obrony przeciwlotniczej czy nawet – co pokazało nagranie z zestrzelenia jednostki rosyjskiej pociskiem Stugna-P – śmigłowce. Po drugie: przestańmy mówić o "zmierzchu" poszczególnych narzędzi walki czy rodzajów sił zbrojnych. To bzdura. Nie ma "końca piechoty", "końca czołgów", "końca wojsk zmechanizowanych" itp. Wojna w Ukrainie pokazała dobitnie, że w XXI w. w tym do bólu klasycznym konflikcie obok dronów, WRE, pocisków naprowadzanych laserowo, rakiet manewrujących itp. główny ciężar walki wciąż spoczywa na piechocie, a nieocenionym narzędziem walki są czołgi, BWP, transportery opancerzone. I co najważniejsze artyleria nadal jest "królową wojny".

System naczyń połączonych.

Takim system wojsk jest, było i będzie. Jeśli jedna część będzie kulała, to odbije się to na całości działań wojennych. Doskonały przykład tego widzieliśmy w Odessie.

To znaczy?

Część wojsk ukraińskich była szachowana przez stojące na horyzoncie okręty desantowe. Wbrew twierdzeniom niektórych, że jeśli działania odbywają się głównie na lądzie, to środki wydane na okręty są środkami straconymi, widzieliśmy tu zupełnie coś innego. Praktycznie nieuzbrojone okręty poprzez zagrożenie desantem wymuszały utrzymywanie w gotowości i wiązały znaczne siły, które mogłyby być wykorzystane gdzie indziej. Tylko stały. Czyli nie może być tak, że pójdziemy tylko w stronę lotnictwa, tylko w stronę wojsk pancernych, lekkiej piechoty itp., a zaniechamy np. posiadania śmigłowców czy lotnictwa. Po trzecie: okazało się, ile są warte "kółeczka na mapie" i "strefy antydostępowe", rysowane przez różnych teoretyków. Mamy 5. tydzień wojny i przy tak wielkiej, jak mówiono, przewadze rosyjskich systemów przeciwlotniczych czy ich lotnictwa ukraińskie samoloty latają i są w stanie zadawać Rosjanom straty.

Coś jeszcze?

Zmuszenie terenu do walki za nas. Ukraińcy pokazują, jak można przekuć cechy terenu, zawały, planowe zniszczenia i podtopienia w instrument walki.

Wróćmy jeszcze do punktu wyjścia. Czy to, co zdarzyło się w Hostomlu, będzie zmierzchem działania rosyjskiego WDW?

Desant w rosyjskiej armii i szerzej w kulturze i popkulturze zajmuje szczególne miejsce. Powiem tak: nawet jeśli będziesz miał najlepszy, najostrzejszy nóż, a będziesz otwierał nim konserwy, to jeśli go nie złamiesz, to przynajmniej wyszczerbisz. I tu było podobnie. Wizerunek WDW został mocno nadszarpnięty. Tyle że nie w Hostomlu, ale później. To jest właśnie kwestia odpowiedniego użycia odpowiedniego narzędzia. Wysyłanie do zdobywania miast desantu z ich pojazdami, mocno uzbrojonymi, ale wrażliwymi na ostrzał, jest głupotą. To wyzbywanie się najlepszych jednostek w działaniach, do których nie zostali przeznaczeni i nigdy w ten sposób nie powinni zostać użyci. WDW nie znikną, ale długo będą się odbudowywać.

Co masz na myśli?

Jeśli masz niedoinwestowane wojska zmechanizowane, bo pakujesz pieniądze w szkolenie i rozwój desantu, w końcu wizytówki rosyjskiej armii, to zamiast wysłania piechoty zmechanizowanej wysyła się to, czym się dysponuje. A dysponuje się lekko uzbrojonymi jednostkami WDW. Ale etosem, legendą i wizerunkiem nie wygra się z dobrze wyposażonym, zdeterminowanym przeciwnikiem. Siły strategiczne, specnaz, WDW, trochę marynarka wojenna, wysysały najlepszych rekrutów i kontraktorów, a w "zmechu" zostawało najgorsze mięso armatnie, być może zdolne do zaprowadzania "porządku i ruskiego miru", ale nie do walki ze zdeterminowanym przeciwnikiem.

A może desant jest po prostu anachronizmem w dzisiejszych czasach?

Błąd. Desant ewoluuje. Jakie są i były podstawowe zadania tej formacji? Zdobywanie ważnych obiektów w głębi ugrupowania przeciwnika. Ale to było, a przynajmniej zeszło na dalszy plan. Świat dawno poszedł innym tropem. U nich desant coraz bardziej ewoluuje w stronę sił szybkiego reagowania zdolnych do przerzutu w ciągu godzin, w niemal dowolny punkt na świecie, zabezpieczenia interesów państwa czy ochrony jego obywateli. Zobacz, jak funkcjonuje np. 82. dywizja powietrznodesantowa US Army. Mogą zabezpieczać działania ewakuacji personelu niewojskowego, dyplomatów, zapewniać wolność transportu, wprowadzać nowe pododdziały w procesie narastania sił. To jest forpoczta ciężkich pododddziałów. Wchodzą jako pierwsi, zabezpieczają przybycie ciężkich sił, mających przejąć na siebie ciężar walki. Ale też ze względu na zdolność do przeniesienia walki w trzeci wymiar i błyskawicznej reakcji mogą służyć jako odwód i swoista straż pożarna dowódców. Ale również - co niewielu wie - mają zdolność do zaopatrywania odciętych, okrążonych wojsk z powietrza. A Rosjanie poszli inną drogą.

Jaką?

Oni skoncentrowali się na opanowywaniu obiektów w głębi terenu przeciwnika. Poprzez dodanie im wozów BMD zrobiono z nich namiastkę "skrzydlatej" piechoty zmechanizowanej. A "skrzydlata piechota zmechanizowana" to jak świnka morska.

Ani morska, ani świnka.

Dokładnie.

To co zrobią teraz Rosjanie?

Jak to oni – mają zawsze plan B. Może przedstawią działania na północy jako wielką maskirowkę i powiedzą oficjalnie, że sukcesem był "plan B", czyli zdobycie Odessy, Mariupola, połączenie Krymu z częścią lądową Rosji? Wydaje mi się, że potrzebują punktu zwrotnego, jakiegokolwiek sukcesu, po którym nastąpi deeskalacja działań. A później nakręcą kilka filmów o bohaterstwie swoich sołdatów i powstanie nowa legenda.

o2.pl

- Kolejne pytanie to trochę political fiction. Czy wyobraża pan sobie, że Rosja mogłaby porozumieć się z Rumunią i podzielić się Mołdawią?

Rumunia na pewno nie będzie układać się z Rosją, ponieważ Rumuni są w takim samym stopniu rusofobicznym społeczeństwem jak Polacy. Ale takie postulaty na poziomie folkloru politycznego o ustanowieniu twardej granicy na Dniestrze, przyłączeniu Republiki Mołdawii do Rumunii i pozostawieniu Naddniestrza w strefie rosyjskich wpływów już były. Głosili je politycy związani ze skrajną opcją prorosyjską lub skrajną opcją prorumuńską w Mołdawii czy Rumunii. Takie pomysły się pojawiały. Rosja niech bierze lewobrzeże, a Rumunia prawobrzeże.

