wtorek, 22 marca 2022


W sobotę, 26 lutego, namiestnik Czeczenii i sojusznik Władimira Putina, Ramzan Kadyrow, potwierdził, że jego czeczeńskie oddziały uczestniczą w rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Jak podawała ukraińska strona, Rosjan mają wspierać kombinowane siły - oddziały m.in. 141. Pułku Zmotoryzowanego czeczeńskiej jednostki Gwardii Narodowej, którym początkowo dowodził Magomet Tuszajew oraz batalionu „Południe". Ocenia się je na 4 tys. „bojców". Czeczeńskie oddziały miały wspierać uderzenie na Hostomel i uczestniczyć w kluczowej bitwie o lotnisko. Kadyrowcy wpadli w ukraińską zasadzkę, zginąć miał także sam Tuszajew. Kadyrowcy dementują tę informację.

Ukraińcy w wyniku wygranego boju zdobyli znaczną ilość broni. Czeczenów zatrzymały oddziały Gwardii Narodowej i jednostki specjalnej „Alfa" Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Kadyrow wysłał na Ukraińców swoich najważniejszych dowódców. Tuszajew był nawet określany jako „prawa ręka" Kadyrowa, a oprócz niego, na Ukrainie ma być Daniila Martynow, czeczeński „minister obrony". To Martynow dowodził reprezentacją czeczeńskiej jednostki SOBR Terek na międzynarodowych zawodach sił specjalnych KASOTC w Jordanii. Szkolił specnaz, a wcześniej sam miał służyć w „Alfie" - z tym że Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Jeżeli także ludzie Martynowa uczestniczyli w bitwie o Hostomel to znaczy, że doszło do starcia dwóch jednostek specjalnych „A" kontrwywiadu (ukraińskiego oraz czeczeńsko-rosyjskiego). Obronną ręką wyszli z niej zatem Ukraińcy.

Co ciekawe, do strat w czasie ukraińskiej ofensywy przyznał się sam Kadyrow. Jak podaje „The Moscow Times" powiedział w końcu, że są „zabici i ranni", a liczby ocenił na „dwóch zabitych oraz sześciu rannych". Z pewnością są to dane zaniżone. Z drugiej strony brytyjskie media piszą o zniszczeniu całej czeczeńskiej kolumny. Bez względu na wysokość strat oznacza to jednak, ze strony zauszników Putina, zdjęcie początkowej kurtyny milczenia w sprawie śmierci swoich ludzi. Do strat żołnierzy z różnych regionów Rosji przyznali się także politycy z Kałmucji i Dagestanu. Oznacza to, że Moskwa wojuje także rekrutami znad Morza Kaspijskiego i Kaukazu.

Wejście na ukraiński front oddziałów czeczeńskich jest w pewnym sensie, ze strony Putina, bronią psychologiczną. Wielką traumą na Ukrainie jest los jeńców ukraińskich, którzy wpadli w czeczeńskie ręce i byli w barbarzyński sposób maltretowani. Zwłaszcza wśród mieszkańców wschodniej Ukrainy samo rozmawianie o czeczeńskich oddziałach budzi silne emocje. Bestialski stosunek Czeczenów w Donbasie wobec Ukraińców sprawił, że walki z tymi oddziałami były jeszcze bardziej zaciekłe. Przykładem jest najważniejsza bitwa w Donbasie, czyli walki o doniecki „Aeroport", gdzie z jednej strony oddziały ukraińskie (legendarne cyborgi) broniły pozycji przez 242 dni, a z drugiej separatyści pchali Batalion „Wostok" jak mięso armatnie, a czeczeńskie oddziały w walkach zostały wybite „do nogi". Nie dziwi zatem krążący po Internecie film, w którym żołnierz ukraiński, smaruje naboje „sało" (słoniną), czyli tłuszczem wieprzowym uznawanym przez muzułmanów za nieczyste zwierzę.

defence24.pl

"Każdej nocy ukraińscy piloci, tacy jak Andrij, przebywają w tajnym hangarze lotniczym. Czekają, aż zostanie wykrzyczana krótka komenda: Air!" — tak swój reportaż o ukraińskich pilotach rozpoczyna amerykański dziennik "New York Times". Do walki z Rosjanami startują z lotnisk w zachodniej Ukrainie, które jeszcze nie zostały doszczętnie zniszczone. Mogą także startować z autostrad.

Bohater artykułu, Andrij, ma 25 lat i odbył dziesięć misji w czasie trwającej wojny. Jego zadaniem jest walka z przeciwnikiem, który ma znaczną przewagę w powietrzu i który bombarduje ukraińskie miasta. Zwłaszcza pod odsłoną nocy, gdy z ziemi trudniej namierzyć rosyjskie samoloty. Andrij ma zestrzelić rosyjski samolot lub zniszczyć pociski manewrujące. Nie chciał powiedzieć, ile samolotów wroga do tej pory zestrzelił. Stwierdził, że jego system celowniczy może strzelać do samolotów oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów.

Młody pilot ukończył szkołę Sił Powietrznych w Charkowie. Przyznał, że ani on, ani jego przyjaciele nigdy nie sądzili, że będą musieli walczyć w prawdziwej wojnie. Jest żonaty, a jego żona do tej pory nie wyjechała z kraju. Przeniósł ją w spokojniejszą część kraju. Zajmuje się teraz wyplataniem siatek maskujących dla ukraińskiej armii. Andrij dzwoni do niej i do bliskich już po zakończeniu kolejnej akcji.

— Moje umiejętności są lepsze niż Rosjan. Ale z drugiej strony wielu moich przyjaciół, nawet tych bardziej doświadczonych ode mnie, już nie żyje — przyznał w rozmowie z "NYT".

Według analityków, jak podaje "NYT", przewaga Rosjan w powietrzu jest olbrzymia. Wykonują ok. 200 lotów dziennie, podczas gdy strona ukraińska zaledwie od pięciu do dziesięciu. Mimo to Ukraina nie jest bez szans, bo Rosjanie latają zazwyczaj nad terytorium kontrolowanym przez ukraińskie wojsko. Może więc ono wysyłać rakiety przeciwlotnicze, aby nękać i zestrzeliwać samoloty.

— Ukraina jest skuteczna na niebie, ponieważ operujemy na własnej ziemi. Wróg wlatujący w naszą przestrzeń powietrzną znajduje się w strefie działania naszych systemów obrony powietrznej — powiedział rzecznik ukraińskich sił powietrznych Jurij Ihnat. Stwierdził, że strategia Ukraińców polega na wabieniu Rosjan w pułapki obrony powietrznej.

"NYT" cytuje również Dave'a Deptule, dziekana Mitchell Institute for Aerospace Studies, w przeszłości głównego planistę ataku podczas kampanii powietrznej "Pustynna Burza" w Iraku. Stwierdził, że imponująca praca ukraińskich pilotów pomogła zrównoważyć przewagę liczebną Rosjan. Z drugiej strony Ukraina ma obecnie około 55 sprawnych myśliwców, których liczba maleje z powodu zestrzeleń i awarii mechanicznych. Ukraińscy piloci "wykorzystują je do maksymalnych osiągów".

