niedziela, 27 lutego 2022


Najwyżsi urzędnicy Rosji są często opisywani jako dwór Władimira Putina. Z poniedziałkowego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Rosji wynika, że jest to raczej komora odbijająca echo prezydenta.

Czasami trudno uciec od filmowych i teatralnych odniesień, ale w tym przypadku wyglądało to, jak spotkanie króla Leara z Ernstem Stavro Blofeldem z filmów o Jamesie Bondzie. Tematem posiedzenia były pseudopaństwa Doniecka i Ługańska, ale choć Putin zapowiedział, że decyzję podejmie później, to widać było, że już wtedy zdecydowany był je uznać.

Prawdziwy dramat tego spotkania polegał na tym, że najpotężniejsi mężczyźni Rosji — i jedna kobieta — tańczyli i kręcili się w kółko wokół prezydenta.

W przeciwieństwie do większości posiedzeń Rady Bezpieczeństwa, to było transmitowane przez telewizję (a dokładniej, retransmitowane, bo Kreml przyznał, że nie odbywało się, wbrew twierdzeniu telewizji, na żywo). Zamiast zdalnie, jak to w czasach epidemii, to posiedzenie odbyło się osobiście. Zgromadzeni urzędnicy siedzieli w oddalonych rzędach z dala od Putina. Ten, usadowiony za biurkiem, po kolei żądał od nich wyrażenia opinii na temat uznania republik w Donbasie. Jasne było, że właściwa odpowiedź jest tylko jedna.

Niektórzy z nich byli prawdziwymi entuzjastami. Dyrektor tajnej policji FSB Aleksander Bortnikow przedstawił surrealistyczny raport o rzekomych ukraińskich prowokacjach i naruszeniach praw człowieka. Jego poprzednik, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji Nikołaj Patruszew ujął całą sprawę w pozytywnych, eschatologicznych kategoriach, dając odpór tym, których celem jest "zniszczenie Rosji".

Minister obrony Siergiej Szojgu jest zawsze trudny do odczytania. Do pewnego stopnia podążał on tą samą linią co Bortnikow, ale skupił się również na wątpliwym argumencie, że Ukraina planuje zdobycie broni nuklearnej. Trudno było jednak stwierdzić, jak bardzo sam wierzy w to, co mówi.

(...)

Przewodnicząca Rady Federacji Walentyna Matwijenko zwróciła uwagę na rzekome "ludobójstwo" dokonywane na etnicznych Rosjanach i rosyjskojęzycznych mieszkańcach Ukrainy.

Dmitrij Miedwiediew, którego nowe stanowisko wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa dało mu szansę na ponowne odkrycie siebie w roli jastrzębia, nawoływał wszystkich do myślenia o dzieciach. Potwierdził, że naród rosyjski, na razie wyjątkowo niezachwycony perspektywą wojny na Ukrainie, będzie oczekiwał i rozumiał radykalne działania. Mówił to z całym przekonaniem człowieka, który żyje w pozłacanej izolacji nowoczesnego bojara, spotykając zwykłych Rosjan tylko wtedy, gdy sprzątają jego limuzynę lub karmią jego kaczki.

Podobnie minister spraw wewnętrznych Władimir Kołokolcew mógł pójść w zaparte, przyjmując maksymalistyczne stanowisko, że Rosja powinna nie tylko uznać obecne granice pseudopaństw w Donbasie, ale ich roszczenia do całego obwodu donieckiego i ługańskiego, w tym do Mariupola.

Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, podobnie jak premier Michaił Miszustin, starał się unikać odpowiedzi na temat uznania pseudopaństw, dopóki nie został przyciśnięty do ściany. Wyglądał na wyraźnie skrępowanego i niezadowolonego, ale kiedy zaczął mówić o ekonomii, Putin — który z kolei wyglądał na jeszcze bardziej znudzonego niż zwykle — popchnął go do rytualnego poparcia nowej linii władzy.

Ale to Miszustin ma wszelkie powody do niezadowolenia. To właśnie jemu, wraz z Antonem Wajno i Siergiejem Kirijenką z kancelarii prezydenta Rosji, powierzono projekt odrodzenia politycznego i gospodarczego kraju. Każda eskalacja, która w najlepszym wypadku będzie oznaczała sankcje, a w najgorszym wojnę, znacznie utrudni realizację tego celu.

Podobnie Dmitrij Kozak, pragmatyczny tropiciel problemów, który był politycznym punktem odniesienia dla rozmów w Mińsku — i który wychował się na Ukrainie — ukrył się w słowotoku, wygłaszając długie przemówienie, po czym, naciskany, przyznał, że Kijów nie zamierza zaakceptować rosyjskiego rozumienia porozumień mińskich i że on, Kozak, "nie chce zwrócić Donbasu Ukrainie".

Kiedy jednak Kozak chciał się wypowiedzieć na temat szerszej kwestii przyszłości Donbasu, Putin uciął mu szybko i kurtuazyjnie, nie raz, ale dwa razy. Można było odnieść wrażenie, że Putin naprawdę nie jest pasjonatem najlepszych praktyk w dziedzinie stosunków międzyludzkich. Jeśli nigdy nie stanie przed trybunałem do spraw zbrodni wojennych, powinien przynajmniej stanąć przed sądem pracy, ponieważ kultywuje toksyczne i niebezpieczne środowisko pracy.

Wystarczy zapytać Siergieja Naryszkina, dyrektora Służby Wywiadu Zagranicznego, który, jak się wydaje, został wyznaczony na kozła ofiarnego tego zgromadzenia. Może on prawdopodobnie czuć ulgę, że w przeciwieństwie do Blofelda, Putin nie zainstalował jeszcze zbiornika z piraniami na spotkania z nim.

W czasie kryzysu był on dobrym żołnierzem, publicznie forsując oficjalną linię znacznie aktywniej niż Patruszew czy Bortnikow. Ale w przeciwieństwie do nich Naryszkin nigdy nie był w wewnętrznym kręgu Putina i został potraktowany podczas poniedziałkowego spotkania jako ofiara poniżającej i całkowicie niepotrzebnej demonstracji władzy szefa. Był, oczywiście, znacznie mniej elegancki niż jego zwykła publiczna persona, stojąc na podium, gdy został wezwany, jak uczeń wskazany przez dyrektora szkoły.

Kiedy Naryszkin powiedział, że "poprze" uznanie pseudopaństw, Putin ostro go docisnął: — Poprze pan, czy popiera? Proszę powiedzieć mi wprost, Siergieju Jewgieniewiczu". Kiedy wyraźnie zdenerwowany Naryszkin powiedział, że popiera "sprowadzenie ich do Rosji", prezydent od razu postawił go na nogi: — Nie o tym rozmawiamy! Czy popiera pan uznanie ich niepodległości?.

(...)

Kiedyś były oficer rosyjskiego wywiadu powiedział mi, że służby wiedzą, że "nie przynosi się złych wiadomości do carskiego stołu". Wszyscy mieliśmy okazję przekonać się, do jakiego stopnia jest to prawdą nawet w przypadku najpotężniejszych postaci w rosyjskim państwie.

Jeśli Ławrow nie może mu powiedzieć wprost tego, co musi wiedzieć o intencjach Zachodu... Jeśli Bortnikow i Szojgu ograniczają się do przekazywania rosyjskiej linii propagandowej... Jeśli Miszustin nie może mówić o kosztach, a Kozak o prawdziwym charakterze sytuacji na miejscu, to czego można się spodziewać?

onet.pl

Na początku czwartej doby operacji do granic Kijowa po raz pierwszy podeszły rosyjskie pododdziały rozpoznawcze zgrupowania rosyjskiego operującego w północno-wschodniej części Ukrainy. Miasto jest okrążane od zachodu, północy i wschodu. Oddziały agresora operujące z terytorium Białorusi dotarły bezpośrednio do północnych i zachodnich obrzeży Kijowa, z kolei zgrupowanie na lewobrzeżnej Ukrainie rozwinęło się w odległości 60–150 km od centrum miasta. W niedzielę w godzinach przedpołudniowych rosyjskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze przeprowadziły pierwszą dywersję w lewobrzeżnej części Kijowa (Trojeszczyna). Siły rosyjskie kontynuowały natarcie w kierunku międzynarodowego portu lotniczego w Boryspolu.