Takie poglądy były bliskie również pewnej części mołdawskiej, narodowej, prorumuńskiej elity w latach 90., kiedy poważnie rozważano zjednoczenie się z Rumunią. I co ważne, mówiło się o zjednoczeniu bez Naddniestrza.

Gdyby zadała mi pani to pytanie dwa miesiące temu, powiedziałbym, że to zupełna abstrakcja. Teraz te granice możliwości, jak widzimy, przesunęły się. Z tym że Rosja tak łatwo nie odpuści Mołdawii.

- Dlaczego?

Mołdawia nie ma dla Rosji fundamentalnego znaczenia. Co nie znaczy, że nie jest ważna. O wiele większe znaczenie ma Naddniestrze. Poprzez utrzymanie wojsk w tym regionie, Rosja może szachować Ukrainę i Mołdawię, jest też kolejną kartą przetargową w rozmowach z Zachodem.

Rosyjskie elity są w swojej mentalności przywiązane do wizji imperialnych, w których to każda piędź ziemi, która należała do imperium, powinna do niego wrócić albo mieć tę możliwość. I choćby dlatego, że Mołdawia należała do imperium rosyjskiego, później do Związku Radzieckiego, jest częścią tych imperialnych wyobrażeń, marzeń i ambicji tamtejszej elity. Wynika to z przyczyn historyczno-kulturowych. Z przyczyn strategicznych natomiast Mołdawia jest ważna dla Rosji jako wysunięta forpoczta w stronę Rumunii i Bałkanów. W przypadku konfliktu na skalę światową czy europejską Federacji Rosyjskiej bliżej będzie na południowy zachód z jednej strony, a z drugiej strony region ten może pełnić funkcję buforu.

Trzeba zwrócić uwagę, że gdy w 1945 roku Związek Radziecki przejął kontrolę nad tymi ziemiami, to tworząc Mołdawską Socjalistyczną Republikę Radziecką, ulokował wojsko radzieckie na lewym brzegu Dniestru. Również tam został ulokowany cały ciężki przemysł o znaczeniu strategicznym. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że w razie poważnego konfliktu Mołdawia miała być potencjalnym polem bitwy, a granicą do utrzymania miał być Dniestr. Taki może być cel utrzymywania tego kraju w strefie rosyjskich wpływów czy też utrzymywania statusu Mołdawii jako państwa neutralnego, żeby wojska NATO nadal stacjonowały w Rumunii i nie przekraczały granicy rzeki Prut.

Ciężko powiedzieć, czy ma to uzasadnienie strategiczne, wojskowe czy raczej jest to wynik pewnej tradycji myślenia imperialnego. Imperium rosyjskie sięgało do Prutu i tam przebiega granica, która ma być dla Zachodu nieprzekraczalna.

gazeta.pl

Jacek Gądek: - We Francji będzie powtórka z 2017 r., gdy Emmanuel Macron wygrał z Marine Le Pen?

Andrzej Byrt: - Miejmy taką nadzieję.

Pewności nie ma. Różnice między obecnymi wyborami a 2017 r. są bowiem istotne. Kampanię zdominowały dwie sprawy: wojna w Ukrainie i rosnące ceny. Za Macronem [jeden z ostatnich sondaży daje mu 26 proc. - red.] i Le Pen [22 proc.] jest Jean-Luc Mélenchon [17 proc.], a dopiero czwarta jest Valérie Pécresse - z o wiele słabszymi notowaniami niż kandydat Republikanów w 2017 r.

- Z pierwszej trójki tylko jeden Macron nie jest prorosyjski. Nie dziwi to pana?

Faktycznie wszyscy, oprócz Macrona, są prorosyjscy. Także czwarta w stawce kandydatka prawicy, Pécresse, choć z innych powodów i w mniejszym stopniu, ma prorosyjski komponent. Prawicowi Republikanie reprezentują bowiem duży biznes, a ten jest związany interesami z Rosją. Gdy byłem ambasadorem we Francji, kilkukrotnie zapraszały mnie francuskie korporacje, by wpłynąć na przekaz, który słałem do Polski. Chcieli kontynuować prace nad Nord Stream 2 i podejmowali wysiłki, by wschodnia Europa zaakceptowała ten gazociąg.

(...)

- Niemal połowa Francuzów jest gotowych na Le Pen jednak głosować. Czyli są za rozwaleniem UE, za wyjściem ze struktur wojskowych NATO i chcą wspierać Putina. Jakim cudem?

Francuzi nie mają takiego spojrzenia na Rosję jak narody, które Rosja w przeszłości zgnębiła i zajęła ich terytoria. Wynika to z historii. Niektórzy mogą nie przywiązywać do tego wagi czy wręcz się naśmiewać, ale Francuzi wciąż pamiętają przegraną Napoleona pod Moskwą ponad 200 lat temu. We Francuzach pozostało też wspomnienie o tym, jak w 1814 r. ówczesne wojsko rosyjskie - kierowane wówczas przez mówiących po francusku oficerów, arystokratów - maszerowało paryskimi bulwarami, zachowując się w sumie nieagresywnie. Najpiękniejszy most nad Sekwaną imienia cara Aleksandra III łączy dotąd oba brzegi rzeki.

Wielu Francuzów było zafascynowanych zwycięską rewolucją bolszewików ponad 100 lat temu. W 1945 roku zwycięscy Sowieci doszli aż do linii Łaby, a we Francji skutecznie infiltrowali jej klasę polityczną, wspierali silny ruch komunistyczny oraz kolportowali wśród Francuzów sowiecką propagandę. Związek Radziecki rozpadł się w 1991 r., ale wcześniej ZSRR udało się zasiać we Francji słabość do Rosji. Prorosyjskość zdążyła zapuścić we Francji swoje korzenie.

- Teraz jednak wszyscy widzą barbarzyńskość wojny, którą Rosja rozpętała w Ukrainie. To zmienia francuską optykę?

Dramat Ukrainy robi we Francji wielkie wrażenie, choć nieporównywalnie mniejsze niż w Polsce. Francja nie ma w historii swych rodzin dramatycznych wspomnień podobnych do polskich z naszych kontaktów z sowietami czy Rosjanami o postsowieckim nastawieniu.

Teraz mamy obrazy z ukraińskiej Buczy, a wcześniej mieliśmy z syryjskiego Aleppo, gdzie ci sami Rosjanie zrzucali bomby i postępowali bardzo okrutnie. Obrazy wtedy i teraz powinny wstrząsać - zwłaszcza że Syria po I wojnie jako protektorat Francji była istotna dla Francji i jej polityków. Jednak dla większości tzw. zwykłych Francuzów, ale również dla wielu innych nacji też, wśród nich i nas, Polaków, filozofia dnia codziennego jest jednak prostsza: nasza chata z kraja. Mielibyśmy umierać za innych?