Choć prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wielokrotnie apelował do rządów państw zachodnich o pomoc i zwrócił się do NATO o wprowadzenie strefy zakazu lotów nad krajem, do tej pory to nie nastąpiło. Upadł także pomysł przekazania przez Polskę myśliwców Mig-29, którymi ukraińscy piloci mogliby latać po krótkim przeszkoleniu.

Deptula dodał w rozmowie z "NYT", że przekazanie myśliwców ma olbrzymie znaczenie. Bez takiego zaopatrzenia Ukrainie zabraknie maszyn, na których mogliby latać tamtejsi piloci. Wszystkiego nie załatwią też tureckie drony Bayraktary. Są skuteczne do unieruchomienia np. rosyjskich czołgów, nie zestrzelą jednak samolotów, co więcej, drony stają się obiektem ataków rosyjskich sił powietrznych. Niektóre są zestrzeliwane.

onet.pl

14 marca Marina Owsiannikowa, w czasie głównego wydania wiadomości propagandowej stacji Pierwyj Kanał, stanęła za prezenterką z plakatem, na którym widniał napis "Nie dla wojny. Zatrzymać wojnę. Nie wierzcie propagandzie. Oszukują was. Rosjanie przeciwko wojnie". Opublikowała też wcześniej nagranie, w którym powiedziała, że wstyd jej za to, że uczestniczyła w tej propagandzie. Zdjęcia z programu szybko obiegły media na całym świecie, a sama dziennikarka została uznana przez wielu za symbol oporu i odwagi. Warto jednak dodać, że nie brakuje także krytycznych komentarzy i głosów wskazujących, że jej akcja była "wyreżyserowaną przez służby specjalne próbą odwrócenia uwagi od zbrodni popełnianych przez rosyjską armię w Ukrainie" - relacjonuje dw.com.

Dyrektor Pierwyj Kanału, w którym Owsiannikowa przepracowała 20 lat, niemal po tygodniu od głośnego incydentu, zabrał po raz pierwszy głos w sprawie dziennikarki. "Niedługo przed [prostestem - przyp. red.] i zgodnie z naszymi informacjami, Marina Owsiannikowa rozmawiała z brytyjską ambasadą. Kto z was odbywa rozmowy telefoniczne z zagranicznymi ambasadami?" - dopytywał podczas wystąpienia transmitowanego na Telegramie.

Jak relacjonuje jego słowa niezależna "Nowaja Gazieta", miał podkreślić, że gdyby nie obecna sytuacja, niedowiedziałby się mnóstwa rzeczy o swoich współpracownikach, z którymi pracował od dekad:

Spontaniczny wybuch emocji to jedno. Ale zdrada to coś innego. Zwłaszcza, kiedy ktoś zdradza swój kraj, zdradza nas wszystkich, ludzi, z którymi pracował ramię w ramię przez prawie 20 lat. Zdradziła nas na zimno, z pełną rozwagą, dla twardo wynegocjowanej premii. Nawiasem mówiąc, żeby nie stracić pensji, akcję z plakatem zaplanowała dokładnie tak, żeby najpierw dostać wypłatę.
"Zdrada jest zawsze osobistym wyborem, nie możesz kogoś przed nią powstrzymać czy uratować, nawet jeśli wcześniej wiesz o jego planach. Ale trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Poza tym, gdyby dobrze znaną transakcję zaprzedania przyjaciela za 30 srebrników nazwano "impulsem serca", historia świata potoczyłaby się inaczej" - miał komentować.

Dziennikarka udzieliła w międzyczasie także wywiadu, który opublikowała "Nowaja Gazieta". "Nie czuję się bohaterką. Oczywiście, to był akt odwagi, ale teraz przede wszystkim uważam się za wykończoną i zmęczoną osobę. Mój syn mi powiedział, że zrujnowałam życie całej rodziny, ale odpowiedziałam mu, że czasem trzeba zrobić coś lekkomyślnego, żeby życie stało się lepsze" - argumentuje w rozmowie.

Zaraz po zajściu w studiu, Owsiannikowa została zatrzymana, a następnie zwolniona. Wymierzono jej karę 30 tys. rubli (ok. 1200 złotych). Dziennikarka nie wyklucza, że zostanie wobec niej wszczęte postępowanie karne na mocy wprowadzonych niedawno przepisów, zakazujących mówienia o wojnie w Ukrainie. Jeśli tak się stanie, może jej grozić nawet wieloletnie więzienie. - Słyszałam, że wysocy przedstawiciele władz tego zażądali - mówi.

gazeta.pl

poniedziałek, 21 marca 2022


Dmitrij Pieskow skomentował też możliwość rozszerzenia prawa, które pozwala na karanie osób, które krytykują rosyjską agresję. Miałoby ono także obejmować krytykę pod adresem innych rosyjskich ugrupowań zbrojnych, a nie tylko armii.

– Sytuacja, z którą się zetknęliśmy jest bezprecedensowa, narzucanie nienawiści do wszystkiego rosyjskiego – mówił.

Tymczasem sąd w Karsnodarze skazał na karę 30 tysięcy rubli, czyli 990 złotych, mężczyznę za to, że napluł na banner z literą Z. W ten sposób miał się dopuścić „dyskredytacji wykorzystania Sił Zbrojnych RF na terytorium Ukrainy”. Adwokat mężczyzny Michaił Bieniasz powiedział, że jego klient Aleksandr Kondratiew wyrażał swój brak zgody na przeprowadzenbie „operacji wojskowej”. Takie prawo gwarantuje mu konstytucja.

Jak zauważa serwis Sota, sędzia przed wydaniem wyroku powiedziała, że „nikt w naszym kraju nie cieszy się z tego, że na Ukrainie umierają ludzie”. Mimo to skazała mężczyznę na karę grzywny.

belsat.eu

"Żal mi siebie, rodziny, męża, sąsiadów, przyjaciół. Wracam do piwnicy i słucham tam ohydnego żelaznego grzechotu. Minęły dwa tygodnie i już nie wierzę, że było kiedyś inne życie" - pisze.

"Żelazny grzechot" to odgłos bombardowania, który słychać niemalże bez przerwy.

"W Mariupolu ludzie nadal siedzą w piwnicy. Każdego dnia jest im coraz trudniej przeżyć. Nie mają wody, jedzenia, światła, nie mogą nawet wyjść na zewnątrz z powodu ciągłego ostrzału. Mieszkańcy Mariupola muszą żyć. Pomóż im. Opowiedz o tym. Niech wszyscy wiedzą, że nadal giną cywile" - prosi.

W ostrzeliwanym przez Rosjan mieście nadal pozostają tysiące cywilów. Ale po dawnym mieście nie ma już śladu. "Wychodzę na zewnątrz pomiędzy bombardowaniami. Muszę wyprowadzić psa. Ciągle jęczy, drży i chowa się za moimi nogami. Cały czas chcę spać. Moje podwórko, otoczone wieżowcami, jest ciche i martwe. Już nie boję się rozglądać. Naprzeciw płonie wejście do domu. Płomienie pochłonęły pięć pięter, a szóste powoli przeżuwają. W pokoju ogień pali się delikatnie, jak w kominku. Czarne zwęglone okna stoją bez szkła. Z nich, jak języki, wypadają nadgryzione przez płomienie zasłony".