Działające od dwóch dni w okolicach ukraińskiej stolicy jednostki rosyjskich sił specjalnych i Wojsk Powietrznodesantowych FR są wzmacniane przez przemieszczające się z Białorusi pododdziały Wschodniego Okręgu Wojskowego. Zniszczone w ciągu poprzedniej doby przez wycofujące się wojska ukraińskie mosty na północ od Kijowa (na Tereku i Desnie) zostały zastąpione przez jednostki inżynieryjne agresora prowizorycznymi przeprawami. W toku walk prowadzonych na kierunku północno-wschodnim wojska rosyjskie wyminęły i blokują pozostałe tam garnizony ukraińskie, na czele z Czernihowem. W kierunku Kijowa wycofują się siły ukraińskie z zadaniem wzmocnienia jego obrony. Dla potrzeb operacji okrążenia stolicy siły rosyjskie przystąpiły do aktywnych działań w północnej części obwodu żytomierskiego i uderzyły na Korosteń.

Na pozostałych obszarach działań prowadzone są walki pozycyjne o główne ośrodki miejskie, w których Ukraińcy prowadzą uporczywą obronę. Rosjanie przerwali pierścień obrony Charkowa i do miasta wjechały rosyjskie grupy rekonesansowe na lekkich pojazdach opancerzonych (prawdopodobnie SpecNaz GRU), jednak po krótkich walkach zostały one wyparte. Walki trwają również o Sumy, Mariupol (miasto zostało okrążone ze wszystkich kierunków), Mikołajów i Odessę (siły ukraińskie odpierają kolejne desanty morskie). Po przejęciu przez siły agresora kontroli nad lewobrzeżną częścią Zbiornika Kachowskiego (siły rosyjskie podeszły pod Enerhodar) sytuacja na tym odcinku frontu się ustabilizowała.

Kolejną noc Rosja prowadziła uderzenia rakietowo-powietrzne, a także ostrzał artyleryjski i ataki dywersyjne na cele na całym terytorium Ukrainy. Zniszczone zostały m.in. składy paliw w Wasylkowie i gazociąg w Charkowie. Rosyjska rakieta spadła na ogrodzenie składu odpadów radioaktywnych w Kijowie. Działania grup dywersyjno-rozpoznawczych po raz pierwszy na większą skalę miały miejsce na prawobrzeżnej Ukrainie (w obwodzie czerkaskim). Również po raz pierwszy wykorzystane zostało lotnictwo strategiczne operujące znad terytorium Białorusi (bombowiec Tu-22M3, jedna z wypuszczonych z niego rakiet miała zostać zestrzelona). Według części źródeł pododdziały Sił Zbrojnych Białorusi mają – w składzie zgrupowań rosyjskich – brać bezpośredni udział w agresji.

26 lutego prezydent Zełenski poinformował, że Ukraina odparła atak na stolicę, czym pokrzyżowała plany dokonania zamachu stanu. Według strony ukraińskiej, mimo prób przejęcia stolicy, w ciągu dwóch dni rosyjska armia nie dokonała żadnego postępu – walki z okupantem toczą się w tych samych miejscach co na początku wojny. Premier Denys Szmyhal oznajmił, że obrona trwa na całej linii frontu, siły ukraińskie „niszczą okupanta na lądzie, morzu i w powietrzu”, a kraj dopiero „powstaje”, by dać odpór przeciwnikowi. Według strony ukraińskiej szacunkowe straty rosyjskie wynoszą 150 czołgów, 706 pojazdów opancerzonych, 27 samolotów, 26 śmigłowców i około 4300 ludzi. Ukraińskie media pokazują nagrania i zdjęcia rozbitych kolumn wojskowych agresora.

Zełenski odrzucił ofertę udziału w rozmowach pokojowych w Mińsku, argumentując, że Białoruś przestała być państwem neutralnym z chwilą udzielenia swego terytorium wojskom rosyjskim. Zaproponował natomiast możliwość przeprowadzenia negocjacji w każdym innym miejscu, ale bez warunku złożenia przez Ukrainę broni. Optymizmowi w sprawach militarnych towarzyszył entuzjazm wywołany decyzją Zachodu o wykluczeniu Rosji z systemu SWIFT. Prezydent wezwał Ukraińców przebywających za granicą do powrotu do kraju i obrony ojczyzny. Zaapelował ponadto do „przyjaciół Ukrainy” o pomoc w walce z okupantem – poinformował przy tym o utworzeniu specjalnego oddziału międzynarodowego w ramach wojsk obrony terytorialnej. Ponownie zwrócił się także do Rosjan z apelem o wywarcie presji na Kreml w celu powstrzymania wojny. Zaapelował również do Białorusinów – wezwał ich do przeciwstawienia się władzom w Mińsku, które pozwoliły na dokonanie agresji na Ukrainę z terytorium białoruskiego. Ukraińskie Ministerstwo Obrony uruchomiło gorącą linię informacyjną, która ma przekazywać dane o poległych żołnierzach i jeńcach rosyjskich. Jest to kolejny element ukraińskiej polityki informacyjnej mający oddziaływać na nastroje społeczne w Rosji.

W trzecim dniu agresji radykalnie wzrosła liczba ludności cywilnej wyjeżdżającej na zachód Ukrainy oraz do Polski. Według danych Straży Granicznej RP od momentu rozpoczęcia działań zbrojnych do Polski wjechało łącznie 156 tys. osób (z czego 77,3 tys. w sobotę). Mimo wprowadzonych ułatwień napływ ludzi przekracza jednak przepustowość granicy, tworzą się wielokilometrowe korki, a na odprawę trzeba czekać kilkadziesiąt godzin. Kolejki są także na przejściach granicznych ze Słowacją, Węgrami i Rumunią.

Na wschodzie kraju pogarsza się sytuacja bezpieczeństwa mieszkańców, wiele miast i miejscowości funkcjonuje w warunkach ostrzału artyleryjskiego, częste są alarmy powietrzne, znaczną część czasu ludzie spędzają w schronach. Zaczynają się nasilać problemy z zabezpieczeniem żywności z uwagi na zniszczenia części infrastruktury drogowej. W oblężonym Charkowie oraz otaczających miejscowościach już odczuwalne są trudności z zaopatrzeniem sklepów i dostępnością paliw. Równocześnie widoczna jest mobilizacja pozostających w swoich domach mieszkańców. W szeregi obrony terytorialnej w ostatnich dniach wstąpiło 37 tys. ochotników na całej Ukrainie. Wśród mieszkańców liczne są postawy solidarności, a fundacje zbierające środki na wsparcie wojska notują rekordowe wpływy.

Minister energetyki ogłosił, że ukraińska sieć elektroenergetyczna nie powróci do pracy synchronicznej z sieciami rosyjską i białoruską oraz że planuje wezwać UE do przyspieszenia decyzji o przyłączeniu sieci ukraińskiej do europejskiej ENTSO-E. Przeprowadzony przez Ukrainę w ostatnich dniach test pracy w reżimie izolowanym (w tym utrzymania częstotliwości 50 Hz) zakończył się sukcesem.

osw.waw.pl

sobota, 26 lutego 2022


PAP: - Stało się to, co prognozował pan od dłuższego czasu – Rosja zdecydowała się na ruch, który ma doprowadzić do przebudowy światowego ładu. Bo zakładam, że nie Ukraina jest głównym celem.

Jacek Bartosiak: Wojna jest prowadzona przeciwko Stanom Zjednoczonym, tylko per proxy, per procura. Tak naprawdę to są zbrojne negocjacje ze Stanami, które mają doprowadzić do tego, żeby te wycofały się na zachód Europy, a najlepiej w ogóle zniknęły z Europy. A tym samym, żeby Amerykanie skończyli wspieranie Ukrainy i żeby już nie mieli dominującego zdania w Europie Środkowo-Wschodniej.