- Cena foie gras jest ważniejsza niż życie Ukraińców?

Mówię to z przykrością, ale tak jest, tyle tylko, że tak jest też i wśród wielu innych narodów. Moje liczne rozmowy - w roli ambasadora, ale i teraz, bo mam przyjacielskie stosunki i kontakty biznesowe z Francuzami - to potwierdzają. Jako prezes Międzynarodowych Targów Poznańskich miałem sympatyczne relacje z francuskimi wystawcami. Rozmawialiśmy o sprawach politycznych i gospodarczych. Wniosek był i jest taki: wyrozumiałe spojrzenie na Rosję jest głęboko zakorzenione we francuskiej psychice.

- Mateusz Morawiecki ganił Macrona za zbyt ostrożne podejście do Rosji i za to, że zamiast zwalczać Putina, to ten ciągle do niego dzwoni. Potem prezydent Francji zarzucił Morawieckiemu ingerowanie w kampanię wyborczą i wspieranie Le Pen. Ten polski wątek ma jakieś znaczenie?

Macron był zirytowany i dał temu wyraz. Można przypuszczać, że gdyby Morawiecki był bardziej dyplomatyczny wobec Macrona, to ten by nawet nie reagował. Polski premier jednak wypowiada się w stosunku do Macrona, ale także kanclerza Niemiec Olafa Scholza, w tonie, który jest dyskredytujący dla niego samego. Morawiecki ma w tym własny cel: stara się polskim wyborcom prezentować jako twardy europejski lider w walce o niepodległość Ukrainy. To są wypowiedzi adresowane również do własnego, polskiego elektoratu.

Macron w odpowiedzi sięgnął do Jacquesa Chiraca, który w 2003 r. stwierdził, że Polacy zmarnowali okazję, by siedzieć cicho. W wersji Macrona brzmiało to bardziej kulturalnie, ale poczucie wyższości okazało się być podobne.

- Macron poszedł dalej. Stwierdził, że Morawiecki to „skrajnie prawicowy antysemita, który wyklucza osoby LGBT". Czemu służy aż tak ciężki zarzut?

To, co powiedział prezydent Macron, jest półprawdą. Premier Morawiecki nie jest antysemitą, nie mógłbym znaleźć na to dowodu. Prawdą natomiast jest, że jak wielu innych czołowych polityków PiS ma premier negatywne nastawienie do osób LGBT+. Ciężki zarzut urażonego Macrona był jednak następstwem jego zaskoczenia postawą polskiego premiera, którego rząd niszcząc zasady demokracji w jego własnym kraju, ale domagając się pieniędzy od Unii Europejskiej, udziela poparcia antyeuropejskim politykom zarówno rządzącym, jak Orban, jak i aspirującym do władzy, jak Marine Le Pen, która zmniejszyła w ostatnim czasie dystans do Macrona. Jej zwycięstwo byłoby zapowiedzią wielkiej destabilizacji dotychczasowego funkcjonowania Unii i jej bezpieczeństwa jak również wbrew dobrze pojętym długofalowym interesom Polski.                                                                                                                             
- A po co Macron tak usilnie dzwoni do Putina? On sam tłumaczy, że ma poczucie obowiązku i to przygotowywania przyszłego pokoju.

Ważne są tu trzy rzeczy. Po pierwsze: Macron ma nadzieję, że Putin na przykład zgodzi się na korytarze humanitarne, więc Macron miałby swój sukces, który byłby mu pomocny w kampanii wyborczej.

- Ale to byłoby płaszczenie się przez Putinem. Poza tym Putinowi zależy na wygranej Le Pen.

I dlatego Putin tego sukcesu Macronowi nie zaofiarował.

Ale jest też drugi powód tych telefonów. Otóż związany z komunistami Jean-Luc Mélenchon i skrajnie prawicowa Marine Le Pen mają elektoraty zafascynowane Rosją. Dla tych elektoratów już sam fakt, że Macron dzwoni do Putina, może oznaczać, że poważnie traktuje rosyjskiego prezydenta, a to by służyło obecnemu prezydentowi w ich oczach. Macron by oczywiście powiedział, że wcale go nie ceni, ale skoro Putin jest liderem państwa, to musi z nim rozmawiać. Bez względu na tłumaczenia każda taka rozmowa jest potem omawiana we francuskich mediach.

Zwłaszcza wyborcy Mélenchona - który pewnie nie wejdzie do II tury - mogą te rozmowy interpretować na swój sposób i stwierdzić: "dobrze, ostatecznie w II turze zagłosuję na Macrona, bo on jednak szanuje Putina i z nim rozmawia". Częste rozmowy Macrona z Putinem są bardziej motywowane kampanią wyborczą we Francji niż wiarą w to, że Putin da się przekonać do rozwiązań proponowanych mu przez prezydenta Francji. Macron po prostu pamięta o prorosyjskich wyborcach Mélenchona i Le Pen.

Po trzecie wreszcie Macron chce pokazać, że Francja jest mocarstwem i po cichu wesprzeć francuski biznes, którego wielu przedstawicieli pozostało w Rosji, a prezydent nie chciałby, by padli ofiarą jakichś represji Putina w odpowiedzi na sankcje zachodnich demokracji. Prezydent ubezpiecza tym sposobem swoich.

gazeta.pl

sobota, 9 kwietnia 2022


Jak obecnie prezentuje się sytuacja na Ukrainie?

Z jednej strony dostrzegamy pewne pozytywy, w tym przede wszystkim skuteczną walkę przeciwko siłom rosyjskim. Mam tu na myśli chociażby działania naszych wojsk w obwodach kijowskim i mikołajewskim. Jednocześnie trzeba mieć na uwadze, że w tym momencie nie są to dla Rosjan ich główne kierunku, bowiem ci najprawdopodobniej za priorytet uważają teraz wschód. To tam koncentrują swoje siły. Widzimy również dalsze zainteresowanie Rosjan Mariupolem oraz ciężkie walki w rejonie Izium. Być może Rosjanie próbują połączyć swoje siły idące na południe z obwodu charkowskiego i te idące z południa, z obwodów donieckiego i zaporowskiego, by w ten sposób odciąć siły ukraińskie w obwodach donieckim i ługańskim.

Sytuacja nie jest więc prosta – widzimy gigantyczną skalę zniszczeń. Rosjanie systematycznie niszczą nie tylko infrastrukturę wojskową, ale również cywilną. Odbieram to jako próbę Rosjan przygotowania się do długotrwałej wojny na wyniszczenie. Takie działania mają na celu osłabienie zdolności Ukraińców do jej prowadzenia. Nic nie wskazuje, aby przed nami był łatwy czas.

A nastroje wśród ludzi?

Minął już okres szoku po tym, jak zostaliśmy zaatakowani przez największą armię w Europie...

.... Przez państwo, które prezentowało się jako Wasz przyjaciel i brat!