Trudno uwierzyć, że takie historie dzieją się w Europie, w 2022 r. "Trzy dni temu przyszedł do nas znajomy mojego starszego siostrzeńca i powiedział, że doszło do bezpośredniego trafienia w straż pożarną. Ratownicy zginęli. Jedna kobieta miała oderwaną rękę, nogę i głowę. Marzę, żeby moje części ciała pozostały na miejscu, nawet po wybuchu bomby lotniczej" - pisze Nadia.

Mieszkanka Mariupola opisuje historii, jak zginęła babcia jej koleżanki. I jak nie ma czasu i możliwości, by w ciągle ostrzeliwanym mieście ją pochować. Ukraińscy policjanci chcieli pomóc, ale przyznali, że są bezsilni. Że jedynie co można teraz zrobić, to umieścić martwą kobietę na balkonie. "Zastanawiam się, ile trupów jest na balkonach?"

W Mariupolu co rusz słychać odgłosy spadających bomb, ale gdy na moment kanonada przestaje, w mieście robi się upiornie cicho. "Mój pies zaczyna wyć i rozumiem, że teraz znów będą strzelać. Stoję w dzień na ulicy, a wokół cmentarza cisza. Nie ma samochodów, głosów, dzieci, babć na ławkach. Nawet wiatr ucichł. Wciąż jest tu kilka osób. Leżą z boku domu i na parkingu, przykryte odzieżą wierzchnią. Nie chcę na nich patrzeć. Boję się, że zobaczę kogoś, kogo znam".

W Mariupolu śmierć jest teraz wszędzie. "11 marca zginął mąż mojej koleżanki. Dzień wcześniej przyszli do nas i marzyli, że spotkają się po wojnie. Wiktor, mąż mojej koleżanki stanowczo obiecał, że na pewno spotkamy się po zwycięstwie. A potem nie dotrzymał słowa".

Dzień później Nadia opisuje kolejne bombardowanie. Pisze, jak dorośli i dzieci, wszyscy kulą się w piwnicy. W pewnym momencie do piwnicy wpada 13-letni Sasza. Krzyczy, że bomba wpadła do ich domu. "Zapytaliśmy: »Gdzie jest mama, czy wszyscy żyją?« Odpowiedział, że wszyscy, tylko tata zasnął, a mama go odkopuje. Potem okazało się, że tata zasnął na zawsze.

onet.pl

Jak informuje "The Times of Israel", niedzielne przemówienie prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Knesecie spotkało się z mieszanymi odczuciami. Niektórzy izraelscy politycy nazywali je "oburzającym", a z kolei inni popierali "przygnębionego" prezydenta.

Chodzi o słowa Zełenskiego, który porównał inwazję Rosji na Ukrainę do Holokaustu.

"Podziwiam prezydenta Ukrainy i wspieram naród ukraiński sercem i czynem, ale straszliwej historii Holokaustu nie da się napisać na nowo" – napisał na Twitterze minister komunikacji Yoaz Hendel. Jednocześnie zauważył, że część ludobójstwa Żydów w nazistowskich Niemczech "dokonano także na ziemi ukraińskiej".

Dodał, że chociaż "wojna jest straszna, porównanie do okropności Holokaustu i Ostatecznego Rozwiązania jest oburzające".

Jeszcze ostrzej zareagował izraelski minister energii. W specjalnym oświadczeniu Yuval Steinitz stwierdził, że słowa Zełenskiego "graniczą z negowaniem Holokaustu".

Z kolei w "Haaretz" czytamy, że tylko jeden kraj zachodni ma potencjał, zarówno wojskowy, jak i cywilny, aby pomóc Ukrainie ochronić ludność cywilną. Oczywiście chodzi o Izrael, który nie chce tego robić.

— Izraelskie zdolności wojskowe są dobrze znane. Izrael słynie ze swojej zdolności do ataku, ale kraj ten ma również głębokie doświadczenie w ochronie ludności cywilnej przed zagrożeniami rakietowymi i artyleryjskimi. To dlatego USA próbowały — jak dotąd bezskutecznie — przekonać Izrael do sprzedaży Ukrainie systemu obrony powietrznej Iron Dome, który Izrael opracował dzięki amerykańskim funduszom — pisze "Haaretz".

Dziennikarze przypominają, że Izrael sprzedał już Żelazną Kopułę kilku krajom, w tym Azerbejdżanowi, który wykorzystuje ją do ochrony przed rosyjskimi rakietami. Izrael jest nawet gotów dostarczyć Żelazną Kopułę Zjednoczonym Emiratom Arabskim.

W niedzielę prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w krótkim, lecz dosadnym przemówieniu starał się przekonać izraelskich parlamentarzystów do udzielenia zdecydowanego poparcia Ukrainie.

– Rosjanie posługują się terminologią partii nazistowskiej, chcą wszystko zniszczyć. Naziści nazwali to "ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej". Teraz na Kremlu otwarcie mówią o ostatecznym rozwiązaniu kwestii ukraińskiej – powiedział Zełenski.

– Izraelski system obrony antyrakietowej jest najlepszy na świecie. Mógłby chronić Ukraińców, a także Żydów na Ukrainie. (...) Możemy pytać, czemu nie sprzedacie nam broni, czemu nie nałożycie sankcji na Rosję, ale odpowiedź obciąża wasze sumienia. I to wy musicie z nią żyć – podkreślił Zełenski.

– Mediować można między państwami, a nie między dobrem a złem. Izrael musi dokonać wyboru, czy popiera Ukrainę, czy Rosję – oświadczył prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w wystąpieniu wideo skierowanym do członków izraelskiego parlamentu, Knesetu.

onet.pl

W sumie 27 pojawiło się na pogrzebie, by oddać hołd swojemu towarzyszowi. Wszyscy są w mundurach i większość z nich jest uzbrojona. Trzech ma przy sobie karabiny z tłumikami i twarde plastikowe ochraniacze na kolana i łokcie. To daje wyobrażenie o tym, jak niebezpieczna jest ich misja.

— Tłumik jest bardzo przydatny w walce ulicznej — mówi jeden z żołnierzy, nie rozwijając tematu.

Batalion Gonczarenki walczy z rosyjskimi siłami inwazyjnymi w Irpieniu. To północno-zachodnie przedmieście Kijowa od dwóch tygodni jest sceną zaciętych walk. Rosjanie od kilku dni nie poczynili żadnych postępów na północ od ukraińskiej stolicy. Tak samo jest na wschodzie. Kilkukilometrowa kolumna pancerna musiała się tam wycofać w połowie zeszłego tygodnia. Drony i ostrzał artyleryjski Ukraińców spowodowały rozległe zniszczenia wśród atakujących.

— Kroimy ich jak salami, plasterek po plasterku — mówi Taras Topolia, wokalista Antytili, jednego z najbardziej znanych ukraińskich zespołów popowych, który przed wojną wypełniał całe stadiony piłkarskie. Od początku wojny 34-letni muzyk pracuje w Kijowie jako ratownik medyczny.