- Obserwując to, co się obecnie dzieje, widać wyraźnie, jak różne są interesy europejskich państw, i jak one powodują ich zachowaniami. Weźmy Niemcy. Jeszcze niedawno, co pan zresztą chwalił, miały być one takim żandarmem Europy pilnującym na kontynencie bezpieczeństwa przy wsparciu Stanów Zjednoczonych. Teraz wydaje się, że ten układ jest nieaktualny.

Tak, bo Niemcy wybrały hedging, czyli swoją własną grę kontynentalną. Nawet jeśli zrobiły to nieświadomie, to wybrały i poprzedni układ jest nieaktualny. Chyba, że Niemcy teraz staną się posłuszne Stanom Zjednoczonym. Albo wypowiedzą Stanom Zjednoczonym posłuszeństwo i staną się graczem kontynentalnym o sprzecznych interesach do tych, jaki ma niepodległe państwo polskie.

- Co jest w interesie Niemiec?

To bardzo dobre pytanie. Do niedawna, myślę, w interesie Niemiec był spokój i pokój w Europie, prowadzenie handlu, gaz, dominacja gospodarcza na kontynencie, rynki rosyjskie i dogadanie się z Rosją na jakichś zasadach. To wszystko przy jednoczesnym utrzymywaniu przyjaznych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi tak, aby Amerykanie nadal gwarantowali przewidywalny system wymiany towarowej w zglobalizowanym świecie. A dzisiaj musiałbym się zastanowić, co jest w ich interesie, bo Niemcy będą musieli podjąć decyzję. Na razie podjęły taką, jaką widzimy – nie chcą drażnić Rosji, nie zgodziły się na blokadę SWIFT-a i tak dalej.

- Podtrzymują też twardo, że nie przekażą broni Ukrainie,

Tak jest. Myślę, że to, czego Niemcy najbardziej by chcieli, to tego, żeby Ukraińcy przegrali. I to jak najszybciej. Wtedy mieliby problem z głowy.

- I co by się wtedy stało?

Założę się, że Niemcy dalej prowadziliby swoją narrację, że trzeba jednak z tą Rosją rozmawiać, żeby nie było ofiar, żeby Ukraińców humanitarnie traktowano, i że Rosja jest niezbędnym elementem gry europejskiej, nie można jej wykluczać i trzeba z nią nadal handlować.

- W tej układance mamy jeszcze jednego, ważnego gracza, którym są Chiny i które są, jak sądzę, zachwycone obecną sytuacją.

Tak, dlatego, że to, co się dzieje, osłabia Amerykanów, osłabia ład światowy, który Chińczycy chcą zmienić. No i jeszcze osłabia to Rosję, przynajmniej czasowo.

- Można się więc teraz spodziewać jakichś ruchów chińskich w rejonie azjatyckim?

Nie daj Boże, bo będziemy mieli wojnę światową, gdyż Amerykanie pójdą wtedy na wojnę na pewno. O Ukrainę nie chcieli iść, ale o Tajwan pójdą. Problem w tym, że Rosjanie, zresztą słusznie, uznali, że Amerykanie nie będą bronić Ukrainy, gdyż inaczej wybuchłby ogólnoświatowy konflikt. I jeszcze, że mają zlokalizowaną przewagę nad Amerykanami. Jednak Tajwanu Amerykanie nie mogą odpuścić, bo gdyby to zrobili, to by ich już nie było w Euroazji.

- Wszystko więc zmierza do tego, że będzie wojna globalna. Wiele wskazuje na to, że Chiny będą chciały wykorzystać sytuację. Już widać wzmożone ruchy chińskich myśliwców nad Tajwanem.

Chodzi o to, żeby pokazać Tajwańczykom: No i co, jesteście sami. Pogódźcie się z tym i lepiej zróbcie z nami okrągły stół. Przerażona jest pani, prawda?

- Tak, jestem, bo widzę, co się dzieje. Sytuacja zdaje się zmierzać w jednym kierunku.

Zobaczymy, jak Ukraińcy będą się bili. Na razie idzie im dobrze, ale pierwsze dwa dni jeszcze nic nie mówią o tym, w jaką stronę zmierza konflikt.

(...)

- Porozmawiajmy jeszcze o Francji, która wydaje się tutaj stać w rozkroku. Czego ona chce?

Spokoju i pokoju. Ona też by chciała, żeby Rosja była częścią systemu europejskiego. Tak samo, jak Niemcy. Tylko Amerykanie i państwa Europy środkowo-wschodniej tego nie chcą. Nie mówię o takich państwach jak Węgry czy Serbia, tylko o Intermarium, czyli Międzymorzu.

- Jest jeszcze Wielka Brytania, jakie ona zajmie stanowisko?

Takie, jak Amerykanie. Brytyjczycy pójdą za Amerykanami.

(...)

- Co w pierwszym rzędzie powinniśmy zrobić?

Jak najszybciej porozmawiać z Amerykanami, żeby zapakowali swoje ciężkie brygady do Europy Środkowo-Wschodniej i żeby już szły morzem. To potrwa, ale chodzi o sygnał. Po drugie musimy natychmiast zaproponować Amerykanom nowy deal w zakresie uzbrojenia i reformy wojska. I nie chodzi tylko o kupowanie uzbrojenia, chodzi o kompetentne budowanie i organizację siły ogniowej i kompetencji operacyjnych.

dziennik.pl

Były komik i aktor o skromnych korzeniach, Wołodymyr Zełenski wszedł do polityki w 2019 r. na hasłach walki z korupcją, po zagraniu nauczyciela historii wybranego na prezydenta na hasłach walki z korupcją w ukraińskim sitcomie "Sługa ludu".

Zełenski z pewnością nie jest idealny, ale nie jest też wycięty z tej samej tkaniny oligarchów, którzy zarobili miliardy na szemranych przedsięwzięciach biznesowych. Wydaje się, że jego dojście do prezydentury było podyktowane realną chęcią poprawy sytuacji Ukraińców.

Ukraina ma teraz przywódcę, w którego może wierzyć, który obiecuje walczyć z militarnym supermocarstwem. To demokratycznie wybrany prezydent, który nie był cynicznym mianowańcem jakiegoś innego kraju, który nie był kimś, kto dążył do prezydentury po to, by się wzbogacić.

W przeciwieństwie do prezydenta Afganistanu Aszrafa Ghaniego i jego rządu Zełenski nie wsiadł do pierwszego samolotu uciekającego z Kijowa, pomimo wyraźnego zagrożenia życia. Kiedy bowiem Putin mówi o dekapitacji rządu Ukrainy, to nie jest przenośnia. Jak powiedział sam Zełenski w wideo zamieszczonym w mediach społecznościowych, prezydent jest celem Putina numer 1, a jego rodzina — celem numer 2.

Zełenski został w Kijowie, odrzucając oferty bezpieczeństwa z Francji i w USA. Założył koszulkę i kurtkę w kolorze khaki i wyszedł na ulice. — Jesteśmy tu. Jesteśmy w Kijowie. Bronimy Ukrainy — powiedział w nagraniu opublikowanym w piątek wieczorem na Telegramie i nakręconym w Kijowie. Na nagraniu obok niego są premier Denys Szmyhal, a także doradca szefa sztabu prezydenta Michaił Podoljak, szef kancelarii prezydenta Andrij Jermak oraz Dawid Arachamia, szef frakcji parlamentarnej partii rządzącej Sługa Narodu.

onet.pl

Jacek Gądek: - Czy Putin mówił wcześniej, że będzie chciał podbić Ukrainę?

Krystyna Kurczab-Redlich: Dzisiaj zaskoczeni tym mogą być tylko ludzie głusi i ślepi.

- Dlaczego?

Od samego początku swojego panowania, od 2000 r., Putin mówił, że jego Rosja będzie agresywna. Już w pierwszym orędziu do Zgromadzenia Federalnego grzmiał o umocnieniu państwa. "Ten najważniejszy dla rosyjskiej polityki cel pozostaje dotychczas w sferze pustych słów. Dokąd doszliśmy? Donikąd! Spór o współzależność siły i wolności jest stary jak świat. Sprzyja spekulacjom na temat dyktatury i autorytaryzmu. Ale tylko silne państwo stworzy warunki do rozwoju naszej ojczyzny". A siłą tego państwa co ma być? Dobrobyt ludności? Wspaniała infrastruktura, drogi, mieszkania, szpitale, fabryki, instytuty badawcze? Ależ skąd - armia!