Od wielu lat większość Ukraińców nie patrzyło na Rosję jako na przyjaciela – na pewno nie od 2014 roku. Prawie w żadnym miejscu, także na wschodzie, nikt nie witał Rosjan chlebem i solą.

A co do nastrojów, to minął nie tylko szok, ale również i euforia, że uda nam się szybko pokonać Rosjan na Ukrainie. Teraz dominuje podejście, które określiłbym mianem realistycznego. Dzielnie walczymy z wrogiem, ale dobrze zdajemy sobie sprawę, że ma on duże rezerwy. Mamy świadomość, że wchodzimy w drugą fazę wojny, a więc we wspomnianą wojnę na wyniszczenie. To problem, bo walki toczą się na naszym terytorium. Oznacza to, że tracimy ludność, domy, szpitale, szkoły, infrastrukturę. Zdajemy sobie sprawę, że walka, która nas czeka, będzie dla nas kosztowna.

(...)

To pytanie, które zadaję wielu ukraińskim ekspertom - dlaczego Rosja napadła was teraz, a nie wcześniej?

Wielokrotnie się nad tym zastanawiałem. Wskazałbym kilka możliwych powodów. Po pierwsze, Putin zakładał, że Zachód jest słaby i nie będzie potrafił jednoznacznie stanąć po stronie Ukrainy. Putin mógł tak myśleć z powodu niedawnej zmiany władzy w Niemczech, podczas gdy w kwietniu wybory prezydenckie będą we Francji. Podobne odczucia mógł mieć względem Bidena i Stanów Zjednoczonych, które przyzwoliły na zakończenie projektu Nord Stream 2. Kreml nie spodziewał się zapewne tak dużych sankcji.

Po drugie, Rosjanie już w przeszłości sięgali po siłę militarną, by przeprowadzić krótką i zwycięską operację. Zapewne zakładali, że armia ukraińska jest bardzo słaba – tak jak w 2014 roku, kiedy niewielkimi siłami potrafili zadawać jednostkom ukraińskim duże straty. Wiemy też, że Rosjanie wydali miliardy dolarów na sieć propagandystów na Ukrainie. Ci przekonywali Kreml, że Ukraińcy wyczekują przybycia armii rosyjskiej i popierają Putina.

Wskazałbym też jeszcze jeden możliwy powód. Od lat czytam wypowiedzi Putina, którego postrzegam jako osobę przykładającą duże znaczenie do symboliki. W 1922 roku powołano Związek Sowiecki. Może dlatego rok 2022 uznał on za symboliczny moment ponownego „zjednoczenia"? Wszak Białoruś jest już prawie pod kontrolą Moskwy. Zabrakło tylko Ukrainy.

defence24.pl

Na Twitterze oraz w rosyjskich mediach branżowych pojawiły się doniesienia o bombardowaniach rzekomych pozycji pułku ochotniczego Azow przy pomocy bomb lotniczych FAB-3000 i bombowców Tu-22M3, będących ostatnimi pozostałymi w służbie SZ FR i zdolnymi do przewożenia tego typu uzbrojenia samolotów. Celem Rosjan był niefunkcjonujący już od końca marca mariupolski kombinat metalurgiczny Azowstal, będący jednym z największych tego typu zakładów w Europie. Funkcjonował od 1930 roku do 20 marca br., z jedyną przerwą w pierwszych latach po inwazji Niemiec na ZSRR w czasie II Wojny Światowej.

Rosyjskie portale "usprawiedliwiając" liczne naloty na kombinat wybudowany za czasów Związku Radzieckiego i rządów Józefa Stalina podały, że na terenie Azowstalu przebywało kilka tysięcy żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy i ochotników z Azowa.

Bomba burząca FAB-3000 M46 jest ciężką bombą zdolną do penetracji konstrukcji betonowych, schronów, umocnień, zapór oraz obiektów przemysłowych, co możliwe jest dzięki ważącemu 1600 kg odlewanemu korpusowi i 1400 kilogramowej głowicy. Stworzone zostały dla bombowców Tu-4, Tu-16, czy Tu-22 (w wersji podstawowej i Tu-22M3). Siły Powietrzne ZSRR wprowadziły te bomby do uzbrojenia w 1946 roku. Osiem lat później pojawił się nowszy, odświeżony wariant. Ostatnie użycie pocisków FAB-3000 odnotowano podczas radzieckiej, dziesięcioletniej wojny w Afganistanie.

defence24.pl

Dziennikarka pytała też biznesmena o to, czy Władimir Putin rozumie sytuację na froncie i czy jest o niej odpowiednio poinformowany. W jego ocenie prezydent Rosji nie chce już otrzymywać odmiennych opinii i złych informacji.

– Według wiarygodnych informacji z kręgów rządowych nie odbywają się już żadne spotkania wojskowo-polityczne i strategiczne ani rady eksperckie. Prezydent nie jest nimi zainteresowany. Takich narad nie ma w ministerstwach i departamentach, bo jeśli nie są one potrzebne pierwszemu szefowi, to nie potrzebują ich inni – odpowiedział.

– Putin nigdy nie był idiotą, a jako agent KGB zawsze interesował się i chciał zrozumieć, co się dzieje. Ale to był poprzedni Putin. Około rok temu zaczął przechodzić zasadniczą przemianę, a teraz sytuacja jest krytyczna (...). Nie chce i najwyraźniej nie otrzymuje złych informacji – uważa oligarcha.

W dalszej części rozmowy Łatynina pytała Niewzlina o stan zdrowia rosyjskiego prezydenta. Ujawnił on, że konsultował się w tej sprawie z izraelskimi lekarzami. – To, co zwykliśmy uważać za efekt botoksu, jest w rzeczywistości długotrwałym działaniem sterydów – zaczął.

– To wiele wyjaśnia. Sterydy to preparaty hormonalne, które są przyjmowane w różnych przypadkach – w onkologii, chorobach autoimmunologicznych i innych. Według lekarzy Władimir Władimirowicz od dawna jest pod wpływem sterydów i może to mieć związek z naturą jego choroby. Może to być choroba onkologiczna i można stosować sterydy w jej leczeniu, aby zapobiec nawrotom – tłumaczył Niewzlin.

Przekazał, że lekarze widzą wpływ leków na zachowanie Putina: zmianę chodu, pogorszenie stanu jego skóry i prawdopodobne problemy psychiczne, które pojawiły się po długotrwałym leczeniu.

– Osoba wystawiona na działanie sterydów popada w agresję. Jest szalenie drażliwy, trudny do opanowania i musi być w bunkrze, ponieważ jego odporność jest żadna. Każda choroba bakteryjna lub wirusowa może szybko doprowadzić do tragicznych konsekwencji. Mówiąc obrazowo, nie może skaleczyć ręki, żeby nie umrzeć z powodu zakażenia krwi itp. W tej wersji życie w bunkrze staje się zrozumiałe – dodał biznesmen.

onet.pl

- Pisał pan w swojej książce: "Przywódcy na Kremlu zwykli orientować się w różnicach między własną retoryką a geopolityczną rzeczywistością. Lecz kiedy taką retorykę powtarzać rok za rokiem, może się ona przeistoczyć w credo, które wypacza analizę i prowadzi do poważnych błędów w ocenie". To diagnoza sprzed ponad dwóch lat i brzmi, zdaje się, jeszcze bardziej aktualnie.