Taras zabiera rannych żołnierzy z pola walki do szpitala polowego, gdzie ich stan jest stabilizowany tak, by mogli zostać przetransportowani do szpitala. — Nie walczymy jak konwencjonalna armia — wyjaśnia, stojąc obok stołu medycznego i noszy zabiegowych. — Pozwalamy im podejść, potem atakujemy od tyłu, z prawej lub lewej strony, znowu się wycofujemy i nagle uderzamy w ich odwody.

W pierwszych dniach wojny rosyjskie czołgi były już w drodze do centrum Kijowa, metropolii liczącej 3 mln ludzi, a ich kierowcy prawdopodobnie myśleli już, że są zwycięzcami. Chwilę później wszyscy byli martwi. Pierwsza ofensywa blitzkriegu tak dobiegła końca.

Jest to rodzaj taktyki partyzanckiej, którą ukraińska armia stosowała do tej pory z dużym powodzeniem. Pentagon szacuje, że po trzech tygodniach wojny armia rosyjska straciła w sumie 7 tys. żołnierzy i do 21 tys. rannych. To więcej zabitych żołnierzy niż USA odnotowały w Afganistanie i Iraku w ciągu dwóch dekad razem wziętych. Władze ukraińskie mówią nawet o 14 tys. zabitych rosyjskich żołnierzy.

(...)

— Jeśli wojska ukraińskie zdołają utrzymać obecne tempo, potrzeba będzie jeszcze tygodnia lub dwóch, by osiągnąć wynegocjowane porozumienie — uważa Maksym Jali, profesor stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Kijowskim — Rosja nie może utrzymać tego tempa działań długo.

Jego zdaniem istnieje granica liczby zabitych żołnierzy, którą Kreml może zaakceptować. — W Rosji jest coraz więcej pogrzebów. Pojmani żołnierze dzwonią do domu — mówi 42-letni pracownik naukowy. — Słowo szybko się rozchodzi i wpływa na opinię publiczną.

Prezydentowi Putinowi nie zostało wiele czasu, uważa Jali, który kiedyś był bokserem, zdobywał tytuły mistrzowskie w kraju, a także startował w zawodach międzynarodowych. Na swoim telefonie komórkowym pokazuje nam klip z bójki, którą stoczył, gdy miał jeszcze 30 lat. Jali prawie nie wierzy, że rozwiązanie konfliktu można znaleźć przy stole negocjacyjnym. — Decyzja zapadnie na polu bitwy — podkreśla stanowczo. — Oczywiście, Rosjanie spróbują po raz drugi zdobyć Kijów — mówi z przekonaniem. — Ale jeśli Ukraina zabije 20-30 tys. rosyjskich żołnierzy, wtedy nastąpi zawieszenie broni".

Profesor celowo wybiera sformułowanie "zawieszenie broni" i nie mówi o traktacie pokojowym. — Nie będzie oficjalnego końca wojny, Rosja będzie miała otwartą możliwość przeprowadzenia kolejnej kampanii — mówi. — Tak jak to miało miejsce w Czeczenii - wyjaśnia. — Po pierwszej wojnie w latach 1994-1996, trzy lata później wybuchła druga, nie inaczej będzie na Ukrainie — dodaje.

onet.pl

"Niektóre zakłady rosyjskiego przemysłu motoryzacyjnego są zamykane z powodu braku części zagranicznych. Sztandarowy odrzutowiec pasażerski produkcji rosyjskiej otrzymuje silnik i inne kluczowe części od zagranicznych dostawców. Zagraniczna karma dla zwierząt i leki znikają z półek sklepowych" - wylicza "Wall Street Journal", opisując jak bardzo rosyjska gospodarka wciąż musi polegać na imporcie. Problemem są nawet dostawy cukru. To porażka Putina, który przez lata kładł nacisk na samowystarczalną gospodarkę - przekonuje gazeta.

- Zastępowanie importu nie spełniło swojego celu, jakim było uczynienie Rosji mniej podatną na zachodnie sankcje – mówi "WSJ" Janis Kluge, specjalista ds. gospodarki rosyjskiej w Niemieckim Instytucie Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa.

- Rosyjskie ambicje były od samego początku nierealne, ponieważ tak mała gospodarka jak rosyjska, nie jest w stanie samodzielnie wytwarzać złożonych i zaawansowanych technologicznie towarów. To po prostu niemożliwe - przekonuje ekspert. Dodaje, że wymiana produktów zagranicznych na krajowe może trwać latami.

Choć większość ekonomistów uważa, że produkcja wszystkiego w ramach własnej gospodarki jest kosztowna i nieefektywna, Kreml przyjął taką strategię w celu zwalczania sankcji po przejęciu Krymu w 2014 roku. Była to część wieloletniego planu ochrony gospodarki, określanego przez komentatorów jako "twierdza Rosja".

"Jednak zależność Rosji od importu w rzeczywistości się tylko pogłębiała. W 2021 r. około 81 proc. producentów stwierdziło, że nie może znaleźć żadnych rosyjskich wersji importowanych produktów, których potrzebowali. Ponad połowa była niezadowolona z jakości własnych produktów" - pisze amerykański dziennik.

"WSJ" przytacza badanie Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Moskwie z 2020 r. Według niego import zagranicznych towarów odpowiadał za aż 75 proc. sprzedaży produktów na rosyjskim rynku, nie wliczając w to żywności. Badanie wykazało również, że w niektórych sektorach udział ten był nawet wyższy - do 86 proc. w przypadku sprzętu telekomunikacyjnego.

Najlepszym przykładem porażki Kremla i projektu "twierdza Rosja" jest sektor motoryzacyjny, który nie jest sobie w stanie poradzić z brakiem importowanych chipów. W środę prezydent rosyjskiej republiki Tatarstanu ostrzegł, że producent ciężarówek Kamaz stoi w obliczu spadku produkcji nawet o 40 proc., a około 15 tys. pracowników firmy może nie mieć zajęcia do czasu rozwiązania problemów związanych z łańcuchem dostaw. Później samo przedsiębiorstwo wysłało sygnał, że przestawia się na produkcję ciężarówek w oparciu tylko o rosyjskie części.

money.pl

niedziela, 20 marca 2022


Informacje o problemach z systemem GPS nad Bałtykiem pojawiły się na początku marca 2022 roku. Były one przekazywane nie tylko przez fińskich pilotów, ale również przez litewskie linie lotnicze Transaviabaltika. Jak się okazało samoloty tego przewoźnika nie mogły lądować na fińskim, regionalnym lotnisku Savonlinna, które nie ma alternatywnego sprzętu nawigacyjnego. Z tego powodu samolot lecący z Tallina 13 marca 2022 roku musiał zmienić miejsce lądowania i polecieć do Helsinek. Zdarzenie to powtórzyło się przy kolejnym locie, tak że na tydzień zawieszono linię Helsinki - Savonlinna.

Jak się później okazało zakłócenia systemu GPS objęły nie tylko Finlandię, ale również terytorium północnej i północno-wschodniej Polski, Litwy, Łowy i całego wschodniego Bałtyku. Znamienne jest to, że anomalie odnotowywane od 5 do 13 marca nie występowały tak intensywnie tylko na obszarze Obwodu Kaliningradzkiego. Nie można się więc dziwić, że podejrzenie padło od razu na Rosjan, który już wcześniej próbowali zakłócać system GPS w północnej Europie.