Na pierwszym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa grzmiał: "Najważniejsza jest dla nas potężna dobrze wyposażona armia gotowa służyć ojczyźnie w obliczu obecnych i przyszłych poważnych zagrożeń".

- Przyszłych zagrożeń wojennych?

Czy Rosji groziła czyjaś inwazja? Czy musiała się bronić? Dzisiaj jasno widać, że Putin zawsze szykował atak i zawsze, jak jego poprzednicy w ZSRR, będzie nazywał go obroną.

Po inauguracji prezydentury szybko wprowadził nową doktrynę bezpieczeństwa, która zezwala na użycie broni atomowej, "jeżeli wszystkie inne środki rozwiązania konfliktu zostaną wyczerpane". A czy zostaną wyczerpane, to osądzi wyłącznie on sam.

To samo wybrzmiało teraz. W jego mowie rozpoczynającej inwazję na Ukrainę stwierdził: każdy, kto zechce wspierać Ukrainę, musi się liczyć z najgorszymi konsekwencjami. A jakimi? Czyż nie chodzi o rakiety z głowicami atomowymi?

- Ale świat mimo to wydaje się zaskoczony. Emmanuel Macron mówi, że Putin był dwulicowy, a szefowa MSZ Niemiec Annalena Baerbock, że ich okłamał.

Nie odpowiadam za stan umysłu liderów Zachodu. To oni, wszyscy razem, wyhodowali tego potwora, jakim jest Putin. W 2000 r. - jeszcze przed inauguracją prezydentury - mknął do Putina do Petersburga premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, aby mu niemalże złożyć hołd. Razem poszli do Opery Petersburskiej. Blair, o czym wiadomo z pamiętników, tuż przed wyjazdem dostał raport o zbrodniach Putina w Czeczeni - nawet na ten raport nie spojrzał. Nie dowiedział się więc, jakie ludobójstwo jest udziałem Putina. Nazwał go demokratą i mówił o nim "my friend".

George W. Bush ujrzał w jego oczach duszę. Gerhard Schröder tylko do 2004 r. złożył mu 42 wizyty. Silvio Berlusconi zabierał go na prywatne orgietki. Jacques Chirac w 2006 r. wręczył mu najwyższe odznaczenie dla cudzoziemców - Order Legii Honorowej.

- A media dostrzegały, kim jest Putin?

Dziennikarze mieli lepsze oko, bo brytyjski "The Economist" w 2000 r. pisał: "Wygląda na to, że Władimir Putin przynależy do paranoidalnego, bezwzględnego świata radzieckich służb specjalnych z czasów zimnej wojny. Poważnym powodem do niepokoju jest jego wojenny zapał, bo może on kiedyś doprowadzić do równie okrutnych i nieadekwatnych działań jak w Czeczenii". Ale kto by tam dziennikarzy słuchał?

Ja w 2002 r. w artykule "Demokracja drugiej świeżości" relacjonowałam poglądy wciskane bojownikom rosyjskiego Specnazu: "Świat jest w stanie wojny. Wodzem tej wojny jest Putin. Teraz może on nie zwracać uwagi na reakcje tzw. postępowej społeczności, bo wie, że gdy wygramy, zwróci nam się wszystko, utracone przy wycofywaniu naszych wojsk z NRD wpływy również. Putin na powrót odkręci ten film, przedstawi światu swoją doktrynę mocarstwa". A Zachód? Był naiwny. Ale demokracja nie jest w stanie rozumować kategoriami wychowanka KGB.

- Nie jest w stanie, czy nie chce?

Według mnie nie chce. Gdy toczyła się wojna w Czeczenii, bomby spadały na Grozny - większe niż teraz na Kijów. Byłam tam. Grozny był jak Warszawa po powstaniu. Chodziłam wśród tych ruin. Dotykałam tych trupów. Wiem, jak wyglądała wojna za Putina. Ale byli tam - jak i ja - nielegalnie korespondenci z Zachodu. Telewizje pełne były obrazów ruin, walk, trupów.

No i co z tego? W 2003 r. Putina na salony zaprasza królowa angielska Elżbieta II. I to jako pierwszego gospodarza Kremla od czasów carów. Pamiętam takie zdarzenie: właśnie wtedy w Londynie odbywał się festiwal filmów o Czeczeni, również moich. Wyszliśmy wszyscy z małej salki, gdzie te ociekające krwią filmy pokazywano, na arterię, po której w królewskiej karocy jechał Putin obok królowej angielskiej. Dorośli faceci, którzy stali obok mnie, mieli łzy w oczach - z bezsilności.

- Może jednak była jakaś przesłanka do nadziei, że jest w Putinie krztyna demokraty?

Dolar szybował. Budżet Rosji pęczniał. Przyjaciele Putina z czasów, gdy był zastępcą mera Petersburga, którzy jak i on wzbogacili się na handlu kolumbijskimi narkotykami, rosyjskimi metalami szlachetnymi czy ropą, stali się partnerami światowego biznesu. Rosyjskie pieniądze zalały londyńskie City, amerykański Manhattan i resztę Zachodu. Gaz! Ropa! Zza nich kiepsko widać choćby to, że już w 2000 r. Putin zlikwidował jedyną wolną telewizję w Rosji; że do łagrów na lata jako szpiedzy idą wybitni rosyjscy uczeni, tylko po to, by koledzy Putina z KGB zajęli ich katedry; że znikają opozycyjne gazety; że kontroli podlega internet; że policja leje manifestantów na ulicach; że zwielokrotniała i tak zawsze wielka korupcja.

Zachód nie chciał tego dostrzec, bo interesy z Gazpromem - czyli Putinem - były ważniejsze. Dobre samopoczucie demokratów z Zachodu wymagało tego, aby w Putinie doszukiwać się tego, czego w nim nie było.

- Był też rok 2007 i wtedy Putin otwarcie - podczas najważniejszego wydarzenia w świecie dyplomatów, czyli konferencji w Monachium - oskarżał Zachód i obiecywał "asymetryczną" odpowiedź. Wówczas bagatelizowano jego wystąpienie?

Nie tyle zbagatelizowano, bo ono było bardzo głośne i komentowane, ile nie wyciągnięto z niego wniosków. Putin mówił, o tym, co go najbardziej boli: że świat jest dwubiegunowy, a liderem tego mocniejszego bieguna są USA. Że nie szanuje się Rosji, czyli nie szanuje się jego.

Putin nigdy nie pojął, że Zachodem rządzą w gruncie rzeczy społeczeństwa, ludzie, demokracja. A ona ma swoje prawa, które Putin z góry odrzuca. Od samego początku miał antyamerykańską obsesję. Już w 2000 r. mówił, a potem powtarzał: "nie zapominajmy, że to USA są jedynym państwem, które zastosowało broń atomową na niewinnych ludziach". Nie dodawał, że zrzucenie bomb na Hiroszimę i Nagasaki zakończyło straszną wojnę. Oskarża też USA o zrzucenie bomb na Belgrad, ale nie dodaje, że zakończyło to straszliwą, wspieraną przez Rosję wojnę na Bałkanach. Od samego początku władzy Putina sączył on antyzachodni jad, a po 2007 r. osiągnęło to już apogeum. Każdy blok informacyjny telewizji musztrowanej przez Kreml jest raportem o rzekomych zbrodniach USA.

- I atak na Ukrainę jest elementem tej antyzachodniej obsesji?

Na atak na Ukrainę składają się różne puzzle. Kolejne z nich obserwowałam od wielu już lat, ale był one dla mnie jakby złem w oddzielnych kawałkach: wojny w Czeczenii, zwalczanie opozycji, zduszenie wolności słowa...