Kreml zapędził Rosję w straszliwy ślepy zaułek. Putin do pewnego momentu potrafił równoważyć dwie tendencje. Z jednej strony był antyzachodni resentyment, odwołujący się m.in. do poczucia wstydu związanego ze spadkiem międzynarodowego znaczenia i prestiżu Moskwy. Z drugiej: istniała jednak pewna otwartość na negocjację z Zachodem i współistnienie.

Tę otwartość porzucano – z kolei Rosji wracało, podlewane paliwami, poczucie siły. To, co teraz widzimy, to już wojujący nacjonalizm. Wielu Rosjan było nań podatnych już w latach 90., ale teraz to jest oficjalna ideologia.

- W latach 90. Aleksander Janow pisał, że zapowiadał, że era Jelcyna to tylko demokratyczny epizod w historii Rosji i że następny etap będzie faszystowski. Szukał analogii między poradziecką Rosją a przedwojennymi Niemcami. Co pan sądzi o tym "kompleksie weimarskim"?

Paralele są. Rosja przegrała wojnę – zimną wojnę, ale jednak. Przeszła też przez długotrwały kryzys ekonomiczny. Demokracja w oczach Rosjan się skompromitowała, bo kojarzy im się głównie z ostentacyjnym bogaceniem się oligarchów i korupcją. To sprzyjało tęsknocie za stabilnością, opieką społeczną, na której można polegać, no i oczywiście – za "silnym człowiekiem".

Te wszystkie czynniki zniosły bariery dla narastającego despotyzmu, który dziś już dominuje. Rosyjskie lata 90. były jego kolebką. Zbyt wielu Rosjan uginało się wówczas pod ciężarem zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, by się temu aktywnie przeciwstawiać.

Jeśli chcemy zrozumieć siłę, która pcha rosyjską politykę, musimy dostrzegać olbrzymi resentyment, który pozostał Rosjanom po tamtej dekadzie. Upadek Rosji jako globalnej potęgi, utrata imperialnej dominacji i międzynarodowego prestiżu – to było dla nich niezwykle dotkliwe. Putin i jego kleptokraci wyczuwają to i wykorzystują. To jest newralgiczny punkt politycznego status quo w Rosji. "Weimarskie" analogie rzeczywiście pozwalają nam coś z tego wszystkiego zrozumieć.

- Media na początku wojny poświęcały sporo czasu i miejsca emocjom Putina, a w domyśle: kwestii jego psychicznej stabilności. Widział pan jego przemówienia z tego czasu – czy zniecierpliwienie, gniew, wrogość granicząca z nienawiścią do Ukrainy i Ukraińców to jego prawdziwe uczucia, których wreszcie nie musi skrywać, czy część gry?

Ależ on po prostu jest gniewny i wybuchowy, zawsze był! Ilekroć sądził, że jego polityczne interesy czy doktrynalne zobowiązania są zagrożone, tracił cierpliwość. Pierwszym z zachodnich przywódców, który tego doświadczył na własnej skórze, był premier Tony Blair i to było bardzo niedługo po dojściu Putina do władzy.

Wybuchy gniewu to jeden z głównych składników tej osobowości, w czym udział miało wychowanie i szkolenie w KGB. Putin może ten gniew "podkręcać", ale sama emocja jest prawdziwa. Leki nie zmieniłyby jego sposobu myślenia – w tym sensie nie jest chory psychicznie. Ale wykazuje cechy zaburzeń osobowości, co sprawia, że jest niebezpieczną polityczną bestią.

Nie powinniśmy rzecz jasna zapominać, że jest też wytrawnym aktorem. Wie, jak manipulować osobami, z którymi ma do czynienia. Pod spodem tkwi jednak prawdziwa antyzachodnia obsesja. Jest nią przesycony. Pamiętam go jako bardziej zrównoważonego – zarówno w analizach geopolitycznych, jak i w bezpośrednich kontaktach. Wykonywał pojednawcze gesty wspólnie z Bushem, podpatrywał też sprawność komunikacyjną Blaira. Nic po tym nie zostało. Jest tylko to, co nazywam "doktryną kanalii".

(...)

- Rosja to kraj rządzony przez byłych i obecnych ludzi służb, one są w pewnym sensie szkieletem systemu władzy. Ale reżim o takiej charakterystyce okazał się ślepy i głuchy, gdy przyszło do planowania inwazji na Ukrainę. Jak to wytłumaczyć?

Każda władza musi zdobywać i wykorzystywać wiarygodne informacje – różnymi kanałami. Problem reżimów autorytarnych polega na tym, że takie kanały stają się niedrożne. Z dzisiejszą Rosją jest tak samo. Dopiero co słyszeliśmy doniesienia, że Putin umieścił w areszcie domowym szefa wywiadu zagranicznego FSB, właśnie dlatego, że dostawał stamtąd zupełnie fałszywe raporty na temat sytuacji w Ukrainie przed wojną.

Wielkie Kłamstwo ma to do siebie, że jego ofiarą padają nie tylko ci, których Wielki Kłamca chce zwodzić – ostatecznie zwodzi on również samego siebie. Podwładni Putina wiedzieli przecież, że on szczerze wierzy w te wszystkie rzeczy: że Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród spleciony wzajemną miłością, że jego misją jest wyzwolić Ukrainę itp. Putin dostawał więc głównie tę muzykę, która była miła dla jego uszu.

Tak czy inaczej ten sposób myślenia na temat Ukrainy i Ukraińców dotyczy nie tylko Putina – jest bardzo powszechny w jego administracji. Nie powinniśmy tego lekceważyć.

- Możemy w ogóle szacować realny poziom poparcia Rosjan dla Putina i kremlowskiej elity? Czy raczej cały czas to jest równanie z wieloma niewiadomymi?

Nie przeczę, że to poparcie jest znaczące – to wynika z aktualnych sondaży. Napisałem w książce sporo o tym, jak Putin potrafi mobilizować poparcie poprzez wygrywanie tradycyjnych melodii na temat Rosji jako ofiary czy jako państwa wielkiego, a zarazem osobnego. To współbrzmi z myśleniem sporej części Rosjan, choć zarazem Putin rozwinął to do takiego poziomu, którego wielu z nich nie było w stanie sobie jakiś czas temu wyobrazić.

Weźmy tę opowieść o Ukrainie rządzonej przez nazistów – jest kompletnie fałszywa, ale trafia na podatny grunt z uwagi na wszystko to, co Rosjanie wiedzą i myślą o II wojnie światowej. To jest właśnie jedna z takich tradycyjnych melodii. Putin wie, jak w te tony uderzać.

Ta propaganda wydaje się tak czy inaczej nie tylko wulgarna, ale i wewnętrznie niespójna.