Najbardziej znany wypadek tego rodzaju miał miejsce pod koniec października 2018 roku, gdy Rosja próbowała przeszkadzać uczestnikom manewrów wojskowych NATO Trident Juncture 2018 w północnej Finlandii i Norwegii. Odnotowano wtedy błędy we wskazaniach systemu GPS w wojskowych pojazdach i statkach powietrznych. Problem był poważny, ponieważ takie zakłócanie stanowiło również istotne zagrożenie dla lotniczego, cywilnego ruchu pasażerskiego.

Badania wykazały, że źródło zakłóceń znajdowało w Rosji na Półwyspie Kolskim. Finowie i Norwedzy zwrócili się wtedy do Rosjan z protestem i prośbą o wyjaśnienia, przekazując dowody świadczące, że systemy nawigacji satelitarnej były zagłuszane i skąd. Początkowo władze rosyjskie poinformowały o przekazaniu tych danych ekspertom, jednak później stwierdziły (poprzez znanego z kłamstw rzecznika Kremla Dmitrija Pieskowa), że nie ma w nich żadnych, konkretnych dowodów, by to Federacja Rosyjska stała za zakłócaniem.

(...)

Niestety jak na razie nie ma żadnych szans, by Rosja poniosła jakiekolwiek konsekwencje za swoje działania. Dzieje się tak pomimo tego, że zakłócenia systemu GPS w takiej skali mogą być efektem tylko świadomego działania, z wykorzystaniem specjalistycznych, wojskowych systemów walki elektronicznej. I wszyscy doskonale sobie zdają sprawę, kto takie systemy posiada i w ten sposób je wykorzystuje.

(...)

Pozycja Rosji w tego rodzaju aferach pozostaje cały czas niezmienna: nie przyznawać się do niczego i w dalszym ciągu przeszkadzać w działaniu państwom zachodnim. Nie oznacza to jednak, że Rosjanie nie wychodzą z tego bez uszczerbku – w tym przede wszystkim wizerunkowego. Zwraca się przede wszystkim uwagę na fakt, że zakłócenia stawiane rosyjskimi systemami WRE przeszkadzają głównie odbiornikom cywilnym, podczas gdy odbiorniki wojskowe, z modelu na model sobie z nimi coraz lepiej radzą. Powoli ginie więc mit skuteczności rosyjskich systemów walki elektronicznej, które okazują się przydatne jedynie w działaniach terrorystycznych w odniesieniu do samolotów pasażerskich.

Odbiorniki cywilne nie mają bowiem wyrafinowanych systemów przeciwzakłóceniowych i teraz Rosjanie bezwzględnie to wykorzystują. Jest to o tyle niebezpieczne, że system GPS na samolotach pasażerskich nie jest wykorzystywany tylko do określania pozycji, ale również jako baza dla całego systemu nawigacyjnego samolotu. Jego zakłócanie może więc doprowadzić nawet do katastrofy. Efektem zakłócania może być bowiem nie tylko utrata sygnału GPS w przypadku zagłuszania (jamming), ale również jego fałszowanie (spoofing).

defence24.pl
 

Według Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy sytuacja militarna nie uległa znaczącym zmianom. Armia ukraińska miała w dalszym ciągu efektywnie się bronić, w tym odpierać uderzenia rakietowo-powietrzne, a wojska agresora nie prowadziły jakoby aktywnych działań zaczepnych. Główna uwaga Rosjan miała się skupiać na uzupełnieniu strat (także poprzez sprowadzanie na obszary graniczące z Ukrainą obcych najemników), przywracaniu zdolności bojowej i rozwiązywaniu „chronicznych problemów” z zabezpieczeniem logistycznym i kontrolą nad tymczasowo okupowaną częścią Ukrainy. Zdemoralizowane siły rosyjskie mają nie radzić sobie z olbrzymimi stratami (niektóre jednostki miały utracić do 90% stanów wyjściowych), brakuje im rezerw i starają się uzupełniać niedobory metodą łączenia jednostek oraz mobilizacji na czasowo okupowanym obszarze Donbasu.

Kontrwywiad SBU pozyskał informacje o wycofaniu oddziałów w liczbie 1,2 tys. żołnierzy przysłanych przez Ramzana Kadyrowa. Jednocześnie strona czeczeńska zapowiedziała przerzut na Ukrainę kolejnej grupy liczącej ok. 1 tys. żołnierzy. Na terytorium Białorusi miały także trafić dodatkowe pododdziały ze Wschodniego Okręgu Wojskowego. Agresor ma mieć jednak problemy z subordynacją i rosnącą niechęcią żołnierzy do udziału w wojnie (po walkach o Charków dalszego udziału w operacji na Ukrainie miało odmówić 10 wojskowych). Mimo to Siły Zbrojne FR mają kontynuować operację i przygotowywać się do wznowienia ofensywy. Strona ukraińska obawia się uderzenia na Kijów, Połtawę, a także z terytorium Białorusi na Wołyń. Zwraca uwagę informacja, że ambasador białoruski wraz z 10 dyplomatami opuścił terytorium Ukrainy.

Na poleskim i siewierskim kierunkach obrony obie strony utrzymały wcześniejsze pozycje, a do walk i ostrzału w okolicach Kijowa dochodziło sporadycznie (m.in. w m. Nowi Petriwci na północnych obrzeżach miasta). Agresor kontynuował rozbudowę inżynieryjną i wzmacnianie zgrupowania w oparciu o miejscowości położone w odległości 20–30 km na zachód i północ (głównie w rejonie buczańskim) oraz 30–60 km na wschód (w rejonie browarskim) od centrum stolicy. Siły rosyjskie mają się umacniać m.in. w Irpieniu. Na lewym brzegu Dniepru wrogie wojska zgrupowały się w klin z ostrzem na wysokości m. Zalissia i Bohdaniwka, niespełna 10 km od północno-wschodnich granic Kijowa. Analogicznie agresor umacniał pozycje w obwodach czernihowskim i sumskim, przy czym znajdujący się w okrążeniu Czernihów jest nieprzerwanie ostrzeliwany i bombardowany. Na kierunku słobodzkim zwiększyła się liczba ostrzałów Charkowa (do 38, wobec 29 poprzedniej doby). Jednostki rosyjskie nasilały blokadę miasta, umacniały się także we wcześniej zajętych miejscowościach obwodu charkowskiego i kontynuowały natarcia na południe i wschód od Iziumu.