Pierwszy ukraiński puzzel to rok 1994. Petersburg. Merostwo. Tam pierwsze po upadku ZSRR międzynarodowe forum zachodnich polityków i biznesmenów z przedstawicielami byłego bloku wschodniego. Temat: rozszerzenie NATO na Wschód. Nagle zza stołu wstaje niepozorny facet i ostrym tonem mówi, że 25 milionów Rosjan zostało wygnanych ze swoich radzieckich republik i żyją teraz w państwach, w których są obywatelami drugiej kategorii, a Rosja się na to zgadza tylko z uwagi na dyplomację, tak jak na przykład na Krymie. To był rok 1994 i już wtedy Putin mówił o Krymie jako tymczasowo tolerowanym terytorium Ukrainy. W głowie Putina już ok. 30 lat temu formowała się podstawa jego przyszłej polityki.

- Ale wówczas Putin przed 2014 r. nie odważył się militarnie zaatakować Ukrainy.

Jeszcze nie, bo początkowo korzystał z innych metod. W 2004 r., gdy odbywały się w Ukrainie wybory prezydenckie, siedem razy przyjeżdżał do Kijowa, by wesprzeć swojego kandydata - Wiktora Janukowycza. A Janukowycz, żeby ogłosić się zwycięzcą, sfałszował wybory - przejęcie urzędu prezydenta uniemożliwił mu Majdan, czyli protesty przeciwko fałszerstwom. Ponowione, już uczciwe wybory Janukowycz przegrał, ale nim ta porażka została ogłoszona, Putin dwa razy publicznie i głośno gratulował mu zwycięstwa.

Ukraińcy splunęli Putinowi w twarz niezagłosowaniem na człowieka, którego ten Putin namaszczał. Mało tego: ośmieszyli Putina przed całym światem. Zaczęła się pomarańczowa rewolucja, a u Putina nasiliła się antyamerykańska obsesja. Bo oczywiście według niego tylko na skutek podjudzania i przepłacania ludzi przez Amerykanów wybrali oni nie tego, kogo on wskazał.

- Wedle Putina Ukraina nie ma prawa istnieć jako niezależny od Rosji byt?

W roku 2008 na spotkaniu Rosja - NATO Putin mówi do George'a W. Busha: Ukraina to nawet nie jest państwo. Bo co to jest ta Ukraina? Część jej terytorium to Europa Wschodnia, a część, i to znaczącą, myśmy im podarowali. A w zeszłym roku popełnił artykuł o Ukrainie podporządkowany tezie, że Ukraińcy stanowią odwieczną, nieodłączną część "trójjedynego narodu ruskiego", i że brak historycznych podstaw do mówienia o odrębnym narodzie ukraińskim przed epoką sowiecką.

- Skąd takie przekonania?

Putin wspierał się teoriami dwóch filozofów. Pierwszym był faszyzujący Ivan Iljin, który twierdził, że nie istnieje takie państwo jak Ukraina, a jedynie Małorosja z narodem, który nigdy nie był narodem ukraińskim, ale jest polsko-kozacką zbieraniną. Dziś tomy dzieł Ilijna stoją w każdej bibliotece.

Drugim był generał białogwardyjski Anton Denikin - on też odmawiał Ukrainie prawa do samodzielności, pacyfikował ją - twierdził, że jej istnienie urąga rosyjskiej władzy. Zamknął Ukraińską Akademię Nauk. Twierdził, że ukraińska kultura nie istnieje, a ziemie ukraińskie mają karmić Rosję. Denikin mówił - a były to lata 20. XX w. - że to agenci Zachodu mącą w Ukrainie przeciwko Rosji.

Putin też uważa, że nie ma czegoś takiego jak państwo ukraińskie, a jest właśnie Małorosją poddaną Wielkorosji. Jego antyukraińskość wzmogła się tak bardzo, że sprowadził z Zachodu zwłoki Ilijna i Denikina, postawił im na Cmentarzu Dońskim w Moskwie okazałe nagrobki i w 2009 r. zorganizował tym "wielkim rosyjskim państwowcom" uroczysty pogrzeb. Pouczał wtedy dziennikarzy, aby studiowali dzieła tych wielkich Rosjan. Ich filozofia to podstawa działań Putina.

- Ukraińcy jednak wciąż mają państwo i chcieli na Zachód - do Unii Europejskiej. Putin poprzysiągł, że do tego nie dojdzie?

W 2013 r. Wiktor Janukowycz już jako prezydent Ukrainy dążył do podpisana z UE umowy stowarzyszeniowej. Nie dlatego, że kochał Ukrainę czy UE, ale dlatego, że chciał wygrać kolejne wybory prezydenckie. Jeździł po Europie i miał tam wsparcie. Ale jego kolega Putin najpierw zamknął granice dla ukraińskich towarów i rolnictwo ukraińskie traciło po pięć mln dol. dziennie. Potem osobiście kilkakrotnie straszył Janukowycza odpowiedzialnością za ruinę gospodarki, a wreszcie obiecał mu trzykrotnie większe zyski niż Unia Europejska. Oficjalnie.

A nieoficjalnie po prostu groził Janukowyczowi. Skutecznie. Janukowycz zerwał podpisanie umowy stowarzyszeniowej. I wtedy Ukraińcy zapełnili Majdan Niepodległości. Poległa ich tam co najmniej setka - zastrzelona z amunicji dowożonej z wojskowego lotniska pod Moskwą. Głosu ludu Putin nie przewidział. A cóż to za lud? Naród ukraiński przecież według niego nie istnieje.

gazeta.pl

piątek, 25 lutego 2022


Informacje na temat wydarzeń w innych rejonach walk są fragmentaryczne i trudno o jasne określenie co się właściwie dzieje. Można to zrobić jedynie w przybliżeniu. - Jest ewidentne, że obie strony po prostu zabrały żołnierzom smartfony. I dobrze, ale nie wiemy praktycznie nic konkretnego o przebiegu walk. Są tylko informacje, które wrzucają do sieci cywile - mówi Gazeta.pl Jarosław Wolski, ekspert miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa".

Ma być jednak ewidentne, że Rosjanie zagrali pokerowo. - W bój poszły absurdalnie małe siły kompletnie niemogące utrzymać i kontrolować terenu. To, co widać, to rosyjski "szok i przerażenie" obliczony na wywołanie paniki i rozpadanie się sił zbrojnych Ukrainy. Jeżeli Ukraińcy to wytrzymają, to Rosjanie będą mieć potworne problemy. Całość rozegra się w mózgach Ukraińców paradoksalnie - uważa Wolski.

Poza rejonem Kijowa najgorzej sytuacja zdaje się wyglądać w obwodzie Chersońskim na południu. Rosyjskie oddziały atakujące z Krymu weszły na ponad sto kilometrów w głąb terytorium Ukrainy. Pokonały nawet wielką rzekę Dniepr, jedyną istotną przeszkodę terenową w tym rejonie. Stało się tak, ponieważ Rosjanie zdobyli chyba bez większego oporu zaporę wodną w Nowej Kachówce i po niej przeprawiają się na drugi brzeg. Początkowo zdobyli też most w dole rzeki, niedaleko miasta Chersoń, ale według Ukraińców został on następnie wysadzony. W sieci są nagrania całej kolumny wypalonego rosyjskiego sprzętu, rzekomo na obrzeżach miasta. Niezależnie od tego siły przeprawiające się przez tamę w nocy parły naprzód. Pojawiły się nawet doniesienia o rosyjskich żołnierzach na obrzeżach Mikołajewa, około 50 kilometrów dalej.

Równocześnie do uderzenia z Krymu na północ, drugie poszło na wschód, w kierunku kluczowego miasta Mariupol na wybrzeżu Morza Azowskiego. W piątek rano pojawił się szereg nagrań wskazujących na to, że po kilkunastu godzinach walk zostało zajęte miasto Melitopol, położone mniej więcej w połowie drogi. To uderzenie poważnie zagraża ukraińskim siłom, które są zwrócone frontem ku Donbasowi, około 150 kilometrów dalej na wschód. Część rosyjskich sił mogła ruszyć z Melitpola na północ ku Zaporożu.

Doniesienia z Donbasu wskazują na to, że doszło tam jedynie do ograniczonych walk. Żadnej dużej próby ofensywy z terytoriów separatystów.