Jest prostacka, ale działa. Natomiast nie znaczy to, że to jej działanie i obecne poparcie dla Putina musi być długotrwałe. Sondaże nie mówią nam wszystkiego, co chcielibyśmy wiedzieć. A ludzie zajmujący się naukowo polityką często nie doceniają znaczenia czynników, których nie da się zmierzyć.

Popularność Putina jest ściśle związana z jego wizerunkiem jako przywódcy sukcesu. Ta aureola będzie słabnąć w miarę jak do większej liczby Rosjan zacznie docierać pełniejszy obraz klęsk oraz horrorów tej wojny. Szkoda, którą Rosja sama sobie wyrządziła, stanie się dla samych jej obywateli bardziej widoczna i dotkliwa. A to z kolei będzie oznaczać, że władza Putina stanie się mniej stabilna.

(...)

- Skoro mowa o rysach – pisał pan również o "odnowionym potencjale" rosyjskich sił zbrojnych. Ich modernizacja, a także pozowanie w roli naczelnego wodza to była istotna część wizerunku Putina. Czy wojna w Ukrainie nie ukazuje przypadkiem tej rzekomo nowoczesnej armii jako czegoś w rodzaju wioski potiomkinowskiej?

Nie powinniśmy nie doceniać potencjału dalszego rozszerzenia działań wojennych – jesteśmy dopiero na wczesnym etapie tej wojny i to, co gorsze, może dopiero nadejść. Rosjanie mogliby zrównać z ziemią więcej miast, gdyby tylko rozkazano im używać potężniejszej broni. Putin nie może sobie pozwolić na porażkę w tej wojnie. NATO to wiedziało i wie – stąd też zresztą biorą się trudności paktu w planowaniu właściwych odpowiedzi.

- Mówiąc o pozorze modernizacji miałem też na myśli lekcje z przeszłych wojen. Rosjanie poszli na tę wojnę i prowadzą ją tak, jakby zapomnieli o Afganistanie czy Czeczenii.

Prawdą jest, że spodziewali się innego powitania na Ukrainie i prawdą jest, że nie docenili narodowej determinacji Ukraińców – tylko ją wzmogli. Ale co do lekcji np. z Czeczenii: proszę pamiętać, że rosyjscy przywódcy uważają tamtą wojnę za sukces! A przecież w jej trakcie zrównali Grozny z ziemią, by potem pompować pieniądze w odbudowę prowadzoną rękami miejscowego satrapy. Rosyjscy przywódcy wyobrażali sobie, że można by zrobić to samo w Ukrainie.

Ale oczywiście Putin niektórych lekcji z przeszłości nie odrobił – i to jest właśnie jedno z nieszczęść dogmatyka, który wpada w koleiny własnej doktryny. Uważam ją za nierozsądną jeszcze z jednego powodu, o którym nieco więcej napisałem w książce. Próbowałem przy tym oddalić nieco tę dyskusję od jej euroatlantyckiego kontekstu, a podkreślić znaczenie czynnika chińskiego.

Otóż Putin pozostawił sobie drogę tylko do długoterminowego sojuszu z Chinami. Ciasne objęcia Pekinu to nie jest dobre położenie dla władcy Rosji, który zamierza grać w imię obrony narodowego interesu. Stalin czy Chruszczow tego błędu nie popełnili – a Putin tego zadania domowego z historii nie odrobił, a przynajmniej nic na to nie wskazuje.

(...)

- Czy Rosja może na tej wojnie coś wygrać?

Może zapobiec wstąpieniu Ukrainy do NATO – ale jeśli tylko Ukraina przetrwa jako niepodległe państwo, Kijów utrzyma swoje siły zbrojne. "Demilitaryzacja" jest więc celem nie do zrealizowania.

Niepodległa Ukraina z pewnością będzie chciała umocnić swoją europejską orientację. Niezależnie od tego, jak się skończy ta wojna w sensie terytorialnym, bo to nadal kwestia otwarta, Ukraińcy będą trwale nienawidzić każdej władzy w Moskwie. I wyborcy, i politycy będą jeszcze mocniej zwracać się ku Zachodowi. I to jest coś dokładnie odwrotnego niż Putin chciał osiągnąć.

onet.pl

– Jak wytłumaczyć umocnienie się rubla w stosunku do okresu przedwojennego?

[Paweł Usanow] – Trzeba zrozumieć, że mamy do czynienia z dwoma różnymi rodzajami gospodarki – sprzed 24 lutego i później. Bo potem zarówno import, jak i wyjazdy za granicę stanęły pod znakiem zapytania. Wiemy, że dostawy do Rosji są znacznie ograniczane, co oznacza, że popyt na dolary w tych warunkach spada. Oznacza to, że nasze firmy potrzebują mniej waluty, aby kupować zachodnie produkty.

Jednocześnie obecnie pieniądze z eksportu nadal napływają – ropa i gaz nadal są sprzedawane za granicą, dlatego dociera strumień waluty. Nadal obowiązuje tu prawo podaży i popytu, choć w zniekształconej wersji. Import spadł, podczas gdy eksport pozostał mniej więcej na tym samym poziomie. Jednocześnie wzrosły ceny ropy. Ponadto prawie nikt ostatnio nie wyjeżdża za granicę. Oznacza to, że popyt na dolary i euro znacząco spadł w tym miesiącu. Dlatego presja na walutę chwilowo zmalała.

– Czy to oznacza, że kurs rubla się ustabilizował?

– Nie trzeba mieć teraz specjalnych złudzeń, bo jest to efekt krótkotrwały, związany ze szczególną sytuacją. Zachodni producenci nie mogą tak szybko opuścić rosyjskiego rynku. A decyzje o ograniczeniu eksportu z Rosji nie zapadają tak szybko, np. te dotycząc zakupu rosyjskiego gazu w Europie. Negocjacje wciąż trwają, a podjęte decyzje zostaną wdrożone później.

– Ale najważniejszy dla zrozumienia sytuacji jest fakt, że gospodarka wojenna jest bliższa planowej, mimo że formalnie wygląda jak rynkowa.

– Nie zapominajmy, że oficjalny kurs dolara w ZSRR znacznie różnił się od hipotetycznego kursu rynkowego. To samo dotyczy teraz oficjalnego kursu wymiany. To, że dolar oficjalnie spada, nie oznacza, że transakcje są dokonywane po tym kursie. Na przykład to może znaczyć, że kurs jest znacznie wyższy na czarnym rynku. Np. biznesmen Dmitrij Potapenko uważa, że realny kurs wymiany wynosi teraz 105 rubli za dolara, a nie ten, który widzimy oficjalnie.

– Co oznacza wzmocnienie rubla?

– Wiemy, że po rozpoczęciu „operacji specjalnej” Bank Centralny znacznie ograniczył możliwości transakcji walutowych. A zatem nie jest to pełnoprawny rynek, a cena na nim niewiele odzwierciedla. Wyobraźmy sobie mistrzostwa świata lub Europy w piłce nożnej. W wyniku pewnych decyzji najsilniejsi gracze nie mogą rywalizować. Pozostają tylko słabi. W związku z tym, jeśli słaba drużyna wygra te mistrzostwa, nie oznacza to, że stała się znacznie lepsza w grze.