Na południu siły agresora kontynuowały działania ofensywne i miały zaatakować co najmniej 15 miejscowości w obwodzie donieckim i 20 w ługańskim. Najcięższe walki kolejny dzień toczyły się o Wuhłedar i Mariupol (starcia w centrum miasta, obrońcy wystosowują permanentne apele o odsiecz) oraz Rubiżne (walki mają mieć miejsce w jego centrum), Siewierodonieck i Popasną. Trwają starcia na południowych rubieżach Zaporoża, gdzie wojska rosyjskie próbowały przełamać obronę (na szerokości 70 km pomiędzy miejscowościami Stepnohirśk, Orichiw i Hulajpołe). Na kierunku Krzywego Rogu agresor umacniał swoje pozycje na pograniczu obwodów chersońskiego i dniepropetrowskiego (na szerokości 60 km pomiędzy miejscowościami Krasniwka, Mała Szestyrnia i Nowoworoncowka), ostrzelał także okolice elektrociepłowni krzyworoskiej (w m. Zełenodolśk). Obrońcy Mikołajowa przeorganizowywali obronę po zbombardowaniu nocą 19 marca koszar (śmierć pod gruzami mogło ponieść 200 ukraińskich żołnierzy).

Strona ukraińska przyznała, że nocą 19 marca doszło do rosyjskiego uderzenia na podziemny skład rakiet i amunicji lotniczej w Delatynie w obwodzie iwanofrankiwskim, nie potwierdza jednak, że przeprowadzono je za pomocą rakiety hipersonicznej. O wykorzystaniu przez Rosjan tego typu broni poinformowali Amerykanie. Wbrew komunikatom rosyjskim miało to być już kolejne uderzenie za pomocą odpalanej z powietrza rakiety Kindżał. Bronią hipersoniczną lotnictwo agresora miało wcześniej zniszczyć bazę paliwową w m. Kostiantyniwka na obrzeżach Mikołajowa.

(...)

Liczba rosyjskich żołnierzy znajdujących się w specjalnych obozach jenieckich na Ukrainie wynosi co najmniej 562. We współpracy z Międzynarodowym Komitetem Czerwonego Krzyża trwa identyfikacja zabitych Rosjan i przekazywanie ich ciał do kraju. Według szacunków strony ukraińskiej w Rosji przebywa w niewoli ponad 650 Ukraińców, z czego ok. 270 to ochotnicy obrony terytorialnej.

Armia rosyjska wykorzystuje kryzys humanitarny na obszarach okupowanych do zmuszania ludności do współpracy. Uzależnia udzielenie pomocy od zaakceptowania administracji okupacyjnej. Namawia cywilów do kolaboracji, obiecując przywileje ekonomiczne, anulowanie długów oraz wsparcie dla biznesu i rolnictwa. W ocenie ukraińskiego Sztabu Generalnego ta operacja najeźdźcy nie przynosi efektów, a dowódca rosyjskiej 652. Grupy Operacji Informacyjno-Psychologicznych miał zostać ukarany za fiasko tworzenia tzw. Chersońskiej Republiki Ludowej. Władze Ukrainy kontynuują działania mające zapobiegać kolaboracji i promować postawy proukraińskie. Rząd wezwał władze lokalne do prowadzenia ewidencji zaginionych mieszkańców, kolportowania materiałów patriotycznych oraz zachowania ciągłości rządzenia poprzez wyznaczanie zastępców na wypadek aresztowania. Ostrzegł o działalności rosyjskich agentów wpływu, grup dywersyjnych i rozpoznawczych na terenach nieokupowanych.

19 marca ośmioma korytarzami humanitarnymi ewakuowano 6623 osoby, z czego ponad 4 tys. z Mariupola. Na 20 marca zaplanowano otwarcie siedmiu korytarzy humanitarnych w kierunku Zaporoża, Browarów i Białej Cerkwi. Nadal kursują pociągi ewakuacyjne na trasach: Kijów–Lwów, Charków–Lwów, Charków–Użhorod, Dniepr–Czop, Kramatorsk–Lwów. Potok uchodźców do unijnych krajów ościennych zmniejsza się, na przejściach granicznych z Polską, Słowacją i Węgrami nie ma kolejek bądź są one niewielkie. Do Polski 19 marca wjechało z Ukrainy 40,1 tys. osób (spadek o 23% w porównaniu do poprzedniego dnia), zaś łącznie od początku inwazji – 2,08 mln osób (dane Straży Granicznej RP).

Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony wstrzymała na czas stanu wojennego działalność ugrupowań, które mają powiązania z Rosją: Opozycyjnej Platformy – Za Życie (OPZŻ), Partii Szarija, Bloku Opozycyjnego, partii Nasi, Bloku Wołodymyra Saldy i in. Największe znaczenie wśród nich odgrywa OPZŻ, która ma 43 deputowanych w Radzie Najwyższej – część z nich wyjechała z Ukrainy jeszcze przed wybuchem wojny, a wobec jednego z liderów – Wiktora Medwedczuka – toczy się postępowanie o zdradę państwa. Ministerstwo Sprawiedliwości otrzymało polecenie użycia wszelkich środków w celu uniemożliwienia funkcjonowania ww. ugrupowań. Prezydent Zełenski ostrzegł, że działania polityków mające na celu pogłębianie podziałów społecznych i kolaborację z wrogiem spotkają się ze stanowczą odpowiedzią. Narodowe Biuro ds. Zapobiegania Korupcji stworzyło rejestr potencjalnych kolaborantów, w którym znalazło się 245 osób. Ma on być nieustannie poszerzany w oparciu o informacje od ludności o osobach szerzących rosyjską propagandę i nastroje kapitulanckie.

Wiceminister obrony Ukrainy Anna Maliar oceniła, że rozmowy rosyjsko-ukraińskie są wykorzystywane przez agresora jako czas na ściągnięcie nowych sił i przygotowanie kolejnej ofensywy. Społeczeństwo ukraińskie popiera bezpośrednie rozmowy Zełenskiego z Putinem w celu zakończenia wojny (74% respondentów), ale absolutna większość (89%) nie godzi się na rozejm, który nie przewidywałby wyprowadzenia wojsk rosyjskich. 93% ankietowanych jest przekonanych, że kraj jest w stanie odeprzeć rosyjski atak. Ukraińcy uznali też Polskę za najprzyjaźniejsze państwo (96% badanych), obok Wielkiej Brytanii (86%) i Litwy (85%).

Minister finansów Ukrainy przyznał, że ok. 30% gospodarki nie działa, a obecnie wpływy z podatków nie wystarczają na pokrycie wydatków budżetowych, które są finansowane głównie z pożyczek wewnętrznych i zagranicznych. Biuro Prezydenta poinformowało, że Ukraina planuje zebrać w tym roku plony wielkości co najmniej 70% zeszłorocznych zbiorów.

Komentarz

Siły Zbrojne Ukrainy są w stanie zadawać agresorowi bolesne straty, nie potrafiły jednak jak dotąd odzyskać inicjatywy operacyjnej, a ich sukcesy mają charakter doraźny i krótkotrwały. Zważywszy na fakt, że armia rosyjska przystąpiła do systematycznego niszczenia zaplecza przeciwnika (w odróżnieniu od sytuacji w pierwszym tygodniu wojny) bez znaczącego wsparcia, można zakładać, że opór stawiany przez jednostki ukraińskie będzie coraz mniej skuteczny. Dalsze trwanie obrony oblężonych miast, w pierwszej kolejności Mariupola, pozostaje kwestią otwartą. Armia ukraińska nie jest w stanie przeprowadzić skutecznej operacji deblokującej – na obu kierunkach na północ od Mariupola (donieckim i zaporoskim) siły obrońców znajdują się w defensywie – ani wesprzeć oblężonych dostawami uzbrojenia i zaopatrzenia. Znaczące straty, jakie ponosi agresor, nie okazują się na tyle dotkliwe, by utracił on inicjatywę i odstąpił od prowadzenia działań zaczepnych. Jedyny wyjątek stanowi od dłuższego czasu ustabilizowana sytuacja w okolicach Kijowa.