Dalej na północ toczą się jednak ciężkie walki w rejonie Charkowa. Miasto jest położone kilkadziesiąt kilometrów od rosyjskiej granicy, więc Ukraińcy nie mieli gdzie się cofnąć. Doniesienia mówią o zażartych starciach. Próby okrążenia miasta jak na razie miały się nie powieść, jednak to stanowisko wojska Ukrainy. Mowa o poważnych stratach w rosyjskiej broni pancernej. Na dowód jest kilka zdjęć i nagrań rzeczywiście pokazujących zniszczone i zdobyte czołgi.

Jeszcze dalej na północ ma miejsce kolejny rosyjski atak, wymierzony w miasto Sumy. Tam również cały czwartek toczyły się ciężkie walki. W piątek nad ranem ukraińskie wojsko twierdziło, że Rosjanie zostali zatrzymani. Lokalne władze cywilne mówiły ukraińskim dziennikarzom, że miasto jest pod kontrolą ukraińską. Nie ma jednak jasności, jak wygląda sytuacja w jego okolicy.

Dalej na północ najprawdopodobniej poszło duże uderzenie przez rejon miast Głóchów i Szostka. Rosyjskie czołówki miały dojść aż do Baturyna, około stu kilometrów od granicy. Nie ma jednak praktycznie żadnych konkretnych informacji.

Dalej na zachód Rosjanie mocno uderzyli na Czernihów, stojący im na drodze ku Kijowowi. Ukraińskie wojsko twierdziło w piątek rano, że jak na razie ofensywa na tym odcinku została zatrzymana. Miasto ma być nadal w rękach ukraińskich. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście po niemal dobie zaciętych walk Ukraińcy utrzymali pozycje.

Dalej na zachód odbywa się opisane oddzielnie silne uderzenie na Kijów z rejonu Mozyra na Białorusi.

Jeszcze dalej na zachód cały odcinek aż do granicy z Polską pozostaje jak na razie spokojny. Pojawiły się jednak nagrania kolumn sprzętu na drogach tuż przy polskiej granicy, w rejonie Brześcia. Wszystko wskazuje na to, że rusza tam uderzenie na południe ku Łuckowi.

- Jest ewidentne, że Rosjanie nie rzucili od początku do ataku całych sił. Tak by się zresztą nie dało. Atakuje około 1/3 zgromadzonych oddziałów, które w kolejnych dniach mogą być stopniowo wzmacniane albo wymieniane na świeże oddziały - mówi Wolski. - Co niezwykle istotne, Rosjanie wyraźnie grają na ogólną dezorganizację państwa i wojska ukraińskiego. Uderzenia właściwie ze wszystkich kierunków, omijanie miast, głębokie rajdy w głąb Ukrainy. Myślę, że Rosjanie liczą na to, iż do czwartego dnia ukraińskie wojsko i państwo zaczną się po prostu rozsypywać pod ciągłą presją - ocenia ekspert.

Zdaniem Wolskiego jest jednak ewidentne, że Rosjanie nie docenili woli oporu Ukraińców. - Nie ma żadnych dowodów, żeby ukraińskie wojsko się rozpadało. Gdyby tak się działo, to na pewno byłoby wiele propagandowych nagrań rosyjskich pokazujących zabitych i zniszczony sprzęt. Niczego takiego nie ma - mówi ekspert. Jest między innymi ewidentne, że pomimo starań Rosjan w pierwszych godzinach walki, Ukraińcom udało się ocalić większość lotnictwa spod ataku rakietowego.

- Jeśli Ukraińcy wytrzymają tę czwartą dobę i nadal będą stawiać zorganizowany opór, to Rosjanie będą w poważnych tarapatach. Zagrali pokerowo. Potem będą mieli problemy z zaopatrzeniem i utrzymaniem tempa natarcia - uważa Wolski.

gazeta.pl

25 lutego prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski podpisał dekret „O powszechnej mobilizacji”, która obejmie osoby w wieku 18 do 55 lat i zostanie przeprowadzona w ciągu 90 dni. Wynika to z pogarszającej się sytuacji militarnej kraju. Jego siły zbrojne starają się powstrzymać napór wojsk rosyjskich z kierunków północnego i północno-wschodniego zmierzających w stronę Kijowa. Dzisiaj w godzinach porannych pododdziały rozpoznawcze Sił Zbrojnych FR osiągnęły przedmieścia ukraińskiej stolicy od północy. Do miasta napływają transporty broni dla formowanych oddziałów Obrony Terytorialnej (OT), co oznacza, że przygotowywana jest jego obrona z udziałem wszystkich dostępnych sił.

W pozostałych rejonach (dowództwo ukraińskie określiło cztery kierunki rosyjskiego uderzenia: północny – na Kijów, słobodzki, operacji specjalnej w Donbasie i taurydzki) toczyły się zacięte walki, m.in. o Sumy, w których starcia mają trwać na ulicach miasta, a także na północ od stolicy (na linii Iwanków–Dymer) oraz o most Antonowa na Dnieprze k. Chersonia (na kierunku Mikołajowa). Aktywne działania militarne prowadzone są praktycznie na całej linii granicy w obwodzie charkowskim. Rosjanie przejęli kontrolę nad częścią autostrady Kijów–Moskwa. Nad ranem ofensywę rozpoczęło zgrupowanie wojsk rosyjskich z terytorium Białorusi, które poprzedniego dnia przełamywało umocnienia na odcinku granicznym z obwodem żytomierskim.

Poza kontynuowaniem uderzeń rakietowo-powietrznych na cele wojskowe Rosjanie rozpoczęli bombardowanie obiektów cywilnych, także mieszkalnych (m.in. w Kijowie, lotnisko k. Równego). W godzinach nocnych strona ukraińska zaczęła niszczyć infrastrukturę drogową na najbardziej zagrożonych kierunkach. Wysadzono co najmniej cztery mosty – jeden na kierunku Charkowa (od strony wschodniej) i trzy na kierunku Kijowa (z różnych stron, w tym mający zablokować ruch wojsk przeciwnika od północy most na rzece Teterew w Iwankowie).

Nadal trwają walki wokół położonego 20 km od stolicy lotniska Antonow w Hostomlu. Jest ono sporadycznie ostrzeliwane przez artylerię ukraińską i najprawdopodobniej doszło do zniszczenia pasa startowego, co uniemożliwi wykorzystanie obiektu do dalszego przerzutu wojsk rosyjskich. Na odcinku południowym armia ukraińska utraciła kontrolę nad linią rozgraniczenia z Krymem i okolicami Chersonia.

W obliczu zagrożenia okupacją kraju Zełenski kontynuuje starania o uzyskanie jak najszerszego wsparcia międzynarodowego. Telefonicznie rozmawiał m.in. z prezydentami USA, Francji i Polski oraz premierami Wielkiej Brytanii i Kanady – przekonywał ich do wprowadzenia jak „najbardziej bolesnych” sankcji i zerwania relacji dyplomatycznych z Moskwą. Kijów oczekuje wykluczenia Rosji z systemu SWIFT, nałożenia embarga na handel tamtejszymi ropą i gazem oraz wprowadzenia zakazu lotów nad Ukrainą dla lotnictwa FR. Zwrócono się także do Turcji o zamknięcie przeprawy przez cieśniny Bosfor i Dardanele dla rosyjskich okrętów. Zełenski poinformował, że w porozumieniu z prezydentem Andrzejem Dudą zwrócił się do grupy państw Bukaresztańskiej Dziewiątki o udzielenie pomocy wojskowej. Zarazem w wieczornym wystąpieniu stwierdził, że Zachód obawia się podjęcia zdecydowanych kroków i pomimo dotychczasowej pomocy Ukraina pozostaje osamotniona w walce z wrogiem. Zadeklarował też, że pomimo groźby wtargnięcia rosyjskich sił do Kijowa pozostanie wraz z rodziną w stolicy.