Mniej więcej taka sama sytuacja ma miejsce z rublem. Oznacza to, że najwyraźniej staje się silniejszy tylko dlatego, że nie odgrywa już roli, jaką odgrywał do niedawna. Była częścią cywilizowanego świata, a teraz stała się niezrozumiałą toksyczną walutą.

Jednocześnie taka paradoksalna sytuacja sugeruje, że idziemy w stronę gospodarki, która pod pewnym względem była w Związku Sowieckim. W tej chwili nie znamy dokładnej formy. Ale kurs nie odzwierciedla tego, co odzwierciedlał wcześniej.

– Czyli w rzeczywistości kurs rubla nie ma teraz znaczenia?

– Jeśli kurs nie jest kształtowany przez rynek, ale przez Bank Centralny, to ten ostatni może zrobić to, co zechce. Zamyka transakcje walutowe i mówi, że przypuśćmy jeden rubel równia się jednemu dolarowi. A może tak zrobić i ustalić taki kurs, nie dawać zgody na żadne operacje eksportowo-importowe i w ten sposób nastąpi „wzmocnienie”. Tylko to będzie narzucone odgórnie. To jak z termometrem, który wyciągasz spod pachy i kładziesz kaloryfer lub do lodówki. Można go przenieść w dowolne miejsce, ale ta temperatura nie będzie odzwierciedlać faktycznego stanu twojego ciała.

– Co dalej stanie się z rosyjską gospodarką?

– Nie jestem Nostradamusem. Ale bądźmy realistami: kto miesiąc temu przewidział, co stanie się dzisiaj na rynku walutowym? Wielu mówiło, że dolar będzie kosztował trochę poniżej 200 rubli. Byli zbyt pesymistyczni. Ekonomiści jednak wiedzieli, że kurs tak naprawdę nie odpowiada rynkowi. Wszyscy rozumieli, co robi Bank Centralny, ale nadal twierdzili, że waluta będzie kosztować znacznie więcej. Nawet prezydent USA Joe Biden powiedział, że kurs wymiany wynosi 200 rubli za dolara.

Gospodarka jest bardziej złożona, niż sądzą nawet ekonomiści. Wszystkie te określenia „upadek gospodarki”, „zniszczenie gospodarki” sugerują, że działa jak jakaś gigantyczna maszyna. A tak nie jest – z kimś zawierane są umowy długoterminowe, z kimś nie. Pojawiają się nowe rozwiązania. Nie wszystko jest ułożone tak, jak zapisano w kodeksie. Życie rządzi się własnymi prawami. Dlatego, gdy wysocy urzędnicy coś mówią, warto pamiętać, że w praktyce, na dole, wszystko przybiera zupełnie inne formy. Niektóre zachodnie firmy naprawdę opuszczają rynek rosyjski np. McDonald’s, a inne: Burger King czy Carl’s Jr, a ten ostatni zaczęła nawet otwierać nowe restauracje.

Jeśli chcesz uprawiać nie w propagandę, ale analizę, musisz zrozumieć, że bagno nie może się zawalić. To zdanie powtarza się od ośmiu lat. Rosyjska gospodarka cały czas gdzieś pełzła. Dlatego trudno będzie jej całkowicie spaść do zera. To nie jest góra, by upaść. Ona po prostu się nie rozwija, stoi w miejscu, dochody spadają. I to wszystko będzie się działo nadal. Ale ludzie żyją i próbują wymyślić, jak przetrwać.

Najtrudniejsza sytuacja dotyczy nie tych, którzy żyją pod sankcjami, a tych, którzy żyją w warunkach wojny. Tam niszczone są prawdziwe fabryki i domy. Trudno to będzie przywrócić. Zniszczenia terytoriów, na których toczą się działania wojenne, nie są porównywalne ze stratami wynikającymi z sankcji. To inna historia.

belsat.eu

Od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę w przestrzeni medialnej i politycznej co pewien czas wybucha histeryczne polowanie na „świętego Graala”. Na złoty patent na łatwe i najlepiej bezkosztowe zatrzymanie Władimira Putina, pokonanie Rosji. Świętym Graalem miały być sankcje związane ze SWIFTEm, przyłączenie się Niemiec do sankcji, embargo na węgiel, gaz i ropę, sankcje personalne na tego, czy innego oligarchę, wycofanie się tej, czy innej firmy z rosyjskiego rynku. USA, UE i inne państwa stopniowo wprowadzały i nadal wprowadzają kolejne sankcje i gospodarcze uderzenia w Rosję.

Mimo to, równolegle zachodnie społeczeństwa (w tym oczywiście polskie) wybuchają co chwilę pełnym rozpaczy zniecierpliwieniem, że sankcje nie obaliły jeszcze Putina, że są pewnie za słabe. To jakiś rodzaj niezrozumiałego masochizmu europejskich elit i społeczeństw oraz samobiczowania się urojoną niemocą. Urojoną, bo tak naprawdę sankcje już dają efekty, a będą przynosiły coraz poważniejsze skutki. Tylko nie szybko, nie od razu. Ważne, by były wprowadzane konsekwentnie i bez luk dających możliwość ich obchodzenia przez rosyjski biznes i władze. Nie zawsze tak jest. O ile nie brakuje woli politycznej (choć z tym w poszczególnych państwach również różnie bywa), to realia prowadzenia biznesu są już inne i są takie koncerny, które w obłożonej sankcjami Rosji wciąż widzą szansę na zarabianie pieniędzy.

(...)

Ucieczka wielu koncernów z Rosji jest jednak faktem. Krótkoterminowo ograniczy zyski budżetu i wpłynie np. na skok bezrobocia, zwłaszcza w dużych miastach. Istotne będzie wiele złożonych i mało nagłaśnianych medialnie działań. Np. decyzja brytyjskich firm ubezpieczających statki. Wprowadziły one drastyczną podwyżkę ubezpieczeń dla statków wpływających na rosyjskie wody, uznając te akweny za strefę wojny. Brytyjscy ubezpieczyciele kontrolują wg. różnych ocen nawet 1/3 światowego rynku ubezpieczeń morskich i na pewno wpłyną na wzrost kosztów transportu i handlu z Rosją.

Długofalowo Rosja zacznie cierpieć nie tylko z powodu braku pieniędzy. Na utrzymanie armii i państwa środki się znajdą, choć będą ograniczone. Kłopotem zacznie być po kilku miesiącach brak technologii, obsługi i serwisu sprzętu, gwarancji oraz wsparcia technicznego i finansowego. To scenariusz izolacji Rosji. A także wewnętrznych kłopotów ekonomicznych. Np. mogą pojawić się trudności w finansowaniu biednych i zapóźnionych gospodarczo regionów Rosji, jak Dagestan, Tuwa, i cały szereg etnicznych republik. To zaś grozi w perspektywie tarciami wewnętrznymi w Federacji Rosyjskiej.