Jednym z priorytetów władz Ukrainy jest dalsze podtrzymywanie konsolidacji i oporu społecznego wobec okupanta, który potęguje straty cywilne, zabiega o pozyskanie osób gotowych do kolaboracji i nasila represje. Jak dotąd rosyjska taktyka nie przynosi widocznych sukcesów. Kijów apeluje do administracji lokalnych o zachowanie ciągłości władzy na terytoriach okupowanych i odrzucanie propozycji kolaboracji. Zdecydowano także o zawieszeniu działalności ugrupowań prorosyjskich, które wprawdzie nie usprawiedliwiają otwarcie działań Rosji, niemniej unikają nazywania jej agresorem i używania słowa „wojna”. Ich aktywność skupia się obecnie głównie na niesieniu pomocy humanitarnej. W przyszłości możliwa jest trwała delegalizacja tych ugrupowań.

osw.waw.pl

Władimir Putin podejmując decyzję o agresji na Ukrainę rozpoczął konflikt, który możemy śmiało określić jego „wojną życia". Przejmując kontrolę nad polityką Białorusi oraz właśnie przede wszystkim Ukrainy miały wreszcie ziścić się jego i jego administracji neoimperialne założenia de facto całej prezydentury. Podkreślając przy tym również zdolność do wymuszenia na całym świecie siłowych zmian granic oraz ukazując efektywność jednego z filarów putinowskiej Rosji czyli sił zbrojnych oraz aparatu bezpieczeństwa. Jednakże, zbrojna agresja na suwerenną Ukrainę okazuje się być nie tyle finalnym tryumfem Putina, co raczej pułapką. Stąd też, tak trudne jest obecnie ustalenie poziomu zaangażowania emocjonalnego, co by nie mówić starzejącego się przywódcy Rosji, szczególnie w prowadzone działania zbrojne. Wobec czego, cały czas borykamy się z podstawowym pytaniem co może zakończyć wojnę. Albowiem, wszystkie drogi obecnej tragedii w środku Europy prowadzą do jednego człowieka – Władimira Putina i jego najbliższych urzędników oraz doradców.

Minęły już ponad trzy tygodnie inwazji rosyjskiej na Ukrainę. Przy czym, istnieje niejako zgodność co do oceny działań politycznych i wojskowych Rosji w pierwszych godzinach i dniach ataku. Jednocześnie, można swobodnie założyć, że atakujący ewidentnie nie przewidywali takiego rozwoju konfliktu, z jakim mamy obecnie do czynienia. Stąd dość skomplikowana sytuacja logistyczna, kadrowa, sprzętowa i przede wszystkim planistyczno-polityczna strony rosyjskiej. Rosjanie, można śmiało stwierdzić, planowali szybkie działania, mające w sposób kinetyczny obezwładnić zaatakowane państwo i zagwarantować sobie finalnie sukces polityczno-wojskowy. Czyli przejąć kontrolę nad systemem rządów w Ukrainie, a także doprowadzić do zupełnego pozbawienia sił zbrojnych Ukrainy oraz innych służb możliwości efektywnego, suwerennego działania.

Zostało to wyrażone w dwóch propagandowych zwrotach retorycznych, stosowanych nader często przez polityków, wojsko i media w Rosji. Mowa dokładnie o „denazyfikacji" – słowo klucz oznaczający obalenie niesprzyjającej Rosji władzy w jakimś państwie; oraz „demilitaryzacji" – analogiczny eufemizm, oznaczający pozbawienie zdolności obronnych jakieś inne państwo). Tak czy inaczej, jest to wojna życia Władimira Putina i stąd coraz trudniejsze jest przewidzenie jej efektów końcowych oraz podjętych przez Kreml działań, nie tylko wobec napadniętej Ukrainy, ale i innych państw. Racjonalność działań Kremla zniknęła już dawno, w momencie, gdy po pierwszych niepowodzeniach militarnych postawiono na długotrwałe zaangażowanie wojskowe, nawet powyżej wykorzystania 100 proc. sił przewidzianych pierwotnie do działań bojowych.

(...)

Finalnie, właśnie po już trzech tygodniach walk we wszystkich płaszczyznach (politycznej, wojskowej, wywiadowczej i międzynarodowej) plany strategiczne Kremla zostały w sposób znaczący naruszone lub nawet powstrzymane. Zacznijmy od elementu politycznego jakim było zarówno pozbawienie legitymizacji władz w Kijowie oraz ich zastąpienie politykami prorosyjskimi lub podatnymi na formę zastraszenia ze strony Rosji (cel niejako operacyjny), przy wywarciu presji na społeczność międzynarodową uwzględniającą zbudowanie czegoś w rodzaju niepodważalnej strefy wpływów Kremla (cel strategiczny). W obu kwestiach, po pierwszych godzinach walk, a tym bardziej po tygodniach Rosjanie nie osiągają zamierzonych celów. Zauważmy chociażby stosunek do NATO i UE, który był wręcz pogardliwy we wstępie działań. Obecnie mowa jest raczej o próbach zastraszenia Zachodu, a nie utrzymywaniu tez o jego permanentnej słabości czy niemożliwym do zniwelowania podziale. Na Kremlu zakładano zapewne możliwość wystąpienia mniejszej grupy sankcji, o uciążliwości oraz wpływie porównywalnym jednak z okresem po 2014 r.

Stąd zapewne, takie wręcz systemowe nieprzygotowanie szczególnej grupy wpływowej rosyjskiej oligarchii polityczno-ekonomicznej. Na czele z Romanem Abramowiczem, który przecież z własnym zachodnim klubem piłkarskim miał być symbolem wpływów rosyjskich. Nie mówiąc o sugestiach dotyczących wręcz nacjonalizacji zasobów firm uciekających z Rosji. Wojna przeciw Ukrainie, miała być prowadzona niejako poza własnym środowiskiem polityczno-społeczno-ekonomicznym. Zapewne uznano również, że państwa NATO i nie tylko one, nie zdecydują się na szybkie i zmasowane kontynuowanie pomocy wojskowej stronie ukraińskiej po pierwszych atakach. Możliwe, iż na Kremlu rzeczywiście zakładano, że dojdzie do form symbolicznego wsparcia. Coś w stylu przekazania przez Niemcy partii hełmów wojskowych, które dość długo zmierzały do deklarowanego odbiorcy. Lecz Rosjanie nie przewidywali, że do strony ukraińskiej zacznie płynąć cały strumień cennego uzbrojenia, także po rozpoczęciu walk. Sugeruje to fakt, że nie widzimy systematycznego i zmasowanego oddziaływania militarnego sił rosyjskich – począwszy od pierwszych dni walk, na najbardziej prawdopodobne węzły transportowe. Tak, aby paraliżować zaplecze niezbędne dla dostaw, a także zastraszyć państwa wspomagające wysiłek wojenny obrońców Ukrainy.