W obliczu inwazji zawieszona została większość sporów wewnątrzpolitycznych, a opozycja skupia się na demonstrowaniu postaw patriotycznych. Jednocześnie niektórzy z jej przedstawicieli (m.in. Petro Poroszenko czy Dmytro Razumkow) próbują prowadzić bezpośredni dialog ze społeczeństwem i Zachodem. Mer Kijowa Witalij Kliczko skupia się na bieżącym zarządzaniu miastem i deklaruje wraz z bratem Wołodymyrem gotowość do walki z bronią w ręku. Patriotyzm manifestuje także miliarder Rinat Achmetow, który uchodzi za jednego z głównych oponentów Zełenskiego. Z postawami tymi kontrastuje zachowanie prorosyjskich polityków Opozycyjnej Platformy – Za Życie – większość z nich opuściła Ukrainę jeszcze w przededniu inwazji (notabene udali się oni w większości nie do Rosji, lecz do państw UE czy Izraela). Na „kryzysowym” posiedzeniu Rady Najwyższej 22 lutego praktycznie cały skład frakcji był nieobecny. Wielu z jej członków krytykuje postawę Kijowa w sieciach społecznościowych i apeluje o rozpoczęcie rozmów z Moskwą.

osw.waw.pl

Mateusz Baczyński: - Czy pan już w trakcie swojego pobytu w Moskwie widział te imperialne ambicje Putina?

Andrzej Olborski, dyplomata i podpułkownik Agencji Wywiadu, który pracował w placówkach dyplomatycznych w Mińsku i Moskwie.: Tak. Nawet w raportach dla MSZ używałem sformułowania „polityka rekonkwisty”, czyli odzyskiwania. To było bardzo widoczne odkąd przyjechałem do Rosji w 2006 r. Tak samo niesłychanie widoczna była pogarda dla narodu ukraińskiego. Pamiętam jak naczelnik w rosyjskim MSZ mówił, że nie istnieje coś takiego jak język ukraiński, że nie można czytać książek po ukraińsku, że nie nauczą się matematyki, bo to prymitywny język, który nie ma podstawowych słów wyrażających terminy matematyczne, czy piękno literatury rosyjskiej i światowej. Coś takiego powiedział na spotkaniu dyplomatów z Unii Europejskiej. Nie krępował się. Mówił wprost, że Ukraina to sztuczny twór. Na początku byłem zdziwiony taką jawnością wyrażania opinii. Z czasem okazało się, że to powszechne. W 2008 r. od jednego z rosyjskich urzędników wyższego szczebla usłyszałem: "Aż wstyd się przyznać, bo chciałbym kiedyś pojechać do Polski, a ja nigdy nie byłem we Lwowie, żeby zobaczyć Polskę". Tam nie ma przypadków. Jeśli jeden mówi coś takiego, to pięćdziesięciu innych też.

- Zachód nie odczytał tych sygnałów? Zbagatelizował informacje, które napływały od służb wywiadowczych i dyplomatów?

Wie pan, ktoś w telewizji ostatnio powiedział, że w pewnym sensie jesteśmy ofiarą naszego systemu demokratycznego. Ja się z tym zgadzam.

- W jakim sensie?

Polega to na tym, że jak następuje zmiana ekipy rządzącej, to często popadamy z jednej skrajności w drugą. Zmieniamy całkowicie zasady naszej polityki i sposób patrzenia na świat. Pamiętam słynny reset Obamy w stosunkach z Rosją. Amerykanie przybiegali wtedy do naszej ambasady i mówili, żebyśmy się uspokoili, bo tak naprawdę nic się nie zmieni. Wszyscy ci ludzie w ciągu trzech tygodni zostali odwołani, a w ich miejsce przyszli inni, którzy tłumaczyli, że teraz z Rosją będziemy się „masować”, bo wszystko jest wspaniale i cudownie. To jest właśnie ta choroba demokracji. Zmienia się administracja, zmienia się punkt widzenia i następuje odkrywanie Ameryki na nowo. To jest bardzo poważny problem. Brak instytucjonalnej pamięci. Nagle okazuje się, że nowa ekipa nie pamięta co robiła poprzednia. Ba, nie chce wiedzieć, nie chce słuchać rad, bo przecież wszystko wie najlepiej.

- Pan też przez to przechodził?

Oczywiście. Będąc w Moskwie przeżyłem najpierw pierwsze rządy PiS-u, a potem początek rządów PO. Dla tych pierwszych byłem rusofilem, a dla drugich rusofobem. Przy czym warto podkreślić, że to zjawisko dotyczy wielu państw zachodnich, w tym USA. Chciałbym żebyśmy kiedyś mogli prowadzić taką politykę jak Francja czy Niemcy – skoncentrowaną na sobie i realizowaną z żelazną konsekwencją, niezależnie od tego, kto rządzi. Aczkolwiek nikt nie jest wolny od zagrożeń. (...)

- Zachód nakłada sankcje na Rosję, Niemcy wstrzymały uruchomienie Nord Stream 2. Te zabiegi okażą się skuteczne?

Nie sądzę. Przede wszystkim Rosja ma przygotowane alternatywne scenariusze na każdą sytuację. Przebywając cztery lata w Moskwie, widziałem to na własne oczy. Kiedy kontaktowałem się z instytucją A, to miała ona plany na poprawę stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, instytucja B zakładała wojnę z USA, a instytucje C, D i E wszystkie pośrednie warianty. Tak że tych planów jest na każdą okazję sporo i są one wykorzystywane w zależności od rozwoju sytuacji lub widzimisię Putina, jak to się ostatnio coraz częściej zdarza.

Dlatego myślę, że Putin rozpoczynając swoją operację, kalkulował wszystkie możliwe sankcje. Zdawał sobie sprawę z tego, co może się stać i nie świadczą o tym tylko ruchy w rosyjskich bankach pod koniec roku. W pewnym sensie, będzie mu to nawet na rękę. Powie swoim obywatelom – skąd my to znamy – że wszystkiemu jest winny Zachód, imperialiści i Unia Europejska. W sklepach jest drogo? Brakuje chleba? To wina sankcji. Rząd się zawsze wyżywi, natomiast lud kupi propagandową historię o złym Zachodzie. Dla Putina to jest bardzo wygodne, bo będzie miał na kogo zwalić swoją nieudolność gospodarczą. Jestem o tym głęboko przekonany. Zwłaszcza, że w Rosji, podobnie jak w Białorusi, nie ma już w zasadzie niezależnych mediów, które mogłyby wpływać na znaczące grupy społeczne.

- Co w takim razie może zrobić Zachód, żeby powstrzymać ambicje Putina?

Jestem pesymistą. Aleksander Kwaśniewski powiedział niedawno w jednym z wywiadów, że jedyny sposób na uratowanie Ukrainy to jej pilne przyjęcie do NATO. Nawet się uśmiechnąłem jak to przeczytałem, bo okazało się, że nie byłem jedynym, który tak myśli. Ukraina powinna była uznać te republiki, pies je trącał i jednocześnie stać się natychmiast członkiem NATO. Niestety, jest to niemożliwe z przyczyn technicznych, politycznych i wielu innych. Dlatego powiedziałem, że jestem pesymistą.

- A jak pan widzi aktualną sytuację Polski? Z jednej strony eksperci alarmują, że wróg jest u bram, a z drugiej strony przyspieszyło to wiele procesów związanych z naszym bezpieczeństwem m.in. przyjazd kolejnych żołnierzy amerykańskich.

Na pewno konsolidacja Zachodu nastąpiła. Jeszcze miesiąc temu nie spodziewałbym się takiej deklaracji kanclerza Niemiec w sprawie Nord Stream 2. Jakie będą tego skutki? Mam nadzieję, że pozytywne dla nas. Może wszyscy zrozumieją w końcu, że dzisiaj Ukraina, a jutro ktoś inny. Może państwa bałtyckie, a może przesmyk suwalski? Teraz wydaje się to nieprawdopodobne, ale jak w 2008 r. pierwszy raz usłyszałem o planach zajęcia Krymu przy wykorzystaniu buntu mniejszości, to też nie mogłem w to uwierzyć. A w 2014 r. widziałem, jak Rosja realizuje ten plan strona po stronie. Od tamtej pory już nie mówię co jest wiarygodne w planach Rosji, a co nie.

onet.pl

Kamil Dziubka: - Władimir Putin uważa, że Ukraina jest sztucznym tworem, dziełem Lenina i nie macie prawa do suwerenności.