I to mimo, że wskaźniki makroekonomiczne dają podstawy do chwilowego optymizmu. Np. kurs dolara spadł do 79 rubli, inflacja zmniejsza tempo. Dziś rosyjski bank centralny obniżył stopy procentowe z 20 proc. do 17, uzasadniając to niewielkim optymizmem i oceną, że wprowadzenie kontroli rynków kapitałowych przyniosło rezultaty. Chodzi m.in. o wprowadzony po początku wojny zakaz sprzedaży waluty w Rosji. Być może rosyjskim władzom uda się wykorzystywać jakiś czas rezerwy i coraz bardziej przymykające się okno możliwości i wykorzystywać luki w systemie sankcji i relacje gospodarcze z państwami, które do sankcji nie dołączają (jak Chiny, Indie, Brazylia, częściowo Turcja i kraje arabskie). Jednak izolacja Rosji od rozwiniętych rynków będzie postępować. Każda kolejna ujawniana masakra w ukraińskich miastach powoduje, że biznes w Rosji staje się napiętnowany, a zarabiane tam krwawe ruble godne potępienia.

belsat.eu

W opublikowanym kwartalnym raporcie firma poinformowała, że „powiązane z rządami Rosji i Białorusi podmioty zaangażowane były w cyberszpiegostwo i operacje wywierania ukrytego wpływu online”.

Działalność ta obejmowała przede wszystkim zagadnienia związane ukraińskim przemysłem telekomunikacyjnym, światowym i ukraińskim sektorem obronnym i energetycznym; platformami technologicznymi; oraz dziennikarzami i działaczami na Ukrainie, w Rosji i za granicą.

Operacje te nasiliły się na krótko przed rosyjską inwazją – podaje Meta. Wykryto i usunięta m.in. skoordynowaną akcję powiązaną z białoruskim KGB, której konta i profile zaczęły publikować w języku polskim i angielskim informacje o poddaniu się wojsk ukraińskich bez walki i ucieczce przywódców państwowych z kraju 24 lutego, czyli w dniu rozpoczęcia wojny przez Rosję.

Wcześniej ten sam podmiot związany z KGB „skupiał się przede wszystkim na oskarżaniu Polski o złe traktowanie migrantów z Bliskiego Wschodu” – czytamy w raporcie.

Ponownie 14 marca fałszywe konto związane z białoruskimi służbami bezpieczeństwa stworzyło w Warszawie wydarzenie nawołujące do protestowania przeciwko polskiemu rządowi. Konto i wydarzenie usunęliśmy tego samego dnia – podaje Meta.

belsat.eu wg PAP

Panie burmistrzu, jak wygląda sytuacja w mieście?

Anatolij Fedoruk: Już czwarty dzień z rzędu specjaliści zajmują się tropieniem sabotażystów i usuwaniem min. Przedsiębiorstwa komunalne przywracają stopniowo infrastrukturę, w szczególności dostawy energii elektrycznej, gazu i wody. Są też kwestie humanitarne, którymi się zajmujemy. Zorganizowaliśmy dostawy żywności, leków, środków higienicznych i paszy dla zwierząt. Ponieważ nie ma gazu ani elektryczności, zakupiliśmy tysiąc butli gazowych oraz kuchenek gazowych i stworzyliśmy lokalne miejsca, w których ludzie mogą przygotowywać posiłki. Kuchenki gazowe i butle gazowe wydajemy tam, gdzie są większe skupiska ludzi. Wyznaczyliśmy też osoby odpowiedzialne za zaplecze kuchenne.

Ile osób mieszkało w gminie przed wojną, zwłaszcza w miejscowości Bucza, a ile mieszka tam obecnie?

− Bucza liczyła 50 tys. mieszkańców. W gminie, obejmującej okoliczne wioski, mieszkało 67 tys. osób. Obecnie w Buczy mieszka 3,7 tys. osób, ale ich liczba powoli rośnie, ponieważ powracają pracownicy służb ratowniczych, by zadbać o ważną dla regionu infrastrukturę. W pozostałych miejscowościach gminy liczba mieszkańców zmniejszyła się o 30 procent. Wczoraj byłem w Sdwyszywce. Tam z 1780 mieszkańców wsi pozostało 760. Rosyjscy okupanci zastrzelili, niestety, sześciu cywilów. Wioski na północy obwodu kijowskiego zostały zajęte już pierwszego lub drugiego dnia wojny i mieszkańcy nie mieli możliwości ucieczki. Ludzie jednak wspierali się wzajemnie, rozdawali żywność, lekarstwa i w ten sposób przetrwali okupację.

Czy znana jest już dokładna liczba zabitych w Buczy i w całej gminie?

− Dotychczas naliczono 320 osób cywilnych. Eksperci, kryminolodzy i śledczy badają obecnie ofiary, ale liczba znalezionych ciał rośnie z dnia na dzień. Znajdowane są one na prywatnych posesjach, w parkach i w miejscach, gdzie w przerwach w ostrzale można było zakopać ciała. Ludzie chcieli je zakopać, aby ciała nie zostały rozszarpane przez psy. Codziennie znajdujemy kolejne prowizoryczne mogiły w wioskach naszej gminy.

Czy ludzie zginęli w wyniku strzelaniny, czy ostrzału artyleryjskiego?

− Prawie 90 proc. ma rany postrzałowe, czyli nie ma ran od odłamków.

Przerażające obrazy masowych grobów wstrząsają światem. Ile takich grobów znaleziono w Buczy?

− W Buczy odkryto trzy: na terenie przedsiębiorstwa zaopatrzenia rolnictwa, gdzie rosyjscy okupanci ułożyli ciała ludzi ze związanymi rękami jak drewno na opał, następnie na ulicach Wokzalnej i Jabłońskiej oraz w domu wypoczynkowym dla dzieci, gdzie również znaleziono ciała ze związanymi rękami i ranami postrzałowymi.

Czy był Pan w mieście w czasie okupacji? Czy był Pan świadkiem strzelania do cywilów?

− Zarówno przed okupacją, jak i w czasie jej trwania byłem na terenie gminy. Osobiście byłem świadkiem trzech przypadków w jednym miejscu. Zatrzymałem się akurat w prywatnym domu, w którego pobliżu doszło do strzelaniny. To było na ulicy Lecha Kaczyńskiego, gdzie znajdował się punkt kontrolny rosyjskich okupantów i oni po prostu ostrzelali trzy samochody. W jednym siedział mężczyzna, jego ciężarna żona i dwoje dzieci. Przeżył tylko mężczyzna. Pochował swoją brzemienną żonę w rowie, który rosyjscy okupanci wykopali dla siebie jako schron. Zamiast krzyża mężczyzna umieścił tam tablicę rejestracyjną swojego samochodu. Ciała dzieci zostały zabrane do kościoła i tam pochowane. Nie wiem, czy ten człowiek jeszcze żyje i jaka jest jego obecna sytuacja.

onet.pl