Najwyżsi urzędnicy Rosji są często opisywani jako dwór Władimira Putina. Z poniedziałkowego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Rosji wynika, że jest to raczej komora odbijająca echo prezydenta.
Czasami trudno uciec od filmowych i teatralnych odniesień, ale w tym przypadku wyglądało to, jak spotkanie króla Leara z Ernstem Stavro Blofeldem z filmów o Jamesie Bondzie. Tematem posiedzenia były pseudopaństwa Doniecka i Ługańska, ale choć Putin zapowiedział, że decyzję podejmie później, to widać było, że już wtedy zdecydowany był je uznać.
Prawdziwy dramat tego spotkania polegał na tym, że najpotężniejsi mężczyźni Rosji — i jedna kobieta — tańczyli i kręcili się w kółko wokół prezydenta.
W przeciwieństwie do większości posiedzeń Rady Bezpieczeństwa, to było transmitowane przez telewizję (a dokładniej, retransmitowane, bo Kreml przyznał, że nie odbywało się, wbrew twierdzeniu telewizji, na żywo). Zamiast zdalnie, jak to w czasach epidemii, to posiedzenie odbyło się osobiście. Zgromadzeni urzędnicy siedzieli w oddalonych rzędach z dala od Putina. Ten, usadowiony za biurkiem, po kolei żądał od nich wyrażenia opinii na temat uznania republik w Donbasie. Jasne było, że właściwa odpowiedź jest tylko jedna.
Niektórzy z nich byli prawdziwymi entuzjastami. Dyrektor tajnej policji FSB Aleksander Bortnikow przedstawił surrealistyczny raport o rzekomych ukraińskich prowokacjach i naruszeniach praw człowieka. Jego poprzednik, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji Nikołaj Patruszew ujął całą sprawę w pozytywnych, eschatologicznych kategoriach, dając odpór tym, których celem jest "zniszczenie Rosji".
Minister obrony Siergiej Szojgu jest zawsze trudny do odczytania. Do pewnego stopnia podążał on tą samą linią co Bortnikow, ale skupił się również na wątpliwym argumencie, że Ukraina planuje zdobycie broni nuklearnej. Trudno było jednak stwierdzić, jak bardzo sam wierzy w to, co mówi.
(...)
Przewodnicząca Rady Federacji Walentyna Matwijenko zwróciła uwagę na rzekome "ludobójstwo" dokonywane na etnicznych Rosjanach i rosyjskojęzycznych mieszkańcach Ukrainy.
Dmitrij Miedwiediew, którego nowe stanowisko wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa dało mu szansę na ponowne odkrycie siebie w roli jastrzębia, nawoływał wszystkich do myślenia o dzieciach. Potwierdził, że naród rosyjski, na razie wyjątkowo niezachwycony perspektywą wojny na Ukrainie, będzie oczekiwał i rozumiał radykalne działania. Mówił to z całym przekonaniem człowieka, który żyje w pozłacanej izolacji nowoczesnego bojara, spotykając zwykłych Rosjan tylko wtedy, gdy sprzątają jego limuzynę lub karmią jego kaczki.
Podobnie minister spraw wewnętrznych Władimir Kołokolcew mógł pójść w zaparte, przyjmując maksymalistyczne stanowisko, że Rosja powinna nie tylko uznać obecne granice pseudopaństw w Donbasie, ale ich roszczenia do całego obwodu donieckiego i ługańskiego, w tym do Mariupola.
Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, podobnie jak premier Michaił Miszustin, starał się unikać odpowiedzi na temat uznania pseudopaństw, dopóki nie został przyciśnięty do ściany. Wyglądał na wyraźnie skrępowanego i niezadowolonego, ale kiedy zaczął mówić o ekonomii, Putin — który z kolei wyglądał na jeszcze bardziej znudzonego niż zwykle — popchnął go do rytualnego poparcia nowej linii władzy.
Ale to Miszustin ma wszelkie powody do niezadowolenia. To właśnie jemu, wraz z Antonem Wajno i Siergiejem Kirijenką z kancelarii prezydenta Rosji, powierzono projekt odrodzenia politycznego i gospodarczego kraju. Każda eskalacja, która w najlepszym wypadku będzie oznaczała sankcje, a w najgorszym wojnę, znacznie utrudni realizację tego celu.
Podobnie Dmitrij Kozak, pragmatyczny tropiciel problemów, który był politycznym punktem odniesienia dla rozmów w Mińsku — i który wychował się na Ukrainie — ukrył się w słowotoku, wygłaszając długie przemówienie, po czym, naciskany, przyznał, że Kijów nie zamierza zaakceptować rosyjskiego rozumienia porozumień mińskich i że on, Kozak, "nie chce zwrócić Donbasu Ukrainie".
Kiedy jednak Kozak chciał się wypowiedzieć na temat szerszej kwestii przyszłości Donbasu, Putin uciął mu szybko i kurtuazyjnie, nie raz, ale dwa razy. Można było odnieść wrażenie, że Putin naprawdę nie jest pasjonatem najlepszych praktyk w dziedzinie stosunków międzyludzkich. Jeśli nigdy nie stanie przed trybunałem do spraw zbrodni wojennych, powinien przynajmniej stanąć przed sądem pracy, ponieważ kultywuje toksyczne i niebezpieczne środowisko pracy.
Wystarczy zapytać Siergieja Naryszkina, dyrektora Służby Wywiadu Zagranicznego, który, jak się wydaje, został wyznaczony na kozła ofiarnego tego zgromadzenia. Może on prawdopodobnie czuć ulgę, że w przeciwieństwie do Blofelda, Putin nie zainstalował jeszcze zbiornika z piraniami na spotkania z nim.
W czasie kryzysu był on dobrym żołnierzem, publicznie forsując oficjalną linię znacznie aktywniej niż Patruszew czy Bortnikow. Ale w przeciwieństwie do nich Naryszkin nigdy nie był w wewnętrznym kręgu Putina i został potraktowany podczas poniedziałkowego spotkania jako ofiara poniżającej i całkowicie niepotrzebnej demonstracji władzy szefa. Był, oczywiście, znacznie mniej elegancki niż jego zwykła publiczna persona, stojąc na podium, gdy został wezwany, jak uczeń wskazany przez dyrektora szkoły.
Kiedy Naryszkin powiedział, że "poprze" uznanie pseudopaństw, Putin ostro go docisnął: — Poprze pan, czy popiera? Proszę powiedzieć mi wprost, Siergieju Jewgieniewiczu". Kiedy wyraźnie zdenerwowany Naryszkin powiedział, że popiera "sprowadzenie ich do Rosji", prezydent od razu postawił go na nogi: — Nie o tym rozmawiamy! Czy popiera pan uznanie ich niepodległości?.
(...)
Kiedyś były oficer rosyjskiego wywiadu powiedział mi, że służby wiedzą, że "nie przynosi się złych wiadomości do carskiego stołu". Wszyscy mieliśmy okazję przekonać się, do jakiego stopnia jest to prawdą nawet w przypadku najpotężniejszych postaci w rosyjskim państwie.
Jeśli Ławrow nie może mu powiedzieć wprost tego, co musi wiedzieć o intencjach Zachodu... Jeśli Bortnikow i Szojgu ograniczają się do przekazywania rosyjskiej linii propagandowej... Jeśli Miszustin nie może mówić o kosztach, a Kozak o prawdziwym charakterze sytuacji na miejscu, to czego można się spodziewać?
onet.pl