Margarita Sytnik: Kiedy go słucham, mam ochotę głośno przeklinać, choć naprawdę w życiu ogóle tego nie robię. To wzbudza we mnie takie emocje, że ciężko to opisać. Nie wiem, jak można aż tak próbować fałszować historię mojego kraju. Przyznam, że wielu moich znajomych ma dystans do tego. W internecie pojawiły się nawet dowcipy na ten temat.

Niestety wiem, że są ludzie w Rosji, którzy wierzą w te bzdury. Na szczęście widać również, że kraje zachodnie tego nie kupują. Ty to rozumiesz, większość Polaków też. Wy to znacie z historii. W 1939 r. Stalin uzasadniał agresję na wasz kraj tym, że rzekomo chciał chronić ludność wschodniej Polski.

- Przed laty chwilę mieszkałaś w Rosji.

W 2014 r. byłam korespondentką telewizji 1+1 w Moskwie. Prowadziłam dziennikarskie śledztwo na temat tzw. ochotników, którzy zasilali oddziały separatystów w Donbasie. Musiałam stamtąd wyjechać.

- Dlaczego?

FSB zaczęła się mną interesować. Stało się to po tym, gdy ujawniłam, że jeden z ówczesnych przywódców bojowników, czyli Igor Girkin vel Striełkow, był oficerem rosyjskiego wywiadu i nie ma nic wspólnego z Donbasem, tylko jest Rosjaninem z Moskwy. Zresztą jego cała rodzina mieszkała w Moskwie. Nagrałam nawet rozmowy z jego sąsiadami. Znajomi, którzy pracowali w rosyjskim MSZ, ostrzegli mnie, że służby specjalne tak tego nie zostawią.

- I wtedy się zaczęło?

Kilka razy zorientowałam się, że jestem śledzona. Były też inne sygnały. Ochroniarze z mojego bloku, którzy mnie doskonale znali i codziennie widywali, zaczęli nagle sprawdzać mój paszport. Pewnego razy wyjechałam na urlop.

Okazało się, że w tym czasie do właściciela mojego mieszkania w Moskwie ktoś zadzwonił i powiedział, że jestem powiązana z ukraińskimi terrorystami. Kiedy się o tym, dowiedziałam, od razu skontaktowałam się z moją stacją. W telewizji powiedzieli mi, żebym od razu wracała na Ukrainę.

- Zostawiłaś wszystkie rzeczy w Moskwie?

Tak, nie chciałam sprawdzać, czy uda mi się bezpiecznie spakować. Mniej więcej wtedy Rosjanie aresztowali w Donbasie pilot Nadię Sawczenko. Poza tym właścicielem telewizji 1+1, w której pracowałam, jest zaciekły wróg Władimira Putina, czyli Igor Kołomojski. Wróciłam do Kijowa. Potem trafiłam do Polski i już zostałam.

onet.pl

Jeszcze w środę premier Izraela Naftali Bennett prosił ministrów, aby nie komentowali rosyjskich działań w Ukrainie. Był też bardzo ostrożny w komentowaniu ewentualnych sankcji. Podobną strategię przyjął Przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych i Obrony Knesetu Ram Ben-Barak, który stwierdził w rozmowie z izraelską stacją radiową 103 FM, że gdyby Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na Rosję, postawiłoby to Izrael w "trudnej sytuacji". Jak jednak dodał, "ostatecznie, jeśli kiedykolwiek Izrael będzie musiał wybrać stronę, wybierze stronę amerykańską".

Atak, który rozpoczęły nad ranem rosyjskie wojska, odmienił nieco narrację Izraelczyków. W środę po południu tamtejsze MSZ wystosowało specjalne oświadczenie, w którym wyrażono poparcie dla integralności terytorialnej i suwerenności Ukrainy. Dokument ten został podpisany zarówno przez premiera Naftali Bennetta, jak i ministra spraw zagranicznych Yaira Lapida oraz ministra obrony Benny'ego Gantza. Politycy zadeklarowali też gotowość Izraela do przekazania natychmiastowej pomocy humanitarnej Ukrainie. Ponadto, potwierdzili prowadzenie dialogu z międzynarodowymi partnerami na temat sposobów przywrócenia ścieżki dyplomatycznej.

Jak jednak zauważył dziennik "Haarec", w deklaracji nie wymieniono ani Rosji, ani prezydenta Putina. "Odzwierciedla to skomplikowaną sytuację, w jakiej znalazł się Izrael w związku z tym kryzysem" - czytamy. 

Na oświadczenie izraelskiego MSZ bardzo szybko zareagowała strona rosyjska. Głos na ten temat zabrał podczas odbywającego się co miesiąc briefingu Rady Bezpieczeństwa ONZ na temat Bliskiego Wschodu, zastępca ambasadora Rosji przy ONZ Dmitrij Polianski. Jak stwierdził, jego kraj jest "zaniepokojony ogłoszonymi przez Tel Awiw planami rozszerzenia działalności osadniczej na okupowanych Wzgórzach Golan, co jest bezpośrednio sprzeczne z postanowieniami Konwencji Genewskiej z 1949 r.".

Przywołał także stanowisko Rosji, która ma "nie uznawać izraelskiej zwierzchności nad Wzgórzami Golan, które są niezbywalną częścią Syrii".

Wzgórza, o których mówił Polianski, są pod kontrolą Izraela od czasu wygranej przez ten kraj wojny sześciodniowej w 1967 roku. Choć aneksji tego regionu nie uznała ONZ, w 2019 r. zrobił to prezydent USA Donald Trump. Izraelscy politycy chcieliby utrzymać względną neutralność w sprawie Ukrainy, aby nie narazić się na konflikt dyplomatyczny z Rosją. Wszelkie napięcia na linii z Moskwą mogłyby utrudnić im przeprowadzenie kolejnych ataków w Syrii, gdzie Rosja jest obecnie ważną siłą.

gazeta.pl

Alaksandr Łukaszenka zwołał 24 lutego w godzinach porannych nadzwyczajną naradę z udziałem dowództwa armii i szefów organów bezpieczeństwa. W jej trakcie zdementował informacje o udziale białoruskich jednostek w ataku na Ukrainę, a odpowiedzialnością za otwarty konflikt zbrojny obciążył władze w Kijowie, które w jego opinii „nie chciały negocjować z Rosją”. Dodał również, że sam zaproponował Putinowi pozostawienie na Białorusi „części” jednostek rosyjskich biorących udział w ćwiczeniach „Sojusznicza Stanowczość 2022”, by chroniły jej południową granicę przed „ukraińską prowokacją”. Stwierdził, że udział armii białoruskiej sprowadza się do zabezpieczenia tyłów jednostek rosyjskich przed możliwymi atakami dywersyjnymi. Działaniem mającym na celu osłonę aktywności tych jednostek jest decyzja o wyłączeniu na czas nieokreślony części przestrzeni powietrznej Białorusi dla lotów cywilnych wzdłuż zachodniej i południowej części granicy państwowej.

Łukaszenka zaproponował Kijowowi podjęcie rozmów pokojowych w Mińsku, ale po spełnieniu „wstępnych warunków”, takich jak demilitaryzacja Ukrainy, rezygnacja z aspiracji do NATO oraz zaprzestanie rzekomej agresji wobec tzw. donbaskich republik, co jest w pełni powtórzeniem rosyjskiego ultimatum. Jednocześnie polecił armii zapewnienie bezpieczeństwa granicy Białorusi z państwami NATO, w tym w szczególności z Polską, która w jego ocenie „może wykorzystać obecną sytuację do małej wojenki”. W tym celu zapowiedział rozmowy w kwestii pozyskania z Rosji systemów przeciwlotniczych S-400 Triumf oraz rakiet balistycznych Iskander. Mińsk do tej pory nie przyłączył się do stanowiska Kremla w sprawie uznania tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych (DRL, ŁRL).

osw.waw.pl