(...)

Do dziś utrzymany jest kluczowy element dowodzenia i kontroli walczących wojsk ukraińskich. Zaś wręcz przeciwnie to Rosjanie mają problemy w swoim C5ISTAR. Tracąc chociażby w walkach kolejnych wysokich rangą oficerów, itp. Rosjanie nie sparaliżowali zdolności Ukrainy w zakresie łączności, komunikacji, domeny cyber, etc. Chociaż przez lata pozycjonowali swoje zdolności w tym zakresie jako najbardziej zaawansowane, nawet względem potencjałów państw natowskich. Można zasugerować, co pewnie zostanie dopiero odpowiednio sprawdzone po zakończeniu walk, że właśnie tego rodzaju mankamenty kooperacji wywiadu i wojska były decydujące w pierwszych godzinach. Co więcej, do dnia dzisiejszego, strona ukraińska utrzymuje również efektywne możliwości zbierania i potwierdzania danych o przeciwniku.

(...)

Obserwując toczoną wojnę jedynie przez pryzmat statystyk sprzętowych, nie można również pominąć innego ważnego faktu, który mógł zaważyć na biegu wydarzeń. Jak można zauważyć po okresie walk Rosjanie nie mieli przygotowanych efektywnych i znanych liderów społeczno-politycznych. Liderów, których należało fizycznie wstawić lub tylko propagandowo ogłosić w miejsce wyeliminowanych polityków ukraińskich, wybranych przez samych Ukraińców. Można też przyjąć, że w związku ze zbyt dużym zaufaniem do własnego potencjału wojskowego nie zostały aktywowane pro-rosyjskie zasoby ludzkie, które miały być aktywem niezbędnym do przeprowadzenia strategicznej operacji psychologicznej.

Jedno jest przy tym pewne, ukraińskiemu kontrwywiadowi i wywiadowi udało się zneutralizowanie tego rodzaju zapędów społeczno-politycznych Kremla. Szczególnie w najbardziej kluczowych dniach inwazji, a więc w pierwszym tygodniu agresji na Ukrainę. Świadczyć o tym może nie tylko brak wyłonienia się silnych liderów prokremlowskich, nawet w przestrzeni propagandy rosyjskiej ukierunkowanej na Ukraińców, ale również neutralizacja grup terrorystycznych, dywersyjnych i sabotażowych. Zostały one w znacznym stopniu obezwładnione chociażby w kluczowym dla powodzenia rosyjskiej agresji Kijowie. Nie doszło również do skutecznego ataku na kluczowych przedstawicieli administracji prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Należy zauważyć i podkreślić, że pierwsze godziny wręcz wzmocniły jego pozycję personalną jako symbolu oporu. Rosjanom nie udało się nawet odizolowanie prezydenta Zełenskiego od kontaktów ze światem zewnętrznym, a nawet zaistniała sytuacja oficjalnego spotkania z liderami innych państw, w tym Polski w broniącym się kraju. Liderzy polityczni Ukrainy nie zostali zmuszeni również do ewakuacji ze stolicy państwa (czy też kraju), która co najważniejsze nadal nie znajduje się w okrążeniu sił rosyjskich.

Czyli nie doszło do delegitymizacji władztwa nad terytorium Ukrainy, nie przecięto terytorium na dwie części, nie mówiąc już o możliwości efektywnego, przynajmniej zneutralizowania postaw obronnych większości obywateli Ukrainy. Trzeba założyć, że doszło do złej oceny postaw społeczeństwa, wojska, a także elit politycznych zaatakowanego kraju. Stąd, niezależnie od debat nad postawą FSB, SWR, GU/GRU i tak rosyjskie służby są otwarcie odpowiedzialne za niepowodzenia pierwszej fazy kampanii. Dziś to Ukraina przejmuje w tym zakresie zdolność do działań nie tylko osłonowych, defensywnych, ale przede wszystkim ofensywnych. Stąd tak skuteczna operacja psychologiczna wymierzona w rosyjskich żołnierzy walczących w Ukrainie i nie tylko w nich. Analogicznie jeśli chodzi o zdolności do działań w domenie informacyjnej. Jeśli więc mowa o kontrofensywie lub kontrofensywach o znaczeniu operacyjnym lub nawet strategicznym, to widzimy je w przestrzeniach wywiadowczych, kontrwywiadowczych, informacyjnych i być może cyber (gdy weźmie się pod uwagę wsparcie międzynarodowe strony ukraińskiej).

Innym elementem, który już teraz wyłania się z oceny pierwszych dni agresji rosyjskiej na Ukrainę jest postawa samych sił zbrojnych. Zarówno rosyjskich jak i ukraińskich. Rosjanie ewidentnie nie przygotowali się na wypadek braku realizacji pierwszej koncepcji działań wymierzonych w Ukrainę. Przyczyną takiego stanu rzeczy może być oczywiście poziom dowodzenia, ale też wieloletnie przenikanie się negatywnych trendów społecznych i politycznych właśnie z wojskiem. Mowa w pierwszej kolejności o korupcji, ale też nepotyzmie, rywalizacji o wpływy różnych koterii polityczno-wojskowych. Trzeba zakładać także negatywny efekt własnej propagandy, szczególnie względem indoktrynowanych nią zwykłych żołnierzy oraz ich rodzin. Zauważmy bowiem, że główny przekaz rosyjskich mediów skoncentrował się na, jak to twierdził Kreml, oswobodzeniu „uciskanego bratniego narodu" od wąskiej grupy „faszystów".

Zakładając, że żołnierze w dodatku nie idą na wojnę, nie będą uczestniczyli w pełnoskalowym konflikcie zbrojnym, a raczej będą walczyli z izolowanymi punktami oporu. Stąd, przy pierwszych stratach taka, a nie inna postawa części żołnierzy rosyjskich. Zupełnie nieprzygotowanych do podjęcia walki orężnej z nie tylko zdeterminowanymi wojskami ukraińskimi, ale również lepiej znającymi teren, wspieranymi przez ludność lokalną, a także posiadającymi w pewnym procencie know-how charakterystyczne dla wojskowości zachodniej.

(...)

Pewnego rodzaju propagandę sukcesu można również odnotować w przestrzeni również dowódców i planistów. Pauzy strategiczne na dowiezienie środków niezbędnych do prowadzenia walki wskazują na bezalternatywność planów operacyjnych lub niski stopień akceptacji planów alternatywnych, na wypadek efektywnej obrony Ukrainy w pierwszych godzinach. Nie wyciągnięto również odpowiednich wniosków z wojny w Donbasie, gdzie podobne braki odbiły się na walkach z ukraińskimi obrońcami po agresji z 2014 r. Znów też trzeba powrócić do czynnika wywiadowczego i rozpoznania, albowiem on zawiódł i strategicznie na szczeblu państwa, jak i zawodzi w znacznym stopniu jeśli chodzi o np. diagnozę przygotowania taktycznego poszczególnych formacji ukraińskich.

defence24.pl